Gospodarka 48 godzin

Widmo plajt
W ciągu dwóch pierwszych miesięcy 2021 r. w oficjalnych źródłach (Monitor Sądowy i Gospodarczy) opublikowano informacje o 316 niewypłacalnościach polskich firm, czyli o 75 proc. więcej niż przed rokiem (181 niewypłacalności w styczniu i lutym 2020 r. Analiza obrotów i zatrudnienia wskazuje, że płynność masowo tracą firmy najmniejsze, często rodzinne, będące jednocześnie już wiele lat na rynku, co wyklucza problemy dotykające nowicjuszy w biznesie. Niewypłacalność oznacza niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, powodującą upadłością bądź postępowanie restrukturyzacyjne.To efekt domina, kłopoty obejmują też kontrahentów. Najwięcej plajt jest w sektorze usług, w którym liczba niewypłacalności była przeszło trzykrotnie większa: 131 w styczniu i lutym 2021 r. wobec 45 przed rokiem (wzrost o 190 proc.). Przednówek jest niełatwy także dla budownictwa. Liczba bankructw wzrosła tu o 45 proc., z 22 przed rokiem do 30 w styczniu i lutym 2021 r. W produkcji odnotowano w tym czasie wzrost niewypłacalności o 42 proc, a w handlu o 31 proc. W żadnym z sektorów gospodarki nie było spadku liczby niewypłacalności licząc rok do roku. Usługi odczuwają nie tylko skutki drugiego zamknięcia gospodarki ogłoszonego jesienią 2020 r., ale także kryzysu w budżetach samorządów, firm i konsumentów. Oprócz plajt w hotelarstwie, gastronomii i cateringu oraz w ochronie zdrowia pojawiły się problemy firm utrzymania zieleni, ochrony, pośrednictwa pracy, opieki przedszkolnej – uważa Euler Hermes. Niewypłacalności obejmują również produkcję podstawowych artykułów spożywczych, uprawy i hodowlę. Efekt domina obejmuje otoczenie rolnictwa – problemy mają firmy obsługi upraw i chowu, skupujące i handlujące płodami rolnymi, zwierzętami oraz mięsem. W budownictwie spowolnienie realizacji dotychczasowych kontraktów i zawierania nowych w drugiej połowie ubiegłego roku, w połączeniu z ostrą zimą uderzyło zwłaszcza w firmy budownictwa specjalistycznego. „Problemy dotyczą zwłaszcza małych, ale stabilnych dotychczas firm rodzinnych, obecnych na rynku od wielu lat, a nie startupów i, płacących frycowe debiutantów” – mówi Tomasz Starus z zarządu Euler Hermes.

Postęp na dwóch odcinkach
Rząd wreszcie przymierza się do unowocześnienia archaicznego systemu pobierania opłat na państwowych autostradach. Na razie chodzi tylko o dwa niedługie odcinki Konin-Stryków (autostrada A2) i Wrocław-Sośnica (autostrada A4). Na odcinkach tych wprowadzona zostanie nowa metoda poboru opłaty w systemie swobodnego ruchu. Umożliwi to likwidację tam bramek i szlabanów. Jak wiadomo, w obecnym systemie poboru opłaty konieczne jest zatrzymanie auta i oczekiwanie na podniesienie szlabanu, co powoduje powstawanie zatorów w okresach zwiększonego ruchu. Jak zapowiada rząd, kierowcy korzystający z tych dwóch odcinków będą mogli kupić elektroniczny bilet autostradowy, który będzie obowiązywał w określonym czasie na danym odcinku autostrady. Nie trzeba będzie w tym celu instalować żadnego urządzenia. Kupno e-biletu ma być możliwe zarówno online, jak i w formie wydrukowanego biletu na stacji paliw czy w kiosku. Rząd obiecuje, że na tych dwóch odcinkach likwidacja bramek i możliwość zakupu biletów autostradowych nastąpi od 1 grudnia 2021 r.

