Pierwszy miliarder wśród piłkarzy

Cristiano Ronaldo przeszedł do historii futbolu. Został pierwszym piłkarzem w dziejach, który wedle magazynu „Forbes” zarobił w trakcie kariery ponad miliard dolarów. Przed nim ten pułap osiągnęli golfista Tiger Woods oraz pięściarz Floyd Mayweather Jr. Portugalski piłkarz jest pierwszym przedstawicielem gier zespołowych w elitarnym gronie sportowych miliarderów.

Piłkarz Juventusu Turyn od 1 czerwca 2019 roku do 1 czerwca 2020 roku zarobił 105 milionów dolarów. Spośród osób ujętych w rankingu bardziej wzbogacili się jedynie modelka Kylie Jenner, raper Kanye West i tenisista Roger Federer. Po doliczeniu dochodów z ostatnich dwunastu miesięcy 35-letni Cristiano Ronaldo stał się pierwszym piłkarzem i zarazem pierwszym przedstawicielem sportów zespołowych, który w czasie kariery zarobił ponad miliard dolarów. Oczywiście fortuna portugalskiego gwiazdora futbolu nie pochodzi wyłącznie z gry w piłkę, chociaż 35-letni piłkarz ma za sobą sześć sezonów w Manchesterze United, dziewięć w Realu Madryt, a od połowy 2018 roku gra w Juventusie Turyn. Około 35 procent jego zarobków to umowy sponsorskie, między innymi dożywotni kontrakt z firmą Nike. Taką samą podpisali jeszcze tylko koszykarze Michael Jordan i LeBron James. Oprócz tego Cristiano Ronaldo rozwija własne marki modowe i kosmetyczne, sieć hoteli oraz czerpie korzyści z rekordowej popularności na portalach społecznościowych. Tylko na Instagramie portugalski piłkarz zgromadził 222 miliony obserwujących i nie ma pod tym względem równego sobie. Za pomocą tego medium promuje też marki, z którymi jest związany kontraktami.
Z piłkarzy bliski wejście do klubu miliarderów jest na razie tylko wielki boiskowy rywal Cristiano Ronaldo – Lionel Messi.

Gest Kaepernicka symbolem protestu

W USA kolejny dzień trwają protesty wywołane zabójstwem przez białego policjanta 42-letniego Afroamerykanina Georga Floyda. Dołączyli do nich sportowcy, którzy wygłaszają apele lub wypisują na koszulkach ostatnie wypowiedziane przez Floyda słowa „Nie zabijaj mnie!”, albo hasła w rodzaju „Sprawiedliwość dla George’a Floyda”. Jedną z form protestu jest naśladowanie głośnego przed czterema laty gestu gracza zespołu futbolu amerykańskiego San Francisco 49ers Colina Kaepernicka.

Morderstwo Floyda wywołało burzliwe protesty w Stanach Zjednoczonych, a na świecie wzmocniło debatę na temat nierówności rasowej. Tym razem sportowcy nie wahali się stanąć w pierwszym szeregu i odważnie zabierali głos. LeBron James, największy obecnie gwiazdor koszykarskiej ligi NBA, która uznawana jest za zdominowaną przez Afroamerykanów, udostępnił na Instagramie zdjęcie klęczącego na szyi Floyda policjanta, a obok zdjęcie klęczącego w trakcie grania amerykańskiego hymnu gracza zdominowanej przez białych ligi NFL Colina Kaepernicka i podpisał je pytaniem: „Czy teraz rozumiecie, o co nam chodzi? Czy dalej to nie jest dla was jasne?”.


