Oznaka schyłku Kościoła

Polski kościół katolicki, jeżeli ktokolwiek mu się przygląda z minimum dystansu, wydaje się strukturą ogarniętą desperacją. Archidiecezja krakowska zaś znana jest głównie z tego, iż kieruje nią wiodący fundamentalistyczny nienawistnik, abp Jędraszewski. Tenże opublikował niedawno list do wiernych.

Dokument rozpoczyna przypomnienie 40. rocznicy pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski i zbliżającej się setnej rocznicy jego urodzin. „Całe życie Karola Wojtyły upłynęło pod znakiem wielkich zmagań o ocalenie największych i najbardziej świętych chrześcijańskich i narodowych wartości. Były to zarówno jego osobiste zmagania, jak i zmagania Polski i całego Kościoła”. Jędraszewski zapomniał dodać, że pontyfikat Wojtyły upłynął również pod znakiem zmagań o ochronę przestępców seksualnych w kościele katolickim i wspomagania prawicowych dyktatur – jak np. Augusto Pinocheta w Chile. Poza tym dorobkiem „papieża-Polaka” są również ekscesy, takie jak beatyfikacja nazistowskich kolaborantów w rodzaju choćby Alojzije Stepinaca, wikariusza wojskowego tzw. Ustaszy – chorwackich nazistów w latach 40.
Od Jana Pawła II i kwestii „odzyskania wolności” przez Polskę Jędraszewski płynnie przechodzi do swojej obsesji – LGBT.
Arcybiskup wykazał się bardzo szczególną formę spostrzegawczości. „odzyskanie przez Polskę suwerenności na początku lat dziewięćdziesiątych minionego wieku nie oznacza” – czytamy w liście – „że raz na zawsze skończyły się nasze zmagania o autentyczną wolność”. I właśnie w tym kontekście pojawia się groźny wątek osób nieheteronormatywnych i ich ruchu „o charakterze totalitarnym”.
„Przyszło nam żyć w czasach, w których pojawiło się kolejne wielkie zagrożenie dla naszej wolności – i to o charakterze totalitarnym. W ramach ideologii gender usiłuje się bowiem zatrzeć naturalne różnice między kobietą a mężczyzną” – konstatuje krakowski hierarcha.
„Przymusza się ludzi, w tym także osoby wierzące, do propagowania ideologii LGBT. Tym samym, łamiąc wolność sumienia, nakłania się ich do tego, aby odchodzili oni od zasad wyznawanej przez siebie chrześcijańskiej wiary. Wyraźnie to nam przypomina totalitarne czasy PRL-u, gdy awanse społeczne były zagwarantowane jedynie dla członków komunistycznej partii, a osoby wierzące były traktowane jako obywatele drugiej kategorii” – pisze dalej Jędraszewski.
Tylko te dwa akapity wydają się potokiem dziwacznie sformatowanej świadomości autora listu i braku faktycznego kontaktu z rzeczywistością. Jędraszewski nie ujawnia kto, w jakich okolicznościach i w jaki sposób „przymusza osoby wierzące do propagowania ideologii LGBT” oraz kto proponuje polskim katolikom porzucenie wiary. Nawiasem mówiąc, nie jest to działalność sprzeczna z prawem; podobnie jak księżom nikt nie zakazuje ewangelizacji. Na co tu więc utyskiwać?
Twierdzenia o rzekomym „totalitarnym charakterze” ruchu LGBT, tudzież jakichś „antywolnościowych” zapędach jego przywódców (o ile w ogóle można takowych wskazać) są kompletnie bezpodstawne. Cały list Jędraszewskiego wydaje się niczym innym jak odwzorowaniem lęku katolickich hierarchów, którzy ewidentnie tracą rząd dusz w polskim społeczeństwie i nie mogą już cieszyć się wyjątkowością najważniejszego punktu odniesienia w sferze moralności. Zamiast elastyczności i prób dostosowania instytucji, którą kierują, polscy biskupi postawili na nagonki i swoistą pornografię strachu przed mniejszościami.
W tym kontekście ekscesy Jędraszewskiego można łatwiej zrozumieć. Według mnie jest to ewidentny sygnał, iż polski kościół katolicki nie wytrzymał naporu rzeczywistości i wkroczył na ścieżkę samozniszczenia. Jeśli rządzą tą instytucją nie kwestie teologiczne, a demony homofobii i antykomunizmu, to staje się ona dla wiernych kompletnie bezużyteczna, a jej jedyną funkcją jest dźwignia polityczna dla rozgrywek prawicowych liderów.
Osobiście nie mam żadnych wątpliwości, że skandale związane z seksualną przemocą wobec dzieci i początkowa postawa hierarchów, którzy kryli zakamuflowaną pod sutannami masową opcję pedofilską, poderwały gwałtownie autorytet tej instytucji nawet w kręgach fundamentalistycznych wiernych. Z pewnością więc moc wpływów kościoła bardzo by osłabła. Niemniej, dużo bardziej groźna dla episkopatu okaże się z pewnością jego reakcja. Polski kościół katolicki dokonał najgorszego wyboru z możliwych angażując się po stronie najczarniejszych sotni rodzimej polityki; postawił na ekstremistyczną prawicę, która nie ma ma w Polsce większości i nigdy znaczącej przewagi, porównywalnej z pozycją kościoła, nie uzyska.
Hierarchowie, głosząc swój obłęd, wspierają się autorytetem „tradycji”. Nader często mówią np. o „tradycyjnej rodzinie” lub „tradycyjnych wartościach”. Mogą tak czynić tylko dlatego, że w przestrzeni publicznej nikt nie ma odwagi rozliczać ich postulatów, a wierni mogą sobie definiować te sformułowania tak, jak uznają to za wygodne. Tymczasem rzeczywistość skrzeczy, bo awangardę sojuszników kościoła stanowią środowiska polityczne, które chcą zarządzać społeczeństwem i jego kulturą poprzez przemoc. Skutkiem działalności czarnosecinnej prawicy w Polsce, zwłaszcza wśród dzieci i młodzieży, jest krzywda, lęk i depresja wywołane totalitarną wykładnią „tradycji” obejmującą także homofobiczny terror. Jędraszewski swoim listem wrzucił właśnie kolejny kamyczek do ogródka tej tragedii. Odwrót od kościoła jest już widoczny, a z każdym takim oburzającym wygłupem będzie coraz większy; być może nastąpi też odwrót od religii. Kościół katolicki sam gra kartą swojego upadku. Oby jak najszybszego!

Biskupi mają dil z Kaczyńskim

Kościół sam się nie zmieni. Musi działać państwo, opinia publiczna. Oni się tego boją. Dlatego tak mocno zaangażowali się w kampanię PiS-u. To jest taktyczny sojusz z rozsądku. Kaczyński, który skłócił Polaków, to żaden katolik. No, ale nie ma w Polsce biskupa, który by mu udzielił za to ostrej reprymendy, bo mają z nim dil – mówi Artur Nowak w rozmowie z Michałem Ruszczykiem (wiadomo.co)

MICHAŁ RUSZCZYK: Od premiery filmu braci Sekielskich minęły trzy miesiące. Dziesiątki milionów ludzi zapoznało się z tym wstrząsającym materiałem, Jednak po pierwszym szoku nie nastąpiła dalsza reakcja i w tej chwili właściwie już nie ma sprawy. Co to mówi nam o polskim społeczeństwie?

ARTUR NOWAK: Widzę to inaczej. To proces. Postrzeganie kościoła zarówno przez media, jak również opinię publiczną różni się jednak znacząco od tego, z czym mieliśmy do czynienia dziesięć lat temu, rok temu i trzy miesiące temu. Myślę, że odkleiliśmy się od pewnej poprawności, która sprawiała, że dziennikarze oraz politycy byli dość powściągliwi w ukazywaniu ciemnych stron tej instytucji. To się już nie opłaca i politycy wyciągają z tego wnioski. Pamiętajmy jednak, że ukazanie patologii hierarchii kościelnej nie podziała na ludzi z dnia na dzień. Wyobraźmy sobie film w rosyjskiej telewizji, który by obnażył, kim naprawdę jest Putin, jakim jest cynikiem, który by ukazał jego fortunę zbitą na niejasnych relacjach z oligarchami. Zapewniam pana, że to nie podziałałoby w ten sposób, że Rosjanie następnego dnia zrobiliby jakiś majdan na Placu Czerwonym i zażądali głowy dyktatora. Już teraz jednak widzimy, że język Jędraszewskich, Głódziów, Gądeckich został odrzucony przez ludzi młodych.
Statystyki nie kłamią i to jest dla kościoła katastrofa. Młodzi nie chcą chodzić na religię, nie praktykują życia sakramentalnego. Chcą normalności bez narodowo-katolickich etosów.

Dlaczego to tak długo trwa? Kościół tym językiem przecież nie mówi od wczoraj.

I na tym polega problem. Ta socjalizacja narodowo-katolicka, afirmująca cierpienia naszego narodu, poczucie zdrady, a zarazem wybraństwa, była pożywką dla naszych kompleksów, nieufności wobec obcych, powiem szerzej – inności. Kościół doskonale zagospodarował rzesze Polaków, którzy kompletnie nie odnajdują w realiach otwartych granic, wędrówek ludów, integracji europejskiej. Lekiem na frustracje okazała się więc ta postawa zamknięta, roszczeniowa. No i mamy takie myślenie, że Polska nie musi przestrzegać reguł praworządności w Unii Europejskiej, ale euro z Unii nam się należy. Proszę zwrócić uwagę, że najwięcej do powiedzenia o rzekomym zepsuciu w Europie Zachodniej, o tęczowej zarazie i cywilizacji śmierci mają ludzie, którzy nie znają języków i nie czytają książek. I Kościół właśnie na ten sektor społeczny postawił. Ja mam taką teorię, bo przecież słuchacze Radia Maryja to ludzie starsi, że biskupi mają gdzieś, jakie będą skutki tego wyboru. To pokolenie, które odejdzie przecież wraz z nimi, więc oni nie mają interesu, żeby brać odpowiedzialność za to, co będzie potem. Ten proces równi pochyłej już trwa, spadają powołania kapłańskie, mamy dramatyczny spadek udziału w praktykach religijnych młodzieży.
Pokolenia, które przyjdą po nas to ludzie, którzy poznają języki, będą podróżować. Nie ma więc powrotu do takiej dominacji Kościoła w przestrzeni publicznej, z którą mamy do czynienia. Rządy PiS to jest jakiś epizod w historii, po którym procesy, o których mówię, się zdynamizują.