Koronawirus to największe ryzyko biznesowe

Przedsiębiorcy i eksperci ankietowani w naszym kraju wskazali także na nowe niebezpieczeństwa, które dotychczas nie pojawiały się w zestawieniach i trafiły na listę zagrożeń dopiero pod rządami Prawa i Sprawiedliwości: ryzyko polityczne oraz przemoc.

Przerwy w działalności biznesowej oraz sam wybuch pandemii, to zdaniem przedsiębiorców największe zagrożenia dla działalności gospodarczej w tym roku. Oba zagrożenia wiążą się ze sobą. Niewiele ustępują im ataki i incydenty cybernetyczne, zajmując trzecie miejsce.
Takie wyniki przynosi Barometr Ryzyk Allianz 2021, odzwierciedlając potencjalne scenariusze zakłóceń i strat, z którymi borykają się firmy na świecie i w Polsce. To badanie objęło opinie 2769 ekspertów z 92 krajów. Wzięli w nim udział członkowie zarządów, menedżerowie, brokerzy, eksperci ubezpieczeniowi.
Tak więc, kryzys spowodowany COVID-19 nadal stanowi bezpośrednie niebezpieczeństwo zarówno dla bezpieczeństwa indywidualnego, jak i dla przedsiębiorstw. Na dwa czołowe zagrożenia wskazało odpowiednio 41 proc i 40 proc. ankietowanych.
To odzwierciedla powód, dla którego wybuch pandemii zajął drugie miejsce w tym rankingu. Do tej pory, wedle wskazań badanych, żadna pandemia jako zagrożenie nigdy nie zajęła w Barometrze Ryzyka (mierzonym od dziesięciu lat) wyższego miejsca niż 16. Dziś koronawirus znajduje się wśród trzech największych zagrożeń na wszystkich kontynentach.
Ponadto, rośnie ryzyko wzrostu wskaźników niewypłacalności po pandemii. Według Euler Hermes, większość niewypłacalności nastąpi właśnie w 2021 r. Eksperci szacują, że w przypadku kredytów kupieckich wskaźnik niewypłacalności osiągnie rekordowy poziom, bo aż 35 proc. do końca 2021 r. Największe wzrosty bankructw spodziewane są w USA, Brazylii, Chinach i głównych krajach europejskich.
Incydenty cybernetyczne znajdują się w pierwszej trójce zagrożeń w wielu krajach, w tym m.in. w Brazylii, Francji, Niemczech, Indiach, Włoszech, Japonii, RPA, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Przyspieszenie cyfryzacji i rozwój pracy zdalnej wywołane przez pandemię dodatkowo zwiększają podatność na niebezpieczeństwa. Warto zauważyć, że już na początku pierwszej fali pandemii w kwietniu 2020 r. FBI odnotowało aż 300 proc. wzrost liczby cyber-incydentów w USA. Szacuje się, że w ubiegłym roku cyberprzestępczość kosztowała światową gospodarkę około 1 bilion dolarów, czyli o prawie 50 proc. więcej niż dwa lata temu.
Inne zagrożenia obejmują zmiany makroekonomiczne (8 miejsce z 13 proc. wskazań) oraz ryzyka polityczne i przemoc (10 miejsce, 11 proc. wskazań), które są w niemałej mierze również konsekwencją wybuchu pandemii koronawirusa. Mniej groźne okazują się natomiast zmiany w przepisach prawa i regulacjach, katastrofy naturalne, pożary i wybuchy, a także zmiany klimatu (dopiero 9 miejsce na liście zagrożeń, co wskazuje, że tak naprawdę mało kto traktuje serio rzekome nieszczęścia, jakie mają jakoby spaść na świat w związku ze zmianami klimatycznymi). Wszystkie te zagrożenia zostały wyraźnie zdominowane przez obawy związane z pandemią.
W Polsce wybuch pandemii jest już na pierwszym miejscu listy zagrożeń, co pokazuje, że rodzimi eksperci raczej dość nisko oceniają skuteczność pomocy dla gospodarki ze strony rządu Prawa i Sprawiedliwości. – Nie jest zaskoczeniem, że wybuch pandemii znajduje się na samym szczycie zestawienia w 2021 roku według polskich ekspertów. Zaznaczyli oni, że drugim największym ryzykiem biznesowym w tym roku są przerwy w działalności. A to ma bezpośredni związek właśnie z obostrzeniami związanymi z koronawirusem – mówi Tomasz Kryłowicz z Allianz Polska.
Na trzecim miejscu wśród największych polskich zagrożeń znalazły się zmiany w ustawodawstwie i przepisach, będące swoistą „specjalnością” rządu PiS. Incydenty cybernetyczne, wcześniej uznawane za jedno z trzech największych ryzyk, w tym roku zajmują dopiero piątą pozycję w Polsce.
Ankietowani w naszym kraju wskazali także na nowe zagrożenia, które do tej pory nie pojawiały się w zestawieniach – ryzyko polityczne oraz przemoc. To także uznać należy za rezultat sprawowania władzy przez Prawo i Sprawiedliwość

