Cóż wiemy o finansach?

Inaczej, niż w przypadku miłości, więcej wiedzą o nich nieco starsi Polacy.
Ponad połowa badanych mieszkańców Polski chce wiedzieć więcej na temat finansów i funkcjonowania gospodarki (57 proc.) oraz cyberbezpieczeństwa (53 proc.). Jak widać, samokrytycznie i słusznie oceniamy, że nasz poziom wiedzy na te tematy jest bardzo niski. Takie wyniki przynosi sondaż „Poziom wiedzy finansowej Polaków” przeprowadzony w wyniku zlecenia Warszawskiego Instytutu Bankowości i Fundacji Giełdy Papierów Wartościowych na ogólnopolskiej reprezentatywnej próbie dorosłych osób, w lutym i marcu bieżącego roku.
Okazuje się, że w porównaniu do 2020 r., nieznacznie spadł do 49 proc. odsetek osób oceniających swoją wiedzę finansową jako „raczej małą” lub „bardzo małą”. Niestety, wzrósł za to poziom negatywnej samooceny w tym obszarze wśród młodych Polaków w wieku 18-24 lata – z 83 proc. do 90 proc. To rezultat narodowo-religijnej propagandy sukcesu uprawianej w PiS-owskich mediach „publicznych”, gdzie liczą się inne wartości niż edukowanie młodych obywateli.
W porównaniu do 2020 r., spadł odsetek osób deklarujących brak jakiegokolwiek długookresowego oszczędzania – z 39 proc. do 31 proc. Rośnie także popyt na wiedzę z zakresu inwestowania (wzrost z 26 proc. do 37 proc.), co z kolei jest wynikiem tego, że w naszym kraju oszczędzanie pieniędzy w bankach przynosi straty, więc Polacy myślą o innych możliwościach lokowania swoich pieniędzy. Jest to bardzo dobrze widoczne właśnie od 2019 r. – Rosnący popyt na wiedzę z zakresu inwestowania odzwierciedla również rekordowy wzrost otwieranych rachunków maklerskich i udział inwestorów indywidualnych w obrotach giełdowych (wzrost r/r z 12 proc. do 25 proc. w 2020) – powiedział dr Wojciech Nagel, przewodniczący Rady Nadzorczej Fundacji GPW.
Ta wiedza rzeczywiście jest bardzo potrzebna, bo na przykład blisko co czwarty z badanych (24 proc.) deklaruje brak jakiejkolwiek wiedzy o zasadach funkcjonowania giełdy. Jak twierdzą przedstawiciele fundacji GPW, kluczową, powiększającą się barierą w inwestowaniu na warszawskiej giełdzie wskazaną przez ankietowanych jest właśnie brak dostatecznej znajomości tego zagadnienia (wzrost rok do roku z 57 proc. do 62 proc.).
Natomiast nieprzewidywalności rynku giełdowego boi się 37 proc. Polaków (tu nastąpił wzrost z zaledwie 15 proc.), a 36 proc. ocenia swój kapitał wyjściowy za niedostateczny do aktywności na rynku kapitałowym (wzrost z 18 proc.). To sygnał wskazujący na ubożenie Polaków i rosnące w takiej sytuacji zaufanie do bezpiecznych sposobów odkładania pieniędzy, do których w żadnej mierze nie można zaliczyć giełdy.
W 2021 r. respondenci zadeklarowali za to, że znają co najmniej jeden ze sposobów oszczędzenia długookresowego (poza lokatami bankowymi). Wśród wskazań dominują Pracownicze Plany Kapitałowe (wzrost r/r z 74 proc. do 89 proc.) oraz Indywidualne Konta Emerytalne (wzrost r/r z 67 proc. do 71 proc.). Najwyższy odsetek zadeklarowanej rozpoznawalności, co może dziwić, dotyczy wiedzy o PPK wśród osób młodych (18 – 24 lata) – aż 96 proc. Najczęściej deklarowanym sposobem długookresowego oszczędzania także są IKE (wzrost r/r z 34 proc. do 38 proc.). Natomiast jedynym narzędziem, które odnotowało spadek popularności są Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego (z 11 proc. do 4 proc.).
Zdecydowana większość badanych jest zdania, że zajęcia z edukacji finansowej powinny mieć charakter obowiązkowy. O ile w ubiegłym roku 8 proc. badanych wciąż nie widziało potrzeby wprowadzenia obowiązkowych zajęć z zakresu wiedzy finansowej na którymkolwiek z etapów nauczania, to w 2021 r., takiego zdania jest jedynie 3 proc. Najpopularniejszymi źródłami wiedzy o finansach dla ponad połowy Polaków w 2021 r. jest internet (59 proc.) oraz banki i inne instytucje tego rodzaju (54 proc.).
