Czy znany, kurdyjski przywódca umrze w więzieniu?

Czy życie jednego z liderów tureckich Kurdów, uwięzionego Selahattina Demirtaşa, jest zagrożone? Jego siostra i prawniczka Aygul Demirtaş zamieściła alarmujące wpisy w mediach społecznościowych.

Były współlider Ludowej Partii Demokratycznej (HDP) odbywa wyrok czterech lat i ośmiu miesięcy pozbawienia wolności za „propagandę terrorystyczną”. Jest ponadto oskarżony jeszcze w innych sprawach, m.in. o terroryzm, grozi mu kara dożywocia (formalnie 142 lat więzienia). W ocenie obrońców praw człowieka nie ma żadnych wątpliwości, że Demirtaş, były deputowany tureckiego parlamentu, nie jest żadnym terrorystą i jest prześladowany przez reżim Recepa Tayyipa Erdogana za występowanie w obronie społeczności kurdyjskiej drogą parlamentarną, z socjaldemokratycznych pozycji.
Dziś alarmujące wpisy na temat Demirtaşa zamieściła na Twitterze jego siostra i prawniczka, Aygul Demirtaş. Kobieta napisała, że polityk stracił przytomność w celi w miniony wtorek, od dawna cierpi z powodu bólów w klatce piersiowej i kłopotów z oddychaniem. Pierwszej pomocy miał udzielić mu współosadzony, również były parlamentarzysta HDP Abdullah Zeydan; władzom więziennym prawniczka zarzuciła, że nie zareagowały na potencjalnie śmiertelnie groźną sytuację.
Dopiero po wpisie Aygul Demirtaş jej brat trafił do szpitala, o czym poinformowała prokuratura w Edirne. W jej oficjalnym stanowisku czytamy, że na wniosek osadzonego władze więzienne wezwały karetkę i sprowadziły lekarza, a następnie zapewniły Demirtaşowi transport do szpitala. Trudno nie zauważyć związku między publikacją prawniczki a nagłym oświadczeniem kierownictwa więzienia, które wcześniej niemal przez cały tydzień nie reagowało na zły stan zdrowia Demirtaşa. Aygul Demirtaş twierdzi tymczasem, że jej brat powinien znaleźć się pod opieką kardiologów, neurologów i gastroenterologów.
Selahattin Demirtaş był jednym z przywódców demokratycznej kurdyjskiej opozycji wobec rządów Recepa Tayyipa Erdogana. Aresztowany został jeszcze w 2016 r., gdy tureckie władze ponownie zaostrzyły politykę represji wobec tej grupy.

 

Turecki pokój

– Tureckie siły zbrojne oraz milicje przez nie wspierane, wykazują się pogardą w stosunku do życia ludności cywilnej podczas ofensywy w północno-wschodniej Syrii. Dokonują licznych naruszeń praw człowieka i zbrodni wojennych, takich jak masowe egzekucje, oraz ataki podczas których zginęli lub zostali ranni cywile – Amnesty International w opublikowanym dziś materiale prasowym potwierdza najgorsze obawy związane z ofensywą turecką w Rożawie.

Organizacja broniąca praw człowieka zgromadziła tylko między 12 a 16 października relacje siedemnastu osób, które znajdowały się w autonomicznym syryjskim Kurdystanie. Dziennikarze, lekarze i ratownicy medyczni, pracownicy organizacji humanitarnych oraz osoby, które uciekły z terenów ogarniętych walkami przedstawiły swoje świadectwa, które skonfrontowano z nagraniami video, raportami i relacjami publikowanymi na bieżąco w internecie. Efekt jest przerażający, jednak osoby, które interesują się tematyką kurdyjską i śledziły postępowanie Turków i opłacanych przez nich milicji w prowincji Afrin, podbitej w ubiegłym roku, nie są zdziwione.
Potwierdza się nie tylko brutalne zabójstwo liderki Partii Przyszłej Syrii, działaczki na rzecz równości i praw kobiet Hewrin Chalaf, zamordowanej 12 września przez bojówkarzy z fundamentalistycznej organizacji Ahrar asz-Szarkijja. Raport Amnesty International wskazuje, że od początku ofensywy życie straciło przynajmniej 218 cywilów, w tym osiemnaścioro dzieci. Czwórka z nich zginęła, gdy tureckie bomby spadły obok budynku szkoły w miejscowości Salhije, gdzie schroniła się okoliczna ludność. Pracownik Kurdyjskiego Czerwonego Półksiężyca pisał po zdarzeniu, że zwłoki czwórki dzieci uległy całkowitemu spaleniu. Nie było możliwe nawet określenie płci.
Kolejna wstrząsająca relacja pochodzi z miejscowości Kamiszli (lub Kamiszlo), która została zbombardowana – podobno „przypadkowo” – 10 października. Zniszczone zostały budynki mieszkalne, restauracje i piekarnie, a jedną z ofiar był jedenastolatek.
Wczoraj Syryjskie Siły Demokratyczne opuściły miasto Ras al-Ajn (Sere Kanije), o które toczyła się zacięta bitwa. Dowództwo SDF doszło do wniosku, że utrzymanie go jest niemożliwe. Międzynarodowy Czerwony Krzyż ostrzega przed nową katastrofą humanitarną: ze swoich domów w Rożawie wskutek działań Turcji może zostać wypędzonych 300 tys. ludzi.

Koniec Rożawy?

