Coming out biskupa

Biskup Jędraszewski zaatakował singli, którzy wiodą żywot grzeszny, a czasami wręcz próżniaczy, co jest zgubne dla chrześcijańskiej cywilizacji. Przy okazji zaatakował samego prezesa co może mu (biskupowi) wyjść bokiem, bo on (prezes) jest pamiętliwy.

Tym samym biskup bezpośrednio uderzył w 30 tysięcy singli – księży w naszym kraju i 20 tys. sióstr zakonnych. To największa grupa zawodowa w Polsce żyjąca w pojedynkę. Życie w bezżenności, to nie nakaz Boga, a tylko wymysł kościoła, by jego majątek nie przechodził na spłodzone przez księży potomstwo. Niestety w tej grupie zawodowej, jak w żadnej innej, co i rusz wychodzą na światło dzienne skandale pedofilskie. O gejach nawet nie warto wspominać, bo co mnie obchodzi intymne życie dorosłych mężczyzn.

Autor (były ksiądz pracujący w Watykanie) głośnej książki o życiu intymnym w stolicy apostolskiej szacował liczbę osób nieheteronormatywnych w jądrze kościoła na 50 procent. Nie wiem ile w tym prawdy, ale coś jest na rzeczy na pewno. Trudno mi zrozumieć dlaczego młodzi mężczyźni, idący do seminariów, decydują się na życie w samotności. Życie pokazuje, jak bardzo różnie z tym bywa potem. Może wypowiedź biskupa to taki rozpaczliwy coming out hierarchy, który zdaje się wołać. Pozwólcie nam wchodzić w legalne związki z kobietami, albo i inne, bo takie życie, jakie prowadzimy, jest nic nie warte. Jak tak jest, to jestem z nim (biskupem).

Ideą w ideę

Zawieszanie flag, takich czy innych, na obiektach kultu czy figurach świętych to słaba akcja; jeśli chce się walczyć z bigoterią i zakłamaniem, ostatnim orężem po jaki należy sięgać, jest uderzanie w symbolikę, która u nas stawiana jest na równi z prawami wiary.

Polak wierzy w figurę Jana Pawła. Wierzy w wielkość swojego Papieża Polaka. W wadowickie kremówki. W non possumus kard. Wyszyńskiego. W szlachetność intencji i czystość przekazu Ojca Dyrektora. Wierzy w ludzi i ich betonowe desygnaty, jak w bóstwa o nadludzkiej sile. A Kościół, ustami swych przedstawicieli, wcale ich z tej wiary nie odziera, bo to sprawa beznadziejna do obrony. A przy okazji ryzykowna, bo narobi się ludziom na starość wody z mózgów, a ci gotowi jeszcze nie dawać później na tacę i po kolędzie. Co to komu szkodzi, że widzą w pomnikach papieża i kardynała doskonałych herosów z trochę innej mitologii; niech tam sobie wierzą; każdy dobrze wie, że z wiarą jest łatwiej iść przez życie, bo wiele rzeczy staje się prostszych a przy okazji zawsze jest nadzieja. Nawet za cenę wyrzeczeń i kąkoli, które życie wtyka maluczkim między palce. Ale na to też jest usprawiedliwienie; wiara musi być gorąca i wymaga poświęceń; cierpienie uszlachetnia a Pan cierpiał za Twoje, Polaku grzechy, na krzyżu. Czy czegoś więcej potrzeba? Sam wołam o wiarę każdego dnia. Ale nie słyszę głosu, nawet pogłosu. Nic nie słyszę. Bo czy coś usłyszeć można?
Przychodzi jednak w życiu człowieka taki czas, że zaczyna dostrzegać rysy na pomnikach i nieścisłości w pismach; nie bardzo zaczynają mu sztymować prawdy objawione prorokom skrosowane z normalnym życiem; ludzkie zbrodnie i niedoskonałość, tłumaczone wolną wolą, a do tego boska bierność. Na złość bogom, wkrada się w to wszystko hipokryzja samego Kościoła. I to hipokryzja wielkości piotrowej bazyliki w Rzymie. Toleruje się grzech i występek w swoich szeregach, a tępi się podobne zachowania u innych. Konfuzja i kolaps myślowy nie dają zasnąć. Trzeba coś wybrać. No i człek wybiera.

Dawno temu wybrał Richard Dawkins, autor „Boga urojonego”, który obnaża wszelką religijną niespójność, a z którym to mało kto potrafi zwyciężyć w logicznym i filozoficznym sporze. I to jest, Szanowni Państwo, metoda na dzisiejsze czasy. Chcesz przekonać do siebie i swoich racji-idź między studentów i uczniów i głoś dobrą nowinę zmiany. Wtykając tęczową flagę w ręce Chrystusa spod kościoła na Krakowskim Przedmieściu, szkodzi się sprawie w dwójnasób. Właściwy adres, pod którym tęczowa flaga winna zawisnąć znajduje się naprzeciwko. Na frontonie Uniwersytetu. Tam jest odpowiednie miejsce, żeby zacząć działać i wyciągać ludzi z kruchty na katedry i wydziały. Iść między wrony, do salek katechetycznych. Przekonywać argumentem, dyskusją, a dopiero później-symbolem. Nie na odwrót. Jaka jest siła własnej idei, kiedy na starcie opiera się ona na symbolach i widocznych znakach przynależności do grupy, tej czy owej, a nie na mocnym przekazie ideowym, podpartym logiką i rozumem. To tak jak z wiarą, która winna wynikać ze zrozumienia i prawdy, a nie z bałwochwalstwa. Czym zatem różni się postawa dewocyjna Polaka-katolika, który modli się do rzeźb, od walczącej progresji myślowej, która profanuje, bądź co bądź, święte dla Katolików miejsca i symbole. To naprawdę nie taka wielka sztuka zrzucić z cokołu nawet największy pomnik, albo doprawić mu wąsy i cyngwajs za pomocą farby w spreju. Idzie o to, żeby wraz z pomnikiem runęła idea, fałsz i obłuda. A żeby to uczynić, trzeba najpierw zawalczyć właśnie z ideą, a nie z marmurem. Ten, nawet najcięższy, w końcu ulegnie i puści. Ale to pozorne zwycięstwo.

Chcecie walczyć z kościelną władzą, walczcie z biskupami i ich rozpasaniem; ujawniajcie skandale, podwójną moralność, żeby naród sam zobaczył, jak co dzień jest wiedziony przez pasterzy na manowce. A sami pasterze, ci młodsi i jeszcze niezdegenerowani, mieliby szansę porzucić swój stan, albo zacząć naprawiać go od środka, o ile się da. Biorąc się na początek za bary np. z celibatem. A później…to się zobaczy. Na razie dość żniw przed tym pokoleniem, ale siewców, zwłaszcza tych świadomych, ciągle mało.

Polski Kościół daleko za współczesnością

JUSTYNA KOĆ: Ministerstwo Sprawiedliwości zapowiada wypowiedzenie konwencji stambulskiej, bo ta mówi o religii jako przyczynie przemocy wobec kobiet. „Chcemy wypowiedzieć ten genderowski bełkot ratyfikowany przez PO i PSL” – słychać z ministerstwa.

KRZYSZTOF MĄDEL: Być może w treści konwencji istnieje niezbyt fortunne sformowanie, sugerujące, że religia może być źródłem przemocy w rodzinie, ale na pewno nie należy czytać go w sposób złośliwy i podejrzliwy. Nie można traktować niedoskonałości tekstu jako pretekstu do „wylania dziecka z kąpielą”.

Na pewno można postawić tezę, że wśród znanych dużych, poważnych tradycji religijnych niektóre nie nadążają za współczesnością. W obrębie katolicyzmu mieliśmy takie głosy – jeden z bardziej rozpoznawanych jezuitów na świecie, kardynał Mediolanu Martini, już na emeryturze powiedział, że Kościół jest ok. 200 lat spóźniony za współczesnością. Sądzę, że można przyjąć, że pewne elementy tzw. tradycyjnego postrzegania rodziny czy płci mogą mieć wartość historyczną, a pewnych manier społecznych nie należy bronić za wszelką cenę.

Patriarchalna rodzina chyba na wszystkich szerokościach geograficznych jest przeżytkiem,

chociaż jest inaczej postrzegana na Wschodzie w krajach muzułmańskich, a inaczej w Europie, która jest zsekularyzowana.

Jakkolwiek będziemy złośliwie interpretować ten tekst, to prawdą jest, że każda z wielkich religii jest przeciwko przemocy, włącznie z judaizmem, chrześcijaństwem czy religiami Dalekiego Wschodu. Po to religie próbują oswoić zastany świat i powiedzieć coś o niebie, żeby człowiek mógł zrezygnować z przemocy. Oczywiście wszystkie religie mają swoje nieszczęśliwe epizody, ale ciągła reinterpretacja tradycji stopniowo zmierza do uznania równej godności osób, pokoju, rezygnacji z przemocy itd.

Kościół dużo mówi o ochronie rodziny, politycy rządzącej partii także, a jednak z konwencją antyprzemocową im nie po drodze.

Być może ministerstwo nie do końca to rozumie, ale nie sądzę, żeby to stanowisko było do utrzymania. Na pewno autorytety religijne, także krajowe, chętnie zgodzą się tym, że gdyby pojawiły się we wspólnocie elementy przemocowe, to świadczą o braku autentyzmu życia chrześcijańskiego. Między wszystkimi czytelnikami konwencji antyprzemocowej chyba też panuje tu zgodność.

