Gospodarka 48 godzin

Ceny i praca
Jak wskazuje Główny Urząd Statystyczny, ceny towarów i usług konsumpcyjnych w Polsce w kwietniu 2021 r. w porównaniu z analogicznym miesiącem ubiegłego roku wzrosły aż o 4,3 proc. (wskaźnik cen 104,3), a w stosunku do poprzedniego miesiąca wzrosły o 0,7 proc. (wskaźnik 100,7). Za wzrost cen w największym stopniu odpowiadają drożejące paliwa, ceny energii oraz żywności i napojów bezalkoholowych. Ponadto GUS podał, iż osoby aktywne zawodowo (do tej grupy wlicza się też ludzi bezrobotnych), wedle stanu na koniec IV kwartału ubiegłego roku stanowią 56,5 proc. ludności Polski w wieku 15 lat i więcej. Wskaźnik ten w odniesieniu do IV kwartału 2019 r. zwiększył się o 0,5 punktu procentowego. Liczba ludności aktywnej zawodowo w wieku 15 lat i więcej wyniosła 17086 tys. osób, z tego 16555 tys. to pracujący i 531 tys. – bezrobotni. W ostatnim kwartale ubiegłego roku odnotowano ponowne nasilenie w stosunku do poprzedniego kwartału zjawisk zaobserwowanych w pierwszym okresie epidemii wśród osób pracujących, takich jak zwiększone absencje i częstsza praca z domu.

Oponiarskie interesy
Kierowcy, którzy używają opon całorocznych, wybierają je głównie ze względu na wygodę, ponieważ nie trzeba ich wymieniać dwa razy do roku. Ponadto, zgodnie z wynikami ankiety przeprowadzonej w zeszłym roku przez firmę badawczą YouGov dla Nokian Tyres w czterech krajach: Polsce, Niemczech, Francji i Włoszech, zdaniem kierowców opony całoroczne są wystarczająco bezpieczne, by używać ich przez cały rok. Wielu kierowców nadal jednak preferuje opony sezonowe, zwłaszcza z uwagi na wysokie ceny opon całorocznych. Ponadto, oczekują oni udoskonaleń opon całorocznych. Najważniejsza jest poprawa oszczędności paliwa, a na kolejnych miejscach listy życzeń w ankiecie znalazły się dobra odporność na zużycie i cena. Większość opon całorocznych stosowana jest w małych i średnich samochodach rodzinnych. Rynek tych opon rośnie, choć już teraz jest wysoki i wynosi 20 – 25 proc. Będzie więc zapewne rosnąć i w przyszłości, bo 70 proc. respondentów zdecydowanie kupiłoby ponownie opony całoroczne do swojego samochodu. Warto przypomnieć, że jeszcze kilkanaście lat temu stosowano niemal wyłącznie opony całoroczne. Jednak koncerny gumowe doszły do wniosku, że trzeba coś zrobić, aby skłonić kierowców do częstszego kupowania opon. Wymyślono więc opony letnie, które nie nadają się do jazdy zimą oraz zimowe, na których lepiej nie jeździć latem. Rozpoczęto też intensywny lobbying na rzecz wprowadzenia przepisów nakazujących kierowcom sezonową wymianę opon (u nas na szczęście nie ma takiego obowiązku). Od paru lat koncerny gumowe chcą zwiększać swe zyski za pomocą opon całorocznych, znacznie droższych od tych sezonowych. Gdy opony całoroczne zdominują rynek, ponownie zacznie się wprowadzanie opon letnich i zimowych, ale reklamowanych już jako znacznie doskonalsze od dotychczasowych opon sezonowych. Będą też one oczywiście znacznie droższe.

Bursztynowa lipa
W 2019 r. Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej informowało, że na terenie przekopu Mierzei Wiślanej znajduje się około 1,4 tony bursztynu o szacunkowej wartości 1,4 mln zł (tysiąc złotych za kilogram). Do tej pory wydobyto jednak tylko 17 kg.

Gospodarka 48 godzin

Czas cyfryzacji
W kryzysowym, 2020 roku aż o 10,4 proc. wzrosną wydatki na usługi i technologie transformacji cyfrowej – prognozuje firma analityczna Statista. Wiąże się to z tym, że firmy na świecie w czasie kryzysu pandemii znacznie przyspieszyły proces cyfryzacji. W Polsce najłatwiej zaobserwować postępujące „ucyfrowienie” polskiej administracji publicznej. Wzrasta bowiem stopniowo wartość indeksu rozwoju e-administracji. – Wysokie tempo transformacji cyfrowej jest w pełni uzasadnione, bowiem dla wielu firm stała się ona warunkiem przetrwania – mówi ekspert Mariusz Grabowski. W związku z tym coraz popularniejszy staje się model cyfryzacji, polegający na tym, że że wszystko: infrastruktura i sprzęt, oprogramowanie i serwis dostarczane są użytkownikowi końcowemu jako konkretne świadczenia, za które uiszcza on abonament. Z takich rozwiązań mogą również korzystać instytucje publiczne i jednostki samorządu. Taki model usługowy uwalnia odbiorców usług informatycznych od niemal wszystkich obowiązków, związanych z cyfryzacją.

Język to podstawa
82 proc. pracodawców wymaga znajomości języka obcego podczas rekrutacji – wynika z ankiety przeprowadzonej przez aplikację Babbel. Znajomość języka obcego to jeden z najważniejszych wymogów stawianych przed kandydatami ubiegającymi się o nową pracę. Trwająca od marca pandemia sprawiła, że zmieniliśmy wiele z naszych przyzwyczajeń. Część codziennych obowiązków, chociażby zakupy, przerzuciliśmy do Internetu. Jak się jednak okazuje, poszukiwanie pracy i rekrutacja, to procesy, które wskutek pandemii także niemal w całości przeniosły się do sieci. Od marca portale rekrutacyjne zanotowały znacznie wyższy ruch na stronie. Pojawiło się więcej ogłoszeń firm poszukujących nowych pracowników, a sami użytkownicy stali się bardziej aktywni – trzy razy częściej poszukiwali informacji o nowej pracy stacjonarnej lub zdalnej. W przypadku indywidualnych ofert pracy, chodzi przede wszystkim o angielski – wymienia go aż 96 proc. sposród pracodawców wymagających znajomości języka obcego. W przypadku 2 proc. pracodawców może to być niemiecki albo angielski, natomiast po jednym procencie przypada wyłącznie na niemiecki oraz na niemiecki albo rosyjski. Nie ma ofert pracy, w których byłby wymagany wyłącznie język rosyjski bądź inny język obcy poza angielskim i niemieckim. Co trzecie ogłoszenie o pracę zostało napisane w języku angielskim, najwięcej było ich w sektorze marketingu i technik informatycznych. Tak więc, język obcy to podstawa, bez względu na branżę, stanowisko czy nasze wykształcenie – zwłaszcza angielski biznesowy. Coraz więcej firm wymaga od swoich pracowników komunikowania się w języku obcym nie tylko z klientami, lecz także współpracownikami i kontrahentami z całego świata. Weryfikacja znajomości języka podczas rozmów kwalifikacyjnych to standard, o którym wszyscy kandydaci doskonale już wiedzą. Współczesne technologie pozwalają na naukę języków w każdym momencie dnia i w każdym miejscu, sami możemy też wyznaczyć sobie zasady nauki. To ważne szczególnie w obecnej sytuacji. Rozszerzając umiejętności językowe, dodajemy wartości do swojego CV, podnosimy kompetencje, a co za tym idzie nasza perspektywa możliwości zawodowych zdecydowanie się powiększa.