Po wielogodzinnych rozmowach w Soczi Turcja i Rosja zawarły porozumienie w sprawie Rożawy: zdecydowały, że kurdyjskie Ludowe Jednostki Obrony (YPG) zostaną zmuszone do odejścia z wyznaczonej strefy przygranicznej. O losie Kurdów znowu zdecydowano ponad ich głowami, w ramach geopolitycznej gry mocarstw. Tymczasem z obszarów już kontrolowanych przez Turcję napływają alarmujące doniesienia.

ecep Tayyip Erdogan dostał, czego chciał. Wojska amerykańskie w większości wycofały się z północno-wschodniej Syrii, zasilając garnizon w Iraku (pozostała tylko grupa, która „zabezpiecza” syryjskie pola naftowe), a Rosja zgodziła się na to, by pod kontrolą turecką pozostał pas teoretycznie syryjskiego terytorium, o długości 120 km i głębokości 32 km, między miastami Ras al-Ajn (Sere Kanije) i Tal Abjad (Gire Spi). Oba te ośrodki są już faktycznie kontrolowane przez Turków i fundamentalistyczne bojówki na ich żołdzie.
Porozumienie zakłada również, że dziś w południe rozpocznie się usuwanie kurdyjskich Ludowych Jednostek Obrony (YPG) z wyznaczonego terytorium. Zadania tego podjęły się, na mocy porozumienia Erdogan-Putin, jednostki rosyjskiej policji wojskowej oraz syryjska straż graniczna. Bojownicy YPG mają również ostatecznie opuścić Manbidż oraz Tall Rifat; do obydwu tych miast wkroczyły już oddziały syryjskie i rosyjskie po tym, gdy Kurdowie, chcąc ratować się przed turecką agresją, zawarli porozumienie wojskowe z rządem w Damaszku.
Turcja może być zadowolona z porozumienia, bo dostała niemal wszystko, czego chciała: Erdogan żądał wprawdzie kontroli nad znacznie większym obszarem pogranicznym (444 km długości), ale kluczowe dla niego jest rozbrojenie i usunięcie oddziałów YPG, uniemożliwienie im kontaktów z Kurdami tureckimi. Również w Moskwie panuje przekonanie, że wynegocjowano bardzo wiele: wzmocniono pozycję rządu Baszszara al-Asada, zapewniono mu kontrolę nad nowymi terytoriami, zablokowano aspiracje niepodległościowe Kurdów (w porozumieniu mowa i o walce z terroryzmem, i o „przeciwdziałaniu separatyzmowi”), a Stany Zjednoczone same ograniczyły swoją rolę w Syrii.
Co w takiej sytuacji z wielkim projektem politycznym, jakim była równościowa i demokratyczna Rożawa? Porozumienie wojskowe Kurdów z al-Asadem zakładało, że władze syryjskiego Kurdystanu zachowają autonomię wewnętrzną, nawet gdy wojska syryjskie i rosyjskie podejmą się patrolowania jego granicy. W zaistniałej sytuacji najbardziej prawdopodobnym wydaje się jednak, że rząd w Damaszku będzie dążył do pełnego odzyskania kontroli nad swoim terytorium, niezależnie od kurdyjskich aspiracji i raczej nie będzie zainteresowany utrzymaniem wolnościowych form ustrojowych, jakie tworzono w Rożawie.
Na terytorium okupowanym przez Turcję perspektywy Kurdów są jeszcze gorsze. Ras al-Ajn, bombardowane z terytorium Turcji, leży częściowo w gruzach. Jak informuje portal Hawar News, w zajętym Tall Abjad islamistyczni bojówkarze już wprowadzili obowiązek noszenia zasłon przez kobiety i powszechny zakaz palenia tytoniu, uzasadniony religijnie. To powtórka z tego, co działo się pod zajęciu w 2018 r. prowincji Afrin; następne w kolejce są grabieże oraz czystki etniczne: zmuszanie kurdyjskich mieszkańców do wyjazdu i zastępowanie ich Arabami, którzy uciekli z Syrii do Turcji przed wojną domową w swojej ojczyźnie. Erdogan wcale nie kryje się z tym, że takie są jego zamiary.

Wojna NATO i porozumienie mocarstw

Co poza niedalekim dymem unosi się nad zmęczonymi twarzami kurdyjskich uchodźców, uciekających przed tureckim najazdem na północną Syrię? Co sprawiło, że znaleźli się w tej sytuacji?

