PiS nie przejmuje się brakiem lekarzy

Rząd się zawsze wyleczy – najprawdopodobniej z takiego założenia wychodzą działacze obecnej ekipy, tak chętnie robiący oszczędności budżetowe na zdrowiu Polaków. I są tego efekty, bo umieralność rośnie.

Pediatrzy, specjaliści chorób wewnętrznych i anestezjolodzy otwierają polską listę 10 specjalizacji lekarskich najtrudniejszych do pozyskania. O trudnościach w ich rekrutacji mówi co piąta placówka medyczna.
Generalnie, 72 proc. szpitali w naszym kraju poszukuje pielęgniarek, 68 proc. – lekarzy a 13 proc. położnych.

Geriatrów nie szukają

Trudności w rekrutowaniu pediatrów zgłasza 23 proc. polskich szpitali, tyle samo mówi o problemach w pozyskiwaniu specjalistów chorób wewnętrznych, a 21 proc. sygnalizuje trudności w rekrutowaniu anestezjologów.
Oprócz nich na liście specjalizacji lekarskich najtrudniejszych do pozyskania są specjaliści chorób płuc – 7 proc., neurolodzy – 8 proc. i ginekolodzy – 10 proc.
Ponadto, w sferze dużego zainteresowania polskich szpitali znajdują się ortopedzi, traumatolodzy, okuliści, otorynolaryngolodzy, psychiatrzy, radiolodzy, chirurdzy naczyniowi i lekarze medycyny pracy.
Ciekawe, że w tym badaniu niedoborów lekarzy, przygotowanym przez Manpower, w ogóle nie występują lekarze geriatrzy, których ponoć w Polsce jest skandalicznie mało. Z drugiej zaś, strony nie brak opinii, że pojęcie „lekarz geriatra” jest w ogóle niepotrzebne , bo ludzie starsi chorują przecież na takie same choroby jak ci w sile wieku, choć nie zawsze w ich przypadku choroby te mają taki sam przebieg, jak w przypadku osób młodszych.
W polskich szpitalach brakuje także farmaceutów czy fizjoterapeutów, dla których bardziej atrakcyjna jest praca w lecznictwie otwartym (jeżeli można w ogóle mówić o atrakcyjności, bo fizjoterapeuci są bardzo nisko opłacani).

Władza nic z tym nie robi

Jak zauważa prof. Jarosław J. Fedorowski, prezes Polskiej Federacji Szpitali, nasze szpitale potrzebują również personelu niemedycznego, a zwłaszcza informatyków, dla których inne branże są znacznie bardziej interesujące.
– Niedawno pojawił się również problem z rekrutacją menedżerów szpitali, co ma związek z dużą rotacją na stanowiskach dyrektorskich – dodaje prof. Fedorowski.
Brak lekarzy takich deficytowych specjalności jak choroby wewnętrzne, pediatria, dermatologia, okulistyka, psychiatria czy geriatria staje się obecnie jedną z najistotniejszych systemowych przyczyn wydłużania się średniego czasu oczekiwania na świadczenia medyczne. Problem będzie narastać, bo rządzące Prawo i Sprawiedliwość nic z tym nie robi i nawet nie ma takiego planu.
Warto przywołać też opinię Najwyższej Izby Kontroli, która zwraca uwagę na narastający problem tworzącej się luki pokoleniowej wśród personelu lekarskiego.
Ponad 55 proc. lekarzy to osoby w wieku powyżej 45 roku życia. W niektórych specjalnościach luka pokoleniowa jest tak duża, że istnieje coraz bardziej realne zagrożenie braku ciągłości udzielania świadczeń medycznych.
– Z raportów pokontrolnych wynika, że niektóre szpitale mają już tak duże trudności z pozyskaniem lekarzy specjalistów, że zmuszone będą wkrótce zaprzestać wykonywania niektórych świadczeń z powodu braku wykwalifikowanej kadry – mówi ekspert Jacek Kopacz.

Wszędzie ich brakuje

Jeśli chodzi o inny personel, to część placówek potrzebuje położnych (13%), techników elektroradiologów, tomografii komputerowej, rezonansu magnetycznego (7%) oraz diagnostów laboratoryjnych i laborantów (7%). Wyniki badania Manpower nie wskazują natomiast na brak dietetyków (którzy mają niewielkie pole do popisu przy ubogiej szpitalnej diecie) oraz pielęgniarek oddziałowych.
Jeśli natomiast chodzi o stanowiska niemedyczne, to szpitale obecnie najbardziej potrzebują przedstawicieli personelu pomocniczego takiego jak salowe, pomoc kuchenna, sanitariusze, pracownicy pralni (38%), a także pracowników działów administracji, na przykład punktu rejestracji pacjentów, archiwum, działu kadr i księgowości (38%).
Wszystkie placówki w Polsce, może z wyjątkiem największych klinik uniwersyteckich mają trudności z pozyskiwaniem pracowników o pożądanych kwalifikacjach. Problemy kadrowe szpitali są zjawiskiem ogólnopolskim, choć znacznie bardziej odczuwają je mniejsze miasta.
– Trudności dotyczą szczególnie szpitali ogólnych pierwszego i drugiego poziomu zabezpieczenia, a ich przyczyny wynikają z niedostatecznego finansowania szpitali oraz warunków pracy personelu. Znaczenie ma także infrastruktura, bo łatwiej pozyskać kadrę dla szpitali nowo budowanych i dobrze wyposażonych, niż do szpitali o gorszych warunkach lokalowo-sprzętowych – mówi prof. Jarosław J. Fedorowski.

Specjalistom dziękujemy?

Generalnie, w Polsce odnotowujemy trudności w pozyskiwaniu kadr medycznych w całym systemie opieki zdrowotnej. Na polskich uczelniach medycznych kształci się coraz więcej studentów, jednak dużą grupę stanowią obcokrajowcy, którzy po zakończeniu nauki zaraz wracają do swoich krajów.
Co gorsza, wciąż rośnie także liczba absolwentów, którzy widząc, jak wyglądają realia polskiej opieki medycznej , decydują się na emigrację.
Zdumiewające jest, że przy tak dużym niedoborze lekarzy, w Polsce jest bardzo duży brak miejsc specjalizacyjnych, czym także rząd PiS się nie przejmuje. – Korzystają na tym kraje sąsiadujące z Polską, głównie Niemcy i Czechy, które są dobrze przygotowane, aby wykorzystać potencjał młodych lekarzy i pielęgniarek, stwarzając im warunki do nauki i pracy w zawodzie – dodaje ekspert Jacek Kopacz.
Jak rozwiązać problem niedoborów w polskiej służbie zdrowia? Eksperci wskazują, że poprawa sytuacji kadrowej polskich szpitali wymaga wielostronnych działań.
– Musimy znacznie poprawić finansowanie tych placówek, szybciej decydować się na modernizację i budowę obiektów, inwestować w wielofunkcyjne poradnie przyszpitalne a także wprowadzać nowe rozwiązania organizacyjne, takie jak na przykład oddziały wieloprofilowe, gdzie pracować będą szpitalni lekarze pierwszego kontaktu, koordynatorzy opieki oraz edukatorzy zdrowotni. Ponadto, powinniśmy ograniczyć rozmiary pracy związanej z uzupełnianiem dokumentacji medycznej, przy jednoczesnej inwestycji w informatyzację – wskazuje prof. Jarosław J. Fedorowski.

