Księga Wyjścia (4)

Ballada o trzech obrazach

Zrobiłem jedną z głupszych rzeczy. Zobowiązałem się, że będę już omijał temat uzależnień. Trudno jednak całkowicie go przemilczeć, gdy zamiarem jest pisanie o trzeźwieniu. Nawet w komentarzach, które piszecie pod felietonami, życząc mi wytrwałości, siły, zachęcając do walki, zawsze temat nałogów gdzieś się przewinie. Trudno prowadzić walkę milcząc o wrogu. Możemy jednak pozostawić go w cieniu, gdzieś na trzecim planie, bo głównym bohaterem jest walka, czyli trzeźwienie – wieczna droga. A celem każdego wagabundy jest właśnie droga.
Według jednej z teorii Heraklita o jedności przeciwieństw, droga w dół i w górę jest jedna. Trudno nie przyznać mu racji, tyle że w dół się spada, można się też sturlać, do góry jest gorzej. I nie chodzi już o niedogodności wspinaczki, tylko labirynt, którego nie widać podczas zejścia. Ale dość tych metafor.
Od kiedy wyszedłem ze szpitala moje dni wyglądają jednakowo, taka kalka. Wpadłem w rytm monotonii i o dziwo zaczęło mi się to podobać. Odkrywam coś, o czym dawno już zapomniałem – powtarzalny spokój.
Ta przewidywalność zwyczajnie mnie zachwyciła. Zatrzymałem się na chwilę i łapię oddech. Zaczynam dzień od kawy i suboxonu, potem śniadanie i koniecznie budyń. Wiem, że brzmi to idiotycznie, ale naprawdę zacząłem jeść śniadania i całkiem na poważnie rozważam zakup kapci. Już nie chodzi o wygodę, ale pewien symbol.
Potem jadę do Kazimierza przygotować się do nadchodzącego sezonu. O tej porze roku miasteczko świeci pustkami, mam więc czas, by ponownie wdrożyć się w sprzedaż obrazów i rzeźb. W stałym rytmie i bez pośpiechu. Wyjątkiem jest jedynie środa, to ostatni dzień kiedy powinienem napisać felieton. Najpóźniej w czwartek muszę go wysłać do redakcji. Wzrasta wtedy adrenalina, harmonijnie uporządkowane myśli nagle znikają i za każdym razem mam w głowie chaos. W tym fachu doświadczenie się nie sumuje, każdy tekst jest pierwszy – to słowa Ryszarda Kapuścińskiego – bardzo prawdziwe, jeśli się pisze naprawdę, nie zaś kalką schematyczną, lub za pomocą funkcji kopiuj – wklej, zmieniając jedynie drobne szczegóły.
Michał Anioł Buonarroti powiedział: „rzeźba jest w kamieniu, wystarczy odrzucić to, co zbędne”. Z pisaniem tekstów jest dokładnie tak samo. Jedyną różnicą jest brak owego kamienia i tu trzeba wyręczyć naturę, samemu tworząc ten „kamień”. Czyli przelać na papier wszystko co wydaje się ważne, a potem wystarczy odrzucić to co się jedynie wydawało ważne. Istotne, by odróżnić jedno od drugiego. Skojarzenie pisania tekstów z rzeźbą nie jest przypadkowe, w ten sposób płynnie przejdę do mojego nowego zajęcia, czyli handlu sztuką w Kazimierzu Dolnym.
W poprzednim odcinku dosyć szczegółowo opisałem dlaczego i skąd ten wybór. W każdym razie nie bacząc na idiotyczną mądrość ludową, że nie wchodzi się dwukrotnie do tej samej rzeki – nie będę rozpisywał się o Heraklicie i właściwym sensie, przerobionej na głupie przysłowie jego sentencji, ponownie i z pełną premedytacją wkroczyłem dokładnie do tej samej rzeki – metaforycznie oczywiście. Opowiem Wam jak wyglądała ta „kąpiel” za pierwszym razem. Czyli osiemnaście lat temu.
Podobnie jak teraz, nie mając pomysłu na życie postanowiłem zrobić eksperyment i spróbować sprzedawać rzeźby i obrazy. Byłem totalnie spłukany i każdy kto miał sto złotych, wydawał mi się bogaczem, dlatego trudno było uwierzyć, że są ludzie, którzy potrafią wydać kilkaset lub kilka tysięcy złotych żeby kupić obraz.
Bez specjalnego przekonania zrobiłem niewielki stelaż i postanowiłem rozstawić się z nim na Dużym Rynku. Sprzedających było wówczas wielu i wcale nie było łatwo się wcisnąć. Przydały się dosyć twarde łokcie, które wtedy jeszcze dosyć nieźle sobie radziły i tym sposobem umieściłem swoją skromną ekspozycję pomiędzy całą masą innych obrazów. Kilkudziesięciu malarzy, setki obrazów i ja ze skromnym stojakiem, na którym miałem ich chyba osiem i ze trzy rzeźby.
Pierwsze tygodnie nie napawały optymizmem, od czasu do czasu udało się coś sprzedać, kasa ta jednak szła na placowe i wszelkie koszty związane z moim przedsięwzięciem. Ale przynajmniej zacząłem jakoś trwać, teraz szło o to, by przetrwać. Zastanawiałem się jak to jest, że niektórzy sprzedają obrazy niemalże jak świeże bułki, a ja ledwo wyrabiam na koszty. Rozumiałem całą złożoność i specyfikę tej branży, niejednokrotnie słyszałem pytanie: a ten widoczek, to ręcznie malowany? Dlatego nie byłem zdziwiony, że beznadziejne – według mnie oczywiście – landszafty cieszą się powodzeniem. Wydawało mi się to jednak nieproporcjonalne i nie mówię o sobie, bo było wówczas na Rynku bardzo wielu świetnych malarzy, którzy przegrywali z czymś w rodzaju dawnej fototapety niechlujnie wsadzonej w ramy. Siedziałem tak na prażącym słońcu od rana do nocy i cieszyłem się, gdy przynajmniej ktokolwiek podszedł i zainteresował się tym co sprzedawałem. Latem Rynek zamienia się w rozgrzaną patelnię, bez odrobiny cienia.
Prażące niemiłosiernie promienie słoneczne, nagle mnie oświeciły: przecież ci co sprzedają, to zwykli, doświadczeni handlarze, którzy potrafią dobrać miejsce i odpowiednio wyeksponować towar. Postanowiłem ich przebić, pewnego dnia przyjechałem jeszcze przed świtem, zaopatrzony w niezbędne narzędzia i w kilkadziesiąt minut z przygotowanych wcześniej listew zmontowałem największy w historii rynkowego handlu, stelaż. Był tak duży, że nie mogłem przywieźć gotowego, tylko musiałem zbudować go na miejscu. Miałem już ze sobą nie kilka, a kilkadziesiąt obrazów. Pamiętam wściekłość innych sprzedawców i malarzy, gdy zobaczyli moją konstrukcję, której już nie można było nazwać stelażem. Uśmiechem kwitowałem „dobre” rady typu, że wiatr będzie mi zrzucał obrazy, że na pewno zapłacę potrójne placowe itp. Chciałem im zrobić psikusa i się udało.
Wciąż specjalnie nie dawałem wiary w sens i powodzenie tego co robię, ale nie miałem innego zajęcia. Nie mogłem wiedzieć, że będzie to moment zwrotny, zarówno w moim myśleniu, jak i dalszej działalności na tej niwie.
Gdy tylko Kazimierz zaczął się budzić i pojawili pierwsi turyści, wokół mojego stoiska zaczął gromadzić się tłum. Byli to na razie jednak tylko „oglądacze”, ale już sam fakt, świadczył, że odniosłem jakiś tam sukces. Wszystko co się wydarzyło później zupełnie odmieniło moje spojrzenie na ten rodzaj działalności. Podszedł do mnie niepozorny mężczyzna, wskazał na obraz i zapytał o cenę – pięćset złotych odpowiedziałem – A ten? Zapytał wskazując na drugi – trzysta rzuciłem sądząc, że gość chce tylko poznać ceny, albo szuka taniej pamiątki z Kazimierza. Chwilę się przyglądał i zapytał o jeszcze jeden, akurat z tych droższych – siedemset odrzekłem bez większego entuzjazmu i pomyślałem, że już przegina. Szczęka mi opadła, gdy powiedział – to te trzy poproszę. Pakowałem drżącymi rękami, nie mogłem uwierzyć w tak udaną transakcję. To był właśnie ten przełom.
To nieprawdopodobne, jak dużo zawdzięczam gigantycznej konstrukcji i odpowiedniej ekspozycji. Nie pamiętam czy tego dnia sprzedałem coś jeszcze, czy już nie – być może – ale ten mężczyzna zapadł mi w pamięć do dzisiaj (minęło osiemnaście lat). Uwierzyłem wtedy, że da się na tym zarobić, że są ludzie, których stać na obrazy i że potrafię im je sprzedać.
Dotychczas, podobnie jak inni rozstawiałem się na Rynku jedynie w weekendy, ale ponieważ od poniedziałku do piątku również nie miałem zajęcia, poza opieką nad szczeniakiem, którego kupiłem od znajomego miłośnika taniego wina za butelkę tegoż, zacząłem jeździć z obrazami codziennie. Pies oczywiście wiernie jeździł ze mną. Kolejne odkrycie i kolejne zdziwienie – nie tylko weekendy, ale i w powszednie dni sprzedawałem obrazy. Wprawdzie ludzi było znacznie mniej, ale sprzedaż większa. Dopiero później odkryłem, że ci co przyjeżdżają kupić obraz, unikają tłumów.
Tamte złote czasy już minęły, obrazy sprzedają się znacznie gorzej, ale zapotrzebowanie wciąż istnieje. Wchodząc ponownie do tej samej rzeki, miałem przygotowaną już łódkę w postaci doświadczenia i galerię, którą udało mi się osiemnaście lat temu wynająć. Całe szczęście, że ojcu chciało się ją prowadzić, gdy ponownie ruszyłem w świat. Ale on też jest uparty i choć bywały lata, że musiał do tego dokładać, to przetrwał ten trudny okres. Obrazy to towar luksusowy i stan zamożności społeczeństwa ma ogromny wpływ na obroty wszystkich kazimierskich galerii. Niezależnie od koniunktury, obrazy zawsze cieszyły się większą popularnością niż rzeźby.
Osobiście zamiast pędzla wolałem dłuto, a wszystko to za sprawą jednego człowieka, którego poznałem jeszcze w dzieciństwie.
W niewielkiej, dwuizbowej chatce, która jeszcze w latach osiemdziesiątych znajdowała się na rubieżach Puław, zainstalował się pewien artysta. Ludwik Sandecki – genialny, lecz nigdy nieodkryty rzeźbiarz Nawet w Internecie nie można znaleźć o nim żadnej wzmianki (jest ktoś o tym samym imieniu i nazwisku i także rzeźbiarz, ale ze Szczecina).
Chcąc się czegoś o nim dowiedzieć, trzeba poszukać wśród prac dyplomowych studentów różnych uczelni plastycznych, lub przeczytać następny odcinek „Księgi wyjścia”. To właśnie u niego stawiałem pierwsze kroki i poznawałem tajniki rzeźby, on wszczepił mi sentyment do drewna. Będąc jeszcze w podstawówce biegałem tam, siadałem naprzeciwko i zabierałem się za pracę. Gdy widział, że jestem bliski odcięcia sobie palca lub ręki, interweniował, gdy pokazywałem mu „skończoną” rzeźbę, on brał ją do ręki i zawsze znalazł całą masę tego, co należy odrzucić. W kilku ruchach, z siermiężnego „dzieła” ucznia, potrafił zrobić prawdziwe dzieło mistrza. Od komercyjnego włóczęgi, po wysublimowane formy z wyeksponowanym słojem. Ludwik był artystą przez duże ART.
Wraz z rozwojem miasta, jego kurna chata znalazła się nagle w ścisłym centrum. Wyglądała trochę jak skansen wciśnięty pomiędzy luksusowe rezydencje. Przegrała jednak z rosnącą ceną gruntów i atrakcyjnością miejsca. Ludwik zmarł na raka kilka lat po tym jak z jego „oazy” zrobiono willę.
Co ten tekst ma wspólnego z zapowiadanym trzeźwieniem? Samo pisanie już spełnia te kryteria.

Księga Wyjścia (2)

