Dwadzieścia jeden salw (Operacja „Transatlantyk“)

Tym, dla których pojęcie służba państwu nie jet sloganem, lecz sensem istnienia.

Helikopter wiozący VIP-a, wysokiego gościa z małżonką, wylądował na placu przed Białym Domem. Po chwili druga maszyna dowiozła resztę delegacji państwowej – w tym wicepremiera oraz ministra spraw zagranicznych. W ogrodzie, od strony południowej budynku, przed reprezentacyjnym wejściem czekał już prezydent Gerald Ford w towarzystwie m.in. sekretarza stanu Henry Kissingera i szefa sztabu armii USA – gen. Frederica Weyanda. Odegrano hymny obu państw, przetoczył się nad zebranymi grzmot dwudziestu jeden salw armatnich, pododdziały honorowe armii amerykańskiej stanęły do przeglądu. Po tej części uroczystości, zarezerwowanej w protokole wyłączne dla głów państw, prezydent Ford a następnie jego gość wygłosili krótkie premówienia, następnie z tarasu Białego Domu pozdrowili zgromadzonych witających i udali się do rezydencji prezydenta Stanów Zjednoczonych na oficjalne rozmowy. Najpierw – obu przywódców a później – plenarne, z udziałem najwyższych urzędników państwowych obu stron.
Tak 8 października 1974 roku, lądowaniem o godzinie 10,28 czasu miejscowego w Waszyngtonie rozpoczęła się najważniejsza część wizyty przywódcy PRL, pierwszego sekretarza PZPR, szeregowego posła na Sejm, w Stanach Zjednoczonych Ameryki.
Wizyta była dla obu stron ważna. Dla Edwarda Gierka był to szczyt sukcesów w pierwwszej części jego przerwanej później dekady. Nie miał zamiaru jednak poprzestawać na tym, co osiągnął. Rozmowy w USA, szczególnie te gospodarcze, były bardzo istotne. Powołano wspólny Fundusz im. Marii Skłodowskiej Curie jako narzędzie współpracy naukowo – technicznej obu krajów. Założono zwiększenie obrotów handlowych do 1 mld USD w 1976 roku (jeden miliard wówczas to jego wielokrotność dzisiaj). Podjęto decyzję o rozbudowie siatki regularnych połączeń lotniczych między Polską a USA. Zawarto umowy licencyjne, wśród innych także na zakup i produkcję kolorowych kineskopów, będących produktami podwójnego zastosowania.
Strona amerykańska była zaskoczona świetnym przygotowaniem merytorycznym polskich negocjatorów. Dawała temu wyraz. Zresztą trwał czas „detente“, odprężenia w relacjach Wschód – Zachód i Ameryce zależało na jego pogłębieniu, choćby po to, by wyraźniejsze stały się rysy na „monolicie“ Paktu Warszawskiego. Kto mógł przypuszczać, że już niebawem wybuchnie kryzys finansowo – gospodarczy obejmujący Europę Zachodnią i USA, grzebiąc pod odłamkami tej katastrofy nadzieje Gierka na wzrost eksportu na Zachód licencyjnej produkcji i dalszy dynamiczny rozwój kraju.
Tymczasem jednak trawał czas niewątpliwych sukcesów . Inwestycje – powszechna motoryzacja społeczeństwa dzięki produkcji w FSM w Bielsku-Białej Fiata 126p , budowa huty Katowice oraz Portu Północnego, Centralnej Magistrali Kolejowej, trasy szybkiego ruchu Warszawa-Katowice, dworca kolejowego Warszawa Centralna, Trasy Łazienkowskiej w Warszawie, potęgujących możliwości logistyczne kraju. Rafinerii Gdańskiej i Elektrowni Bełchatów wzmacniających polski sektor energetyczny, produkcji traktorów Fergusson w zakładach Ursus dla sektora rolniczego, autobusów Berliet na licencji francuskiej, masowego budownictwa mieszkaniowego z prefabrykatów „wielkiej płyty“ dla ogółu obywateli i wiele innych.
Owszem, linie kredytowe wówczas zaciągnięte obciążały Polskę przez wiele lat ale i tak były znacznie mniejsze, niż zaciągnięte przez aktualne władze z ich widocznym, lub raczej – niewidocznym tymczasem efektem, który w perspektywie „ulży“ kieszeniom obywateli.
Te działania Gierka, człowieka odmiennego od pozostałych szefów partii w obozie realnego socjalizmu, bowiem wychowanego w społeczeństwie zachodnim, we Francji i Belgii, budziły irytację i obawy sojuszników. Nagłaśniali je szefowie partii NRD – Erich Honecker i Czechosłowacji –Gustaw Husak. Jednak najważniejsze było stanowisko Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego wobec poczynań Gierka.
Piotr Kostikow,nadzorujący sprawy polskie w ramach Komitetu Centralnego partii ZSRR wyrażał się krytycznie o „fascynacji Gierka Zachodem i USA“, podobnie widział to też zastępca członka Biura Politycznego KPZR, jej sekretarz, odpowiedzialny za stosunki międzynarodowe , BorysPonomariow.
Gierek rozumiał, że postawił nogę na „czerwonej linii“ zbliżenia z Zachodem, którą nakreślił potężny wschodni sąsiad, jako nieprzekraczalną. Mimo to dokonał tego kroku. Mógł to zrobić także dzięki świetnemu merytorycznie i efektywnemu przygotowaniu wizyty w USA, której pozytywnych wyników dla „gospodarki socjalistycznej“ przywódcy ościennych państw nie mogli kontestować.
XXX
Kilka dni wcześniej, przed wizytą Gierka w USA pod warszawski budynek u zbiegu ul.Pięknej i Al. Ujazdowskich podjeżdża ciężarówka firmy przeprowadzkowej.
Czterech mężczyzn, z trudem wciąga na pasach szafę na jedno z pięter kamienicy.
Nikogo to nie dziwi, bo lokal jest podnajmowany i często zmieniają się zamieszkujące go osoby. W rzeczywistości był to stały punkt obserwacyjny polskich służb, skierowany na budynki ambasady USA po przeciwnej stronie ulicy.
Podobnie było od strony Al. Ujazdowskich, tam z kolei stały punkt był usytuowany w wysokim budynku pod numerem 8, dawniej z restauracją „Ambasador“ na parterze.
Gdy w kamienicy przy ul.Pięknej 1B zatrzaśnięto drzwi mieszkania, które opuścili już tragarze, i otworzono drzwi szafy, dla dwóch lokatorów stało sie jasne, czemu ten mebel był tak ciężki. Wewnątrz znajdowało się urządzenie złożone z kilku bloków – zasilania , sterowania i emisora impulsów, czegoś w rodzaju rury o stosunkowo dużej średnicy, wydłużonej na kształt obciętej lufy armatniej, zawierającej elementy opto – elektroniczne i instalacje generujące impulsy.
