Lewica idzie w lewo!

I bardzo dobrze!

Zarówno odejścia konserwatywnych polityków z minionej ery, jak i wsparcie dla kandydatury Piotra Ikonowicza na RPO świadczą dobitnie, że Lewica odzyskuje swoją lewicową tożsamość. Kończy się czas dominacji liberalizmu i oportunistycznego centryzmu. Kończą się czasy, kiedy lewicę określały same zachwyty nad byciem w UE.

Nowa Lewica wraca na czerwone tory. I wiedziałem o tym już wtedy, kiedy podjąłem decyzję o tym, aby wesprzeć Lewicę w wyborach do parlamentu. Ta zmiana była już w ludziach i działaczach. To przede wszystkim wielka zmiana generacyjna. I nie jest więc przypadkiem, że antykapitalizm, socjalizm, czy otwarta krytyka praktyk kościoła katolickiego oraz patriarchatu wkraczają dziś do mainstreamu i stają się politycznym głosem Lewicy. Jeszcze 10 lat temu postulaty dot. zabrania publicznych pieniędzy kościołowi, czy socjalistycznya krytyka patologii kapitalizmu wydawały się być absolutnie poza zasięgiem „normalnych” i działających w warunkach sejmowych partii. Teraz są to już rzeczywiste postulaty. I jest w tym mnóstwo zasługi ideowców, którzy przez te lata, kiedy lewica była zliberalizowana, kontynuowali swoją walkę. Ludzie tacy, jak Piotr Ikonowicz pomogli Lewicy zachować jej tożsamość nawet wtedy, kiedy ona sama są ją straciła. Ta walka przyniosła rezultaty, praca wychowawcza się opłaciła! Rodzi się siła, która pojawia się wtedy, kiedy ideowi i głęboko czerwoni ludzie Lewicy stają się jej częścią.

Beznadzieja, a nie kaznodzieja

Po kościelnej przemowie Jarosława Kaczyńskiego w starachowickim kościele można by się zastanowić czy znowu coś walnął ni z gruchy ni z pietruchy czy też jego wystąpienie było jego wnikliwych przemyśleń.

Szewc Fabisiak skłania się ku tej drugiej wersji jako że sejmowe wystąpienia dotyczące zdradzieckich mord czy tego kto będzie siedzieć, kiedy Polska będzie już państwem praworządnym były wyrazem emocjonalnego wzburzenia wywołanego potrzebą chwili. Tym razem pan Jarosław miał dużo czasu aby obmyślić sobie w jaki sposób zaistnieć medialnie. Ponieważ Pan Prezes znany jest z tego, że zawsze musi sobie znaleźć wroga w stosunku do którego może skierować swoją agresję, to tym razem zaatakował krytyków Kościoła. „Zło atakuje nasz kraj, naszą ojczyznę, nasz naród” a także Kościół katolicki – perorował w swoim stylu prezes partii trzymającej władzę. Jak widać, w jego ocenie atakującym złem nie jest bynajmniej wirusowa pandemia, lecz krytyka Kościoła. Zatem powinien on podlegać szczególnej ochronie. Jak z tego wynika dla Kaczyńskiego dobre samopoczucie Kościoła jest ważniejsze od zdrowia ludzi atakowanych przez koronawirusa – wnioskuje szewc Fabisiak. Mimo tego, że wirus codziennie kogoś uśmierca a księży jakoś nikt nie ma zamiaru zabijać. Poza tym jak tu wytrząsać się nad anonimowym wirusem, którego nikt ani nie widział ani nie słyszał a który w dodatku nie należy do totalnej opozycji.

Całe to starachowickie wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego utrzymane było w tonie katolickiego totalitaryzmu. Jak się wyraził, Kościół katolicki „ jest w centrum naszej tożsamości”. Wynikałoby zatem, że szewc Fabisiak jako osoba niewierząca tkwi co prawda w tej tożsamości ale już nie w jej centrum. Jednakże utożsamianie Kościoła z państwem i narodem automatycznie eliminuje ze wspólnoty bądź spycha na jej margines wszystkich innowierców, agnostyków i ateistów, którzy tym samym stają się wrogami narodu, wyrzutkami społecznymi tylko dlatego, że nie uczestniczą w katolickich ceremoniałach.

Dla każdego posiadającego choćby odrobinę umiejętności poznawczych jest oczywiste, że analizowanie jakiegoś zjawiska należy zacząć od znalezienia przyczyn, które powodują określone skutki. Szewc Fabisiak domniemywa, iż Pan Prezes takie umiejętności posiada, jednak je starannie ukrywa mówiąc tylko o skutkach pomijając przyczyny. Tymczasem powszechnie wiadomo, że krytyka katolickiego Kościoła nie wzięła się sama z siebie, lecz jest wynikiem jego niekonstytucyjnej dominacji w życiu publicznym, narzucania swoich dogmatów jak choćby kwestia aborcji, nachalnej indoktrynacji młodzieży szkolnej jak też coraz częściej ujawnianych przypadków pedofilii. Z tego powodu ta struktura religijna traci coraz więcej zwolenników nie tylko w Polsce. W tym momencie warto się zastanowić nad tym dlaczego tak wielu pedofilów jest akurat wśród funkcjonariuszy tego Kościoła. Szewc Fabisiak uważa, że główna przyczyna rozprzestrzeniania się księżowskiej pedofilii tkwi w poczuciu bezkarności. Przez lata się to udawało, jednak do czasu, gdy do publicznej wiadomości dotarły pierwsze sygnały o molestowaniu nieletnich. Przez lata ofiary księżej przemocy milczały przede wszystkim ze strachu przed jej ujawnieniem, z obawy, że ich relacje zostaną uznane za niewiarygodne wymysły wybujałej wyobraźni. Bowiem przez wiele lat Kościół jako instytucja wraz z jego specyficznie umundurowanymi funkcjonariuszami uznawany był przez osoby wierzące za niekwestionowany autorytet, niemal za przedłużenie ręki boskiej na ziemskim padole. Wystarczyła jednak afera z księdzem w Dominikanie aby cały świat dowiadywał się o coraz częstszych ukrywanych do tej pory pedofilskich praktykach.
Faktów tych nie chcą jednak dostrzec pełni bezkrytycznego bałwochwalstwa kościelni hierarchowie i ich poplecznicy. Należy do nich również prezes Kaczyński dając temu po raz kolejny wyraz przemawiając z kościelnej ambony. Posługiwał się przy tym charakterystyczną dla niego samego i jego politycznej formacji retoryką uznającą krytykę za atak. Zaś na atak odpowiada się nie za pomocą argumentów, zwłaszcza gdy ich brakuje, lecz kontratakiem. I na tym polega polityczna filozofia walki będąca w sprzeczności z filozofią dialogu. Szewc Fabisiak przypuszcza, że prezes PiS w obliczu postępującej rozsypki układu władzy musi poszukiwać silnego wsparcia ze strony wprawdzie słabnącej, lecz wciąż silnej i wpływowej struktury kościelnej. Jednakże swoim wystąpieniem ponownie uruchomił temat nieprawidłowości w samym Kościele jak też arogancji jego hierarchów, który zaczął jak gdyby nieco cichnąć w obliczu pandemii, szczepionek itd. Występując w kościele Jarosław Kaczyński chciał zaprezentować się w roli kaznodziei. A wyszła z tego beznadzieja – konkluduje szewc Fabisiak.

Czy Wesoła jest warta mszy?

Zakup przez miasto Kraków kwartału Wesoła od Uniwersytetu Jagiellońskiego nie przestaje budzić kontrowersji – i nic dziwnego, skoro miasto wykupiło kawałek samego siebie od instytucji finansowanej niemal w całości z funduszy publicznych.

Uniwersytet nigdy w swojej historii nie był tak hojnie doposażony jak na przełomie wieków. Zgodnie z danymi ze strony uniwersyteckiej, UJ na nowy kampus otrzymał prawie miliard złotych. Drugi miliard przyznano mu na budowę szpitala klinicznego. I bardzo dobrze, że mu przyznano. Pytanie jednak, czy w zamian nie powinien oddać czy może zwrócić miastu lub państwu nieruchomości na Wesołej. Uniwersytet wycenił swoje zabudowania poszpitalne dosyć tanio, na niecałe 300 milionów, i zgodził się przyjąć należność w ratach. Tylko czy instytucja finansowana z podatków powinna zarabiać na innej finansowanej z podatków instytucji?

Kiedyś, dosyć krótko, obowiązywał przepis, że podmiot publiczny przekazuje nieruchomości, które są mu zbędne, właściwej jednostce samorządu bądź bezpośrednio Skarbowi Państwa. Tak się składa, że w przypadku Krakowa byłby to ten sam podmiot, bo gmina miejska jest jednocześnie powiatem, a nadzór na majątkiem Skarbu Państwa, jeśli przepisy szczegółowe nie stanowią inaczej, sprawuje starosta, czyli również Prezydent Miasta Krakowa. Tak się jednak nie stało. To mieszkańcy Krakowa ubogacili swój (?) uniwersytet. Jest to więc teraz Akademia Krakowska raczej niż Jagiellońska – tym bardziej, że pierwotną fundatorką była węgierska Andewagenka.

