Zły „dotyk Boga”

Kościół katolicki w Wielkiej Brytanii skrywa tysiące przypadków gwałtów, nadużyć seksualnych, przemocy i okrucieństwa. Studiowanie tych historii przyprawia o dreszcze a niektóre z nich mogłyby posłużyć jako materiał na mocny thriller. Niedawno opublikowano raport komisji śledczej o nazwie Niezależne Dochodzenie w sprawie Nadużyć Seksualnych na Dzieciach (w skrócie IICSA od: Independent Inquiry into Child Sexual Abuse). Raport nie zostawia suchej nitki na szefach brytyjskiego Kościoła katolickiego. Zamiast troszczyć się o ofiary i próbować wyjaśniać przestępcze incydenty w swoim środowisku, Kościół wybrał dbanie o własną reputację i ukrywanie niewygodnych faktów. W raporcie wymienia się pełne imiona i nazwiska sprawców i są one łatwo dostępne w internecie.

Przez kilkadziesiąt lat, głównymi ośrodkami aktywności pedofilskiej w strukturach Kościoła rzymskokatolickiego w Wielkiej Brytanii były niektóre szkoły i klasztory prowadzone przez benedyktynów. Do najbardziej niesławnych zaliczyć należy szkoły Ampleforth w Północnym Yorkshire, Downside w Somerset oraz szkołę St Benedict’s w Ealing, w zachodnim Londynie.
Do aktów molestowania i nadużyć dochodziło w tych szkołach ze strony nauczycieli, zakonników i księży. W większości tych przypadków skargi składane przez uczniów, ich rodziców i absolwentów były zamiatane pod dywan a sprawcy chronieni. W klasztorze Ampleforth osoby odpowiedzialne za molestowanie nawet nie próbowały ukrywać swojego zainteresowania seksualnego dziećmi. W raporcie czytamy, że w klasztorze panowała kultura akceptacji dla takich zachowań jak „pieszczenie dzieci” polegające czasem na „wzajemnej i grupowej masturbacji”. Zarówno w tym jak i innych klasztorach, sprawcy w najgorszym wypadku zostawali przenoszeni do innych parafii i szkół. Władze zakonne nigdy nie zawiadamiały policji i służb zajmujących się opieką nad dziećmi.
W szkole zakonnej Ampleforth głośna była sprawa ojca Piersa Grant-Ferrisa, mnicha-pedofila i nauczyciela geografii. Pierwsze skargi na Grant-Ferrisa składane były już w 1975 roku. Rodzice uczniów skarżyli się wtedy, że ksiądz dotykał je w miejsca intymne. Jedno z dzieci skarżyło się, że ojciec Piers podczas wymierzania klapsów (które było przyjętą i legalną formą wychowawczą w klasztorze), ściągał mu majtki a sam się przy tym onanizował. Władze zakonu nie tylko nie zgłosiły sprawy poza szkołę, na przykład na policję, ale przeniosły go na inną parafię, gdzie nadal miał kontakt z dziećmi. Od czasu pierwszych skarg przenoszono go na co najmniej sześć różnych parafii, w których miał kontakt z dziećmi. Gdy w 1995 roku jedna z ofiar zgłosiła skargę na wcześniejsze zachowania Grant-Ferrisa do diecezji Middlesbrough, usłyszała, że jest pierwszą osobą, która kiedykolwiek zgłaszała takie rzeczy w sprawie księdza. Nie powiedziano jej, że skargi na księdza składano już od dwudziestu lat. W tym samym 1995 roku, inny ksiądz, Bernard Green, zakonnik z Ampleforth i nauczyciel w tamtejszej szkole średniej, został aresztowany i skazany na dwa lata więzienia w zawieszeniu za napaść seksualną na śpiącego chłopca w jednym ze szkolnych dormitoriów. Inny zakonnik, ojciec Gregory Carroll w 2005 roku trafił za kraty za nadużycia seksualne na chłopcach w latach 70 – tych i 80 – tych, po czym udowodniono mu kolejne przestępstwa tego typu w innych parafiach i skazano go na dwadziescia lat więzienia. W 2006 roku ojciec Piers Grant-Ferris trafił do więzienia. Udowodniono mu molestowanie seksualne piętnastu chłopców, najczęściej będących w wieku ośmiu lub dziewięciu lat.
Pracownicy socjalni, którzy próbowali pomóc klasztorowi w stworzeniu sprawnego mechanizmu ochrony dzieci, wspominają, że Ampleforth był najtrudniejszą placówką, z jaką mieli do czynienia. Księża i szefostwo zakonu nie chcieli żadnej współpracy, nie życzyli sobie jakiejkolwiek ingerencji ani kontroli, nie udostępniali żadnych informacji i sprawiali wrażenie bycia tajnym stowarzyszeniem. Większość faktów na temat pedofilskiej aktywności w Ampleforth wyszła na jaw dopiero w toku policyjnego śledztwa w 2005 roku. Aż do tego czasu władze zakonne i zarządzająca zakonem diecezja nie chciały współpracować z zewnętrznymi instytucjami i całą sprawę pedofilskiej patologii ukrywano.
Wspomnieć tu należy, że w Wielkiej Brytanii szkoły katolickie mają opinię lepszych od innych szkół, poziom nauczania jest wysoki a czesne to spory wydatek. Dla przykładu, koszt wysłania dziecka do szkoły w Ampleforth to dla rodziców wydatek od 16 do 26 tysięcy funtów za rok za pierwsze klasy szkoły średniej lub 26 do 36 tysięcy funtów rocznie za wyższe klasy szkoły średniej. Wyższa cena jest za opcję z internatem a niższa, za naukę dzienną, gdzie trzeba dowozić pupila do szkoły i odbierać po lekcjach. Druga opcja pojawiła się w Ampleforth dopiero w ostatnich latach, wcześniej dostępna była tylko opcja z internatem.
Kolejną niesławną placówką katolicką znaną z pedofilskich wybryków księży jest St Beneticts’s Abbey (Klasztor Św. Benetykta) w Ealing, w zachodnim Londynie. Do klasztoru przynależą dwie szkoły. W 2009 roku były dyrektor szkoły podstawowej przy tym zakonie, ojciec David Pearce został skazany za jedenaście gwałtów i napaści seksualnych na dzieci. Ofiary wspominały, że Pearce był zdolny do wprowadzenia atmosfery kontroli, strachu i „kultury seksualnego sadyzmu”. Jeden z uczniów w 2004 roku poskarżył się na działania Pierce’a ale wtedy nie udało się policji zgromadzić wystarczających dowodów. Gdy ofiara zaczęła nagłaśniać sprawę, władze zakonu zdecydowały o odsunieciu Pearce’a od prowadzenia zajęć z dziećmi, po to, by „chronić ojca Davida przed nieuzasadnionymi oskarżeniami”. Jednak nawet w czasie, gdy zakon zabronił mu zbliżania się do dzieci, Pearce nadal dokonywał swoich aktów, zupełnie nie zważając na zakaz i nie ponosząc żadnych konsekwencji ze strony Kościoła. „Nie mógł się powstrzymać” – wspominał w czasie procesu jeden z pokrzywdzonych chłopców. Ksiądz zmuszał dzieci do „dochowania sekretu”. Mówił ofiarom, by „były szczere z nim ale trzymały to w tajemnicy przed rodzicami”. Pearce miał wśród dzieci swoich „ulubieńców”, których zapraszał na „specjalne lekcje”.
W 2016 roku wicedyrektor tej szkoły, Peter Allott, został skazany za posiadanie zdjęć z nagimi dziećmi i przy okazji wyszło na jaw, że w molestowanie dzieci na terenie klasztoru i w przyklasztornych szkółach zaangazowanych było kilka kolejnych osób. W 2019 roku Andrew Soper, dyrektor klasztornej szkoły średniej i były opat zakonu w Ealing, został skazany na osiemnaście lat więzienia za dziewiętnaście gwałtów i inne przestępstwa seksualne na dzieciach. Zanim trafił przed sąd, uciekł w 2011 roku do Kosowa, gdzie ukrywał się przez pięć lat.
O pedofilskich incydentach wiedzieli inni nauczyciele i pracownicy szkół ale milczeli w obawie przed utratą pracy. Obydwie szkoły unikały udostępniania informacji organom ścigania i były niechętne współpracy z władzami badającymi te nadużycia. W raporcie wprost napisano, że: „na pierwszym miejscu stawiano mnichów i ich własną reputację zamiast ochrony dzieci (…) w celu uniknięcia skandalu”. W klasztorze panowała w tej sprawie niepisana zasada „nic im nie mówimy”. W sytuacjach, gdy te sprawy wychodziły na jaw, władze zakonne przenosiły sprawców w inne miejsca. W obydwu szkołach zniszczono wszelką wewnętrzną dokumentację i notatki dotyczące przestępstw pedofilskich.
Inną placówką benedyktyńską, która znana była z pedofilskich wybryków księży, był klasztor Downside Abbey w Devon i wchodząca w jego skład szkoła, gdzie o molestowaniu dzieci słychać było już od lat 60-tych. Jednym z czarnych bohaterów historii tego zakonu jest ojciec Nicholas White. Jeden z byłych uczniów zeznał przed komisją IICSA, że gdy miał jedenaście lat, White wielokrotnie go molestował: dotykał jego członka i masturbował go. Gdy chłopiec w końcu poskarżył się babci i ojcu, sprawę zgłoszono do dyrekcji szkoły. White przestał uczyć w jego klasie. Ale już w kolejnym semestrze, gdy chłopak przeszedł do wyższej klasy, okazało się, że jego wychowawcą jest ten sam ojciec Nicholas White i podlega mu teraz osiemdziesięciu innych chłopców. W tym wypadku klasztor nie uciekł się nawet do tradycyjnego kościelnego rozwiązania jakim jest przeniesienie pedofila w sutannie „do innej parafii”. Nicholasa White’a przeniesiono do innej klasy, w tej samej szkole! Chłopiec ponownie był molestowany i wiedział o innym chłopcu, który padł ofiarą White’a.
Na tym nie koniec. Ojciec White uczył w szkole przez kolejne kilka lat, dokonując kolejnych aktów pedofilskich o których wiedziała dyrekcja szkoły. W 1990 roku odszedł tymczasowo ze szkoły ale już w 1999 roku powrócił do Downside i nadal tam pracował aż do 2010 roku. Dopiero dzięki policyjnemu śledztwu udało się dotrzeć do dokumentów klasztornych, w tym pierwotnych skarg na White’a. Ojciec Nicholas został skazany na pięć lat więzienia a przed sądem przyznał się do molestowania siedmiu chłopców. W 2012 roku, dyrektor klasztornej szkoły w Dowside spalił ogromną ilość akt i dokumentów z wcześniejszych lat. Według komisji IICSA, mogły one zawierać informacje o innych przestępstwach dokonywanych na terenie szkoły, których nie uda się już poznać.
W innych szkołach i klasztorach katolickich bywało nie lepiej. W szkole St Ambrose College w miejscowości Altrincham dochodziło do molestowania seksualnego ze strony personelu na terenie szkoły jak i w czasie zajęć poza szkołą. W ostatnich latach na policję zgłosiło się kilkadziesiąt osób, które w dzieciństwie padły ofiarą przemocy ze strony personelu tej szkoły. Alan Morris, katolicki diakon, były nauczyciel i zastępca dyrektora szkoły St Ambrose, został skazany w 2014 roku na 9 lat więzienia. Udowodniono mu dziewiętnaście przypadków napaści seksualnych na dzieci. Od czasu procesu, na jaw wyszło kolejnych 47 przypadków molestowania.
W katolickiej szkole Douai przy Klasztorze Douai (Douai Abbey) pracował ksiądz David Smith. Molestował seksualnie chłopców w tej szkole a następnie zmienił wyznanie na anglikańskie i jako ksiądz anglikański molestował dzieci w placówkach anglikańskich. Do więzienia trafił w 2007 roku. W tej samej szkole, katolicki ksiądz Michael Creagh odpowiedzialny był za molestowanie dzieci a do szkoły trafił przeniesiony z innych parafii z których wydalono go za czyny pedofilskie. Do Douai trafił też Dawid Lowe, który najpierw molestował dzieci przy katedralnym chórze dziecięcym w Westminsterze a następnie we wspomnianej wcześniej szkole katolickiej Ampleforth. W 2015 roku Lowe został skazany na dziesięć lat więzienia.
W szkole Douai pracował też ojciec Terence Charles Fitzpatrick. Podczas swojej wcześniejszej posługi w parafii St Osburg’s w Coventry, został przyłapany na molestowaniu kobiety z problemami psychologicznymi. Kobieta zwróciła się do księdza o poradę a ten zorganizował jej serię „zabaw w imieniu Boga” polegających na molestowaniu seksualnym. Ksiądz przekonał swoją ofiarę, że jest to część terapii której ona potrzebuje. Gdy sprawa wyszła na jaw, Fitzpatricka „przeniesiono do innej parafii”, czyli do szkoły klasztornej przy Douai Abbey. Potem służył jeszcze w czterech innych parafiach katolickich w Berkshire.
W szkole St Peter Claver College w Yorkshire, ksiądz urządzał uczniom „inspekcję genitaliów” podczas której dotykał ich członków, nacierał wazeliną i masturbował. Jedna z ofiar, dziś dorosły mężczyzna, wspomina, że jako dziecko doświadczał „inspekcji genitaliów” przez okres ponad dwóch lat. W Belmont Abbey w Herefordshire ksiądz John Kinsey dopuszczał się napaści seksualnych na chłopców za co został skazany na pięć lat więzienia. Także w zamkniętej w 1994 roku szkole Buckfast Abbey dochodziło do przestępstw pedofilskich, w związku z czym jeden z księży trafił do więzienia. Przykładów jest niestety dużo więcej.
Raport IICSA opisuje dramat 17-letniej dziewczyny na wózku inwalidzkim, która została zgwałcona przez księdza. Ofiara była już molestowana w dzieciństwie, a zwrot ku Kościołowi miał pomóc w trudzie pozbycia się traumy. Kościół niestety zawiódł. W raporcie można też przeczytać historię o zakonniku prowadzącym poradnię dla młodzieży. W czasie jednej z prywatnych „sesji” kazał rozebrać się do naga dziewczynce, żeby ją molestować. Mowa też o księdzu, który wykorzystywał dziecko „setki razy” i zmuszał je po każdym razie do spowiedzi, doprowadzając do jeszcze głębszej traumy i depresji.
Wyjątkowo wstrząsająca jest historia kobiety, która wspomina jak w wieku 13 lat była molestowana przez księży salezjanów. Jeden z księży przekonał rodziców, że dziewczynka potrzebuje „prywatnych zajęć”. Podczas tych zajęć ksiądz zmuszał dziewczynkę do rozbierania się do naga, dotykał jej miejsc intymnych, w tym – jak opisuje raport IICSA – penetrował jej pochwę palcami. Do tego typu molestowania dochodziło regularnie, przez lata. Na skutek traumy dziewczynka próbowała popełnić samobójstwo – najpierw chciała skoczyć z mostu a innym razem próbowała przedawkować lekarstwa.
Raport opowiada też historię trzynastoletniego chłopca, który poznał księdza Jamesa Robinsona z archidiecezji Birmingham. Ksiądz zabierał chłopca na wycieczki samochodem i zapraszał do domu swojej matki. W trakcie tych spotkań molestował go na wiele sposobów. Rodzice chłopca traktowali księdza z takim szacunkiem i obdarzali tak wielkim zaufaniem, że pozwalali mu spędzać noce w swoim domu i spać w jednym łóżku ze swoim małoletnim synem. Raport IICSA opisuje szokujące doświadczenia dziecka w trakcie tych nocy: ksiądz zmuszał chłopca do seksu oralnego i gwałcił go analnie. Dorosły dziś mężczyzna, wspominając ten czas mówił, że po tych doświadczeniach przez lata cierpiał na depresję i przez kilka lat musiał korzystać z terapii psychologicznej. Ten chłopiec nie był jedyną ofiarą księdza Robinsona. Przed sądem Robinson odpowiadał za molestowanie i gwałcenie czterech innych chłopców. Ksiądz został skazany na 21 lat więzienia.

