Niemcy w PlusLidze?

Działacze najsilniejszego obecnie niemieckiego klubu siatkarskiego, Berlin Recycling Volleys, sondują możliwość przystąpienia do rywalizacji w polskiej PlusLidze. Chęć taką zgłosił też ukraiński Barkom-Każany Lwów.

W niemieckiej ekstraklasie siatkarskiej nie dzieje się ostatnio najlepiej, bo z rywalizacji wycofały się już trzy zespoły, a kilka jest tego bliskich. W tej sytuacji szefowie Berlin Recycling Volleys rozważają przeniesienie się do polskiej PlusLigi. „Uważamy że w nadchodzących latach klubowa siatkówka będzie cierpieć z powodu kryzysu wywołanego przez koronawirusa. Oczywistym pomysłem było przyjrzenie się możliwości gry w Polsce, która ma jedną z najlepszych lig siatkarskich na świecie. „Nawiązaliśmy kontakt i wymieniliśmy się pomysłami. Nic więcej i nic mniej” – wyjawił dyrektor berlińskiego klubu Kaweh Niroomand. I przyznał, że reakcja strony polskiej była w jego opinii „całkiem pozytywna”. W Niemczech jednak te przymiarki Recycling Volleys są jednak mocno krytykowane.
Grą w PlusLidze zainteresowany jest również zespół z Ukrainy, Barkom-Każany Lwów. Potwierdził to oficjalnie prezes tego klubu Oleg Baran.

GKS zwalnia hurtowo

Zarząd siatkarskiej sekcji GKS Katowice postanowił po sezonie zakończyć współpracę z trenerem pierwszej drużyny Dariuszem Daszkiewiczem oraz sześcioma zawodnikami.

Daszkiewicz przejął zespół siatkarzy „Gieksy” przed rokiem, zastępując Piotra Gruszkę. Podpisał z katowickim klubem tylko roczny kontrakt, więc nieprzedłużenie umowy można zrozumieć. W przypadku zawodników to już nie jest takie oczywiste. Emanuelowi Kohutowi, Maciejowi Fijałkowi, Dustinowi Wattenowi i Adrianowi Buchowskiemu wypowiedziano umowy, a tylko Rafałowi Szymurze i Szymonowi Gregorowiczowi nie przedłużono wygasających po sezonie kontraktów.
Razi przy tym mało elegancka metoda zerwania umów, co ujawnił grający na pozycji libero reprezentant USA Dustin Watten. „Najpierw dostałem pozwolenie od prezesa na powrót do domu, a niedługo potem zaprosił mnie na spotkanie w klubie. Oczywiście nie mogłem się stawić, więc dostałem wiadomość, że mój kontrakt na 2020-2021 został anulowany. To nie było fair” – napisał siatkarz na Twitterze.

Koniec ligowego sezonu w siatkówce

Władze Polskiej Ligi Siatkówki ogłosiły w środę zakończeniu siatkarskich rozgrywek ligowych kobiet i mężczyzn, które z powodu koronawirusa zostały przerwane 12 marca.

W Lidze Siatkówki Kobiet, która zdążyła rozegrać cały sezon zasadniczy, kolejność zespołów w tabeli uznano za ostateczną. I tak tytuł mistrzyń Polski przypadł drużynie Grupa Azoty Chemik Police, tytuł wicemistrzowi Developresowi Rzeszów, zaś brązowy medal Łódzkiemu Klubowi Sportowemu. Chemik i Developres będą mogły zagrać w nowym sezonie w Lidze Mistrzyń. Z LSK zdegradowano ostatnią w tabeli drużynę Wisły Warszawa, której odebrano licencję z powodu problemów finansowych.
Nie przyznano natomiast mistrzowskiego tytułu w męskiej PlusLidze, której do zakończenia sezonu zasadniczego zostały dwie kolejki. Cały sezon PLS uznała za niebyły. Trzy czołowe drużyny w momencie przerwania rywalizacji, czyli Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle, Verva Warszawa Orlen Paliwa i PGE Skra Bełchatów, będą mogły wystąpić w Lidze Mistrzów w sezonie 2020/2021. Z PlusLigi zdegradowano zespół BKS Visła Bydgoszcz.

Trudne rozstanie Wlazłego ze Skrą

Zawieszona z powodu epidemii siatkarska PlusLiga tkwi w zawieszeniu. Dzięki przełożeniu przez FIVB Ligi Narodów na jesień, w maju i czerwcu zwolniły się w kalendarzu terminy i rozgrywki ligowe dałoby się dokończyć, lecz problemem są kończące się wielu zawodnikom 15 maja kontrakty. W tej grupie graczy znalazł się m.in. Mariusz Wlazły, który właśnie ogłosił, że po tym sezonie odchodzi z PGE Skry Bełchatów.