Jedyny sprawiedliwy w NFL

Przy okazji przypomniał też światu postać Kaepernicka i jego gest, który pod koniec 2016 poruszył opinię publiczną w USA. Wtedy Kaepernick był jeszcze graczem zespołu San Francisco 49ers. Przed meczami NFL zwyczajowo odgrywany jest hymn narodowy podczas którego wszyscy stoją, a Colin jako jedyny w tym czasie klęknął i pochylił głowę. Potem wyjaśnił to tak: „Nie będę z dumą stał obok flagi kraju, który szykanuje osoby rasy czarnej czy innych kolorowych ludzi”. Jego zachowanie poparła spora część amerykańskiego społeczeństwa, szczególnie kolorowa, ale futbolista był też ostro krytykowany, między innymi przez Donalda Trumpa. W efekcie stracił kontrakt w ekipie 49ers, a potem żaden klub nie zdecydował się na jego zatrudnienie. Podał za to NFL do sądu, ale chociaż rozprawa zakończył się ugodą, jego sportowa kariera legła w gruzach.
Gest Kaepernicka nie został jednak zapomniany i dzisiaj stał się jednym z symboli protestu wywołanego tragiczną śmiercią Floyda. On sam i jego fundacja udzielili wsparcia manifestantom. „Musimy bronić naszych bojowników o wolność” – napisał w oświadczeniu Kaepernick. W USA jeszcze do niedawna funkcjonował stereotyp, że futbol amerykański to „sport dla białych”, dzisiaj jednak nawet władze NFL oficjalnie wspierają walkę o równość rasową. Szczególnego znaczenia nabrała wypowiedź Carsona Wentza, gwiazdora drużyny Cincinnati Bengals, pochodzącego konserwatywnej rodziny od pokoleń mieszkającej w „białej” Północnej Dakocie. „Większość życia spędziłem w towarzystwie białych ludzi, więc nie będę udawał, że rozumiem, przez co przechodzą czarnoskórzy. Ale kompletnie nie rozumiem, jak społeczeństwo może nie szanować wartości ludzkiego życia. Przecież jesteśmy równi” – stwierdził Wentz.
„Gdy widzicie czarnoskórych protestujących, zrozumcie, że oglądacie ludzi znajdujących się na granicy wytrzymałości, którzy chcą żyć i oddychać – napisał Kareem-Abdul Jabbar, najlepszy strzelec w historii NBA, który od lat walczy o równość rasową. Mówiąc o oddychaniu nawiązał do słów Floyda, który bezskutecznie prosił klęczącego na nim policjanta, żeby go puścił, bo nie może złapać oddechu. Jego słowa – „I can’t breathe” (Nie mogę oddychać), to w tej chwili sztandarowe hasło uczestników masowych protestów organizowanych w USA.
Głos sprzeciwu wyraził także Michael Jordan, legendarny koszykarz Chicago Bulls, który dotąd niechętnie angażował się w akcje społeczne o politycznym kontekście, lecz tym razem nie wytrzymał. „Jestem głęboko zasmucony, przepełniony bólem i po prostu zły. Solidaryzuję się z tymi, którzy sprzeciwiają się zakorzenionemu rasizmowi i przemocy wobec kolorowych ludzi w naszym kraju. Mamy dość!” – napisał Jordan. W jego ślady poszli inni wielcy amerykańscy sportowcy. Coco Gauff, 16-letnia gwiazda kobiecego tenisa, opublikowała w internecie filmik, na którym stoi w czarnej bluzie z pochyloną głową i pyta – „Czy będę kolejna?”, gdy w tle pojawiają się zdjęcia czarnoskórych ofiar przemocy policji. Brytyjczyk Lewis Hamilton, jedyny ciemnoskóry kierowca w Formule 1, przywalił mocno w środowisko sportów motorowych. „Nikt ze zdominowanej przez białych ludzi Formuły 1 nie wykazał jakiegokolwiek działania. Nie możecie stać z boku i nic nie robić” – grzmiał sześciokrotny mistrz świata.