Z badania wynika również, że najbardziej preferowanym sposobem nabywania wiedzy finansowej pozostały bezpośrednie spotkania stacjonarne (wzrost r/r z 49 proc. do 60 proc.) – znacznie mniej jest zwolenników spotkań w formule online (12 proc.). Znacząco wzrosło zainteresowanie filmami edukacyjnymi i materiałami wideo (z 11 proc. do 40 proc., a wśród seniorów powyżej 65 lat nawet do 55 proc.). Osoby młode (18 – 24 lata), oprócz spotkań bezpośrednich chcą także nabywać wiedzę finansową poprzez aplikacje mobilne (48 proc.) oraz platformy e-learningowe (44 proc.).
Jednocześnie, troje na czworo Polaków oczekuje zdecydowanie przewodniej roli szkoły i nauczycieli w przekazywaniu wiedzy ekonomicznej (wzrost rok do roku z 66 proc. do 77 proc.). Blisko połowa z badanych wskazuje na konieczność wspierania tego procesu ze strony rodziców (49 proc.), pracowników sektora finansowego (47 proc.) i instytucji państwowych (46 proc.). Natomiast w przypadku mediów nastąpił tu istotny spadek z 71 proc. do 47 proc. Przyzwyczailiśmy się już, że w PiS-owskich mediach „publicznych”, a zwłaszcza w TVP brakuje miejsca na podobną tematykę, nie mającą przecież charakteru propagandy nacjonalistycznej.
Dosyć pozytywnym trendem w Polsce jest wzrost odsetka Polaków deklarujących bardzo dokładne czytanie dokumentacji przed podpisaniem umów z instytucjami finansowymi – z 32 proc. w 2019 r. do 40 proc. w 2021. To spore osiągnięcie, gdy zważyć, że te umowy świadomie są pisane skomplikowanym językiem, mającym odstręczyć klientów od ich lektury. Tradycyjnie już, do tak ważnej i wymagającej odrobiny rozumu czynności jak zaciągnięcie zobowiązania finansowego, skrupulatniej podchodzą polskie kobiety niż mężczyźni – 44 proc. pań czyta umowy bardzo dokładnie, w porównaniu z 36 proc. mężczyzn.
W ubiegłym roku znacznie intensywniejsza, z powodu pandemii, była nasza aktywność w internecie. Ten, wciąż coraz trudniejszy czas, umocnił czołową pozycję wiedzy z obszaru cyberbezpieczeństwa jako tej, która zdaniem Polaków wymaga największego uzupełnienia (wzrost rok do roku z 54 proc. do 58 proc. ) – i ta opinia nie jest znacząco zróżnicowana ani pod względem wieku, ani poziomu wykształcenia. Problemy z wiedzą na temat cyberbezpieczeństwa potwierdzają także i sami bankierzy. W lutowym badaniu „Monitor Bankowy” przeprowadzonym na zlecenie Związku Banków Polskich, 70 proc. z nich wskazało właśnie bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni jako coś najtrudniejszego do przyswojenia przez klientów. To zrozumiałe, bo ataki oszustów internetowych są w Polsce coraz bardziej wyrafinowane i trudne do odparcia. – W ciągu ostatniego roku większość Polaków zdecydowaną część swojego życia musiała przenieść do sieci. Praca zdalna, bankowość i zakupy online czy edukacja na odległość stały się naszą codziennością. W parze z tak dużą i zróżnicowaną aktywnością muszą iść odpowiednia świadomość i edukacja cyfrowa. Jednocześnie, warto aby w te wszystkie działania edukacyjne – również w obszarze finansów czy zasad funkcjonowania gospodarki – było zaangażowanych jak najwięcej podmiotów i środowisk – zarówno publicznych, prywatnych, jak i pozarządowych. Tylko w ten sposób będziemy w stanie sprostać tym wyzwaniom gospodarczym i cywilizacyjnym, które przed nami w najbliższych latach – powiedział Waldemar Zbytek, prezes Warszawskiego Instytutu Bankowości.
Świadomość ekonomiczna Polaków wciąż jest niska. W dodatku tragiczna rzeczywistość pandemii, w której tkwimy od ponad roku, w istotny sposób wpłynęła również na nasze długofalowe plany, zamiary i nadzieje związane z decyzjami o charakterze ekonomiczno – finansowym.