Czy według pana Kościół w Polsce coś zrobił w ostatnim okresie, by oczyścić swoje środowisko z księży pedofilów?

Nic nie zrobił, oprócz kilku ruchów pijarowych. W zasadzie mogliśmy to obserwować głównie w maju tego roku, gdy hierarchowie podziękowali Sekielskim za film i publicznie się pokajali. Ja jednak myślę, że to, co naprawdę biskupi myślą o tym filmie, pokazał następnego dnia arcybiskup Głodź, że to jest „byle co”. To jest ta, mówiąc językiem Gombrowicza, prawdziwa gęba Kościoła. Dla mnie nie jest zresztą przypadkowy atak biskupów, który przypuścili ostatnio na mniejszości seksualne. Pomijając, że wpisują się tym w strategię wyborczą Kaczyńskiego, tak naprawdę sięgnęli po starą sprawdzoną metodę. Pokazać ludziom wrogów. Kiedyś to byli Żydzi, dziś są to homoseksualiści. Tyle że trzódka, która kupuje te brednie, Kościołowi się kurczy. Perfidne jest to, że Kościół bierze na celownik słabszych. Homoseksualistów, Żydów, słowem – mniejszości. Ich łatwiej skopać. Oni nie potrafią się obronić.
Prawda jest smutna. Kościół w Polsce przestał być chrześcijański. A więc otwarty, stojący przy słabszym, innym, wykluczonym. W zasadzie nie znam przypadku, żeby jakiś biskup poszukał kontaktu z osobą molestowaną w dzieciństwie przez księdza i okazał pokrzywdzonemu współczucie.

Oficjalny przekaz partii rządzącej głosi, że pedofilia w jednakowym stopniu dotyka wszystkich grup zawodowych, a w przypadku księży jest ich nawet mniej, niż w innych środowiskach. Jaka jest pańska opinia w tej kwestii?

Prawda jest taka, że Kościół boi się przeprowadzić jakiekolwiek badania na temat skali przemocy seksualnej w Kościele. Wie pan, to nie tylko ofiary pedofilów, ale molestowani klerycy, siostry zakonne. I to jest papierek lakmusowy, który pokazuje, jak mało poważnie Kościół traktuje kwestie związane z nadużyciami. Książ Adam Żak, który wiele dobrego zrobił, by walczyć z tymi patologiami, mówił niedawno, że nic nie wskazuje, że różnimy się od innych nacji. Badania zrobili Niemcy, Amerykanie czy Australijczycy. Ja myślę, że u nas jest gorzej, bo jesteśmy społeczeństwem sklerykalizowanym, a klerykalizacja to determinanta nadużyć. Dane z innych krajów pokazują, że 5 do 7 procent kleru było uwikłane w pedofilię. Ale pedofilii nie możemy mierzyć ilością sprawców, ale liczbą ofiar. Prowadzę trochę spraw i to jest czasem kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt osób. Mówię tylko o ofiarach, które zdecydowały się ujawnić traumy z dzieciństwa. Poranionych w otoczeniu jest więcej. To rodzice tych ludzi, rodzeństwo, ich dzieci, partnerzy, partnerki. Oni niosą z tymi ludźmi ten krzyż przez dziesiątki lat. Gdyby Kościół zabiegał o zasługi w życiu doczesnym, ozłociłby tych ludzi, ale biskupi wolą zbierać kasę i budować świątynie opatrzności bożej, bursztynowe ołtarze i ścigać się, kto postawi wyższą figurę Chrystusa Króla. Co to ma wspólnego z chrześcijaństwem? Nic.
Oczywiście pod naciskiem opinii publicznej kościół markuje jakieś działania. Tak było po opublikowaniu mapy kościelnej pedofilii, po filmie Wojtka Smarzowskiego, przy okazji szczytu watykańskiego w sprawie pedofilii w lutym tego roku. No, ale poza zapowiedziami nie mamy żadnych realnych działań.
Ksiądz Żak w rozmowie, którą przeprowadziłem z nim w zbiorze rozmów z ofiarami kościelnej pedofilii „Żeby nie było zgorszenia. Ofiary mają głos” tłumaczył mi, że nasze społeczeństwo jest niedojrzałe. Diecezje są niezależne i nie ma żadnych instrumentów, by cokolwiek od nich egzekwować. Moi przyjaciele, księża z różnych regionów Polski mówią, że w świadomości kleru diecezjalnego nie zmieniło się nic a nic. Oni ciągle widzą w pozycjonowaniu pedofilii atak na Kościół. Kościół sam się nie zmieni. Musi działać państwo, opinia publiczna. Oni się tego boją. Dlatego tak mocno zaangażowali się w kampanię PiS-u. To jest taktyczny sojusz z rozsądku. Kaczyński, który skłócił Polaków, to żaden katolik. No, ale nie ma w Polsce biskupa, który by mu udzielił za to ostrej reprymendy, bo mają z nim dil.
Oczywiście pedofilia występuje w innych środowiskach, ale mówiąc szczerze, nie poprawi mi jako pokrzywdzonemu przez księdza humoru fakt, że to zjawisko występuje również w środowisku jazzowym.
Proszę zobaczyć, jak szybko działają szkoły, organizacje sportowe, gdy jest choćby podejrzenie nadużycia przez nauczyciela albo trenera. Tam prokuratura wchodzi „z buta”. Pod kurię nie podejdą. Jest efekt aureoli. No i na tym polega ta różnica.

Po premierze „Tylko nie mów nikomu” pojawiły się deklaracje o powołaniu komisji ds. pedofilii. Co, według pana, stało się w międzyczasie, że społeczeństwo i politycy przestali interesować się tym tematem? Czy to tylko „odroczenie wyborcze” i kwestia wróci przed końcem roku, czy raczej została już zamieciona pod dywan?

Ale to, co proponuje rząd, mam na myśli ustawę, którą zapowiedział premier Morawiecki, to dokument napisany na kolanie, nieprzemyślany. Pisałem na ten temat. Pomysł powołania komisji, która by się zajmowała grupami zawodowymi, które pracują z dziećmi, nie jest zły. Podobna komisja, która badała to zjawisko, powstała w Australii. Na całym zresztą świcie pedofilię badali fachowcy (prawnicy, seksuolodzy, psycholodzy). W Niemczech, we Francji, Australii i USA zbadano akta osobowe księży na przestrzeni dziesiątek lat, uchwycono modus operandi sprawców, czynniki ryzyka itd.
Komisja, którą proponuje nasz rząd, to ciało polityczne, niemające żadnych kompetencji, któremu żadna kuria nie da akt osobowych księdza, więc nic się o nim nie dowiemy.
Druga kwestia to fakt, że organ ten nie będzie miał żadnych nadzwyczajnych uprawnień oprócz tych, które mają prokuratura i sądy. Po co zamiast efektywnie korzystać z instytucji, które działają, powołuje się ciało, które ma zrobić to samo, tylko w celu politycznym? Problemem jest również kwestia konstytucyjności tej komisji, bo komisja ma decydować o umieszczeniu danej osoby w rejestrze pedofilów, nawet jeżeli sprawa jest przedawniona. To są uprawnienia zastrzeżone dla wymiaru sprawiedliwości i żadna komisja nie powinna tego robić.
Potrzebna jest komisja stworzona w oparciu o modele, które znamy. To się ziści w perspektywie kilku lat. Badania pokazują, że 75 proc. Polaków uważa, że Kościół nie radzi sobie z pedofilią, a w celu wyjaśnienia sprawy należy powołać zewnętrzny organ, który dogłębnie zbada i wyjaśni sprawę.

Lewica w ostatnim okresie szczególnie głośno postuluje rzeczywisty rozdział Kościoła od państwa. Czy sądzi pan, że jest to możliwe?

Sam Chrystus to postulował, bo to są dwa światy. Żadnemu Kościołowi zresztą w wymiarze duchowym, bo ja tu nie mówię o blichtrze i apanażach, alians Kościoła z państwem żadnego dobra nie przysporzył. Wręcz przeciwnie. Kościół rozpasany, bezkarny, uprzywilejowany skazany był na degrengoladę, stawał się sitwą. Druga sprawa to pretensje Kościoła związane ze sferą edukacji, te najazdy na programy szkolne, które są zwykłą indoktrynacją pod płaszczykiem rzekomej aksjologii chrześcijańskiej. To są lata zaniedbań, które doprowadziły do tego, że nie wykształciliśmy wśród młodzieży postaw obywatelskich, świadomości seksualnej i tak dalej. Jeśli Kościołowi zależy rzeczywiście na chrześcijaństwie, niech nie robi nic na siłę.

