Rolnicy piszą do premiera

Szanowny Panie Premierze!

My, rolnicy i mieszkańcy regionów wschodniej Polski, uczestnicy roboczego spotkania w gminie Rossosz, pow. Biała Podlaska, sprzeciwiamy się stosowanym przez Rząd praktykom decydowania o wsi bez jej wiedzy i zgody.

Nikt nas nie zapytał o zdanie gdy powstawał Krajowy Plan Odbudowy, gdy bez nas decydowano o podziale środków na odbudowę kraju i gospodarki po pandemii Covid-19.

Pytamy konkretnie: Jaka suma w ramach KPO jest przeznaczona na rolnictwo, a jaka na obszary wiejskie?

Nasza rolnicza organizacja 27 lutego 202o roku, przedstawiła Ministrowi Rolnictwa i Rozwoju Wsi, Panu Krzysztofowi Ardanowskiemu potrzebę pilnego przyjęcia ,,Ustawy o rodzinnym gospodarstwie rolnym”.

Mowa o ustawie regulującej relacje rolnik – państwo w sferze ustrojowej, prawnej i ekonomiczne j, oraz po raz pierwszy określającej prawa i obowiązki rolnika i gospodarstwa rodzinnego wobec Państwa.

Tymczasem słyszymy medialne przechwałki o dobiegających końca pracach Rządu i Ministra Rolnictwa nad wymienioną ustawą, która pod wzgtędem treści i zakresu regulacji zasługuję na słowo ,,FARSA’’. Będzie to kolejny gniot prawny, powstający z pominięciem nas rolników i mieszkańców wsi. Apelujemy o powstrzymanie tych prac i rozpoczęcia ich od szerokich konsultacji społecznych nt. jej założeń i celów, jakie ma uzyskać.

Pański Rząd traktuję społeczność wiejską tak samo, jak Jego poprzednicy,
tj. bez dialogu władzy ze wsią. pańskie osobiste wizyty i spotkania nie mogą i nie zastępują ustawowo określonego dialogu.A spraw nierozwiązanych nie ubywa, a przybywa.

Dla przykładu – uszczelnienie KRUS, definicja aktywnego rolnika, własność państwowa w rolnictwie . Powołana przez Ministra Rolnictwa Pana Krzysztofa Jurgiela – Rada dialogu w rolnictwie – jest nadal martwa.

Dlatego prosimy o odpowledź na pytanie: czy pański Rząd jest zainteresowany uregulowaniem na poziomie ustawowym dialogiem Rządu ze wsią i rotnictwem?

Związek Zawodowy Rolnictwa i Obszarów Wiejskich „Regiony”

Nadzieja liberalnej opozycji

Lewica i prawica to przestarzałe pojęcia, które są dziś bez znaczenia. Młodzież nie jest lewicowa, tylko szanuje praworządność, wyznaje wartości europejskie i jest tolerancyjna.

Lewicowość jest etykietką, której nie znosi. Rynek wszystkiego nie ureguluje, prywatyzując rynek zdrowia się myliliśmy. Prywatyzowanie usług komunalnych nie jest najlepszym pomysłem, cenzura prywatnych firm budzi niepokój, państwo musi być silne.

Polska potrzebuje pieniędzy z europejskiego Planu Odbudowy. Lewica to łobuzy, bo podważyła naszą (liberalnej opozycji) pozycję negocjacyjną.
Zaraz, przecież lewicy i prawicy miało już nie być… no ale jednak są. Czyżby sprzeczność?

Lewica z tymi mieszkaniami osiągnęła mniej niż PO, kiedy rządziło. Cudnie było… PiS rozda pieniądze swoim, trzeba ich kontrolować.

Biednym trzeba ulżyć, ale ten pomysł, żeby podwyższać podatki przedsiębiorcom, ludziom kreatywnym i tworzącym miejsca pracy jest „nieroztropne”.

Władzę trzeba zdecentralizować.

Borys Budka ogólnie rzecz biorąc fajny jest, tylko Platforma zdycha. Budka nie wie, dlaczego tak jest, człowiek-nadzieja opozycji też nie. A obywatele chcą, żeby on był zamiast Budki. To go motywuje do roboty. Jakiej? Nie wiadomo. Trzeba sformułować plan dla Polski.

Budka nic nie robi, ale trzeba pamiętać, że wziął partie w trudnym momencie. Publiczna krytyka Budki jest niewłaściwa. Będzie (człowiek-nadzieja, nie Budka), robił partię, która nie będzie partią.

Szymon Hołownia dojrzewa. Politycznie. Morawiecki wprowadza autorytaryzm, ale jakby co, to on jest gotów do rozmów, bo jest osobą, która nie szuka konfliktu. On i Hołownia mogą nieść zmianę. Jeden będzie nadzieją, drugi dialogiem, obaj będą uśmiechnięci.

Centrum miasta musi mieć wyłącznie wąskie ulice. Jak będzie miało szerokie, to będzie „sowieckim miastem”. Trzeba centrum oddać ludziom, a zabrać samochodom. Zbudować zamiast tego system sprawnej komunikacji miejskiej to „ogromne wyzwanie”.

Czyta pięć książek na raz. Po mieście nie chodzi, bo go rozpoznają i zaraz czegoś od niego chcą. Miasto fajna sprawa, ale on ma predyspozycje do polityki zagranicznej. Nawet kojarzą go już ze znajomością języków obcych.
Zbiera podpisy przeciwko TVP Info. Będzie zbierał też podpisy za czymś, a nie przeciwko, jak tylko jakieś pozytywne projekty będą pod ręka. Nara.

Zaprezentowałem właśnie Państwu zwarty, pozbawiony kompletnie jakichkolwiek cech charakterystycznych, doskonale obły, śmiertelnie nudny, nic nie wnoszący i nie odpowiadający na żadne istotne społecznie pytanie program Rafała Trzaskowskiego. To właśnie on jest nadzieją opozycji. I w ten właśnie sposób wypowiadał się w wywiadzie dla tygodnik.interia.pl.

Pan to ma szczęście, Panie Kaczyński!

KPO czy reforma polskiego kapitalizmu?

Zapowiedź powrotu przedsiębiorczego państwa i planowania

Krajowy Plan Odbudowy jest próbą ocalenia kapitalizmu jaki znamy. To kapitalizm wielkich oligopolistycznych korporacji, oplecionych planktonem małych firm, pełniących rolę poddostawców i podwykonawców. Ale zarazem KPO pokazuje lewicy, jak by mogła wykorzystać państwo jako instrument głębokiej zmiany mechanizmów funkcjonowania gospodarki. Zmiany są konieczne, by mogły powstawać dobra i usługi zapewniające wszystkim umiarkowanie dostatnie życie w harmonii z przyrodą. I to zarówno mieszkańcom bogatego centrum, jak i biednego Południa.

Spróbujmy zatem z lewicowej perspektywy ocenić zabiegi konserwatorów kapitalistycznej gospodarki rynkowej w jej polskim peryferyjnym wariancie. Czym jest kolejny reset tej gospodarki przeprowadzany kosztem długu w centrum systemu? W USA na powtórne uruchomienie maszynerii zysku pójdzie około 2 bln dolarów, podobną kwotę przeznacza UE. Pieniądze te trafią częściowo do realnej gospodarki. Tutaj inwestycje firm mogą stworzyć więcej miejsc pracy. Część wsparcia z funduszu odbudowy znajdzie się ostatecznie na giełdzie, podsycając spekulacje akcjami, surowcami, żywnością. I ostatecznie o to chodzi w tym systemie.
Pisowski Plan Odbudowy wpisuje się w modną nowomowę o „zielonej” przemysłowo-cyfrowej rewolucji 4.0. Wymyślił ją twórca Międzynarodówki Davos Klaus Schwab, powielają unijni urzędnicy, popularyzują ekonomiczne portale i think tanki. Żeby tę nowomowę technokracji na usługach biznesu rozszyfrować, trzeba ją osadzić w realiach obecnej fazy ewolucji kapitalizmu. To kapitalizm wielkich korporacji-wydmuszek, kapitalizm oligarchii finansowej i technoproroków z Doliny Krzemowej.

