Jak korporacje dbają o czystość szeregów?

Korupcja to poważne przewinienie, ale niepłacenie składek bywa uważane za równie wielki grzech przez szefów organizacji branżowych.

Tylko karę upomnienia otrzymał od Naczelnego Sądu Aptekarskiego, skazany wyrokiem sądu powszechnego za łapownictwo Tadeusz B., były prezes Wielkopolskiej Okręgowej Izby Aptekarskiej. W dodatku Naczelny Sąd Aptekarski odmówił upublicznienia uzasadnienia swego tak niebotycznie „surowego” orzeczenia.
O tym wszystkim z ochotą poinformował Związek Pracodawców Aptecznych PharmaNET, skupiający głównie większych pracodawców z tej branży, który nie do końca zgodnie żyje z zawodowym samorządem aptekarskim, zrzeszonym w Izbach.
Warto przypomnieć, że Tadeusz B. zażądał, za pośrednictwem innej osoby, 120 tysięcy złotych łapówki za wydanie pozytywnych rękojmi dotyczących otwarcia i prowadzenia aptek. Od łapówki uzależnił też wydanie pozytywnych opinii dotyczących kierowników aptek. Starający się o otwarcie aptek przedsiębiorca, po otrzymaniu korupcyjnej propozycji powiadomił policję. Ostatecznie w torebce, którą przyjął w ramach tzw. kontrolowanego wręczenia łapówki, było 50 tysięcy złotych.
Sprawa ma już swoją historię, bo to się działo na przełomie lat 2014 i 2015. 14 października 2015 r. odbył się proces, a poznański sąd skazał Tadeusza B. na półtora roku więzienia w zawieszeniu na trzy lata i orzekł pięcioletni zakaz pełnienia funkcji w organach samorządu aptekarskiego. Były już prezes WOIA (zrezygnował przed procesem) musiał też zapłacić 30 tysięcy złotych grzywny.
„Oskarżony wyraził skruchę, przyznał się w całości do popełnionego czynu. W związku z tym, że nie był wcześniej karany, kara uzgodniona z prokuratorem jest adekwatna do stopnia winy, stopnia społecznej szkodliwości czynu, spełni swoje cele zapobiegawcze i wychowawcze” – uzasadniła wtedy ten wyrok przewodnicząca składu orzekającego.
Natomiast Naczelny Sąd Aptekarski w toku postępowania dyscyplinarnego ukarał nieuczciwego farmaceutę jedynie upomnieniem. Upomnienie to zaś najmniej dotkliwa kara ze wszystkich możliwych do orzeczenia przez sądy aptekarskie. NSA go upomniał – a następnie odmówił udostępnienia uzasadnienia tego orzeczenia.
„Trudno wyobrazić sobie jakiej zbrodni musiałby dopuścić się farmaceuta, żeby został pozbawiony prawa wykonywania zawodu, skoro za przyjęcie 50 tys. złotych łapówki grozi jedynie upomnienie” – ironizuje szefostwo Związku Pracodawców Aptecznych PharmaNET, które postanowiło poznać – i ogłosić publicznie – motywy tego orzeczenia, wydanego przez korporacyjny sąd aptekarski. NSA, co można zrozumieć, nie odniósł się jednak przychylnie do takiej inicjatywy. Gdy odmówił udostępnienia uzasadnienia, związek pracodawców zaskarżył tę odmowę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego.
Kolejna odmowa była następstwem uchylenia pierwszej odmownej decyzji sądu aptekarskiego przez Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie. Naczelny Sąd Aptekarski ponownie jednak odmówił upublicznienia uzasadnienia wyroku nakładającego karę upomnienia.
Ukaranie kogoś przez samorząd zawodowy za korupcję tylko upomnieniem i utajenie uzasadnienia takiego orzeczenia trudno uznać za działanie służące oczyszczeniu własnych szeregów.
Związek Pracodawców Aptecznych uznał, że działania samorządu aptekarskiego wskazują na to, iż korporacja za wszelką cenę stara się sprawę wyciszyć. Takie działanie nie przystoi zaś samorządowi zawodu zaufania publicznego.
ZPA wskazuje także na fakt, że korporacja wydaje się być dużo łaskawsza dla „prominentnego członka aptekarskiego establishmentu” niż dla kogoś mniej znaczącego . Liczne przykłady wskazują, że zwykli farmaceuci nie mogą liczyć na tak daleko idącą wyrozumiałość kolegów. Przykładowo, taką samą karę, jaką były prezes Wielkopolskiej OIA otrzymał za korupcję, zwyczajni farmaceuci otrzymują na przykład za niepłacenie składek członkowskich.
Ten przykład jest jednak mocno nietrafiony, ponieważ dla każdej korporacji zawodowej niepłacenie składek na jej rzecz jest strasznym przewinieniem. Zrozumiałe więc, że Naczelny Sąd Aptekarski uznaje coś takiego za czyn o ciężarze gatunkowym równym korupcji.
Nie znając uzasadnienia orzeczenia w sprawie Tadeusza B. można domniemywać, iż sąd aptekarski miał nieco życzliwości dla swego kolegi po fachu – i zrozumiał, że przeżył on sytuację wybitnie stresującą.
Dobrze jest bowiem postawić się na jego miejscu: wszystko zostało skutecznie dogadane, wykazano stosowną ostrożność, sprawę załatwiano przez pośrednika, pieniądze już były w ręku – a tu nagle wpadają obcy faceci, zatrzymują, machają odznakami. Przecież to można paść na zawał (choćby z żalu za straconą kasą)!. Warto więc czasami okazać wyrozumiałość komuś, kto miał pecha.