Ściszonym głosem

O pedofilii w Kościele francuskim

O Francji zwykliśmy myśleć jako kraju zdecydowanie laickim, który ową laickość ma zakodowaną w genach. Wszak wiemy jak się z religia obeszła Rewolucja Francuska, z której Francuzi do dzisiaj szukają źródła własnej tożsamości i raczej w prześmiewczym Wolterze się odnajdują niż w pobożnym Pascalu. Zmagając się z nadmierną, a często i bezczelną obecnością polskiego katolicyzmu w przestrzeni publicznej zazdrościmy Francuzom ich subtelnego i dyskretnego podejścia do katolicyzmu. Jego kwintesencją raczej jest ubogi i pobożny proboszcz z książki Georgesa Bernanosa „Pamiętnik wiejskiego proboszcza” niż ksiądz biznesmen, który od lat dominuje i wyznacza standardy polskiemu katolicyzmowi.
Z tym większym zaskoczeniem obejrzałem film francuskiego reżysera Françoisa Ozona „Dzięki Bogu”, w którym odkryłem wiele elementów znanych mi raczej z Polski niż z Francji. Nie mogłem oczywiście nie porównywać do dwóch innych filmów, o których dyskutowałem i pisałem wielokrotnie. Chodzi o amerykański film „Spotlight” (2015) i jego polski odpowiednik „Tylko nie mów nikomu” (2019).
Jak wiadomo odegrały one i nadal odgrywają ważną rolę w zrozumieniu zjawiska pedofilii klery katolickiego, a zwłaszcza mechanizmów ochrony sprawców. Film amerykański zdemaskował system krycia sprawców, którego zwieńczeniem był nie tyle kardynał Bostonu Bernard Law, ile papież Jan Paweł II. Film polski skoncentrował się głównie na bezradności ofiar i bezduszności hierarchów. W obu filmach ważnym elementem była społeczność katolicka, która w większym stopniu kryła sprawców niż wspomagała ofiary.
Film „Grâce à Dieu” („Dzięki Bogu”) (2019) francuskiego reżysera Françoisa Ozona wprowadza do tej problematyki nowy, szczególnie wyciszony głos. O doświadczeniach ofiar dowiadujemy się z zaledwie zarysowanych scen przywoływanych retrospektywnie. Główny oprawca pojawia się jako nieporadny starzec, który raczej myśli o własnym „cierpieniu” niż o wyrządzonej krzywdzie. Jednak ta łagodna tonacja jedynie wzmacnia jego mocny głos w toczącej się debacie na temat sposobu obecności instytucjonalnej religii w przestrzeni publicznej. A ściślej mówiąc, stawa ważne pytania na temat jej odpowiedzialności za przestępstwa kleru działającego w jej imieniu i dopuszczającego się seksualnych nadużyć wobec dzieci powierzonych ich opiece.
Film został już zauważony na festiwalu w Berlinie, gdzie otrzymał nagrodę Srebrnego Niedźwiedzia w lutym tego roku. Dostrzeżono go w jego własnym kraju, gdzie zobaczyło go już ponad milion widzów a niektórzy „bohaterowie” filmu wytoczyli mu już procesy. Kuriozalnie brzmi uzasadnienie jednego z nich. Chodzi o pominięcie „domniemanej niewinności” (to prawnicy ks. Bernarda Preynata, który jest podejrzewany o molestowanie przeszło 100 chłopców w latach 1971-1991).
François Ozon przedstawia historię, którą napisało życie. Haniebną sprawą Bernarda Preynata żyła cała Francja. Ksiądz odpowiadał przed wymiarem sprawiedliwości za molestowanie 80 nieletnich (liczba zgłoszonych przypadków). Przez lata krył go arcybiskup Lyonu, Philippe Barbarin. Uciszał kolejne doniesienia, przenosił księdza z parafii na parafię. Barbarina skazano na pół roku więzienia w zawieszeniu. Preynat został wydalony ze stanu kapłańskiego.
Film zobaczyłem przed polską premierą, która ma się odbyć 20 września, dzięki uprzejmości jej polskiego dystrybutora, firmy Against Gravity. Właśnie dlatego mogę skreślić tych kilka uwag na jego marginesie. Myślę, że jeszcze będzie okazja do niego wrócić — choćby przy okazji ostatecznego wyroku w sprawie kardynała Bernardyna, bo Watykan ciągle jeszcze wstrzymuje się z ostateczną decyzją, kierując się zasadą domniemanej niewinności. Na szczęście dla Francji decydujące są wyroki tamtejszego wymiaru sprawiedliwości, a nie decyzje kościelne.
Przed obejrzeniem filmu przeczytałem jeszcze raz rozmowę z reżyserem przeprowadzoną w kwietniu tego roku przez hiszpański dziennik El Pais, którą przedrukowała Wyborcza. Myślę, że kilka cytatów z tej rozmowy pozwoli lepiej zrozumieć kontekst, w jakim film powstał i jednocześnie wskaże na podobieństwa między „Spotlight” i „Tylko nie mów nikomu”. Wydaje mi się, że również w Polsce ten film odegra istotną rolę w postrzeganiu Kościoła katolickiego. Bo wbrew głosicielom wyjątkowości polskiego katolicyzmu mechanizmy przestępstw kleru i ich tuszowanie przez hierarchię (no może specyfiką polską jest to, że również władze państwowe mają w tuszowaniu swój udział) są wszędzie takie same.
Tak więc François Ozon na pytanie, jak udało mu się film nakręcić odpowiada: „Zatrzaskiwano nam drzwi przed nosem. Nikt nie chciał być zaangażowany w ten temat. Zrozumiałem, że niemożliwe będzie nagrywanie w Lyonie, mieście opisywanych wydarzeń. Miałem problem z domknięciem budżetu, niektóre firmy towarzyszące mi od początku tym razem powiedziały „nie”. W końcu postanowiłem kręcić to niemal w tajemnicy”. Mimo wszystko film powstał i już jest faktem społecznym.
Nie można mówić, że Francja jest inna, bo jest krajem w pełni zeświecczonym. Okazuje się bowiem, że mechanizmy wyparcia są takie same jak w katolickiej Polsce, gdzie całe wspólnoty parafialne stawały w obronie księży pedofili a wierni oskarżali ofiary o chęć szkodzenia Kościołowi lub wręcz o wyłudzanie pieniędzy.
Jednak nie wszyscy tak reagowali. Zdarzało się bowiem, że film wyzwalał, zachęcał do opowiadania własnych historii, pomagał przezwyciężyć wstyd. Podobnie było w przypadku francuskiego filmu, jak powiada reżyser: „Zorganizowaliśmy wiele debat z widzami – po zakończeniu projekcji wstawali i opisywali wiele rzeczy przed całkiem nieznajomymi. Dotyczących wykorzystywania seksualnego nie tylko w Kościele, ale również w rodzinie czy w klubach sportowych. Ofiary zdały sobie sprawę, że nie są same. Dorastały, myśląc, że ich przypadki były wyjątkami, a teraz widzą, że tak nie jest. Nie wiem, czy kino może zmienić świat w jakiś sposób, ale sądzę, że w takim sensie mój film może znaleźć pewne zastosowanie”.
Jest to zastosowanie bardzo ograniczone, jeśli zabraknie woli współpracy ze strony kościoła, zwłaszcza księży i biskupów. Nawet ze strony papieża Franciszka trudno się wiele spodziewać zdaniem Ozona, podobnie jak i ze strony innych starszych (a we Francji przeważnie mocno starych) mężczyzn, jakimi w większości są księża w Europie. Jedynie, co może kościół uratować to radykalna reforma, jednak na nią się nie zapowiada:
Całkowita reforma. Akceptowanie kobiet, zmiana doktryny dotyczącej seksualności… Sęk w tym, że nie są gotowi na coś takiego. Kościół nie zmieni się, jeśli się go do tego nie zmusi. Nie zrobi nic sam z siebie, chyba że wymiar sprawiedliwości go zobowiąże. Dotarł do punktu, w którym już nie może kontynuować zamiatania swoich skandali pod dywan. Jest na to za późno.
Z tą diagnozą wypada się zgodzić.
Wracając do filmu. Trwa dwie godziny i 17 minut. Każda minuta tworzy klimat i napięcie, któremu każdy chcąc nie chcąc musi się poddać. To nie jest film łatwy w odbiorze, w tym przypomina polski dokument braci Sekielskich, który jak wiadomo będzie miał swoją kontynuację.
A jednak jest w nim jakaś siła oczyszczająca. W tym różni się od systematycznego zamiatania pod dywan czy to problemów w kościele, czy w polityce, czy w rodzinie. Wcześniej czy później zamiecione brudy zaczynają dawać o sobie znać. Zatruwają życie nam wszystkim. Film ma siłę wyzwalającą i pozwala wierzyć, że jednak przestępcy poniosą zasłużoną karę, a cierpienie ofiar znajdzie zadośćuczynienie, albo przynajmniej zrozumienie. Dlatego warto takie filmy oglądać choćby po to, by uwierzyć w siłę prawdy, która rzeczywiście wyzwala. Tak przynajmniej dzieje się w filmie „Dzięki Bogu”.
Alexandre (Melvil Poupaud) – przystojny, wykształcony, dobrze sytuowany. Typowy przedstawiciel klasy średniej. Żonaty, ma pięcioro dzieci. Przykładna rodzina katolicka. François (Denis Ménochet) – niewierzący, niepraktykujący, również żonaty, ma trójkę dzieci. Emmanuel (Swann Arlaud) – narkoman, alkoholik i epileptyk. Co ich łączy? W dzieciństwie każdy był ofiarą księdza Preynata (Bernard Verley), który wykorzystywał swoją pozycję, żeby gwałcić dzieci. Zwykle robił to na obozach harcerskich, choć zdarzało się i na plebanii, po lekcjach.
Alexandre, François i Emmanuel po latach życia ze wstydem ofiary pedofila przerywają milczenie. Tak jak w filmie bracie Sekielskich, również w „Dzięki Bogu” dominuje perspektywa ofiar. Pracując nad filmem, Ozon korzystał nie tylko z ustnych relacji ofiar ks. Preynata, ale również z dokumentów i listów, które jednoznacznie pokazują, że hierarchowie Kościoła, wśród nich Barbarin, chcieli za wszelką cenę wyciszyć sprawę, zamiast wymierzyć karę sprawcy.
Obraz francuskiego kościoła wyłaniającego się z filmu Ozona nie jest ciekawy. Jest to organizacja skoncentrowana na sobie, nierozumiejąca bólu ofiar i broniąca się przed konfrontacją z rzeczywistością. A przy tym jej przedstawiciele nie szczędzą uwag o konieczności wiary, modlitwy i zawierzenia Bogu. W tym również przypomina nasz polski kościół katolicki.
Są też różnice. Rodziny zdecydowanie stają po stronie ofiar. Nie stawiają idiotycznych pytań, jakie usłyszały niektóre z polskich ofiar – dlaczego się nie broniłeś, dlaczego do niego wracałeś? Choć w przypadku François rzecz nie przedstawia się tak łatwo: nie wszyscy go rozumieją, jego brat oskarża go o przesadę, histerię. Ale po konferencji prasowej, której bohaterem był właśnie François, jego ojciec przekazuje mu znak pojednania od brata. Inni po prostu rozumieją i z empatią wspierają w trudnej drodze przezwyciężania traumy. Państwo również staje w sposób jednoznaczny po stronie ofiar. Kościół, nie tylko ksiądz pedofil, ale i tuszujący jego zbrodnie zostali oskarżenie i osądzeni. W tym sensie to film, który przywraca wiarę w sądownictwo.
Być może powoli również polskie sądownictwo zacznie stosować jedną miarę wobec wszystkich oskarżonych. Również tych w sutannach i tych z piuskami na głowie. Bo jak dotąd żaden biskup tuszujący przestępstwa księży pedofilii i przenoszący ich na inne parafie (gdzie również kontynuowali swój pedofilski proceder) nie został skazany.