Solidarni z Bundesligi

Do protestu przyłączyli się też piłkarze niemieckiej Bundesligi – Marcus Thuram (Borussia Moenchengladbach), Jadon Sancho i Achraf Hakimi (Borussia Dortmund) i amerykański piłkarz Weston McKennie z Schelke Gelsenkirchen. Ich gesty były mocnym przekazem, bo niemiecka liga to teraz jedyne rozgrywki sportowe transmitowane na całym świecie. Gest Kaepernicka w minioną niedzielę powielił Thuram, który po strzeleniu gola Unionowi Berlin przyklęknął i pochylił głowę. „Nic nie trzeba wyjaśniać” – napisał klub w podpisie pod zdjęciem udostępnionym w mediach społecznościowych. A jego trener, Marco Rose, dodał: „Marcus stanowi wzór do naśladowania w walce z rasizmem”.
Napastnik Borussii Moenchengladbach to syn Liliana Thurama, wybitnego przed laty francuskiego piłkarza, mistrza świata z 1998 roku, który od lat walczy o równość rasową. „Za normalne uważa się, że ktoś ma więcej, bo jest biały. O rasizmie się nie mówi. Wszyscy wiedzą, co się dzieje, ale zachowują się, jakby nic się nie działo, bo nie chcą tracić swoich przywilejów. Dopóki nie pozbędziemy się tej postawy, dopóty świat się nie zmieni” – twierdzi Thuram-senior.
Z kolei Jadon Sancho po strzeleniu pierwszego z trzech goli w spotkaniu z Paderborn (6:1) zdjął koszulkę meczową i pokazał do kamer telewizyjnych wypisane na T-shircie hasło: „Sprawiedliwość dla George’a Floyda”. Tak samo postąpił też inny z graczy Borussii Dortmund, Achraf Hakimi, zaś Weston McKennie nosił opaskę z napisem „Sprawiedliwość dla George’a”. Cała trójka została za to ukarana żółtymi kartkami, a Thuramowi groziło zawieszenie, bo tak stanowią przepisy FIFA, która zabrania na stadionach jakichkolwiek manifestacji politycznych. Władze dyscyplinarne Bundesligi w tych przypadkach zlekceważyły jednak regulaminy i nie wyciągnęły żadnych konsekwencji. Co więcej – DFB zapowiedział kontynuację prowadzonej na niemieckich stadionach kampanii antyrasistowskiej.
Szkoda, że na naszych stadionach nie znaleźli się naśladowcy Kaepernicka, Thurama, Sancho i Hakimiego.

Uczcili pamięć Kobe Bryanta

W 69. Meczu Gwiazd ligi NBA drużyna wybrana przez LeBrona Jamesa pokonała w niedzielę w Chicago ekipę ustaloną przez Giannisa Antetokounmpo 157:155. Najważniejszym celem tego spotkania było jednak uczczenie pamięci tragicznie zmarłego 26 stycznia tego roku w katastrofie lotniczej legendy NBA Kobe Bryanta.