Mamy bardzo dużo do zrobienia, jeśli chodzi o przemoc w rodzinie, ja sam w Nowym Sączu przez blisko 2 lata byłem konsultantem w MOPS-ie, w jednostce, która zajmowała się przemocą w rodzinie.

Po co jest teraz wyciągana sprawa konwencji stambulskiej? I tak mamy w Polsce spór o fundamentalne wartości…

Jest teoria wśród politologów, że po śmierci wielkich ideologii wyróżniki kulturowe staną się codziennym językiem polityki. Mówił o tym także Samuel Huntington w „Zderzeniu cywilizacji…”. Gdy umarły wielkie ideologie, które napędzały dyskusję polityczną w ramach porządku politycznego w starych demokracjach, ale też napędzały spór wielkich bloków, jak komunizmu ze światem cywilizowanym, doprowadzono do sytuacji, kiedy czynniki bardziej lokalne, kulturowe determinują i motywują opinię publiczną. To powoduje, że partie, nie umiejąc zaangażować się w dojrzały sposób w pomoc obywatelowi, wracają do starych, czasem kompletnie nieaktualnych kodów kulturowych.

Przywołał ksiądz opinię biskupa Mediolanu, który miał stwierdzić, że Kościół jest 200 lat za teraźniejszością. Rozumiem, że miał na myśli włoski Kościół. Ile lat do tyłu jest zatem Kościół polski?

Na pewno wiele więcej. Tradycyjna narracja na temat dylematów polskiego Kościoła odnosi się do dziedzictwa Soboru Watykańskiego II w drugiej połowie lat 60. Obrady zakończyły się bardzo istotnymi dokumentami, z których niektóre są absolutnie przełomowe, bo wiążą się ze stworzeniem nowego języka, którym Kościół opisuje swój stosunek do świata, do współczesności, do innych religii itd. Zawsze mówiono, że ponieważ w Polsce żyliśmy pod komunistycznym kloszem, to nasz Kościół nie wcieli tych idei soborowych. Oczywiście zmieniono liturgię, ale to, jak patriarchalnie funkcjonuje ksiądz proboszcz czy biskup, już nie.

Polski duchowny statystycznie nie mówi w języku łacińskim, który nie jest specjalnie potrzebny, ale nie zna też greki, która jest absolutnie potrzebna do tego, aby czytać ewangelię.

Nie zna hebrajskiego, zatem nie może czytać Starego Testamentu, zatem w kaznodziejstwie próbuje wyjaśnić swoim wiernym, o czym mówią stare księgi, choć nie jest do tego sam przygotowany. Nie ma przygotowania, aby samemu modlić się w sposób pełny, czyli angażując całą osobę (wyobraźnię, świadomość, przeszłość, emocje i uczucia), zatem nie potrafi towarzyszyć w modlitwie swoim wiernym. Często część jego wiernych sama czyta Pismo Święte, czasem odbywa nawet studia teologiczne i jest dojrzalej zaangażowana w życie liturgiczne Kościoła, niż sam ksiądz. To na świecie się zmieniało, w Polsce – nie.

W czasach komunizmu wystarczyło być na kontrze, aby jakoś wyjaśnić rzeczywistość. Wystarczało odrzucać przynależność do partii, prezentować ogólną niechęć do zastanego porządku, aby być dobrym patriotą jako duszpasterz. Dzisiaj to jest kompletnie niedojrzała postawa.

Mam wrażenie, że dziś jest na odwrót, a współpracę rządzących z Kościołem widać gołym okiem.

Oczywiście i to prowadzi do tego, że proboszcz jeśli widzi, że ktoś z liderów politycznych pojawia się w Kościele, to już darzy go sympatią i nie wnika, czy realizuje zadania publiczne jak należy, czy jest skorumpowany, tylko czy np. dołoży na remont kościoła. To powoduje kumoterstwo, które może siać tylko zgorszenie wśród wiernych. Aby ksiądz mógł funkcjonować odpowiednio w świecie, powinien mieć znajomość katolickiej nauki społecznej, która w jakiś sposób wyjaśnia sama zasadę sprawiedliwości, pewne ogólne pojęcia z zakresu etyki społecznej, i powinien swoim wiernym, także liderom politycznych w swojej społeczności, przypomnieć o godności człowieka, o obowiązku respektowania wszelkich praw, o obowiązku płacenia podatków.

Jeżeli ksiądz nie potrafi tego zrobić, to zostają mu proste tożsamości i tak jak kiedyś odrzucał całą rzeczywistość, tak dziś wybiera sobie tylko część tej rzeczywistości i często sprzymierza się w politykami, którzy potrzebują tylko fasadowej rzeczywistości. Chcą się tylko pokazać w obecności symboli religijnych, księdza czy na uroczystości.

Dodać trzeba, że seminaria katolickie funkcjonowały trochę jak szkoły zawodowe, bo kiedy władze komunistyczne na początku lat 50. pozamykały wydziały teologiczne na uniwersytetach, seminaria stały się szkołami, które przygotowywały księży bez jakiejkolwiek poważniejszej wymiany myśli akademickiej. To osamotnienie szkół seminaryjnych występuje tylko u nas, nie ma tego nigdzie w Europie. Wszędzie są one łączone z uniwersytetami, księża są tam zresztą w mniejszości, zatem mamy świetnych teologów czy filozofów, psychologów, a środowisko jest bardziej zintegrowane ze środowiskiem akademickim. Wówczas jest większa szansa, że młodzi duchowni mają szersze horyzonty.

Ma ksiądz autorytety w polskim Kościele?

Oczywiście. To ksiądz prymas Polak, oczywiście bp Ryś. Ks. Polak w sprawie najważniejszej dla polskiego Kościoła zachowuje się wzorowo i bez zarzutu. O ile wiem, on nie ma specjalnego przygotowania psychologicznego czy terapeutycznego, a kiedy trzeba było zareagować na kolejne skandale pedofilskie w Kościele, łącznie z przypadkami, które ujawniły media i film braci Sekielskich, on zareagował najlepiej jak potrafił, dla mnie wzorowo, łącznie z tym, że spotkał się z panem Jakubem i poprosił go o pomoc, zaprosił do fundacji, bo rozumiał, że może się od niego wiele tu nauczyć.

Niektórzy biskupi zachowują się za to tak, jakby naczytali się prawicowych pism i pomstują tylko, nie potrafią przeprosić, nie potrafią nawet właściwie ocenić sytuacji.

W sprawach lustracji dzielnie się spisał ksiądz Isakowicz-Zaleski, bo powoli, ale napisał książkę, która wyjaśniała wiele problemów. I oczywiście ksiądz Boniecki, który moim zdaniem jest nieoceniony w kwestii dojrzałej oceny sytuacji Kościoła w Polsce, ale także sporu politycznego.

Czy polski Kościół poradzi sobie z problemem pedofilii?

Doświadczenie kościołów na świecie pokazuje, że nie. Najsłynniejszy przykład to słynna afera bostońska opisana później w filmie Spotlight – dopóki nie pojawiły się artykuły, książki, w końcu film, to Kościół reagował niewłaściwie. Tak jakby sami nie zdawali sobie sprawy, że idąc w zaparte i wmawiając, że to atak na Kościół, mnożą cierpienia ofiar.

Mam świadomość, że to, że ks. prymas Polak czy mój współbrat ojciec Adam Żak reagują właściwie, to tylko dlatego, że oni już odrobili lekcję dojrzewania, która odbyła się w innych krajach.

Większość księży niestety reaguje niewłaściwie, mnożąc cierpienia ofiar. Dlatego tak ważna jest edukacja, bo jeden reportaż czy film nie zmieni świadomości. Potrzeba tego więcej, bo to nie dyrektywy watykańskie czy nowele kodeksu postępowania karnego, tylko właśnie świadomość może to zmienić. Dużo wody musi jeszcze upłynąć, zanim w każdej kurii będzie pełnomocnik, który szybko, precyzyjnie i adekwatnie będzie reagował na każde oskarżenie czy nawet wiadomość w przestrzeni publicznej.

Jako pierwszy musi adekwatnie zareagować episkopat, a na razie wszyscy mamy w pamięci konferencję, gdzie zaprezentowano tzw. raport o stanie Kościoła, jeżeli chodzi o sposoby reagowania na przestępstwa o charakterze pedofilnym, który był jedną wielką porażką. Biskupi w większości reagowali jakby w ogóle nie wiedzieli, co to jest molestowanie, na czym polega trauma, która się przez lata później ciągnie i można na niej żerować. Nie mając świadomości, że ofiara ciągle jest zamknięta, wmawiać jej, że „nie mów nikomu”. To tradycyjna odruchowa, bardzo prymitywna reakcja ojca, matki, księdza, wychowawcy itd.

To, co się stało z bp. Edwardem Janiakiem, może być taką pierwszą jaskółką?

Tak. Watykan bardzo późno, ale w końcu sam podjął właściwą regulację. Natomiast mogę sobie wyobrazić, że gdyby nie było filmów i artykułów, to zarówno duchowni w Polsce, jak i Watykan by nie reagowali. Martwi mnie to, że dopiero kiedy problem rozlał się na cały kraj, to możemy spodziewać się właściwiej reakcji.

To oznacza, że każda ofiara musi iść do mediów, sama opowiadać do kamery, iść do swojego przestępcy, aby wszyscy zrozumieli, jak ona cierpi. To przerażające.

Nie tylko Kościół ma z tym problem. Podobne mechanizmy działają przy sprawie pana Kurskiego, syna prominentnego polityka PiS-u. Tam też się nie wierzyło i nie wierzy ofierze.

