Posłowie o sponsoringu spółek skarbu państwa

Podczas odbytego w środę posiedzenia Sejmowej Komisji Kultury Fizycznej, Sportu i Turystyki podano, że spółki Skarbu Państwa w tym roku wydadzą na sponsoring sportowy ponad 200 milionów złotych.

Informację tę potwierdził sekretarz stanu w Ministerstwie Aktywów Państwowych Artur Soboń. To wsparcie finansowe kierowane jest do dużych i małych związków sportowych oraz bezpośrednio do wybranych klubów. „Firmy mierzą ekwiwalent reklamowy i marketingowy, po określeniu jego wartości podejmują decyzje finansowe. Gdy są to dane wrażliwe, ich ujawnienie nie jest możliwe, gdy jest inaczej, te wydatki znajdują się w rocznych sprawozdaniach” – stwierdził Soboń.
Umowy sponsoringowe mają na celu m.in. nie tylko wsparcie sportu olimpijskiego, ale także np. akcji społecznych o zasięgu ogólnopolskim, jak choćby kampanii szczepionkowej, w której brali udział znani sportowcy. Sponsoring ma jednak pewne określone ramy, których się nie przekracza. Spółki Skarbu Państwa obowiązuje m.in. kodeks spółek handlowych, lecz ich prezesi mają pełną autonomię w wyborze dyscypliny czy zawodników, których chcą sponsorować.
Przedstawiciele opozycji w sejmowej komisji mieli jednak sporo zastrzeżeń. Małgorzata Niemczyk (KO) powiedziała, że spodziewała się innego przebiegu obrad, bo oczekiwała m.in. na szczegółowe dane finansowe dotyczące tego, kto, ile i dla kogo przeznaczył pieniądze z tytułu sponsoringu. I zaproponowała, żeby przerwać obrady komisji i wyznaczyć nowy termin, gdy resort takie dane przygotuje. Jej wniosek poparł Bogusław Wontor (Lewica). Z kolei Jakub Rutnicki (KO) powiedział, że resort powinien przygotować klarowną strategię dotyczącą sponsoringu sportowego, której w tej chwili nie ma i przez to zdarza się, że środki na te cele są wydawane zbyt lekką ręką. I jako przykład podał finansowanie przez PKN Orlen zespołu Formuły 1 Alfa Romeo Racing oraz wszelkich startów Roberta Kubicy. „Te 100 mln złotych rocznie można efektywniej wydać na koszykówkę, piłkę ręczną czy pływanie” – twierdzi Rutnicki.

Trynkiewicz a sprawa polska

Dawno już straciłem nadzieję, że to przeminie. Nie mam ochoty, żeby wyć z bezsilności. Czuję, że przekroczyłem granicę. Że za nią jest już tylko żywy bunt, wieńczony wściekłością. Chce mi się gryźć; chcę wyjść na ulicę, pozbierać kamienie z trotuaru i ciskać nimi w okna urzędów; w okna premiera i prezesa, żeby pokazać, co zrobili mi z życiem. Mi i mi podobnym. I chcę, żeby było nas wielu. Żeby był nas legion. Wściekłych i gotowych, żeby pójść się bić, bo wybiła już dla nas, pogrobowców po covidzie, godzina ostatnia.

