Czyj sługa? Ludu czy kapitału?

W filmie „Sługa ludu 2”, będącym kontynuacją niezwykle popularnego pierwszego sezonu serialu, dobry prezydent Hołoborodko odrzuca niekorzystny dla Ukrainy układ z Międzynarodowym Funduszem Walutowym. W prawdziwym świecie prezydent Zełenski razem ze swoimi współpracownikami ma dokładnie odwrotne plany. Jego doradcy nazywają Fundusz „strategicznym partnerem” i pod jego kierunkiem zamierzają sprywatyzować wszystko, co się da.

I nikt im w tym nie przeszkodzi. Sługa Ludu, partia prezydenta Wołodymyra Zełenskiego zdobyła w wyborach parlamentarnych 21 lipca samodzielną większość w Radzie Najwyższej – 254 mandaty. Będzie zarządzać w ukraińskiej polityce niepodzielnie, bez oglądania się na żadnych koalicjantów (takiego komfortu nie miał np. Petro Poroszenko i jego nieistniejący już Blok). Zagadką pozostaje jedynie szef i skład przyszłego rządu. Jedno z nazwisk przewijających się w tym kontekście to Ołeksij Honczaruk, zastępca dyrektora kancelarii prezydenta ds. ekonomicznych. Właśnie on przedstawił 30 lipca główne założenia polityki gospodarczej Zełenskiego, potwierdzając domysły analityków uważnie śledzących skład ekipy skompletowanej przez prezydenta-aktora.
Honczaruk stwierdził w rozmowie z Bloombergiem, iż Ukraina zamierza starać się o nowy kredyt z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, kiedy upłynie termin obecnego porozumienia z funduszem – a więc już od początku przyszłego roku. W ramach nowego, jeśli się uda – trzy – lub czteroletniego programu współpracy Kijów miałby wystawić na sprzedaż udziały w około dwustu przedsiębiorstwach państwowych, które przedstawiają jeszcze jakąś wartość. Pod hasłami „rozbijania monopoli” do kupienia byłyby m.in. pakiety – na razie mniejszościowe – udziałów w ukraińskich liniach kolejowych (Ukrzaliznycia) oraz państwowym przedsiębiorstwie pocztowym. Wzrost gospodarczy w przyszłym roku miałby wynieść na Ukrainie 5 proc., więc rządzący będą również cięli deficyt budżetowy.
Sługa Ludu chce również przyciągać zagranicznych inwestorów do wydobycia ukraińskich bogactw naturalnych, a przede wszystkim otworzyć możliwości wykupu ukraińskiej ziemi uprawnej. Moratorium na obrót ziemią, wprowadzone w 2001 r., ma zostać zniesione jeszcze do końca tego roku. W styczniu 2019 r. Rada Najwyższa nie zgodziła się tego zrobić – obecnie parlamentarnej większości nikt planów nie pokrzyżuje. Otwartą kwestią pozostają jedynie szczegóły: czy będzie wprowadzony jakiś limit rocznej sprzedaży ziemi? Czy będą ją mogli nabywać cudzoziemcy? Jak stwierdził szczerze Honczaruk, sprawy te zostaną rozstrzygnięte w toku negocjacji z Bankiem Światowym. A więc nie samodzielnie przez państwo ukraińskie.
– Ukraina sięga po rozwiązania, które pomogły przebudować postkomunistyczną część kontynentu w latach 90. – komentują autorzy Bloomberga, wprost wskazując, że wzorem dla Zełenskiego i Honczaruka mogła być ówczesna Polska. Tyle tylko, że po blisko trzydziestu latach od tamtej terapii szokowej można już stwierdzić, do jakiej „powszechnej prosperity” ona doprowadziła. Czy ukraińscy decydenci tego nie wiedzą, wolą nie wiedzieć czy też zamierzają wdrożyć zabójcze dla zwykłych ludzi rozwiązania z jeszcze innych powodów?
Ołeksij Honczaruk, który do ekipy Zełenskiego trafił prosto z think-tanku Better Regulation Delivery Office, proeuropejskiego podmiotu stawiającego sobie za cel budowanie na Ukrainie przyjaznego środowiska dla przedsiębiorców, oględnie przyznał jedno: obywatelom Ukrainy sposób i efekty współpracy z IMF mogą się nie spodobać. W komentarzu dla Bloomberga stwierdził, że jeśli zmian w obrocie ziemią nie uda się wdrożyć jeszcze w tym roku, potem może być z tym bardzo trudno.

