Górnik gra jak z nut

Poprzedni sezon Górnik Zabrze zakończył na pierwszym miejscu w grupie spadkowej, ale w przerwie letniej zespół opuścił jego najlepszy strzelec, Hiszpan Igor Angulo, a teraz do holenderskiego SC Heerenveen odszedł filar defensywy Paweł Bochniewicz. Mimo tych ubytków zabrzanie zaczęli rozgrywki z przytupem.

Po trzech kolejkach Górnik jest jedynym niepokonanym zespołem w ekstraklasie i prowadzi z kompletem punktów oraz imponującym bilansem bramkowym 9:2. W pierwszej kolejce pokonał na własnym stadionie beniaminka Podbeskidzie Bielsko-Biała 4:2, a w następnej na wyjeździe ograł 2:0 innego z beniaminków – Stal Mielec. W trzeciej serii gier do Zabrza przyjechał już jednak mocniejszy rywal, bo Lechia Gdańsk to czwarty zespół poprzedniego sezonu.
Trener zabrzańskiej jedenastki Marcin Brosz musiał przed tym spotkaniem w trybie alarmowym przebudować linię obronną, bo po przerwie na reprezentację do SC Heerenveen powędrował 24-letni stoper Paweł Bochniewicz. Bohater transferu za 1,2 mln euro plus bonusy zdążył już w miniona sobotę zadebiutować w nowym zespole i nawet zdobyć dla niego gola, ale w niedzielę pojawił się na stadionie w Zabrzu, żeby pożegnać się fanami Górnika. Dostał od nich owacje, a od władz klubu pamiątkowe zdjęcie w koszulce Górnika. Jakby co, będzie mógł tu wrócić.
Piłkarze Górnika podczas rozgrzewki wybili na trybuny 11 piłek z podpisami całej drużyny. Było to podziękowanie dla kibiców za wykupienie wszystkich dostępnych biletów na to spotkanie (10 270). Lepszą frekwencję w trzeciej kolejce odnotowano jedynie we Wrocławiu, gdzie obfitujący w gole mecz Śląska z Lechem obejrzało 11 535 widzów. To jak na razie rekordowa frekwencja w nowym sezonie, a warto zauważyć, że tylko na stadionach Śląska i Górnika liczba widzów przekroczyła granicę 10 tysięcy. Na pozostałych stadionach jak na razie kibice nie dopisują – na domowy mecz Lecha z Wisłą Płock przyszło 8226 widzów, a jedyny jak na razie ligowy mecz Legii na Łazienkowskiej, z Jagiellonią, przyciągnął na trybuny 9109 kibiców. To sie może jednak zmienić już w najbliższy weekend, bo właśnie w ramach 4. kolejki zajmująca obecnie czwarta lokatę w ligowej tabeli Legia podejmie u siebie na Łazienkowskiej ekipę trenera Brosza. Dla zabrzańskiej jedenastki może to być dopiero przełomowe spotkanie, bo jeśli wygrają z obrońcą mistrzowskiego tytułu, to będzie znaczyło, że w tym sezonie mogą powalczyć o coś więcej, niż tylko miejsce w środku stawki. A Legia jest do pokonania, czego dowiodła 29 sierpnia Jagiellonia, wygrywając na boisku „Wojskowych” 2:1.
Warto przy okazji odnotować, że Marcin Brosz jest w tej chwili w ekstraklasie drugim trenerem z najdłuższym stażem w jednym klubie – prowadzi zespół Górnika od 3 czerwca 2016 roku. Pierwszym jest szkoleniowiec Rakowa Częstochowa Marek Papszun, który przejął ten zespół 18 kwietnia 2016, jak grał jeszcze w II lidze. Rok później świętował z nim awans do I ligi, po sezonie 2018/2019 do ekstraklasy, a teraz po trzech kolejkach nowych rozgrywek jest w czołówce.
Trzej kolejni trenerzy z solidnym stażem w swoich obecnych klubach, to Michał Probierz (prowadzi Cracovię od 21 czerwca 2017 roku), Waldemar Fornalik (trenuje piłkarzy od 19 września 2017) oraz niemiecki szkoleniowiec Pogoni Szczecin Kosta Runjaić, który prowadzi zespół „Portowców” od 6 listopada 2017 roku. Przyzwoicie prezentują się też pod tym względem trener Lechii Piotr Stokowiec, zatrudniony w gdańskim klubie od 5 marca 2018 roku, oraz szkoleniowiec Podbeskidzia Bielsko-Biała Krzysztof Brede, prowadzący „Górali” od 18 czerwca 2018 roku.
Trenerzy pozostałych zespołów dostali swoje obecne posady w 2019 roku (Dariusz Żuraw w Lechu, Piotr Tworek w Warcie, Artur Skowronek w Wiśle Kraków, Radosław Sobolewski w Wiśle Płock, Czech Vitezslav Lavicka w Śląsku, Serb Aleksandar Vuković w Legii i Słowak Martin Sevela w Zagłębiu) lub 2020 roku (Dariusz Skrzypczak w Stali Mielec i Bogdan Zając w Jagiellonii).
Który z wymienionych szkoleniowców pierwszy w tym sezonie straci pracę, na razie jeszcze nie można przewidzieć. Ale za trzy-cztery kolejki tu i ówdzie tzw. trenerska karuzela może już pójść w ruch.

