Co najchętniej piją młodzi Chińczycy?

Ciągły rozwój chińskiego społeczeństwa, wpływa na poprawę standardów życia Chińczyków, zmieniając również przyzwyczajenie konsumentów. Widać to na szybko rozwijającym się rynku napojów.

Według danych statystycznych w 2018 roku odnotowano na chińskiej internetowej platformie dostarczającej żywność 210 mln transakcji sprzedaży herbaty z mlekiem, znacznie więcej od liczby sprzedanej kawy – jednego z najpopularniejszych napojów na świecie.
Historia herbaty z mlekiem
Herbata z mlekiem w Chinach była już pita ponad tysiąc lat temu. Pierwsze wzmianki o piciu w Chinach tego rodzaju herbaty mówiły o koczownikach z północy pijących „herbatę mleczną z łąk”, którą przyrządzano, mieszając liście herbaty ze świeżym mlekiem i gotując ją z dodatkiem soli. Był to bardzo popularny napój wśród pasterzy żyjących na stepach oraz w wysokich partiach gór.
Herbata została sprowadzona do Europy w XVII wieku. Anglicy lubili dodawać cukier do herbaty i zalewać ją podgrzanym, świeżym mlekiem. Czarna herbata z regionu Assam w Indiach stała się głównym składnikiem tradycyjnej angielskiej herbaty z mlekiem. Zwykle pije się ją do śniadania, podwieczorku lub po kolacji.
Podczas brytyjskiej kolonizacji Hongkongu wraz z Brytyjczykami dotarł do tego miejsca ich sposób przyrządzania i picia herbaty. Herbata pijana z mlekiem w Hongkongu ma ciężki, gorzki smak i jest przygotowywana w skomplikowany sposób, aby zachować mocny esencjonalny smak herbaty.
Również charakterystycznym napojem jest herbata z mlekiem, którą pije się w Azji Południowo-Wschodniej. Popularna w Tajlandii, Malezji, Singapurze i innych krajach regionu herbata z mlekiem za bazę bierze głównie czarną herbatę, do której dodaje się skondensowane mleko, sproszkowany cynamon, gwiazdkowy anyż i inne przyprawy, nadając jej w ten sposób słodki i bogaty smak.
Współczesny rynek herbaty z mlekiem w Chinach
W chińskich miastach wiele osób po raz pierwszy zetknęło się z herbatą mleczną, pijąc w latach 90. XX wieku tzw. „herbatę bąbelkową”. Herbata bąbelkowa, znana była również pod innymi nazwami jako herbata z mlekiem perłowym, herbata z mlekiem bąbelkowym lub herbata boba z bąbelkami. Sposób przyrządzania tej herbaty został wymyślony na Tajwanie, polegał on na dodaniu do herbaty z mlekiem małych kulek zrobionych z mąki z tapioki. Wystarczyło pół roku, aby napój ten stał się bardzo popularny na rynku kontynentalnych Chin. Jednak ówczesny napój nie zawierał ani prawdziwego mleka, ani naturalnej herbaty, zamiast tego składał się z bezmlecznej śmietanki i herbaty w proszku. Na początku XXI wieku, pojawiły się pewne negatywne informacje z rynku producentów herbaty z mlekiem, które doprowadziły do dużych zmian w tej branży.
Po 2010 roku herbata z mlekiem stopniowo wracała do swoich korzeni i istoty, czyli do naturalnego mleka i herbaty. Niektóre sieci sklepów, w których sprzedano napoje herbaciane, do przygotowania tego napoju używają czystego lub świeżego mleka, a do wyboru jest wiele gatunków herbat o różnych smakach. Często używa się specjalnych maszyn parzących herbatę, by stała się ona jeszcze bardziej esencjonalna. Niektóre herbaciarnie stosują nawet technikę spieniania mleka podobną jak przy podawaniu kawy i w ten sposób serwują herbatę z mlekiem. „Ulepszanie” herbaty z mlekiem nie tylko przejawia się w doborze różnych surowców, ale także bezpośrednio przekłada się na wygląd miejsc, gdzie serwowane są napoje herbaciane. Zamiast skromnego okienka serwującego napoje na wynos, zainwestowano miliony juanów i miejsca te stały się bardziej nowoczesne i przyjazne dla konsumenta.
Dlaczego herbata z mlekiem jest tak popularna?
Według danych chińskiej platformy internetowej dostarczającej żywność w latach 2018-2020 zanotowano znaczny wzrost liczby sklepów serwujących kawę i napoje herbaciarne. Liczba sprzedawców kawy wzrosła 3-krotnie, natomiast zanotowano ponad 6-krotny wzrost liczby sprzedawców napojów herbacianych. Herbata z mlekiem, która obecnie w Chinach jest bardzo popularna, to trend, który pojawił się około 2015 roku. Napój przyrządzany jest z naturalnych składników, takich jak wysokiej jakości herbata, świeże mleko i świeże owoce, często serwuje się bardziej zróżnicowane kombinacje baz herbacianych i dodaje różnego rodzaju inne składniki. Można spróbować: zwykłej herbaty z mlekiem, herbaty owocowej, herbaty z mlekiem i owocami itp.
