Waszyngton przeciw Corbynowi

Stany Zjednoczone nie ustają w walce z „czerwoną zarazą”. Tym razem kontrrewolucyjna czujność wykryła zagrożenie w Zjednoczonym Królestwie. Tam bowiem do przejęcia władzy szykuje się najbardziej popularny lewicowy polityk w Europie, socjaldemokrata w starym stylu – Jeremy Corbyn. Sekretarz Stanu Mike Pompeo, który wraz z gł. doradcą d/s bezpieczeństwa Johnem Boltonem, tworzą mroczny duet animatorów amerykańskiej polityki zagranicznej, ogłosił, że można corbynowskiemu widmu spróbować zaradzić.

Pompeo dokonał obwieszczenia w intymnej atmosferze, podczas kameralnego spotkania z, jak pisze „The Times”, „żydowskimi przywódcami” (Jewish leaders) w Nowym Jorku. Do prasy – najpierw do The Washington Post – trafiło nagranie, na którym słychać jak amerykański „dyplomata” nr jeden opowiada o tym, że Waszyngton może „odeprzeć” (push back) kierownictwo brytyjskiej Partii Pracy. Deklaracja ta padła odpowiedzi na pytanie, co USA zamierzają zrobić w razie ewentualnego wyboru oskarżanego o antysemityzm Jeremy’ego Corbyna na premiera Wielkiej Brytanii.
„Musicie wiedzieć, że nie będziemy po prostu czekali, aż to się wydarzy. Zaczniemy dawać odpór wcześniej. Zrobimy to najlepiej, jak potrafimy. Bo gdy już się to wydarzy, to będzie to zbyt trudne i zbyt ryzykowne” – słychać komentarz Pompeo w odniesieniu do prawdopodobnego zwycięstwa Partii Pracy w najbliższych wyborach parlamentarnych i nominacji Corbyna na premiera tego kraju.
Wypowiedź ta wywołała powszechne oburzenie w Zjednoczonym Królestwie, zwłaszcza na lewicy. Rzecznik prasowy Partii Pracy powiedział, że „zachowanie prezydenta Trumpa i jego urzędników jest niedopuszczalną ingerencją w demokratyczny proces polityczny” w Wielkiej Brytanii i dodał, że Pompeo „nie będzie decydował o tym, kto zostanie premierem” w jego kraju.
Mike Pompeo, konserwatywny ekstremista i wiodący „jastrząb”, wielokrotnie wcześniej krytykował Corbyna m. in. za poparcie dla legalnego rządu Wenezueli. Na wspólnej konferencji z konserwatywnym ekstremistą z Wielkiej Brytanii, szefem Foreign Office Jeremym Huntem, po raz kolejny przypomniał, iż „napawa odrazą fakt, że są tacy politycy, nie tylko w USA, ale także w Wielkiej Brytanii, którzy popierają morderczy reżim Maduro”.
Departament Stanu wciąż nie wydał oficjalnego komentarza dotyczącego wyciekłego do mediów nagrania.