Tak, ale może powinniśmy wyciągnąć z tego wniosek, aby się nie zniechęcać? Dziecko molestowane cierpi zupełnie inaczej, niż osoby dorosłe. Nastolatek ma już umiejętność nazwania problemu i może lepiej, gorzej, ale zakomunikować swój problem. Jeszcze lepiej poradzi z tym sobie osoba dorosła. Dziecko często dopiero po 40 latach, kiedy samo ma dzieci, jest w stanie powiedzieć o tym i jakoś zareagować, ponieważ psychika dziecka wypiera to wszystko do podświadomości, aby ocalić jakąkolwiek zdolność funkcjonowania. Dziecko przeżywa tylko strach, przerażenie, a zachowania seksualne są atematyczne, ono w ogóle nie rozumie, co się dzieje. Przez lata ofiara może w taki sposób funkcjonować.

Jak bardzo na problem pedofilii w Kościele wpływa sojusz tronu z ołtarzem, który widzimy obecnie w Polsce?

Nie umiem ocenić tego precyzyjnie, ale na pewno coś takiego jest. Minister sprawiedliwości, który jest zagorzałym przeciwnikiem pedofilii, jest jednocześnie autorem zalecenia, aby prokurator nie naciskał za bardzo na wydanie dokumentów z kurii. Moim zdaniem rekomendacja powinna być zupełnie inna.

Powstanie komisji ds. pedofilii też nie napawa optymizmem, bo komisja ma tak szeroki zakres, że pewnie żadnej pracy nie wykona.

Kościół już raz mocno zaangażował się politycznie na początku lat 90., co przypłacił dużym spadkiem popularności. To z tamtego okresu pochodzą słowa bp. Michalika – niech Polacy głosują na Polaków, a Żydzi na Żydów itd. Od tego czasu episkopat jako całość, ale i pojedynczy księża już nigdy tak jasno nie zaangażowali się w działalność polityczną, bo odbyli lekcję. Teraz Kościół ma do odrobienia podobną lekcję. Co prawda kilka dni temu słyszałem, jak bp Dec, emeryt z diecezji świdnickiej, tłumaczył, że Trzaskowski to opcja szatańska, a Duda to opcja anielska, ale na dłuższa metę taka symbioza z politykami służy politykom, ale nie Kościołowi.

Średniowiecze – pisowska reaktywacja

Ciemnota i zacofanie wśród części Polek i Polaków gnieździły się zawsze, lecz współcześnie to PiS katalizuje jej rozrost i powoduje, że jak dżdżownice porażone prądem, wypełza na powierzchnię.

Ciemnotę kojarzymy z wiekami ciemnymi (XII-IX w. p.n.e.). To był okres niszczenia dorobku poprzedników, kulturowego upadku, plądrowania grobów, rosnącej biedy. Jakoś dziwnie kojarzy się to wszystko z rządami PiS-u. Głównie jednak, o zaprzepaszczenie szansy ciągłego rozwoju i upadek cywilizacyjnych norm obwiniamy średniowiecze. Tworzyło ono własną cywilizację praktycznie od nowa. I tu skojarzeń z pisowską rzeczywistością dostrzec można znacznie więcej.

Jeżeli patrzeć na prostaczków, którzy ślepo wierzyli w demony i w Boga zarazem, uważali władzę za pochodzącą z niebios, to średniowiecze można nazwać wiekami ciemnymi. Teraz wiek ciemny funduje nam dyktatura ciemniaków z PiS-u (parlamentarzyści i wiceministrowie z wykształceniem podstawowym, zawodowym i średnim, marszałek po zawodówce, rządowi eksperci po kościelnych kursach itp.). W średniowieczu za człowieka światłego uchodził potrafiący czytać i podpisać się. PiS doprowadził do podobnej sytuacji, gdzie mamy ,,mężów uczonych” w obsadzanych przez nich instytucjach; w senatorskich fotelach zasiadają przecież ślusarze, stolarze, tapicerzy, technicy kolejowi itp.

Analogie są zadziwiające. XI-XIII wiek to okres nastrojów antymuzułmańskich, okres zbrojnych krucjat. Poza religijnymi, ich przyczyny miały także podłoże polityczne i ekonomiczne. Pis skutecznie rozniecił dziś nastroje antyislamskie i zrobił to ze względów religijnych, szowinistycznych, rasistowskich i ideologicznych, budząc do muzułman niechęć, wrogość, odrazę (,,zarazki, pasożyty, pierwotniaki”). Zresztą wielu zaczadzonych prostaczków do krucjat jest już gotowych; już zorganizowali tzw. Armię Boga, zastępy Rycerzy Jezusa, wznoszący miecze podczas mszy, tymczasem wprawiający się w pospolitych pobiciach muzułmanów i każdego o ciemnej karnacji, wyzywaniu ich i szykanowaniu. Ot, taka chuligańska krucjata na miarę prymitywnej propagandy PiS-u. Wszystko to ma być obroną polskiego zaścianka, czyli niewpuszczaniem w granice Polski choćby jednego nieszczęsnego uchodźcy, jednocześnie z powoływaniem się na tradycyjną, wielowiekową, polską tolerancję i gościnność w tle, która ma nas rzekomo wyróżniać na tle zdemoralizowanej Europy. Co zadziwia, sam Morawiecki ogłasza swoistą polską krucjatę, tyle że przeciw… państwom UE, co wiąże się wg niego z potrzebą chrystianizacji Europy i obrony pomników Wojtyły. To m.in. skutek fanatyzmu religijnego, renesansu wypaczonej religijności, zmieszanej z demonstrowaniem nienawiści, agresji do innowierców i obcych. Ta groteskowa religijność dostrzegana jest na każdym kroku; jakieś babiny obcałowują plamę uryny na murze czy korzeń drzewa, bo przypomina im oblicze Jezusa lub Maryi, pełzają na kolanach niczym robaki, leżą krzyżem na chodnikach, tłumy klęczą na krawężnikach, przebierają się w jakieś czerwone peleryny, niczym Zyndram z Maszkowic, bijący krzyżaka … Ale nawet jakiś profesor Uniwersytetu Ekonomicznego o nazwisku niewartym przytoczenia apeluje o ,,żarliwą modlitwę w intencji wypędzenia złego ducha,”, bo tylko taka modlitwa pomoże w zrozumieniu obecnej ekonomii”.

Dalej. Odżyły jakieś pokraczne, średniowieczne obyczaje, zabobony i przesądy. W dużej części to zasługa kościoła kat. Groteskowe zawierzanie Maryi gospodarki narodowej, bezpieczeństwa narodowego, a nawet polskiej armii. To Jasnogórska Panienka ma nas bronić, nie armia polska, która sama oddaje się jej opiece, a Macierewicz może wygłosić do żołnierzy sentencję:,, ,Możecie się czuć bezpieczni, ponieważ zostaliście zawierzeni opiece Matki Przenajświętszej” (!). Jednocześnie prezydent nie mógł pominąć takiej uroczystości w Łagiewnikach jak koronowanie Chrystusa na króla Polski. A może większość Polaków sobie po prostu nie życzy takiej średniowiecznej szopki?. My nie, ale tatuś prezydenta tak. Dlatego twierdzi, że akt oddania się Chrystusowi Królowi powinien być w Polsce przyjęty”. To dlatego wdzięczne jego wielbicielki, babiny z Radia Maryja, stercząc pod PADem propagowały hasło: ,,Błogosławiony członek, który cię spłodził”.
Czy my żyjemy w czasach bitwy pod Grunwaldem? Czy naprawdę, jak twierdził zdewociały Antoni, wiara chrześcijańska to najważniejszy oręż wojska? To może i ogień krzyżowy stanowi najistotniejszą taktykę naszego armii?. Nawet zdrowie Polaków zawierzamy siłom niebieskim. Jakiś dominikanin ogłosił: ,,Katoliku, nie lecz się, Bóg cię wyleczy, on jest od tego” (!) Odradzają się absurdalne przesądy i ruchy: zakaz in vitro, odmowy aborcji, transfuzji krwi, szczepień, niekorzystanie z współczesnych osiągnięć ludzkości, a skutki widać jak na dłoni – powrót zapomnianych od średniowiecza chorób jak cholera, odra, rotawirusy, meningokoki, świnka, krztusiec, zapalenie opon mózgowych i różyczka. Wszystkie te choroby mogą być śmiertelne. Ciemnota tryumfuje, gdy jej nosiciele głoszą: ,,szczepionki wytwarzane są z martwych płodów, a za choroby odpowiada szatan”. Ba, nawet prezydent ogłosił się przeciwnikiem jakichkolwiek szczepień obowiązkowych. Mało tego, dziwactwa rodem z średniowiecza jakie wyczynia prezydent doprawdy zdumiewają, jak wtedy gdy w 2014 r. specjalnie wybrał się do Zembrzyc, by niejaka Myrna Nazzour pocąca się ,,Świętym Łojem” lub ,,Błogosławionymi Wydzielinami”, wtarła mu w skórę swój błogosławiony tłuszcz organiczny. Nie dziwią więc pełzające na kolanach procesje na granicy państwa z księdzem i krzyżem na czele, mające zatrzymać wirusa na rubieżach Rzeczypospolitej, jak niegdyś husarze tatarskie hordy. Inny ksiądz prowadzi na plaże rozmodlone babcie by wiodą święconą skropić Bałtyk, aby ten nie dopuścił do Polski złych mocy. Terlikowski stworzył własną teorię, wg której rak szyjki macicy przenoszony jest drogą płciową, a najlepszą ochroną przed nim jest … moralne, zgodne z nauczaniem kościoła, życie seksualne. Ksiądz Głuszek ogłasza swe odkrycie: ,,Źródło mocy uzdrawiającej nie może pochodzić od nieokreślonej energii, ale pochodzi od Boga”. Toteż zanim udamy się do lekarza z jakimś problemem, warto dowiedzieć się w jaki sposób może nam pomóc wiara. Witamy w średniowieczu! To wówczas znane były tzw. babki – zielachy, wywarami odczyniające ,,złe moce i chorość”. Dziś też kościół ż poucza, że terapie ziołowe mają być naczelnymi metodami leczenia, są one lepsze od leków farmaceutycznych i zabiegów chirurgicznych.