Kraków ma w ogóle skomplikowaną sytuację własnościową. Gdyby nie przyłączenie Nowej Huty, byłby miastem z najmniejszym procentem własności komunalnej. A nawet z Nową Hutą nie jest liderem tej klasyfikacji, zwłaszcza że i tam od dawna trwają wyprzedaże. W Krakowie jest zatem Krakowa dosyć skąpo. Wynika to między innymi stąd, że miasto wykarmiło bardzo wiele podmiotów. Największym pasożytem jest chyba Agencja Mienia Wojskowego, żyjąca ze sprzedaży terenów zbędnych wojsku. Nieruchomości w Krakowie to tłuste kąski dla deweloperów, a Agencja chętnie ich dostarcza. Dzięki temu Kraków został wzbogacony o piękne osiedle przycmentarne na dawnych terenach wojskowych przy ul. Rakowickiej. Aktualnie Agencja sprzedaje tereny wokół fortu przy ul. Rydla, równie odpowiednie dla urokliwych apartamentów, tym razem w pewnym oddaleniu od cmentarza.

O ile AMW zachowuje się wobec Krakowa jak pasożyt, o tyle Komisja Majątkowa dla Kościoła Katolickiego to – trzymając się analogii medycznej – złośliwy rak z wieloma przerzutami. Wyczyny komisji takie jak powiadamianie Urzędu Miasta Krakowa faksem, że działka mająca trafić na przetarg nie należy już do miasta, tylko do kościoła katolickiego, doprowadziły do jej likwidacji w 2011 roku. Zarówno raport sporządzony przez Kancelarię Premiera, jak i raport CBA wykazały szereg nieprawidłowości i spowodowały wszczęcie postępowań prokuratorskich. Część z nich umorzono… z powodu przedawnienia czynów. Komisja przecież działała przez długie lata. Oczywiście, co instytucje kościelne wzięły – obojętne, czy słusznie czy nie – tego nie oddały. Nikt też nie przeprosił. Bo niby za co? Za przysporzenie majątku kościołowi?

Jak napisała w 2012 roku „Gazeta Wyborcza”, z punktu widzenia prawa komisja nie była organem administracyjnym ani sądem, nie zarządzała mieniem ani nie miała go pomnażać, nie była też zobowiązana dbać o interes państwa. Miała dbać o majątek kościelny. Taki np. zakon cystersów dwukrotnie otrzymał odszkodowanie za to samo mienie, dzięki czemu wzbogacił się o 66 milionów (za wiki). I nawet nie podziękował.

I tak oto wracam do kościoła na wesoło – tj. oczywiście na Wesołej, a w zasadzie na Kopernika. Dopóki właścicielem terenu był Uniwersytet Jagielloński, nikomu nie przeszkadzało, że sporym kawałem tej nieruchomości de facto zarządza Kościół, choć podatek (co prawda niewielki) płaci Uniwersytet. Jak to mówią, kościół służył pacjentom. O ile pacjenci służyli do mszy. Teraz właścicielem kościoła stało się miasto. Nieoficjalnie chodziły słuchy, że diecezja chętnie by przyjęła kościół w darze lub za symboliczny grosz. To standardowa kwota, jaką instytucje kościelne są gotowe wysupłać na niezbędne im do czegoś mienie. Takiej ceny oczekują – oczywiście nie wtedy, gdy same oferują grunty na sprzedaż. A wszystko to ułatwia status prawny kościoła w Polsce. Zgodnie z konkordatem nie istnieje coś takiego jak jednolita organizacja kościelna. W Polsce mamy kościelne osoby prawne, parafie, diecezje, zakony, episkopat. Przynajmniej z punktu widzenia prawa cywilnego. Bo prawo kanoniczne prezentuje inną, bardzo scentralizowaną strukturę o wyraźnie zaznaczonej podległości.

Wracając do Wesołej: jak donosi „Gazeta Wyborcza”, nigdy nie doszło do przedstawienia propozycji przekazania kościoła arcybiskupowi Jędraszewskiemu, bo podczas rozmowy z prezydentem Majchrowskim arcybiskup oświadczył, że strona kościelna nie jest tym zainteresowania. Nie było więc sensu nawet przygotowywać dokumentów w tej sprawie.

I tak miasto zyskało wreszcie własny kościół. I jest wesoło.

PS. Jak słyszymy, miasto nie ma pomysłu na zagospodarowanie nieruchomości. Nieśmiało więc proponuję, by uczynić z tego kompleksu Świątynię Obywatelską i zamienić ją w Centrum Organizacji Pozarządowych. Co prawda, w skrawku pomieszczeń na Stadionie Miejskim im. Henryka Reymana wegetuje sobie takie mikrocentrum obywatelskie, ale stadion to raczej świątynia piłki nożnej, ostatnio z powodu pandemii pustawa, jak zresztą wszystkie inne świątynie. Jednak gdy pandemia w końcu ustąpi, kibice wrócą zapewne do swojej przestrzeni sakralnej, ale świątynia na Kopernika pozostanie pusta, chyba że faktycznie zapełnią ją świadomi swoich prawa obywatele. I takie właśnie mam marzenie.

O słuszności dezubekizacji

Wszystko się wyjaśniło. Po wielu latach ciężkiej pracy IPN-owskich prokuratorów oraz tytanicznego wysiłku prawicowych polityków i publicystów, którzy uparcie szukali jakichkolwiek autentycznych śladów zbrodni komunistycznej Służby Bezpieczeństwa, mamy efekty.

Wreszcie został znaleziony powód, dla którego zastosowano dezubekizację, ostateczne rozwiązanie problemu funkcjonariuszy i urzędników rodem z PRL. Teraz wszyscy zrozumieją, że prawo i sprawiedliwość absolutnie wymagały, aby ponad 50 tys. staruszek i staruszków sprowadzić na skraj biologicznego przetrwania. Co prawda nie odkryto żadnych rzeczywistych i użytecznych propagandowo przestępstw, jakich mieli się dopuszczać. Został ujawniony inny porażający fakt.

Oto kilku wtajemniczonych przykościelnych komentatorów ogłosiło, że jedyną instytucją, która odpowiada za powszechne występowanie przeróżnych dewiacji i nieprawości seksualnych wśród katolickiego kleru, jest PRL-owska Służba Bezpieczeństwa! Argumentacja, jaką przytoczono, wręcz powala swoją logiką. Newralgiczną postacią jest tu św. Jan Paweł II, który przez ponad ćwierć wieku samowładnie rządził Watykanem i całym światowym kościołem. Okazało się, że Papież Polak tolerował nagminny homoseksualizm i przeróżne zboczenia seksualne swych podwładnych, w tym nierzadką pedofilię, gdyż wcześniej mieszkał w PRL i był przekonany, że wszystkie takie zarzuty stawiane pokornym sługom kościoła są spreparowane przez bezpiekę.

Gdy słyszy się takie rewelacje, to można wręcz wpaść w podziw, jak potężną była to służba i jak daleko sięgały jej macki. Bo przecież nie tylko polskiego podwórka, czyli kardynała Gulbinowicza, arcybiskupa Paetza, arcybiskupa Wesołowskiego, kapelana Cybuli czy prałata Jankowskiego, by podać tylko kilka nazwisk z górnej półki. Jeszcze większe szkody komunistyczna służba poczyniła w Meksyku, gdzie aby zhańbić kościół powołała Legion Chrystusa i postawiła na jego czele Marciala Degollado, którego nieletnie ofiary gwałtów i pedofilskich praktyk liczy się w setkach. Podobnie poczynała sobie w Stanach Zjednoczonych i pomogła uzyskać kardynalskie kapelusze Theodorowi McCarrickowi w Waszyngtonie i Bernardowi Law w diecezji bostońskiej. A można jeszcze wspomnieć o kardynale Georgu Pelly z Australii, o całym episkopacie Chile, o Irlandii, Kenii, Brazylii, Kanadzie, Filipinach, Argentynie, Tanzanii, Kolumbii . Żaden zakątek świata nie był bezpieczny przed zbrodniczymi działaniami polskiej bezpieki. Co zresztą mówić o świecie! Frederic Martel, autor książki „Sodoma”, przytoczył w niej opinię duchownego przez wiele lat pracującego w Watykanie, iż nawet 80 proc. kleru zamieszkującego papieską stolicę to czynni homoseksualiści.
Przypadkiem z tego obszaru, na który warto zwrócić uwagę, jest historia abp Józefa Wesołowskiego. W 2013 r . ujawniono, iż jako nuncjusz na Haiti nagminnie wykorzystywał pozycję i bogactwo do zaspakajania cielesnych żądz z małoletnimi, ubogimi chłopcami. Szczegóły działalności hierarchy w najbiedniejszym z krajów świata były tak szokujące, że odwołano go do Watykanu i zdecydowano o postawieniu przed sądem. Jednak wierny sługa kościoła taktownie zmarł na serce przed rozprawą w 2015 r. i nie trzeba było więcej rozgrzebywać nieprzyjemnego tematu. Czemu zaś ta sytuacja jest szczególnie ciekawa, gdy okoliczności pedofilskich praktyk arcybiskupa były analogiczne, jak w wielu innych seksualnych aferach kościelnych? Otóż w sieci pojawiły się plotki, że arcybiskup nie zmarł, a jedynie zamknęła się za nim furta zakonu o szczególnie ścisłej klauzurze.