Tymczasem w Wielkiej Brytanii decyduje się, kto będzie szefował torysom – głównym rywalom Partii Pracy. O przejęcie schedy po Theresie May ubiega się dziesięciu polityków. Nie wszystkie te kandydatury mają wprawdzie realne szanse – aby wstąpić w szranki walki o stanowisko przewodniczącego Partii Konserwatywnej kandydat musi zapewnić sobie poparcie ośmiu deputowanych, jest więc to warunek stosunkowo łatwy do spełnienia.
Zdecydowanym faworytem jest były minister spraw zagranicznych i burmistrz Londynu Boris Johnson – postać dość kontrowersyjna wśród torysów, ale mająca realną charyzmę. Johnson jest zagorzałym zwolennikiem brexitu, a w sytuacji, gdyby nie udało się renegocjować korzystniejszych dla Wielkiej Brytanii warunków opuszczenia Unii – gotów jest na „twardy brexit”. Biorąc pod uwagę, że warunki jakie postawiłby Brukseli Johnson, jego wybór na szefa partii – i w konsekwencji także szefa rządu – prawdopodobnie przesądziłby o takiej właśnie opcji. Dodać trzeba także, iż Johnson jest zdecydowanym faworytem Donalda Trumpa, który zachęca otwarcie Londyn do „twardego brexitu”, a na dodatek sam jest figurą bardzo
„trumpoidalną”.
Głównym rywalem Johnsona wydaje się obecny minister spraw zagranicznych Jeremy Hunt – bardziej modelowy torys, czyli konserwatysta–neoliberał ekonomiczny, z doświadczeniem w sektorze prywatnym, zwolennik niskich podatków dla firm, demontażu polityki społecznej państwa, zaś w sferze polityki zagranicznej – równie euroatlantycki jak Johnson. Hunt jednak nie patrzy na perspektywę „twardego brexitu” tak nonszalancko jak Johnson, chciałby renegocjować umowę z Brukselą co – zauważmy – prawdopodobnie nie będzie i tak wchodziło w grę, bowiem Unia w tej sprawie wypowiedziała się bardzo konkretnie: powrotu do zamkniętych negocjacji nie będzie. W sumie jednak politycznie i Hunt i Johnson reprezentują bardzo podobne stanowisko, a to co ich różni to głównie temperament i imaż.
Pozostała ósemka kandydatów na następcę Theresy May to minister środowiska Michael Gove, minister spraw wewnętrznych Sajid Javid, minister zdrowia Matt Hancock, minister rozwoju międzynarodowego Rory Stewart, były minister do spraw brexitu Dominic Raab, była minister pracy Esther McVey oraz Andrea Leadsom i Mark Harper, którzy sprawowali w partii różne funkcje, ale nie mają doświadczenia w rządzie. W sumie zatem – jeśli wśród torysów nie dojdzie do jakiegoś spektakularnego zwrotu – najprawdopodobniej wszystko zmierza ku „twardemu brexitowi”, z tą tylko różnicą, że albo Zjednoczone Królestwo wkroczy w niego radośnie, czy też owijając go we frazeologiczną bawełnę i udając, że inaczej być nie mogło.