Uwaga: parazyty są odporne

Młody Morawiecki oświadczył, że „gdyby nie Kościół, Polski by nie było”. Wtóruje mu w tym front medialnych sługusów na prawicy, ze Stowarzyszeniem Dziennikarzy Polskich włącznie. A może byłoby i lepiej?

 

Może lepiej byłoby, gdyby nie było Polski takiej jaką mamy dziś, okupowanej przez kler gwałcący ciała jej dzieci i wspierający autorytarny, faszyzujący reżym, który rozpętał do ostatnich granic paroksyzm nacjonalistyczny?

 

Czy „Kler” zbawi ateistów i antyklerykałów?

Od kilkunastu dni przez Polskę, jak długa i szeroka, pędzi chyr, że Kościół kat. w Polsce jest na kwadrans przed upadkiem, że to końcówka jego potęgi, że już tylko czekać, a niedługo będziemy na Wisłą świadkami powtórki syndromu irlandzkiego, że jutrzenka swobody jest za najbliższym pagórkiem. To gorączkowe podniecenie ma swoje źródło głównie w dwóch faktach: orzeczeniu(nieprawomocnym) przez sąd miliona złotych odszkodowania od katolickiej instytucji kościelnej (Towarzystwo Chrystusowe) na rzecz poszkodowanej, za tolerowanie brutalnej pedofilii praktykowanej przez jednego z jej członków oraz w rozgłosie i powodzeniu frekwencyjnym filmu „Kler” Wojciecha Smarzowskiego. Sam bardzo pragnę w to wierzyć, ale przestrzegałbym przed nadmiernym i pospiesznym optymizmem. Kościół kat. w Polsce odznacza się wyćwiczoną przez stulecia umiejętnością radzenia sobie nie z takimi jak obecne problemami, w tym umiejętnością mimikry i treningiem w obłudzie oraz w grze pozorów. Uprawia przy tym te praktyki z rutynowaną cierpliwością. Jest on, Kościół kat., jak niektóre gatunki parazytów i insektów, o których biolodzy mówią, że są bardziej niż ludzie uodpornione na najcięższe potencjalne katastrofy i kataklizmy, z nuklearną włącznie.