Dlaczego herbata z mlekiem jest tak popularna? Przede wszystkim należy podkreślić długoletnią kulturę herbacianą w Chinach. Herbata zawsze była najpopularniejszym napojem spożywanym przez chińskich konsumentów i pomimo tego, że rynek kawy w Chinach w ostatnich latach gwałtownie się rozwinął, spożycie w Chinach herbaty jest nadal znacznie większe niż kawy. Wielkość rynku nowych napojów herbacianych, które są innowacyjne, ale oparte na tradycyjnej chińskiej kulturze herbacianej, wzrosła o 280 proc. w latach 2015-2019. Dla porównania, w tym samym okresie na rynku tradycyjnej herbaty zanotowano 42 proc. wzrost, a na rynku kawy tylko 26 proc.
Konsumentami napojów herbacianych w nowym stylu są głównie ludzie młodzi. Od końca XX wieku do chwili obecnej Chińczycy urodzeni w latach 90-tych i na początku XXI wieku byli główną grupą konsumencką tego typu napoju. Stanowili oni blisko 70 proc. wszystkich pijących. Rynek konsumentów jednak cały czas się rozrasta.Marki napojów herbacianych stają się modne, dobrze jest pokazać w towarzystwie, że pije się ten rodzaj napoju, często stają się one gorącymi tematami w chińskich mediach społecznościowych, takich jak Weibo i Douyin. Na przykład podczas epidemii Covid-19 hasztag Weibo „Chcę pić herbatę z mlekiem” odznaczono prawie 100 mln razy. Młodzi konsumenci dzielą się na portalach społecznościowych i platformach internetowych krótkimi filmami reklamującymi różnego rodzaju herbaty z mlekiem.
Rozwój w Chinach handlu elektronicznego i rynku zamawiania żywności w internecie wykształcił wśród konsumentów napojów herbacianych nowe nawyki konsumpcyjne. Gdy wybuchła epidemia Covid-19 drastycznie spadła liczba klientów odwiedzających punkty serwujące napoje herbaciane, a wzrosły obroty sprzedaży w sieci. Wiele firm podążając za trendem online, przeniosło się do sieci oferując dostawę napojów na wynos. Wzrosło również wykorzystanie mediów społecznościowych do działań promocyjnych w celu przyciągnięcia większej ilości konsumentów.
Nie porzucono jednak całkowicie stacjonarnych punktów serwujących herbatę, które wśród młodych ludzi pełnią również funkcję społeczną. W centrach handlowych w chińskich miastach wszędzie można znaleźć punkty z herbatą mleczną. Firmy ze średniej i wyższej półki wykorzystują punkty serwujące napoje herbaciane jako ważny nośnik szerzenia popularności i kultury marki. W ostatnich latach obserwowane jest nieustanne przeobrażanie się tych punktów, których nowoczesny styl i wystrój można porównać do punktów sieci Starbucks, czy innych kawiarni sieciowych. Miejsca te często wybierają młodzi ludzie, aby odpocząć podczas zakupów i spotkać się z przyjaciółmi.
Z perspektywy makro, rosnący dochód na głowę chińskiego mieszkańca żyjącego w mieście zwiększył jego siłę nabywczą i pobudził konsumpcję. Wpływa to na przemysł napojów herbacianych. Cena herbaty z mlekiem ze średniej lub wysokiej półki waha się od 16 juanów (9 złotych) do 35 juanów (prawie 20 złotych), to prawie ponad dwukrotny wzrost w porównaniu z początkiem XXI wieku.
Dylemat branży
Chociaż napoje herbaciane są bardzo popularne, zwłaszcza wśród młodych ludzi, a rynek nowych napojów herbacianych przekroczył 100 mld juanów (58 mld złotych) w 2020 roku, branża charakteryzuje się niskimi barierami wejścia, wysoką konkurencyjnością i wyjątkowo niskim wskaźnikiem przetrwania. Według danych statystycznych z końca listopada 2020 r. łączna liczba chińskich firm działających na rynku herbacianym przekroczyła 300 tys., z czego ponad 130 tys. zostało zamkniętych, zlikwidowanych lub zawieszonych, co stanowi aż 43 proc. rynku.
Wpływ na to miał zapewnie wybuch epidemii Covid-19, kiedy zamknięto wiele przedsiębiorstw, ale z drugiej strony główne marki na rynku, takie jak Hey Tea, Nayuki i Modern China Tea Shop, zanotowały gwałtowny rozwój i stały się jeszcze bardziej rozpoznawalne. Od 2018 do 2020 r. wzrosła liczba punktów tych trzech marek odpowiednio o 606, 487 i 256 nowych miejsc. Zaznaczyć trzeba, że Modern China Tea Shop jest jedyną z tych trzech marek, która działa tylko w prowincjach Hunan i Hubei i nie posiada swoich punktów w innych rejonach Chin. Te topowe marki są obecne głównie w największych chińskich metropoliach i miastach oraz rozszerzają swoją ekspansję poprzez tworzenie submarek i wchodzenie do większej ilości miast.
Herbata z mlekiem i kawa w przyszłości staną się dwoma najważniejszymi napojami na rynku spożycia napojów w Państwie Środka. W przeciwieństwie do kawy, krótki czas rozwoju rynku nowych napojów herbacianych oraz brak standardów i norm branżowych to wąskie gardła, które ograniczają dalszy rozwój tej branży. W przyszłości firmy działające na rynku nowych napojów herbacianych muszą wykreować markę, która zagwarantuje jakość oraz stworzy efekt skali i będzie odporna na różnego rodzaju ryzyka.