Wenezuela i sekrety nieudanego zamachu stanu

27-letnia Jurubith Rausseo García, kasjerka w supermarkecie, jechała z mężem motocyklem. Wracali z pracy jadąc przez Altamirę, dzielnicę wielkiego biznesu i burżuazji na wschodzie Caracas, bastion wenezuelskiej opozycji znany ze zbrojnych manifestacji antyrządowych, gdy trafiła ją zbłąkana kula, prosto w głowę. Trudno to sobie wyobrazić, ale przyczyny jej śmierci i osierocenia dwójki małych dzieci sięgają XIX w. I to niestety nie była jedyna ofiara próby amerykańskiego zamachu stanu w jej kraju.

Na starym obrazie Clyde’a DeLanda pt. „Narodziny doktryny Monroe” widać piątego prezydenta Stanów Zjednoczonych i właściwie narodziny imperium. James Monroe kładzie dłoń na zachodniej półkuli naszej planety, by powiedzieć „to nasze”. Już w roku 1823 Amerykanie postanowili, że będą nią administrować zgodnie ze swymi interesami polityczno-gospodarczymi. Dziś na tę historyczną doktrynę powołuje się rząd prezydenta Donalda Trumpa, na czele z wąsatym Johnem Boltonem, neokonserwatywnym doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego. Doktryna Monroe służy za podkładkę dla idei przejęcia trzech nieposłusznych krajów Ameryki Łacińskiej – Kuby, Wenezueli i Nikaragui, którą Bolton nazywa „diabelską trojką”. Zaczęto od Wenezueli, bo dwa pozostałe państwa nie mają ropy.
Jurubith i inni zginęli w imię interesów imperium amerykańskiego, gdyż administracja USA, gorączkowo zajęta organizowaniem zamachu stanu w Caracas, nie widzi różnicy między rokiem 1823 a 2019. To tragikomiczne zaślepienie nie pozwala jej zrozumieć, że epoka łatwych zamachów stanu, w czasie której nabrała wielkiego doświadczenia w tej mierze, minęła. W Pentagonie, który wcale nie pała entuzjazmem na myśl o interwencji w Wenezueli, zwrócono uwagę, że rosyjskie satelity szpiegowskie pozmieniały trajektorie, by obserwować amerykańskie bazy morskie i okręty, które mogłyby wziąć udział w inwazji. Do tego okazało się, że zamach stanu w kraju, który przestał wierzyć w fatalizm amerykańskiej „opieki”, i gdzie rząd cieszy się szerokim poparciem społecznym, jest skazany na zawstydzającą porażkę. Wszystko poszło nie tak.
Lawina na Twitterze
30 kwietnia był nerwowy zarówno w Caracas, jak i w Waszyngtonie, gdzie główne figury rządu – Bolton, Abrams, Pence, Pompeo i sam Trump, wraz z kilkoma Wenezuelczykami – jeszcze przed świtem założyli coś w rodzaju sztabu kryzysowego, by pisać tweety i wychodzić od czasu do czasu do dziennikarzy z informacjami, z których z godziny na godzinę schodziło powietrze. Część amerykańskiej prasy uznała, że pierwszym sygnałem wydarzeń był wpis na Twitterze opozycjonisty Juana Guaidó, którego 23 stycznia wiceprezydent USA Mike Pence mianował przez telefon „prezydentem” Wenezueli. W rzeczywistości pierwszym wpisem na ten temat była informacja Alberto Federico Ravella, „dyrektora prezydenckiej komunikacji” zamieszkałego w kolumbijskiej Bogocie, który na tę okazję pojechał do Waszyngtonu. To on wyprzedził swego „prezydenta” Guaidó pisząc, że „prezydent” i szef jego skrajnie prawicowej partii Wola Ludu Leopoldo Lopez razem z grupą żołnierzy „przejęli kontrolę bazy lotniczej La Carlota [położonej obok Altamiry]” oraz, że chodzi o „decydującą fazę trwającego zamachu stanu”.
