Drużyna na medal

W rozegranym w sobotę konkursie drużynowym Letniej Grand Prix w Wiśle nowy trener polskiej reprezentacji Michal Doleżal miał powody do zadowolenia, bo jego podopieczni pokonali wyraźnie zespół Niemiec prowadzony od tego sezonu przez byłego selekcjonera biało-czerwonych, Austriaka Stefana Horngachera.

Pierwsze starty w nowym sezonie zawsze są wielką niewiadomą, ale na tegoroczną inaugurację Letniej Grand Prix kibice skoków narciarskich w Polsce czekali chyba z większym zainteresowaniem niż w kilku poprzednich latach. Ciekawiło ich jak wypadną nasi zawodnicy prowadzeni już przez nowego szkoleniowca, Czecha Michala Doleżala, który w marcu zastąpił na tym stanowisku Stefana Horngachera. Austriak jak powszechnie wiadomo po długich rozterkach ostatecznie wybrał pracę z reprezentacją Niemiec i właśnie konfrontacja jego zawodników z polskimi miała być hitem zmagań na skoczni imienia Adama Małysza w Wiśle.

Przed konkursem atmosferę podgrzał trochę prezes Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusz Tajner, pozwalając sobie na kilka krytycznych uwag pod adresem austriackiego szkoleniowca. A że przy okazji nie szczędził pochwał Doleżalowi, było jasne, że po zawodach nie obejdzie się bez porównań efektów pracy tych trenerów, do niedawna przecież pracujących wspólnie z polską kadrą.

Najbardziej miarodajnym sprawdzianem miał być sobotni konkurs drużynowy. Po piątkowych kwalifikacjach do niedzielnego turnieju indywidualnego trener Doleżal postanowił, że do żelaznego kwartetu naszych zawodników, czyli Kamila Stocha, Dawida Kubackiego i Piotra Żyły, dołączy skoczek z kadry B Aleksander Zniszczoł, który zaimponował dalekimi skokami.
Czeski szkoleniowiec nie popełnił kadrowej pomyłki, bo w polskim kwartecie nie zawiódł nikt. Najlepszy wynik uzyskał wyrastający na lidera naszej reprezentacji Kubacki, który skokami na odległość 131,5 oraz 128,5 m osiągnął najwyższą indywidualną notę w naszym zespole. Lepszy od niego był tylko rewelacyjny Rosjanin Jewgienij Klimow. W sobotę zdecydowanie dalej niż w piątkowych kwalifikacjach skakał Kamil Stoch. Szczególnie imponująca była druga próba trzykrotnego mistrza olimpijskiego, w której uzyskał aż 134,5 metra. W sumie obie próby zapewniły mu w „drużynówce” czwarty indywidualny wynik. Na Stochu większe wrażenie zrobiły jednak polski hymn odśpiewany przez polskich kibiców podczas dekoracji. „Śpiewać Mazurka Dąbrowskiego z tysiącami kibiców to niesamowite przeżycie, które nigdy się nie znudzi” – podkreślał lider naszej kadry.

Solidnie skakał też Piotr Żyła, który zaliczył 128 i 130 metrów i indywidualnie był szósty. Do swoich utytułowanych kolegów poziomem dostosował się też Zniszczoł. Jego skoki na odległość 125i 124,5 m też przyczynił się do triumfu biało-czerwonych, którzy wygrali konkurs drużynowy” z ogromna przewagą punktową nad drugą Słowenią i trzecią Norwegi. Dopiero na czwartej pozycji zawody ukończyli Niemcy, a za nimi uplasowali się Japończycy, Austriacy, Rosjanie i Czesi. Biało-czerwoni rzecz jasna objęli prowadzenie w klasyfikacji Pucharu Narodów LGP.

Niedzielny konkurs indywidualny zakończył się po zamknięciu wydania.

 

Koniec miłości do Stefana

Szef związku narciarskiego Apoloniusz Tajner w końcu szczerze przyznał, co sądzi o byłym trenerze kadry skoczków Stefanie Horngacherze. Prezes PZN stwierdził, że nie żałuje odejścia Austriaka.

W najbliższy weekend na skoczni w Wiśle odbędą się pierwsze zawody Letniej Grand Prix. W niedzielnym konkursie indywidualnym weźmie udział 12 naszych skoczków: Kamil Stoch, Dawid Kubacki, Maciej Kot, Piotr Żyła, Jakub Wolny, Stefan Hula, Paweł Wąsek, Klemens Murańka, Tomasz Pilch, Andrzej Stękała, Aleksander Zniszczoł i debiutujący w zawodach tej rangi Kacper Juroszek. Prezes Tajner jest optymistą w ocenie formy biało-czerwonych i zapewnia, że jest bardzo zadowolony z pracy wykonywanej przez obecnego szkoleniowca kadry, Czecha Michala Doleżala. Do tego stopnia, że pozwolił sobie nawet na publiczne wyrażenie kilku cierpkich uwag pod adresem poprzednika Doleżala, Stefana Horngachera, który wybrał pracę selekcjonera reprezentacji Niemiec. „W ogóle mi nie żal, że odszedł. Po zakończeniu zimowego sezonu nasi zawodnicy mieli trochę więcej wolnego. Po dwóch i pół roku pracy z Horngacherem troszeczkę zatem odpoczęli, bo przy nim nie było o tym mowy” – powiedział Tajner.

Sternik polskiego narciarstwa ujawnił przy okazji, że trener Doleżal od samego początku zamieszania z przedłużeniem kontraktu Horngachera z PZN był przygotowany i Zdecydowany na zajęcie miejsca austriackiego szkoleniowca. „Sytuacja ze Stefanem za bardzo się przeciągała. Wszyscy wiedzieliśmy, jak to się skończy, dlatego pozostał nam po tej sprawie niesmak” – podsumował prezes PZN.

Tajner chwali Doleżala za zmiany wprowadzone w pracy sztabów szkoleniowych wszystkich reprezentacji, ale dopiero wyniki konkursów w Wiśle zweryfikują jego opinie.

