PiS strzela w tarczę

Cała Polska czekała na to, jaką to tarczę ochronną wymyślił rząd PiS. W końcu doszło do jej ujawnienia. Okazało się, że jest ona jak durszlak totalnie dziurawa. Nie chroni nikogo przed skutkami pandemii.

Tarcza miała chronić szczególnie małe firmy, które są solą małych i średnich miasteczek, które dają pracę milionom ich mieszkańców. Bo przecież w takich miejscowościach poza urzędami, szkołami, szpitalami, policją i strażą pracować można tylko w takich mikrofirmach lub wyjechać za granicę. Okazuje się, że pomoc polegać ma na tym, że zwalnia się te firmy od marca z płacenia składki ZUS. Gastronomia i hotelarstwo zostało administracyjnie zamknięte w połowie marca, jednak obroty spadły drastycznie już gdzieś od początku marca. Proszę więc powiedzieć skąd mają wziąć pieniądze na opłacenie składki za luty, prowadzący je przedsiębiorcy.

Inny fakt warty odnotowania, podatki. Można się starać o ich umorzenie ale również za okres od marca. Przecież ostatni normalny miesiąc w działalności to luty. Podatki za luty płacić trzeba w marcu, a tu zerowe obroty. Natomiast w marcu będą jedynie straty, po jaką więc cholerą mami się przedsiębiorców wizją zwolnienia z płacenia podatków, których i tak nie będzie. To czysty absurd.

Tarcza mówi, że będzie możliwość uzyskania kredytu, z możliwością umorzenia go w kwocie 5 tysięcy zł. Warunkiem jest utrzymanie załogi w pracy. Najniższe pobory bez składki ZUS to dziś kwota około 1800 zł. Państwo ma dofinansować 40 proc. tej kwoty, reszta należy do pracodawcy. Firma zatrudniająca dajmy na to trzech pracowników musi miesięcznie wyłuskać ze swojej kieszeni 2400 zł miesięcznie. Mnożąc to przez trzy miesiące daje to 7200 zł. Co w tym układzie zmienia dofinansowanie w kwocie 5 tysięcy zł pożyczki, nic.

Wszystkie te wyliczenia pomijają jakikolwiek zarobek dla samego właściciela, a on też musi coś jeść.

Znakomitą receptę na to ma Tymoteusz Kochan, który pisze w „Trybunie” w artykule „Tarcza, która nie chroni” żeby mikrofirmy w ogóle pozbawić jakichkolwiek dotacji, pomocy. Warto inwestować w duże firmy, a ludzi z tych- jego zdaniem- badziewnych firm wysłać do pracy w rolnictwie. Wypisz wymaluj „rewolucja kulturalna” w Chinach. Wybitny ekonomista Kochan uważa, że hotele, restauracje nie mają w tym kraju żadnej przyszłości. Jasne, jak w Chinach lat sześćdziesiątych won na rolę i motykami uprawiać pola, wytapiać stal na te motyki we własnoręcznie skonstruowanych piecach, w ramach akcji każdy kłos na wagę złota zagnać dzieci z małych miast i wiosek do zbierania tych kłosów po żniwach.
To małe firmy usługowe, handlowe, doradcze są przyszłością nie tylko Polski. Rozpasiony konsumpcjonizm przestaje być modny. Kończy się czas gdy przed każdym domem stało po kilka samochodów, w każdym pokoju telewizor i setki innych niezbyt potrzebnych rzeczy. Wymiera pokolenie głodne tych dóbr. Młodzi myślą inaczej. Podejrzewam, że Tymoteusz Kochan nigdy w życiu nie prowadził własnej działalności stąd pierdoły jakie wypisuje.

Rzecz kolejna, ta iluzoryczna pomoc państwa wymaga wypełniania ton nikomu niepotrzebnych papierów. Jeszcze kilka dni temu po to by odroczyć, powtarzam odroczyć opłacenie składki ZUS trzeba było wypełnić kilkustronicowy wniosek, a w nim praktycznie bilanse firmy za lata 2017,2018, 2019, o roku 2020 nie było tam mowy. Jak to się ma do słów padających z ekranu telewizorów, że wystarczy spadek obrotów w marcu w stosunku do lutego o 50 proc. Telewizja robi watę z mózgu społeczeństwu. Potem właściciele firm słyszą od swoich pracowników, jakiej to pomocy zaznają za strony państwa, a na słowa, że jedyną osoba w firmie która nic nie bierze jest właściciel znacząca kiwają głową.