Agenda dla Europy

Powiązania i watykańskie inspiracje konfrontacji w Polsce.

Mamy faktycznie w naszym kraju konflikt cywilizacyjny o podłożu religijnym. W mniejszym lub większym stopniu tlił się on przez cały okres od roku 1989, chociaż z różną intensywnością. Przy stałej gotowości kolejnych ekip sprawujących władzę z rożnych opcji politycznych do akceptacji szczególnej pozycji Kościoła katolickiego w państwie oraz rangi jego oczekiwań i aspiracji, głosy obywateli wołających o świecki charakter szkoły, dopuszczalność aborcji do 12 tygodnia, możliwość szerokiego stosowania wspomaganych technik rozrodu czy nasycania przestrzeni publicznej treściami o charakterze religijnym były marginalizowane, pomijane i ignorowane, również przez media. Praktyki takie były stosowane wobec obywatelskich inicjatyw ustawodawczych jak np.: „świecka szkoła” czy ostatnio dotyczącej jawności przychodów kościołów i związków wyznaniowych oraz likwidacji ich przywilejów finansowych. Godzenie się kolejnych rządów z nadrzędną wobec wszystkich innych instytucji pozycją Kościoła zostało tak dalece utrwalone w świadomości społecznej, że wszelkie działania jakie władze czyniły z chęci przypodobania się biskupom, zasłużenia na poparcie kleru czy chociażby zneutralizowania stanowiska Kościoła wobec aktywności aktualnie rządzącej formacji politycznej zostały skutecznie przykryte zasłoną milczenia. Pojedyncze nieśmiałe próby sprzeciwu czy to wobec działalności Komisji Majątkowych hojnie i bez należytej podstawy prawnej przydzielających kościołom i związkom wyznaniowym majątek państwowy i samorządowy, czy wobec przywileju swobodnego obrotu ziemią rolną, albo możliwości odliczania od dochodu ustalonego dla celów podatkowych osób prawnych kwot darowizn na cele kultu religijnego do wysokości aż 10% ostentacyjnie lekceważono bez żadnych konsekwencji społecznych. Wyraźnie widać było, że postępuje proces klerykalizacji kraju w zamian za poparcie Kościoła katolickiego dla sprawujących władzę. Niezależna pozycja Kościoła katolickiego w Polsce pozostała nienaruszona nawet po 2005 roku i to pomimo utraty wsparcia i autorytetu zmarłego papieża JPII. Kościół nie poparł projektu IV Rzeczpospolitej lansowanego przez koalicyjny rząd PiS i bez problemu uporał się z próbą lustracji mogącej zagrozić pozycji hierarchów. Klerykalizm polityczny narodowo-wyznaniowej partii Jarosława Kaczyńskiego bezskutecznie rozniecał światopoglądowy konflikt do czasu aż zyskał martyrologiczną podbudowę po katastrofie prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem, a Kościół uwierzył w możliwość całkowitego panowania w sferze światopoglądowej jako ukoronowaniu swojej pozycji i władzy trwale zapewniającej potrzebny poziom finansowania z państwowej kasy. Tym narzędziem stała się polityzacja religii, zawsze zresztą w Polsce związanej z potocznym poczuciem tożsamości narodowej i ścisły sojusz z partią rządzącą. Zdobycie jednak takiego poziomu władzy, który może zrealizować pełne podporządkowanie społeczeństwa regułom i rytuałom konfesyjnie zdefiniowanego katolickiego systemu wartości, a co za tym idzie czysto praktycznym interesom ekonomicznym Kościoła wymagał oprócz faktycznej koalicji z władzą także wsparcia na arenie międzynarodowej i to nie tylko ze strony Watykanu, co by nie mówić jednakże bardzo powściągliwego w politycznym zaangażowaniu lecz tworzącego się właśnie frontu ultrakonserwatywnych organizacji łączących i najbardziej nieprzyjazną postępowi i prawom człowieka cześć hierarchii kościoła powszechnego, fundamentalistycznych części innych wyznań chrześcijańskich w tym o także np. ortodoksyjnych sekt religijnych z Brazylii, potomków arystokratycznych rodzin europejskich, rosyjskich miliarderów i amerykańskich fundamentalistów. Dla nich wszystkich cywilizacyjna konfrontacja ze współczesnością szanująca prawa kobiet, osób LGBT, prawa do rozwodu, zmiany płci, stylu czy sposobu życia, wolnością myśli, sumienia bądź swobodnego wyboru wyznania albo pozostania bezwyznaniowcem, jest wyrazem niezgody na świeckie zasady funkcjonowania państw, jest koniecznością wynikającą z religijnej wizji świata. Organizacje te stworzyły program przywrócenia tzw. naturalnego porządku znany jako Agenda dla Europy i czynnie starają się go zrealizować w tych krajach europejskich w których istnieją społeczne i polityczne warunki urzeczywistnienia religijnych wartości poprzez sukcesywne wprowadzanie czy to pełnego zakazu prawnego aborcji, czy to zakazu stosowania In vitro. Krajem z którym wiązano wielkie nadzieja na restaurację religijnego czyli jak twierdzą zwolennicy ruchu „naturalnego” porządku społecznego była i jest Polska właśnie. Tu przebiegał konflikt o zaostrzenie i tak najbardziej surowych przepisów zakazujących aborcji, który wyprowadził na ulice miast setki tysięcy kobiet. To właśnie w Polsce został rozdmuchany cywilizacyjny spór o prawny kształt kraju w którym po jednej stronie stanął Kościół katolicki z partią rządzącą i wspomagającymi ich organizacjami Agendy dla Europy jak Ordo Iuris. Taka sytuacja jest spełnieniem marzeń narodowo-wyznaniowej partii rządzącej, która dowolnie może eskalować konflikt lub go wyciszać i kierować ,stosownie do swoich potrzeb i uznania, na aktualnie interesujące ją środowiska dzisiaj np. na osoby LGBT, a jutro na ateistów lub lewaków aktualnie stanowiących dowolnie skonfigurowany zbiór zwolenników innej opcji politycznej niż rządząca.
Trudno jest ustalić dzisiaj ustalić bez usunięcia wątpliwości bezpośrednie powiązania osobowe i finansowe różnych grup i instytucji wewnętrznych Kościoła katolickiego z ruchem obejmującym ponad 100 różnych organizacji w przeważającej części całkowicie świeckich dążących do przywrócenia tzw. naturalnego porządku. Określenie to należy rozumieć jako generalne odrzucenie praw człowieka w tym przede wszystkim w zakresie zdrowia seksualnego, reprodukcji w tym aborcji i technik wspomaganego rozrodu, równouprawnienia osób LGBT czy zmiany płci. Ruch skupia bowiem wyznawców różnych wyznań chrześcijańskich, w tym nie tylko katolików lecz tradycjonalistów protestanckich i prawosławnych, wyznawców ortodoksyjnych sekt i ultrakonserwatystów różnej maści. Głównymi jednakże organizatorami ruchu wydaja się być instytucje i osoby związane z watykańską hierarchią, która nawet na forum międzynarodowym w zakresie praw osób homoseksualnych potrafi sprzymierzyć się z Arabią Saudyjską, Katarem czy Koreą Płn. Oprócz wskazania konkretnych osób z kierownictwa ruchu jak Gudrun Kugler czy Terrence McKeegan, oboje będący działaczami politycznymi zatrudnionymi w watykańskim Międzynarodowym Instytucie Teologicznym i mający za sobą długą karierę przeciwstawiania się prawom reprodukcyjnym wartą odnotowania postacią jest Gregor Puppinck reprezentujący Stolicę Apostolską w różnych organach Rady Europy czy Luca Volonte z Europejskiej Partii Ludowej w Parlamencie Europejskim.
Niezwykłych ustaleń można jednak dokonać uważnie przeglądając powiązania ideowe pomiędzy skrajnie prawicowymi organizacjami i grupami hierarchów watykańskich, a treściami proponowanymi przez Agendę dla Europy. Jednym z najbardziej interesujących przedsięwzięć intelektualnych i to nie bez bezpośredniego wpływu na Konferencję Episkopatu Polski poprzez osobę byłego już Prefekta Kongregacji Nauki Wiary kardynała Gerhardta Ludwiga Mullera nieustannie goszczącego w Polsce na różnych wydarzeniach w tym sensu stricto politycznych, jest grupa Das Regensburger Netzwerk. Z jej działalnością wiąże się nie tylko byłego papieża Josepha Ratzingera, jego brata Georga, nadal mieszkającego w Ratyzbonie oraz wspomnianego już Gerhardta Mullera, ale także „luksusowego biskupa” Limburga Franz-Petera Tebartz-van Elsta, który zasłynął wydaniem 31 mln. Eur na renowację swojej siedziby oraz kardynała Georga Gansweina, słynącego z elegancji i przystojnej postury sekretarza byłego papieża Benedykta XVI. Do grupy tej należy także konserwatywny ksiądz Wilhelm Imkamp obecnie zamieszkujący w pałacu Glorii von Thurn und Taxis, która od dawna wspiera grupę w tym finansowo. W Szwajcarii w mieście Chur znajduje się szwajcarskie odgałęzienie tej „ratyzbońskiej sieci”, które skupia się wokół biskupa Vitusa Huondera j jego zastępcy księdza Martina Grichtinga. Według autora poczytnej książki „Sodoma” opisującej skalę homoseksualizmu wśród watykańskich hierarchów kościelnych Frederica Martela grupę z Ratyzbony łączy ze znanym włoskim instytutem Dignitas Humane Institute, kierowanym przez ultrakonserwatystę Benjamina Harnwella, osoba afrykańskiego kardynała Roberta Saraha. Jest to niezwykła postać byłego afrykańskiego przywódcy plemiennego, który stał się księdzem katolickim. Kształt jego poglądów i wizja duszpasterstwa powstały pod wpływem arcybiskupa Lefebra, aktywnego publicysty i propagatora najbardziej skrajnej bo przed soborowej, lefebrovskiej wersji katolicyzmu. Działalność Saraha sprowadzająca się do nieustannej walki ze znaną nam w Polsce dokładnie tzw. „ideologią gender”, związkami homoseksualnymi i lobby gejowskim jest finansowana z nieustalonego źródła, podobnie jak olbrzymie nakłady jego wątpliwej wartości książek zalewające Afrykę. W przemówieniu z 2015 roku na synodzie poświęconym rodzinie nazwał rozwód skandalem, a powtórne małżeństwo cudzołóstwem. Zagrożenie LGBT przyrównuje do terroryzmu islamskiego, uważając że to dwie strony tego samego medalu „dwie bestie apokalipsy”. Kardynal Sarah jest wiodącą postacią także we francuskiej organizacji „La Manif pour tous” (manify dla wszystkich) zrzeszającej przeciwników małżeństw jednopłciowych i organizującej marsze uliczne m.in. zwolenników Marine Le Pen. Nie może zatem budzić zdziwienia naturalna skłonność zachowawczych ruchów religijnych do szukania „przyjaznych stosunków” z najbardziej konserwatywnymi nacjonalistycznymi organizacjami politycznymi. Wystarczy zapoznać się z zamieszczoną na stronach internetowych Dignitas Humane Institute Deklaracją Powszechną Godności Człowieka, wywodzącej naturę człowieka”.. z podobieństwa Boga, jego stwórcy” i uważnie przeczytać zawarty w niej nakaz działania mający być odpowiedzią na „..rosnącą świecka nietolerancję wobec chrześcijan we wszystkich wyznaniach..” aby zauważyć pełną zbieżność działań podejmowanych przez Instytut z manifestem Agendy dla Europy. Mieszczący się w historycznych zabudowaniach zakonu cystersów w Trisulti we Włoszech, Dignitas Humane Institute cieszy się zaangażowaniem, w tym finansowym Steve K. Bannona byłego doradcy i szefa kampanii wyborczej Trumpa. Instytut ma za zadanie przygotowanie kadr do konfrontacji ze świeckością mająca ustąpić przed aktywnym udziałem wiary chrześcijańskiej w życiu publicznym. Punkt 12 Uniwersalnej deklaracji godności ludzkiej wzywa wszystkich mężczyzn do wyraźnego podejmowania i uznania zawsze i wszędzie, że prawdziwe prawa leżą poza wszelkimi prawami stanowionymi i że najważniejszym prawem jest uznanie człowieczeństwa za stworzone na obraz i podobieństwo Boga.
Z działalności prowadzonej przez powiązane ze sobą organizacje świeckie i wyznaniowe przy aktywnym zaangażowaniu Kościoła katolickiego lub jego fundamentalistycznej części hierarchii w sposób oczywisty wynika, że stoimy w Polsce przed poważnym problemem konfrontacji świeckości z aspiracjami wspólnot wyznaniowych do kształtowania Polski, Europy i całego świata podług konfesyjnie zdefiniowanego systemu wartości, że ataki hierarchii kościelnej m.in. w Polsce na kwestie praw reprodukcyjnych czy LGBT, gender czy jednopłciowych związków małżeńskich, a nawet partnerskich to nie jest wyłączna inicjatywa krajowego episkopatu, lecz część cynicznie zaplanowanej i realizowanej konfrontacji światopoglądowej, w tym osłabienia nastrojów proeuropejskich, że w końcu budowany jest sukcesywnie, zakrojony na szeroką skalę sojusz sił wyznaniowych i konserwatywnych i że obejmuje on różne wyznania chrześcijańskie, które tradycyjnie toczyły ze sobą spory i waśnie. Sojusz ten ma zmierzyć się z układem europejskich państw demokratycznych, w których świeckość, dystans do różnych wyznań i programowa areligijność jest konstytucyjnym fundamentem istnienia wolności jednostki, koegzystencji różnych przekonań, nurtów filozoficznych, a także stylów i sposobów życia. Najgorsze jest jednak to, że przynajmniej obecnie konfrontacja ta odbywa się w Polsce i to w okresie wyborów do Sejmu. Nie jest więc obojętne w jaki sposób będzie prezentowany stan relacji Kościoła katolickiego z państwem. Nie można sprowadzać ich do prostych haseł wprowadzenia podatków obejmujących działalność kościołów i związków wyznaniowych bo prawne uwarunkowanie ich funkcjonowania jest pochodną pozycji i roli jaka pełnią na danym etapie rozwoju społecznego i rozwoju państwa. Problematyka prawnej separacji kościołów i związków wyznaniowych z państwem, konieczna do przeprowadzenia w Polsce nie może obejmować jedynie kwestii uprzywilejowania fiskalnego czy usunięcia lekcji religii ze szkół na marginesie w obecnym stanie prawnym niemożliwego do realizacji, ale przede wszystkim stworzenia instytucjonalnych podstaw do edukacji społeczeństwa i opracowania projektów ustaw stopniowo wdrażających rozdział i ściśle określających zakres autonomii i niezależności kościołów i związków wyznaniowych od państwa w sprawowaniu ich zdefiniowanej funkcji religijnej, a nie wszelkiej działalności jaką życzą sobie prowadzić, bo w takiej sytuacji muszą być podporządkowane obowiązującemu prawu powszechnemu uwolnionemu od częstej w Polsce nieprawidłowej recepcji prawa wewnętrznego Kościoła.