Restart ligi wyzwaniem dla trenerów

Polski rząd luzuje coraz bardziej rygory nałożone w związku z pandemią koronawirusa. W środę Od 18 maja na otwartych obiektach będzie mogło jednocześnie ćwiczyć nawet 32 zawodników. Otwarte zostaną także hale sportowe. Dla klubów piłkarskich to dobre wieści, bo zgodnie z tymi wytycznymi od najbliższego poniedziałku kadry zespołów będą mogły już trenować razem. Restart rozgrywek wydaje się niezagrożony. Departament Rozgrywek Krajowych PZPN-u wspólnie z Ekstraklasą SA przygotował ramowy terminarz rozgrywek ekstraklasy, Pucharu Polski oraz I i II ligi do końca sezonu 2019/2020.

W miniona środę na konferencji z udziałem premiera Mateusza Morawieckiego i ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego podano nowe wytyczne dotyczące obostrzeń, w tym także dotyczące sportu. wynika z nich, że od poniedziałku 18 maja zwiększony zostanie limit osób, które będą mogły ćwiczyć na otwartych obiektach sportowych, czyli stadionach, boiskach, skoczniach, torach, skateparkach (może przebywać na nich maksymalnie 14 zawodników plus dwóch trenerów). Na otwartych pełnowymiarowych boiskach piłkarskich będą mogły przebywać maksymalnie 22 osoby plus czterech trenerów. Ale w przypadku podzielenia boiska na pół, na każdej części będzie mogło ćwiczyć po 14 graczy plus dwóch szkoleniowców, co oznacza, że jednorazowo na całym boisku da się prowadzić zajęcia w grupie liczącej 32 zawodników i sześciu trenerów. Obie części boiska muszą być jednak wtedy oddzielone strefą buforową.
Od 18 maja będzie można też prowadzić treningi i zajęcia sportowe w obiektach zamkniętych. W salach i halach sportowych o powierzchni do 300 m2 równocześnie będzie mogło ćwiczyć 12 osób plus trener, w obiektach od 301 do 800 m2 16 osób plus dwóch trenerów, w obiektach od 801 do 1000 m2 24 osoby plus dwóch trenerów, zaś w obiektach powyżej 1000 m2 nawet 32 osoby plus trzech trenerów. Takie warunki pozwalają nie tylko piłkarzom na realizację pełnego programu treningowego, ale także przedstawicielom innych gier zespołowych.
Piłkarze pod specjalnym nadzorem
Pierwsze mecze zaplanowano na 26 i 27 maja, w tych dniach odbędą się dwa zaległe spotkania ćwierćfinałowe Pucharu Polski. We wtorek Miedź Legnica podejmie Legię Warszawa, a w środę Stal Mielec zagra z Lechem Poznań. Wcześniej, przed zawieszeniem rozgrywek z powodu pandemii koronawirusa, awanse do półfinału Pucharu Polski zapewniły sobie Cracovia (2:1 po dogrywce z GKS Tychy) i Lechia Gdańsk (2:1 z Piastem Gliwice).
Półfinały tych rozgrywek wyznaczono na 7-8 lipca. Jeśli do finału Pucharu Polski awansują dwa kluby z PKO Ekstraklasy, mecz zostanie rozegrany 24 lipca, ale jeśli choć jeden z finalistów będzie z I ligi, wtedy finałowa potyczka odbędzie się 22 lipca.
Ekstraklasa ma wznowić rozgrywki w piątek 29 maja, a ich zakończenie zaplanowano w weekend 18-19 lipca. Trzy kolejki odbędą się w środy: 10 i 24 czerwca oraz 15 lipca, terminy pozostałych ośmiu wyznaczono w czerwcu w dniach 5-8, 12-14, 19-21 i 26-28, zaś w lipcu 4-5, 11-12, 1oraz 18-19.
Rozgrywki pierwszej i drugiej ligi mają zostać wznowione w weekend 2-3 czerwca. Dokładne daty oraz godziny meczów zostaną ustalone w późniejszym terminie. Zmagania potrwają do 26 lipca, a 28 i 31 lipca zaplanowano baraże dla drużyn z I ligi z miejsc 3-6 o jedno miejsce w ekstraklasie.
