Za zdradę narodu polskiego…

– czyli o niektórych objawach metanoji nienawiści.

Królestwo kłamstwa nie jest tam, gdzie się kłamie, lecz tam, gdzie się kłamstwo akceptuje.
Karel Čapek, 1890-1938

Wieczór 30 marca 1946 roku. Energiczne pukanie do drzwi mieszkania Anny i Aleksandra Cepuszyłów w Koszalinie. Oprócz domowników obecne są w nim dwie koleżanki pani Anny, pielęgniarki z Ośrodka Zdrowia: Anna Grubert i Leokadia Jankowska.
Anna Cepuszyłów otwiera drzwi. Wchodzi dwóch uzbrojonych w pistolety osobników. Żądają od wszystkich okazania dokumentów, ale ich nie sprawdzają. Jeden z mężczyzn podchodzi do Aleksandra Cepuszyłówa i pyta: „Byłeś w sądzie i sądziliście człowieka z AK?” Po uzyskaniu potwierdzenia, mówi: „Daliście mu 5 lat. A to za łagodny wymiar kary w Białogardzie!”, po czym strzela dwa razy w kierunku Cepuszyłówa.
Przed opuszczeniem mieszkania sprawcy zostawiają przy swojej ofierze kartkę, na której są dużymi literami wydrukowane słowa: „ZA ZDRADĘ NARODU POLSKIEGO I WYSŁUGIWANIE SIĘ WROGOWI ZOSTAŁ ZLIKWIDOWANY”, dalej wypisane piórem nazwisko i imię: Cepuszyłow Alex. Pod spodem podpis: D-ca 5 Bryg. Wil. /ŁUPASZKA/ mjr.
Fotokopia tego dokumentu oraz inne sygnowane przez mjr. Zygmunta Szendzielarza ps. „Łupaszka” jawią się niczym „trofea” przy ponad 1,5 m fotografii przedstawiającej w bojowej postawie jego sylwetkę. Ekspozycja ta otwiera stałą wystawę Muzeum w Koszalinie pt. „Koszalin 1945-2015. Od Dyktatury do Demokracji”. Tym sposobem – według mojej obserwacji – został osiągnięty efekt, że większość osób ją zwiedzających zdaje się ulegać iluzji jakoby „Łupaszka” i wykonawcy jego rozkazów byli prekursorami rozpoczętych po wyborach do Sejmu 4 czerwca 1989 r. zmian ustrojowych w naszym państwie. Akcentuje to z umieszczony po lewej stronie, nad jego fotografią, sugestywny napis: „Opozycja niepodległościowa 1945-1950”.
Gdyby jednak zwiedzający – a tylko nieliczni tak czynią – zadali sobie trud dogłębnego zapoznania się ze znajdującymi się po stronie przeciwnej – zapisanymi gęstym i drobnym drukiem – treściami fotokopii dokumentów wydanych przez „Łupaszkę”, to – jak domniemam – narodziłyby się w nich, co najmniej wątpliwości natury moralnej.
Być może – tak jak ja – dostrzegliby, że „opozycja niepodległościowa” w wydaniu „Łupaszki” i jego podkomendnych miała przeważnie charakter destrukcyjny. Wystawione fotokopie dokumentów stanowią wymowne świadectwo, że ich działalność opierała się głównie na rabunku cudzego mienia oraz mordowaniu ludzi akceptujących powojenny porządek w Polsce.
Cóż było pozytywnego we wtargnięciu „łupaszkowców” do mieszkań Aleksandra Cepuszyłówa i Jana Patrycego, a następnie – w obecności rodzin i znajomych – ich zastrzelenie.
Mimo wieloletnich i dogłębnych badań tematu – w tym również kwerendy akt udostępnianych przez IPN – nie znalazłem niczego, co by wskazywało, że Aleksander Cepuszyłów i Jan Patrycy, w jakikolwiek sposób dopuścili się „zdrady narodu polskiego i wysługiwania się wrogowi ”, co rzekomo było powodem wydania na nich wyroku śmierci przez „Łupaszkę”.
Jan Patrycy wywodził się z rodziny o kolejarskich tradycjach. W pierwszych dniach tragicznego września 1939 roku kierował pociągiem pancernym „Wilk”. W czasie okupacji hitlerowskiej był żołnierzem Armii Ludowej. Pracę maszynisty w pociągach towarowych wykorzystywał do przewożenia dokumentów, szukających pomocy ludzi, w tym ukrywających się Żydów.
„Po wyzwoleniu prawobrzeżnej Warszawy, Jan Patrycy wybrany został przewodniczącym Rady Robotniczej w Parowozowni Warszawa-Praga. Jeszcze lewobrzeżna Warszawa była w rękach okupanta, kiedy” na zakończenie trwającego w dniach 14-15 stycznia w Lublinie Nadzwyczajnego Walnego Zjazdu delegatów kół Związku Zawodowego Jana Patrycego wybrano na delegata XV Krajowego Walnego Zjazdu Delegatów Kół Związku Zawodowego Pracowników Kolejowych w Warszawie, a tu z kolei wybrano na członka Zarządu Głównego.
Po zakończeniu wojny Polska Partia Robotnicza, której był członkiem, skierowała go na Ziemie Odzyskane. „Pionierską pracę maszynisty kolejowego rozpoczął na węźle PKP w Białogardzie”. Wybrano go tu na prezesa miejscowego Związku Zawodowego Kolejarzy i sekretarza komórki PPR węzła PKP. Ponadto został członkiem Komitetu Powiatowego PPR w Białogardzie. 16 marca 1946 r. Jan Patrycy – we własnym mieszkaniu, w obecności żony, która przyjechała do niego z Warszawy – został zastrzelony przez „łupaszkowców”. (Podane przeze mnie – nieznacznie przeredagowane – informacje o Janie Patrycym oraz o rodzininie Cepuszyłowów – jeśli nie zaznaczono tego inaczej – pochodzą z książki Stefana Sokołowkiego „Niebezpieczne posterunki”, Koszalińskie Wydawnictwo Prasowe, Koszalin 1985,).
W ten sam sposób, w podobnych okolicznościach, czternaście dni później zamordowali Aleksandra Cepuszyłówa. Był on wysokiej klasy fachowcem z rozległą wiedzą w zakresie budowy dróg, mostów, twierdz i umocnień.
Jeszcze przed pierwszą wojną światową ukończył studia politechniczne w Petersburgu oraz drugi fakultet w Inżynieryjnej Akademii Wojskowej. Był uczniem wybitnego rosyjskiego akademika Kirisznikowa – znanego i cenionego w Europie specjalisty od budowy dróg.
Po wybuchu pierwszej wojny światowej Aleksander Cepuszyłów został powołany do carskiej armii. Odniesiona w trakcie walk przeciwko Niemcom rana w nogę sprawiła, że do końca życia pozostał cywilem.