Oczywiście nikt rozsądny w takie fantazje nie uwierzy, ale z drugiej strony, znając perfidię komunistycznej bezpieki, niczego nie można wykluczyć
Wyłaniający się obraz kościoła katolickiego (a przytoczone powyżej informacje jedynie bardzo powierzchownie dotykają problemu) jest tak szokujący, że karne zabranie rent i emerytur 50 tysiącom PRL-owskich funkcjonariuszy i urzędników było absolutną koniecznością. Można nawet powiedzieć, że wobec dziesiątek tysięcy dzieci gwałconych, molestowanych, zbrukanych i zniszczonych psychicznie, taki wyrok jest wręcz łagodny. Ale gdyby okazało się, że pod sutannami skrywane są kolejne pedofilskie zbrodnie, to trzeba będzie dezubekizację zdecydowanie rozszerzyć i dociągnąć chociaż do 100 tysięcy – niech nikt nie myśli, że władza lekceważy i pobłaża takim wynaturzeniom.

Oczywiście surowe konsekwencje wyciągnięte zostaną także wobec księży, którzy ulegli diabelskim podszeptom – jak powiedział ojciec Rydzyk: Zgrzeszyli, ale kto nie ma pokus? Przed udzieleniem rozgrzeszenia z pewnością zostaną im zadane ciężkie pokuty – co najmniej trzy „zdrowaśki” do odmówienia, a może nawet kilka „ojczenaszów”.

Prawicowy szok pourazowy

Wędrując po odmętach Facebooka, trafiłem na zapowiedź organizowanej przez Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi oraz Stowarzyszenie „Polonia Christiana” konferencji o zagadkowym tytule „Co się stało z polską młodzieżą?”. Jako, że sam niewątpliwie się do niej zaliczam, postanowiłem, korzystając z chwili wolnego czasu, obejrzeć transmisję owego wydarzenia. Miałem w planie upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – doinformować się ,,co się ze mną stało?” oraz wczuć się w modną ostatnio, lansowaną w końcu przez samego lidera rankingu zaufania Szymona Hołownię, ideologię ,,dialogu radyklanego” i w ramach tego ,,wysłuchać drugiej strony”. Jak się później przekonałem, nie myli się biblijna zasada ,,kto ma, temu będzie dodane”, w bonusie bowiem do wymienionych dostałem jeszcze trzecią ,,pieczeń” – taką fazę i odlot, jakich nie miałem od dawna, i to bez konieczności wydawania ani grosza na środki odurzające.

Kanał ,,PCh24 TV” postanowił zacząć z grubej rury i już na sam początek wystawił mocnego zawodnika – małopolską kurator oświaty Barbarę Nowak. Zaczęła ona swoją wypowiedź od stwierdzenia, że może i młodzi ludzie masowo wzięli udział w strajkach, ale to tylko dlatego, że byli ,,nieświadomi ich prawdziwego przesłania i zostali zmanipulowani”. Aaaaaaa, no jak tak, to wszystko jasne. Już się bałem, że po tej genialnej w swojej prostocie i wyczerpującej temat diagnozie prowadzący zakończy konferencję, jednak dla pani kurator była to dopiero intelektualna rozgrzewka. Jako drugi powód aktywnego udziału młodzieży w demonstracjach podała przedłużający się czas fizycznej nieobecności w szkole, który sprawia, że ,,młodzi ludzie są przygnębieni i czekają na jakikolwiek sygnał, że ktoś jest nimi zainteresowany i mu na nich zależy”. Czyli jak widać, wśród młodzieży szukającej miłości już passé stało się wskakiwanie księżom do łóżek i zmuszanie do molestowania, na które tak skarżył się kiedyś arcybiskup Józef Michalik – teraz w modzie jest ,,chodzenie, krzyczenie i wulgarne zachowywanie się” (jak określiła to sama kurator).

W dalszej części pani Barbara wróciła jednak do wątku z ,,manipulowaniem” i racząc nas błyskotliwym związkiem przyczynowo–skutkowym, bezpardonowo obnażyła przed słuchaczami prawdę o otaczającej nas rzeczywistości. To przede wszystkim nauczyciele, przekonywała, są odpowiedzialni za tę manipulację i przekazywanie dzieciom w procesie wychowania ,,złych wartości”. A dlaczego oni? Kształcą ich bowiem w naszym kraju ,,skrajnie lewackie uczelnie”. ,,I sami tak ukształtowani przez nie w tym właśnie duchu wychowują młode pokolenie” – kończy ten logiczny rollercoaster pani kurator. Następnie przeszła do wyliczania opłakanych skutków owej ,,lewackiej formacji” młodych umysłów. Najgorszym z nich jest brak szacunku dla dorosłych – ,,piszą oni listy otwarte z kuriozalnymi żądaniami do osób starszych, lepiej wykształconych. Młodzieży wydaje się, że może tak postępować, bo lewica utwierdza ją w tym przekonaniu”. Ba, nie tylko piszą listy, ale także ,,przychodzą do mnie z skargami i wyrzutami, powołując się na konstytucję lub Europejską Konwencję Praw Człowieka!”. Aż by się chciało w tym miejscu sparafrazować znaną kreskówkę: ,,wszystko by mi się udało, gdyby nie te wścibskie prawa człowieka”. Pani kurator jak widać równie nie po drodze z nimi, jak jej zwierzchnikowi – ministrowi Czarnkowi. Nie obyło się zresztą bez laurki dla niego. Pani kurator, chcąc zapewne pocieszyć przygnębionych jej złowieszczym opisem realiów słuchaczy, powiedziała: ,,mamy nowego ministra edukacji, mamy środowiska, które przerażone tym, co się dzieje chcą działać i mają pomysły. Są wspaniałe środowiska prorodzinnych stowarzyszeń. Mamy Ordo Iuris, mamy to miejsce, z którymi cały czas rozmawiam – PCh24. Mamy potencjał, proszę Państwa, skorzystajmy z tego, bądźmy aktywni i nie bójmy się. Zło jest krzykliwe, a dobro zwycięży”. Od razu jakoś tak człowiekowi lżej na sercu, nieprawdaż? B. Nowak przestrzegła jednak lekceważeniem przeciwnika: ,,mamy do czynienia z wyrafinowaną, zdecydowaną na wszystko grupą, która idzie jak walec żeby zniszczyć. To jest ta nowa cywilizacja śmierci. Chcą triumfu, a niosą jedno – zniszczenie, chaos i śmierć”. Jedno trzeba przyznać – wzywający w Clermont do wyprawy krzyżowej Urban II mógłby się uczyć od pani kurator krucjatowej retoryki.

Następni prelegenci nie dostali co prawda tyle czasu co pani Nowak, mimo to jednak ambitnie starali się dorównać bardzo wysoko zawieszonej poprzeczce absurdu. Kolejna ,,ekspertka”, psycholożka Katarzyna Wozińska, żaliła się, że dzisiaj zbyt mały wpływ na wychowanie dzieci mają dziadkowie oraz pradziadkowie, co jest jedną z głównych przyczyn braku formowania w młodych przywiązania do ,,tradycyjnych wartości”. Powiem szczerze – naprawdę doceniam szczerość tej deklaracji i przyznanie wprost, że dzisiaj jedynie aktywne pranie mózgów przez najstarsze pokolenia mogłoby zmusić młodych do poważnego traktowania ciemnych katolickich poglądów. Dalej pani Katarzyna przekonywała, że ,,młodzież potrzebuje wyraźnych granic i ich egzekwowania, potrzebuje autorytetów”. Osobiście myślę, że prelegentka delikatnie się z tymi granicami spóźniła, bowiem młodzież granice już miała, ale rząd PiS–u wespół z Kościołem zdążył przekroczyć nawet te najdalsze z nich i dziś pozostały już tylko antypody wkurwienia. Choć jedno muszę pani psycholog oddać – to jej słowa szczególnie zachęciły mnie do napisania tego artykułu. Narzekała ona bowiem, iż młodzi ,,bardzo dużo wiedzą o sprawach nierzeczywistych, a bardzo mało o rzeczywistości”. A więc, z racji tego, że słowa ,,ekspertów” z tej konferencji z rzeczywistością nie mają nic wspólnego, to jako młody człowiek świetnie nadaję się, by o nich pisać.