W objęciach MFW (część I)

Piętnaście lat temu argentyński rząd przerwał współpracę z Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Teraz do niej powraca. Wtedy argumentowano, że MFW uniemożliwiło rządowi podejmowanie samodzielnych decyzji w sprawach gospodarczych, odpowiadanie na potrzeby społeczeństwa. Jednak w maju 2018 r. prezydent Mauricio Macri wznowił współpracę z Funduszem. Efekty już są widoczne – Argentyna tonie w otchłani neoliberalnych rozwiązań i kryzysu społecznego.

 

Mauricio Macri został zaprzysiężony został na stanowisko prezydenta w grudniu 2016 r. W wyborach startował jako kandydat centroprawicowej koalicji wyborczej Cambiemos („Zmieńmy się”). Pokonał kandydata Frente Para La Victoria („Frontu Zwycięstwa”), partii, która zamierzała kontynuować agendę rządzących przez poprzednie dwanaście lat Néstora Kirchnera (2003-2007) oraz Cristiny Fernández de Kirchner (2007-2015).

Cambiemos zyskało na splocie wewnętrznych kryzysów i zmianie sytuacji międzynarodowej. Polityka dobrobytu Kirchnera zaczęła upadać w momencie, gdy spadły ceny towarów, w efekcie czego chciwy kapitał zaczął omijać regulacje rządowe, mające na celu zabezpieczanie gospodarkę. Pomogło też to, że Ameryka Południowa zaczęła jako całość skręcać na prawo. Multimedialne holdingi zintensyfikowały swoje działania na wielu płaszczyznach, działając w bardzo nienawistny sposób. Korzystały z monopolu telewizyjnego, siły przekazu, różnorakich dostępnych narzędzi służących manipulacji mediami społecznościowymi. Przypomnijmy, że podczas kampanii Macriego posłużono się również usługami firmy Cambridge Analytics. Wszystko po to, by zniszczyć rząd i pozycję polityczną Kirchner. Sukces był całkowity – Cambiemos nie doszło do władzy dzięki poparciu militarystów i armii, ale dzięki efektownemu zwycięstwu w demokratycznych wyborach.

Niezwłocznie po zaprzysiężeniu Macri, kandydat finansjery, stworzył wokół siebie środowisko, złożone z przedstawicieli wielkiego biznesu, posiadających wiele koneksji w świecie wielkich fortun i zakulisowych wpływów. Ten rząd jest, jak nazwał to Claudio Katz, “CEO-kracją” (CEO, Chief executive oficer – osoba mająca ostateczną władzę wykonawczą w firmie, holdingu czy korporacji – przyp. tłum.).

Macri obarczył winą za wszystkie choroby toczące Argentynę poprzednią administrację i jej progresywną, redystrybucyjną agendę.

Zlikwidował m.in. uniwersalny program świadczeń pieniężnych na dzieci, zatrzymał inwestycje publiczne oraz ograniczył prawa pracownicze Argentyńczyków.

Równolegle zalegalizowany został pobyt dwóch milionów imigrantów. Recesja z roku 2016, która została użyta przez Cambiemos, by zaatakować poprzednią administrację, skutkowała drastycznym spadkiem w pobieraniu energii, co zmniejszyło aż o 6 proc. dochód z jej sprzedaży. Inflacja wzrosła o 40,3 proc. i to ona, z pominięciem innych czynników, została obarczona winą za wzrost nierówności, biedy i bezrobocia.