Ta historia jest szokująca sama w sobie ale reakcja Kościoła przechodzi wszelkie wyobrażenie. Komisja IICSA ustaliła, że gdy rodzice ofiar Robinsona przychodzili ze skargami do różnych parafii, władze kościelne lekceważyły sprawę i zniechęcały rodziców do podejmowania dalszych akcji. W 1985 roku policji przekazano nagranie rozmowy Robinsona z jedną z ofiar, podczas której ksiądz przyznał się do swoich czynów. Policja jednak utraciła to nagranie w dziwnych okolicznościach. Wkrótce potem władze kościelne wysłały Robinsona do USA, do jednej z parafii w Los Angeles, gdzie rozpoczął nowe życie na koszt brytyjskiego kościoła katolickiego. Przez kilkanaście lat wypłacano mu regularną pensję. Kościół, który wiedział o przestępczych czynach swojego księdza nie tylko nie zawiadomił policji i nie pomógł wyjaśnić sprawy, ale pomógł przestępcy uciec za granicę i przez lata wspierał go finansowo. Dopiero w 2009 roku brytyjskie władze wystąpiły z wnioskiem o deportację.
Znane są też liczne przypadki kościelnej pedofilii, które nie znalazły się w raporcie IICSA ale opisane były już wcześniej przez media. W diecezji Birmingham pracował ksiądz Alexander Bede Walsh. Od lat 70-tych do 90-tych dopuszczał się czynów pedofilskich w parafiach w Warwickshire, Staffordshire i Coventry. W trakcie procesu, jedna z ofiar określiła ojca Walsha jako „zdeterminowanego, manipulatorskiego, drapieżnego pedofila”, który sądził, że nikt nie będzie przeciwko niemu zeznawał, bo jest księdzem. Molestowane dzieci poił alkoholem, mówiąc, że picie alkoholu zaprowadzi je do nieba. Ksiądz Walsh manipulował swoje ofiary tłumacząc swoje perwersyjne działania religią. Dotykając chłopców w miejsca intymne, tłumaczył, że to „dotyk Boga”. Jeden z molestowanych chłopców faktycznie uwierzył, że ręka księdza była ręką Boga, która go dotyka. Za swój zły dotyk i kilkadziesiąt przypadków napaści seksualnych na dzieci w wieku od ośmiu do szesnastu lat, Walsh został skazany na 22 lata więzienia.
W miejscowości Coleshill w archidiecezji Birmingham działał makabryczny, katolicki sierociniec o nazwie Dom Ojca Hudsona. Ośrodek należał do sieci sierocińców imienia Ojca Hudsona i istnieje do dzisiaj ale teraz działa jako dom starców i cieszy się dobrą opinią rezydentów. Historia tego sierocińca mogłaby posłużyć za tło scenariusza horroru ale niestety, wydarzenia te są prawdziwe. Na przestrzeni lat dochodziło tam do bicia, gwałtów i molestowania seksualnego ze strony księży, zakonnic i personelu. Jeden z pensjonariuszy tego katolickiego ośrodka wspominał po latach: „Każde dziecko żyło w strachu. Nikt nie interesował się sierotami w tamtym czasie i nie było nikogo do kogo można by się było zgłosić. Nie mogliśmy powiedzieć nikomu, że zakonnica nas biła albo, że ksiądz nas zgwałcił”. Jak ustaliła komisja IICSA, miejsce to z jakiegoś powodu odwiedzał też wspomniany wyżej ksiądz James Robinson. Być może bezradność dzieci w tym ośrodku była na tyle „pociągająca” w środowisku kościelnych pedofilów, że przyciągał on pojedynczych księży zainteresowanych wykorzystaniem tej sytuacji.
Jeden z chłopców, dzisiaj człowiek w sile wieku, wspomina zorganizowany przez sierociniec wyjazd pod namioty do Walii: „Zakonnice nocowały w pobliskim kościele, podczas gdy chłopcy i młodzi księża nocowali w namiotach. Jeden z księży kazał mi wejść do namiotu i mnie zaatakował. Ściągnął mi spodnie i mnie zgwałcił. Miałem dwanaście lat”. Ksiądz kazał mu milczeć na ten temat, choć i tak nie było nikogo, komu można było o tym powiedzieć. Zakonnice wiedziały o gwałtach na dzieciach ale nie reagowały. Za to same odpowiedzialne były za atmosferę strachu, terroru i przemocy w sierocińcu. Powszechne było bicie bez powodu, często brutalne, powodujące krwotoki. Większość osób odpowiedzialnych za tę przemoc nigdy nie odpowiedziała za swoje czyny. Przed sądem stanął tylko jeden pedofil, ksiądz Eric Taylor, odpowiedzialny za gwałty na dzieciach w Domu Ojca Hudsona. Jak wspominały ofiary w czasie rozprawy sądowej, o gwałtach dokonywanych przez księdza Taylora wiedzieli wszyscy w ośrodku. Osoby, które się odważyły poskarżyć na księdza, były bite przez zakonnice. Taylor zmarł w więzieniu.
Głośno swego czasu było o „Sprawie Hilla” (The Hill case) w którą zamieszany był sam kardynał Cormac Murphy-O’Connor. W 1985 roku, gdy sprawował funkcję Biskupa Arundel i Brighton, został poinformowany o zarzutach wobec jednego z księży, ojca Michaela Hilla. Księdza oskarżano o czyny pedofilskie. Zamiast skierować sprawę na policję, Murphy-O’Connor przeniósł Hilla do parafii przy londyńskim lotnisku Gatwick. Nie powiadomiono ani policji ani innych instytucji państwowych, zamiast tego przeniesiono go do innej parafii. Dopiero po dwunastu latach Hillowi udowodniono przed sądem molestowanie dziewięciorga dzieci i w 1997 roku został skazany na pięć lat więzienia a w 2002 roku znaleziono dowody na dalsze przestępstwa pedofilskie i skazano go na kolejne pięć lat.
W 2001 roku papież Jan Paweł II uczynił Murphy-O’Connora kardynałem. Choć Murphy-O’Connor był bezpośrednio zaangażowany w ukrywanie przestępstwa, policja uznała, że nie ma wystarczających dowodów na jego winę i nigdy nie postawiono go przed sądem. Rok po śmierci O’Connora on sam został oskarżony o gwałt na dziewczynce. Policja nie zajęła się sprawą, bo sprawca już nie żył a sam Kościół nie znalazł dowodów na potwierdzenie tego oskarżenia.
Murphy-O’Connor w trakcie swojej kariery był oczywiście przeciwnikiem związków homoseksualnych i przeciwnikiem antykoncepcji jako „niezgodnych z naukami Kościoła”. Chętnie zabierał w tych sprawach głos. Napisał do premiera Tony Blaira list, protestując przeciwko ustawodastwu ułatwiającemu parom homoseksualnym wspólne życie. Odwołał też zarząd jednego z katolickich szpitali współfinansowanych przez NHS (publiczną służbę zdrowia), za przepisywanie tabletki „dzień po” i skierowania na zabiegi aborcyjne.
Informacje o tych i innych przestępstwach kleru były opisywane przez media i przy odrobinie chęci można je znaleźć w internecie. Nieznana jest oczywiście całkowita liczba przypadków nadużyć seksualnych w brytyjskim Kościele Katolickim ani nieznana jest prawdziwa skala zjawiska. Samej komisji IICSA udało się zgromadzić informacje na temat 931 złożonych skarg dotyczących ponad 3000 przypadków wykorzystywania seksualnego dzieci w rzymskokatolickich parafiach, szkołach i organizacjach religijnych. Komisja każdego roku otrzymuje ponad sto zgłoszeń takich przypadków, więc wiedza na ten temat się poszerza. Problemem jest jednak brak zachowanej dokumentacji w archiwach kościelnych, niechęć do współpracy ze strony Kościoła albo po prostu niski odsetek zgłaszanych przestępstw. Doświadczenie pokazuje, że w sytuacji gdy ofiary zgłaszały się ze skargą do diecezji zamiast do organów ścigania, napotykały ścianę niechęci, wrogości i złej woli.
Sam kardynał Vincent Nichols krytykowany jest w raporcie za udział w takim działaniu. Na przykład w niedawnym przypadku kobiety zgwałconej i nękanej seksualnie przez księdza. Kobieta spędziła kilka lat próbując wywalczyć od diecezji Westminster przyznanie jej racji i przeprosiny. Gdy w trakcie swojego śledztwa komisja IICSA zażądała od diecezji dostępu do wewnętrznej korespondencji w tej sprawie, okazało się, że pracownicy zupełnie ignorowali skargę, w wewnętrznych emailach określali ofiarę mianem „manipulantki” i sugerowali, że chodzi o wyciągnięcie odszkodowania. Stojący na czele instytucji kardynał Nichols nie tylko nie potępił takiej postawy personelu, ale odmówił spotkania się z ofiarą. Zdanie zmienił dopiero, gdy jej sprawa została nagłośniona przez media. Kobieta mówiła wtedy, że przez ponad dwa i pół roku próbowała przekazać swoje skargi Kościołowi ale spotykała się z niechęcią a Kościół był zainteresowany wyłącznie bronieniem sprawcy i chronieniem swoich szeregów. W innym przypadku, w którym o gwałt oskarżono poprzednika Nicholsa, arcybiskupa Westminsteru kardynała Cormaca Murphy-O’Connora, informacje na temat ofiary wyciekły do mediów w USA. Ale kardynał Nichols, zamiast skupić się na tym, że fakt opublikowania tych materiałów dotykał bezpośrednio ofiarę, skupiał się na chronieniu wizerunku papieża, którego w tych materiałach także krytykowano. Kardynał próbował powstrzymać publikację materiałów, ale nie ze względu na dobro ofiary, lecz ze względu na źle pojmowane „dobre imię” Koscioła, papieża i Murphy-O’Connora. Odmówił też przeproszenia ofiary.
Raport IICSA opisuje jaki wpływ molestowanie ze strony kleru miało na dzieci w dalszym życiu. Większość cierpi na depresję, część walczy z uzależnieniami, niektóre osoby doprowadzały się do samookaleczeń lub mają myśli samobójcze. U ofiar w dalszym życiu dochodziło do załamań nerwowych i niektóre z tych przypadków musiały być leczone szpitalnie. U wielu z tych osób życie osobiste się nie powiodło, małżeństwa się rozpadały na skutek traumatycznych wspomnień.
Raport IICSA wprost stwierdza, że cała instytucja Kościoła Katolickiego „zdradziła swoje moralne przeznaczenie” poprzez chronienie na przestrzeni dekad setek księży-gwałcicieli. „Reakcja na przypadki ujawnienia nadużyć seksualnych charakteryzowała się zaniechaniem wsparcia dla ofiar i osób dotkniętych procederem i silnie z tym kontrastującym aktywnym zaangażowaniem na rzecz chronienia domniemanych sprawców i reputacji Kościoła” – czytamy w raporcie. Czytamy tam także o ogromnej niechęci do jakiejkolwiek zewnętrznej kontroli i kulturze „zamiatania pod dywan”.
Ta lekcja jest ważna także dla Polski, gdzie przestępstwa seksualne księży wychodzą na jaw głównie dzięki pracy niezależnych dziennikarzy śledczych a Kościół jest niechętny wszelkiej współpracy. Oczywiście Kościół sam powinien być zainteresowany oczyszczeniem atmosfery wokół siebie, choćby w imię odzyskania reputacji, ale nie można tu polegać na dobrej woli. Organizacje praw człowieka, w tym organizacje praw dziecka powinny wymusić na politykach stworzenie sprawnej struktury niezależnych komisji śledczych o dużych kompetencjach, które będą w stanie skutecznie dochodzić prawdy, w tym żądać od władz kościelnych wszystkich potrzebnych dokumentów i informacji.

