Ku przestrodze

Na Międzynarodowy Dzień Walki z Faszyzmem i Antysemityzmem, ustanowiony w rocznicę Nocy Kryształowej, Stowarzyszenie Nigdy Więcej opublikowało kolejną edycję Brunatnej Księgi czyli monitoringu zdarzeń na tle rasistowskim i ksenofobicznym.

Noc Kryształowa to określenie pogromu ludności żydowskiej w nocy z 9 na 10 listopada 1938 roku w Niemczech. Naziści zamordowali wówczas kilkudziesięciu Żydów, tysiące zesłali do obozów koncentracyjnych, zdemolowali i spalili setki synagog oraz tysiące żydowskich sklepów i mieszkań.

– Pamięć o tragicznej przeszłości zobowiązuje nas do odpowiedzialności za słowo, szczególnie w dobie internetu i jego nieograniczonego zasięgu – powiedziała dr Anna Tatar ze Stowarzyszenia Nigdy Więcej, główna autorka Brunatnej Księgi.

W Brunatnej Księdze w ostatnich miesiącach zostało odnotowanych wiele aktów przemocy wobec mniejszości seksualnych. Pogarda względem nich przejawia się w wypowiedziach polityków, dziennikarzy, a także duchownych. Do Sejmu dostali się pod szyldem Konfederacji skrajnie prawicowi działacze, którzy żądają „batożenia” jako kary za homoseksualizm (Grzegorz Braun), zapowiadają „wykopanie LGBT z polskiej przestrzeni publicznej” (Robert Winnicki) czy przewidują „wyrżnięcie elit, które popierają zboczenia” (Janusz Korwin-Mikke).

Odnotowano również pobicia, dewastacje cmentarzy i pomników poświęconych mniejszościom narodowym, skrajnie nacjonalistyczne manifestacje, rasistowskie i homofobiczne wyzwiska, przypadki mowy nienawiści w mediach, akty dyskryminacji wobec grup mniejszościowych. Przykłady zdarzeń (spośród wielu innych):

Grupa napastników obrzuciła ksenofobicznymi wyzwiskami i pobiła obywatela Ukrainy, pracownika firmy przewozowej. Zażądali od niego, by przełączył muzykę na disco polo. Gdy odmówił, stwierdzili, że ‘nie szanuje kraju, do którego przyjechał’, i wyzywali go ‘Jeb…ny Ukraińcu, wracaj do siebie’ (Warszawa, w nocy z 8 na 9 marca).

Nieznani sprawcy zdewastowali tablicę upamiętniającą Żydów zamordowanych przez Niemców podczas II wojny światowej. Namalowali na kamiennej płycie dwie swastyki (Otwock, 6 kwietnia).
Mężczyzna zaatakował kobietę w hidżabie i jej trzymiesięczne dziecko. Krzyczał do niej ‘Wypier…cie stąd, brudasy’, wykonał również gest faszystowskiego pozdrowienia ‘Heil Hitler’ i zawołał ‘White power!’ (Rzeszów, 2 sierpnia).

Czterech napastników pobiło i obrzuciło wyzwiskami pracownika baru z kebabem – obywatela Bangladeszu (Łódź, w nocy z 21 na 22 września).

Inicjatorem i wieloletnim twórcą ‘Brunatnej Księgi’ był śp. Marcin Kornak, założyciel Stowarzyszenia Nigdy Więcej. Prowadzony nieprzerwanie od ponad dwudziestu lat monitoring zyskał międzynarodowe uznanie jako najbardziej rzetelne i niezależne opracowanie informacji dotyczących przemocy ksenofobicznej w Polsce.

Afrykanie Afrykanom

„Mandela musi się przewracać w grobie, jeśli to widzi” – ten tytuł z gazety Aujourd’hui w Burkina Faso w różnych formach powtarza się w afrykańskiej prasie.