Do 1927 roku pracował na kolei w Pińsku i Wołkowysku. Przez następne dwanaście lat w Wilnie w Dyrekcji Dróg Wodnych, a w roku 1939 zaangażowano go do pracy w magistracie.
W okresie międzywojennym „Aleksander Cepuszyłów nie wiązał się z partiami politycznymi, ale był człowiekiem wrażliwym na problemy sprawiedliwości społecznej. Wielokrotnie, szczególnie w okresie kryzysu gospodarczego, pomagał pracującym z nim robotnikom, a w okresie bezrobocia ich rodzinom.
W czasie okupacji niemieckiej rodzina Cepuszyłowów zaangażowała się w działalność konspiracyjną. Anna była kurierką w Armii Krajowej”. ” W tejże organizacji działali synowie Cepuszyłowów: Dominik (student Politechniki Warszawskiej) i Leonard. Jeden z nich (nie pamiętam który) – jak wyczytałem w aktach udostępnionych mi przez IPN – uratował „Łupaszkę” z opresji od Niemców.
Dominika, Niemcy rozstrzelali po ujęciu podczas obławy w Górach Ponarskich. Leonarda dopadli w Kownie, gdzie się ukrywał i po aresztowaniu wywieźli do obozu koncentracyjnego w Mauthausen, skąd już nie powrócił.
Gdzieś pod koniec 1942 roku Anna i Aleksander „zostali wywiezieni przez Niemców do Berlina. Tam Aleksander zamiatał ulice, a następnie był pomocnikiem technika przy naprawie dróg. Żona, Anna pracowała w szpitalu dla obcokrajowców jako akuszerka”.
Po zakończeniu wojny Cepuszyłówie wrócili do Polski. Na dworcu w Pile zostali przywitani przez niespodzianie napotkanych ziomków radosnym okrzykiem: „nasz czerwony inżynier z Wilna”. Aleksander Cepuszłów zawsze był obdarzany dużym szacunkiem w środowisku kolejarzy i drogowców. Ceniono go nie tylko za znajomość fachu, ale i społeczną postawę. Przypuszczam, że wielu zapamiętało jego dobroczynność z okresu międzywojennego.
Cepuszyłówie namówieni przez znajomych pozostali na Ziemiach Odzyskanych. Anna zaangażowała się jako przełożona akuszerek Ośrodka Zdrowia w Koszalinie. Aleksander podjął pracę w tutejszym „starostwie, jako kierownik Biura Techniczno-Budowlanego na obwód Koszalin”. Cieszył się uznaniem starosty Edmunda Dobrzyckiego. Wysoko cenił go też Leon Borkowicz wojewoda zachodniopomorski.
28 października 1945 Aleksander Cepuszłów został przyjęty do Polskiej Partii Robotniczej. Tu dał się poznać jako aktywny członek tej organizacji, „któremu przydzielano różne odpowiedzialne zadania”. Adolf Lechelt, sekretarz Komitetu Powiatowego PPR w Koszalinie widział w nim kandydata na posła w wyborach do Sejmu RP. Z poręki Adolfa Lechelta Aleksander Cepuszyłów został ławnikiem Sądu Doraźnego. W tym charakterze 29 marca 1946 roku uczestniczył w procesie przeciwko zatrzymanym sprawcom dokonanego 16 marca 1946 roku (w tym też dniu zamordowano Jana Patrycego) napadu pod Białogardem na ambulans pocztowy i zrabowania zeń 102 tys. zł.
Powstaje w tym miejscu pytanie: czyżby rzeczywiście za wydany przez Sąd Doraźny wyrok po pięć lat więzienia dla osób współuczestniczącym w rabunkowym napadzie na ambulans pocztowy pod Białogardem został zamordowany, z rozkazu „Łupaszki” ławnik tego sądu Aleksander Cepuszyłów. Takowy odwet monstrualnie przekracza miarę poczucia sprawiedliwości. Nie mieści się on nawet, w znanym z wyjątkowej surowości starożytnym prawie Hammurabiego, głoszącym zasadę: „ząb za ząb, oko za oko”. Poza tym warto zauważyć, że Aleksander Cepuszyłów nie był jedyną i najważniejszą osobą w składzie Sądu Doraźnego i to nie on ostatecznie decydował o jego wyroku, lecz sędzia. Domyślam się, że na podjęcie decyzji zamordowania go przez „łupaszkowców” miała w niemałym stopniu okoliczność, że mieszkał w bardzo bliskiej odległości od siedziby Komitetu Powiatowego PPR w Koszalinie.
Motyw zastraszania zaistniał również w przypadku zamordowania Jana Patrycego. Dowodzi tego nie tylko pozostawiona przy nim, taka sama – jak przy Cepuszyłówie – kartka z wypisanym na niej identycznym uzasadnieniem wyroku śmierci, ale jeszcze bardziej – również sygnowany przez „Łupaszkę – list przysłany na adres sekretariatu KP PPR
w Białogardzie:
„Wyrokiem sądu polowego Armii Krajowej został rozstrzelany Patrycy Jan czł. PPR za szkodliwa działalność w stosunku do Narodu Polskiego oraz szerzenie wrogiej propagandy bolszewickiej. Ostrzegam wszystkich czł. PPR przed podobnymi konsekwencjami ich działalności. Rozkazuję Sekretarzowi tutejszej komórki PPR Kuźminskiemu w ciągu 48 godzin zwolnić się z zajmowanego stanowiska w Partii. D-ca 5 Brygady Wileńskiej, «Łupaszka» major”.
Przysłowiowego „konia z rzędem” dam temu, kto wykaże „szkodliwość” działalności Jana Patrycego i Aleksandra Cepuszyłówa „w stosunku do Narodu Polskiego” i wyjaśni na czym polegało „szerzenie” przez tego pierwszego „wrogiej propagandy bolszewickiej”.
Jak na razie nie dość zbadałem tę sprawę, ale na podstawie dotychczas uzyskanych danych mogę stwierdzić, że byli oni ludźmi głęboko zaangażowanymi w tworzeniu zrębów państwowości polskiej na Ziemiach Odzyskanych i ich odbudowie po zniszczeniach wojennych.
Kto dobrze pamięta, lub dobrze zapoznał się z tamtymi czasami, to zdaje sobie sprawę, że mało kto wówczas – niezależnie od politycznych przekonań–– oczekiwał, tak jak część – określanych obecnie mianem – „Żołnierzy Wyklętych”, na III wojnę światową. Zdecydowana większość ówczesnego społeczeństwa chciała za wszelką cenę żyć w warunkach pokoju. Bez wątpienia ciężka i pełna poświecenia praca takich ludzi jak Jan Patrycy i Aleksander Cepuszyłów przyczyniła się do stworzenia fundamentów naszej obecnej polskiej rzeczywistości.