Kapitalizm, którego główną dziedziną jest sektor finansowy, a ochroniarzami – politycy w różnych kostiumach ideologicznych. Ich osobiste kariery zahaczają o pracę w korporacjach, głównie w bankach. Praca dla biznesu pozwala im gromadzić czasami imponujące portfele akcji i nieruchomości jak premierowi Morawieckiemu Jadą w tym samym pociągu do podatkowego raju. Dlatego robią, co mogą, by podtrzymać wzrost gospodarczy w warunkach nasilającego się kryzysu planetarnego, a także stagnacji powiązanej bezpośrednio z degradacją dochodów płacowych. Ta zaś jest bezpośrednim skutkiem osłabienia siły klas pracowniczych w centrum, gdyż początkowe ogniwa łańcucha produkcji znalazły się teraz w Azji i Europie Centralnej. Pandemia COVID-19 nie jest czarnym łabędziem konwencjonalnych ekonomistów. To efekt dwóch stuleci przerabiania darów przyrody na zbiorowisko towarów, potrzebnych do akumulacji „abstrakcyjnej wartości”, czyli coraz większych majątków ułatwiających kontrolę nad gospodarką. Skurczyły się siedliska różnych gatunków, powstał wolny rynek patogenów. Ludzie dzięki taniej komunikacji lotniczej przemieszczają się między kontynentami, przy okazji zabierają pasażerów na gapę. Drogę z Chin do Europy czy USA patogeny łatwo pokonują w organizmie ludzkim. Lekarstw na kolejne pandemie nie dostarczy rynek, a konkretnie Big Farma. To leczenie choroby, której źródło leży w naiwnej wierze ekonomistów, przedsiębiorców i polityków. Wierzą oni w nieustanny wzrost gospodarki i nieograniczoność potrzeb. Ich zdaniem, rynek umożliwia optymalne dysponowanie zasobami. Pomijają jednak fakt, że zapasy są nieodnawialne, są depozytem procesów geologicznych sprzed miliona lat. Jak sądził laureat tzw. ekonomicznego nobla R. Solow, „ich wyczerpywanie się jest co najwyżej perypetią, a nie katastrofą”. Dlatego politycy w interesie swoich mocodawców uciekają się po raz kolejny do strategii zalecanej przez Keynesa-Kaleckiego: trzeba pobudzić popyt wydatkami budżetowymi kosztem jego deficytu. Kiedy pojawią się zyski i dochody płacowe, wówczas podatki poprawią bilanse. Ale wzrost gospodarczy wobec kryzysu klimatycznego musi być „zielony”. Stąd zewsząd słychać modły o zeroemisyjną energię, elektromobilność, morskie farmy wiatrowe, lokalne sieci producenckie. Ale to niestety tylko zielona maska. Uwzględnienie całego cyklu produkcji urządzeń do odnawialnej energii ukazuje tylko przemieszczenie efektu ekologicznego. Np. z 50. ton skały uzyskuje się kilogram galu, jednego z metali ziem rzadkich. Do każdej tony potrzeba 200 metrów sześciennych wody, nasyconej kwasami i metalami ciężkimi. Obecna gospodarka potrzebuje rocznie 2 miliardów różnych metali. Udział odnawialnej energii nie dojdzie przed 2030 r. do 30% mixu. Tak więc eksploatacja minerałów napotyka przed wszystkim ograniczenia energetyczne (więcej Trybuna23-25.04.2021 oraz w książce G. Pitrona, „Wojna o metale rzadkie”, Wydawnictwo Kogut).
Dlatego KPO i jego krajowe mutacje w UE nie rozwiążą obecnego co najmniej strukturalnego kryzysu kapitalizmu. Zmaga on się z kilkoma barierami: z ekologicznymi i energetycznymi barierami wzrostu gospodarczego, z dominacją sektora finansowego nad realną gospodarką, z nierównościami w podziale dochodu narodowego, które skutkują ograniczonym popytem, i w rezultacie stagnacją gospodarki. Do tego dochodzi starzenie się społeczeństw bogatych, a jednocześnie wzrost populacji na biednym Południu. Ideologia rasizmu i ksenofobii prawicy nie przezwycięży dziedzictwa kolonializmu, ani nie powstrzyma emigrantów ekonomicznych prze ucieczką od biedy. Dodatkowy problem to wkomponowanie chińskiego olbrzyma w porządek światowy stworzony po drugiej wojnie w interesie amerykańskich korporacji, dolara jako waluty rezerwowej i Wall Street jako centrum finansów światowych. A jeszcze wyścig zbrojeń – ważny dla gospodarki opartej na wzroście, tworzy bowiem popyt inwestycyjny i konsumpcyjny, dostarcza korporacjom cywilnych technologii. Świat bez zbrojeń byłby nie tylko bezpieczniejszy. Nie żal cmentarzyska żelastwa na pustyni Arizony, gdzie spoczywa 4 tysiące dowodów szaleństwa zimnej wojny.

Plany odbudowy i konserwacji wolnorynkowej gospodarki tylko odwlekają trudne decyzje. Najpilniejsze zadania na tym polu to dostosowanie gospodarki do limitów przyrody: przedłużanie trwałości urządzeń, recykling minerałów, podatki węglowe, rozbudowa publicznego transportu, ograniczenie komunikacji lotniczej, odbudowa lokalnych sieci produkcji, preferencje dla inwestycji w przełomowe innowacje (przede wszystkim w energię z syntezy jądrowej). To uderza w samo serce gospodarki podporządkowanej procesowi przekształcania kapitału pieniężnego w towary, a tych z kolei znów w pieniądz. Lub co gorzej bezpośrednio w bogaty portfel „produktów” finansowych, na czele niestety z samymi przedsiębiorstwami. Dlatego drugą stroną wybujałej produkcji jest sprzężona z nią symboliczna konsumpcja. Ma zaspokajać według konwencjonalnych ekonomistów rzekomo nieograniczone potrzeby ludzi. Tylko ciekawe, po co regularny, codzienny ogniowy ostrzał reklamami oczu i uszu każdego widza, słuchacza, czytelnika.

Projekt KPO wpisuje się w neoliberalną koncepcję roli państwa wobec gospodarki – ma ono usuwać „niesprawności” rynku. Jest wypracowaniem specjalistów nowego zarządzania publicznego. W tym ujęciu państwo ma tylko sterować systemem usług publicznych, powierzając je, gdzie i kiedy to możliwe, rynkowi i firmom prywatnym: szkoły, szpitale, przedsiębiorstwa użyteczności publicznej. Robi to zgodnie z zaleceniami Banku Światowego, MFW, OECD i unijnej biurokracji. Kierownictwo polityczne aparatu państwa to obecnie głównie weterani bojów z komuną, salonem warszawskim; to żołnierze wyklęci naszych czasów tylko walczący innymi środkami. Zmieniły się fronty: kosmopolityczna UE, cywilizacja śmierci, emancypacyjne dążenia młodego pokolenia. Natomiast biurokratyczna załoga pisowskiego państwa to specjaliści programowania, dilerki finasowej, absolwenci różnych szkół, kursów M-L: teraz Marketingu i Liderowania. Opanowali nowomowę zarządzania publicznego: challenges, objective, implementation. Króluje tu język dyskursu konwencjonalnej ekonomii i żargon ekspertyz think tanków: siły (rynkowe), uelastycznienie (zatrudnienia), stymulowanie (wzrostu gospodarczego), „uczenie się przez całe życie”, „digital transition”, „green skills”, „inteligentna infrastruktura”, „przełomowe cyfrowe technologie” (czyżby w Polsce miał powstać pierwszy kwantowy komputer!), ”odporność i konkurencyjność gospodarki” (przez ulgi podatkowe dla zagranicznych inwestorów oraz uzbrajanie terenów pod ich łaskawe inwestycje?), „przemysły kreatywne” (wcześniej to były Luxtorpeda 2.0, polski hyperloop, elektryczne samochody, teraz „zarządzanie ruchem bezzałogowych statków powietrznych”), „efektywne wykorzystania potencjału zasobów ludzkich”. Itd., itd. I tak przez prawie 500 stron.

Ponieważ w obecnej postaci KPO to tylko szkic zamierzeń , warto w trakcie ich przekładu na język ustaw, postawić kilka pytań pisowskim politykom, koordynatorom KPO i ministerialnym urzędnikom.

