Precz z komuną!

Chociaż troszkę – czyli uliczny PO-PiS.

Prezydent Warszawy zapowiedział, że wprowadzi swoją, autorską wersję dekomunizacji stołecznych ulic. Rafał Trzaskowski nie spał po nocach, siedział i koncypował – aż wykoncypował: już wie, jak to zrobić, żeby nie wyszło, że popiera PiS, a jednocześnie, żeby nikt mu nie zarzucił, że kuma się z przebrzydłymi komuchami. Wybrał starą dobrą metodę Platformy: najbardziej skomplikowane, najbardziej upierdliwe i zadowalające najmniej osób rozwiązanie.
Z 47 warszawskich ulic, którym sąd kazał odkurzyć i przywrócić stare tabliczki, na razie decyzją NSA wróciło 44. Wśród nich: Związku Walki Młodych, Duracza, Małego Franka, Rzymowskiego, Modzelewskiego, Kulczyńskiego, 17 stycznia, Armii Ludowej, Pstrowskiego, Jędrzejowskiego, 1 Praskiego Pułku, Parola, Szałka, Balcerzaka, Kokoszków, Fondamińskiego…Ale tak nie zostanie.
Prezydent Warszawy uznał, że podpisanie karty LGBT było gestem wystarczającym, by dowieść swojego zamiłowania do pluralizmu i tolerancji. Lewicowi i lewicujący wyborcy, którzy zaufali mu w wyborach samorządowych na zasadzie mniejszego zła powinni być wdzięczni i nie zadawać dalszych pytań. Teraz czas zagwarantować, by wielbiciele Lecha Kaczyńskiego i Wyklętych dostali swoją działkę.
– Warszawiacy, zwłaszcza mieszkańcy ulic, które były przedmiotem decyzji rządzących, w olbrzymiej większości są przeciwni zmianom nazw ulic. Tych protestów były bardzo, bardzo dużo. miany, które zostały wprowadzone przez rządzących, zostały wprowadzone z pogwałceniem prawa. To zostało potwierdzone przez niezawisły sąd. Naszym obowiązkiem jest przywrócić nazwy ulic do stanu poprzedniego – tę część przemowy wygłosił jeszcze Rafał Trzaskowski – znany antypisowiec. Ale za chwilę do gry włączył się Mr Hyde, programowy antykomunista: – Zadrżałaby mi ręka, gdyby Teodor Duracz miał dalej w Warszawie swoją ulicę! Zwłaszcza, że Zbigniew Romaszewski był osobą, którą zdecydowanie ceniłem! Także bohaterowie, którzy poświęcili życie dla naszej ojczyzny, powinni dostać ulice. Dokładnie pamiętam jak nazywały się warszawskie ulice za czasów komuny i przez te lata wykonaliśmy wiele pracy, by usunąć patronów z poprzedniej epoki. Tu trzeba powiedzieć, że były to postacie skandaliczne.
Z inicjatywy Trzaskowskiego w Warszawie pozostać ma Danuta Siedzikówna „Inka” zamiast Małego Franka, KOR zamiast 17 stycznia, Stanisław Pyjas zamiast Franciszka Bartoszka, Bohaterowie Kopalni „Wujek” zamiast Wincentego Pstrowskiego, Zbigniew Romaszewski zamiast Teodora Duracza i Grzegorz Przemyk zamiast Sylwestra Bartosika.

Poświęcił życie? I co z tego?