Zegarek Lewandowskiego

Robert Lewandowski NIE ZARABIA SAM na swoje luksusowe zegarki – to kompletna fikcja i klasistowska propaganda.

Robert Lewandowski zarabia tak dużo, ponieważ w taki sposób zorganizowany jest sportowy przemysł. Robert Lewandowski nie wykopał pieniędzy z powietrza. Jest po prostu udziałowcem* w biznesie, który karmi się pieniędzmi zwykłych widzów i to głównie po prostu zwykłych pracowników. „Jego” środki pochodzą od klubu, który sponsorowany jest przez udziałowców, finansowany z przemysłu reklamowego i przez wielkie koncerny. Te pieniądze otrzymał od klubu za DOSTARCZENIE klubowi/firmom piłkarskim magnesu na widzów, aby skutecznie na nich zarabiać. To właśnie widzowie, zwyczajni zjadacze Lay’sów i pijacze Heinekena finansują życie Roberta Lewandowskiego. Iluzja, że jego pieniądze to „stoliczku nakryj się” bierze się stąd, że w kapitalizmie tradycyjnie całkowicie wyklucza się aktywną i podmiotową rolę sprawczą konsumentów i pracowników. Wg panującej propagandy pieniądze pojawiają się, jak królik z kapelusza i są wyłączną zasługą właściciela. To kłamstwo. Więc tak samo, jak możecie mieć coś do powiedzenia nt. UEFA, albo firm sprzedających i wciskających chemiczne i rakotwórcze żarcie, tak samo możecie otwarcie krytykować zarobki „Roberta”. Bo sami mu je wręczacie, jesteście zbiorowymi wytwórcami jego fortuny. Nie muszę chyba dodawać, jak sprawa wygląda w przypadku zegarka wręczonego od prezydenta RP…

Pojawiają się głosy, że Robert Lewandowski robi nam wręcz przysługę partycypując w luksusowej konsumpcji. Bo albo w ten sposób pieniądze do nas „wracają”, albo wydając je „nakręca” w ten sposób gospodarkę. Są to wielkie kłamstwa. Po pierwsze – nakręcona jest luksusowa, marnotrawcza konsumpcja zarezerwowana dla elit kapitalizmu i zaklęta w zamknięty krąg. Te środki krążą więc pomiędzy milionerami, ultrabogatymi firmami i pracownikami, którzy przymusowo biorą w tym udział i wcale nie są głównymi beneficjentami tego procederu. Po drugie „nakręcona” w ten sposób gospodarka jest nakręcona na zachcianki, a nie na prospołeczne tory… Nie żyjemy w świecie nieskończonych zasobów.

3) Luksusowa konsumpcja NIE JEST POTRZEBĄ, LECZ KAPRYSEM – tu dochodzimy do kluczowej sfery. Wiele osób uważa, że jeśli ktoś otrzymał w tym systemie pieniądze, to albo jest już zbawiony i ma usprawiedliwienie na wszystko, co zrobi z tymi pieniędzmi… Albo jeszcze inni uważają, że to są „normalne potrzeby” tylko da „bogatych ludzi”. Otóż w tym systemie wymordowano ponad połowę dzikiej przyrody Ziemi, miliony głodują i cierpią na brak wody, a niedofinansowane systemy zdrowotne taśmowo produkują trupy (w tym w Polsce, teraz). Działają tu też obywatele słynący z przekrętów na parówach. Powoływanie się na zdrowy charakter systemu to samobój. Nie jest to też wcale potrzeba – potrzebą określamy to, co konieczne człowiekowi do sprawnego funkcjonowania. I nie jest nią posiadanie zegarka, któego wartość zabezpieczyć potrzeby wielu innych ludzi. Potrzeby, jak np. potrzebę posiadania dachu nad głową, czy dostęp do ciepłego posiłku. To kaprysy, zachcianki… Które angażują sobą i zawłaszczają społeczne siły produkcji.

Luksusowa konsumpcja JEST GŁĘBOKO TOKSYCZNA – produkcja tego typu towarów zżera koszmarne ilości surowców (srebra, złota, kamieni szlachetnych, skóry…) i podporządkowuje życie tysięcy ludzi milionerom, którzy pragną mieć świecącą zabawkę. To niszczenie planety i środowiska naturalnego, to zawłaszczanie materiałów na egoistyczne zbytki, a także promowanie w społeczeństwie egocentrycznych i zwyczajnie klasistowskich praktyk (z maczyzmem w tle). Miliony (głównie) chłopców dorastają potem w przeświadczeniu, że posiadanie luksusów powinno być celem ich całego życia i nada mu sens. Większość oczywiście nie będzie nigdy miała takich zegarków, więc skończy z depresją i obniżonym poczuciem własnej wartości. A mniejszość, która dorwie się do tego Graala jeszcze bardziej przyczyni się do utrwalenia marnotrawstwa i podziałów.
I skąd w ogóle pomysł, że jeśli ktoś dobrze poradził sobie w tym toksycznym systemie i zagarnął miliony, to znaczy, że jest najlepszą osobą do wydawania tak gigantycznych środków??? Czy przekazalibyście losy Ziemi w ręce Obajtka? No a czemu nie??? Przecież zdaniem rynku, elit i rynkowych mechanizmów poradził sobie w życiu lepiej od 99 proc.obywateli tego kraju! Musi geniusz.