Już po raz trzeci z rzędu w miejsce tradycyjnej konfrontacji ekip Wschodu i Zachodu rozegrano mecz, w którym zawodników do obu drużyn, bez ograniczeń terytorialnych, dobierali kapitanowie ekip wybrani w głosowaniu kibiców. W tym roku największe uznanie fanów NBA uzyskali gwiazdor Los Angeles Lakers LeBron James oraz grecki koszykarz nigeryjskiego pochodzenia z Milwaukee Bucks Giannis Antetokounmpo.
Tym razem Mecz Gwiazd był wyjątkowy także dlatego, że władze NBA postanowiły przy okazji uczcić pamięć legendarnego gracza tej ligi Kobe Bryanta, który 26 stycznia tego roku zginął w katastrofie helikoptera. Regulamin zakładał, że każda z trzech pierwszych kwart będzie oddzielnym meczem, a przed czwartą kwartą rezultaty z trzech już rozegranych zostaną zsumowane i aby wygrać całe spotkanie, należało osiągnąć dorobek prowadzącej ekipy powiększony o 24 punkty, bo z takim numerem występował Bryant, pięciokrotny mistrz NBA z Los Angeles Lakers (2000-2002, 2009-2010) i dwukrotny mistrz olimpijski z reprezentacją USA (2008 i 2012).
Bryant zginął w wieku 41 lat w katastrofie wraz z ośmioma innymi osobami, wśród których była też jego 13-letnia córka Gianna. „Nigdy więcej nie zobaczymy koszykarza takiego jak Kobe, potrafiącego zdobyć w jednym meczu 81 punktów czy 60 punktów w swoim ostatnim występie. Później z pasją spełniał się jako ojciec, mąż, filmowiec, który sięgnął po Oscara. To ciężki czas dla całej rodziny NBA” – powiedział przed spotkaniem legendarny Earvin „Magic” Johnson. Wszyscy zawodnicy drużyny Giannisa mieli koszulki z numerem 24 upamiętniającym Bryanta, natomiast ekipa LeBrona grała z numerem „2” – z takim numerem na koszulce w szkolnej drużyny grała Gianna.
Pierwszą kwartę 53:41 wygrał zespół LeBrona Jamesa, w drugiej 51:30 zwyciężyli wybrańcy Giannisa Antetokounmpo, a trzecia zakończyła się remisem 41:41. Tak więc po trzech kwartach w rywalizacji lepsza była ekipa Antetokounmpo, która prowadziła 133:124. Zgodnie z umową zwycięstwo w całym spotkaniu dawało jednak osiągnięcie 157 punktów (133 + 24). Tak zażartej walki w Meczu Gwiazd już dawno nie widziano. Drużyna LeBrona doprowadziła do remisu 146:146, a w końcówce zwycięstwo zapewnił jej Anthony Davis. Zwycięzca całego spotkania dla wybranej instytucji charytatywnej wywalczył 300 tys. dolarów.
Nagroda dla najbardziej wartościowego zawodnika (MVP) Meczu Gwiazd od tej edycji nosi imię Bryanta. „Myśleliśmy o tym, jak najlepiej uhonorować Kobe’go. Myślę, że to co wyróżnia go, to obok pięciu tytułów mistrzowskich jest wybór aż do 18 Meczów Gwiazd, których cztery razy był MVP” – powiedział komisarz NBA Adam Silver.
Żaden inny koszykarz nie zdobył uznania głosujących 18 razy z rzędu. W 19 Meczach Gwiazd, ale nie kolejnych, wystąpił Kareem Abdul-Jabbar. Nikt nie otrzymał też więcej nagród MVP, a również czterokrotnie ponad pół wieku temu trafiła ona do Boba Pettita. Leonard był najskuteczniejszym zawodnikiem spotkania. Na swoim koncie reprezentant Los Angeles Clippers zapisał 30 punktów, siedem zbiórek, cztery asysty i dwa przechwyty. Wśród pokonanych najlepszy był Antetokounmpo – 25 pkt, 11 zbiórek, cztery asysty i trzy bloki.
Dzień wcześniej w Chicago odbyły się popisy indywidualne. Derrick Jones Jr. wygrał konkurs wsadów, Buddy Hield najcelniej rzucał za trzy punkty, a Bam Adebayo triumfował w rywalizacji zręcznościowej.
Gospodarzem przyszłorocznego Meczu Gwiazd będzie Indianapolis.

Piłkarze są krezusami

Magazyn „Forbes” opublikował listę najlepiej zarabiających sportowców na świecie. Trzy czołowe miejsca przypadły gwiazdorom piłki nożnej – pierwszy jest Argentyńczyk Leo Messi, drugi Portugalczyk Cristiano Ronaldo, a trzeci Brazylijczyk Neymar.

Messi od czerwca 2018 do czerwiec 2019 roku z tytułu kontraktu z FC Barcelona i umów sponsorskich zarobił łącznie 127 mln dolarów. Wedle ustaleń „Forbesa” argentyński piłkarz z klubowej kasy „Dumy Katalonii” zainkasował a 92 miliony dolarów. Reszta, czyli 35 mln dolarów, to wpływy z umów reklamowych i sponsorskich. Gaża wypłacana Messiemu przez FC Barcelona czyni go najlepiej opłacanym piłkarzem na świecie (dostaje 7,7 mln dolarów miesięcznie). Dla porównania, Robert Lewandowski, którego uważa się za najlepiej opłacanego piłkarza niemieckiej Bundesligi, rocznie otrzymuje z kasy Bayernu Monachium około 20 mln dolarów.

Dwa kolejne miejsca na liście najwyżej wynagradzanych sportowców na świecie też zajmują piłkarze. Na drugim miejscu znalazł się Cristiano Ronaldo, który zarobił łącznie 109 mln dolarów – 65 milionów z tytułu kontraktu w klubie i 44 miliony dolarów z umów sponsorskich i reklamowych. Trzeci w zestawieniu Neymar zarobił przez ostatni rok 105 mln dolarów, ale co ciekawe – z tytułu kontraktu z Paris Saint-Germain zainkasował więcej od Cristiano Ronaldo, bo aż 75 mln dolarów (pozostałe 30 mln to przychód z umów reklamowo-sponsorskich). Ta dysproporcja jest trochę szokująca, bo jednak pod względem sportowych umiejętności i osiągnięć Portugalczyk bije Brazylijczyka o głowę. Poza tym Neymar znaczną część okresu od czerwca 2018 do czerwca 2019 spędził na leczeniu kontuzji i nie pomógł drużynie w najważniejszych momentach rozgrywek. Ewidentnie jest to piłkarz przepłacony i będzie mu coraz trudniej utrzymać się w czołówce sportowych krezusów.