Ustalono też ramowe zasady rozgrywania meczów. Stadiony podzielone zostały na strefy, z których najważniejsza będzie tzw. strefa zero, czyli plac gry wyznaczony tylko dla osób, które znalazły się na klubowych „listach izolacyjnych” i przeszły uprzednio kwarantannę oraz badania na obecność koronawirusa (limit dopuszczał 50 osób w każdym klubie). Na boisku nie będzie chłopców do podawania piłek, a bez maseczek będą mogli na nim przebywać jedynie piłkarze, trenerzy i sędziowie. Inne upoważnione osoby zostaną oznaczone identyfikatorami przyporządkowującymi ich do danych stref i nie będą mogły się swobodnie przemieszczać do innych sektorów stadionu. Jakikolwiek catering jest zabroniony, nie będzie również dziecięcej eskorty oraz maskotek.
Spotkania będą rozgrywane bez udziału publiczności, a Ekstraklasa SA rekomenduje, by kluby podejmowały działania zachęcające kibiców do pozostania w domach i niegromadzenia się w związku z organizacją spotkań ligowych. Na każde ze spotkań PKO Ekstraklasy będzie mogło wejść do 15 dziennikarzy, którzy na stadionie będą poruszali się poza strefami, w których mogą przebywać osoby objęte izolacją. Konferencje prasowe i rozmowy z piłkarzami nie będą się odbywać.
Forma zespołów wielką niewiadomą
Piłkarze wrócili do treningów po dwumiesięcznej przerwie, co oznacza, że powinni zaliczyć niemal pełny okres przygotowawczy, jak po każdej przerwie w rozgrywkach. Trenerzy nie mają jednak teraz na to tyle czasu, a dodatkowym mankamentem obecnej sytuacji jest trudność z organizowaniem spotkań kontrolnych. Dla szkoleniowców będzie to nowe wyzwanie, z którym nie mieli jeszcze okazji się zmierzyć. Także dla nich forma ich podopiecznych będzie więc jedną wielka niewiadomą. W trakcie kwarantanny w dwóch klubach doszło do zmiany trenerów. Zdecydowały się na to dwa ostatnie zespoły w tabeli – ŁKS Łódź (Kazimierza Moskala zastąpił Wojciech Stawowy) i Arka Gdynia (Ireneusz Mamrot przejął zespół po Krzysztofie Sobieraju).
W pozostałych 14 ekipach wszystko pozostało po staremu: w Legii rządzi Serb Aleksandar Vuković, w Piaście Waldemar Fornalik, w Cracovii Michał Probierz, w Śląsku Wrocław Czech Vitezslav Lavicka, w Lechu Poznań Dariusz Żuraw, w Pogoni Szczecin Niemiec Kosta Runjaić, w Lechii Gdańsk Piotr Stokowiec, w Jagiellonii Białystok Bułgar Iwajło Petew, w Rakowie Częstochowa Marek Papszun, w Wiśle Płock Radosław Sobolewski, w Zagłębiu Lubin Słowak Martin Sevela , w Górniku Zabrze Marcin Brosz, w Wiśle Kraków Artur Skowronek, a Koronie Kielce Maciej Bartoszek. Pięciu szkoleniowców to cudzoziemcy, reszta reprezentuje polską myśl szkoleniową, cokolwiek to znaczy. W tym gronie najdłużej z aktualnym zespołem pracuje Marek Papszun, który prowadzi zespół Rakowa od 18 kwietnia 2016 i w poprzednim sezonie wprowadził go do ekstraklasy.
Kolejni pod względem długości stażu w jednej ekipie są Marcin Brosz (w Górniku od 3 czerwca 2016), Michał Probierz (w Cracovii od 21 czerwca 2017 roku), Waldemar Fornalik (w Piaście od 19 września 2017 roku) oraz Kosta Runjaić (w Pogoni od 6 listopada 2017 roku).
Który z nich w tych nietypowych warunkach okaże się najlepszym fachowcem? Przekonamy się o tym już wkrótce.