Lewica idzie w lewo!

I bardzo dobrze!

Zarówno odejścia konserwatywnych polityków z minionej ery, jak i wsparcie dla kandydatury Piotra Ikonowicza na RPO świadczą dobitnie, że Lewica odzyskuje swoją lewicową tożsamość. Kończy się czas dominacji liberalizmu i oportunistycznego centryzmu. Kończą się czasy, kiedy lewicę określały same zachwyty nad byciem w UE.

Nowa Lewica wraca na czerwone tory. I wiedziałem o tym już wtedy, kiedy podjąłem decyzję o tym, aby wesprzeć Lewicę w wyborach do parlamentu. Ta zmiana była już w ludziach i działaczach. To przede wszystkim wielka zmiana generacyjna. I nie jest więc przypadkiem, że antykapitalizm, socjalizm, czy otwarta krytyka praktyk kościoła katolickiego oraz patriarchatu wkraczają dziś do mainstreamu i stają się politycznym głosem Lewicy. Jeszcze 10 lat temu postulaty dot. zabrania publicznych pieniędzy kościołowi, czy socjalistycznya krytyka patologii kapitalizmu wydawały się być absolutnie poza zasięgiem „normalnych” i działających w warunkach sejmowych partii. Teraz są to już rzeczywiste postulaty. I jest w tym mnóstwo zasługi ideowców, którzy przez te lata, kiedy lewica była zliberalizowana, kontynuowali swoją walkę. Ludzie tacy, jak Piotr Ikonowicz pomogli Lewicy zachować jej tożsamość nawet wtedy, kiedy ona sama są ją straciła. Ta walka przyniosła rezultaty, praca wychowawcza się opłaciła! Rodzi się siła, która pojawia się wtedy, kiedy ideowi i głęboko czerwoni ludzie Lewicy stają się jej częścią.

Beznadzieja, a nie kaznodzieja

Po kościelnej przemowie Jarosława Kaczyńskiego w starachowickim kościele można by się zastanowić czy znowu coś walnął ni z gruchy ni z pietruchy czy też jego wystąpienie było jego wnikliwych przemyśleń.

Szewc Fabisiak skłania się ku tej drugiej wersji jako że sejmowe wystąpienia dotyczące zdradzieckich mord czy tego kto będzie siedzieć, kiedy Polska będzie już państwem praworządnym były wyrazem emocjonalnego wzburzenia wywołanego potrzebą chwili. Tym razem pan Jarosław miał dużo czasu aby obmyślić sobie w jaki sposób zaistnieć medialnie. Ponieważ Pan Prezes znany jest z tego, że zawsze musi sobie znaleźć wroga w stosunku do którego może skierować swoją agresję, to tym razem zaatakował krytyków Kościoła. „Zło atakuje nasz kraj, naszą ojczyznę, nasz naród” a także Kościół katolicki – perorował w swoim stylu prezes partii trzymającej władzę. Jak widać, w jego ocenie atakującym złem nie jest bynajmniej wirusowa pandemia, lecz krytyka Kościoła. Zatem powinien on podlegać szczególnej ochronie. Jak z tego wynika dla Kaczyńskiego dobre samopoczucie Kościoła jest ważniejsze od zdrowia ludzi atakowanych przez koronawirusa – wnioskuje szewc Fabisiak. Mimo tego, że wirus codziennie kogoś uśmierca a księży jakoś nikt nie ma zamiaru zabijać. Poza tym jak tu wytrząsać się nad anonimowym wirusem, którego nikt ani nie widział ani nie słyszał a który w dodatku nie należy do totalnej opozycji.

Całe to starachowickie wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego utrzymane było w tonie katolickiego totalitaryzmu. Jak się wyraził, Kościół katolicki „ jest w centrum naszej tożsamości”. Wynikałoby zatem, że szewc Fabisiak jako osoba niewierząca tkwi co prawda w tej tożsamości ale już nie w jej centrum. Jednakże utożsamianie Kościoła z państwem i narodem automatycznie eliminuje ze wspólnoty bądź spycha na jej margines wszystkich innowierców, agnostyków i ateistów, którzy tym samym stają się wrogami narodu, wyrzutkami społecznymi tylko dlatego, że nie uczestniczą w katolickich ceremoniałach.

Dla każdego posiadającego choćby odrobinę umiejętności poznawczych jest oczywiste, że analizowanie jakiegoś zjawiska należy zacząć od znalezienia przyczyn, które powodują określone skutki. Szewc Fabisiak domniemywa, iż Pan Prezes takie umiejętności posiada, jednak je starannie ukrywa mówiąc tylko o skutkach pomijając przyczyny. Tymczasem powszechnie wiadomo, że krytyka katolickiego Kościoła nie wzięła się sama z siebie, lecz jest wynikiem jego niekonstytucyjnej dominacji w życiu publicznym, narzucania swoich dogmatów jak choćby kwestia aborcji, nachalnej indoktrynacji młodzieży szkolnej jak też coraz częściej ujawnianych przypadków pedofilii. Z tego powodu ta struktura religijna traci coraz więcej zwolenników nie tylko w Polsce. W tym momencie warto się zastanowić nad tym dlaczego tak wielu pedofilów jest akurat wśród funkcjonariuszy tego Kościoła. Szewc Fabisiak uważa, że główna przyczyna rozprzestrzeniania się księżowskiej pedofilii tkwi w poczuciu bezkarności. Przez lata się to udawało, jednak do czasu, gdy do publicznej wiadomości dotarły pierwsze sygnały o molestowaniu nieletnich. Przez lata ofiary księżej przemocy milczały przede wszystkim ze strachu przed jej ujawnieniem, z obawy, że ich relacje zostaną uznane za niewiarygodne wymysły wybujałej wyobraźni. Bowiem przez wiele lat Kościół jako instytucja wraz z jego specyficznie umundurowanymi funkcjonariuszami uznawany był przez osoby wierzące za niekwestionowany autorytet, niemal za przedłużenie ręki boskiej na ziemskim padole. Wystarczyła jednak afera z księdzem w Dominikanie aby cały świat dowiadywał się o coraz częstszych ukrywanych do tej pory pedofilskich praktykach.
Faktów tych nie chcą jednak dostrzec pełni bezkrytycznego bałwochwalstwa kościelni hierarchowie i ich poplecznicy. Należy do nich również prezes Kaczyński dając temu po raz kolejny wyraz przemawiając z kościelnej ambony. Posługiwał się przy tym charakterystyczną dla niego samego i jego politycznej formacji retoryką uznającą krytykę za atak. Zaś na atak odpowiada się nie za pomocą argumentów, zwłaszcza gdy ich brakuje, lecz kontratakiem. I na tym polega polityczna filozofia walki będąca w sprzeczności z filozofią dialogu. Szewc Fabisiak przypuszcza, że prezes PiS w obliczu postępującej rozsypki układu władzy musi poszukiwać silnego wsparcia ze strony wprawdzie słabnącej, lecz wciąż silnej i wpływowej struktury kościelnej. Jednakże swoim wystąpieniem ponownie uruchomił temat nieprawidłowości w samym Kościele jak też arogancji jego hierarchów, który zaczął jak gdyby nieco cichnąć w obliczu pandemii, szczepionek itd. Występując w kościele Jarosław Kaczyński chciał zaprezentować się w roli kaznodziei. A wyszła z tego beznadzieja – konkluduje szewc Fabisiak.

Czy Wesoła jest warta mszy?

Zakup przez miasto Kraków kwartału Wesoła od Uniwersytetu Jagiellońskiego nie przestaje budzić kontrowersji – i nic dziwnego, skoro miasto wykupiło kawałek samego siebie od instytucji finansowanej niemal w całości z funduszy publicznych.