Żaden kraj tego nie wytrzyma

Przede wszystkim jednak, potrzebne jest też aktywne działanie rządu – tymczasem, pod rządami Prawa i Sprawiedliwości dostęp do opieki medycznej i jej jakość pogorszyły się we wszelkich możliwych aspektach. Widać to niestety w rosnącej śmiertelności Polaków.
Oczywiste jest, że niedoboru lekarzy – bo on w Polsce jest najbardziej dotkliwy – nie da się zlikwidować wyłącznie poprzez podnoszenie ich zarobków. Zawsze będzie bowiem sporo krajów, w których lekarzom płaci się znacznie lepiej niż u nas.
Dlatego trzeba poważnie zastanowić się nad tym, co zrobić, by utrudnić młodym lekarzom emigrację zarobkową z Polski – bo zachętami płacowymi do pozostania u nas, nie przebijemy wielu innych państw, znacznie bogatszych od naszego. A skoro zachętami nie dorównamy, konieczne jest nagromadzenie utrudnień, które nie pozwolą na łatwą i szybką emigrację zarobkową z Polski.
Słowo „utrudnienia” jest tu jak najbardziej na miejscu. Żadne państwo nie wytrzyma bowiem finansowo na dłuższą metę sytuacji, gdy młodzi ludzie, wykształceni za darmo na całkiem niezłych uczelniach, będą wkrótce po studiach wyjeżdżać za granicę, by swoją energię , pracowitość i kwalifikacje sprzedawać tym, którzy nie wyłożyli nawet grosza na ich edukację.
Szczególnie dotkliwe jest to w przypadku młodych lekarzy, którzy ukończyli u nas – powtórzmy, za darmo – bardzo kosztowne, sześcioletnie studia. Nie wolno dopuścić, by to czego się nauczyli, wywozili za granicę i tam rozwijali swą karierę zawodową. Trzeba ich zatrzymać w Polsce. Nie jest to myśl nowa. Już ładnych kilka lat temu napomykał o tym prof. Michał Kleiber. Problem jednak, jak to zrobić, bez naruszania demokracji i wolności obywatelskich?

Zatrzymać ich przymusem

Cóż, nie ma co uciekać od niemiłego być może, ale niezbędnego stwierdzenia – otóż, absolwentów studiów medycznych trzeba zatrzymać w Polsce przymusem. Tyle, ze nie może to być przymus administracyjny lecz finansowy. Konieczne jest więc doprowadzenie do tego, by młodzi lekarze nie emigrowali z Polski z obawy przed bolesnymi konsekwencjami finansowymi.
Wbrew pozorom, stworzenie takiego systemu, powiedzmy to szczerze, bicia po kieszeni, byłoby dość proste. Otóż, studia medyczne w Polsce muszą być płatne.
Każdy, kto się na nie dostanie powinien zapłacić za nie z kieszeni swoich rodziców, albo z kredytu na studia, zaciągniętego zaraz po immatrykulacji. Taki kredyt możnaby zwrócić – ale można też byłoby odpracować go w kraju.
Do dyskusji pozostaje, ile lat lekarz powinien pracować w Polsce, by kredyt na studia medyczne mógł zostać uznany za spłacony. Logiczne wydaje się, że powinna to być wielokrotność czasu studiów.
Tak więc, jeżeli ktoś za swe studia medyczne zapłacił kredytem, to na przykład po 12 latach (bo okres sześcioletni wydaje się zdecydowanie za krótki) pracy w szpitalu czy przychodni (albo i we własnym gabinecie) w Polsce, dostałby zaświadczenie, że już nic nie jest winny państwu z tytułu darmowego studiowania – i mógłby sobie jechać do pracy tam gdzie chce. 37 lat to jak na lekarza, jeszcze nie jest za późny wiek, by zdążyć dorobić się za granicą.
Zawsze w takich sytuacjach może pojawić się być jakiś odsetek oszustów – czyli ludzi, którzy zapłacą za studia kredytem,ale go nie odpracują, ani nie spłacą – i zaraz po studiach prysną za granicę aby tam pracować. Trzeba jasno powiedzieć, że w ten sposób dopuszczą się przestępstwa wyłudzenia. Będą mogli oczywiście pracować za granicą , nikt im przecież tego nie uniemożliwi – lecz gdyby wróciliby do Polski, musieliby stanąć przed sądem.
Medycyna to bardzo kosztowne studia, więc takie rozwiązania kredytowe powinny objąć przede wszystkim właśnie ten kierunek. Oczywiste jest jednak, że podobny system odpracowywania kredytów mógłby działać i w przypadku wszelkich innych studiów, których absolwenci zaraz wyjeżdżają z Polski, by budować swą karierę za granicą.

Jestem zmęczony biznesem

Z Michałem Kicińskim, jednym z założycieli firmy CD Projekt i współtwórcą
sukcesu gier „Wiedźmin” rozmawia Kinga Tuńska

Odniosłeś ogromny sukces biznesowy. Co trzeba było poświęcić, aby zrealizować swoje marzenia?

Niestety poszedłem drogą jak z tego dowcipu, że „pół życia ciężko harujesz tracąc zdrowie i zarabiając pieniądze, a potem przez drugą połowę życia wydajesz pieniądze, by odzyskać zdrowie, które straciłeś przez tę pierwszą połowę życia”.

Zacytowałeś chyba Dalajlamę, to jego słowa.

To mądre słowa. Generalnie życie na takich wysokich obrotach nie służy zdrowiu, im się ten biznes robi większy, to napięcie wszelkiego rodzaju rośnie i stopniowo pojawiają się tego skutki. Moje problemy ze zdrowiem zaczęły się od chronicznych problemów z gardłem, z migdałkami, potem zacząłem czuć się osłabiony, zaczęły mi wypadać garściami włosy, nie byłem w stanie pracować ośmiu godzin dziennie, później już nawet pięć godzin pracy sprawiało mi trudność. Aż w końcu strzeliło mi więzadło w kolanie, w sytuacji, w której nie powinno się to wydarzyć. Do tego nałożył się kryzys w firmie i wtedy zacząłem cierpieć na bezsenność. Wszystko to spowodowało, że byłem naprawdę wyczerpany fizycznie i psychicznie. I ten stan mi się nie podobał. Nie chciałem doprowadzić do takiego momentu, w którym już naprawdę przegnę i zakończy to się jakąś ciężką chorobą, więc jak te symptomy się pojawiały, próbowałem coś z tym zrobić. Wiedziałem, że konieczna będzie zmiana stylu życia, że te dwie rzeczy są ze sobą immanentnie powiązane. Postanowiłem odejść z CD Projektu, było to dla mnie trudne, bo tę firmę tworzyłem od samego początku. Paradoksalnie kontuzja kolana mi w tym pomogła, bo po prostu fizycznie nie byłem w stanie chodzić do pracy. To pomogło mnie wyciągnąć z pracy w CD projekcie.

Przeciążenie Twojego organizmu było ogromne, bo oprócz szeregu dolegliwości, przestałeś nawet czuć smaki i zapachy. Jak ostrzega portal dozdrowia.com.pl, oznaczało to kompletny brak kontaktu ze sobą, ze swoim ciałem.

Wtedy zupełnie ignorowałem swoje ciało. Mam taką cechę i umiejętność, która jest zarówno wielkim darem jak i przekleństwem, że jak się na czymś koncentruję, to zapominam o ciele. Może już nawet zaczynać się rozpadać, a ja dalej będę robił swoje, dopóki nie doprowadzę rzeczy do końca. I to jest fajne, bo z jednej strony pozwala to odnieść sukces, a z drugiej strony ten sukces opłacony jest wysokim kosztem utraty własnego zdrowia fizycznego jak i psychicznego. Mam świadomość, że umiem się tak zatracić i teraz staram się tego nie nadużywać, bo zbyt wiele to kosztuje.

Czyli teraz pracujesz nad sobą? Jak zahamować, jak zwolnić tempo?

Teraz interesuje mnie życie w równowadze – i to się sprowadza do tego, że chciałbym bardzo mało pracować i w tym kierunku zmierzam. Cały czas staram się, by pracy było jak najmniej. Mam takie poczucie, że już się w życiu napracowałem, że już mi wystarczy. Jestem zmęczony biznesem. Czasem przyglądam się ludziom dookoła mnie, np. jak stoję w korku i nie widzę za bardzo szczęśliwych ludzi. Na ich twarzach widać, napięcie, stres, zmęczenie, rozedrganie, bardzo rzadko widzę kogoś kto ma na twarzy lekkość i zadowolenie. To jest choroba cywilizacyjna. Całe społeczeństwo jest strasznie zagonione, żyje w takim napięciu, pośpiechu, dążeniu do czegoś, do zarobienia na mieszkanie, kredyty etc… A gdzieś ta radość istnienia nam umyka.