O tym wpisie należało zapomnieć, gdyż widocznie zdenerwowany John Bolton wyszedł do dziennikarzy, żeby wyjaśnić, że w żadnym wypadku nie chodzi o zamach stanu. Tłumaczył, że Guaidó jest przecież, jako „prezydent”, zwierzchnikiem sił zbrojnych Wenezueli, więc o zamachu nie może być mowy. CBS, Reuters i CNN wybrały w tej sytuacji słowo „powstanie”, NPR i New York Times „protesty”, Yahoo News nazwało zdarzenia „ryzykownym wyzwaniem” a Miami Herald „buntem wojskowym” radząc dla pewności, że ten „bunt” można nazwać „na różne sposoby, ale nie nazywajcie tego zamachem stanu”. Mimowolny komizm tych przekazów nikomu nie przeszkadzał, ponieważ oficjalnie, według Boltona, „naród wenezuelski pragnie zapewnić sobie wolność”. Zresztą to on był autorem naprawdę ciekawych tweetów.
Hej, obudźcie się!
„Godzina wybiła!” – pierwsze słowa pierwszej informacji „prezydenta” Guaidó, jeszcze zanim wezwał do obalenia prezydenta Nicolasa Maduro, zostały powtórzone po angielsku przez Boltona w jego pierwszym tweecie adresowanym do konkretnych osób, co jednak wywołało marszczenie czół u niektórych dziennikarzy. U Boltona „godzina wybiła” dla trzech mężczyzn: ministra obrony Vladimira Padrino, szefa gwardii prezydenckiej Ivana Hernandeza i przewodniczącego Sądu Najwyższego Maikela Moreno. „To wasza ostatnia szansa” – alarmował Bolton i – rzecz niespotykana – powtórzył to ostrzeżenie potem jeszcze dwa razy, jakby chciał ich obudzić. W tym czasie Guaidó powtarzał za Ravellą, że jest w bazie La Carlota, choć stał zziębnięty na zjeździe z autostrady w kierunku Altamiry, o dobry kilometr od tego, co miał „przejąć”. W miarę czasu 30-osobowa grupa żołnierzy oddalała się od zaczynającej panikować pary
Guaidó-Lopez.
Sekretarz stanu Mike Pompeo, ten, który w kwietniu przyznał publicznie, że kiedy stał na czele CIA, agencja „kłamała, oszukiwała i kradła”, informował z poważną miną, że Maduro ucieka już na Kubę i wszystko idzie świetnie, a dziennikarz Bloomberga Andrew Rosati nadawał, że szykujący się już w tym czasie do ucieczki Leopoldo Lopez przekazał mu, jak i innym mediom, że Stany Zjednoczone powinny oficjalnie przejąć rządy w Wenezueli po upadku Maduro. Godziny nadchodziły i odchodziły, a wzywani przez Boltona wysocy funkcjonariusze państwa wenezuelskiego po kolei przesyłali mu elektroniczne faki pisząc o „zamachu stanu”, który odrzucają, więc za wyjaśnienia zabrał się w Waszyngtonie „niezastąpiony” Elliott Abrams. Powtórzył on za Boltonem, że od trzech miesięcy trwały w Caracas negocjacje Guaidó z przedstawicielami socjalistycznego rządu i dodał, że jak się właśnie okazało, „nie dotrzymali oni swoich zobowiązań”… Inaczej mówiąc mleko się rozlało. Lopez poprosił najpierw o azyl w ambasadzie Chile, lecz nie spodobały mu się tam warunki mieszkaniowe, przeniósł się po dwóch godzinach do ambasady Hiszpanii. 25 żołnierzy zgłosiło się do ambasady brazylijskiej, a Guaidó wrócił do domu, by jeszcze potweetować wezwania do demonstracji.
Rozmowy tajne przez poufne