Polska Liga Siatkówki i Polski Związek Piłki Siatkowej zapowiadają, że pod koniec tego tygodnia podejmą ostateczną decyzję w sprawie rozgrywek PlusLigi. Wiadomo jednak, że ani w marcu, ani też w kwietniu nasze klubowe zespoły nie będą mogły wznowić rywalizacji z powodu obowiązujących zarządzeń władz państwowych zakazujących organizowania jakichkolwiek imprez sportowych, nawet bez udziału publiczności. Piłkarska PKO Ekstraklasa w tej sytuacji przedłużyła zawieszenie rozgrywek do końca kwietnia, więc podobnie mogłaby zrobić także PlusLiga, której do zakończenia sezonu zasadniczego pozostały dwie ligowe kolejki. Prezes PZPS Jacek Kasprzyk proponuje, aby zmienić zasady rozegrania play offów i przeprowadzić je w formie dwumeczów między zespołami z miejsc 1-2, 3-4 i 5-6. Taki wariant byłby co prawda krzywdzący dla zespołów z miejsc 5-8, bo nie mogłyby uczestniczyć w walce o medale, lecz w sytuacjach wyjątkowych nie da się uniknąć niesprawiedliwości. A w takiej wersji dałoby się zakończyć zmagania ligowe do 15 maja, czyli do ostatniego dnia obowiązywania zawartych na ten sezon kontraktów z zawodnikami. Ale warunkiem zastosowania takiego rozwiązania jest poluzowanie rygorów i przywrócenie możliwości wspólnych treningów co najmniej od połowy kwietnia. Powrót do gry od razu po kwarantannie będzie szkodliwy dla zdrowia zawodników i narazi ich na ryzyko kontuzji.
Na razie jednak na luzowanie rygorów się nie zanosi, bo liczba zakażonych w Polsce przecież nie maleje, zatem niewykluczone, że w tej sytuacji działacze PLS i PZPS pójdą śladem Polskiego Związku Koszykówki czy Związku Piłki Ręcznej w Polsce i jak one po prostu zakończą rozgrywki na etapie, na którym zostały przerwane, powielając zasadę, że nie ma spadków do niższej ligi.
Taki wariant wywoła jednak wiele kontrowersji i sporów. Nie wszystkie drużyny w PlusLidze rozegrały tę samą liczbę spotkań, więc te, które z różnych względów, często niezależnych od nich, nie mogły rozegrać swoich meczów w terminie, już teraz wyrażają niezadowolenie. „Trudno oczekiwać, żeby było inaczej. Najważniejszą częścią sezonu są play offy i wyniki w nich uzyskane ustalają faktyczna ligową hierarchię. Nie będzie więc sprawiedliwie, jeśli medale zostaną rozdane na podstawie aktualnego układu tabeli” – stwierdził Mariusz Wlazły, kapitan zespołu PGE Skry Bełchatów.
Trudno nie przyznać mu racji, ale z drugiej strony ten wariant wydaje się najkorzystniejszy dla wszystkich. Bo w przypadku anulowania całego sezonu, a taka koncepcja też jest rozważana, pojawi się fundamentalny problem finansowych rozliczeń między klubami a zawodnikami. Tu już na porozumienie i solidarność nie ma co liczyć, a zawodnicy w swoich żądania dotrzymania zobowiązań płacowych nie będą mogli zasłaniać się argumentem, że przecież nie jest ich winą iż liga nie dokończyła rozgrywek. Sęk w tym, że nie jest to także winą klubów, więc na pewno nie zechcą one ponosić całego finansowego obciążenia.
Pogorszenie relacji między władzami klubów a zawodnikami w „czasie zarazy” jest nieuniknione. Dowodzi tego choćby przykład cytowanego wyżej Mariusza Wlazłego, siatkarze wybitnego, należącego do grona największych ikon polskiej siatkówki. Niedawno na antenie Polsatu Sport mistrz świata z 2014 roku wyjawił, że po tym sezonie, po 17 latach spędzonych w zespole Skry Bełchatów, odejdzie z tego klubu. Przyczyna jest prozaiczna – bełchatowski klub po prostu nie przedłużył umowy z 36-letnim atakującym.
„Od kilku sezonu zarząd PGE Skry szuka zawodnika zdolnego mnie zastąpić i przypuszczam, że w końcu znalazł, bo prezes klubu Konrad Piechocki zaproponował mi imprezę pożegnalną, co jednak ciekawe – zorganizowaną przy okazji obchodów jubileuszu 90-lecia klubu. No cóż, musiałem odmówić i mam nadzieję, że kibice w Bełchatowie to zrozumieją i nie będą mi mieli tego za złe” – powiedział kapitan PGE Skry Bełchatów.
„Jestem zaskoczony, że ta informacja ujrzała światło dzienne teraz i w takich okolicznościach. Ale mogę ją potwierdzić” – stwierdził w wypowiedziach dla mediów wyraźnie wkurzony niedyskrecją Wlazłego prezes Piechocki. Ma powód do złości, bo pozbywając się w takim momencie ikony klubu odebrał innych zawodnikom Skry chęć do jakichkolwiek poświęceń.

Odwołują na potęgę

Zarządzenia dotyczące zwalczania epidemii koronawirusa wymiotły z boisk i hal sportowych nie tylko kibiców, ale też zawodników. W Polsce wszystkie ligi zawodowe albo zawiesiły, jak piłkarska PKO Ekstraklasa czy siatkarska PlusLiga, rozgrywki, albo je przedwcześnie zakończyły, jak zrobiła to Polska Hokej Liga. Przymusowa przerwa to dla wyczynowych sportowców poważny problem, bo w tej chwili na dobrą sprawę nawet nie mają gdzie trenować, bo operatorzy obiektów sportowych zamknęli do nich dostęp.