A co, w czasie, kiedy istniała pilna potrzeba wyciągnięcia kraju z ruin i odbudowy, czynili członkowie zbrojnego podziemia antykomunistycznego z mjr. Zygmuntem Szendzielarzem ps. „Łupaszka” na czele?
Jakże inaczej, niż mordercami i złodziejami, można ich określić skoro zamordowali tak uczciwych i zasłużonych dla kraju ludzi jak Aleksander Cepuszyłów i Jan Patrycy, dokonali napadów rabunkowych na Bank Rolny w Koszalinie, ambulans pocztowy pod Białogardem, sklep w Szczecinku i inne miejsca.
„Łupaszki” i jego podkomendnych nie usprawiedliwiają pozostawione w miejscach zbrodni i rabunku kartki z wypisanych na nich wyjaśnieniami dlaczego zabijali i dlaczego kradli. Nie przekonuje mnie – co już chyba dostatecznie wykazałem – niezgodne z obiektywną prawdą lakoniczne i szablonowe tłumaczenie, że zamordowali Aleksandra Cepuszyłówa i Jana Patrycego „za zdradę narodu polskiego i wysługiwanie się wrogowi”. Nie przekonują mnie też „pozostawione przez „łupaszkowców” pokwitowania z wyjaśnieniem, że przywłaszczone z miejsc rabunku pieniądze i towary zostaną przeznaczone na potrzeby zbrojnego podziemia antykomunistycznego, czyli – nikogo innego – tylko ich samych (sic!)
Nie tylko z fotokopii dokumentów umieszczonych tuż przy ponad 1,5 m portrecie „Łupaszki”, na wystawie w koszalińskim muzeum, wynika, że on i jego ludzie świadomie odłączyli się od dzieła odbudowy kraju. Kartki z wypisanymi krótko wyrokami śmierci dla wybranych przez siebie ofiar „ZA ZDRADĘ NARODU POLSKIEGO I WYSŁUGIWANIE SIĘ WROGOWI ZOSTAŁ ZLIKWIDOWANY” stanowiły częsty ślad, który celowo pozostawiali w miejscach dokonywanych zbrodni. Chodziło im bowiem nie tylko o zamordowanie określonych działaczy partyjnych czy związkowych, którzy w jakiś sposób się im narazili, ale bardziej sianie zamętu atmosfery terroru, w tym również zastraszania zwykłych ludzi, aby odwieść ich od współpracy z władzą ludową. Czynili tak według schematu wcześniej wypraktykowanego przez „Łupaszkę” na terenie północno wschodniej Polski, czego między innymi odzwierciedleniem jest zeznanie niejakiego Nakwasa – Pugaczewskiego Roberta vel Wółowicza Józefa ps. „Okonia”: „ …Łupaszko wydał rozkaz, aby wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób będą starali się przeszkadzać w działalności oddziałów przez meldowanie lub stawianie oporu, w najlepszym razie chłostać, a gdy odnosi się do ludzi partii robotniczych, szczególnie wrogo nastawionych do oddziałów leśnych, należy ich bezapelacyjnie mordować, a dobytek palić. Przez stosowanie terroru i bezkompromisowości w postepowaniu odnośnie ludzi partyjnych, należy stworzyć atmosferę taką, aby nikt nie ważył się wstępować w szeregi partii robotniczych, a należący do nich pod strachem wystąpią z partii – co w konsekwencji stworzy warunki do dalszego działania oddziałów i zmieni wrogi stosunek ludności do oddziałów leśnych. W związku w zaopatrywaniu oddziałów w żywność „Łupaszko” polecił nadal kontynuować napady rabunkowe na Spółdzielnie, kasy, bogatych wieśniaków itp…” (Zeznanie Nakwasa-Pugaczewskiego Roberta vel Wółowicza Józefa ps. „Okoń” złożone w Warszawie 6 listopada 1948 roku – Akta IPN BU 944 s. 369).
Specjalistą od wykonywania orzekanych przez „Łupaszkę” wyroków śmierci był por. Zdzisław Badocha ps. „Żelazny”. On też najprawdopodobniej zamordował Aleksandra Cepuszyłówa, co jako w pełni sprawdzoną „zasługę i w walce z ustrojem komunistycznym” nie omieszkała wymienić mgr. Danuty Szewczyk (autorka wystawy: „Koszalin 1945-2015 Od Dyktatury do Demokracji”) w opracowaniu pt. „Kalendarium – Koszalin 1945-1950. Historia na nowo odkryta”:
„Grupa ze szwadronu „Żelaznego” z V Wileńskiej Brygady AK wykonała wyrok śmierci na Aleksandrze Cepuszyłówie, aktywiście PPR, ławniku Sądu Doraźnego w Koszalinie „za zdradę narodu polskiego i za wysługiwanie się wrogowi”.
W kontekście innych opracowań mgr. Danuty Szewczyk oraz wielu innych dyżurujących obecnie historyków oraz publicystów, zdają się być skazane na potępienie: aktywne członkostwo w Polskiej Partii Robotniczej i uczestnictwo w Sądach Doraźnych okresie działania „Opozycji Niepodległościowej 1945 – 1950”. Można nawet odnieść wrażenie, że osoby pokroju Danuty Szewczyk, niemal w pełni uważają za słuszne wydawane wyroki śmierci przez „Łupaszkę” oraz organizowane przez niego akcje terrorystyczno-rabunkowe. Jakoś dziwnie to grono nie zauważa, że przez tego typu gloryfikację tzw. „Żołnierzy Wyklętych” nie sprzyjają rozwojowi „Demokracji”. Wręcz przeciwnie, wzorem tych ostatnich propagują nietolerancję i nienawiść.
Smutna to refleksja w trzydziestą rocznicę zakończenia obrad Okrągłego Stołu, kiedy wydawało się, że Polacy bez względu na różnice światopoglądowe oraz wszelkie inne, potrafią się ze sobą dogadać. Według mojej oceny, był to szczytowy moment w historii rozwoju naszej demokracji. Wbrew wszelkim pozorom odwrót zaczął się z chwilą zwycięstwa ruchu „Solidarność” w wyborach 4 czerwca 1989. Od tej daty, najpierw powoli, a potem coraz szybciej zaczęliśmy być coraz bardziej politycznie, ekonomicznie i mentalnie zatomizowani. A jako naród – coraz mniej solidarni.