W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku Polska była pionierem i liderem światowym w dziedzinie techniki laserowej. W Instytucie Elektroniki Kwantowej Wojskowej Akademii Technicznej powstawały w połowie tych lat lasery impulsowe dużych mocy a jeszcze wcześniej – w 1966 roku przekazano Zakładom Produkcji Doświadczalnej WAT laser molekularny na dwutlenku węgla o dużej mocy do zastosowania w przemyśle przy cięciu i spawaniu różnych materiałów. Teraz produkt myśli technicznej polskich naukowców miał się sprawdzić w zupełnie nowej roli…
XXX
Józef Osek, dyrektor Departamentu I MSW od listopada 1971 roku, a więc szef wywiadu, zarywał kolejną noc. Tak było juz od paru tygodni ale złożoność operacji, którą przygotowywał mogła kogokolwiek przyprawić o bezsenność. Zgodnie z zasadami sztuki wywiadowczej każdy znał fragment większej całości, jemu należny. Wszystkie nici zbiegały się w gabinecie szefa i tylko on wiedział, co się naprawdę szykuje. Oczywiście formalnie był powiadomiony o sprawie minister spraw wewnętrznych Stanisław Kowalczyk ale gdyby Oskowi powinęła się noga, to
jego przłożony z wyprzedzeniem poinformował go, że zrzuci to na karb braku subordynaci podwładnego. Ludzie z Wydziału III, z ochrony kontrwywiadowczej, czuwali w stałych punktach obserwacyjnch, specjaliści wydziału IX przygotowywali środki techniki operacyjnej, od prozaicznych amperomierzy począwszy do specjalnych zestawów wytrychowych, koledzy z sekcji fotograficznej gromadzili materiały światłoczułe i aparaty do precyzyjnej dokumentacji zdjęciowej . VII Zarząd (Wywiad Naukowo-Techniczny) a właściwie jego wydział I organizował unikalne urządzenia, niezbędne do wykonania zadania.
Dyrektor Osek czekał jeszcze na sygnał od źródła w rozpracowywanym obiekcie. Wreszcie sygnał nadszedł…
Ponieważ budynek, który grupa operacyjna miała nocą spenetrować z zewnątrz był chroniony przez kamery telewizji przemysłowej , a wewnątrz podzielony na liczne strefy, zamknięte analogowymi, numerycznymi zamkami elektrycznymi, (były wporawdzie i zamki klasyczne, ale ich otwarcie zajmowało jednemu z członków grupy tyle czasu ile dyletantowi w tej pracy przekręcenie w nich klucza) opracowano system kombinacji cyfr, pozwalający na ich szybkie odblokowanie. Pomocny okazał się tu pracujący w MSW pierwszy polski pecet K-202 projektu genialnego inżyniera Jacka Karpińskiego, na układach scalonych, z pamięcią operacyjną do 8 MB (dla porównania – amerykański PC IBM z owej epoki dysponował 64 kilobajtami). Grupy cyfr trzeba było jakoś zachować, aby użyć ich w miejscu przeznaczenia, rozkodowując natychmiast algorytmy zastosowane w zamkach. Tu przydał się zaadaptowany „akumulator cyfr“ do szyfrogramów, używany w błyskawicznej radiołączności. Ten prekursor pendriv’a „gwizdka“ USB, był w stanie pomieścic 1000 grup 5-cio cyfrowych tzw. gamy szyfrowej, które później, w ułamku sekundy, można było wyemitować poprzez przenośną mini – radiostację. Radiopelengatory obcych służb rejestrowały jedynie pisk, trwający ułamki sekundy, i nie dający szans na lokalizację źródła transmisji. Takim sprzętem dysponowali już wówczas operatorzy polskiego wywiadu w terenie, którzy mogli wykorzystywać go, po uprzednim zapisaniu szyfrogramu np. podczas jazdy samochodem, używając zakamuflowanego pod radio nadajnika i nie rzucającej się w oczy anteny samochodowej (kiedyś takie, jak długie, giętkie bicze, były wręcz modne). Co prawda ten solidny prostopadłościan, po odpowiednich modyfikacjach, ważył około kilograma i był w stanie zachować zgromadzone w nim informacje jedynie przez około pół godziny, ale był to czas wystarczjący dla operatorów w trakcie wykonywania zadania w budynku. Ćwiczyli zresztą przebieg akcji wielokrotnie na symulowanych trasach i zabezpieczeniach, ze stoperem w ręku. Wychodziło im – plus, minus – pół godziny.
XXX
Do szefa polskiego wywiadu dotarły, oprócz oczekiwanego sygnału, dodatkowe szczegóły. W ambasadzie USA w Warszawie powstał dokument, określający główne tematy rozmów i sugerowaną taktykę w trakcie spotkania prezydenta Geralda Forda z Edwardem Gierkiem. Precyzował kierunki zainteresowań, dezyderaty i nadzieje polskiego rozmówcy, widziane przez dysponujących też polskimi źródłami osobowymi funkcjonariuszy CIA, pracujących na dyplomatycznym przykryciu. Dokument miał trafić via Langley do rąk Henry Kissingera a stamtąd do prezydenta Stanów. Tymczasem, jeszcze przed zaszyfrowaniem, złożono całość dokumentacji w sejfie, w pomiesczeniu przylegającym do gabinetu ambasadora Richarda Townsenda Daviesa, zresztą zawodowego wojskowego, który miał nazajutrz podpisać materiał i wydać polecenie jego wyekspediowania. Miał dotrzeć do USA, dla pewności, dwiema drogami. Jako niezaszyfrowany maszynopis walizką dyplomatyczną i jako obszerny szyfrogram via radio. Nie można było dłużej zwlekać.
Szef wywiadu wydał rozkaz, z pełną świadomością, że w razie „wpadki“ może dojść nawet do odwołania wizyty, przy czym kwestia jego dyrektorskiego fotela była niczym. Ale wiedział też, że pozyskanie tych dokumentów dawało fory polityczne jego przełożonemu – Stanisławowi Kowalczykowi a przede wszystkim – Edwardowi Gierkowi w rozmowach z Geraldem Fordem i szanse na wynegocjowanie najkorzystniejszej dla Polski wersji umów międzypaństwowych.
XXX
Grupa pięciu ludzi w czarnych kombinezonach i kominiarkach zdecydowała się forsować ogrodzenie ambasady USA od strony Pałacu Lilpopów z bujnie zadrzewionym ogrodem, pod numerem 33/35 Al. Ujazdowskich . Roślinność i noc stanowiły naturalną, acz marną osłonę, bo mimo iż były to tyły kompleksu budynków ambasady to i one miały ochronę w postaci reflektorów z monitorami ruchu i kamer telewizji przemysłowej.
Dowódca zespołu operacyjnego dał sygnał przez walkie-talkie ekipie ze stałego punktu obserwacyjnego przy ul Pięknej. Chwilę po tym silny impuls lasera poszedł w stronę wartowni, w której pełnili służbę marines. Miał oślepić kamerę bocznego skrzydła ambasady. Udało się dopiero za drugim podejściem. Efektem pierwszego był idealnie okrągły otwór w szybie wartowni, nie powodujący jej rozbicia, nad czym długo później głowili się amerykańscy spece. Oślepiona drugim, słabszym impulsem, kamera zaowocowała ciemnym polem na monitorze kontrolnym perymetru ambasady i ściągnięciem dodatkowych sił do jej pomieszczen od strony ul.Pięknej tudzież dekoncentracją żołnierza piechoty morskiej, śledzącego szereg migających naprzemiennie monitorów. To wystarczyło. Po nieco wiecej niż minucie cała piątka była już na terenie placówki dyplomatycznej. Otwieranie kolejnych drzwi w śluzach szło bez przeszkód. Aktorzy tego teatru cieni, momentami wspomagani wąskimi snopami czerwonego światła i s,przętem zbliżali sie nieuchronnie do tylnego wejścia ambasadorskiego gabinetu, skąd mieli bliżej do sejfu. Elektronik zespołu rozkodował ostatni zamek i staneli „oko w oko“ ze swym obiektem pożądania.