Pracownicy najlepszymi ekonomistami

Nie jestem oczywiście prekursorem tytułowej tezy, lecz praktyka pokazuje, że to stwierdzenie jest prawdziwe.

Pracownicy w sposób instynktowny sprzeciwiają się jakiejkolwiek formie obniżania płacy nominalnej, która wywiera wpływ na podział sumy płac realnych między różne grupy pracowników, a nie na wysokość przeciętnej płacy realnej. Pracownicy zrzeszają się w grupy, organizacje i związki w celu obrony względnej płacy realnej. Instynktowne myślenie pracowników jest dla gospodarki znacznie efektywniejsze od przekładu na praktykę liberalizmu gospodarczego, który ogranicza się w myśleniu do sytuacji idealnej – utopia. Teoria klasyczna nie bierze pod uwagę konsekwencji niedostatecznego popytu efektywnego. Pracownicy sprzeciwiają się redukcjom płac nominalnych, nawet jeżeli ekwiwalent realnych płac przewyższa krańcową przykrość pracy (czyli ujemną użyteczność), natomiast nie sprzeciwiają się obniżkom płac realnych, gdy tylko rośnie zatrudnienie i kiedy nominalna płaca się nie zmienia. Klasycy jednak zarzucają pracownikom i związkom przeciwdziałanie wzrostowi zatrudnienia. Tutaj trzeba podkreślić, że pracownicy nie są mniej wydajni w czasie trwania kryzysu gospodarczego co w czasie ożywienia gospodarczego, więc zrzucanie winy na klasę pracującą jest bezpodstawne.
Zapewne każdy kiedyś słyszał „podaż tworzy swój własny popyt”, ta odważna, lecz niemająca pokrycia rzeczywistości we współczesnej makroekonomii teza klasycznej myśli ekonomicznej Say’a wciąż jest na sztandarach liberałów. Przy założeniu takiej tezy zagregowana cena popytu (przychód) może automatycznie równać się z zagregowaną ceną podaży i ma wartość równowagi przy nieskończonym przedziale wartości… Gdyby tak było, najważniejszym celem przedsiębiorstw byłoby zwiększanie zatrudnienia za wszelką cenę, aż do punktu, w którym podaż przestaje być elastyczna, czyli punktu, gdy wzrostowi produkcji nie odpowiada wzrost popytu. Popyt efektywny jest wyznaczany przez punkt funkcji zagregowanego popytu, w którym popyt staje się efektywny – przy danych warunkach podaży odpowiada on poziomowi zatrudnienia, przy którym zysk przedsiębiorcy osiąga maksimum… To popyt tworzy podaż.
Przedsiębiorstwa osiągają zysk w punkcie popytu efektywnego, czyli złączenia funkcji zagregowanego popytu i podaży. Dostatecznie silny popyt efektywny jest wówczas gwarantem wzrostu zatrudnienia, ponieważ skłonność do konsumpcji i stopa inwestycji łącznie decydują o wielkości zatrudnienia, który także (odwołując się do pierwszego akapitu) wyznacza poziom płac realnych, A NIE ODWROTNIE.

Co należy koniecznie zrozumieć? Społeczeństwa mniej zamożne mają wyższą skłonność do konsumpcji, co w efekcie przekłada się na wzrost konsumpcji spowodowanej większym stosunkowo do zarobków dochodem rozporządzalnym od grup ludzi zamożniejszych. Gwarantem pobudzania zagregowanego popytu, który powoduje wzrost PKB, jest wzrost skłonności do konsumpcji, który rośnie wraz z dochodem rozporządzalnym. Niestety wśród bogatych społeczeństw rozpiętość między produkcją realną a potencjalną jest zabójcza dla efektywności gospodarczej. W przypadku mniej zamożnych społeczeństw skromne inwestycje są w zupełności wystarczalne do osiągnięcia pełnego zatrudnienia. Zamożne społeczeństwo musi szukać większych możliwości inwestycyjnych, aby oszczędności szły w parze z zatrudnieniem biedniejszych. W przypadku słabych możliwości inwestycyjnych bogatego społeczeństwa, działanie zasady popytu efektywnego zmusi gospodarkę do spadku produkcji.