Uniwersytet nigdy w swojej historii nie był tak hojnie doposażony jak na przełomie wieków. Zgodnie z danymi ze strony uniwersyteckiej, UJ na nowy kampus otrzymał prawie miliard złotych. Drugi miliard przyznano mu na budowę szpitala klinicznego. I bardzo dobrze, że mu przyznano. Pytanie jednak, czy w zamian nie powinien oddać czy może zwrócić miastu lub państwu nieruchomości na Wesołej. Uniwersytet wycenił swoje zabudowania poszpitalne dosyć tanio, na niecałe 300 milionów, i zgodził się przyjąć należność w ratach. Tylko czy instytucja finansowana z podatków powinna zarabiać na innej finansowanej z podatków instytucji?

Kiedyś, dosyć krótko, obowiązywał przepis, że podmiot publiczny przekazuje nieruchomości, które są mu zbędne, właściwej jednostce samorządu bądź bezpośrednio Skarbowi Państwa. Tak się składa, że w przypadku Krakowa byłby to ten sam podmiot, bo gmina miejska jest jednocześnie powiatem, a nadzór na majątkiem Skarbu Państwa, jeśli przepisy szczegółowe nie stanowią inaczej, sprawuje starosta, czyli również Prezydent Miasta Krakowa. Tak się jednak nie stało. To mieszkańcy Krakowa ubogacili swój (?) uniwersytet. Jest to więc teraz Akademia Krakowska raczej niż Jagiellońska – tym bardziej, że pierwotną fundatorką była węgierska Andewagenka.

Kraków ma w ogóle skomplikowaną sytuację własnościową. Gdyby nie przyłączenie Nowej Huty, byłby miastem z najmniejszym procentem własności komunalnej. A nawet z Nową Hutą nie jest liderem tej klasyfikacji, zwłaszcza że i tam od dawna trwają wyprzedaże. W Krakowie jest zatem Krakowa dosyć skąpo. Wynika to między innymi stąd, że miasto wykarmiło bardzo wiele podmiotów. Największym pasożytem jest chyba Agencja Mienia Wojskowego, żyjąca ze sprzedaży terenów zbędnych wojsku. Nieruchomości w Krakowie to tłuste kąski dla deweloperów, a Agencja chętnie ich dostarcza. Dzięki temu Kraków został wzbogacony o piękne osiedle przycmentarne na dawnych terenach wojskowych przy ul. Rakowickiej. Aktualnie Agencja sprzedaje tereny wokół fortu przy ul. Rydla, równie odpowiednie dla urokliwych apartamentów, tym razem w pewnym oddaleniu od cmentarza.

O ile AMW zachowuje się wobec Krakowa jak pasożyt, o tyle Komisja Majątkowa dla Kościoła Katolickiego to – trzymając się analogii medycznej – złośliwy rak z wieloma przerzutami. Wyczyny komisji takie jak powiadamianie Urzędu Miasta Krakowa faksem, że działka mająca trafić na przetarg nie należy już do miasta, tylko do kościoła katolickiego, doprowadziły do jej likwidacji w 2011 roku. Zarówno raport sporządzony przez Kancelarię Premiera, jak i raport CBA wykazały szereg nieprawidłowości i spowodowały wszczęcie postępowań prokuratorskich. Część z nich umorzono… z powodu przedawnienia czynów. Komisja przecież działała przez długie lata. Oczywiście, co instytucje kościelne wzięły – obojętne, czy słusznie czy nie – tego nie oddały. Nikt też nie przeprosił. Bo niby za co? Za przysporzenie majątku kościołowi?

Jak napisała w 2012 roku „Gazeta Wyborcza”, z punktu widzenia prawa komisja nie była organem administracyjnym ani sądem, nie zarządzała mieniem ani nie miała go pomnażać, nie była też zobowiązana dbać o interes państwa. Miała dbać o majątek kościelny. Taki np. zakon cystersów dwukrotnie otrzymał odszkodowanie za to samo mienie, dzięki czemu wzbogacił się o 66 milionów (za wiki). I nawet nie podziękował.

I tak oto wracam do kościoła na wesoło – tj. oczywiście na Wesołej, a w zasadzie na Kopernika. Dopóki właścicielem terenu był Uniwersytet Jagielloński, nikomu nie przeszkadzało, że sporym kawałem tej nieruchomości de facto zarządza Kościół, choć podatek (co prawda niewielki) płaci Uniwersytet. Jak to mówią, kościół służył pacjentom. O ile pacjenci służyli do mszy. Teraz właścicielem kościoła stało się miasto. Nieoficjalnie chodziły słuchy, że diecezja chętnie by przyjęła kościół w darze lub za symboliczny grosz. To standardowa kwota, jaką instytucje kościelne są gotowe wysupłać na niezbędne im do czegoś mienie. Takiej ceny oczekują – oczywiście nie wtedy, gdy same oferują grunty na sprzedaż. A wszystko to ułatwia status prawny kościoła w Polsce. Zgodnie z konkordatem nie istnieje coś takiego jak jednolita organizacja kościelna. W Polsce mamy kościelne osoby prawne, parafie, diecezje, zakony, episkopat. Przynajmniej z punktu widzenia prawa cywilnego. Bo prawo kanoniczne prezentuje inną, bardzo scentralizowaną strukturę o wyraźnie zaznaczonej podległości.

Wracając do Wesołej: jak donosi „Gazeta Wyborcza”, nigdy nie doszło do przedstawienia propozycji przekazania kościoła arcybiskupowi Jędraszewskiemu, bo podczas rozmowy z prezydentem Majchrowskim arcybiskup oświadczył, że strona kościelna nie jest tym zainteresowania. Nie było więc sensu nawet przygotowywać dokumentów w tej sprawie.

I tak miasto zyskało wreszcie własny kościół. I jest wesoło.

PS. Jak słyszymy, miasto nie ma pomysłu na zagospodarowanie nieruchomości. Nieśmiało więc proponuję, by uczynić z tego kompleksu Świątynię Obywatelską i zamienić ją w Centrum Organizacji Pozarządowych. Co prawda, w skrawku pomieszczeń na Stadionie Miejskim im. Henryka Reymana wegetuje sobie takie mikrocentrum obywatelskie, ale stadion to raczej świątynia piłki nożnej, ostatnio z powodu pandemii pustawa, jak zresztą wszystkie inne świątynie. Jednak gdy pandemia w końcu ustąpi, kibice wrócą zapewne do swojej przestrzeni sakralnej, ale świątynia na Kopernika pozostanie pusta, chyba że faktycznie zapełnią ją świadomi swoich prawa obywatele. I takie właśnie mam marzenie.

O słuszności dezubekizacji

Wszystko się wyjaśniło. Po wielu latach ciężkiej pracy IPN-owskich prokuratorów oraz tytanicznego wysiłku prawicowych polityków i publicystów, którzy uparcie szukali jakichkolwiek autentycznych śladów zbrodni komunistycznej Służby Bezpieczeństwa, mamy efekty.

Wreszcie został znaleziony powód, dla którego zastosowano dezubekizację, ostateczne rozwiązanie problemu funkcjonariuszy i urzędników rodem z PRL. Teraz wszyscy zrozumieją, że prawo i sprawiedliwość absolutnie wymagały, aby ponad 50 tys. staruszek i staruszków sprowadzić na skraj biologicznego przetrwania. Co prawda nie odkryto żadnych rzeczywistych i użytecznych propagandowo przestępstw, jakich mieli się dopuszczać. Został ujawniony inny porażający fakt.

Oto kilku wtajemniczonych przykościelnych komentatorów ogłosiło, że jedyną instytucją, która odpowiada za powszechne występowanie przeróżnych dewiacji i nieprawości seksualnych wśród katolickiego kleru, jest PRL-owska Służba Bezpieczeństwa! Argumentacja, jaką przytoczono, wręcz powala swoją logiką. Newralgiczną postacią jest tu św. Jan Paweł II, który przez ponad ćwierć wieku samowładnie rządził Watykanem i całym światowym kościołem. Okazało się, że Papież Polak tolerował nagminny homoseksualizm i przeróżne zboczenia seksualne swych podwładnych, w tym nierzadką pedofilię, gdyż wcześniej mieszkał w PRL i był przekonany, że wszystkie takie zarzuty stawiane pokornym sługom kościoła są spreparowane przez bezpiekę.

Gdy słyszy się takie rewelacje, to można wręcz wpaść w podziw, jak potężną była to służba i jak daleko sięgały jej macki. Bo przecież nie tylko polskiego podwórka, czyli kardynała Gulbinowicza, arcybiskupa Paetza, arcybiskupa Wesołowskiego, kapelana Cybuli czy prałata Jankowskiego, by podać tylko kilka nazwisk z górnej półki. Jeszcze większe szkody komunistyczna służba poczyniła w Meksyku, gdzie aby zhańbić kościół powołała Legion Chrystusa i postawiła na jego czele Marciala Degollado, którego nieletnie ofiary gwałtów i pedofilskich praktyk liczy się w setkach. Podobnie poczynała sobie w Stanach Zjednoczonych i pomogła uzyskać kardynalskie kapelusze Theodorowi McCarrickowi w Waszyngtonie i Bernardowi Law w diecezji bostońskiej. A można jeszcze wspomnieć o kardynale Georgu Pelly z Australii, o całym episkopacie Chile, o Irlandii, Kenii, Brazylii, Kanadzie, Filipinach, Argentynie, Tanzanii, Kolumbii . Żaden zakątek świata nie był bezpieczny przed zbrodniczymi działaniami polskiej bezpieki. Co zresztą mówić o świecie! Frederic Martel, autor książki „Sodoma”, przytoczył w niej opinię duchownego przez wiele lat pracującego w Watykanie, iż nawet 80 proc. kleru zamieszkującego papieską stolicę to czynni homoseksualiści.
Przypadkiem z tego obszaru, na który warto zwrócić uwagę, jest historia abp Józefa Wesołowskiego. W 2013 r . ujawniono, iż jako nuncjusz na Haiti nagminnie wykorzystywał pozycję i bogactwo do zaspakajania cielesnych żądz z małoletnimi, ubogimi chłopcami. Szczegóły działalności hierarchy w najbiedniejszym z krajów świata były tak szokujące, że odwołano go do Watykanu i zdecydowano o postawieniu przed sądem. Jednak wierny sługa kościoła taktownie zmarł na serce przed rozprawą w 2015 r. i nie trzeba było więcej rozgrzebywać nieprzyjemnego tematu. Czemu zaś ta sytuacja jest szczególnie ciekawa, gdy okoliczności pedofilskich praktyk arcybiskupa były analogiczne, jak w wielu innych seksualnych aferach kościelnych? Otóż w sieci pojawiły się plotki, że arcybiskup nie zmarł, a jedynie zamknęła się za nim furta zakonu o szczególnie ścisłej klauzurze.

Oczywiście nikt rozsądny w takie fantazje nie uwierzy, ale z drugiej strony, znając perfidię komunistycznej bezpieki, niczego nie można wykluczyć
Wyłaniający się obraz kościoła katolickiego (a przytoczone powyżej informacje jedynie bardzo powierzchownie dotykają problemu) jest tak szokujący, że karne zabranie rent i emerytur 50 tysiącom PRL-owskich funkcjonariuszy i urzędników było absolutną koniecznością. Można nawet powiedzieć, że wobec dziesiątek tysięcy dzieci gwałconych, molestowanych, zbrukanych i zniszczonych psychicznie, taki wyrok jest wręcz łagodny. Ale gdyby okazało się, że pod sutannami skrywane są kolejne pedofilskie zbrodnie, to trzeba będzie dezubekizację zdecydowanie rozszerzyć i dociągnąć chociaż do 100 tysięcy – niech nikt nie myśli, że władza lekceważy i pobłaża takim wynaturzeniom.