Czy nadszedł czas na polską reformację?

Redaktor prowadzący portal „Studio Opinii” opatrzył moje uwagi na temat teologii papieża Franciszka fragmentem pomnika Marcina Lutra z Wormacji.
Jak się dowiedziałem z przepastnych bogactw Internetu, jest to największy pomnik niemieckiego reformatora na świecie. Opis Kamila Basińskiego jest dokładny: „W 1868 roku odsłonięto w Wormacji największy pomnik Marcina Lutra i Reformacji na świecie. Trzymetrowa figura Odnowiciela Kościoła otoczona jest czterema przedreformacyjnymi „wojownikami” o prawdę chrześcijańską: Girolamo Savonarolą, Janem Husem, Johnem Wycliffem i Peterem Waldensem. Doktor Luter spogląda z cokołu na nieistniejący dziedziniec biskupstwa, na którym stanął przed cesarzem Karolem V i Sejmem Rzeszy 17 i 18 kwietnia 1521 roku”.

Publikacja mojego felietoniku zbiegła się w czasie z ukazaniem się na łamach „Wyborczej” intrygującego tekstu Christiana Daviesa „Polska ma teraz swój »luterański moment«. Czy Kościół, który nas zawiódł, może żądać naszej lojalności?”.
Autor odwołuje się do doświadczeń swoich rodziców (matki Polki katoliczki i ojca Walijczyka protestanta) oraz własnych obserwacji. To wszystko prowadzi go do następującego wniosku: „Sądzę, że Polska ma teraz swój »luterański moment«. Nie chodzi mi o to, że Polacy nawrócą się masowo na tę wiarę. Ale wydaje mi się, że spełniona jest tu dziś część warunków, które 500 lat temu zrodziły luteranizm – korupcja i moralne zepsucie Kościoła katolickiego oraz porzucenie słowa Bożego na rzecz rytualnego, pogańskiego, narodowokatolickiego bałwochwalstwa”.
Davies dodaje: „Chodzi mi o to, że w tym szczególnym momencie znaczny odłam polskiego Kościoła uległ ludzkim grzechom i materialnym pokusom, związanym nieodłącznie z dominującą pozycją. Groteskowi biskupi-politycy przewodzą seksualnej deprawacji i korupcji. Kościół nadal rości sobie prawo do tytułu obrońcy »wartości moralnych«, ale coraz bardziej przypomina niemoralne serce niemoralnego narodu”.
Czy ma rację? Owszem; jak najbardziej. Problem jednak w tym, że w okresie reformacji w XVI wieku zbuntowali się duchowni (sam Luter był mnichem augustiańskim), a tzw. naród poszedł za nim i wieloma innymi duchownymi, którzy porzucili sutanny i wypowiedzieli posłuszeństwo papiestwu i biskupom. Bardzo im pomogła ówczesna rewolucja technologiczna, czyli wprowadzenie druku na szeroką skalę. Również sporo świeckich katolików opowiedziało się po stronie zbuntowanego kleru.
W Polsce takiego potencjału nie widzę. Owszem nowa rewolucja technologiczna związana z Internetem, a zwłaszcza nowym środkami komunikacji, otwiera szerokie możliwości alternatywnego kształtowania świadomości religijnej, jednak polski kler w większości doskonale się czuje, zwłaszcza pod władzą biskupią. Mniej papieską, bo teologia Franciszka jest dla większości nie do przyjęcia.
Również katolicy świeccy w większości umościli się wygodnie pod skrzydłami proboszczów i biskupów i ani im w głowie reformacja. Tak więc mam złą wiadomość dla pana Christiana Daviesa: na ‘luterański moment’ przyjdzie nam jeszcze długo poczekać, gdyż polski katolicyzm trzyma się mocno.