Nad ich głowami rozgrywa się gra polityczna na najwyższym światowym szczeblu, której stawką jest Turcja, a nie Rożawa i Kurdowie. Zdjęcia rosyjskich żołnierzy zajmujących po Amerykanach bazę w Syrii, mogą być ilustracją niebywałych zjawisk politycznych, które toczą się ponad zaciekłą bitwą na syryjsko-tureckiej granicy.
Europejskie oburzenie turecką akcją w zachodniej Europie, zawieszanie handlu bronią z Turcją i groźby sankcji, mają raczej symboliczne znaczenie, gdyż stanowisko Zachodu wobec Turcji wyraził szef NATO Jens Stoltenberg, kiedy pojechał odwiedzić prezydenta Recepa Erdogana w dwa dni po tureckiej napaści na kurdyjską Rożawę: „Turcja jest na pierwszej linii w tym niepewnym regionie, żaden inny Sojusznik nie przeżył tylu ataków terrorystycznych, żaden inny nie jest wystawiony na przemoc i wstrząsy Bliskiego Wschodu. Jej obawy są uprawnione. (…) Turcja to silny Sojusznik NATO, b. ważny dla naszego bezpieczeństwa”. Czyli róbcie, co chcecie.
Sojusz NATO zainwestował miliardy dolarów w tureckie bazy wojskowe, w Turcji zainstalował swe naczelne dowództwo wojsk lądowych (LandCom), a Amerykanie umieścili ok. 50 ładunków nuklearnych (w bazie Incirlik, 400 km od Syrii) przeznaczonych na Moskwę i okolice. Turcja to druga po amerykańskiej armia NATO. Jej brak sprawiłby, że sojusz ciągle mógłby napadać na słabe kraje, jak Jugosławia, Afganistan, czy Libia, lecz już nie wszędzie, a jego siła zastraszania Rosji znacznie by spadła. Łatwo zrozumieć, że wyciągnięcie Turcji z orbity NATO bardzo spodobałoby się Rosjanom, niczym rewanż za wejście Amerykanów na Ukrainę.
Polisa ubezpieczeniowa
Gdy z granicznego miasta Ras al-Ain (kurd. Sere Kanije) wyjeżdżali ostatni, wpatrzeni w niebo cywile, 300 metrów od pakującej się bazy amerykańskiej pod Ain al-Arab (Kobane) spadły tureckie pociski. Turcy tłumaczyli, że to pomyłka, ale – jak zauważyli niektórzy – pierwszy raz w historii armia NATO strzelała do Amerykanów, którzy sojuszem rządzą. W każdym razie przyspieszyło to wycofywanie się imperium amerykańskiego z Syrii – część wojska zostanie przerzucona do Iraku, część do Arabii Saudyjskiej, reszta do domu. Ale nikt nie lubi poganiania. Trump wysłał dziś do Erdogana dwóch Mike’ów: wiceprezydenta Pence’a i szefa dyplomacji Pompeo, złego i dobrego policjanta, choć bardziej po prośbie niż groźbie. Putin z kolei przyjmie Erdogana u siebie. Oba mocarstwa urządziły w sprawie Turcji przeciąganie liny, dlatego też może ona robić, co chce.
Ostatnim międzynarodowym papierem podpisanym przez Turcję przed najazdem na Syrię był zawarty 20 godzin wcześniej układ z Rosją w sprawie obsługi walutowej wzajemnego handlu: tylko rubel i turecka lira, koniec z dolarami. To oczywiście polisa na wypadek sankcji zachodnich. Rosja podzieli się z Turcją swym odpowiednikiem międzynarodowego (tj. amerykańskiego) systemu przekazów międzybankowych SWIFT, na wypadek, gdyby USA potraktowały Turcję jak „trędowaty” Iran i wykluczyły ją z tego systemu. Ostatnią międzynarodową rozmowę przed napadem na syryjską Rożawę Erdogan przeprowadził z prezydentem Rosji Putinem, nie zadzwonił do Stoltenberga.
Teraz to nie Amerykanie, lecz Rosjanie i Syryjczycy będą ratować Kurdów, wcześniejszych sojuszników Ameryki. Władze kurdyjskiej Rożawy błyskawicznie zmieniając sojusznika podpisały „porozumienie z Humajmim” (bazy rosyjskiej na zachodzie Syrii), w którym zgadzają się wcielić swe oddziały (FDS/YPG) do armii syryjskiej, by wspólnie bronić Syrii przed Turkami. Kto by pomyślał?
„Tam nie ma pieniędzy”
Syryjski prezydent Baszar al-Asad tak zwracał się do Kurdów w lutym tego roku: „Tym grupom, które liczą na Amerykanów, mówimy, że oni was nie ochronią, nie zatrzymają was przy sobie, ani w swoim sercu. Będą was trzymać w kieszeni, jak walutę wymienną w dolarach. Jeśli nie przygotujecie się do oporu i obrony waszego kraju, zostaniecie niewolnikami Osmana [Turcji]. Tylko wasz kraj może was ochronić, kiedy dołączycie do wojska i będziecie walczyć pod wspólnym sztandarem. (…) Dziś musicie zdecydować, jak bezlitosna Historia was zapamięta w porównaniu do syryjskich braci, którzy od pierwszych dni wojny wybrali swój kraj, by bronić go za cenę olbrzymich poświęceń. Dziś do was należy decyzja, czy będziecie panami swej ziemi, czy niewolnikami okupanta”.
Powrót Kurdów na ojczyzny łono spowodowało wycofanie się Amerykanów, którym pomagali okupować część Syrii po wschodniej stronie Eufratu. Teraz uważają USA za „zdrajców”, czyli tak, jak o Kurdach myśleli Syryjczycy. Ale, jak pisał na Twitterze Donald Trump, „tam nie ma pieniędzy” – syryjskie obszary roponośne są słabe, a konflikt „odwieczny”: już za rok wybory, a obiecywał, że się z Syrii wycofa. Kurdowie przedstawiają porozumienie z Humajmim jako układ „czysto wojskowy”, lecz przewiduje on oddanie wschodnich źródeł ropy państwu syryjskiemu, które bardzo tego potrzebuje. Zachód nałożył wszak kiedyś sankcje na Syrię, by wspomóc dżihadystów, którzy mieli tam zmienić rząd na bardziej posłuszny. Kraje NATO i Izrael, podobnie jak proamerykańskie dyktatury z Półwyspu Arabskiego, wyposażyły dziesiątki tysięcy ludzi z syryjskiej Al-Kaidy i Państwa Islamskiego (PI), którzy dziś walczą po stronie Turcji, jako „Narodowa Armia Syryjska” (NSA).