Upierając się, wbrew wszelkim dowodom, że to administracja Kirchner zniszczyła Argentynę, administracja Macriego wkroczyła na drogę neoliberalizmu. Wprowadziła reformę podatkową służącą wielkiemu biznesowi oraz transnarodowym funduszom spekulacyjnym, które skupiły długi Argentyny. Ulgi podatkowe dla bogatych i wpłaty na konta spekulantów pochodziły ze zwiększającego się zadłużenia zagranicznego Argentyny. Prawicowa administracja pośpiesznie zintensyfikowała również wydobycie surowców, także w miejscach do tego nie przewidzianych, np. Vaca Muerta w Neuquén. Cambiemos i jej CEO-kracja pozwala również w nieskrępowany sposób się bogacić tytanom energetycznym, agrobiznesowi i mediom.

W listopadzie 2017 roku, Argentyńczycy poszli do wyborów, tym razem parlamentarnych. Multimedialne korporacje należące do wielkiego biznesu znowu rozpoczęły agresywną kampanię.
Macriego i jego ugrupowanie prezentowano jako nieprzekupnych, Cristinę Kirchner i jej partię Justicialista – jako polityków do szczętu skorumpowanych.

Przed samymi wyborami natomiast Macri i jego administracja rządowa zwiększyli wydatki publiczne. Tymczasowy wzrost poziomu życia pomógł Cambiemos zwyciężyć. Gdy tylko zebrał się nowy parlament, Macri zaproponował obcięcie wydatków publicznych i reformy prawa pracy w stylu MFW, jak i też zmianę prawa dotyczącego wyborów oraz nową politykę podatkową i emerytalną. Opór wobec tych neoliberalnych posunięć zatrzymał je wszystkie. Parlament przepchnął w grudniu 2017 r. jedynie reformę emerytalną. Została uchwalona wbrew masowej mobilizacji przeciwników, którzy zgromadzili się wokół parlamentu, spotykając się z gwałtowną agresją policji.

Międzynarodowe agencje finansowe ostrzegały przez stale rosnącym długiem zagranicznym Argentyny, szczególnie ze względu na powolny wzrost stóp procentowych USA oraz ucieczkę kapitału finansowego do USA. I faktycznie, argentyńska ekonomia weszła w spiralę dewaluacji peso, ucieczki kapitału z kraju i galopującej inflacji. Cambiemos stworzyło kryzys… by rozwiązać kryzys.
Macri obiecał stworzyć z Argentyny „supermarket świata”. Zapewniał on, że zagraniczne inwestycje zaleją kraj, a argentyńskie towary będą sprzedawane wszędzie. Nic takiego nie miało miejsca.
Liberalizacja i deregulacja poprowadziły do wzrostu importu, nie eksportu, zmniejszania się zysków zagranicznych inwestorów i ucieczki kapitału za granicę, tworząc największy w historii kraju deficyt w prywatnym sektorze.

Pomiędzy 2016 i 2017 rokiem argentyński dług zagraniczny wzrósł, osiągając 53 proc. PKB. Stosunek zadłużenia zagranicznego do PKB Argentyny zagroził stabilności gospodarki kraju. W kwietniu 2018 r. Bank Rezerwy Federalnej USA podniósł stopy procentowe. Dolary zaczęły odpływać z powrotem do Stanów z całego świat, szczególnie ze średniozamożnych krajów takich jak Argentyna i Turcja. Argentyński Bank Centralny próbował zatrzymać krwotok, ale jak się okazało, nie posiadał do tego narzędzi (między przez wcześniejszą deregulację kontroli finansowej). W maju rząd Macriego przyjął pomoc Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Kryzys nie był jednak spowodowany „zewnętrznym chaosem” , jak to próbował przedstawić Macri. Wzrost stóp procentowych w USA był bodźcem kryzysu, ale to argentyńska administracja sprawiła, że kraj stał się zależny od dolara.