Z obawy przed rozprzestrzenianiem się pandemii koronawirusa praktycznie wszystkie krajowe i międzynarodowe rozgrywki sportowe w Europie zostały zawieszone. W Polsce najdłużej zwlekał z tym PZPN. W czwartek Superliga, odpowiedzialna za zarządzanie rozgrywkami piłki ręcznej PGNiG Superligi i PGNiG Superligi Kobiet, podjęła decyzję o wstrzymaniu ich do odwołania. „Decyzja została podyktowana troską o zdrowie i bezpieczeństwo zawodników biorących udział w rozgrywkach, sztabów szkoleniowych oraz wszystkich pracowników klubów zaangażowanych w organizację meczów” – napisano w komunikacie. Taką samą decyzję podjął zarząd Polskiej Ligi Koszykówki, organizator rozgrywek Energa Basket Ligi, który zawiesił rozgrywki od 12 do 25 marca. „Mamy nadzieję, że po tym okresie wrócimy do rywalizacji i wszyscy razem będziemy cieszyć się ze wspaniałych koszykarskich widowisk” – wyraził nadzieję Radosław Piesiewicz, prezes Energa Basket Ligi i Polskiego Związku Koszykówki.
Do odwołania wstrzymała swoje rozgrywki również Polska Liga Siatkówki, zarządzająca męską PlusLigą, Ligą Siatkówki Kobiet oraz KRISPOL 1. Ligą. Przerwa w rozgrywkach obowiązuje od 12 marca, tylko KRISPOL 1. Liga zacznie pauzować od 15 marca. „Poza oczywistymi względami epidemiologicznymi, którą są tu kluczowe, coraz większa liczba naszych zespołów nie tylko nie ma gdzie rozgrywać meczów, lecz nawet trenować, bo w wielu miejscowościach w Polsce władze samorządowe zamykają obiekty szkolne i Miejskich Ośrodków Sportu i Rekreacji” – wyjawił prezes PLS Paweł Zagumny.
Piłkarska ekstraklasa podjęła decyzję o zawieszeniu rozgrywek dopiero w piątek. „Przeprowadziliśmy szereg konsultacji z PZPN oraz z innymi ligami profesjonalnymi, które już zdecydowały się na przełożenie rozgrywek. Zasięgnęliśmy też opinii organów administracji państwowej oraz władz sanitarnych. Prawdopodobną datę wznowienia rozgrywek ustalimy w zależności od aktualnej sytuacji związanej z rozprzestrzeniającym się koronawirusem lub w wyniku decyzji UEFA, która w najbliższy wtorek przeprowadzi konsultacje z poszczególnymi federacjami krajowymi oraz ECA i European Leagues, które mogą mieć wpływ na tegoroczny kalendarz lub plany rozgrywek UEFA na kolejny sezon. W zależności od ustaleń będziemy reagować na bieżąco w ścisłej współpracy z Polskim Związkiem Piłki Nożnej i klubami” – zapowiedział prezes Ekstraklasa SA Marcin Animucki.
Potentaci wstrzymują rywalizację
Polskie ligi nie są żadnym wyjątkiem. W ubiegłym tygodniu zawiesiła swoje rozgrywki koszykarska NBA, gdy okazało się, że u zawodnika Utah Jazz Rudy’ego Goberta wykryto wirus Covid-19. Podobnie postąpiła hokejowa NHL oraz wszystkie pozostałe największe zawodowe ligi za oceanem, w tym baseballowa (MLB) i piłki nożnej (MLS). Międzynarodowa Federacja Tenisowa odwołała wszystkie tenisowe turnieje w marcu i kwietniu, Formuła 1 odwołała inaugurujące sezon Grand Prix Australii, ale też dwa następne wyścigi – w Bahrajnie i Wietnamie.