Mniej efektywna, ale pociągająca

Możliwość świadczenia pracy zdalnej jest dobrze oceniana przez pracowników i chcieliby oni nadal tak pracować. Pracodawcy narzekają jednak na jej niską wydajność.

Wśród pracowników w dojrzałym wieku, w granicach od 40 do 59 lat, co czwarty przyznaje, że efektywność jego pracy spadła w związku z pracą z domu w czasie pandemii COVID-19. Niewiele lepiej sytuacja wygląda w młodszej grupie wiekowej 25-39 lat: tutaj spadek efektywności stwierdziło 16 proc. badanych. Takie wyniki przyniosły niedawne badania firmy analitycznej Statista.
Z drugiej strony, według badań Manpower Group i HRLink, tylko co dziesiąty pracownik w Polsce chciałby wrócić z pracy zdalnej w home-office do biura na stałe. Aż 88 proc. respondentów chciałoby wciąż wykonywać pracę z domu.
Tak więc, widzimy oczywisty fakt, że praca zdalna jest mniej efektywna od „normalnej” – ale chcemy ją kontynuować z równie oczywistych powodów – ze względu na bezpieczeństwo i naszą wygodę.
W ślad za tymi trendami idą zmiany w prawie – trwają przygotowania do nowelizacji Kodeksu Pracy i wprowadzenie do niego szeroko pojętej pracy zdalnej.
Dziś widać już, że w wielu obszarach niełatwo jest realizować określone procesy z domu z taką samą efektywnością, jak z biura. Jednakże praca wykonywana poza firmą może być równie wydajna, jak ta świadczona w trybie stacjonarnym. Wymaga to jednak wypracowania nowych kompetencji managerskich, jak też odpowiedniego dostosowania procedur i zabezpieczenia ich nowoczesnymi narzędziami informatycznymi. Pracownicy dają nam sygnał, że dotychczasowy model home office, często wprowadzany na szybko jako chwilowa taktyka pozwalająca utrzymać ciągłość działania, powoli się wyczerpuje– mówi ekspert Konrad Łucka.
Utrzymanie w miarę przyzwoitej efektywności pracy to sprawdzian, z którym mierzą się firmy na całym świecie. Zwraca na niego uwagę również Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). Opublikowany we wrześniu tego roku pakiet zaleceń OECD wskazuje, że instytucje i prowadzone przez nie polityki powinny wywierać pozytywny wpływ na produktywność pracowników za pomocą wielu metod. Jednym z najważniejszych jest zapewnienie odpowiedniej infrastruktury informatycznej – bezpiecznej, niezawodnej i sprawnie działającej. Według OECD konieczne jest wprowadzenie kolejnych, dodatkowych regulacji w zakresie ochrony informacji, aby zapewnić pracownikom prawo do prywatności i zminimalizować ryzyko wycieku danych.
Tegoroczne, masowe przechodzenie na model pracy zdalnej wykazało, że raczej niski był stopień przygotowania wielu firm czy instytucji do tego wyzwania. To zrozumiałe, bo przecież trudno było przewidzieć nadejście koronawirusa i skalę jego niszczycielskiego działania. Dotyczy to zwłaszcza takiego obszaru, jakim jest bezpieczeństwo informatyczne. Gdy w maju bieżącego roku firma Bitdefender postanowiła sprawdzić wpływ pandemii na cyberbezpieczeństwo, to połowa badanych specjalistów z tej dziedziny stwierdziła, że ich organizacje nie miały planu awaryjnego na wypadek zaistniałej sytuacji. Jednocześnie aż 86 proc. z nich wskazało, iż w ostatnim okresie wzrosła częstotliwość cyberataków. To w sumie pozytywny wynik, wskazujący, że aż połowa przedsiębiorstw miała plany przygotowane na wypadek nieoczekiwanej sytuacji, takiej jak pandemia.
Inna sprawa, że wprowadzony w marcu lockdown postawił firmy przed wyzwaniem, jakim było szybkie stworzenie odpornego na ataki, bezpiecznego cyfrowego środowiska pracy. Wcześniej, tylko najbardziej rozwinięte organizacje miały wdrożone rozwiązania pozwalające zapewnić odpowiedni poziom ochrony.
Dziś jesteśmy bogatsi w doświadczenia i wiedzę, jak optymalnie organizować najważniejsze procesy i tworzyć funkcjonalne oraz bezpieczne środowiska pracy zdalnej – dodaje ekspert Tomasz Lorek. Tym niemniej, wszystko się może zdarzyć. O efektywności firm funkcjonujących w trybie pracy zdalnej decyduje w dużej mierze skuteczność wsparcia technicznego dla pracowników. Sprzęt i oprogramowanie bywają zawodne, a interwencja nie jest taka prosta, gdy potrzebujący pomocy pracownik znajduje się na drugim końcu miasta, lub zgoła w mieście zupełnie innym. A przecież wsparcie w celu zapewnienia niezawodnego działania sprzętu na którym pracują ludzie, ma bezpośrednie przełożenie na ich produktywność i płynność wykonywania obowiązków zawodowych. Tak więc, w dobie pracy zdalnej wsparcie techniczne jest tak samo niezbędne, jak wcześniej – ale teraz trzeba go udzielać w rozproszonej strukturze. Nie jest to bynajmniej łatwe zadanie, jednak dzięki nowoczesnym, „chmurowym” platformom, jak najbardziej wykonalne.
Spadki produktywności spowodowane zmianami w sposobie pracy mają poważne konsekwencje dla naszego rozwoju gospodarczego. Pragnienie pracowników, aby praca zdalna trwale istniała w modelach funkcjonowania przedsiębiorstw jest jednak bardzo silne. Praca zdalna, tak jak i pandemia koronawirusa, na pewno więc pozostanie z nami na dłużej. I trzeba się przystosować.
Konieczność zapewnienia wsparcia technicznego, dobór odpowiedniego oprogramowania i infrastruktury czy edukacja pracowników w zakresie kompetencji cyfrowych to niełatwa inwestycja, która dla wielu organizacji jest w tej chwili koniecznością – ale z pewnością przyniesie zyski w długim terminie i powinna uodpornić biznes na zawirowania w przyszłości – dodaje ekspert Marek Hojda.
Reorganizacja działalności wielu firm odbywa się właśnie teraz. Na pewno nie będzie to zmiana chwilowa, lecz na długie lata – bo nie wiemy, czy i kiedy skończy się pandemia, oraz co nastąpi po niej.