„Srebra rodowe”… na stół

30. lecie obrad Okrągłego Stołu nie jest pustą rocznicą. Jest okazją, aby z perspektywy 30 lat spojrzeć na tamte czasy, gdy władza i Solidarność układały się ze sobą w atmosferze naznaczonej wzajemną nieufnością, ale także aby podsumować, czego od tego czasu dokonali ich polityczni spadkobiercy. Jakimi „srebrami” mogą się pochwalić? Jest to tym bardziej ważne, że rok 30. rocznicy Okrągłego Stołu to rok wyborczy.

Przy okazji rozpoczęcia obrad Okrągłego Stołu nietrudno było spotkać głosy eksponujące nieufność władzy do „młodego Związku”. Niebywale „gorąca” i złożona sytuacja w całym 1981 r., setki faktów i zdarzeń, wręcz nakazywały daleko idącą ostrożność. Rozbieżność słów i czynów w Solidarności, była widoczna gołym okiem. Niektórzy doradcy, np. Mazowiecki, Geremek, Kuroń, nawet Wałęsa – przyznawali, że zachowania Związku miały niebezpieczny charakter dla stabilności państwa, że władza mogła mieć powody do obaw, do wyostrzania czujności.
Także i Solidarność nie miała zaufania do władzy, wywodząc jego brak z historycznych przesłanek, z dawnych błędów, zaniedbań. Władza, terenowi przedstawiciele byli krytykowani za zbyt wolne tempo i błędy w realizacji porozumień sierpniowych.
Dość wspomnieć pkt.7 – „wypłacenie strajkującym zarobków za strajk jak za urlop wypoczynkowy”. Wiemy, że były dni, w których strajki trwały w kilkuset zakładach pracy jednocześnie. Można więc było ciągle strajkować otrzymując płace, tylko pytanie – skąd brać pieniądze?
Niektórzy Czytelnicy – w reakcji na poprzednie teksty – na przykład radzili, by wyraźnie pokazać wtedy słyszalne „racje i argumenty” wielu terenowych działaczy, setek tysięcy członków „panny S”, rwących się do strajków oraz apele władzy o ich przerwanie i zaniechanie na okres zimy 1981-82. Po kolejnym apelu KC PZPR z 16-18 października „do ludzi pracy miast i wsi”: „Tylko rozsądkiem i wysiłkiem całego społeczeństwa można zatrzymać dramatyczny bieg wydarzeń w naszym kraju. Nikt myślący nie podcina gałęzi, na której siedzi. Apelujemy do Was, zaoszczędźmy ojczyźnie strajków!” – w niektórych środowiskach robotniczych pojawiły się m.in. takie głosy. Można przecież strajkować 8 godz. nic nie jedząc. Można bez jedzenia przeżyć 24 godz. – strajkując. Z czego więc Partia „robi” problem? Czy Państwo – po latach – nie „przyznacie racji” temu „odkrywczemu rozumowaniu”, wielu aktywistów Solidarności?

Pokażcie swoje „srebra”

Mamy za sobą 30 lat ustrojowej transformacji. Jak były tworzone i jak rozpadały się koalicje rządowe, tak opcji prawicowej jak i lewicowe – – pamiętamy. Jaka tam „królowała” wzajemna ufność i szczerość partnerów – też dobrze pamiętamy. Jakie programy wyborcze oferowano, a co realizowano w praktyce – też przytłaczającej większości spośród nas „nie uleciało z pamięci”. Za kilka miesięcy kolejne wybory, najpierw do Parlamentu Europejskiego, a potem do Sejmu i Senatu. Zachęcam więc wszystkie partie, koalicjantów sprawujących władzę – szczególnie wywodzących się ze „zdrowego pnia” Solidarności, by przypomniały sobie szlacheckie wezwanie – „srebra rodowe na stół”! Proszę, przypomnijcie społeczeństwu jak wy – Solidarność u władzy – zrealizowaliście 21 postulatów sierpniowych, których domagaliście się nieograniczoną metodą strajków. Pokażcie wyborcom jakie „wymierne dobro”, w sensie materialnym i moralnym – dla Polski, dla Polaków przez te 30 lat uczyniliście.
Ktoś z Państwa może się tu żachnąć – przecież mimo różnych przeszkód, Polska powoli się rozwija! W czym problem? Fakt, Polska „czołganiem” się rozwija – minął czas, gdy mieliśmy kilka milionów bezrobotnych i nędzarzy, żyjących poniżej granicy ubóstwa (w 2017 r. było ich 4,3 proc. – skutek programu 500+). Przeróżne nadużycia gospodarcze, finansowe. itp. sprawiają, że „Polacy najbardziej obawiają się przestępczości pospolitej, wśród innych negatywnych zjawisk, które generują wymierne ekonomiczne i społeczne straty, wymienić należy: przestępczość zorganizowaną, gospodarczą, korupcję oraz ataki na systemy informatyczne. Bezpośrednie przełożenie poziomu przestępczości na rozwój państwa obserwowalne jest w szczególności na przykładzie przestępczości gospodarczej, która powoduje najwyższe straty. Zjawisko to dotyczy zarówno budżetu państwa (np. zmniejszenie wpływów, uzyskiwanie nienależnych zwrotów, wyłudzanie dopłat) jak i sektora prywatnego” …czytam w Uchwale nr 8 Rady Ministrów z dnia 14 lutego 2017 r. Pomyślcie Państwo – co i której opcji politycznej władza na tej niwie uczyniła, „niezmordowanie” czyni. Niech sami zainteresowani – partie polityczne: AWS, UW, PC, KLD, PSL, SLD, PO, b. Samoobrona – przecież są ich spadkobiercy – pokażcie skutki waszej walki z korupcją i przestępczością gospodarczą! Od roku 1989 do 2017. A od przyjęcia tej uchwały właśnie minęło 2 lata.
Wystawcie więc swoje dokonania pod wyborców osąd. Nie wstydźcie się – śmiało! Zamiast wytykać błędy, „grzechy” i pomniejszać dorobek innych – sami swoje „srebra” pokażcie. Piszę ten tekst, gdy zbliża się czas strajku nauczycieli. Spotykam się z pytaniami-zarzutami: były pieniądze na nagrody dla ministrów („im się należy” – kto to powiedział?); jest miliard 260 mln. zł dla TVP! Nie ma dla nauczycieli – bo takich „wyuczyli” posłów? Czy to tylko skutek reformy szkolnictwa?
Zachęcam do przestudiowania tekstu prof. Jerzego Wiatra – „Jakiej polityki oświatowej potrzebuje Polska?” („Dziennik Trybuna”, 25-26 marca br.). Kilka miesięcy temu był „protest okupacyjny” w Sejmie niepełnosprawnych osób. Politycy, biskupi, parlamentarzyści „pochylali się” czule nad ich dolą. Co, do końca marca 2019 r. dla nich, ich rodzin władza konkretnego, wymiernego uczyniła. Niech pokaże, proszę – „srebra rodowe” na stół!
A zapomnieliście Państwo o strajku pielęgniarek, protestach służby zdrowia? Kilka tygodni temu, rolnicy pod Pomnikiem Lotnika protestowali w osobliwy sposób, pominę zgryźliwe, dosadne komentarze. Sięgnijcie pamięcią dwie dekady wstecz – co nazwano „dziurą Bauca? Kto i jak ją załatał? A słynna już reforma Balcerowicza – ważny temat do rozważań korzyści i strat gospodarczych, także społecznych o różnej skali, nie mówiąc o następstwach, odczuwanych do dziś. Tu chętnych do plucia na „komunę” zapewne nie zbraknie, choć sam jej Autor już „spuścił z tonu” swego sukcesu.

SLD, do biczowania – wystąp!