Ta zmiana w nastawieniu władz największych organizacji sportowych wymusiła w końcu także zmianę w podejściu do epidemii koronawirusa przez działaczy największych potentatów w świecie sportu, jakimi są FIFA i UEFA. Międzynarodowa federacja swoje nowe stanowisko sformułowała w oficjalnym komunikacie: „W związku z pandemią koronawirusa FIFA postanowiła, że w marcu i kwietniu kluby będą zwolnione z obowiązku wysyłania zawodników na zgrupowania kadry. FIFA rozumie, że organizowanie meczów w obecnych okolicznościach może nie tylko stanowić zagrożenie dla piłkarzy i ogółu społeczeństwa, ale także wynik sportowy mógłby zostać wypaczony. Część drużyn nie mogłaby korzystać z czołowych zawodników. Dodatkowo FIFA zaleca, aby wszystkie międzynarodowe mecze zaplanowane na marzec i kwiecień zostały odwołane. Odwołane do czasu, gdy już sytuacja będzie opanowana i bezpieczna” – czytamy w oficjalnym komunikacie. FIFA poinformowała także, że będzie starała się rozmawiać ze wszystkimi federacjami krajowymi, aby wspólnie ustalić kalendarz piłkarski na najbliższe miesiące. Światowa centrala piłkarska zapewniła, że ściśle współpracuje z WHO.
W końcu także UEFA podjęła wyczekiwane decyzje. Zawieszono rywalizację w Lidze Mistrzów i Lidze Europy, co sprawiło, że wszystkie najsilniejsze ligi na naszym kontynencie także natychmiast przerwały swoje rozgrywki. Na razie nawet w najbardziej w Europie dotkniętych epidemią krajach, Włoszech i Hiszpanii, sportowe zmagania zawieszono jedynie do początku kwietnia. Do tego czasu nie będą też grać w Niemczech, Anglii i Francji oraz w większości innych lig, w tym także polskiej.
Nie wszędzie boja się epidemii
Tylko w nielicznych europejskich krajach rozgrywki ligowe nadal nie zostały zawieszone z powodu epidemii koronawirusa. Gra na przykład turecka ekstraklasa piłkarska, w której występuje spora grupa polskich piłkarzy. W zespole Ankaragucu grają Konrad Michalak, Daniel Łukasik i Michał Pazdan. Cała trójka mierzyła się w piątek z Rizesporem. Ankaragucu zwyciężyło 2:1, Pazdan i Łukasik rozegrali całe spotkanie, a Michalak w 75. minucie został zmieniony. Drużyna Polaków zajmuje przedostatnie miejsce w tabeli. Oprócz wymienionych w tureckiej lidze występuje jeszcze Paweł Olkowski i Bartłomiej Pawłowski (obaj Gaziantep), Adam Stachowiak i Radosław Murawski (obaj Denizlispor), Kamil Wilczek (Goztepe). W miniony weekend ligową kolejkę rozegrała też rosyjska Premijer Liga. Dynamo Moskwa (Sebastian Szymański) wygrało na wyjeździe z Achmatem Groźny 3:2. Lokomotiw Moskwa (Maciej Rybus i Grzegorz Krychowiak) grał z FK Rostów (niedzielny mecz zakończył sie po zamknięciu wydania), a Urał Jekaterynburg (Rafał Augustyniak, Maciej Wilusz i Michał Kucharczyk) w sobotę przegrał z liderem Zenitem Petersburg aż 1:7. Gra też liga ukraińska, w której występuje tylko jeden polski piłkarza – Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów). Nie zawieszono także rozgrywek w Serbii, na Białorusi i na Węgrzech.
Z drugiej strony pojawiła si informacja, że grający w Sampdorii Genua reprezentant Polski Bartosz Bereszyński zaraził się koronawirusem. W najbliższy wtorek prawdopodobnie zapadnie decyzja o odwołaniu zaplanowanych na czerwiec piłkarskich mistrzostw Europy.