Polacy wymierają pod rządami PiS

Niska jakość usług publicznych w naszym kraju sprzyja bardzo dużej liczbie zgonów podczas pandemii.

Pierwsza fala pandemii COVID-19 zaskoczyła wszystkich, ale do drugiej państwa i obywatele mieli szansę się przygotować. W państwach Unii Europejskiej o wysokiej jakości usług publicznych, podczas drugiej fali pandemii było mniej zgonów spowodowanych wirusem COVID-19, niż w państwach, gdzie jeszcze przed pandemią sektor publiczny był słabo oceniany.
W państwach członkowskich UE jesienią ubiegłego roku związek między wysoką jakością usług publicznych i profesjonalizmem apolitycznej służby cywilnej, a ograniczoną liczbą tzw. nadliczbowych zgonów był silniejszy, niż związek z zamożnością czy wysokością wydatków na zdrowie. Niestety efektywność rządu i szeroko rozumiana jakość usług publicznych w Polsce były jednymi z niższych w UE (21 miejsce w rankingu Banku Światowego w 2019 roku).
Polska jest relatywnie biednym państwem na tle UE i ma nisko ocenianą jakość usług publicznych. Pomimo dynamicznego wzrostu gospodarczego w ostatnich 30 latach, Polska wciąż jeszcze nie nadrobiła zaległości rozwojowych i w 2019 r. była siódmym najbiedniejszym państwem UE (produkt krajowy brutto na mieszkańca według parytetu siły nabywczej). Jak wynika z porównań, biedniejsze państwa UE przeznaczają na ochronę zdrowia mniej od bogatszych państw. Jednakże w Polsce łączne wydatki na ten cel są niższe niż powinny być, uwzględniając poziom rozwoju – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich. W 2019 r. wydatki na publiczną służbę zdrowia w Polsce były piątymi najniższymi w UE. Sytuację poprawiają prywatne wydatki na ochronę zdrowia, choć według szacunków OECD w 2018 r. także one były poniżej średniej unijnej.
Szerszym problemem, dotyczącym nie tylko służby zdrowia, jest generalnie niska ocena jakości usług publicznych oraz profesjonalizmu i apolityczności służby cywilnej. Według indeksu efektywności rządzenia (Government Effectiveness) przygotowanego przez Bank Światowy w 2019 r. Polska była siódmym najgorzej ocenianym państwem UE. Ponownie widać zależność między poziomem rozwoju a jakością usług publicznych, która zapewne jest dwukierunkowa (wysoka jakość usług publicznych sprzyja szybszemu wzrostowi PKB, a jego wysoki poziom ułatwia finansowanie wysokiej jakości usług). Jednak warto zauważyć, że szereg państw regionu (m.in. Estonia, Łotwa, czy w pewnym stopniu też Słowacja) cieszą się wyższą jakością usług, niż wynikałoby to wprost z ich zamożności – zwraca uwagę TEP.