 

Nic nowego pod słońcem

Słabością całej tej dyskusji jaka ostatnio rozpętała się wokół Kościoła kat. w Polsce, afer pedofilskich i filmu „Kler” jest towarzyszący jej ton, z którego można by wywnioskować, że kiedyś Kościół ów był wspaniały, duchowy, szlachetny, rozsiewał dobro i „przez tak liczne wieki” podtrzymywał naród we wszystkich aspektach jego życia, będąc jego ober-dobrodziejem i tylko w ostatnich dziesięcioleciach popsuł się, po części z powodu gorszących wpływów zepsutego świata świeckiego. Tymczasem prawda jest taka, że Kościół kat. był przez stulecia w Polsce, Europie, i w niektórych krajach poza Europą, pasożytniczą naroślą na ciele społeczeństw. Straszliwy wyzysk chłopów odbywał się przez wiele stuleci. Na licznych karykaturach z okresu Wielkiej Rewolucji Francuskiej można zobaczyć motyw wymizerowanego chłopa uginającego się pod uczepionym do niego opasłym cielskiem klechy, w sutannie czy w habicie, z mszałem lub pastorałem w dłoni. W Polsce przez stulecia uprawiany był ekonomiczny obyczaj pobierania „dziesięciny”, czyli przymusowego i brutalnie egzekwowanego podatku, który obciążał chłopów na rzecz kleru. Nie ma też powodu sądzić, że pedofilia to zjawisko w Kościele nowe, odprysk zepsutego, współczesnego świata. Nie ma powodów by wątpić w to, że setki tysięcy dzieci chłopskich (zapewne nie tylko chłopskich) było przez stulecia seksualnie wykorzystywanych przez proboszczów i opatów, skoro przez owe stulecia szlachta korzystała z upokarzającego obyczaju zwanego „ius prima noctis” („prawo pierwszej nocy”), pozwalającego „panu” „skorzystać” seksualnie, przed nocą poślubną, z nowo poślubionej przez chłopa żony, w trybie pierwszeństwa przed mężem. Tyle, że „prawo” z którego korzystał pan-szlachcic było przynajmniej jawne i niejako usankcjonowane, a kler zawsze działał poza prawem, w cieniu. Gdyby historycy wydobyli na jaw choćby część świadectw pokazujących to straszliwe spustoszenie w domenie seksualnej, jakiego dokonywali funkcjonariusze Kościoła kat. przez stulecia, głównie na polskiej wsi, choć rzecz jasna nie tylko, ujawniona prawda byłaby straszliwa. Kler pasożytował też przez stulecia na instytucjach państwowych, które we własnym interesie politycznym i klasowym wspierały jego działania. Jednym z licznych spektakularnych tego przykładów była Święta Inkwizycja, która skazywała niewinnych ludzi na tortury i śmierć cedując egzekucję swoich wyroków na instytucje świeckie, co było przebiegłą formą „umycia rąk”. Trwało to przez stulecia, a pierwszego przełomu dokonała dopiero Wielka Rewolucja Francuska. Jednak mimo tego wyłomu musiało upłynąć ponad sto lat do momentu, gdy Republika Francuska, jako pierwsza w świecie, dokonała ustawowego rozdziału Kościoła od Państwa (1905).

 

Polskie „libido ignorandi”