Trenerzy pod presją

Osiemnasta kolejka w polskiej ekstraklasie to już niemal półmetek rozgrywek, co powoduje nerwowe reakcje szefów klubów na każdą porażkę. W Zabrzu topór już wisiał nad trenerem Marcinem Broszem, ale po wygranej 4:2 z Wisłą Kraków został odłożony. Po porażce z Zagłębiem bliższy dymisji jest teraz trener Jagiellonii Ireneusz Mamrot.

Górnik Zabrze przerwał długą serię ligowych spotkań bez zwycięstwa i w 18. kolejce wreszcie wywalczył komplet punktów. Sytuacji trenera Brosza wiele to nie poprawi, bo Wisła Kraków jest w tej chwili zdecydowanie najsłabszym zespołem w ekstraklasie i murowanym kandydatem do spadku. Wiślacy w Zabrzu doznali dziesiątej porażki z rzędu, zatem więcej o formie zabrzan powie kolejny mecz, na wyjeździe z Rakowem, którego w niedzielę 3:0 ograła Cracovia, a to dlatego, że Raków i Górnik to sąsiedzi w tabeli.

Większy spokój ma szatni ma teraz trener Lecha Poznań Dariusz Żuraw, bo w 18. kolejce jego zespół pokonał ŁKS Łódź 2:0 i było to jego czwarte z rzędu zwycięskie spotkanie. Na tę serię złożyły się trzy wygrane mecze w ekstraklasie oraz jedno w Pucharze Polski. Jeśli do tego doliczy się remisy 1:1 z Pogonią Szczecin w 14. i 0:0 z Koroną Kielce w 15. kolejce, to wychodzi, że lechici są niepokonani od 2 listopada. Jedenaście zdobytych w tym czasie ligowych punktów pozwoliło im wrócić do grupy mistrzowskiej i zmniejszyć dystans do czołowej piątki zespołów. Jeśli zatem ktoś już w listopadzie położył krzyżyk na mistrzowskich aspiracjach poznańskiej drużyny, powinien teraz chyba radykalnie zweryfikować swój osąd. Trener Żuraw przetrwał trudny okres, gdy drużyna zjechała w tabeli do grupy spadkowej, a teraz wygląda na to, że wraca do gry w tytuł.
W tarapaty tymczasem popadł szkoleniowiec białostockiej Jagiellonii Ireneusz Mamrot, bo po porażce u siebie z Zagłębiem Lubin (0:1) prowadzony przez niego od czerwca 2017 roku zespół właśnie wypadł z grupy mistrzowskiej i zajmuje teraz dziewiątą lokatę. Ponieważ nad głową Mamrota miecz wisiał już od kilku tygodni, wydaje się iż jego dymisja jest tylko kwestią czasu. Możliwe, że prezes klubu Cezary Kulesza poczeka z dymisją do zakończenie rozgrywek, co byłoby logiczne zważywszy na fakt, iż ekstraklasa w tym roku ma jeszcze do rozegrania tylko dwie kolejki.