Minął rok od kiedy trzyma się mnie i moich rodaków pod kluczem. W międzyczasie zmienił się minister zdrowia, minister finansów, prawie zmienił się koalicjant, ale w kwestii pomysłu na uwolnienie nas od zarazy, nic się nie zmieniło. Im w społeczeństwie bardziej przyrasta zachrowań, tym rząd bardziej chce obywatela więzić, przerzucając odpowiedzialność za własną inercję na prosty lud. Być może ma to swój ukryty cel, prócz bezmyślności rzecz jasna, bo tej Morawieckiemu odmówić nie sposób. Ostatnio mój znajomy, rozeznany w biznesach różnej maści, zaryzykował tezę, że te działania rządów światowych, w tym polskiego, które w konsekwencji będą skutkowały bankructwem małych i średnich przedsiębiorców, obliczone są na to, aby ostatecznie, na rynku pozostały wielkie koncerny i korporacje oraz własność państwowa, która za bezcen, wykupi prywaciarzy. A cała reszta, która splajtuje jako drobnica, od knajp z wyszynkiem po warzywniak, jest bardzo łatwa do otworzenia. Za te zwłoki zabiorą się znajomi i krewni możnych, bo rodzina polityka nie może być wszak sekowana tylko dlatego, że jest jego rodziną. Tymczasem państwowy Orlen kupił już sobie Ruch i wkładkę prasową od Niemca do kiosków, żeby móc co w kioskach sprzedawać. My, wszyscy konsumenci prasy i spirytualiów, czekamy z utęsknieniem dnia, kiedy, tak jak w Czechach, oprócz codziennej prasy będzie można w kiosku nabyć małpki z codzienną porcją wódki, w sam raz pod lekturę. Ledwie się zamknęła trumna po regionalnych dziennikach, słychać już, że do przejęcia branży fitness sposobi się PZU. Jak wiemy, i Orlen i PZU, to spółki skarbu państwa, uszyte pod wymiar politycznego dysponenta. Innymi słowy, jeśli nos do interesów mojego przyjaciela okazałby się jak zwykle niezawodny, szykuje się nam magnacki dwór, skrojony na miarę oligarchicznej Rosji, gdzie całe połacie biznesu uzależnione są od klanów, a te wiszą na pasku władzy i jej dobrego humoru. Poza tym zostało jeszcze kilka większych branż do przejęcia, jak choćby hotelarska czy eventowa. Nie zdziwiłbym się, gdyby w ramach ratowania majątku przed zatraceniem, łapę na noclegach położyło np. KGHM, a za imprezy zabrałby się Polski Cukier, którego w cukrze i tak jest tyle, co kot napłakał.

Czekam dnia; czekam nocy; czekam godziny, kiedy Narodowi przestanie to wszystko już wystarczać; te puste zapewnienia; frazesy; że walczymy, staramy się, że mamy plan. Czekam czasów, kiedy ludzie wyjdą z pochodniami na ulice i zaświecą nimi w oczy wszystkim służbom i politykom. Przecież na kilometr widać, że nie ma w działaniu naszych rządzących grama pomysłu na to, co zrobić z zarazą. Jedyne co ten rząd potrafi, to zamykać ludzi w domach. Wyłączać kolejne gałęzie handlu, usług i użyteczności publicznej, bo być może coś to da, ale żaden z mądrych nie powie ludziom na głos, że tu nikt nie wie, jak i co robić. Działa się po uważaniu i po omacku. Na co więc mi takie Państwo, które chce mnie tylko trzymać pod kluczem, jak złodzieja, chociaż nic nie zawiniłem; wolę już, żeby sczezło; żeby Parlament zapłonął żywym ogniem, bo mniejsza będzie z tej pożogi starta, niźli z darmozjadów w rządowych ławach.
Czytałem niedawno wywiad z jednym z lekarzy, takim z tytułami, który pozostaje w kontrze do Horbana i reszty, nakazującej izolację totalną. Lekarz ów, sensownie zauważa, że skoro 5 proc. społeczeństwa ma kłopot a 95 nie, to gdzie sens, równać wszystko do wspólnego, lokdałnowego mianownika. Był czas, żeby przemyśleć działania, tak jak np. Tajwan czy Korea płd. gdzie apki w telefonach namierzały chorych i izolowały ich kontakty. Dziś mają tam względny spokój, bo stosowali nowoczesność w domu i zagrodzie, a nie łopatologię i urawniłowkę. U nas oczywiście, też był na to czas, ale po raz enty okazało się, że jesteśmy Państwem Superteoretycznym. Nic u nas nie zadziała, bo wszystko opiera się na słomie wyciągniętej z onuc i braku kompetencji, zaklajstrowanej łapówkami i tzw. dobrym piarem. Teraz zostają nam już tylko sczepienia i to, co lubimy i umiemy robić najlepiej na świecie; modlitwa do Dobrego Boga o zmiłowanie, a do Matki Przenajświętszej o przebłaganie win.
Ten, kto chciał Polskę zmieniać, czy to z prawa, czy z prawej jeszcze bardziej, nie miał, od czasów wejścia naszego kraju do Unii Europejskiej, ani pomysłu, ani ludzi, żeby zdobyć się na coś więcej, niż administrowanie masą upadłościową. Kiedy cywilizowany świat myślał o odnawialnych źródłach energii, inwestował w Dolinę Krzemową i start-upy albo budował koalicje z mocniejszymi od siebie, my zajmowaliśmy się tupolewem albo Przemysławem Trynkiewiczem. Tak właśnie, to tupolew i Trynkiewicz powinny być na naszym godle, a nie to umęczone ptaszysko. Spalić ich dwory, spopielić księstewka, przegonić warcholstwo, a na ich miejsce, za kasę którą im skonfiskujemy, zatrudnić Tajów i Koreańczyków. Z nas to już nic dobrego nie będzie. Oprócz nawozu.