Od kilku dni, podobnie jak w 2008 r. (62 zabitych), czy w 2015 (7 zabitych) w Republice Południowej Afryki trwają ksenofobiczne rozruchy, wręcz pogromy obcokrajowców-imigrantów, głównie drobnych sklepikarzy i robotników, wyłącznie Afrykanów. RPA – kraj nazywający się „tęczowym narodem” ze względu na swą różnorodność, wysyła – zdawałoby się – surrealistyczny sygnał reszcie swego kontynentu. Lecz mechanizmy, które doprowadziły do takiej sytuacji, są dobrze znane i funkcjonują niestety na całym świecie.
Co się mogło stać, że w kraju wielkiego bohatera Afryki Mandeli powstało słowo „afrofobia”? Południowoafrykańscy czarni różnych odcieni pragną wyrzucenia z kraju innych czarnych różnych odcieni, imigrantów, którzy osiedlili się tam w poszukiwaniu pracy: RPA to druga gospodarka Afryki. „To afrykańska tragedia na niewyobrażalną skalę” – pisze nigeryjski Guardian i ta konsternacja przebiega przez cały kontynent. „To absolutny wstyd, że Afrykanie zwracają się przeciw sobie z powodów, które według racjonalnej analizy, obrażają jednocześnie zdrowy rozum i sens historii” – żałuje dziennik. Problem w tym, że nie da się tej sytuacji tłumaczyć w kategoriach rasowych.
Według senegalskiego Walf Quotidien, jak w innych afrykańskich mediach południowoafrykańską afrofobię tłumaczy się przede wszystkim kryzysem ekonomicznym: „Może nie należało oczekiwać niczego lepszego w kraju, gdzie bieda, by nie powiedzieć nędza, jest codziennością ludzi pozostających w gettach i townships. Czarni, gotowi zabić za kawałek chleba, widzieli jak siła ekonomiczna im ucieka, bo system edukacyjny nie bierze ich pod uwagę fabrykując miliony bezrobotnych”. Według oficjalnych statystyk poniżej progu biedy żyje ok. 3 milionów ludzi (na ok. 56 milionów mieszkańców). Ale coś z tymi statystykami jest nie tak, bo oficjalne bezrobocie sięga już 28 proc. „Imigranci zabierają nam pracę!” – ten krzyk można usłyszeć w wielu krajach europejskich.
W RPA do dziś rządzi historyczna partia Mandeli (ANC). „Imigrant z Malawi czy Nigerii nie jest winien braku ochrony socjalnej… prawdziwi winni kryją się w tle, zadowoleni, że złość nie kieruje się w ich stronę” – pisze z kolei rwandyjski The News Time. Ten mały przegląd afrykańskiej prasy dowodzi, że Afrykanie są świadomi, że ksenofobiczne rozruchy są konsekwencją „niewidzialnego” konfliktu klasowego, jak wszędzie na świecie. Przywódcy RPA po Mandeli, zafascynowani neoliberalizmem i koncepcją „uwłaszczenia” elit politycznych, stworzyli bezlitosny, podszyty potężną korupcją system dominacji nowej afrykańskiej burżuazji nad resztą narodu. A to, co ma go jednoczyć, to poczucie wyższości nad Afrykanami z innych krajów.
Kilka lat temu południowoafrykańska pisarka Sisonke Msimang pisała, że „w erze demokracji zmieniliśmy nienawiść do Afryki w rodzaj wyjątkowego szowinizmu. (…) By dobrze zrozumieć podejście obywateli RPA do imigracji, trzeba przyjąć fakt, że wielu ludzi mówi: apartheid był tak wyjątkowym doświadczeniem, że wyróżnia nas od innych narodów świata, a szczególnie od Afrykanów”. Czyli mamy tu doskonale znane zjawisko „postmesjanizmu”, reakcji skrzywdzonego niegdyś narodu, który czuje, że z tej racji wolno mu więcej niż innym. Mieliśmy to w Polsce, mamy w Izraelu, który wręcz wprowadził apartheid, i w innych krajach, gdzie ta reakcja przybiera różne formy ksenofobii i nienawiści, by być czynnikiem „jednoczącym”, zacierającym rzeczywiste konflikty społeczne.
Na koniec warto dodać, że ANC oczywiście oficjalnie potępia antyimigranckie rozruchy, ale jak to gdzie indziej bywa, zawsze znajdują się jacyś politycy, którzy poprą uczucia szowinizmu, dadzą legitymację tym, którzy wychodzą na ulice z kijami. Kraje afrykańskie pomagały jak mogły ANC w jego dawnej walce z apartheidem, a dziś są rozżalone i zdegustowane, nazywają nawet postawę RPA „kryminalną niewdzięcznością”. Państwo, które zaniedbuje własnych obywateli, wcześniej, czy później doświadczy przemocy, odpowiednika bezwzględnej przemocy ekonomicznej, którą samo stosuje. RPA nie jest więc żadnym wyjątkiem.