Twarda walka w Plus Lidze

W rozegranych w minioną środę spotkaniach 16. kolejki siatkarskiej PlusLigi hitem była potyczka Grupy Azoty ZAKSY Kędzierzyn-Koźle z Jastrzębski Węglem. Aktualni mistrzowie Polski przegrali 2:3 (22:25, 25:22, 28:26, 18:25, 10:15) i była to ich druga z rzędu ligowa porażka. Wcześniej ulegli przedostatniemu w tabeli MKS Będzin.

Po wyjazdowej porażce z MKS Będzin (1:3) ekipa trenera Nikoli Grbicia straciła prowadzenie w tabeli PlusLigi, ale w kibice w Kędzierzynie-Koźlu liczyli, że w kolejnej potyczce, już we własnej hali, siatkarze ZAKSY wrócą na zwycięską ścieżkę. Ich wiary nie mącił fakt, że rywal, Jastrzębski Węgiel, jest zespołem dużo mocniejszym od MKS Będzin, a ponadto przyjedzie pozytywnie nakręcony po niedawnym wyjazdowym triumfie w Lidze Mistrzów nad rosyjskim potentatem, Zenitem Kazań (3:2). I tak też było, bo na parkiecie gracze z Jastrzębia-Zdroju uwijali się z taką energią, jakby kilka dni wcześniej nie przemierzyli dwukrotnie 2,5 tys. kilometrów do Kazania i z powrotem.
Mecze z Zenitem i ZAKSĄ ekipa Jastrzębskiego Węgla rozstrzygnęła w tie-breaku. Z rosyjskim zespołem podopieczni trenera Slobodana Kovaca w piątym secie pięknym stylu odwrócili wynik z 9:14 na 16:14. Takie zwycięstwa na zawsze zapisują się a klubowych kronikach. Z ZAKSĄ jastrzębianie nie musieli dokonywać cudów, bo piątą partię w meczu z nimi wygrali pewnie 15:10. Pokonanie zespołu ZAKSY przejdzie jednak do historii z innego powodu, bo była to pierwsza wiktoria Jastrzębskiego Węgla nad drużyną z Kędzierzyna-Koźla od 9 stycznia 2015 roku. Przez cztery lata zespoły te grały ze sobą aż 16 razy w różnych rozgrywkach, w PlusLidze, Pucharze Polski, a nawet w Lidze Mistrzów, a tym czasie jastrzębianie potrafili urwać tym rywalom tylko dwa punkty. nawet w tym sezonie dostali od nich tęgie baty, przegrywając w rundzie jesiennej na swoim boisku 0:3.
Ale w tej chwili drużyna z Jastrzębia-Zdroju może pochwalić się dłuższą serią zwycięstw w PlusLidze od ZAKSY, bo licząc od 15 listopada wyłącznie wygrywa, a do pełni szczęścia w udanych dwóch miesiącach zabrakło tylko awansu do turnieju finałowego Pucharu Polski. Podopieczni Kovaca są jednak dopiero na czwartym miejscu w ligowej tabeli, a od lidera, VERVY Warszawa mają jedno zwycięstwo i sześć punktów mniej. Dla Grupy Azoty ZAKSY Kędzierzyn-Koźle druga porażka z rzędu (a trzecia w obecnym sezonie) może zwiastować kryzys formy, co jest problemem o tyle, że zaczyna się akurat najważniejsza część sezonu.
W innych środowych spotkaniach 16. kolejki PGE Skra Bełchatów bez problemu poradziła sobie w wyjazdowym meczu z Cuprum Lubin i wygrała pewnie 3:0, rewanżując się tym samym rywalom za sensacyjną porażkę 2:3 w rundzie jesiennej we własnej hali. Asseco Resovia Rzeszów zwyciężyła na wyjeździe w meczu z Indykpolem AZS Olsztyn 3:1, a ostatnia w PlusLidze Visła Bydgoszcz niespodziewanie pokonała 3:2 Cerrad Enea Czarni Radom, odnosząc pierwsze zwycięstwo w tym sezonie. GKS Katowice wygrał na wyjeździe z Treflem Gdańsk 3:2, pogrążając kibiców gdańskiej drużyny w czarnej rozpaczy, bo była to już jej szósta porażka z rzędu. Dla odmiany – dla katowiczan były to pierwsze punkty wywalczone w obecnych rozgrywkach na wyjeździe. Dobrą formę utrzymali też siatkarze MKS Będzin ogrywając w trzech setach Aluron Virtu CMC Zawiercie.
Aktualnie liderem PlusLigi jest VERVA Warszawa Orlen Paliwa (39 pkt), drugą lokatę zajmuje Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle(37 pkt), trzecią PGE Skra Bełchatów (37 pkt), a czwartą Jastrzębski Węgiel (32 pkt). Kolejne w tabeli są: 5. Trefl Gdańsk (22 pkt), 6. GKS Katowice (21 pkt), 7. Aluron Virtu CMC Zawiercie (21 pkt), 8. MKS Ślepsk Malow Suwałki (19 pkt), 9. Cerrad Enea Czarni Radom (19 pkt), 10. Asseco Resovia Rzeszów (19 pkt), 11. Indykpol AZS Olsztyn (18 pkt), 12. Cuprum Lubin (15 pkt), 13. MKS Będzin (13 pkt), 14. BKS Visła Bydgoszcz (9 pkt).

VERVA Warszawa już nie jest niepokonana

W naszej siatkarskiej ekstraklasie w tym sezonie nie ma dominatorów. W środę zespół PGE Skry Bełchatów pozbawił co do tego złudzeń niepokonanej wcześniej ekipy stołecznej VERVY.

W rozegranych w minioną środę spotkaniach siatkarskiej PlusLigi najciekawsze były wyjazdowe potyczki aktualnego mistrza Polski Grupy Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle, który pokonał Asseco Resovią Rzeszów 3:2 oraz wicemistrzowskiej ekipy VERVY Warszawa Orlen Paliwa (dla przypomnienia – w poprzednim sezonie zespół ten grał pod nazwą ONICO Warszawa, a obecny zaczął pod szyldem Projektu Warszawa), której pierwszą porażkę w obecnych rozgrywkach zgotowała w Bełchatowie drużyna PGE Skry. Bełchatowianie w krótkim odstępie czasu zmierzyli się z ekipami ZAKSY i VERVY. Z mistrzami Polski przegrali 0:3, lecz w środę postawili się niepokonanemu jeszcze w obecnych rozgrywkach stołecznemu zespołowi, który tydzień wcześniej wygrał 3:2 z ZAKSĄ w Kędzierzynie-Koźlu i zasłużenie zajmował pozycję lidera PlusLigi. W Bełchatowie podopieczni trenera Andrei Anastasiego zaznali jednak w końcu smaku porażki, ulegając gospodarzom 1:3.

Po porażce warszawskiej drużyny pozycję lidera odzyskała Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle, której do powrotu na pierwsze miejsce wystarczyły dwa punkty wywalczone w Rzeszowie po wygranej z Asseco Resovią 3:2. Na drugą pozycję awansowała drużyna Jastrzębskiego Węgla, ale ta ekipa ma rozegrane dwa mecze więcej od innych zespołów z czołówki. Na trzecią pozycję spadła VERVA i ma dwa punkty straty do ZAKSY i jeden do Jastrzębskiego Węgla, ale czwarta w tabeli PGE Skra Bełchatów ma z kolei tylko jedno „oczko” mniej od stołecznego zespołu. Walka o mistrzostwo Polski zapowiada się emocjonująco.