Co z Rożawą?
Erdogan potrzebował tej wojny tym bardziej, że jego popularność w Turcji spada. Jego partia przegrała niedawno wybory lokalne w wielu miastach, a sytuacja gospodarcza nie błyszczy, nie mówiąc o politycznych czystkach w aparacie państwowym. Turecka policja zamknęła już prawie 200 osób za publiczną krytykę operacji „Fontanna pokoju” w Rożawie (jako „propagandę terrorystyczną”), ale na ogół Turcy dali się Erdoganowi przekonać. Erdogan wykorzystuje pompowane medialnie nastroje patriotyczno-nacjonalistyczne, być wzmocnić swą władzę. Chce być symbolem niezależności i wielkości kraju, „zjednoczyć naród” wokół swej osoby. Granie na nosie Ameryce wielu Turkom podnosi ego, ale inni, jak tureccy komuniści, giną właśnie w obronie Rożawy.
Turcja nie przesadza, gdy twierdzi, że kurdyjska autonomia w północnej Syrii to odnoga tureckiej PKK, którą państwa NATO zakwalifikowały jako „terrorystyczną”, by zrobić przyjemność sojusznikowi. Portrety „wujka” („Apo”) Abdullaha Öcalana, historycznego przywódcy PKK, towarzyszą oddziałom kurdyjskim w Rożawie, a jej eksperyment ustrojowy z anarchizmem, ekosocjalizmem i feminizmem w rolach głównych, wywodzi się z ideologii radykalnych tureckich Kurdów. Problem w tym, że jeśli syryjscy Kurdowie popełnili grzechy, to jednak nie są terrorystami. Nie atakowali Turcji do czasu najazdu Erdogana, najwyżej przemycali tureckim pobratymcom trochę amerykańskiej broni. Trudno sobie wyobrazić, by syryjscy Kurdowie zachowali w ramach Syrii taką samą autonomię, jak dotychczas. Syria jest wielowyznaniowym i wielonarodowym krajem, który trzyma się kupy dzięki równym prawom różnych społeczności. Uprzywilejowanie Kurdów raczej nie przejdzie, choć być może będą mogli zachować część swych rozwiązań ustrojowych.
Nadzieja w Rosji
Przedstawiciele dyplomatyczni Rożawy na Zachodzie zapewniają, że nie mieli wyboru jeśli chodzi o nowych sojuszników, ale podkreślają, że nigdy nie podważali swej przynależności do Syrii – „Stanowimy integralną część państwa” – mówił Chaled Issa, reprezentant syryjskich Kurdów w Paryżu. A czy jest pewien, że Syryjczycy pozwolą zachować im jakąś autonomię? „Liczymy na Rosjan, że poprą nasze postulaty, bo jednak udało nam się ustabilizować północną część kraju” – odpowiadał Issa, trochę zaambarasowany. To niewykluczone, bo jeśli Amerykanie byli z nich zadowoleni, Rosjanie też nie powinni narzekać. W końcu cały ten turecki napad wygląda jak ciche porozumienie syryjsko-rosyjsko-tureckie, by pomóc Trumpowi wycofać wojska z Syrii, przebywające tam równie nielegalnie jak Turcy, czy Izraelczycy. Kurdowie muszą się z tym pogodzić.
Umęczona ośmioma latami wojny przeciw natowskiej interwencji za pośrednictwem dżihadystów, Syria chce odzyskać panowanie nad swym terytorium. Turecki najazd nie jest żadnym blitzkriegiem, Kurdom udaje się utrzymać przygraniczne Ras al-Ain, a teraz wzmocniło ich syryjskie wojsko. Nawet jeśli Turcji uda się zdobyć fragment Rożawy, by osiedlić tam syryjskich uchodźców, Rosjanie mają zadbać, by nie została tam za długo. Pence z Pompeo spróbują dziś uzyskać w Ankarze zawieszenie broni, lecz Erdogan się upiera, że „skończy robotę”. To by wróżyło renesans PI. W tych targach Unia Europejska niemal nic nie znaczy, przestraszona groźbami Erdogana wysłania syryjskich uchodźców do Europy. Turcja ma broń – amerykańskie i swoje samoloty, czołgi niemieckie leopardy i amerykańskie pattony podrasowane w Izraelu, a teraz sprowadza rosyjskie systemy antyrakietowe S-400, doprowadzając Amerykanów do ciężkiej irytacji. Embarga militarnego jednak się nie boi, bo skoro NATO chce ją zatrzymać w swoim gronie, będzie i tak musiało ją dostarczać.
Kurdyjski dowódca naczelny sił FDS/YPG Mazlum Abdi rozmawiał wczoraj z Trumpem przez telefon i twierdzi, że amerykański prezydent nie ma nic przeciw ich wojskowemu sojuszowi z syryjskim wojskiem i nawet współpracy politycznej z Rosją. Kurdyjski priorytet to obrona przed turecką okupacją, mówił Abdi. A póki co, setki tysięcy cywilów uciekają na południe Syrii i do irackiego Kurdystanu, gdzie jest na razie spokój. „Ludzie uciekali, małe dzieci głuchły od wybuchów, kobiety spały przy drogach, na własne oczy widzieliśmy krew płynącą po ziemi” – opowiadają wstrząśnięci kurdyjscy uchodźcy. Ich targi polityczne nie obchodzą, chcą żyć.