Interwencja MFW w obronie rządu nie miała jedynie technicznego zabarwienia. Żaden zresztą z kroków zaproponowanych przez fundusz nie był z punktu widzenia otoczenia Macriego całkowicie nowatorski. Jeszcze przed wkroczeniem Funduszu minister finansów Nicolás Dujovne ogłosił cięcia budżetowe w sferze wydatków na infrastrukturę. „Reformy” MFW były tylko dalszym ciągiem tej samej polityki neoliberalnej. Ich znaczenie było o tyle szersze, że w zamierzeniach międzynarodowej instytucji reformy w Argentynie są tylko jednym z kroków w procesie transformacji gospodarek na terenie całej Ameryki Łacińskiej.

W czerwcu 2018 r. MFW i Argentyna podpisały wstępny Stand-By Arrangement, według którego Argentyna miała otrzymać 50 miliardów dolarów w ciągu 36 miesięcy, w zamian za stworzenie i wdrożenie planu gospodarczego, który zredukowałby deficyt budżetowy do zera i wzmocniłby „autonomię” Banku Centralnego. Czas na te reformy rząd dostał do 2020 r. Pod słowem „autonomia” rozumieć należy ograniczenie władzy instytucji demokratycznych nad posunięciami podejmowanymi przez Bank Centralny. Działania Banku mają być postrzegane jako techniczne regulacje, a nie posunięcia polityczne o dużej skali wpływu na inne sfery życia społecznego.

Kilka miesięcy przed wejście w życie SBA rozwinął się nowy kryzys walutowy. Na koniec sierpnia peso dramatycznie straciło na wartości (o 15 proc. w ciągu jednego dnia), stopy procentowe wzrosły do 60 proc., a ryzyko wzrosło, według JP Morgan, aż do 780 pkt. Rząd Macriego, by zatrzymać krwawienie, poszukiwał nowego rozwiązania podsuniętego przez MFW. Fundusz przyspieszył transfer pieniędzy do argentyńskiej gospodarki, tak by dotarły one jeszcze w trakcie rządów Macriego, którego kadencja trwa do końca 2019 r. W odpowiedzi rząd obiecał likwidację deficytu budżetowego do 2019, a nie 2020 roku, oraz obiecał, że gospodarka osiągnie 1 proc. wzrostu PKB.

W istocie rząd miał po prostu drastycznie obciąć wydatki publiczne w szalenie szybkim tempie, by zacząć kontrolować inflację.

Protegowany Ministra Finansów Nicolasa Dujovne, Guido Sandleris, został szefem Banku Centralnego. Głębokie cięcia miały nastąpić w sektorze wydatków Ministerstwa Zdrowia i Pracy, jednym z najważniejszych sektorów dla polityki redystrybucyjnej w czasach Kirchner.

Argentyna podpisała kilka umów z MFW, trzy umowy SBA w latach 80., dwie w latach 90., kolejną w 2001 i w 2003 r., ponadto zawarła w międzyczasie dwie umowy o nazwie Extended Fund Facility. Każda z umów była powtórzeniem poprzedniej. Za każdym razem jako problem wskazywano zbyt wysokie wydatki publiczne, które prowadzą do zwiększenia potrzeb konsumpcyjnych, co skutkuje inflacją. Aby dostąpić asysty MFW, rząd zmuszony ciąć wydatki publiczne, by zmniejszyć zadłużenie, co jest najważniejszym punktem jakichkolwiek planów restrukturyzacyjnych animowanych przez MFW. Za każdym razem cięcia wpływają fundamentalnie na politykę krajową.

Budżet Argentyny na 2019 rok kompletnie pomija wydatki socjalne i ogranicza subsydia na fundamentalne aspekty życia społecznego, takie jak zdrowie czy edukacja.

W tym samym czasie rząd wydaje pieniądze na spłatę długu. Krótko mówiąc, więcej pieniędzy płynie w kierunku banksterów, mniej w kierunku ogółu społeczeństwa.