Po pierwsze, czy dokonają w ustawach korekty neoliberalnego modelu sektora usług publicznych. Neoliberalnego Lewiatana ukształtowało wysuszenie podatkowe. Musiał dokonać outsourcingu zadań publicznych, i szukać formuł partnerstwa publiczno-prywatnego. Na szczęście w Polsce vouchery na usługi publiczne to niespełnione marzenie przybocznych J. Korwin-Mikkego. Dla prywatnych minibiznesów „klasy średniej” państwo stało się dojną krową, stabilnym i wypłacalnym kontrahentem. Według akolitów Leszka Balcerowicza państwo miało działać jak biznes: być tanie i oszczędne, wzbogacone wiedzą ekspercką polityków społecznych, rzekomo aidelogiczną. Głównym jego zadaniem ma być kontraktowanie usług. Powstawał stopniowo układ rynkowy: państwo organizatorem, sektor prywatny usługodawcą. Skutek tego eksperymentu to obecny stan systemu ochrony zdrowia, a oznaką jego krachu nadumieralność w okresie pandemii COVID-19. Stąd w obecnej szkicowej wersji KPO, kiedy mowa o kapitale ludzkim, mamy te same słabości co w programach operacyjnych biurokracji EU: rzesze konsultantów, doradców, instytucji certyfikujących, procedury ewaluacyjne, narzędzia informatyczne, e-administracja, specjalne ośrodki szkoleń, wsparcie wdrożeń, centra monitorowania. Ile funduszy pochłonie ta jałowa młocka, której efekty trudno kontrolować? Można się spodziewać wzrostu popytu na działki, nieruchomości, luksusowe dobra ze strony polityków, urzędników, eksperckiego zaplecza, biznesowego środowiska i ich rodzin.

Lewica powinna opowiadać się za rozwiązaniami, które zwiększają współudział obywateli zarówno w decydowaniu, jak i w sposobach zaspokajania zbiorowych potrzeb. Prowadzi do tego celu remuncypalizacja, prospołeczne kontraktowanie, koprodukcja, włączanie organizacji pozarządowych w rodzaju fundacji i stowarzyszeń, co od lat postuluje jedyny zwolennik lewicy wśród specjalistów nauk prawnych Dawid Sześciło. Taka organizacja sektora publicznego odpowiada lewicowej koncepcji wspólnoty życia i pracy. Dominuje tu solidarność, dialog i współpraca partnerów społecznych. Tutaj samorząd terytorialny jest głównym dostawcą usług publicznych: odpowiada za bezpieczeństwo sanitarno-epidemiologiczne, zabezpieczenie społeczne członków lokalnej wspólnoty i jej infrastrukturalne potrzeby. I może być pod kontrolą mieszkańców.

Druga newralgiczna kwestia dotyczy mechanizmów wspierania z publicznej kasy sektora prywatnego, by powstała „polska Dolina Krzemowa”. Pod względem innowacji Polska wyprzedza w UE tylko Rumunię i Bułgarię. Przedsiębiorcze państwo ma wspierać „zieloną” transformację gospodarki, jej innowacyjność, w sumie przyczynić się na niewielką polską miarę do reindustrializacji unijnej gospodarki. Ponad 30% funduszy jest skierowanych do różnej wielkości firm prywatnych. Fundusze te mają być bądź całkowicie, bądź częściowo zwrotne, dodatkowo zgodne z unijnymi regułami publicznej pomocy. Absurdem postsolidarnościowej formacji jest też plan przygotowania ze środków publicznych gruntów pod inwestycje dla inwestorów, kiedy się umożliwiło oddanie deweloperom na mieszkaniówkę uzbrojonych terenów po zakładach produkcyjnych PRLu. Np. przedwojenny, i peerelowski Ursus to nie park nauki, tylko strefa specjalna dla deweloperów i Factory na miarę III i IV RP. Do tego dochodzi wsparcie inwestycji prywatnego sektora w strefach specjalnych. Za rządów PiSu cały kraj stał się rezerwuarem taniej pracy i niskich podatków, a jego różne agendy stręczycielami podwykonawców i poddostawców dla zagranicznego biznesu. Jest wątpliwe, czy nakłady na prace badawczo-rozwojowe mają szanse się zwrócić w sytuacji, kiedy brak w kraju globalnych firm. Musiałby one mieć innowacyjny produkt, kulturę organizacyjną, środki na reklamę, by uruchomić produkcję z wykorzystaniem światowej sieci poddostawców. Potwierdza te obawy klęska wdrożenia do produkcji grafenu, fiasko grantów w projekcie „inteligentnej gospodarki” (drony, nowatorskie cząstki, leki i terapie). Udało się tylko wybudować powierzchnie biurowe, aquaparki i wieże Kaczyńskiego w Ostrołęce.

Kolejna istotna kwestia dotyczy korzyści całej wspólnoty z inwestycji w prywatne firmy. Zgodnie z postulatami Mariany Mazzucato, publiczny inwestor powinien zagwarantować sobie udział w zyskach, które powstaną w wyniku finansowego wsparcia. Przypadek Apple`a, który wykorzystał wiele innowacji powstałych w sektorze publicznym, a później unikał nawet płacenia podatków- niech będzie przestrogą. Dlatego lewica powinna się opowiadać za ograniczaniem ochrony patentowej. Można ją zastąpić wysokimi nagrodami dla wynalazców. Na pewno pożądana jest eutanazja patentowych trolli, w większości to fundusze spekulacyjne. Wspieranie nieinnowacyjnych, utrzymujących się dzięki taniej pracy MŚP to działalność charytatywna. Dlatego w praktyce będziemy mieli do czynienia z pobudzaniem konsumpcji dzięki dochodom, które uzyskają pracownicy firm doradczych, prowadzących szkolenia. Pełno w projekcie specjalistycznych ośrodków szkoleń, wsparcia wdrożeń, centrów monitorowania Można się tylko domyślać do kogo będą one należały i ile prac studialnych, nie poddających się łatwej kontroli, wykonają na zlecenie administratorów KPO. Tutaj nadzór i audyt ma szczególne znaczenie.
Po trzecie, w pisowskiej wizji dobrobytu na nadwiślańską miarę nie widać żadnych działań na rzecz odchodzenia od konkurowania tanią pracą i niskimi podatkami. W dalszym ciągu bowiem realnie (po uwzględnieniu kosztów utrzymania) średnia wynagrodzeń w Polsce faktycznie stanowi zaledwie połowę niemieckich (P. Wójcik, Dziennik Gazeta Prawna, 97/2021). Lewica powinna mieć też własną strategię wobec zmieniającego się rynku pracy. Z powodu cyfryzacji i automatyzacji rośnie popyt na wysokokwalifikowanych specjalistów, ubywa zaś fizycznych zasobów pracy dla pracowników z niższymi kwalifikacjami. W tej sytuacji powinny się pojawić w projekcie działania na rzecz zmniejszenia czasu pracy do 35 godzin tygodniowo. Możliwym rozwiązaniem jest też praca przez cztery dni w tygodniu. To dopiero by podniosło jakość życia w kraju.

W sumie, lewica nie może być z zasady przeciwna inwestycjom państwa (publicznym) w gospodarkę. Ożywiają koniunkturę, dzięki nim rosną płace, spadają zyski posiadaczy kapitału i technologii – o to przecież chodzi. Do tych działań trzeba dołączyć upowszechnianie akcjonariatu pracowniczego i rozwoju spółdzielni pracy, o czym przypominają socjaliści z PPS (Trybuna 24/25.05.2021). Bez przeciwwagi klas pracowniczych wobec kapitału postęp techniczny, naukowy i przemysłowy przynosi, jak obecnie, społeczny i ekologiczny regres. Dlatego by podniesie jakość życia wszystkich: „prekariusze wszystkich krajów łączcie się”.

Co skrywa KPO? Liberalne dogmaty

Przyjęcie Krajowego Planu Odbudowy w kształcie zaproponowanym przez rząd Prawa i Sprawiedliwości nie jest wielkim sukcesem. Większość sposobów wykorzystania środków z Unii Europejskiej, które zaproponował rząd Morawieckiego to liberalne metody i slogany; w tym propaganda wzrostu PKB, narzekania na zbyt duży socjal i bardzo skąpe transfery finansowe do publicznego systemu ochrony zdrowia.

Krytyczna, pozbawiona złudzeń lektura całego dokumentu pozwala również przewidzieć naszą najbliższą przyszłość: zmieni się bardzo niewiele, a rządząca prawica szykuje nam też m.in realną próbę wydłużenia wieku emerytalnego.

Diagnoza: za dużo wydatków na socjal i zbyt mało pracowników
Dokument KPO napisano tak żeby zawierał w sobie wszystkie klasyczne narzekania liberałów: na niewydajną pracę, na zbyt duże wydatki na socjal i na zbyt małe wykorzystanie siły roboczej, a także na zbyt niski wiek emerytalny. To wszystko znajdziemy na kartach rządowego dokumentu, gdzie autorzy wprost piszą, że do głównych „słabości strukturalnych polskiej gospodarki” należą „obciążenia systemu finansów publicznych systemami zabezpieczeń społecznych” oraz „niski poziom wykorzystania rodzimych zasobów pracy”. Nie ma tam ani słowa o zbyt niskich podatkach dla najbogatszych i zbyt niskim podatku CIT.