Rosjanie w Mandżibie

Porozumienie wojskowe między Kurdami a rządem syryjskim, a przede wszystkim jego konsekwencje w postaci wejścia oddziałów rosyjskich na terytoria Syrii opuszczone przez żołnierzy amerykańskich, wywołało reakcję Białego Domu.

Do Ankary przybył doradca prezydenta USA ds. bezpieczeństwa narodowego, a jutro dojdzie do spotkania między prezydentem Turcji a wiceprezydentem i sekretarzem stanu Stanów Zjednoczonych.
Jak informuje Agencja Reutera, silna delegacja administracji Trumpa ma przekonać prezydenta Turcji do zatrzymania ofensywy w północnej Syrii. Wcześniej Erdogan dostał zielone światło od samego prezydenta USA, który w ubiegłym tygodniu zapowiedział koniec pomocy dla Kurdów, walczących niegdyś przy amerykańskim wsparciu z Państwem Islamskim i odwołał z północno-wschodniej Syrii amerykański kontyngent. Kurdowie z Rożawy, nie widząc innego ratunku, zawarli wojskowe porozumienie z rządem w Damaszku. To armia syryjska i jej sojusznicy zabezpieczą granicę syryjsko-turecką, podczas gdy terytorium autonomicznego syryjskiego Kurdystanu nadal będzie zarządzane przez lokalny rząd. Wczoraj internet obiegały zdjęcia żołnierzy rosyjskich wjeżdżających do Manbidżu, z którego równocześnie wyjeżdżali Amerykanie. W dawnych bazach USA są już wojska syryjskie. Oddziały rosyjskie i syryjskie są już również na przedmieściach słynnego miasta Kobane na granicy Syrii i Turcji.
Wejście Rosjan do Manbidżu oznaczało zahamowanie ofensywy islamskich fundamentalistów z opłacanej przez Turcję Narodowej Armii Syrii (są w niej m.in. dawni dżihadyści z IS). Podczas ostatniej wizyty w Moskwie Erdogan powiedział Władimirowi Putinowi (dziś sam opowiadał o tym mediom), że jeśli to Rosjanie przejmą faktyczną kontrolę nad Manbidżem, on nie będzie oponował – najważniejsze dla niego jest usunięcie z miasta „terrorystów” (czyli kurdyjskich Syryjskich Sił Demokratycznych zdominowanych przez oddziały YPG). Rzecznik prasowy Erdogana powtórzył dziś ten warunek: stwierdził, że Turcja nie chce zwykłej „zmiany flagi” nad miastem i zachowania YPG w dotychczasowej postaci. Jednostki islamistów na tureckim żołdzie wciąż napływają na tereny na północ od Manbidżu. Być może Erdogan liczy na zawarcie z Moskwą porozumienia dzielącego wpływy w Syrii. Tak czy inaczej, autonomia Kurdów w takich warunkach nie przetrwa. Donald Trump tymczasem znowu powtórzył dziś, że powrót Amerykanów na ten teren jest wykluczony, a konflikt turecko-kurdyjski go nie obchodzi.
Inwazja na Rożawę i bitwa o przygraniczne Ras al-Ajn (Sere Kanije) już doprowadziła do ucieczki 160 tys. osób z terenów ogarniętych konfliktem. Obecny w Rożawie polski korespondent Witold Repetowicz kreśli przerażający obraz działań Turków. – W mieście Turcy zbombardowali szpital, dwa ambulanse Kurdyjskiego Czerwonego Półksiężyca zostały porwane przez siły tureckie, a załogi ambulansów prawdopodobnie zostały zamordowane przez tych bandytów – relacjonował dla portalu Wnet.pl. – Turcja łamie wszelkie standardy prawa międzynarodowego – podsumował. Recep Tayyip Erdogan zapowiada, że Turcja będzie kontynuować ofensywę do zwycięskiego końca. Co on oznacza dla Kurdów i całej ludności cywilnej, wiadomo już po ofensywie na Afrin w ubiegłym roku: w zdobytej prowincji doszło do masowych morderstw, grabieży, czystek etnicznych. Również do Rożawy po tureckim zwycięstwie mają zostać sprowadzeni arabscy uchodźcy z Syrii, którzy uciekli do Turcji przed wojną – miejsca dla Kurdów turecki prezydent nie przewiduje.
Erdogan już określił zachowanie Amerykanów jako „bardzo wielki afront” i zasugerował, że odwoła wizytę w USA zaplanowaną na przyszły miesiąc. Oburzyła go nie tyle zapowiedź przyjazdu Mike’a Pence’a, Mike’a Pompeo i Roberta O’Briena, który dopiero miesiąc sprawuje obowiązki doradcy ds. bezpieczeństwa, co pogróżki Trumpa o możliwym wprowadzeniu sankcji przeciwko Turcji, a w szczególności przeciwko państwowemu bankowi Halkbank – pod pretekstem łamania sankcji nałożonych na Iran. Erdogan początkowo zamierzał w ogóle nie spotykać się z Pence’em, a także później, gdy potwierdził spotkanie, oznajmił, że jego kraj nie ugnie się przed sankcjami.

Niewystarczające sankcje

Spikerka amerykańskiej Izby Reprezentantów Nancy Pelosi oświadczyła, że sankcje nałożone przez prezydenta Donalda Trumpa na Turcję nie są wystarczające, aby zapobiec katastrofie humanitarnej.

Amerykańskie sankcje mają charakter gospodarczy: zerwanie negocjacji w sprawie umowy handlowej i podniesienie taryf celnych na turecką stal do 50 procent. „Jestem w pełni przygotowany do szybkiego zniszczenia gospodarki Turcji, jeśli tureccy przywódcy będą podążać tą niebezpieczną i destrukcyjną ścieżką” – napisał prezydent Donald Trump na Twitterze. Sekretarz handlu Steven Mnuchin poinformował natomiast, że sankcjami zostali obłożeni tureccy ministrowie obrony, spraw wewnętrznych i energii. Także inni przedstawiciele tureckich władz mogą zostać nimi objęcie. Zdaniem spikerki Izby Reprezentantów Nancy Pelosi, to jednak tylko gesty. „Prezydent Trump wywołał eskalację chaosu i niestabilności w Syrii. Jego oświadczenie w sprawie pakietu sankcji przeciwko Turcji jest niezwykle niewystarczające, aby zawrócić tę katastrofę humanitarną” – napisała w oświadczeniu, przypominając równocześnie, że to on sam, nieoczekiwanie wycofując żołnierzy z północnej Syrii, dał Turcji „zielone światło” do rozpoczęcia operacji.
Administracja prezydenta Trumpa stara się za wszelką cenę zatrzeć to wrażenie, twierdząc że w strefie konfliktu były tylko nieliczne siły amerykańskie, co – nawet gdyby było zgodne z prawdą – nie robi przekonującego wrażenia, gdyż prawdopodobnie Turcja nie ryzykowałaby zabicia choćby jednego amerykańskiego żołnierza, ściągając sobie na głowę konflikt zbrojny z nadal nominalnym sojusznikiem z Paktu Północnoatlantyckiego. Równie nieprzekonujące są twitterowe tłumaczenia prezydenta, że pokonawszy Państwo Islamskie, siły amerykańskie w Syrii nie mają tam nic do roboty.