W średniowieczu kościół, rozpustni papieże zohydzali wiernym seks. Dziś jest podobnie; duszpasterz neofaszystów, ks. Kneblewski uważa seks przedmałżeński za grzech śmiertelny. Sobecka i pseudokapłan Rydzyk, głoszą, że seks to wymysł szatana, a jednocześnie wśród księży, wzorem swoich średniowiecznych kolegów, kwitnie seks w każdej najbardziej wyrafinowanej wersji. Pis i kościół odrzucają cywilizacyjne osiągnięcia. Nawet biskup Pieronek twierdził, że ci, którzy decydują się na in vitro kierują się tylko chęcią kupna sobie laleczki i nazywalłto fanaberią.
To niewiarygodne, ale i nieznana w średniowieczu higiena, staje się dziedziną wyklętą. Oto pisowski ekspert MEN od wychowania do życia w rodzinie, teolog pastoralny po KUL-u, dr. hab. Dudziak, wg. której seks to grzech, antykoncepcja to hedonizm sprzyjający wzrostowi śmiertelności u kobiet, ta kościelno-pisowska myślicielka ogłasza, że ,,mycie części intymnych to grzech śmiertelny i bezeceństwo”. Rządowa ekspertka o niewartym zapamiętania nazwisku przekonuje, że utrata dziewictwa obniża odporność organizmu kobiety. Te eksperckie dziwolągi pełnymi garściami czerpią z dorobku średniowiecznych ideologów kościoła, byle tylko zohydzić ludziom uprawianie seksu i obudzić wstręt do kobiet. Bo przecież w II w. Klemens z Aleksandrii pisał: „Każda kobieta powinna być przepełniona wstydem przez samo tylko myślenie, że jest kobietą”. W VI w. filozof Boethius, pisał, że ,,kobieta jest świątynią zbudowaną na bagnie”. Tomasz z Akwinu głosił, że ,, kobiety są błędem natury”, zaś Odo z Cluny powiedział: „obejmować kobietę to tak jak obejmować wór gnoju”. W XIII w. św. Tomasz z Akwinu powiedział „nic bardziej wadliwego nie było zrobione w pierwszym stworzeniu rzeczy; kobieta nie powinna być wtedy stworzona”. Ortodoksyjni chrześcijanie, twierdzili że kobiety są winne wszystkich grzechów.

Czy te średniowieczne bzdety, poza zniechęcaniem do erotyki, budują szacunek do kobiet i ich równorzędne traktowanie? Papież Pius II powiedział: „Gdy widzisz kobietę, myśl, że to diabeł”, a jezuita François Garasse podzielił się refleksją: ,,Kobieta uczona to coś gorszego niż brodata”. No cóż, może dlatego posłanką PiS-u była Sobecka. Ale te pełne pogardy, wyższości słowa średniowiecznych duchownych wobec kobiet dają plon w dzisiejszej pisowskiej rzeczywistości. Poseł PiS-u Szlachta sztorcuje posłankę PO Leszczynę (była wiceminister finansów): ,,Proszę nie stosować mentorskiego tonu, bo nawet nie jest to stosowne jako kobiecie”.
W kontekście kultywowania przez PiS i hierarchów ciemnoty i zacofania, czymś naturalnym jawi się palenie przed gdańskim kościołem książek, a także przedmiotów uznanych przez część księży za godzące w chrześcijaństwo, np. ludowe maski afrykańskie. Polska pisowska staje się jednocześnie największym zagłębiem kształcenia księży egzorcystów (m.in. za pomocą salcesonu), a rydzykowy ulubieniec, poseł Tarczyński, jako pomocnik egzorcysty, na własne oczy widział opętane przez szatana kobiety plujące gwoździami i śrubami.

W średniowieczu szkoły usytuowywano przy kościołach. W pisowsko-prezesowej ,,Włolsce” kontynuowana jest symbioza tych dwóch instytucji, z tym, że to kościół szerokim frontem wpełzł do szkół. Widzimy to po nauczaniu religii w środku rozkładu lekcji, po ilości godzin nauczaniu religii większej od biologii, historii i matematyki, po postulatach uznania religii za równorzędny przedmiot, po księżach i zakonnicach przyjmujących egzaminy maturalne.

Polowania to rozrywka możnowładców średniowiecza, królewskie łowy świadczyły o potędze, dostatku i statusie. Pisowska brać uwielbia naśladować te średniowieczne obyczaje. Setki tysięcy zwierząt i ptaków ginie co roku w okresie łownym. To podnosi ich w własnych oczach, czyni elitą, prawdziwymi twardzielami, rasą panów. ,,Czyńcie sobie ziemię poddaną” – głosił szkodnik Szyszko, powtarzając ten anachronizm za tłustym biskupem. Tylko, że czasy średniowiecza dawno minęły, a ziemię z jej bogactwami należy chronić, nie podbijać ją, jak Hunowie nowe terytoria. Nie dziwi więc w tym aspekcie gdy wiceminister środowiska, niejaki Mazurek ogłasza, że ,,ekolodzy są wrogami chrześcijaństwa i Polski”, a do tego ,,dominujący nurt ekologii chce wyeliminować człowieka”(!). W średniowieczu nie było ekologów, a pis chciałby dziś tego samego.
Kościół był od zawsze instytucjonalnie związany z państwem. Od początku średniowiecza Kościół był elementem systemu feudalnego, gromadził majątki, które później przynosiły olbrzymie zyski ekonomiczne. Posiadłości ziemskiej arcybiskupa gnieźnieńskiego sięgały bardzo rozległych terenów Wielkopolski. Władcy polscy mieli kontakty niemalże przyjacielskie z przedstawicielami kościoła i obie strony korzystały na tym współżyciu. W dzisiejszych realiach nic się nie zmieniło, mimo upływu wieków. Kościół staje się dziś średniowiecznym możnowładcą, latyfundystą, z pewnością największym właścicielem gruntów w kraju (nie licząc Skarbu Państwa). Katolickie osoby prawne posiadają obecnie co najmniej 160 tys. ha gruntów w Polsce. Majątek kościoła pochodzący z ziemi to 6-7mld zł, kolejne miliardy to budynki. Każdego roku państwo na cele związane z działalnością kościoła kat. wydaje co najmniej 5 mld zł, w dużej części pieniądze te idą do imperium Rydzyka. Pis zapowiadało przed wyborami, że ziemię będzie mógł kupować wyłącznie Skarb Państwa i drobni rolnicy. Ale w parlamencie powstaje projekt wg którego spod ograniczeń wyłącza się także związki wyznaniowe, w tym kościół.

W warunkach dzisiejszego neośredniowiecza pocieszeniem niech będzie to, że nawet w tamtym czasie działali ludzie światli, wbrew ograniczeniom popychający ludzkość naprzód. Nie brak ich i dzisiaj, a ludzie mający jako takie wykształcenie, wiedzą, że po ciemnych wiekach nastąpiło jednak odrodzenie i oświecenie.

Kościół się zwija

Doczekaliśmy historycznej chwili. Biskup opolski Andrzej Czaja wyznał w komunikacie do wiernych, że z braku personelu redukuje parafie.

„W aktualnej sytuacji rażącego deficytu duszpasterzy (wyświęcę siedmiu, potrzebuję szesnastu), by zaradzić potrzebom 400 parafii w naszej diecezji, w najbliższych latach, podobnie jak to już w kilku miejscach się dokonało, jestem zmuszony połączyć ze sobą mniejsze parafie” – ubolewa hierarcha. Oznajmiający tym samym, że Kościół nie wyrabia.

Mszoodprawiacze

Przez ostatnie 30 lat liczba nowych probostw urosła o 15 procent. Nigdy nie było problemów ani z ich obsadzeniem, ani z namówieniem wiernych na zrzutkę na nowy kościół i wypasioną plebanię. Do seminariów garnęły się tysiące młodych mężczyzn. Jeszcze 20 lat temu wikariusze z paroletnim stażem opowiadali, że na objęcie fuchy proboszcza nie mają w najbliższych 15 latach szans, bo przed nimi w kolejce jest jeszcze pięciu lub sześciu.
Parafii diecezjalnych, czyli nie zakonnych, jest dziś w Polsce prawie 9 700. Diecezjalnych księży zaś prawie 25 tys. Wychodziłoby po 2,5 klechy na parafię. To jednak mylące. 3 tysiące polskich księży diecezjalnych nie pracuje w Polsce. Są oddelegowani głównie do krajów Europy Zachodniej, gdzie deficyt osób w koloratkach występuje od lat. Z tych, co są u nas, z parafiami nie ma nic wspólnego 2 proc. księży funkcjonujących w szkolnictwie seminaryjnym i na uczelniach katolickich. Tyle samo duchownych zajmuje się robieniem dobrze biskupom, pracując bezpośrednio w diecezjach. Kolejne 12 proc. stanu osobowego kleru diecezjalnego, to dożywający swoich dni emeryci i renciści. Do odprawiania mszy w parafiach zostaje zatem góra 18 tysięcy księży – niecałych dwóch na probostwo.