Wezwania Guaidó doprowadziły do dwudniowych zamieszek w Altamirze, w których zginęły cztery osoby, potem do „wielkich manifestacji pod wszystkimi koszarami wojskowymi”, by nakłonić wojsko do obalenia rządu. Rzeczywiście, pod kilkoma pojawiły się jakieś pikiety, ale to już jakby nie interesowało wielkiej prasy, zajętej jeszcze rozgryzaniem, co się właściwie stało. Według różnych źródeł, negocjacje rządu wenezuelskiego z Guaidó przebiegały z początku bardzo opornie. Wenezuelczycy traktowali go po prostu jako przedstawiciela imperium amerykańskiego a on, pewien poparcia Waszyngtonu, upierał się przy dyktowaniu swoich warunków i niczym Trump straszył „wszystkimi opcjami”. Wobec tej blokady rząd zmienił strategię: zaczął mu potakiwać. Guaidó wówczas (w marcu) też zmienił linię – dzielił skórę na niedźwiedziu „rozdając” wysokie stanowiska w nowym hipotetycznym rządzie tym, którzy je zajmują w obecnym, tyle, że Maduro miał zniknąć.
Wszystko zostało ładnie rozpisane, wszyscy poklepali się po plecach i rozeszli, z tą różnicą, że Guaidó, Lopez i Waszyngton naprawdę uwierzyli w perspektywę udanego zamachu stanu. Odrzucili nawet ofertę Erika Prince’a, założyciela niesławnej pamięci Blackwater, prywatnej armii najemników, który proponował wysłanie pięciu tysięcy swoich zabijaków do Caracas, by wywołać „dynamiczne wydarzenie”. Padają dziś najrozmaitsze usprawiedliwienia, dlaczego się nie udało: że złośliwi Kubańczycy przeszkodzili, że Rosjanie, że było za wcześnie albo za późno, że „zawiodła koordynacja” bądź też nawet (ze strony Demokratów), że potencjał intelektualny rządu Trumpa „jest znikomy”, podając za przykład wąsatego Boltona lub Abramsa. Do tej pory nikt jeszcze nie odkrył, że Wenezuelczycy na ogół nie cierpią jankeskich gringos i ich groteskowej pychy. 1 Maja ludzie na ulicach Caracas skandowali „No pasarán!”.
Inwazja, czy nie?
Po porażce zamachu Bolton, Abrams i Pompeo tym mocniej potrząsają dzidami, ale mają problem z Trumpem: nie może on zdecydować, czy interwencja wojskowa w celu przejęcia wenezuelskiej ropy będzie korzystna wyborczo, czy też nie. Mimo zarządzania różnych zebrań w Pentagonie, zdaje się przeczuwać, że jednak nie, a przecież na niczym mu teraz tak nie zależy, jak na drugiej kadencji. Amerykanie z pewnością przełkną swoją kompromitację i dalej będą dusić Wenezuelę z całą mocą (na dwa przed zamachem wprowadzili „totalne” embargo na tamtejszą ropę), w oczekiwaniu na odwrócenie się ludzi od Maduro
i socjalizmu.
To oczywiście możliwe. Kraj przeżywa bardzo trudne chwile i wezwania Maduro o „stalowe nerwy” narodu mogą kiedyś nie wypalić. Na razie jednak solidarność Wenezuelczyków się sprawdza i robią, co mogą, by przeżyć imperialne naciski wiążąc się z tymi, którym Ameryka nie imponuje. Europa wychodzi z tej sytuacji dość żałośnie, bo zgodnie z amerykańskim życzeniem wiele jej państw uznało Guaidó za „prezydenta” licząc, że Trump w zamian pozwoli jej handlować choć trochę z Iranem.
Już w lutym okazało się, że Amerykanie, choć wcześniej rysowali taką perspektywę, nie mają zamiaru się na to zgodzić. Polityka prowadzona na korzyść Izraela jest po prostu wielokrotnie bardziej opłacalna wyborczo, niż proeuropejska. Niemcy, Francja, Wielka Brytania były więc gotowe uznać doktrynę Monroe, by w końcu zostać z pustymi rękami. A los rodziny Jurubith? W takich sprawach, jak polityka imperium, nie mógł się liczyć.