Pierwsza fala pandemii COVID-19 zaskoczyła zdecydowaną większość państw na świecie, niezależnie od ich poziomu rozwoju. Spośród państw wysoko rozwiniętych zdecydowanie lepiej poradziły sobie wówczas państwa, które miały wcześniejsze doświadczenia z SARS (m.in. Tajwan czy Korea). Większość państw Zachodu nie dała rady ograniczyć pandemii, co doprowadziło do znacznego wzrostu liczby zgonów w porównaniu do lat poprzednich. Do Polski i krajów regionu pandemia COVID-19 dotarła z kilkutygodniowym opóźnieniem w stosunku do Europy Zachodniej. Prawdopodobnie słabsze powiązania ze światem oraz szybko wprowadzone restrykcje ograniczyły skalę pierwszej fali pandemii w krajach naszego regionu.
Gospodarcze konsekwencje drugiej fali były mniejsze niż na wiosnę – firmy i obywatele były lepiej przygotowane, a skala zakłóceń w łańcuchach dostaw mniejsza. W rezultacie PKB Unii Europejskiej w IV kwartale 2020 r. spadł o 4,6 proc. w porównaniu do analogicznego kwartału roku poprzedniego, wobec spadku o 13,8 proc. w drugim kwartale w trakcie pierwszej fali pandemii. Jednocześnie jednak konsekwencje zdrowotne były znacznie poważniejsze. W II kwartale w UE średnio umierało o 10 proc. więcej ludzi więcej niż w poprzednich latach, podczas gdy w IV kwartale tak rozumiane nadliczbowe zgony sięgnęły blisko 30 proc. .
Duży wzrost „nadliczbowych” zgonów (czyli tych spowodowanych bezpośrednio przez COVID-19) przede wszystkim odnotowały państwa, w których jakość usług publicznych i służby cywilnej była źle oceniana jeszcze przed pandemią, w tym niestety Polska. W przeciwieństwie do sytuacji na wiosnę ubiegłego roku, ryzyko drugiej fali pandemii było znane, co dawało czas na przygotowania, także służby zdrowia. Proste zestawienia sugerują, że uniknięciu nadliczbowych zgonów sprzyjała przede wszystkim szeroko rozumiana wysoka efektywność rządu, obejmująca wysoką jakość usług publicznych i profesjonalną służbę cywilną, a niekoniecznie zamożność danego państwa lub stosunkowo wysokie (w relacji do PKB) wydatki na ochronę zdrowia.
Choć zbyt wcześnie jeszcze na pełną ocenę, to jednak wskazane relacje stanowią istotny sygnał, aby dyskusji o nadliczbowych zgonach i ochronie zdrowia nie sprowadzać tylko do kwestii wysokości wydatków publicznych. Konieczne jest pamiętanie o kwestii efektywności rządu. Należy przy tym podkreślić, że prezentowana przez Bank Światowy miara efektywności rządu jest bardzo szeroka i uwzględnia nie tylko służbę zdrowia, ale także inne usługi publiczne, których jakość też mogła wpływać na przygotowanie państwa do drugiej fali pandemii. W tym kontekście warto pamiętać, że o ile problemy z funkcjonowaniem ochrony zdrowia w trakcie pandemii są już dobrze widoczne, to znacznie mniej wiemy o skutkach problemów w edukacji, szczególnie w przypadku dzieci z mniej zamożnych lub gorzej wykształconych rodzin.