Rząd, sprzyjające mu media, prasa piszą nie sprawdzone głupstwa. Prawda jest zupełnie inna. Jak do tej pory można jedynie odroczyć płacenie składki ZUS. Wszystkie pozostałe ulgi to dopiero przyszłość. Tymczasem PiS przemyca w pakiecie ochronnym sprawy związane z wyborami. Oczywiście korzystne dla siebie. To perfidna gra. Pomaga mu w tym „opozycyjna” Platforma Obywatelska. Ta partia uczciwych i światłych ludzi jest jak były prezydent Wałęsa, jest przeciw, a nawet za. Wzywa do bojkotu wyborów, a jednocześnie głosuje za zmianami w prawie wyborczym wprowadzonymi tylnymi drzwiami przez PiS do tarczy ochronnej. Nie ma grzecznych słów na określenie takiej postawy. Bojkot nic nie da bo wystarczy, że tylko propisowcy pójdą do wyborów i Duda znów będzie pilnował żyrandola i machał długopisem jak „ojciec chrzestny” Kaczyński każe.

Tarcza, która nie ochroni

Tarcza Morawieckiego nie zawróci kijem recesji światowego kapitalizmu wspierając polskie mikrofirmy i zakłady uzależnione od dobrej koniunktury na rynkach światowych. Ten plan to ogromna pomyłka, która doprowadzi do katastrofy na rynku pracy i w produkcji.

Jako niewielki kraj Polska samodzielnie nie odmieni koniunktury światowej i nie wstrzyma trendów globalnych. Zależymy od gospodarki niemieckiej i światowych rynków, a rozwiązania krajowe nie powstrzymają finansowego krachu i rozpędzającego się kryzysu.

Tzw. tarcza przygotowana przez rząd Morawieckiego jest kompletną katastrofą i to niezależnie od tego, jaki jest nasz polityczny punkt widzenia. Jest ona kompletnie nieskuteczna nawet z perspektywy rozwiązań kapitalistycznych. Zakłada bowiem dopłaty z budżetu tylko dla małych – a więc i mało dochodowych, i mniej istotnych firm. Po drugie: drobnych i zazwyczaj posiadających znikome oszczędności małych firm nie będzie stać na wypłacanie kilkudziesięciu procent pensji pracowniczej przez kilka miesięcy w sytuacji, kiedy światowy łańcuch produkcji i konsumpcji został przerwany. Opłacanie z budżetu tylko 40 proc. płacy okaże się kompletnie nieskuteczne – ponieważ źródło dla pozostałej części często po prostu już nie istnieje. Tarcza nie ochroni małego biznesu żyjącego z dnia na dzień, a dużego natomiast w ogóle nie dotyczy. To środek, który ma służyć ochronie drobnej przedsiębiorczości, lecz w rezultacie obciąży tylko budżet państwa i nie przyniesie żadnych korzystnych, czy trwałych rozwiązań. Rozwiązania proponowane w Tarczy bez wątpienia są też zagrożeniem dla świata pracy. Postulowane uelastycznienie umożliwi wyzysk po 12 godzin na dobę, a zwolnienie firm ze składek jeszcze bardziej pogrąży budżet naszego – już niewydolnego – systemu ochrony zdrowia.

Polskie firmy już teraz zapowiadają setki tysięcy zwolnień, a prezesi już w tym momencie zamykają nierentowne fabryki i ograniczają produkcję. Robią tak z uwagi na spadek światowej konsumpcji i trendy o charakterze globalnym. Rząd tymczasem nie ma żadnego pomysłu, jak zamortyzować nieunikniony wzrost bezrobocia i obciążenia systemu pomocy socjalnej. Podtrzymanie na kroplówkach części spośród drobnych firm nie uratuje miejsc pracy – państwo nie będzie w stanie miesiącami finansować niedochodowych mikroprzedsiębiorstw, spośród których olbrzymia część nigdy już nie wróci do działalności w trybie sprzed światowej pandemii.

Nic nie będzie jak dawniej

Nie bez powodu francuski minister rolnictwa wzywa tracących zatrudnienie w sektorze usług do pracy w rolnictwie. Struktura gospodarki się zmieni, zmienią się ludzkie przyzwyczajenia i na całe lata nie wróci już koniunktura sprzed pandemii. Miejmy zresztą nadzieję, że nie wróci już nigdy, gdyż rozbuchany konsumpcjonizm najskuteczniejszy był dotychczas w niszczeniu klimatu naszej planety.