Transatlantycka rozbieżność

Unia Europejska zamierza inwestować na Kubie, utrzymywać z Hawaną poprawne stosunki i zdecydowanie nie godzi się na to, by właśnie za to europejskie firmy były karane przez Stany Zjednoczone.

Zaostrza się konflikt dyplomatyczny między USA z UE o stosunek do Kuby, która we przegłosowanej ostatnio przez naród nowej konstytucji podkreśliła przywiązanie do wartości idei socjalistycznych. Spór dotyczy zagranicznych firm inwestujących robiących interesy z Hawaną. Prezydent Donald Trump już w styczniu zapowiedział, a w marcu ponownie podkreślił, że w związku z amerykańskimi sankcjami, jakimi obłożona jest Kuba z powodów politycznych, spółki zagraniczne inwestujące na wyspie rewolucji będą musiały spodziewać się pozwów cywilnych ze strony obywateli Stanów Zjednoczonych. Chodzi głównie o mieszkających w USA spadkobierców zamożnych Kubańczyków, których majątki uspołeczniono po rewolucji w 1959 r.
Trump tym samym zapowiedział powrót do pełnego obowiązywania tzw. ustawy Helmsa-Burtona, która wprowadzona została w 1996 r. i dawała taką możliwość, ale od 1998 r. część jej postanowień uległa zawieszeniu na mocy umowy z krajami europejskimi i Kanadą, która prowadziły i nadal prowadzą z Kubą ożywioną wymianę gospodarczą. Był to krok powodowanych głównie troską o dobre stosunki między tymi państwami a USA. Po cofnięciu tych wyjątków, firmy pochodzące z UE mogą zostać zalane pozwami.
W środę spodziewane jest ogłoszenie przez Sekretarza Stanu USA Mike’a Pompeo nowych sankcji wobec Kuby, Wenezueli i Nikaragui, które dyplomaci Trumpa zaczęli propagandowo nazywać „trójką tyranii”, bo stanowią podstawę oporu wobec próby przywrócenia w Ameryce Łacińskiej hegemonii USA.
Tymczasem we wtorek agencja Reuters ujawniła list szefowej dyplomacji UE Federiki Mogherini i unijnego komisarza ds handlu Cecilii Malmström do Mike’a Pompeo, w którym stanowczo ostrzegają przed dyplomatycznymi i gospodarczymi konsekwencjami karania krajów UE za robienie interesów z Kubą. Waszyngton został przede wszystkim wezwany do zachowania wyjątków w ustawie Helmsa-Burtona.
„Jeżeli tak się nie stanie, UE będzie zmuszona zastosować wszelkie dostępne środki, by chronić swoje interesy, również w porozumieniu z pozostałymi partnerami zagranicznymi”, napisały Mogherini i Malmström. Wyraźnie zaznaczyły, że kraje Unii gotowe są w tej sprawie wszcząć przeciwko Stanom sprawę w ramach Światowej Organizacji Handlu. Uznają plany USA za nie do pogodzenia z prawem międzynarodowym prawem, przede wszystkim ze względu na próbę rozciągnięcia jednostronnych sankcji USA przeciwko Kubie na stronę trzecią.
W liście pada ostrzeżenie, że amerykańskie pozwy cywilne wobec europejskich firm „mogą doprowadzić do błędnego koła roszczeń, które wytworzą klimat nieprzyjazny dla biznesu, nie prowadząc jednocześnie do przywrócenia sprawiedliwości, ani nie wpływając w żaden korzystny sposób na sytuację na Kubie”.
W środę przedstawiciele UE powtórzyli sugestie zawarte w ujawnionym liście.
– Unia Europejska ponownie podkreśla swój sprzeciw wobec eksterytorialnego zastosowania jednostronnie nałożonych sankcji, które uznaje za sprzeczne z prawem międzynarodowym – usłyszeli w Brukseli dziennikarze od jednego z unijnych rzeczników.
Nie wiadomo nic o reakcjach Waszyngtonu na sprzeciw Unii Europejskiej. Prezydent Trump nie miał jednak do tej pory żadnych skrupułów w ostentacyjnym lekceważeniem europejskich partnerów. Najwyraźniej jest też zdeterminowany w kontynuowaniu ataków gospodarczych i politycznych przeciwko Kubie, również z powodu zdecydowanego zaangażowania Hawany po stronie prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro, którego Trump usiłuje obalić.
Bruksela tymczasem planuje rozszerzyć współpracę z Hawaną w ramach Planu na rzecz Zrównoważonego Rozwoju przyjętego przez ONZ, m.in. inwestując równowartość 62 mln dolarów w projekty z zakresu zrównoważonego rolnictwa i sektora energetycznego na Kubie.