Ballada w sam raz na początek nowej serii

Są rzeczy, do których nigdy nie przywiązywałem wielkiej wagi. Z pewnością należą do nich pieniądze. Chociaż to cecha występująca również sporadycznie w „zdrowym” społeczeństwie, to charakteryzuje ona głównie nałogowców. Typowe ćpuńskie „jakoś to będzie” jest w tym środowisku czymś zupełnie normalnym. Człowiek uzależniony jest w stanie ogarnąć jako tako świat do momentu, w którym przygrzeje lub osiągnie swoją fazę. Dopiero wtedy zaczyna planować, a raczej kombinować, co dalej, bo faza niebawem się skończy, trzeba więc wymyślić sposób zdobycia czegoś, co pozwoli dalej być w błogim świecie. No ale wiadomo „jakoś to będzie”.
Dla mocno zdesperowanego nałogowca brak pieniędzy nie jest problemem. Wystarczy wyskoczyć do najbliższej perfumerii, by zwędzić flaszkę markowych perfum, które z miejsca kupi pierwszy lepszy taksówkarz. Dalej niż do najbliższego strzału wyobraźnia przeciętnego narkomana nie wybiega. Są oczywiście wyjątki – to tacy, których uzależnienie już tak zmęczyło, że starają się za wszelką cenę uciec od niego myślami. Zwykle są to ucieczki w twórczość jakąkolwiek, może to być muzyka, rysunek, poezja, proza, ale również ogród czy kwiatki doniczkowe. Chociaż do końca uciec się nie da, ale próbować można. Z pewnością pomoże to podczas terapii i świadomego trzeźwienia.
Bywają dni, wprawdzie rzadko, ale jednak, gdy na rynku nie ma na towaru. W momencie krytycznym, czyli na głodzie, byłoby to tragedią, ale od czego są apteki? W razie posuchy na bajzlu, można kupić dragi u sympatycznej pani magister w najbliższej aptece. I to bez recepty. Wtedy ponownie przychodzi spokój i wraca stara dobra maksyma „jakoś to będzie”.
Ostatnio dużym powodzeniem cieszy się fentanyl – substancja sto razy silniejsza od morfiny (!). To na jej bazie produkuje się plastry przeciwbólowe dla chorych na raka. Ponieważ jednak jedno prawidłowe użycie przez chorego na nowotwór pacjenta, pochłania jedynie trzydzieści procent fentanylu, narkomani wzięli się na sposób i przegrzebują śmietniki w okolicach szpitali i hospicjów, by wygrzebać zużyte plastry i wyrzucone plastry. Te pozostałe siedemdziesiąt procent to prawdziwy skarb.
Zeskrobują fentanyl z noszonego przez kogoś plastra. Narkotyk ten jest cholernie silny, a wygrzebany ze śmietnika, to nie trzeba za niego płacić. Świadomość, że ktoś nosił to na przepoconym ciele nikomu nie przeszkadza. Jeśli narkoman chce przygrzać dożylnie i zabraknie mu wody do rozcieńczenia, bez wahania nabierze w strzykawkę wodę z kałuży, którą następnie wbija sobie w odnalezioną żyłę. Widziałem takie przypadki.
Nawet chwilowy brak kasy nie powoduje jakiejś głębszej refleksji, żeby zweryfikować myślenie „jakoś to będzie”. Zresztą, nie tyle o pieniądze tu chodzi, lecz towar. Cóż da największy nawet majątek, jeśli nie ma na rynku towaru, a apteki zamknięte. Pieniądze nałogowcowi potrzebne są jedynie na kupno tego co akurat zażywa, więc same w sobie wartości nie mają, są jedynie narzędziem do zdobycia narkotyku. Ale działa to również w drugą stronę. Człowiek uzależniony, nawet jeśli zostanie pozostawiony bez grosza, w zupełnie obcym mieście prędzej czy później – raczej prędzej – zorganizuje sobie towar lub alkohol. Tego fenomenu jeszcze nikt nie potrafił wytłumaczyć.
Wielokrotnie pytacie mnie ile dostaję za felieton w „DT”. Gdy odpowiadam prawdę, mam wrażenie, że nie wierzycie. Miałem nawet na detoksie sytuację, że Marta – bohaterka jednego z felietonów – zażądała ode mnie 300 złotych twierdząc, że dostałem za felieton o niej sześć stów.
Otóż nie dostaję za te artykuły ani grosza. Po pierwsze to ja zaproponowałem redakcji współprace, a po drugie żeby zarobić w „DT” jakieś pieniądze, trzeba zaangażować się w pracę redakcyjną – a ja tylko piszę felietony. Owszem, kilkanaście lat temu dostawałbym całkiem niezłą wierszówkę, ale czasy się zmieniły.
Będąc jeszcze w Anglii zadzwoniłem do red. nacz. Piotra Gadzinowskiego i zaproponowałem mu swoje felietony. Ucieszył się, ale uprzedził, że nie mają budżetu na wierszówki. Znamy się od lat, pracowaliśmy razem w tygodniku „NIE” – szczerze uprzedził mnie, że nie stać ich na wierszówki dla publicystów, zaproponowałem więc, że będę pisał nieodpłatnie. Pisanie to mój nałóg, mogę go więc uprawiać bez pieniędzy. Bez pieniędzy, ale w świetnym towarzystwie, wśród ludzi, których lubię i cenię – zarówno Piotrka Gadzinowskiego jak i Grześka Walińskiego, wiedziałem, że nie będą ingerować w moje teksty, dlatego ucieszyło mnie, że doszliśmy do porozumienia.
Obecnie coraz więcej gazet przestaje płacić autorom, wyjątkiem są prawicowe, wysokonakładowe i dotowane w różny sposób przez państwo periodyki i niektóre portale internetowe. Poza tym prasa papierowa biedą stoi. W porównaniu ze złotą dekadą lat dziewięćdziesiątych, gdzie pisaniem zarabialiśmy krocie, przyszedł czas posuchy, a żyła złota nagle się urwała.
Nie wiem czy jest to wina Internetu, czy tekstów, których czasem jakość jest niżej poziomu, zarówno warsztatowego jak i merytorycznego, a często – aż wstyd przyznać – ortograficznego. Jeśli przypadkiem wpadnie mi w ręce jakakolwiek gazeta, z przerażeniem czytam teksty, które – pomijając wartość merytoryczną – bo nie jestem w stanie zweryfikować, czy opisane zdarzenie miało miejsce – wszystkie informacje pisane są jednakowo, pewnego rodzaju kalką. Czasami różni je jedynie ilość błędów ortograficznych i nazwiska wymienionych lokalnych polityków, czym przypominają raporty policyjne, z których niejednokrotnie mieliśmy ubaw.
Współczesne dziennikarstwo prasowe opiera się na kombinacji kilkudziesięciu słów, które wystarczy dopasować do jakiegoś wydarzenia.
Pozostaje mieć nadzieję, że to zjawisko przejściowe. Nie wyobrażam sobie również dobrego reportażu czytanego na monitorze, podobnie jak nie mogłem przywyknąć do czytania książek na kindlu. Ale to przez sentyment do papierowych wydań.
Jestem pewien, że żaden portal internetowy nie jest w stanie zagrozić naprawdę dobremu reportażowi gazetowemu – bo w kwestii newsów nawet nie warto się ścigać – sieć zawsze wyprzedzi papier. Dlatego siłą prasy drukowanej są właśnie reportaże, felietony i wszystko co można nazwać publicystyką, czyli teksty ponadczasowe o wysokim poziomie literacko poznawczym.
Pozytywem tej nędzy finansowej jest to, że oczyści rynek z autorów, którzy przyszli do tego zawodu dla kasy – która jak już wspomniałem w latach dziewięćdziesiątych była całkiem spora – już pomału się wykruszają i zostają pasjonaci, ludzie, którzy bez pisania nie potrafią żyć. A czytelnik mając więc do wyboru marnej jakości tekst, którego źródłem są wpisy w socjal mediach, czy post napisany przez człowieka, który nie potrafi zweryfikować informacji, nie ma warsztatu, ani specjalnego pojęcia o pisaniu i ortografii z perfekcyjnie przygotowanym przez zawodowców tekstem prasowym – prędzej czy później ponownie sięgnie po papierowe wydania i ponownie, jak jeszcze kilkanaście lat temu, w pociągach czy autobusach zobaczymy ludzi wertujących z wypiekami na twarzy kolejne strony ich ulubionych gazet. Żeby prasa papierowa nie umarła śmiercią naturalną potrzebni są profesjonalni pasjonaci, którzy zamiast pytania: ile dostanę za ten artykuł? Zapytali: na kiedy mam przysłać tekst? Oczywiście, z czegoś trzeba żyć i to, że znalazłem jedną pozytywną cechę nie oznacza, że jestem zwolennikiem pisania za darmo.
Zwróćcie uwagę jak długo można pisać, o tym że nie biorę z „Trybuny” kasy. A mógłbym skwitować to jednym zdaniem, zamiast poświęcać temu większość miejsca na stronie. Wydało mi się to jednak o tyle ważne, że musiałem o tym napisać.
Ale do rzeczy, czyli wątku głównego, dorosłego niemowlęcia – czyli nałogowca, który wychodząc z detoksu opuścił bańkę ochronną zupełnie jak noworodek łono matki.
Gdy tylko jako tako uporałem się z urządzeniem na nowo mieszkania, wciąż jednak wydawało się obce. Przyszedł moment by zadać sobie pytanie – co dalej? Zanim dojdę do moich ustaleń z ordynatorem, opiszę kilka wspomnień, które miały wpływ na obrany teraz kierunek.
Moim priorytetem jest oczywiście wydanie kolejnej książki, poskładanie setek, jak nie tysięcy notatek. Od ostatniej terapii, poprzednim żmudnym wychodzeniu z dna, przez pracę w Anglii, pierwsze zapicie we Francji i powrót do kraju. Czyli mozolny proces trzeźwienia zakończony fiaskiem. Tym razem piszę, by już więcej wpadki się nie zdarzały.
Ustaliliśmy z lekarzem, że książka to zbyt duże przedsięwzięcie i żebym zaczął od drobnych kroków, małych sukcesów. O książce oczywiście nie zapominając, wiem z doświadczenia jakie to ogromne wyzwanie. Pomijając już stronę techniczną – czyli poskładanie i segregację wszelkich notatek, uzupełnienie ich i połączenie w logiczny ciąg, potem korekta, projekt okładki, zdobycie kasy na wydanie no i znalezienie wydawcy, kwestie formalne itp. A to naprawdę nie jest łatwe.
Skupiając się jedynie na książce byłoby to zajęcie pasjonujące, pochłaniające w całości, ale na zasadzie zrywów. Kilka dni pracy po dwadzieścia godzin i potem kilka dni gapienia się w sufit w oczekiwaniu na odpowiedź, propozycje czy projekty. Potem kolejny zryw, wybór okładki, korekty, umowa i znowu kilkutygodniowy zastój w oczekiwaniu na pierwszy egzemplarz.
Według ordynatora warunki idealne, bym wpadł w kolejny ciąg, zwłaszcza ten okres oczekiwania i niepewności. Z hardkorowej 20-godzinnej pracy, wyhamowanie do dwutygodniowego „nic”.
Musiałem wymyślić coś innego. Powrót do zawodu również odpada. Po pierwsze rynek pracy dla dziennikarzy skończył się kilka lat temu i co chwilę nawiedzają redakcje mniej lub bardziej znani, szukający zajęcia, dziennikarze i publicyści. Skończyły się już etaty w redakcjach, jedyne na co można liczyć to ryczałt i wierszówkę – czyli honorarium autorskie za napisany artykuł. Ale jedynie w niektórych redakcjach, a tak się składa, że z różnych przyczyn do tych drzwi nie zapukam. Zresztą z każdym rokiem te kwot są niższe. Poza tymi, które przejęły wszelkie ogłoszenia państwowe z „Wyborczej”, te redakcje mają kasę i to niezłą.
Jeśli podobnie jak ja, nie jestem w stanie pokonać odrazy do pisania we wspomnianych periodykach, część moich znajomych zdecydowała się pisać za darmo, nie tylko po to, by ich głos został usłyszany. Ale jeśli ktoś ma to we krwi i nie podchodzi do tego cynicznie, to bez pisania nie może już żyć.
Mógłbym oczywiście zaangażować się w pracę ściśle redakcyjną w „DT” – to pewnie wiązałoby się z jakimś wynagrodzeniem, ale utrudniłoby pisanie felietonów – a to jest dla mnie ważniejsze. Zarówno ja, jak i część czytelników zdążyliśmy się do nich przyzwyczaić. Okazuje się, że teksty te dostarczają nie tylko rozrywkę, ale pomagają, wspierają tych, którzy podobnie jak ja, starają się wyrwać z błędnego koła uzależnień.
Dostaję sporo wiadomości na moją prywatną skrzynkę Fb – dużo w nich ciepła i wdzięczności. Niektórym otwiera to oczy, że nie są sami z tym problemem. Nie mogę więc zrezygnować, ale też nie będę silił się na analizę nałogów i nie zamierzam skupić się jedynie na nich. Zamiast zastanawiać się jak żyć, zacznijmy żyć. Tak po prostu, żyć.
Długo zajęło mi znalezienie zajęcia, które spełniłoby terapeutyczne kryteria zalecone przez ordynatora.
Usiłowałem przypomnieć sobie co w swoim życiu robiłem. Przeleciało mi przez głowę wszystko, łącznie z domem kultury, w którym byłem instruktorem, przez budowę domów i układanie dachówki w Szwecji. Przypomniałem sobie, że już raz byłem w podobnej sytuacji. Po powrocie z wojny w byłej Jugosławii przestałem pisać. Wszystkie krajowe tematy, wszelkie rewelacje, wydawały mi się miałkie, banalne i niewarte pisania. Po tym co widziałem w Serbii i Kosowie, żaden temat nie był w stanie mnie porwać na tyle, by chociaż z grubsza o nim napisać. Zresztą nie potrafię pisać z „grubsza” i na odczepnego. Do pisania wróciłem dopiero po dziesięciu latach. Jeśli nie czuję tematu, zwyczajnie się za niego nie zabieram. Jestem reporterem i najlepiej czuję się w reportażu wcieleniowym. To styl „nowego dziennikarstwa” – promowanego przez Ryszarda Kapuścińskieego, by mieszać formy. Tak naprawdę, większość moich felietonów można zakwalifikować jako reportaże i w tej narracji chciałbym pozostać pisząc kolejny cykl. Tu nie tyle umysł co emocje i wrażenia są autorem tekstów. Oczywiście istnieje wtedy ryzyko popełnienia jakiegoś drobnego błędu – choćby w liczbie uczestników tej czy innej imprezy, ale właśnie nowoczesne dziennikarstwo polega na oddaniu ducha, charakteru opisywanego zdarzenia. Niekoniecznie najważniejsze jest, żeby pytać organizatorów o dokładną liczbę uczestników. Błędy te są jednak marginalne i nie mają wpływu na sens, klimat i atmosferę – czego nie odda suchy tekst. Dlatego według mnie są bardziej prawdziwe, bo zabierają czytelnika w opisywane miejsce. Nie tylko autor, ale czytelnik poznaje empirycznie atmosferę zdarzenia.
Chyba rozpisałem się o technice i kulisach pracy, która jest jak na razie poza moim zasięgiem. Oprócz „Dziennika Trybuna” z którym łączy mnie sentyment („Trybuna” była pierwszą redakcją, z którą zacząłem współpracować), a tak się złożyło, że obecny zespół składa się w większości z moich znajomych i przyjaciół.
No i wciąż nie napisałem czym wypełnię sobie czas, czym przekonałem ordynatora. Zrobię to już w kolejnym odcinku.

Księga Wyjścia (1)

Wraz z opuszczeniem szpitala zakończyłem cykl „Korespondencji z piekła”. Dziękuję za okazane mi wsparcie, komentarze utwierdzały mnie w tym, że to, co robię ma sens. I to podwójny Po pierwsze – ponownie rozpocząłem syzyfową drogę trzeźwienia, a po drugie – świadomość, że te felietony są czytane dodawała mi sił i determinacji. W dużej mierze dzięki temu udało mi się przetrwać na detoksie ponad dwa miesiące. To, że kończę ten cykl nie oznacza, że przestanę pisać. Piekło w przedniej serii felietonów wcale nie określało detoksu – a przynajmniej nie tylko. Prawdziwe piekło to uzależnienie, z niego nie da się wyjść, ale można wychodzić, chociaż to droga bez końca, ważne by nie zawrócić. Może w tym tkwi sekret trzeźwienia?
Zapraszam więc do kolejnego cyklu – „Księga wyjścia” – jeśli dotychczas Was nie zanudziłem, to może przejdziecie się ze mną? Razem będziemy wychodzić zaczynając tę drogę od zera, chociaż mam nadzieję, że uda się coś odbudować. Ale muszę przygotować się na to, że po raz setny zaczynam życie od nowa.
Pokonać kolejne wyzwanie, wyjść na prostą i poradzić sobie z pokusami odświeżonego abstynenta. Po raz enty przyjdzie mi stoczyć walkę, która za każdym razem jest trudniejsza. I którą zawsze przegrywałem, nawet, jeśli kilka lat udawało się wytrwać, to i tak przychodził moment, w którym nałóg zwyciężał.

Cały piątkowy poranek spędziłem na pakowaniu i załatwianiu wszelkich formalności związanych ze szpitalnym wypisem. Cały czas jednak towarzyszył mi lęk wyjścia. Na oddziale byłem pod ochroną. Teraz przyjdzie mi się zmierzyć ze zwykłym życiem i wszystkimi jego zagrożeniami. Oczywiście, większość czytelników wzruszy ramionami, bo przecież „zwykłe” życie to codzienność. W przypadku nałogowca wygląda to trochę inaczej. To jakbym dopiero się urodził i od razu wskoczył w problemy dnia codziennego, pomijając okres niemowlęcy, dziecięcy czy dojrzewania. Fakt, potrafię już chodzić i mówić, ale w wielu przypadkach terapia byłaby skuteczniejsza, gdybym i tego musiał nauczyć się na nowo.