Z całości treści i zamierzeń wyłania się za to dość klarowna, turbokapitalistyczna doktryna. Dokument wskazuje np. wprost skąd rząd zamierza ciągnąć dodatkową siłę roboczą, aby zwiększać kapitalistyczny wzrost. Tymi wybrańcami są „osoby w wieku produkcyjnym nieaktywne zawodowe”, wśród których w Polsce dominują emeryci (57,4%) i uczniowie oraz studenci (16,9%). Planowana „aktywizacja zawodowa” tych osób jest w rzeczywistości po prostu próbą powiększenia armii pracy o osoby starsze, chore oraz o uczniów i studentów. To propaganda, której efekty przyjdą już niedługo. Dokładnie ta sama presja może służyć też za wyjaśnienie dlaczego w ostatnim czasie praca dzieci staje się wałkowanym przez prawicowy mainstream medialnym tematem.

Zgodnie z wizją Krajowego Planu Odbudowy jednym z głównych problemów Polski jest zbyt mała liczba pracowników. W dokumencie nie znajdziemy natomiast nawet ani razu słowa „płace” i ogólnie perspektywa pracownika jest tu absolutnie nieobecna. Planowana i większa wydajność pracy ma się zaś realizować kosztem osób obecnie biernych zawodowo, w które rząd wkłada m.in. emerytów, osoby młode, czy migrantów. Autorzy wprost piszą nam, że niski wiek emerytalny jest problemem. W ramach działań związanych z KPO dalej realizowany ma też być program Pracowniczych Planów Kapitałowych, czyli realne wrzucanie pieniędzy pracowników na żer rynków i finansowych spekulacji. Plan zawarty w KPO to „dłuższe pozostawanie na rynku pracy osób starszych”, także elegancko nazywane „możliwościami zwiększania dochodów na emeryturze”. „Efektywne wydłużanie wieku emerytalnego” ma przy tym odbywać się metodą zaciskania pasa: nie będzie to konieczność, ale system zachęt działający w sposób bezalternatywny, bo realne, bazowe emerytury pozostaną bardzo niskie. Głównym zadaniem zaplanowanych przez rząd środków będzie zatrzymywanie seniorów w pracy jak najdłużej. Jest to też bez wątpienia odpowiedź na pytanie o to, jak rząd przewiduje rozwiązać problem niskich emerytur i jaką perspektywą wychodzenia z pandemicznego kryzysu gospodarczego operuje cały ten obóz polityczny.

Reforma zdrowia: tak, ale głodowa

Jedynym rzeczywiście istotnym postulatem dotyczącym zdrowia, który zwarty jest w KPO jest planowane zwiększenie wydatków na zdrowie do poziomu 6% PKB, od roku 2024. Jest to jednak poziom (uwaga!) … Niższy od obecnego. W tym momencie Polska wydaje bowiem na zdrowie około 6,3 proc. PKB, co zresztą i tak daje jej dopiero 24 miejsce na 27 krajów członkowskich Unii Europejskiej. Są to dane z końca poprzedniego roku i jak widać nawet pandemia nie skłania PiS-owskiego rządu do zwiększania nakładów na zdrowie. Polska ma za sobą ludobójcze i krwawe pandemiczne miesiące z dziesiątkami tysięcy ofiar, które mogłyby żyć. Mogłyby, ale pod warunkiem, że rosłoby finansowanie na zdrowie i nie działałaby systemowa dyrektywa, która nakazuje oszczędzać na ludzkim zdrowiu i życiu.

Prawo i Sprawiedliwość nie zamierza uczyć się na błędach, a skromne środki na szpitale i infrastrukturę nie pomogą jeżeli nie zwiększy się finansowanie opieki zdrowotnej. To wręcz narodowa hańba i wstyd, ponieważ polskie wskaźniki umieralności (i zwłaszcza tzw. nadmiarowych zgonów) są jednymi z najwyższych w skali globu. Przez Krajowy Plan Obudowy polski system ochrony zdrowia doczeka się jednak kolejnej odsłony zaciskania pasa.

Inwestycje w firmy, raj dla przedsiębiorców

W toku ostatnich dekad można się już było zdążyć przyzwyczaić do tego, że jedynym sposobem na ratowanie gospodarki w kryzysie, który uznaje się za dopuszczalny, jest finansowanie prywatnych firm z publicznych środków. Inwestycje w stylu Edwarda Gierka i socjalistyczne myślenie o gospodarce to ciągle temat tabu: transfery od podatnika do kieszeni prywatnego właściciela uznaje się w Unii Europejskiej za standard i jedyne istniejące rozwiązanie. Nic więc dziwnego, że w Krajowym Planie Obudowy znajdziemy mnóstwo fragmentów poświęconych wspieraniu prywatnych firm z budżetu państwa i ze środków unijnych. I nie znajdziemy tam niczego na temat większych podatków dla firm, korporacji, czy chociaż szczegółów dotyczących uszczelnienia systemu podatkowego.

Firmy otrzymają ulgę na robotyzację i automatyzację pracy, a także publiczne inwestycje w prywatne innowacje. W KPO znajdziemy też obietnicę wprowadzenia estońskiego CIT-u i dalszych mechanizmów obniżających skalę opodatkowania polskich firm. KPO zakłada też dalsze „uelastycznienie form zatrudnienia” – i w tym przypadku firmy mogą spodziewać się np. większej i bardziej długotrwałej promocji zdalnego zatrudnienia. Rząd w KPO chwali się też rozszerzeniem Specjalnych Stref Ekonomicznych na cały kraj, do tego obiecuje, że system zwolnień podatkowych dla kapitału nie zmieni się do co najmniej 2026 roku.
Podstawowym problemem – jak w przypadku każdych inwestycji – nie są same środki, ale sposób ich wydawania. Pomimo tego, że formalnie 68% środków z KPO ma trafić do rządu i samorządów, to w praktyce będą to pieniądze wydawane przede wszystkim tak, aby jeszcze bardziej wspomóc sektor prywatny. Pieniędzmi dla „rządu/samorządów”, są bowiem np. setki milionów, które wydane zostaną np. na: budowę farm wiatrowych, czy innej, różnej infrastruktury, która powstanie poprzez system zamówień publicznych.

Jest więc jasne, że środki „dla samorządów” i „rządu”, to najczęściej po prostu pieniądze wydawane przez samorząd/rząd na usługi od firm prywatnych. Cały ideologiczny paradygmat KPO mieści się zresztą w klasycznych założeniach o „partnerstwie publiczno-prywatnym”, które w praktyce sprowadza się do realizowania kapitalistycznej-liberalnej zasady, że zabronione jest inwestowanie w publiczne przedsiębiorstwa i trwałą, społeczną własność. Na końcu wszystkiego i tak znajdzie się więc jakaś prywatna firma, a w rezultacie większość inwestycji przecieknie państwu przez palce, bo nie stworzy żadnych trwałych form państwowej własności. Dokładnie ten sam problem pojawia się przy planowanych inwestycjach mieszkaniowych. 71 tysięcy mieszkań na wynajem, które wymienia się w programie będzie zbudowane przy publicznym wsparciu, ale nie przy pomocy publicznego dewelopera. Mieszkania te będą też mieszkaniami na wynajem. A już w tych nielicznych zbudowanych przez PiS czynsze są relatywnie wysokie i wcale nie na kieszeń niezamożnych pracowników. KPO pomija te problemy i pomija kwestie własnościowe. W całej tej układance państwo i samorządy są tylko pośrednikiem i dostarczycielem wzrostu gospodarczego dla sektora prywatnego.

Zielona transformacja

Najwięcej środków z KPO (ponad 14 miliardów euro) ma zostać zainwestowane w zieloną transformację energetyczną. Z tą częścią planu można też wiązać największe nadzieje. Tu pojawia się jednak kolejny i łatwy do przewidzenia problem. Plan nie podaje bowiem żadnych szczegółów tego, w jaki konkretnie sposób będą wydawane te środki. Z pewnością czeka nas więc lewicowa walka m.in. o to, aby wymiana indywidualnych źródeł ciepła (pieców itd.) odbywała się na koszt państwa i z wzięciem pod uwagę znikomych możliwości własnego finansowania ze strony niezamożnych mieszkańców.