Gospodarka 48 godzin

Aktywa rosną wolno

W Polsce w ubiegłym roku, mimo doskonałej koniunktury, aktywa finansowe netto zwiększyły się tylko o 3,9 proc. co stanowi ich najniższy wzrost od 2011 r. Wysokość aktywów na jednego mieszkańca wyniosła 8757 euro, co dało 37. miejsce w rankingu najbogatszych krajów pod względem aktywów finansowych netto na osobę. Depozyty bankowe wzrosły u nas o 9,5 proc (w tym roku to się zmieniło) – i nadal są najpopularniejszymi aktywami finansowymi w portfelach polskich gospodarstw domowych (udział prawie 52 proc.). Wartość wszystkich papierów wartościowych spadła zaś o 2,0 proc. (mają one 25 proc. udziału w naszych portfelach). Natomiast należności ubezpieczeniowe i emerytalne nie odnotowały wzrostu w 2019 r. (ich udział to 13 proc.). Niepokojące jest to, że już przed pandemią aktywa w Polsce rosły wolniej niż w innych regionach – i to zanim koronawirus zaczął wpływać na zamożność naszych gospodarstw domowych. Wskaźnik zadłużenia Polski należy zaś do najwyższych w Europie Środkowej i Wschodniej

Co warto zastosować

„Praca zdalna zniwelowała ryzyko zarażenia się w drodze do i z pracy, a zwłaszcza podczas jej wykonywania. Zdalny system pracy okazał się bezpieczniejszy, tańszy i wygodniejszy dla większości. To dobry kierunek działania” – uważa Zbigniew Żurek, ekspert Business Centre Club do spraw rynku pracy. Takie podejście nie jest jednak powszechnie aprobowane przez polskich przedsiębiorców, gdyż uważają oni, że praca zdalna ogranicza możliwości kontrolowania i sztorcowania pracowników. Tym niemniej niektóre rozwiązania towarzyszące pandemii, które na stałe rekomenduje ekspert BCC, cieszą się dużym poparciem pracodawców. Chodzi zwłaszcza o doraźne badania stanu zdrowia pracowników oraz sprawdzanie stanu ich trzeźwości. „Stan pandemii wymusił i wymusza nadal, tworzenie nowych relacji i rozwiązań. Należy im się przyglądać, niwelując te niekorzystne, a jednocześnie rozwijając pozytywne. Niektóre z rozwiązań, wytworzonych w czasie pandemii mogą okazać się słuszne także w czasie, gdy wirus zostanie ostatecznie pokonany” – dodaje Zbigniew Żurek.

Banki duszą gospodarkę
W trzecim kwartale tego 48,2 proc. polskich przedsiębiorców nie rozpoczęło żadnych inwestycji – podaje sondaż BIG InfoMonitor. W czwartym kwartale, w miarę pogarszającej się sytuacji gospodarczej Polski, skłonność do działań inwestycyjnych będzie zapewne jeszcze słabsza. Wpływa na to polityka banków komercyjnych działających w naszym kraju. Banki uznają bowiem, że pożyczki, udzielone przedsiębiorstwom w ramach tarcz antykryzysowych, zmniejszają ich zdolność kredytową – i nie chcą im udzielać własnych kredytów, do czasu wywiązania się z zobowiązań, nałożonych na firmy przez tarcze antykryzysowe. Bankierzy uważają, iż subwencja ze strony państwa polskiego zwiększa zadłużenie. Tymczasem przedsiębiorstwa, korzystające z tarcz antykryzysowych, nie oczekiwały takiego podejścia ze strony banków. To nie pierwszy przypadek, gdy banki komercyjne działające w Polsce, próbują dusić rozwój gospodarczy naszego kraju, zamiast go wspierać.

Czy roboty wyprą nas z roboty?

Ograniczanie roli żywych ludzi w procesach produkcyjnych to tendencja trwająca od stuleci, ale koronawirus może ją przyśpieszyć.