Oczywiście surowe konsekwencje wyciągnięte zostaną także wobec księży, którzy ulegli diabelskim podszeptom – jak powiedział ojciec Rydzyk: Zgrzeszyli, ale kto nie ma pokus? Przed udzieleniem rozgrzeszenia z pewnością zostaną im zadane ciężkie pokuty – co najmniej trzy „zdrowaśki” do odmówienia, a może nawet kilka „ojczenaszów”.

Prawicowy szok pourazowy

Wędrując po odmętach Facebooka, trafiłem na zapowiedź organizowanej przez Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi oraz Stowarzyszenie „Polonia Christiana” konferencji o zagadkowym tytule „Co się stało z polską młodzieżą?”. Jako, że sam niewątpliwie się do niej zaliczam, postanowiłem, korzystając z chwili wolnego czasu, obejrzeć transmisję owego wydarzenia. Miałem w planie upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – doinformować się ,,co się ze mną stało?” oraz wczuć się w modną ostatnio, lansowaną w końcu przez samego lidera rankingu zaufania Szymona Hołownię, ideologię ,,dialogu radyklanego” i w ramach tego ,,wysłuchać drugiej strony”. Jak się później przekonałem, nie myli się biblijna zasada ,,kto ma, temu będzie dodane”, w bonusie bowiem do wymienionych dostałem jeszcze trzecią ,,pieczeń” – taką fazę i odlot, jakich nie miałem od dawna, i to bez konieczności wydawania ani grosza na środki odurzające.

Kanał ,,PCh24 TV” postanowił zacząć z grubej rury i już na sam początek wystawił mocnego zawodnika – małopolską kurator oświaty Barbarę Nowak. Zaczęła ona swoją wypowiedź od stwierdzenia, że może i młodzi ludzie masowo wzięli udział w strajkach, ale to tylko dlatego, że byli ,,nieświadomi ich prawdziwego przesłania i zostali zmanipulowani”. Aaaaaaa, no jak tak, to wszystko jasne. Już się bałem, że po tej genialnej w swojej prostocie i wyczerpującej temat diagnozie prowadzący zakończy konferencję, jednak dla pani kurator była to dopiero intelektualna rozgrzewka. Jako drugi powód aktywnego udziału młodzieży w demonstracjach podała przedłużający się czas fizycznej nieobecności w szkole, który sprawia, że ,,młodzi ludzie są przygnębieni i czekają na jakikolwiek sygnał, że ktoś jest nimi zainteresowany i mu na nich zależy”. Czyli jak widać, wśród młodzieży szukającej miłości już passé stało się wskakiwanie księżom do łóżek i zmuszanie do molestowania, na które tak skarżył się kiedyś arcybiskup Józef Michalik – teraz w modzie jest ,,chodzenie, krzyczenie i wulgarne zachowywanie się” (jak określiła to sama kurator).

W dalszej części pani Barbara wróciła jednak do wątku z ,,manipulowaniem” i racząc nas błyskotliwym związkiem przyczynowo–skutkowym, bezpardonowo obnażyła przed słuchaczami prawdę o otaczającej nas rzeczywistości. To przede wszystkim nauczyciele, przekonywała, są odpowiedzialni za tę manipulację i przekazywanie dzieciom w procesie wychowania ,,złych wartości”. A dlaczego oni? Kształcą ich bowiem w naszym kraju ,,skrajnie lewackie uczelnie”. ,,I sami tak ukształtowani przez nie w tym właśnie duchu wychowują młode pokolenie” – kończy ten logiczny rollercoaster pani kurator. Następnie przeszła do wyliczania opłakanych skutków owej ,,lewackiej formacji” młodych umysłów. Najgorszym z nich jest brak szacunku dla dorosłych – ,,piszą oni listy otwarte z kuriozalnymi żądaniami do osób starszych, lepiej wykształconych. Młodzieży wydaje się, że może tak postępować, bo lewica utwierdza ją w tym przekonaniu”. Ba, nie tylko piszą listy, ale także ,,przychodzą do mnie z skargami i wyrzutami, powołując się na konstytucję lub Europejską Konwencję Praw Człowieka!”. Aż by się chciało w tym miejscu sparafrazować znaną kreskówkę: ,,wszystko by mi się udało, gdyby nie te wścibskie prawa człowieka”. Pani kurator jak widać równie nie po drodze z nimi, jak jej zwierzchnikowi – ministrowi Czarnkowi. Nie obyło się zresztą bez laurki dla niego. Pani kurator, chcąc zapewne pocieszyć przygnębionych jej złowieszczym opisem realiów słuchaczy, powiedziała: ,,mamy nowego ministra edukacji, mamy środowiska, które przerażone tym, co się dzieje chcą działać i mają pomysły. Są wspaniałe środowiska prorodzinnych stowarzyszeń. Mamy Ordo Iuris, mamy to miejsce, z którymi cały czas rozmawiam – PCh24. Mamy potencjał, proszę Państwa, skorzystajmy z tego, bądźmy aktywni i nie bójmy się. Zło jest krzykliwe, a dobro zwycięży”. Od razu jakoś tak człowiekowi lżej na sercu, nieprawdaż? B. Nowak przestrzegła jednak lekceważeniem przeciwnika: ,,mamy do czynienia z wyrafinowaną, zdecydowaną na wszystko grupą, która idzie jak walec żeby zniszczyć. To jest ta nowa cywilizacja śmierci. Chcą triumfu, a niosą jedno – zniszczenie, chaos i śmierć”. Jedno trzeba przyznać – wzywający w Clermont do wyprawy krzyżowej Urban II mógłby się uczyć od pani kurator krucjatowej retoryki.

Następni prelegenci nie dostali co prawda tyle czasu co pani Nowak, mimo to jednak ambitnie starali się dorównać bardzo wysoko zawieszonej poprzeczce absurdu. Kolejna ,,ekspertka”, psycholożka Katarzyna Wozińska, żaliła się, że dzisiaj zbyt mały wpływ na wychowanie dzieci mają dziadkowie oraz pradziadkowie, co jest jedną z głównych przyczyn braku formowania w młodych przywiązania do ,,tradycyjnych wartości”. Powiem szczerze – naprawdę doceniam szczerość tej deklaracji i przyznanie wprost, że dzisiaj jedynie aktywne pranie mózgów przez najstarsze pokolenia mogłoby zmusić młodych do poważnego traktowania ciemnych katolickich poglądów. Dalej pani Katarzyna przekonywała, że ,,młodzież potrzebuje wyraźnych granic i ich egzekwowania, potrzebuje autorytetów”. Osobiście myślę, że prelegentka delikatnie się z tymi granicami spóźniła, bowiem młodzież granice już miała, ale rząd PiS–u wespół z Kościołem zdążył przekroczyć nawet te najdalsze z nich i dziś pozostały już tylko antypody wkurwienia. Choć jedno muszę pani psycholog oddać – to jej słowa szczególnie zachęciły mnie do napisania tego artykułu. Narzekała ona bowiem, iż młodzi ,,bardzo dużo wiedzą o sprawach nierzeczywistych, a bardzo mało o rzeczywistości”. A więc, z racji tego, że słowa ,,ekspertów” z tej konferencji z rzeczywistością nie mają nic wspólnego, to jako młody człowiek świetnie nadaję się, by o nich pisać.

,,Medioznawca i kulturoznawca” (jak został przedstawiony), ksiądz Sławomir Kostrzewa zajął się natomiast depresją i ateizmem. Jak mogliśmy się dowiedzieć, ateizm wynika po prostu ze złych relacji z ojcem, a depresja – z długotrwałego życia w grzechu. Wszystko jasne, lewaki i ateusze zaorane faktami i logiką, pora na zbiórkę dla ministrantów. Ostatni z mówców, wiceprezes Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej Arkadiusz Stelmach podjął się natomiast rozważania tytułowego problemu w perspektywie globalnej polityki. Bez ogródek stwierdził, iż ,,na poziomie międzynarodowym doszło do triumfu ideologii sprzecznej z naturalnym i chrześcijańskim porządkiem”. Ciężko się temu dziwić, skoro jak sam twierdzi, ,,rewolucji kulturalnej z zaangażowaniem przewodzą ONZ, UNICEF, Bank Światowy i Unia Europejska”. W Polsce, która ciągle jeszcze broni się dzielnie przed tą postmodernistyczną rewolucją, działają już jednak ,,agenci zmian”. Deprawują młodzież, zawłaszczają symbole, przez kulturę masową forsują nową lewicową agendę, pewnie jeszcze plują do zupy i szykują smażenie mózgów Polaków za pomocą masztów 5G. To jednak nie czas na żarty, przekonuje Stelmach – jeśli nie postawimy się zdecydowanie tej globalnej rewolucji, już niedługo obudzimy się w iście kononowiczowskim świecie, gdzie nie będzie cnoty, nie będzie miłości, nie będzie niczego.

Z wielkim rozbawieniem oglądam w ostatnich tygodniach ogólną panikę na prawicy, wywołaną masowym udziałem młodych w demonstracjach po wyroku TK. Choć statystyki mówiły o światopoglądowej przepaści pokoleniowej od dawna, duża część prawicy i Kościoła, grzejąc się w blasku pisowskich zwycięstw, wolała to ignorować i poprawiać sobie humor naiwnymi wizjami o młodzieży rzekomo kochającej wyklętych i Jana Pawła II. Większości z nich dopiero głośne ,,Wy-pier-da-lać!” wykrzyczane z setek tysięcy młodych gardeł na ulicach uświadomiło, jak bardzo się mylili. Zaczęło się więc teraz po prawej stronie w przerażeniu szukanie na gwałt diagnoz tego stanu rzeczy i powszechne bombardowanie leninowskim pytaniem ,,co robić?”. Opisana przeze mnie konferencja stanowi świetną ilustrację stanu ducha tych debat i poziomu świadomości osób w nich uczestniczących. Przyznam otwarcie, że napawają mnie one dużym optymizmem.

Przyzwyczajonej w ostatnich latach do zwycięstw i dobrego humoru prawicy najciężej bowiem przychodzi przyznanie, że to ich własne działania obróciły młodzież przeciwko nim. Zamiast tej bolesnej konfrontacji z faktami pisowscy dygnitarze i kościelni hierarchowie wolą stawiać na opium w postaci syndromu wyparcia (jak Barbara Nowak, czy Julia Przyłębska w ostatnim wywiadzie dla ,,Sieci”) lub szukania rzekomych winowajców w ,,lewackich uczelniach”, ,,agentach wpływu” czy ,,międzynarodowej rewolucji kulturalnej”. Ta ślepota, zamykająca ich jeszcze bardziej w sekciarskiej ,,oblężonej twierdzy”, tylko przyspieszy ich upadek. Brak bowiem choćby świadomości przemian, całkowicie uniemożliwia jakiekolwiek zapobieganiem im. A zatem, jako, że zarówno prawicy jak i Kościołowi życzę jak najgorzej, bardzo chciałbym tak absurdalne i oderwane od rzeczywiście prawicowe konferencje (jak opisana tutaj) oglądać jak najdłużej. Są one bowiem najlepszym znakiem i gwarancją tego, że porażka kościelno–pisowskiej szajki zbliża się wielkimi krokami.

Odświęcanie Kościoła

Gdyby Kościół miał dokonać dekanonizacji, to nie zostałby mu chyba żaden święty. Na razie jednak zaczął od zrzucania z ołtarzy Gulbinowicza, Mc Carricka i Dziwisza.