 

Koniec ery Horngachera

W Planicy nasi skoczkowie zwycięstwem w konkursie drużynowym przypieczętowali swój triumf w klasyfikacji generalnej Pucharu Narodów. Po niedzielnym konkursie indywidualnym Stefan Horngacher wreszcie ogłosił decyzję, której wszyscy się spodziewali. On wybrał pracę dla Niemców, a polską kadrę poprowadzi Czech Michal Doleżal.

Po trzech latach pracy z reprezentacją Polski trener Stefan Horngacher ogłosił, że nie przedłuży kontraktu z Polskim Związkiem Narciarskim i nie będzie już trenerem naszych skoczków. Od nowego sezonu austriacki szkoleniowiec będzie prowadził kadrę Niemiec. „Ogłaszam oficjalnie, że nie będę kontynuować pracy z polską kadrą. Chcę podziękować całemu zespołowi, moim współpracownikom, kolegom, zawodnikom, mojemu przyjacielowi Adamowi Małyszowi. Te trzy lata to był najlepszy okres w mojej karierze trenerskiej. Tym razem musiałem podjąć decyzję sercem, a ono jest w Niemczech, bo tam mam rodzinę i większe perspektywy na przyszłość. Na razie nie mogę powiedzieć nic na temat nowego kontraktu. Czekają mnie jeszcze spotkania i niemiecka strona wkrótce poda szczegóły. Zachowam jednak w pamięci wszystkie zdobyte medale i odniesione zwycięstwa z polskimi zawodnikami, zwłaszcza pierwsze w konkursie drużynowym w Klingenthal i to ostatnie, w sobotę w Planicy. Dziękuję bardzo wszystkim kibicom w Polsce za wieloletnia życzliwość” – powiedział na pożegnanie Horngacher.

Trzy lata spektakularnych sukcesów

Austriacki trener przejął kadrę Polski przed sezonem 2016-2017. Namówił go do tego Adam Małysz, który właśnie po czteroletniej przygodzie z rajdami samochodowymi wrócił na łono PZN w roli dyrektora sportowego. Była to ryzykowna decyzja, bo 46-letni wtedy Horngacher wcześniej nie prowadził samodzielnie żadnej kadry narodowej – był wyłącznie asystentem w Austrii i Niemczech. W sezonie 2004-2005 pracował w Polsce z zespołem B.

Nasz legendarny skoczek miał jednak nosa, bo zatrudnienie Horngachera okazało się jedną z najlepszych decyzji, jakie polski związek podjął w ostatnich latach. Już pierwszy rok jego pracy przyniósł fantastyczne wyniki. Na wysokim poziomie i na dodatek regularnie zaczęli skakać inni zawodnicy – Dawid Kubacki, Piotr Żyła, Maciej Kot, Stefan Hula i Jakub Wolny, dzięki czemu polskie skoki nie stały już tylko Stochem, a nasza reprezentacja zaczęli się liczyć także w rywalizacji drużynowej.
Biało-czerwoni dwa lata temu w Lahti po raz pierwszy w historii wywalczyli drużynowe mistrzostwo świata, a Piotr Żyła w nieudanym dla Kamila Stocha konkursie indywidualnym wywalczył brązowy medal na dużej skoczni. W ubiegłym roku w Pjongczangu po złoty medal olimpijski sięgnął Kamil Stoch, zaś z kolegami wywalczył brąz w konkursie drużynowym. Ponadto Stoch zdobył „Kryształową Kulę” za triumf w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, wygrał po raz drugi z rzędu Turniej Czterech Skoczni i triumfował w cyklu Raw Air.

W tegorocznych mistrzostwach świata w Seefeld mistrzem świata na małej skoczni został Dawid Kubacki, a Stoch zdobył srebrny medal. Pożegnalny sezon pod wodza Horngachera nasi skoczkowie kończą na pierwszym miejscu klasyfikacji Pucharu Narodów i trzema zawodnikami w pierwszej piątce klasyfikacji generalnej Pucharu Świata (trzeci jest Stoch, czwarty Żyła, a Kubacki piąty).

Doleżal obiecuje, że będzie lepiej

Nowy trener polskiej kadry Michal Doleżal był asystentem Horngachera od 2016 roku, a wcześniej prowadził czeską kadrę B. Nowy selekcjoner biało-czerwonych przyznał, że prowadził rozmowy z Polskim Związkiem Narciarskim na temat przejęcia funkcji pierwszego trenera już od mistrzostw świata w Seefeld. „Odczuwam ekscytację i dużą odpowiedzialność, ale nie boję się takich wyzwań, bo mam bardzo mocny sztab współpracowników i wszyscy będziemy pracować tak, jak dotąd pracowaliśmy, a może nawet jeszcze lepiej. Jeśli chodzi o przygotowanie motoryczne, to będziemy kontynuować to, co robiliśmy wcześniej. Nie możemy stać w miejscu i mam nadzieję, że zawodnicy to zaakceptują. Mamy pewne pomysły, ale najpierw muszę je omówić z profesorem Haraldem Pernitschem. Dla mnie to bardzo ważne, że zostaje z nami i jest bardzo zmotywowany do dalszej pracy z polską kadrą. W przyszłym tygodniu spotkamy się całą grupą i będziemy planować pracę przed nowym sezonem”. – powiedział Doleżal.

Puchar Świata:
1. Ryoyu Kobayashi (Japonia) – 2085 pkt
2. Stefan Kraft (Austria) – 1349
3. Kamil Stoch – 1288
4. Piotr Żyła – 1131
5. Dawid Kubacki – 988
6. Robert Johansson (Norwegia) – 974
7. Markus Eisenbichler (Niemcy) – 937
8. Johann A. Forfang (Norwegia) – 892
8. Timi Zajc (Słowenia) – 833
10. Karl Geiger (Niemcy) – 765

22. Jakub Wolny – 328
40. Stefan Hula – 69
47. Maciej Kot – 25
67. Paweł Wąsek – 4

Puchar Narodów:
1. Polska – 6083 pkt
2. Niemcy – 5650
3. Japonia – 4813
4. Austria – 4530
5. Norwegia – 3936
6. Słowenia – 3736
7. Szwajcaria – 1467
8. Czechy – 1056
9. Rosja – 867
10. Finlandia – 396
11. Bułgaria – 134
12. USA – 18
13. Kanada – 18
14. Estonia – 12
15. Włochy – 7.