Aż 53 proc. mieszkańców naszego kraju boi się utraty pracy z powodu kryzysu gospodarczego jaki spowodowała pandemia COVID-19. Polacy, jako główne powody obaw związanych z ryzykiem utraty pracy wskazują samą recesję (59,6 proc.), dłuższą izolację bądź kwarantanne wywołaną zakażeniem, co w konsekwencji może doprowadzić do zwolnienia (41,6 proc. ) oraz – co ciekawe – automatyzację ich stanowiska pracy (18,7 proc.).
Te ostatnie lęki, rodem jeszcze z późnego średniowiecza – bo wtedy pojawiły się pierwsze obawy przed nowymi metodami produkcji mogącymi zmniejszyć zapotrzebowanie na pracę – są, jak widać, nadal aktualne w Polsce.
Okres pandemii wiąże się z redukcją etatów oraz oszczędnościami wprowadzanymi przez wiele firm – na bardzo różne sposoby. Blisko 40 proc. badanych wskazuje, że z powodu wszechobecnej pandemii do ich pracy zostały wprowadzone nowe narzędzia technologiczne. Dwóch na trzech badanych przyznaje, że obecna sytuacja skłoniła ich do jeszcze częstszego korzystania ze smartfonu i komputera. Jednocześnie w pracy zdalnej pracują oni znacznie dłużej i ciężej niż dotychczas – takie wyniki przynosi raport Procontent Communication pt. „Pandemia automatyzuje Polskę?”.
Roboty nie chorują, nie męczą się, ani nie przenoszą wirusa – ze względu na te właśnie zalety stanowią idealną odpowiedź na czasy pandemii. Aspekt ten jest widoczny wśród pracowników, gdyż prawie, co piąty badany obawia się zautomatyzowania swojego stanowiska, które może zostać zastąpione przez nową technologię. Należy jednocześnie podkreślić, że na automatyzację pracy wskazało więcej respondentów obawiających się utraty zatrudnienia, niż na ucieczkę inwestorów z naszego rynku (15,9 proc.). Jeszcze mniej badanych, gdyż jedynie 11,3 proc. obawia się konkurencji ze strony imigrantów zarobkowych.
„Pandemia sprawiła, że znacznie więcej czasu spędzam przed komputerem i smartfonem” – z tym stwierdzeniem zgodziło się ponad dwie trzecie badanych. Na to wpływ bez wątpienia miała praca zdalna, którą, jak wynika z raportu, w ostatnim czasie wykonywał co drugi ankietowany. Polakom jednak ta forma pracy nie do końca odpowiada. Ponad połowa z nich (52 proc.) ocenia, że za sprawą zdalnego wykonywanie obowiązków pracowali oni ciężej i dłużej niż zwykle.
Jednocześnie ankietowani, w wyniku wzmożonego kontaktu z zaawansowanymi technologiami podczas pandemii, coraz bardziej obawiają się cyfrowej manipulacji. Aż 56 proc. badanych jest zdania, że firmy projektujące i kontrolujące technologie wykorzystują je do manipulowania użytkownikami. Z takim wnioskiem zdecydowanie nie zgadza się jedynie 2 proc. Polaków.
„W najbliższym czasie będziemy funkcjonować w modelu hybrydowym, łączącym pracę zdalną – tam gdzie jest ona możliwa – ze stacjonarną, np. w trybie rotacyjnym. To wymusza dalszą transformację cyfrową polskich przedsiębiorstw. Automatyzacja pracy pozwoli zapewnić ciągłość funkcjonowania i bezpieczeństwo w trudnych warunkach sanitarnych. Jest to nieuniknione. Nasz kraj i świat zostaną wkrótce zdefiniowane przez nowoczesne technologie cyfrowe, algorytmy i sztuczną inteligencję. Już obecnie są to supertrendy, na których warto budować strategię przedsiębiorstw” – uważa Emil Muciński z Instytutu Interwencji Gospodarczych Business Centre Club.
Obecne lęki przed robotyzacją wydają się jednak nieco rozdmuchane – bo przecież nawet i bez pandemii, przedsiębiorcy – jeśli im to się opłaca – automatyzują i restrukturyzują stanowiska pracy, by zatrudniać jak najmniej ludzi. Ale oczywiście, koronawirus może stanowić dodatkowy bodziec skłaniający do takich działań.
Dodatkowo, przez obecną sytuację gospodarczą Polacy chcą ograniczać wydatki, co zmniejszy konsumpcję, pogłębi recesję i będzie stanowić kolejny powód ograniczania zatrudnienia. Trudno jednak nie przygotowywać się na czekające nas, coraz cięższe czasy. Ponad połowa badanych (52 proc.) deklaruje, że oszczędza ze strachu przed drugą falą epidemii.
„Można powiedzieć, że pandemia stała się swego rodzaju katalizatorem, który skłonił Polaków do myślenia, że trzeba być przygotowanym na nieprzewidziane sytuacje. Wyniki badania wyraźnie obrazują, że obecnie Polacy są bardzo świadomi potrzeby posiadania poduszki finansowej, która zabezpieczy spokojne funkcjonowanie wielu rodzinom. Miejmy nadzieję, że obecna sytuacja pozytywnie wpłynie i wykształci nawyki takie jak kontrola wydatków i skłonność do świadomego oszczędzania. Polacy w porównaniu do mieszkańców Unii Europejskiej niestety wciąż odstają, jeśli chodzi o poziom posiadanych oszczędności.” – dodaje Jarosław Bartkiewicz prezes Prudential Polska. Tyle, że wszystkie zachęty do oszczędzania wezmą w łeb, jeśli coraz więcej ludzi straci pracę i nie będzie miało co oszczędzać.
Obawy przed drugą falą pandemii wpływają również na priorytety w naszym życiu zawodowym. Od swoich pracodawców Polacy wymagają dziś przede wszystkim przygotowania się na druga falę epidemii COVID-19 (56,1 proc.) oraz poradzenia sobie z kryzysem gospodarczym i odbudową gospodarki (53,8 proc.) – choć oczywiście znacznie bardziej odpowiedzialne za to są władze państwowe. Istotnym aspektem jest też dbanie o tzw. dobrostan pracowników i ich samopoczucie psychiczne związane ze stanem długotrwałej izolacji (47,3 proc.).
Nieliczni wskazali zaś na zmiany klimatyczne (21,1 proc.), jako istotny temat, którym powinni się obecnie zajmować pracodawcy. Warto zauważyć, że nigdy te kwestie nie były postrzegane jako ważne zadanie dla przedsiębiorstw – i słusznie, gdyż przeciwdziałanie niekorzystnym zmianom klimatycznym to przede wszystkim domena rządu, a nie przedsiębiorców. Ich zadaniem jest wytwarzanie dóbr w sposób jak najbardziej efektywny. Natomiast władze państwowe muszą zadbać o to, by metody wytwarzania tych dóbr były również jak namniej szkodliwe dla środowiska.
„Najważniejszym dla społeczeństwa jest dziś zapewnienie bezpieczeństwa finansowego i stabilizacja zatrudnienia. Tematy kluczowe dotyczą bezpieczeństwa zatrudnienia oraz wizji radzenia sobie z kryzysem” – dodaje Iwona Kubicz z Procontent Communication.
Kryzys gospodarczy spowodowany pandemią może przyśpieszyć trend ku automatyzacji i robotyzacji procesów produkcyjnych, ponieważ firmy szukają wszelkich sposobów, aby zredukować zatrudnienie i być bardziej konkurencyjnymi. To wielka szansa dla polskiej gospodarki, wciąż mało innowacyjnej i zapoźnionej technologicznie. Pytanie, czy kierownictwo gospodarcze naszego kraju będzie w stanie ją wykorzystać?
Oczywiste jest, że wiele firm, które wprowadzi nowe technologie i zainwestuje w automatyzację, już nigdy nie wróci do mniej nowoczesnych metod wytwarzania. I bardzo dobrze – ale trudno przypuścić, aby ten proces odbył się w sposób całkowicie bezbolesny dla pracowników najemnych.
Obecnie Ministerstwo Rozwoju wspólnie z Ministerstwem Finansów pracuje nad rozwiązaniami podatkowymi, które mają zachęcić przedsiębiorców do inwestycji w automatyzację. Ulga na tzw. robotyzację przemysłową umożliwi firmom, które będą chciały zakupić nowe roboty przemysłowe do swoich zakładów lub zwiększyć ich liczbę, odliczenie 50 proc. kosztów robotyzacji w zeznaniu rocznym. Nie wiadomo jednak, czy w sytuacji trzeszczącego budżetu jakiekolwiek nowe ulgi są realne.

Stosujmy zasadę: wiem, co jem

Nieprawda, że zdrowe to znaczy niesmaczne. Mamy taki wybór produktów, że bez najmniejszego problemu możemy wyczarować pyszne i zdrowe dania – mówi aktorka Grażyna Wolszczak w rozmowie z Dorotą Tuńską.