Odcięliśmy się od natury. Mamy dostęp do wielu rzeczy, informacji, rozmaitych dóbr, mamy rozbudzone apetyty konsumpcyjne. Podświadomie jesteśmy programowani przez reklamy, filmy, magazyny. Media mówią nam jak powinno wyglądać nasze idealne życie, do czego powinniśmy dążyć, zachęcają nas, żebyśmy nie zwalniali tempa, dążyli do sukcesu, którego wyznacznikiem jest wysoki status materialny. Mało kto ma czas, zatrzymać się i pomyśleć o sobie, o tym czego naprawdę potrzebuje.

Tak właśnie jest, jak się w ten sposób długo nawykowo funkcjonuje, nic dziwnego, że nasz organizm upomni się o siebie i zaczynamy chorować. Powstaje też taki rodzaj choroby, bycia nieszczęśliwym – bo niby do czegoś dążymy, osiągamy to, mamy chwilę wytchnienia, że udało się to zrobić, ale jest to chwilowa przyjemność, bo potem mamy kolejny cel i proces się powtarza. Bycie szczęśliwym to bardzo długa droga i niezależna od naszych osiąganych celów.

Idealnym tego przykładem jest Twoja reakcja na zdjęcie, na którym odbierałeś nagrodę „Przedsiębiorcy Roku”: zobaczyłeś niby uśmiechniętego człowieka sukcesu, a w środku byłeś nieszczęśliwy – choć przez te wszystkie lata dążyłeś właśnie do tego sukcesu.

Z jednej strony jak odbierałem tę nagrodę, to rzeczywiście byłem wtedy nieszczęśliwy, ale to był szczególny moment w moim życiu, bo właśnie odchodziłem z mojej firmy. Z drugiej strony cieszyło mnie, że dostaliśmy tę prestiżową nagrodę, że ogarnęliśmy się też finansowo, bo wcześniej mieliśmy duże kłopoty. I przy odbiorze nagrody pomyślałem, że osiągnąłem to co chciałem osiągnąć, że gdzieś doszliśmy z firmą, że zostało to zauważone i docenione i to jest ten moment, w którym mogę zacząć wycofywać się z firmy. Droga do tej nagrody była naprawdę ciężkim, krwawiącym, okupionym nadludzkim, niszczącym człowieka, wysiłkiem. Tamten Michał był szalenie przeciążoną jednostką, która nie potrafiła cieszyć się chwilą i życiem.

Co zrobiłeś, by odzyskać równowagę i powrócić do zdrowia?

Prawda jest taka, że moje zdrowie wcale nie jest jeszcze w idealnym stanie, jakbym sobie tego życzył. Żeby odzyskać równowagę przede wszystkim starałem się żyć w mniejszym obciążeniu, to było dla mnie absolutnie kluczowe. Stres odbija się na całym organizmie, powstaje obciążenie systemu. Do dziś wiele moich problemów zdrowotnych ma związek z jelitami i to jest choroba psychosomatyczna o podłożu stresogennym, żeby zredukować to napięcie praktykuję medytację Vipassane.

Na czym ona polega i dlaczego wybrałeś tę technikę medytacji?

Ja jestem dość pragmatyczną osobą, wcześniej próbowałem ćwiczeń oddechowych, one trochę pomogły, ale jednak nie sięgnęły głębi problemu. To był właściwie przypadek, podłączyłem się do kolegi, który jechał do Indii. Pamiętam, że był to grudzień, cierpiałem wtedy na chroniczną bezsenność, nie spałem prawie od dwóch tygodni. Pojechałem w bardzo złej kondycji na 10 – dniowy kurs medytacji. To było coś, co odmieniło moje życie. To staro buddyjska, wymagająca praktyka, która ma za zadanie przez te 10 dni wprowadzić cię jak najgłębiej w samego siebie i oczyścić z podświadomych programów, które wszyscy nosimy. W wyniku tej pracy nad sobą, zachodzą bardzo głębokie zmiany na lepsze. Po takim doświadczeniu czułem się bardzo mocno odmieniony, jakby ktoś zdjął mi z pleców worek pełen kamieni. Ta praktyka pomogła mi zrozumieć siebie, swoje mechanizmy, dotrzeć do tego co się we mnie dzieje. Kiedyś nie miałem kontaktu ze swoimi uczuciami, odciąłem się od siebie. Stosujemy wiele mechanizmów obronnych i bardzo lubimy być przywiązani do swojego wizerunku. Każdy choć raz powinien spróbować tej praktyki, to szalenie poszerza horyzonty, choć z pewnością jest to bardzo wymagająca ścieżka duchowa.

Jak się ją praktykuje?

Chodzi o to, żeby stworzyć wewnątrz siebie przestrzeń, żeby była możliwość pojawienia się odczuć. Medytacja pozwala na złapaniu pewnego dystansu
zarówno do tych negatywnych jak i pozytywnych uczuć. Istotne jest także rozpoznanie miejsca z którego to się ogląda, miejsce twojej prawdziwej jaźni, rdzenia świadomości, który jest czystą obecnością – i w tej przestrzeni obecności pojawiają się myśli, emocje, odczucia, nic z nimi nie robisz, starasz się być tylko wyłącznie ich świadomy. Jesteśmy tak skonstruowani, że utożsamiamy się z naszymi stanami emocjonalnymi, gdy odczuwamy złość, niepokój, to mówimy: JA się złoszczę, JA się niepokoję, JA, JA i JA. Gdy masz już trochę wprawy w medytacji, wiesz, że to nie jest tak, że to ty się złościsz, tylko ty jesteś w pozycji czujnego obserwatora, a emocja pojawi się i możesz teraz zdecydować, czy w nią wskoczysz i pojedziesz na niej, czy być jej świadomym, ale zachowywać się niezależnie od niej. Daje ci to wewnętrzną wolę, nie poruszasz się już automatycznie.

Jak teraz dbasz o zdrowie?

Muszę Cię rozczarować – nie dbam, jak w tym powiedzeniu „szewc bez butów chodzi”. Byłem ostatnio w Azji i uświadomiłem sobie, że życie w mieście mi nie służy. Życie w Warszawie jest czymś czego naprawdę nie chcę. Całe moje ja się przeciwko temu buntuje, więc porządkuję sprawy i planuję wyprowadzić się na wieś. Dotarło do mnie jeszcze, że doraźne leczenie nie jest idealną drogą do zdrowia, więc wycofuję się z tych projektów, które już wziąłem na siebie. Chodzę regularnie na basen, saunę. Staram się wysypiać, co mi różnie wychodzi. Staram się nie jeść słodyczy, wiem też, że gluten mi nie służy, dlatego ograniczam jego spożycie – ale jestem teraz w takim momencie życia, który nie sprzyja dbaniu o zdrowie. Buduję swój dom nad Bugiem, zamykam pełno różnych spraw i do takiej dbałości, do której chcę dążyć, potrzebne jest mi szersze spojrzenie. Muszę ułożyć odpowiednio swoje życie, wtedy zadbam o odpowiednie odżywianie i o zdrowie.

Jednak patrząc na Twoje obecne dokonania i plany, to tak sobie myślę, że Michał znowu bierze sobie za dużo na głowę. Założyłeś jeden ośrodek medytacji w Peru, współfinansujesz drugi niedaleko Łodzi, wykupiłeś fort w Warszawie do stworzenia centrum rozwoju osobistego, pracujesz nad produkcją telefonu z niską radiacją, jesteś właścicielem wegańskiej restauracji – i to jeszcze nie koniec biznesów.