Mydlana reakcja łańcuchowa

Politycy lewicy domagają się, by prezes Obajtek pokazał swoje oświadczenie majątkowe. Trochę to bez sensu. Gdyby przyjrzeli się z grubsza drodze zawodowej prezesa, to by dali sobie spokój z takim apelem.

Prezes od początku swojej kariery zawodowej upodobał sobie tzw. szarą strefę w gospodarce i dlatego dzisiaj sam nie wie ile czego ma. Prowadzenie takiej działalności utrudnia rzetelne księgowanie. Dochody niewiadomego pochodzenia, transakcje w rodzinie i ze znajomymi, darowizny, dzierżawy, chwilowe zmiany właścicieli, przekazywanie pieniędzy z ręki do ręki, ciche spółki, omijanie urzędów skarbowych, itp. Oczywiście były też operacje legalne, u notariusza, ale pieniądze też często były niewiadomego pochodzenia. Aż dziw bierze, że urzędy skarbowe nie miały o tym wiedzy, choć wiadomo, że PiS bardzo się chwali ich skutecznością.

Te, zainwestowane w szarej strefie pieniądze rodzą kolejne nieopodatkowane kwoty. Trafiają one do prezesa w postaci ruloników pieniędzy przewiązanych gumką-recepturką albo w kopertach. Prezes, człowiek zabiegany, rzuca w pospiechu tę kopertę na tylne siedzenie samochodu. Na drugi dzień nie pamięta co to za pieniądze. Kupuje kolejną działkę, czy pensjonat. Logicznym ciągiem tych inwestycji są kolejne koperty. Bo prezes choć nie wie ile czego ma, to dryg do interesów ma wybitny. Od nadmiaru może rozboleć głowa. Oczywiście prezes dostaje też na konto duże kwoty z Orlenu, ale one mieszają się z pieniędzmi kopertowymi i powstaje jeszcze większy galimatias. Tam mi się przynajmniej wydaje. Należy mieć nadzieję, że w Orlenie jednak jest to robione porządniej. Dlatego politycy lewicy żądają od prezesa niemożliwego, zamiast umacniać formację.

Premier broni prezesa

Premier Morawiecki bronił dobrego imienia prezesa Obajtka. Zapewnił on publicznie, że prezes Obajtek to dobry człowiek, a wrogie narodowi chcą go tej opinii pozbawić. Pewnie dlatego, że prezes postanowił zrobić z Orlenu potęgę, a wrogowie Polski są temu przeciwni. Premier nikogo nie wskazał, ale wiadomo przecież o kogo chodzi. Premier przy tym był bardzo poważny, ale w duchu cieszy sięł, bo ubył mu rywal do premierowskiego fotela.

A przecież takie słuchy o Obajtku chodziły. Sam najgłówniejszy prezes temu nie zaprzeczał i dodawał nawet, że prezes Orlenu ma w sobie to coś, czego nawet obecny premier nie ma. Po wpadce z posiadłościami prezesa Obajtka on już raczej na premierostwo nie ma szans. Takiego skandalu nie przełknęli by nawet najzagorzalsi zwolennicy PiS, dotąd nie dostrzegający przekrętów tej ekipy.