Pożegnalne loty w Planicy

Stefan Horngacher w czwartek przed kwalifikacjami do piątkowego konkursu na mamuciej skoczni w Planicy oświadczył, że w niedzielę w końcu poinformuje, czy pozostanie na stanowisku trenera polskiej kadry.

Horngacher wyjaśnił, że nie chce swoimi sprawami rozpraszać kadrowiczów i dlatego ogłoszenie decyzji odłożył do niedzieli. W Planicy do żelaznej w tym sezonie piątki reprezentantów, czyli Kamila Stocha, Dawida Kubackiego, Piotra Żyły, Jakuba Wolnego i Stefana Huli, dołączył niespodziewanie „odstrzelony” z kadry przed mistrzostwami świata w Seefeld Maciej Kot. Biało-czerwoni na słoweńskiej skoczni nie mają wiele do zdobycia. Rywalizacja w Pucharze Świata została już rozstrzygnięta i wygrał już w cuglach Japończyk Ryoyu Kobayashi, a Kamil Stoch co najwyżej może się jeszcze pościgać z Austriakiem Stefanem Kraftem o drugie miejsce, które stracił na jego rzecz po nieudanym starcie w norweskim cyklu Raw Air.

Wprawdzie na mamuciej skoczni w Planicy zawodnicy też rywalizować będą w miniturnieju „Planica Seven”, w którym rok temu triumfował Stoch, lecz nasz trzykrotny mistrz olimpijski na koniec sezonu nie jest w formie dającej nadzieję na obronę tytułu. Nawiasem mówiąc w żadnej jego części w takiej formie nie był, bo przecież nie obronił tytułu w Turnieju Czterech Skoczni i Raw Air.

Faworytem do wygrania serialu siedmiu skoków ma mamuciej skoczni jest Ryoyu Kobayashi, który skokiem na odległość 248 m w cuglach wygrał czwartkowe kwalifikacje do piątkowego konkursu i został pierwszym liderem cyklu „Planica 7”. Z naszych skoczków najdalej poszybował Piotr Żyła, który uzyskał 247,5 m i ustanowił swój nowy życiowy rekord. Niestety, przy lądowaniu miał podpórkę i dostał słabe noty, przez co zajął dopiero 10. lokatę.

Drugie miejsce w kwalifikacjach zajął Niemiec Markus Eisenbichler, któremu, podobnie jak Kobayashiemu, udało się ustać lot na 248 m. Trzeci był Słoweniec Timi Zajc (239 m), czwarty Austriak Stefan Kraft (232 m), a piąty Słoweniec Domen Prevc (228 m). Dwie kolejne lokaty zajęli Stoch (224 m) i Kubacki (229 m). Z biało-czerwonych do piątkowego konkursu awansowali też Jakub Wolny (18. miejsce, 209 m) i przywrócony do kadry A Maciej Kot (31. miejsce, 215 m). Nie zakwalifikował się jedynie Stefan Hula, który zaliczył tylko 178,5 m i zajął 64. miejsce.

Stoch ma jeszcze szansę na zdobycie małej „Kryształowej Kuli” w klasyfikacji lotów narciarskich, zaś nasza reprezentacja jest o krok od triumfu w Pucharze Narodów. Biało-czerwoni mają zatem o co walczyć w Planicy.

 

Ryoyu Kobayashi pierwszy przy kasie

Najwięcej w tym sezonie zarobił triumfator Pucharu Świata Ryoyu Kobayashi – 228 733 franków szwajcarskich. Kamil Stoch na liście płac FIS z kwotą 144 600 franków jest trzeci.

Za turniej w Norwegii, który odbywał się na skoczniach w Oslo, Lillehammer, Trondheim i mamucie w Vikersund (cztery konkursy indywidualne i dwa drużynowe), Japończyk otrzymał nagrodę dodatkową w postaci 60 tysięcy euro. Wcześniej dodatkowym bonusem został nagrodzony za triumf w Turnieju Czterech Skoczni (20 tys. franków szwajcarskich). W rywalizacji PŚ zarobił ponadto 228 733 franków (około 869 tys. złotych). Drugie miejsce na liście płac zajmuje Austriak Stefan Kraft (177 800 franków). Kamil Stoch w 34 konkursach zarobił 144 600 franków (ok. 549 500 zł). Za nim na liście płac plasują się dwaj Polacy – Piotr Żyła (124 350 franków) i Dawid Kubacki (116 300 franków). Czołowa czwórka najlepiej zarabiających zawodników to także najlepsi skoczkowie w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.

Pozostali skoczkowie kadry Stefana Horngachera zarobili już znacznie mniej – Jakub Wolny zainkasował 43 400 franków premii (ok. 165 000 zł), Maciej Kot 6950 franków (ok. 26 500 zł), Stefan Hula 6900 franków (ok. 26 000), a Paweł Wąsek zaledwie 400 franków (ok. 1500 zł).

Międzynarodowa Federacja Narciarska (FIS) za pierwsze miejsce w konkursie indywidualnym wypłaca premię w wysokości 10 tys. franków szwajcarskich, za drugie osiem tysięcy, a za trzecie sześć tysięcy. Ostatnią, 30. lokatę w serii finałowej FIS wycenia na 100 franków. Triumf w drużynie to 7500 franków. Nie są to wygórowane stawki w porównaniu choćby z narciarstwem alpejskim. Za każde zwycięstwo na stoku FIS płaci 45 tys. franków szwajcarskich.

 

Stoch nawalił w drużynówce

W końcówce sezonu lider naszej kadry skoczków niespodziewanie obniżył poziom i jest daleki od formy prezentowanej w okresie poprzedzającym mistrzostwa świata w Seefeld, a nawet tej z austriackiego czempionatu, w którym zdobył indywidualnie srebrny medal na normalnej skoczni.