Motywowany różnymi powodami, skupię uwagę Państwa na niektórych poczynaniach SLD. Dźwiga na swych barkach odium powojennej historii „błędów i wypaczeń”, dokładnie „polityką historyczną” wytykanych i doczernianych – nie zwalnia z ich przypominania. Sukcesy jej poprzedniczki (PZPR), są skrupulatnie zamazywane i niwelowane. Po 1989 r. na swoim „koncie” ma choćby zasłużonych Prezydentów Polski:
Generała Wojciecha Jaruzelskiego – wraz z reformatorami doprowadził do Okrągłego Stołu; a wcześniej poprzez stan wojenny uratował głównie Kierownictwo, działaczy i członków Solidarności przed Sybirem i ofiarami (jeśli są „twarde”, przeczące temu dowody – proszę „na stół”); ujawnienia „białych plam” w historii stosunków PRL-ZSRR, w tym Katynia; ostatecznie uregulował sprawę zachodniej granicy Polski.
Aleksandra Kwaśniewskiego – wprowadził Polskę do NATO i UE. (Tu najnowszy przykład – prof. Bronisław Geremek wprowadził Polskę do NATO, informował plakat na niektórych przystankach autobusowych w Warszawie, na 20. lecie członkostwa). Pytam – a Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski? Gdzie plejada pracowników MSZ, dyplomatów, polityków, wojskowych, którzy wdrażali w Wojsku zasady „Partnerstwa dla pokoju”. Są wątpliwości – proszę pytać generałów: Franciszka Puchałę, Czesława Piątasa, Krzysztofa Szymańskiego, Andrzeja Cieślewskiego, Czesława Laszczkowskiego, Ryszarda Olszewskiego, Jerzego Gotowałę, adm. Piotra Kołodziejczyka, Ryszarda Łukasika i innych (przepraszam wszystkich pominiętych, z szacunkiem dla wysiłku i efektów). Z goryczą pytam – czy w Fundacji im. B. Geremka nie ma elementarnego poczucia uczciwości i wiedzy, by rzetelnie, zgodnie z prawdą sporządzić plakat propagandowy? Wystarczyło pokazać na plakacie Profesora podpisującego dokument na tle pocztu flagowego (symbol Polski), w obecności Prezydenta RP i osoby wojskowej, by tak uszanować dorobek innych osób, bez względu na ówczesne przekonania polityczne! Wstydźcie się swego nieuctwa! A może kłamstwo, fałsz w tej Fundacji jest „na porządku dziennym”? Co ma myśleć młodzież, miliony Polaków znających różne inspiracje i działania, trwające 10 lat na tym polu.

„Baty” za Koalicję…

Wiadomość o udziale SLD w Koalicji Europejskiej ucieszyła mnie. Wreszcie wnioski i nauki płynące z Okrągłego Stołu przyniosą po 30 latach pożyteczny owoc. Razem, bacząc na główny cel, możemy więcej i lepiej dla dobra Polski – logika tego uczy. O sukcesach członkostwa w UE i stąd płynących korzyści – często pisze w „Trybunie” prof. Bogusław Liberadzki, dziękuję! Jakże okazałem się naiwnym, gdy po kilku dniach przeczytałem krytyczne uwagi pod adresem przewodniczącego SLD. Pytam – gdzie byli krytycy, ci „mądrale”, na kogo postawili przypominając słaby wynik wyboczy do samorządów. Znów, dawne urazy, błędy itp. wzięły na Lewicy górę, obudziły się uśpione animozje? Kiedy wreszcie zapiekłość, zapamiętanie się w swoich racjach pozwoli – głównie młodym działaczom Lewicy – pójść razem, ze „starymi”, dostrzec „coś” dobrego u obecnych adwersarzy i krytyków Lewicy w PO, PSL, Razem, by „coś” wspólnie zrealizować, nie tracąc własnej tożsamości. Wszystkim krytykom Przewodniczącego podsuwam dwa rozwiązania. Pierwsze – usiądźcie i napiszcie swoje programy wyborcze, oceńcie szanse spełnienia teraz, na przestrzeni 2-4 lat, poddajcie pod osąd Kierownictwa. I drugie – niech śmiały działacz skieruje odważną propozycję: proszę wybrać mnie przewodniczącym, a doprowadzę SLD do sukcesu jaki wam przedstawiam pod rozwagę!, w krótkim czasie, 2-4 lat. Póki co, Panu Przewodniczącemu z tych łam „Trybuny” gratuluję rozwagi i odwagi, umiejętności widzenia „racji wyższych”, które dziś nazywają się zdobyciem jak największej liczby głosów Polaków dla posłów SLD do PE, by mogli spełniać cele przedstawione wyborcom.
Wszystkich Państwa serdecznie zachęcam – przedstawcie publicznie, na środowiskowych spotkaniach cele i zadania, które waszym zdaniem są realne do osiągnięcia przez SLD w ramach Koalicji, a stąd w UE. Życzę Państwu energii i siły woli, by tego dokonać. Naprawdę warto, dla siebie i naszych dzieci. Zaś nabyte tu doświadczenie, będzie przydatne do wyborów parlamentarnych. Też dla nas, mających serce i rozum po Lewej stronie!
Członek SLD – wcześniej PZPR – obecny europoseł Pan Janusz Zemke ma najdłuższy, 30. letni staż parlamentarny. Niedawno obchodził 70. urodziny. Proszę, Panie Ministrze – przyjąć gratulacje, życzenia osobistego i rodzinnego szczęścia, dobrego zdrowia na wiele długich lat owocnej pracy dla nas – Polaków. SLD – obok Jubilata – może poszczycić się także widocznym i słyszalnym dorobkiem europosłów – prof. Krystyny Łybackiej (pisze o tym „Przegląd” nr 12 z 2019 r.) i prof. Bogusława Liberadzkiego. Nieco krótszy staż w PE ma prof. Adam Gierek, popierany przez SLD.