Faszyzm zbrodnią, nie opinią

Dość rasizmu i faszyzmu! Ten okrzyk zabrzmiał dziś na ulicach kilku polskich miast – gdzie odbywają się 16 marca z uwagi na Międzynarodowy Dzień Walki z Rasizmem. Kilkadziesiąt godzin po zamachu na meczety w Nowej Zelandii hasło zabrzmiało wyjątkowo aktualnie.
– Jesteśmy tu, by wyrazić swój sprzeciw, sprzeciw wobec tego, co się dzieje na całym świecie, sprzeciw wobec poniżania ludzi – takich, którzy mają jeszcze trudniej, uchodźców, imigrantów, tych, którym tak naprawdę najtrudniej odnaleźć się w nowym państwie, a podlegają dodatkowej presji ze strony rasistów – tak Filip Ilkowski z Pracowniczej Demokracji tłumaczył cel zgromadzenia, które ruszyło w Warszawie pod pomnikiem Mikołaja Kopernika. Oprócz tej lewicowej organizacji wśród organizatorów przemarszu były partia Razem, Ruch Sprawiedliwości Społecznej, Zieloni, Inicjatywa Dom Otwarty czy Stowarzyszenie Wygra Warszawa, wszyscy zrzeszeni w koalicji Zjednoczeni Przeciw Rasizmowi. Na ich apel z Krakowskiego Przedmieścia pod Sejm przeszło kilkaset osób.
Zebrani sprzeciwiali się przyzwalaniu na funkcjonowanie faszystowskich i faszyzujących stowarzyszeń – w Polsce i innych państwach liberalnej demokracji. „Faszyzm zbrodnią, nie opinią”, „Solidarność naszą bronią, a rasiści niech się gonią” – skandowali. Uczcili pamięć zamordowanych w Nowej Zelandii muzułmanów, paląc znicze przed ambasadą tego państwa. Filip Ilkowski podkreślił, że atak na meczety nie był neutralną politycznie, bandycką strzelaniną, ale efektem umacniania się postaw ksenofobicznych i islamofobicznych, cynicznie nakręcanych przez prawicowych polityków. Warto przypomnieć, że w czasie, gdy uczestnicy demonstracji solidaryzowali się z bliskimi zabitych, na polskich nacjonalistycznych facebookowych profilach w najlepsze wychwalano mordercę z Christchurch i zachęcano do lektury jego manifestu.
– Polska być może nie jest Nową Zelandią, ale wiemy, że w Polsce nienawiść jest ogromna. Jeżeli nie uda nam się jej powstrzymać, to nie wiemy do czego może ona doprowadzić! – takie słowa z kolei padły na analogicznej demonstracji w Poznaniu. Tam na wezwanie partii Razem oraz partii Wiosna, Grupy Stonewall, Fundacji Republika Różnorodności, Poznania Wolnego od Nienawiści i Otwartej Rzeczypospolitej zgromadziło się ok. 200 osób.
Na koniec marszu demonstrujący w Warszawie symbolicznie rozerwali przed ambasadą USA transparent w formie muru, pokazując, że nie godzą się na politykę odgradzania się i budowania murów lansowaną przez Donalda Trumpa. W Krakowie kilkudziesięcioosobowy pochód otwierał transparent z napisem „Każda inna, wszystkie równe” i postaciami o różnym kolorze skóry i pochodzeniu. W Szczecinie, oprócz wielkiego hasła „Dość rasizmu i faszyzmu”, uczestnicy przynieśli na protest plansze przypominające o atakach na tle ksenofobicznym i rasistowskim, jakie miały miejsce w Polsce.

Triumf rasistowskiej retoryki

Ameryka nie skręciła w lewo. Wbrew wcześniejszym zapowiedziom, dodatkowo podsycanym przez liberalne media, Partia Republikańska umocniła swoją pozycję w Senacie, a jej kandydaci wygrali większość wyścigów o fotel gubernatora. Wielka w tym zasługa prezydenta Donalda Trumpa i jego rasistowskiej retoryki.