Okazuje się, że pędzący pociąg potrzebuje trochę czasu na zatrzymanie się. Rzeczywiście te rzeczy, które wymyśliłem sobie po odejściu z CD Projektu, znowu są obciążające, ale z dużą determinacją zmniejszam moje zaangażowanie w tych wszystkich projektach. Mam od tego cudownych ludzi, choć przyznam Ci się, że nie tak łatwo jest zatrzymać tą jadącą lokomotywę. Kiedy odchodziłem z CD Projektu, miałem wizje, że będę tylko leżał na plaży i oglądał palmy itd. Niestety tak się nie da.

Co Twoim zdaniem jest najważniejsze, żeby utrzymać zdrowie?

Ważne, aby nie być ignorantem na poziomie fizycznym, żeby nie pochłaniać rzeczy słabej jakości, niezależnie czy chodzi o jedzenie, picie, czy powietrze. Stajesz się tym co jesz, wiec trzeba starać się przywiązywać wagę do tego co jemy i czym oddychamy. Kolejnym krokiem, jest aktywność fizyczna. Nasze ciała lubią ruch, więc w zdrowym ciele zdrowy duch. To bardzo ważny aspekt zdrowia, ale przede wszystkim uważam, że najważniejsze jest właściwe nastawienie do życia czyli pogodzone, pozytywne, akceptujące. Nie należy tworzyć w sobie wewnętrznych napięć lecz umieć się pogodzić z wydarzeniami trudnymi i nieprzyjemnymi – i wierzyć, że jeżeli nam się przydarzają, to jest w tym jakiś większy sens, mimo, że tego nie rozumiemy. Sam wielokrotnie przechodziłem przez trudne momenty w życiu i po czasie rozumiałem, że to co się wydarzało było mi potrzebne, bo finalnie coś mi dawało. Trzeba też stworzyć sobie taką przestrzeń, żeby to dobre nastawienie do życia i fizyczne dbanie o zdrowie mogło w niej rozkwitać. Ważne jest, żeby robić tego co się kocha, najlepiej, żeby praca była naszym hobby.

Ty możesz sobie na to pozwolić, masz już ten komfort. Wielu ludzi jednak tak nie żyje, praca to dla nich konieczny obowiązek, a robienie tylko tego co się kocha jest z tym trudne do pogodzenia.

Może jest trudne do pogodzenia, ale wierzę, że jeżeli ma się jakiś cel i chce się go osiągnąć, to można to zrobić. Doszedłem w wiele miejsc, które sobie wcześniej wyznaczyłem. Pochodzę z mało zamożnej rodziny nauczycielskiej i jestem w miejscu, w którym pieniędzy mi nie brakuje. Miałem za dużo pracy i doszedłem do miejsca w którym tej pracy miałem już mało. Teraz znowu mam jej więcej ale już dochodzę do miejsca w którym będę miał jej mniej. Jasne, że to nie są rzeczy na pstrykniecie palców, ale jeżeli ktoś świadomie sobie obierze cel i zaczyna do niego zmierzać, jest w stanie go osiągnąć.

Dziękuję za rozmowę.

Wypadki chodzą po pracownikach

Główny Urząd Statystyczny przedstawił dane na temat liczby ofiar wypadków przy pracy w 2018 roku.
Wynika z nich, że w tym czasie łączna liczba poszkodowanych w wypadkach przy pracy wyniosła 84304 osób i była o 4,6% niższa niż rok wcześniej. W tym czasie wypadkom ciężkim uległo 517 osób, czyli o 21,8% mniej niż przed rokiem.
W ubiegłym roku 209 osoby uległy wypadkom śmiertelnym, czyli o 22,3% mniej niż rok wcześniej. Najwięcej wypadków śmiertelnych było w budownictwie – 48, przetwórstwie przemysłowym – 45 oraz transporcie i gospodarce magazynowej – 33.
W ubiegłym roku wskaźnik wypadkowości w Polsce wyniósł 6,37 i był nieco niższy niż w 2017 r., gdy wyniósł 6,84. Najwyższe wskaźniki wypadkowości (liczba osób poszkodowanych na 1000 pracujących) odnotowano w sekcjach: Górnictwo i wydobywanie – 14,73, Dostawa wody; gospodarowanie ściekami i odpadami; rekultywacja – 14,25, natomiast najniższe w sekcjach Informacja i komunikacja – 1,32 oraz Pozostała działalność usługowa – 1,75. Najwyższe wskaźniki wypadkowości odnotowano w województwach: dolnośląskim i wielkopolskim – po 7,88, warmińsko-mazurskim – 7,59 i lubuskim – 7,41, a najniższe w województwie mazowieckim – 4,37, małopolskim – 4,77 i podkarpackim – 5,78.
W konsekwencji wypadków przy pracy pracownicy opuścili 2,996 mln dni, czyli o 114 tys. mniej niż rok wcześniej. Na jednego poszkodowanego przypadło 35,6 dni, czyli 0,3 dnia więcej niż rok wcześniej.

Chorzy na neoliberalizm

Na własnej skórze przekonałem się, że Gdański Uniwersytet Medyczny (GUMed) to prawdziwe zagłębie wyzysku – pisze do nas pracownik uniwersyteckiego szpitala. Publikujemy jego list.

Uniwersytet i prowadzony przy nim szpital same wymagają poważnej kuracji. Na początek – wyplenienia objawów neoliberalnego wirusa, jakim jest powierzanie firmom zewnętrznym odpowiedzialności za niektóre prace, bez których szpital nie może funkcjonować.
Goniec w szpitalu to osoba, która wozi pacjentów na wózkach i łóżkach, chodzi z dokumentami, lekami, jednostkami krwi i próbkami do laboratorium itd. Każdego dnia pokonuje kilkanaście kilometrów. W GUMedzie pracuje bez etatu i nawet nie będąc formalnie pracownikiem szpitala.
6 lutego zacząłem w GUMedzie pracę właśnie w charakterze gońca, zatrudniony przez firmę zewnętrzną DGP na umowie-zlecenie. Stawka: 14,70 zł brutto za godzinę. DGP to firma działająca na terenie całej Polski, zajmująca się obsługą różnych obiektów. Niegdyś stanowiła trzon firmy Impel. GUMed obsługuje od około 5 lat. Przejęła sanitariuszy wcześniej zatrudnianych na umowie o pracę przez szpital.
Początkowo umieszczono mnie na dyspozytorni, gdzie oprócz wykonywania czynności gońca należało również odbierać telefony z różnych oddziałów i innych miejsc z terenu szpitala oraz przyjmować zlecenie bądź przekazywać je odpowiednim osobom. Na dyspozytorni siedziały 2 osoby: osoba odpowiedzialna za telefony i goniec. Potem kierowano mnie na różne oddziały w zależności od tego, gdzie akurat nie było gońców. Codziennie musiałem poznawać specyfikę kolejnego oddziału, a każdy rządzi się swoimi prawami.

Byłem, można powiedzieć, gońcem rezerwowym.