Zwracanie uwagi na sposób odżywiania stało się bardzo popularne, zewsząd słyszymy różne porady dietetyczne. Czy uważa Pani, że jest to chwilowa moda czy konieczność, by taką wiedzę posiadać i umieć zastosować ją w praktyce?
To nie jest tylko moda, lecz wynik wzrostu świadomości ludzi, że styl życia ma wpływ na jego jakość i długość. Zwracamy uwagę na to co jemy, bo wiemy, że niekoniecznie to co nam smakuje i sprawia nam przyjemność jest zdrowe. To są świadome wybory, których dokonujemy codziennie.
Jest nawet takie przekonanie, że to co zdrowe musi być niesmaczne. Czy rzeczywiście nie można skomponować posiłku, który jest i zdrowy i zarazem smaczny?
Nieprawda, że zdrowe to znaczy niesmaczne. Mamy taki wybór produktów, że bez najmniejszego problemu możemy wyczarować pyszne i zdrowe dania. Kiedyś problemem było zjedzenie na mieście wegetariańskiego obiadu, dziś jest wielka różnorodność nawet wegańskich restauracji, które oferują mnóstwo smacznych dań. Jeżeli ktoś nadal odżywia się niezdrowo, bo nie umie lub nie chce zmienić swoich starych przyzwyczajeń i koncentruje się tylko na walorach smakowych potraw, to jest leniem lub mówiąc delikatnie jest… niezbyt mądry.
Bardzo wielu jest jednak ludzi, którzy niechętnie zmieniają swoje dawne nawyki i hołdują starej zasadzie „do syta i bez grzechu”.
Ja takich ludzi wokół siebie nie zauważam. Oczywiście, od żelaznych zasad mogą zdarzyć się odstępstwa – jak idę na przyjęcie to chętnie zjadam kawałek tortu, mimo że na co dzień staram się unikać cukru i laktozy. Ale jeżeli ktoś kompletnie i na co dzień lekceważy zasady zdrowego odżywiania, to nie jestem w stanie tego zrozumieć.
Czyli, prowadzenie zdrowego stylu życia jest dla Pani ważne?
Tak, to jest bardzo ważne. Na zdrowy styl życia składa się kilka elementów. Zacznijmy od jedzenia zgodnie z piramidą żywieniową – po to, żeby dostarczać organizmowi potrzebnych do życia składników, żeby go budować a nie szkodzić. Drugim elementem jest ruch. Człowiek nie jest stworzony tylko do leżenia na kanapie mimo, że to najbardziej lubi. Żeby być zdrowymi i cieszyć się dobrą formą, musimy się ruszać. Trzecim najważniejszym elementem jest moim zdaniem jest psychika – czyli praca nad sobą, żeby być człowiekiem pogodnym, zadowolonym, zarażającym optymizmem innych. Jak wiemy człowiek sfrustrowany, wiecznie narzekający malkontent, nie może być zdrowy.
Wiele naszych nawyków kształtuje się we wczesnym dzieciństwie, ogromny wpływ wywierają na nas nasi pierwsi opiekunowie – rodzice, dziadkowie, jak to wyglądało u Pani w domu?
Moja mama była higienistką szkolną i od zawsze miała fioła na punkcie zdrowego odżywiania. Była bardzo restrykcyjna w swoich metodach żywieniowych np. w moim domu mocno reglamentowane były słodycze. Wtedy wszystkie dzieci zajadały się oranżadą w proszku, którą wysypywało się na rękę i zlizywało. To było podwójnie karygodne dla mojej mamy, bo po pierwsze lizało się brudne ręce, a po drugie był to produkt chemiczny czyli zupełnie nie nadający się do spożycia. Bardzo zazdrościłam innym dzieciom tego smakołyku. Początkowo buntowałam się przeciwko temu, jednak z upływem czasu zaczęłam doceniać starania mamy, przejęłam od niej wiele zdrowych nawyków, które wcieliłam w życie.
Czy czerpiąc wzorce od mamy przeniosła je Pani także na wychowanie swojego syna?
Mimo, że teraz doceniam wkład mamy, nie lubię jednak jej żelaznej ortodoksji. Uważam, że wszystko jest dla ludzi, tylko trzeba dokonywać świadomych wyborów, ale do tego konieczna jest wiedza. Mój syn na przykład nie pije żadnych słodkich napojów gazowanych, nie pije coca coli, zwyczajnie jej nie lubi mimo, że całe jego pokolenie wychowało się na coca coli. Jest mi wdzięczny, za to, że u nas w domu tego napoju nie było. Ja jestem z pokolenia, kiedy w szkole była szklanka mleka dla każdego dziecka, a mleko było uważane za najzdrowsze na świecie. Ja jednak unikam mleka i jego przetworów odkąd dowiedziałam się, że 80 proc. ludzi ma nietolerancję pokarmową na laktozę. Poza tym mleko zawiera kazeinę, która cielętom służy do budowania rogów i kopyt, a człowiek jej nie trawi. Mleko ponadto podobno wypłukuje wapń z organizmu, dlatego go unikam.
Czy korzysta pani z porad dietetyczki, która opracowuje dedykowany dla Pani jadłospis?
Nie, jednak jakiś czas temu zwierzyłam się znajomej, która jest coachem żywieniowym, że mam problem z chudnięciem, za to szybko przybieram na wadze. Zleciła mi wtedy test na nietolerancję pokarmową. Okazało się, że mam alergię zależną i jestem uczulona na wszystkie produkty mleczne i na gluten. Gdy wyeliminowałam te produktu ze swojej diety schudłam 8 kilogramów w pół roku w ogóle się nie starając.
Czyli warto taką wiedzę posiadać. A kto gotuje u Pani w domu?
W kuchni rządzi mój partner Cezary Harasimowicz, a ja staram się mu nie przeszkadzać. On najlepiej wie jaki ustalić jadłospis, umie w ciekawy sposób skomponować potrawy. Najczęściej są to dania „jednogarnkowe” inspirowane kuchnią azjatycką. Zdarza mi się, że czasem sama coś przyrządzę. Na przykład lubię taką prostą w wykonaniu sałatkę z arbuzem. Mogę podać przepis: schłodzonego arbuza należy pokroić w kostkę, dodać kawałki sera feta (bez laktozy) i sporo świeżej bazylii lub mięty. Wszystko skropić odrobiną oleju. Jest to bardzo smaczna przekąska, polecam zwłaszcza latem.
Jest Pani współautorką książki o intrygującym tytule „Jak być zawsze młodą, piękną i bogatą”. Czy jest na to jakaś recepta?
Tytuł książki był trochę prowokacyjny, bo nigdy nic nie jest nam dane na zawsze, zwłaszcza młodość. W książce tej starałam się odpowiedzieć na pytanie czy jest to możliwe, by spełnić wszystkie te warunki. Trochę już o tym rozmawiałyśmy: że kolosalny wpływ ma na to styl życia jaki prowadzimy, jakich dokonujemy wyborów żywieniowych, czy się ruszamy, jakie mamy nastawienie do ludzi i świata. Bycie życzliwymi i dobre relacje z innymi wzmacniają nasze zdrowie, to jeden z warunków zdrowego stylu życia, o którym często nie pamiętamy. A to przecież wpływa na nasze dobre samopoczucie i poczucie szczęścia. Dobrze jest umieć cieszyć się życiem. Z czego Pani czerpie radość życia?
Najlepiej mieć pracę, która sprawia nam frajdę, bo spędzamy w niej bardzo dużo czasu. Ja lubię pracować, lubię być twórczą, dlatego wymyślam sobie stale jakieś nowe projekty. Założyłam np. Fundację Garnizon Sztuki, która produkuje spektakle teatralne i aktualnie właśnie pracuję nad kolejną sztuką. Przynosi mi to ogromna satysfakcję. Z mniejszych rzeczy, z których czerpię radość, to sprawianie sobie małych przyjemności choćby zjedzenie porcji lodów czekoladowych, ciekawe podróże, cieszy mnie też piękna jesień. To mogą być naprawdę drobne rzeczy.
Jak już umiemy cieszyć się życiem, to łatwiej jest nam nie poddawać się negatywnym emocjom, nie ulegać różnym napięciom nerwowym. Gdy się jednak zdarzają to co Pani robi, by wrócić do harmonii?
Ciągłe życie w harmonii nie jest możliwe, bo zawsze wydarzy się coś co tę harmonię burzy. Jak dopada mnie stan przygnębienia, wydaje mi się, że nic mi się w życiu nie układa i zaczynam się użalać nad sobą, to szybko robię sobie bilans co mam, a czego nie mam – i wtedy zawsze wychodzi na plus: że mam zdrowe dziecko, że sama jestem zdrowa, mam ciekawą pracę, fajne mieszkanie, mam za co pojechać na wakacje i wtedy nie mam już powodów do narzekania, a przeciwnie czuję wdzięczność za to wszystko. Praktykowanie wdzięczności bardzo pomaga w życiu.
Zgadzam się, to bardzo ważne. Wcześniej mówiliśmy też o ruchu jako elemencie zdrowego stylu życia. Czy lubi Pani ćwiczyć?
Jestem wielbicielką jogi, teraz wracam do niej bo z powodu kontuzji ramienia miałam rok przerwy. Ale wtedy odkryłam EMS, to taki rodzaj treningu w specjalnym kostiumie, który pobudza do pracy mięśnie poprzez ich elektrostymulację. EMS poprawia masę mięśniową, buduje siłę, zwiększa kondycję oraz co istotne spala tkankę tłuszczową szybciej niż tradycyjne ćwiczenia. W ciągu pół godziny można się nieźle zmęczyć. To jest fantastyczny trening, więc teraz chodzę na jogę i na EMS.
Dziękuję za rozmowę.