Budownictwo kwitnie, wykonawcy padają

Polski paradoks: im więcej jest w naszym kraju inwestycji, tym większe problemy mają przedsiębiorstwa, które je realizują.

Liczba mieszkań oddanych do użytkowania w ubiegłym roku wzrosła o 3,6 proc w porównaniu do 2017 r. Jak podał Główny Urząd Statystyczny, zbudowano ich w minionym roku dokładnie 184783.
W ramach dwóch dominujących na rynku mieszkaniowym form budownictwa (deweloperzy i inwestorzy indywidualni) oddano odpowiednio 111,6 tys. (o 6,2 proc. więcej niż w 2017 r. ) i 66,7 tys. mieszkań (o 1,4 proc. mniej ).
Poza tym powstało trochę mieszkań w budownictwie spółdzielczym (3,0 tys. wobec 2,3 tys. w 2017 r.) oraz czynszowym, komunalnym i zakładowym (łącznie 3,5 tys. mieszkań, tj. o 6,0 proc. więcej niż przed rokiem).
W kategorii budownictwa czynszowego miały się też mieścić mieszkania budowane w ramach sztandarowego PiS-owskiego programu tanich mieszkań na wynajem. Program jednak nie wypalił, więc ekipa rządząca woli o nim nie wspominać.

Budują i plajtują

Z jednej strony rynek budowlany rośnie, co jest pozytywnym zjawiskiem. Z drugiej – ten wzrost rynku obnaża słabość finansową wielu jego uczestników.
Rzecz w tym, że duża skala trwających inwestycji wymaga też odpowiednio dużej skali zaangażowania kapitałowego firm budowlanych oraz współpracujących.
Aby skorzystać na zwiększonej fali zamówień, trzeba najpierw zaangażować – przynajmniej częściowo – środki własne. Banki niechętnie bowiem udzielają kredytów. I z tym wiele firm ma problem.
Niska rentowność w budownictwie nie jest zjawiskiem nowym, ale występuje obecnie ze szczególnym natężeniem. Z analizy Euler Hermes, globalnego ubezpieczyciela należności handlowych wynika, że wiele firm już w latach ubiegłych zarabiało stosunkowo mało w stosunku do skali prowadzonych prac – i aby finansować swoje zobowiązania podejmowało się coraz to nowych zleceń.
Firmy nie zwiększały więc rentowności, a w ślad za tym nie gromadziły środków własnych – ale zamiast tego zwiększały ryzyko i zadłużenie.
Ta chroniczna słabość finansowa polskich firm budowlanych, a przynajmniej dużej części z nich, jest jedną z przyczyn obecnej fali niewypłacalności w budownictwie. Inne przyczyny to wzrost kosztów materiałów oraz zatrudnienia i stałe problemy ze znalezieniem pracowników.