Sejf wyglądał solidnie i głowice zamków szyfrowych na nim – również. W zespole był arcymistrz ich otwierania. Żaden trezor bankowy nie byłby w stanie mu się oprzeć. Ale wymagałoby to zabawy ze stetoskopem, na co nie było czasu. Ale i to przewidziano. Jeden z członków ekipy wyjął kasetę z arkuszem kliszy światłoczuej, drugi – otworzył niesiony przezeń pojemnik z talem 204 tl ( ten sztuczny radionukleid, transuranowiec był radioizotopem dostarczonym z IBN w Świerku, gdzie funkcjonowały reaktory zbudowane w Polsce – „Agata“ i „Ewa“ /Eksperymentalny,Wodny,Atomowy/). Kierując otwór pojemnika pod określonymm kątem na boczną ścanę sejfu, dał czas partnerowi na przyłożenie kliszy do drzwi pancernych. „Kasiarz“ zobaczył zarys systemu zapadek. To mu wystarczyło. Po trzech minutach sejf stanął otworem. Kolejny oficer-operator szybko sfotografował materiał. Uporządkowano maszynopis, zamknięto z powrotem sejf. Grupa ludzi, którzy mieli świadomość następstw promieniowania i konsekwencji choroby popromiennej, miała już opuścić pomieszczenie sejfowe, gdy ich uszu dobiegł cichy szelest. Zamarli. Po chwili człowiek z VII zarządu otworzył skrytkę w ścianie. Był w niej magnetofon, uruchamiany automatycznie jakimikolwiek sygnałami dźwiękowymi, jeśli do takowych, w pomieszczeniu po jego zamknięciu, dochodziło. Delikatnie, w lateksowych rękawiczkach, które nie ograniczały jego ruchów, wyjął magnetofon. Był to profesjonalny Kudelski. Na szczęście wcześniej założyciel tej sławnej na Zachodzie firmy, emigrant z Polski, podarował swej ojczyźnie, widząc niezaprzeczalne symptomy jej rozwoju w latach 70-tych, licencję na produkcję tego sprzętu.
Nie miał więc on dla oficera VII zarządu żadnych tajemnic. Wycofał taśmę, skasował zapis, i ostrożnie, już po wyjściu kolegów z pomieszcenia, umieścił go z powrotem w skrytce. Pięciu ludzi, jakl pięć duchów, szybko pokonało całą trasę, tyle, że w odwrotnej kolejności, skrupulatnie zamykając za sobą zamki śluz. Po około siedmiu minutach byli już z powrotem w ogrodzie pałacu Lilpopów, nie pozostawiając żadnych śladów swej tajnej operacji. Od startu do końca trwała w sumie nieco mniej niż pół godziny.
XXX
Na kilka dni przed tym, nim helikopter wiozący Edwarda Gierka wylądował na placu przed Białym Domem, na biurku pierwszego sekretarza PZPR „wylądował“ ściśle tajny dokument specjalnego znaczenia. Zawierał pełną informację o tym, jaka będzie taktyka i główne akcenty w polsko – amerykańskich rozmowach bilateralnych, forsowane przez gospodarzy…
Później dziwnym zbiegiem okoliczności Minister Spraw Wewnętrznych – Stanisław Kowalczyk w październiku 1974 roku został wypromowany na generała brygady MO a następnie – zastępcę członka i w końcu – członka Biura Politycznego partii.
Pułkownik Józef Osek, później – generał brygady, szefował wywiadowi do listopada 1974 po czym, w 1975 roku został powołany na spokojniejszą i bardziej lukratywną funkcję wiceprezesa Głównego Urzędu Ceł.
A co z pozostałymi bohaterami, bez żadnych cudzysłowów, naszej historii? Jeden z nich zmarł szybko w wyniku ostrej choroby popromiennej z anemią plastyczną i białaczką. U drugiego choroba ta przybrała formę przewlekłą ale przez to nie mniej śmiertelną. Kolejnych trzech los oszczędził. Wspomniany wirtuoz precyzyjnego odblokowywania zamków szyfrowych, który mógłby zbijać kokosy w podziemiu kryminalnym dzięki swym umiejętnościom „kasiarza“, były funkcjonariusz IX wydziału I Departamentu wegetuje na szczątkowej emeryturze,, którą mu załatwili aktualnie rządzący ustawą represyjną, surrealistycznie zwaną dezubekizacyjną, chociaż dotkniętych nią pracowników UB ze świecą szukać, bowiem zadziałały tu bezwzględne prawa biologii i ludzie ci odeszli w bezpowrotną przeszłość. Elektronik, w podobnej sytuacji, dorabia naprawianiem komputerów do w miarę godnej materialnie starości. Dowódca zespołu zapodział się gdzieś z upływem lat, nie można wykluczyć, że już zmarł. Tyle tylko można powiedzieć o jednej z najefektowniejszych operacji polskiego wywiadu po IIwojnie światowej. „Tylko“, bowiem są zasady pracy wywiadowczej, które każą milczeć w kwestiach dotyczących bezpieczeństwa Państwa bez względu na szafowanie przez polityków „odtajnianiem“ i „zwalnianiem z tajemnicy“, ze szkodą, jaką nawet dzisiaj może wyrządzić taka ich działałność Polsce.
Od autora: Operacja opisywana rzeczywiście miała miejsce. Sfabularyzowana forma niniejszego tekstu wynika z tego właśnie, co ująłem w ostatnich dwóch zdaniach artykułui. Szanujące się służby w państwach, gdzie rządzący realizują instynkt państwowotwórczy zamiast o nim mówić, chronią swe źródła i szczegóły operacji znacznie dłużej , niż rutynowe 50 lat. Wystarczy przytoczyć „sukcesy“w dopraszaniu się strony polskiej w MI6 o dokumentację katastrofy gibraltarskiej, w której zginął Naczelny Wódz i premier – generał Władysław Sikorski, że nie wspomnę o wywiadach używających nieco pompatycznej w brzmieniu pieczęci na dokumentach : „Zachować w tajemnicy po wieczne czasy“.

Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnioeuropejskich producentów. Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznnych tumaczeń. Autor trylogii „Dżungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi się krwi”, wydanej też w pakiecie pt. „Bohaterowie cichego frontu”. Opublikował również książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz …tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Po drugiej stronie medalu (operacje wywiadu PRL na terenie ZSRR)

Kiedy po studiach i po szkoleniu, bardzo wszechstronnym i intensywnym – języki, techniki kryptograficzne, łączność, orientacja w terenie (obserwacja – kontr obserwacja), znajomość służb specjalnych NATO, zajęcia sprawnościowe, analiza operacji wywiadowczych (źródła sukcesów i porażek), treningi psychologiczne- trwającym dwa lata, rozpocząłem służbę, robiłem to ze świadomością, że wstępuję do wywiadu państwa polskiego. Państwa nie w pełni suwerennego ale ku suwerenności, wedle mej oceny, zdążającego, państwa autorytarnego, którego autorytaryzm nie był jednak monolityczny i wyraźnie widać było szczeliny w systemie, przez które docierały, niekoniecznie prześladowane przez władze, idee inne niż oficjalnie głoszone. Była połowa lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku.

Kiedy po studiach i po szkoleniu, bardzo wszechstronnym i intensywnym – języki, techniki kryptograficzne, łączność, orientacja w terenie (obserwacja – kontr obserwacja), znajomość służb specjalnych NATO, zajęcia sprawnościowe, analiza operacji wywiadowczych (źródła sukcesów i porażek), treningi psychologiczne- trwającym dwa lata, rozpocząłem służbę, robiłem to ze świadomością, że wstępuję do wywiadu państwa polskiego. Państwa nie w pełni suwerennego ale ku suwerenności, wedle mej oceny, zdążającego, państwa autorytarnego, którego autorytaryzm nie był jednak monolityczny i wyraźnie widać było szczeliny w systemie, przez które docierały, niekoniecznie prześladowane przez władze, idee inne niż oficjalnie głoszone. Była połowa lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku.