Mamy już pierwszy raport dotyczący skokowo rosnącego bezrobocia w Stanach Zjednoczonych (i to pomimo transferów setek miliardów dolarów w giełdę). Wedle niego liczba bezrobotnych starających się o zasiłek wzrosła tam w przeciągu trzech tygodni o trzy miliony (z poziomu 280 tys.!). Premier Morawiecki zamierza jednak bawić się w polską wersję FED-u. Tyle tylko, że zamierza ratować najmniejsze i najmniej dochodowe przedsiębiorstwa. To prosty przepis na klęskę i potworne koszty społeczne. Czekają nas masowe zwolnienia. Będą kolejki do urzędów pracy i po świadczenia społeczne. Będą eksmisje i tysiące bezdomnych. I będzie też ogromna bezradność głupszego niż neoliberalizm rządu. Rząd nie ma świadomości, że nic nie wróci już do pełnej „normy” sprzed kryzysu. Nie rozumie też, że zadaniem państwa w kryzysie jest sterowanie gospodarką, a nie dawanie pieniędzy drobnym firmom, które są najmniej odporne na wahania koniunktury i z których ogromna część już zaraz ogłosi upadłość. Rząd Morawieckiego jest też przesiąknięty starodawną ideologią neoliberalizmu i traktuje państwo, jak darmowy worek bez dna dla upadającego biznesu. Stany Zjednoczone robią dokładnie to samo – tam mamy jednak do czynienia z potężną gospodarką i państwowym sektorem militarnym przynoszącymi gigantyczne zyski. U nas sprawa wygląda zupełnie inaczej.

Polski kapitalizm jest biedny i uzależniony od innych gospodarek, a państwowy budżet bardzo skromny. Zawdzięczamy to temu, że przez całe lata mieliśmy bardzo niskie podatki dla przedsiębiorstw. Rezultatem tej „troski” o firmy jest bardzo tanie państwo i przywiązanie do antypaństwowych schematów myślenia, które przynosi obecnie swoje efekty.

Przez to środki na utrzymywanie prywatnych firm szybko się skończą, a nowych po prostu nie będzie, ponieważ podatki były zbyt niskie i nie było odpowiedniej progresji (zwłaszcza podatku CIT). Zezwalaliśmy też na transfer gigantycznych zysków za naszą granicę – m.in. za sprawą polityki PiS-u i całkowitego podporządkowania się interesom USA. W ten właśnie sposób pozbawiono nas wpływów z odpowiedniego opodatkowania korporacji, czy zwolniono z podatków amerykańskie koncerny medialne. Poprzednie rządy zrobiły dosłownie wszystko byle tylko osłabić budżet, osłabić państwo i zawierzyć życie polskich obywateli kapitałowi, który najchętniej wysłałby nas już do pracy i to pomimo szalejącej pandemii i ryzyka milionów zgonów.

Tworzyć miejsca pracy

Zadaniem zdrowego państwa jest przygotowanie społeczeństwa na kryzys i na nieunikniony skokowy wzrost bezrobocia. Potrzebujemy gospodarczej mapy przyszłości, szybkich działań ze strony państwa i stworzenia nowych miejsc pracy w sektorach przyszłości: związanych z bezpieczeństwem obywateli, zdrowiem, produkcją żywności itd. Tymczasem głodni darmowych dopłat polscy przedsiębiorcy już teraz mówią o potrzebie drugiej i trzeciej tarczy antykryzysowej. I jest to w pełni zrozumiałe. Pragną utrzymać swój dotychczasowy model produkcji, bo przy niewielkim kapitale i niskiej elastyczności nie będą w stanie się przebranżowić i dostosować do zmieniających się okoliczności. Zamiast dotowania płac w niedochodowych przedsiębiorstwach należy tworzyć dochodowe i stabilne miejsca pracy w państwowych zakładach.

Co wiemy na pewno to, że rynek nie jest odporny na kryzysy i reaguje znacznie wolniej od państwa. Rynek – inaczej niż państwo – ceni też sobie zysk za wszelką cenę. Nie zatrzymają go miliony umierających z głodu, czy śmierć z chorób (zwłaszcza w przypadku kapitalistycznie nierentownych już osób starszych).

Na najbliższe miesiące należy zagwarantować płacę minimalną dla wszystkich tych, którzy stracą pracę i źródło utrzymania. Następnie trzeba wdrożyć państwowe programy tworzące miejsca i zakłady pracy dla tych, którzy tę pracę stracą. Państwo nie powinno wspierać mikrofirm, które nie wykazują żadnych zysków. Zamiast tego powinno jednak wspierać finansowo duże zakłady i przedsiębiorstwa. Powinno jednak robić to tylko i wyłącznie w zamian za udziały na rzecz państwa oraz dołączenie załóg pracowniczych w poczet ich kierownictwa.