Ponad półtora roku temu media obiegł apel działaczek katolickich. „Żądamy dekanonizacji papieża Jana Pawła II” – pisały w „Le Monde” – „protektora oprawców w imię «racji Kościoła« oraz głównego architekta ideologicznej konstrukcji «kobiety«, a także zakazu nauczania, propagowania oraz publikowania «teologii ciała«, którą głosił on podczas swych katechez środowych”.
Kościelne feministki
Swój postulat wykreślenia Wojtyły z grona świętych uzasadniały też tym, że papież Polak był protektorem duchownych wykorzystujących seksualnie zakonnice. No i kultywował opresyjny ideał kobiety.
Dzięki tej informacji wiemy dwie rzeczy. Po pierwsze, że istnieją katolickie feministki. A po drugie, że jak się jest katolikiem mającym jakieś poglądy, to w ich imię można zażądać dekanonizacji. Czyli czegoś, co jakże dobrze znamy z Polski – lustracji i zrzucania z piedestałów.
Katoliccy antyfuterkowcy
Na pewno są katoliccy ekologowie. Szczególnie zaś tacy nastawieni prozwierzęco. Niewykluczone też, że dołączą do nich katoliccy weganie i miłośnicy nauczania św. Franciszka o zwierzętach jako „braciach mniejszych”. I wszyscy oni winni zażądać wykluczenia z grona świętych faceta, który zajmował się głównie zabijaniem zwierząt dla zabawy. Oczywiście można by św. Hubertowi zarzucić niewierność małżeńską i mnóstwo standardowych niegodziwości, ale ponieważ takie sprawki można wyciągnąć większości świętych katolickich, to można uznać, że widać są one przypisane do statusu osoby kanonizowanej lub beatyfikowanej. Do Ojców Kościoła zaś w szczególności. Żeby wspomnieć wieloletnią satysfakcję czerpaną przez św. Pawła z Tarsu z zabijania chrześcijan. Albo to, że św. Augustyn będąc miłośnikiem kobiet i wybitnie niechrześcijańskiego manicheizmu, gdy wyczerpał mu się zapas testosteronu, a chrześcijanie zaproponowali mu niezłą fuchę, pogonił kobietę, z którą był 17 lat i zaczął nauczać, że seks jest największym z grzechów.
Dokładnie tak samo miała św. Maria Egipcjanka, której nieposkromiona nimfomania nie przepuszczała żadnemu chłopu, by – gdy nikt nie był już nią zainteresowany – zostać psem ogrodnika straszącym mękami piekielnymi za każdy orgazm.
Pacyfiści z zakrystii
Wśród wyznawców katolicyzmu nie powinno brakować osób, dla których jak jest napisane „Nie zabijaj”, to nie zabijaj. A szczególnie gdy do mordowania innych dochodzi nie w obronie własnej czy kraju, ale dla podboju, zdobycia władzy czy innych dóbr, albo wykonania czystki etnicznej tudzież religijnej.
Gdyby tacy katolicy poważnie brali dekalog, to na dzię dobry powinni wystapić o odebranie tytułów świętych czy błogosławionych setkom osób wyniesionych przez Kościół katolicki.
Choćby św. Oldze. Przecież kobieta ma na sumieniu zakopanie 20 osób żywcem. Spalenie żywcem kilkudziesięciu innych zresztą też. Nie wspominając już o odurzeniu i rozkazie wymordowania innych kilkuset bezbronnych wojów. A to wszystko po to, żeby zdobyć i utrzymać władzę.
Nieślubnym wnukiem św. Olgi był św. Włodzimierz. I nie ma się co czepiać podejmujących decyzję o jego kanonizacji za to, że nie zwrócili uwagi na taki drobiazg, że oprócz 7 żon święty miał harem 800 konkubin podzielonych na grupy i mieszkających w głównych miastach jego królestwa. Nieważne też, że gdziekolwiek podróżował, wszędzie była grupa kobiet, które zapewniały mu rozrywkę. Nieistotne, że mimo to i tak zgwałcił swoją szwagierkę. No i rżnął, palił i mordował wszystko co stanęło mu na drodze. Ale trudno zrozumieć, że nikt nie zwrócił uwagi na to, że składał ofiary z ludzi. I to na dodatek zaprzyjaźnionych chrześcijan.
Mordowanie przeciwników politycznych. Wybijanie ludności cywilnej to przymioty całego stada św. katolickich królów i książąt. Choćby św. Olafa króla Norwegii, Wikinga skądinąd. Czy św. Eryka IX Jedvardssona, króla Szwecji uhonorowanego świętością za wyprawę krzyżową na Finlandię i chrzczenie jej mieszkańców ogniem i mieczem. Nie inaczej ze św. Kanutem Lavardem, księciem duńskim, czy św. Kanutem IV – duńskim królem.
Uświęcanie wojujących władców wcale nie sprowadzało się w Kościele katolickim tylko do Skandynawii. Jest przecież św. Oswald król Nortumbrii z VII w. I jest św. Wacław I – król Czech, który zasłużył się katolicyzmowi konfliktem z bratem i podporządkowaniem swojego kraju Cesarstwu Rzymskiemu Narodu Niemieckiego.
Temu Cesarstwu, które odrodził nie kto inny jak bł. Karol Wielki. Władca, który przez cały okres panowania krzewił chrześcijaństwo tocząc wojny i poszerzając granice swego władztwa na niemal całą Europę Zachodnią. Karol Wielki przeprowadził 54 kampanie wojenne. Połowie z nich przewodząc osobiście.
W tym kontekście nie ma nawet co wspominać króla Francji św. Ludwika IX, który promował swój kraj walcząc w Palestynie, a we krwi utopił ledwie powstanie Katarów. Bo wojny z Anglią nie ma mu co wyciągać, gdyż należała ona do średniowiecznego europejskiego standardu. Ale warto napomknąć o św. Stefanie. Królu bratnich naszej władzy Węgier. Facecie, któremu można by zarzucić nie tylko 7 grzechów głównych, ale dziesiątki pomniejszych.
Ale i dziś w kanonizacjach niewiele się zmieniło 23 września 2015 roku papież Franciszek kanonizował św. Junipero Serrę hiszpańskiego duchownego prowadzącego misje w Kalifornii w XVIII w. A, że facet kierował masakrą Indian? No cóż…
Smakosze spod stołu Pańskiego
Wymienione w śródtytule grupy powinny działać na rzecz dekanonizacji i to natychmiast. Wszak święci mają być przykładem dla wiernych. Co w takim razie z wzorem do naśladowania w osobie św. Teresy z Avili, której posty sprowadzały się do prowokowania wymiotów za pomocą gałązek? A św. Katarzyna ze Sieny, która wkładając do gardła palce powodowała zwracanie wszystkiego co zjadła w dniu gdy przyjmowała komunię?
Ale to jeszcze nic. Św. Aniela z Foligno piła wodę z kąpieli po trędowatych. I nawet zapisała w pamiętniku, że „kawałek strupiastej skóry trędowatego utknął mi w gardle. Zamiast go wypluć, zadałam sobie wiele wysiłku, aby go przełknąć i udało mi się. Miałam wrażenie, że przyjęłam komunię. Nigdy nie potrafię wyrazić rozkoszy, jaka mnie ogarnęła”. W uznaniu dla tej postawy, w 2013 roku papież Franciszek ogłosił tę panią świętą.
Jeśli komuś potrzeba jeszcze ciekawszego świadectwa świętości to służę św. Marguerite Marie Alacoque, która doznawała ekstazy religijnej spożywając w ramach umartwiania ekskrementy. Ze szczególnym uwzględnieniem tych, od osoby chorej na biegunkę. Poza tym, wzmiankowana święta wycięła sobie na piersiach podobiznę Jezusa. I żeby rany się nie goiły, przypalała je świecą.
Św. Maria Magdalena dei Pazzi do świętości doszła tarzając się w cierniach, a w wolnych chwilach prosiła siostry o chłostę, ubliżanie jej i kopniaki w w twarz.
Święci upolitycznieni
W 1998 r. Jan Paweł II beatyfikował bł. Alojzije Stepinaca. I nieistotne, że mnóstwo historyków i miliony ludzi uznają Stepinaca za zbrodniarza z czasów II wojny światowej. Nieważne, że arcybiskup był podporą faszystowskiego Niezależnego Państwa Chorwackiego. Nadzór nad przymusowym nawracanie na katolicyzm 240 tysięcy prawosławnych obywateli przedwojennej Jugosławii, to też dla kościoła pryszcz. Jak i to, że ani słowem Stepinac nie zająknął się o zamknięciu obozu w Jasenovacu, w porównaniu z którym więźniowie Auschwitz byli na wakacjach. Kościoła katolickiego nic nie przekona, że facet był współodpowiedzialny za eksterminację Serbów, Żydów i Romów.
Jednym z katolickich patronów Polski jest św. Maksymilian Maria Kolbe. Za to, że poszedł na śmierć w zamian za innego więźnia. Katolika – Franciszka Gajowniczka. Co jest o tyle istotne, że zrobił to w miejscu, gdzie stracono ok 1 mln Żydów. Tymczasem to właśnie tej nacji Kolbe poświęcał na łamach redagowanych przez siebie pism katolickich nader dużo uwagi. Jezuita Stanisław Musiał mówił, że „W jego tekstach możemy przeczytać, że nazywał ich słowami: obrzezani, żydki”, ale świętości Kolbego nie kwestionował. Tymczasem media Kolbego zarzucały Żydom, że demoralizują Polaków, propagują rozwody i pornografię. Opisywano ich międzynarodowe spiski. I ile razy ktoś z narodu wybranego zostawał skazany, to stawał się bohaterem wydania, a jego wina była rozdmuchiwana do granic.
Poza tym media Kolbego oczywiście były za zamknięciem da Żydów uczelni i optowały za umożliwianiem im wyjeżdżania do Palestyny. Nie wspominając już o takim drobiazgu, jak propagowanie akcji „Polak kupuje u Polaka”.

Byłoby zatem kogo dekanonizować i za co. Tyle, że Kościół nigdy nikogo świętości nie pozbawił. Kanonizacje są bowiem dla niego pomnikami, których w przeciwieństwie do świeckich, nigdy nie zwalał. Co najwyżej chował niewygodnych świętych ściągając ich z kalendarza i usuwając z funkcji patronów kościołów. Bo święci to rzadki przykład braku hipokryzji w tej instytucji. Występują w kościelnych spisach pokazując, jakie interesy, dzięki uświęcaniu tych czy innych, ta instytucja załatwiała. Dla księży i hierarchii są dowodem tego jak się prowadzi aktualną politykę, czy promuje określone postawy. Czyli – jak się rządzi. Dlatego Wojtyle nic nie grozi. Ale jego współpracownikom – już niekoniecznie.

Modlitwa jako instrument zarządzania

Formalnie jestem katolikiem. Kiedyś mnie ochrzczono, potem chodziłem na lekcje religii, w latach młodzieńczych kilka razy klęczałem w konfesjonale, i wyznawałem nieliczne w tym czasie grzechy. Ale później stałem się katolikiem niepraktykującym. Co nie znaczy, że nie rozumiem i nie szanuję tych, którzy wierzą, praktykują i modlą się w przekonaniu, że ich życie nie zależy od nich i od przypadku, tylko od Boga.

Co więcej, niektórzy z nich uważają, że wszystko jest gdzieś „zapisane”, że jest z góry ustalony plan i czas ich pobytu na naszej planecie, ich sukcesów i porażek. Są, bo zgodnie z przeznaczeniem mieli być, robotnikami, skromnymi urzędnikami, ale także królami, premierami, ministrami, milionerami albo ubogimi.

Cele modlitwy

Najczęściej z taką wiarą łączy się modlitwa o coś, co wprawdzie jest „zapisane”, ale można to zmienić na lepsze, czy w danej chwili bardziej pożądane. Taka, zrozumiała dla mnie, modlitwa, dotyczy najczęściej tego, na co człowiek nie ma bezpośredniego wpływu, co nie zależy od jego umiejętności i pracy. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że rolnik może się modlić o deszcz albo o kilka słonecznych dni, żona, córka, czy syn o poprawę stanu zdrowia ich męża i ojca, ubogi o wygraną w totolotka, zakochany o wzajemność obiektu jego głębokich i niewinnych uczuć, albo brzydkiego pożądania.

