Inny kapitalizm jest możliwy, ale postkapitalizm – konieczny

Od logiki zysku do arytmetyki potrzeb na miarę limitów przyrody w telemeledemokracji widzialna polityka przeniosła się do studia telewizyjnego. Tutaj politycy drugiego szeregu oraz wspierające ich drużyny dziennikarskiego komentariatu walczą na słowa, miny, pozy, rzadko argumenty.

Tematy przynosi bieżąca gra polityczna między rządzącymi a opozycją. Ta zaś toczy się wokół drożejącego koszyka zakupów, rosnącego długu publicznego, upartyjniania państwa, zagrożeń ze strony Rosji, zmian w obsadzie głównych ról przedstawienia. Poza zasięgiem kamery telewizyjnej znajdują się filary, na których wznosi się scena polityczna. To neoliberalny, globalny, marnotrawny i niemoralny kapitalizm. Samoczynnie wytwarza piramidę bogactwa i władzy dla coraz węższego grona posiadaczy aktywów – „inwestorów”. W efekcie los ludzkości spoczywa w rękach psychotycznych łowców rent w rodzaju Jeffa Bezosa czy Elona Muska. Ich pasje i fobie, a nie publiczna debata i decyzja, przesądzają o zakresie prywatności, o pracy dla wszystkich bądź bezrobociu, o jakości życia ludzi i ich relacji z przyrodą. I to w sercu przewodniej siły ludzkości. Nie słabnie „przedziwna wiara w to, że działania najbardziej pazernych ludzi, motywowane najbardziej ordynarnymi pobudkami, przyniosą korzyści całemu społeczeństwu”. Tak J.M. Keynes określił proroczo kapitalizm.

System kapitalistyczny odwirowuje nadwyżkę na konta właścicieli, udziałowców, menedżerów wielkich korporacji przemysłowych, handlowych, technologicznych, finansowych. Reszcie pozostają resztki. System ten powstawał w ciągu XIX wieku. Była to „wielka transformacja” opisana w przez antropologa Karla Polanyi`ego. Wyróżnikiem nowego typu społeczeństwa stał się skokowy wzrost produktywności pracy, z czasem głównie dzięki naukopochodnej technice. Jego niezmienne cechy to: renta z kapitału, konkurencja między kapitałami, innowacyjność technik produkcji, eksploatacja siły roboczej i związany z nią konflikt klasowy między pracą a kapitałem oraz rosnąca eksploatacja biosfery. W wymianie rynkowej chodzi zawsze o zysk w obiegu pieniężno-towarowym: pieniądz=>towar=>więcej pieniądza. Zmienia się natomiast ład produkcyjny, czyli pola akumulacji kapitału, technika i technologia, regulacja stosunków pracy i sfery publicznej, międzynarodowy podział pracy. Obecnie to zglobalizowany kapitalizm oligopolistyczno-finansowy. Teraz mami nas tzw. „zieloną” transformacją gospodarki, czyli kolejną falą innowacji, by obrót kapitału móc wzmóc.

W wyniku wielkiej transformacji społeczeństwo stało się dodatkiem do gospodarki poddanej logice zysku. Fikcja samoregulującego się rynku stała się podstawową zasadą organizującą życie społeczne. Np. w USA konstytucja całkowicie wyjmuje sferę gospodarczą spod swojej jurysdykcji. Ten brak realnej kontroli społecznej nad gospodarką pozostawia właścicielowi kapitału swobodę pogoni za zyskiem. Może on przerabiać dostępne zasoby na „zbiorowisko” towarów. Bożkiem staje się wzrost gospodarczy. W jego nieskończoność wierzą faktorzy biznesu – ekonomiści. Niestety, pomijają oni w swoich rachunkach rzadkość jako wyczerpywanie się nieodnawialnych zasobów. Kult wzrostu uzasadnia też inny mit założycielski ekonomistów. Głosi on, że celem życia jest rosnąca konsumpcja (osobiste bogacenie się, maksymalizacja użyteczności). Na dodatek, wspierają swoje widzi mi się aksjomatem o nieograniczonych potrzebach ludzi. Droga do szczęścia prowadzi wówczas przez zaspokajanie nowych potrzeb, które kształtuje „uśmiechnięte ścierwo”, czyli reklama. W efekcie, jak zauważył filozof Jean Baudrillard, „są tylko takie potrzeby jakich potrzebuje System”. Dlatego System utrwala odpowiednio spreparowaną osobowość „człowieka sukcesu”. To m.in.: przedsiębiorczość, strategie życiowe z kluczową rolą kariery, edukacji, czasu wolnego, symbolicznej konsumpcji. Tym nastawieniom miała sprzyjać nowoczesna osobowość, z jej niezależnością od autorytetów, wiarą w skuteczność nauki, otwartość na nowe doświadczenia, wysokie aspiracje edukacyjne i indywidualizm. Jednak system łamie najsilniejsze charaktery – obywatel przekształcił się w zajadłego konsumenta, potwierdzającego swoją pozycję społeczną konsumpcją darów Rynkowego Pana.

