Damy i zwierzęta

W programie „Projekt Lady” TVN w nieetyczny sposób wykorzystano żywe zwierzęta. Pojawiły się również zarzuty, że jedno z nich zmarło na planie podczas kręcenia rozrywkowego show.

W 7 odcinku 4 sezonu programu, którego akcja umieszczona została w zabytkowym zamku, kandydatki na „damy” miały zmierzyć się z własnym lękiem i uprzedzeniami. W tym celu prowadząca kazała im wkładać ręce do kilku zamkniętych, ustawionych w rzędzie pudełek. Tylko widzowie mogli zobaczyć, co znajduje się w środku. Młode kobiety musiały rozpoznać zawartość pudełek na tak zwanego czuja, dotykiem.

Trudno stwierdzić, kto był bardziej przerażony – dziewczyny, czy zwierzęta.

Takie przynajmniej odczucia miałam podczas oglądania kontrowersyjnego odcinka.
Żaba Rozamunda i świnka morska Albert kuliły się pod ścianami, będąc narażone na dotyk obcych rąk. W pozostałych pudełkach znajdowały się różne przedmioty nieożywione – takie jak mięso z kurczaka czy szczotka do włosów. Cała konkurencja miała dostarczyć widzom uciechy, że oto młode dziewczyny panikują, dotykając kolców wystających ze szczotki i piszczą przy tym wniebogłosy. Szczerze mówiąc postawiona w podobnej sytuacji rozważyłabym skargę na naruszenie mojej nietykalności cielesnej. Bo dotyk ten był ewidentnie niechciany.
Uczestniczki zresztą pod koniec zadania opowiadały przed kamerą, jak bardzo było ono dla nich stresujące i niekomfortowe. Zwierzęta, jak wiadomo, głosu nie mają, więc go nie zabrały. Ale zaraz, zaraz…

Po programie w internecie zawrzało.

W mediach społecznościowych pojawiły się komentarze sugerujące, że świnka morska użyta w programie zmarła z wyziębienia, z powodu zbyt mocno rozkręconej na planie klimatyzacji. Według tego, co piszą internauci na Facebooku i Instagramie, miała potwierdzić to anonimowa osoba z ekipy, obecna przy kręceniu odcinka.
TVN nie skomentowała sprawy, głos zabrała za to prowadząca Tatiana Mindewicz-Puacz, która zapewniła, że nad zwierzętami na planie czuwa zawsze sztab specjalistów i „często mają lepszą opiekę niż ludzie”. Nie odniosła się jednak do sprawy Alberta. Stacja, pragnąc oddalić oskarżenia i oczyścić się z zarzutu dręczenia zwierząt, powinna pokazać go widzom i zapewnić, że ma się dobrze.

Zwierzę nie jest rzeczą!!!

Wykorzystywanie zwierząt dla rozrywki – czy to na cyrkowej arenie, czy na planie popularnego programu, uważam za nieetyczne. Niezależnie od tego, co naprawdę wydarzyło się przy kręceniu siódmego odcinka czwartej serii, scenarzyści powinni wytłumaczyć się widzom oraz organizacjom prozwierzęcym z samego pomysłu zamknięcia żywych istot w pudelkach i zmuszania do niechcianego dotyku. Komuś ewidentnie zabrakło wyobraźni. Co by się stało, gdyby zwierzę zaatakowało dłoń którejś z uczestniczek? Co by się stało, gdyby doznało urazu, na przykład ostrym paznokciem?
Mój kochany pieseczek
Zarówno Tatiana Mindewicz-Puacz, jak i prowadząca Małgorzata Rozenek-Majdan mają w swoich mediach społecznościowych zdjęcia ze swoimi psimi ulubieńcami. Powinny więc rozumieć, że nie da się zostać „damą”, kiedy darzymy szacunkiem kanapowego pieska, ale żabę czy świnkę traktujemy jak zabawkę na antenie.
Jeśli scenarzyści wymyślili sobie, że będą „oswajać” młode kobiety z lękiem z pomocą zwierząt, mogli w tym celu zaprosić specjalnie do tego szkolone psy, konie, koty – które pomagają zrozumieć świat niepełnosprawnym, czy osobom z autyzmem.