Kompetencje Wywiadu (czyli I D epartamentu ów czes nego M S W) i Służby Bezpieczeństwa (czyli Departamentu III) były wyraźnie rozdzielone, potwierdzała to również struktura Ministerstwa. Wystarczy sobie przypomnieć, że np. szefem Wywiadu a zarazem wiceministrem był gen.Pożoga a równolegle inny wiceminister, gen.Ciastoń, był szefem SB. Nawet dokumenty identyfikacyjne się różniły. Funkcjonariusze wywiadu posługiwali się wprawdzie takim samym formatem legitymacji ale pozycja „Służba Bezpieczeństwa” była w nich przekreślona pieczątką z symbolem 33.(Ja oczywiście, jako oficer – nielegał nigdy legitymacji, która mogłaby stać się elementem dekonspirującym, nie posiadałem. Trudno wyobrazić sobie, że np., w wypadku aresztowania przez obcy kontrwywiad wyjmowałbym legitymację z komentarzem, iż jestem oficerem polskiego wywiadu. Z kolei polskie służby też nie mogły wiedzieć o moim statusie, z przyczyn, jak wyżej. Tak więc działanie w pionie „N” miało swoisty urok – nigdy nie wiedziałeś, czy będziesz ścigany przez przeciwnika czy przez swoich.) Pozwalało to wejść do części gmachu na Rakowieckiej, wydzielonej dla Wywiadu, która nie komunikowała z częścią zajmowaną przez SB. W ogóle nie jest mi znany statut MSW z owych czasów, który oficjalnie stwierdzałby,że Wywiad stanowi integralną część SB. (I w żadnym razie w tym co mówię nie chodzi o dezawuowanie istotnej roli pracowników Służby Bezpieczeństwa dla funkcjonowania aparatu państwa.Po prostu zakresy obowiązków obu tych polskich służb specjalnych były odrębnie określone i specyficzne dla każdej z nich. Wywód mój służy wyłącznie przekazaniu prawdy historycznej o ich usytuowaniu w strukturze formalno-prawnej PRL.) Słyszałem o jakimś dokumencie wewnątrz resortowym, dotyczącym tej kwestii, sformułowanym na poziomie ministerialnym, którego zresztą żadnemu oficerowi nie okazywano a już na pewno – nie nielegałom, „kadrze N’.Powstał on w 1989 roku i na jego mocy Wywiad przez ok. 3 miesiące, przed ostatecznymi zmianami systemowymi w Polsce, został połączony ze strukturami SB. Nie odnosi się to na pewno do czasu,kiedy zaczynałem pracę w polskim wywiadzie, a więc do roku 1973. Krótko rzecz ujmując każda z tych służb państwowych miała swój obszar działania. Cała wspólnota I Departamentu tamtego okresu identyfikowała się specyficznie z Wywiadem i jej członkowie do Wywiadu właśnie wstępowali i nie byli,również w przypadku nielegałów, „agentami Wydziału XIV Departamentu I SB MSW”. (Oczywiście,to przekonanie może nie mieć pełnego odzwierciedlenia w stronie formalno-prawnej odnośnie I Departamentu, który od 27 listopada 1956 był przeniesiony do MSW z „dobrodziejstwem inwentarza”, a więc można by z tego wywodzić, że był częścią SB. Jednak nawet przewodniczący Rady IPN prof.Andrzej Paczkowski twierdzi, że w 1981 roku, via facti, wydzielono z SB piony wywiadu i kontrwywiadu a de iure zostało to ujęte w lipcu 1983 w „Statucie Organizacyjnym MSW” i taki stan rzeczy trwał,z kilkumiesięczną przerwą,do 1989 roku włącznie.)
Może to co piszę, to truizmy ale bez ich przypomnienia trudno będzie zrozumieć ten najbardziej chyba tajny aspekt działania Wywiadu MSW, a w szczególności XIV Wydziału (nielegalnego) jego I Departamentu, o którym praktycznie, poza aluzjami np. w książce Zbigniewa Siemiątkowskiego, się nie wspomina. A i dokumenty na ten temat w archiwach się nie zachowały, bowiem dotyczyły materii tak delikatnej, że zaraz po zapoznaniu się z nimi uprawnionych przedstawicieli władz, miały być niszczone.
Chodzi o akcje prowadzone przez wywiad polski w ZSRR w latach 1986-89.
W Polsce, w kręgach władzy, która czuła presję rosnącej w siłę opozycji, mimo stopniowo likwidowanych niedogodności stanu wojennego, rodziło się nie bez rozdźwięków, przekonanie, że po pierwsze: trzeba podjąć z opozycją dialog, po drugie – że nie będzie możliwe wyprowadzenie kraju z kryzysu bez poważnych reform systemowych. Na tę wewnętrzną dyskusję w ramach ówczesnego establishmentu nakładały się wpływy czynników zewnętrznych a przede wszystkim postępujące zmiany w ZSRR, zapoczątkowane przez Michaiła Gorbaczowa, I sekretarza KC KPZR w celu reanimacji komunizmu w Rosji. „Pierestrojka” i „głasnost`”, bo o nie chodzi, doprowadziły w końcu do efektów przeciwnych od zamierzonych, ale w 1986 r. nikt jeszcze o tym nie wiedział.
Natomiast polskie władze musiały orientować się, jakie tendencje są w kierownictwie partyjnym Rosji dominujące, musiały wiedzieć, jak dalece mogą posunąć się w dialogu i ewentualnych ustępstwach na rzecz opozycji. Oczywiście nie mogły liczyć, że tę wiedzę zapewni im radziecki sojusznik, który traktował je z dużą dozą podejrzliwości, wbrew pobrzmiewającym w komunikatach z oficjalnych rozmów bilateralnych sformułowaniom o ich przebiegu w duchu „braterskiej szczerości i otwartości”.
Pozyskanie niezbędnych informacji inną drogą stało się koniecznością.
Stąd zrodził się pomysł wykorzystania do tego zadania Wywiadu. Ale wprowadzając w zagadnienie minimalną, niezbędną ilość oficerów i to jedynie tych, co do których istniała pewność, że ich personalia nie są znane drugiej stronie. I tu wracamy do tego, zdawałoby się niezbyt istotnego określenia z początku tekstu „państwo nie w pełni suwerenne”, którym po 1956 r. według doktryny Breżniewa była Polska, w odróżnieniu od państwa w pełni niesuwerennego, którym była przed tą cezurą czasową. Otóż w tym państwie, w ramach takiej struktury jak Wywiad, istniały wyspy niezależności. Taką oazą był XIV wydział I Departamentu MSW – „nielegalny”. Wbrew temu, co się teraz często opowiada strona rosyjska nie wiedziała absolutnie nic o tożsamości oficerów kadry „N”. Wprawdzie oficjalni rezydenci rosyjskiego wywiadu w PRL, jak choćby często cytowany gen. Pawłow, z trudem to akceptowali, ale ulegali perswazji polskiej strony, że wyciek personaliów nasilałby ryzyko dekonspiracji. Lepiej więc było nie znając personaliów oficerów móc, w ramach wymiany informacji(na ogół zresztą odsprzedawanej drugiej stronie za tak potrzebne dewizy) korzystać choćby częściowo z ich dorobku niż narazić się na ich stratę. Nigdy noga rosyjskiego rezydenta nie stanęła też na terenie obiektu, zwanego w polskim slangu wywiadowczym „Piaski”, który wbrew tej nazwie nie znajdował się na Żoliborzu, jakby sugerowała to nazwa, lecz w willi na warszawskim Służewie, gdzie mieściła się siedziba najpierw Wydziału II Departamentu I, a następnie wydziału XIV tegoż, czyli wywiadu nielegalnego. Wielu warszawiaków pewnie przypomina sobie budynek koło ul.Puławskiej od strony ul.Wałbrzyskiej z wysoką anteną radiową obok.