W norweskim cyklu zawodów Raw Air bronił trofeum wywalczonego przed rokiem, ale szybko stracił na to szansę, bo w Oslo był dopiero 13., w Trondheim 17., a w Lillehammer czwarty. W sobotę w Vikersund, gdzie Polacy rywalizowali w konkursie drużynowym, Stoch okazał się najsłabszym ogniwem w naszej reprezentacyjnej czwórce. Przed jego skokiem w pierwszej serii podopieczni Stefana Horngachera zajmowali drugą lokatę, z której spadli na szóstą. Niewiele lepiej poszło mu w serii finałowej. Piotr Żyła i Jakub Wolny ponownie oddali znakomite skoki, a swój kiepski wynik z pierwszej próby poprawił także Dawid Kubacki, dzięki czemu biało-czerwoni wywindowali się na trzecią pozycję. Niestety, nasz trzykrotny mistrz olimpijski znów się nie popisał i po jego słabiutkim skoku polski zespół spadł na czwarte miejsce. Po zawodach Stoch nie chciał rozmawiać z mediami i dopiero po jakimś czasie za pośrednictwem dziennikarza Eurosportu Kacpra Merka przeprosił za swoje zachowanie. „Mistrzem się jest, nie bywa. Kamil Stoch wrócił właśnie przeprosić kibiców, że nie jest w stanie dziś pogadać o swoich skokach. Prosił, żebyście nie byli źli” – przekazał Merk za pośrednictwem Twittera.

Jak zwykle w sytuacjach alarmowych do akcji wkroczył dyrektor sportowy PZN Adam Małysz. Nasz legendarny skoczek tak próbował tłumaczyć słabsze występy Stocha. „Nam wszystkim jest przykro. Kamil na pewno chciał skoczyć jak najlepiej. On się jednak trochę ostatnio pogubił i jego technika nie funkcjonuje jak należy. Dla takiego zawodnika jak on to trudna sytuacja. Wygląda na to, że Kamil chce w swoich skokach wszystko kontrolować i chyba to go blokuje. Nie ma luzu, który zawsze w nim był i przez to brakuje mu łatwości latania” – tłumaczy Małysz.

Stoch w pierwszej serii miał dopiero dziewiąty wynik w czwartej grupie, a w drugiej ósmy. To już, jak wyliczył serwis skijumping.pl, dziewiąty konkurs drużynowy, w którym słabsza postawa Stocha wpłynęła na wynik drużyny.
Z bardzo dobrej strony pokazał się za to Jakub Wolny, który podczas sobotniej „drużynówki” dwa razy bił swój rekord życiowy na mamuciej skoczni. Najlepszy w polskim zespole w konkursie drużynowym był jednak bezsprzecznie Piotr Żyła.

Przed niedzielnym konkursem indywidualnym (zakończył się po zamknięciu wydania) nasi skoczkowie nie liczyli się już w walce o triumf w cyklu Raw Air. W klasyfikacji generalnej najwyżej był Kubacki (szósty). Polacy mieli jednak o co walczyć w Pucharze Świata. Stoch o odzyskanie drugiej lokaty, a Żyła o miejsce na podium. Natomiast wszyscy nasi zawodnicy mieli za zadanie utrzymać topniejącą przewagę nad reprezentantami Niemiec w Pucharze Narodów. Biało-czerwoni prowadzili z dorobkiem 5289 pkt i mieli przewagę 370 pkt.

 

Raw Air nie dla Polaków

Rozegrany w minioną sobotę w ramach Raw Air konkurs drużynowy z powodu silnego wiatru został zakończony po pierwszej serii. Polski zespół stracił prowadzenie w ostatnim skoku, gdy Kamil Stoch awaryjnie wylądował na 112. metrze i ostatecznie zajął czwarte miejsce. Wygrała Norwegia, przed Japonią i Austrią. W niedzielnym konkursie indywidualnym Polacy wypadli jeszcze gorzej.

W zgodnej opinii ekspertów konkurs drużynowy nie powinien się odbyć. I na podparcie swojej opinii wskazują kolosalne różnice w odległości między rekordowym skokiem Roberta Johanssona na odległość 144 metrów i uzyskanie chwilę później przez Kamila Stocha ledwie 112 metrów. Warunki zmieniły się błyskawicznie i odebrały zwycięstwo polskiej drużynie dając je nieoczekiwane Norwegii. Ale ponieważ tydzień wcześniej Dawid Kubacki i Stoch w mistrzostwach świata w Seefeld zdobyli medale na normalnej skoczni, w naszej ekipie nikt nie kruszył z tego powodu kopii. Stoch winę za fatalny skok wziął na siebie i nie szukał usprawiedliwienia w podmuchach wiatru, chociaż dla niego była to podwójna „wtopa”, bo zawalił nie tylko konkurs drużynowy, ale też spadł na dalsze miejsce w klasyfikacji generalnej cyklu Raw Air, a w tej rywalizacji broni tytułu wywalczonego przed rokiem.

Wiatr, który pomógł Norwegom

Konkurs drużynowy zaczął się zgodnie z planem, ale od początku zapowiadało się, że zakończy się po pierwszej serii. Wiatr dyktował warunki. Jako pierwszy jego skutki odczuł skaczący w pierwszej grupie Karl Geiger. Reprezentant Niemiec jakimś cudem uniknął upadku i zdołał bezpiecznie wylądować, ale wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Drugą lokatę zajęli Polacy po dobrym skoku Piotra Żyła na odległość 122,5 m. Dużego pecha miał skaczący w drugiej grupie Jakub Wolny. Przed jego skokiem podmuchy wiatru ponownie się wzmogły i nasz zawodnik aż czterokrotnie był ściągany z belki startowej. W międzyczasie, ze względu na przedłużającą się przerwę, postanowiono, że tory najazdowe zostaną przetarte przez przedskoczka. Wolny ostatecznie otrzymał szansę dopiero za piątym razem. Skoczył 125 metrów, ale odjęto mu ponad 16 punktów za wiatr pod narty, przez co biało-czerwoni spadli na czwartą pozycję.