Są dwie możliwości po wyjściu z detoksu – dojrzewanie w systemie eksternistycznym, lub syndrom spuszczonego ze smyczy psa, czyli powrót do świata, w którym nałogowiec czuje się najlepiej i który już zna, choć tak naprawdę ten świat nie istnieje. W drugim przypadku wszystko działa jak trzeba dopóki są pieniądze. Gdy zaczyna ich brakować, zaczynają się kłopoty. Najpierw delikatne skręty, – bo początkowo ktoś czymś poratuje. Potem jest gorzej i zazwyczaj kończy się na drobnych kradzieżach, by zdobyć pięćdziesiąt złotych na ćwiartkę heroiny. Największą popularnością cieszą się markowe perfumy, łatwo ukraść i jeszcze łatwiej sprzedać. Widziałem na detoksie jak niektórzy trenowali tricki i wymyślali nowe patenty kradzieży. Niektóre naprawdę sprytne.

Już nie pierwszy raz leżałem na tym detoksie. Wcześniej jednak z radością opuszczałem oddział, tym razem było odwrotnie. Mógłbym wprawdzie jeszcze ten pobyt przedłużyć, ale wiedziałem, że i tak prędzej czy później przyjdzie ten dzień, gdy będę musiał zderzyć się z rzeczywistością. W szpitalu niby też funkcjonuje podziemie, ale jest sporadyczne i słabo zorganizowane. Ze względu na częste kontrole, przerzuty są rzadkością, a jedyne co można kupić to Clonazepam czyli popularne „klony” i czasami – od wielkiego dzwonu i za horrendalną cenę – Metadon. Zresztą klony też osiągają tam bajońskie ceny. Jeśli już komuś uda się przemycić, to zwykle trzyma je dla siebie. Najwięcej chyba przemycił R. o którym pisałem w ostatnim odcinku „Korespondencji z piekła”. Znaleziono przy nim prawie sześćdziesiąt tabletek, ale ile zdążył wydać na Metadon dla małolaty – trudno oszacować Pewnie drugie tyle.

Pozałatwiałem wszelkie formalności, ordynator zaproponował mi, bym w razie potrzeby przyjeżdżał na suchy detoks, czyli jeśli zaczną się objawy, które już potrafię rozpoznawać, bym położył się na kilka dni. Trochę mnie to uspokoiło, ale i tak musiałem opuścić tę bańkę ochronną.

Pożegnałem się ze wszystkimi i w drogę. Musiałem jeszcze pojechać do centrum po Suboxon. Jest on wydawany w specjalnym punkcie dla tych, którzy zakwalifikowali się na program. Wydają tam również Metadon. Niedaleko punktu funkcjonuje największy bajzel – pierwsza pokusa. Można kupić tam wszystko, z heroiną włącznie, albo przede wszystkim.

To jednak jedyne miejsce w którym mogłem odebrać Suboxon. Załapałem się na program i nie zamierzam z niego rezygnować. W punkcie wydano mi dwutygodniową rację leku. W poczekalni spotkałem kilku znajomych, którzy odbierali Metadon.

Początkowo również chciałem wejść na program metadonowy, jednak lekarz przekonał mnie, że w moim przypadku Suboxon (utronorfina) będzie lepszy.

Nie każdemu ten lek odpowiada. Metadon, dopóki organizm nie przywyknie, daje fajnego kopa, można go bezkarnie mieszać z innymi narkotykami, a co najważniejsze, cieszy się ogromnym popytem na czarnym rynku. To doskonały narkotyk dla tych, którzy nigdy nie brali heroiny, dlatego handel tą substancją kwitnie, zwłaszcza w Warszawie.

Niektórzy celowo starają się załapać na program, nie by zastąpić fentanyl, heroinę, morfinę czy inne opiaty, ale by nim handlować. A zarobione pieniądze wydać na narkotyk właściwy, głównie na helupę (heroina).

Suboxon nie jest psychoaktywny, można po nim nawet legalnie prowadzić samochód. Niweluje skręta i nie toleruje innych narkotyków. Działa trochę jak wszywka dla alkoholika. Zażycie jakiegokolwiek narkotyku przy jednoczesnym stosowaniu Suboxonu od razu powoduje mega skręta. I to nie do zaleczenia. Głód narkotykowy w najgorszej jego postaci. Mimo, że sam jest zaliczany do opiatów, to jego zadaniem jest jedynie zapchanie receptorów pozostawiając umysł i ciało w pełnej trzeźwości.

Pomijając zyski z handlu Metadonem, nie każdemu odpowiada uczucie organicznej trzeźwości. Dlatego właśnie ta substancja, a nie Suboxon cieszy się większym powodzeniem.
Żeby jednak być sprawiedliwym, muszę dopisać, że niewielu uczestników programu zajmuje się handlem. Chyba, że w takim celu udało im się na program wkręcić. Większości uzależnionych dawki, które dostają wystarczają praktycznie na styk.

Gdy już odebrałem swoją porcję leku, poczłapałem na autobus, by dojechać wreszcie do domu. Do strachu przed rzeczywistością doszedł teraz lęk o to by nie zgubić, nie zapodziać gdzieś Suboxonu. Byłbym w czarnej dupie, drugi raz nie wydadzą. Są to środki ściśle reglamentowane, a przez ponad dwa miesiące pobytu w szpitalu zdążyłem już tak się nim nasączyć, że jego brak spowodowałby katastrofę – fizyczną, psychiczną z napadami padaczki włącznie. Prawdziwe piekło. Nie będę teraz opisywał skutków gwałtownego odstawienia, zostawię to na kolejny felieton.

Gdy dotarłem wreszcie do pod drzwi, lekko drżącą ręką usiłowałem trafić w zamek. W końcu się udało. Mieszkanie przywitało mnie przerażającą pustką. Meble, ściany, książki, telewizor – niby znajome, a jakże obce. Zlew pełen brudnych naczyń, których „zapomniałem” pozmywać, gdy popełniałem samobójstwo i zabierali mnie do szpitala. Po takim czasie nadają się już jedynie do wyrzucenia. Specjalnie się tym nie zmartwiłem, usiłowałem odnaleźć się w nowym – starym miejscu.

Mieszkam tu od siedmiu lat, a mieszkanie wydało mi się obce. Raz jeszcze ogarnąłem wzrokiem wnętrze. Jeszcze te zdjęcia na ścianach zbyt wiele przypominają, a te wspomnienia bolą. Powinienem jak najszybciej je zdjąć, ale to przerasta moje siły. I nie chodzi o siłę fizyczną. Wiem, że nie mogą już tam wisieć, ale zdjąć nie potrafię.

Dobrą godzinę spędziłem w fotelu, gapiąc się na obce mi moje mieszkanie. W końcu zacząłem rozpakowywać szpitalne manele i zacząłem się na nowo urządzać. Na nowo i na full trzeźwo. Jako tako uporządkowałem to, co dało się uporządkować Część naczyń postanowiłem odzyskać zalewając Domestosem. I wtedy dopadł mnie pomysł, by dodać sobie energii kodeiną.

Myśl ta eskalowała w systemie geometrycznym i jak robak drenowała mózg w każdą stronę. Wystarczyłoby jedynie wyskoczyć do apteki, a potem zadzwonić do znajomego, który sprzedaje klony. Czułem się w nieswoim świecie i koniecznie chciałem wejść w miejsca mi znane – czyli w narkotyczną fazę.

To było tak cholernie silne i tak w zasięgu ręki, tak łatwe do zdobycia. Impuls z mózgu już zainfekował ciało i ono też zaczęło domagać się narkotyku. Rozsadzały mnie emocje, uczucia, których chciałem się pozbyć, a narkotyk świetnie by sobie z tym poradził.

Pewnie – nawet nie pewnie ale na pewno – wyszedłbym do tej apteki zaprzepaszczając cały pobyt na detoksie, ale na moje szczęście przed wyjściem ze szpitala zażyłem swoją porcję Suboxonu. Po raz pierwszy odetchnąłem z ulgą, gdy przypomniałem sobie o tym że jestem na Butronorfinie, wszelka ochota zniknęła równie szybko jak się pojawiła. Już nie musiałem prowadzić walki sam ze sobą, walki z góry przegranej. Cały trud walki i codziennych zmagań zrzuciłem na farmakologię. Byłem wdzięczny lekarzowi, że namówił mnie na Suboxon, bo przy Metadonie mógłbym bezkarnie ćpać co tylko bym chciał.

Ponieważ umówiłem się z ordynatorem, że wypuści mnie z oddziału dopiero gdy przedstawię mu rozkład dnia i plan na najbliższą przyszłość, oczywiście wywiązałem się z umowy. A Wam drodzy czytelnicy zdradzę te plany w kolejnym odcinku „Księgi wyjścia”.

Korespondencja z Piekła (11)

Wchłonie ją ulica

Wszystko wskazuje na to, że to już ostatni felieton z tego cyklu. Co będzie dalej? Zobaczymy, mam pewne plany, ale o tym napiszę już osobny tekst, a być może powstanie kolejna ich seria.

Umówiłem się z ordynatorem, że zostanę tu jeszcze do piątku. Czyli w dniu, gdy gazeta ukaże się w kioskach – będę zbierał swoje manatki szykując się do wyjścia. To świetna okazja podsumowania pobytu i opisania pewnych zjawisk rozciągniętych w czasie, zamiast jak dotychczas, opisu jednorazowych incydentów.

Miałem kilka dni spokoju, bo zostałem w sali sam. Wprawdzie jedynie na trzy doby, ale dzięki temu odpocząłem. Dzisiaj były jednak kolejne przyjęcia i właśnie jestem w trakcie poznawania nowych współlokatorów, którzy dołączyli do mojej sali i będą mi towarzyszyć już chyba do samego wyjścia. Ale do rzeczy.

Poznałem tutaj pewnego mężczyznę – nazwijmy go R. Gdy przyszedłem, leżał już na oddziale. Traf chciał, że zamieszkaliśmy w jednej sali. Spędziliśmy razem jakieś dwa tygodnie. Sala była trzyosobowa, mieliśmy więc okazję lepiej się poznać.

R. na samym początku budził sympatię. Wydawał się nieszkodliwym, a wręcz sympatycznym biznesmenem fantastą. Twierdził, że ma ogromną firmę, robi dachy, a na detoks przyjeżdża jedynie żeby odpocząć. Na takie wczasy, bo od niczego uzależniony nie jest. Powoływał się przy tym na jakieś koneksje w tym szpitalu. Tak czy inaczej twierdził, że lubi tu przyjeżdżać, że gdy jego rodzina wyjeżdża gdzieś zagranicę, to on w tym czasie wyskakuje sobie na detoks. Jest tu więc stałym bywalcem. Mimo, że też wielokrotnie bywałem pacjentem tego oddziału, nie trafiliśmy dotychczas na siebie. Najwyraźniej musieliśmy się mijać. Istotne, że był koleżeński i można było z nim porozmawiać. Nawet jeśli czasami zakrawało to o fantazję.

R. zawsze zanim przyjedzie na oddział, specjalnie się przygotowuje. Zaopatruje się w sporą ilość Clonazepamu, który przemyca w różnych otworach ciała. Sam ich nigdy nie bierze, to jedynie waluta. Przy zagranicznych wczasach również należy zaopatrzyć się w walutę kraju, do którego jedziemy. W krainie detoksu najlepszą walutą jest Clonazepam, czyli popularne „klony”.

Za kilka tabletek można tu kupić od innych pacjentów markowe ciuchy, perfumy, ale przede wszystkim tabletki te, były dla R. doskonałą formą zapłaty za sex. I faktycznie, co chwilę kleiła się do niego jakaś głodna „klonów” dziewczyna Kilka razy ktoś z pacjentów nakrył go z którąś w łazience. Był jednak na tyle ostrożny, że nie przyłapał go nigdy nikt z personelu.

Całe opakowanie – trzydzieści sztuk – kosztuje niecałe cztery złote (około dziesięciu złotych bez refundacji). To chyba najtańsza z możliwych forma prostytucji.

Nie sądzę, by jednorazowo dawał więcej jak cztery czy pięć tabletek. Wszystko byłoby OK, dziewczyny, które chodziły z nim do tej łazienki były dorosłe i poza szpitalem również w ten sposób zarobkowały. Po historii z „robieniem loda” za pasztet drobiowy, którą opisałem w poprzednim odcinku myślałem już, że pod tym względem nic mnie już nie zdziwi.

Zastanawiałem się jedynie, czy R. nie boi się zarazić, bo HIV i HCV są tu bardziej popularne niż grypa, ale uznałem, że to nie moja sprawa i nie wnikałem za bardzo w jego liczne romanse. Chyba, że któraś z dziewczyn zaczynała zbyt często nachodzić nas w pokoju, stawało się to wtedy irytujące. R. jednak starał się nie doprowadzać do takiej sytuacji, choćby ze względu na personel. Nie chciał za bardzo zwracać na siebie uwagi. Gdy jednak już się jakaś wpakowała, to szybko zabierał ją i wychodzili, albo gdy miał już dość, to zwyczajnie wypraszał. Czasami dziwił mnie jedynie totalny brak gustu, bo facet nie wybrzydzał, ale każdemu podoba się co innego.

Opowieści o firmie, pracownikach i majątku kwitowałem uśmiechem, a że był sympatycznym czterdziestoparolatkiem, lubiłem z nim rozmawiać.

Po dwóch tygodniach wspólnego pobytu dostał wypis i pojechał do domu. Wymieniliśmy się numerami telefonów i z zapewnieniem, że utrzymamy kontakt pożegnaliśmy się. Sądziłem, że się już nie spotkamy, uśmiałem się jedynie, gdy jedna z dziewczyn, której obiecał paczkę i jakiś przelew, chodziła codziennie sprawdzać czy przyszło. Po kilku kolejnych tygodniach zadzwoniła do niego, a on powiedział, że niestety nie może się wywiązać, bo go okradli. Cały oddział pękał ze śmiechu zarówno z naiwności dziewczyny, jak i z bogactwa, o którym opowiadał.

Dziwiliśmy się tej naiwności,. Dziewczyna miała już ponad trzydziestkę, z czego ładnych kilka lat spędzonych w kryminale i bardzo wiele pobytów na różnych detoksach. Nie była więc pierwszą naiwną, ale niezłą cwaniarą i kombinatorką. Zaskakujące, jak łatwo omamić cwaniaka, gdy tylko obieca się coś, w co ten tak bardzo chce uwierzyć.

Zapominałem pomału o R. i całej tej znajomości, gdy pewnego dnia ponownie pojawił się na oddziale. Ucieszyłem się nawet, bo naprawdę dało się go lubić. Z powodu rotacji i ciągłych zmian już nie mogliśmy leżeć w jednej sali, ale oczywiście przywitaliśmy się i zdziwiony zacząłem wypytywać co spowodowało tak szybki powrót na oddział. Powiedział, że poznał jakąś dziewczynę i umówił się z nią tu, na detoksie. Wspomniał nawet, że specjalnie naćpał się Mefedronem i Tramalem, by mieć pewność, że zostanie przyjęty. Dziwnie bowiem by wyglądało, że niespełna miesiąc po opuszczeniu oddziału przyjeżdża ponownie, chociaż wyniki w testach ma ujemne. A bardzo zależało mu na tej dziewczynie, która jak twierdził miała niebawem przyjechać.