Wyobraź sobie Ważny tunajt

Wyobraź sobie taką akcję. Wstajesz rano. Ale nie pędzisz. Wstajesz spokojnie. Najpierw zęby, bo to najsampierw musowo. Potem twarz-zimną wodą, żeby zmyć sny. Nie spieszysz się. Przede wszystkim, to się nie spieszysz. Spieszyć się jest poniżej ludzkiej godności. Wychodzisz z domu, wcześniej zjadasz śniadanie. No, powiedzmy, kanapkę z humusem, albo dwie, plus owsianka, bo tak należy. Do tego herbata. Mocna i bez cukru.

Wyobraź sobie taką akcję. Wstajesz rano. Ale nie pędzisz. Wstajesz spokojnie. Najpierw zęby, bo to najsampierw musowo. Potem twarz-zimną wodą, żeby zmyć sny. Nie spieszysz się. Przede wszystkim, to się nie spieszysz. Spieszyć się, jest poniżej ludzkiej godności. Wychodzisz z domu, wcześniej zjadasz śniadanie. No, powiedzmy, kanapkę z humusem, albo dwie, plus owsianka, bo tak należy. Do tego herbata. Mocna i bez cukru.
Jedziesz tramwajem do pracy. Czytasz po drodze gazetę. I czujesz spokój. Taki dojmujący spokój. Nie martwisz się o siebie, o rodzinę, o Polskę i polski system emerytalny; o prezenty na święta, o Kurdystan. Oprócz gazety, plecaka z drugim śniadaniem, słuchawkami i ajfonem, towarzyszysz Ci twój ulubiony, dawno niewidziany kompan podróży. Spokój.
Dojeżdżasz do biura. Na czas. Parę minut przed, ale nie za długo, bo należy szanować swój własny czas. W ołpenspejsie, gdzie masz wydzielone biurko, przedzielone od reszty biurek kartonowym przepierzeniem, od czasu do czasu spoglądasz na zdjęcia. Z wakacji. Ze ślubu. Z wypadu ze znajomymi do Szklarskiej Poręby. I dalej czujesz spokój. O rodzinę, o bliskich, o kolegów, przyjaciół, tych wszystkich, którzy już są czymś więcej niż kolegami, a mniej niż przyjaciółmi. O dzieci. Zwłaszcza o nie. To dla nich to wszystko przecież.
Wracasz po pracy do domu. W przerwie na obiad gadasz jeszcze z przełożonym. Omawiacie to, czego nie zdążyliście omówić tydzień temu na odprawie, bo Ty musiałeś wyjść wcześniej, żeby zdążyć na rehabilitację z córką, a On nie robił przeszkód, bo to ludzkie panisko. I to nic, że jest rudy jak wiewiórka.
Wysiadasz z tramwaju. Kupujesz serek wiejski w sklepie osiedlowym. Miałeś kupić jeszcze piwo na mecz, ale wolisz kupić izotonik, bo przed meczem masz plan, żeby pójść pobiegać. Przytyłeś przez ostatnią zimę, ale to nic, bo Twoja córka i tak cię kocha. Ciebie i Twój brzuch i wszystko inne. I czujesz się dobrze. Spokojnie. Czujesz, że to nie ma żadnego znaczenia, bo prawdziwe znaczenie masz Ty i Twoja rodzina. Nie martwisz się o to, że wywalą Cię z roboty, bo wiesz, że nawet jeśli, to i tak znajdziesz pracę. Nie martwisz się o to, że jak założysz jednoosobową działalność, to nie puszczą cię z torbami z ZUS-em. Nie martwisz się o to, że żona jest w drugiej ciąży i nie dostaniecie się za rok do żłobka. Jesteś o nich i o siebie spokojny. Wyobraź sobie, jak to jest żyć z takim spokojem ducha…
Nie martwisz się o to, że kredyt we frankach zeżre ci oszczędności życia, bo Państwo czuwa nad tym, żeby banki nie goliły obywateli jak baca owcy. Nie zastanawiasz się nad tym, czy polityka monetarna i zagraniczna Państwa wpłynie na Twoje zarobki w korporacji, bo Państwo czuwa nad tym, żeby nic złego ci się nie zadziało. Nie jesteś zdany na dopust boży Państwa, bo choć dostajesz pieniądze na dzieci, stać cię dzięki Twojej ciężkiej pracy, na dobre i dostatnie życie. Twojej pracy i tylko Twojej. Nie masz najmniejszych wątpliwości, że w aptece dostaniesz leki których potrzebujesz, a w ośrodku zdrowia zaszczepią Ci dziecko za darmo. Wreszcie, możesz dziś zasnąć spokojnie, bo wiesz, że Twój kraj jest silny siłą sojuszy międzynarodowych; mądrze prowadzonej polityki zagranicznej, opartej na teraźniejszości, a nie na umiłowaniu dla historii pięknych porażek. Kiedy się obudzisz, masz pewność, że pójdziesz nazajutrz na spacer do parku, w którym nadal będą drzewa, a nie nowe osiedle mieszkaniowe. Mijając park wiesz, że nie spotkasz na swojej drodze bandyterki w szalikach, plującej Ci pod buty, nawet w dzień derbowego meczu, bo masz na sobie szalik z misiem a nie z pszczółką.
Spotkasz na swojej drodze złodziei, krętaczy, kurwy, oszustów, bigamistów, gwałcicieli, morderców. Spotkasz księdza-pedofila i księdza-porządnego człowieka. Spotkasz polityka-szmatę i polityka z potrzeby serca. To na pewno też. Ale nie spotkasz, nie zobaczysz i nie usłyszysz o tym i o tych, o których nie usłyszałeś przez Swój cały, poprzedni dzień. Jesteś w stanie to sobie wyobrazić? Wyobraź sobie, że tak właśnie jest. Od zawsze.
Budzisz się 14 października 2019 roku. Jest dżdżysty ale piękny poniedziałek. Tak tak, takie połączenie jest możliwe. Wyobraź sobie to wszystko. Wyobraź sobie Polskę bez PiS.
Jarek Ważny