Trzeba jasno podkreślić, że celem polityki rządu dbającego o interes pracownika, powinna być polityka pełnego zatrudnienia, czyli stanu, w którym bezrobocie „niedobrowolne” nie istnieje (pomija kwestię bezrobocia frykcyjnego i dobrowolnego). W jaki sposób można to osiągnąć? W bardzo prosty – należy zrównać płacę realną i krańcową przykrość pracy… oraz wyciągnąć lekcję z PRL-u, który wbrew opinii liberałów miał silną gospodarkę, której trzonem była praca robotników. Ludzie są bezrobotni nie z własnej woli, są bezrobotni przez niesprawne i opieszałe rządy liberałów. Potrzebujemy państwa pracowników, a nie władzy wąskiej grupy bogatych, którzy w razie kryzysu uciekają ze swoim kapitałem do rajów podatkowych.

Czy opłata cukrowa nas odchudzi?

Trwają prace nad wprowadzeniem podatku cukrowego w Polsce. Warto zastanowić się, czy nie należy go rozszerzyć na kolejne produkty, nie tylko słodkie napoje. Z dr hab. n. med. Mariuszem Gujskim z Katedry Zdrowia Publicznego i Środowiskowego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego rozmawia Maciej Pawlak.
Nowa opłata cukrowa, która de facto jest podatkiem, ma objąć w różnym stopniu napoje zawierające cukier, słodziki, taurynę czy kofeinę. Pojawia się jednak pytanie – co z innymi słodkimi produktami?
Nadmierna konsumpcja cukru jest przyczyną wielu problemów zdrowotnych, w tym otyłości i cukrzycy. Problem ten dotyka coraz młodsze grupy polskiego społeczeństwa, co jest zjawiskiem wysoce niepokojącym. Dobrze, że dostrzeżono ten trend i postanowiono temu zaradzić. Tzw. ustawa cukrowa to pierwszy krok do stworzenia fiskalnych bodźców, mających na celu wpływanie na prozdrowotne nawyki żywieniowe Polaków. Generalnie popieram przygotowaną przez rząd ustawę cukrową – choć z punktu widzenia skali oddziaływania opłaty, wymaga ona jednak dalszego rozszerzenia.
Dlaczego opłata cukrowa powinna być rozszerzona?
Ustawa nie obejmuje bowiem najbardziej oczywistego źródła cukru, jakim są słodycze. A szkoda, bo część z tych produktów jest dodatkowo uprzywilejowana również pod kątem preferencyjnych stawek VAT, co może niekorzystnie wpływać na stymulowanie konsumpcji wysokokalorycznych niezdrowych przekąsek. Warto się nad tym ponownie pochylić. Większość prowadzonych badań jednoznacznie wskazuje, że szerokie i zdecydowane działania na rzecz ograniczenia spożycia cukru wpływają korzystnie nie tylko na nawyki żywieniowe, ale także powodują dostosowanie się producentów do racjonalnych wymagań stawianych przez rozwiązania prawne.
Przy pracach nad ustawą w Sejmie Adrian Zandberg pytał obecnego na sali wiceministra zdrowia, Janusza Cieszyńskiego, co z shake’ami w McDonaldzie? Ustawa nie obejmuje słodzonych napojów mlecznych, i choćby na tym przykładzie widać, że ma braki.
Z myślą o kosztach leczenia otyłości, cukrzycy i innych chorób związanych z konsumpcją produktów nadmiernie słodzonych trzeba podjąć wszelkie, możliwie szerokie działania. Może warto zastanowić się nad włączeniem do regulacji smakowych napojów mlecznych, czy piwa smakowego i radlerów. Przypomnijmy, że jako produkty akcyzowe te ostatnie zostały z niej wyłączone. Tymczasem wpływy z tytułu akcyzy są dużo niższe, niż proponowana opłata od cukru. Konstrukcja akcyzy w Polsce od dawna stawia piwo w uprzywilejowanej pozycji względem wina, cydru czy alkoholi mocnych, co jest wysoce niekorzystne z punktu widzenia właściwej profilaktyki zdrowotnej i przeciwdziałania alkoholizmowi. Opłata cukrowa pokazuje, że większość napojów będzie droższa niż piwo. Istnieje obawa, że producentom napojów bardziej będzie opłacało się dodać do produktów minimalną dawkę alkoholu i zapłacić akcyzę, niż zostać objętymi opłatą cukrową.
Jak można poprawić to rozwiązanie, i czy działania fiskalne to jedyny skuteczny sposób na walkę z plagą otyłości?
Najprostszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie swoistej akcyzy na cukier wykorzystywany przez producentów żywności. Taki podatek objąłby wszystkie branże, zmusił je do myślenia o zmianie składu swoich produktów, a co najważniejsze, byłby równy dla wszystkich i nieskomplikowany. Dyskutując o skutecznych sposobach przeciwdziałania otyłości i pozostałych chorób cywilizacyjnych trzeba również pamiętać o profilaktyce żywieniowej, premiującej dietę bogatą w świeże warzywa, zachętach dla producentów do podejmowania wysiłków w kierunku zmiany składu żywności czy wspieraniu różnych form aktywności fizycznej. Służą temu kampanie edukacyjne.

Zanim kupimy coś niepotrzebnego

Im jesteśmy zamożniejsi, tym więcej rzeczy uważamy za absolutnie dla nas niezbędne.