Obecnie są to kredyty i częściowe dotacje, które nie odpowiadają społecznym uwarunkowaniom. Planowane wydatki w żaden sposób nie będą w stanie poprawić jakości polskiego powietrza, której najbardziej szkodzą właśnie indywidualne systemy grzewcze, jeśli programy nie będą oparte na bezzwrotnych transferach finansowych w budżety biedniejszej części polskiej populacji. Część dotycząca zielonej transformacji i tak jest jednak tą najlepszą z całego planu odbudowy. Szczególnie wysokie środki otrzymają morskie farmy wiatrowe, nareszcie dojdzie też do zamiany większej ilości pojazdów na pojazdy elektryczne i niskoemisyjne. Na kartach KPO rząd chwali się też planowanym, lecz dopiero na 2033 rok, uruchomieniem pierwszej w Polsce elektrowni jądrowej.

Zająć pole opozycji, lewicowej opozycji

Krajowy Plan Odbudowy nie jest lewicowy. Nie jest nawet prawdziwie chadecki. To liberalny plan ułożony z myślą o zaledwie minimalnym zwiększeniu finansowania usług publicznych, przy bardzo wielu nowych zagrożeniach. I tak np. 6% PKB na zdrowie do 2026 roku to żadna podwyżka i wręcz ludobójcza stawka. Głębokim niepokojem napawają też szerokie plany dotyczące efektywnego wydłużania wieku emerytalnego. Takich, liberalnych i godnych krytyki punktów w KPO jest więcej. Należy jednak podkreślić, że Lewica podczas głosowania zachowała się prawidłowo. Jednocześnie jednak wywalczone przez nią ustępstwa pozostają bardzo skromne i w żaden sposób nie naruszają liberalnego paradygmatu gospodarczego, na którym oparto cały Krajowy Plan Odbudowy.

Entuzjazm i wielkie zjednoczenie Lewicy, które pojawiły się przy okazji wydźwignięcia się jej na samodzielność w opozycji do liberalnego mainstreamu są cenne. Przede wszystkim dlatego, że dały Lewicy poczucie bycia samodzielną siłą, która jest w stanie działać w oparciu o własne kalkulacje i bez błogosławieństwa ze strony Gazety Wyborczej i jej liberalnych środowisk. Na poziomie politycznej i partyjnej samodzielności to duży sukces i rzeczywisty efekt, który w głowach pozostanie jeszcze na dłużej. Na poziomie realnej, klasowej polityki gospodarczej wsparcie Krajowego Planu Obudowy nie jest jednak ani rewolucyjne, ani nawet specjalnie lewicowe. I to powinno być dla Lewicy pomarańczowe, ostrzegawcze światło na przyszłość: by nie poprzestawała ona na samym wspieraniu mainstreamowych polityk Unii Europejskiej i pilnie zaglądała w szczegóły tego, co polskie i europejskie elity gospodarcze pragną realizować. Obecny mainstream Unii Europejskiej i gospodarcza treść jej programów nie odbiegają zanadto od klasycznych polityk neoliberalizmu. Zgodnie z takim widzeniem świata receptą na kryzys ma być więc: zwiększana wydajność pracy (większy wyzysk), bezzwrotne dopłaty z budżetu do prywatnych firm (oczywiście bez udziałów w zamian) i planowany zamach na prawa socjalne, wiek emerytalny itd.

Lewicowo realizowany Krajowy Plan Odbudowy mógłby być dla Polski kompletnie nowym rozdaniem gospodarczym. Z kurczowym trzymaniem się liberalnych i kapitalistycznych schematów myślowych oraz z prawicowym rządem nie będzie to jednak możliwe. Europejski kapitalizm dalej opiera się konieczności inwestycji w społeczną własność i długotrwale istniejące, państwowo gwarantowane miejsce pracy. A najbardziej szokujące są dalsze, kapitalistyczne próby oszczędzania na prawach socjalnych, w tym na zdrowiu. To wszystko wymaga zmiany. Bez głębokich, lewicowych korekt znacznie prędzej już za kilka lat znowu obudzimy się w dokładnie tej samej sytuacji, co najwyżej z lepiej dofinansowanym prywatnym sektorem. Tymczasem ceny mieszkań będą jeszcze wyższe, a kolejki do lekarzy-specjalistów jeszcze dłuższe…

Dlatego zamiast celebrowania warto zabrać się do pracy, a także głębszej i krytycznej refleksji nad tym, co żadnym lewicowym Planem Marshalla bynajmniej nie jest. Trzeba też pamiętać, że celem Lewicy nie jest wskoczenie w buty dawnej i bezkrytycznej wobec Europy Platformy Obywatelskiej, lecz dokonanie głębokiej, socjalnej i lewicowej korekty wszystkich polityk Unii Europejskiej. To dopiero początek walki o przyszłą Polskę i o sposoby wydawania unijnych środków. A w tej ostatniej kwestii Lewica musi wywierać określoną i bardzo konkretną polityczną presję. Już teraz. Potrzebna jest też lewicowa wizja i całościowo lewicowa alternatywa, która wyjdzie poza ramy wciąż panujących i przestarzałych, liberalnych narracji.

W czym libki mają rację?

Temperatura walki politycznej z PiS-em i rządem powinna być bardzo wysoka i ostra

Opozycja jest od tego, żeby rządowi się paliło i waliło, żeby czuli się zaszczuci i non-stop krytykowani. Żeby czuli, że są mordercami chorych, zbrodniarzami walczącymi przeciwko kobietom i stronnikami korporacji i kapitału. Problem liberałów polega na tym, że prawie wcale nie różnią się od PiS-u i ich walka zamieniła się w walkę dla walki, bez jakiejkolwiek łączności z różnicami programowymi, czy z materialną podstawą bytu.
Nie zmienia to jednak faktu, że walka z PiS-em i w ogóle całą prawicą powinna być radykalna. Lewica ma natomiast ogromne problemy z tym żeby atakować rząd.

Temperatura krytyki PiS-u ostatnio wyraźnie spadła, zastąpiona zadowoleniem z drobnych, które wywalczono u boku znacznie ambitniejszych planów samego PiS-u. Bo PiS akurat potrzebował głosów i musiał pójść na ustępstwa. Wejście w rolę giermka to cios we własne plecy.
W tym sensie skupianie się na „libkach” – którym zostało kilkanaście proc. poparcia – jest bezsensowne.

Palić powinno się pod nogami Kaczyńskiego i Morawieckiego!
Tymczasem można odnieść wrażenie, że Lewica nie potrafi ostro krytykować rządu, ani nawet na trwałe podnieść temperatury konfliktu politycznego.

Niezdolność do radykalnego ataku politycznego oznacza kryzys każdej opozycji. Dodajmy do tego, że PiS posiada szeroką i długofalową wizję, jakkolwiek by nam się ona nie wydawała odrażająca. Trzecia kadencja brunatnej fali, z rosnąca rolą Ziobry, setkami godzin patriotycznej historii w stylu IPN-u w szkołach, i rosnącą w siłę Konfederacją u boku… to nie jest niemożliwe.

Jedną z najgłupszych rzeczy, jakie mogłaby teraz zrobić Lewica jest popadanie w samozachwyt, powtarzanie śpiewki o swoich wielkich sukcesach negocjacyjnych w sprawie KPO, i opieranie na tym całej swojej bieżącej polityki. A mam wrażenie, że tak już się dzieje – niestety.

Sukcesy negocjacyjne są bardzo skromne – to raz. Dwa – los tych środków, które będą wydawane w następnych latach jest przecież kompletnie nieznany i uzależniony od rządów, które wtedy będą u władzy. Nic nie jest dane, ani pewne. Zwłaszcza losy inwestycji z KPO. No i tak w ogóle, to jeśli Lewica będzie się chwalić ~1/10 programu, który przygotował Morawiecki, to też i dostanie tą ~1/10 poparcia, które dostanie PiS.

Dawno nie było większej krytyki rządu i PiS-u. Wszystko skupiło się na samych znienawidzonych libkach, a konserwa i brunatni robią swoje.
Przyspieszają na trupach pseudoliberałów. Rząd zaraz rusza z „Nowym Ładem”, a program i horyzont Lewicy na ten moment sięga tak naprawdę drobiazgów, nieczytelnych dla ogółu. A rząd z PiS-u zabił swoją polityką dziesiątki tysięcy ludzi zamykając opiekę zdrowotną dla większości… Lewica w tej sprawie nie zrobiła żadnej większej sprawy ani hałasu.
Tymczasem wyborczynie i wyborcy chcą alternatywy, chcą opozycji z wielką i śmiałą wizją na całą Polskę. Chcą wizji, która ich porwie. Nie chcą przybudówki do partii władzy, która załatwi mniej od niej i ma mniejsze, skromniejsze horyzonty.