Powtórzmy: bohaterowie, którzy poświęcili życie dla naszej ojczyzny, powinni dostać ulice. To piękny banał. Wniosek z bardziej starannego przeglądu krótkiej listy jest prosty: niektórzy mogą sobie to życie poświęcić, a w oczach prawicy, dowolnej maści, i tak będą nie do przyjęcia.
Franciszek Zubrzycki, dowódca jednego z pierwszych oddziałów Gwardii Ludowej, zginął w walce z Niemcami, ale dla prawicy został czarnym charakterem, przywoływanym przy różnych okazjach jako przykład zbrodniarza zabierającego ulicę polskiemu patriocie.
– Wedle ustaleń IPN-u największą, popełnioną przez Zubrzyckiego zbrodnią, jest … kradzież dubeltówki z leśniczówki pod Piotrkowem w czerwcu 1942. Rzeczywiście, to świetny przykład „zbrodniarza” – piszą aktywiści redagujący profil Przywróćmy pamięć o patronach wyklętych, opisujący niechcianych w wolnej Polsce działaczy lewicowych, a zarazem niepodległościowych, antyfaszystowskich.
Franciszek Bartoszek zginął 14 maja 1943 r. podczas akcji zbrojnej. Wcześniej brał udział w podobnych. 17 stycznia 1943 r. osobiście dokonał zamachu w restauracji Mitropa na warszawskim Dworcu Głównym, lokalu tylko dla Niemców. Walczył z okupantem, ale nie tak, jak trzeba, bo w szeregach Gwardii Ludowej. Nie należy się nawet słabo widoczna uliczka osiedlowa w okolicach Mostu Siekierkowskiego.
Tym bardziej nie należy się Sylwestrowi Bartosikowi. Walczył z Niemcami, ale jako członek lewicowego Związku Walki Wyzwoleńczej, który ostatecznie wszedł w całości do PPR. Co gorsza, przed wojną, we wspaniałej II Rzeczypospolitej, należał do Komunistycznej Partii Polski. Takich win nie zmyje aresztowanie przez Niemców, brutalne śledztwo na Pawiaku i wreszcie śmierć na szubienicy.
Co znamienne, lepiej „powiodło się” innemu działaczowi o niemal bliźniaczym życiorysie – Antoni Dobiszewski, też przedwojenny komunista, też działacz PPR i też ofiara tej samej publicznej egzekucji, ulicę, po sądowych peregrynacjach, zachowa. Bo zaproponowany na jego miejsce Adam Bień zasiadał we władzach Polskiego Państwa Podziemnego, ale to „tylko” ludowiec, nie ważny symbol narodowokatolickiej prawicy.
Symbolem, tyle że znienawidzonym, jest za to data 17 stycznia: dla Warszawy skończył się koszmar nazistowskiej okupacji. Przez poprzednie blisko pięć lat każdemu mieszkańcowi i mieszkance miasta, Polakom i Żydom, nieustannie groziła śmierć. Teraz ocaleni mogli przystąpić do odbudowy normalnego życia, dźwigania miasta z gruzów, nauki, pracy.
– Nie wiedziałem, że Warszawa jest wyzwolona. Byłem od pół roku w całkowitej samotności, ukryty w ruinach. Kiedy 20 stycznia usłyszałem jakieś dźwięki na ulicy i zobaczyłem ludzi, rozpłakałem się. Byłem wolny – wspominał kompozytor Władysław Szpilman.
– Z jednej strony radość z wyzwolenia, z odmiany, radość, że będziemy budowali normalnie, w warunkach pokojowych swoje życie. A z drugiej strony się okazywało, że nie są to warunki normalne i pokojowe, że ludzie wpychani są do lasu – komentował kilka lat temu prof. Tomasz Strzembosz. Dziś taka ocena sytuacji, pokazująca, że historia nie jest czarno-biała, okazuje się nie do zaakceptowania.

Niejednoznaczni

A jeśli w słowach Trzaskowskiego pobrzmiewało przyznanie, że mogą być w historii postacie niejednoznaczne, to wypadało to raczej słabo. Gołym okiem było widać, iż AL-owcy znaleźli się w kategorii „niejednoznaczni” głównie dlatego, że kandydatem do zastąpienia ich na tabliczce z nazwą ulicy był Lech Kaczyński. Oddać mu arterię w centrum miasta? O to na Trzaskowskiego pogniewaliby się nie tylko jacyś tam lewacy, ale i twardy, broniący demokracji elektorat.
A jednak gospodarz Placu Bankowego usiłował wejść w polityczny tyłek gospodarza Nowogrodzkiej – zapowiedzią, iż „Lech Kaczyński zasługuje na upamiętnienie”. Tu jednak ochłonął i zdążył przełączyć się na tryb Doktora Jekylla. – Nie chcę podejmować decyzji w świetle kampanii wyborczej. Przeprowadziłem dziesiątki rozmów na ten temat i to budzi emocje, zgłoszę swoją propozycję, ale po wyborach parlamentarnych. Mam nadzieję, że jak opadną emocje po wyborach, będziemy mogli spokojnie rozmawiać, jaka ulica należy się prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu – oznajmił.
Za, a nawet przeciw
Platforma Obywatelska co do zasady „nie jest przeciwna ustawie dekomunizacyjnej”. Chętnie wykorzystuje okazje, aby stawiać na cokoły i tabliczki „swoich” patronów: Bartoszewskiego, Mazowieckiego… Kogoś innego weźmie w obronę, gdy w przekonaniu lokalnych działaczy taka będzie skuteczna strategia walki z PiS na danym odcinku.
– Za chwilę mieszkańcy ulicy Dąbrowszczaków mogą mieszkać przy ulicy Ofiar Katastrofy Smoleńskiej lub Żołnierzy Wyklętych – powiedział w Radiu Opole radny Zbigniew Kubalańca. I faktycznie, PO Dąbrowszczaków w tym akurat miejscu broniła. Samorządowcy tej formacji sprzeciwiali się również zmianom w Bydgoszczy i Olsztynie. W tym ostatnim mieście rada miejska zaskarżyła do sądu administracyjnego zarządzenia zastępcze wojewody zmieniające nazwy trzech ulic: Dąbrowszczaków na Kruka, Poznańskiego na Jutrzenki-Trzebiatowskiego i Pstrowskiego na 5 Wileńskiej Brygady AK.
W Łodzi PO przybiła piątkę SLD w obronie placu Zwycięstwa przed zakusami wojewody Zbigniewa Rau, który wymyślił w to miejsce Lecha Kaczyńskiego – na zasadzie „ma Warszawa, to możemy i my”. Z tym, że obrona placu, który upamiętnia pokonanie faszystów przez armię radziecką i walczące u jej boku polskie formacje, już nie przeszła przez gardło. Prawdziwe zwycięstwo, proszę łodzian, to było w bitwie warszawskiej. Kilkunastu innych nazw ulic, z których wygumkowano lewicowe działaczki i bohaterów dawnej robotniczej Łodzi, liberałowie oczywiście bronić nie mieli zamiaru.
– PO próbuje na siłę pokazać, iż akceptuje narzucaną przez PiS wizję historii. W Warszawie, powstają nowe ulice, którym można nadawać imiona, jakie prezydent Trzaskowski chce. On jednak wybiera rozwiązanie, które niszczy pamięć historyczną – mówi Piotr Ciszewski, koordynator kampanii Historia Czerwona. – Nie widzę powodu, aby Danuta Siedzikówna „Inka” musiała mieć ulicę akurat w Warszawie. Nie była w żaden sposób związana z tym miastem, w odróżnieniu od zamordowanych działaczy robotniczych, którzy działali w Warszawie i którym Trzaskowski ulice chce zabrać – podsumowuje.