Dwa dni później przyjechała dziewiętnastolatka z twarzą czternasto-piętnastoletniego dziecka. Przywiózł ją dziadek. R. zapewnił staruszka, że zajmie się dziewczęciem i żeby ten niczym się nie martwił.

Zaraz na wstępie dziewczyna ogłosiła, że chce wejść na program metadonowy. Wszystkie wyniki miała jednak ujemne, nie brała żadnych opiatów i nie wiadomo od czego tak naprawdę była uzależniona. Kiedy zobaczyłem to dziecko i wiedząc, że to właśnie co do niej R. ma te swoje niecne plany, poczułem do niego odrazę.

Dziewczyna, jak wspomniałem, przyjechała z ujemnymi wynikami, ale bardzo była napalona na Metadon. Doszło nawet do głośnej wymiany zdań między nią, a ordynatorem, który daleki był od dawania jej narkotyku, podczas gdy wyniki jednoznacznie wskazywały, że opiatów nie brała, nie ma więc z czego jej tym Metadonem leczyć. A samo podawanie, byłoby w tym momencie jedynie podawaniem narkotyku, którego odstawienie jest trudniejsze niż odstawienie heroiny.

R. nie miał takich skrupułów, ale nie miał też Metadonu. Robił wszystko, by go zdobyć. Płacił klonami jeśli komuś udało się wynieść kilka mililitrów, aż uzbierał ilość, która dziewczynę zadowalała. Tak było każdego dnia. Każdego dnia skupował resztki Metadonu z kubków innych pacjentów, a dziewczyna z dnia na dzień stawała się mniej przytomna, zasypiała z twarzą w talerzu podczas kolacji. W końcu personel zorientował się, że chodzi naćpana. Ponieważ nie dostawała leków, które mogłyby takie objawy wywołać, nie trudno było dojść do wniosku, że zaczęła tu na oddziale coś ćpać. I zaczęły się kipisze.

R. dotychczas był poza podejrzeniem i pewnie dalej by tak zostało, gdyby nie przypadek. Do sali w której leżał weszła pielęgniarka w momencie gdy rozdzielał – świeżo wyjęty z ciała Clonazepam. Co to jest? zapytała. R. pewien swoich koneksji i tego, że jest po imieniu z każdą pielęgniarką, odpowiedział: „No jak to co? klony”. Zrobił to w taki sposób, że niby wie, że przeskrobał, ale wiadomo że nic mu za to nie grozi. Po chwili jednak pojawił się terapeuta, który powiedział: „Pakuj się”. R. nie mógł uwierzyć, że ktoś wyrzuca go z oddziału. Terapeuta dwukrotnie musiał powtórzyć, by dotarło do R., że właśnie został karnie wyrzucony. Nie pomogły koneksje, na które tak często się powoływał. Po przeliczeniu, okazało się, że tych klonów miał blisko sześćdziesiąt.

Dziewczyna została na oddziale bez swojego sponsora i zaczęła szukać kolejnych. Stała się łatwym łupem, choć część pacjentów i personel pilnowali, by nikt niczego jej nie wyniósł.

Do ordynatora natomiast przyszło pismo, w którym R. opisując zdarzenie, zwala winę na „niechęć terapeuty do młodych dziewcząt” i chcąc jakoś się usprawiedliwić, wejść w łaski, powymieniał od kogo kupował Metadon. Oskarżył ludzi, którzy nie mieli z tym nic wspólnego, czym przyznał się do podawania dziewczynie narkotyku.

W którymś z pierwszych odcinków opisałem historię jak jeden kolega uzależnił od heroiny drugiego, by mieć sponsora na ćpanie. To kolejna tego typu historia, w której ktoś uzależnia kogoś, by zaspokoić swoje partykularne interesy i prymitywne żądze.

To jest ta druga, ciemna strona detoksu, często niewidzialna nawet dla innych pacjentów. Jeśli nie ma spektakularnej wpadki, to czasami dopiero po jakimś czasie zaczynają krążyć plotki.

R. dotychczas świetnie się z tym ukrywał. I gdyby nie wpadka, to całe kulisy z chęcią uzależnienia dziecka pozostałyby jego tajemnicą. Nawet pacjenci, którzy niechcący weszli do łazienki, gdy ten uprawiał sex z którąś z dziewczyn, nie mieli pojęcia o premedytacji R. Ot, przyłapali parę w sytuacji niezręcznej – pomyśleli, wzruszyli ramionami i tyle. Jedna z dziewczyn, która nakryła R. z małolatą w toalecie publicznie powiedziała mu co o nim myśli. Ale również nie miała pojęcia o tym, że on to wszystko wcześniej ukartował. Ludzie niezdolni do perfidii, nie podejrzewają o perfidię innych.

Każdy robi tu jakieś swoje drobne dile, to normalne. Najczęściej jest to jedynie handel wymienny słodyczy czy papierosów. Nawet nie wiem, czy łamie to w jakiś sposób regulamin oddziału. Pod tym wszystkim istnieje jeszcze jakiś podziemny, perfidny świat, niedostępny dla niewtajemniczonych pacjentów.

Z ostatniej chwili, tuż przed wysłaniem do redakcji tego tekstu wydarzyło się coś, o czym muszę napisać. Dziewczyna wyleciała z oddziału. Została przyłapana w sytuacji jednoznacznej z jednym z pacjentów. To był już szósty, lub siódmy, który miał ja tutaj w łóżku. Kilka razy była wyganiana przez personel z łóżek innych pacjentów. Nawet jeśli była niekompletnie ubrana, to nigdy nie złapano ich w trakcie. Zdziwiła mnie jedynie jej determinacja. Tym razem był to stary, zniszczony chlaniem i ćpaniem, bezzębny narkoman. Ona wyszła z oddziału pierwsza, on jakieś pół godziny za nią. Czekała na niego na zewnątrz. Gdy już opuścił detoks oboje poszli na autobus do Warszawy.

Jej los wydaje się przesądzony – ładna, zgrabna, cholernie napalona na ćpanie i bez żadnych zahamowań – dziwiętnastolatka z buzią piętnastolatki. Gdy tylko dotrą do stolicy, zapewne wchłonie ją ulica. To, co ma do zaoferowania poruszy stołecznym narkobiznesem. Z czasem popyt zacznie spadać, ale teraz podbije wszystkie bajzle, a dilerzy zaczną się o nią licytować.

A wszystko to przez jednego faceta – R., którego nazwać skurwysynem to chyba za mało.

Korespondencja z Piekła (9)

Poemat o warzywie

To skrajne, ale coraz częstsze objawy zażywania bardzo popularnego, łatwego do zdobycie i przyrządzenia narkotyku robionego na bazie kilku, całkiem niegroźnych składników. Czyni on większe spustoszenie w organizmie niż heroina, a zmiany, jakie wywołuje są już nieodwracalne. Człowiek bardzo szybko staje się warzywem. Tym razem nie są to dopalacze, a wycofać ze sprzedaży potrzebnych do wyprodukowania składników, ze względu na ich użyteczność – nie można.

Kiedyś obiegła świat szokująca informacja o rosyjskim „krokodylu”. Narkotyk ten powodował martwicę. Nazwali to „krokodylem”, bo zmiany skórne przypominały powłokę podobną do skóry tego gada. Niejednokrotnie kończyło się to amputacją kończyn. Czy to możliwe, że za jakiś czas obiegnie świat informacja o narkotyku pt: polskie „warzywo”?

Osiem lat temu widziałem na tym oddziale starych narkomanów w różnym stanie, na ogół kiepskim. Ale nikt nie był sparaliżowanym warzywem. Owszem, Ledwo chodzili, gadali do siebie, sprawiali wrażenie ludzi nie z tego świata, ale ogólnie funkcjonowali samodzielnie. Najstarsi mieli po pięćdziesiąt, szcześćdziesiąt lat.

Już wtedy nieśmiało mówiło się o możliwości zrobienia fajnego narkotyku z kilku niegroźnych produktów. Tak fajnego, że można się w nim zakochać. Zaczynał stawać się bardzo popularny. Obracając się w kręgu ludzi uzależnionych, wiem jak chętnie po niego sięgano. Niezbędne składniki można kupić bez recepty w aptece i w sklepie spożywczym. Przygotowanie nie wymaga ani specjalnego sprzętu, ani nie pochłania zbyt wiele czasu. Ot, dziesięć minut i gotowe. Łatwość dostępu i efekt jaki dawał pochłaniał coraz więcej ofiar.

Do jego wyprodukowania potrzebny jest niegroźny środek do odkażania ran, a gotowy narkotyk przyjmowany dożylnie prowadzi do ciężkiego uszkodzenia mózgu. Zatrucie manganem i parkinsonizm. Obie nieuleczalne. Pierwsze objawy występują po kilku, kilkunastu miesiącach, a czasami nawet latach.

Gdy cztery lata temu los ponownie rzucił mnie na ten oddział, było już dwoje pacjentów, a raczej ofiar tej substancji. Oboje mieli nie więcej jak dwadzieścia lat. Dziewczyna praktycznie nie wychodziła z pokoju, ale chłopak palił. Sygnalizował gestem, by ktoś mu tego papierosa z kieszeni wyciągnął, włożył w usta i przypalił. Spalał całego, nie wyciągając z ust…

Teraz jestem tu od trzeciego grudnia Od tamtej pory przewinęła się czwórka takich pacjentów. Dwoje pierwszych ledwo pamiętam, ale z kolejną dwójką starałem się już nawiązać jakiś kontakt. O dziewczynie wiem niewiele, chociaż nieraz siedzieliśmy razem przy jednym stoliku i niejednokrotnie jej pomagałem w prostych czynnościach. Wiem, że ma dwójkę dzieci, z wyglądu przypomina gospodynię domową. Chłopak dostał ksywkę Ślizgacz, bo jeśli zapomni balkonika, to przemieszcza się przyklejony obiema rękami do ściany i przesuwa nogę za nogą, a gdy dotrze do palarni osuwa się na krzesło, czasami w nie trafia, a czasami podnosimy go z podłogi. Jest jeszcze psychicznie w miarę sprawny, udało mi się więc zamienić kilka słów. Zaczął brać to dożylnie jakieś pięć lat temu, pół roku temu dopadł go paraliż, nie był już w stanie sam przygotować tego specyfiku, a tym bardziej wstrzyknąć. Poprosił, więc kolegę. Zapytałem go czy po detoksie nadal będzie to brał, potwierdził, że tak. Gdy skończyły się żyły na rękach i nogach, to ów kolega podawał mu zastrzyk w pachwinę. To najniebezpieczniejsze miejsce w jakie narkoman może sobie przygrzać. Usłyszałem kiedyś od starego narkomana takie zdanie „jak już nie masz żył na rękach i nogach, to zamiast w pachwinę, przypierdol sobie w czoło”. Wielu narkomanów będąc świadomi i nie zważając na niebezpieczeństwo podaje sobie zastrzyk w pachwinę. Grozi to zakrzepicą, amputacją nogi, uszkodzeniem nerwów, tętnicy biodrowej i setką dodatkowych zagrożeń.

Czerwony alarm dla Ministerstwa Zdrowia już od dawna się świeci. Powtórzę raz jeszcze: heroina jest mniej szkodliwa, niż mieszanka powszechnie dostępnych, pozornie niegroźnych składników.

Pacjenci, którzy trafiają na detoks nie są jeszcze w najgorszym stanie. Tacy, z którymi nie ma już żadnego kontaktu, leżą na innych oddziałach i nie mam pojęcia jaka jest tego skala, nikt bowiem nie zadał sobie trudu, by tę zależność zbadać. A w kraju mnożenia instytucji poprzez ich rozdzielanie, każda oddzielona komórka spycha na inną, bo po co im dodatkowy obowiązek. Tak więc specjaliści od narkomanii twierdzą, że tym powinni zając się fachowcy od lekomanów i na odwrót.

Urzędy przerzucają się pismami, a w tym czasie producenci, którym zyski szybko rosną zacierają z radości ręce. Krwawe ręce.

To makabryczne żniwo będzie nadal rosło. Zatrucie manganem może wyjść po latach. Wcale nie jest czarnym scenariuszem, że trzeźwy narkoman zapadnie na parkinsonzm mimo, że od lat jest czysty, a o krótkim epizodzie z tym specyfikiem dawno zapomniał. To nie tylko bardzo prawdopodobne, ale z pewnością takie przypadki będą. Obym się mylił i oby nigdy do tego nie doszło, chociaż jestem pewien że ofiar będzie przybywać, dopóki nie będzie kilku spektakularnych i głośnych ofiar śmiertelnych i znowu jakiś premier (ktokolwiek nim wtedy będzie) wyjdzie i powie, że zaczyna walkę z tym narkotykiem, czy tez specyfikiem – bo nikt tak naprawdę nie wie co to jest. A można to było zrobić wcześniej. W ramach jednej z tysiąca akcji społecznych, czy poprzez edukację w szkole.

Ze względu na społeczne zapotrzebowanie i brak zamienników, nie można wycofać z produkcji składników do wyprodukowania tego specyfiku. Problem należy rozwiązać inaczej. Na razie nikt się nie kwapi, no i brak pomysłu.

Rozpisałem się trochę o tym problemie, zapominając o prozie życia oddziału. „Przyszło do mnie pismo z policji z w twojej sprawie, chcą cię przesłuchać w sprawie twojej próby samobójczej” – powiedział do mnie ordynator. „Muszę więc wiedzieć, czy mam odpisać, że będziesz na oddziale i zaczekasz, czy zamierzasz jednak wcześniej się wypisać, wtedy przesłuchają cię na komendzie” – dodał. „Tym razem nie ja określam termin wyjścia, tylko pan, a ja pokornie, bez żadnych nacisków czekam, aż pan mi powie, że jestem gotów” – odpowiedziałem. „To napiszę, żeby przyjechali tutaj” – powiedział i poszedł dalej na obchód.

Pomyślałem, że nawet lepiej jeśli mnie tutaj przesłuchają, przynajmniej nie zamkną mnie w psychiatryku, bo już tu jestem, mam też nadzieję, że ordynator nie pozwoli przenieść mnie na inny oddział.

Na detoks wrócił Daniel, to właśnie on kilka tygodni wcześniej został wyrzucony za pobicie małolata. Ordynator zdecydował się przyjąć go ponownie, ponieważ jak się okazało sytuacja nie była czarno biała. Z jednej strony agresja, ale spowodowana kradzieżą. Po prostu ten małolat został po raz kolejny przyłapany na tym, że po raz kolejny bez pytania sięgnął po cudza rzecz. Nie usprawiedliwia to jednak pobicia, ale rzuca inne światło na całą tę sytuację.

Trzy tygodnie poza oddziałem i leczenie od początku okazało się wystarczająca karą. Tak się złożyło, że zakwaterowano nas razem, nie byłem tym zachwycony, bo o ile z Danielem się kolegowałem, to trudno było mi znieść uwielbiany przez niego Hip-Hop słuchany najgłośniej jak się da. Oczywiście na wstępie ustaliliśmy moje – święte – godziny pracy i czas jego muzyki połączonej z ćwiczeniami. Przerabiał w tym czasie salę na siłownię, włączał muzykę na maksa, a ja wychodziłem. Problem rozwiązał się po kilku dniach. W sali obok zwolniło się miejsce i natychmiast się tam przeniosłem. Zdążyłem zanim doszło do jakiejś kłótni i rozstaliśmy się w zgodzie.