Wszystkie te dane można łatwo pozyskać w materiałach Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego. Konia jednak z rzędem temu, kto zrozumie jakim cudem, w każdym oficjalnym wystąpieniu księży statystyków pada stwierdzenie, że „w parafiach zaangażowanych duszpastersko jest ponad 20,5 tys. księży”.

Mało ich, mało ich…

Jeszcze 20 lat temu, każdego roku wyświęcano średnio 600 księży rocznie. Od 10 lat systematycznie spada liczba chętnych do seminariów. Rośnie za to procent takich, którzy z zostaniem księdzem dają sobie siana już po paru miesiącach bycia klerykiem. Efekt jest taki, że w drugiej dekadzie XXI wieku populacja księży w Polsce wzrastała przeciętnie o 340 osobników rocznie. Oczywiście przy tendencji malejącej.

Ponieważ ksiądz też człowiek, to od lekarza, czy dekarza, w postrzeganiu ekonomii się nie różni. Dlatego większość, tuż po święceniach zaczyna się dowiadywać, co zrobić, żeby załapać się na robotę w jakimś kraju „starej Unii”. Udaje się to po paru latach większości chcących. Na polskim „rynku pracy duszpasterskiej” zostaje – jak nieoficjalnie mówią wysoko postawieni księża – co trzeci wyświęcony młodzian.

Ponieważ diecezja, diecezji nierówna, to większość księży chce pracować tam, gdzie wiernych jest dużo i nie skąpią grosza na kościół. Jest zatem kilka biedniejszych biskupstw, gdzie pogłowie księży się umniejsza. Parafie muszą być obskakiwane jednoosobowo przez proboszcza, bo wikariusze błyskiem przechodzą na swoje obejmując wakujące parafie. Proces ten postępuje, bo większość księży ma już swoje lata. Średnia wieku kleru w Polsce wynosi ok. 52 lat – tyle co pielęgniarek. W odróżnieniu jednak od nich, księżom Kościół każe pracować znacznie dłużej. Kanoniczny wiek przejścia księdza na emeryturę to ukończone 75 lat. Co prawda w tych diecezjach, które nie mają problemu z wakatami, biskupi ustalili go na 70 lat, albo nawet – jak w archidiecezji katowickiej – 65 lat. Ale ten stan już długo nie potrwa. Kościół na darmozjada przecież łożył nie będzie.

Szczególnie, że taki dziadek będzie miał co robić.

Duszpasterz z czarną skórą

Z powodu braku rąk do pracy, biskupi jak mogą starają się odmawiać delegowania za granicę. Ale gdy młodzi księża wystarają się o odpowiednie poparcie czynników watykańskich, to nawet biskup nic nie może. Na Zachodzie pogłowie księży to dramat. W Hiszpanii średnia wieku duchownych dobija przecież do 70-tki. We Francji, Austrii i Niemczech tak samo. Polska, ze swymi malejącymi wyświęceniami, i tak dokłada do puli europejskiej co roku jedną czwartą nowych kapłanów katolickich. Po naszych księży łapę wyciągają i zza Oceanu. Bo tam po dekadach afer porobiło się tak, iż przeciętny wiek księdza katolickiego wzrósł z 37 lat w roku 1970 do 58 lat – dziś.

Polscy biskupi bronią się jak mogą i udowadniają, że i u nas zaczyna być krucho z księżmi. Mimo tego, że co piąty ksiądz w Europie jest Polakiem, to statystyki zaczynamy mieć takie jak gdzie indziej. Średnio, w krajach naszego kontynentu na jednego księdza przypada 2000 ochrzczonych – nie mylić z praktykującymi. W Paryżu jest to 1190, w Londynie 790. Tymczasem w pełnym kościołów Krakowie – 720. Zaś w Łodzi aż 1900, a w Szczecinie 1500.

Szykującego się już wkrótce dramatu kadrowego Kościoła w Polsce, dowodzi ubiegłoroczny zaciąg do seminariów diecezjalnych. Jak podaje Katolicka Agencja Informacyjna, przyjęto do nich 324 mężczyzn. O 91 mniej niż rok wcześniej. Pamiętać trzeba, że najwyżej co drugi kleryk zostanie potem wyświęcony.

A nawet jeśli, to zawsze może sutannę potraktować jak Tymoteusz Szydło. Czyli iść na „urlop”. Albo nawet ją rzucić na stałe. Od kilkunastu lat, każdego roku robi tak przeciętnie prawie 60 księży. Jeśli te trendy się utrzymają, to już za parę lat polski Kościół będzie miał zerowy bilans przyrostu kapłanów.

Biskupom zostaną dwa wyjścia. Oba złe. Pierwszym będzie import księży z zagranicy. Co jednak zrobią polscy wierni, dla których nawet abp Polak to Żyd, gdy mszę będzie odprawiał im Ukrainiec albo Białorusin? Albo co gorsza proboszczem gdzieś na Podkarpaciu zostanie czarnoskóry?
Biskupi znają swoje owieczki i wiedzą, że na takie eksperymenty sobie pozwolić nie mogą, ale drugie wyjście jest jeszcze gorsze. Diecezje mogą oddać parafie w ręce polskich zakonników.

Co będzie dla biskupów nader niemiłe, bo zakony episkopatowi i biskupom nie podlegają, a poza tym, całą kasę z owieczek zagospodarują same.
Wbrew temu, co się wydaje laikom Kościół diecezjalny i podległe swoim generałom zakony to światy tyleż odległe, co mocno się nielubiące. Dość przypomnieć ile lat trwała wojna między Episkopatem a redemptorystami. Zakończona tym, że Tadeusz Rydzyk na własną rękę kupił sobie przychylność większości biskupów.

Efektywność posługi

Wpuszczanie zakonników zastosował początkowo i biskup Czaja. Jak napisał „udało się też przekazać kilka parafii zgromadzeniom zakonnym i im powierzyć troskę duszpasterską o wiernych w nich”.

Doświadczenia chyba miał nie najlepsze, skoro teraz wybrał opcję podporządkowania dwóch parafii jednemu proboszczowi, ale za to swojemu.

Pilotażowi Czai bacznie przyglądają się i księża i Episkopat. Pierwsi wietrzą większą kasę dla siebie i dwie plebanie do prywatnego użytku. Biskupów bardziej interesuje to jak eksperyment odbije się na finansach. Mniej parafii to teoretycznie tyle samo ślubów, pogrzebów i hajsu z tacy, przy „niższych kosztach osobowych”. Efektywność duszpasterstwa winna zatem mocno wzrosnąć udowadniając, że katolicyzm zawsze spada na cztery łapy.

Kościół katolicki fetuje chorwackich nazistów

W stolicy Bośni i Hercegowiny Sarajewie, w katolickiej katedrze odbyła się uroczysta msza za dusze chorwackich zbrodniarzy – ustaszy, kolaborantów Adolfa Hitlera.
Mimo protestów, katolicki arcybiskup Vinko Puljic odprawił mszę, by upamiętnić „tych, którzy szerzyli wiarę katolicką” pod groźbą natychmiastowej śmierci.
Chodzi o rocznicę tego, co chorwaccy naziści naziści nazywają „tragedią z Bleiburga”. Austriacka miejscowość przy dawnej granicy z Jugosławią była świadkiem bitwy między komunistyczną partyzantką wspomożoną przez wojska brytyjskie a oddziałami ustaszy uciekającymi do Austrii w maju 1945 r. Chorwaci zostali wtedy rozbici. Uroczystości upamiętniające przegraną bitwę odbywają się co roku w Chorwacji, lecz w tym roku zostały zakazane ze względu na epidemię.
Organizatorzy postanowili ograniczyć się do mszy w bośniackim Sarajewie, które w czasie wojny należało do marionetkowego Niepodległego Państwa Chorwackiego (NDH).
Arcybiskup sarajewskiego Kościoła prawosławnego Chryzostom, przeciwny tej uroczystości, przypomniał, że chorwaccy ustasze wymordowali ok. 10 tys. mieszkańców miasta: „Celebrujecie mszę dla zbrodniarzy, chwalicie ruch ustaszy”, szeroko znany ze swego bestialstwa. Lokalna społeczność żydowska wydała oświadczenie: „Ta msza będzie celebrować katów naszych matek, ojców i wszystkich niewinnych obywateli zabitych rękami nazistów.”
Po głosach otwartej krytyki, abp Puljic skłamał, że „Kościół katolicki nigdy nie popierał żadnej władzy, szczególnie winnej tylu śmierci”. Wyjaśnił, że „modlitwy za ofiary nie oznaczają poparcia dla ich działań”, jednak organizacje antyfaszystowskie i mieszkańcy postanowili, że w czasie mszy odbędą „milczący marsz protestu”.

Medal dla donosicielki

,,Pasją” Zuzanny Wiewiórki jest wyszukiwanie młodych dziewczyn, rozpaczliwie szukających na forach pomocy w sprawie przerwania ciąży, nękanie ich oraz rujnowanie im życia poprzez donosicielstwo. Za takie „zasługi” ministerstwo Ziobry rozdaje teraz medale.