Jagiellonia jest stabilnym klubem i ma względnie dobrą opinię jako pracodawca, posiada też całkiem solidny jak na polskie realia zespół, więc znaleźć następcę Mamrota nie będzie trudno. Na giełdzie pojawiły się nazwiska znanego w naszej lidze z pracy w Piaście Gliwice Czech Radoslav Latal, aktualnie zatrudniony w Sigmie Ołomuniec oraz szkoleniowiec Górnika Zabrze Marcin Brosz. Do towarzystwa powinno im się dodać bezrobotnego od kilku tygodni byłego trenera Wisły Kraków Macieja Stolarczyka, bo na pewno jego kandydatura też będzie w białostockim klubie rozpatrywana, podobnie jak kilku innych szkoleniowców, którzy sami będą zabiegać o tę posadę.

Najmniej już w tej kwestii zależy od Ireneusza Mamrota, dla którego praca w Jagiellonii zawsze już będzie pierwszą w klubie ekstraklasy. Wcześniej ten 49-letni szkoleniowiec przez siedem sezonów robił naprawdę dobrą robotę w Chrobrym Głogów. którego wywindował z III do I ligi. Jagiellonia po jego wodzą rozegrała w sumie 92 ligowe mecze, w których zdobyła 150 punktów. Licząc od sezonu 2017/2018, gdy zaczął, aż do dzisiaj, to drugi wynik w naszej lidze, co powinno przynajmniej dać jego przełożonym do myślenia.

 

Lotto Ekstraklasa: Pustki na trybunach

W przedostatniej kolejce rundy jesiennej tylko frekwencja na meczu Legii z Górnikiem przekroczyła barierę 10 tysięcy widzów. Na pozostałych siedmiu stadionach na trybunach były pustki, co potwierdza średnia 6300 widzów na mecz.

 

Potyczka Legii z Górnikiem przyciągnęła na stadion przy Łazienkowskiej 17 862 kibiców. Hitem wieczoru, oprócz rzecz jasna wysokiego zwycięstwa legionistów (4:0) był wielce patriotyczny pokaz pirotechniczny. Niestety, kłopotliwy dla organizatorów meczu, bo chociaż odpalone race wydzielały tylko biało-czerwony dym, to jednak w ilościach odbierających widoczność i sędzia musiał przerwać spotkanie.

Na innych stadionach Lotto Ekstraklasy trybuny świeciły pustkami. We Wrocławiu na obiekcie mogącym pomieścić 42 tysiące widzów zasiadło ich ledwie 6364. Ale może to i lepiej, bo Śląsk zaliczył kompromitującą wpadkę w meczu z Wisłą Płock, przegrywając 0:3 mimo tego, że większość spotkania grał z przewaga jednego zawodnika. Za karę zarząd klubu ukarał piłkarzy finansowo, a za odebrane im pieniądze obiecał kibicom dofinansowanie do biletów na kolejny mecz. O dziwo, zawodnicy karę przyjęli bez szemrania.

Tylko dwa tysiące osób więcej (8060) wpadło w niedzielę na stadion w Poznaniu, żeby zobaczyć porażkę Lecha z liderem ekstraklasy Lechią Gdańsk (0:1). Ta porażka zakończyła trenerską karierę w „Kolejorzu” Ivana Djurdjevicia. Zasłużony dla poznańskiego klubu serbski piłkarz miał być w nim odpowiednikiem Zinedine’a Zidane’a w Realu Madryt, ale okazał się szkoleniowcem mało utalentowanym.

W Gdyni na mecz Arki z Pogoni Szczecin pofatygowało się niewiele ponad siedem tysięcy fanów (7057). Czasu nie zmarnowali, bo zobaczyli pięć bramek i emocjonujące widowisko, chociaż stojące, co jest normą w naszej ekstraklasie, na marnym sportowo poziomie. Na taką frekwencję nie mogą jedna liczyć notujący w tym sezonie bardzo dobre wyniki piłkarze Piasta Gliwice. Ich wygraną w spotkaniu z Wisłą Kraków (2:0) obejrzało ledwie 4 100 widzów, a stadion może pomieścić ich ponad 10 tysięcy. Podobnie liczną widownię odnotowano na obiekcie Cracovii w meczu z Miedzią Legnica (4238), zakończonym bezbramkowym remisem. Z najmniejszym zainteresowaniem w 14. kolejce spotkały się potyczki Zagłębia Sosnowiec z Jagiellonią Białystok (3112) i Zagłębia Lubin z Koroną Kielce (3063).