PiS obłaskawiony? Oczywiście nie

Co na to wszystko wojewoda z PiS, Zbigniew Sipiera? W pierwszej chwili ucieszył się („To potwierdza, że moje decyzje w sprawie zmian nazw ulic były potrzebne. Każdy ruch w tym kierunku jest dobry”), ale przy następnym pytaniu o to, czy będzie współpracować z warszawskim ratuszem, nabrał już wody w usta („muszę zapoznać się ze szczegółami”). Wojewoda oraz IPN muszą zaopiniować projekt zmian, zanim zajmą się nimi radni miejscy.
Także prawicowi politycy i publicyści nie dali się obłaskawić Trzaskowskiemu-antykomuniście. Nie przeproszą za oblanie go pomyjami w grudniu, gdy po wyroku NSA warszawscy drogowcy na nowo instalowali znienawidzone nazwy, a prezydent, z braku lepszych kandydatów, został naczelnym stołecznym komuchem. Portal Wpolityce triumfuje.
– Trzaskowski, wstydź się! – grzmi Niezależna. I oddawaj Aleję Kaczyńskiego, sugeruje niedwuznacznie. To akurat było do przewidzenia. Gorzej, że nawet gdyby Trzaskowski tak w końcu zrobił, i tak wszystko zostanie po staremu. PiS na polu historii będzie robił swoje. PO czasem mu się nieznacznie sprzeciwi, przekonując lewicowych wyborców, że muszą na nią głosować, bo przecież nie lubią IPN i nachalnej polityki historycznej. A część lewicy da się przekonać…

Przywrócić ulicę Stanisława Tołwińskiego!

„Wymazać tę szuję z pamięci” – krzyczał podczas swojego wystąpienia radny dzielnicy Żoliborz Ryszard Mazurkiewicz (PiS). Sytuacja miała miejsce w marcu 2018 roku. Dyskusja dotyczyła dekomunizacji lokalnych ulic. „Szują’, która według funkcjonariusza partii Kaczyńskiego nie zasługuje na szacunek i patronat, był Stanisław Tołwiński, prezydent Warszawy w latach 1945-50.

 