,,Medioznawca i kulturoznawca” (jak został przedstawiony), ksiądz Sławomir Kostrzewa zajął się natomiast depresją i ateizmem. Jak mogliśmy się dowiedzieć, ateizm wynika po prostu ze złych relacji z ojcem, a depresja – z długotrwałego życia w grzechu. Wszystko jasne, lewaki i ateusze zaorane faktami i logiką, pora na zbiórkę dla ministrantów. Ostatni z mówców, wiceprezes Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej Arkadiusz Stelmach podjął się natomiast rozważania tytułowego problemu w perspektywie globalnej polityki. Bez ogródek stwierdził, iż ,,na poziomie międzynarodowym doszło do triumfu ideologii sprzecznej z naturalnym i chrześcijańskim porządkiem”. Ciężko się temu dziwić, skoro jak sam twierdzi, ,,rewolucji kulturalnej z zaangażowaniem przewodzą ONZ, UNICEF, Bank Światowy i Unia Europejska”. W Polsce, która ciągle jeszcze broni się dzielnie przed tą postmodernistyczną rewolucją, działają już jednak ,,agenci zmian”. Deprawują młodzież, zawłaszczają symbole, przez kulturę masową forsują nową lewicową agendę, pewnie jeszcze plują do zupy i szykują smażenie mózgów Polaków za pomocą masztów 5G. To jednak nie czas na żarty, przekonuje Stelmach – jeśli nie postawimy się zdecydowanie tej globalnej rewolucji, już niedługo obudzimy się w iście kononowiczowskim świecie, gdzie nie będzie cnoty, nie będzie miłości, nie będzie niczego.

Z wielkim rozbawieniem oglądam w ostatnich tygodniach ogólną panikę na prawicy, wywołaną masowym udziałem młodych w demonstracjach po wyroku TK. Choć statystyki mówiły o światopoglądowej przepaści pokoleniowej od dawna, duża część prawicy i Kościoła, grzejąc się w blasku pisowskich zwycięstw, wolała to ignorować i poprawiać sobie humor naiwnymi wizjami o młodzieży rzekomo kochającej wyklętych i Jana Pawła II. Większości z nich dopiero głośne ,,Wy-pier-da-lać!” wykrzyczane z setek tysięcy młodych gardeł na ulicach uświadomiło, jak bardzo się mylili. Zaczęło się więc teraz po prawej stronie w przerażeniu szukanie na gwałt diagnoz tego stanu rzeczy i powszechne bombardowanie leninowskim pytaniem ,,co robić?”. Opisana przeze mnie konferencja stanowi świetną ilustrację stanu ducha tych debat i poziomu świadomości osób w nich uczestniczących. Przyznam otwarcie, że napawają mnie one dużym optymizmem.

Przyzwyczajonej w ostatnich latach do zwycięstw i dobrego humoru prawicy najciężej bowiem przychodzi przyznanie, że to ich własne działania obróciły młodzież przeciwko nim. Zamiast tej bolesnej konfrontacji z faktami pisowscy dygnitarze i kościelni hierarchowie wolą stawiać na opium w postaci syndromu wyparcia (jak Barbara Nowak, czy Julia Przyłębska w ostatnim wywiadzie dla ,,Sieci”) lub szukania rzekomych winowajców w ,,lewackich uczelniach”, ,,agentach wpływu” czy ,,międzynarodowej rewolucji kulturalnej”. Ta ślepota, zamykająca ich jeszcze bardziej w sekciarskiej ,,oblężonej twierdzy”, tylko przyspieszy ich upadek. Brak bowiem choćby świadomości przemian, całkowicie uniemożliwia jakiekolwiek zapobieganiem im. A zatem, jako, że zarówno prawicy jak i Kościołowi życzę jak najgorzej, bardzo chciałbym tak absurdalne i oderwane od rzeczywiście prawicowe konferencje (jak opisana tutaj) oglądać jak najdłużej. Są one bowiem najlepszym znakiem i gwarancją tego, że porażka kościelno–pisowskiej szajki zbliża się wielkimi krokami.

Odświęcanie Kościoła

Gdyby Kościół miał dokonać dekanonizacji, to nie zostałby mu chyba żaden święty. Na razie jednak zaczął od zrzucania z ołtarzy Gulbinowicza, Mc Carricka i Dziwisza.

Ponad półtora roku temu media obiegł apel działaczek katolickich. „Żądamy dekanonizacji papieża Jana Pawła II” – pisały w „Le Monde” – „protektora oprawców w imię «racji Kościoła« oraz głównego architekta ideologicznej konstrukcji «kobiety«, a także zakazu nauczania, propagowania oraz publikowania «teologii ciała«, którą głosił on podczas swych katechez środowych”.
Kościelne feministki
Swój postulat wykreślenia Wojtyły z grona świętych uzasadniały też tym, że papież Polak był protektorem duchownych wykorzystujących seksualnie zakonnice. No i kultywował opresyjny ideał kobiety.
Dzięki tej informacji wiemy dwie rzeczy. Po pierwsze, że istnieją katolickie feministki. A po drugie, że jak się jest katolikiem mającym jakieś poglądy, to w ich imię można zażądać dekanonizacji. Czyli czegoś, co jakże dobrze znamy z Polski – lustracji i zrzucania z piedestałów.
Katoliccy antyfuterkowcy
Na pewno są katoliccy ekologowie. Szczególnie zaś tacy nastawieni prozwierzęco. Niewykluczone też, że dołączą do nich katoliccy weganie i miłośnicy nauczania św. Franciszka o zwierzętach jako „braciach mniejszych”. I wszyscy oni winni zażądać wykluczenia z grona świętych faceta, który zajmował się głównie zabijaniem zwierząt dla zabawy. Oczywiście można by św. Hubertowi zarzucić niewierność małżeńską i mnóstwo standardowych niegodziwości, ale ponieważ takie sprawki można wyciągnąć większości świętych katolickich, to można uznać, że widać są one przypisane do statusu osoby kanonizowanej lub beatyfikowanej. Do Ojców Kościoła zaś w szczególności. Żeby wspomnieć wieloletnią satysfakcję czerpaną przez św. Pawła z Tarsu z zabijania chrześcijan. Albo to, że św. Augustyn będąc miłośnikiem kobiet i wybitnie niechrześcijańskiego manicheizmu, gdy wyczerpał mu się zapas testosteronu, a chrześcijanie zaproponowali mu niezłą fuchę, pogonił kobietę, z którą był 17 lat i zaczął nauczać, że seks jest największym z grzechów.
Dokładnie tak samo miała św. Maria Egipcjanka, której nieposkromiona nimfomania nie przepuszczała żadnemu chłopu, by – gdy nikt nie był już nią zainteresowany – zostać psem ogrodnika straszącym mękami piekielnymi za każdy orgazm.
Pacyfiści z zakrystii
Wśród wyznawców katolicyzmu nie powinno brakować osób, dla których jak jest napisane „Nie zabijaj”, to nie zabijaj. A szczególnie gdy do mordowania innych dochodzi nie w obronie własnej czy kraju, ale dla podboju, zdobycia władzy czy innych dóbr, albo wykonania czystki etnicznej tudzież religijnej.
Gdyby tacy katolicy poważnie brali dekalog, to na dzię dobry powinni wystapić o odebranie tytułów świętych czy błogosławionych setkom osób wyniesionych przez Kościół katolicki.
Choćby św. Oldze. Przecież kobieta ma na sumieniu zakopanie 20 osób żywcem. Spalenie żywcem kilkudziesięciu innych zresztą też. Nie wspominając już o odurzeniu i rozkazie wymordowania innych kilkuset bezbronnych wojów. A to wszystko po to, żeby zdobyć i utrzymać władzę.
Nieślubnym wnukiem św. Olgi był św. Włodzimierz. I nie ma się co czepiać podejmujących decyzję o jego kanonizacji za to, że nie zwrócili uwagi na taki drobiazg, że oprócz 7 żon święty miał harem 800 konkubin podzielonych na grupy i mieszkających w głównych miastach jego królestwa. Nieważne też, że gdziekolwiek podróżował, wszędzie była grupa kobiet, które zapewniały mu rozrywkę. Nieistotne, że mimo to i tak zgwałcił swoją szwagierkę. No i rżnął, palił i mordował wszystko co stanęło mu na drodze. Ale trudno zrozumieć, że nikt nie zwrócił uwagi na to, że składał ofiary z ludzi. I to na dodatek zaprzyjaźnionych chrześcijan.
Mordowanie przeciwników politycznych. Wybijanie ludności cywilnej to przymioty całego stada św. katolickich królów i książąt. Choćby św. Olafa króla Norwegii, Wikinga skądinąd. Czy św. Eryka IX Jedvardssona, króla Szwecji uhonorowanego świętością za wyprawę krzyżową na Finlandię i chrzczenie jej mieszkańców ogniem i mieczem. Nie inaczej ze św. Kanutem Lavardem, księciem duńskim, czy św. Kanutem IV – duńskim królem.
Uświęcanie wojujących władców wcale nie sprowadzało się w Kościele katolickim tylko do Skandynawii. Jest przecież św. Oswald król Nortumbrii z VII w. I jest św. Wacław I – król Czech, który zasłużył się katolicyzmowi konfliktem z bratem i podporządkowaniem swojego kraju Cesarstwu Rzymskiemu Narodu Niemieckiego.
Temu Cesarstwu, które odrodził nie kto inny jak bł. Karol Wielki. Władca, który przez cały okres panowania krzewił chrześcijaństwo tocząc wojny i poszerzając granice swego władztwa na niemal całą Europę Zachodnią. Karol Wielki przeprowadził 54 kampanie wojenne. Połowie z nich przewodząc osobiście.
W tym kontekście nie ma nawet co wspominać króla Francji św. Ludwika IX, który promował swój kraj walcząc w Palestynie, a we krwi utopił ledwie powstanie Katarów. Bo wojny z Anglią nie ma mu co wyciągać, gdyż należała ona do średniowiecznego europejskiego standardu. Ale warto napomknąć o św. Stefanie. Królu bratnich naszej władzy Węgier. Facecie, któremu można by zarzucić nie tylko 7 grzechów głównych, ale dziesiątki pomniejszych.
Ale i dziś w kanonizacjach niewiele się zmieniło 23 września 2015 roku papież Franciszek kanonizował św. Junipero Serrę hiszpańskiego duchownego prowadzącego misje w Kalifornii w XVIII w. A, że facet kierował masakrą Indian? No cóż…
Smakosze spod stołu Pańskiego
Wymienione w śródtytule grupy powinny działać na rzecz dekanonizacji i to natychmiast. Wszak święci mają być przykładem dla wiernych. Co w takim razie z wzorem do naśladowania w osobie św. Teresy z Avili, której posty sprowadzały się do prowokowania wymiotów za pomocą gałązek? A św. Katarzyna ze Sieny, która wkładając do gardła palce powodowała zwracanie wszystkiego co zjadła w dniu gdy przyjmowała komunię?
Ale to jeszcze nic. Św. Aniela z Foligno piła wodę z kąpieli po trędowatych. I nawet zapisała w pamiętniku, że „kawałek strupiastej skóry trędowatego utknął mi w gardle. Zamiast go wypluć, zadałam sobie wiele wysiłku, aby go przełknąć i udało mi się. Miałam wrażenie, że przyjęłam komunię. Nigdy nie potrafię wyrazić rozkoszy, jaka mnie ogarnęła”. W uznaniu dla tej postawy, w 2013 roku papież Franciszek ogłosił tę panią świętą.
Jeśli komuś potrzeba jeszcze ciekawszego świadectwa świętości to służę św. Marguerite Marie Alacoque, która doznawała ekstazy religijnej spożywając w ramach umartwiania ekskrementy. Ze szczególnym uwzględnieniem tych, od osoby chorej na biegunkę. Poza tym, wzmiankowana święta wycięła sobie na piersiach podobiznę Jezusa. I żeby rany się nie goiły, przypalała je świecą.
Św. Maria Magdalena dei Pazzi do świętości doszła tarzając się w cierniach, a w wolnych chwilach prosiła siostry o chłostę, ubliżanie jej i kopniaki w w twarz.
Święci upolitycznieni
W 1998 r. Jan Paweł II beatyfikował bł. Alojzije Stepinaca. I nieistotne, że mnóstwo historyków i miliony ludzi uznają Stepinaca za zbrodniarza z czasów II wojny światowej. Nieważne, że arcybiskup był podporą faszystowskiego Niezależnego Państwa Chorwackiego. Nadzór nad przymusowym nawracanie na katolicyzm 240 tysięcy prawosławnych obywateli przedwojennej Jugosławii, to też dla kościoła pryszcz. Jak i to, że ani słowem Stepinac nie zająknął się o zamknięciu obozu w Jasenovacu, w porównaniu z którym więźniowie Auschwitz byli na wakacjach. Kościoła katolickiego nic nie przekona, że facet był współodpowiedzialny za eksterminację Serbów, Żydów i Romów.
Jednym z katolickich patronów Polski jest św. Maksymilian Maria Kolbe. Za to, że poszedł na śmierć w zamian za innego więźnia. Katolika – Franciszka Gajowniczka. Co jest o tyle istotne, że zrobił to w miejscu, gdzie stracono ok 1 mln Żydów. Tymczasem to właśnie tej nacji Kolbe poświęcał na łamach redagowanych przez siebie pism katolickich nader dużo uwagi. Jezuita Stanisław Musiał mówił, że „W jego tekstach możemy przeczytać, że nazywał ich słowami: obrzezani, żydki”, ale świętości Kolbego nie kwestionował. Tymczasem media Kolbego zarzucały Żydom, że demoralizują Polaków, propagują rozwody i pornografię. Opisywano ich międzynarodowe spiski. I ile razy ktoś z narodu wybranego zostawał skazany, to stawał się bohaterem wydania, a jego wina była rozdmuchiwana do granic.
Poza tym media Kolbego oczywiście były za zamknięciem da Żydów uczelni i optowały za umożliwianiem im wyjeżdżania do Palestyny. Nie wspominając już o takim drobiazgu, jak propagowanie akcji „Polak kupuje u Polaka”.