O Zuzannie zrobiło się głośno, kiedy pewna 17 – letnia dziewczyna postanowiła zwierzyć się ze swojej przerażającej historii na jednym z forów internetowych. Poszukiwała ona na facebookowych grupach pomocy w sprawie dokonania bezpiecznej aborcji farmakologicznej i tym sposobem wpadła w sidła. Wiewiórka najpierw zaczęła pisać do niej i nękać ją wiadomościami zachęcającymi do donoszenia ciąży. Kiedy to nie przyniosło rezultatu, Zuzanna zdecydowała się poinformować o sprawie chłopaka i rodziców dziewczyny. Ci objęli ją stałą kontrolą i nakazali urodzić dziecko pod groźbą wyrzucenia z domu. Zdesperowana dziewczyna podjęła kilka prób samodzielnej aborcji, co wywołało groźne komplikacje i bardzo pogorszyło jej stan zdrowia. Może nie przeżyć porodu.

Bezduszność

Ale Zuzanny Wiewiórki to nie obchodzi – ona ogłosiła wielki sukces. Typową dla swojego środowiska nowomową napisała: ,,udało im się zapobiec zabiciu tego nienarodzonego dziecka, za co dziękuję Bogu” i pomstowała na rzekomo szkalujący i chcący ją uciszyć ,,przemysł aborcyjny”. Nagłośnienie sprawy zachęciło wiele kobiet do podzielenia się swoimi historiami i szybko okazało się, że akcja Zuzanny to jedynie wierzchołek góry lodowej. Tak swoimi ,,szpiegowskimi” działaniami chwali się jedna z takich organizacji – ,,Prawo do Życia”: ,,Prócz zgłoszeń do Prokuratury osób z aborcyjnego killing-teamu działamy na wiele różnych frontów, by ocalić nienarodzone dzieci przed morderstwem” Aktywnym jej członkiem jest także brat Zuzanny, Maciej. ,,Walka z cywilizacją śmierci” nie przeszkadza mu jednak udostępniać z nieskrywaną radością postów o hipopotamie, który zabił nielegalnych imigrantów. Dlatego mężczyzna postuluje ,,lepszy od UE sojusz z hipopotamami, skoro to takie mądre zwierzęta”, poza tym narzeka na penalizację gwałtów, gdyż jak sam pisze, ,,dla wielu mężczyzn to ,,jedyny często sposób na stosunek płciowy”.

Akcja Zuzanny, w wyniku której w imię chorej ideologii zniszczyła życie młodej dziewczynie, szybko spotkała się w przestrzeni publicznej z zasłużonym potępieniem. W szczególności wiele młodych kobiet, którym łatwo postawić się w sytuacji poszkodowanej, wyraziło w internecie oburzenie oraz gniew na przerażające praktyki inwigilacji i zastraszania stosowane przez działaczy fundacji anti – choice. Zuzanna w odpowiedzi od razu zaczęła kreować się na ,,niewinną ofiarę hejtu i nagonki”, w czym szybko przyszły jej w sukurs prawicowe media. Karmiące się narracją oblężonej twierdzy portale jak choćby wPolityce, PCh24, serwis internetowy reżimowej pisowskiej telewizji, a nawet Wprost czy Polskie Radio 24 popełniły peany na cześć ,,niezłomnej obrończyni życia” rzekomo prześladowanej przez lewactwo oraz przedstawicieli ,,cywilizacji śmierci” i ,,przemysłu aborcyjnego” (cokolwiek by te pojęcia miały znaczyć). Pomoc prawną ,,w walce ze zorganizowanym hejtem” zaoferowali Wiewiórce katoliccy fundamentaliści z fundacji Ordo Iuris.

Propaganda

Również partia rządząca, ostatnimi czasy silnie krytykowana przez środowiska Kai Godek i ojca Rydzyka za niewystarczające działania ,,w obronie życia poczętego”, zdecydowała się wykorzystać całą sprawę do podlizania się elektoratowi skrajnie prawicowemu, niebezpiecznie dla PiS-u flirtującemu z Konfederacją. Zuzanna odebrała więc, podczas organizowanej na jej cześć konferencji, brązowy medal pamiątkowy zasłużonej dla wymiaru sprawiedliwości przyznany jej przez ministra Zbigniewa Ziobrę. Wnioskodawca, podsekretarz stanu Marcin Romanowski, wręczając jej odznaczenie powiedział: ,,W Ministerstwie Sprawiedliwości zawsze stoimy za życiem. Każdy, kto angażuje się na rzecz ochrony życia zawsze znajdzie pomoc, wsparcie i uznanie”. Wyróżniona zaś dodała: ,,Mam nadzieję, że to wyróżnienie jest zapowiedzią końca dotychczasowej bezkarności środowisk aborcyjnych oraz zapowiedzią zmiany prawa, które deprawuje myślenie społeczeństwa pozwalając w niektórych sytuacjach na zabijanie nienarodzonych dzieci”.

Trudno mi opisać słowami tragedię siedemnastolatki, która padła ofiarą nękania i donosicielstwa Wiewiórki. To historia po prostu mrożąca krew w żyłach. Najbardziej jednak przeraża to, że w normalnym kraju – w większości krajów europejskich, które podobno należą do tej samej co Polska cywilizacji – mogłaby bezpiecznie usunąć ciążę, gdyby tak zdecydowała. Mogłaby decydować o własnym ciele, zamiast poddawać się perfidii fundamentalistów religijnych, twórców nieludzkiego prawa. Nikt zaś nie wpadłby na pomysł, by osobę, która w imię takich przekonań naraża drugiego człowieka na załamanie psychiczne, utratę zdrowia i życia, nagradzać odznaczeniami państwowymi.

Pogarda

Niesłusznym uproszczeniem byłoby jednak przypisać całą winę Zuzannie. Jej przykład jaskrawo pokazuje jedynie, jak patologiczny jest wpływ Kościoła Katolickiego na polską przestrzeń publiczną. To przepełnione nienawiścią i pogardą wypowiedzi jego hierarchów oraz zorganizowany aparat indoktrynacji religijnej ponoszą znaczą część odpowiedzialności za to, że zaślepiona ich ideologią młoda dziewczyna mogła zniszczyć życie innej młodej osobie. Równie, jeśli nie bardziej zatrważające jest to, że państwo, które i tak ma najbardziej restrykcyjne przepisy aborcyjne w całej UE, promuje i nagradza osoby dążące do sprowadzenia nas w tej kwestii jeszcze niżej. Rząd PiS w ten sposób, po niedawnym okazaniu swojej głębokiej pogardy dla pracowników, lokatorów, nauczycieli i niepełnosprawnych, po raz kolejny teraz brutalnie pokazał ją wszystkim kobietom. Wsparcie i wyróżnienie, jakie otrzymała od państwa Zuzanna Wiewiórka za swoje potworne działania, na pewno bowiem zachęci kolejnych jej podobnych fundamentalistów do dalszego prześladowania i nękania młodych kobiet, rozpaczliwie szukających pomocy w internecie.

Kościół katolicki to partia?

Prezydent Wenezueli Nicolas Maduro oskarżył kościół katolicki o polityczne ambicje i włączenie się w spisek przeciwko legalnej władzy.

Odpowiedział tym samym papieżowi Franciszkowi, który, jak stwierdził Maduro, osobiście miał go poprosić, by nie rozpalał konfliktu z katolicką hierarchia w jego kraju.
Maduro w wenezuelskiej telewizji wskazał papieżowi, że Kościół katolicki w jego kraju traci na znaczeniu. Dzieje się tak przede wszystkim ze względu na odpływ wiernych, którzy przechodzą do wspólnot ewangelickich. A powodem odchodzenia z Kościoła katolickiego, jak twierdzi prezydent Maduro, jest nadmierne zaangażowanie się Kościoła katolickiego w politykę, w tym tę, która jest sterowana przez USA i skierowana przeciwko Maduro.
„Wenezuelczycy porzucają katolicyzm, ponieważ są zmęczeni” – mówił Nicolas Maduro cytowany przez peruwiańską La Republica. Dodał, że biskupi instrumentalnie traktują ambony, które są instrumentem walki politycznej. Prezydent Wenezueli podał dane, z których wynika, że jeżeli wcześniej we wspólnocie ewangelicznej było 3 proc. obywateli, to obecnie jako ewangelicy deklaruje się 40 proc. obywateli.
Wspomniane przez Maduro zmęczenie obywateli, jest wywołane, jego zdaniem, przez postępowanie przede wszystkim najwyższych dostojników wenezuelskiego Kościoła katolickiego.
Prezydent Wenezueli podkreślił, że katoliccy hierarchowie „bronią tego, co nie jest do obrony”, deklarują swoim zachowaniem, że są w istocie działaczami politycznymi i przywódcami partii politycznych, a nie kapłanami, jak oczekują tego od nich zwykli ludzie.
Istotnie, od początku kryzysu w Wenezueli, podtrzymywanego i inspirowanego przez USA, Kościół katolicki zajął pozycję ostrej opozycji wobec Nicolasa Maduro. Biskupi wielokrotnie z ambon wzywali Maduro do odejścia ze stanowiska prezydenta i wyznaczenia terminu nowych wyborów, oczywiście w formule wygodnej dla USA i jej protegowanego Juana Guaido. Maduro zresztą przywołał wydarzenie religijne w stanie Lara, w których uczestniczyło 4 miliony ludzi, a na które biskupi zaprosili przywódców opozycyjnych polityków, w tym samozwańczego i nielegalnego prezydenta Juana Guaido.