Ale trzy najlepsze zespoły z poprzedniego sezonu, czyli Grupę Azoty ZAKSĘ Kędzierzyn-Koźle, VERVĘ Warszawa i Jastrzębski Węgiel, czekają wkrótce mordercze zmagania w siatkarskiej Lidze Mistrzów. ZAKSA trafiła do grupy E, w której rywalizować będzie z niemieckim VfB Friedrichshafen, belgijskim Knack Roeselare oraz serbską Vojvodiną NS Seme Nowy Sad, która do elity dołączyła z kwalifikacji pokonując w decydującym meczu dwukrotnie po 3:0 białoruski Szachtior Soligorsk. Z kolei gracze VERVY będą mieli okazję powalczyć z klubową drużyną selekcjonera naszej kadry Vitala Heynena – Sir Colussi Sicoma Perugia i sprawdzić formę Wilfredo Leonem. Nasz zespół i włoski trafiły do grupy D, a wraz z nimi ekipy francuskiego Tours VB oraz Benfiki Lizbona. Portugalska drużyna do Ligi Mistrzów przebijała się przez kwalifikacje, pokonując w decydujących starciach chorwacki zespół Mladost Zagrzeb 3:0 i 3:1. Trzecia z naszych eksportowych ekip, Jastrzębski Węgiel, będzie walczył w grupie C z rosyjskim Zenitem Kazań, tureckim Halkbankiem Ankara i belgijskim Greenyard Maaseik. ZAKSA zacznie zmagania już 3 grudnia od potyczki u siebie z Vojvodiną, dzień później do walki przystąpi VERVA podejmując w Warszawie Tours VB.

 

Projekt VERVA lepszy od ZAKSY

W minioną środę w rozegranym awansem meczu zmierzyły się dwie najlepsze drużyny poprzedniego sezonu siatkarskiej PlusLigi i zarazem dwie niepokonane jeszcze w obecnych rozgrywkach. Hitowe starcie mistrzowskiej ekipy Grupy Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle z zespołem VERVA Warszawa Orlen Paliwa, grającym wcześniej pod nazwą ONICO, a ostatnio Projekt Warszawa, zakończyło się nieoczekiwanym zwycięstwem siatkarzy ze stolicy 3:2.

Warszawski klub zaczął obecne rozgrywki pod tymczasowym szyldem Projekt, ale szefowie klubu zapewniali, że lada moment zakończą negocjacje z nowym sponsorem tytularnym, ale jego nazwę utrzymywali w tajemnicy. W przeddzień wyjazdowego meczu z Grupą Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle kurtyna wreszcie została podniesiona. W miejsce firmy ONICO rolę mecenasa stołecznej drużyny przejął Polski Koncern Naftowego Orlen, jeden z najważniejszych partnerów i sponsorów Polskiego Związku Piłki Siatkowej. Tak więc zespół AZS Politechnika Warszawa po raz kolejny zmienił nazwę. Przypomnijmy, że w ubiegłym sezonie pod szyldem ONICO Warszawa wywalczył wicemistrzostwo Polski, obecne rozgrywki rozpoczął pod nazwą Projekt Warszawa, a w środę na parkiecie w Kędzierzynie-Koźlu siatkarze prowadzeni przez trenera Andrei Anastasiego pojawili się w nowych koszulkach jako gracze ekipy VERVA Warszawa ORLEN Paliwa.

Umowa została zawarta na trzy lata, znalazła się jednak w niej klauzula o możliwości przedłużenia współpracy na kolejne sezony. Jednym z warunków stawianych przez PKN Orlen jest zbudowanie przez klub drużyny zdolnej do konkurowania na równym poziomie z rywalami w Lidze Mistrzów. Występy w tych elitarnych rozgrywkach stołeczny zespół rozpocznie 4 grudnia od potyczki z francuskim Tours VB.

Ale póki co ekipa Anastasiego szaleje w rodzimej lidze. Przed nią żadnej innej drużynie PlusLigi w tym sezonie nie udało się pokonać aktualnych mistrzów Polski, a warszawianie dokonali tego na dodatek w mateczniku ekipy Grupa Azoty ZAKSA, czyli w Kędzierzynie-Koźlu. Gospodarze w środę zagrali w składzie: Toniutti, Kaczmarek, Wiśniewski, Smith, Parodi, Śliwka, Zatorski (libero) oraz Baroti, Semeniuk, natomiast goście wystawili do walki Brizarda, Króla, Wronę, Nowakowskiego, Kwolka, Tillie, Wojtaszka (libero) oraz Grobelnego, Niemca i Kowalczyka.
Już pierwszy set zwiastował ZAKSIE kłopoty. Podopieczni trenera Nikoli Grbicia prowadzili już 16:10, lecz wtedy gracze ze stolicy wzmocnili zagrywkę i w końcówce zmniejszyli dystans do rywali do jednego punktu. Ostatecznie przegrali tę partię 22:25, lecz chyba uwierzyli, że są w stanie nawiązać walkę, bo w drugiej odsłonie szli z ZAKSĄ łeb w łeb i na finiszu seta odskoczyli na trzy „oczka, wygrywając 25:23. Podrażnieni mistrzowie PlusLigi w trzeciej partii do stanu 17:10 grali jak z nut i dopiero w końcówce oddali rywalom kilka punktów, lecz i tak pewnie wygrali 25:20.
To nie był jednak jeszcze koniec emocji, bo warszawianie w czwartym secie znów zerwali się do walki, a gdy w polu zagrywki stanął Bartosz Kwolek, odskoczyli na 18:12 i już zwycięstwa w tej partii nie oddali, kończąc ją wynikiem 25:18.