Wyskok ku spirali zbrojeń

…i wyskok Czaputowicza.

Świat wydaje na zbrojenia (oficjalnie-na „cele obronne”) prawie 2 bln dol. rocznie To ogromna suma,która w dużej mierze jest marnowana,a mogłaby być przeznaczana na rozwiązanie głównych problemów globalnych (głód i niedożywienie,brak stałego dostępu do zdrowej wody pitnej, wyzwania klimatyczne oraz migracyjno-uchodźcze itd.). Największy udział mają w tym niezmiennie Stany Zjednoczone-ponad 700 mld dol. w obecnym budżecie, co oznacza więcej niż pozostałe państwa z pierwszej dziesiątki razem wzięte- Chiny, Rosja, Arabia Saudyjska, Francja, Indie, Wielka Brytania, Japonia, Niemcy i Korea Płd.
Równocześnie słynny, symboliczny „Zegar Zagłady” pokazujący zwłaszcza stopień zagrożenia nuklearnego, wymyślony w 1947 r. przez naukowców z Uniwersytetu Chicagowskiego, wskazuje obecnie dwie minuty do północy, która oznacza zagładę ludzkości. Tak blisko wskazówki zegara były dotąd jedynie w 1953 r.
Obecnie tylko 9 państw dysponuje bronią atomową – USA, Rosja, Chiny, Francja,Wielka Brytania, Indie, Pakistan, Izrael i – od pewnego czasu – Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna. Jednakże tylko dwa pierwsze mocarstwa mają możliwość tzw. drugiego uderzenia nuklearnego. Dlatego też rzeczą kluczową dla wyeliminowania tych największych zagrożeń są porozumienia o ograniczeniu, kontroli i redukcji zbrojeń strategicznych między Moskwą a Waszyngtonem..Było ich do tej pory sporo, m.in. SALT I (1972 r.), SALT II (1979 r.), START I (1991 r.) i START II (1993 r.). Nie bez znaczenia był również układ INF z 1987 r.,podpisany w Waszyngtonie przez Reagana i Gorbaczowa dotyczący produkcji,przechowywania oraz likwidacji pocisków rakietowych pośredniego i średniego zasięgu, tzn. od 500 do 5500 km.
Przez szereg lat nie było zastrzeżeń odnośnie do wykonywania jego zapisów,ale administracja Trumpa zarzuciła władzom na Kremlu,iż Rosja weszła w posiadanie nowych pocisków manewrujących SSC-8, co narusza porozumienie INF. Mimo rozmów dwustronnych na szczeblu wiceministrów spraw zagranicznych,prowadzonych m.in.-co ciekawe- w Pekinie, nie udało się wyjaśnić tej kwestii,a w rezultacie 2 lutego USA i Rosja zawiesiły na 6 miesięcy jego stosowanie. Grozi to niewątpliwie m.in. nowym wyścigiem zbrojeń w i tak napiętej sytuacji międzynarodowej.
W tej materii pojawił się niestety przykry wątek polski. Otóż szef naszego MSZ-u Jacek Czaputowicz, który w ciągu roku swego urzędowania, miał szereg wypowiedzi kontrowersyjnych,a czasem wprost nieodpowiedzialnych (np. nazwanie Francji „krajem upadłym”,czy uznanie Tuska za reprezentanta niemieckich interesów w Radzie Europejskiej), posunął się o krok dalej. W wywiadzie dla „Der Spiegel” opowiedział się za rozmieszczeniem broni nuklearnej na terytorium naszego kraju. To co najmniej WYSKOK dyplomatyczny-szkodliwy i bez wyobraźni. Tak postępują POLITYCZNI HUNWEJBINI, bez konsultacji wewnętrznych oraz międzynarodowych..To by przecież musiało oznaczać duży wzrost zagrożenia dla Polski, biorąc m.in. pod uwagę spodziewaną reakcję Moskwy.
Na szczęście sekretarz generalny NATO Stoltenberg zaprzeczył, iż istnieją plany rozmieszczenia nowych głowic nuklearnych w Europie. Co więcej- sekretarz stanu USA Mike Pompeo zadeklarował, iż Stany Zjednoczone są gotowe do negocjacji z Rosją w sprawie kontroli zbrojeń. Istnieją zatem realne szanse na to,że Układ INF będzie- po pewnych modyfikacjach- dalej obowiązywał!

USA poza RPC ONZ

„Stronniczość Rady przeciw Izraelowi jest niedopuszczalna” – oświadczył Mike Pompeo, amerykański sekretarz stanu, informując o decyzji waszyngtońskiej administracji. Zerwanie z uczestnictwem Amerykanów w Radzie przypadło w dzień po żywej krytyce ONZ „okrutnej” polityki USA zabierania dzieci nielegalnym imigrantom na granicy meksykańskiej. Nikki Haley, ambasador amerykańska w ONZ, i Mike Pompeo zapewnili jednak, że przyczyną jest brak odpowiednich reform Rady, które zapobiegłyby międzynarodowej krytyce Izraela.

 

Rada Praw Człowieka ONZ z siedzibą w Genewie została utworzona 12 lat temu, by promować i chronić prawa człowieka na świecie, lecz jej raporty bywały sprzeczne z priorytetami polityki amerykańskiej. Ambasador Izraela w ONZ Danny Danon wyraził satysfakcję z wycofania się USA, które według niego sprzeciwiły się „ślepej nienawiści instytucji międzynarodowych wobec Izraela”. Premier państwa żydowskiego Benjamin Netanjahu pogratulował USA „odwagi” i nazwał Radę „organizacją antyizraelską”.

Sprzeciw wobec decyzji amerykańskiej wyraziło już wiele organizacji ochrony praw ludzkich. Human Rights Watch (HRW) ostro skrytykowała USA. Kenneth Roth, szef HRW, powiedział, że Rada „odegrała ważną rolę w takich krajach jak Korea Północna, Syria, Birma (Mjanma) i Sudan Południowy”. „Ale Donald Trump jest zainteresowany wyłącznie obroną Izraela” – dodał z widoczną goryczą.