Po negocjacjach z PiS-em trzeba śmiałej lewicowej wizji oraz uderzenia w rząd. Stylizacja na giermka partaczy żadnego skoku poparcia nie przyniesie. I nie przynosi.

Parówki zamiast planu

Wystarczyło jedno średnio dowcipne zdjęcie, by dyskusja o Krajowym Planie Odbudowy znowu odpłynęła w rejonie bliskie histerii. A przecież sprawa była dość poważna: politycy Lewicy ruszyli w teren, poza wielkie miasta, by pokazywać miejscowym, co da im KPO.

Adrian Zandberg je parówkę na stacji benzynowej. Konkretnie – „parówkę” wegańską. To samo jego koleżanka z sejmowej ławy Magdalena Biejat i ich współpracownicy. Za nimi logo Orlenu. Zatrzymali się w trasie, zaraz jadą dalej.

Dokąd i po co? To już niespecjalnie kogokolwiek obchodziło. Nie mamy dużych lewicowych mediów, najbliższe nam socjaldemokratyczne partie próbują ratować się Facebookiem i Twitterem, godząc się na tamtejsze standardy „dyskusji”. Polegają one między innymi na tym, że zainteresowanie swoją osobą wypada podtrzymywać poprzez treści niepoważne, a potem obserwować, jak tłumy fanów biją się z jeszcze liczniejszymi zastępami przeciwników.

Zasięgi były wysokie

Zandberg zadziałał zatem, jak społecznościowe algorytmy nakazują. Zarzucił dowcipną treść i mógł obserwować z satysfakcją rosnące zasięgi. Bo zdjęcie komentowali wszyscy: rzecznik prasowy PiS zachwycony sztuką trollingu, zwolennicy Lewicy, zastanawiając się niekiedy, czy parówka naprawdę jest wegańska, i parlamentarzyści Koalicji Obywatelskiej, zastanawiając się, czy po hot-dogu w trasie Zandberg wybiera się na bardziej uroczysty obiad do samego Daniela Obajtka. Czy i kogo obsadzi w spółkach skarbu państwa dzięki nowym znajomym z PiS. Czy nie obchodzą go dziennikarze z lokalnych mediów wykupionych przez Orlen, którzy właśnie tracą pracę.

I właśnie ten przekaz najsilniej poszedł w świat, chociaż Zandberg po paru godzinach wrzucił kolejnego tweeta, w którym dość prosto tłumaczył, żadna koalicja między Lewicą a PiS-em się nie kroi. Kto miał zrozumieć, ten zrozumiał już wcześniej. Kto zaabsorbował już konkurencyjny przekaz, ten pozostał przy swoim. Taka anty-uroda mediów społecznościowych, do których chodzi się po to, żeby utwierdzać się we własnych poglądach.

Dokąd oni jechali?

Zatem jako że Lewica uparcie nie chce mieć własnych dużych mediów, najgłośniej rozlega się dalej przekaz liberalny. Lewica zdradziła, rzuciła koło ratunkowe rządowi, a teraz reklamuje Orlen. Nie ma już nawet znaczenia, o co chodzi z tym Krajowym Planem Odbudowy i po co właściwie nad nim głosowano. Dla liberałów Lewica jest zła, bo stoi razem z PiS. Dla rządzących i ich mediów rząd jest dobry i właśnie zagwarantował Polkom i Polakom 770 mld. Banery tej treści już stoją.

Lewica jechała w teren, żeby o sobie przypomnieć. Pokazać przed siedleckim szpitalem planszę z wypisanymi postulatami i opowiedzieć, że bez Zandberga i kolegów nie byłoby kasy na miejscowy szpital. Stanąć przed mieszkańcami i pokazać się z dobrej strony. Udało się? Chyba nie bardzo, skoro zainteresowanie było przeciętne, newsy w mediach lokalnych zdawkowe. Miejscowi prędzej usłyszą z TVP i TVN i parówce.

To może jednak Lewica chce mieć te swoje media? Nie tylko memy z Facebooka?

Partactwem Obezwładnieni

W taki sposób szewc Fabisiak odczytuje skrót nazwy PO jakim posługuje się partia, która sama zamknęła się w kręgu politycznej a także medialnej partaniny.

Jak trafnie zauważył Marek Dyduch, Platforma uprawia polityczne dziadostwo. W jaskrawy sposób objawiło się to podczas sejmowego głosowania nad ratyfikacją unijnego Funduszu Odbudowy. PO sama wpędziła się w kanał oponując przeciwko „zdradzieckim” negocjacjom Lewicy z rządem – które to negocjacje tak jak to ma miejsce na całym świecie toczyły się w zaciszu gabinetowym zamiast w świetle kamer – oraz założeniom będącego konsekwencją przyjęcia tego funduszu Krajowego Planu Odbudowy. Jednocześnie PO zarzekała się, że jest obiema górnymi kończynami za tym aby unijne środki wpłynęły do Polski. Popadając w tego rodzaju schizofrenię nie miała zatem innego wyjścia jak wstrzymać się od głosu. W ten sposób zachowała się jak chwiejna moralnie panienka, która i chciałaby i boi się.

Mówiąc o ratyfikacji unijnego programu trzeba postawić sprawę jasno. Otóż Polska nie miała innego wyjścia niż ratyfikowanie funduszu, gdyż jego zawetowanie oznaczałoby jego udupienie z konsekwencją dla wszystkich państw członkowskich UE. W Unii bowiem obowiązuje zasada jednomyślności. Czyli innymi słowy liberum veto, co zdaniem szewca Fabisiaka, stanowi najdonioślejszy wkład Polski w funkcjonowanie europejskiej wspólnoty. Skoro tak, to sejmowa większość nie mogła sobie pozwolić na odrzucenie ratyfikacji albo otwarcie głosując za albo jak Koalicja Obywatelska na sposób strusia chowającego głowę w piasek. Spośród posłów Koalicji Obywatelskiej za ratyfikacją głosował jedynie Franciszek Sterczewski. Zapytany o motywy odpowiedział, że tego życzyli sobie jego wyborcy. Wniosek z tego można by wysnuć następujący. Albo szefostwo Koalicji ma zupełnie innych wyborców niż poseł Sterczewski albo się z wyborcami nie konsultowało. Szewc Fabisiak skłania się raczej ku tej drugiej wersji.

O dziadostwie Platformy świadczy też jej reakcja na ustalenia jakie Lewica dokonała w wyniku rozmów z rządem. Ponoć Lewica nic nie uzyskała, co plastycznie argumentował Borys Budka pokazując pustą kartkę tak jak gdyby ktoś pierwej wymazał z miej ujęte w KPO postulaty Lewicy. Być może budowa 75 tys. mieszkań to jest nic dla kogoś, kto przynajmniej jedną taką nieruchomość posiada ale już nie dla tych, którzy tych mieszkań oczekują. Szewc Fabisiak nie chce w tym momencie cytować wszystkich nerwowych komentarzy platformianych i powiązanych z nią polityków. Pragnie jedynie zwrócić uwagę na dwa najbardziej kretyńskie. Autorem pierwszego jest Roman Giertych hop! hop! hop!, który widzi tu inspirację rosyjskich służb specjalnych, tym samym wpisując się w nurt tych myślicieli, dla których wszystkiemu co im się nie podoba winna jest rosyjska agentura wykazując się wyobraźnią na poziomie pewnego żołnierza, któremu wszystko kojarzyło się z pewną częścią damskiego ciała. Drugim mózgowcem okazał się Radosław Sikorski, który z kolei najwyraźniej ma pierdolca na punkcie paktu Ribbentrop-Mołotow porównując doń przed laty budowę gazociągu północnego a obecnie lewicowo-rządowe negocjacje. Jeżeli już bawić się w polityczne paralele, to trafniejsze byłoby porównanie tychże negocjacji do rozmów pomiędzy Rooseveltem i Churchillem z jednej a Stalinem z drugiej strony. Szewc Fabisiak zwraca uwagę na to, że choć byli to polityczni adwersarzy to potrafili w obliczu wspólnego celu zachować się jak mężowie stanu a nie jak rozkapryszone przedszkolaki.