Damą być

Dama, jak wiadomo, je przez bibułkę wszystko, co trzeba. Nie kruszy, nie mlaska, rozróżnia kieliszki do wina białego, czerwonego i prosecco. Taka jest skubaniutka.
Ale najwyraźniej nie trzeba uczyć jej szacunku do żyjących stworzeń, o ile nie są kochanym rasowym pieskiem na złotym łańcuszku zamiast smyczy albo poczciwym łajzą ze schroniska, który generuje setki lajków na Facebooku i Instagramie – i świadczy o wielkim sercu właścicielki.
Często mają lepszą opiekę niż ludzie
Żyjemy w kraju, w którym zwierzęta praktycznie nie mają praw. Traktowane są jak zasób. Świadomość społeczna zmienia się powoli i z trudem.
I nagle wchodzi na ekrany program, propagujący świetną zabawę w postaci „macania” żaby ukrytej w skrzynce. Nikomu nie przyszło do głowy, że to się kłóci?
Tematem na osobny tekst jest poddawanie presji i wymuszanie różnych zachowań na uczestnikach programów takich jak „Projekt Lady”. Oby konwencja „wiemy, lepiej, co dla was dobre” przeszła jak najszybciej do historii popkultury, zarówno w odniesieniu do ludzi, jak i do zwierząt.

Nowy fetysz: nienawiść do bezdomnych

Regularnie ta sama scena rozdziera mi serce i chodzi za mną potem przez kilka dni: ludzie przed trzydziestką, czasem nastolatki, nawet młode dziewczyny, czerpią perwersyjną przyjemność z upokarzania bezdomnych w komunikacji miejskiej.

Wczoraj dwóch nabuzowanych chłopaków – na oko 25 lat – chciało bezdomnego z tramwaju wyrzucić na zimno, nazywając go przy tym „ścierwem” i „śmierdzielem”. Co ciekawe, każdorazowo przy tej faszystowskiej agresji ujawnia się jej liberalne usprawiedliwienie – wygłaszane na głos na użytek sumienia i obserwatorów: „można nie pić”, „trzeba iść do noclegowni”, „pracy jest dość”, „za nasze jesz i za nasze jedziesz”.
Chociaż żaden ze mnie superman i kiedyś za to oberwę, zapytałem wczoraj agresora, jak ciągnął bezdomnego do drzwi, czy nie ma ochoty zostać kanarem, bo widzę, że jara go przypierdalanie się do ludzi, ale póki nie ma identyfikatora to niech skończy się rządzić.
Popyszczył trochę na mój temat (nazwał mnie „małolacikiem”, podziękowałem za komplement), ale ogólnie sobie usiadł. Supermani po siłowniach jak zwykle udawali, że nic nie widzą, albo przyglądali się z plotkarskim nastawieniem.
Kiedy powiedziałem „przestań obrażać tego człowieka, kiedyś sam możesz być w jego sytuacji, a dziś jedyne bydło w tym tramwaju robisz Ty”, trafiłem w sedno. Gość puścił histerycznym tonem: „Byłem w takiej sytuacji! Byłbym… Ale się wziąłem, każdy ma to, co sobie wypracuje, nie?”. Przemówił ten strach, będący wyrazem jego świadomości jak niewielka granica, kilka niefortunnych sytuacji oddziela go od kondycji bezdomnego, którego widoku nie jest w stanie znieść. Ta nienawiść to w gruncie rzeczy nienawiść do siebie samego, do zawartej w sobie potencjalności, którą na razie dużym wysiłkiem udało się pokonać.
Ten agresor – na oko wyglądający jak ktoś wracający z budowy albo magazynu – wielokrotnie słyszał o takich jak on sam, że są nierobami, że każdy sobie rzepkę skrobie. Może w pracy jest popychadłem, może w domu nie jest szanowany, może wyrwał się z marginesu.
Ci, którzy wyżywają się na bezdomnych zawsze wyglądają na ludzi niemajętnych, niepewnych o swój los.
Wynosząc bezdomnego, chcą wyrzucić perspektywę, w której mogliby być na jego miejscu. Ale tego nie da się rozwiązać w pojedynkę. W pojedynkę można spróbować oduczyć się nienawiści do tego, co w nas samych słabe, brzydkie, odpychające. I wtedy będziemy stawać w obronie słabych, brzydkich, odpychających. Jeżeli wybierzemy kult supermana i rywalizacji, skończymy jako faszystowski osiłek – a w najlepszym razie jak te mopsy z siłowni, które biernie przyglądają się jak na ich oczach ginie człowieczeństwo.