Z puntu widzenia posiadacza lewego zaświadczenia

Posiadam lewe zaświadczenie, tzn. papier poświadczający nieprawdę, podbity urzędową pieczęcią. Mowa w nim o tym, że noszenie przeze mnie maski na świeżym powietrzu, jest dla mnie niewskazane ze względów medycznych. Nie korzystam zeń, nie dlatego, że źle bym się z tym czuł, że okłamuję Polskę i Polaków. Nie sięgam po kwit dlatego, że nie chce mi się tracić czasu na udry z milicją, bo finalnie i tak musiałbym się prawować w sądzie.

Noszę skan oświadczenia poświadczającego nieprawdę w telefonie. Ani razu jeszcze nie byłem zmuszony go użyć, ale oczywiście, jeśli zajdzie taka konieczność, zapewne z tego skorzystam. Postawiony pod ścianą przez stróżów prawa, którzy zajmują się dziś w Polsce głównie sprawdzaniem maseczek na twarzach, nie poddam się bez walki. Zakładam więc maskę byle jak; na brodę, pod brodę, przy brodzie, pod nosem. Zasłaniam usta jedynie w sklepach, żeby nie gorszyć legalistów i zostać obsłużonym przy kasie. Na powietrzu, pomny tego, co twierdził rok temu prof. Szumowski, nie widzę specjalnego sensu noszenia maski, bo morowe powietrze jeszcze nie opanowało atmosfery. Zwłaszcza latem, kiedy smog u nas ściska słabiej za gardziel. Nie wyobrażam też sobie uprawiania sportu w masce, czy to w środku, czy na zewnętrzu; biegania, jazdy na rowerze, czy zwykłego spaceru z kijami po lesie. Niemniej, fakt, że ja sobie czegoś nie wyobrażam, nie oznacza, że moi współziomkowie w polskiej niedoli, nie posiadają dużo większej wyobraźni, bo obserwuję z trwogą co dzień, że dużej części z nich maska przyrosła już do twarzy na dobre. W lesie, gdzie mogą zarazić wiewiórkę albo żuka. W parku, gdzie zakażeniu ulegnie piesek sąsiadów. Na placach zabaw, pośród dziatwy maleńkiej, która zakaża się w zasadzie zerowo. Nawet w prywatnych autach, w drodze do pracy. Wszędzie tam, Polak ubiera karnie maskę. Bojaźń boża i prawna jest u nas doprawdy wielka. Dużo większa niż zdrowy rozsądek. Śmiem twierdzić, że będzie jeszcze większa, bo ze świata docierają alarmistyczne wieści, że maska masce nierówna i „odpowiedzialne” społeczeństwo musi zrobić kolejny krok do przodu. A może do tyłu?
Naukowcy amerykańscy odkryli, że brytyjski wariant covidu, który zbiera i u nas śmiertelne żniwo, jest w zasadzie maseczkoodporny. Przenosi się już po dwóch minutach od kontaktu, a nie jak ten stary, dobry covid, po kwadransie. Może skakać na ofiary z odległości większej niż półtora metra, także zasady dystansu w jego wypadku też przestają być aktualne. Okazuje się również, że żadne maseczki chirurgiczne albo wielorazowego użytku, czyli popularne szmacianki, chronią przed przenoszeniem brytyjskiego covidu w stopniu żadnym. Jedyną potencjalną ochroną ust i nosa, taką na 30 procent, pozostaje maska typu FFP2; czubata, z filtrem, droższa od taniochy z marketów. Wystarcza ona na kilkanaście godzin. Można ją oczywiście sterylizować. Np. promieniami UV. Wiadomo wszak, że każdy w domu trzyma specjalny sterylizator, więc nie powinno to być dla obywatela nazbyt kłopotliwe. Zapytano również polskich naukowców, czy uważają podobnie jak ich koledzy z Ameryki. Naturalnie, żaden nie śmiał zaprzeczyć. Tylko maski z filtrem mogą coś tu pomóc, a oni, polscy naukowcy, będą rekomendować Horbanowi, a ten rządowi, żeby w najbliższym czasie nakazać Polakom zasłanianie buzi wyłącznie maskami typu FFP2. Zaraza jest bowiem tak mocna, że trzeba sięgać po coraz mocniejsze środki zapobiegawcze. I na tym koniec. Jakby to, co ustalono, miało tylko jedną, właściwą i dogmatyczną interpretację. Spróbujcie jednak, dobrzy ludzie, spojrzeć na sprawę z punktu widzenia nocnego stróża.
Wirus mutuje. Jak każdy wirus. Ten covidowy mutuje w najmniej pożądanym kierunku. Staje się coraz bardziej zaraźliwy i mocniej uderza w organizm żywiciela. Nie jest wykluczone, a wręcz bardzo prawdopodobne, że w następnych miesiącach i latach, zmutuje jeszcze bardziej. Może oczywiście wrócić do wersji light, ale wcale nie musi. Skoro wiemy dziś, że maseczki nie chronią praktycznie wcale przed jego najnowszymi formami, a jedynie specjalne maski dają ochronę w stopniu niewielkim, czy nie bardziej zasadnym byłoby postawić pytanie o sens ich używania w ogóle, niźli zalecać noszenie czegoś, co jest jedynie erzacem bezpieczeństwa. Jeśli bowiem na początku pandemii nie trzeba było nosić masek, później noszono je na przemian z plastykowymi przyłbicami, zasłaniano się czym kto miał, a dopiero od niedawna wprowadzono obowiązek totalny, strach pomyśleć, czym władze każą się zasłaniać, kiedy dojdą do wniosku, że maski FFP2 również nie zdają egzaminu, bo nowa mutacja wyskakuje i spod nich. Kolejnym krokiem, jakiego należałoby się spodziewać, będzie zapewne nakaz chodzenia w maskach p-gaz. Najlepiej takich typu „słoń”, z filtrem przytroczonym do twarzy za pomocą „trąby”. A kiedy i to nie pomoże, proponuję dla władzy i co bardziej bojaźliwych organizmów, rozszerzone, zbiorowe samobójstwo, za pomocą wstrzymania oddechu na co najmniej 24 godziny. Jedynie to naprostuje ludzkość i wrócimy na właściwe tory. Powiedzie nas tam za rękę Episkopat, wydając okólnik dla wikarych i proboszczów, żeby nie dawać rozgrzeszenia tym wszystkim, którzy zaszczepili się Astrą albo Johnsonem.