Obu panów łączy zamiłowanie do posiadania. Jednak do majątków dochodzili różnymi drogami. Premier Morawiecki, już jako 11-letni chłopiec, urywał głowę komunistycznej hydrze. Kiedy byłem radnym Sejmiku Dolnośląskiego, wtedy jeszcze raczkujący w biznesie, Mateusz Morawiecki też był radnym. Wtedy nie wiedziałem, że ocieram się o półboga. Ja człowiek z postkomunistyczną przeszłością. Z tą boskością coś było na rzeczy. Przyszły premier ubogacił się na truchle komuny. Za symboliczne pieniądze nabył od Kościoła kilkanaście hektarów ziemi, którą ten (kościół) dostał od państwa za darmo. Czyżby o to chodziło w walce z komuną? Przez kilkanaście lat nikt tą ziemią nie interesował się, a jej wartość wzrosła do kilkudziesięciu milionów. Kiedy przyszło premierostwo sprawa wybuchła. Premier chyżo dokonał rozdziału majątkowego i ziemię przepisał na żonę. A żona nie przyznaje się ile ta ziemia jest warta. I co mi zrobicie? Zdaje się kpić narodowy premier ze swoich poddanych. Jeden Pan Bóg tylko to wie ile to jest warte i niech to wystarczy wierzącym obywatelom.

Prezes Obajtek zaczynał gromadzenie majątku inaczej. Jako drobny przedsiębiorca i wójt, a to tu coś skrobnął, a to w drugim miejscu coś kupił, na kogoś przepisał dom, potem wydzierżawił, a gdzie indziej zamiótł pieniądze pod dywan. ….Mam kasę, ale nie powiem skąd i co mi zrobicie?… Ale skoro został prezesem Orlenu wrogie mu, a co za tym i całemu narodowi, siły zaczęły węszyć. Wyszła na jaw ekwilibrystyka prezesa z ukrywaniem majątku, na który nie miał pokrycia w zarobkach. Teraz, jako prezes Orlenu, zarabiający miliony, może kupić wszystko, czyli „Wszystko mogę Obajtek” jest teraz prawdą.

W przypadku obecnego premiera sprawa jest jasna – kupił za bezcen, a wiedział, że za kilka lat ta ziemia będzie warta miliony. Można mówić o moralnie nagannej spekulacji. Prezes Orlenu dochodził do majątku pokrętną drogą. Ta droga dyskwalifikuje go w walce o premierostwo i dlatego premier Morawiecki szczerze broni prezesa Obajtka, bo jest przekonany, że ten nie wygryzie go z fotela. A że zarazem kłamie o Obajtku, to co? Dla niego mijanie się z prawdą to chleb powszedni. Sam prezes najważniejszy zamilkł. Bo są jednak jakieś granice politycznej hucpy. Tak mi się przynajmniej wydaje, ale pewien nie jestem.

Obajtek zostaje

Rzecznik rządu Piotr Müller odniósł się do publikowanych na łamach “Gazety Wyborczej” doniesień dotyczących Daniela Obajtka i jego ewentualnej dymisji z funkcji prezesa PKN Orlen.

Piotr Müller pytany był w Radiu Zet, czy po publikacjach “Gazety Wyborczej”, które sugerowały, że Daniel Obajtek, pełniąc funkcję wójta Pcimia, miał “z tylnego siedzenia” kierować prywatną firmą, może dojść do dymisji szefa PKN Orlen. “Nie ma takich planów. Nic mi nie wiadomo na ten temat, aby takie decyzje były rozważane” – odpowiedział rzecznik rządu.

Müller podkreślił również, że nawet jeśli Obajtek rzeczywiscie kierował prywatną firmą będąc wójtem, to kwestia ta powinna zostać pozostawiona ocenie właściwym organom państwowym. “Na ten moment nie ma żadnych podstaw do tego, żeby takie decyzje były podejmowane” – zaznaczył.

Gdy był dopytywany przez prowadzącego wywiad dziennikarza, czy sprawą powinna zająć się prokuratura, Müller odparł, że jeżeli ktoś taki wniosek złoży, to prokuratura automatycznie będzie musiała podjąć właściwe działania.

“Pani chciałaby, żebyśmy podejmowali decyzję na podstawie artykułu z “Gazety Wyborczej”, natomiast ocena tego, w jaki sposób działa Orlen, w jaki sposób konsoliduje polski rynek zarówno paliwowy, jak i energetyczny, jest bardzo dobra. To jest wyzwanie ogromne, które prezes Obajtek realizuje bardzo dobrze i to jest w tej chwili kluczowa rzecz” – zaznaczył rzecznik rządu.