Na oddziale jest tak duża rotacja, że niewielu jest pacjentów, z którymi jestem tu od początku. Był czas, że dosyć długo nie było przyjęć i wypisów, wtedy zdążyliśmy do siebie przywyknąć, a każde wyjście powodowało jakiś brak, stratę. Nawet gdy wymieniłem się z kimś numerami telefonów, to relacje poza detoksem są już zupełnie inne. Teraz nie mam już tego problemu, na oddziale są praktycznie sami nowi pacjenci i nie dziwi mnie nowa twarz na korytarzu.

Ale tak było zawsze, żyjemy razem, więc się mocno ze sobą zżywamy. Te detoksowe przyjaźnie są bardzo silne, tylko krótkotrwałe.

Do przeczytania za tydzień.

Korespondencja z Piekła (8)

Poemat bardzo osobisty

Jest to tekst o moich własnych emocjach i uczuciach, lękach, przemyśleniach i rozterkach. Jeśli więc ktoś zamierza komentować „weź się w garść”, „ściśnij dupę”, albo „nie użalaj się nad sobą” – niech tego nie czyta.

„Coś dziwnego masz w oczach, coś czego nie potrafię na razie zdefiniować” – powiedział ordynator podczas porannego obchodu. Zazwyczaj skupia się bardziej na tym, co wyczyta w oczach pacjenta, niż na tym co ów pacjent mówi. Człowiek, wszystko ma w oczach, a narkoman szczególnie. Dla specjalisty oko nałogowca jest jak otwarta książka napisana ogromnym drukiem. Kilkadziesiąt lat praktyki lekarza wystarczy, by jednym spojrzeniem dowiedzieć się czy ktoś coś brał, jaki ma nastrój i jakie emocje nim targają.

„To jakaś złość, wściekłość” – powiedział po kilkunastu minutach, gdy ponownie do mnie zajrzał. „Wcześniej miałeś lęk, potem nastał okres spokoju i sądziłem, że w poniedziałek już będę mógł cie wypisać, ale ten wzrok mnie zaniepokoił i zatrzymam cię jeszcze na oddziale” – dodał odchodząc. Dziwne wydawało mi się, że czuje się w miarę dobrze, może jedynie lekki smutek po wczorajszym telefonie, nic poza tym. Nie czułem złości, przynajmniej tak mi się zdawało.

Już szykowałem się na poniedziałkowy wypis, trochę szkoda, ale trudno. Obiecałem sobie stosować się do zaleceń i w pełni poddać metodom doktora Kaciuby. Wcześniej skracałem swój pobyt, zawsze coś było ważniejsze, teraz postanowiłem sumiennie czekać aż lekarz powie, jesteś gotowy, możesz iść. Takie podejście ogranicza wszelkie prognozy, bo naprawdę nie wiem czy wyjdę za tydzień, czy za trzy miesiące.

Wszyscy cierpimy, lecz nie tak samo. Jedni to w milczeniu znoszą, ale odreagowują na otoczeniu, jeśli piastują jakieś kierownicze stanowiska, to negatywne emocje – cierpienie – w jakiś sposób przełoży się na nich. Nawet nieświadomie.

Inni niby nie wspominają o problemach czy dolegliwościach, ale miną, gestem, sugestią starają się poinformować wszystkich jak to im źle, ale stawiają temu czoła. Największą grupą są ci, którzy przesadzają, oni tez najbardziej szkodzą, używają nieadekwatnie mocnych określeń na niewielkie emocjonalne turbulencje, czyli robią „z igły widły”, i robią to tak często, że zmęczone otoczenie przestaje reagować, a nawet zaczyna szydzić.

Najgorzej, gdy inni próbując umniejszyć czyjeś cierpienie mówią: a inni to mają gorzej. Nie jesteś jeszcze w tak złej sytuacji, ludzie to dopiero maja problemy itp.

Każdy ma iny próg cierpienia i inne czynniki to cierpienie wywołują. Ktoś będzie rozpaczał kilka miesięcy po tym jak zdechnie mu pies, a kto inny nawet nie uroni łzy, gdy umrze mu matka. Cierpienie to pewnego rodzaju ból fantomowy – czy możemy pocieszyć człowieka bez nogi tym, że są ludzie, którzy nie maja obu nóg, że on odczuwa tylko jeden ból fantomowy, a inni dwa. Tylko, być może ból tej jednej będzie stokroć gorszy, niż tego, któremu amputowano obie.

Jest też grupa, która szczerze opowiada o swoich uczuciach czy emocjach. Z nimi jest najtrudniej, bo automatycznie wrzucamy ich do zbioru z przesadzaczami, ignorując tym samym ich zwierzenia, Dopiero gdy coś się stanie przypominamy sobie, że ten czy ów faktycznie wysyłał sygnały. Nawet zorientujemy się, że ewidentne.

Gdy poeta napisze piękny wiersz o nieszczęśliwej miłości, wyda tomik, zdobędzie poklask, a jego utwór będzie odczytywany na różnego rodzaju akademiach. Jeśli autor tekstów piosenek napisze o codziennym trudzie, prozie życia i związanym z tym cierpieniu, piosenka zapadnie w ucho, to większość przypisze sobie wyśpiewane emocje.
Jeśli natomiast prozaik czy publicysta napisze felieton, w którym wyrazi swoje emocje, od razu naraża się na krytykę i hejt – typu „nie użalaj się nad sobą”. Prozaik o swoich „demonach” może pisać bezpiecznie jedynie w książkach, a i tu musi wsadzić je w zmyślone postacie.

Ordynator miał rację, na początku był lęk, bałem się powrotu do czterech ścian. Mieszkam sam, a to nie sprzyja walce z demonami nałogu. Chodziłem więc po oddziale walcząc z lękiem. Przecież przez wiele lat mieszkałem sam i utrzymywałem trzeźwość – tak sobie tłumaczyłem – ale zawsze koniec końców, ląduję na tym oddziale i mam już tego zwyczajnie dość. Z drugiej strony, zaczynać życie od nowa, w wieku 47 lat? Trochę brak siły, motywacji, może też ambicje już nie te. Zygmunt Kałużyński powiedział, że pisze się po to, by było napisane Znając niektóre wypowiedzi Z. Kałużyńskiego, z pewnością był to żart, a ja poważnie chciałbym pisać po to, by zostało to przeczytane i zrozumiane.

Na oddziale był wtedy duży ruch, sporo osób się wypisywało, niektórzy wmyślali jakieś niestworzone historie, a inni wprost mówili, że wyciąga ich stąd ćpanie. Tak zrobił pewien Białorusin, który wyszedł na własna prośbę w przeddzień oficjalnego wypisu. Zapytał tylko, gdzie są najbliższe apteki, żeby kupić Thiocodin. Zasmuciło mnie to bardzo, ponieważ był świetnym kumplem i naprawdę można było bardzo fajnie z nim pogadać. Zostawił mi książkę „Beksiński – Dmochowski, listy”, odeślę mu ją gdy wyjdę, lub odbierze sobie w redakcji „Dziennika Trybuna”, bo akurat w tamtych okolicach mieszka.

Teraz czuję się trochę jak pan Flory, usiłujący ukryć szpetną bliznę czy znamię. Ci, którzy czytali „Birmańskie dni” Orwella wiedzą, co mam na myśli. Blizna czasami zanika, a czasami staje się wyraźna, powiększona i wyostrzona. Pomimo wszystkich zabiegów i tak wszyscy o tej bliźnie wiedzą, ale udają że nie widzą. Ja też noszę taką bliznę jak pan Flory – moja blizną jest nałóg, nauczyłem się jednak jej nie ukrywać, ponieważ się nie da, a dzięki temu urywam „gadanie za plecami” i wszelkie plotki. Podobnie jak u Orwellowskiego bohatera, to znamię jest zmienne. Występuje w różnym natężeniu, najczęściej szpetnym i odrażającym, by potem przez chwilę stać się prawie niewidoczną szramą, o której można zapomnieć. Ale zawsze jest, z tym już się pogodziłem, odwrotnie niż pan Flory. Ale zarówno jemu jak i mnie ta blizna spieprzyła życie.

Gdy zaczął już działać Suboxon, lęk ten stopniowo malał. Ale malał proporcjonalnie z podnoszoną dawką. Kiedy byłem jeszcze na ośmiu miligramach, to wciąż bałem się, że po powrocie dni mojej trzeźwości będą policzone, teraz na 12 mg. Już ten lęk minął. Tak właśnie zadziałał na mnie Suboxon, który jest dziwnym lekiem. Z jednej strony jest to lek narkotyczny, z drugiej – nie otumania i można po nim prowadzić samochód i obsługiwać maszyny. Lek ten posiada także Nioxon – blokera, który skutecznie zniechęca do sięgnięcia po cokolwiek, nawet przed samym pomysłem. Nasłuchałem się o cierpieniach jakie przechodzili tu niektórzy, gdy wpadło im do głowy, żeby mimo wszystko coś przyjąć.

W obecnej dawce wypełnia już chyba wszystkie receptory, które domagały się stymulacji, na ośmiu miligramów miałem jeszcze ochotę na to czy tamto. Zaletą Suboxonu jest też to, że on uzależnia, więc żeby zacząć ćpać, trzeba najpierw przetrwać skręta, czyli zespół odstawienny – a to już jest naprawdę niewyobrażalne cierpienie.

Po kilku dniach od podniesienia dawki powoli lęk mijał, aż zniknął zupełnie. Owszem, wciąż nie wiem, co będę robił gdy wrócę do domu. Może już osiądę w jednym miejscu i pomogę ojcu, ale z drugiej strony, świat wzywa i przydałoby się znowu zacząć zarabiać jakieś pieniądze. Na razie jednak ten problem został przez ordynatora odsunięty w czasie. Z wypisu na razie nici, więc nadal będę pisał felietony o ludziach z tego oddziału. Tylko ten poświęciłem sobie, ale nawet gdybym tu miał siedzieć cały rok, to w każdy piątek ukazywałby się felieton o zupełnie innym człowieku, a każdy byłby pasjonujący.

Leży ze mną stary narkoman, rocznik 1957, który prowadził bardzo bujne i burzliwe życie. W latach osiemdziesiątych wysadził między innymi pomnik Lenina Mimo że politycznie jesteśmy na dwóch różnych biegunach, to postać bardzo ciekawa, jest chłopak, który wielokrotnie zdobył mistrzostwo Polski w jednym ze sportów walki, zresztą sukcesy osiągał nie tylko w Polsce. Poza tym jest spora rotacja, ciągle dochodzą nowi pacjenci, tematów więc nie zabraknie, a każdy będzie inny, jak ludzkie historie. Jedynie ten felieton poświęciłem sobie, bo miałem taka potrzebę. I nie po to jak twierdzi Kałużyński by było napisane, ale żeby zostało przeczytane i zrozumiane. Do przeczytania za tydzień.

Korespondencja z Piekła (7)

Poemat o detoksie

Nigdy nie wiadomo, na kogo popadnie. Ta choroba nie wybiera. Nie liczy się ani pochodzenie, ani status społeczny. Podczas ostatniej terapii był ze mną w grupie czynny zawodowo lekarz psychiatra, który uzależnił się od tabletek, które sam sobie wypisywał. Był również wysokiej rangi policjant. Na innej był znany artysta estradowy, a obecnie jest ze mną na detoksie chłopak, który trzykrotnie osiągną mistrzostwo Polski w jednym ze sportów walki – nie wymieniam, jaki to sport, bo ułatwiłoby to identyfikację człowieka. Nałóg może dopaść każdego. Jeśli tak już się stanie, prędzej czy później ofiara tej choroby trafi na oddział detoksykacji. Niektórzy oczywiście wybierają prywatne i płatne ośrodki, gdzie w komfortowych warunkach, metodą głaskania po głowie starają się zadowolić pacjenta. Właśnie zadowolić, nie leczyć. Dlatego większość, przynajmniej ci, którzy mają tego świadomość wybierają renomowane państwowe placówki.

Dzisiaj kilka rad dla tych, którzy po raz pierwszy wybierają się na detoks. Oczywiście, jak w każdej społeczności, panuje tu pewien niepisany kodeks. Dzięki niemu jako tako udaje się pensjonariuszom przetrwać. Przez lata pacjenci sami go wypracowali, chociaż mimo to bywają też zgrzyty.

To, co poza szpitalem przechodzi bezkarnie, tutaj bywa zbrodnią przeciwko niepisanemu kodeksowi oddziału.

Jest kilka zasad, które przestrzegamy wszyscy i każdy nowo przybyły powinien się do nich zastosować, czyli wbić sobie do głowy. Jeśli się to zrobi, to grupa przyjmie go i będzie mógł liczyć na pomoc, pożyczenie kilku papierosów, słodycze, kawę itp. Niektórym jest łatwiej, bo zostali tak wychowani, innym trudniej, bo tego wychowania zabrakło.

Wiadomo, że każdy detoks ma swoje normy, ale znam jedynie te lubelskie z Abramowic. Sądzę, że akurat te są uniwersalne w każdej takiej placówce.

Najgorzej jednak mają nieświadomi osiemnasto–dwudziestokilkulatkowie. Przyjeżdżają zazwyczaj z matką, która ścieli im łóżka, a oni w tym czasie wyklinają ją zerkając jednocześnie ukradkiem czy inni pacjenci to słyszą? Czy słyszą, jakimi są „twardzielami”? Wydaje im się, że w ten sposób zdobędą szacunek. Jest odwrotnie. Zazwyczaj wygląda to tak: „Kurwa! Jak rozkładasz to pierdolone prześcieradło, nie widzisz kurwo, że źle”. To jedynie fragment potoku przekleństw płynących wartko w stronę biednej kobiety. Gdy zapłakana matka wyjdzie już z oddziału, wchodzą dumni na palarnię spodziewając się aplauzu Są pewni, że zdobyli szacunek. Znowu pomyłka, bo jest wręcz przeciwnie. Starzy narkomani zazwyczaj szanują swoich rodziców, na pewnym etapie dotarło do nich, jaką krzywdę im wyrządzili. Bywają tu także dzieci przemocowców, ale nie epatują swoją niechęcią do rodziców. Dlatego będąc świadkiem takich scen wszyscy gotujemy się z wściekłości. Taki małolat raczej nie znajdzie kumpla, a każdy w miarę możliwości uczyni mu jakąś delikatną przykrość. Ot, nie poczęstuje czekoladą, zjadając przy nim całą tabliczkę, czy też odmówi papierosa lub kawy.