Klątwa sklepów budowlanych

Pandemia to poważne zagrożenie. Rządy powołują zespoły doradcze i analityczne. Zbierają dane o zakażeniach i zakażonych. Ważą ryzyka i potencjalne korzyści. Na podstawie badań podejmują decyzje. Mamy już nie tyle trzecie maksimum walki z wirusem, ile trzeci etap desperackiej obrony. Po dwóch poprzednich etapach pozostało wiele danych. Można więc się pokusić o analizę najbardziej zagrożonych środowisk, profesji, miejsc pracy. Można sprawdzić przestrzeganie reżimów sanitarnych, przetestować funkcjonowanie branż w reżimach zaostrzonych.

U schyłku słusznie minionego systemu powstał film mający dla niektórych status kultowego. Polskim Indiana Jonesem został w nim Roman Wilhelmi, aktor na pewno kultowy. Film otrzymał mrożący krew w żyłach tytuł „Klątwa doliny węży”.
Scenariusz powstał, nomen omen, na podstawie opowiadania napisanego (pod pseudonimem) przez Wiesława Górnickiego. Opowiadanie, opublikowane najpierw w „Przekroju”, bardzo mnie zaintrygowało. Scenariusz niestety odszedł dosyć daleko od pierwowzoru, jakby na utwór ktoś rzucił klątwę.
Klątwa ta już Polski nie opuściła i przenosi się z miejsca na miejsce. Jakby w pogoni za nią przemieszczają się rządowe obostrzenia. Wszystko z powodu tajemniczej lotnej substancji z Azji.
Z analiz naszego rządu wynika, jak sądzę, że najwięcej osób zakaża się w restauracjach, na kortach tenisowych, w sklepach meblowych i marketach budowlanych. Bardzo groźne są wizyty w zakładach fryzjerskich i kosmetycznych.
Co prawda, nie spotkałem się z żadnymi przytaczanymi przez media badaniami, z których by wynikało, że jakieś miejsca czy aktywności publiczne są bardziej od innych związane z ryzykiem zakażenia. Jedyne opracowanie, na które natrafiłem, było niemieckie (oczywiście) i dotyczyło ryzyka zakażenia wirusem w komunikacji publicznej. Okazało się, że korzystanie z autobusów czy tramwajów przy przestrzeganiu nałożonych ograniczeń, zachowaniu dystansu i obowiązkowym noszeniu maseczek nie stanowi podwyższonego ryzyka zakażenia.
Dawno temu entuzjaści z MythBusters przeprowadzili eksperyment konsumpcyjny. Badali ryzyko zetknięcia się z zawiesiną zawierającą wirusy w trakcie spożywania wspólnego posiłku. Okazało się, że symulowane kichnięcie powoduje dotarcie zawiesiny kropelkowej do wszystkich uczestników eksperymentalnego posiłku. Zasłonięcie ust i nosa z kolei zabezpieczało ich niemal wszystkich przed takim kontaktem. Prosty eksperyment jednak nie przedostał się do zbiorowej pamięci społecznej.
Do przedstawicieli naszej administracji państwowej wiedza naukowa wydaje się nie docierać, choć trzeba przyznać, że wyciąganie wniosków z doświadczeń nie jest im całkiem obce. Wszyscy pewnie zauważyli, że wprowadzając maksymalny (prawie) zakres ograniczeń, rząd tym razem pominął niektóre miejsca i aktywności.
W odróżnieniu od wiosennego wielkiego zamknięcia lasy i cmentarze pozostawiono otwarte. Lasy zapewne dlatego, że ich powierzchnia od zeszłego roku znów bardzo się skurczyła. Cmentarze z kolei z powodu wzmożonego ostatnio ruchu – niestety, raczej jednokierunkowego.
Ostały się również księgarnie. Może ktoś wreszcie doniósł rządowi ostatni raport w sprawie czytelnictwa, dowodzący jasno, że pomimo pandemii Polacy nadal nie czytają książek, więc ryzyko wpadnięcia na rodaka w księgarni jest niewielkie.