Różnica między Polską a innymi krajami jest jednak taka, że większość z nich już dawno (n.p. wspomniana Francja czy Meksyk), część stosunkowo niedawno (Hiszpania, Włochy), a część zupełnie niedawno (Irlandia) zerwały tę chorą narośl ze swojego ciała, a nad Wisłą dopiero zaczęły się procesy społeczno-psychologiczne, które do pewnego stopnia władzę Kościoła kat. i jego popleczników nadwerężą, choć wcale nie ma gwarancji, że odbędzie się to szybko. Struktura psychiczna i mentalna społeczeństwa polskiego jest tak dziwnie i trochę tajemniczo skonstruowana, że to, co wywołuje szybkie efekty w innych społeczeństwach, nad Wisłą może być nieporównywalnie trudniejsze do osiągnięcia. Być może jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest zakorzeniony w polskiej mentalności zakamieniały konserwatyzm typu chłopskiego, rodzaj opacznego, biologicznego „realizmu”, który zasadza się na faktycznym lekceważeniu, przechodzeniu do porządku dziennego nad światem idei i wartości oraz jednoczesnym, wynikającym z umysłowego lenistwa, trwaniu przy atawistycznych nawykach i w ustalonych przez wieki koleinach. Także „libido ignorandi” czyli pragnienie trwania w niewiedzy jest trwałym, przerażającym atrybutem polskiej psychiki. Przykładem owego „realizmu” jest polska wieś, w której trwaniu przy Kościele kat. i czołobitności wobec jego eksponentów towarzyszył w zgodnej, paradoksalnej symbiozie osławiony chłopski, czasem ostry antyklerykalizm.

 

Historyczny polski pech

Dlatego przestrzegałbym tych, którzy z wypłynięcia ropy pedofilskiej z niektórych klerykalnych czyraków, ze statystycznych danych pokazujących radykalne odchodzenie od Kościoła kat. w młodym pokoleniu czy z ogromnej frekwencji na „Klerze” już po kilku dniach jego wyświetlania w kinach, wyciągają pospieszne wnioski, że ostateczny upadek tej instytucji jest już „ante portas”, że puka do naszych wrót. Nieszczęśliwy zbieg okoliczności historycznych sprawił bowiem, że u schyłku XVIII wieku ziemie katolickiej Polski znalazły się pod zaborami dwóch mocarstw innowierczych (prawosławna Rosja i protestanckie Prusy). Wskutek tego doszło do nieszczęśliwej interferencji ucisku narodowego i religijnego. Ta zbitka utrwaliła się w zbiorowej świadomości Polaków, przesłaniając nota bene nawet dziedzictwo zdrady narodowej ze strony kleru, do którego przynależy choćby udział biskupów w Konfederacji Targowickiej czy trwająca przez ponad sto lat postawa lojalistyczna większości kleru w stosunku do zaborców, n.p. w Królestwie Polskim. Mit kleru poświęcającego się dla sprawy narodowej w okresie niewoli ufundowany został na postawie takich nielicznych, wyjątkowych postaci jak n.p. księża Stanisław Brzóska czy Piotr Ściegienny. Na nadwerężenie tego mitu nie wpłynęło nawet wielkie artystyczne świadectwo biskupa warmińskiego Ignacego Krasickiego, jakim była jego sławna „Monachomachia”, satyryczny, ale i odstręczający w swej ohydzie obraz trybu życia kleru zakonnego jako warstwy pasożytniczej i próżniaczej. Nie pomogła wielokrotnie przed laty wydawana w setkach tysięcy egzemplarzy znakomita powieść Tadeusza Brezy „Urząd”, ukazująca Kościół kat. jako bezduszną, odhumanizowaną instytucję. Także dziś, mimo gigantycznej ekspansji nowych mediów, mit ten ma się zupełnie dobrze.

 

Nie karnawał, lecz długi marsz

Dlatego choć bardzo bym chciał, nie mogę łatwo poddać się triumfalistycznym nastrojom i nadziejom na rychłą klęskę Kościoła kat. w Polsce. Choć Kościół kat. jest dziś w opałach, to nie wykluczałbym, że potrafi tę burzę przeczekać i nie można być pewnym, że za rok wspomnienie obecnej gorączki nie będzie tylko bladym wspomnieniem, choć bardzo chciałbym się w tym względzie mylić. Przed zwolennikami laickiej, wolnej od władzy Kościoła, politycznego klerykalizmu i bigoterii Polski rysuje się nie szybka perspektywa karnawału i otwierania szampana, lecz długi i żmudny marsz. Nie należy dać się zwieść optymistycznym pozorom. Przed nami jeszcze dużo „potu, krwi i łez”.