W zależności od składu, który akurat przebywa, czasami dostają szansę na poprawę, bo wiadomo, że to maska, która ma z nich zrobić „twardzieli”. Ostatnio wyglądało to tak. Kiedy taki wulgarny małolat wszedł do palarni, zaprosiliśmy go do stolika. Był z nami Marek, kuty na cztery łapy facet, który miał odsiedziane siedem lat w kryminale. Poprosiliśmy, więc małolata, by z nami usiadł, prowadziliśmy zwykłą rozmowę, a do niego zwracaliśmy się uprzejmie. W pewnym momencie Marek zaczął swoją opowieść, fikcyjną oczywiście, ale ekspresja, z jaką mówił nadała temu wiarygodności. Opowieść brzmiała mniej więcej tak: „Pamiętam, jak kiedyś matka przywiozła na detoks jakiegoś małolata. Widać, że zero szacunku dla matki Pościeliła mu łóżko, on coś klął, że źle to robi, ale jej nie wyzywał. Gdyby jeszcze to doszło, skończyłoby się znacznie gorzej”. Barwnie opowiedział, jak ów gówniarz przez cały pobyt miał przechlapane. Naszemu młodzieńcowi papieros zaczął drżeć w dłoni. Poszedł do sali, przykrył się kocem i więcej do palarni nie wychodził. Jedynie ukradkiem do łazienki. Przerażony był bardzo, postanowiliśmy, więc lekko go odstresować,.

Dostał już nauczkę i wystarczy. Teraz trzeba zrobić coś, by przestał żyć w strachu, bo to nie pomaga leczeniu.

Następnego dnia był spacer, to dobry moment by z nim pogadać. Zrezygnował jednak z przechadzki, a gdy przyszedłem namówić go, leżał skulony pod kocem, zaproponowałem mu wspólne wyjście. Skulił się jeszcze bardziej i powiedział: „Co, bić mnie będą?”. Na nic zdało się tłumaczenie, że nic mu ni grozi. Następnego dnia z tą samą propozycją poszedł Marek, zanim jednak zaczął coś mówić wyciągnął do niego rękę, małolat cofnął się instynktownie i wkulił w kąt łóżka, po chwili jednak wynurzył się spod koca i podał rękę. Tym razem dał się namówić na spacer. Podczas przechadzki kilku starszych pacjentów, wytłumaczyło mu, kim jest matka, jak wiele jej zawdzięcza, że należy ją szanować, że gdy już umrze będzie żałował każdego złego słowa wypowiedzianego w jej kierunku. Rozmowa była spokojna, a chłopak chyba wziął sobie ją do serca, przestał się bać, okazał się fajnym kolegą, a gdy przyjeżdżała matka, już nikt nie usłyszał skierowanego ku niej wulgaryzmu. Nie wierzę w jakąś magiczną metamorfozę, nie sądzę, że w domu coś się zmieni, ale przynajmniej tutaj – być może ze strachu – zupełnie zmienił do niej podejście. Co będzie dalej, po jego wyjściu, tego już raczej się nie dowiem. Chociaż po cichu mam nadzieję, że ten wstrząs przyniesie jakiś skutek – mam nadzieję, ale specjalnie w to nie wierzę.

To pierwsza reguła, dotycząca w zasadzie tylko małolatów. Druga to uczciwe przyznanie się do tego, co skłoniło do przyjazdu na ten oddział, czyli krótko mówiąc, co kto brał, od czego jest uzależniony itp.

Tutaj kłamstwo wychodzi momentalnie, pacjenci w szybko się zorientują, gdy ktoś ściemnia. Jeśli ktoś twierdzi, że jest uzależniony od heroiny, bo sądzi, że będzie wyżej w tej narkomańskiej hierarchii, a tak naprawdę uzależniony jest od mefedronu czy leków, to zamiast podnieść swój prestiż stanie się niewiarygodny, a nawet jeszcze trochę się z niego pośmieją. Wiarygodność na detoksie ma wymierną wartość Będąc wiarygodnym można liczyć na życzliwość i pożyczkę, gdy czegoś zabraknie. Oczywiście pożyczki trzeba tutaj sumiennie oddawać. Naprawdę warto być szczerym i nie ma tu żadnej gradacji na uzależnionych od heroiny, morfiny, amfetaminy, mefedronu czy leków. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku i narkotyki nie wartościują tutaj pacjentów. W ogóle nie warto kłamać. Narkomani są w tym mistrzami i ściema szybko zostanie wyłapana, a łatka kłamcy będzie towarzyszyła pacjentowi do końca, pobytu. Dlatego osoby o cechach narcystycznych, megalomani i mitomani mogą mieć kłopoty, jeśli nie będą umiały przyhamować tych cech. Inaczej, wyłapane kłamstwo będzie publicznie przypominane do końca jego pobytu. Sytuacja mało komfortowa.

Trzecią bardzo ważną cechą jest asertywność. Mając nawet nadmiar czegoś, nie należy się z tym afiszować i rozdawać na lewo i prawo. Każdy poczęstunek powinien być opatrzony odpowiednio nieprzychylnym komentarzem. Po jakimś czasie zorientujemy się komu warto pomóc, a komu nie. Kto przychodzi codziennie po kawę czy cukier, a kto zrewanżuje się przy najbliższych zakupach. Dlatego na początku należy postawić stanowcze granice. Jeśli narkoman wyczuje wahanie, to nie odpuści i będzie tak namolnie prosić, że doprowadzi do szału i najczęściej osiągnie swój cel i wyłudzi co tylko chce. Odmowa powinna być stanowcza, bez wdawania się w dyskusje. Bywają tacy, którzy przychodzą po krem do twarzy: ”Tylko troszkę, bo się skóra łuszczy”. Po chwili cały oddział będzie stał w kolejce po ten krem, a nowy pacjent patrzy przerażony jak znika zawartość pudełka. O papierosach nawet nie wspomnę – tu postawiłem jasną granicę: nie częstuję, ale mogę pożyczyć do najbliższych zakupów. Nie zdarzyło się by ktoś nie oddał.

Kolejną niewybaczalną rzeczą jest kradzież. To najgorsze tutaj wykroczenie. Nawet, jeśli są w grupie osoby, które same kradną, to pierwsze ukamienują przyłapanego złodzieja. Niedopuszczalna jest kradzież cukierka, bibułki do papierosów. Przyłapany złodziej jest natychmiast werbalnie linczowany i zwykle karnie wyrzucany z oddziału. Opisałem niedawno historię dziewczyny przyłapanej na kradzieży papierosów, tylko niesamowitym fartem udało jej się zostać na oddziale. Duży wpływ na to miało zdarzenie z poprzedniego dnia, gdy wyleciał chłopak za pobicie innego pacjenta. Uznano, że jednak ciężar gatunkowy jest znacznie mniejszy i postanowiono poczekać na decyzję ordynatora. Gdyby nie ten incydent, z pewnością by wyleciała.

Na detoksie nawet złodziej nie toleruje drugiego złodzieja, a przyłapanej osobie dorzucają jeszcze te słodycze, które sami zawinęli i zazwyczaj oni najgłośniej krzyczą, by wyrzucić takiego złodzieja.

Najprościej jednak nie kraść, a stosując się do wcześniejszych wskazówek, nawet gdy czegoś brakuje, znajdzie się ktoś, kto chętnie pożyczy. Trzeba jedynie znać umiar. Tutaj bardzo wyraźnie wychodzi wychowanie. Młodzińscy między 18, a 25 rokiem życia przywykli do tego, że mogą sobie brać co tylko chcę – bo tak ich nauczono w domu. Leży jabłko, a ma akurat ochotę, to weźmie jabłko. Jeśli potrzebuje bibułkę do papierosa, czy nawet papierosa, to bez żadnych skrupułów sięgnie do szafki sąsiada. Z tego właśnie powodu oberwał w zęby dzieciak, o którym kiedyś wspominałem. Pomimo kilku upomnień, wciąż zachowywał się, tak jak go wychowano, czyli co potrzebował, to bez pytania brał. Inny pacjent się wkurzył i dał mu w zęby, za co z oddziału wyleciał. Agresja jest tu karana w jeden sposób – usunięciem z oddziału.

To tylko kilka podstawowych zasad funkcjonowania na tym oddziale. W sumie są to cechy bardzo ludzkie, jednak narkotyki rozhamowują i ukazują człowieka takim, jaki jest. Bardzo pasuje tu trawestacja fragmentu „Martwych Dusz” Gogola: „Jeden u nas porządny człowiek, narkoman, ale ten też świnia”.

Stosując się do powyższych zasad, można spokojnie skupić się już tylko na leczeniu.

Korespondencja z Piekła (5)

Poemat o miłości

 

Mógłby doktor dać na święta trzydziestkę Metadonu więcej – powiedział do mnie jeden z pacjentów, o wyglądzie wielkoluda, pod którym, aż skrzypnęło krzesło w momencie, gdy siadał. Początkowo myślałem, że to żart, ale jego mimika i intonacja temu przeczyły. Cholera, on to mówi serio – dotarło do mnie po chwili. Matka zawsze kupuje jakąś lepszą wódkę z tej okazji, jakiegoś Pana Tadeusza, albo droższą i pozwala pić ile chcę, a ja chciałbym tu tylko trzydzieści mililitrów więcej Metadonu – mówi zasępiony.

Przecież to lekarstwo, a leków raczej nie rozdaje się w prezencie, a na pewno nie na tym oddziale. Na bajzlu jedynie, jeśli diler ma taką fantazje, to może kopsnąć ci centa helupy (heroina) więcej. Poza tym i tak dostajesz 160 ml dziennie, chodzisz półprzytomny, zasypiasz na krześle i normalnie jesteś naćpany. Nawet przy twoich dwóch metrach i 150 kg to olbrzymia ilość. Wcale się nie zdziwię, jeśli lekarz będzie pomału zmniejszał dawkę. Z sadystyczną dokładnością wytłumaczyłem mu całkiem możliwa przyszłość. – Nie, nie zmniejszy, przecież jestem na programie – odpowiedział. – Tak, ale właśnie po to raz w roku metadonowi kładą się na oddział, żeby lekarz mógł ocenić działanie poprzednio zapisanej dawki. Jeśli uzna, że chodzisz naćpany, to ci zmniejszy. To lek, a nie napój rekreacyjny – nie odpuszczałem, chociaż jego zasępiona mina lekko mnie przyhamowała i postanowiłem delikatnie zmienić temat. – Wyobraź sobie tych, którzy Metadonu nie piją? To, co, powinni domagać się trzech Clonazepamów więcej? Albo ja, biorę jedynie jeden Suboxon ósemkę i to rano? Fajnie byłoby dostać też wieczorem. Prawda? – zapytałem. – Niby tak – odpowiedział. – Ale co mu szkodzi ta trzydziestka – dodał olbrzym, powoli podnosząc się z krzesła. Widać było wyraźnie, że wciąż nie może się pogodzić ze swoją dawką. Lepiej bym się poczuł – dodał wychodząc, dziwnie długo akcentując pierwszą sylabę słowa „poczuł” – tak jakby chciał wziąć mnie na litość, chociaż nie mam żadnej mocy sprawczej, by tę dawkę mu zwiększyć. – Wydaje mi się, że ciągłym chodzeniem do doktora i domaganiem się tej trzydziestki tylko pogorszysz swoją sytuację, bo gdy podejdziesz do niego naćpany, to może ją zmniejszyć. – To nie naćpanie, dają mi też Haloperidol – powiedział znowu dziwnie akcentując pierwszą sylabę ostatniego słowa. – Co? – nie mogłem uwierzyć. Haloperidol, to lek, który daje się agresywnym pacjentom, lek, który paraliżuje ciało, pozostawiając mózg w pełnej świadomości. A przecież olbrzym normalnie funkcjonuje. To nie że być Haloperidol – upierałem się przy swoim. Widziałem pacjentów, którzy padali na posadzkę po jednym zastrzyku. – Stosuje się go wobec osób agresywnych – wciąż nie mogłem uwierzyć. – No właśnie – (teraz akcent padł na „łaś), dlatego jestem taki spokojny. Pójdę już, powiedział, ale po tej trzydziestce poczułbym się lepiej.

– Tu akurat masz rację, z pewnością poczułbyś się jak w niebie – zdążyłem jeszcze powiedzieć nim wyszedł z sali.

Mnie to już nie dotyczy, przechodzę na program i będę brał jedynie Suboxon, czyli Butronorfinę. Poza tym nie dostaje żadnych innych leków. Prawdopodobnie będę na to skazany już na całe życie. Prawdopodobnie, bo jak będzie? Czas pokaże. Mam już jednak dość wiecznego szarpania się z nałogami, ciągłych powrotów na jakieś odtrucia czy detoksy, kolejnych terapii, po których jakiś czas utrzymuję trzeźwość, by znienacka rozwalić wszystko. Dosłownie i w przenośni.

Detoks dla narkomanów to specyficzny oddział, często mylony z leczeniem uzależnień czy nawet terapią. Pacjenci zresztą sami chętnie utwierdzają bliskich w tym przekonaniu. Rodzina zwykle im wierzy, a odwirowany pacjent z lekko podreperowanym zdrowiem i wypisem w ręku zasuwa do najbliższego dilera.

Jeżeli jest to osiemnasto-, dziewiętnastoletni dzieciak – to rodzice natychmiast wysyłają cały stos donosów do dyrekcji szpitala, w których domagają się wyciągnięcia konsekwencji wobec ordynatora. Bo przecież miał wyleczyć ich dziecko z narkotyków. Nikt im tego nigdy nie obiecywał, ale takie jest właśnie powszechne myślenie. Nawet nie zadali sobie trudu, by zapytać na czym ten detoks polega. Ale powaga kompleksu szpitalnych budynków tworzy w głowach pewną imaginację z pogranicza magii i medycyny, przed którą nie sposób nie poczuć respektu.

Drodzy rodzice, opiekunowie oraz nieświadomi pacjenci. Detoks nie jest terapią, to jedynie pierwszy krok. Detoks leczy tak zwany zespół abstynencyjny, czyli zwykły, narkomański głód lub heroinowego skręta, czasami też alkoholowego kaca, chociaż dla alkoholików jest osobny oddział, to mimo wszystko czasami tu trafiają. Nic więcej. Ale leczy to, z czym uzależniony sam nigdy sobie nie poradzi. Owszem słyszałem różne historie o kozakach, którzy samodzielnie się wyzerowali. Jednak po przekroczeniu tej cienkiej, niewidzialnej linii samemu dokonać tego się nie da. Jest to niemożliwe. Sam też wielokrotnie próbowałem. A to zmniejszałem dawki, chcąc dojść do zera, a to radykalnie z dnia na dzień odstawiałem. Rezultat jest taki, że co kilka lat ląduje w tym szpitalu, gdzie jakimś cudem przywracają mnie do życia. Nałogowiec nie ma silnej woli, w tej chorobie coś takiego nie istnieje. Im wcześniej to zrozumiemy, tym lepiej. Na ten oddział zgłaszają się ludzie uzależnieni od wszystkich substancji. Od alkoholu po heroinę. Niektórzy z tzw. uzależnieniem krzyżowym bądź mieszanym – czyli od kilku środków jednocześnie. Zgłaszają się w różnym stanie i nie będzie przesadą, jeśli napisze, że doktor Andrzej Kaciuba ratuje życie porównywalnej liczbie niedoszłych umrzyków, co przeciętny OIOM w dużym mieście. Potwierdzi to zresztą prawie każdy narkoman, który tutaj przebywał. Dopiero po detoksie, czyli oczyszczeniu, odwirowaniu – można myśleć o jakiejś terapii.