Upadkiem zakończyła się próba Mariusa Lindvika. Norweg dostał mocny podmuch pod narty i poszybował na odległość 135,5 metra, ale nie zdołał dobrze wylądować. Na szczęście wyszedł z upadku bez szwanku i szybko wstał o własnych siłach. Znacznie groźniej wyglądał upadek skaczącego zaledwie kilka minut później Stephana Leyhe. Niemiec spadł ze sporej wysokości i z dużą siłą uderzył o zeskok, wskutek czego rozbił sobie nos. Ta sytuacja nie wytrąciły z równowagi Dawida Kubackiego. Świeżo upieczony mistrz świata ze skoczni normalnej skoczył 133 metry, otrzymał wysokie noty za styl i wyprowadził polski zespół na prowadzenie z przewagą wynoszącą 15 punktów.

Przed startem ostatniej, czwartej grupy zawodników wiatr ponownie się wzmógł. Dobre warunki wykorzystał Robert Johansson, któremu podwiało pod narty i poniosło go na niebotyczną odległość 144 metrów. Norweg o trzy metry poprawił dotychczasowy rekord skoczni należący do Andreasa Koflera. Daleko skoczyli także Ryoyu Kobayashi (138,5 m) oraz Markus Eisenbichler (135 m). Kiedy na górze pozostał już tylko Kamil Stoch podmuchy ponownie zelżały i reprezentant Polski wylądował na 112. metrze, przez co biało-czerwoni ponownie spadli na czwarte miejsce. Na półmetku rywalizacji prowadzili Norwegowie, przed Japończykami oraz Austriakami i taka kolejność już nie uległa zmianie, bowiem jury podjęło decyzję o odwołaniu drugiej serii. Tak więc nasi skoczkowie w setnym konkursie drużynowym w historii Pucharu Świata zajęli ostatecznie czwartą lokatę, a za nimi uplasowali się Niemcy.

Na potknięciu polskiego trzykrotnego mistrza olimpijskiego skorzystał Johansson. Norweg po fenomenalnym skoku w drużynówce umocnił się na prowadzeniu w klasyfikacji generalnej Raw Air (w cyklu sumuje się wyniki wszystkich skoków, także kwalifikacji). Z naszych zawodników daleki skok na 133 m zapewnił awans Dawidowi Kubackiemu na piąte miejsce. Stoch natomiast spadł na 11. miejsce, „oczko” niżej od niego był Jakub Wolny, a Piotr Żyła po drużynówce zajmował 18. lokatę. Ta czwórka wystąpiła w biało-czerwonych barwach w sobotnich zawodach drużynowych z udziałem 10 zespołów.

Indywidualnie też im nie wyszło

Polscy kibice mieli nadzieje, że nasi skoczkowie odkują się w niedzielnym konkursie indywidualnym. W niedzielę na Holmenkollbakken panowały lepsze warunki do skakania niż dzień wcześniej, ale nie idealne. W pierwszej serii najlepiej z Polaków poradził sobie Kamil Stoch, który uzyskał 125,5 m i na półmetku konkursu zajmował szóste miejsce. Kubacki zaliczył 123 m i zajmował 14. lokatę, a Żyła po skoku na odległość 124 m był 16., a Jakub Wolny tuz za nim (124 m). Liderem na półmetku zawodów był Stefan Kraft, który skoczył 134 m i przed finałową kolejką o 6,9 punktu wyprzedzał Roberta Johanssona (127 m). Trzeci był Austriak Daniel Huber (132 m), a czwarty Japończyk Ryoyu Kobayashi (strata 0,1 pkt do Hubera). Stocha i Kobayashiego przedzielał Słoweniec Domen Prevc. W drugiej serii tylko Wolny skoczył przyzwoicie (124 m), ale dało mu to tylko 19. miejsce. Pozostali nasi zawodnicy zawiedli – Stoch zaliczył 117 m (13. miejsce), Kubacki 115 m (24. lokata), a Żyła ledwie 113,5 m (26. pozycja).

Ryoyu Kobayashi zajął piąte miejsce, ale zdobył wystarczająco dużo punktów, żeby przyklepać swój triumf w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. W klasyfikacji Raw Air na czele jest Johansson, a najlepszy z Polaków, Kamil Stoch, zajmuje 11. lokatę.

 

Chwała skoczkom

W zakończonych w niedzielę mistrzostwach świata w narciarstwie klasycznym w klasyfikacji medalowej triumfowała ekipa Norwegii, która zdobył aż 25 krążków, w tym 13 złotych. Polska z dorobkiem dwóch medali (złoto Dawida Kubackiego i srebro Kamila Stocha) zajęła czwarte miejsce.

Piątkowy konkurs na normalnej skoczni w Seefeld był ostatnią szansą Polaków na zdobycie medalu. Gwoli przypomnienia – na dużej skoczni w Insbrucku biało-czerwoni nie zdobyli żadnego trofeum. W konkursie indywidualnym najlepszy z nich Kamil Stoch był tylko piąty, a w „drużynówce” nasz zespół zajął czwarte miejsce. Nadzieje na medalowe zdobycze dawały jednak skoki treningowe i kwalifikacyjne na obiekcie w Seefeld. w czwartkowych kwalifikacjach Stoch był trzeci, a Kubacki czwarty. Z kolei na ostatnim treningu tuż przed zawodami Stoch osiągnął najlepszy wynik (104,5 m), Stefan Hula (100 m) był dziewiąty, Dawid Kubacki trzynasty, a Piotr Żyła skoczył dokładnie tyle samo co Kubacki (98 m), ale w znacznie korzystniejszych warunkach i dało mu to 21. pozycję.