Gospodarka 48 godzin

Po jednym torze
Na 30 sierpnia planowane jest otwarcie wyremontowanej linii kolejowej z Otwocka do Pilawy – ale tylko połowiczne, bo pociągi pojadą po jednym torze. Pasażerowie skorzystają z nowych peronów na 3 stacjach i 6 przystankach. Wszystkie perony zostały dostosowane do potrzeb osób o ograniczonej możliwości poruszania się. Przygotowano pochylnie i windy. Dostęp do pociągów zwiększy nowy – trzeci peron. Ta linia stanowi element kolejowych prac modernizacyjnych pomiędzy Warszawą a Lublinem, możliwych dzięki wsparciu unijnemu. Wartość prac wyniesie ponad 3,5 miliarda złotych. Jednak na uruchomienie drugiego toru z Otwocka do Pilawy trzeba poczekać do przyszłego roku. Ponadto, w ramach inwestycji PKP Polskich Linii Kolejowych w Otwocku mają powstać trzy bezkolizyjne skrzyżowania dróg i torów oraz dwa przejścia podziemne.

PiS rządzi, pracy mniej

W powiatowych urzędach pracy w naszym kraju zgłoszono w ubiegłym roku 1347,5 tys. ofert pracy. Nawet jednak w tym roku dobrej koniunktury, nie było w Polsce tak, że praca ciągle czekała na człowieka. Przynajmniej nie czekała w Urzędach Pracy, które od wielu lat nijak nie przyczyniają się do zmniejszania bezrobocia – tam, w końcu grudnia 2019 r. na jedną ofertę pracy przypadało średnio 18 bezrobotnych zarejestrowanych. W 2015 r, gdy rządy Prawa i Sprawiedliwości jeszcze nie zaczęły wywierać negatywnego wpływu na polską rzeczywistość, pracy było więcej – na jedną ofertę w urzędach pracy przypadało średnio 15 bezrobotnych.

Pracodawcy kontra samorząd

„Nie ma potrzeby rozszerzania uprawnień samorządu aptekarskiego. Farmaceuci nie powinni być traktowani w gorszy sposób niż przedstawiciele innych zawodów medycznych oraz prawniczych” – stwierdza Związek Pracodawców Aptecznych PharmaNET. Pracodawcom nie podoba się przyjęta w Polsce praktyka, że każda zmiana kierownika apteki wiąże się z uzyskaniem zaświadczenia potwierdzającego jego uprawnienia do zarządzania daną placówką. „Prowadzi to do niezrozumiałej sytuacji, w której doświadczony i niekarany dyscyplinarnie, ani karnie farmaceuta, pełniący już od wielu lat funkcję kierownika apteki, musi uzyskać od Okręgowej Rady Aptekarskiej odpowiednie zaświadczenie umożliwiające mu dalsze pełnienie funkcji kierownika apteki w przypadku zmiany miejsca pracy” – wskazuje ZPA, dodając, że w niektórych izbach przyjęta jest praktyka obowiązkowych spotkań z kandydatem na kierownika. Niejednokrotnie po takich spotkaniach zamiast krótkiej formalności, dochodzi do długotrwałego postępowania. „Utrudnia to życie tak kandydatom na kierownika, jak i ich przyszłym pracodawcom, bo żadna apteka nie może funkcjonować bez kierownika” – narzeka Związek Pracodawców Aptecznych, wskazując, że taka kompetencja stanowi ewenement w porównaniu do innych zawodów zaufania publicznego, gdyż w przypadku lekarzy czy prawników trudno doszukać się tak daleko idącego uzależnienia od decyzji własnego samorządu przy obejmowaniu na przykład funkcji ordynatora w szpitalu, czy partnera zarządzającego w kancelarii. Te słowa krytyki ze strony pracodawców stanowią element długotrwałej walki konkurencyjnej toczonej między dużymi organizacjami aptek, skupionymi właśnie w ZPA PharmaNET, a aptekami indywidualnymi bądź rodzinnymi, tworzącymi niewielkie sieci, które mają oparcie w samorządowych Radach Aptekarskich.

Przepustka do wyższych zarobków

Znajomość języków obcych radykalnie poprawia szanse na znalezienie intratnej posady.
Mimo pandemii, na dobre perspektywy znalezienia nowej pracy niezmiennie mogą liczyć osoby władające biegle językami obcymi. To kompetencje, w które warto inwestować, co może być ważną wskazówką dla osób wybierających kierunek studiów. Jak więc w czasach „nowej normalności” wykorzystać potencjał języków obcych?
– Specjalistów ze znajomością języków obcych poszukują firmy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu, które w Polsce rozbudowują międzynarodowe zespoły takie jak obsługa klienta, księgowość, relacje międzyludzkie czy coraz częściej spotykane działy marketingu. Perspektywy zawodowe czekają także w rodzimych firmach, na przykład jako tłumacz lub wsparcie przy rozmowach z klientami z innego kraju – mówi ekspertka Aleksandra Topolewska, menedżer projektów rekrutacyjnych w Manpower.