Uzdrowić służbę zdrowia

Państwo musi też błyskawicznie znacjonalizować cały system ochrony zdrowia, ponieważ sektor prywatny jest antyspołeczny i kompletnie nieskuteczny w walce z pandemią. Potrzebne jest też planowe kształcenie i zatrudnienie lekarzy. Niezbędna jednocześnie jest gruntowna reforma ochrony zdrowia: niedopuszczalna musi stać się np. sytuacja w której wielu pracowników ochrony zdrowia pracuje w wielu miejscach jednocześnie. Potrzebne jest też odejście od prywatyzatorskiego systemu kontraktowego i limitów, które paraliżują możliwość korzystania nawet z już zakupionego sprzętu. Ten bardzo często stoi nieużywany, gdyż skończyły się już limity zabiegów opłacanych przez NFZ, natomiast za dopłatą od pacjenta uruchamia się go praktycznie od razu i bez kolejki (tak, ten sam sprzęt, który zakupiono z podatków). Nakłady na zdrowie powinny przy tym wzrosnąć przynajmniej do poziomu 9 proc. PKB. Pełnej, antyspekulacyjnej nacjonalizacji muszą też zostać poddane wszystkie fabryki produkujące środki bezpieczeństwa (maseczki, stroje ochronne, czy płyny do dezynfekcji). Walka ze spekulacją jest też konieczna na rynku spożywczym: podwyżki cen podstawowych produktów najbardziej uderzają bowiem w osoby niezamożne, których pensje skokowo tracą w tym momencie na swej wartości.

Konieczne jest zwiększenie płac w kluczowych dla funkcjonowania państwa branżach, gdzie pracownicy są najbardziej narażeni. Trzeba też błyskawicznie zatroszczyć się o najbiedniejszych i zwyczajnie zlikwidować bezdomność – mowa tu o osobach szczególnie narażonych w czasie epidemii, które utraciły też dostęp do datków. Wstrzymane muszą zostać wszystkie eksmisje, spłaty kredytów hipotecznych oraz odcinanie mediów w każdej postaci. Właśnie w czasie kryzysu należy też uruchomić masowy państwowy program budowy mieszkań, który zapewni zatrudnienie dodatkowym tysiącom pracowników. W walce o zdrowie publiczne musimy też szybko ratować polskie powietrze: koniecznością jest zatrzymanie lawinowego wzrostu zachorowań na choroby dróg oddechowych. Kilkadziesiąt miliardów złotych, które rząd wyrzuca obecnie na pomoc nierentownym firmom, wystarczyłoby na błyskawiczną zieloną transformację.

To wszystko jest do zrobienia. O skuteczności i o możliwościach państwa niech świadczą kroki, które dziś podejmuje się w obronie prywatnych firm i rynku, który cały czas miliony skazywał na zwykłą biedę. Tarcza, którą proponuje dziś rząd to tarcza dla neoliberalnej ideologii. Jeśli się jej nie przeciwstawimy to pójdziemy na dno. I to szybko.

Patologia w małych firmach?

Poniedziałkowa Trybuna wydrukowała materiał Piotra Szumlewicza pod tytułem „Małe firmy- dużo patologii”. Z materiału wynika, że autor nie miał zbyt wiele do czynienia z małymi firmami. Gdyby miał, to na tytułowe pytanie odpowiedziałby: tak, ale ze strony pracowników!

Jestem od zawsze lewicowcem. Doszedłem w SLD przez pewien czas do stanowiska sekretarza RW na Podkarpaciu. Od kilku lat prowadzę własną działalność w branży zakwaterowanie i gastronomia, w branży, którą Piotr Szumlewicz określa jako najbardziej patologiczną. Przed podjęciem tej działalności dałbym sobie rękę uciąć za każdego skarżącego się na pracodawcę pracownika. Teraz zmieniłem zdanie. Może nie diametralnie, ale w sposób dość zasadniczy.

Po pierwsze potwierdzam stare powiedzenie, że człowiek zrobi wszystko
byle tylko nic nie zrobić.

Natomiast prawdą jest, że przy każdej wypłacie wypłakuje o podwyżkę.
Nie ma w pracy pojęcia stosunków partnerskich z pracownikami. Wykorzystają to natychmiast. Dopiszą sobie godziny, nakarmią rodzinę, gdy cię nie ma, skorzystają z owoców, jarzyn, wędlin, mięsa. Ja wiem, że nie można uogólniać. Są też ludzie uczciwi, niestety jest ich mniejszość. Przez trzy lata kompletuje załogę i końca nie widać.