Skoro „wykorzenione” rynki ziemi, pracy i pieniądza powodują kryzys planetarny, produkują masy depresyjnych konformistów, tworzą jałową popkulturę – czas historyczny rynkowego społeczeństwa dobiega końca. Instrukcja jego genezy podpowiada, co należy zrobić, by zainicjować proces głębokiej rekonfiguracji – aż do jakiejś formy postkapitalizmu. Coraz więcej ludzi oburza marnotrawstwo zasobów (zbrojenia, nachalna reklama, skracanie cyklu życia produktów). System ten umożliwia przejmowanie bogactwa, wytwarzanego dzięki dorobkowi pokoleń wynalazców, pracowników, opiekuńczej pracy kobiet. Kilkudziesięciu krezusów posiada więcej bogactwa społecznego niż połowa ludzkości. 3 mld jej przedstawicieli musi zaspokajać życiowe potrzeby za mniej niż dwa dolary dziennie. Można się zastawiać, czy sprawiedliwy jest system, pozwalający jednym naśladować imć Twardowskiego za kilkadziesiąt milionów dolarów, kiedy co 5 sekund umiera na świecie z głodu jedno dziecko. Według szwajcarskiego socjologa Jeana Zieglera, „fakt, że każdego roku głód i niedożywienie zabijają miliony istot ludzkich – na planecie obfitującej w zasoby – pozostaje największym skandalem naszych czasów”.