 

W swojej kampanii wyborczej w 2016 r. Trump obiecał budowę muru na granicy z Meksykiem, aby powstrzymać „zalew nielegalnych imigrantów”. Jak przekonywał ówczesny kandydat Partii Republikańskiej, to właśnie „hordy obcokrajowców” odpowiadały za wszelkie problemy trapiące „najznakomitszy kraj na świecie”, na czele z kulejącą gospodarką, rosnącą przestępczością i topniejącym prestiżem międzynarodowym USA. Trzeba przyznać Trumpowi, że słowa dotrzymał. Mur rzeczywiście powstał, choć inny niż zapowiadał. Nie jest on zbudowany z żelbetonu i drutu, lecz z rasistowskich i ksenofobicznych haseł, którymi prezydent i jego poplecznicy sprawnie się posługują. Zwroty i sformułowania, które jeszcze kilka lat temu dogorywały na śmietniku historii, dziś zajmują poczytne miejsce w głównym nurcie debaty politycznej w Stanach Zjednoczonych. Dla części białych Amerykanów stanowią one swoistą barierę bezpieczeństwa, chroniącą ich przed zagrażającym ich dominacji multikulturalizmem.

Popis swoich umiejętności administracja Donalda Trumpa dała na kilka dni przed ubiegłotygodniowymi wyborami do Kongresu, wypuszczając spot uderzający w rzekomo „zbyt liberalną” politykę imigracyjną Partii Demokratycznej. W trwającym pół minuty filmie pokazano m.in. imigranta z Meksyku, który w 2014 r. zamordował dwóch policjantów. „Żałuję, że nie zabiłem więcej tych pierd*** glin” – mówił podczas rozprawy sądowej, śmiejąc się do kamer, co zręcznie uchwycili autorzy spotu. Chwilę później na ekranie pojawia się napis: „Demokraci pozwolili mu pozostać w USA”. W następnej scenie można zobaczyć tzw. „karawanę imigrantów”, jak media zwykły nazywać tysiące uchodźców z Hondurasu, Gwatemali i Salwadoru, którzy wyruszyli w pieszą wędrówkę do USA w nadziei na azyl. Jednak ich tragicznych historii nie poznają widzowie spotu. Zobaczą jedynie agresywny i brudny tłum, który niszczy wszystko na swojej drodze do Stanów Zjednoczonych, by zaprowadzić tu chaos i zniszczenie.

„Niebezpieczni nielegalni przestępcy, jak zabójca policjantów Luis Bracamontes, mają za nic nasze prawa” – mówi grobowym głosem lektor. Następnie, już w znacznie łagodniejszym tonie, zachęca widzów do głosowania na kandydatów Partii Republikańskiej. Cały spot kończy się słowami Trumpa, deklarującego, że „akceptuje ten przekaz”. Jednorazowy pokaz filmu w przerwie transmisji niedzielnego meczu futbolowego kosztował kampanijny fundusz prezydencki ponad 760 tys. dolarów.

Większość stacji telewizyjnych uznało spot za zbyt kontrowersyjny, aby go pokazać. O ile taka decyzja nie dziwi w przypadku CNN, NBC czy Facebooka, to już bojkot filmu ze strony konserwatywnej i uwielbianej przez republikanów Fox News przyjęto z zaskoczeniem. „Do czasu dalszego postępowania, Fox News zdecydował się wycofać spot ze wszystkich swoich kanałów” – powiedziała Marianne Gambelli, odpowiedzialna w firmie za dział reklamy. Bardziej bezpośredni byli przedstawiciele pozostałych stacji. Władze CNN wydały oświadczenie, w którym wprost nazwały film „rasistowskim” i „kłamliwym”, zaś NBC określił go jako „niezwykle obraźliwy”.