Śnieg i wiatr pomieszały szyki

Casino Arena w Seefeld jest skocznią o punkcie K zlokalizowanym na 99. metrze. Jej aktualnym rekordzistą jest Marjan Jelenko ze Słowenii, który w 2010 roku skoczył tu 114,5 metra. Uwagę zwraca przede wszystkim rozmiar austriackiej skoczni. Dla porównania obiekt normalny, na którym rozgrywano konkurs mistrzostw świata przed dwoma laty w Lahti, punkt K ma umiejscowiony na 90. metrze, zaś jego wielkość zmierzono na 100 metrów. Identycznymi parametrami co do rozmiaru, charakteryzuje się też skocznia w Falun, gdzie zawodnicy przystąpili do wyścigu o tytuł mistrza świata w 2015 roku. W Seefeld mogliśmy więc oglądać wyjątkowo dalekie skoki jak na obiekt tej kategorii, ale nie pozwoliła na to wyjątkowo kapryśna aura.
Obfite opady śniegu wywróciły jednak do góry nogami hierarchię i skaczący na końcu najmocniejsi w stawce zawodnicy, w tym trójka Polaków – Stoch, Dawid Kubacki i Piotr Żyła – w fatalnych warunkach osiągała wyniki gorsze od startujących na początku w lepszych warunkach słabeuszy. Kubacki po pierwszej serii zajmował dopiero 27. miejsce, Stoch 18. Na niewiele zdawało się trzykrotne podnoszenie belki. Poza tym zmienił się gwałtownie kierunek wiatru. Gdy najlepsi Polacy oddawali swe skoki w I serii, zaczęło wiać z tyłu. „System nas rozłożył po raz kolejny. Patrząc na warunki, nasi praktycznie nie mieli szans. Chłopcy opowiadali, że trzymało ich na rozbiegu tak mocno, że to aż niewiarygodne. Na dodatek, zmienił się wiatr z przedniego na tylny i nie mieli z czego odlecieć. Pokazał to zresztą Geiger, który również był bezradny” – stwierdził wyraźnie wzburzony przebiegiem rywalizacji Adam Małysz.

Los nagrodził pokrzywdzonych
Ale w serii finałowej los nagle uśmiechnął się do pokrzywdzonych i wszystko się przewróciło do góry nogami. Kubacki z 27. miejsca awansował na pierwsze, a Stoch z 18. na drugie. Trzecie miejsce na podium zajął Austriak Stefan Kraft. Nic dziwnego, że po takich rozstrzygnięciach głębokie oburzenie zaczęli objawiać Niemcy, a burczeli nawet powściągliwi zwykle Japończycy, co nie dziwi, bo Ryoyu Kobayashi z pierwszego miejsca po pierwszej serii zleciał do drugiej dziesiątki. „Dla mnie to było niemożliwe, żeby pokonać tyle miejsc i zostać mistrzem świata. Te zawody były bardzo dziwne. Nigdy wcześnie nie widziałem czegoś takiego. Fatalna pierwsza seria, wydawało się, że nie mamy szans w drugiej, tymczasem wszystko się odwróciło. Wielkie gratulacje dla naszych zawodników” – powiedział po zawodach wyraźnie zadowolony trener naszej kadry Stefan Horngacher. Austriak nie omieszkał jednak dodać, że takich loteryjnych konkursów nikt nie potrzebuje, a przecież zawody można było przenieść na niedzielę. ”Pierwsza seria była niesprawiedliwa dla nas, druga dla Geigera, Kobayashiego i innych skoczków. Zawody były przez to nie fair” – przyznał austriacki szkoleniowiec.
Co kombinuje Horngacher?
W sobotę Stoch i Kubacki wystartowali raz jeszcze, w konkursie drużyn mieszanych. Obok świeżo upieczonych mistrza i wicemistrza świata w polskiej drużynie, która po raz pierwszy wzięła udział w zawodach tej rangi, znalazły się 17-letnia Kamila Karpiel i rok od niej starsza Kinga Rajda. Po pierwszej serii skoków biało-czerwoni, głównie rzecz jasna za sprawą znakomicie i daleko skaczących Kubackiego i Stocha, zajmowali sensacyjne trzecie miejsce, ale ostatecznie wywalczyli znakomite szóste miejsce (na trzynaście startujących w zawodach ekip). Dzięki temu nasze młode skoczkinie otrzymają za zdobycie punktowanego miejsca w mistrzostwach świata stypendium i będą miały lepsze warunki do treningów. Kto wie, może w następnym czempionacie nasza drużyna będzie już w stanie powalczyć o medale. A w Seefeld złoty medal zdobyła reprezentacja Niemiec, srebrny Austriacy, a brązowy medal Norwegowie.

Przyzwoity wynik uzyskał też w rywalizacji drużynowej nasza drużyna kombinatorów norweskich w składzie: Adam Cieślar, Paweł Twardosz, Paweł Słowiok i Szczepan Kupczak, która zajęła ósme miejsce. Wygrali Norwegowie, przed Niemcami i Austriakami. Nasi zawodnicy nie kryli jednak radości, bo rok temu w olimpijskim starcie w Pjongczangu zajęli dziewiąte miejsce. Do ósmego, które zapewnia prawa do stypendium, zabrakło im niespełna 11 sekund. Dla nich głównym celem w austriacki czempionacie było właśnie ósme miejsce. Ciekawe, czy mając już stypendium poprawią ten wynik.

A polscy kibice wciąż czekają na informację, co dalej z Horngacherem. Mimo zapowiedzi austriacki trener po mistrzostwach nie zdradził swoich planów na przyszłość.

 

Skoczkowie bez medalu

W sobotnim konkursie indywidualnym nasi reprezentanci wypadli poniżej oczekiwań. Najlepszy z nich, Kamil Stoch, zajął dopiero piąte miejsce. Niedzielny konkurs drużynowy miał poprawić nam humory. Nie poprawił. Biało-czerwoni zajęli dopiero czwartą lokatę.

Znakomita postawa naszych skoczków w Pucharze Świata dawała mocne podstawy do snucia medalowych planów w tegorocznych mistrzostwach świata w Seefeld. Dla kibiców sportów zimowych było oczywiste, że jeśli w Austrii biało-czerwoni wywalczą jakiś krążek, to zrobią to wyłącznie skoczkowie. W biegach narciarskich i kombinacji norweskiej nie było na to żadnych szans, chociaż w sztafecie drużynowej swój start zapowiedziała Justyna Kowalczyk.

Starczyło sił na 10. miejsce

W niedzielny poranek odbyła się rywalizacja w sprincie drużynowym. Dla Justyny Kowalczyk udział w tych zawodach był powrotem do zmagań z najlepszymi zawodniczkami na świecie ze sportowej emerytury. Jej partnerką była utalentowana juniorka Monika Skinder. W pierwszym biegu na liście startowej znalazły się reprezentantki Norwegii, Szwecji, Finlandii, Niemiec, Włoch, Kanady, Kazachstanu, Słowacji i Wielkiej Brytanii. W drugim biegu półfinałowym oprócz reprezentantek Polski na liście startowej znalazły się Amerykanki, Rosjanki, Szwajcarki, Słowenki, Białorusinki, Ukrainki, Czeszki, Chinki i Tajki.