Rożawa się broni

Obrońcy Rożawy – autonomii kurdyjskiej w północnej Syrii – meldują, że odparli turecki atak lądowy, który nastąpił po kilku godzinach od rozpoczęcia lotniczych bombardowań i ostrzału artyleryjskiego, gdy zapadła noc. Turcy ogłaszają z kolei, że „wszystko idzie zgodnie z planem” – zbombardowali wczoraj ponad 180 miejsc i mieli jednak wedrzeć się na terytorium syryjskie. Rząd syryjski, jako jedyny, ma zamiar Kurdom pomóc w obronie.

Niemal wszyscy potępili Turcję – od Unii Europejskiej po Iran, lecz nikt nie chce aktywnie interweniować na nowym froncie syryjskiej wojny. Krytyka spada też na amerykańską administrację i szczególnie prezydenta Donalda Trumpa, który musiał zgodzić się na turecki atak. Trump podkreślił, że „kocha Kurdów”, ale zwracał uwagę, że nie pomogli oni Amerykanom w czasie drugiej wojny światowej i nie wzięli udziału w lądowaniu w Normandii, co wzbudza śmiech lub zgrzytanie zębów w internecie. Trump ma jednak żywych obrońców, jak Dan Caldwell z lobby Concerned Veterans For America, który argumentuje, że konflikt turecko-kurdyjski jest starszy od Państwa Islamskiego (PI) i wojny w Syrii, więc Ameryka „dobrze robi”, że się weń nie miesza.
Kurdowie, którzy służyli Stanom Zjednoczonym we wschodniej Syrii, ponieśli duże straty w czasie wojny przeciw PI: 11 tys. zabitych, podczas gdy zginęło tylko sześciu Amerykanów. Teraz ściągają na północ, do Rożawy, by wziąć udział w obronie. Mijają się na drogach z cywilami uciekającymi na południe, gdyż bombardowania tureckie są bardzo intensywne.
Kurdowie nie zostali całkiem sami, bo chce im pomóc rząd syryjski oburzony „turecką agresją”. Armia jest jednak mocno zaangażowana w Idlibie, prowincji na północnym wschodzie, gdzie walczy z dżihadystami Al-Kaidy, popieranymi przez Turcję i niektóre państwa zachodnie. Póki co, mimo kurdyjskich zapewnień o udanej obronie, tureckie ministerstwo obrony afiszuje satysfakcję i mówi wyłącznie o „sukcesach” swej ofensywy. Bombardowania trwają.

Zostawieni przez sojusznika

Amerykańskie wojska opuszczają północno-wschodnią Syrię, turecka inwazja jest już praktycznie przesądzona. Kurdowie przygotowują się do obrony, a Erdoğan straszy, że jego wojska mogą „uderzyć w każdej chwili”.

W oficjalnym oświadczeniu Białego Domu czytamy, że wojska amerykańskie nie będą wspierać tureckiej operacji w północnej Syrii, ale też, że nie będą znajdowały się na terenie, który ma ona objąć. Media pokazują już fotografie pustych obiektów wojskowych, gdzie do niedawna znajdowali się amerykańscy żołnierze. Kurdowie zaś nie mają wątpliwości: zostali ponownie zdradzeni. Waszyngton, który nazywał ich „najlepszym sojusznikiem” w walce z Państwem Islamskim, zostawia ich na pastwę losu, gdy kalifat już upadł. Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan powtórzył dziś, że Turcja jest gotowa uderzyć na kurdyjską autonomię w północnej Syrii w dowolnym momencie. Zapewne jednak nie nastąpi to przed odejściem Amerykanów, co zdaniem analityków nie potrwa dłużej niż tydzień.
Prezydent USA uzasadnił podjęte przez siebie decyzje w typowym stylu. Wspieranie Kurdów podobno było zbyt kosztowne.
– Kurdowie walczyli razem z nami, ale płaciliśmy im ogromne sumy w pieniądzach i sprzęcie, aby to robili. Oni walczą z Turcją od dziesięcioleci. Teraz Turcja, Europa, Syria, Iran, Irak Rosja i Kurdowie będą musieli rozwiązać sytuację – napisał na Twitterze w serii wiadomości. W najmniejszym stopniu nie wzruszają go komentarze kurdyjskich polityków i dowódców, przypominających Amerykanom gwarancje, jakie mieli dać Kurdom. Ochrona przed Turcją, dla której wszyscy bojownicy o wolność Kurdystanu są terrorystami, miała być najważniejszą z nich.
Organizacja Narodów Zjednoczonych skomentowała w poniedziałek, że „szykuje się na najgorsze”… i w zasadzie wiele więcej robić nie może. Bezradność międzynarodowego gremium wyraził oenzetowski koordynator ds. humanitarnych w Syrii Panos Mumtzis, oznajmiając, że nie wie, co się stanie, a wokół operacji tureckiej pozostaje wiele pytań bez odpowiedzi. Turcy za to nie kryją się bynajmniej z tym, że ich operacja ma być bezwzględna. Minister spraw zagranicznych Mevlüt Çavuşoğlu również na Twitterze zapowiedział „wyczyszczenie” północnej Syrii z „terrorystów”. Na tereny, z których zostaną wypędzeni Kurdowie, Turcja chce przewieźć 2 mln uchodźców z Syrii, którzy w poprzednich latach szukali u północnego sąsiada schronienia przez wojną niszczącą ich kraj.
Kurdowie zapowiadają, że będą walczyli do końca, chociaż przeciwnik jest silniejszy i chociaż, wierząc w amerykańskie gwarancje, sami swojego czasu zniszczyli umocnienia na granicy między terytorium syryjskim a Turcją.
W podzięce za zielone światło na ofensywę Turcja miała zgodzić się przyjąć do swoich więzień byłych bojowników Państwa Islamskiego, pojmanych po jego upadku, których nie chcą wpuścić na powrót kraje europejskie, z których na Bliski Wschód przyjechali. Warto pamiętać, że podczas inwazji na kurdyjski Afrin Turcja nie miała żadnych problemów, by „przekwalifikować” byłych dżihadystów na członków swoich paramilitarnych, „ochotniczych” oddziałów.