Byłoby zatem kogo dekanonizować i za co. Tyle, że Kościół nigdy nikogo świętości nie pozbawił. Kanonizacje są bowiem dla niego pomnikami, których w przeciwieństwie do świeckich, nigdy nie zwalał. Co najwyżej chował niewygodnych świętych ściągając ich z kalendarza i usuwając z funkcji patronów kościołów. Bo święci to rzadki przykład braku hipokryzji w tej instytucji. Występują w kościelnych spisach pokazując, jakie interesy, dzięki uświęcaniu tych czy innych, ta instytucja załatwiała. Dla księży i hierarchii są dowodem tego jak się prowadzi aktualną politykę, czy promuje określone postawy. Czyli – jak się rządzi. Dlatego Wojtyle nic nie grozi. Ale jego współpracownikom – już niekoniecznie.

Modlitwa jako instrument zarządzania

Formalnie jestem katolikiem. Kiedyś mnie ochrzczono, potem chodziłem na lekcje religii, w latach młodzieńczych kilka razy klęczałem w konfesjonale, i wyznawałem nieliczne w tym czasie grzechy. Ale później stałem się katolikiem niepraktykującym. Co nie znaczy, że nie rozumiem i nie szanuję tych, którzy wierzą, praktykują i modlą się w przekonaniu, że ich życie nie zależy od nich i od przypadku, tylko od Boga.

Co więcej, niektórzy z nich uważają, że wszystko jest gdzieś „zapisane”, że jest z góry ustalony plan i czas ich pobytu na naszej planecie, ich sukcesów i porażek. Są, bo zgodnie z przeznaczeniem mieli być, robotnikami, skromnymi urzędnikami, ale także królami, premierami, ministrami, milionerami albo ubogimi.

Cele modlitwy

Najczęściej z taką wiarą łączy się modlitwa o coś, co wprawdzie jest „zapisane”, ale można to zmienić na lepsze, czy w danej chwili bardziej pożądane. Taka, zrozumiała dla mnie, modlitwa, dotyczy najczęściej tego, na co człowiek nie ma bezpośredniego wpływu, co nie zależy od jego umiejętności i pracy. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że rolnik może się modlić o deszcz albo o kilka słonecznych dni, żona, córka, czy syn o poprawę stanu zdrowia ich męża i ojca, ubogi o wygraną w totolotka, zakochany o wzajemność obiektu jego głębokich i niewinnych uczuć, albo brzydkiego pożądania.

Przy pewnej tolerancji można też zrozumieć modlących się o szczęśliwe zakończenie działań, których powodzenie zależy w przeważającej mierze od ich umiejętności, ale na które wpływają także czynniki od nich niezależne. Pilot może się modlić o szczęśliwe lądowanie przy zbyt dużym wietrze, sportowiec o wygraną w jego konkurencji, – chociaż to oznacza, że jednocześnie, podświadomie modli się o złą kondycję lub błędy przeciwników. Na tym tle, z wrodzoną niesprawnością umysłową przypuszczam, że jeśli Bóg ma jakieś biuro podawcze, to pracujący w nim aniołowie i archaniołowie mają trudne zadanie. Znaczna część modlitw jest bowiem ze sobą sprzeczna. Jeśli ktoś z amerykańskiego wywiadu modlił się o złapanie lub unieszkodliwienie Bin Ladena, to jego zwolennicy i przyjaciele odwrotnie – modlili się o jego niezawodne ukrycie i przetrwanie. Jeśli w naszym pięknym kraju ktoś modli się o to, aby jak najdłużej mógł pozostawać na intratnym i dającym władzę stanowisku, to może być pewien, że jest wielu modlących się o coś całkiem przeciwnego. Biedni ci aniołowie w niebieskim biurze oddawczym. Rozstrzygnięcie, która modlitwa jest słuszna, czasem może wymagać wielu kosztownych ekspertyz. A i tak nie wiadomo, czy Bóg nie postąpi inaczej, niż mu doradzają.