Alfa Romeo nadal z Orlenem i Kubicą

PKN Orlen doszedł do porozumienia z Alfa Romeo i także w przyszłym sezonie będzie partnera tytularnym szwajcarskiego zespołu Formuły 1. Jako pierwszy poinformował o tym szef Alfa Romeo Frederic Vasseur, a potem decyzję potwierdził prezes polskiego koncernu paliwowego Daniel Obajtek. Porozumienie dotyczy też Roberta Kubicy, który w 2021 roku nadal będzie kierowcą rezerwowym.

Zanim prezes PKN Orlen oficjalnie potwierdził, że koncern pozostanie partnerem tytularnym Alfy Romeo w Formule 1, a Robert Kubica będzie nadal zaangażowany w pracę zespołu z Hinwil, szef szwajcarskiego zespołu Frederic Vasseur na łamach dziennika „Blick” wyjawił, że największym sukcesem Alfa Romeo na koniec tego trudnego z powodu pandemii koronawirusem roku jest to, że z zespołem zostanie Robert Kubica, a wraz z nim Orlen i wszyscy pozostali sponsorzy.
Gdy sprawa przestałą być już tajemnicą, decyzję o przedłużeniu współpracy Orlenu ze szwajcarskim zespołem potwierdził prezes Daniel Obajtek. „Orlen mocno inwestuje w sport, a w Polsce jesteśmy firmą pod tym względem najbardziej aktywną. Sport to budowa silnej firmy i jedności w biznesie. Jesteśmy też firmą globalną, bo inwestujemy na innych rynkach. Zostajemy w Alfie Romeo na kolejny sezon, bo nadal inwestujemy w rozpoznawalność marki poprzez sponsorowanie tej ekipy. Nam to też się opłaca. Sam ekwiwalent reklamowy z Formuły 1 w tym roku wyniósł 400 mln złotych. To się dobrze spina z rozpoznawalnością marki, również w związku z innymi markami na zagranicznych rynkach, co z kolei przekłada się na sprzedaż detaliczną. Zysk operacyjny za trzy kwartały 2020 roku wyniósł 2,5 mld złotych, a to jest o 100 mln zł więcej niż w roku 2019 i ma trend wzrostowy” – zapewnia prezes Orlenu.
Dlaczego jednak Orlen upiera się przy sponsorowaniu 36-letniego Roberta Kubicy, skoro nie ma on szans na nawet na okazyjne starty w barwach Alfa Romeo, a jedyną rolę jaką przewidują dla niego Szwajcarzy, jest rola rezerwowego kierowcy oraz praca przy rozwoju symulatora wyścigowego w fabryce Alfa Romeo w Hinwil. Dla przypomnienia – płocki koncern związany jest z Kubicą od roku 2019, kiedy to wsparł jego powrót do Formuły 1 zostając jednym ze sponsorów brytyjskiego zespołu Williamsa. Jak wiadomo Polak musiał się ścigać w najgorszym aucie w stawce 20 bolidów. Nic dziwnego, że Kubica nie chciał tam zostać na kolejny sezon i wolał przyjąć rolę rezerwowego w Alfa Romeo w sezonie 2020. Niestety, jego rachuby, że po roku dostanie miejsce jednego z kierowców etatowych, okazały się nietrafione. Szwajcarzy pozostawili w ekipie obu dotychczasowych kierowców – Fina Kimiego Raikkonena i Włocha Antonio Giovinazziego. „Z Robertem nadal wiążemy nadzieje, bo spełnia on nasze oczekiwania. Z badań wynika, że jest dobrze odbierany przez Polaków, a także za granicą” – podkreśla prezes Obajtek.
Wiadomo już, na co będzie mógł liczyć Orlen w związku z nowym kontraktem. Logotypy polskiej firmy pojawią się na bolidzie – m.in. na przednim i tylnym skrzydle, systemie Halo, lusterkach oraz sekcjach bocznych samochodu. Charakterystyczny orzeł Orlenu pojawi się też na kombinezonach kierowców i pracowników Alfy Romeo – m.in. na klatce piersiowej i plecach. Do tego znak polskiej firmy będzie widoczny w trzech miejscach na kaskach Roberta Kubicy, Kimiego Raikkonena i Antonio Giovinazziego. Dodatkowo logo Orlenu znajdzie się także na odzieży personelu Alfy Romeo oraz na transporterach i w garażu.
Orlenowi poprzez współpracę z Kubicą i Alfą Romeo zależy na promocji marki na arenie międzynarodowej. Wynika to z podjętych decyzji biznesowych – lada moment zagraniczne marki Orlenu w Niemczech, Czechach i na Słowacji (Star, Benzina) mają przejść rebranding i występować pod nazwą spółki-matki. Dlatego Formuła 1 idealnie wpisuje się w tę rolę, bo jest pokazywana przez 51 krajowych telewizji, a według danych Nielsena, jej łączna widownia sięga 400 mln widzów. „Sponsoring tytularny zespołu Alfy Romeo wzmacnia rozpoznawalność marki Orlen na świecie i zwiększa jej prestiż. To z kolei ułatwia realizację ambitnych celów biznesowych i konkurowanie z globalnymi graczami” – zapewnia prezes Obajtek.
Nowa umowa trochę też wzmocniła pozycję Kubicy w Alfa Romeo. Polak pojawił się w pięciu posezonowych treningach w Abu Zabi, zapowiedziano też jego aktywny udział w zimowych testach w Barcelonie oraz zapowiedziano enigmatycznie, że w 2021 może liczyć na znacznie więcej niż w tym roku występów za kierownicą wyścigowego bolidu.