Zdarzało się, że przychodziłem do pracy tylko po to, by zaraz wrócić do domu, bo brygadzistki uznały, że mają wystarczającą liczbę gońców. Wówczas mi nie płacono. Trzymano mnie w niepewności. Zastanawiałem się, czy i kiedy otrzymam umowę o pracę, którą, jak obiecano, miałem dostać 17 marca. Umowy nie było, tymczasem poinformowano mnie, że od 18 do 22 marca będę potrzebny na dyspozytorni. Miała to być pewna gwarancja, że dostanę umowę o pracę. Podobno to tylko kwestia czasu, bo kadry musiały ją przygotować… Faktem jednak jest, że od 18 marca w zasadzie pracowałem na czarno. I nie byłem jedyny.
Gdy upominałem się o umowę, odsyłano mnie od brygadzistek do kadr i z powrotem. Tłumaczono, że nie mają jak mnie przypisać do któregoś z oddziałów i nie wiedzą, czy dadzą mi umowę-zlecenie czy o pracę. Równocześnie nadal przychodziłem do pracy jako rezerwowy, w zastępstwie. Czasem czekałem godzinę, po której odsyłano mnie do domu. Oczywiście żadne wynagrodzenie za ten czas się nie należało.
W końcu usłyszałem: dostanę umowę o pracę, ale muszę najpierw zrobić kurs na sanitariusza.
Oczywiście nie za darmo – przeszkolenie będzie kosztowało 640 zł, opłata zostanie potrącona z pensji w ratach rozłożonych na 10 miesięcy. Jest to niezgodne z prawem pracy, mimo to, po dniu zastanowienia się, zgodziłem się. W kolejnych dniach dano wszystkim gońcom do zrozumienia, że kurs jest warunkiem niezbędnym, by zacząć pracować na umowie o pracę. Zaproponowano warianty: 1) za darmo, ale umowa lojalnościowa na 4 lata (potem firma „zeszła” do dwóch), 2) 640 zł od razu, 3) 640 zł rozłożone na 10 miesięcy. Taka oferta bardzo gońców nie pocieszyła. Do tego kurs miał odbyć się w kwietniu. Nie odbył się. Nie mamy do dziś o nim jakichkolwiek nowych informacji.
Składając następnie wniosek o zatrudnienie, poprosiłem o skierowanie na badania sanitarno-epidemiologiczne, co jest wymagane do umowy o pracę. Powiedziano mi, że przygotowana jest dla mnie umowa-zlecenie… Skierowania nie dostałem. Zapewne dlatego, że te badania wiązałyby się z kosztami dla firmy DGP. Brak badań, co oczywiste, naraża zdrowie pacjentów i pracowników szpitala. W kadrach DGP w dodatku dowiedziałem się, że skierowanie mógłbym dostać… po zaliczonym kursie na sanitariusza. Tym samym, o którym ciągle nic nie wiadomo.
Podtrzymywana była wciąż aura wiecznej niepewności, charakterystyczna dla „realnego neoliberalizmu”. I nagle na początku kwietnia – telefon! Mam podpisać umowę. Przyszedłem do pokoju brygadzistek, gdzie wręczono mi umowę-zlecenie. Podpisałem, zgrzytając zębami, przede wszystkim dlatego, by zapłacono mi za wypracowane godziny.
11 kwietnia sprawdziłem stan konta. Za marzec dostałem niecałe 1400 zł, choć pracowałem ponad 160 godzin.
Po długich wyjaśnieniach brygadzistki wyliczyły mi 137 godzin. Przy okazji wyszło na jaw, że na jednym z oddziałów pracowałem po 12 godzin dziennie, choć miałem wychodzić po 11. Brygadzistka, która już zwolniła się z tej pracy, źle mnie poinformowała. Co z pozostałymi 24 godzinami? Nikt mi ich nie wpisał do grafiku. Wytężyłem pamięć, przypomniałem sobie, kiedy pracowałem na jakim oddziale. Ale moje prywatne notatki uznano za niemiarodajne. Brygadzistka odpowiedzialna za tamten oddział zmieniła już pracę. Oddziałowe nie prowadzą żadnej dokumentacji pracy gońców, skoro ci są pracownikami firmy zewnętrznej. Jako że ta również nie prowadzi żadnego rejestru, jedynym potwierdzeniem mogłyby być pokwitowania z apteki lub magazynu medycznego.
Ostatecznie uznano mój „wniosek o wypłatę”. Z tym, że zapłatę dostanę dopiero w następnym miesiącu. W dodatku za te 24 godziny będzie „sprawiedliwie” potrącone gońcowi, który na danym oddziale pracuje na stałe, gdyż, jak uznał pracodawca, ten „nie śmiał się przyznać do tego, że miał 3 dni wolnego zawczasu”. Kasa ma się zgadzać, firma nie może wydać na pracowników za dużo. Za to „przypadkowe błędy” i niechlujna księgowość” po stronie DGP zdarza się dość często. Są też przypadki gorsze, jak znana mi historia kierowcy z orzeczeniem o niepełnosprawności, na którym wymuszano nadgodziny, a następne „źle podliczano” realny czas pracy przy wypłacie. Bardzo często kierownictwo firmy korzysta zresztą z niewiedzy niepełnosprawnych odnośnie przysługujących im uprawnień, czyli m.in. z prawa do siedmiogodzinnego dnia pracy/35h tygodnia pracy. Jest to po prostu okradanie tych osób z pięciu godzin pracy w tygodniu, choć już się na nich zyskało – dzięki refundacji PFRON to faktycznie darmowa siła robocza.
Wiele do życzenia pozostawia również stan pojazdów, służących do transportu materiałów na terenie uniwersytetu, którymi dysponuje firma DGP.

Pracownicy mówią o nich „trupy omyłkowo nazwane pojazdami”.

Są one faktycznie zagrożeniem dla osób poruszających się nimi, innych uczestników ruchu, pacjentów i personelu. Praktycznie każdy ma problem z hamulcami: w jednym nie działa ręczny, w innym hamulce są w kiepskim stanie, w trzecim są prawie niesprawne. Tym trzecim musiał jechać jeden z kierowców, chociaż zgłaszał problem brygadzistce i kierownikowi. Polecono mu jechać mimo wszystko, bo innych pojazdów nie było. Poruszał się więc z prędkością maksymalnie 30km/h, żeby nie spowodować wypadku. Dostał reprymendę za to, że… wolno realizuje zlecenia.
Wśród pracowników podległych DGP są sanitariusze wcześniej zatrudnieni bezpośrednio przez szpital. Są lepiej traktowani niż gońcy, choć zajmują się praktycznie tym samym. Co ważne, nie przeszkadza im to z gońcami się solidaryzować.
Czasy przed outsourcingiem wspominają z sentymentem.
W kontekście służby zdrowia domagano się większych pensji dla pielęgniarek czy lekarzy-rezydentów. Mało kto pamiętał o grupach, których sytuacja jest jeszcze gorsza.
GUMed z całą pewnością nie jest jedynym miejscem, gdzie panują takie porządki. Wniosek może być jeden – potrzeba radykalnego uspołecznienia służby zdrowia i zerwania z „realnym neoliberalizmem”, jaki tam panuje. Sektor publiczny powinien być całkowicie oczyszczony z kapitalistycznych pośredników i praktyki zlecania konkretnych zadań firmom zewnętrznym. W służbie zdrowia takie pośrednictwo jest szczególnie niezdrowe.

Pracownicy!

Nie walczcie z innymi pracownikami!