Co zastanawia, nową drogę wyznacza prezydent Joe Biden. Powraca do praktyk Nowego Ładu prezydenta Roosevelta. Znów wracają kwestie bezpieczeństwa socjalnego, tworzenia miejsc pracy, godziwej płacy, globalnego podatku od korporacji, zniesienia patentów do szczepionek przeciwko COVID-19. To lewica, a nie nadwiślańscy liberałowie spod znaku D. Tuska, R. Trzaskowskiego czy Sz. Hołowni mogą pójść jego śladem.
Technika i energia. Nowy sposób produkcji przyniósł nową jakość. To możliwość swobodnego operowania dwoma czynnikami: techniką i pracą. Przedsiębiorca, operując w miarę swobodnie kapitałem, pracą i surowcami mógł zastąpić drewno węglem, mógł zmienić organizację produkcji, np. pracę dorosłych mężczyzn zastąpić pracą kobiet czy młodocianych. W obecnej dobie zatrudnia imigrantów i wykorzystuje tanią siłę roboczą imigrantów, Azjatów, neoEuropejczyków. Użycie maszyn pozwoliło zastąpić specjalistów – rzemieślników niewykwalifikowanymi robotnikami. Byli oni wydajniejsi, pracując pod wspólnym dachem. Tu docieramy do źródła oszałamiającego sukcesu nowego sposobu produkcji. To wręcz magiczna moc akumulacji i postępu technicznego. W tych gałęziach, w których cena jednostkowa była odwrotnie proporcjonalna do ilości produktów, popyt zachęcał do nowatorskich inwestycji mogących zmniejszyć koszty – przy zachowaniu płac, i utrzymaniu zysków. Dzięki temu przedsiębiorca stawał się głównym beneficjentem postępu technicznego, redukcja kosztów powiększała jego zyski. Postęp techniczny w dalszym rozwoju nowej gospodarki, sprzężony został z nauką jako dziedziną kultury. Innowacje płynące z tego źródła pozwalały na użycie maszyn wykorzystujących niezwierzęce źródła energii, na zastąpienie materiałów naturalnych syntetycznymi. Dlatego rewolucja naukowa z XVII wieku odegrała decydującą rolę. Z wynalazków inspirowanych odkryciami nowożytnego przyrodoznawstwa powstający przemysł skorzystał dopiero na szerszą skalę w ciągu dziewiętnastego wieku. Były to takie innowacje, jak wytop stali z żelaza (Anglia), silnik spalinowy, wielka chemia (Niemcy), i w końcu energia do wszystkiego – elektryczność (Stany Zjednoczone). W efekcie, według obliczeń S. Albinowskiego, każdego współczesnego umysłowo-fizycznego pracownika nowoczesnego przemysłu, wspiera na stanowisku pracy średnio aż 130 „energetycznych niewolników”. Nadchodząca era automatyzacji i robotyki może wyeliminować potrzebę pracy niewykwalifikowanej. Dlatego wymaga publicznej debaty zakres innowacji produktowych, które pozostają w luźnym związku z ułatwianiem życia czy eliminowaniem trudu pracy. Np. po co komu, poza ewentualnie niepełnosprawnymi, drony dostarczające towar bezpośrednio do domu, samochody autonomiczne czy podróże na Księżyc? Tu powinna decydować hierarchia potrzeb: zachowanie ekosystemu, likwidacja biedy na globalnym Południu, stabilizacja populacji ludzkiej. A więc preferencje z punktu widzenia racjonalności planetarnej i ogólnospołecznej, a nie widzimisię kapitalisty, któremu chory system umożliwia przechwytywanie nadwyżki wypracowanej przez niedopłaconych pracowników czy odkryć sektora badawczego, finansowanego ze środków publicznych. Proceder ten opisała Mariana Mazzucato na przykładzie gadżetów Apple`a. Dlatego wspólnota życia i pracy powinna mieć udział w zyskach osiąganych przez korporacje dzięki nakładom publicznym na naukę, a także dzięki wykorzystywaniu jej wielopokoleniowego dorobku materialnego i duchowego. Znów wraca kwestia podatków jako podstawowego mechanizmu udziału wspólnoty w prywatnych majątkach swoich członków. By znieść możliwość lukratywnego przekształcania odkryć nauki w patenty, wystarczy je zastąpić wysokimi honorariami dla wynalazców. Staną się one wtedy powszechnie dostępnymi dobrami gratisowymi, własnością ogólnoludzką. Dostępne zasoby finansowe powinny być skierowanie na rozwiązanie problemu zaopatrzenia cywilizacji w niskoemisyjną energię. Ten warunek spełni dopiero energia pochodząca z syntezy jądrowej – energetyka fuzyjna. Żadna korporacja prywatna nie podoła temu zadaniu, skoro prototypowy reaktor termonuklearny, budowany koło Marsylii w ramach programu ITER, już kosztował bogate kraje 10 mld euro. A to dopiero początek eksperymentu. Tak więc na kolejną prometejską technologię, opłacalną ekonomicznie, przyjdzie ludzkości czekać do początku kolejnego wieku. Zatem nie „zielona” maska rewolucji cyfrowo-energetycznej, lecz strategia regulowanego postwzrostu może podtrzymać dalszą przygodę homo sapiens na tej jedynej dostępnej gatunkowi planecie.

Biurokracja państwowa

Niewidzialna ręka rynku ma dobrze widzialną pięść. Państwo minimum jest mitem nadwiślańskich liberałów. W rzeczywistości równolegle z nowymi funkcjami rozrastał się aparat biurokratyczny, a także na niespotykaną wcześniej skalę rozszerzył się zakres jego kontroli nad gospodarką. Do nowych zadań należało wspieranie rodzimych przedsiębiorców w konfrontacji z zagraniczną konkurencją. Wszystkie państwa stosowały protekcjonizm w ochronie raczkujących gałęzi produkcji, szczególnie w relacjach metropolii z koloniami rozwinął się free-trade imperialism. Zadania te wymagały dużego wsparcia „nocnego stróża”, ten zaś w alfabecie Morsa kolonializmu, tj. hukiem salw kanonierek, sławił nie tylko zalety wolnego handlu.