Wybór w Polsce jest skromny i najczęściej odsyłają do różnych anonimowych klubów, które według stereotypu, jako jedyne zajmują się leczeniem. Niektórzy przypomną sobie, że istnieje coś takiego jak MONAR, ale są też specjalne przychodnie NFZ, oddziały przyszpitalne z wysoko wykwalifikowanym personelem, które pod kontrolą lekarza zajmują się leczeniem. Dochodzę pomału do wniosku, że każdego można wyleczyć, musi jedynie trafić w odpowiednie dla siebie miejsce. Kilka lat temu, pewna terapeutka z MONARU uznała, że jestem opętany i załatwi mi egzorcyzmy – to nie jest żart, są też tacy terapeuci. Dlatego proponuję przejść tę koszmarną drogę poprzez państwowe placówki. Chociaż to syzyfowa praca, ale wystarczy wmówić Syzyfowi, że celem jego życia jest samo toczenie kamienia, a nie wtoczenie na górę i życie nabiera sensu. Jak zwykle wymądrzam się, a sam nie mam już siły pchać tego kamienia. Nie mam jednak wyjścia. I zrobić coś muszę.

 

Iza

Nie da się nie zwrócić na nią uwagi. Wyjątkowo piękna i zgrabna dwudziestodziewięciolatka. Jest stałą pacjentką tego oddziału. Zapytałem ją, co tutaj robi. Przecież musi być świadoma swojej urody. Wykorzystując ten atrybut mogłaby brać najlepsze narkotyki na pokładzie luksusowego jachtu gdzieś w okolicach Lazurowego Wybrzeża. Kieruje mną miłość – odpowiedziała – po prostu kocham Marcina. Ich związek już dawno mnie fascynował, znam Marcina od dziecka, ma 45 lat. Widywałem, więc ich również poza szpitalem. Marcin także jest uzależniony, też bierze Metadon, ale nałóg trwale odcisnął swoje piętno na jego wyglądzie. Iza, szesnaście lat młodsza, od dziesięciu lat uzależniona jest od heroiny, cztery lata na programie metadonowym, a mimo wszystko narkotyki nie narobiły specjalnych szkód w jej wyglądzie. Kilka dni temu Marcin zadzwonił na detoks i powiedział, że zginęła mu jedna buteleczka Metadonu – to dzienna porcja. Iza bez wahania zadzwoniła do punktu, w którym jest on wydawany, że chce mu oddać swoją porcję, której nie weźmie w szpitalu. Oczywiście z przyczyn moralno-formalno-prawnych było to niemożliwe. Stawała jednak na głowie, by w jakiś sposób stąd – z oddziału – zdobyć mu ten Metadon.

Jego brak, to dla heroinisty katorga, niewyobrażalne cierpienie – tym bardziej, że Iza bierze go od czterech lat.

Ten związek zaintrygował nie tylko mnie. Pewna studentka postanowiła napisać o nich pracę magisterską. Gdy ją obroniła zaprosiła oboje na wystawny obiad.

Marcin odwiedzał Izę na detoksie. W dniu, gdy się go spodziewała, wyczekiwała w oknie. A gdy już się pojawił, nawet w wypełnionej świetlicy, wydawali się być sami.

Zapytałem kiedyś Izę, czy jest szczęśliwa, bo ma taką aurę jakby była? – Czy można być szczęśliwym mając HIV i HCV? – zapytałem. Nie zarazili się od siebie, ot zwyczajnie używali w większej grupie jednej strzykawki.

– Można – odpowiedziała pewnie i spod stanika wyjęła zdjęcie Marcina – zawsze je ze sobą noszę powiedziała. – Jeśli Marcin umrze wcześniej niż ja, to ogolę głowę i pojadę do aśramu dla wdów. Jestem szczęśliwa, bo mam miłość – dodała.

O Marcinie mówi mąż, chociaż w myśl polskiego prawa małżeństwem nie są, wzięli ślub hinduistyczny, a swój związek oddali Krisznie.

Iza, podobnie jak Gacek opuściła już oddział. Oboje z Marcinem wyrazili zgodę na publikację ich prawdziwych imion. Mam jednak wątpliwości, czy je zmienić czy też nie. W pięćdziesięciotysięcznym mieście nietrudno domyślić się, o kim jest ta opowieść. Z drugiej strony, chciałbym utrwalić to uczucie w jego oryginalnej formie, a jakakolwiek ingerencja naruszy tę magiczną przestrzeń. Są szczęśliwi, a wielu ludzi tego szczęścia im zazdrości. Publikując prawdziwe imiona, naraziłbym ich na taką właśnie zawiść. Cóż, mam dylemat? A Ty drogi czytelniku – nie masz pewności czy imiona są prawdziwe czy też nie.

Korespondencja z Piekła (4)

Poemat o Gacku

 

„C o słychać bracie?” – zagadnął do mnie ksiądz, którego obwód w pasie zbliżony był do obwodu warszawskiego ronda de Gaulle’a. „Nie jesteśmy braćmi” – odpowiedziałem mało uprzejmie, na tyle mało, że rondo zamarło na chwilę w bezruchu. „Ależ forma brat/siostra przyjęta jest także wśród osób świeckich” – odpowiedział. „Tak, ale jedynie wśród osób bliskich, choć najczęściej w kontaktach z bazarowymi naciągaczami, bo to zazwyczaj taki naciągacz, poklepując klienta mówi – będziesz bracie zadowolony z zakupu. To skraca dystans i tworzy pozory zażyłości, numer stary jak świat i jego pierwszy bazar, a jednak wciąż działa” – skonstatowałem. „Proszę mnie również nie określać osobą świecką – dodałem – bo to słowo pochodzi z waszej, kościelnej nomenklatury, z którą nic mnie nie łączy. Ani braterstwo, ani siostrzeństwo, ani świeckość, ateizm czy agnostycyzm. Nie jestem antykrasnoludkiem, jedynie dlatego, że krasnoludków nie ma. Nie chodzę po ulicach mówiąc, że nie wierzę w krasnoludki, bo wiem, że podobnie jak boga – jakkolwiek pojmowanego, że tak użyję neofickiej formy – również nie ma”. Na tym skończyła się moja rozmowa z lokalnym kapelanem szpitala neuropsychiatrycznego w Lublinie, na którego przypadkiem wpadłem idąc na palarnię. „Możemy mówić sobie po imieniu, używać grzecznościowej formy pan/pani, ale najlepiej jak w ogóle nie będziemy zwracać na siebie uwagi” – odpowiedziałem i zgodnie z zasadami ruchu drogowego, skręciłem w lewo, by na przedostatnim zjeździe odbić w prawo na świetlicę, gdzie znajduje się palarnia.
Powoli tracę przywileje, które z racji uprawianego zawodu, były niezbędne by pisać ten cykl. Zaraz wrócę, na korytarzu jakaś poważna awantura. Zobaczę co się dzieje. Już jestem. Minęły prawie dwie godziny, spieszę więc zrelacjonować wydarzenia tych kilkudziesięciu minut.
Przyłapano dziewczynę na kradzieży papierosów. Niby nic wielkiego, ale okradła inną dziewczynę, częściowo sparaliżowaną, z objawami parkinsonizmu po sudafecie. Zrobiła się ogromna awantura, dowody były tak oczywiste, że przyłapana nie miała możliwości by się wykręcić i musiała się przyznać.
Przez prawie dwie godziny trwała dyskusja, co z tym pasztetem zrobić. Z jednej strony powinna wylecieć jak agresor, który pobił poprzedniego dnia pobił chłopaka, z drugiej jednak waga przestępstwa jest znacznie mniejsza. Przypomniano przy okazji wszystkie wyimaginowane i prawdziwe kradzieże. Dziewczyna odegrała kilka tanich scen, że jeśli jej nie chcemy, to natychmiast opuści oddział i teatralnie wychodziła ze świetlicy informując, że idzie się pakować, by po chwili wrócić i błagać o kolejną szansę. Oczywiście, jak to na takich zebraniach bywa, każdy ma masę różnych rzeczy do powiedzenia. Niekoniecznie na temat, ale grunt to zabrać głos. Im krzykliwiej tym lepiej, a jeśli nie dotyczy to żadnej sprawy, to już idealnie. Stanęło w końcu na tym, że złapana złodziejka prześpi się na korytarzu, a decyzję w jej sprawie podejmie jutro sam ordynator. Faktycznie, żal byłoby wyrzucać na mróz i zaśnieżoną ulicę 33 letnią dziewczynę. To prawda ze złamała jeden z głównych punktów regulaminu, ale ciężar gatunkowy kradzieży i pobicia jest nieporównywalny. Włączyłem się w końcu do dyskusji, mówiąc, ze jeśli pozwolimy jej zostać, nic w tym czasie nie zginie, ponieważ sama nic nie ruszy, a jednocześnie będzie pilnować, by nikomu ni nie zginęło, ponieważ wtedy odpowiedzialność spada na nią. To również ciekawa postać, do której zapewne kiedyś wrócę.
Przez jakiś czas sądziłem, że wszystkie dotychczasowe awantury o pączka, bułkę, ciastka, paluszki czy bibułkę do papierosów miały jedynie odwrócić uwagę od kradzieży właściwych. Wystarczy pobiec do terapeuty z dobrze udawana wściekłością, powiedzieć, że ktoś ukradł czekoladę, a chwilę wcześniej buchnąć markowy zegarek i podać wspólnikowi przez okno. Oddział mieści się na parterze, więc nawet kraty przez które można podać flaszkę, nie stanowią problemu. Jednak – poza wspomnianymi pierdołami nikt nie zgłaszał kradzieży – więc teoria się sypnęła.
Życie jednak płata figle. Po zakończeniu serii felietonów „Z dna” publikowanych na portalach strajk.eu, lewica.pl, wolnemedia.com i dziesiątek innych, które nie zawracały sobie głowy kurtuazyjnym pytaniem o zgodę na wykorzystanie treści moich felietonów (ale niech tam, niech idzie w świat myśl nowa blaski promiennemi), po wydaniu książki o tym samym tytule i dziesiątkach (jak nie setkach) publikacji, spotkań autorskich i pogadanek w różnego rodzaju stowarzyszeniach i organizacjach, obiecałem sobie, że ponieważ temat wyczerpałem, to więcej o uzależnieniach pisać nie będę. Trudno jednak przebywać na detoksie, w oku cyklonu narkomanii i ten temat pominąć. Spróbuje jednak jakoś się z tym uporać pisząc jak najmniej o narkotykach i alkoholu, a bardziej skupię się na ludziach, ich relacjach i lokalnych zjawiskach.
Głównym bohaterem tego felietonu będzie Gacek. Jest to postać na tyle ciekawa, że wcale się nie zdziwię, gdy niebawem powstaną o nim poważne prace naukowe – od magisterskich, po dysertacje doktorskie. Ale po kolei.

 

Gacek

Jeżeli istnieje coś takiego jak narkocelbryta, to w Lublinie jest nim z pewnością Gacek – rocznik 77. Poznałem go wiele lat temu, gdy pierwszy raz leżałem na tym detoksie, potem spotykałem go tam niemal za każdym razem. Widywaliśmy się również w miejscach, gdzie się handluje towarem, albo pod punktem metadonowym. Niewątpliwie wyróżnia się wyglądem starego punka, z irokezem. Obcina się tak od 15 roku życia i nigdy fryzury nie zmienił. Od tamtego czasu zaczął też ćpać. Zaczęło się jednak od problemów z alkoholem. Wyprowadził się wtedy od rodziców i mimo że był nieletni, zamieszkał w Tomaszowie Lubelskim. Tam zajął się dochodową produkcja kompotu – czyli polskiej heroiny. Wiodło mu się dobrze, ale męczyła go stałość, wrócił do Lublina i znalazł skłot. Wyremontował budynek i w nim zamieszkał. „Dobrzy” ludzie postanowili mu go jednak spalić. Znowu był w punkcie wyjścia, zamieszkał na ulicy. Utrzymywał się z żebractwa, sprzedawał swoje rysunki i obrazy. Nawet nieźle mu szło, był utalentowanym malarzem, planował studia w tym kierunku, ale zawalił egzaminy. Po trzyletnim pobycie na lubelskich ulicach, skorzystał z zaproszenia znajomego i zamieszkał w jego domu. Teraz, gdy jego matka podupadła na zdrowiu wprowadził się do niej, by w miarę możliwości jej pomóc. Mimo, że ma gdzie mieszkać, to i tak częściej można spotkać go na ulicy lub na detoksie niż u matki. Mam wrażenie, że te dwa miejsca są jego prawdziwym domem. Przez jakiś czas, gdy jeszcze był bezdomny, doktor Kaciuba wziął go pod swój dach, żeby pokazać mu inne życie, rozbudzić ambicję – gdyby się udało, byłoby z pewnością sukcesem terapeutycznym. Ale Gacek jest niereformowalny, wiecznie uśmiechnięty lub lekko śnięty – zależy co akurat wziął. Mimo, że ma 41 lat, wciąż nosi irokeza z wyglądem i stylem starego punka. Ludziom w jego wieku taki image, raczej nie pasuje, wydają się śmieszni, on odwrotnie. Wygląda dosyć młodo, na pewno nie na tyle lat, co ma naprawdę. Zapytałem go, czy podjął kiedykolwiek leczenie, uśmiechnął się i powiedział, że tak. Postanowił zmienić swoje życie i pojechać do ośrodka w Krakowie. W Warszawie miał przesiadkę i umówił się tam z koleżanką. Przyszła punktualnie, a na pożegnanie przyniosła 20 centów heroiny. Przyćpali do następnego pociągu i wszystkich kolejnych, które w kierunku ośrodka jechały. Ćpali kilka dni, po których wrócił w miejsce gdzie czuł się najlepiej, czyli do Lublina, a o ośrodku zapomniał.
Znam wielu narkomanów w jego wieku i nawet młodszych, którzy wyglądają znacznie starzej, dużo gorzej, a wszelkie choroby, które zwykle maja widać z daleka. Gacek ma zarówno HIV jak i HCV. Zapytałem w jaki sposób utrzymuje się w tak świetnej formie, odpowiedział, że nie bierze retrowirusów. Ale przecież one podtrzymują życie, dzięki nim nosiciele mogą w miarę normalnie funkcjonować do późnej starości – dopytywałem. To spójrz na nich i na mnie – odpowiedział ze śmiechem. Nie chciałem być niemiły, ale znam kilka osób, które wyglądają świetnie mimo tej paskudnej choroby, chociaż są znacznie młodsi od Gacka. Między innymi Iza, która będzie bohaterką kolejnego felietonu.
Gacek przesiedział łącznie ponad siedem lat. Raz nawet próbował uciekać. Niewiele brakowało a osiągnąłby cel, tylko zawisł na drutach i strażnicy więzienni otworzyli do niego ogień. Po chwili został otoczony i w tym miejscu skończyła się ucieczka. Pechowe druty – skwitował ze śmiechem.
Największym jego marzeniem jest powrót do malarstwa i rysunku. Twierdzi jednak, że to niemożliwe, brak synchronizacji rąk i problem z błędnikiem eliminują precyzję. Marzenie pozostanie więc niezrealizowane – dodaje.
Gacek utrzymuje się z renty, dostaje niecałe 1100 złotych miesięcznie. To jedyny jego dochód, nie handluje towarem, żyje skromnie i w zasadzie nikt – nawet on sam nie wie – dlaczego jest takim lubelskim ćpuńskim celebrytą.
Skończyliśmy rozmowę na jakiś kwadrans przed wyjściem Gacka z oddziału. Spotkamy się pewnie jeszcze niejednokrotnie. Jestem na programie i biorę subotex. Wydają go w tym samym miejscu co metadon, który z kolei utrzymuje przy życiu Gacka. Chciałem napisać, że jeszcze nie raz spotkamy się na detoksie, ale mam nadzieje więcej tu nie trafić. Przynajmniej w roli pacjenta. Gacek jednak – ze względu na metadon – raz w roku musi przeleżeć tu kilkanaście dni…