Nowo zatrudnieni pracują w miarę dobrze prze kilka miesięcy, później zaczyna się gra, szef nie widzi to luz i laba. Kończy się to rozstaniem, a wtedy masz pewne, że wywaleni obrobią ci pewną część ciała. Płacę jak w zegarku, bez jakiegokolwiek spóźnienia, a w mieście idzie fama, że zalegam z poborami. Wiem kto robi mi taka opinię, między innymi pani barmanka, która wielką miłością darzyła towar, który sprzedawała, czyli alkohol. Zapominała też wbijać do kasy fiskalnej sprzedany towar, ale nadwyżki w kasie nigdy nie było.

Osoba prowadząca działalność gospodarczą w czasach PRL-u uznawana była przez wszelkie urzędy jako potencjalny przestępca, transformacja niczego nie zmieniła. Dalej prywaciarz to w powszechnym pojęciu kombinator i oszust. Duże firmy stać na dobrych adwokatów i tym sposobem potrafią wybrnąć z różnego rodzaju wpadek i przekrętów. Małych firm na to nie stać.

Przez cały czas mam rotację za barem. Owszem przychodzą chętni do pracy, ale…

wygląda to mniej więcej tak. Mogę pracować, ale na czarno, bo inaczej stracę dopłatę do mieszkania, zasiłek z MOPS-u, pomoc z PCK. Proszę mi powiedzieć jak można – w małym mieście, gdzie wszyscy się znają – postawić kogoś do pracy na czarno i to jeszcze za barem.

Inny ciekawy, acz powszechny przypadek, Panie Piotrze. Pracuje dziewczyna na pół etatu, bo tak jej pasowało. Po czasie poprosiła jednak o możliwość pracy na pełny etat. Sprawdziła się wcześniej ,więc się zgodziłem. Jaki był tego efekt? Po sześciu dniach przyniosła zwolnienie lekarskie i ciągnie chorobowe już trzeci miesiąc. Tak wygląda rynek pracy na prowincji. Kelnerka nigdy nie zauważy zabrudzonego obrusu, śmieci na podłodze, nieumytych szklanek, kufli. Nie ma czasu, bo przecież mogło by ją ominąć coś ważnego na facebooku.

Powiedzmy sobie szczerze. Ci co chcą pracować, robią to za granicą,
lub tutaj w Polsce. Ci co pracy nie mają, to lenie i nieudacznicy, mówiąc kolokwialnie roszczeniowcy. Znają dokładnie stawki, jakie płacą inne firmy w mieście, ale zupełnie nie interesuje ich przestrzeganie zakresu obowiązków. Największy żal mam do lekarzy, którzy sypią zwolnieniami bez ograniczeń. Powiesz, że masz problemy z kręgosłupem i pół roku laby gwarantowane. No ale lekarz teraz to nie służba, a biznes, jak mówią w kabarecie – klient nasz pan.

Panie Piotrze – oczywiście są wyjątki od tej reguły. Takim wyjątkiem są ludzie 50 plus. Panie w tym wieku pracują na kuchni i proszę mi wierzyć znają swoje obowiązki, nie patrzą tępo w ekran smartfona, nie kombinują co zrobić by nie zrobić nic, a jedynie pozorować pracę. Gdy mają chwile spokoju sprzątają i myją podłogi, sprzęt. Niestety nie mają już tyle sił by noce spędzać za barem.

Jeśli się chce pisać o wyzysku pracowników przez wrednych właścicieli, to najlepiej samemu założyć firmę i spojrzeć na to wszystko z drugiej strony, a wtedy – zapewniam- obraz nie będzie już tak wyrazisty jak Pan pisze.

Małe firmy – dużo patologii

Politycy prawie wszystkich opcji politycznych od wielu lat powtarzają, że mikroprzedsiębiorstwa są największym bogactwem Polski, o które należy się troszczyć.

Stąd kolejne programy ulg, zwolnień i dopłat, licytacja, kto bardziej obniży podatki i składki dla najmniejszych firm, obietnice dotyczących ułatwień w prowadzeniu działalności gospodarczej. Dane jednak pokazują, że warunki pracy w mikroprzedsiębiorstwach pozostawiają wiele do życzenia i trudno zgodzić się, że najmniejsze firmy są naszym największym dobrem. Wydaje się raczej, że w najmniejszych firmach panuje największy wyzysk, zazwyczaj niepoddany niczyjej kontroli.

Kilka dni temu Główny Urząd Statystyczny przedstawił szczegółowe dane dotyczące działalności przedsiębiorstw o liczbie pracujących do 9 osób w 2018 r. To rzadko prezentowane dane, ponieważ zazwyczaj GUS prezentuje wskaźniki dla podmiotów zatrudniających ponad 9 osób. Z raportu wynika, że sytuacja w małych przedsiębiorstwach jest znacznie gorsza niż w tych większych.