Do krytyki Lewicy ochoczo przyłączyli się też nadgorliwi propagandziści ze sprzyjających Platformie mediów z Tomaszem Lisem, Gazetą Wyborczą i TVN na pierwszej linii frontu. Przykładowo, niezwykle dociekliwy redaktor tej stacji telewizyjnej Andrzej Morozowski dopytywał czy podczas rozmów z Morawickim w punkcie dotyczącym budowy mieszkań przedstawiciele uzyskali rządowe gwarancje tego, że w mieszkaniach tych będą mogły zamieszkać osoby LGBT. Zgodnie z tą logiką profesor egzaminujący studenta z układu planetarnego nagle powinien zacząć go go wypytywać o wojny peloponeskie. W komentarzach, a także wypowiedziach przynajmniej jednej z prominentnych postaci coraz mniej aktywnego Strajku Kobiet częstokroć pod adresem Lewicy pojawiają się oskarżenia o zdradę, tak jakby Lewica nagle zgodziła się na niemal całkowity zakaz aborcji czy też odpuściła swoje stanowisko wobec wielu innych kwestii. Tymczasem rozmowy dotyczyły zupełnie innych spraw niż te co do których Lewica ma odmienne zdanie niż PiS. Wszystkie te nie trzymające się przysłowiowej kupy insynuacje Włodzimierz Czarzasty podsumował jednym krótkim, lecz zrozumiałym dla ludzi myślących i nie do końca ogłupionych prymitywną propagandą zdaniem mówiąc: rozmawiałem z premierem w sprawie pieniędzy.

Szewc Fabisiak uważa, że Czarzasty rozegrał sprawę w sposób profesjonalny stawiając pod ścianą zarówno PiS, jak i PO – wbrew temu co twierdzi Platforma, iż było zgoła na odwrót najwyraźniej myląc własne pragnienia z obiektywną rzeczywistością. Najpierw wyraźnie zadeklarował poparcie dla Funduszu Odbudowy sytuując się na pozycji poważnego partnera do rozmów w odróżnieniu od zadufanej w sobie Platformy uważającej, że każdemu może dyktować swoje warunki. Następnie w skuteczny sposób ustawił sobie premiera zmuszając go do wpisania postulatów Lewicy do Krajowego Planu Odbudowy pod presją odmowy głosowania za jego przyjęciem. I na tym polega profesjonalna a nie partacka polityka – konkluduje Szewc Fabisiak.

10 proc. Lewicy

Borys Budka wieszczył Lewicy raptowny spadek poparcia za sprawą poparcia Krajowego Planu Odbudowy. Na razie jednak sondaże pokazują raczej niezadowolenie z powodu decyzji Koalicji Obywatelskiej. A Lewica? Nie jest źle, ale przełomu też nie ma.

Nowy sondaż IBRiS zamówiony przez polsatowskie „Wydarzenia” pokazuje, że Polacy chcą Krajowego Planu Odbudowy i wsparcia UE w podnoszeniu się po pandemii. Działania PO, która alarmowała, iż PiS pieniądze rozkradnie, a potem wstrzymała się od głosu, spotkały się z aprobatą tylko 23,9 proc. badanych. Postawę Konfederacji i Solidarnej Polski, które głosowały przeciw KPO, popiera zaledwie 11,5 proc Według 54 proc. odpowiadających KO postąpiła źle.

Aprobatę ankietowanych wywołały za to głosy za KPO. Z tym, że najwięcej punktów zebrało… ugrupowanie Szymona Hołowni. Aż 70 proc. badanych skomentowało pozytywnie jego działania (czyli głosy za KPO kilkorga posłów Polski 2050). Lewica, o której przy planie było najgłośniej, ma 66 proc. głosów na „tak”.

A ile głosów zdobyłaby w wyborach? Mniej, niż w 2019 r. i mniej więcej tyle samo, co w innych sondażach z ostatnich miesicy – 10,7 proc. Na czele stawki niezmiennie PiS z wynikiem 33,9 proc. Ale na drugim miejscu już nie KO, a Polska 2050 z wynikiem 18.,9 proc. Partia Borysa Budki nadal może liczyć na 15,3 proc. wskazań. Opozycję niedemokratyczną, czyli Konfederację, chce poprzeć 9 proc. wyborców. PSL walczy o przetrwanie z wynikiem 4,5 proc. (który przy urnach zapewne byłby jednak nieco lepszy). Drobne korekty w prawdziwym głosowaniu zrobiliby też niezdecydowani. Dziś mamy ich niecałe 8 proc.

Nie (i)gra się demokracją

Jeśli ktoś mówi, że demokracja to gra, nie jest demokratą. Nie mieliśmy kiedy uczyć się demokracji, nikt też do tej nauki się nie palił. W Polsce po roku 1989, tak po prawdzie, nikt demokracji nie chciał. Niektórzy chcieli dobrobytu, inni stabilizacji, wielu chciało, by było kolorowo jak w telewizji.

Jak w modzie na sukces, gdzie wszyscy mają sukcesy i zawsze są modni. Politycy chcieli być wybierani do władz, by mieć władzę, sukcesy i nosić się modnie. No, może poza jednym Kuroniem, któremu na modzie nigdy nie zależało, a zależało trochę na ludziach. Lud(zie) zwykły chciał mieć spokój, bezpieczeństwo i względny dobrobyt. Na ogół nie nęciła go odpowiedzialność za sprawy społeczności, nie chciał temu poświęcać czasu, którego zwykle i tak nie miał.

W Polsce po roku 1989 nie pojawiło się określenie „dobro wspólne”, nie zostało opisane ani nazwane. Mamy rząd, jaki mamy, zapisany w konstytucji i ustawach katalog usług publicznych i rzeczywistość, która czasem skrzeczy, a czasem cichutko jęczy. Dobro wspólne jest częściej w Polsce przedmiotem dowcipów niż politycznej analizy.

Debatę polityczną zdominował wulgarny neoliberalizm w wersji brytyjskiej, i to jeszcze bardziej zwulgaryzowanej. Ci, co mówią o demokracji, zwykle nie wiążą jej z równością. Są przekonani, że demokracja to wolność, głównie wolność wyboru – o ile oczywiście wyniki wyborów są zgodne z oczekiwaniami wyznawców wolności. W dodatku podstawą tej quasi-debaty wydaje się kompletna nieznajomość spraw, o których się dyskutuje, nieznajomość procedur demokratycznych, kompetencji ciał i instytucji. Można powiedzieć, że polską polityką rządzi ignorancja, a debatą polityczną niewiedza. Nikt nie chce nikogo do niczego przekonać, ale jedynie wyrazić swoją frustrację. W takim układzie nie ma miejsca na argumenty merytoryczne, liczy się tylko siła ekspresji i ekspresja siły.

Jeśli jednak się gra, trzeba pamiętać, kto rozdaje karty. Z punktu wierzących w grę najbardziej trzeźwe zdanie przedstawił 28 kwietnia Paweł Wroński. Poglądami Wroński jest najbardziej zbliżony do graczy z PO, ale potrafi czasem spojrzeć na stolik z kartami trochę chłodniej, jakby uzyskując nieco szerszą perspektywę. Bo szanse na jakieś większe zwycięstwo opozycji w sytuacji, gdy wszystkie atuty są po stronie rządu, były żadne. Hipotetycznie opozycja mogła postawić wspólne warunki rządowi, ale musiałaby wtedy zablefować, że nie poprze ratyfikacji funduszy własnych UE. Mało prawdopodobne, czy na taki blef PiS dałoby się nabrać. Jeśli nie, to utrata wiarygodności opozycji byłaby jeszcze większa. Bo jak: głosować przeciw? Politycy PO powinni być wdzięczni mniejszym partiom, bo gdyby też wybrali metodę chowania głowy w… piasek i wstrzymywania się od głosu, ratyfikacja by upadła, a wiarygodność polityków PO sięgnęłaby dna Głębi Landsort, jeśli nie Rowu Mariańskiego.

Jak sądzę, znaczna część agresji wobec Lewicy ze strony PO i niektórych jej aktywistów spowodowana jest tym, że od grudnia ubiegłego roku, czyli od ostatecznego ustalenia zasad funkcjonowania EFO, liderzy PO domagali się od rządu bezwarunkowego poparcia ratyfikacji EFO. Trudno powiedzieć, na ile te żądania były szczere, ale Internet pamięta. I nagle się okazało, że dokumenty ratyfikacyjne zostały przyjęte przez rząd i skierowane do Sejmu. Życzenie opozycji (PO) spełnione. Tylko głosować.

Osobiście wolałbym, by cała opozycja demokratyczna (Konfederacja taką nie jest) bezwarunkowo poparła EFO, a następnie próbowała przeforsować uchwałę o publicznej debacie nad Krajowym Programem Odbudowy. Taka debata zresztą jest ciągle możliwa, wymaga jedynie wspólnego działania opozycji (z zastrzeżeniem jak wyżej). W ogóle zadziwiające jest snucie dywagacji o obaleniu rządów PiS‑u z pomocą Konfederacji. Trzeba być większym fantastą niż idole prawicy: Dukaj czy Ziemkiewicz.