Oznaka schyłku Kościoła

Polski kościół katolicki, jeżeli ktokolwiek mu się przygląda z minimum dystansu, wydaje się strukturą ogarniętą desperacją. Archidiecezja krakowska zaś znana jest głównie z tego, iż kieruje nią wiodący fundamentalistyczny nienawistnik, abp Jędraszewski. Tenże opublikował niedawno list do wiernych.

Dokument rozpoczyna przypomnienie 40. rocznicy pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski i zbliżającej się setnej rocznicy jego urodzin. „Całe życie Karola Wojtyły upłynęło pod znakiem wielkich zmagań o ocalenie największych i najbardziej świętych chrześcijańskich i narodowych wartości. Były to zarówno jego osobiste zmagania, jak i zmagania Polski i całego Kościoła”. Jędraszewski zapomniał dodać, że pontyfikat Wojtyły upłynął również pod znakiem zmagań o ochronę przestępców seksualnych w kościele katolickim i wspomagania prawicowych dyktatur – jak np. Augusto Pinocheta w Chile. Poza tym dorobkiem „papieża-Polaka” są również ekscesy, takie jak beatyfikacja nazistowskich kolaborantów w rodzaju choćby Alojzije Stepinaca, wikariusza wojskowego tzw. Ustaszy – chorwackich nazistów w latach 40.
Od Jana Pawła II i kwestii „odzyskania wolności” przez Polskę Jędraszewski płynnie przechodzi do swojej obsesji – LGBT.
Arcybiskup wykazał się bardzo szczególną formę spostrzegawczości. „odzyskanie przez Polskę suwerenności na początku lat dziewięćdziesiątych minionego wieku nie oznacza” – czytamy w liście – „że raz na zawsze skończyły się nasze zmagania o autentyczną wolność”. I właśnie w tym kontekście pojawia się groźny wątek osób nieheteronormatywnych i ich ruchu „o charakterze totalitarnym”.
„Przyszło nam żyć w czasach, w których pojawiło się kolejne wielkie zagrożenie dla naszej wolności – i to o charakterze totalitarnym. W ramach ideologii gender usiłuje się bowiem zatrzeć naturalne różnice między kobietą a mężczyzną” – konstatuje krakowski hierarcha.
„Przymusza się ludzi, w tym także osoby wierzące, do propagowania ideologii LGBT. Tym samym, łamiąc wolność sumienia, nakłania się ich do tego, aby odchodzili oni od zasad wyznawanej przez siebie chrześcijańskiej wiary. Wyraźnie to nam przypomina totalitarne czasy PRL-u, gdy awanse społeczne były zagwarantowane jedynie dla członków komunistycznej partii, a osoby wierzące były traktowane jako obywatele drugiej kategorii” – pisze dalej Jędraszewski.
Tylko te dwa akapity wydają się potokiem dziwacznie sformatowanej świadomości autora listu i braku faktycznego kontaktu z rzeczywistością. Jędraszewski nie ujawnia kto, w jakich okolicznościach i w jaki sposób „przymusza osoby wierzące do propagowania ideologii LGBT” oraz kto proponuje polskim katolikom porzucenie wiary. Nawiasem mówiąc, nie jest to działalność sprzeczna z prawem; podobnie jak księżom nikt nie zakazuje ewangelizacji. Na co tu więc utyskiwać?
Twierdzenia o rzekomym „totalitarnym charakterze” ruchu LGBT, tudzież jakichś „antywolnościowych” zapędach jego przywódców (o ile w ogóle można takowych wskazać) są kompletnie bezpodstawne. Cały list Jędraszewskiego wydaje się niczym innym jak odwzorowaniem lęku katolickich hierarchów, którzy ewidentnie tracą rząd dusz w polskim społeczeństwie i nie mogą już cieszyć się wyjątkowością najważniejszego punktu odniesienia w sferze moralności. Zamiast elastyczności i prób dostosowania instytucji, którą kierują, polscy biskupi postawili na nagonki i swoistą pornografię strachu przed mniejszościami.
W tym kontekście ekscesy Jędraszewskiego można łatwiej zrozumieć. Według mnie jest to ewidentny sygnał, iż polski kościół katolicki nie wytrzymał naporu rzeczywistości i wkroczył na ścieżkę samozniszczenia. Jeśli rządzą tą instytucją nie kwestie teologiczne, a demony homofobii i antykomunizmu, to staje się ona dla wiernych kompletnie bezużyteczna, a jej jedyną funkcją jest dźwignia polityczna dla rozgrywek prawicowych liderów.
Osobiście nie mam żadnych wątpliwości, że skandale związane z seksualną przemocą wobec dzieci i początkowa postawa hierarchów, którzy kryli zakamuflowaną pod sutannami masową opcję pedofilską, poderwały gwałtownie autorytet tej instytucji nawet w kręgach fundamentalistycznych wiernych. Z pewnością więc moc wpływów kościoła bardzo by osłabła. Niemniej, dużo bardziej groźna dla episkopatu okaże się z pewnością jego reakcja. Polski kościół katolicki dokonał najgorszego wyboru z możliwych angażując się po stronie najczarniejszych sotni rodzimej polityki; postawił na ekstremistyczną prawicę, która nie ma ma w Polsce większości i nigdy znaczącej przewagi, porównywalnej z pozycją kościoła, nie uzyska.
Hierarchowie, głosząc swój obłęd, wspierają się autorytetem „tradycji”. Nader często mówią np. o „tradycyjnej rodzinie” lub „tradycyjnych wartościach”. Mogą tak czynić tylko dlatego, że w przestrzeni publicznej nikt nie ma odwagi rozliczać ich postulatów, a wierni mogą sobie definiować te sformułowania tak, jak uznają to za wygodne. Tymczasem rzeczywistość skrzeczy, bo awangardę sojuszników kościoła stanowią środowiska polityczne, które chcą zarządzać społeczeństwem i jego kulturą poprzez przemoc. Skutkiem działalności czarnosecinnej prawicy w Polsce, zwłaszcza wśród dzieci i młodzieży, jest krzywda, lęk i depresja wywołane totalitarną wykładnią „tradycji” obejmującą także homofobiczny terror. Jędraszewski swoim listem wrzucił właśnie kolejny kamyczek do ogródka tej tragedii. Odwrót od kościoła jest już widoczny, a z każdym takim oburzającym wygłupem będzie coraz większy; być może nastąpi też odwrót od religii. Kościół katolicki sam gra kartą swojego upadku. Oby jak najszybszego!

Biskupi mają dil z Kaczyńskim

Kościół sam się nie zmieni. Musi działać państwo, opinia publiczna. Oni się tego boją. Dlatego tak mocno zaangażowali się w kampanię PiS-u. To jest taktyczny sojusz z rozsądku. Kaczyński, który skłócił Polaków, to żaden katolik. No, ale nie ma w Polsce biskupa, który by mu udzielił za to ostrej reprymendy, bo mają z nim dil – mówi Artur Nowak w rozmowie z Michałem Ruszczykiem (wiadomo.co)

MICHAŁ RUSZCZYK: Od premiery filmu braci Sekielskich minęły trzy miesiące. Dziesiątki milionów ludzi zapoznało się z tym wstrząsającym materiałem, Jednak po pierwszym szoku nie nastąpiła dalsza reakcja i w tej chwili właściwie już nie ma sprawy. Co to mówi nam o polskim społeczeństwie?

ARTUR NOWAK: Widzę to inaczej. To proces. Postrzeganie kościoła zarówno przez media, jak również opinię publiczną różni się jednak znacząco od tego, z czym mieliśmy do czynienia dziesięć lat temu, rok temu i trzy miesiące temu. Myślę, że odkleiliśmy się od pewnej poprawności, która sprawiała, że dziennikarze oraz politycy byli dość powściągliwi w ukazywaniu ciemnych stron tej instytucji. To się już nie opłaca i politycy wyciągają z tego wnioski. Pamiętajmy jednak, że ukazanie patologii hierarchii kościelnej nie podziała na ludzi z dnia na dzień. Wyobraźmy sobie film w rosyjskiej telewizji, który by obnażył, kim naprawdę jest Putin, jakim jest cynikiem, który by ukazał jego fortunę zbitą na niejasnych relacjach z oligarchami. Zapewniam pana, że to nie podziałałoby w ten sposób, że Rosjanie następnego dnia zrobiliby jakiś majdan na Placu Czerwonym i zażądali głowy dyktatora. Już teraz jednak widzimy, że język Jędraszewskich, Głódziów, Gądeckich został odrzucony przez ludzi młodych.
Statystyki nie kłamią i to jest dla kościoła katastrofa. Młodzi nie chcą chodzić na religię, nie praktykują życia sakramentalnego. Chcą normalności bez narodowo-katolickich etosów.

Dlaczego to tak długo trwa? Kościół tym językiem przecież nie mówi od wczoraj.