Są jednak – moim zdaniem – i takie zadania, działania i profesje, w których modlenie się o cokolwiek jest nielogiczne. Farmaceuta nie może się modlić o prawidłowe sporządzenie leku a ślusarz o otwarcie zamka, bo to zależy wyłącznie od ich wiedzy i staranności. Nie ma tu miejsca na pomoc czy ingerencję „siły najwyższej”. Dyrektor, prezes, minister czy premier nie powinien modlić się o spełnienie tego, co zależy od jego decyzji i poleceń.
Ostatnio zauważyłem jednak ze zdziwieniem, że niektórzy, manifestujący swoją pobożność prominentni przedstawiciele obecnej władzy, zaczynają traktować modlitwę jak instrument zarządzania. Modlą się – a przynajmniej tak mówią, – aby ograniczenia związane z pandemią były mniej uciążliwe, aby szkoły mogły pracować normalnie a nie zdalnie, aby w wyniku ich decyzji gospodarka jak najmniej ucierpiała.

Przykro mi, ale właśnie takie modlitwy uważam za nietrafione, żeby nie powiedzieć – bezsensowne. To oni sami decydują o tym, czy i kto – przykładowo – może lub powinien wprowadzać zdalne nauczanie. Zakładam, że znajdują przesłanki uzasadniające prawidłowość takich ustaleń. Jeśli nie znajdują – to niech zmienią decyzje, albo modlą się tylko o zmianę nie do końca zależnych od nich przesłanek – na przykład liczby zakażeń.

Pobożna prawica

Prawica społeczno – polityczna zawsze i wszędzie była bardziej pobożna niż lewica. A przynajmniej starała się robić takie wrażenie. Prawica sięgająca faszyzmu, nawet, jeśli traciła wiarę, zachowywała jej pozory. Przykładem historycznym są napisy wytłoczone na klamrach pasków żołnierzy Wehrmachtu – „Gott mit uns”, czyli Bóg z nami. Za to bezczelne kłamstwo zostali ukarani prze żołnierzy z czerwonymi i białymi gwiazdami.

My nie składaliśmy takiej publicznej deklaracji ani w czasie zdobywania niepodległości 102 lata temu, ani w czasie II wojny światowej, ani po niej. Ale cos się zmienia. Mamy teraz obywateli, którzy zaczynają traktować wiarę i modlitwę nie tylko, jako instrument zarządzania, ale także narzędzie walki. Na niedawnym „marszu niepodległości” jeden z głównych organizatorów i agitatorów machał krzyżem z figurą Chrystusa jak mieczem, niezbędnym w walce z komuną, lewicą, lewactwem, niezadowolonymi kobietami i wszystkim, co nie jest prawicą. Taki Krzyżak naszych czasów, widocznie kwestionujący wyniki bitwy pod Grunwaldem.
Za mojej pamięci prokuratura wielokrotnie wszczynała śledztwa, bo ktoś był urażony hasłami czy zachowaniami sprzecznymi z katolicką wiarą. Ciekawe, czy publiczne machanie krzyżem, w wyraźnie niepokojowej intencji, też prokuraturę zdenerwuje. Jeśli nie – to znaczy, że próbujemy robić następny krok w kierunku państwa wyznaniowego.

Niekończąca się historia

Na naszych oczach „Polonia semper fidelis” zesrała się na rzadko pod działaniem społecznej rycyny. Pokolenie religii w szkołach odrzuca instytucję Kościoła katolickiego – pozwólmy sobie na tę generalizację, bo uprawniają do niej procesy odnotowywane w badaniach nie od dziś – jako bezdyskusyjny autorytet, bo widzi w niej podstawowe źródło opresji i zagrożenia dla wolności, a przy tym doskonale wie o takich jej nierozliczonych grzechach, jak choćby kościelna pedofilia.

Do niej dochodzi drenaż finansów państwa, walka z LGBT czy bezgraniczna pycha. Młode pokolenie wszystko to bardzo uważnie obserwuje i wyciąga krytyczne wnioski. Jego znacząca część odrzuca także zblatowaną z Kościołem władzę PiS. Masowe demonstracje młodych ludzi przeciw całkowitemu zakazowi aborcji mają cechy rewolucji pokoleniowej. Cele tej rewolucji nie spełnią się szybko, ale tzw. efekt demonstracji już się dokonał. Po raz pierwszy w trzydziesto już letniej historii sporu wokół kwestii prawa do aborcji znalazła się ona w tak bardzo szerokim kontekście. Choć kwestia ta stanowi punkt wyjścia i jądro protestu, to przecież nie tylko o nią chodzi. To protest dużej części młodego pokolenia przeciwko narastającemu duchowi katolicko-nacjonalistycznego rygoryzmu, który władza pospołu z Kościołem chce narzucić całemu społeczeństwu, protest przeciwko zaduchowi, który się wokół zagęszcza i który coraz bardziej, niczym pętla, zaciska się na gardłach. A młode pokolenie, między innymi dzięki internetowi i mediom społecznościowym uformowało się (niezależnie od bezpośrednich warunków życia) w warunkach stworzonych przez owe media, czyli w klimacie naturalnej swobody i indywidualnej wolności, także obyczajowej. Odrzucają represyjny rygoryzm narzucany im przez władzę należącą do pokolenia „dziadersów” i sterowaną przez „dziadersa wszystkich dziadersów”. Nie spełniły się obawy Barbary Stanosz ze stycznia 1993 roku, gdy tuż po uchwaleniu zakazu aborcji, snuła skrajnie czarną wizję pogodzenia się przez kolejne pokolenia z petryfikacją dusznego, rygorystycznego katolickiego porządku życia. Pokolenie urodzone w okolicach 1990 roku i później, jako pierwsze dało tak silne świadectwo sprzeciwu.

Zanim, w ramach puenty, wypadnie sformułować kilka uwag, wniosków i hipotez, warto przypomnieć – w niezbędnym skrócie – najważniejsze sekwencje tej „niekończącej się historii”. Najgorsze myśli i słowa cisną się na myśl, gdy sobie uzmysłowimy, że jednym z pierwszych aktów politycznych w „wolnej Polsce”, jeszcze u schyłku historycznego, przełomowego roku 1989, było otwarcie drogi ku ograniczeniu praw i wolności kobiet. Brzmi to jak ponury historyczny paradoks, ale działania te podjęła część tego obozu politycznego, którego przedstawiciele skandowali jeszcze w PRL, na ulicznych demonstracjach, hasło: „Nie ma wolności bez „Solidarności”.