Obcy ciągle ważny

Skala zmian na rynku pracy i dynamiczna sytuacja gospodarcza to dla osób planujących zmianę zawodową trudny moment. Kryzys spowodowany pandemią nie zatrzymał jednak procesów rekrutacyjnych skierowanych do osób z zaawansowaną znajomością języków obcych. Zapotrzebowanie na specjalistów z językami obcymi w Polsce jest niezmiennie bardzo duże i jest to ścieżka, którą warto podążać, gdyż daje zróżnicowane perspektywy zawodowe na przyszłość. To jednocześnie podpowiedź dla przyszłych studentów, jak mogą zwiększyć swoją atrakcyjność na rynku pracy.
Jakie języki są cenione przez pracodawców w Polsce? Oczywiście na rynku pracy najbardziej pożądane są języki europejskie, w szczególności niemiecki, francuski, hiszpański oraz włoski. Dodatkowo wiele firm poszukuje także specjalistów ze znajomością języka węgierskiego, rumuńskiego, chorwackiego czy greckiego. – Rzadziej znajdziemy oferty z wymaganą znajomością języków azjatyckich, na przykład japońskiego lub chińskiego. Oprócz jednego z nich konieczna jest jednak bardzo dobra znajomość języka angielskiego – wyjaśnia ekspertka.

Najlepiej w dużych miastach

– Najwięcej ofert pracy dla osób ze znajomością języków obcych pojawia się w dużych miastach, gdzie jednocześnie kompetencje językowe są bardziej dostępne. Obecnie wielu kandydatów jest także otwartych na relokację celem znalezienia ciekawych propozycji zawodowych, jednak nadal w kręgu ich zainteresowania pozostają duże ośrodki miejskie. Firmy decydują się na centralizację procesów w Polsce, gdyż jakość świadczonego serwisu jest na wysokim poziomie, a dostępność kandydatów posiadających pożądane kompetencje nadal jest znaczna. Perspektywy zawodowe czekają także w rodzimych firmach, na przykład jako tłumacz lub wsparcie przy rozmowach z klientami z innego kraju – wskazuje Aleksandra Topolewska.
Znajomość języków obcych to konkurencyjność na rynku pracy, za którą idzie większe wynagrodzenie. Według Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń przeprowadzonego w 2019 roku osoby, które oceniły swoją znajomość języka angielskiego jako zaawansowaną zarabiały znacznie więcej niż osoby znające słabiej ten język.
– Wynagrodzenia na stanowiskach wymagających biegłej znajomości języków obcych zaczynają się od poziomu około 4500 złotych brutto, natomiast warto zaznaczyć, że od kandydatów bez doświadczenia zawodowego pracodawcy najczęściej oczekują jedynie znajomości języka, a do wykonywanego zawodu kandydat jest przyuczany. W zależności od zdobytego doświadczenia wynagrodzenia kształtują się na różnych poziomach, natomiast po kilku latach pracy i awansu można liczyć nawet na kilkanaście tysięcy złotych brutto miesięcznie – ocenia ekspertka.

Mordorowa kariera

– Kandydaci rozpoczynający swoją przygodę z rynkiem pracy są zatrudniani najczęściej na stanowisku juniorskim bądź specjalistycznym. Po około półtora roku pracy zatrudniony może rozwijać się w kierunku specjalisty lub seniora, jednak wszystko zależy od jego wyników i pracy. Najczęściej spotykaną ścieżką kariery jest awans z młodszego specjalisty na specjalistę, następnie na starszego specjalistę, z którego awansuje się na team leadera lub eksperta. Dodatkowo duże organizacje dają możliwość rotacji pomiędzy zespołami, co oznacza, że na przykład z działu obsługi klienta możemy przejść do księgowości, dalej wykorzystywać język, jednocześnie poszerzając swoje kompetencje – wyjaśnia Aleksandra Topolewska.
– Poza kompetencją językową ceniona jest umiejętność adaptacji do nowych warunków i zmiennego otoczenia. Duże firmy często wprowadzają zmiany mające na celu optymalizację procesów, dlatego nowy pracownik musi być otwarty na nowe rozwiązania i metody pracy. Dodatkowo istotna jest komunikatywność, gdyż w pracy nieodłącznym elementem jest kontakt z innymi zespołami, także z zagranicznym klientem – dodaje ekspertka.

Jeszcze nie całkiem wypaleni

Jedna trzecia polskich pracowników odczuwa zmęczenie oraz przygnębienie. Ciekawe, czy praca w domu, bez nadzorcy stojącego nad głową, poprawi im nastrój?