W 2018 r. działalność gospodarczą w Polsce prowadziło aż 2,15 mln przedsiębiorstw o liczbie pracujących do 9 osób, co oznacza wzrost ich liczby o 3,5 proc. w skali roku. W 2017 r. w mikroprzedsiębiorstwach pracowało 4,17 mln osób, czyli o 83,4 tys. więcej niż rok wcześniej. GUS wskazuje, że od lat regularnie rośnie liczba mikrofirm oraz osób w nich zatrudnionych. Od 2013 r. przybyło blisko 400 tys. mikrofirm i ponad 700 tys. osób w nich pracujących!

Niestety wciąż płace w małych firmach są bardzo niskie. W 2018 r. przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w mikroprzedsiębiorstwach wyniosło 3081 zł brutto, czyli zaledwie 2169 zł na rękę. Wynagrodzenia w mikroprzedsiębiorstwach są wciąż radykalnie niższe niż w firmach zatrudniających ponad 9 osób – w tych ostatnich średnia płaca w 2018 r. wynosiła 4852 zł, czyli aż o 1771 zł więcej!

Z danych GUS wynika, że branżami o najniższych płacach w mikroprzedsiębiorstwach w 2018 r. były: zakwaterowanie i gastronomia – 2420 zł oraz Rolnictwo, leśnictwo, łowiectwo i rybactwo – 2439. We wszystkich branżach istnieje przepaść w porównaniu z poziomem wynagrodzeń w większych przedsiębiorstwach. Innymi słowy najmniejsze firmy ciągną w dół standardy płacowe. Dotyczy to również handlu, gdzie rząd wielokrotnie bronił najmniejsze sklepy. Tymczasem płace w większych placówkach są średnio o ponad wyższe 1000 zł miesięcznie niż w tych małych! Dążenie do zmiany struktury rynku mające na celu wzmocnienie drobnego handlu nie jest więc korzystne dla pracowników.

W mikroprzedsiębiorstwach dominują umowy niestandardowe. Umowę o pracę ma tylko 1,43 mln na 4,17 mln pracujących, czyli 34,3 proc. Reszta, czyli blisko dwie trzecie pracowników mikrofirm, ma umowy innego rodzaju. Ponadto w mikroprzedsiębiorstwach uzwiązkowienie jest bliskie zeru, a łamanie praw pracowniczych ma miejsce na masową skalę i zazwyczaj nieuczciwi pracodawcy pozostają bezkarni. Do zdecydowanej większości mikrofirm nie docierają kontrole Państwowej Inspekcji pracy, co sprawia, że w wielu z nich panują stosunki folwarczne. Stąd olbrzymia skala nadużyć odnośnie wypłaty wynagrodzeń na czas, ewidencji czasu pracy czy płacenia za nadgodziny.

Duża liczba mikroprzedsiębiorstw nie stanowi o sile gospodarki, lecz jej słabości. W najmniejszych firmach są najniższe płace, największa skala wyzysku, najmniejsze uzwiązkowienie, najniższa jakość usług. Ponadto małe firmy są najbardziej podatne na kryzys i najmniej innowacyjne. Zamiast wspierać drobny biznes, państwo powinno dbać o przestrzeganie praw pracowniczych w całej gospodarce.

Małe firmy – wielki wyzysk

Politycy wszystkich opcji od lat powtarzają, że mikroprzedsiębiorstwa to nasze największe bogactwo, o które państwo powinno się troszczyć.

 