Przewodniczący przeprasza…

Przed 1 marca br., Pan Włodzimierz Czarzasty, w imieniu członków i Kierownictwa, przeprosił Polaków za posłów SLD, którzy w 2011 r. poparli ustawę o Dniu Wyklętych. Pan Przewodniczący SLD, nie wyjaśniał, nie usprawiedliwiał, że ta formacja miała inne intencje i oczekiwania wobec ustawy. „Rzeczywistość” – jak to często w Polsce bywa – zaskoczyła wielu. Kilka dni później, słowa te powtórzył w Hajnówce, protestując wraz z wieloma osobami, w tym członkami Lewicy– przeciwko „upatriotycznianiu” zbrodniarzy, poprzez manifestacje dla ich pamięci i zacieraniu ich czynów, hańbiących ludzką godność i człowieczeństwo. Panie Przewodniczący – proszę z łam „Trybuny” przyjąć wyrazy uznania i wdzięczności za te słowa przeproszenia, wypowiedziane szczerze i w pokorze wobec ludzkiego cierpienia i zaniedbania w naprawie krzywd, wyrządzonych ludziom i ich rodzinom. Cała Lewica, bez najmniejszej zwłoki powinna uznać ten ludzki gest i publicznie domagać się zmiany tej ustawy – mając też na względzie poczucie własnej godności. Głośne obchody tego „Dnia” w Hajnówce zwróciły uwagę sąsiadów, co nasz Ambasador wyjaśniał w MSZ Białorusi. Jeśli ktoś z Czytelników poczuł się urażony „przesadną jaskrawością” powyższych słów, gotów jestem je powtórzyć oraz służę takimi przykładami – ku refleksji.
Oddział kpt. Romualda Rajsa, ps. „Bury”, w dniach 29-31.01.1946 oraz 2.02.46 spalił 5 wsi: Zanie, Zaleszany, Końcowizna, Szpaki, Wólka Wyganowska, zabijając w okrutny sposób 82 osoby, w tym starców, kobiety i dzieci, których spalono żywcem z zamkniętych budynkach; w Zaleszanach spalił żywcem 14 osób, w tym 7 dzieci (ciężarną Marię, żonę Sergiusza Niczyporuka, 3 synów, brata z żoną i dzieckiem), 2 zastrzelił. W Zaniach i Szpakach nie spalono katolickich domów i ich prawosławnych sąsiadów. Dla oszczędności amunicji, ludzi palono żywcem w domach, zabijano obuchami siekier; strzelano tylko do uciekających i rannych.
Oddział IPN w Białymstoku 30 czerwca 2005 r. uznał „Burego” winnym zbrodni ludobójstwa. Akcje „Burego” w „żadnym wypadku nie sprzyjały poprawie stosunków narodowych polsko – białoruskich i zrozumienia walki polskiego podziemia o niepodległość Polski”. 18 listopada 2008 r. wyrok ten utrzymał Sąd Okręgowy w Białymstoku. Ze wspomnień bandytów „Burego”: „Ja tam nie żałuję ich, broń Boże, bo to kacapy. Cholera, ale jednak to człowiek był. Nie wiem jak strzelali inni, bo to zależało od ludzi, ale ja to nie przepuścił. Ja byłem okropnie cięty na nich, ale lepiej niech to między nami zostanie. Ale jednak taka walka to nie dla katolika. Mogłem ich puścić, ale nie puściłem. Nie wypuściłem nikogo” – mówił Czesław Popławski „Pliszka” o rajdzie przez wioski prawosławne. „Żadnych tam dyskusji po tym nie było. Chłopaki wspominali, a ten to zrobił, a ten to. Większość z nas była cięta na Białorusinów. To nauczka-mówili chłopaki – żeby się nauczyli, że z Polakami nie ma żartów” – „wyklęty” Marian Maliszewski „Wyrwa” (Karta 1990). Zachęcam do czytania „Przeglądu”.
Józef Kuraś zgwałcił wezwaną z Waksmundu Czubiakową, matkę 2 dzieci, a jego podwładny, który ją odprowadzał, też ją zgwałcił i zastrzelił. „Ogień” ze swoją bandą w latach 1945-47 dokonał zabójstw wielu Polaków, Słowaków i Żydów (dokładna liczba jest wciąż trudna do ustalenia) oraz ok. 120 zwykłych napadów rabunkowych.

„Panowie-chłopi”, proszę o głos

Oddział NSZ „Szarego” – 8 czerwca 1945 r. w Wierzchowinach zamordował 194 osoby, w tym 45 mężczyzn, 84 kobiety, 65 dzieci do 11 lat (najstarszy miał 92 lata, najmłodszy 2 tygodnie). Jeden z „bohaterów” tej akcji, 15-latek, przechwalał się, że „dwoje staruszków tak się prosili, a ja ich łopatą zatłukłem”. Tu fakt z Sejmu, który dn. 9 listopada 2012 r. debatował nad „Uchwałą” w związku z 70. rocznicą powstania Narodowych Sił Zbrojnych (została przyjęta). Namiętne spory nad jej treścią trwały podczas prac Sejmowej Komisji Kultury i obrad Sejmu. Pytanie posła SLD, prof. Tadeusza Iwińskiego – „Jak posłowie Polskiego Stronnictwa Ludowego mogą głosować za uczczeniem struktury, która unicestwiała chłopów biorących ziemię z reformy rolnej?” – pozostało bez najmniejszej reakcji ze strony PSL. Gdy słuchałem transmisji z obrad, było mi po ludzku wstyd i żal. Zastanawiałem się, czyżby w PSL nie znali naukowców, np. prof. Józefa Kozioła, który z aptekarską dokładnością i wiarygodnością przedstawiłby swoim Kolegom dowody bandytyzmu NSZ? Znana była i promowana wtedy książka „Pany i rezuny”, Autorzy – Grzegorz Motyka i Rafał Wnuk. Kopie dokumentów i opisy „praktycznej współpracy” NSZ z UPA i innymi bandyckimi grupami w mordowaniu Polaków na Wołyniu i południowo-wschodniej Polsce, w niej porażają bestialstwem.
Zapytam – dlaczego wtedy, w 2012 r. i dziś, w 2019 r., PSL sprzyja fałszowaniu historii? Dlaczego pozwala na „upatriotycznianie” wielu przestępstw NSZ, choć nie należy wykluczyć, iż były grupy osób czy drobne oddziały, które nie dopuszczały się bestialstw. Dlaczego w tekście „Uchwały”, głosami PSL nie dokonano takiego rozróżnienia. Ewidentne zbrodnie NSZ mocą poparcia posłów PSL uzyskały sejmową pieczęć „zasługi dla Ojczyzny”. Zauważcie, „Panowie-chłopi”, że w 2012 r. NSZ nie było na pomniku Polskiego Państwa Podziemnego, obok którego przechodzicie do Sejmu. Nie było też śladu o BCh, choć były samodzielnie walczącą formacją, dopiero w końcowym okresie wojny podległą AK.
Zapytam – dlaczego PSL, głośno i wyraźnie nie poparło Włodzimierza Czarzastego, nie poszło śladem SLD? „Panowie-chłopi”, ujawnijcie prawdę o swej postawie wtedy i obecnie! Nie wstydźcie się, „srebra rodowe” na stół!