Chociaż rozumiem zamknięcie klubów fitness, bo trudno jest intensywnie ćwiczyć w maseczce, a w klubach ćwiczy się grupowo, trudno mi znaleźć uzasadnienie zamknięcia siłowni, w których przecież ćwiczy się indywidualnie. Co prawda, już dawno zorganizowałem sobie minisiłownię w domu i zamknąłem ją dla innych, ale to chyba nieco inny przypadek.
Dziwić też może zamknięcie solariów, choć tym, którzy solariów nadużywali, taka przerwa może uratować… skórę.
A teraz pora na tytułową klątwę sklepów budowlanych. Wiara w tę klątwę musi być szczególnie żywa.
Wiara rozwija się zwłaszcza wtedy, gdy przedmiot kultu (wiary) owiany jest mgiełką tajemnicy. Jak sądzę, ci, którzy doradzają premierowi zamykanie takich sklepów przy każdej okazji, nigdy w nich nie byli. Słyszeli jedynie o satanistycznych orgiach, jakie się tam odbywają tuż po otwarciu albo zamknięciu: o lizaniu tapet i wykładzin, tarzaniu się w zasłonach i firanach, pluciu na kafelki.
Po prostu istny szał. Tylko Podkowińskiego brak…
Nawet na rybnych stoiskach przed Wigilią nie wymyślają takich bezeceństw, do jakich dochodzi między regałami w marketach budowlanych. A w meblowych ? Strach pomyśleć, co się dzieje na tych kanapach i fotelach… bujanych. Aż sam się boję tam zaglądać. Jeśli już pod groźbą śmierci, a przynajmniej utraty zdrowia lub resztek komfortu zmuszony jestem do takiego przeklętego miejsca się wybrać, łapię szybko, co mi potrzebne, i zaraz uciekam. Ledwo zdążę zapłacić…
W tej sytuacji jest chyba logiczne, że rząd nakazał zamknięcie tych niebezpiecznych przybytków.
A przy okazji zakazał uczestnictwa we wszelkich zgromadzeniach, bo wiadomo, że jak tacy sataniści nakupią w marketach sprzętu elektrycznego, to potem się gromadzą i robią krótkie spięcia i małe błyskawice. I tak przyciągają wirusy.
Jedynie miejsca, w których można bezpiecznie się schronić, to kościoły, bo wirus boi się święconej wody oraz kadzidła. Choć kadzidła chyba bardziej. Po wielogodzinnych negocjacjach z Episkopatem rząd ogłosił, że z pewnym ograniczeniami kościoły pozostaną otwarte. Dlatego z pewnym takim zaskoczeniem przeczytałem w Internecie, że Kościół dostosuje się do wszystkich obostrzeń dotyczących, na przykład, sklepów spożywczych. Okazało się jednak, że owszem, Kościół, ale norweski. Nasz twardo trzyma rząd, i wiernych, na kolanach.
Przepraszam za ten przydługi tekst, z którego wynika chyba dosyć jednoznacznie, że rządzą nami idioci. No, ale żeby tak sobie rzucić takim wyrażeniem w przestrzeni publicznej, trzeba być przynajmniej pisarzem… A ja tak sobie tylko piszę tu i tam.
A tak przy okazji: prezydent Duda nie jest już tym, za kogo prawie wszyscy go mają. Przynajmniej w Google. Niech pana bóg błogosławi, panie Rosewater, pardon, panie Sundar Pichai.
PS. Polexit się rozpoczął, premier złożył w Trybunale Konstytucyjnym wniosek o wyższości polskiego prawa konstytucyjnego nad prawem unijnym. To może sugerować, że premier nie umie czytać (czytać w ogóle, a nie tylko ze zrozumieniem).
Artykuł 91 Konstytucji rozstrzyga o relacjach pomiędzy ratyfikowanymi umowami międzynarodowym (traktatami UE) a prawem stanowionym przez polski parlament. W Googlach tego nie znajdziecie, ale nasz premier jest jak nasz prezydent.
A konkordat należy wypowiedzieć. Między innymi dlatego, by Głódź trafił tam , gdzie jego zasłużone miejsce a nie do swojego pałacyku.