Przy pewnej tolerancji można też zrozumieć modlących się o szczęśliwe zakończenie działań, których powodzenie zależy w przeważającej mierze od ich umiejętności, ale na które wpływają także czynniki od nich niezależne. Pilot może się modlić o szczęśliwe lądowanie przy zbyt dużym wietrze, sportowiec o wygraną w jego konkurencji, – chociaż to oznacza, że jednocześnie, podświadomie modli się o złą kondycję lub błędy przeciwników. Na tym tle, z wrodzoną niesprawnością umysłową przypuszczam, że jeśli Bóg ma jakieś biuro podawcze, to pracujący w nim aniołowie i archaniołowie mają trudne zadanie. Znaczna część modlitw jest bowiem ze sobą sprzeczna. Jeśli ktoś z amerykańskiego wywiadu modlił się o złapanie lub unieszkodliwienie Bin Ladena, to jego zwolennicy i przyjaciele odwrotnie – modlili się o jego niezawodne ukrycie i przetrwanie. Jeśli w naszym pięknym kraju ktoś modli się o to, aby jak najdłużej mógł pozostawać na intratnym i dającym władzę stanowisku, to może być pewien, że jest wielu modlących się o coś całkiem przeciwnego. Biedni ci aniołowie w niebieskim biurze oddawczym. Rozstrzygnięcie, która modlitwa jest słuszna, czasem może wymagać wielu kosztownych ekspertyz. A i tak nie wiadomo, czy Bóg nie postąpi inaczej, niż mu doradzają.

Są jednak – moim zdaniem – i takie zadania, działania i profesje, w których modlenie się o cokolwiek jest nielogiczne. Farmaceuta nie może się modlić o prawidłowe sporządzenie leku a ślusarz o otwarcie zamka, bo to zależy wyłącznie od ich wiedzy i staranności. Nie ma tu miejsca na pomoc czy ingerencję „siły najwyższej”. Dyrektor, prezes, minister czy premier nie powinien modlić się o spełnienie tego, co zależy od jego decyzji i poleceń.
Ostatnio zauważyłem jednak ze zdziwieniem, że niektórzy, manifestujący swoją pobożność prominentni przedstawiciele obecnej władzy, zaczynają traktować modlitwę jak instrument zarządzania. Modlą się – a przynajmniej tak mówią, – aby ograniczenia związane z pandemią były mniej uciążliwe, aby szkoły mogły pracować normalnie a nie zdalnie, aby w wyniku ich decyzji gospodarka jak najmniej ucierpiała.

Przykro mi, ale właśnie takie modlitwy uważam za nietrafione, żeby nie powiedzieć – bezsensowne. To oni sami decydują o tym, czy i kto – przykładowo – może lub powinien wprowadzać zdalne nauczanie. Zakładam, że znajdują przesłanki uzasadniające prawidłowość takich ustaleń. Jeśli nie znajdują – to niech zmienią decyzje, albo modlą się tylko o zmianę nie do końca zależnych od nich przesłanek – na przykład liczby zakażeń.

Pobożna prawica

Prawica społeczno – polityczna zawsze i wszędzie była bardziej pobożna niż lewica. A przynajmniej starała się robić takie wrażenie. Prawica sięgająca faszyzmu, nawet, jeśli traciła wiarę, zachowywała jej pozory. Przykładem historycznym są napisy wytłoczone na klamrach pasków żołnierzy Wehrmachtu – „Gott mit uns”, czyli Bóg z nami. Za to bezczelne kłamstwo zostali ukarani prze żołnierzy z czerwonymi i białymi gwiazdami.

My nie składaliśmy takiej publicznej deklaracji ani w czasie zdobywania niepodległości 102 lata temu, ani w czasie II wojny światowej, ani po niej. Ale cos się zmienia. Mamy teraz obywateli, którzy zaczynają traktować wiarę i modlitwę nie tylko, jako instrument zarządzania, ale także narzędzie walki. Na niedawnym „marszu niepodległości” jeden z głównych organizatorów i agitatorów machał krzyżem z figurą Chrystusa jak mieczem, niezbędnym w walce z komuną, lewicą, lewactwem, niezadowolonymi kobietami i wszystkim, co nie jest prawicą. Taki Krzyżak naszych czasów, widocznie kwestionujący wyniki bitwy pod Grunwaldem.
Za mojej pamięci prokuratura wielokrotnie wszczynała śledztwa, bo ktoś był urażony hasłami czy zachowaniami sprzecznymi z katolicką wiarą. Ciekawe, czy publiczne machanie krzyżem, w wyraźnie niepokojowej intencji, też prokuraturę zdenerwuje. Jeśli nie – to znaczy, że próbujemy robić następny krok w kierunku państwa wyznaniowego.

Niekończąca się historia

Na naszych oczach „Polonia semper fidelis” zesrała się na rzadko pod działaniem społecznej rycyny. Pokolenie religii w szkołach odrzuca instytucję Kościoła katolickiego – pozwólmy sobie na tę generalizację, bo uprawniają do niej procesy odnotowywane w badaniach nie od dziś – jako bezdyskusyjny autorytet, bo widzi w niej podstawowe źródło opresji i zagrożenia dla wolności, a przy tym doskonale wie o takich jej nierozliczonych grzechach, jak choćby kościelna pedofilia.

Do niej dochodzi drenaż finansów państwa, walka z LGBT czy bezgraniczna pycha. Młode pokolenie wszystko to bardzo uważnie obserwuje i wyciąga krytyczne wnioski. Jego znacząca część odrzuca także zblatowaną z Kościołem władzę PiS. Masowe demonstracje młodych ludzi przeciw całkowitemu zakazowi aborcji mają cechy rewolucji pokoleniowej. Cele tej rewolucji nie spełnią się szybko, ale tzw. efekt demonstracji już się dokonał. Po raz pierwszy w trzydziesto już letniej historii sporu wokół kwestii prawa do aborcji znalazła się ona w tak bardzo szerokim kontekście. Choć kwestia ta stanowi punkt wyjścia i jądro protestu, to przecież nie tylko o nią chodzi. To protest dużej części młodego pokolenia przeciwko narastającemu duchowi katolicko-nacjonalistycznego rygoryzmu, który władza pospołu z Kościołem chce narzucić całemu społeczeństwu, protest przeciwko zaduchowi, który się wokół zagęszcza i który coraz bardziej, niczym pętla, zaciska się na gardłach. A młode pokolenie, między innymi dzięki internetowi i mediom społecznościowym uformowało się (niezależnie od bezpośrednich warunków życia) w warunkach stworzonych przez owe media, czyli w klimacie naturalnej swobody i indywidualnej wolności, także obyczajowej. Odrzucają represyjny rygoryzm narzucany im przez władzę należącą do pokolenia „dziadersów” i sterowaną przez „dziadersa wszystkich dziadersów”. Nie spełniły się obawy Barbary Stanosz ze stycznia 1993 roku, gdy tuż po uchwaleniu zakazu aborcji, snuła skrajnie czarną wizję pogodzenia się przez kolejne pokolenia z petryfikacją dusznego, rygorystycznego katolickiego porządku życia. Pokolenie urodzone w okolicach 1990 roku i później, jako pierwsze dało tak silne świadectwo sprzeciwu.

Zanim, w ramach puenty, wypadnie sformułować kilka uwag, wniosków i hipotez, warto przypomnieć – w niezbędnym skrócie – najważniejsze sekwencje tej „niekończącej się historii”. Najgorsze myśli i słowa cisną się na myśl, gdy sobie uzmysłowimy, że jednym z pierwszych aktów politycznych w „wolnej Polsce”, jeszcze u schyłku historycznego, przełomowego roku 1989, było otwarcie drogi ku ograniczeniu praw i wolności kobiet. Brzmi to jak ponury historyczny paradoks, ale działania te podjęła część tego obozu politycznego, którego przedstawiciele skandowali jeszcze w PRL, na ulicznych demonstracjach, hasło: „Nie ma wolności bez „Solidarności”.

Pierwsze zapowiedzi inicjatyw na rzecz zakazu aborcji pojawiły się po Okrągłym Stole, w okresie zarówno przed jak i po wyborach czerwca 1989. Inicjatywę ustawodawczą na rzecz zakazu aborcji, jako jedną z pierwszych podjął jesienią tego roku Senat, opanowany prawie w całości przez przedstawicieli Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego czyli ruchu „Solidarności”. Projektowi temu nadano nazwę „O ochronie prawnej dziecka poczętego”. Jeszcze jesienią 1989 inicjatywę w forsowaniu projektu przejęła świeżo wyłoniona radykalna partia nacjonalistyczno-klerykalna, Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe. Odtąd, do stycznia 1993 roku, toczyła się burzliwa dyskusja społeczna, w której po obu stronach użyto chyba wszystkich możliwych argumentów. Przez te mniej więcej dwa i pół roku emocje wielokrotnie sięgały zenitu. Przeciwnicy zakazu przedstawiali wszystkie możliwe zagrożenia, jakie będzie nieść budowany przez solidarnościową prawicę, krok po kroku, projekt całkowitego zakazu aborcji. W pierwszych przymiarkach pojawiały się maksymalnie przerażające warianty ostatecznego kształtu ustawy, włącznie z zakazem rozpowszechniania środków antykoncepcyjnych, wprowadzenia policji ginekologicznej czy karania za poddanie się aborcji więzieniem nie tylko lekarzy, ale także kobiet. W 1992 roku z inicjatywy Zbigniewa Bujaka powstał ogólnopolski ruch na rzecz referendum w sprawie karalnoścci za przerywanie ciąży. Jednak zdominowany przez prawicę Sejm zlekceważył ponad milion podpisów zebranych pod wnioskiem o przeprowadzenie referendum i odrzucił go. Szczególnie silny sprzeciw wobec propozycji referendum zademonstrowała hierarchia i kler Kościoła katolickiego, którego agresywna walka z liberalnym prawem do aborcji, ciągle jeszcze w tym okresie obowiązującym na podstawie ustawy z kwietnia 1956 roku nadawała ton ogólnej atmosferze ostrego sporu, choć oczywiście uczestniczyli w niej politycy, publicyści i działacze społeczni ze wszystkich stron politycznej sceny. W którymś momencie toczącej się walki, osławiony projekt senacki , zwany często „lex Piotrowski”, od nazwiska senatora będącego głównym patronem inicjatywy, zabuksował i został odłożony na półkę. Nawet dla części zwolenników zakazu aborcji bezkompromisowy fundamentalizm tego projektu był trudny do przyjęcia. Inicjatywę przejęła sejmowa prawica, która przygotowała nowy projekt, w dużym stopniu pokrywający się z projektem senackim, ale nieco w stosunku do niego złagodzony. Projektowi nadano mniej ideologiczną, a bardziej rzeczową nazwę „O ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży”, choć kolokwialnie zazwyczaj nazywano ją antyaborcyjną i wokół tego projektu burzliwa debata rozpętała się niejako na nowo. W tamtym czasie toczyła się głównie w mediach, bo jednym z jej charakterystycznych rysów był raczej marginalny charakter demonstracji i manifestacji o charakterze ulicznym. Projekt, zwyczajowo zwany od tego czasu „kompromisem” (choć w istocie nie był żadnym kompromisem, lecz najbardziej restrykcyjną w Europie ustawą dotyczącą aborcji), zawierającym trzy powszechnie znane przesłanki zezwalające na aborcję, został ostatecznie przyjęty 7 stycznia 1993 roku. Spór wokół ustawy trwał nadal, ale jej wejście w życie, po zatwierdzeniu przez Senat i podpisaniu przez urzędującego prezydenta Lecha Wałęsę sprawił, że debata nie przybrała już później ani wcześniejszego zasięgu, ani temperatury. W 1996 roku, rządząca od trzech lat większość parlamentarna zdominowana przez Sojusz Lewicy Demokratycznej dokonała liberalizacji ustawy, wprowadzając przepis umożliwiający aborcję ze wskazań społecznych. Nowelę podpisał urzędujący od roku prezydent Aleksander Kwaśniewski. Jednak rok później Trybunał Konstytucyjny pod przewodnictwem Andrzeja Zolla orzekł o niekonstytucyjności wprowadzonej zmiany. Prawo aborcyjne powróciło więc do swojego kształtu nadanego mu w styczniu 1993 roku. Od tamtego czasu temat aborcji ciągle nawracał w dyskusjach medialnych, ale temperatura sporu nie sięgała już poziomu z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych, poza epizodycznymi okolicznościami jak ta z 2003 roku, kiedy na polskie wody Bałtyku wpłynął tzw. „aborcyjny statek”, holenderski Langenort, należący do organizacji Kobiety na Falach, którego załoga stworzyła potrzebującym Polkom m.in. możliwość skorzystania z aborcji farmakologicznej. W żadnej z kolejnych kadencji parlamentu nie uformowała się większość, stwarzająca szansę na liberalizację ustawy. Taka szansa nie zaistniała nawet podczas drugich rządów Sojuszu Lewicy Demokratycznej w latach 2001-2005. Przez wiele lat środowiska lewicowe i kobiece podejmowały kwestię prawa do aborcji, ale nie było okazji politycznej do wielkiej debaty na ten temat, a w przestrzeni publicznej ukształtowało się określenie „kompromis” aborcyjny, termin fałszywy, mający sugerować, że obowiązująca ustawa jest rezultatem realnego konsensusu zawartego między środowiskami społecznymi. Treść rzekomego „kompromisu” zawierała się w generalnym zakazie przerywania ciąży, przy zachowaniu trzech wyjątków zezwalających na aborcję w trzech przypadkach – trwałego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu, stwarzanego przez ciążę zagrożenia dla zdrowia i życia kobiety oraz w sytuacji, gdy ciąża jest wynikiem czynu zabronionego. Publikowane od tamtego czasu oficjalne statystyki legalnie przerywanych ciąż są niskie, ale specjalistyczne raporty stale wskazują na wysoką statystykę aborcji nielegalnych, dokonywanych przez Polki zarówno w podziemiu aborcyjnym, jak i za granicą. Wraz z postępem farmakologii do pakietu metod przerywania ciąży doszły tzw. tabletki poronne. W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że choć od czasu do czasu ponawiane były różne próby zaostrzenia ustawy dotyczącej aborcji, a zarówno Kościół katolicki, jak i katolicko-prawicowi publicyści nie rezygnowali z nawracania do tej kwestii, to do jesieni 2016 roku ani razu nie uległa zaognieniu, ani tym bardziej nie stanęła na ostrzu noża. Z kolei strona lewicowo-liberalna zasadniczo pogodziła się z ustawowym stanem rzeczy, sygnalizując co najwyżej szeroko odnotowywane zjawisko trudności piętrzonych na różnych poziomach przed kobietami podejmującymi próby skorzystania z prawa do aborcji w legalnych przypadkach. Jedną z przyczyn tych trudności była m.in. wprowadzona do prawa tzw. klauzula sumienia, pozwalająca lekarzom na odmawianie świadczenia usługi medycznej w postaci aborcji. Z kolei ani PiS w pierwszym, dwuletnim okresie swoich rządów (2005-2007), ani Platforma Obywatelska w swoim ośmioleciu (2007-2015) nie podjęły próby dokonywania zmian w ustawie, ani w stronę zaostrzenia, ani – tym bardziej – liberalizacji. PO i związane z nią media oficjalnie afirmowała tzw. „kompromis”. Z kolei w PiS co prawda zawsze istniała liczna grupa osób kierowanych silnym imperatywem doprowadzenia do całkowitego zakazu aborcji, ale przyjęła się opinia, że przywódca tej partii Jarosław Kaczyński jest temu przeciwny, o czym świadczył jego sprzeciw wobec forsowanego przez Marka Jurka próby wprowadzenia zakazu aborcji wprost do Konstytucji. Przez lata panowała opinia, że z jednej strony powoduje nim wzgląd pragmatyczny – obawa przed konfliktogennym charakterem tej kwestii, z drugiej – panowało też przekonanie, że Kaczyński nie jest do zakazu przekonany osobiście.