PiS zagraża wolności Polaków

Pod rządami Prawa i Sprawiedliwości łamie się w naszym kraju prawo, sprawiedliwość i demokrację. W rankingach wolności jesteśmy coraz niżej.
Indeks Wolności Człowieka opracowywany i publikowany jest w raporcie, przygotowywanym co roku wspólnie przez Cato Institute (USA), Fraser Institute (Kanada wraz z ośrodkami w 90 krajach), Liberales Institute (Niemcy), The Institute of Economic Analysis (Rosja) oraz Visio Institute (Słowenia), specjalizujące się szerokich badaniach społecznych.
Autorami raportu i indeksu byli w ubiegłym roku Ian Vasquez i Fred McMahon pracujący w Cato Institute. Indeks 2020 jest szóstym, który stworzyli. Zawiera on dane za rok 2019, obejmujące 162 kraje, czyli 94 proc. ludności świata.
Przez pojęcie human freedom, autorzy raportu rozumieją wolność od wymuszeń i ograniczeń (absence of coercive constraint). Indeks i pełny raport (liczy 420 stron) można znaleźć na stronie: www.fraserinstitute.org lub www.cato.org
Polska zajęła w Indeksie Wolności Człowieka 2020 miejsce 45 (w ubiegłym roku 40.) miejsce, z wartością indeksu wynoszącą 7,72 (w skali od 0 do 10). Jest to o pięć miejsc gorzej niż rok wcześniej, z niższą wartością samego indeksu.
Spoglądając wstecz: w Indeksie 2012 roku Polska zajmowała 27 miejsce, czyli aż o 18 miejsc wyżej niż obecnie!
Indeks wolności człowieka (human freedom) składa się z dwóch obszarów: wolność osobista (personal freedom) – 34 wskaźniki monitorujące i wolność ekonomiczna (economic freedom) – 42 wskaźniki monitorujące.
Raport operuje dwunastoma agregatowymi czynnikami i w sumie 76 szczegółowymi wskaźnikami obrazującymi wszechstronnie i wieloaspektowo przestrzeganie praw człowieka w danym kraju. Poszczególne czynniki i wskaźniki są szczegółowo opisane w raporcie. Indeks jest ich arytmetyczną średnią ważoną.
Czołówka rankingu przestrzegania prawa to: Nowa Zelandia, Szwajcaria, Hongkong, Dania i Australia. Wartość indeksu dla Nowej Zelandii wynosi 8,87 a dla wolności osobistej 9,21 a dla Polski – 7,72, w tym dla wolności osobistej 8,39. Taki jest obecnie nasz dystans do najlepszych.
Warto w tym miejscu podać, że najlepsze miejsce zajmowaliśmy w 2011 roku: 23. Wówczas wartość indeksu wynosiła 8,21. Wyraźny spadek zaczął się w 2015 r. Subindeks wolności osobistej, który w 2014 r. wynosił 8,83, spadł do 8,32 w 2017 r., a wolności ekonomicznej – spadł z 7,49 w 2014 r. do 7,24 w 2017 r.
Spośród nowych krajów UE przed nami są: Estonia (8 miejsce), Litwa (21), Łotwa (22), Czechy (24), Rumunia, Słowacja, Słowenia, Chorwacja i Bułgaria (39). Za nami znajdują się tylko Węgry (49, spadek o 4 miejsca).
USA zajmują 17 miejsce w Indeksie przestrzegania prawa człowieka (spadek o 2 miejsca), Chiny – 129 a Rosja 115. Spośród sąsiadów: Białoruś zajmuje 99 (spadek o 7 miejsc), a Ukraina 110 (polepszenie o 8 miejsc). Ostatnie miejsca zajmują w Indeksie 2020: Iran, Jemen, Wenezuela Sudan i Syria.