Aż 84 proc. Polaków przyznaje, że w ich mieszkaniach zalegają niepotrzebne i nieużywane przedmioty. Często jest ich więcej niż sto, a czasami tak dużo, że trudno oszacować liczbę – wynika z badania przeprowadzonego przez SW Research w styczniu 2020 r. na zlecenie Gumtree.pl.
Większość z nas nie ma pomysłu, jak nieprzydatnym rzeczom nadać „drugie życie”. To niepokojące nie tylko dlatego, że niedostateczna jest nasza wiedza na temat możliwości ponownego wykorzystania przedmiotów. Problemem jest również rosnący konsumpcjonizm, który w skali globalnej przekłada się na nadmierną eksploatację dostępnych na Ziemi zasobów.
Dekonsumpcja – to postawa polegająca na świadomym ograniczeniu konsumpcji do niezbędnego minimum. Wciąż jest ona bardziej modnym hasłem, niż światopoglądem większości polskiego społeczeństwa – bo 4 na 10 mieszkańców naszego kraju kupuje zbyt dużo w stosunku do swoich aktualnych potrzeb. Choć wciąż konsumujemy mniej niż mieszkańcy najbogatszych krajów Europy Zachodniej (ale z roku na rok nadrabiamy ten dystans.)
W wspomnianym badaniu mieszkańcy Polski zostali poproszeni o oszacowanie, ile niepotrzebnych przedmiotów znajduje się w ich domach. Co trzeci respondent stwierdził, że ich liczba wynosi od 1 do 20. 24 proc. uznało, że ma takich rzeczy między 21 a 50, a około 8 proc. – więcej niż 100 (co chyba należy uznać za zaniżony odsetek). Tylko 16 proc. zapytanych odpowiedziało, że nie ma ich w ogóle, a 15 proc. udzieliło odpowiedzi „nie wiem, ale bardzo dużo”.
Ciekawe, że najmniej zbędnych rzeczy mają osoby między 50 a 65 rokiem życia – jeden na pięciu zapytanych z tej grupy wiekowej uważa, że nie ma ich wcale. Podobnie deklaruje 28 proc. Polek i Polaków o dochodzie powyżej 5000 złotych miesięcznie.
Z badania Gumtree wynika, że o dziwo, niepotrzebne przedmioty najczęściej przechowują Polacy o najniższych dochodach. W przypadku respondentów zarabiających poniżej 1000 złotych miesięcznie, odsetek ten wynosi 47 proc. Z kolei do śmieci zbędne rzeczy najczęściej wyrzucają Polacy otrzymujący na rękę między 3001 a 5000 złotych (35 proc) oraz powyżej 5000 złotych (30 proc.) Zapewne te dane wynikają z faktu, iż w miarę wzrostu dochodów, rośnie też liczba rzeczy uważanych przez nas za niezbędne.
Nie ma natomiast znaczących różnic między kobietami i mężczyznami – zarówno panie, jak i panowie mają tendencję do chomikowania. Najczęściej w polskich mieszkaniach zalegają ubrania – 35 proc. ankietowanych wskazało, że to właśnie odzież w niewłaściwym rozmiarze czy po prostu taka, która przestała nam się podobać, stanowi największą część niepotrzebnych i nieużywanych rzeczy w naszych zbiorach.
Na drugiej pozycji uplasowały się bibeloty i ozdoby, które kurzą się w domach 21 proc. respondentów. Kolejne miejsca zajęły zabawki (14 proc.), książki (13 proc.), przybory kuchenne i naczynia (9 proc.) oraz buty (7 proc.).
Niepotrzebne ubrania nieco częściej przechowują mężczyźni (39 proc.) niż kobiety (32 proc.). Panie uważają, że prawie wszystkie ciuchy są im niezbędne. Poza tym, chętniej gromadzą nieczytane książki (16 proc. w porównaniu do 9 proc. u panów).
Rosnąca konsumpcja to zjawisko, które w przestrzeni publicznej do niedawna było przedstawiane przede wszystkim jako coś pozytywnego. Wpływ na to miały z pewnością konsekwencje przełomu politycznego roku 1989, po którym Polska wkroczyła w erę kapitalizmu. Niedostępne w gospodarce niedoboru przedmioty, zaczęły nagle być na wyciągnięcie ręki, a Polacy zapragnęli posiadać ich jak najwięcej.