Gospodarka 48 godzin

Czas na czas letni
Noc z soboty 27 marca na niedzielę 28 marca to pora przestawiania wskazówek zegarów z godziny 2:00 na 3:00. W tym czasie w trasie było wiele pociągów PKP. Zmiana czasu z zimowego na letni wiązała się z wdrożeniem specjalnego rozkładu jazdy, który nie wpłynął jednak na czas przejazdu pociągów. Jak to wyglądało w praktyce, można było zobaczyć na przykładzie jednego z nich. Pociąg intercity Karkonosze relacji Jelenia Góra – Białystok przyjechał 28 marca na stację Zduńska Wola o godz. 1:59 czasu zimowego, a po 2 minutach postoju czas jego wyjazdu z niej to godz. 3:01 już czasu letniego. Ciekawe, dlaczego wiosną można dokonać zmiany czasu w normalny sposób, wprowadzając po prostu poprawkę do rozkładu jazdy, natomiast jesienią na PKP odstawia się bezsensowne szopki z zatrzymywaniem pociągów na godzinę w środku nocy? Oczywiście zmianę czasu na zimowy można przeprowadzić tak samo jak w przypadku przejścia na czas letni tylko odwrotnie – wprowadzając rozkład jazdy z odjazdami i przyjazdami cofniętymi o godzinę. Tyle że włodarzom polskich kolei po prostu nie chce się tego robić. Wolą zmuszać pasażerów do dodatkowego, godzinnego siedzenia w nocy w pociągach. Winę ponosi też jedn rząd Prawa i Sprawiedliwości, bo zmiany czasu są przeprowadzane na podstawie rozporządzenia Prezesa Rady Ministrów z 3 listopada 2016 r.

Na broni i pod bronią
Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizacji ustawy o wytwarzaniu i obrocie materiałami wybuchowymi, bronią, amunicją oraz wyrobami i technologiami wojskowymi. Zgodnie z jej najważniejszymi rozwiązaniami, strzelecka broń palna i jej istotne części mają być oznakowane w czytelny, trwały i niepowtarzalny sposób, zgodny z dyrektywą Unii Europejskiej. Ustalono rodzaj alfabetu, minimalne wymiary czcionki oznakowania broni palnej oraz dopuszczalne metody nanoszenia oznakowania. Chodzi zwłaszcza o oznakowanie szkieletu i komory zamkowej broni palnej, wykonanych z materiałów niemetalowych. Określono też zasady oznakowania broni alarmowej i sygnałowej. Utworzono Krajowy Punkt Kontaktowy ds. Broni Alarmowej i Sygnałowej, którego głównym zadaniem będzie wymiana informacji o wytwarzanych i kontrolowanych przez państwa członkowskie typach i modelach tej broni. W tych zapisach – ich wprowadzenia UE domagała się od Polski – chodzi o wprowadzenie utrudnień dla wykorzystywania broni palnej w celach przestępczych.