Otrzymałem więc zadanie pogłębienia i rozszerzenia informacji o opiniach i stosunku władz radzieckich do wydarzeń w naszym kraju – jak dalece możemy posunąć się w realizacji reform społeczno-gospodarczych, na ile będą one „strawne” dla kierownictwa ZSRR, jakie mogą być jego reakcje i skutki tych reakcji dla Polski. Zaproponowano mi tę misję, i nie tylko mnie, chociaż mogłem odmówić. Byłem oficerem „N”, wiedziałem jakie ryzyko jest związane z tą operacją, wiedziałem też, że jeśli powinie mi się noga, to konsekwencje mogą być ostateczne. Rozumiałem jednak, jak kardynalną wagę mogą mieć informacje, które zdobyłbym, dla przemian w Polsce, więc przeważył we mnie instynkt państwowy, tak jak zresztą u większości kadry „N”, służącej państwu, a nie określonej ideologii, która w danym momencie historycznym była siłą w tym państwie decydującą. Zgodziłem się.
Wykonanie tej misji wymagało jednak skomplikowanych przygotowań. Chociaż sprawa była pilna, pośpiech mógł tu oznacza katastrofę już na początku jej realizacji.
Żeby dobrze naświetlić tło , muszę cofnąć się do przełomu roku 1968/69, kiedy jako działacz Związku Młodzieży Socjalistycznej, jeszcze przed rozstaniem się z uczelnianą organizacją i uczelnią w wyniku wydarzeń marcowych 1968 r., jako wiceprzewodniczący Zarządu Uczelnianego ZMS UJ w Krakowie, pojechałem z grupą studenckich aktywistów do „strojotriadu” – międzynarodowego młodzieżowego obozu budowlanego, zorganizowanego przez Komsomoł na terenie Litwy, w Druskiennikach. Była tam młodzież z Polski, ZSRR, NRD. Nasza praca polegała na zakładaniu infrastruktury telekomunikacyjnej, łączącej nowo wznoszone sanatorium w tej miejscowości a prozaicznie rzecz ujmując – na kopaniu rowów pod instalację nowych kabli telefonicznych. Przyświecała temu przedsięwzięciu idea integracji aktywistów FDJ, ZMS i Komsomołu. W trakcie prac oraz późniejszego programu turystycznego poznałem wielu kolegów, dobieranych zresztą z ówczesnej elity radzieckiej – byli wśród nich tacy ludzie jak syn wiceprzewodniczącego Rady Państwa Litewskiej Republiki Radzieckiej, jak Jewgienij Tiażelnikow, I sekretarz Komsomołu,w przyszłości członek KC KPZR i ambasador w Rumunii, jak wielu innych, którzy później zrobili karierę w Rosji, obejmując istotne stanowiska w aparacie propagandy i w mediach. Przez pewien czas prowadziłem z nimi korespondencję, nawiązały się przyjaźnie…
Gdy w październiku 1985 roku wróciłem do Polski, stwierdziłem, że mam znajomych w moskiewskiej elicie politycznej i były to w większości znajomości zawarte w Druskiennikach. Żeby je odnowić należało zbudować odpowiednią legendę, to jest stworzyć moją nową, budzącą jak najmniej podejrzeń (bo całkowicie wyeliminować ich się nie dało) tożsamość. Wracałem przecież z Paryża, gdzie wcieliłem się w rolę kleryka jezuickiego, byłbym więc całkowicie niewiarygodny dla ewentualnych rosyjskich rozmówców.
Tutaj z pomocą przyszedł mi po części przypadek. Mój stary kolega, z lat 70., gdy jeszcze publikowałem swoje teksty w warszawskim miesięczniku „Chrześcijanin w świecie” okazał się być teraz działaczem Stronnictwa Demokratycznego i publicystą prasy SD.
Zrozumiałem, że nadarza się okazja wejścia w środowisko dziennikarskie SD, a stamtąd dopiero, pod tą właśnie flagą, jak powiedzieliby funkcjonariusze operacyjni wywiadu, działanie na kierunku ZSRR. Tu pozwolę sobie na dygresję – do SD nie wstąpiłem aby „inwigilować” tę partię. W kontekście tego, że SD było stronnictwem sojuszniczym PZPR brzmiałoby to co najmniej humorystycznie. Oczywiście, powstawały wśród członków tej organizacji ciekawe idee, toczyły się interesujące dyskusje, ale były one dobrze znane w gmachu KC i wsłuchiwanie się w nie nie stanowiło mojego zadania, nawet jeśli stałem się publicystą „Tygodnika Demokratycznego” od marca 1986 r., a później, od 1988 roku członkiem zespołu redakcyjnego miesięcznika „Myśl Demokratyczna”, które były pismami wydawnictwa „Epoka”, należącego do Centralnego Komitetu SD. Pisałem tam pod nazwiskiem lub pod pseudonimami TR, TTT czy Aleksander Bożyk. Stąd już była stosunkowo prosta droga do odnowienia relacji z radzieckimi kolegami po piórze i działaczami poznanymi kiedyś przy okazji pracy w „strojotriadzie” oraz nowymi poznawanymi w ramach nawiązywania relacji między prasą SD i agencjami prasowymi na wschodzie, w Moskwie…
Rozumiem, że czytelnik pragnąłby poznać teraz trochę szczegółów. Ze szczegółami jest nieco trudniej. Wprawdzie gryf tajności z operacji Wywiadu sprzed końca 1989 roku został zdjęty, ale istnieją inne, czysto ludzkie względy, które obligują mnie w tym przypadku do daleko idącej dyskrecji. Wielu ludzi, którzy często przypadkowo udzielali mi istotnych dla polskiej strony informacji nadal żyje, żyją ich bliscy.
Byli też oczywiście i tacy, u których, szczególnie w końcu lat 80., informację po prostu się kupowało.
Pamiętam jak za 2 tys. USD uzyskałem protokoły posiedzenia jednej z komisji KC KPZR, których tematem była ocena sytuacji wewnętrznej w Polsce, a biorąc pod uwagę wartość polityczną tych informacji, cena była śmiesznie niska. Pierwszą tego typu operację na terenie ZSRR przeprowadziłem we wrześniu 1986 roku. Przebywałem wówczas w Moskwie stosunkowo krótko, mieszkając naprzemiennie to w hotelu „Pekin”, to w willach znajomych mi osób z tamtejszej elity polityczno-intelektualnej w miejscowościach o „ograniczonym dostępie” w owych czasach – Pieriediełkino i Srebrny Bór .