Systematycznie mamy do czynienia z protestami różnych grup pracowniczych upominających się o swoje prawa. Jednocześnie za każdym razem możemy zaobserwować oburzenie jednych pracowników, że ci drudzy mają czelność domagać się kolejnych „przywilejów”.
W ostatnim czasie swoje niezadowolenie z niskich pensji wyrażają nauczyciele. Zapowiadają strajki, a przez to spotykają się z krytycznymi komentarzami typu: „Im się nie należy. Mają dużo wolnego kiedy są wakacje, ferie. Pracują 20 godzin tygodniowo! A ja nie mam wolnego nawet w weekendy. Wychodzę wcześnie rano, wracam do domu kiedy jest ciemno, na zwolnienie lekarskie pójść nie mogę bo grozi mi zwolnienie, a te homo sovieticusy chcą ciągle przywilejów!”
Pracowniku firmy Januszex, zatrudniony na śmieciówce – do kogo ty masz pretensje?
Czy pogorszenie warunków pracy nauczycieli spowoduje, że twoja sytuacja życiowa się poprawi? Skróci twój dzień roboczy i pozwoli cieszyć się słońcem? Czy jak nauczycielom obniżą pensję o 1/3 (za te dwa miesiące wakacji) to wtedy powiesz „kurła, jak mi się dobrze żyje. Niczego więcej mi nie potrzeba”?
Nie, dalej będziesz wyzyskiwany przez swojego szefa.
Dalej będziesz sfrustrowanym człowiekiem.
Poza tym taka zawiść w obrębie własnej klasy społecznej to nóż wbijany we własne plecy. Obserwowałem na facebooku komentarze mojej dobrej znajomej oburzonej „roszczeniowością” nauczycieli. Znajoma pracuje w służbie zdrowia, gdzie wymiar dnia roboczego to 7 h 35 min (praca od 7.25 do 15.00). Ma umowę o pracę i świadczenia z tego wynikające typu „wczasy pod gruszą”. Z wzięciem urlopu nie ma problemu, tym bardziej ze zwolnieniem lekarskim. Nie sądzę aby ta znajoma dobrze się czuła gdyby pracownik jakiejś Biedronki albo Amazona wygłaszał komentarze typu: „Ona ma za dobrze, krótko pracuje! Siedzi w tej administracji i pewnie tylko kawę pije, ciastkami się obżera i gra w pasjansa!” Nie wydaje mi się aby chciała to usłyszeć, a na pewno nie przyznałaby temu, który ją krytykuje, racji A więc czemu sama krytykuje inną grupę zawodową?
Ludzie pracy nie walczcie z innymi pracownikami! Bierzcie z nich przykład! Z tego jak się organizują, działają w związkach zawodowych. Walczą o swoje prawa. Walczą o prawa, a nie o przywileje. Przywileje to ma szef Amazona, który jest zwolniony z podatku, a nie pracownik, któremu należy się dobre traktowanie za czas i siły jakie poświęca na rzecz wykonywanej przez siebie pracy.
Niektórym grupom zawodowym takim jak górnicy, pielęgniarki czy właśnie nauczyciele czasem udaje się odnieść sukces (tylko na tyle aby kapitalizm mógł trwać). Udaje się, ponieważ walczą. Nie podcinajmy sobie nawzajem skrzydeł tylko jednoczmy się we wspólnej walce z kapitalistami. Znamienne jest to, że najbardziej zaangażowane w walce o swoje prawa są grupy zawodowe powiązane ze sferą budżetową, czyli te w znacznie mniejszym stopniu podlegające prawom rynku i procesom kształtowanym przez kapitalistów. To pokazuje, jak kapitalizm pacyfikuje wszelkie pracownicze protesty, także w ten właśnie sposób, że podsyca nienawiść jednych pracowników wobec drugich. To klasowe szczucie i podsycanie walki klasowej w obrębie jednej klasy by jeszcze więcej zyskać i odwrócić uwagę od zasadniczych problemów, którymi są kapitalistyczny wyzysk i stale rosnące nierówności.
Moja odpowiedź na zarzuty wobec pracowników walczących o swoje prawa to:
Uważasz, że mają aż tak dobrze?
To czemu nie zostałeś nauczycielem/górnikiem/lekarzem/strażakiem?
Bo może wtedy okazałoby się, że codzienne przebywanie z grupą młodych ludzi, gdzie każdy charakteryzuje się odmiennym typem osobowości, różnym stopniem dojrzałości (a raczej brakiem dojrzałości) i różnymi problemami z jakimi się zmaga na co dzień, nie jest takie proste? Bo może odpowiedzialność jaką trzeba wziąć za bezpieczeństwo, ale też rozwój i wychowanie naraz ok. 40 dzieci, nie jest warte tych pieniędzy?
Bo może okazałoby się, że zamknięcie przez kilka godzin w podziemnym korytarzu, gdzie trzeba wykonać pracę ciężką fizycznie, w trudnym środowisku skąd nie zawsze wychodzi się na powierzchnię żywym, jednak nie jest warte tej trzynastki i Barbórki?
Bo może okaże się, że czas wyjęty z życia na edukację, a potem presja codziennej pracy, w której trzeba zmagać się z tragediami, w tym ze śmiercią, swoich podopiecznych, to nie jest coś do czego podchodzi się obojętnie?
Bo może wyjdzie na to, że jednak ten piętnastoletni okres służby, po którym można przejść na emeryturę, to nie jest fanaberia, bo pięćdziesięciolatek już nie jest w stanie wykazać się ponadprzeciętną sprawnością fizyczną, poza tym zaczynają wychodzić choroby spowodowane działaniami w ciężkich warunkach (ok. 60% strażaków umiera na raka)?
Każdy rodzaj pracy ma swoją specyfikę i swoje trudności i nie ma co antagonizować. Nie łudźcie się. Statystki wskazują, że i tak nie będziecie milionerami. Nie zostaniecie drugim Karlem Lagerfeldem mającym pracę lekką, łatwą i przyjemną, którą można wykonywać do końca życia. Wasza praca będzie wam potrzebna głównie do tego, żebyście mogli przeżyć. A jak każdemu człowiekowi, wam też należy się godne życie. Wam i innym pracownikom, czegokolwiek by nie robili.
Pracując w sektorze prywatnym zarabiacie majątek tylko dla swojego szefa. Wam nie grozi 75 proc. stawka podatku dochodowego bo pracując na magazynie, w hurtowni, call center czy wdrażając systemy informatyczne nigdy takich dochodów nie osiągniecie… Więc nie walczcie o to, żeby waszym szefom było lepiej. Nie głosujcie na tych wszystkich magików chcących ułatwiać życie prywatnym przedsiębiorcom. Wam prywatni przedsiębiorcy niczego nie ułatwią jeśli nie będzie im się to kalkulować. Walczcie o swoją godność, którą nierzadko musicie tracić zmagając się z upokorzeniami ze strony szefa. Oni nie są żadnym wyznacznikiem moralności bo ich sens życia zawiera się tylko w generowaniu zysków i gromadzeniu własnego majątku.
Mało tego, śmiało sabotujcie pracę w prywatnym przedsiębiorstwie, jeśli wiecie, że działa ono na szkodę ludzi, środowiska, czy innych pracowników. I tak nie jesteście tam dla żadnej idei ani własnego samorozwoju. Jesteście tylko narzędziem do wykonania planu, ich planu. A co do sfery budżetowej – kadro zarządzająca, nie przenoś wyzysku panującego na wolnym rynku do urzędów! To prosta droga do psychicznego zniszczenia pracownika, który przeciążony pracą, może spotkać się z prawnymi konsekwencjami swoich błędów.
Tylko jedność ludzi pracy może spowodować, że będzie lepiej wszystkim, a nie tylko wybranym. Należy budować system z dniem pracy krótszym niż 8 godzin. Zresztą w wielu branżach te 8 godzin jest mitem, a ci co pracują np. po 12 h psioczą, na tych co pracują 8 h, że mają za dobrze. Nie róbcie tego, tylko walczcie o swoje dobro.
Chciałoby się powiedzieć, że należy walczyć o prawo do lenistwa. Lenistwo jest oceniane pejoratywnie, ale ja nie uważam aby spędzanie wolnego czasu na tym co CHCE się robić, a nie co MUSI się robić było czymś negatywnym. Wprost przeciwnie – bardzo dobrze wpływa to na nasze samopoczucie i nasze zdrowie dzięki czemu stajemy się lepszymi ludźmi. Jednocześnie trzeba też zwalczać – edukować pracowników z syndromem sztokholmskim, których przeraża wizja większej ilości czasu wolnego i którzy nie wiedzą co ze sobą zrobić poza pracą. Nie wiecie co ze sobą zrobić bo system kapitalistyczny was tego nie uczy, to nie leży w jego interesie.
Jedyne, co kapitalizm oferuje dla zabicia czasu to para(pseudo)dokumenty pełne agresywnych dialogów, naklejki na Świeżaki i sprzęt, którego nie potrzebujecie ale jest black friday, więc jest tańszy, dlatego go kupujecie.
Zacznijcie więc od działalności w związku zawodowym, stowarzyszeniu albo partii, a będziecie rozwijać i budować nowe relacje międzyludzkie i nie będziecie już potrzebować przypadkowego kontaktu z ludźmi w pracy aby nie zwariować od bycia sam na sam z własnymi myślami. Prawica karmi was tekstami o wolności, o tym, że trzeba o nią walczyć bo to wartość nadrzędna itd. Tylko, że prawicowcy mają na myśli wolność dla wybranych, wolność do wyzysku was, czyli słabych i skłóconych ze sobą pracowników, błądzących po omacku.
Dlatego powiem żebyście walczyli o wolność. Walczcie o swój czas wolny! Walczcie by nie robić tego, co MUSICIE, a jak najwięcej tego co CHCECIE robić. Krótszy dzień pracy wam to umożliwi. Dlatego też walczcie z tymi, którzy wydłużają wasz czas pracy.