31proc. pracowników umysłowych w Polsce twierdzi, że są wypaleni zawodowo. Czyli, patrząc na to z drugiej strony, ogromna większość, bo aż 69 proc., nie odczuwa takiego wypalenia. To oczywiście dobra wiadomość, choć jeszcze lepiej byłoby, gdyby także te 31 proc. się nie wypaliło (zawodowo).
W pierwszej trójce możliwych przyczyn wyczerpania emocjonalnego i obniżenia oceny własnych możliwości, (co się właśnie sklada na to wypalenie) pracownicy wskazują dużą odpowiedzialność przy niskim wynagrodzeniu (54 proc.), potrzebę rozwoju zawodowego przy małych szansach na awans (43 proc.) oraz dużą ilość pracy przy małej ilości czasu (41 proc.).na jego wykonanie. Co ciekawe, w tym ostatnim przypadku odsetek maleje wraz ze stażem pracy (67 proc. przy pracy krótszej niż rok i 42 proc. przy pracy powyżej 8 lat). Jak deklaruje część respondentów (28 proc.), w obecnym miejscu pracy zdecydowanie brakuje im nowych wyzwań, a obowiązki stały się nużące i powtarzalne. Takie wyniki przynosi badanie przeprowadzone przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie Gumtree.pl, przy współpracy z Randstad Polska.
Wprawdzie większa część badanych nie uważa się za wypalonych zawodowo, ale wielu z nich przyznaje się do pojedynczych symptomów, które negatywnie wpływają na ich komfort psychiczny, mogąc prowadzić do wypalenia. Niektórzy pracownicy,zapytani o samopoczucie, odpowiadają, iż są stale zmęczeni (22 proc.), przygnębieni (21 proc.), brak im wiary we własne możliwości (18 proc.), a w pracy mają poczucie marnowania czasu (17 proc.).
W ubiegłym roku Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) wprowadziła wypalenie zawodowe do Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych, uznając je za „syndrom zawodowy”. Nowa wersja klasyfikacji wejdzie w życie w 2022 r. Oznacza to, że najwcześniej za półtora roku lekarze będą mogli diagnozować wypalenie zawodowe i wystawiać na nie zwolnienia lekarskie.
Dziś uważa się, iż wypalenie zawodowe to wielowymiarowe zaburzenie, które składa się z szeregu nieprawidłowości psychologicznych, występujących w trzech obszarach. Przede wszystkim jest to wyczerpanie emocjonalne objawiające się m.in. bólami głowy, bezsennością, poczuciem ciągłego zmęczenia. Następny obszar to depersonalizacja – obojętny, wręcz bezduszny stosunek do klienta, pacjenta, członka zespołu.
Osoba wypalona unika kontaktu z innymi, zachowuje duży dystans, a jakość wykonywanej pracy ulega zdecydowanemu obniżeniu. Na końcu występuje obniżona ocena własnych możliwości. Praca staje się źródłem udręki i cierpienia. Ta faza może zakończyć się rezygnacją z pracy lub „ucieczką” w rozmaite uzależnienia.
Czy z perspektywy pracodawcy możliwe jest, aby wśród czujących wypalenie zawodowe pracowników zastosować środki zaradcze i uchronić ich przed emocjonalnym wyczerpaniem? -Działania zapobiegawcze wymagają głębokich zmian systemowych, takich jak wyższe wynagrodzenie, przejrzysta i motywująca ścieżka rozwoju zawodowego, bardziej sprzyjające warunki pracy, możliwość kontaktu z psychologiem czy psychoterapeutą oraz dbanie o zachowanie równowagi między życiem zawodowym a prywatnym – wyjaśnia Aleksandra Bończewska, psycholog i psychoterapeuta. Jak widać, są to warunki nie do spełnienia dla ogromnej większości polskich pracodawców.
Choć wydawać by się mogło, że praca zdalna to forma azylu sprzyjającego poczuciu bezpieczeństwa, ten rodzaj wykonywania obowiązków nie zawsze przyczynia się do zmniejszenia poczucia stresu u pracowników. Obrazują to wyniki badania – 33 proc. respondentów uważa, iż poziom stresu w pracy stacjonarnej jest podobny jak w przypadku zdalnej, kolejne 33 proc ma poczucie większego stresu w pracy poza biurem, a tylko 34 proc. wskazuje, że praca stacjonarna nie generuje u nich większego stresu niż praca zdalna.
Według 55 proc. pracodawców, praca zdalna nie chroni przed wypaleniem. Podobnego zdania jest 37 proc. pracowników. 43 proc z nich uważa zaś, że home office w tym przypadku może być pewnego rodzaju „lekarstwem” zapobiegającym wypaleniu zawodowemu. Co piąty zapytany nie ma na ten temat zdania.
Chociaż home office nie zawsze jest dla pracowników sposobem na odciążenie psychiczne i emocjonalne, tym niemniej według 40 proc. z nich, umożliwienie przez pracodawcę takiej formy pracy, jest dla nich przejawem partnerskich relacji, a dla co trzeciego to wyraz uznania ze strony przełożonego. Nieco inaczej postrzegają to sami pracodawcy – połowa z nich uważa, że umożliwienie pracy zdalnej pracownikowi nie ma związku z relacją pracownik – pracodawca. Tylko co piąty wskazuje na wyraz uznania wobec podwładnego, a trzech na dziesięciu traktuje to jako przejaw partnerskiej relacji.
Są jednak i tacy pracodawcy, którzy byliby w stanie zapłacić więcej tym swoim pracownikom, którzy całkowicie zrezygnowaliby z pracy zdalnej. Zdaniem 18 proc. polskich szefów jest to dobry pomysł. Z drugiej jednak strony, w przypadku pracy stacjonarnej na „tak” byłoby aż 37 proc. zapytanych pracodawców. Tak więc, ponad jedna trzecia polskich przedsiębiorców wciąż traktuje pracę zdalną jak „zło konieczne” i jest w stanie zrobić naprawdę wiele, aby zatrzymać pracowników w biurach.
Psychologowie podkreślają, że praca zdalna, choć jest atrakcyjna dla wielu pracowników nie tylko w czasie pandemii, nie powinna być traktowana jako forma „terapii” w przypadku wyraźnych symptomów wypalenia zawodowego. Tak jak w przypadku każdej innej jednostki chorobowej, najlepszym rozwiązaniem jest wtedy wizyta u specjalisty.

Czy pandemia zmienia panie?

Większość polskich kobiet raczej nie zamierza szukać innej pracy.

Koronawirus zmienił życie codzienne i zawodowe wielu Polek, ale również ich nawyki. Pandemia ma, jak dotychczas, największy wpływ na najmłodsze mieszkanki naszego kraju.
W grupie wiekowej 25 – 34 lata aż 80 proc. kobiet częściej niż przed pandemią gotuje posiłki, 70 proc. ma więcej czasu dla bliskich, a dwie na trzy kobiety znajdują zdecydowanie więcej czasu dla siebie. Polki stały się również bardziej oszczędne, ograniczają wydatki (53 proc.) oraz są lepiej zorganizowane (55 proc.). Takie wyniki przynosi badanie przeprowadzone w kwietniu i maju przez agencję badawczą IQS na zlecenie Promedica24 na reprezentatywnej, ogólnopolskiej grupie kobiet w wieku 25 – 64 lata.
Okazuje się więc, że pandemia wywiera raczej pozytywny wpływ na młodszą generację polskich pań. Nie zaszkodziła też relacjom męsko-damskim. “Kobiety deklarują, że pandemia nie ma większego wpływu na ich związki – nie są ani zmęczone, ani podekscytowane możliwością spędzania większej ilości czasu z partnerami” – stwierdza raport z badania Promedica24.
W dobie pandemii nieco zmieniło się natomiast podejście Polek do kwestii zawodowych. Około 44 proc. zapytanych w wieku 25 – 34 lata oraz 37 proc. w wieku 35 – 44 lata, deklaruje, iż mimo posiadania pracy, wyraża chęć jej zmiany. Jak widać, zdecydowana większość polskich kobiet nie zamierza zmieniać pracy, co oznacza iż są raczej zadowolone z tego co robią.
W najmłodszej grupie wiekowej Polki, co oczywiste, są nieco bardziej otwarte na nowe zatrudnienie, nawet daleko od domu: 36 proc. kobiet z grupy 25 – 34 lata byłoby gotowe podjąć sezonową pracę poza Polską, 34 proc. pracę tymczasową lub na okresowym kontrakcie, a 31 proc. stałą. Trudniej podjąć taką decyzję w późniejszym wieku, gdy już ma się rodzinę.
Nie dla wszystkich młodych kobiet wyjazd do pracy poza Polską byłby jednak nowym doświadczeniem. 28 proc. Polek w wieku 25 – 34 lat co najmniej raz w życiu wyjechało za granicę do pracy sezonowej, natomiast w przypadku pracy na kontrakcie oraz pracy stałej, odsetek ten wynosi 13 proc.