Logika konfrontacji

Na kilkanaście dni przed wyborami do Parlamentu Europejskiego lider Prawa i Sprawiedliwości zdecydował się na podporządkowanie kampanii wyborczej tego ugrupowania logice ideologicznej konfrontacji. Linię tej konfrontacji wyznaczyć ma obrona rzekomo zagrożonego Kościoła Katolickiego, atakowanie którego ma być równoznaczne z „podniesieniem ręki na Polskę”. Jest to bardzo czytelny przekaz: kto jest przeciw Prawu i Sprawiedliwości, jest zarazem przeciw Kościołowi Katolickiemu, a tym samym przeciw Polsce.

Przyjęcie takiej, konfrontacyjnej, logiki walki oznacza porzucenie nadziei na to, że zwycięstwo wyborcze można uzyskać przez odwołanie się do umiarkowanego środka.
Prawo i Sprawiedliwość było gotowe na znaczne ustępstwa w imię strategii łagodzenia konfliktu. Zaczęło licytować się z Koalicją Europejską w deklaracjach poparcia dla Unii Europejskiej, jakby zapominając o tym, że jednym z pierwszych posunięć premier Beaty Szydło było usunięcie flag Unii Europejskiej z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i że flaga ta została przez ulubioną posłankę PiS nazwana „szmatą”. Do zamrażarki sejmowej poszedł projekt radykalnego zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, za co między innymi PiS płaci wzmocnieniem skrajnie prawicowej Konfederacji. Wszystko to miało sens jako strategia obliczona na pozyskiwanie przynajmniej części ludzi środka. Strategii tej sprzyjały postawy „symetrystów” – tych ludzi lewicy, dla których nie ma zasadniczej różnicy między PiS i PO.
Strategia walki o umiarkowanych miała sens. Jeśli partia Jarosława Kaczyńskiego miałaby wygrać wybory, to musiałaby uzyskać lepszy wynik niż w wyborach samorządowych 2018 roku, w których zdobyła ona wprawdzie największą liczbę głosów, ale znalazła się w mniejszości wśród radnych sejmików wojewódzkich.
Porzucenie tej strategii na rzecz konfrontacji ideologicznej można zrozumieć jedynie wtedy, gdy przyjmie się założenie, że przywódca partii rządzącej zdał sobie sprawę z nieskuteczności polityki umiaru. Sondaże socjologiczne nie dają tu jednoznacznego obrazu – głownie dlatego, że notorycznie zawyżają prognozowaną frekwencję, co czyni całą prognozę wysoce wątpliwą. Zapewne więc istnieją inne, bardziej wiarygodne, źródła wiedzy o tym, jak kształtuje się prawdopodobny wynik wyborów.
Wybór strategii konfrontacyjnej ma swoje koszty. Nawet wielu ludziom bliskim Kościołowi nie podoba się zapał, z jakim policja zabrała się za represjonowanie autorki rzekomo bluźnierczego wizerunki Matki Boskiej w aureoli o kolorach tęczy, co zresztą „rozsławiło” nasze państwo w świecie. Trudno też przyjąć, że rzeczywistym powodem zwrotu ku konfrontacji jest krytyczne wobec Kościoła wystąpienie redaktora naczelnego „Liberté” poprzedzające wykład Donalda Tuska na Uniwersytecie Warszawskim. Sadzę raczej, że wydarzenia te posłużyły Jarosławowi Kaczyńskiemu jako pretekst do zmiany języka propagandy.
Byłby to więc wyraz desperacji, której jedynym logicznym wyjaśnieniem jest poczucie, że zwycięstwo wyborcze wymyka się z rąk. Czy jednak jest to posunięcie politycznie trafne?
Logika konfrontacji ma swoje koszty. Już w tej chwili widać, że brutalność policji wobec Elżbiety Podleśnej wywołało zażenowanie w samym obozie władzy. Minister Brudziński usiłuje się wytłumaczyć argumentem, że nastąpiła „obraza uczuć religijnych”, ale nie potrafi wyjaśnić, dlaczego podległa mu policja tym razem była tak stanowcza, a nawet brutalna, podczas gdy z reguły nie reaguje lub reaguje bardzo słabo na otwarte akty antysemityzmu i na używanie faszystowskiej symboliki przez bliskich wielu politykom PiS działaczy skrajnej prawicy nacjonalistycznej.
Jarosław Kaczyński postawił wszystko na jedną kartę. Jest nią poparcie polityczne, którego Prawu i Sprawiedliwości ma udzielić hierarchia Kościoła Katolickiego. Jest to szkodliwe dla Polski, gdyż wprowadza nas w klimat „zimnej wojny religijnej”. To zaś grozi państwu i podważa sama istotę demokracji, której podstawą jest szacunek dla politycznego przeciwnika i poczucie wspólnoty obywatelskiej.
Do takich właśnie wartości odwołał się Donald Tusk w warszawskim wykładzie. Był to, moim zdaniem, najważniejszy element jego wystąpienia. Były premier wrócił tu do tej linii politycznej, która zapewniła mu zwycięstwo w starciu z Jarosławem Kaczyńskim w czasie kampanii przez wyborami 2007 roku, wygranymi przez Platformę Obywatelską. Jest to mądra i dobra dla Polski linia polityczna. Myśląc o przyszłości powinniśmy pamiętać, że nawet przegrana Prawa i Sprawiedliwości nie usunie politycznych podziałów i że jutro Polski zależeć będzie od tego, byśmy rozumieli, iż jest ona naszą wspólną ojczyzną.
W konfrontacyjnej strategii Jarosława Kaczyńskiego centralne miejsce zajmuje przekonanie o politycznej sile Kościoła. Dziwi mnie to u polityka, który berze czynny udział w polityce polskiej od bardzo dawna. Czy trzeba mu przypominać, jakim fiaskiem skończył się apel Episkopatu (z sierpnia 1995 roku) wzywającego wiernych, by w wyborach prezydenckich nie oddali głosu na kandydata wywodzącego się z systemu PRL? Wprawdzie nie padło wówczas żadne nazwisko, ale wśród kilkunastu kandydatów tylko jeden był dwukrotnym ministrem w rządach PRL. I to ten – przez hierarchię kościelną niechciany kandydat – został prezydentem, a pięć lat później powtórzył ten sukces wygrywając już w pierwszej turze. Dwa lata po wyborze Aleksandra Kwaśniewskiego Episkopat rzucił na szalę swój autorytet opowiadając się przeciw poddanemu głosowaniu powszechnemu projektowi Konstytucji jako rzekomo nie respektującej należycie „wartości chrześcijańskich”. Nie na wiele się to zdało i Konstytucja weszła w życie.
Od tego czasu wiele się zmieniło – ale nie w kierunku wzmocnienia politycznej pozycji Kościoła. Ujawnione w skali światowej skandale pedofilskie odbiły się także na świadomości społecznej w Polsce, czego jednym z przejawów jest sukces filmu „Kler”. W samym Kościele dojrzewa wyraźny podział na jego skrzydło fundamentalistyczne i na zwolenników katolicyzmu otwartego. Ci ostatni są w tej chwili w mniejszości, ale politycznym błędem jest stawianie na skrzydło konserwatywne, gdyż nie zapewnia to powszechnego poparcia wśród ludzi wierzących.
Myślę więc , że wybór strategii konfrontacyjnej jest błędem, który nie przyniesie PiS-owi wygranej – ani w maju ani na jesieni. Konsekwencją tej strategii będzie jednak dalsze psucie kultury politycznej w Polsce.
Odbudowanie demokratycznego klimatu politycznego będzie jednym z najważniejszych, a zarazem najtrudniejszych zadań obecnej opozycji, gdy obejmie ona rządy. Będzie to wymagało umiaru i gotowości do konstruktywnego dialogu, wszędzie tam, gdzie trzeba i można znajdować wspólny język. Nie oznacza to puszczenia w niepamięć oczywistego łamania prawa przez dzisiejszych „gospodarzy RP”, ale oznacza gotowość odróżnienia stosunku do nich od postawy przyjmowanej wobec milionów ich dotychczasowych wyborców.
Koalicja Europejska – właśnie dlatego, że jest porozumieniem ponad istotnymi różnicami ideologicznymi – ma warunki, by stać się autorem takiej zmiany klimatu politycznego. Także dlatego warto pracować na jej jak najlepszy wynik wyborczy.

Głos lewicy

Dziękujemy!