Pionierzy nowego systemu zawarli „pamiętny sojusz” z państwem. Sprowadził się on w praktyce do tego, że rząd angielski zamiast zaciągać pożyczki oprocentowane na 8-14%, przyznawał monopole w zamian za pożyczki o niskiej stopie procentowej. Odtąd państwo miało być finansowane z podatków oraz pożyczek zaciąganych u klas posiadających. Już pod koniec XVIII wieku 75% rocznych przychodów państwa, uzyskiwanych z podatków, ceł i opłat, trafiało do 17 tysięcy posiadaczy obligacji. Tak powstała jednorodna klasa poligarchów – raz pełniących funkcje w biznesie, drugi – w rządzie lub odwrotnie (obecnie M. Morawiecki, D. Trump, L. Summers). Wysługują się oni biurokratami i ekspertami, których nikt poza nimi nie kontroluje. To oni stworzyli Międzynarodówkę Davos. Państwo znalazło się na uwięzi niewidzialnego parlamentu inwestorów, zmuszone do pożyczek na rynkach finansowych. Dlatego tak ważne jest zniesienie jarzma, które nałożyli ordoliberałowie na banki centralne i politykę gospodarczą. Polscy wprowadzili nawet do konstytucji normy dla deficytu budżetowego, długu publicznego i sposobu jego finansowania. Jak ważne jest zniesienie tego jarzma, okazało się przy wychodzeniu z pandemicznego kryzysu. Bez swobody w kreowaniu długu publicznego to zadanie byłby wręcz niemożliwe. Sojusz korporacyjnego globalizatora i jego wyspecjalizowanej świty, top menagementu i biurokracji, stanowi konstrukcję nośną aktualnej wersji Systemu. Dlatego strategia odwrotna to poddanie państwa wszechstronnej kontroli społecznej – m.in. rozwój samorządności, możliwość odwoływania reprezentantów, panele obywatelskie. Najważniejszym zadaniem jest zastąpienie potęgi pieniądza siłą głosu w przewodniej demokracji amerykańskiej. Bo to państwo amerykańskie stworzyło obecny ład. Wzorem mogą być obywatele Chile, którzy tworzą nową konstytucję po wyborze w referendum 155 osobowej konstytuanty. Poprzednią drogę do demokratycznego socjalizmu zagrodził zamach Pinocheta, w wyniku którego kraj stał się pierwszym poligonem neoliberalizmu. Nowy szlak wytycza także Boliwia z koncepcją wielonarodowej republiki, włączającej też ludy tubylcze i kontrolującej własne bogactwa naturalne. Do rozważenia jest też chiński model relacji między państwem a sektorem prywatnym. CHRL to wciąż jedyny kraj, w którym państwo nie poddaje się władzy korporacji.

Siła robocza

Do dyspozycji pionierów nowej gospodarki były ogromne rezerwy siły roboczej. Ustawa fabryczna z 1802 proklamowała wolność kupców i producentów. Mogli oni swobodnie ustalać ceny, by zwiększać do maksimum zyski. Obowiązywała żelazna dyscyplina pracy. Za przestępstwo niszczenia maszyn groziła kara śmierci. Jak pisze Polanyi, państwo ancien regime stawało bezwzględnie za kapitalistą, przeciw robotnikowi. Obecnie neoliberalne reformy usunęły związkową przeciwwagę wobec kapitału. Pojawił się prekariat. Mimo wzrostu produktywności pracy, udział płac w PKB spada. Od lat górne 10% w Europie Zachodniej przejmuje 37% całego dochodu narodowego, w Chinach 41%, w USA i Kanadzie 47%, w Indiach i Brazylii ponad 55% na Bliskim Wschodzie i RPA aż 61%. Tzw. „klasa ludowa”, czyli dolne 20% społeczeństwa musi się zadowolić w Europie Zachodniej 20%, w USA 17%, na Bliskim Wschodzie mniej niż 10%. Co ważniejsze, do dolnych 50% pracujących trafiło przeciętnie tylko 12% całego wzrostu dochodów (World Inequality Report 2018). Zadania na tym polu są oczywiste: odbudowa układów zbiorowych, nawet współzarządzanie firmą, skracanie czasu pracy, zakończenie dumpingu socjalnego między krajami. Lewica nie powinna się godzić na ochłapy dochodu podstawowego. Praca człowieka stanowi podstawę biospołecznej egzystencji. W perspektywie długookresowej tylko praca uzbrojona w technikę oraz siły i dary natury są czynnikami produkcji w gospodarce (J. Robinson).