Średnia światowa wartość Indeksu 2020 wyniosła 6,93. W porównaniu z ubiegłoroczną edycją 87 krajów podniosło swoje oceny zaś 70 obniżyło. W porównaniu do 2008 r. poziom globalnej wolności nieco jednak spadł. Patrząc z perspektywy 2008-2019 (na początku tego okresu badano jednie 141 krajów), podniesiono oceny dla 70 krajów a dla 70 obniżono.
Istnieje wyraźna korelacja między poziomem wolności, a poziomem dochodów. I tak, kraje o wysokim poziomie Indeksu wolności człowieka mają średni dochód 40,171 dolarów, a kraje o niskim poziomie Indeksu wolności mają dochód wynoszący 15.721 dol.
W grupie krajów Europy Zachodniej (18 krajów) Indeks waha się pomiędzy 8,05 (Francja) a 8,82 (Szwajcaria). W Europie Wschodniej (22 kraje) waha się pomiędzy 6,31 (Rosja) i 8,54 (Estonia). Polska jest tu na 12. miejscu (7,72).
Oceniając bardziej szczegółowo poszczególne czynniki trzeba podać, że w Indeksie 2020 w zakresie przestrzegania praw wolności osobistej (35 miejsce) w niektórych dziedzinach Polska zajmuje wysokie lokaty, a wartość subindeksów wynosi ponad 9 pkt. – na przykład w zakresie swobody przemieszczania się (10 pkt) czy bezpieczeństwa osobistego (9,7).
Najniższe noty dotyczą polskiej praworządności (6,3), wolności w zakresie zakładania organizacji wyznaniowych (5,9) oraz politycznych i prawnych wpływów (presji) na media (7,5). W zakresie wolności ekonomicznych (dopiero 77 miejsce Polski) najwyższe noty dotyczą zdrowego pieniądza (9,7), najniższe natomiast: swobody przepływu kapitału w układzie międzynarodowym (5,5), systemu prawa i własności (6,0) oraz funkcjonowania rządu (5,7).
Tendencje są niestety niekorzystne. W latach 2008-2014 Indeks wolności człowieka wykazywał w Polsce dość systematyczny wzrost, z 8,10 do 8,24. Jednak od 2015 r. stale spada – do 7,72 w Indeksie 2020.
W zakresie wolności ekonomicznej subindeks osiągnął najwyższy poziom w 2014 r. – 7,47 i potem systematycznie spadał do poziomu 7,04. W zakresie wolności osobistej poziom subindeksu jest wprawdzie wyższy jednak wykazuje podobną tendencję spadkową. W 2014 r. wynosił 9,01 i w 2020 r. spadł do 8,39.
Na pocieszenie warto podać, że w zakresie swobody przemieszczania ocena Polski wypada na najwyższym poziomie tj. 10,0 pkt, przez cały okres od 2008 r. Bardzo wysoka ocena objęła sprawy bezpieczeństwa i ochrony osobistej (9,7 – 9,9). Bardzo wysoka ocena (na poziomie 9,0 pkt a do 2014 r. nawet 10,0) dotyczy także spraw tożsamościowych i relacji osobistych. Tu spadek wynika z powodu braku powszechnej akceptacji LGBT (ocena 7,0).
Podsumowując: przez ostatnie pięć lat Indeks wolności człowieka w Polsce systematycznie spadał. Stąd ta odległa lokata – i tylko Węgry za nami. Na najniższym poziomie jest w Polsce subindeks praworządności – i także z tendencją spadkową.
Indeks Wolności Człowieka 2020
Wartość łączna Wolność osobista Wolność ekonomiczna
1 Nowa Zelandia 8,87 9,21 8,53
2 Szwajcaria 8,82 9,20 8,43
3 Hongkong 8,74 8,53 8,94
4 Dania 8,73 9,35 8,10
5 Australia 8,68 9,12 8,23
43 Kostaryka 7,84 8,05 7,62
44 Albania 7,81 7,81 7,80
45 Polska 7,72 8,39 7,04
46 Armenia 7,69 7,45 7,92
47 Peru 7,68 7,60 7,76