Amnesty International przyznała, że „Rada nie jest doskonała”, jednak „jest ważną siłą na rzecz międzynarodowego wymiaru sprawiedliwości”. „Wycofując się, Stany Zjednoczone z premedytacją szkodzą prawom człowieka wśród wszystkich narodów świata i ich walce o sprawiedliwość” – oświadczył Salil Shetty, sekretarz generalny Amnesty. Od dojścia do władzy Donalda Trumpa imperium amerykańskie wycofało się już m.in. z UNESCO, odcięło finansowanie organom ONZ, zerwało z paryską umową klimatyczną i obaliło układ atomowy z Iranem, któremu ONZ patronowała.

Odejście USA z Rady Praw Człowieka miało już precedens. Radę bojkotowała administracja George’a Busha, zanim Barack Obama zdecydował o powrocie Stanów do Rady.

Najostrzejsze sankcje w historii

„Bezprecedensową presją finansową” zagroził dziś Iranowi amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo. Co mają zrobić Irańczycy, aby jej uniknąć? Żądania idą tak daleko, że ich przyjęcie oznaczałoby całkowitą kapitulację Teheranu. Dlatego odpowiedź prezydenta Hasana Rouhaniego była równie jednoznaczna.

Pompeo na początek zażądał od Irańczyków całkowitej rezygnacji ze wzbogacania uranu i bezwarunkowego udostępniania dla kontroli wszystkich miejsc, gdzie w przeszłości wytwarzano energię jądrową. Poza tym Teheran miałby faktycznie wyrzec się aktywnej polityki zagranicznej, a z pewnością wycofać się ze wszystkich konfliktów zbrojnych na Bliskim Wschodzie, w których ma choćby pośredni udział. – Wytropimy irańskich agentów i ich pomocników z Hezbollahu i zniszczymy ich – odgrażał się sekretarz stanu, żądając od Iranu wycofania doradców wojskowych i/lub szkolonych przez nie oddziałów z Syrii, Libanu oraz Jemenu. Oczywiście nie zająknął się nawet, że w każdym z wymienionych przypadków Irańczycy nie są jedyną zewnętrzną stroną zaangażowaną w konflikt i że ich zniknięcie oznaczałoby oddanie pola faworytom Ameryki – Arabii Saudyjskiej oraz Izraelowi.
Swoją pierwszą wielką publiczną mowę w charakterze sekretarza stanu Pompeo streścił również na Twitterze.
– Sankcje będą bolesne, jeśli reżim [irański – przyp. MKF] nie zmieni kursu, schodząc z obecnej bezproduktywnej, niemożliwej do zaakceptowania ścieżki – mówił Pompeo na forum Heritage Foundation. Zapowiadał, że Teheran odczuje „bezprecedensową presję finansową”, a sankcje będą „najsilniejsze w historii”. Pogroził nie tylko Hasanowi Rouhaniemu i jego rządowi, ale i europejskim firmom, które nie zechcą wycofać się z robienia biznesu w Iranie tak, jak wymyślił Donald Trump.
Na koniec nowy sekretarz stanu stwierdził, że jego dzisiejsze wystąpienie i sankcje „to zaledwie początek”. Czyli w rzeczywistości zagroził Iranowi wojną lub destabilizacją kraju.
Komentatorzy i analitycy szybko zauważyli także, iż przekaz Pompeo pod irańskim adresem zasadniczo nie różni się od żądań, jakie wysuwał od lat Izrael – tyle, że tym razem w charakterze posłańca wystąpił amerykański sekretarz stanu. Podkreślają także, że taką „dyplomację” trudno tak naprawdę określać dyplomacją – w rzeczywistości od Iranu zażądano ustępstw tak poważnych, że oznaczałyby one upadek obecnego systemu rządów, a w konsekwencji być może nawet rozpad państwa.
Dlatego też odpowiedź prezydenta Iranu była jednoznaczna. Zgodnie z oczekiwaniami większości społeczeństwa Teheran nie ma zamiaru ugiąć się przed dyktatem. – Kim pan jest, by podejmować decyzje w imieniu Iranu i świata? – zwrócił się do Pompeo Hasan Rouhani. Następnie powtórzył, że USA nie mają ani uprawnień, ani przyzwolenia, by podejmować decyzje w imieniu innych suwerennych państw.