Kolejne rządy ogłaszają programy wsparcia dla małych firm, proponują im ulgi, zwolnienia i dopłaty. Rząd Prawa i Sprawiedliwości ze wsparcia dla mikroprzedsiębiorstw uczynił jeden z fundamentów polityki gospodarczej. Stąd między innymi zwolnienie od płacenia składek dla małych firm, obniżka podatku CIT dla firm o niskich przychodach czy wprowadzenie działalności nierejestrowanej dla najmniejszych podmiotów. Również ograniczenie handlu w niedzielę dokonywało się pod hasłem wsparcia dla małych, polskich firm i osłabienia dużych przedsiębiorstw zagranicznych.
Tymczasem dane Głównego Urzędu Statystycznego pokazują, że sytuacja w małych firmach jest znacznie gorsza niż w tych większych. Mikroprzedsiębiorstwa gorzej płacą, częściej łamią prawa pracownicze, oferują niższą jakość usług, są mniej innowacyjne.
W 2017 r. działalność gospodarczą w Polsce prowadziło 2,07 mln przedsiębiorstw o liczbie pracujących do 9 osób, co oznacza wzrost ich liczby o 3,5 proc. w skali roku. W tym samym roku w mikroprzedsiębiorstwach pracowało 4,09 mln osób, czyli o 133 tys. więcej niż rok wcześniej. GUS wskazuje, że od lat regularnie rośnie liczba mikrofirm oraz osób w nich zatrudnionych.
Z perspektywy pracowników kluczowe jest to, że w ubiegłym roku przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w takich firmach wyniosło zaledwie 2800 zł brutto, czyli 2018 zł na rękę. Rok wcześniej średnia płaca w najmniejszych firmach wynosiła 2577 zł. W ciągu roku nastąpił wzrost wynagrodzeń o 8,7 proc., co wiązało się przede wszystkim ze wzrostem płacy minimalnej. Mimo to wynagrodzenia w mikroprzedsiębiorstwach są wciąż radykalnie niższe niż w firmach zatrudniających ponad 9 osób – w tych ostatnich średnia płaca w ubiegłym roku wynosiła 4530 zł, czyli aż o 1730 zł więcej!
Jednocześnie GUS zwraca uwagę, że do branż o najniższych płacach w mikroprzedsiębiorstwach należą zakwaterowanie i gastronomia – 2393 zł, transport i gospodarka magazynowa – 2524 zł, budownictwo – 2548 zł, handel i naprawa pojazdów samochodowych – 2709 zł. We wszystkich tych sektorach istnieje przepaść między poziomem wynagrodzeń w mikroprzedsiębiorstwach i w większych firmach.
Warto w tym kontekście zbadać sytuację w handlu i w sektorze napraw pojazdów samochodowych, ponieważ na tym obszarze władza szczególnie mocno podkreśla potrzebę umacniania małych, polskich firm. Tymczasem w placówkach tego rodzaju zatrudniających ponad 9 osób średnie płace w ubiegłym roku wynosiły średnio 4206 zł, czyli o 1497 zł więcej niż w mikroprzedsiębiorstwach. Przesuwanie siły roboczej z dużych sklepów do mniejszych jest więc dla pracowników niekorzystnym rozwiązaniem. Dotyczy to też planowanego w ustawie o handlu w niedzielę zwiększenia zatrudnienia w placówkach gastronomicznych. W tych ostatnich płace należą do najniższych na rynku. Trudno więc tu mówić o dobrej zmianie.
Umowę o pracę w najmniejszych przedsiębiorstwach ma tylko 1,42 mln na 4,09 mln pracujących, czyli niecałe 35 proc. Reszta, czyli blisko dwie trzecie pracowników mikrofirm, ma umowy innego rodzaju. Praktycznie nie istnieją tam związki zawodowe, a łamanie prawa pracy jest codziennością. Na dodatek do większości z nich nie docierają kontrole Państwowej Inspekcji Pracy – pracodawca zazwyczaj jest w nich samowolnym panem, który bez żadnych konsultacji narzuca warunki pracy pracownikom. Stąd gigantyczna skala bezprawia i nadużyć odnośnie wypłaty wynagrodzeń na czas, ewidencji czasu pracy czy płacenia za nadgodziny. Dotyczy to też handlu, w tym handlu w niedzielę. W 2016 roku PIP zbadała przestrzeganie zakazu pracy w placówkach handlowych w święta. Okazało się, że największe placówki handlowe znacznie rzadziej łamią przepisy niż te małe. Już wtedy małe sklepy omijały przepisy, nie pozwalając pracownikom odpoczywać w święta. Od niedawna rząd dał im premię za eksploatację pracowników i postanowił umocnić ich pozycję na rynku.
Duża rola mikroprzedsiębiorstw nie stanowi o sile gospodarki, lecz o jej słabości. W Unii Europejskiej najbardziej rozdrobnione gospodarki mają kraje śródziemnomorskie, które od lat borykają się z kryzysem. Najwięcej firm na świecie mają zaś najbiedniejsze kraje afrykańskie, w których odsetek przedsiębiorców wśród dorosłych mieszkańców jest najwyższy.

Mali mają trochę lepiej

Niby wskaźniki się poprawiają, ale widmo stagnacji ciągle krąży nad polską gospodarką

 

Małe firmy, zatrudniające od 10 do 49 pracowników, są w najlepszych nastrojach od trzech lat.
Indeks tzw. barometru EFL dla tej grupy w drugim kwartale bieżącego roku wyniósł 62,4 pkt. Wyższy był tylko w II kwartale 2015 roku (65,5 pkt.). Co więcej, po raz pierwszy w historii badania, odczyt dla małych firm był wyższy niż dla średnich. Jest to rezultat o 5,5 pkt. wyższy niż na początku tego roku.