Publicysta Jakub Majmurek komentuje pamiętny wykład na UW:
Jerzy Urban od lat 90. tak nie striggerował prawicy jak wczoraj Leszek Jażdżewski. Tymczasem to przemówienie oddaje punkt widzenia dużej części także katolickiej opinii publicznej, która czuje, że model katolicyzmu politycznego w typie III RP nie działa. Reakcję na tę tak naprawdę bardzo chrześcijańską krytykę Kościoła rzymskokatolickiego pokazują, jak bardzo model katolicyzmu politycznego po polsku ciągle traktowany jest jako domyślny i jak histerycznie reaguje się na jakąkolwiek dyskusję wokół niego. Filipiki przeciw zepsuciu Kościoła uwiedzionego przez pieniądz i władzę, to trop katolickiej kultury równie stary, jak ona sama.
Ja dzięki bogu jestem ateistą, więc patrzę na to zupełnie z zewnątrz. Jeśli z tej perspektywy przyczepiłbym się do czegoś, to do konstrukcji, że Kościół katolicki utracił prawo do bycia autorytetem przez pedofilię, chciwość, itd. Jednak ja uważam, że warto budować świeckie państwo nawet wtedy, gdy dominujący kościół składa się z samych Franciszków i teologów wyzwolenia. Potrzebna jest sfera publiczna, gdzie także niewierzący czują się jak u siebie, w świeckości nie chodzi o ziemską pokutę kościoła za Rydzyków, Meringów i inne wykwity naszej kościelnej kultury.

Kościół Marksa

Komentarz publicysty Piotra Nowaka na ten sam temat:
Jarosław Kaczyński ma rację mówiąc, że „kościół jest atakowany w sposób niezwykle brutalny”, w związku z czym „trzeba polskiej tradycji, polskiej duchowości, polskiej moralności bronić”.
Kościół, w sensie wspólnoty, jest ciągle atakowany przez swoich hierarchów i funkcjonariuszy, dopuszczających się kolejnych przestępstw, czy występków przeciwko równości społecznej, prawom obywatelskim i zwykłej przyzwoitości. Największą siłą rozbijającą polską wspólnotę katolików jest sama instytucja. A co za tym idzie – instytucja ta jest destruktywna i niebezpieczna.
A w związku z tym Kaczyński ma słuszność, że należy bronić polskiej tradycji i duchowości. Tradycji buntu przeciwko niesprawiedliwości i ducha rewolucyjnego o którym pisał Karol Marks.
Warto przypomnieć również słowa Fryderyka Engelsa który w lutym 1848 roku zauważył, że „ostatnią walkę Polski z jej obcymi ciemięzcami poprzedziła ukryta, tajna, lecz zdecydowana walka w łonie samej Polski, walka Polaków uciskanych z Polakami-gnębicielami, walka demokracji z polską arystokracją”
Tak więc powinnością każdego Polaka i każdej Polski jest obrona tradycji, w ramach której obowiązkiem moralnym jest posłanie na śmietnik gnębicieli w koloratkach i arystokratów z Żoliborza.

No to co?

„A że tak głosują, jak głosują?
– No to co?
To, że kraj się sypie.
– Mają powody tak głosować, proszę sobie wyobrazić. Bośmy ich potraktowali jak nawóz historii. Jak tych, których trzeba wyrzucić za burtę transformacji, modernizacji. Bo do niczego nam się w tej modernizacji nie przydadzą. Za co oni mają nas kochać? Za co mają kochać demokrację, jak im się demokracja kojarzy z własną krzywdą. Pan senator Rokicki z Solidarności Rolników Indywidualnych oznajmił w Senacie, tuż po 1989, że sprawiedliwość społeczna jest przeżytkiem socjalizmu. Ja to sobie zapamiętałem. Dlatego gdy mówią, że jestem socjalista, to nie protestuję”

Fragment niepublikowanego wcześniej wywiadu z 2017 roku z prof. Karolem Modzelewskim, opublikowanego na łamach aktualnego numeru „Magazynu Świątecznego” GW

Kościół w ślepej uliczce

Nie zanosi się na to, by iście popowa kadencja obecnego papieża doprowadziła do jakichkolwiek zmian poza kosmetycznymi. Z mrocznych zakątków Watykanu wciąż dochodzą upiorne komentarze. Katoliccy kapłani po prostu lubią swoją korporację, a ona – jak wszystkie, niezależnie od profilu, komercyjna czy gnostyczna – potrafi wytworzyć perwersyjną antymoralność w każdej niemal sferze.

Świadectwem tego jest choćby niedawna rozprawa emerytowanego papieża Benedykta XVI na temat rozlicznych skandali pefofilskich, w które zamieszani są katoliccy duchowni na całym świecie, opublikowana w niemieckim czasopiśmie chrześcijańskim „Klerusblatt” 11 kwietnia br. Niemal wszędzie poza Polską wywołała ona falę oburzenia.
Były papież proponuje w swoim tekście zupełne odejście od dotychczasowych, i tak niezwykle nieskutecznych i podejmowanych wcale niechętnie, prób konfrontacji naczelnych kadr kościoła z tą systemową patologią wewnątrz własnej struktury. Benedykt XVI otwarcie oświadcza, iż nie ma żadnych „problemów o charakterze systemowym”, a już na pewno nie może być mowy o „zbrodniach”; odrzuca też uwagi o „nadużyciach władzy”. Jeśli chodzi systematyczną przemoc seksualną wobec dzieci stosowaną powszechnie przez katolickich księży papież-emeryt nie jest skłonny obarczyć odpowiedzialnością organizacji, której przez lata szefował.
Wręcz przeciwnie, w swoim tekście wskazuje niemal wyłącznie na czynniki zewnętrzne. Największą uwagę zwraca na ogólną – cokolwiek miałoby to znaczyć – „nieobecność Boga”.
„Dlaczego pedofilia osiągnęła takie rozmiary? W ostatecznym rozrachunku przyczyną jest nieobecność Boga… [ponieważ] świat bez Boga może być jedynie światem bez znaczenia… bez pojęcia dobra i zła” – napisał Benedykt XVI.
Po tym jak obdarzył już czytelnika poważną dozą podobnie miałkich i pustych, acz stylizowanych na filozoficzne tez, autor przechodzi do nieco bardziej precyzyjnych, choć doprawdy groteskowych „wyjaśnień”.
Okazuje się oto, iż przestępstwa seksualne przeciwko dzieciom, które popełniają kościelni hierarchowie mają swoje źródło w „systemowych przekształceniach” związanych ze „zmianami moralności seksualnej”, do której doszło w latach 60-tych minionego wieku. Były papież posuwa się nawet do stwierdzenia, iż rewolucja z 1968 r. uczyniła pedofilię zjawiskiem „dozwolonym i stosownym”.
Jedyne wyrzuty jakie Benedykt XVI formułuje (w cokolwiek zabawnym denuncjatorskim tonie) wobec kapłanów, dotyczą ich domniemanego flirtu z obcymi ideologiami, które przesączyły do zdrowego organizmu kościoła katolickiego „elementy relatywizmu moralnego” i wprowadziły nurt przewidujący, iż „nie może istnieć nic złego lub dobrego w sposób absolutny, a jedynie względne oceny”. Anonimowi (autor nikogo nie wskazuje) teoretycy tego trendu doprowadzić mieli do „radykalnego obniżenia autorytetu kościoła w sferze moralnej” i spowodować “upadek moralnego nauczania”. I znów – na pytanie co to wszystko właściwie znaczy, każdy może odpowiedzieć sobie w sposób niemal dowolny. Co ciekawe jednak, Benedykt XVI chwali Jana Pawła II, który miał stanąć na wysokości zadania na początku lat 90-tych i próbować przeciwdziałać tej niezdefiniowanej nawale amoralności.
Jeżeli komuś nie dość jeszcze tych dziwacznych doprawdy fantasmagorii, Benedykt XVI w dalszej części swojego tekstu brnie w coraz bardziej ponurą groteskę. Twierdzi m.in., iż cały ten konglomerat zła, który wyłonił się z mrocznej jaskini lat 60-tych, a potem z powodu nieokreślonych nieszczelności zaraził niemałą część kapłanów, jest przyczyną powstania “klik homoseksulanych”, co według niego jest jednym z fundamentów problemu. Wynika z tego, iż pomimo zaawansowanego wieku (92 lata) były papież nie odróżnia orientacji seksualnej od przestępstwa polegającego na gwałcie poprzez doprowadzenie do współżycia dziecka, tj. osoby, która nie jest w stanie udzielić świadomej zgody na seks.
Duch Święty wybrał kardynała Josepha Ratzingera go na stanowisko papieża po śmierci Jana Pawła II, a potem ów swą ludzką mocą nadał sobie pseudonim Benedykt XVI. W 2013 r. zrezygnował z pełnienia tej funkcji. Od tego czasu nie afiszował się szczególnie ze swoimi obłędnie konserwatywnymi opiniami, zwłaszcza, iż papież Franciszek, obecny szef kościoła katolickiego, obrał zgoła odmienną strategię PR-ową. Mimo to, funkcjonariuszy takich jak właśnie Benedykt XVI wciąż dopuszcza się do wygłaszania komentarzy dotyczące najbardziej newralgicznych, zdawałoby się, kwestii. Oznacza to, że Watykan, choć publicznie wygłasza czasem umiarkowane krytyki w tej materii, w rzeczywistości akceptuje pedofilię jako jeden z filarów tożsamości kościoła katolickiego.

Nowy mit założycielski

Po co mamy renegocjować konkordat, skoro jest on nieprawomocny. Poddanie Polski wpływom obcego państwa Watykan i płacenie dziesiątków miliardów na utrzymanie jego funkcjonariuszy bez referendum i wymaganej konstytucyjnej większości głosów w Sejmie przekreśla zgodność tej umowy z wolą społeczeństwa. Kiedy politycy wrócą do tego tematu? Kto ma rozpocząć
rozmowy w tej sprawie? Brak opodatkowania kościoła katolickiego to strata miliardów w budżecie państwa.