Czwarty na tegorocznej liście „Forbesa” jest bokser, ale nie jest to żaden z tuzów wagi ciężkiej, tylko Meksykanin Saul Avares. Jego zarobki oszacowano na kwotę 94 mln dolarów, z czego aż 92 miliony zarobił w ringu, a tylko dwa miliony z tytruu umów sponorskich i reklamowych. Piąte miejsce zajął szwajcarski tenisista Roger Federer, u którego proporcje zarobków są akurat odwrotne niż u Alvareza – słynny „Maestro” na korcie zarobił „tylko” 7,4 mln dolarów, zaś 86 milionów dolarów wyciągnął od reklamodawców i sponsorów.

Pozostałe miejsca w Top 10 najbogatszych sportowców na świecie zajmują przedstawiciele sportów najpopularniejszych w Stanach Zjednoczonych. Szósta i siódma lokata przypadła futbolistom amerykańskim: Russell Wilson zarobił 89,5 mln dolarów, a Aaron Rodgers 89,3 mln dolarów. Trzy ostatnie miejsca okupują koszykarze z NBA: ósmy jest LeBron James (89 mln dolarów), dziewiąty Stephen Curry (79,8 mln dolarów), a dziesiąty Kevin Durant (65,4 mln dolarów). Wypada zauważyć, że w czołowej dziesiątce zestawienia nie ma kierowcy Formuły 1, golfisty czy baseballisty, ale też ani jednej sportsmenki.

 

 

LeBron James dostanie górę dolarów

Kilka dni temu LeBron James został tzw. wolnym agentem, co oznaczało, że będzie mógł sam wybrać klub. W poniedziałek 33-letni koszykarz uzgodnił warunki kontraktu z Los Angeles Lakers. Za cztery sezony gry zarobi 154 miliony dolarów.

 

James miał bardzo dobry ostatni sezon. W ekipie fazie play-off robił, co mógł, ale w pojedynkę nie był w stanie zdobyć tytułu. Mocno rozczarowany i smutny krótko po tym zdecydował, aby po czterech latach ponownie opuścić Clevaland Cavaliers. Wcześniej odszedł ze swojego macierzystego klubu w 2010 roku. Wtedy zdecydował się na przenosiny do Miami Heat. Tam w latach 2012 i 2013 wywalczył dwa pierwsze mistrzostwa w karierze. Trzecie zdobył już w barwach „Kawalerzystów” w 2016 roku.

O tym, że „Król James” może ponownie opuścić stan Ohio mówiło się od jakiegoś czasu. Przegrana 0-4 w finale z Golden State Warriors przelała czarę goryczy. Teraz mierzący 203 centymetry zawodnik doszedł do porozumienia z Los Angeles Lakers. W nowej drużynie może grać nawet przez kolejne cztery lata. Wypełnienie ostatniego roku kontraktu będzie zależało już tylko od LeBrona. Będzie miał wtedy prawie 38 lat. W ekipie „Jeziorowców”, której trenerem jest Luke Walton, James ma zarobić przez te cztery sezony aż 154 miliony dolarów.

Wybór Los Angeles przez Jamesa można było przewidzieć. Tam właśnie rozkręca duży interes, a na dodatek jego rodzina była zwolennikiem takiego kierunku. Niedługo jego syn ma rozpocząć naukę w jednej z najlepszych szkół w mieście. Aktywnie na przeprowadzkę do „Miasta Aniołów” naciskała także żona koszykarza. Lakers chcą odbudować potęgę z początku wieku, a więc z czasów wspólnej gry Kobe Bryanta i Shaquille’a O’Neala. Być może do zespołu dołączy jeszcze kilku wartościowym zawodników.