W mojej ocenie Lewica trochę przeszarżowała ze swoimi żądaniami, ale warto pamiętać, że PiS obiecało ich spełnienie nie tyle Lewicy, ile społeczeństwu, czyli aktywnym wyborcom.

Wielkim problemem partii opozycyjnych jest słabość komunikacji z sympatykami i całą aktywną opinią społeczną. Nawet PO – wspierana, jak się wydaje, przez wszystkie jeszcze niezależne media – nie potrafi formułować jasnych i przekonujących komunikatów. Istnieje podejrzenie, że wynika to z kompletnego braku koncepcji politycznej i planu działania. Pozostałe ugrupowania opozycyjne, niemające zaprzyjaźnionych mediów, są w gorszej sytuacji. Lewica natomiast ma problemy nie tyle z formułowaniem przekazu, ile z koordynacją czasową i planowaniem kampanii informacyjnych. Można było odnieść wrażenie, że po ogłoszeniu sukcesu negocjacyjnego w sprawie EFO i KPO liderzy wyjechali na zasłużony odpoczynek – a weekend był dłuższy niż zwykle.

Efektywną i niemal całkowitą kontrolę nad realizacją Krajowego Programu Odbudowy sprawuje jedynie rząd Morawieckiego i podległe mu instytucje. Rządzący muszą się liczyć jedynie z mechanizmami nadzoru ze strony Komisji Europejskiej. Oraz z generalną oceną wyborców.

Argument, że Unia Europejska na coś rządowi nie pozwoliła, nie będzie miał mocy ani nośności. Rząd sam ten program napisał, sam go negocjuje, sam go realizuje. I sam będzie ponosił odpowiedzialność. Z punktu widzenia opozycji sytuacja niemal wymarzona. Nic tylko patrzeć władzy na ręce, wspierać samorządy w ich żądaniach kierowanych pod adresem władzy centralnej, siedzieć na kanapie z pilotem i przerzucać kanały informacyjne. W przerwach warto jednak pracować na ofertą dla społeczeństwa i szukać tych elementów wspólnych, które mogą być poparte przez inne ugrupowania demokratyczne (z zastrzeżeniem jak wyżej). No i przestać się nad sobą użalać.

A konkordat należy oczywiście wypowiedzieć.

Lewica nie poparła KPO bezwarunkowo

Warszawa, 5 maja 2021 roku

insp. Zdzisław Czarnecki
Przewodniczący Zarządu
Federacji Stowarzyszeń
Służb Mundurowych RP

Szanowny Panie Przewodniczący,

Lewica darzy środowisko emerytów mundurowych szacunkiem i uznaniem. Na ten szacunek zapracowaliście przez kilkadziesiąt lat ofiarnej służby dla Polski.

Jednak w 2009 roku koalicja PO-PSL rozpoczęła proces pozbawiania Was praw nabytych. Potem przez uchylone drzwi wszedł PiS, który ograbił Was z emerytur i godności. Byliśmy jedyną siłą broniącą Waszych praw nabytych i protestującą przeciwko bezprawiu.

Podpisaliśmy porozumienie określające zasady współpracy między naszymi środowiskami. Kierownictwo partii oddelegowało do współpracy z Wami posła Andrzeja Rozenka,
który chociaż nigdy tematyką emerytur mundurowych się nie zajmował, to z powierzonego mu zadania wywiązał się wzorowo. Podobnie jak skupiający się na problemach emerytów wojskowych minister Janusz Zemke. Wspólnie zebraliśmy 300 tys. podpisów. Przypieczętowały one naszą współpracę.

Za nami kilka lat dobrej i ścisłej kooperacji. Nie może być tak, że rozbieżność zdań w jednej kwestii przekreśli lata owocnej i zgodnej i współpracy. Byłoby to postępowanie szkodliwe
dla obydwu środowisk.

Podtrzymujemy naszą deklarację, że Lewica nie wejdzie do rządu, który nie zadeklaruje,
że odwróci skutki ustawy represyjnej. Nigdy nie pogodziliśmy się z tym drakońskim prawem stosującym niedemokratyczną zasadę odpowiedzialności zbiorowej.

Powyższą deklarację potwierdziłem publicznie na antenie Radia Zet w audycji z 5 maja 2021 roku. Zachęcam do odsłuchania tej rozmowy: https://wiadomosci.radiozet.pl/Gosc-Radia-ZET/Wlodzimierz-Czarzasty-Lewica-wejdzie-do-nastepnego-rzadu-i-bedzie-wydawala-pieniadze-za-ktorymi-glosowaly-3-partie-opozycyjne

Lewica wprowadziła Polskę do Unii Europejskiej. Uznajemy obecność naszego państwa
w strukturach europejskich za historyczne osiągnięcie i gwarant demokratycznego ustroju Polski. Jednocześnie członkostwo w Unii to szansa na poprawę codziennego życia Polaków.

Europejski Fundusz Odbudowy uznaliśmy za narzędzie, które uczyni lepszym życie dziesiątek milionów Polaków. Pozwoli wzmocnić ochronę zdrowia, rozwinąć transport publiczny, ułatwić transformację energetyczną, zapewnić zdalny dostęp do administracji publicznej.

Nie chcieliśmy popierać Funduszu Odbudowy bezwarunkowo, lecz zmienić go w kierunku zgodnym z programem i wartościami Lewicy. Dlatego właśnie Lewica wysunęła postulaty dofinansowania szpitali powiatowych, budowy dostępnych mieszkań na wynajem,
czy wsparcia dla przedsiębiorców i pracowników z branż, które najbardziej ucierpiały z powodu kryzysu.

Wszystkie te warunki łączy jeden wspólny mianownik – mieszczą się w zakresie Krajowego Planu Odbudowy. Realizacja KPO będzie kontrolowana przez Komisję Europejską w dialogu
z Parlamentem Europejskim. Instytucje europejskie są najlepszym gwarantem realizacji naszych warunków.

W rozmowach z rządem Lewica nie postawiła postulatów wykraczających poza sprawy finansowe. Negocjacje dotyczyły pieniędzy z Unii Europejskich. Gwarantem ich uczciwego wydawania jest Komisja Europejska.

Niestety próba uczynienia z Komisji Europejskiej gwaranta ustaleń dotyczących spraw emerytów mundurowych lub praw kobiety byłaby nieskuteczna. Bylibyśmy zdani na dobrą wolę rządu. Komisji Europejskiej wierzymy, rządowi nie.

Żadna z sił politycznych w swoich postulatach dotyczących Krajowego Planu odbudowy
nie postawiła sprawy emerytów mundurowych. Obarczanie Lewicy winą jest więc nieuczciwe.

Prezydent Aleksander Kwaśniewski komentując ostatnie wydarzenia trafnie zauważył,
że Lewica z rządem nie prowadziła drugich obrad Okrągłego Stołu, które dotyczyłyby całości spraw społecznych.

30 kwietnia br. spotkałem się z przedstawicielami kierownictwa Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych RP. Jednym z uczestników spotkania był poseł Andrzej Rozenek. W trakcie spotkania wymieniliśmy nasze oceny wydarzeń z ostatnich kilkunastu dni.

Była to szczera rozmowa. Ale przyświecało jej przekonanie, że jeśli jakieś środowiska mają
za sobą kilka lat dobrej współpracy, to nie powinny ich przekreślać z powodu rozbieżnych ocen jednego wydarzenia.

W Polsce są cztery formacje demokratyczne. W głosowaniu nad pieniędzmi z Unii Europejskiej podzieliły się w stosunku trzy do jednego. Lewica, PSL i ugrupowanie Polska 2050 Szymona Hołowni zagłosowało za ratyfikacją decyzji Rady UE o systemie zasobów własnych. Platforma Obywatelska, wspólnie z partią Zbigniewa Ziobry i Konfederacją nie poparły ustawy ratyfikacyjnej. Platforma zagłosowała podobnie jak gnębiący Wasze środowisko Zbigniew Ziobro i wroga Wam i Unii Europejskiej Konfederacja.

Nie zmieniliśmy naszych przekonań w sprawie praw emerytów mundurowych. Jako Lewica nie ustaniemy w dążeniach do naprawienia krzywd i przywrócenia sprawiedliwości społecznej.

Z poważaniem

Włodzimierz Czarzasty
Przewodniczący Nowej Lewicy