Obostrzenia pandemiczne

W ten piątek klienci ruszyli do sklepów budowlanych, a ich wzmożony natłok z pewnością spowoduje w niedalekiej przyszłości wzrost liczby zakażeń koronawirusem. Zaczął się bowiem sezon wiosennych prac budowlano-remontowych, a jednocześnie rząd Prawa i Sprawiedliwości zdecydował o zamknięciu sklepów budowlanych i meblowych o powierzchni powyżej 2 tys. metrów kwadratowych. Nowe obostrzenia obowiązują od soboty 27 marca do 9 kwietnia, ale oczywiście mogą zostać przedłużone. Rząd nie przygotował kraju na wzmożoną falę koronawirusa, choć miał ku temu czas, pieniądze i wszelkie możliwości, dlatego teraz nadrabia swoje zaniedbania kolejnymi zakazami.

Nareszcie założyłam maseczkę Historia walczącej z epidemią, studiującej w Polsce, Chinki

„W tamtym czasie często słyszałam, jak inni chińscy studenci mówili, że nosząc maseczki, spotykali się z dziwnym spojrzeniem przechodniów. Zachęcałam więc Polaków na Facebooku, aby nie dyskryminowali Azjatów. Nie spodziewałam się, że otrzymam wsparcie od wielu Polaków, a niektórzy z nich przekazali moje posty dalej” – tak mówiła w połowie marca Zhang Huilinga (Lingling), Chinka studiująca na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Wówczas polskie Ministerstwo Zdrowia wyjaśniało, że zdrowi ludzie nie muszą nosić maseczki, tylko osoby chore. Przy dalszym rozwoju epidemii, resort zdrowia zastrzegł, że od 16 kwietnia wszyscy muszą nosić maseczki w miejscach publicznych.