Rozwichrzone myśli i sugestie

Zastanówcie się Państwo – co mogli czuć i przeżywać przez lata ocaleni sąsiedzi i ich najbliżsi na Podlasiu, Podhalu, Lubelszczyźnie, Rzeszowszczyźnie. Konkretnie – rodzina Niczyporuków czy Czubiakowej – o swojej żonie, córce, matce i babci. Syn Kurasia nie miał wstydu „tyle, co brudu za paznokciem”, by domagać się obecnie 1 mln. zł odszkodowania za „patriotyczne” wyczyny ojca-mordercy. Zastanówcie się Państwo – gwałt, morderstwo jest od kilku lat czynem chwalebnym. Do czego doszliśmy, jak nisko upadliśmy moralnie? Zachęcam do przeczytania refleksyjnego tekstu w „Przeglądzie” nr 8, z 18-24 lutego oraz 9, z 25 lutego – 3 marca 2019 r. Pani Sędzi za obiektywizm oceny „dowodów” i lekcję rozumienia sprawiedliwości – wyrazy szacunku i poważania.
Uważam, że dla milionów trzeźwo myślących Polaków, członków i Kierownictwa SLD, „sprawa wyklętych” – to wyzwanie, wręcz wezwanie wobec powojennego podziemia, do wydania i wykonania naszego testamentu. Dlaczego – ktoś z Państwa zapyta. Wśród wielu organizacji zbrojnych, które – ocenił prof. Leon Kieres (b. prezes IPN) „uległy zbandyceniu” – byli ewidentni mordercy, zbrodniarze. Ale znaleźli się także ludzie młodzi, wiedzeni złudną ideą walki o Polskę, np. prof. Zdzisław Sadowski. Proszę, przeczytajcie Państwo tekst w „Przeglądzie” nr 2 ze stycznia br. o reformatorze naszej gospodarki. Sugeruję rozważenie takiej opcji. SLD w przyszłym Sejmie powinno przedstawić ustawę o zmianie nazwy tego „Dnia” na dzień pokory i przebaczenia, pokuty i pamięci (robocza nazwa). Proszę wrócić do słów cytowanych – „Cholera, ale jednak to człowiek był”, czy „taka walka to nie dla katolika”, albo „nie wypuściłem nikogo”. Dla żyjących przestępców, ich rodzin – dzień osobistej, duchowej pokory i pokuty. Dla rodzin zamordowanych – dzień przebaczenia i pamięci, także w pokorze, skrytości ducha, wyciszenia dojmującego bólu, urazu i nienawiści. Wiem – to jest trudne. Może potrzebne będzie wypowiedzenie się całego społeczeństwa, np. w referendum. Ale nie może to być dzień zamiany zbrodni na „chwałę”. Musi to być też dzień pokornej skruchy i pamięci wobec niewinnie skrzywdzonych.
Jako ludzie ceniący humanizm, musimy dać wymierny dowód swej postawie. Dla kogo? – ktoś zapyta? Dla siebie – młody, dorosły i sędziwy Polaku – dla siebie! Jeśli z oceny przeszłości, która jest tkanką naszej przyszłości, nie usuniemy zła i nie zaszczepimy w sobie wymogu prawdy – właśnie wobec siebie, czeka nas wymarcie.
Biskup Polowy WP, inaugurując tegoroczne obchody „Dnia”, w homilii zachęcał „aby wsłuchiwać się w słowa świadków historii”. Mówił, że „nie chodzi o to, by wzbudzać nienawiść, ale żeby poznać prawdę, o wielkiej rzeszy Polaków, którzy dali świadectwo prawdzie”. Czy opisy aktów zbrodni, będące w archiwach IPN i publicznym obiegu, jeszcze wymagają „pieczęci Prawdy”? Czy cierpienia fizyczne i duchowe rodzin zamordowanych przez bandytów, którzy dziś-powiedzmy otwarcie – przy milczącej zgodzie duchownych, głównie biskupów – są na ołtarzach, wymagają jeszcze „pieczęci Prawdy”? Uwłaczałbym tu majestatowi śmierci i cierpienia, pytając o czyją prawdę tu chodzi.

Fałszywy „żołnierz”

Matka-Historia uczy nas, że żołnierz jest ostoją patriotyzmu, ducha polskości, także – nie wstydźmy się przyznać – w znacznym stopniu promotorem religijności Wojska i jego człowieczeństwa. Gdzie był i jest polski żołnierz, tam każdy ma czuć się bezpiecznie! Czy nie tego uczy choćby udział WP w misjach pokojowych? (ciekaw jestem Państwa refleksji po zwiedzeniu wystawy „Od Biskupstwa Polowego do Ordynariatu Polowego”). Nie jest do pogodzenia z żadną filozofią ani religią, by palącego żywcem cywili, zabijającego ich siekierą – nazywać tym szlachetnym mianem! Powtórzę – kojarzącym się z patriotyzmem. Nigdy więc nie użyję słowa „żołnierz” w odniesieniu do owego „Dnia”. Dla Polaka – żołnierz to godność, splendor noszenia „narodowej szaty”. Tak nauczyła mnie Matka-Historia!
Chcę głęboko wierzyć, że Ordynariat Polowy WP, uczestnicząc w państwowych pogrzebach „wodzów” bandyckich oddziałów, miał i wciąż ma w pamięci ich zbrodnie popełnione na osobach cywilnych. Że odprawiając za ich morderców, znanych z nazwiska i pseudonimów, a wymienianych podczas nabożeństw – także za zamordowane dzieci, kobiety, starców – zanosi błagalne suplikacje: „wieczny odpoczynek racz im dać Panie”. Pamiętam zdegustowanie Biskupa Polowego WP krytycznymi ocenami za udział w państwowym pochówku „Łupaszki”. Wyżej cytowane słowa, przyjmuję jako naukę stamtąd płynącą.

Wątpiącym…

Dla Czytelników wątpiących w sens tych sugestii lub też wywodzących swe racje z przekonań wyznaniowych i religijnych, mam taką propozycję. Jan Paweł II 4 marca 1979 r. ogłosił I encyklikę „Redemptor Hominis” – „Odkupiciel człowieka”. Kilka razy używa tam i wyjaśnia sens słów – „człowiek jest drogą Kościoła”, „Człowiek nie może żyć bez miłości”. Nawiasem mówiąc, postrzega człowieka we współczesnej przyrodzie, co dla ekologów może być interesujące. Przy innej okazji, Papież wyjaśnia, że „martwica sumień, ich obojętność na dobro i zło, jest wielkim zagrożeniem człowieka, także społeczeństwa, gdyż ostatecznie od ludzkich sumień zależy poziom moralności społeczeństwa… Trzeba wszystko czynić, ażeby mu przywrócić zdrowie ducha”.
Przewodniczący SLD, bez wiedzy i nauki Papieża-Polaka, na tej drodze uczynił godny najwyższego szacunku i pilnej realizacji – krok! Innym dał godny naśladowania przykład. Paliłby mnie ogień wstydu, gdybym Biskupom, Episkopatowi rekomendował jako myśl przewodnią na Wielki Post, tę Encyklikę Jana Pawła II.

„Bury nasz bohater” – chociaż nie do końca

Instytut Pamięci Narodowej, gdy już doprowadził do wściekłości polskich prawosławnych i wywołał skandal w stosunkach Warszawa-Mińsk swoim stanowiskiem w sprawie „Burego”, próbuje gasić pożar. Pokrzykując: nic się nie stało!

Wydane 21 marca nowe oświadczenie Instytutu jest o tyle lepsze od poprzedniego, że nie dowiemy się już z niego, iż spalenie pięciu białoruskich wsi to za mało na prawdziwą zbrodnię o cechach ludobójstwa, bo przecież Romuald Rajs mógł zniszczyć więcej. Teraz IPN ogłasza po prostu, że nie ma nic strasznego w tym, że co innego głoszą historycy Instytutu w swoich publikacjach, a co innego wynika z prokuratorskich śledztw prowadzonych przez Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. W przypadku „Burego”, potwierdza Instytut, nadal w mocy pozostają wnioski końcowe prokuratora Dariusza Olszewskiego ze słowami potępienia dla działalności Rajsa. IPN twierdzi również, że nie miał i nie sugerował intencji wznowienia i rewizji śledztwa w tej sprawie.
Z drugiej strony Instytut nie był uprzejmy zauważyć nic niestosownego w swoim komunikacie i upiera się, że firmowani przez niego historycy prowadzą badania z pełnym szacunkiem dla warsztatu swojej dyscypliny. Jak z tym szacunkiem jest, udowodnił Jakub Woroncow w artykule na łamach „Przeglądu” – przypomniał, że praktycznie wszyscy autorzy, których opinie o „Burym” cytował skandaliczny komunikat, są związani ze skrajną prawicą.
– Wolność badań naukowych pozwala historykom na odnoszenie się do ustaleń śledztwa, a nawet ich kwestionowanie. Jednocześnie żadne interpretacje naukowe, nawet dalece rozmijające się z sentencją umorzenia śledztwa, nie mogą zmieniać decyzji prokuratora – to esencja nowej publikacji IPN. Należy ją czytać następująco: wnioski Olszewskiego zostaną w mocy, żeby nie było nowych skandali, tymczasem jednak my nadal będziemy promować „Burego” jako bohatera.
Nie tylko zresztą jego. IPN zaprasza również na odsłonięcie kolejnego pomnika „Łupaszki” – w opisie wydarzenia dwa razy pada „jeden z najwybitniejszych”. Dlaczego dla historyków to postać kontrowersyjna, a części obywateli Polski kojarzy się raczej z przelaną krwią? Znowu się nie dowiemy.