Williams już gotów do walki

W miniony poniedziałek zespół Williamsa zaprezentował nowy wzór malowania samochodu na ten sezon. Na bolidzie, którym w tym roku ścigał się będzie Robert Kubica, znalazło się logo PKN Orlen oraz nowego sponsora tytularnego Williamsa – firmy ROKiT.

Po nieudanym poprzednim sezonie Williams wymienił obu kierowców. Miejsca Kanadyjczyka Lance’a Strolla i Rosjanina Siergieja Sirotkina zajęli Brytyjczyk George Russell i wracający po ośmioletniej przerwie do Formuły 1 Robert Kubica. Istotną zmianę w wyglądzie auta szykowanego na 2019 rok spowodowało też wycofanie się z dalszej współpracy sponsorskiej z Williamsem przez koncern Martini.

Poszukiwania nowego sponsora tytularnego trwało długi i z tego powody brytyjski zespół zwlekał z prezentacją malowania bolidu. Ostatecznie pochwalił się wyglądem nowego auta dopiero 11 lutego podczas skromnej ceremonii zorganizowanej w bazie w Grove, podając przy tej okazji do publicznej wiadomości nazwę nowego sponsora, którym została firma telekomunikacyjna ROKiT oferującą telefony komórkowe oraz innowacyjną sieć Wi-Fi. Ponadto ROKiT pracuje także na całym świecie nad rozwojem inteligentnych miast, m. in. wdraża publiczne Wi-Fi w największych miastach Indii. ROKiT od marca tego roku ma rozpocząć swoją działalność także na rynkach w USA i Wielkiej Brytanii, stąd jej zainteresowanie promocją poprzez Formułę 1. Firmę stworzyli John Paul DeJori i Jonathan Kendrick.

Dla polskich kibiców ważniejsze jest jednak to, że na bolidzie Williamsa pojawiło się logo PKN Orlen – na lusterkach, wlocie powietrza oraz na nosie samochodu. Na poniedziałkowej ceremonii obecni byli rzecz jasna obaj kierowcy zespołu Williamsa, który do nowego sezonu przystąpi pod nazwą ROKiT Williams Racing. „Tak naprawdę to mój kolejny debiut w Formule 1. Ten drugi będzie miał miejsce na inaugurację sezonu w Australii. Teraz przed nami ostatnie spokojne dni, gdyż już podczas testów w Barcelonie czas będzie biegł bardzo szybko. Po przylocie do Australii pojawi się mnóstwo emocji, oby pozytywnych i radosnych” – powiedział podczas prezentacji bolidu Robert Kubica.