Pieniądz i kredyt

Kapitalizm to też system pieniężny, to według J. Schumpetera „gospodarka produkcji monetarnej”. Jej zadaniem jest kreacja pieniądza kredytowego, finanse ściśle splatają się z masową produkcją i konsumpcją, także państwa. Stąd dwie względnie autonomiczne części tej gospodarki: część monetarna i materialna, które są wzajemnie powiązane. „Innowacja technologiczna może być dynamiczna jedynie wtedy, gdy zostanie podjęte ryzyko finansowania jej przez bliżej nieokreślony czas. To właśnie ta ryzykowna perspektywa czasowa, bazująca na założeniu, że długi zostaną spłacone, obdarza kapitalizm dynamizmem i kruchością, łączącymi się z nim nierozerwalnie.” (G. Inham) W tym miejscu pojawia się najsłabsze ogniwo systemu: kreowanie dodatkowego popytu, sekurytyzacja, „gra na zwyżkę”, śrubowanie cen akcji na giełdzie (boom giełdowy). Rosną najpierw rozmiary kapitału pożyczkowego, później – trudności ze spłatą zobowiązań, czyli odsetek od zaciągniętych pożyczek. Pojawia się kolejny kryzys. Wyjście z kryzysu wymaga zmiany sposobu regulacji i nowych pól akumulacji kapitału. Państwo jest zawsze częścią rozwiązania jak podczas globalnego kryzysu 2007/8.

W kapitalizmie zawsze chodzi o „płynność” tzn. stopniowe przekształcanie wszelkich aktywów w pieniądz, następnie z powrotem w aktywa itd. A aktywami finansowymi są wszystkie materialne środki i zasoby produkcyjne – włącznie z samym przedsiębiorstwem. Co gorsza, nawet zdrowie, wykształcenie, zasoby naturalne, choć wszystkie one mają inną naturę. Dlatego potrzymanie życia społeczeństwa, nie może się wiązać z formami reprodukcji kapitału. I dlatego konieczna jest korekta obecnego systemu: likwidacja rajów podatkowych, regulacja sektora bankowego, ograniczenia lewarowania inwestycji w papiery wartościowe, powrót do rozdziału bankowości inwestycyjnej i komercyjnej, powierzenie ratingu instytucjom publicznym, i przede wszystkim podniesienie podatku od dochodów rentierskich i podatku korporacyjnego– to konieczne korekty obecnego systemu.

Pułapka Meadowsa

Wzrost gospodarczy, na który skazany jest kapitalizm prowadzi do coraz większej presji na środowisko. Wzrost podaży żywności dzięki agrotechnice i maszynizacji pracy rolnika, spadek śmiertelności niemowląt w następstwie postępów medycyny – wszystko to sprawiło, że liczba ludzi na Ziemi skokowo powiększyła się, i osiągnęła po prawie 200 latach obecny poziom. Jednak wzrastająca co kilkanaście lat o miliard populacja ludzka znalazła się w nowej pułapce. Od nazwiska współautora raportu z roku 1972, który zwrócił uwagę opinii publicznej na środowiskowe limity wzrostu, można ją nazwać pułapką Meadowsa. Gargantuiczna gospodarka odciska swój ślad na wszystkich składnikach biosfery – atmosferze, hydrosferze i biosferze, redukuje też bioróżnorodność. Słowem, nową barierą stała się pojemność ekosystemu, zachowanie jego równowagi. Żyjemy zatem nie w antropocenie, tylko w kapitałocenie. Dlatego to kapitalizm jest problemem globalnym numer 1. Co ważne, wyjście z pułapki Meadowsa wymaga współdziałania wszystkich społeczeństw dla określenia brzegowych warunków wykorzystywania darów przyrody. Państwo i planowanie, wyrzucone na śmietnik historii przez neoliberałów, Konfederatów, technoproroków z Doliny Krzemowej – wraca kuchennymi drzwiami. Na nowo muszą być określone m.in. warunki pracy (czas, płaca), i przede wszystkim warunki korzystania z węglowodorów, minerałów, wody. Człowiek nie uczynił sobie Ziemi poddanej. Uzależnił się tylko w inny sposób od przyrody – jej klimatu, zasobów ziemi ornej i surowców, lasów wilgotnych, rezerw słodkiej wody. Wciąż jest jej dzieckiem. Zemsta natury przybiera postać chorób cywilizacyjnych, niedożywienia i biedy w krajach III Świata, zaburzeń klimatycznych, pustynnienia, wzrostu cen energii…i pandemii jak obecna COVID-19. Gdyby do 2050 r. tempo wzrostu gospodarczego utrzymywało się na poziomie 3% rocznie, a populacja nie przekroczyła 9 mld, wówczas gospodarka światowa by się powiększyła sześciokrotnie: z 70 bln w 2005 do 420 bln w 2050 (wg szacunków J. Sachsa).