Od momentu wybuchu epidemii koronawirusa życie Zhang Huilinga w Polsce zaczęło przypominać jazdę kolejką górską.
Czas obchodów Chińskiego Nowego Roku, który przypadł pod koniec stycznia, to w Polsce okres akademickiej sesji. Lingling była zmęczona egzaminami, a jednocześnie chińskie media społecznościowe na jej telefonie komórkowym były pełne wiadomości o wybuchu epidemii. Chinka zaczęła martwić się o swoją rodzinę. Dziś tak wspomina ten czas: „Uważam mój dom w Guangdong za miejsce, w którym napływ imigrantów jest dość duży. Moi rodzice są starsi, a ich ciała nie są tak silne, jak wcześniej. Mój młodszy brat pracuje na lotnisku w Shenzhen. Bardzo się martwiłam o nich. Po sesji codziennie dzwoniłam do nich by dowiedzieć się jak się czują. Przypominałam im, żeby nie wychodzili z domu i pytałam czy mają wystarczającą ilość maseczek. Przekazywałam im różne informacje dotyczące zapobiegania epidemiom, w obawie, że będą podchodzić do sytuacji w sposób lekceważący”.
W celu odcięcia źródła infekcji Chiny postanowiły zamknąć miasto Wuhan pod koniec stycznia. Zaraz po tym Polacy zaczęli wracać z Chin do ojczyzny. Już wówczas w Europie zdarzały się przypadki infekcji koronawirusem. Chociaż wszyscy cieszyli się zimowymi feriami i oczekiwali nadejścia wiosny, to Lingling martwiła się rozprzestrzenianiem się epidemii w Europie:
„Myślę, że wielu ludzi wyjechało wtedy z Wuhanu do krajów europejskich, nie myślę tu wyłącznie o Chińczykach, ale też o Europejczykach, którzy wcześniej podróżowali, pracowali i studiowali w Chinach. Wszyscy oni stali się ukrytym zagrożeniem. W tym czasie Europa nie podjęła żadnych praktycznych działań. Jeśli chodzi o środki przeciwepidemiczne, strona polska wymagała od pasażerów powracających z Chin wypełnienia kwestionariusza z niektórymi podstawowymi informacjami. Nie mierzono wówczas pasażerom temperatury”.
Pod koniec lutego Uniwersytet Jagielloński został ponownie otwarty, ale większość polskich szkół wymagała od studentów z Chin pozostania w kwarantannie, po czym mogli wziąć udział w zajęciach. Nie dotyczyło to jednak studentów z Korei Południowej i Włoch, mimo że wówczas sytuacja epidemiologiczna w tych krajach była już bardzo poważna. Ponieważ w tym czasie w Polsce nie było potwierdzonych przypadków zarażenia koronawirusem, polski rząd nie podjął natychmiastowych surowych środków zapobiegania i kontroli, w związku z czynnikami ekonomicznymi. To pogłębiło wcześniejsze obawy młodej Chinki:
„W tym momencie nagle zdałam sobie sprawę, że zimowe ferie w Polsce właśnie się skończyły. Musiało być wielu Polaków, którzy właśnie wrócili z wakacji z krajów Europy Południowej i Zachodniej, a nawet z Azji Południowo-Wschodniej. Dodatkowo międzynarodowi studenci dopiero co wrócili na uczelnię. Zaniepokoiło mnie, że strona polska nie podjęła jeszcze żadnych kontrolnych środków.”
4 marca potwierdzono pierwszy przypadek zarażenia koronawirusem w Polsce. Dziewczyna już wcześniej zrobiła zapasy produktów spożywczych, kupiła też małą butelkę alkoholu, dwie butelki płynu dezynfekującego i mydło, ale nie kupiła maseczek. Jak wyjaśniła:
„Na szczęście chińscy studenci i przyjaciele w Polsce dali mi kilka maseczek, a potem ambasada Chin przysłała nam zestaw medyczny, co rozwiązało mój problem. W połowie marca moja była dyrektorka Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Języków Obcych w Kantonie, Mao Yinhui, specjalnie przykazała mi dziesięć masek z Chin ”.
Jednak Lingling i jej chińscy przyjaciele napotkali inny problem. W chwili wybuchu epidemii w Polsce chińscy studenci, mimo że mieli w rękach maseczki, nie odważyli się ich nosić, ponieważ bali się nieprzyjemnych spojrzeń ze strony przechodniów. Gdy epidemia nasiliła się, Chinka postanowiła być odważną i na Facebooku wezwał Polaków, aby nie dyskryminowali Azjatów noszących maseczki. Napisała wówczas na Facebooku:
„Załóż maseczkę lub nie noś jej. Spróbujmy spojrzeć na różnicę między nimi: to jak radzenie sobie z przeziębieniem. Europejczycy piją mleko z miodem, a Chińczycy piją gorącą wodę z imbirem. Po prostu”.
Fakty dowiodły, że środki takie jak noszenie masek i utrzymywanie dystansu społecznego mają znaczący wpływ na powstrzymanie rozprzestrzeniania się epidemii. Wraz z rozwojem sytuacji polski rząd dostosował także w odpowiednim czasie różne ograniczenia izolacyjne i środki kontrolne. Podobnie jak zmiana koncepcji noszenia masek w Polsce, życie Lingling i otaczających ją polskich przyjaciół również uległo głębokiej zmianie z powodu epidemii, o czym tak mówi:
„Wielkanoc była bardzo trudnym czasem dla moich polskich przyjaciół. Większość z nich miała trudności aby obchodzić to święto, z daleka od rodziny. Współczuję im. Ale mam nadzieję, że coś czego zabrakło podczas tegorocznej Wielkanocy, będzie można zrekompensować za rok, w trakcie kolejnej wiosny. Wszyscy z niecierpliwością czekają na wygaszenie epidemii tak szybko, jak to możliwe, aby życie powróciło jak najszybciej na właściwy tor. ”
Podczas epidemii chińska studentka pozostaje w akademiku i kontynuuje naukę w formie zajęć online, ale ta forma nauki jest bardzo ograniczona. Ona, jej wykładowcy i koledzy z roku nie mogą się doczekać powrotu na uczelnię. Oprócz nauki Lingling i jej polscy przyjaciele pomagają innym, zwłaszcza osobom starszym, w pracach domowych lub zakupach. Wkrótce po zamknięciu uniwersytetu w mediach społecznościowych uruchomiono możliwość przekazywania darowizny na rzecz szpitali. Również i ona aktywnie uczestniczyła w tym wydarzeniu i ma swój wkład w walkę z epidemią koronawirusa w Polsce. Jak podkreśla:
„Myślę, że wszyscy są równi wobec epidemii. Wcześniej pomagałam w zdobyciu środków medycznych dla Wuhanu, teraz robię to dla Polski, która jest mi bliska, a potrzebuje w tym momencie wsparcia i pomocy. Co więcej, teraz jestem tutaj, a lokalna epidemia jest związana ze mną. Mogę wnieść niewielki wkład, więc od razu przekazałam dwieście złotych.”
Naprzeciwko akademika, w którym mieszka Lingling, jest park. Po wybuchu epidemii opustoszał on. Dziewczyna wielokrotnie patrzyła na światło słoneczne przenikające przez chmury i padające na pustą ziemię. Świat wydawał jej się bardzo daleki.