Zwycięzcę tego meczu musiał zatem wyłonić tie-break. Lepiej zaczęła go ekipa VERVY Warszawa. W ataku szalał Kwolek, którego wspierali go zaś Kevin Tillie i Piotr Nowakowski, a w ekipie gospodarzy na ich poziomie grał już tylko Aleksander Śliwka. Nic zatem dziwnego, że stołeczny zespół wygrał ostatniego seta 15:11 i całe spotkanie 3:2, pozostając w tym sezonie jedyną niepokonaną ekipą w naszej siatkarskiej ekstraklasie. Warszawianie rzecz jasna awansowali na pierwsze miejsce w ligowej tabeli, spychając na drugie miejsce zespół ZAKSY. Trzecią lokatę zajmuje PGE Skra Bełchatów, która w środę pokonała u siebie Asseco Resovię Rzeszów 3:0.

Dopiero piąte miejsce zajmuje trzecia w poprzednim sezonie, a zatem aspirująca także w obecnych rozgrywkach do walki o medale drużyna Jastrzębskiego Węgla. Jastrzębianie w miniony wtorek wygrali z BKS Visła Bydgoszcz 3:2, ale po meczu ich trener, Roberto Santilli, został zdymisjonowany. 54-letni włoski szkoleniowiec prowadził siatkarzy Jastrzębskiego Węgla od grudnia 2018 roku. Był to dla niego powrót do tego klubu, bo pracował w nim wcześniej w latach 2007-2010. „Podstawą decyzji o zwolnieniu trenera Roberto Santillego jest niesatysfakcjonujący poziom gry zespołu oraz brak oczekiwanych wyników sportowych. Jednocześnie informujemy, że do czasu pozyskania nowego szkoleniowca obowiązki pierwszego trenera zespołu pełnić będzie obecny trener przygotowania motorycznego Luke Reynolds” – podano na internetowej stronie klubu.

 

ZAKSA już wygrywa

Siatkarze Grupy Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle wywalczyli pierwsze trofeum w nowym sezonie. W miniona środę zespół aktualnych mistrzów PlusLigi pokonał dawną drużynę ONICO Warszawa, w tej chwili występującą pod roboczą nazwą „Projekt Warszawa” 3:1.

Mecz o Superpuchar dość długo stał pod znakiem zapytania, a to z powodu zmian własnościowych w warszawskim klubie. Ostatecznie uzyskał on licencję na występy w PlusLidze, ale chwilowo gra pod szyldem Projekt Warszawa, bo rozmowy z nowym sponsorem tytularnym wciąż trwają. Działacze stołecznego zespołu mieli jednak mnóstwo problemów ze skompletowaniem kadry. Po odejściu Brama Van den Driesa i kontuzji Artura Udrysa, trener Andrea Anastasi nie miał do dyspozycji nominalnego atakującego i na tej pozycji występował z konieczności środkowy Jakub Kowalczyk. Dopiero tuż przed meczem o Superpuchar Polski udało się zakontraktować Jana Króla.

Projekt postawił się mistrzom

Zarówno trener Anastasi, jak i prowadzący ekipę ZAKSY Nikola Grbić, jeszcze przed meczem uprzedzali, że po wyczerpującym sezonie reprezentacyjnym trudno oczekiwać najwyższego poziomu gry. Mieli rację, bo gracze obu drużyny popełniali sporo błędów, a na parkiecie królowały przypadek i chaos. Na widowni dominowali kibice mistrzów Polski, na boisku też dominowali kędzierzynianie, chociaż nie w każdym secie jednakowo.

Warszawski Projekt stawiał opór tylko na początku pierwszego seta, potem podopieczni Grbicia odskoczyli i pewnie wygrali. Podobnie zaczęła się rywalizacja w drugiej partii, lecz warszawianie tym razem utrzymali koncentracje i ZAKSA wygrała dopiero na przewagi 34:32. Ale rozgrzani rywale w trzecim secie niemal od początku uzyskali wyraźną przewagę i wygrali go do 19. ale to było wszystko, na co pozwoliła im drużyna mistrzów Polski, która po widowiskowej grze z obu stron wygrała tę partię do 23, a cały mecz 3:1. MVP meczu został wybrany zawodnik ZAKSY Łukasz Kaczmarek.

Zespoły wystąpiły w takich składach: Grupa Azoty ZAKSA – Toniutti, Kaczmarek, Wiśniewski, Smith, Śliwka, Parodi, Zatorski (libero) oraz Rejno; Projekt – Brizard, Kowalczyk, Wrona, Nowakowski, Kwolek, Tillie, Wojtaszek (libero) oraz Grobelny, Niemiec.

Wymęczeni kadrowicze

Kadrowicze Vitala Heynena w większości dołączyli do swoich klubowych zespołów dopiero na finiszu przygotowań do ligowego sezonu, który rozpocznie się w najbliższy weekend. Największy problem ma z tym ekipa PGE Skry Bełchatów, bo miała w reprezentacyjnym młynie aż sześciu zawodników – Karola Kłosa, Jakuba Kochanowskiego, Artura Szalpuka, Grzegorza Łomacza i Norberta Hubera. „Za ich sukcesy w kadrze największą cenę płacą kluby” – narzeka prezes bełchatowskiego klubu Konrad Piechocki. Martwi się też o formę całego zespołu, bo pod wodza trenera Michała Mieszko Gogola, też przecież uwikłanego w pracę dla PZPS w roli asystenta Heynena, może trenować w komplecie dopiero od powrotu kadrowiczów z Pucharu Świata w Japonii. Wszyscy z marszu w miniony weekend zagrali w Memoriale Arkadiusza Gołasia. Jeszcze później, bo dopiero w poniedziałek, do klubowej kadry dołączył reprezentant Iranu Milad Ebadipour.