Stopniowemu demontażowi mechanizmów rynkowego społeczeństwa sprzyja kryzys planetarny. Mogą mu towarzyszyć wojny klimatyczne, żywnościowe, surowcowe. Sprawiedliwe podatki, likwidacja rajów podatkowych, recykling metali, przedłużenie żywotności produktów, strategia de-wzrostu to cios w samo serce kapitalizmu jaki znamy. Zamiast tego demokratycznie uzgadnianie rodzaju i wolumenu dóbr, troska o dostępność pracy nie tylko dla konstruktorów, programistów i konserwatorów robotów. Dlatego lewica musi wykorzystywać tanią ekologicznie energię intelektualną, by odczarować realny kapitalizm w świadomości, zwłaszcza młodego pokolenia. Wiele trzeba programowego i organizacyjnego wysiłku, by ciałem stały się słowa „Prekariusze wszystkich krajów łączcie się”.

Niech powrócą wspomnienia (2)

Powstaje książka o Telewizji Dziewcząt i Chłopców! Zanim się ukaże prezentujemy Czytelnikom jej fragmenty. Dzisiaj przypominamy „Niewidzialną Rękę”.

Dobroć, szacunek, bezinteresowna pomoc, zwykłe „dzień dobry”. Spotykamy je dzisiaj coraz rzadziej, ale w naszych sercach tkwią niczym kamienie milowe. Po prostu dlatego, że czynią świat lepszym.
Taki właśnie cel przyświecał programom Telewizji Dziewcząt i Chłopców – „Niewidzialnej Ręce”, „Klubowi Pancernych”, „Zwierzyńcowi”, „Latającemu Holendrowi”, „Piątkowi z Pankracym” i wielu, wielu innym. TDC to historia kilku milionów dzieci, które przez kilkadziesiąt lat robiły rzeczy cudowne, wręcz niezwykłe.
Przed wielu laty, w 1957 roku, grupa chłopców w jednej z polskich wsi postanowiła pomóc babci Marciniakowej. Posprzątali obejście, naprawili furtkę i oprawili trzonek u siekiery. Na miejscu zostawili kartkę: „Przepraszamy, że bez pozwolenia weszliśmy dzisiejszej nocy na Pani podwórko. Psu daliśmy kawałek kiełbasy, więc nie szczekał. Siekierę, która była bez trzonka, oddamy, po naprawieniu, jutro o północy. Jesteśmy na szlaku „Niewidzialnej Ręki”.
Wszystko opisał dokładnie „Świat Młodych”, a w sierpniu 1957, podczas redakcyjnego kolegium, Maciej Zimiński rzucił pomysł rozpoczęcia akcji pod tą samą nazwą.
Już 13 sierpnia 1957 gazeta krzyczała z pierwszej strony: „Nasz trop prowadzi na szlak „Niewidzialnej Ręki”, a dowództwo „Wyprawy 1000 Przygód” wydało komunikat nr 11:
„Na szlaku „NR” możecie wykonać coś dla jednej osoby, a także dla wielu. (Np. zreperować mostek, zrobić tablicę ogłoszeń przy Gromadzkiej Radzie Narodowej, urządzić kwietnik na podwórku, albo piaskownicę dla małych dzieci)”.
Był wszakże jeden warunek: „To co zrobicie, musi być pożyteczne”. Niewidzialni powinni też działać zawsze wtedy, kiedy ktoś potrzebuje ich pomocy.
Kilka lat później Maciej Zimiński przeszedł do telewizji.
25 czerwca 1968 roku w „Teleferiach” ogłosił kontynuację „Niewidzialnej Ręki”. Tym razem jednak wzbogacono ją o „bilet wizytowy”, dzięki któremu przestała być hasłem, a stała się zorganizowaną akcją niesienia pomocy. Każdy był oznaczony indywidualnym numerem nadawanym przez Sztab NR, a nazwiska chłopców i dziewczynek, którzy nadesłali zgłoszenia, stawały się od tego momentu pilnie strzeżoną tajemnicą.