Nie przeceniając wagi tych materiałów trzeba powiedzieć, że były to sygnały istotne. Dotyczyły problemu sojuszniczej lojalności Polski w ramach Układu Warszawskiego, dyskusji na temat jej systemu politycznego, gdzie jawiły się wizje wielopartyjności, pod egidą wszakże przewodniej PZPR, która miałaby coś w rodzaju „złotej akcji politycznej” na podobieństwo „złotej akcji skarbu państwa, pozwalającej na decydujący głos w spółce”. Myślano o finlandyzacji Polski, ale były też silne naciski ideologicznego betonu partyjnego, wskazujące na konieczność „dyscyplinowania” krnąbrnego sąsiada. Wystarczy wymienić Susłowa. Warto tu wspomnieć, na kanwie ciągle nierozstrzygniętego sporu o stan wojenny, polegającego na nieretorycznych wcale pytaniach „weszliby czy by nie weszli”, że ówczesna Rosja miała wiele środków nacisku na Polskę, niekoniecznie militarnych, również w II połowie lat 80. Sądzę, że wystarczyłoby przerwanie dostaw rudy do huty Katowice, połączone z przykręceniem kurka do rafinerii Płockiej i gazociągu, aby w Polsce doszło oprócz katastrofy gospodarczej, do wielkich wstrząsów społecznych, wywołanych przez tysiące pozbawionych pracy ludzi. Najłatwiej być prorokiem post factum i twierdzić dzisiaj „nic by nam nie zrobili”. Otóż mogliby zrobić, a co do tego żeby nie zrobili – nie było wówczas żadnych gwarancji. Dlatego ważenie różnych decyzji wewnątrz państwa polskiego, takiego jakie wówczas realnie istniało, obudowanego systemem uznania międzynarodowo-prawnego, traktatowego, i dysponującego ułomną, ale jednak suwerennością, musiało być oparte na wiarygodnym materiale informacyjnym, szczególnie jeśli te decyzje powodowały interferencje na linii Warszawa-Moskwa, interferencje, których skutki mogły być zarówno dla władzy, jak i dla opozycji, opłakane.
Ale wróćmy do „szczegółów”, tych, które jak sądzę, nikomu już nie wyrządzą krzywdy. Wśród incydentalnych, ale bardzo cennych informatorów, nie zdających sobie zresztą sprawy z tego z kim realnie rozmawiali był m.in. wspomniany już Jewgienij Tiażelnikow, był także dyrektor agencji „Novosti”, byli też członkowie ekipy kierowniczej agencji ITAR-TASS, osoby w większości dziś na emeryturach, bądź zmarłe. O tych, którzy sprzedawali informacje, też zresztą już będących poza obiegiem społeczno-politycznym, wspominać nie będę.
A jeśli chodzi o konkretne akcje, przy których, gdzieś jak to mówią Rosjanie, „z tyłu głowy” ciągle czaiła się świadomość niebezpieczeństwa tej gry, chciałbym podać przykład jednej, łączącej aspekty komiczne z potencjalnie dramatycznymi.
W lipcu 1989 roku, a więc już po wyborach w Polsce, w których zwyciężyła „Solidarność”, ale jeszcze przed decyzjami komisji weryfikacyjnej MSW, która decydowała kto pozostanie w wywiadzie polskim, a kto go będzie musiał opuścić, realizowałem ostatnie zadanie w ZSRR, kończące misję zdobywania informacji na temat politycznych ocen Moskwy co do wydarzeń rozgrywających się za jej zachodnią granicą. Oficjalnie w ramach dwuosobowej delegacji „Myśli Demokratycznej” przebywałem w Moskwie na zaproszenie tygodnika „Literaturnaja Gazieta”. Ale równocześnie zdobyłem, z innych źródeł, poważną radziecką analizę przemian w Polsce, wraz z wnioskami, które gremia rządzące w ZSRR z tej analizy wyciągały. Nie miałem technicznej możliwości przetworzenia tego maszynopisu tak, aby go skutecznie zakamuflować. Przecież nie mogłem oprzeć się o struktury ambasady polskiej w Moskwie. Wobec tego zdecydowałem się na dość ryzykowny krok. Byłem delegowany z prasy SD, które miało wtedy, po części przeze mnie wypracowaną dla umocnienia legendy, dobrą passę w swej polityce wschodniej. Świadczyły o tym – życzenia KC KPZR dla delegatów XIV Kongresu SD z kwietnia 1989 r., czy wywiad udzielony przez przewodniczącego CK SD Jerzego Jóźwiaka „Moskowskim Nowostiam”, w maju 1989 r., pt. „Jaka powinna być Polska”. Byłem więc w miarę wiarygodny dla strony rosyjskiej, a także, jak miałem nadzieję przy tamtejszym obiegu informacji, dla podlegających KGB służb celno-granicznych, bowiem wracaliśmy do Warszawy samolotem.
Tu wspomnę o pewnych cechach charakterologicznych, którymi musi dysponować oficer wywiadu, a szczególnie – oficer pionu „N”. Jedną z nich jest tzw. aktorstwo życiowe. Sprowadza się ono do tego, aby w każdym środowisku, a także sytuacji zareagować tak, jak tego dane środowisko w określonej sytuacji od ciebie oczekuje.
Wiedząc, że polscy turyści przewozili wówczas z Rosji „kontrabandę” często w postaci m.in. czarnego kawioru, a czasem, aby zapewnić sobie środki na przyszłe transakcje wywozili ruble (obie operacje były niedozwolone) zrobiłem co następuje. Do walizki w dolnej jej części, pod odklejonym obiciem, które przykryłem ubraniami, umieściłem wspomniany dokument. W środku, między ubraniami ułożyłem dwie 100 gramowe puszki kawioru. Do portfela schowałem sporą kwotę rubli. Kolegę, który towarzyszył mi na delegacji nie mając pojęcia o celu mojej misji poprosiłem, by w razie jakichś moich kłopotów na granicy, kontynuował podróż powrotną do kraju i zawiadomił o ew. komplikacjach sekretarza CK SD ds. prasy i propagandy, sprawującego pieczę nad środowiskiem dziennikarskim stronnictwa-Mieczysława Leśniaka. Byłem nieco spięty, ale tego chyba właśnie celnicy od przemytnika-amatora oczekiwali. Na lotnisku wszystko odbyło się zgodnie ze scenariuszem – przy kontroli bagażu ręka celnika natrafiła na puszki z kawiorem. To go usatysfakcjonowało i nie szukał już dalej. Więcej nawet, ponieważ tłumaczyłem mu, zresztą zgodnie z prawdą, że wiozę ten kawior, przecież małą ilość, dla mego wiekowego ojca, który chciał sobie przypomnieć jego smak, celnik oddał mi jedną puszkę, ale za to „zafundował mi” kontrolę osobistą, przy której w portfelu odnalazł ruble. Był już w pełni zadowolony. Sporządził protokół, przyjął ruble w depozyt, z którego teoretycznie mogłem je pobrać przy kolejnym przylocie do Moskwy i poprawił swoją statystykę wykrywalności wykroczeń.
Po wejściu do samolotu kolega – dziennikarz powiedział „denerwowałeś się w zauważalny sposób, gdybyś się lepiej kontrolował, nie znalazłby tego kawioru”. Gdybyż on wiedział, czego dzięki puszkom kawioru ten celnik nie znalazł, pewnie byłby zaskoczony.
A swoją drogą, gdyby celnik kontynuował dokładną kontrolę mojego bagażu (ale po co miałby to zrobić, skoro to co znalazł odpowiadało dokładnie profilowi wykroczeń turysty znad Wisły) to pewnie nie mielibyście państwo okazji czytać tego tekstu…
Potem był koniec roku 1989, zapadły decyzje komisji weryfikacyjnej stanowiące kto służbę opuści a kto w niej zostanie, następnie rok 1990, który zamykał funkcjonowanie struktur Wywiadu PRL. Stanowił cezurę czasową od której zaczął działanie Urząd Ochrony Państwa a po nim Agencja Wywiadu,których zadania zabezpieczał gryf tajemnicy pańswowej, powodując to, co z wywiadowczego punktu widzenia oddaje określenie „reszta jest milczeniem”.

Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnio europejskich producentów.
Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznych tłumaczeń. Autor sensacyjnej trylogii „Dzungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi sie krwi”.
Wydał także książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz…tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Kontrwywiad watykański blaski i cienie

Kościół rzymsko-katolicki ze względu na swą strukturę – (lokalne wspólnoty, parafie) hierarchicznie podporządkowane instancjom wyższego rzędu (dekanaty, diecezje, archidiecezje, itd.) a te z kolei na poziomie poszczególnych krajów (konferencje episkopatów, przełożonych zgromadzeń zakonnych) znajdujące sie pod centralną władzą Watykanu, stanowi instytucję o charakterze globalnym. Mówię tu o jej aspekcie „profanum”, świeckim, nie o „sacrum”, czyli o wymiarze religii i wiary.

W efekcie tego „globalizmu” Watykan, w którym zbiegają się wszelkie wektory doczesnych działań (informacyjne,finansowe, administracyjne) zajmował zawsze poczesne miejsce wśród obiektów wywiadowczego rozpracowywania ze strony wszystkich państw, bez względu na systemy polityczne w nich panujące.
Wywoływało to naturalne odruchy obronne ze strony Miasta-Państwa. W wymiarze bezpieczeństwa terytorialnego funkcjonuje Gwardia Szwajcarska oraz mniej rzucająca się w oczy, za to dobrze uzbrojona, żandarmeria. W płaszczyźnie para – wywiadowczej można mówić o różnych formach zorganizowania, wynika to już z samej struktury, której centralą jest Watykan, a głową państawa – papież, ze świeckiego punktu widzenia porównywalny do monarchy absolutnego, teokratycznego aczkolwiek elekcyjnego. Mówię tu znowu o aspekcie „profanum”, bo z punktu widzenia „sacrum”, dla wierzących, będzie on Ojcem Świętym, następcą św. Piotra na Ziemi.
Z działaniami osłonowymi, typu kontrwywiadowczego, było w Watykanie znacznie gorzej. Podejmowano wprawdzie różne próby w tej mierze, ale charakter zorganizowany, quasi – profesjonalny,osiągnęły one dopiero w XX wieku.
Za twórcę kontrwywiadu watykańskiego należałoby uznać Roberta Grahama.
Narodziny własnego kontrwywiadu po części rozwiązywały problemy związane z nominalną odpowiedzialnością włoskich służb specjalnych za kontrwywiadowcze zabezpieczenie Watykanu. Tyle, że nie było nigdy gwarancji, iż np. po kontroli antypodsłuchowej agenci włoscy przeprowadzjący ją, nie zamienią wykrytych wrogich „pluskiew” na podobne tyle, że swoje.
Robert Graham,jezuita, obywatel USA, będący już za Piusa XII jego osobą zaufaną, został ściągnięty ze Stanów Zjednoczonych do Watykanu początkowo, aby demaskować hitlerowskich agentów.
Pytany, gdzie Graham przeszedł przeszkolenie, jeden z przedstawicieli amerykańskiego wywiadu, odpowiada tyleż skromnie co mało logicznie, że „był przeszkolony przez najlepszy wywiad – watykański” ( podczas gdy Graham miał dopiero kształtować pełne, profesjonalne wywiadowczo-kontrwywiadowcze oblicze watykańskich służb specjalnych – uwagaq moja). Po II wojnie światowej jego misję przedłużono, zamierzał tropić agenturę KGB i „demoludów” na terenie Miasta – Państwa Watykan. Funkcję tę pełnił jeszcze za czasów pontyfikatu Jana Pawła II . Zyskał nawet przydomki „łowca szpiegów” i „watykański 007”. Potem wrócił do USA gdzie zmarł w Los Gatos w Kalifornii w 1997 roku.
Ale zanim to nastąpiło, doszło do kilku istotnych wydarzeń.
Między innymi do zamachu na papieża 13 maja 1981 roku. Co na ten temat mówią teczki Grahama, nie wiadomo. Po jego śmierci dokumentację liczącą około 25 tysięcy kart, równiez tych, które wraz z Grahamem wyemigrowały do USA, zakon zdeponował w Sekrtetariacie Stanu Watykanu, na żądanie tej instytucji, gdzie złożone i oczywiście utajnione,
dotąd spoczywają.
Graham działał, jak widać, intensywnie, w czym pomagali mu inni przedstaiciele tej sieci kontrwywiadowczej, jak choćby bp. Pavel Hnilica, abp.Tomko, sekretarz Generalny Synodu Biskupów w latach 1979 – 1985, od 1996 roku – kardynaał-prezbiter, czy Gianluigi Maronne, sędzia trybunału watykańskiego, przewodniczący Komisji d/s Bezpieczeństwa Państwa. Właśnie przez niego przekazywał papieżowi Janowi Pawłowi II zdobyte przez siebie informacje, z pominięciem sekretariatu papieskiego, jeśli nie zdołał uczynić tego osobiście.
Miał też innych współpracowników w Rzymie, często podróżował, m.in. do Szwajcarii, idealnego miejsca na spotkania operacyjno – informacyjne z reprezentantami zachodnio europejskich ale również i tych zza Atlantyku, agencji wywiadowczych i kontrwywiadowczych.
I tu mamy do czynienia z ciekawym zbiegiem okoliczności. Powiązane ze sobą, nawet pozornie, w sposób przyczynowo – skutkowy bądź chronologicznie, ciągi wydarzeń przez służby wywiadowcze z zasady nie są uznawane za przypadkowe, choć i to może się zdarzyć.
Do czegoś takiego doszło w 1983 roku. Rok ten był w kronikach watykańskich naznaczony, podobnie jak rok 1981, przy zachowaniu wszelkich proporcji, spektakularnymi i dramatycznymi wydarzeniami. Rozwijał się skandal z udziałem IOR (Istituto per le Opere Religiose) potocznie zwanym bankiem watykańskim i znikła (dosłownie) z powierzchni ziemi piętnastoletnia obywatelka Watykanu, której losy do dziś są nieznane – Emmanuela Orlandi.
Równocześnie ojciec Graham wyraża obawę, że doszło do zainstalowania aparatury podsłuchowej przez obce służby (z sugestią KGB) w szczytowych pomieszczeniach piętnastowiecznej wieży Mikołaja V, siedziby IOR, gdzie odbywały się intensywne konsultacje jego kierownictwa z ludźmi z Banku Ambrozjańskiego i nie tylko. Poruszano tam też zapewne wątek zniknięcia Emmanueli Orlandi, które media i liczni eksperci łączyli ze skandalem w IOR.
Jest, przypominam, rok 1983. Skandal w banku watykańskim, związana z nim upadłość Banco Ambrosiano, zaginięcie Emmanueli Orlandi, obawy o.Grahama o penetrację Watykanu a dokładnie – siedziby jego banku, do której miało dojść w wyniku włamania się przez bliżej niezidentyfikowaną agenturę przez okna z pancernymi szybami w szczytowej części wspomnianej już wieży i zainstalowanie w jej pomieszczeniach podsłuchów, których nota bene nigdy nie zlokalizowano. Można tylko stwierdzić, że pozostawienie ewidentnych śladów włamania dowodziłoby bardzo złego przygotowania profesjonalnego domniemanych szpiegów. Chyba, że służyłyby maskowaniu innych technik operacyjnych. I tu pojawia się zastanawiająca informacja.
John Koehler, b. oficer wywiadu wojskowego USA i b.doradca Reagana, twierdzi (cytuję za wywiadem, którego udzielił 21 września 2009 roku Tomaszowi Pompowskiemu z Polska the Times), że „około dwa lata po zamachu (na papieża – uwaga moja) raporty z wewnątrz Watykanu do służb specjalnych przestały płynąć”. Można domniemywać, że i te ojca Grahama.