Ballada o biedzie

W pieśni rośnie miasto, moja wielka damo,
i nie możesz zasnąć,
za gaconą ścianą,
wiatr burzy myśli w twej głowie.
Przeszklone zegary w mieszczańskich mieszkaniach
między olejami tykają
na ścianach,
godziny echem grzmią w tobie.
Półprzytomna wstajesz, o kawałku chleba,spieszysz na rozstaje w rozbabranych śniegach
w ciżbę kufajek się wmieszać.
Trepami przetupiesz
pokorną godzinę,
znim noc wykrztusi
skołowaną skrzynię,
w budę przygarnie człowieka.
Tlą się papierosy, z rzadka
pada słowo,
skołatane losy mus popchnąć
na nowo,
tam światło, tu wszędzie ciemno.
Lecz po dniu się wraca
z chlebem za pazuchą
i przygodnych randkach
z niebieską ćwiartuchą, bywa więc czas na przyjemność.
Wtedy mógłby nawet ktoś
w dowód uznania,
poszukać niezdarnie
twojego kolana,
przecież bez złego zamiaru.
Sprawdzić wodę w nodze,
tylko dla fasonu,
pośmiać się niezgorzej,
gdy już blisko domu
i blisko pierzyn ze starą.
(…)
Siny świt nadchodzi,
szronem drapie mury,
ciągną do roboty szarych
ludzi sznury,
tkwi w tobie drzazgą ta chwila.
Ściskasz rękawiczkę
wielkopańską ręką,
przemierzasz ulice jak
za Pańską Męką,
w mieście, co sama stworzyłaś.

Czar TVP

Sprawa protestu pod TVP Info jest wyłącznie kwestią estetyki. Odsuwając już na bok całą dyskusję spod znaku „prowokacja czy nie” – zaczajenie się o zmroku na wychodzącą z pracy kobietę, aby na nią pohukiwać, straszyć i biec za samochodem, a potem radośnie przybijać piątki, jest niesmaczne i jałowe.
Opieranie siły całego happeningu na hasłach, które raczej zwracać uwagę na konkretny problem (co protestujący robili podczas poprzednich protestów z większym powodzeniem), bazują na epitetach („spieprzaj kłamliwa babo obrzydliwa”), służy wyłącznie ulaniu się frustracji, ale niestety wkłada drugiej stronie do ręki długo wyczekiwaną broń. Niemniej zgadzam się z Ewą Siedlecką, że w trakcie protestu pod TVP nie zostały przekroczone granice debaty publicznej. Nikt nie ucierpiał, a nadmierny dramatyzm połączony z brakiem dobrego smaku nie jest jeszcze na szczęście wpisany do kodeksu karnego.
Jednak później rozpętano nieprawdopodobną nagonkę na dziesięcioro ludzi, którzy w zimowy wieczór przynieśli tabliczki z napisem „kłamczucha”. Nie „kurwa”, nie „szmata”. I nie jajka, pomidory, petardy czy noże, ale tabliczki.
Teraz ci ludzie po kolei tracą źródła utrzymania. Zostały upublicznione ich personalia, na szklanym ekranie zachęcano do „odwiedzania” ich w pracy. Elżbietę Podleśną już raz eskortowała do domu policja. „Spalimy ci dom” – grożono Piotrowi Łopaciukowi. Inni też dostają na messengerze życzenia śmierci. W momencie pisania tego tekstu trzy spośród dziesięciu osób już nie pracują. Hejt leje się też na ich byłych szefów, no, może za wyjątkiem Poczty Polskiej. Zatrudniona w niej od 25 lat Monika Twarogal została zwolniona jeszcze dwa dni przed emisją feralnych „Wiadomości”. Dobra zmiana najwyraźniej wzmaga czujność państwowych instytucji. Natomiast firmą, z której zwolniono Iwonę Wyszogrodzką, zainteresował się Urząd Skarbowy. To represje kosmicznie nieadekwatne do przewinienia. Lincz za kiepską estetykę protestu. Strzał z bazuki za prztyczka w nos.
Czy jeśli wysunę tezę, że pomiędzy materiałem Marcina Tulickiego z „Wiadomości” a wzmożeniem hejtu może istnieć korelacja, i że nie było to sypanie kwiatków, a stawianie pod pręgierzem, to skończę jak Adam Bodnar, pozwana za naruszenie dóbr osobistych? Zobaczymy. Nie przypominam sobie jednak, aby telewizja – nawet wtedy, kiedy u steru były w Polsce SLD, a potem PO – kiedykolwiek potępiła antykomunistycznych fanatyków, rok w rok wykrzykujących 13 grudnia pod oknami Wojciecha Jaruzelskiego, a później Jerzego Urbana słowa o wiele mniej cenzuralne niż „kłamczucha” i „obrzydliwa baba”. Kiedyś relacjonowałam jeden z takich protestów. Zwykle w sądzie na poparcie takich tez, jakie tam śmigały w powietrzu co minutę, trzeba mieć dowody, i to nie byle jakie. Nie słyszałam też, aby „medium z misją” popełniło obszerny reportaż śledczy i przedstawiło sylwetki tych, którzy gwizdali na Powązkach w rocznicę Powstania Warszawskiego. Pamiętacie książkę, w której jest mowa o równych i równiejszych zwierzętach? Znajduje się tam również inna cenna refleksja, która zagubionym może wytłumaczyć wiele polityczno-medialnych paradoksów: „ilekroć świnia spotyka na drodze inne zwierzę, to ostatnie musi ustąpić na bok”.
Jak tam pani Magdo, wystarczająco pomszczona?

Młody pracownik nie chce się nudzić

Pragną być doceniani, są kreatywni i szukają wyzwań – ale w biurze nie zawsze o nie łatwo. Dlatego często są chętni do odejścia z pracy.

Aż 70 menedżerów zatrudniających młodych pracowników obawia się o przyszłość swojego zespołu.
Uważają oni, że największym wyzwaniem w zarządzaniu grupą ludzi w takim wieku jest niepewność, związana z ich brakiem przywiązania do firmy i łatwym podejmowaniem decyzji o odejściu.
62 proc. kierowników wskazuje na „roszczeniowość” pokolenia 25-30 latków, a 46 proc. sądzi, że dużym kłopotem jest ich szybkie nudzenie się i niski poziom cierpliwości. Takie wyniki dało badanie „Menedżerowie o Millenialsach” firmy doradczo-szkoleniowej 4Results, które objęło menedżerów z różnych branż polskiej gospodarki.
Jego wynik pokazuje wyraźnie, że dzisiejszy zarządzający pracują w niepokoju o to, że młodzi pracownicy za chwilę zdecydują się na odejście z firmy.