Do niedawna po takiej medialnej burzy prezydent wycofałby się ze skulonym ogonem, przepraszając wszystkich, którzy poczuli się dotknięci. Za swoje słowa nie raz musieli wyrażać skruchę jego poprzednicy, nie wyłączając nawet takich politycznych twardzieli, jak Richard Nixon czy Ronald Reagan. Jednak to, co kiedyś należało do kanonu amerykańskiej kultury politycznej, dziś uznaje się co najwyżej za folklor. Pytany przez dziennikarzy o medialny bojkot spotu, Trump stwierdził, że nie wie o co chodzi. „Różne rzeczy różne osoby uznają za obraźliwe. Nie wiem czy ten film jest obraźliwy. Wiem natomiast, że jest bardzo skuteczny, sądząc po liczbie osób, które go obejrzały” – prezydent przyznał z rozbrajającą szczerością.

Rzeczywiście, chociaż spot został wycofany z głównych stacji telewizyjnych, to w internecie święcił triumfy. Liczba odsłon rosła z każdą godziną, czemu przysłużyli się prawicowi blogerzy, zalewając media społecznościowe informacjami i linkami do filmu. Szybko pojawiły się też różnego rodzaju teorie spiskowe, atakujące media głównego nurtu – czyli „fake news media” – za cenzurę polityczną i próbę wpłynięcia na wynik zbliżających się wyborów do Kongresu.

W całym tym utyskiwaniu na „liberalną cenzurę” mało kto zwrócił uwagę, że sam spot należy do kategorii fake news, czyli kłamliwych wiadomości. Bracamontes, który zabił dwóch policjantów, został zatrzymany i wypuszczony przez służby imigracyjne za czasów prezydentury republikanina George’a W. Busha. Co więcej, bezpośrednio odpowiedzialnym za niewyciągnięcie konsekwencji wobec Bracamontesa był szeryf Joe Arpaio, obecnie jeden z bliskich sojuszników Trumpa.

Generalnie, Amerykanie uważają imigrację za zjawisko pozytywne. W przeprowadzonym w czerwcu 2018 r. sondażu taką opinię podzielało aż 75 proc. ankietowanych – najwięcej od 2002 r. Rekordowo niski był także odsetek osób, które imigrację oceniały negatywnie – niespełna 20 proc. Zarazem jednak, większość Amerykanów jest zdania, że uregulowanie imigracji powinno należeć do priorytetów władz federalnych. Duża w tym zasługa retoryki Trumpa. O ile na początku 2017 r., tj. przed objęciem przez niego urzędu prezydenta, wśród najważniejszych problemów do rozwiązania najczęściej wskazywano służbę zdrowia, gospodarkę i bezrobocie, o tyle po dwóch latach jego rządów na pierwsze miejsce awansowała kwestia imigracji.

Strach przed nielegalną imigracją działa zwłaszcza na wyobraźnię najbardziej konserwatywnych wyborców. Jak pokazały to minione dwa lata rządów Trumpa, w podzielonym niemal w połowie kraju, wyborczy sukces lub porażka często zależy od umiejętności mobilizacji najbardziej zaangażowanego elektoratu. Stąd też prezydent i cała jego administracja nauczyli się grać na niskich instynktach części swoich wyborców – być może nie najliczniejszej grupy, ale z pewnością najgłośniejszej, która doskonale czuje się w świecie mediów społecznościowych. Umiarkowani republikanie, nawet jeśli razi ich język i styl prezydentury, i tak będą wspierać Trumpa, co zresztą udowodnili w ubiegłotygodniowych wyborach. Rasistowski spot wyborczy nie tylko nie zniechęcił do głosowania na republikanów, a wręcz poprawił ich ostateczny wynik. Żaden też z kandydatów, których bezpośrednio wspierał Trump, nie miał problemów z pokonaniem swoich przeciwników. Rasistowski mur zbudowany z prezydenckich fobii spełnił swoją rolę.

Nie znają Żydów ani Romów

Międzynarodowy Centralny Instytut ds. Młodzieży i Telewizji Edukacyjnej w Monachium przeprowadził badanie „Uprzedzenia, rasizm, ekstremizm”, w ramach którego przeprowadzono wywiady z uczniami w wieku od 6 do 13 lat w całych Niemczech. Przebadano prawie 1000 dzieci. Wyniki nie napawają optymizmem.