W klubie dziewięciokrotnych mistrzów kraju cieszą się z powrotu tej siódemki graczy, lecz nie brakuje obaw. „W poprzednim sezonie nasza słabsza postawa wynikała w głównej mierze z problemów zdrowotnych kluczowych zawodników, co było konsekwencją rozgrywanych wcześniej mistrzostw świata. Niestety, teraz sytuacja będzie zapewne podobna, bo okres dla reprezentacji był bardzo długi i wyjątkowo intensywny” – przekonuje prezes Piechocki.

Trudno nie przyznać racji sternikowi bełchatowskiej nawy. Świetnie spisujący się w ubiegłorocznych mistrzostwach globu Szalpuk w rozgrywkach ligowych z powodu trapiących go kłopotów zdrowotnych wystąpił zaledwie w kilku spotkaniach i niewiele pomógł swojej klubowej drużynie. A w tym roku polska reprezentacja rozegrała 48 meczów.

Byle zdrowie dopisywało

Dla sztabu szkoleniowego czołowych polskich klubów, które jak PGE Skra mają dużo graczy na reprezentacyjnym poziomie, zmartwieniem jest nie tylko ich zdrowie i forma fizyczna, ale też brak możliwości optymalnego przygotowania się do występów w lidze. Na miesiąc przed startem rozgrywek na treningach bełchatowian brakowało bowiem wszystkich trzech środkowych, Kłosa, Kochanowskiego i Hubera, co mocno przeszkadzało w pracy nad zgraniem zespołu i wytrenowaniu nowych wariantów taktycznych.

Szybki powrót do ligowej rzeczywistości reprezentantów Polski będzie zatem jak zawsze szalonym eksperymentem, bo chociaż kadrowicze są do tego przyzwyczajeni, to nie są przecież nadludźmi.

Zestaw par 1. kolejki PlusLigi
Sobota, 26 października:
Indykpol AZS Olsztyn – Cerrad Enea Czarni Radom (godz. 14:45); Cuprum Lubin – Aluron Virtu CMC Warta Zawiercie (godz. 17:30); Projekt Warszawa – MKS Będzin (godz. 19:00); BKS Visła Bydgoszcz – Jastrzębski Węgiel (godz. 20:30).
Niedziela 27 października:
GKS Katowice – Asseco Resovia Rzeszów (godz. 14:45); Trefl Gdańsk – PGE Skra Bełchatów (godz. 17:30).
Spotkanie Grupy Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle z MKS Malow Ślepsk Suwałki przełożono na 6 listopada).

 

Włosi kuszą Kurka

Najlepszy siatkarz ubiegłorocznych mistrzostw świata Bartosz Kurek, który z powodu operacji kręgosłupa musiał przedwcześnie zakończyć sezon ligowy w ONICO Warszawa, rozważa dwie intratne oferty.

Kurek ostatnie miesiące spędził w ONICO Warszawa, gdzie trafił w połowie rozgrywek PlusLigi z powodu upadku Stoczni Szczecin. Teraz nasz reprezentacyjny siatkarz analizuje oferty. Wiadomo coś nie coś o dwóch. Jedną złożyli mu działacze ONICO, którego prezesem jest były libero reprezentacji Polski Piotr Gacek. Po wielotygodniowych negocjacjach zaproponowali Kurkowi rekordowy jak na polskie warunki kontrakt gwarantujący mu zarobki na poziomie 150 tys. złotych miesięcznie. Ale siatkarz otrzymał też ofertę z włoskiego klubu Cucine Lube Civitanova, w którym już w przeszłości występował (w latach 2013-2015).

Włosi rzecz jasna przebili ofertę warszawskiego klubu, bo potrzebują pilnie gracza na miejsce Bułgara Cwetana Sokołowa, który otrzymał lukratywną propozycję z Zenita Kazań gwarantującą mu zarobki w wysokości 900 tys. euro (ok. 3,8 mln złotych). Kurek na takie zarobki w Cucine Lube nie ma co liczyć, ale jak wieść niesie we Włoszech zarabiałby dwa razy więcej niż w ONICO.
Warto jednak przypomnieć, że nasz reprezentacyjny siatkarz w połowie kwietnia przeszedł operację kręgosłupa. O ile na początku wydawało się, iż będzie z tego powodu wyłączony z gry przez większość sezonu reprezentacyjnego, w tym także z udziału w turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk olimpijskich w Tokio, to teraz śle sygnały, że jego rehabilitacja nie będzie trwała tak długo. „Jestem pewien, że na kwalifikacje do igrzysk będę gotowy do gry, innej możliwości nie ma. Wyprzedzamy plan rehabilitacyjny, dlatego nie widzę niebezpieczeństwa, żebym miał nie zdążyć – zapewnia Bartosz Kurek.