Wracając jeszcze do dymisji trenera Djordjevicia wypada odnotować, że Lech Poznań jest piątym klubem ekstraklasy dokonującym w tym sezonie zmiany szkoleniowca. Wcześniej na ten krok zdecydowały się Legia Warszawa, Wisła Płock, Zagłębie Sosnowiec i Zagłębie Lubin. Według obecnego stanu trenerem z najdłuższym stażem pracy w jednym klubie, w ekstraklasie jest Marcin Brosz z Górnika Zabrze.

 

Lotto Ekstraklasa: Dobrze, że chociaż strzelają

Poziom sportowy naszej ekstraklasy wciąż jest żenująco niski, ale w 12. kolejce kibice mogli przynajmniej obejrzeć grad goli. W ośmiu spotkaniach zdobyto 29 bramek, co daje średnią ponad trzy trafienia na mecz.

 

Średnią bramkową w minionej kolejce ekstraklasy podbiły głównie dwie kanonady – w Lubinie w meczu Zagłębia z Wisłą Płock i i w Warszawie w starciu Legii z Wisłą Kraków. Padło w tych spotkaniach w sumie 12 bramek, po sześć w każdym. Większy ciężar gatunkowy miał rzecz jasna mecz na Łazienkowskiej, bo „Wojskowi” w przypadku zwycięstwa nad ekipą „Białej Gwiazdy” wskoczyliby na pozycję lidera.

Poziom sportowy tej potyczki był co prawda mizerny, bo w liczbie błędów, niecelnych podań i bezmyślnych zagrań piłkarze obu drużyn pewnie byli lepsi od wszystkich graczy uczestniczących w jednej kolejce Ligi Mistrzów, ale sześć goli i dramaturgia boiskowych wydarzeń trochę te mankamenty liczącej 22 tysiące osób widowni zrekompensowały. Nawet bohater wieczoru, Carlos Lopez „Carlitos”, były wiślak grający teraz w barwach Legii, kilka razy skompromitował się nieudolnymi zagraniami i strzałami na bramkę byłych kolegów. Ostatecznie można mu te kiksy wybaczyć, bo Hiszpan jednak dwukrotnie trafił do siatki rywali, a drugim golem, strzelonym w ostatnich niemal sekundach spotkania na 3:3, którym uratował legionistom punkt, być może w końcu zaskarbił sobie sympatię stołecznej publiki.

Przebieg tej potyczki będzie pewnie jeszcze długo rozpamiętywany w szatniach obu drużyn i w rozmowach między fanami. Legia do przerwy prowadziła 2:0 po golach Węgra Dominika Nogy’a oraz wspomnianego Carlitosa, a po wznowieniu gry aż do 57 minuty nic nie zapowiadało zmiany tego wyniku, chyba że na korzyść gospodarzy. Wtedy zaczęło się jednak trwające pięć minut „zaćmienie Legii”, w trakcie którego wiślacy strzelili trzy gole. Gdyby dowieźli taki wynik do ostatniego gwizdka sędziego, byłoby to wielce dla legionistów niesprawiedliwe rozstrzygnięcie, dlatego dobrze, że Carlitos doprowadził do remisu.
Legia liderem w tej kolejce nie została, ale już w piątek 26 października stanie przed kolejną szansą powrotu na tron, bo tego dnia zagra na wyjeździe z Jagiellonią. Dla legionistów będzie to kolejna próba charakteru, bo w Białymstoku pokonanie Legii jest celem niemal równie ważnym jak zdobycie mistrzostwa.

Tymczasem na dnie ligowej tabeli osiadł nieoczekiwanie Górnik Zabrze. Masowa letnia wyprzedaż wychodzi tej drużynie bokiem i całkiem niewykluczone, że zapłaci za nią dymisją trener Marcin Brosz, który wciąż konsekwentnie stawia na młodych polskich piłkarzy. W meczu z Cracovią w wyjściowej jedenastce zagrało ich ośmiu, zaś w zespole rywali dla odmiany tylko trzech. Dlatego szkoda, że Górnik przegrał.

 

W sierpniu będzie już po europejskich pucharach

Wygląda na to, że 26 sierpnia nasze zespoły zakończą tegoroczną przygodę Ligą Europy. Jagiellonia, Lech i Górnik w 3. rundzie mogą trafić na bardzo mocnych rywali.