Korespondencja z Piekła (3)

Poemat o dzieciaku

 

Życie na detoksie wróciło do normy. Znowu zaczął się czas awantur o wszystko, ale głównie o wyimaginowane kradzieże, każdy podejrzewa każdego o kradzież wszystkiego, nawet tego czego nie ma i nigdy nie było. Eskalacja nieporozumień sięgnęła zenitu, doszło nawet do poważnego pobicia, agresor oczywiście od razu wyleciał, ofiara prawdopodobnie ocaliła zęby. Choć nie wiem, czy wszystkie. Podzieliło to również pensjonariuszy. Jedni stanęli w obronie bijącego, inni bitego. Nie szukam jednak sensacji, więc nie będę plotkował o tym wydarzeniu, ale do tematu jeszcze wrócę, ponieważ ściśle dotyczy on tego tekstu.
Kolejnym bardzo ważnym elementem oddziałowego życia, są różnego rodzaju dile, te osadzone w miejscowych realiach, jak i olbrzymie biznesy zaplanowane zaraz po wyjściu z oddziału. Lokalne – oddziałowe interesy są zwykle niewielkie, ale bywają dochodowe. Polegają głównie na wymianie papierosów za wartościowe przedmioty od pacjentów, którym akurat szlugi się skończyły, lub dopiero przyjechali na oddział i w roztargnieniu lub z braku pieniędzy nie mogli ich kupić.
Mając papierosy i clonazepam, który jest jeszcze cenniejszy, można zrobić tutaj majątek. Majątek na miarę krezusa detoksu. Dzieje się tak na każdym detoksie w Polsce. Większość pacjentów wcale nie przychodzi tutaj, by przestać ćpać, chodzi im głównie o wejście na program metadonowy, lub trochę odpocząć i się odwirować przed kolejnym ciągiem. W tej grupie jest jednak jakiś procent, który autentycznie chce się wyleczyć. I właśnie dla tych kilku procent warto prowadzić takie oddziały. Personel robi wszystko, by udaremnić handel pozornym pacjentom (pozorny pacjent to taki który przyszedł tu, by wejść na program i generalnie ma w dupie leczenie), których celem jest nie dać się złapać. Te zawody zawsze kończą się remisem, a przyłapany pacjent od razu zostaje wyrzucony z oddziału.
Clonazepam to lek stosunkowo tani. W w aptece opakowanie kosztuje jakieś dziesięć złotych, a jeśli kupowany jest z ryczałtową zniżką, wtedy cena wynosi jakieś 4 złote. Na oddziale przebitka może wynieść nawet tysiąc procent. Bywa że na detoksie sprzedają po 25 złotych za tabletkę, czyli 750 złotych za opakowanie. Gdy cena jest tak wysoka oznacza, że jest mało towaru. Normalnie sprzedają jednego klona, za paczkę papierosów. To też świetny interes.
O ile te małe detoksowe interesy zwykle się udają , o ile nie dojdzie do wpadki, to te wielkie interesy planowane po wyjściu ze szpitala kończą się co najwyżej kilkudniowym wspólnym ćpaniem. I ewentualnie wyrwaniem kartki z zeszytu w celu zrobienia biznesplanu. Po kilku dniach narkotykowego ciągu na kartce która miała posłużyć rozpoczęciu „pewnego” biznesu, drżące ręce rysują plan trasy do najbliższego aśramu. Każdy narkoman przynajmniej raz w życiu musi „poważnie” zaplanować życie w aśramie, podobnie jak muzułmanin musi odwiedzić Mekkę.
Ale – jak w każdej minispołeczności – niepodzielną królową wszystkiego jest plotka. Przy wyobraźni i fantazji narkomanów, najdrobniejsza nawet pierdoła rośnie do gigantycznych rozmiarów. Mija więc czas na oskarżeniach o kradzieże, dochodzeniach i obgadywaniu każdego, kogo akurat nie ma w pobliżu. Czasami pojawiają się nowi pacjenci, czasami odchodzą. Jedni planowo, inni na własne żądanie. Nie wytrzymują bez ćpania i zwykle ten właśnie argument podają. Jeszcze inni wylatują.
Zdeklarowany narkoman ma ten komfort, że nie zawsze musi udawać czy oszukiwać. Bo, że z oddziału wyciąga ich narkotykowy głód, jest dla wszystkich oczywiste.
Rozmawiałem z wieloma pacjentami, zgodzili się na opublikowanie ich historii, pod własnym imieniem i bez zmian uniemożliwiających identyfikację. Rozumiem starych ćpunów jak Gacek, który jest pokoleniem punkrocka, mniej więcej w moim wieku, serdeczny i koleżeński. Poznalem go wiele lat temu, podczas pierwszego mojego pobytu tutaj. Ale zdziwiło mnie że zgodę wyraził również dziewiętnastoletni Arek – chłopak z dobrego domu, mówiący biegle w trzech językach, który maturę zdawał po hiszpańsku.
Każda historia jest inna, ale każda fascynuje. Na oddziale leży dziewiętnaścioro pacjentów, wciaż dochodzą nowi Nieważne więc jak długo zostanę na oddziale, pewne jest to, że tematów nie zabraknie.
Dziewiętnastolatkowie na wózkach inwalidzkich! Siedemnastoletnie dzieciaki z parkinsonizmem – choroba o tyle gorsza od Parkinsona, że kompletnie nieuleczalna. Albo wcale nie mówią, albo usiłują coś wybełkotać, mają nieskoordynowane ruchy, zachowują się jak sparaliżowani. Ci którzy próbują poruszać się o własnych siłach, łapią się ścian by pokonać kilka kroków. To wcale nie efekt zażywania dopalaczy, ale jednego z najłatwiej dostępnych narkotyków, popularnego leku na katar, który można kupić w każdej aptece bez recepty. Przy dodaniu odrobiny octu i nadmanganianu potasu, wyjdzie narkotyk, który swym działaniem przypomina kokainę połączoną z amfetaminą. Jego zażycie daje wrażenie sprawczości, czujemy że złapaliśmy boga za nogi, a świat leży u naszych stóp. Tych samych stóp, które po kilkunastu miesiącach nie są w stanie pokonać kilku kroków i muszą wspomagać się wózkiem inwalidzkim. Zrobienie tego narkotyku wymaga jednak pewnej wiedzy. Wiem – w dobie internetu to żaden problem. Są też jednak bezreceptowe leki narkotyczne, które nie wymagają żadnych chemicznych przeróbek. Gotowe do spożycia od razu po kupieniu, nawet pod apteką.
Czasy szkolnych dilerów już dawno przeszły do lamusa, a najlepszym dostawcą narkotyków jest sympatyczna pani magister z pobliskiej apteki. Jeśli już zna klienta, sprzeda mu dowolną liczbę opakowań. Nie muszę wspierać się tu żadnymi relacjami narkomanów, ponieważ sam tak kupowałem.
Ludzie podniecają się, gdy w transporcie bananów policja czy celnicy znajdą kilkadziesiąt kilogramów kokainy. Każdy udaremniony przemyt jest szeroko głoszonym sukcesem, każdy rozbity gang zajmuje czołówki stacji telewizyjnych i prasowych jedynek. Waga i ilość wszystkich nielegalnie sprzedawanych narkotyków, to niewielka część twardych, a nawet najtwardszych narkotyków sprzedawanych legalnie w polskich aptekach. Bez recepty oczywiście. Jestem pewien, że „legalna” sprzedaż lekarstw, które pozornie mają leczyć kaszel czy katar jest wielokrotnie wyższa niż cały czarny rynek narkotyków. Bez problemu można kupić morfinę czy speeda, którego działanie jest równie wystrzałowe? Pozwala to sądzić, że właściwości lecznicze są najmniej istotnym punktem produkcji.
Po co więc zwalczać tzw. bossów narkotycznego podziemia, skoro prawdziwy problem leży zupełnie gdzie indziej. To nie dilerzy narkotykowi sa źródłem największego zagrożenia narkomanią wśród młodzieży, ale koncerny farmaceutyczne i apteki. Dlaczego więc państwo chroni koncerny farmaceutyczne, wybijając im konkurencję? Jestem pewien, że firma Unia, produkująca Thiocodin zbankrutowałaby, gdyby lek ten był na receptę. Oczywiście, kodeina, która w organizmie metabolizuje się w morfinę, nie ma wpływu na to, że młodzież – i nie tylko – żre to garściami’. Z róbcie drodzy czytelnicy pewien eksperyment, w słoneczny , letni dzień, postójcie chwilę pod apteką i zwróćcie uwagę jak wielu ludzi kupuje te tabletki na kaszel, mimo, że będzie to środek upalnego lata. Bez trudu znajdziecie blistry i opakowania po tym leku poniewierają się w okołolicealnych koszach. Ale nie tylko tzw. gimbaza go kupuje. Gdy jeszcze sam jadłem Thiocodin i łaziłem po niego od apteki do apteki, regularne spotykałem staruszkę, która kupowała dokładnie to samo co ja, czyli bardzo silny narkotyk dostępny bez recepty.
Ministerstwo Zdrowia pozoruje jakieś działania, ograniczając możliwość zakupu do jednego opakowania. Producent Thiocodinu wyszedł jednak temu naprzeciw i produkował opakowania zawierające nie dziesięć – jak poprzednio – tabletek, a po dwadzieścia.
Po jakimś czasie ktoś z resortu zdrowia zorientował się jednak, że firma bez problemu ominęła zakaz sprzedaży więcej niż jednego opakowania, zwiększając pudełka i pakując w nich dwa razy więcej tabletek niż poprzednio. Znowu pomajstrowali coś w przepisach i teraz koncern farmaceutyczny Unia pakuje nie dziesięć, ale i nie dwadzieścia tabletek. Znaleziono kompromis – pakować można 16 sztuk, zmniejszając jednocześnie drugi składnik leku – sulfogwajakol – który narkomanowi nie jest do niczego potrzebny. Specjalnej szkody też nie wyrządza, ale po cholerę inwestować w środek na kaszel w leku, którego na kaszel prawie nikt nie używa. Zatem, w jednej tabletce Thiocodinu jest 15 mg kodeiny. Opakowanie zawierające 16 sztuk zawiera 180 mg. Trzy takie opakowania dają ponad pół grama bardzo silnego narkotyku, który organizm, przerabia na czyściutką morfinę.
Wprawdzie kolejny przepis nakłada na apteki zakaz sprzedaży więcej niż jednej paczki, ale ponieważ żyjemy w kraju lombardów i aptek, to wystarczy przejść kilkadziesiąt metrów, by kupić nie trzy, a pięć opakowań. A to do już prawie gram kodeiny. Nie mówiąc o tym, że osiedlowe apteki często takich dylematów nie mają, a sympatyczna pani magister sprzeda nawet dziesięć opakowań znajomemu klientowi. Musi jedynie dziesięć razy nabić na kasę osobny paragon.
Kodeinę zawiera także przeciwbólowy lek o nazwie Antidol. Zawarta w nim duża dawka paracetamolu skutecznie odstrasza, bo przy zjedzeniu 40 tabletek, w której każda zawiera 500 mg paracetamolu, konsekwencje mogą być nieprzyjemne. Oczywiście, jest sposób by oddzielić jedno od drugiego, ale wymaga to powrotu do domu i kilkunastu minut cierpliwości. A tej narkoman nigdy nie ma, a Thiocodin można połknąć zaraz po kupieniu, nawet pod apteką, jeśli tylko będzie czym popić.
Thiocodin odkrył też wspomniany Arek, zafascynowany amerykańskim rapem, miał zaledwie szesnaście lat gdy po raz pierwszy sięgnął po ten narkotyk. Podobnie jak ja, opracował sobie listę aptek, by zbyt często nie kupować w tych samych punktach. No chyba, że u osiedlowej pani magister, ale tam cena jest zwykle ciut wyższa. Igor potrzebował już dziesięć, jedenaście opakowań dziennie. Więc skrupulatnie liczył każdą złotówkę Wychodził wtedy z domu dwie godziny przed planowanymi zajęciami i robił rundę po mieście, kupując po jednym opakowaniu.
Po roku, już gdy był w liceum, uznał, że Thiocodin jest jednak za słaby. Chciał mocniejszych wrażeń. Wsiadł w pociąg i pojechał do Warszawy szukać heroiny. Wysiadł na dworcu i swoim wyglądem zadbanego młodzieńca, dziecinną buźką i markowym ubraniem uzbierał 250 złotych. Wystarczyło na gram heroiny. Odnalezienie miejsca, gdzie można ją kupić, nie sprawiło mu już większego problemu. Był tak żądny wrażeń, ze nie miał oporów by samemu podać sobie w żyłę. Siedział w stolicy dwa dni ciągle ćpając kupiony towar.
W końcu szkoła zorientowała się w jego problemie, kilka dni przed studniówką został z niej wyrzucony. Dzięki staraniom rodziców podszedł do matury w prywatnym liceum. Zdał ją celująco, w dodatku zdawał egzamin po hiszpańsku. To jeden z trzech języków, które zna.
Teraz ma dziewiętnaście lat, nie ma planów ani pomysłu na życie. To właśnie on został dzisiaj ciężko pobity w jednej z sal, sprawca został wprawdzie usunięty, ale to nie koniec szykan. Pozostali pacjenci wyrzucili jego rzeczy z pokoju informując, że ma stamtąd wypierdalać. Próbowaliśmy zrobić wraz z terapeutą jakąś roszadę, by przynajmniej w nocy czuł się bezpieczny. Był tak zastraszony, że bał się nawet zbliżyć do swojej sali. W końcu udało się umieścić największego z pacjentów na łóżku wyrzuconego agresora, dodało to chłopakowi otuchy i przyhamowało chęć zemsty pozostałych pacjentów.
Arek już drugi raz przyjechał się odtruć od heroiny, tym razem wszedł na program metadonowy. To znaczy, nie wiem czy wszedł, bo z tego co mówił, planował wyjechać z detoksu następnego dnia rano. Jak będzie, czas pokaże.
Arek to typowy dzieciak klasy średniej, przekonany że wszystko mu się należy Sytuację pogarszają również jego rodzice, spełniając wszelkie jego zachcianki. Nawet podczas matury matka dyskretnie podawała mu niewielkie ilości narkotyku. Uległa szantażowi, że bez tego nie zda matury.
P.S. Arek na własną prośbę opuścił oddział. Czarno widzę jego przyszłość.