Pierwsze zapowiedzi inicjatyw na rzecz zakazu aborcji pojawiły się po Okrągłym Stole, w okresie zarówno przed jak i po wyborach czerwca 1989. Inicjatywę ustawodawczą na rzecz zakazu aborcji, jako jedną z pierwszych podjął jesienią tego roku Senat, opanowany prawie w całości przez przedstawicieli Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego czyli ruchu „Solidarności”. Projektowi temu nadano nazwę „O ochronie prawnej dziecka poczętego”. Jeszcze jesienią 1989 inicjatywę w forsowaniu projektu przejęła świeżo wyłoniona radykalna partia nacjonalistyczno-klerykalna, Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe. Odtąd, do stycznia 1993 roku, toczyła się burzliwa dyskusja społeczna, w której po obu stronach użyto chyba wszystkich możliwych argumentów. Przez te mniej więcej dwa i pół roku emocje wielokrotnie sięgały zenitu. Przeciwnicy zakazu przedstawiali wszystkie możliwe zagrożenia, jakie będzie nieść budowany przez solidarnościową prawicę, krok po kroku, projekt całkowitego zakazu aborcji. W pierwszych przymiarkach pojawiały się maksymalnie przerażające warianty ostatecznego kształtu ustawy, włącznie z zakazem rozpowszechniania środków antykoncepcyjnych, wprowadzenia policji ginekologicznej czy karania za poddanie się aborcji więzieniem nie tylko lekarzy, ale także kobiet. W 1992 roku z inicjatywy Zbigniewa Bujaka powstał ogólnopolski ruch na rzecz referendum w sprawie karalnoścci za przerywanie ciąży. Jednak zdominowany przez prawicę Sejm zlekceważył ponad milion podpisów zebranych pod wnioskiem o przeprowadzenie referendum i odrzucił go. Szczególnie silny sprzeciw wobec propozycji referendum zademonstrowała hierarchia i kler Kościoła katolickiego, którego agresywna walka z liberalnym prawem do aborcji, ciągle jeszcze w tym okresie obowiązującym na podstawie ustawy z kwietnia 1956 roku nadawała ton ogólnej atmosferze ostrego sporu, choć oczywiście uczestniczyli w niej politycy, publicyści i działacze społeczni ze wszystkich stron politycznej sceny. W którymś momencie toczącej się walki, osławiony projekt senacki , zwany często „lex Piotrowski”, od nazwiska senatora będącego głównym patronem inicjatywy, zabuksował i został odłożony na półkę. Nawet dla części zwolenników zakazu aborcji bezkompromisowy fundamentalizm tego projektu był trudny do przyjęcia. Inicjatywę przejęła sejmowa prawica, która przygotowała nowy projekt, w dużym stopniu pokrywający się z projektem senackim, ale nieco w stosunku do niego złagodzony. Projektowi nadano mniej ideologiczną, a bardziej rzeczową nazwę „O ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży”, choć kolokwialnie zazwyczaj nazywano ją antyaborcyjną i wokół tego projektu burzliwa debata rozpętała się niejako na nowo. W tamtym czasie toczyła się głównie w mediach, bo jednym z jej charakterystycznych rysów był raczej marginalny charakter demonstracji i manifestacji o charakterze ulicznym. Projekt, zwyczajowo zwany od tego czasu „kompromisem” (choć w istocie nie był żadnym kompromisem, lecz najbardziej restrykcyjną w Europie ustawą dotyczącą aborcji), zawierającym trzy powszechnie znane przesłanki zezwalające na aborcję, został ostatecznie przyjęty 7 stycznia 1993 roku. Spór wokół ustawy trwał nadal, ale jej wejście w życie, po zatwierdzeniu przez Senat i podpisaniu przez urzędującego prezydenta Lecha Wałęsę sprawił, że debata nie przybrała już później ani wcześniejszego zasięgu, ani temperatury. W 1996 roku, rządząca od trzech lat większość parlamentarna zdominowana przez Sojusz Lewicy Demokratycznej dokonała liberalizacji ustawy, wprowadzając przepis umożliwiający aborcję ze wskazań społecznych. Nowelę podpisał urzędujący od roku prezydent Aleksander Kwaśniewski. Jednak rok później Trybunał Konstytucyjny pod przewodnictwem Andrzeja Zolla orzekł o niekonstytucyjności wprowadzonej zmiany. Prawo aborcyjne powróciło więc do swojego kształtu nadanego mu w styczniu 1993 roku. Od tamtego czasu temat aborcji ciągle nawracał w dyskusjach medialnych, ale temperatura sporu nie sięgała już poziomu z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych, poza epizodycznymi okolicznościami jak ta z 2003 roku, kiedy na polskie wody Bałtyku wpłynął tzw. „aborcyjny statek”, holenderski Langenort, należący do organizacji Kobiety na Falach, którego załoga stworzyła potrzebującym Polkom m.in. możliwość skorzystania z aborcji farmakologicznej. W żadnej z kolejnych kadencji parlamentu nie uformowała się większość, stwarzająca szansę na liberalizację ustawy. Taka szansa nie zaistniała nawet podczas drugich rządów Sojuszu Lewicy Demokratycznej w latach 2001-2005. Przez wiele lat środowiska lewicowe i kobiece podejmowały kwestię prawa do aborcji, ale nie było okazji politycznej do wielkiej debaty na ten temat, a w przestrzeni publicznej ukształtowało się określenie „kompromis” aborcyjny, termin fałszywy, mający sugerować, że obowiązująca ustawa jest rezultatem realnego konsensusu zawartego między środowiskami społecznymi. Treść rzekomego „kompromisu” zawierała się w generalnym zakazie przerywania ciąży, przy zachowaniu trzech wyjątków zezwalających na aborcję w trzech przypadkach – trwałego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu, stwarzanego przez ciążę zagrożenia dla zdrowia i życia kobiety oraz w sytuacji, gdy ciąża jest wynikiem czynu zabronionego. Publikowane od tamtego czasu oficjalne statystyki legalnie przerywanych ciąż są niskie, ale specjalistyczne raporty stale wskazują na wysoką statystykę aborcji nielegalnych, dokonywanych przez Polki zarówno w podziemiu aborcyjnym, jak i za granicą. Wraz z postępem farmakologii do pakietu metod przerywania ciąży doszły tzw. tabletki poronne. W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że choć od czasu do czasu ponawiane były różne próby zaostrzenia ustawy dotyczącej aborcji, a zarówno Kościół katolicki, jak i katolicko-prawicowi publicyści nie rezygnowali z nawracania do tej kwestii, to do jesieni 2016 roku ani razu nie uległa zaognieniu, ani tym bardziej nie stanęła na ostrzu noża. Z kolei strona lewicowo-liberalna zasadniczo pogodziła się z ustawowym stanem rzeczy, sygnalizując co najwyżej szeroko odnotowywane zjawisko trudności piętrzonych na różnych poziomach przed kobietami podejmującymi próby skorzystania z prawa do aborcji w legalnych przypadkach. Jedną z przyczyn tych trudności była m.in. wprowadzona do prawa tzw. klauzula sumienia, pozwalająca lekarzom na odmawianie świadczenia usługi medycznej w postaci aborcji. Z kolei ani PiS w pierwszym, dwuletnim okresie swoich rządów (2005-2007), ani Platforma Obywatelska w swoim ośmioleciu (2007-2015) nie podjęły próby dokonywania zmian w ustawie, ani w stronę zaostrzenia, ani – tym bardziej – liberalizacji. PO i związane z nią media oficjalnie afirmowała tzw. „kompromis”. Z kolei w PiS co prawda zawsze istniała liczna grupa osób kierowanych silnym imperatywem doprowadzenia do całkowitego zakazu aborcji, ale przyjęła się opinia, że przywódca tej partii Jarosław Kaczyński jest temu przeciwny, o czym świadczył jego sprzeciw wobec forsowanego przez Marka Jurka próby wprowadzenia zakazu aborcji wprost do Konstytucji. Przez lata panowała opinia, że z jednej strony powoduje nim wzgląd pragmatyczny – obawa przed konfliktogennym charakterem tej kwestii, z drugiej – panowało też przekonanie, że Kaczyński nie jest do zakazu przekonany osobiście.

Czasami przywoływano jego słowa z lat dziewięćdziesiątych, z czasów aktywności ZChN, partii najusilniej dążącej do zakazu aborcji, że „droga do dechrystianizacji Polski prowadzi przez ZChN”. Co prawda od czasu do czasu podejmowane były inicjatywy na rzecz całkowitego zakazu aborcji, np. „Stop Aborcji” fanatycznej aktywistki Kai Godek, ale nie przyniosły one skutków. Do krytycznego zwrotu doszło jesienią 2016 roku, gdy po odrzuceniu lewicowego projektu liberalizacji prawa do aborcji zdominowany przez PiS Sejm przyjął do procedowania projekt ustawy skrajnie fundamentalistycznej katolickiej organizacji Ordo Iuris, całkowicie zakazującej aborcji. Projekt ten przewidywał nawet karanie kobiet za poddanie się aborcji, czego nie wprowadzono do ustawy z 1993 roku. Ofensywa Ordo Iuris i wyraźnie sprzyjająca jej postawa PiS wywołała potężny i rozległy protest społeczny, nazwany Czarnym Protestem lub protestem Czarnych Parasolek. W ciągu kilku pierwszych dni października doszło do masowych manifestacji i marszów w całej Polsce, głównie kobiet, ale także wspierających je mężczyzn. Ta niespodziewana erupcja społecznego gniewu i protestu objawiła się jako jedna z najpotężniejszych w najnowszej historii Polski, a na pewno po 1989 roku. 5 października 2016 roku, w dniu procedowania projektu Ordo Iuris, na trybunę sejmową wszedł prezes PiS i swoim wezwaniem spowodował, że inicjatywa ta została zablokowana i odrzucona. Koronnym argumentem, jakiego użył, był ten, że ustawa ta może doprowadzić w konsekwencji do skutków odwrotnych od oczekiwanych przez autorów projektu. Na cztery lata temat uległ względnemu uspokojeniu i można było mieć wrażenie, że nauczony doświadczeniem Czarnego Protestu Kaczyński wraz z większością środowiska PiS na trwałe już zadowolą się tzw. „kompromisem”, czyli ustawą antyaborcyjną w obecnym kształcie. Co prawda od pewnego już czasu czekało na rozpatrzenie przez tzw. Trybunał Konstytucyjny podpisane przez grupę posłów, głównie posłów PiS, zapytanie o konstytucyjność tzw. embriopatologicznej przesłanki pozwalającej na dokonanie aborcji, jednak przez kilka lat nie było ono rozpatrywane, co przypisywano woli samego prezesa PiS. Niektórzy uważali, że Kaczyński kieruje się wyłącznie względami pragmatycznymi, związanymi z sekwencją wyborczą, z kolei inni uważali, że nauczony niebezpiecznym doświadczeniem października 2016 nie przyzwoli już na próby zmiany ustawy. Jednak 22 października 2020 roku tzw. Trybunał Konstytucyjny pod kierownictwem silnie związanej politycznie z Kaczyńskim Julii Przyłębskiej orzekł, że przesłanka embriopatologiczna, zezwalająca na przerwanie ciąży z uwagi na nieodwracalne wady i choroby płodu jest niezgodna z Konstytucją. Wywołało to wspomniany, potężny protest społeczny o niespotykanym dotąd zasięgu.

Nie sposób przewidzieć jaki będzie dalszy przebieg i czas protestów, o ich skutkach w bliższej perspektywie nie wspominając. Już dziś można jednak sformułować garść wniosków.