Przywrócić ulicę Stanisława Tołwińskiego!

„Wymazać tę szuję z pamięci” – krzyczał podczas swojego wystąpienia radny dzielnicy Żoliborz Ryszard Mazurkiewicz (PiS). Sytuacja miała miejsce w marcu 2018 roku. Dyskusja dotyczyła dekomunizacji lokalnych ulic. „Szują’, która według funkcjonariusza partii Kaczyńskiego nie zasługuje na szacunek i patronat, był Stanisław Tołwiński, prezydent Warszawy w latach 1945-50.

 

W 1996 roku do do Instytutu Yad Vashem zgłosił się Aleksander Dyszko-Wolski, inżynier budownictwa lądowego. 83-letni staruszek chciał przed śmiercią podzielić się historią, która sprawiła, że jego życie nie zakończyło się w latach czterdziestych. Historycy z Instytutu Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu wspominali, że opowiadał ją z łzami w oczach. Był rok 1943, a Dyszko-Wolski został rozpoznany jako Żyd przez szmalcowników na żoliborskiej ulicy Potockiej. Zginąłby niechybnie, gdyby nie mężczyzna, który znalazł się we właściwym miejscu o właściwej porze i wykupił przerażonego 30-latka z rąk szmalcowników. Za własne pieniądze. Tym mężczyzną był Stanisław Tołwiński. Podobnych świadectw spłynęło do Yad Vashem jeszcze kilkanaście. W większości były to wspomnienia zbiegów z getta, którym ówczesny dyrektor Społecznego Przedsiębiorstwa Budowlanego załatwiał pracę na budowach, co pozwoliło im przetrwać okres okupacji hitlerowskiej. Tołwiński był jednym z tych, którzy narażali własne życie, ratując tych, którzy zostali już skazani na zagładę. Aleksander Dyszko-Wolski zmarł w roku 1998. Rok przed śmiercią uczestniczył w uroczystości pośmiertnego nadania Stanisławowi Tołwińskiemu tytułu Sprawiedliwego wśród Narodów Świata.
Kiedy na początku lutego tego roku zobaczyłem, jak robotnicy z ZDM demontują tabliczki z nazwiskiem Tołwińskiego, pomyślałem sobie, że tym krajem rządzą wyjątkowej obrzydliwości moralne karły. Oburzenia nie kryli również mieszkańcy Żoliborza, w większości stateczni mieszczanie o poglądach konserwatywnych. „Swoje stanowisko prezydenta stolicy wykorzystał do odbudowy zniszczonego pożogą wojenną miasta, które kochał, dla którego pracował i żył” – wspominali swojego prezydenta w biuletynie Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, tej samej, którą Stanisław Tołwiński wraz z innymi członkami PPS zakładał w roku 1921. Kiedy żoliborska delegacja wręczała ostrą notę protestacyjną pisowskiemu wojewodzie Zdzisławowi Sipierze, ten kiwał głową ze zrozumieniem, po czym stwierdził, że jest tylko urzędnikiem wykonującym swoje obowiązki oraz polecenia IPN-u. W takich właśnie okolicznościach Stanisław Tołwiński, budowniczy Żoliborza, człowiek, który zarządzał podnoszeniem z wojennych gruzów stolicy naszej ojczyzny, oddany społecznik i człowiek wielkiej odwagi, został pozbawiony patronatu na osiedlu, które by nigdy nie powstało, gdyby nie jego zapał i pomysłowość.
Dlaczego, do cholery, komuś przeszkadza Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata? Komu zależy, by Polacy zapomnieli o wybitnym spółdzielcy? A może wyjaśnieniem nie jest wcale przynależność Tołwińskiego do PZPR czy jego udział w Rewolucji Październikowej? Dekomunizacja to zbrodnia popełniania na pamięci tych, którzy, jak Tołwiński, walczyli o Polskę równą i sprawiedliwą, ale również jaskrawo czytelna deklaracja ideologiczna obecnej władzy. Morawiecki bije pokłony przed mogiłami członków Brygady Świętokrzyskiej, która kolaborowała z III Rzeszą. Na białostockim osiedlu pojawiła się (całe szczęście na wiosnę ma zniknąć) ulica rzeźnika Litwinów i prawosławnych, niejakiego Łupaszki. W dziesiątkach polskich miast swoje miejsca kultu mają już inni bandyci przeklęci. Jestem skłonny postawić tezę, że opętani antykomunistyczną obsesją ludzie pokroju Jarosława Szarka czy wspomnianego Ryszarda Mazurkiewicza, nienawidzą Tołwińskiego właśnie dlatego, że dokonał rzeczy wielkich – dla Polski i Polaków. Zaślepione ideologicznym jadem szuje nie są w stanie przełknąć faktu, że „czerwony” nadal jest postacią cenioną i szanowaną.
Decyzja wojewody została zaskarżona do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Ten uchylił aż 47 wskazań inspektorów z IPN. Ostateczna decyzja będzie należeć do Naczelnego Sądu Administracyjnego, który ma rozpatrzyć sprawę w ciągu najbliższych tygodni. Decyzje tego organu w związku z wnioskami o przewrócenie starych patronów w innych miastach pozwalają mieć nadzieję na korzystne rozstrzygnięcie. W Poznaniu właśnie wróciła ulica 23 lutego, symbolizująca wyzwolenie miasta z rąk hitlerowskich okupantów. W Krakowie NSA nie wyraził zgody na dekomunizację ulic Józefa Marcika i Wincentego Danka. Szansa na wielki powrót Stanisława Tołwińskiego na Żoliborz jest więc całkiem realna. Mam nadzieję, że nie później jak wiosną przyszłego roku będzie miał przyjemność uczestniczyć jako ochotnik w wymianie tablic na stołecznych ulicach.
W czasach, gdy w marszu organizowanym przez faszystów maszeruje ogłupiona prawicową propagandą młodzież, postać Stanisława Tołwińskiego – antyfaszysty ratującego Żydów powinna być noszona na sztandarach i stawiana za wzór przez wszystkie organizacje postępowe.