– Ten trend się zmienia, ponieważ coraz więcej osób myśli o tym, jaką planetę zostawi swoim dzieciom i wnukom. Również najmłodsze pokolenie zaczyna mieć świadomość znaczenia działań w duchu zero waste – komentuje wyniki badania Katarzyna Merska z Gumtree.
Co piąty mieszkaniec Polski przekazuje nieużywane przedmioty organizacjom charytatywnym. Podobny odsetek oddaje je bliskim. Najczęściej wolimy jednak… nic z nimi nie robić. Aż 38 proc. zapytanych Polek i Polaków stwierdziło, że zbędne rzeczy po prostu zalegają w ich mieszkaniach. Jedna na cztery osoby wyrzuca je do kosza na śmieci, a 9 proc. badanych to, co zalega w domach, sprzedaje w internecie. Ten ostatni trend trzeba ocenić pozytywnie, bo w dobie powszechnej cyfryzacji, takie rzeczy możemy z powodzeniem sprzedawać za pośrednictwem rozmaitych portali czy dedykowanych grup w social mediach.
Znacznie łatwiejsze niż kiedyś jest także wspieranie organizacji charytatywnych. W sieci znajdziemy dziesiątki adresów kontaktowych do fundacji, które przyjmą zalegające u nas ubrania czy książki.
Co czwarta osoba o dochodzie między 3001 a 5000 złotych deklaruje, że przekazuje niepotrzebne i nieużywane rzeczy wybranym instytucjom i organizacjom charytatywnym. Jednak w przypadku najlepiej zarabiających (powyżej 5000 złotych) odsetek ten spada do 20 proc. Zbędne rzeczy najchętniej organizacjom dobroczynnym przekazują osoby między 50 a 65 rokiem życia (26 proc.) oraz te poniżej 24 roku życia (22 proc.). Młodzi ludzie, chętniej niż inni, sprzedają używane przedmioty w internecie. Robi to 13 proc. badanych w grupie wiekowej 18-24 lata.
W mentalności większości Polaków nie ma zaszczepionych zachowań, które odzwierciedlałyby tzw. hierarchię postępowania z odpadami. W tej hierarchii, najważniejsza jest prewencja, czyli zapobieganie zbędnej konsumpcji. Następnie chodzi o ponowne użycie, które może być rozumiane jako odsprzedaż, przekazanie, naprawa czy recykling.
– Jeśli to pomijamy i dochodzi do zbędnego przechowywania nieużywanych produktów, zasoby i energia potrzebne do ich produkcji zostają nieracjonalnie wykorzystane, przyczyniając się w ten sposób do degradacji środowiska. Nadzieję na poprawę tej sytuacji niosą zmiany w unijnych dyrektywach odpadowych, przyjęte w 2018 roku, a teraz wzmocnione w tzw. Europejskim Zielonym Ładzie. Kładą one większy nacisk na działania prewencyjne, obligując kraje członkowskie, samorządy oraz przedsiębiorców do lepszego projektowania produktów – tak, aby były trwalsze i nadające się do naprawy, a sektor second-hand był wspierany narzędziami edukacyjnymi czy ekonomicznymi – ­mówi Piotr Barczak, z stowarzyszenia Zero Waste i Europejskiego Biura Ochrony Środowiska.
Dzień Długu Ekologicznego to umowna data, kiedy Ziemia wykorzystała wszystkie zasoby na dany rok, w stopniu przekraczającym zdolność planety do ich odnawiania. W 2019 dzień ten przypadł 29 lipca, a więc zaledwie po 7 miesiącach roku.
Są rozmaite sposoby na to, jak ograniczać konsumpcję. Działania te wciąż nie przekładają się jednak na wymierne, pozytywne efekty, a ich skala pozostaje ograniczona. Najbardziej godny polecenia jest tzw. smart shopping – czyli kupowanie tylko takich produktów, które są nam niezbędne, a przy tym ich stosunek jakości do ceny stoi na bardzo wysokim poziomie.