Do jakich służb?
Do amerykańskich? Skoro Koehler to wie, to chyba tak. Nie mówi bowiem, że chodzi o służby wschodnie. Tłumaczy to raczej tym, że papież, bazując na informacjach Grahama, przciął osobowe kanały łączności z obcymi służbami wywiadowczymi ludzi ze swego otoczenia. Ale zapewne przecięte zostały też afiliacje Grahama ze słuzbami kraju jego pochodzenia, ze Stanami Zjednoczonymi.
Chociaż nie jest wykluczone, że Graham nadal uzupełniał swe prywatne archiwum kontrwywiadowcze tyle, że nie nadawał sprawom biegu i nie informował o nich. Koehler implicite potwierdza to swym nieprecyzyjnym sformułowaniem a zaraz potem mówiąc, że Graham często w swych wywiadowczych misjach jeździł do Szwajcarii, ulubionego miejsca kontaktów różnych wywiadów świata.
Czym mogło zostać spowodowane to nagłe milczenie?
Jakimi, z jednej strony – przerażającymi, z drugiej – niebezpiecznymi dla wpływowych ludzi z wpływowych instytucji faktami?
Myślę, że warto tu pokusić się o dygresję, istotną moim zdaniem, a związaną ze sprawą Emmanueli Orlandi i wspomnianym już skandalem finansowym banku watykańskiego. W 1983 roku kierował nim obywatel USA i Watykanu arcybiskup Paul Marcinkus. Wcześniej zdecydował, że głównym inwestorem finansów Watykanu będzie Bank Ambrozjański. W dobrze poinformowanych środowiskach rzymskich było tajemnicą poliszynela, że oba te banki zajmowały się intratnym procederem prania mafijnych pieniędzy, w tym – osławionej rzymskiej „Banda della Magliana” na której czele stał niejaki de Pedis. (Jaki był stopień „zblatowania” Marcinkusa z mafiozami dowodzi, że dorobił się u tych ludzi ksywy „Chińczyk”.)
Po krachu Banco Ambrosiano, IOR straciuł pieniądze, które powierzyła mu mafia. Jak już wspominaliśmy, wielu ekspertów i reprezentantów mediów łączyło ten fakt z prawdopodobnym porwaniem Emmanueli Orlandi. Według nich de Pedis, porywając dziewczynę, obywatelkę Watykanu, chciał wymóc zwrot utraconych środków, gdy zawiodły jego apele do Marcinkusa a przez niego – do papieża. Pieniędzy nie zwrócono, natomiast papież zwrócił się do wiernych o modlitwę w intencji porwanej, co jednak też nie pomogło. Jak dotąd wszelki ślad po niej zaginął. Natomiast szef bandy Magliana, de Pedis, gdy nadszedł naturalny kres jego żywota (stracił pieniądze, ale nie życie, tak jak zapewne Emmanuela czy jak powieszony w 1982 roku pod londyńskim mostem Czarnych Mnichów szef Banco Ambrosiano – Roberto Calvi) pochowany został, za zgodą kardynała Polettiego, wikariusza diecezji rzymskiej, której biskupem jest papież, w prestiżowej bazylice św. Apolinarego w pobliżu term Karakali.
Tę świątynię mafioso sobie wymarzył, jako miejsce wiecznego spoczynku. Fama głosi, że była to nagroda od Polettiego za to, że de Pedis zaniechał upominania się o utracone pieniądze.
Ten mafijny wątek był najbardziej prawdopodobnym wytłumaczeniem tragedii Emmanueli Orlandi i jej rodziny. Wprawdzie naczelny egzorcysta Watykanu, Gabriele Amorth, próbował skierować śledztwo na tory orgii seksualnej z udziałem gwardzistów szwajcarskich i duchownych, po której Emmanuelę zamordowano, ale hipoteza ta nie znalazła solidnego potwierdzenia w faktach.
Czym więc wytłumaczyć nagłe milczenie ważnego źródła, którym był Graham?
Można założyć, żę uzyskał on obszerną informację o korupcji, powstałej również w wyniku obcych operacji wywiadowczych, w najwyższych kręgach kręgach kleru i administracji watykańskiej. Może również nie zabrakło tam wątków seksualnych, pedofilskich, ktore przeplatały się z kryminalnymi elelementami defraudacji i machinacji finansowych, we współpracy z mafią.
W obliczu dwóch wcześniej wspomnianych spraw – skandalu Banku Watykańskiegi i Ambrozjańskiego oraz „anihilacji” Emmanueli Orlandi, jest to prawdopodobne. Obraz ten przedstawił zapewne swym najwyższym watykańskim przełożonym, którzy uznali, że jego misji należy położyć kres, bowiem nagłośnienie jej wyników niosło w sobie ryzyko nieodwracalnych strat wizerunkowych dla instytucji kościoła w skali światowej.
A co z innymi „bohaterami” i wydarzeniami tej historii?
Abp.Marcinkus chroniony prze immunitet w Watykanie przed włoskim wymiarem sprawiedliwości następnie udał się do USA, gdzie zmarł w 2006 roku.
Natomiast historia spenetrowania budynku IOR przez agenturę ze Wschodu, z włamaniem i założeniem tam „pluskiew” była o tyle bezsensowna, że wystarczyło założyć na kablach elektrycznych oświetlenia w sali obrad na najwyższej kondygnacji wieży, gdzie z reguły wieczorem odbywały się zebrania, oporniki o zmiennej mocy, połączone z mini-mikrofonami, aby uzyskać pasywną aparaturę podsłuchową, funkcjonującą dzięki zmianom natężenia oświetlenia, niezauważalnego dla oka ludzkiego ale doskonale odbieranego przez czułą, ukierunkowaną fotokomórkę z określonej odległości, z zewnątrz. Te zmiany intensywności światła można prostą drogą przetworzyć na dżwięki (w tym przypadku – przebieg rozmów).
Już w latach 70-tych, w miesięczniku „Młody Technik”, opisano dokładnie zarówno działanie jak i sporządzenie takiego sprzętu. W latach osiemdziesiątych XX wieku profesjonalna aparatura tego typu była znacznie skuteczniejsza. Wystarczył jeden skorumpowany elektryk watykański, aby ją zainstalować, bez żadnych bezpośrednich działań służb wywiadowczych. Podobny efekt można było uzyskać zbierając mikrodrgania z okien laserem, co jednak w przypadku szyb pancernych było utrudnione.
Szkopuł jednak w tym, że „ważne”, pancerne okna najwyższej kondygnacji wieży Mikołaja, siedziby banku watykańskiego, wychodzą na prostokątne, zamknięte patio, jeśli nie liczyć lukarn na dachu i okien zewnętrznych na obwodzie tej kondygnacji. Właściwie jedynym punktem obserwacyjnym, skąd są widoczne, a to stanowiło niezbędny warunek odbierania fluktuacji oświetlenia były… najwyższe piętra Pałacu Papieskiego. Ale i tam mógł być usłużny kamerdyner.
Pewnie byłby w stanie coś na ten temat powiedzieć Fabio Markiz Ragona. Pracownik b.premiera i miliardera włoskiego – Berlusconiego, związany z koncernem medialnym Mediaset tego ostatniego. Jest on wybitnym ekspertem-watykanistą, posiadającym własne, logiczne tezy związane z poruszanymi
tu sprawami.

Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnio europejskich producentów.
Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznych tłumaczeń. Autor sensacyjnej trylogii „Dzungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi sie krwi”.
Wydał także książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz…tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.