O co walczymy, dokąd zmierzamy?

Polska zawsze należała do biedniejszych krajów Europy, nie zmieniło się to przez ostatnie dwadzieścia lat i trudno oczekiwać, by w kolejnym dwudziestoleciu miało być inaczej.

 

Niedawny jubileusz odzyskania niepodległości to także dobra okazja do zastanowienia się, jaki dystans w rozwoju gospodarczym dzielił Polskę od krajów Europy zachodniej przed 100 laty i jak wygląda to dziś. Oraz kiedy – i czy – wreszcie je dogonimy.
Na temat przeszłości – stanu z początków II Rzeczpospolitej, wiemy stosunkowo niewiele. Jednak interesujące dane na ten temat zostały właśnie opublikowane przez Julię Patorską z Deloitte.

 

Z głębokiego dołka

Jak wiadomo w 1918 r. odradzająca się Polska stanowiła pod względem ekonomicznym obszar – zlepek trzech odmiennie rozwiniętych organizmów. Według ekspertki wówczas całe terytorium kraju średnio generowało Produkt Krajowy Brutto w przeliczeniu na 1000 mieszkańców (per capita) na poziomie „nieco niższym niż 50 proc. poziomu notowanego w ówczesnej Europie Zachodniej”.
Przy czym część zachodnia i północna kraju, tj. podległa wcześniej zaborowi niemieckiemu, była dwukrotnie bogatsza, niż obszary po zaborze rosyjskim i austriackim.
Nie zmienia to faktu, że kolejne lata w historii gospodarczej całej II Rzeczpospolitej nie były łatwe. Pierwszy okres po odzyskaniu niepodległości to czas obrony kraju przed nawałą bolszewicką i walki o ostateczny kształt granic, znaczony m.in. powstaniami śląskimi czy plebiscytem na Mazurach.
Do połowy lat 20. gwałtownie narastała inflacja, co przerwały dopiero reformy gospodarcze premiera Grabskiego, z wprowadzeniem złotego (w miejsce dotychczasowej marki polskiej) na czele.
Zauważalna poprawa gospodarcza skończyła się rychło ogólnoświatowym kryzysem w 1929 r., trwającym w Polsce niemal całą kolejną dekadę. Jasnymi punktami lat 30. stały się inwestycje rządowe przeprowadzane pod kierownictwem wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego: budowa portu w Gdyni (port w Gdańsku leżał poza terytorium kraju – w Wolnym Mieście Gdańsku) oraz Centralny Okręg Przemysłowy.

 

Gdy wyprzedzaliśmy Hiszpanów

II wojna światowa doprowadziła polską gospodarkę do ruiny. Choć po wojnie nie było z nią najwyraźniej jeszcze bardzo źle, jeśli wierzyć danym opublikowanych przez Julię Patorską – skoro: „w latach pięćdziesiątych udało się przekroczyć magiczną barierę 50 proc. PKB per capita notowanego w krajach zachodniej Europy. Co więcej, byliśmy wówczas bogatsi niż Hiszpania”.
Najgorsze przyszło w latach 80., gdy przestano spłacać krajom zachodnim długi (25 mld ówczesnych dolarów – z odsetkami) zaciągnięte w poprzedniej dekadzie przez ekipę Edwarda Gierka. Kraj praktycznie wówczas zbankrutował.
Według Julii Patorskiej polski PKB per capita w chwili rozpoczęcia transformacji ustrojowej odpowiadał 30 proc. poziomu notowanemu w krajach Europy Zachodniej.
„W tym czasie Hiszpania, którą w latach 50. i 60. przewyższaliśmy bogactwem, za sprawą otwarcia gospodarki po śmierci Franco, zdołała generować o 60 proc. więcej PKB niż Polska” – stwierdza ekspertka.

 

Czy będziemy bogaci jak Czesi?

Po kolejnych 30. latach, w chwili obecnej, osiągnęliśmy poziom około 70 proc. średniego unijnego PKB. Jest to oczywiście powód do zadowolenia, choć zapewne mogłoby być jeszcze lepiej.
Jak podawał portal bankier.pl oznacza to poziom niższy od notowanego w 1995 r. w Czechach (76 proc. PKB per capita w krajach Unii Europejskie), w których wskaźnik ten wzrósł obecnie do 89 proc. unijnej średniej. A z drugiej strony, podobno przeskoczyliśmy już pod tym względem Grecję i zbliżamy się do Portugalii.
Ponadto, wciąż jesteśmy w czołówce krajów UE pod względem dynamiki rozwoju PKB, co oznacza, że jeśli ten stan się utrzyma, mamy szansę na ich dogonienie w nieodległej już perspektywie. Nie wiadomo jednak w jakiej – i czy będzie tak dalej w kolejnych miesiącach oraz latach.
Czy sprawdzą się zatem zapowiedzi premiera Mateusza Morawieckiego sprzed kilku miesięcy, że Polska może osiągnąć średni unijny PKB na głowę już za 10-15 lat? Tego nie można zagwarantować. Na odpowiedź na to pytanie przejdzie nam czekać co najmniej dekadę.