„Przechodząc przez przypadek przez strumyk zauważyliśmy, że leży zrobiona kładka na strumyku, a na niej ten oto bilet” – pisał Zdzisław Szkodun z Niewnic. „Z wielkim zdziwieniem zobaczyłem dziś rano dwie ławki na przystanku autobusowym PKS w Widnej” – informował redakcję Józef Szumiński z Kidałowic. Mieszkanka Warszawy, Krystyna Święcichowska, natknęła się na grób żołnierzy AK, poległych w Powstaniu Warszawskim: „Grób oczyszczony, na nim ładne, świeże kwiaty, aż miło popatrzeć. Przyjemnie, że po 24 latach czcimy i szanujemy miejsca straceń ludzi walczących o naszą wolność. Znalazłam bilecik NR o numerze 7913 i domyślam się, że to ona dba o ten grób”.
Setki tysięcy maluchów pomagały potrzebującym na miarę swoich możliwości: naciągali wody ze studni, znosili siano do stodół, opiekowali się chorymi, organizowali place zabaw dla dzieci. Małe, ale jakże wielkie uczynki. Dzieci pokochały „Niewidzialną Rękę”. Były jej anonimowymi bohaterami. To one decydowały komu, kiedy i jak pomóc. Dzięki ich uczynkom świat stawał się lepszy, a i one zmieniały się także na lepsze.
Maria Kapusta z Kutna, matka 11 letniego Marka i o rok młodszego Zbyszka, nie kryła swego zdumienia:
„Chłopcy do tej pory trudni, rozkapryszeni, przysparzali mi wiele kłopotów. Sąsiedzi często skarżyli się na ich brak zdyscyplinowania i swawolę. Proszę wyobrazić sobie moją radość, kiedy pewnego dnia dowiedziałam się, że mieszkającej w podwórku umysłowo chorej p. „Z”, której do tej pory dokuczali, narąbali z kolegą Markiem drzewa, przynieśli węgla. Każdy ze swego domu, oczywiście ukradkiem. Następnie zaczęli opiekować się młodszymi dziećmi dla których byli do tej pory postrachem. Kolejnego dnia, w zawsze brudnej podwórkowej ubikacji, zapanował niebywały porządek. Przybity został urwany haczyk, a na drzwiach odcisk małej dłoni i nr 1726. Rozczuliło to mnie do łez. Wszyscy oniemieli ze zdziwienia. Co się dzieje? Chłopcy nie ci sami. Ich dobre uczynki można by długo wyliczać – aby tylko trwało to jak najdłużej”.
Stanisław Witas był inwalidą. Miał amputowane obie nogi. Wózek, którym jeździł po ulicy, stał zawsze w komórce na podwórku. Była zniszczona, a wózek zardzewiały:
„Któregoś dnia ktoś zadzwonił do drzwi – wyjrzałem, ale były tylko kluczyki i karteczka: „to są klucze do pana komórki!”. Kiedy znalazłem się na podwórku – oczom nie chciałem wierzyć. Komórka była wyremontowana, pokryta nową papą. A kiedy otworzyłem drzwi i zobaczyłem mój wózek – oniemiałem. Był jak nowy. Wyczyszczony z rdzy, pomalowany… Na wózku leżał bilet z numerem 56860. Rozpłakałem się”.
Takich listów redakcja Telewizji Dziewcząt i Chłopców dostawała tysiące. Ale jedna akcja była wyjątkowa. Jej bohaterem był Antek Koszyk z Gorlic – Niewidzialny o numerze 13128. Pewnego dnia zadzwonił do dyrektora Jana Bochenka z Państwowego Domu Dziecka w Zagórzanach. Przedstawił się jako Niewidzialny i zapytał:
– Czy zgodziłby się Pan, aby dzieci spędziły część wakacji u rodzin z Szymbarku?
– Zgadzam się, ale pod warunkiem, że przyjdą z dowodami osobistymi – padła odpowiedź.
W piwnicy, przy migotliwym płomyku świeczki, Antek zaczął realizować potajemnie drugą część planu. Za pieniądze zarobione ze sprzedaży makulatury i butelek kupił koperty, kartki brystolu i kredki. W czerwcu 1973 zaczęły napływać do mieszkańców Szymbarku takie oto listy:
„Bardzo proszę o przyjęcie do swego grona rodzinnego sieroty z Państwowego Domu Dziecka w Zagórzanach na okres wakacji, to znaczy od 25 czerwca do 1 sierpnia br. NIEWIDZIALNA RĘKA w porozumieniu z kierownictwem P.D.Dz. w Zagórzanach prosi powiadomione rodziny o odbiór dzieci (wraz z dowodem osobistym) w dniu 25 czerwca br.”
Każdy list kończył się zdaniem napisanym wielkimi literami:
„Pamiętajmy, że za miłość dziecko płaci miłością”.
Antek Koszyk:
– Bardzo się obawiałem, że pomysł nie wypali – wspomina.
Trudno powiedzieć co ujęło mieszkańców Szymbarku. Piękny gest Antka? Jego wrażliwość? Samotność sierot czy też ujmujące malowanki 11-letniego chłopca?
„Przyszedł list – wspomina Zofia Tomasik. Myślałam, że to jakieś życzenia świąteczne, lecz to była kartka. Na początku nie wiedziałam, o co chodzi, może kawał jakiś? A potem przyszedł mąż z pracy. Gadaliśmy trochę na ten temat, ale ciągle były wątpliwości, czy to nie pisane tak dla zabawy, na prima aprilis. W tym samym dniu dowiedzieliśmy się, że sąsiedzi dostali takie same kartki. Zastanawialiśmy się z mężem, czy by rzeczywiście nie wziąć dziecka (…). Zrobiło się nam żal dzieci. (…). Właściwie nawet nie wiem, kiedy i jak zapadła decyzja. W każdym razie mąż nazajutrz pojechał do Zagórzan”.
W biurze dyrektora Bochenka zjawiło się tylu mieszkańców Szymbarku, że zabrakło dzieci. Zostawały u przybranych rodzin na całe wakacje, później gościły u nich w każde ferie i święta. Akcja Antka Koszyka z Gorlic przeszła do historii „Niewidzialnej Ręki” i obrosła legendą.
Kilka lat temu były student Macieja Zimińskiego red. Maciej Wasielewski pojechał do Zagórzan śladami akcji chłopca z Gorlic. Mieszkańcom zadał tylko jedno pytanie, a odpowiedzi, które usłyszał bardzo smutno świadczą o naszej dzisiejszej rzeczywistości:
– Czy wzięlibyście chłopca lub dziewczynkę z Domu Dziecka na święta?
– Nie – padała jedna i ta sama odpowiedź.
Prawie dwa miliony biletów wizytowych pozostawionych przez Niewidzialnych na miejscu dobrych uczynków. Ale to tylko dane dotyczące zarejestrowanych w Sztabie Niewidzialnej Ręki dziewcząt i chłopców. Drugie, a może nawet trzecie tyle działało poza oficjalnymi strukturami. Tak jak Joasia Modzelewska i jej koleżanki z Elbląga:
– Nikogo o nic nie prosiłyśmy. Pomoc miała pochodzić od nas, z naszej pracy. Zbierałyśmy więc makulaturę, butelki i sprzedawałyśmy, aby robić zakupy. W naszych ogrodach zbierałyśmy owoce i rozdawałyśmy osobom, które ich nie miały. Wiem, że byli z nas dumni rodzice i dziadkowie. Moja babcia, Marianka Tokarska, pewnego razu „przyłapała” mnie na robieniu paczki dla biednej rodziny. Stanęła, popatrzyła, zakręciła się na pięcie, a po chwili przyniosła z komórki słoninę i jajka. – Masz dziecko, weź, aby te biedniejsze ludzie nie były głodne – pogłaskała mnie wzruszona. Jej słowa dźwięczą mi w pamięci do dziś. Chociaż w ten sposób chciała spłacić dług, kiedy w czasie wojny jej i moim ciociom obcy dawali kawałek chleba na przeżycie. Czułam, że była wtedy najszczęśliwszą osobą na świecie.
Akcja „Niewidzialnej Ręki” zakończyła się w grudniu 1981 roku. Żadna telewizja nie świecie nigdy nawet nie pokusiła się aby zrobić coś podobnego. Choć od tamtego czasu minęło kilkadziesiąt lat „Niewidzialna Ręka” żyje w sercach dziewcząt i chłopców, którzy byli jej anonimowymi bohaterami oraz setek tysięcy ludzi, którzy doświadczyli odruchu ich serca.