 

Młodzi Niemcy coraz mniej wiedzą o Żydach i Romach. Mają pojęcie na temat kultury muzułmańskiej, jednak młodsze dzieci nie mają pojęcia o dwóch pozostałych. Tylko 18 procent 8 – i 9-latków wie, że Żydzi byli prześladowani podczas drugiej wojny światowej. Wśród starszych dzieci ta wiedza jest większa (94 procent 12 – i 13-latków słyszała o Holokauście).
Połowa ze wszystkich 840 przebadanych dzieci nie miała nigdy styczności z Romami, nie wie, co to słowo oznacza. Co więcej, często nie wiedzą tego również rodzice, którzy nie mają wykształcenia wyższego.

– Wnioski z badania są kontrowersyjne – powiedziała Maya Götz, dyrektorka Międzynarodowego Centralnego Instytutu ds. Młodzieży i Telewizji Edukacyjnej w Monachium, cytowana przez „RP”. – Szkoła podstawowa jest uważana za decydującą fazę rozwoju, jeśli chodzi o uprzedzenia. Im więcej uprzedzeń narosło do końca dzieciństwa, tym bardziej uprzedzenia stają się uporczywe. Są to

sygnały, że istnieje pilna potrzeba przekazania większej wiedzy na temat tego, co się stało.

W ubiegłym roku w Dreźnie 15-letnia uczennica dostała nagrodę Komitetu Wspierającego Pomnik Holokaustu w Berlinie za odwagę cywilną, ponieważ ujawniła, że w jej szkole panuje moda na hitlerowskie pozdrowienie. Niemieckie dzieciaki używają nazistowskich symboli w formie zabawy, ponieważ wiedza o obozach koncentracyjnych i ogromie krzywd wyrządzonych przez Adolfa Hitlera przekazywana jest zbyt późno.

Świadomość młodych ludzi w Europie na temat drugiej wojny światowej spada. W 2011 roku Platforma Europejskiej Pamięci i Sumienia (unijna inicjatywa 20 państw, mająca zachowywać pamięć o totalitaryzmach) przeprowadziła kompleksowe badania, z których wynikało, że większość młodych Szwedów nie rozumie słowa „gułag”, a 1 na 20 brytyjskich nastolatków uważa, ze Auschwitz to park rozrywki.

Plan M – w poniedziałek

Gdy w piątkowy poranek weekendowe wydanie Trybuny docierało do kiosków, przywódcy państw Unii Europejskiej właśnie kładli się spać po nieprzespanej nocy. Targi i spory dotyczące imigrantów zajęły im całą noc. W piątek media odtrąbiły sukces szczytu i zakończenie ciągnącego się od trzech lat kryzysu migracyjnego. Czy rzeczywiście był to sukces? I czyj sukces?

 

Słowo „sukces” było bardzo potrzebne wielu politykom europejskim. Przede wszystkim tym nastawionym wrogo do migrantów. Włoski premier stwierdził, że Włochy nie są już same. Miał zapewne na myśli zakaz cumowania do brzegów Italii statków z wyłowionymi z morza Afrykanami. Zadowolona była Angela Merkel. Bez odtrąbienia „sukcesu” nie było pewności czy sklecony z takim trudem niemiecki rząd, nie upadnie. No i szczęśliwi byli premierzy Węgier i Polski, Viktor Orbán i Mateusz Morawiecki. Ich twarde „nie” dla przyjęcia choćby jednego uchodźcy, również z terenów objętych wojną, od piątku stało się zgodne z prawem obowiązującym w całej Unii.

Szefowie uczestniczący w szczycie Rady Europejskiej zadecydowali o rezygnacji z tak zwanych „obowiązkowych kwot”. Czyli próby rozładowania skupisk uchodźców w Grecji, Włoszech i Hiszpanii. Zakończył się więc bój o 8 do 10 tysięcy uchodźców, które w 2015 roku premier Ewa Kopacz zgodziła się przyjąć w Polsce. Okazało się, że niestety wygrał Kaczyński, mówiący o chorobach, wirusach i bombach roznoszonych przez migrantów. A nie Ci, którzy powoływali się na solidarność społeczeństw państw Unii Europejskiej.