Frédéric Mercel w swojej nowej książce „W szafie Watykanu” informuje, że z wywiadów, które przeprowadził wynika, iż 80 proc. kleru pracującego w Watykanie to aktywni homoseksualiści. To znaczy, że są w związkach lub korzystają z męskich prostytutek. Dlaczego w takim razie Watykan robi tyle krzyku na temat tego, że homoseksualizm i związki homoseksualne są przeciwne naturze? Dlaczego katolicy udają, że tego nie widzą? Przecież to widać!

Ano dlatego, że pierwszą nauką jaką wynoszą z kościoła jest hipokryzja.

Kiedy Polacy przestaną szukać autorytetów pośród bankrutów moralnych?

Od półtora roku nie ma dnia, żeby media nie mówiły o aferach pedofilsko-złodziejskich dotyczących kk. Jego chciwość i cynizm znów stały się przysłowiowe. Pan Kosiniak-Kamysz zdaje się nie być zainteresowany przekrętami watykańskiej sekty, gdyż uważa, że stała się ona ofiarą manipulacji polityków. Historia pokazuje, że kk nie da się zmanipulować, ponieważ on tę sztukę opanował równie dobrze jak sztukę wypierania faktów i wybielania się.

Człowiek jest wzrokowcem, a przepych kościołów skłania go do milczącego podziwu na klęczkach, zamiast pytania, ilu ludzi okradziono by je zbudować? Ilu ludzi zostało pozbawionych domostw, kultury, własnej wiary i życia, żeby budynki zwane świątyniami mogły być dowodem na wyższość katolickiego boga nad bogami innych religii. Takiej agresywnej i głupiej bajki dzieci są uczone na lekcjach religii. Lekcje religii od przedszkola są potrzebne po to, żeby auta ze zdjęciami płodów uszkodzonych na skutek aborcji mogły bezkarnie przecinać miasta bez protestu mieszkańców. I żeby chciwi księża, często homoseksualiści i pedofile mogli mówić Polakom o wartościach rodzinnych i ochronie życia.

Po ostatniej „wpadce” w Rwandzie, hierarchowie mówili do księży: „udawajcie, że niczego nie wiecie”. Żeby takie „udawajcie” zaakceptowała opinia publiczna, a społeczeństwo stało się obojętne na sprawę ludobójstwa, muszą mieć miejsce jakieś niezwykłe okoliczności. Najważniejszą jest powoływanie się na boga. Potem pojawiają się magiczne rytuały penetrujące podświadomość i podprogowe wciskanie strachu, poczucia grzechu i bezsilności w wobec struktury pretendującej do związku z bogiem.

Każda religia ma te same słabości i ten sam mechanizm wyparcia. Dlatego do nas należy przejrzenie na wylot tych, których bóg jest lepszy i potężniejszy od innych bogów. To zaprzecza idei, którą głosi każda religia. Idei jedności boga i człowieka. Każda religia wyklucza inne i dzieli ludzi na wierzących i niewierzących. Zatem każda religia zadaje kłam tej podstawowej zasadzie. Tak jak katolicka kłamie na temat katedr, które stały się miejscem dla ich biskupów, a przecież były budowane by czcić boginię, czyli matkę-rodzicielkę wszechświata i jego wielowymiarowej głębi, wciąż niepoznanych przez nas.

Kryzys, który narasta w Polsce i na świecie jest kryzysem egzystencjalnym z bardzo silnym kompleksem utraty tożsamości. To znaczy, że mniej czy bardziej świadomie poszukujemy nowych wartości, nowej tożsamości, która by bardziej łączyła niż dzieliła. Potrzebujemy nowego Mitu Założycielskiego, który odpowie na naszą potrzebę budowania nowej cywilizacji, nowej Ziemi.

To nie są słowa na wyrost. Stary porządek musi odejść, gdyż przyniósł całkowite bankructwo mitu patriarchalnego wywodzącego się z patriarchalnej religii. Religie muszą odejść, gdyż ludzkość potrzebuje intymnego związku z boskością. Bez dogmatów i zbrodni w imię boga, lukrowanych ewangelizacją. Dosyć, basta! Człowiek jest zagadką i tajemnicą sam dla siebie i jego potrzeba poznania choćby części tej tajemnicy, jest potężna i stanowi o postępie.

Świat jeszcze długo nie stanie się ateistyczny, ale musi uwolnić się od religii, bo one nas dzielą i budują mur stojący na drodze do poznania. Ludzie chodzący do kościoła muszą zrozumieć, że za każdym razem gdy do niego wchodzą, oddają mu swoją siłę energię wiarę i nadzieję. Podczas gdy to „spotkanie” na które liczą, tak ważne dla wielu, może mieć miejsce tylko we własnym wnętrzu. Do tego kościół jest niepotrzebny, gdyż dużo więcej zabiera niż daje. Nie zapominajmy o tym, że jest to toksyczny związek, w którym wciąż tkwi większość ludzkiej populacji.

Mit założycielski Polaka nie jest mitem katolickim. Polak jest najpierw człowiekiem. W nowym micie widzę: Jestem człowiekiem, jestem świadomy, mam wolny wybór. Moim niezbywalnym prawem jest prawo do poszukiwania prawdy o sobie i świecie. Świadomość daje mi narzędzia do tego, by być twórczym. Jako twórca korzystam z natchnienia. To jest mój kontakt z tajemnicą.

Państwo wspiera kreatywność i inicjatywę. Pomaga słabszym lecz tępi lenistwo. Dopóki dzisiejszy system istnieje, prawo musi stać po stronie słabszego, w walce z korporacjami i nieludzkim traktowaniem, jak również wykorzystywaniem ludzkiej naiwności przez cwaniaków od sprzedaży czegokolwiek i wszystkiego. Jeżeli człowiek nie ma z kim dzielić swoich radości i smutków, pozostaje mu niechęć do życia lub religia. Jednak nic nie zastąpi człowiekowi bliskości drugiego człowieka.

Powinniśmy o tym pamiętać w naszym Micie Założycielskim, gdyż uwikłani w politykę i religię, prawa i definicje, zapominamy o rzeczach, bez których życie staje się cierpieniem ponad miarę. Tak przemożnym, że można zabić, bo nie znajduje się żadnego sensu, by cierpliwe dawać świadectwo piękna człowieka i świata.

Głos lewicy

Prałat Jankowski padł

Trzej aktywiści obalili gdański pomnik księdza Henryka Jankowskiego. Oto ich oświadczenie:
Każdy z nas ma nad sobą swój skrawek nieba gwiaździstego, każdy nosi w kieszeni swój osobisty kompas wskazujący dobro i zło, krzywdę i przewinę, a myśli i działania wywodzi tyleż z własnego rozumu i osobniczego doświadczenia, co i z przyrodzonej wrażliwości na niesprawiedliwość i upokorzenie spotykające drugiego człowieka. Oparłszy swe stanowisko na obowiązującym kontrakcie społecznym, którego fundamentalnymi składowymi są m.in. Powszechna Deklaracja Praw Człowieka, Konwencja o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, Karta Praw Podstawowych Unii Europejskiej i Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej i wczytawszy się w karty niedawnej historii, której byliśmy naocznymi świadkami, oraz wsłuchawszy się w głos ofiar udokumentowany szeroko w upublicznionych materiałach ze śledztw prokuratorskich i dziennikarskich,
Oskarżamy Henryka Jankowskiego, księdza katolickiego, kapelana NSZZ ,,Solidarność”, wieloletniego proboszcza parafii pw. św. Brygidy w Gdańsku o podły i haniebny gwałt na godności, wolności seksualnej i prawie do prywatności oraz wykorzystanie trudnej sytuacji społecznej młodych ludzi powierzonych jego opiece; o liczne zamachy na godność oraz o dyskryminację osób i społeczności poprzez szerzenie mowy nienawiści, publiczne głoszenie poglądów antysemickich i lżenie ludzi o odmiennych poglądach politycznych w swych kazaniach, wypowiedziach publicznych i instalacjach kwazi-artystycznych natury (pseudo-)religijnej.
Instytucję kościoła katolickiego w Polsce o systemowe współsprawstwo w złu wyrządzonym ludziom przez Henryka Jankowskiego: w szczególności zaś tych jej przedstawicieli, którzy z pełną świadomością zła czynionego przez Henryka Jankowskiego, nie zareagowali w sposób skuteczny, aby złu temu położyć kres, milczeli lub wręcz z premedytacją kryli przestępstwa Jankowskiego. Uparcie i intencjonalnie milczących świadków i depozytariuszy tajemnicy o społeczne współsprawstwo w złu wyrządzonym ludziom przez Henryka Jankowskiego: świadków należących do świeckiego otoczenia Jankowskiego, którzy zdecydowali się trwać przez lata w zmowie milczenia i bezczynności i poprzez swoją postawę wyrażali de facto przyzwolenie na zło. Administrację publiczną o administracyjne współsprawstwo w złu wyrządzonym ludziom przez Henryka Jankowskiego, nierzadko wynikające z politycznego oportunizmu i pospolitej prywaty: administrację, której decyzje (np: odznaczenie Medalem K.E.N., nadanie jego imienia skwerowi w sąsiedztwie kościoła pw. św. Brygidy i wybudowanie jego pomnika) podejmowane w świadomości uczynionego przezeń zła, były aktem podłej instytucjonalnej zniewagi wobec bezbronnych ofiar pedofila i antysemity. Administrację, której nieskuteczność i opieszałość w wycofywaniu się z tych decyzji stanowi czytelny przykład powszechnej praktyki podporządkowywania dobra wspólnego dobru uprzywilejowanej instytucji kościoła katolickiego.