Po pierwsze, znacząca część młodego pokolenia, a wśród protestujących dominują, z grubsza biorąc, młodzi ludzie urodzeni między rokiem 1990 a 2002, zakwestionowała symboliczne władztwo Kościoła katolickiego i tzw. tradycyjnych polskich wartości. Uczynili to na demonstracjach w formie werbalnej i ikonograficznej przesyconej przekazem ostrym, często czerpiącym z zasobu słownika wulgaryzmów, ale także pełnym dowcipu, sarkazmu, szyderstwa, ironii, świadczącym o zupełnie niezłym wyrobieniu kulturowym. Liczne hasła i happeningowe akty na protestach pokazują, że ta młodzież zna symboliczny zasób oficjalnych, kościelnych „świętości” i potrafi je okrutnie wykpić. Tak się stało n.p. w przypadku parodii ikonicznej sceny z patriotyczno – kościelno -„solidarnościowego” zasobu -zabitego „Janka Wiśniewskiego”, którego w grudniu 1970 w Gdyni demonstranci „na drzwiach ponieśli Świętojańską” – protestujący zastąpili kukłą kobiety.
Po drugie, skala i zasięg protestu przewyższyły skalę i zasięg Czarnego Protestu z października 2016, który przecież uznany został za masowy. Sceną demonstracji i marszów są zarówno duże i średnie miasta, jak i (co było novum) także wiele małych miasteczek.

Po trzecie, protest – obok ostrza antypisowskiego, czy antyprawicowego, przybrał także wyraźnie antyklerykalny, antykościelny, a fragmentami nawet antyreligijny charakter i koloryt. Doszło także do ataków na budynki kościelne i kilku przypadków wtargnięcia do nich. Można by rzec że w realu, na polskich ulicach potwierdziło się to, o czym mówi się o kilka lat i co potwierdzają badania socjologiczne – obecne pokolenie polskiej młodzieży jest pierwszym w historii Polski, które w tym stopniu, in gremio wzięło rozbrat z tradycyjną religijnością i obyczajowością, dzięki internetowi i mediom społecznościowym, w klimacie naturalnego poczucia wolności.

Wydaje się, że odwieczne hasło „Polonia semper fidelis” mające oznaczać splecenie polskości z katolicyzmem zaczyna przechodzić do historii. Polska młodzież trafnie dostrzegła właśnie we władztwie Kościoła katolickiego i zblatowanej z nią prawicy przyczynę deficytu wolności, którego pokolenie to po raz pierwszy tak boleśnie poczuło na własnej skórze. Trudno dziś przewidzieć dalszy przebieg i bezpośrednie skutki tego masowego protestu, ale jego wpływ na bieg spraw w Polsce w dłuższym dystansie czasowym będzie niewątpliwie niebagatelny.

Coming out biskupa

Biskup Jędraszewski zaatakował singli, którzy wiodą żywot grzeszny, a czasami wręcz próżniaczy, co jest zgubne dla chrześcijańskiej cywilizacji. Przy okazji zaatakował samego prezesa co może mu (biskupowi) wyjść bokiem, bo on (prezes) jest pamiętliwy.

Tym samym biskup bezpośrednio uderzył w 30 tysięcy singli – księży w naszym kraju i 20 tys. sióstr zakonnych. To największa grupa zawodowa w Polsce żyjąca w pojedynkę. Życie w bezżenności, to nie nakaz Boga, a tylko wymysł kościoła, by jego majątek nie przechodził na spłodzone przez księży potomstwo. Niestety w tej grupie zawodowej, jak w żadnej innej, co i rusz wychodzą na światło dzienne skandale pedofilskie. O gejach nawet nie warto wspominać, bo co mnie obchodzi intymne życie dorosłych mężczyzn.

Autor (były ksiądz pracujący w Watykanie) głośnej książki o życiu intymnym w stolicy apostolskiej szacował liczbę osób nieheteronormatywnych w jądrze kościoła na 50 procent. Nie wiem ile w tym prawdy, ale coś jest na rzeczy na pewno. Trudno mi zrozumieć dlaczego młodzi mężczyźni, idący do seminariów, decydują się na życie w samotności. Życie pokazuje, jak bardzo różnie z tym bywa potem. Może wypowiedź biskupa to taki rozpaczliwy coming out hierarchy, który zdaje się wołać. Pozwólcie nam wchodzić w legalne związki z kobietami, albo i inne, bo takie życie, jakie prowadzimy, jest nic nie warte. Jak tak jest, to jestem z nim (biskupem).

Ideą w ideę

Zawieszanie flag, takich czy innych, na obiektach kultu czy figurach świętych to słaba akcja; jeśli chce się walczyć z bigoterią i zakłamaniem, ostatnim orężem po jaki należy sięgać, jest uderzanie w symbolikę, która u nas stawiana jest na równi z prawami wiary.

Polak wierzy w figurę Jana Pawła. Wierzy w wielkość swojego Papieża Polaka. W wadowickie kremówki. W non possumus kard. Wyszyńskiego. W szlachetność intencji i czystość przekazu Ojca Dyrektora. Wierzy w ludzi i ich betonowe desygnaty, jak w bóstwa o nadludzkiej sile. A Kościół, ustami swych przedstawicieli, wcale ich z tej wiary nie odziera, bo to sprawa beznadziejna do obrony. A przy okazji ryzykowna, bo narobi się ludziom na starość wody z mózgów, a ci gotowi jeszcze nie dawać później na tacę i po kolędzie. Co to komu szkodzi, że widzą w pomnikach papieża i kardynała doskonałych herosów z trochę innej mitologii; niech tam sobie wierzą; każdy dobrze wie, że z wiarą jest łatwiej iść przez życie, bo wiele rzeczy staje się prostszych a przy okazji zawsze jest nadzieja. Nawet za cenę wyrzeczeń i kąkoli, które życie wtyka maluczkim między palce. Ale na to też jest usprawiedliwienie; wiara musi być gorąca i wymaga poświęceń; cierpienie uszlachetnia a Pan cierpiał za Twoje, Polaku grzechy, na krzyżu. Czy czegoś więcej potrzeba? Sam wołam o wiarę każdego dnia. Ale nie słyszę głosu, nawet pogłosu. Nic nie słyszę. Bo czy coś usłyszeć można?
Przychodzi jednak w życiu człowieka taki czas, że zaczyna dostrzegać rysy na pomnikach i nieścisłości w pismach; nie bardzo zaczynają mu sztymować prawdy objawione prorokom skrosowane z normalnym życiem; ludzkie zbrodnie i niedoskonałość, tłumaczone wolną wolą, a do tego boska bierność. Na złość bogom, wkrada się w to wszystko hipokryzja samego Kościoła. I to hipokryzja wielkości piotrowej bazyliki w Rzymie. Toleruje się grzech i występek w swoich szeregach, a tępi się podobne zachowania u innych. Konfuzja i kolaps myślowy nie dają zasnąć. Trzeba coś wybrać. No i człek wybiera.

Dawno temu wybrał Richard Dawkins, autor „Boga urojonego”, który obnaża wszelką religijną niespójność, a z którym to mało kto potrafi zwyciężyć w logicznym i filozoficznym sporze. I to jest, Szanowni Państwo, metoda na dzisiejsze czasy. Chcesz przekonać do siebie i swoich racji-idź między studentów i uczniów i głoś dobrą nowinę zmiany. Wtykając tęczową flagę w ręce Chrystusa spod kościoła na Krakowskim Przedmieściu, szkodzi się sprawie w dwójnasób. Właściwy adres, pod którym tęczowa flaga winna zawisnąć znajduje się naprzeciwko. Na frontonie Uniwersytetu. Tam jest odpowiednie miejsce, żeby zacząć działać i wyciągać ludzi z kruchty na katedry i wydziały. Iść między wrony, do salek katechetycznych. Przekonywać argumentem, dyskusją, a dopiero później-symbolem. Nie na odwrót. Jaka jest siła własnej idei, kiedy na starcie opiera się ona na symbolach i widocznych znakach przynależności do grupy, tej czy owej, a nie na mocnym przekazie ideowym, podpartym logiką i rozumem. To tak jak z wiarą, która winna wynikać ze zrozumienia i prawdy, a nie z bałwochwalstwa. Czym zatem różni się postawa dewocyjna Polaka-katolika, który modli się do rzeźb, od walczącej progresji myślowej, która profanuje, bądź co bądź, święte dla Katolików miejsca i symbole. To naprawdę nie taka wielka sztuka zrzucić z cokołu nawet największy pomnik, albo doprawić mu wąsy i cyngwajs za pomocą farby w spreju. Idzie o to, żeby wraz z pomnikiem runęła idea, fałsz i obłuda. A żeby to uczynić, trzeba najpierw zawalczyć właśnie z ideą, a nie z marmurem. Ten, nawet najcięższy, w końcu ulegnie i puści. Ale to pozorne zwycięstwo.

Chcecie walczyć z kościelną władzą, walczcie z biskupami i ich rozpasaniem; ujawniajcie skandale, podwójną moralność, żeby naród sam zobaczył, jak co dzień jest wiedziony przez pasterzy na manowce. A sami pasterze, ci młodsi i jeszcze niezdegenerowani, mieliby szansę porzucić swój stan, albo zacząć naprawiać go od środka, o ile się da. Biorąc się na początek za bary np. z celibatem. A później…to się zobaczy. Na razie dość żniw przed tym pokoleniem, ale siewców, zwłaszcza tych świadomych, ciągle mało.