I na tym polega problem. Ta socjalizacja narodowo-katolicka, afirmująca cierpienia naszego narodu, poczucie zdrady, a zarazem wybraństwa, była pożywką dla naszych kompleksów, nieufności wobec obcych, powiem szerzej – inności. Kościół doskonale zagospodarował rzesze Polaków, którzy kompletnie nie odnajdują w realiach otwartych granic, wędrówek ludów, integracji europejskiej. Lekiem na frustracje okazała się więc ta postawa zamknięta, roszczeniowa. No i mamy takie myślenie, że Polska nie musi przestrzegać reguł praworządności w Unii Europejskiej, ale euro z Unii nam się należy. Proszę zwrócić uwagę, że najwięcej do powiedzenia o rzekomym zepsuciu w Europie Zachodniej, o tęczowej zarazie i cywilizacji śmierci mają ludzie, którzy nie znają języków i nie czytają książek. I Kościół właśnie na ten sektor społeczny postawił. Ja mam taką teorię, bo przecież słuchacze Radia Maryja to ludzie starsi, że biskupi mają gdzieś, jakie będą skutki tego wyboru. To pokolenie, które odejdzie przecież wraz z nimi, więc oni nie mają interesu, żeby brać odpowiedzialność za to, co będzie potem. Ten proces równi pochyłej już trwa, spadają powołania kapłańskie, mamy dramatyczny spadek udziału w praktykach religijnych młodzieży.
Pokolenia, które przyjdą po nas to ludzie, którzy poznają języki, będą podróżować. Nie ma więc powrotu do takiej dominacji Kościoła w przestrzeni publicznej, z którą mamy do czynienia. Rządy PiS to jest jakiś epizod w historii, po którym procesy, o których mówię, się zdynamizują.

Czy według pana Kościół w Polsce coś zrobił w ostatnim okresie, by oczyścić swoje środowisko z księży pedofilów?

Nic nie zrobił, oprócz kilku ruchów pijarowych. W zasadzie mogliśmy to obserwować głównie w maju tego roku, gdy hierarchowie podziękowali Sekielskim za film i publicznie się pokajali. Ja jednak myślę, że to, co naprawdę biskupi myślą o tym filmie, pokazał następnego dnia arcybiskup Głodź, że to jest „byle co”. To jest ta, mówiąc językiem Gombrowicza, prawdziwa gęba Kościoła. Dla mnie nie jest zresztą przypadkowy atak biskupów, który przypuścili ostatnio na mniejszości seksualne. Pomijając, że wpisują się tym w strategię wyborczą Kaczyńskiego, tak naprawdę sięgnęli po starą sprawdzoną metodę. Pokazać ludziom wrogów. Kiedyś to byli Żydzi, dziś są to homoseksualiści. Tyle że trzódka, która kupuje te brednie, Kościołowi się kurczy. Perfidne jest to, że Kościół bierze na celownik słabszych. Homoseksualistów, Żydów, słowem – mniejszości. Ich łatwiej skopać. Oni nie potrafią się obronić.
Prawda jest smutna. Kościół w Polsce przestał być chrześcijański. A więc otwarty, stojący przy słabszym, innym, wykluczonym. W zasadzie nie znam przypadku, żeby jakiś biskup poszukał kontaktu z osobą molestowaną w dzieciństwie przez księdza i okazał pokrzywdzonemu współczucie.

Oficjalny przekaz partii rządzącej głosi, że pedofilia w jednakowym stopniu dotyka wszystkich grup zawodowych, a w przypadku księży jest ich nawet mniej, niż w innych środowiskach. Jaka jest pańska opinia w tej kwestii?

Prawda jest taka, że Kościół boi się przeprowadzić jakiekolwiek badania na temat skali przemocy seksualnej w Kościele. Wie pan, to nie tylko ofiary pedofilów, ale molestowani klerycy, siostry zakonne. I to jest papierek lakmusowy, który pokazuje, jak mało poważnie Kościół traktuje kwestie związane z nadużyciami. Książ Adam Żak, który wiele dobrego zrobił, by walczyć z tymi patologiami, mówił niedawno, że nic nie wskazuje, że różnimy się od innych nacji. Badania zrobili Niemcy, Amerykanie czy Australijczycy. Ja myślę, że u nas jest gorzej, bo jesteśmy społeczeństwem sklerykalizowanym, a klerykalizacja to determinanta nadużyć. Dane z innych krajów pokazują, że 5 do 7 procent kleru było uwikłane w pedofilię. Ale pedofilii nie możemy mierzyć ilością sprawców, ale liczbą ofiar. Prowadzę trochę spraw i to jest czasem kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt osób. Mówię tylko o ofiarach, które zdecydowały się ujawnić traumy z dzieciństwa. Poranionych w otoczeniu jest więcej. To rodzice tych ludzi, rodzeństwo, ich dzieci, partnerzy, partnerki. Oni niosą z tymi ludźmi ten krzyż przez dziesiątki lat. Gdyby Kościół zabiegał o zasługi w życiu doczesnym, ozłociłby tych ludzi, ale biskupi wolą zbierać kasę i budować świątynie opatrzności bożej, bursztynowe ołtarze i ścigać się, kto postawi wyższą figurę Chrystusa Króla. Co to ma wspólnego z chrześcijaństwem? Nic.
Oczywiście pod naciskiem opinii publicznej kościół markuje jakieś działania. Tak było po opublikowaniu mapy kościelnej pedofilii, po filmie Wojtka Smarzowskiego, przy okazji szczytu watykańskiego w sprawie pedofilii w lutym tego roku. No, ale poza zapowiedziami nie mamy żadnych realnych działań.
Ksiądz Żak w rozmowie, którą przeprowadziłem z nim w zbiorze rozmów z ofiarami kościelnej pedofilii „Żeby nie było zgorszenia. Ofiary mają głos” tłumaczył mi, że nasze społeczeństwo jest niedojrzałe. Diecezje są niezależne i nie ma żadnych instrumentów, by cokolwiek od nich egzekwować. Moi przyjaciele, księża z różnych regionów Polski mówią, że w świadomości kleru diecezjalnego nie zmieniło się nic a nic. Oni ciągle widzą w pozycjonowaniu pedofilii atak na Kościół. Kościół sam się nie zmieni. Musi działać państwo, opinia publiczna. Oni się tego boją. Dlatego tak mocno zaangażowali się w kampanię PiS-u. To jest taktyczny sojusz z rozsądku. Kaczyński, który skłócił Polaków, to żaden katolik. No, ale nie ma w Polsce biskupa, który by mu udzielił za to ostrej reprymendy, bo mają z nim dil.
Oczywiście pedofilia występuje w innych środowiskach, ale mówiąc szczerze, nie poprawi mi jako pokrzywdzonemu przez księdza humoru fakt, że to zjawisko występuje również w środowisku jazzowym.
Proszę zobaczyć, jak szybko działają szkoły, organizacje sportowe, gdy jest choćby podejrzenie nadużycia przez nauczyciela albo trenera. Tam prokuratura wchodzi „z buta”. Pod kurię nie podejdą. Jest efekt aureoli. No i na tym polega ta różnica.

Po premierze „Tylko nie mów nikomu” pojawiły się deklaracje o powołaniu komisji ds. pedofilii. Co, według pana, stało się w międzyczasie, że społeczeństwo i politycy przestali interesować się tym tematem? Czy to tylko „odroczenie wyborcze” i kwestia wróci przed końcem roku, czy raczej została już zamieciona pod dywan?

Ale to, co proponuje rząd, mam na myśli ustawę, którą zapowiedział premier Morawiecki, to dokument napisany na kolanie, nieprzemyślany. Pisałem na ten temat. Pomysł powołania komisji, która by się zajmowała grupami zawodowymi, które pracują z dziećmi, nie jest zły. Podobna komisja, która badała to zjawisko, powstała w Australii. Na całym zresztą świcie pedofilię badali fachowcy (prawnicy, seksuolodzy, psycholodzy). W Niemczech, we Francji, Australii i USA zbadano akta osobowe księży na przestrzeni dziesiątek lat, uchwycono modus operandi sprawców, czynniki ryzyka itd.
Komisja, którą proponuje nasz rząd, to ciało polityczne, niemające żadnych kompetencji, któremu żadna kuria nie da akt osobowych księdza, więc nic się o nim nie dowiemy.
Druga kwestia to fakt, że organ ten nie będzie miał żadnych nadzwyczajnych uprawnień oprócz tych, które mają prokuratura i sądy. Po co zamiast efektywnie korzystać z instytucji, które działają, powołuje się ciało, które ma zrobić to samo, tylko w celu politycznym? Problemem jest również kwestia konstytucyjności tej komisji, bo komisja ma decydować o umieszczeniu danej osoby w rejestrze pedofilów, nawet jeżeli sprawa jest przedawniona. To są uprawnienia zastrzeżone dla wymiaru sprawiedliwości i żadna komisja nie powinna tego robić.
Potrzebna jest komisja stworzona w oparciu o modele, które znamy. To się ziści w perspektywie kilku lat. Badania pokazują, że 75 proc. Polaków uważa, że Kościół nie radzi sobie z pedofilią, a w celu wyjaśnienia sprawy należy powołać zewnętrzny organ, który dogłębnie zbada i wyjaśni sprawę.

Lewica w ostatnim okresie szczególnie głośno postuluje rzeczywisty rozdział Kościoła od państwa. Czy sądzi pan, że jest to możliwe?

Sam Chrystus to postulował, bo to są dwa światy. Żadnemu Kościołowi zresztą w wymiarze duchowym, bo ja tu nie mówię o blichtrze i apanażach, alians Kościoła z państwem żadnego dobra nie przysporzył. Wręcz przeciwnie. Kościół rozpasany, bezkarny, uprzywilejowany skazany był na degrengoladę, stawał się sitwą. Druga sprawa to pretensje Kościoła związane ze sferą edukacji, te najazdy na programy szkolne, które są zwykłą indoktrynacją pod płaszczykiem rzekomej aksjologii chrześcijańskiej. To są lata zaniedbań, które doprowadziły do tego, że nie wykształciliśmy wśród młodzieży postaw obywatelskich, świadomości seksualnej i tak dalej. Jeśli Kościołowi zależy rzeczywiście na chrześcijaństwie, niech nie robi nic na siłę.