Strukturalne dostosowywanie jest jednym z filarów polityki MFW. Przez ostatnie dekady polityka ta była wdrażana w krajach Globalnego Południa. Za każdym razem efekt był ten sam: dochodziło do zduszenia aktywności gospodarczej, zmniejszenia wydatków publicznych, głębszej recesji, wzrostu bezrobocia, braku pewności zatrudnienia i biedy. Powstawała sytuacja tzw. permanentnego strukturalnego dostosowywania się, ustawicznego pogłębiania się kryzysu tworzonego przez rozwiązania promowane przez MFW oficjalnie do zapobiegania mu. Ciągła spirala spadku gospodarczego prowadzi do wzmocnienia ekonomicznej i politycznej interwencji, która utrudnia lub nawet pozbawia państwo zdolności do podejmowania suwerennych decyzji. Takich, których celem nie jest spłacanie wiecznie rosnącego zadłużenia.

W takiej sytuacji znalazły się kraje zrujnowane przez politykę MFW od Argentyny pod Grecję.

 

c.d.n.

 

Tekst ukazał się pierwotnie na witrynie „The Tricontinental”, jego spolszczoną wersję publikujemy za portalem strajk.eu

Nadchodzi nowy kryzys

Międzynarodowy Fundusz Walutowy opublikował raport, w którym ostrzega, że globalnej gospodarce grozi nowa zapaść, podobna do tej sprzed dziesięciu lat – i to z tych samych powodów. Po 2008 r. rządy nie zdołały powstrzymać patologicznego rozdęcia sektora finansowego i nowej fali ryzykownych kredytów.

 

W swej nowej publikacji MFW pisze, że poziom światowego zadłużenia, zarówno po stronie państw jak i sektora prywatnego, sięgnął rekordowego poziomu, jest bowiem jeszcze wyższy niż dziesięć lat temu. Fundusz daje do zrozumienia, że dla globalnego kapitalizmu stanowi to wyjątkowe zagrożenie, zwłaszcza jeżeli wziąć pod uwagę, że inwestycje pozostają na historycznie niskim poziomie, powstają natomiast nowe bańki spekulacyjne.

Kluczowa instytucja neoliberalnego porządku światowego po krachu w 2008 r. zrewidowała częściowo głoszone przez jej specjalistów poglądy ekonomiczne i opowiada się za “zdrową regulacją” gospodarki rynkowej. MFW przyznaje, że na poziomie międzynarodowym wprowadzono wiele potrzebnych zasad krępujących samowolę finansjery: przede wszystkim bardziej rygorystyczny nadzór i większe rezerwy bankowe. Jednak poza strefą regulowaną powstały tendencje, które w przypadku paniki wśród inwestorów niechybnie doprowadzą do finansowej rozsypki na światową skalę.

Autorzy raportu podkreślają, że pojawiają się sygnały nieostrożnych zachowań na rynkach finansowych, charakterystyczne szczytu koniunktury, w którym wydaje się znajdować globalna gospodarka. “Ryzyko rośnie w czasie, gdy sytuacja jest sprzyjająca, tak jak teraz, kiedy panuje okres niskich stóp procentowych i względnej stabilności, i ryzyko to może przenieść się na inne obszary (…) Instytucje nadzorcze muszą pozostać bardzo czujne wobec nadchodzących wydarzeń” – pisze MFW.

Szczególne niebezpieczeństwo niesie ze sobą rozrost sektora określanego mianem shadow banking, który szczególnie upodobał sobie rynek chiński. Składa się on głównie z funduszy hedgingowych i funduszy private equity. To kapitał wędrowny obracający łącznie bilionami dolarów, zarabiający na transakcjach podwyższonego ryzyka, który w ciągu ostatniej dekady bardzo rozwinął własną działalność kredytową. Rozrost tego sektora spowodowany był przede wszystkim tym, że nie jest on w żadnym stopniu regulowany. Niezdolność do nałożenia restrykcji zarówno na shadow banks, jak i na coraz bardziej nastawione na spekulację fundusze ubezpieczeniowe, MFW uznał za porażkę rządów i instytucji nadzorczych.