Na pierwszej zmianie pobiegła Kowalczyk. Najbardziej utytułowana polska biegaczka w historii wyprowadziła nasz zespół na prowadzenie. Skinder na drugiej zmianie przybiegła już jednak jako trzecia, ale jej strata do najlepszych nie była jeszcze dużą. Biegnąca na piątej zmianie Kowalczyk utrzymała piątą lokatę, a Skinder powtórzyła wyczyn swojej trenerki i tak oto Polki awansowały do finału. Z przedostatnim czasem w dziesięciozespołowej stawce, więc nikt na medale nie liczył. Nawet nasza „Królowa zimy” uczciwie przyznawała, że będzie zachwycona jeśli wywalczą ósma lokatę.

Ostatecznie w finale sprintu drużynowego techniką klasyczną Kowalczyk i Skinder zajęły ostatnie, dziesiąte. Po fantastycznym finiszu wygrały Szwedki (Stina Nilsson, Maja Dahlqvist), przed Słowenkami (Katja Visnar, Anamarija Lampic) i Norweżkami (Ingvild Flugstad Oestberg, Maiken Caspersen Falla). Kolejne miejsca zajęły Rosjanki, Amerykanki, Niemki, Finki, Szwajcarki i Białorusinki. Biegnąca na ostatniej zmianie 18-letnia Skinder minęła linię mety z ogromną stratą nawet do przedostatnich Białorusinek, ale biorąc pod uwagę, że dla niej był to pierwszy finał mistrzostw świata, to już samo miejsce wśród najlepszych duetów można uznać za sukces. Naszym biegaczom, Dominik owi Buremu i Maciejowi Starędze, nie udało się nawet przebrnąć do półfinału. Sprint drużynowy mężczyzn wygrali Finowie Emil Iversen i Johannes Hoesflot Klaebo. Na podium stanęli jeszcze Rosjanie i Włosi.

Cała nadzieja w skoczkach

Nic zatem dziwnego, że fani sportów zimowych z niecierpliwością czekali na zaplanowany na niedzielne popołudnie konkurs drużynowy w skokach narciarskich. Ale i z uzasadnionym niepokojem, bowiem dzień wcześniej nasi skoczkowie nie zachwycili w konkursie indywidualnym na dużej skoczni. Mistrzostwo świata na tym obiekcie wywalczył Markus Eisenbichler. Niemiec, który był drugi po pierwszej serii, wyprzedził swojego rodaka Karla Geigera oraz rewelacyjnie skaczącego ostatnio Szwajcara Killiana Peiera. Kamil Stoch zdołał awansować o dwa miejsca, ale ostatecznie zajął piątą lokatę. Po wnikliwej analizie pojawiły się jednak wątpliwości, czy sędziowie nie skrzywdzili trzykrotnego mistrza olimpijskiego, odbierając mu przy pomiarze odległości półtora metra oraz przy wyliczaniu współczynników za wiatr. Gdyby skoki naszego najlepszego skoczka oceniono rzetelnie, mógłby wywalczyć nawet srebrny medal. Podobne pretensje mógł mieć też lider Pucharu Świata Japończyk Ryoyu Kobayashi, którego też jurorzy skrzywdzili w ocenach.

Pozostali polscy skoczkowie nawet nie zbliżyli się do podium. Dawid Kubacki był 12., Piotr Żyła zajął odległą 19. lokatę, a Jakub Wolny nie zakwalifikował się nawet do serii finałowej i zakończył rywalizację na 40. miejscu. Słaby występ kosztował go utratę miejsce w kadrze na niedzielny konkurs drużynowy. Wolnego zastąpił Stefan Hula. Jak się później okazało nie była to fortunna zmiana. Dwa lata temu w Lahti mistrzostwo świata na dużej skoczni zdobył Austriak Stefan Kraft przed Niemcem Andreasem Wellingerem, a Piotr Żyła wywalczył brązowy medal. W tym roku w Seefeld żaden z nich nie powtórzył tych wyników.

Pół drużyny zawiodło

Dla polskich kibiców niepokojące było także to, że po zsumowaniu wyników w konkursie indywidualnym nasz kwartet nie zmieścił się jako drużyna w czołowej trójce, a to nie była dobra wiadomość przed niedzielnym konkursem drużynowym. Już po pierwszej serii stało się jasne, że biało-czerwoni nie obronią mistrzowskiego tytułu zdobytego dwa lata temu w Lahti. Skaczący poprawnie, ale znacznie poniżej swoich możliwości oraz słabiej na tle najlepszych rywali Dawid Kubacki i Kamil Stoch nie byli w stanie nadrobić strat w punktacji, jakie poczynili startujący na dwóch pierwszych zmianach Piotr Żyła i zwłaszcza Stefan Hula. Przed drugą serią nasza drużyna zajmowała dopiero czwarte miejsce, a na domiar złego Żyła zaliczył jeszcze słabszy skok niż w pierwszej próbie, a Hula poprawił się tylko nieznacznie. Kubacki i Stoch mogli już powalczyć jedynie o brązowy medal z Japończykami, bo Niemcy i Austriacy byli już poza zasięgiem. Niestety, 126,5 m Kubackiego i 122,5 m Stocha starczyły na utrzymanie tylko 4. miejsca. Kiedyś byłby to sukces, dzisiaj taki wynik to klęska.

 

Stoch oszczędzał siły w Willingen

Nasi skoczkowie w Willingen po raz piąty w historii wygrali konkurs drużynowy w Pucharze Świata. Sukces jest tym bardziej cenny, że były to ostatnie takie zawody przed zbliżającymi się mistrzostwami świata w Seefeld. Trener Stefan Horngacher wystawił do walki kwartet w składzie: Piotr Żyła, Jakub Wolny, Dawid Kubacki oraz Kamil Stoch. Polacy wygrali rywalizację w spektakularnym stylu.