Krakowianin w swoim wystąpieniu podziękował też za wsparcie kibicom, szczególnie tym, którzy wierzyli w jego powrót na tory Formuły 1 po długiej przerwie. W światowych mediach przy okazji przypomniano, że polski kierowca w Formule 1 jeździł już w latach 2006-2010. Przez pierwszy trzy sezony reprezentował barwy BMW Sauber. W 2008 roku wygrał jedyny jak dotąd wyścig w Formule1, triumfując w Grand Prix Kanady w Montrealu. Na tym torze rok wcześniej zaliczył groźny wypadek.
W 2010 roku krakowianin przeniósł się do ekipy Renault. Niestety, jego obiecująco rozwijającą się wtedy karierę przerwał tragiczny w skutkach wypadek podczas lokalnego rajdu samochodowego Ronde di Andora w 2011, w wyniku którego omal nie stracił prawej ręki i wypadł z kręgu kierowców F1 na wiele lat. Dopiero w ubiegłym roku pojawiła się dla niego szansa powrotu na wyścigowe tory królowej sportów motorowych, lecz w ostatniej chwili Williams postawił wtedy na dysponującego większym finansowym zapleczem rosyjskiego kierowcę Sergieja Sirotkina.

Na otarcie łez Polak otrzymał ofertę pracy w charakterze kierowcy testowego, z której skorzystał. Cierpliwość mu się opłaciła, bo pod koniec ubiegłego roku Williams zaproponował mu kontrakt etatowego kierowcy zespołu wart 570 tys. dolarów rocznie.
Pierwszy wyścig nowego sezonu, GP Australii, odbędzie się 17 marca. Wcześniej, bo już 18 lutego, w Barcelonie rozpoczną się testy, w których wezmą udział przedstawiciele wszystkich zespołów.

 

Kubica w Warszawie

We wtorek w Warszawie odbyła się konferencja, na której przedstawiono zasady współpracy PKN Orlen z zespołem Williamsa i Robertem Kubicą.

Dla Orlenu rozpoczęcie współpracy z Williamsem to nowy rozdział w historii firmy. Nigdy wcześniej płocki koncern nie reklamował się w Formule 1, a podpisany kontrakt zapewnia mu ekspozycję m.in. na samochodach i kombinezonach kierowców Williamsa. Polski gigant paliwowy dzięki obecności w F1 chce zwiększyć rozpoznawalność swojej marki za granicą. Tym bardziej że konsekwentnie stawia na inwestycje na rynkach międzynarodowych. W najbliższych miesiącach PKN Orlen zacznie m.in. otwierać stacje paliw na terenie Słowacji. Przy okazji wtorkowej konferencji zaprezentowany został samochód stajni z Grove, którym w najbliższym sezonie ścigać będzie się Robert Kubica.

Polski kierowca za niespełna miesiąc (18 lutego) przystąpi do zimowych testów F1 w Barcelonie. Ich pierwsza tura zakończy się 21 lutego. Kolejna trwać będzie od 26 lutego do 1 marca. Powrót Kubicy do startów w królowej motosportu wciąż budzi mnóstwo emocji. Oczekiwanie na jego pierwsze jazdy na torze Catalunya dadzą odpowiedź nie tyle pytanie, w jakiej formie się znajduje, co bardziej jaki bolid na nowy sezon przygotował zespół Williamsa.

Kubica podczas krótkiego pobytu w Warszawie był pytany, kto jego zdaniem jest faworytem do tytułu mistrzowskiego w nowym sezonie Formuły 1. Krakowianin bez większego namysłu powiedział, że jego zdaniem będzie to Ferrari. O swoich szansach powiedział krótko: „Chciałbym, żeby mój bolid się lepiej prowadził, żeby miał lepszą przyczepność. Sądzę, że wiemy gdzie leży problem, teraz to kwestia czasu żeby ten problem rozwiązać. Na pewno zrobimy krok naprzód, ale jeszcze nie wiemy jak duży. Nie stawiam sobie konkretnych celów, poza jednym – żeby w każdym wyścigu jechać jak najszybciej bolidem jaki będę miał do dyspozycji”.