Raport odnotowuje ponadto, że w ostatnich latach banki JP Morgan i Industrial and Commercial Bank of China rozrosły się do rozmiarów, które kwalifikują je do kategorii “zbyt wielkie, by upaść”. Oznacza to, że z racji centralnej roli, jaką te firmy odgrywają w sieci zależności globalnego kapitalizmu, rządy mogą w przypadku kryzysu czuć się zmuszone ratować je z pieniędzy podatników, mimo że banki te swoim postępowaniem same przyczyniają się do wzrostu ryzyka światowego krachu.

MFW negatywnie podsumowuje swoją ocenę światowej gospodarki 10 lat po upadku Lehman Brothers. Podkreśliła to sama szefowa Funduszu Christine Lagarde. W ubiegłym tygodniu wyraziła zaniepokojenie faktem, że od czasu kryzysu globalne zadłużenie obu sektorów – publicznego i prywatnego – sięgnęło rekordowego w dziejach poziomu 182 bln dolarów, co oznacza wzrost o 60 proc. Raport zwraca uwagę, że nie towarzyszą temu odpowiednie inwestycję w kapitał trwały ani w działalność rozwojowo-badawczą, faktycznie więc oznacza to kreację pustego pieniądza i kolejne bańki spekulacyjne.

„Seria wstrząsów, jakie nastąpiły po bankructwie Lehman Brothers, i reakcje rządów, z jakimi się one spotkały, doprowadziły do sytuacji, w której mediana stosunku zadłużenia publicznego w światowej gospodarce do PKB, która przed kryzysem wynosiła 36 proc., dziś wynosi 52 proc. Bilanse banków centralnych, szczególnie krajów wysokorozwiniętych, są dziś kilkukrotnie większe niż były przed kryzysem. Rynki wschodzące i kraje rozwijające się stanowią dziś w sumie 60 proc. światowego PKB, co w porównaniu do wielkości 44 proc. sprzed kryzysu oddaje słabość odbudowy gospodarek rozwiniętych” – czytamy w ostatniej publikacji.

Za czynniki dodatkowo potęgujące niestabilność dzisiejszego systemu finansowego MFW uznał popularność krytptowalut oraz jednostronne wycofanie się USA z niektórych umów międzynarodowych, do czego doliczyć należy groźbę prezydenta Donalda Trumpa o możliwości „wypisania się” jego kraju ze Światowej Organizacji Handlu.

Patrząc krytycznie na stanowisko MFW w sprawie ryzyka stwarzanego przez nieregulowany sektor finansowy należy wziąć pod uwagę, że Fundusz sam brał aktywny udział w tworzeniu światowego systemu gospodarczego, który dziś się chwieje pod naporem niepewności. Dostosowania strukturalne forsowane przez MFW w krajach całego świata pod hasłem uwalniania globalnej “konkurencyjności” w znacznym stopniu przyczyniły się do wzrostu spekulacji na rynkach finansowych i kapitałowych, wzrostu gospodarczej niestabilności i uzależnienia rządów od interesów najpotężniejszych graczy na światowych rynkach.

Wyjść albo nie wyjść – oto jest pytanie

Atmosfera wokół brytyjskiego wyjścia – albo pozostania – w Unii Europejskiej gęstnieje.

Wyniki nieustannie ogłaszanych sondaży, dowodzą na pewno jednego: że brytyjskiej opinii publicznej daleko do jasności, co ma wybrać. Co sondaż, to albo w jedną, albo w druga stronę bardziej. I tak zapewne będzie aż do głosowania, zapowiedzianego na 23 czerwca. Te wahania biorą się z tego, że co chwila do urabiania poglądu Brytyjczyka włączają się nowe autorytety, albo instytucje.

Zacząć trzeba od tego, że premier David Cameron chce pozostania kraju w Unii, a wyrastający na drugą postać w jego Partii Konserwatywnej burmistrz Londynu, Boris Johnson głośno domaga się wyjścia. Niedawno w Londynie z odsieczą dla oblężonego Camerona pojawił się prezydent USA, Barack Obama, który nic sobie robiąc z zasad dobrego wychowania politycznego, wtrącił się otwarcie do brytyjskiego życia publicznego i zażądał od Brytyjczyków, by w Unii pozostali.