Co w zamian? Unia ma sfinansować sieć obozów na terenie Włoch, Grecji i Hiszpanii. Na razie jest to tylko luźna zapowiedź. Nie wiadomo jak takie obozy miałyby wyglądać. I jaka byłaby przyszłość ich mieszkańców. Zgodzono się również na tworzenie obozów poza granicami Unii Europejskiej, najpewniej w Afryce Północnej. Tam miałby docierać statki organizacji humanitarnych z rozbitkami. Dimitris Awramopulos, komisarz ds. migracji, spraw wewnętrznych i obywatelstwa w Komisji Europejskiej, zapewnia co prawda, że zamysłem Unii nie jest stworzenie europejskiego modelu Guantánamo. Ale portal Onet.pl zwraca uwagę na złowieszczo brzmiącą (zwłaszcza w Polsce) nazwę takich ośrodków. Disembarkation platforms – to w dosłownym tłumaczeniu „platformy rozładunku”. Owe „platformy rozładunku” to póki co tylko mglista koncepcja. Władza urzędników brukselskich nie sięga do Afryki, a jak wiadomo: „do tanga trzeba dwojga”.

Uzgodniono, że przyjmowanie uchodźców będzie autonomiczną decyzją każdego unijnego państwa. A więc deklaracja rządzącej w Polsce prawicy, że Polska nie przyjmie żadnego uchodźcy nie może być od piątku przedmiotem krytyki ze strony Unii.

Co prawda Polskę, Węgry i Czechy zelektryzowała sobotnia deklaracja kanclerz Angeli Merkel, że te trzy państwa znalazły się w gronie 14 krajów członkowskich Unii, które na szczycie zadeklarowały przyjęcie imigrantów znajdujących się obecnie na terenie Niemiec. Przedstawiciele Polski, Węgier i Czech natychmiast zdementowali słowa Pani Kanclerz. Ale po piątkowym „sukcesie” takie deklaracje i tak nic nie znaczą.

Konkluzje po szczycie? Sukces – na potrzeby coraz liczniejszych wyborców przeciwnych obecności migrantów w Europie. I pat – w znalezieniu konstruktywnych propozycji składających się na politykę migracyjną Unii Europejskiej.

Imigranci u drzwi

Chociaż media coraz rzadziej informują o uchodźcach i imigrantach, nie oznacza to, że problem zniknął.

 

Podczas gdy Unia Europejska i niektóre rządy przymykają oczy na skalę kryzysu, inne głoszą potrzebę zamknięcia granic. Wszystkie dotychczasowe propozycje łączy zaś to, że mają one bieżący charakter, służący przede wszystkim stłumieniu społecznych nastrojów. Brakuje natomiast długofalowych rozwiązań, co w perspektywie spodziewanego natężenia procesu migracji, zapowiada jeszcze większe kłopoty, nie tylko w Europie.

W ubiegłym tygodniu w nowojorskiej siedzibie ONZ odbyła się piąta już runda negocjacji w ramach tzw. Global Compact for Migration, czyli porozumienia mającego na celu kompleksowe podejście do kwestii migracji. Nic zatem dziwnego, że przedstawiciele Narodów Zjednoczonych wiążą z nim wielkie nadzieje. „Jako pierwszy w historii międzyrządowy układ traktujący globalną migrację w całej jej złożoności, jest w nim zawarta nadzieja na wzmocnienie naszego wspólnotowego podejścia do jednego z najważniejszych wyzwań naszych czasów: jak najlepiej zmaksymalizować niewątpliwe korzyści migracji i jak skutecznie ograniczyć jej minusy” – powiedziała podczas spotkania Amina Mohammed, zastępczyni sekretarza generalnego ONZ.

Rozmowy w sprawie Global Compact for Migration rozpoczęły się w kwietniu ubiegłego roku. Na koniec bieżącego zaplanowano zaś konferencję z udziałem wszystkich państw członkowskich ONZ, podczas której porozumienie ma zostać ostatecznie przyjęte. Wówczas nabierze ono mocy prawnej. Co to oznacza w praktyce? Pomysłodawcy liczą, że od 2019 r. podejście do spraw migracji nabierze bardziej międzynarodowego charakteru. Tym samym uda się zapobiec dzisiejszej sytuacji, kiedy część państw udaje, że problem nie istnieje, a część szuka rozwiązania w zamykaniu swoich granic przed obcokrajowcami. Jeszcze inne podejmują różne inicjatywy na własną rękę, które często przynoszą skutek odwrotny od planowanego. Tymczasem po przyjęciu porozumienia, jego sygnatariusze będą prawnie zobowiązani do respektowania jego postanowień. Z jednej strony oznacza to większe środki finansowe dla rozwiązań instytucjonalnych; z drugiej zmusi poszczególne rządy do traktowania migrantów, również tych nielegalnych, z poszanowaniem podstawowych praw człowieka.