Bywało już gorzej

– Nie widzimy obecnie warunków, aby sytuacja miała się odwrócić czyli, by kontrakty były na większą skalę renegocjowane za zgodą zamawiających, ceny materiałów i koszty pracy miały spaść, a dostępność pracowników i możliwości przewozowe materiałów zaopatrzeniowych miałyby się szybko zwiększyć – ocenia Tomasz Starus z zarządu Euler Hermes.
Branża doświadcza stałego już wzrostu liczby niewypłacalności. W 2015 r. – 146 upadłości, w 2018 r. – 172.
Ale jeszcze gorzej było w rekordowych pod tym względem latach 2012-2013, gdy upadło odpowiednio 273 i 253 firmy budowlane. Pamiętajmy jednak, że był to okres najniższego po roku 2000 tempa wzrostu gospodarczego w Polsce, wynoszącego w tych dwóch latach 1,9 i 1,6 proc.
Wzrost liczby niewypłacalności o 14 proc. dla całego budownictwa w skali 2018 roku nie świadczy zatem o powszechnym załamaniu. Jest to jednak już widoczny problem w sektorze infrastrukturalnym, gdyż na przedsiębiorstwa wyspecjalizowane w tych pracach przypada obecnie 70 proc. przypadków upadłości. Pociągają one za sobą na dno wiele zaopatrujących firm produkujących materiały budowlane.
Średniacy mają trudniej
Łącznie całe budownictwo odpowiada za minimum 40 proc. liczby niewypłacalności wszystkich polskich przedsiębiorstw).
Profil upadających firm wskazuje na to, że największe problemy mają obecnie przedsiębiorstwa średniej wielkości, wyspecjalizowane w pracach towarzyszących inwestycjom infrastrukturalnym, głównie drogowym i kolejowym.
Upadają raczej nie najmniejsze i nie te największe – pierwsze są najbardziej elastyczne, szybciej mogą opuścić plac nierentownej budowy i znaleźć nową.
Natomiast największe mają z reguły na tyle zróżnicowane zamówienia oraz własne zaplecze finansowe (spółka matka dająca lub gwarantująca finansowanie), że z reguły nie słyszy się o ich problemach.

Przetrwają najlepsi?

Nic nie zapowiada radykalnych zmian na polskim rynku. Cały czas jest więc tak, że im większa skala inwestycji, tym większe są z reguły problemy z rentownością prowadzących je wykonawców, a więc i skala potencjalnych strat.
To paradoks, bo na świecie zwykle wzrost inwestycji oznacza zwykle okres prosperity dla tych, którzy je realizują – no ale w Polsce jest odwrotnie.
Dodatkowo – wspomniana wcześniej słabość finansowa naszych firm budowlanych widoczna jest nie tylko w trakcie czy na finiszu prac, gdy kontrakt „nie spina się” z poniesionymi kosztami, ale już często na początku, kiedy szerszy front robót wymaga odpowiednio większych nakładów, na które brak środków.
Zbyt rzadko stosowane są w Polsce takie rozwiązania, jak finansowanie zakupu materiałów budowlanych do 90 proc. ich wartości, jeszcze przed wykonaniem prac do których są niezbędne (jak czasami jest już np. na kolei).
– Zapowiedzi indeksacji kosztów i większej elastyczności zamawiających dotyczą nowych kontraktów, więc o ile to nastąpi, będzie mieć realny wpływ na rynek w odroczonej perspektywie kilku kwartałów, może nawet dwóch lat. Do tego czasu nie spodziewam się poprawy sytuacji – uważa Tomasz Starus.
Inna sprawa, że wzrost inwestycji, trudny do opanowania przez nasze firmy i pociągający za sobą falę niewypłacalności, wpływa też na oczyszczenie się rynku. Stopniowo eliminuje z niego firmy, najgorzej sobie radzące w niełatwym modelu polskiego budownictwa.
Dzięki tej selekcji naturalnej powinni przetrwać najlepsi.