Sojusznik, na którego można „liczyć”

Każda kolejna rozmowa Trumpa z Erdoganem ma coraz tragiczniejsze skutki. W wyniku wczorajszej USA zgodziły się na inwazję(!) turecką na Rożawę. Od rana Amerykanie opuszczają swoje bazy. Wszystko to po tym jak przekonali SDF do likwidacji umocnień na granicy gwarantując ochronę przed Turcją. W tym kontekście poniższe zdjęcie Chamberlain wracającego z Monachium po zdradzie Czechosłowacji nieprzypadkowe. Tak jak wtedy, tchórzliwa decyzja politycznych dyletantów będzie miała tragiczne konsekwencje. Wojna, czystka etniczna, którą wprost zapowiada Erdogan, masowe migracje, ustanowienie Rosji jako hegemona w Syrii, uwolnienie tysięcy fanatyków z ISIS (bo Kurdowie nie są w stanie jednocześnie ich pilnować i walczyć z Turkami). Dla Polski i wszystkich innych sojuszników USA na świecie powinno to być jasnym sygnałem – żadna baza nic nie gwarantuje. Jeden telefon i amerykańscy chłopcy zostawiają Cie sam na sam z agresorem.

Kurdystan.info (Facebook)

Turcja napiera na Kurdów

Ponad 400 osób zostało aresztowanych w Turcji podczas kolejnej fali represji wobec opozycji, zwłaszcza tej lewicowej i tej związanej z mniejszością kurdyjską. Władze ogłosiły również, że wygasły mandaty merów Diyarbakiru, Vanu i Mardinu, wszystkich demokratycznie wybranych podczas marcowych wyborów samorządowych.

Uzasadnienie tej decyzji jest znane aż za dobrze – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Turcji twierdzi, że jest w posiadaniu dowodów na to, że samorządowcy szerzyli terrorystyczną propagandę lub wprost należeli do organizacji terrorystycznej, a do tego przeznaczali na jej działalność pieniądze z kasy prowincji. „Terrorystyczna organizacja” to zakazana w Turcji Partia Pracujących Kurdystanu.
Tradycyjnie również nic nie pomagają tłumaczenia, że usunięci ze stanowisk działacze należą do Ludowej Partii Demokratycznej (HDP), która – jak sama nazwa wskazuje – uznaje zasady liberalnej demokracji, odrzuca walkę zbrojną i chce działać na rzecz budowy bardziej sprawiedliwego społeczeństwa metodami parlamentarnymi. Rząd Erdogana już zdecydował. Obowiązki usuniętych merów przejmą nominowani przez władze centralne gubernatorzy prowincji. Samorządowcy na razie nie zostali aresztowani, ale to być może kwestia czasu – w tureckich aresztach i więzieniach już przebywa kilkuset działaczy i działaczek HDP, w tym czterdzieścioro byłych merów miast i miasteczek w tureckim Kurdystanie.
Ogłoszeniu decyzji o pozbawieniu merów towarzyszyły przeszukania budynków miejskich i – w Diyarbekirze – przeszukania urzędników idących do pracy.
HDP oprotestowała działania ministerstwa jako zamach na demokrację. Przypomniała, że usunięty mer Diyarbakiru Adnan Selcuk Mizrakli uzyskał w marcowych wyborach samorządowych 63 proc. poparcia. Swoje stanowiska w pierwszej turze wygrali również Ahmet Turk w Mardinie z wynikiem 56 proc. głosów oraz Bedia Ozgokce Ertan w Vanie (53 proc. głosów).
Ahmet Turk jest usuwany ze stanowiska mera Mardinu po raz drugi – i to w identyczny sposób. W 2014 r. wygrał wybory lokalne z ramienia Demokratycznej Partii Regionów, również współtworzonej przez Kurdów, ale niemającej nic wspólnego z walką partyzancką. W listopadzie 2016 r. aresztowano go i oskarżono o współpracę z terrorystami. Wyszedł w lutym 2017 r. i powrócił do politycznej kariery.
Parlamentarzyści HDP ostrzegają, że jeśli opinia publiczna łatwo pogodzi się z działaniami władz tureckich na wschodzie kraju, to już wkrótce można spodziewać się usunięcia ze stanowisk opozycyjnych merów Ankary i Stambułu, także wybranych w marcu. Nie są oni związani z kurdyjską partią, więc ostatnia fala represji – na razie – ich minęła. Ekrem Imamoglu, mer Stambułu, zdaje się to rozumieć doskonale. Na Twitterze potępił działania władz dotyczące usuniętych samorządowców, pisząc, że takie kroki nie mają nic wspólnego z demokratyczną praktyką.