Brzmi pięknie, jednak rodzą się poważne wątpliwości, czy podpisanie Global Compact for Migration doprowadzi do rzeczywistej zmiany w traktowaniu kwestii migracji. Z dystansem do tego dokumentu podchodzą bowiem zwłaszcza bogate państwa Zachodu, które tradycyjnie stanowią główny cel emigracji zarobkowej. Co prawda, Unia Europejska od początku przekonuje, że jest „zagorzałym zwolennikiem porozumienia i będzie dążyła do tego, aby przyniosło ono spodziewane rezultaty”, lecz podobnego entuzjazmu brak już w przypadku poszczególnych państw członkowskich. Plany „rozwiązania kwestii imigrantów” ogłoszone niedawno przez populistyczny rządy we Włoszech i w Austrii skutecznie studzą optymizm Brukseli. O Węgrzech nie ma nawet co wspominać. Jeśli więc przypomnimy sobie, że i amerykańska administracja zapowiedziała politykę „zera tolerancji” dla nielegalnych imigrantów, porozumienie może okazać się kolejnym świstkiem papieru i niczym więcej.

Przy wszystkich dywagacjach na temat migracji i związanych z nią zagrożeń, którymi częstują nas politycy i media m.in. w Polsce, wydaje się, że to właśnie Europa stanowi centrum współczesnej wędrówki ludów. Otóż nic bardziej mylnego. UNHCR, agencja ONZ ds. uchodźców, szacuje obecną liczbę osób zmuszonych do migracji na ponad 65,6 mln, w tym 22,5 mln uchodźców. Ponad połowa uchodźców pochodzi z trzech państw: Południowego Sudanu, Afganistanu i Syrii. Kolejne 10 mln przymusowych migrantów to tzw. osoby bezpaństwowe, tzn. nie posiadające obywatelstwa żadnego państwa.

Największy wysiłek – ekonomiczny i polityczny – związany z przymusowymi migracjami ponoszą subsaharyjska Afryka i Bliski Wschód. W tym pierwszym regionie znajduje się bowiem 30 proc. wszystkich wysiedlonych, w drugim ponad 26 proc. Dla porównania w Europie jest to zaledwie 17 proc., w obu Amerykach jedynie 16 proc. Jeśli przyjrzymy się konkretnym liczbom, to zobaczymy, że największą grupę migrantów przyjęła Turcja – niemal 3 mln osób. Drugi w kolejności jest Pakistan – 1,4 mln. Kolejne miejsca zajmują Liban (1 mln), Iran (980 tys.), Uganda (940 tys.) i Etiopia (792 tys.). Jak widać, żadne z tych państw nie należy do klubu bogatych.

Gwoli sprawiedliwości trzeba napisać, że USA i państwa Unii Europejskiej to najhojniejsi darczyńcy UNHCR. Trudno jednak nie zinterpretować tego inaczej niż jako próbę zagłuszenia własnego sumienia i zrzucenia problemu na innych – biedniejszych i słabszych. Co prawda, taka polityka może przynieść krótkotrwałą stabilizację – z czym mamy do czynienia obecnie – lecz w perspektywie długofalowej musi się załamać. Wbrew nadziejom niektórych polityków nie wszyscy imigranci utoną, a Turcja czy Libia też mają ograniczoną pojemność, choćby nawet UE zapłaciła im dwa razy więcej niż do tej pory.

Porozumienie, nad którym obecnie pracuje ONZ, ma szansę zapobiec realizacji tego czarnego scenariusza. Przede wszystkim zaś ma szansę przywrócić migrantom ich podstawowe prawa człowieka. Czy jednak państwa, zwłaszcza bogate, znajdą w sobie na tyle siły i odwagi, aby rzeczywiście wdrożyć jego zapisy w życie?