 

Kapitalizm w służbie propagandy

Zakład Tworzyw Sztucznych „Artgos”, spółka z udziałem skarbu państwa, wyprodukowała 200 tys. różańców, a w zamian nie otrzymała pieniędzy, tylko cykl reklam w „Naszym Dzienniku”. Żaden z posłów partii rządzącej nie widzi jednak nic złego w tej transakcji. Dzieje się tak być może dlatego, że nie jest to pierwszy przypadek wydawania setek tysięcy złotych ze spółek państwowych na cele związane z Kościołem lub propagandą rządową.

 

Przykładowo, kilkanaście miesięcy temu fundacja PGiNG kupiła 4 tys. rocznych prenumerat miesięczników „Historia do Rzeczy” oraz „W Sieci Historii”, a Polska Grupa Zbrojeniowa wsparła finansowo klasztor ojców Oblatów. W październiku zeszłego roku odbyła się akcja „Różaniec bez granic”, w ramach której wierni ze wszystkich zakątków Polski zamierzali otoczyć różańcem cały kraj i modlić się o ratunek dla świata. Mało kto zwrócił uwagę, że nie była to po prostu oddolna inicjatywa obywatelska, lecz przedsięwzięcie obficie finansowane z pieniędzy publicznych. W inicjatywę zaangażowała się między innymi Grupa Energa, której większościowym udziałowcem jest skarb państwa, i państwowa Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych. Do akcji przyłączyły się też samorządowe Przewozy Regionalne, które sponsorowały bilety promocyjne do kościołów. Innymi słowy podatnicy finansowali akcję fundamentalistów katolickich, a na dodatek nikt nie poinformował, ile to właściwie kosztowało.

Również Polska Fundacja Narodowa jest obficie finansowana ze środków publicznych. Rząd nie bierze za nią odpowiedzialności poprzez finansowanie z budżetu, lecz ściąga środki z największych spółek państwowych. W finansowaniu fundacji udział mają: Enea SA, Energa SA, PGE Polska Grupa Energetyczna, Grupa Azoty, Grupa Lotos, Tauron, PKN Orlen, PGNiG, PZU, PKO BP, Giełda Papierów Wartościowych, KGHM, Totalizator Sportowy, Polska Grupa Zbrojeniowa, Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych, Polskie Koleje Państwowe i Polski Holding Nieruchomości. Docelowo fundacja ma dysponować majątkiem o wartości aż pół miliarda złotych, a cele Fundacji są wskazywane przez rząd. Innymi słowy kontrolowana przez władze centralne fundacja wykorzystuje środki spółek publicznych do propagandy rządowej.

Skala wyprowadzania środków ze spółek skarbu państwa jest nieznana, ponieważ firmy nie chcą informować o wszystkich swoich wydatkach. Prawie każda z nich ma fundację, do której nominowani politycznie członkowie zarządów transferują środki, przeznaczane potem na propagandę rządową i wsparcie dla kleru. To mechanizm, który w demokratycznym państwie nie powinien mieć miejsca, tymczasem dokonuje się on za przyzwoleniem władzy, a wręcz przy jej aktywnym wsparciu.

Afera Amber Gold to przykład, jak państwo nie zainterweniowało na czas, aby uchronić ludzi przed nieuczciwością jednej prywatnej firmy. Finansowanie kleru i propagandy rządowej przez większość spółek skarbu państwa to rozkradanie mienia publicznego na dużo większą skalę. Być może ten mechanizm trwa od lat, być może państwo traci na nim nie dziesiątki milionów, tylko miliardy złotych, być może środki idą do prywatnych osób. Niestety nie ma nadzoru nad fundacjami, które działają przy państwowych spółkach, a ministrowie odpowiedzialni za ich funkcjonowanie odmawiają szczegółowych informacji na ten temat. Jeżeli ktoś trwoni środki publiczne, a instytucje kontrolne nie są w stanie przerwać patologicznych zjawisk, to powinna powstać komisja śledcza.

Najwyższy czas, abyśmy jako społeczeństwo dowiedzieli się, jaka jest skala marnotrawienia środków publicznych, a przede wszystkim ten oburzający proceder powinien być natychmiast przerwany.