 

Górnik Zabrze w II rundzie trafił na słowacki AS Trencin i to już może być dla zabrzańskiej drużyny przeszkoda nie do przebycia. Ale gdyby podopieczni Marcina Brosza jednak okazali się w tej konfrontacji lepsi, to w III rundzie trafią na rywala ze znacznie wyższej półki – na czwarty zespół holenderskiej ekstraklasy w poprzednim sezonie Fyenoord Rotterdam.

Jagiellonię Białystok w II rundzie czeka potyczka z portugalskim Rio Ave, co już zapewne okaże się dla wicemistrzów Polski przeszkodą ponad ich możliwości, lecz gdyby jednak jakimś cudem ją przeszli, to w III rundzie na ich drodze stanie KAA Gent, której zawodnikiem od tego lata jest znany z występów w Legii Vadis Odidjia-Ofoe.

Na belgijską drużynę trafi też Lech Poznań, o ile rzecz jasna w II rundzie upora się białoruskim Szachtiorem Soligorsk. Kolejnym przeciwnikiem „Kolejorza” będzie zapewne KRC Genk, który drugiej rundzie eliminacji Ligi Europy rywalizuje z trzecim zespołem ekstraklasy Luksemburga CS Fola Esch i jest murowanym faworytem.

W trzeciej rundzie eliminacji Ligi Europy może też zagrać Legia Warszawa, jeśli w drugiej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów odpadnie w rywalizacji ze Spartakiem Trnawa. W Lidze Europy mistrzów Polski czekałoby w tej sytuacji starcie ze zwycięzcą potyczki F91 Dudelange (Luksemburg) – Drita (Kosowo). Natomiast w przypadku awansu do III rundy eliminacji Ligi Mistrzów legioniści trafią albo na Crvenę Zvezdę Belgrad, albo na litewski Suduva Mariampol.

W przeszłości nasze klubowe zespoły z europejskich pucharów odpadały w starciach z rywalami z Macedonii, Mołdawii, Islandii czy Kazachstanu. Lepiej więc się nie nastawiać, że teraz dadzą radę.

 

Legia obroniła tytuł

Zdobycie przez Legię drugiego z rzędu mistrzostwa Polski nie podlega dyskusji, chociaż formalnie legioniści wygrali mecz z Lechem przy zielonym stoliku. Po raz drugi z rzędu na drugim miejscu rozgrywki skończyła Jagiellonia.

Decyzją Komisji Ligi mecz 37. kolejki ekstraklasy Lech Poznań – Legia Warszawa, przerwany przy stanie 0:2 przez kibiców gospodarzy, został zweryfikowany jako walkower 0:3 na korzyść stołecznej drużyny. Komisja Ligi podjęła w tej sprawie decyzję jeszcze w niedzielę. „W związku z deklaracją Lecha Poznań, że nie będzie składać odwołania od tej decyzji, rozstrzygnięcie meczu i decyzja o przyznaniu trzech punktów Legii Warszawa staje się wykonalna. Na skutek tej decyzji Legia ma 70 punktów i zapewniony tytuł mistrza Polski, a Lech 60 punktów i trzecie miejsce” – napisano w oficjalnym komunikacie Komisji Ligi.

Niezrozumiały wygłup kiboli Lecha

Mecz z Poznaniu został przerwany w 76. minucie z powodu rac rzucanych na murawę boiska z sektora zajmowanego przez zorganizowane grupy kibiców poznańskiego klubu. Część z nich próbowała wedrzeć się na boisko i wyłamała płot, ale na szczęście awanturnicy zostali powstrzymani przez zwarte oddziały policji. Spotkania już jednak nie wznowiono i sędzia Daniel Stefański z Bydgoszczy o 20:01 odgwizdał jego zakończenie, o czym czekających na rozwój wydarzeń widzów poinformował spiker zawodów.

Pierwsze sankcje spadły na Lech już następnego dnia. Jako pierwszy do karania rzucił się wojewoda wielkopolski Zbigniew Hoffmann, zamykając stadion Lecha na pięć spotkań ligowych oraz trzy w europejskich pucharach. Lekko licząc dla poznańskiego klubu oznacza to tratę co najmniej 5-6 mln złotych. Nic dziwnego, że włodarze „Kolejorza” zamierzają się od tej drakońskiej kary odwołać.