Czasami przywoływano jego słowa z lat dziewięćdziesiątych, z czasów aktywności ZChN, partii najusilniej dążącej do zakazu aborcji, że „droga do dechrystianizacji Polski prowadzi przez ZChN”. Co prawda od czasu do czasu podejmowane były inicjatywy na rzecz całkowitego zakazu aborcji, np. „Stop Aborcji” fanatycznej aktywistki Kai Godek, ale nie przyniosły one skutków. Do krytycznego zwrotu doszło jesienią 2016 roku, gdy po odrzuceniu lewicowego projektu liberalizacji prawa do aborcji zdominowany przez PiS Sejm przyjął do procedowania projekt ustawy skrajnie fundamentalistycznej katolickiej organizacji Ordo Iuris, całkowicie zakazującej aborcji. Projekt ten przewidywał nawet karanie kobiet za poddanie się aborcji, czego nie wprowadzono do ustawy z 1993 roku. Ofensywa Ordo Iuris i wyraźnie sprzyjająca jej postawa PiS wywołała potężny i rozległy protest społeczny, nazwany Czarnym Protestem lub protestem Czarnych Parasolek. W ciągu kilku pierwszych dni października doszło do masowych manifestacji i marszów w całej Polsce, głównie kobiet, ale także wspierających je mężczyzn. Ta niespodziewana erupcja społecznego gniewu i protestu objawiła się jako jedna z najpotężniejszych w najnowszej historii Polski, a na pewno po 1989 roku. 5 października 2016 roku, w dniu procedowania projektu Ordo Iuris, na trybunę sejmową wszedł prezes PiS i swoim wezwaniem spowodował, że inicjatywa ta została zablokowana i odrzucona. Koronnym argumentem, jakiego użył, był ten, że ustawa ta może doprowadzić w konsekwencji do skutków odwrotnych od oczekiwanych przez autorów projektu. Na cztery lata temat uległ względnemu uspokojeniu i można było mieć wrażenie, że nauczony doświadczeniem Czarnego Protestu Kaczyński wraz z większością środowiska PiS na trwałe już zadowolą się tzw. „kompromisem”, czyli ustawą antyaborcyjną w obecnym kształcie. Co prawda od pewnego już czasu czekało na rozpatrzenie przez tzw. Trybunał Konstytucyjny podpisane przez grupę posłów, głównie posłów PiS, zapytanie o konstytucyjność tzw. embriopatologicznej przesłanki pozwalającej na dokonanie aborcji, jednak przez kilka lat nie było ono rozpatrywane, co przypisywano woli samego prezesa PiS. Niektórzy uważali, że Kaczyński kieruje się wyłącznie względami pragmatycznymi, związanymi z sekwencją wyborczą, z kolei inni uważali, że nauczony niebezpiecznym doświadczeniem października 2016 nie przyzwoli już na próby zmiany ustawy. Jednak 22 października 2020 roku tzw. Trybunał Konstytucyjny pod kierownictwem silnie związanej politycznie z Kaczyńskim Julii Przyłębskiej orzekł, że przesłanka embriopatologiczna, zezwalająca na przerwanie ciąży z uwagi na nieodwracalne wady i choroby płodu jest niezgodna z Konstytucją. Wywołało to wspomniany, potężny protest społeczny o niespotykanym dotąd zasięgu.

Nie sposób przewidzieć jaki będzie dalszy przebieg i czas protestów, o ich skutkach w bliższej perspektywie nie wspominając. Już dziś można jednak sformułować garść wniosków.

Po pierwsze, znacząca część młodego pokolenia, a wśród protestujących dominują, z grubsza biorąc, młodzi ludzie urodzeni między rokiem 1990 a 2002, zakwestionowała symboliczne władztwo Kościoła katolickiego i tzw. tradycyjnych polskich wartości. Uczynili to na demonstracjach w formie werbalnej i ikonograficznej przesyconej przekazem ostrym, często czerpiącym z zasobu słownika wulgaryzmów, ale także pełnym dowcipu, sarkazmu, szyderstwa, ironii, świadczącym o zupełnie niezłym wyrobieniu kulturowym. Liczne hasła i happeningowe akty na protestach pokazują, że ta młodzież zna symboliczny zasób oficjalnych, kościelnych „świętości” i potrafi je okrutnie wykpić. Tak się stało n.p. w przypadku parodii ikonicznej sceny z patriotyczno – kościelno -„solidarnościowego” zasobu -zabitego „Janka Wiśniewskiego”, którego w grudniu 1970 w Gdyni demonstranci „na drzwiach ponieśli Świętojańską” – protestujący zastąpili kukłą kobiety.
Po drugie, skala i zasięg protestu przewyższyły skalę i zasięg Czarnego Protestu z października 2016, który przecież uznany został za masowy. Sceną demonstracji i marszów są zarówno duże i średnie miasta, jak i (co było novum) także wiele małych miasteczek.

Po trzecie, protest – obok ostrza antypisowskiego, czy antyprawicowego, przybrał także wyraźnie antyklerykalny, antykościelny, a fragmentami nawet antyreligijny charakter i koloryt. Doszło także do ataków na budynki kościelne i kilku przypadków wtargnięcia do nich. Można by rzec że w realu, na polskich ulicach potwierdziło się to, o czym mówi się o kilka lat i co potwierdzają badania socjologiczne – obecne pokolenie polskiej młodzieży jest pierwszym w historii Polski, które w tym stopniu, in gremio wzięło rozbrat z tradycyjną religijnością i obyczajowością, dzięki internetowi i mediom społecznościowym, w klimacie naturalnego poczucia wolności.

Wydaje się, że odwieczne hasło „Polonia semper fidelis” mające oznaczać splecenie polskości z katolicyzmem zaczyna przechodzić do historii. Polska młodzież trafnie dostrzegła właśnie we władztwie Kościoła katolickiego i zblatowanej z nią prawicy przyczynę deficytu wolności, którego pokolenie to po raz pierwszy tak boleśnie poczuło na własnej skórze. Trudno dziś przewidzieć dalszy przebieg i bezpośrednie skutki tego masowego protestu, ale jego wpływ na bieg spraw w Polsce w dłuższym dystansie czasowym będzie niewątpliwie niebagatelny.

Coming out biskupa

Biskup Jędraszewski zaatakował singli, którzy wiodą żywot grzeszny, a czasami wręcz próżniaczy, co jest zgubne dla chrześcijańskiej cywilizacji. Przy okazji zaatakował samego prezesa co może mu (biskupowi) wyjść bokiem, bo on (prezes) jest pamiętliwy.

Tym samym biskup bezpośrednio uderzył w 30 tysięcy singli – księży w naszym kraju i 20 tys. sióstr zakonnych. To największa grupa zawodowa w Polsce żyjąca w pojedynkę. Życie w bezżenności, to nie nakaz Boga, a tylko wymysł kościoła, by jego majątek nie przechodził na spłodzone przez księży potomstwo. Niestety w tej grupie zawodowej, jak w żadnej innej, co i rusz wychodzą na światło dzienne skandale pedofilskie. O gejach nawet nie warto wspominać, bo co mnie obchodzi intymne życie dorosłych mężczyzn.

Autor (były ksiądz pracujący w Watykanie) głośnej książki o życiu intymnym w stolicy apostolskiej szacował liczbę osób nieheteronormatywnych w jądrze kościoła na 50 procent. Nie wiem ile w tym prawdy, ale coś jest na rzeczy na pewno. Trudno mi zrozumieć dlaczego młodzi mężczyźni, idący do seminariów, decydują się na życie w samotności. Życie pokazuje, jak bardzo różnie z tym bywa potem. Może wypowiedź biskupa to taki rozpaczliwy coming out hierarchy, który zdaje się wołać. Pozwólcie nam wchodzić w legalne związki z kobietami, albo i inne, bo takie życie, jakie prowadzimy, jest nic nie warte. Jak tak jest, to jestem z nim (biskupem).