Nie tylko zachwalał rozliczne korzyści gospodarcze i wskazywał na szykujące się w przeciwnym razie straty, ale wręcz groził, że w przypadku wyjścia, kiedy będzie trzeba na nowo uregulować traktatowo stosunki gospodarcze, USA nie podpiszą nowego porozumienia z Londynem „w najbliższej przyszłości”, lecz z całą UE, a „W. Brytania będzie na końcu kolejki”.

Czy interwencja Obamy pomoże Cameronowi? Sondaż pokazał, że 53 proc. Brytyjczyków źle ją odebrało. I gdyby tak zagłosowali?…

Na stanowisku Obamy stanęła też Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), grupująca najbogatsze państwa świata. Brexit doprowadziłby do tego, iż przeciętny Brytyjczyk do 2020 roku straciłby równowartość miesięcznej płacy, ostrzegła. Sekretarz generalny OECD, Angel Gurria powiedział BBC, że W. Brytania nie będąc członkiem UE, nie wypracuje lepszych umów, niż będąc we Wspólnocie. Gurria uznał, że zwolennicy wyjścia uprawiają myślenie życzeniowe.

Także Międzynarodowy Fundusz Walutowy podkreślił ostatnio, że Brexit zadałby wielki cios gospodarce światowej, a w rezultacie straciliby też Brytyjczycy.

Również prezes Europejskiego Banku Centralnego, Mario Draghi uważa, że Brexit byłby zagrożeniem dla kruchego ożywienia gospodarczego w strefie euro i dowodził, że przynależność W. Brytanii do Unii jest źródłem obopólnych korzyści. Już same rozmowy o Brexicie doprowadziły do takich skutków, jak znaczący spadek kursu funta szterlinga, podkreślił.

A brytyjskie ministerstwo finansów wyliczyło, że wskutek wyjścia, gospodarstwa domowe do roku 2030 miałyby rocznie do dyspozycji o 4300 funtów mniej, niż gdyby kraj pozostał w UE.

Politycy, którzy prowadzą kampanię na rzecz Brexitu, w tym burmistrz Londynu, przekonują, że wyjście z UE, zapewni rozkwit gospodarki kraju, gdyż nie będzie już trzeba wpłacać rocznych składek do UE, co wyzwoliłoby ją z biurokracji i pozwoliło zawrzeć własne umowy handlowe.

Z pomocą burmistrzowi Johnsonowi przybyło właśnie ponad stu wysoko postawionych przedstawicieli świata finansjery z londyńskiego City. W liście opublikowanym w ramach kampanii „Vote Leave” (Głosuj za wyjściem) napisali, że Brexit wzmocni pozycję City jako jedynej stolicy finansów konkurencyjnej wobec Nowego Jorku.

Ich zdaniem członkostwo w UE straciło sens, gdyż „tkwi ona w okowach euro, pomysłu szkodliwego dla społecznej i gospodarczej struktury krajów członkowskich, prowadząc do wysokiego bezrobocia wśród młodzieży; wielu z nas obawia się, że problemy strefy euro okażą się nie do przezwyciężenia”. „Niewiele jest dowodów na to, że UE będzie wspierać ten rodzaj innowacji, który jest Europejczykom niezbędny do konkurowania z resztą świata” – piszą dalej. „Martwi nas, że unijne podejście do regulacji stanowi obecnie rzeczywiste zagrożenie dla naszego przemysłu usług finansowych, a także konkurencyjności City”, podsumowują.

Przeciw Brexitowi jest aż 73 proc. Brytyjczyków mieszkających w świecie, których liczbę szacuje się na ok. 5 milionów. Mogą głosować z pomocą poczty lub miejscowej placówki dyplomatycznej. Ale głosować chce spośród nich tylko 20 proc.