To jednak nie koniec konsekwencji, które mogą spotkać Lecha. W czwartek ma się odbyć postępowanie dyscyplinarne Komisji Ligi i jeśli wierzyć plotkom na poznański klub zostanie na pewno nałożona potężna kara finansowa, a niewykluczone że także minusowe punkty w następnym sezonie. Koszty idiotycznego wybryku grupy kiboli będą więc dla Lecha ogromne i słabym pocieszeniem dla władz klubu jest fakt, że policja już niektórych ze sprawców namierzyła.

Fani Legii też rozrabiali

Gdy stadion już opustoszał świętujący wcześniej w szatni obronę mistrzowskiego tytułu piłkarze Legii wrócili na boisko i urządzili sobie krótką fetę wraz z trzymanymi wciąż na stadionie pod ochroną policji przybyłymi z Warszawy na mecz fanami, którzy wręczyli im zrobione przez siebie imitacje pucharu i medali za mistrzostwo. Wprawdzie to na kibiców Lecha spadło całe odium społecznej niechęci za chuligańskie wybryki na stadionie, ale kibice Legii też się nie popisali. „Wbijcie sobie to do głowy, Lech po prostu jest ch.. y” – takimi przyśpiewkami fani warszawskiego zespołu prowokowali do agresywnych zachowań kiboli „Kolejorza”, ale sami trzymali się w ryzach i swoja postawą na stadionie nie dali żadnych podstaw do nałożenia na Legię kar. Za to w drodze powrotnej pokazali swoje prawdziwe oblicze.

Wracający z meczu w Poznaniu pociągiem specjalnym kibice Legii na stacji w Kutnie zaatakowali policjantów, którzy w starciu użyli broni gładkolufowej. Zatrzymano dwie osoby. Rzecznik Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi mł. insp. Joanna Kącka podała, że „już w trakcie jazdy z wagonów były rzucane petardy i race. Pociąg, w wyniku zaciągnięcia hamulca, zatrzymał się około 200 metrów od budynku dworca. Z wagonów wysiedli zamaskowani pseudokibice, którzy mieli pozakładane na twarze maski i kominiarki. Byli uzbrojeni w kije i pałki. W związku z zagrożeniem życia i zdrowia funkcjonariuszy, policjanci oddali salwę ostrzegawczą z broni gładkolufowej, co nie powstrzymało agresorów, którzy zaczęli obrzucać funkcjonariuszy kamieniami. Starcie trwało kilkadziesiąt minut. Żaden z policjantów nie odniósł obrażeń”.

W Legii tylko Malarz doceniony

W poniedziałek podczas zwyczajowej już gali na zakończenie sezonu ogłoszono wyróżnienia dla najlepszych graczy ekstraklasy. Najwięcej zaszczytów spadło na napastnika Wisły Kraków Hiszpana Carlosa Daniela Lopeza Huescę, bardziej znanego pod boiskowym przydomkiem Carlitos, który zgarnął nagrodę dla piłkarza sezonu, najlepszego napastnika oraz króla strzelców (wygrał klasyfikację snajperów z 24 trafieniami na koncie, drugi był jego rodak z Górnika Zabrze Igor Angulo, który strzelił 23 gole). Za odkrycie sezonu uznano 20-letniego pomocnika Górnika Szymona Żurkowskiego, za najlepszego obrońcę Michała Helika z Cracovii, a za najlepszego pomocnika Rafała Kurzawę z Górnika. Zabrzański klub zgarnął też nagrodę dla najlepszego trenera, którą przyznano Marcinowi Broszowi. Z ekipy mistrzów Polski indywidualne wyróżnienie otrzymał tylko Arkadiusz Malarz, uhonorowany tytułem najlepszego bramkarza rozgrywek.

Tak więc w przyszłym sezonie nasz klubowy futbol na europejskich arenach w kwalifikacjach Ligi Mistrzów reprezentować będzie Legia, a w kwalifikacjach Ligi Europy Jagiellonia, Lech i Górnik, dla którego będzie to powrót do europejskich pucharów po 23 latach przerwy. Oby udany.