Co wypije Polak po podwyżce?

Optymiści (czyli resort finansów) uważają, że po wzroście VAT-u na napoje owocowe zwiększy się konsumpcja soków. Pesymiści (producenci napojów owocowych) są zdania , że zaczniemy pić coraz więcej niezbyt zdrowych gazowanych słodkich trunków.

Ponad 22 mld zł wynosi obecnie wartość polskiego rynku soków, nektarów i napojów owocowych, z tendencją wzrostową. W przyszłym roku może on urosnąć do 24 mld złotych.
Najlepiej sprzedającym się produktem z tej grupy jest woda mineralna, drugie miejsce zajmują rozmaite napoje gazowane, zaś trzecie, soki, nektary i napoje owocowo-warzywne. Wartość tej ostatniej części rynku to ok. 5,9 mld zł. Z tej kwoty połowę (czyli niespełna 3 mld zł) stanowią napoje owocowe i owocowo-warzywne. I o ich opodatkowanie toczy się właśnie spór.
Jak planuje Ministerstwo Finansów, jedna stawka dla wszystkich soków i napojów owocowych zostanie – od początku przyszłego roku – zmieniona na trzy stawki, uzależnione od rodzaju napoju. Według najnowszych zamierzeń Ministerstwa Finansów, soki spełniające wymogi dla nich przeznaczone, w dalszym ciągu opodatkowane będą 5-procentowym VAT-em. Wzrośnie VAT na nektary (o 3 p. proc.), do 8 proc., oraz na napoje owocowo-warzywne (aż o 18 p. proc.), do 21 proc.
Można zrozumieć intencje resortu finansów, oprócz tych czysto fiskalnych. Choć sprzedaż soków w Polsce rokrocznie się podnosi, to wciąż ustępują one napojom i stanowią 38 proc. całej sprzedaży tych trzech trunków. Nektary stanowią 12 proc. struktury spożycia, a napoje 50 proc. Resort zakłada, że po takiej zmianie VAT-u napoje owocowo-warzywne staną się znacznie droższe, a wiec ludzie chętniej zaczną kupować, dużo bardziej wartościowe, soki.
Polacy są w czołówce społeczeństw konsumujących soki, nektary i napoje. Przeciętny mieszkaniec naszego kraju wypija ich 35 litrów w ciągu roku.
Jest to więcej, niż średnia europejska. Z porównywalnych wielkością krajów, więcej tego rodzaju trunków niż piją jedynie Niemcy.
Rzecz jednak w tym, że jak wspomniano, soki stanowią zaledwie 38 proc. konsumpcji całej grupy tych trunków.
Polska jest też ważnym producentem owoców. Pod tym względem w Unii Europejskiej nasz kraj ustępuje jedynie Włochom, Hiszpanom, Grekom i Niemcom. W przypadku wielu rodzajów owoców jesteśmy liderami na rynku. Tak jest w przypadku jabłek, których Polska produkuje najwięcej w Unii Europejskiej, a na świecie ustępuje jedynie Chinom.
Unijnym liderem Polska jest także w produkcji malin, wiśni, porzeczek, aronii, borówki wysokiej. Czołowe miejsca polscy producenci zajmują również w produkcji truskawek (ustępując w UE jedynie Hiszpanii), agrestu i aronii.
Rocznie produkuje się u nas 300 tys. ton zagęszczonego soku jabłkowego oraz 40 tys. ton zagęszczonych soków z tzw. owoców kolorowych. Ponad 100 tysięcy gospodarstw rolnych uprawia drzewa owocowe. To wszystko sprawia, że przetwórstwo owocowo-warzywne jest ważną i eksportową częścią polskiego przemysłu spożywczego. Udział polskiego rynku w sprzedaży wynosi 6 proc. całej sprzedaży UE.
Producenci napojów owocowych alarmują, że żądana przez resort finansów zmiana może spowodować bardzo niebezpieczne skutki dla rynku napojów owocowych i sadowników.
Uważają oni, że konsumenci nie akceptujący podwyższonych cen na napoje owocowo-warzywne, mogą częściej wybierać różne trunki gazowane, które po planowanej podwyżce będą do kupienia dużo taniej od napojów owocowych.
Producenci napojów, dla zminimalizowania kosztów podwyżki podatków, mogą zaś obniżać jakość swoich produktów zmniejszając zawartość soku (z 20 proc. do nawet 10 proc. lub mniej), co wpłynie na ich wartości odżywcze (oraz dodatkowo, na zmniejszenie zapotrzebowania na owoce i warzywa).
Wbrew opinii Ministerstwa Finansów proponowana podwyżka VAT nie wpłynie na poprawę jakości płynów kupowanych przez Polaków, a wręcz przeciwnie – sprawi, że zwiększy się udział w rynku słodzonych napojów gazowanych – ocenia Warsaw Enterprise Institute.
Zarówno producenci napojów jak i WEI, uważają, że klienci, z niewiadomych powodów nie zaczną trochę chętniej konsumować soków, które po zmianie VAT-u staną się przecież relatywnie tańsze w porównaniu z napojami. A soków, które są najcenniejsze dla zdrowia, Polacy wciąż przecież piją za mało. Mogłaby ich do tego zachęcić właśnie podwyżka VAT-u na napoje owocowe.
Sok otrzymuje się z owoców i warzyw. Zakazane jest dodanie do niego cukru, słodzików i innych substancji słodzących, barwników, konserwantów oraz wszelkich aromatów, za wyjątkiem tych powstałych z owoców i warzyw, z których sok jest wyprodukowany. Czyli, czysta natura. Dosłodzenie dozwolone jest jedynie w przypadku soków owocowo-warzywnych. Soki mogą być natomiast wzbogacone w witaminy i sole mineralne – dzięki czemu będą jeszcze zdrowsze.
Sok należy odróżnić od nektaru, który musi zawierać minimum od 25 proc. do 50 proc. soku bądź przecieru z owoców i warzyw. Pozostałą częścią nektaru może być woda, cukier, miód, czasami kwas cytrynowy. Podobnie jak w przypadku soków, do nektarów nie można dodawać barwników i konserwantów oraz aromatów innych, niż uzyskany z owocu bądź warzywa, z którego powstaje produkt. Procentowa obecność soku różni się w zależności od rodzaju nektaru. W przypadku nektaru z jabłek, ananasa czy brzoskwini udział soku musi wynosić co najmniej 50 proc. Mniej soku (min. 25 proc.) mogą zawierać nektary z owoców, z których nie produkuje się soków, bo byłyby za kwaśne lub zbyt intensywne i niesmaczne. To np. czarna porzeczka czy wiśnia.
Najszersza – i z największą gamą dodatków – jest grupa napojów. W Polsce mamy ich dwa rodzaje: napoje owocowo-warzywne z minimum 20-proc. zawartością soku czy przecieru, oraz pozostałe napoje (w tym gazowane) o dowolnym smaku, z zerową lub nieznaczną zawartością soku. Można dodawać do nich substancje, które zakazane są w przypadku soków i nektarów (sztuczne barwniki, aromaty, ulepszacze smaku). Nawet jeśli do 100-proc. soku owocowego doda się np. przyprawy bądź ich ekstrakty, to z prawnego punktu widzenia nie będą to już produkty określane mianem soków.