 

Przybyło optymistów

47,1 proc. „maluchów” liczy na wzrost zamówień na ich usługi i produkty, o 7,1 pp. więcej niż kwartał wcześniej. Tu jednak wypadają oni gorzej od innych przedsiębiorstw. Odczyty dla mikro i średnich firm wyniosły odpowiednio 58,9 pkt. oraz 62 pkt.
Nieco więcej maluchów, niż trzy miesiące temu, spodziewa się też lepszej płynności finansowej – 28,9 proc. w porównaniu do 24 proc.
Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora małych i średnich przedsiębiorstw do szeroko rozumianego wzrostu (to jest rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki, maksymalizacją zysków oraz wyższymi inwestycjami w środki trwałe).
Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm małych i średnich, daje punkt odniesienia co do zakładanego kierunku zmian, które mogą sprzyjać wzrostowi lub działać hamująco na rozwój przedsiębiorstw. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego, a jego wyniki są publikowane co kwartał.

 

Powyżej granicy wzrostu

Uczestnicy badania nastrojów to decydenci z mikro, małych i średnich firm z terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w dniach 19-27 kwietnia 2018 r.
Barometr, stworzony na podstawie danych zgromadzonych w trakcie badania przedsiębiorców, przyjmuje wartości od 0 do 100, przy czym wynik powyżej 50 pkt. oznacza, że występują sprzyjające warunki do rozwoju sektora małych i średnich przedsiębiorstw, natomiast wskaźnik niższy oznacza oczywiście, że warunki te są niekorzystne. A zatem poziom 50 pkt. stanowi poziom ograniczonego rozwoju.
– Drugi pomiar barometru w tym roku lekko nas zaskoczył, ale bardzo pozytywnie. Do tej pory mieliśmy do czynienia z najwyższymi wskaźnikami wśród średnich firm, a w tym kwartale, po raz pierwszy w historii badania, najlepsze nastroje wykazują mali przedsiębiorcy. To cieszy, gdyż w sektorze grupie MŚP małych firm jest zdecydowanie więcej niż średnich. Wzrost sprzedaży produktów i usług oraz więcej inwestycji z pewnością są czynnikami sprzyjającymi w awansie z poziomu firmy małej firmy na średnią – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.

 

Odbicie od dna

Średnie firmy oceniają swoją sytuację odrobinę gorzej niż małe – obecna wartość barometru wyniosła 62 pkt., czyli tyle samo, ile w poprzednim kwartale.
Na uwagę zasługują jednak również mikro firmy (z personelem liczącym od jednego do 9 pracowników), które także nieco różowiej patrzą w przyszłość. Obecny poziom ich nastrojów jest drugim najwyższym wskaźnikiem w historii Barometru, po drugim kwartale 2017 (rok temu wyniósł on 61,5 pkt.). Choć odczyt dla tej grupy ponownie jest niższy od odczytu dla małych oraz średnich firm, który wyniósł 58,9 pkt., to jest to wynik aż o 7,1 pkt. wyższy niż w pierwszym kwartale bieżącego roku.
W sumie, nastroje wśród przedsiębiorców mikro, średnich i małych, lekko odbiły się od dna.
Licząc łącznie, odczyt barometru za drugi kwartał tego roku wyniósł 61,2 pkt. i coraz wyraźnie znajduje się powyżej poziomu ograniczonego rozwoju.
Wreszcie, po trzech kolejnych spadkowych kwartałach, dał się zauważyć wzrost wskaźnika w porównaniu do pierwszego kwartału 2019 r. Lekki spadek (o 1,8 pkt.) widać natomiast w porównaniu do bardzo dobrego odczytu sprzed roku, który wyniósł 63 pkt.
Pomimo tych dość optymistycznych wskaźników, nie da się jednak ukryć, że małe i średnie przedsiębiorstwa wciąż jeszcze nie wyszły na dobre z okresu wielomiesięcznej stagnacji – i nie wiadomo, czy i kiedy wyjdą. Nie planują znaczącego zwiększania liczebności pracowników, nie przewidują większych inwestycji (zwłaszcza innowacyjnych). Trudno też uznać za korzystne, że, jak wynika z cytowanych tu wyliczeń, większość małych firm nie planuje jednak żadnego wzrostu zamówień na ich produkty i usługi, zaś ponad 70 proc. nie oczekuje poprawy płynności finansowej.