Dość powiedzieć, że trzy pierwsze miejsca w nieoficjalnej klasyfikacji indywidualnej zajęli nasi zawodnicy. Dla polskich kibiców sensacją była postawa Jakuba Wolnego, który w poprzednim konkursie drużynowym, w Lahti, był najsłabszym ogniwem drużyny, a w Willingen okazał się najlepszy. Najmłodszy skoczek w polskiej kadrze oddał dwa dalekie skoki, lądując w obu seriach poza granicą 140 metra – w pierwszej uzyskał odległość 140,5 m, a w drugiej 141,5 m, co w sumie dało mu 256,3 pkt. W nieoficjalnej klasyfikacji indywidualnej o 8,6 pkt wyprzedził drugiego Piotra Żyłę (247,7 pkt), który z kolei mógł pochwalić się najdłuższym skokiem w tych zawodach, szybując w pierwszej serii na odległość aż 146 metrów.

W drugiej zaprezentował się nieco słabiej (129 m), ale w sumie okazał się nieznacznie lepszy od trzeciego w naszej ekipie i całej nieoficjalnej klasyfikacji indywidualnej Kamila Stocha (132 i 133 m, 247,3 pkt). Najsłabszy w polskim kwartecie Dawid Kubacki został sklasyfikowany na dziesiątym miejscu (120,5 m i 135 m, 228 pkt). Te wyniki złożyły się rzecz jasna na miażdżące zwycięstwo biało-czerwonych w „drużynówce” – podopieczni Stefana Horngachera wyprzedzili drugich w klasyfikacji Niemców aż o 79,2 pkt. Trzecie miejsce drużynowo zajęli Słoweńcy.

Walka o triumf w Willingen Five

Po „drużynówce” skoczkowie od razu przystąpili do kwalifikacji do sobotniego konkursu indywidualnego. Tej rywalizacji nikt nie odpuszczał, bo wyniki kwalifikacji zaliczane były do końcowej punktacji Willingen Five, w której na zwycięzcę czekała premia specjalna w wysokości 25 tys. euro. Kwalifikacje wygrał Niemiec Markus Eisenbichler (146 m) i to on został pierwszym liderem Willingen Five. Najdłuższy skok oddał jednak Piotr Żyła (147 m), co dało mu drugie miejsce. Maciej Kot, który nie startował w konkursie drużynowym, nie zdołał nawet dolecieć do punktu K, który na Muehlenkopfschanze wynosi 130 m, lądując osiem metrów bliżej, ale tyle na szczęście wystarczyło, aby zakwalifikować się do konkursu. Znacznie dalej poleciał Stefan Hula, który przebił Kota o 13 metrów, co dało mu 28. pozycję po zakończeniu kwalifikacji. Kot został sklasyfikowany 15 lokat niżej. Jakub Wolny po świetnym konkursie drużynowym zaliczył odległość 138 m i po swojej próbie prowadził z wysoka notą 144,2 pkt. Wolny ostatecznie uplasował się na 11. miejscu. Dawid Kubacki znów nie zachwycił, podobnie jak w konkursie drużynowym, w którym nieco odstawał od swoich kolegów z reprezentacji. Skoczył tylko 128,5 metra i został sklasyfikowany na 17. miejscu. Chwilę później szybował Piotr Żyła, ale chociaż skoczył najdalej ze wszystkich, to dostał 3,4 pkt mniej od Eisenbichlera zajął druga lokatę. Trzecie miejsce wywalczył Stefan Kraft (145 m). Kamil Stoch zaliczył 135 m i zajął dopiero 9. pozycję. Ale już w sobotę nasz trzykrotny mistrz olimpijski dał pokaz mocy.

W pierwszej próbie zaliczył 144,5 m i objął prowadzenie wyprzedzając Ryoyu Kobayashiego, tyle samo przy gorszych warunkach uzyskał też w drugiej serii. Na zwycięstwo punktów nie starczyło, bo szczęście i pogoda były tego dnia po stronie Niemca Karla Geigera, któremu w finale tak powiało, że poszybował na odległość 150,5 metra.

Polacy kontra Ryoyu Kobayashi

Stoch musiał zatem zadowolić się drugą lokatą, ale mógł być zadowolony, bo w takich samych warunkach jak on skakał też Ryoyu Kobayashi i przegrał, zajmując trzecie miejsce. Dwie kolejne lokaty zajeli Polacy – czwarty był Piotr Żyła, a piąty Dawid Kubacki. Zawiódł Jakub Wolny, który nie poradził sobie z mocnym wiatrem w plecy i doleciał tylko do do 126. metra, co starczyło na zajęcie 33. miejsca i oznaczało brak miejsce w drugiej serii. Jego los podzielił też lider Willingen Five Markus Eisenbichler. Niemiec uzyskał tylko 125 metrów i zajął dopiero 36. miejsce, tuż przed Maciejem Kotem, który był 37. z wynikiem 125 metrów. Obaj oczywiście nie zakwalifikowali sie, ale niemiecki skoczek stracvił szanse na zdobycie 25 tys. euro.
Po trzech z pięciu skoków w 2. edycji Willingen Five liderem nowym liderem został Karl Geiger. Niemiec o 1,9 punktu wyprzedzał Japończyka Ryoyu Kobayashiego oraz o 6,4 pkt trzeciego w zestawieniu Piotra Żyłę. Kamil Stoch ze stratą 10,1 pkt do lidera był czwarty. Ale przed skoczkami były jeszcze dwa skoki w niedzielnym konkursie indywidualnym.

Zaczęło się znakomicie, bo po pierwszej serii mieliśmy w pierwszej trójce dwóch naszych skoczków, a Kubacki był czwarty. Piotr Żyła zajmował drugie miejsce, Kamil Stoch był trzeci, a Dawid Kubacki czwarty. Biało-czerwonych wyprzedził jedynie lider klasyfikacji generalnej Pucharu Świata Ryoyu Kobayashi, który oddał najdłuższy skok – 146 m.

W drugiej serii do rywalizacji polsko-japońskiej wtrącili się Niemcy. Czołowa szóstka na koniec prezentowała się tak: Kobayashi, Eisenbichler, Żyła, Freitag, Kubacki, Geiger, Stoch. Willingen Five i 25 tys. euro wygrał Kobayashi. Teraz czas na rewanż w mistrzostwach świata.