W 1996 roku do do Instytutu Yad Vashem zgłosił się Aleksander Dyszko-Wolski, inżynier budownictwa lądowego. 83-letni staruszek chciał przed śmiercią podzielić się historią, która sprawiła, że jego życie nie zakończyło się w latach czterdziestych. Historycy z Instytutu Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu wspominali, że opowiadał ją z łzami w oczach. Był rok 1943, a Dyszko-Wolski został rozpoznany jako Żyd przez szmalcowników na żoliborskiej ulicy Potockiej. Zginąłby niechybnie, gdyby nie mężczyzna, który znalazł się we właściwym miejscu o właściwej porze i wykupił przerażonego 30-latka z rąk szmalcowników. Za własne pieniądze. Tym mężczyzną był Stanisław Tołwiński. Podobnych świadectw spłynęło do Yad Vashem jeszcze kilkanaście. W większości były to wspomnienia zbiegów z getta, którym ówczesny dyrektor Społecznego Przedsiębiorstwa Budowlanego załatwiał pracę na budowach, co pozwoliło im przetrwać okres okupacji hitlerowskiej. Tołwiński był jednym z tych, którzy narażali własne życie, ratując tych, którzy zostali już skazani na zagładę. Aleksander Dyszko-Wolski zmarł w roku 1998. Rok przed śmiercią uczestniczył w uroczystości pośmiertnego nadania Stanisławowi Tołwińskiemu tytułu Sprawiedliwego wśród Narodów Świata.
Kiedy na początku lutego tego roku zobaczyłem, jak robotnicy z ZDM demontują tabliczki z nazwiskiem Tołwińskiego, pomyślałem sobie, że tym krajem rządzą wyjątkowej obrzydliwości moralne karły. Oburzenia nie kryli również mieszkańcy Żoliborza, w większości stateczni mieszczanie o poglądach konserwatywnych. „Swoje stanowisko prezydenta stolicy wykorzystał do odbudowy zniszczonego pożogą wojenną miasta, które kochał, dla którego pracował i żył” – wspominali swojego prezydenta w biuletynie Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, tej samej, którą Stanisław Tołwiński wraz z innymi członkami PPS zakładał w roku 1921. Kiedy żoliborska delegacja wręczała ostrą notę protestacyjną pisowskiemu wojewodzie Zdzisławowi Sipierze, ten kiwał głową ze zrozumieniem, po czym stwierdził, że jest tylko urzędnikiem wykonującym swoje obowiązki oraz polecenia IPN-u. W takich właśnie okolicznościach Stanisław Tołwiński, budowniczy Żoliborza, człowiek, który zarządzał podnoszeniem z wojennych gruzów stolicy naszej ojczyzny, oddany społecznik i człowiek wielkiej odwagi, został pozbawiony patronatu na osiedlu, które by nigdy nie powstało, gdyby nie jego zapał i pomysłowość.
Dlaczego, do cholery, komuś przeszkadza Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata? Komu zależy, by Polacy zapomnieli o wybitnym spółdzielcy? A może wyjaśnieniem nie jest wcale przynależność Tołwińskiego do PZPR czy jego udział w Rewolucji Październikowej? Dekomunizacja to zbrodnia popełniania na pamięci tych, którzy, jak Tołwiński, walczyli o Polskę równą i sprawiedliwą, ale również jaskrawo czytelna deklaracja ideologiczna obecnej władzy. Morawiecki bije pokłony przed mogiłami członków Brygady Świętokrzyskiej, która kolaborowała z III Rzeszą. Na białostockim osiedlu pojawiła się (całe szczęście na wiosnę ma zniknąć) ulica rzeźnika Litwinów i prawosławnych, niejakiego Łupaszki. W dziesiątkach polskich miast swoje miejsca kultu mają już inni bandyci przeklęci. Jestem skłonny postawić tezę, że opętani antykomunistyczną obsesją ludzie pokroju Jarosława Szarka czy wspomnianego Ryszarda Mazurkiewicza, nienawidzą Tołwińskiego właśnie dlatego, że dokonał rzeczy wielkich – dla Polski i Polaków. Zaślepione ideologicznym jadem szuje nie są w stanie przełknąć faktu, że „czerwony” nadal jest postacią cenioną i szanowaną.
Decyzja wojewody została zaskarżona do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Ten uchylił aż 47 wskazań inspektorów z IPN. Ostateczna decyzja będzie należeć do Naczelnego Sądu Administracyjnego, który ma rozpatrzyć sprawę w ciągu najbliższych tygodni. Decyzje tego organu w związku z wnioskami o przewrócenie starych patronów w innych miastach pozwalają mieć nadzieję na korzystne rozstrzygnięcie. W Poznaniu właśnie wróciła ulica 23 lutego, symbolizująca wyzwolenie miasta z rąk hitlerowskich okupantów. W Krakowie NSA nie wyraził zgody na dekomunizację ulic Józefa Marcika i Wincentego Danka. Szansa na wielki powrót Stanisława Tołwińskiego na Żoliborz jest więc całkiem realna. Mam nadzieję, że nie później jak wiosną przyszłego roku będzie miał przyjemność uczestniczyć jako ochotnik w wymianie tablic na stołecznych ulicach.
W czasach, gdy w marszu organizowanym przez faszystów maszeruje ogłupiona prawicową propagandą młodzież, postać Stanisława Tołwińskiego – antyfaszysty ratującego Żydów powinna być noszona na sztandarach i stawiana za wzór przez wszystkie organizacje postępowe.