Praca czeka na ludzi

Jest teraz u nas trochę tak, jak na polskim rynku pracy w latach 50-tych. Wtedy też ludzie nie bali się rzucać pracy, bo wiedzieli, że nie ma bezrobocia, a państwo czuje się zobowiązane by każdemu zapewnić zatrudnienie.
W porównaniu z dzisiejszymi czasami, różnica polega na tym, że wtedy zarabiało się marnie. Teraz zaś młodzi pracownicy mają skonkretyzowane oczekiwania i ich zatrzymanie w firmie może wiązać się z żądaniami, którym przełożeni nie będą mogli lub potrafili sprostać.
Ponadto zaś, millenialsi czy pokolenie Y (jak ich zwał, tak zwał, chodzi po prostu o osoby mające poniżej 30 roku życia) szybko się frustrują i z trudem udaje się ich zaciekawić pracą (wtedy zaczynają być bardziej zaangażowani).
Z badania wynika, że niepewność dotycząca ryzyka odejścia millenialsów z pracy wiąże się z faktem, że w pracy szukają oni już na starcie wyzwań i interesujących zadań, a menedżerowie nie potrafią im ich zapewnić.
Nie przez przypadek jednym z głównych wyzwań dla kierujących zespołami millenialsów jest „łatwość nudzenia się” młodych. Dlatego też zarazem, blisko 5 na 10 menedżerów właśnie „zlecanie ciekawych zadań” postrzega jako sposób na zwiększenie efektywności pracy młodych pracowników.
Młodzi ludzie także i w pracy chcieliby mieć tzw. fun. Dziś więc wyzwaniem dla kadry zarządzającej jest to, jak zaciekawić młodego pracownika także i monotonnym zadaniem.
Często nic się na to nie da poradzić, bo zdarza się, że robota jest zwyczajnie nudna. Przerabiano to zresztą już dawno, gdy ludzie byli śmiertelnie znużeni powtarzalną i monotonną pracą przy taśmie produkcyjnej. Teraz przy taśmie siedzą głównie roboty, ale na ekranie komputera jest także pod dostatkiem nudy.
Teoretycznie, najlepiej jest łączyć zadania rutynowe z bardziej interesującymi. Łatwiej to jednak powiedzieć niż zrobić. Można też próbować pokazywać szerszy kontekst pracy – wszak szereg nudnych zadań może doprowadzić do realizacji tych bardziej interesujących.

Trzeba rozmawiać i doceniać

Pracodawcom jest trudniej niż kiedyś poradzić sobie z roszczeniowością młodych podwładnych.
Menadżerowie dość często reprezentują jedną z dwóch postaw: uległość wobec próśb pracownika lub konfrontacyjność i dezawuowanie jego oczekiwań płacowych. Dziś, gdy jest rynek pracownika, ani zbytnia uległość, ani konfrontacyjność nie pomoże.
Pracodawca powinien powściągnąć własne emocje i racjonalnie zarządzać oczekiwaniami podwładnych. Najlepiej jeśli będzie szedł na ustępstwa pod warunkiem realizacji dodatkowych, konkretnych celów przez pracownika. Jeśli zaś pracodawca nie jest w stanie tego zapewnić, to cóż, musi więcej płacić.
Młodzi pracownicy oczekują tzw. kultury stałego feedbacku. Mówiac po ludzku, oznacza to, że pragną oni widzieć swoje postępy w pracy i być za nie doceniani. Czyli, jest to coś absolutnie normalnego.
Zbadano, że jedynie 3 na 10 menedżerów stwierdza, że częste rozmawianie z młodymi pracownikami może przyczynić się do zwiększenia ich efektywności. Jeszcze mniej bo zaledwie 2 na 10 wskazuje na wagę cierpliwego tłumaczenia, słuchania, doceniania i nagradzania.
Wygląda więc na to, że kierownicy w każdej firmie powinni nabywać kompetencje rozumnego przekazywania informacji zwrotnej i wiedzę o tym, jak skutecznie doceniać podwładnych.
Wszystko to wiąże się z umiejętnością zarządzania różnorodnością: czyli odpowiadaniem na oczekiwania różnych pokoleń pracowników, wdrażaniem odpowiednich systemów organizacji pracy, używaniem nowoczesnych metod komunikacji międzyludzkiej.
Młodzi mogą tu być dobrym odbiorcą, bo są na ogół szczerzy i otwarci. Dlatego w powszechnym mniemaniu kierowników, mogą się oni przysłużyć celom firmy poprzez swoją otwartość na zmianę – a także łatwość adaptowania nowych technologii. To kompetencje, które są charakterystyczne dla dzisiejszych realiów gospodarki, ale dla generacji starszych pracowników bywają twardym orzechem do zgryzienia.

Pracowici inaczej?

4 na 10 szefów docenia kreatywność młodych. Zarazem tylko jeden na 12 zauważa ich pracowitość jako rzecz istotną.
Jednak o ile młodzi pracownicy chcieliby, aby praca była ciekawa, a zadanie realizowane sprytnie i efektywnie (najlepiej dzięki nowym technologiom), o tyle pracowitość dla menedżerów oznacza nierzadko pracę w godzinach nadliczbowych, realizowanie także i nieciekawych zadań bez mrugnięcia okiem, albo ich sumienne wykonywanie wbrew sobie.
Młodzi są inni – ale fakt odmienności młodego pokolenia nie musi być ciężarem, lecz szansą dla ich zakładu pracy. Warunkiem jest jednak zrozumienie przez zarządzających oczekiwań i motywacji młodego pokolenia.
Szef pracujący z młodymi powinien być gotowy do zaakceptowania różnic międzypokoleniowych, do przebudowy środowiska pracy, a w końcu i do zmiany własnych nawyków – na takie, które z jednej strony uwzględnią cele przedsiębiorstwa, a z drugiej zatroszczą się, w miarę możliwości, o potrzeby podwładnych.

Dobrze gospodaruj zdrowiem

Koniec roku to nie tylko czas na podsumowanie osiągnięć i zrealizowanych planów, ale jednocześnie dobry moment, aby zrobić bilans zdrowia.

 

O tym, że profilaktyka jest ważna, każdy z nas doskonale wie. W teorii. A jak jest z praktyką? Wraz z wiekiem w organizmie zachodzą zmiany, które – niewykryte odpowiednio wcześnie – mogą znacząco obniżyć komfort życia.
Około 40. roku życia metabolizm zwalnia, a w organizmie zaczynają zachodzić zmiany, związane z procesem starzenia. Pojawiają się dolegliwości bólowe ze strony układu kostnego, słyszymy gorzej, a nasz wzrok słabnie. Wiele z tych zmian to następstwo procesów fizjologicznych, których nie możemy zatrzymać, ale jesteśmy w stanie je opóźnić. W społeczeństwie funkcjonuje popularne stwierdzenie, mówiące o tym, że życie zaczyna się dopiero po czterdziestce – to prawda! To jednak, jakie ono będzie, zależy w dużej mierze od nas. Od czego więc powinniśmy zacząć?
Regularne wizyty u lekarza to – obok zdrowego stylu życia – podstawowy element skutecznej profilaktyki. Po 40-tce zaleca się przynajmniej raz w roku odwiedzić internistę, który – po przeprowadzeniu wywiadu medycznego i wykonaniu podstawowych badań – określi stan naszego organizmu. Na liście obowiązkowych badań powinny znaleźć się: się RTG klatki piersiowej, gastroskopia, a raz na 2-3 lata – profilaktyczne EKG serca. Na prozdrowotnej liście uwzględnić należy również stomatologa oraz lekarzy specjalistów.
W przypadku kobiet – regularne wizyty u ginekologa (cytologia, badanie piersi), a mężczyzn – urologa i systematyczną kontrolę prostaty. Powinniśmy jednak pamiętać o tym, że po 40-tce należy zatroszczyć się także o zmysły, dzięki którym możemy cieszyć się niezależnością, tj. wzrok i słuch. Badanie słuchu, po 40. urodzinach, powinno być wykonywane raz na 10 lat, a kontrola wzroku – nawet przynajmniej raz w roku.
Aż 86 proc. Polaków po 40. roku życia deklaruje problemy z dobrym widzeniem – jak pokazuje badanie opinii, postaw, zwyczajów i wiedzy na temat dbania o wzrok, przeprowadzone przez PBS w styczniu 2018 r, na reprezentatywnej grupie Polaków w wieku 40-55 lat. O wzrok trzeba dbać kompleksowo – choćby po to, by nie przeoczyć szans, które czekają na nas w 2019 roku.
78 proc. osób w wieku 40-55 lat nosi okulary a 2 proc. soczewki kontaktowe – wynika z wspomnianego badania. Wyniki te potwierdzają, że ostre widzenie nie jest nam dane raz na zawsze, a oczy w pewnym wieku wymagają wsparcia.
Współczesny tryb życia jest niezwykle wymagający dla układu wzrokowego. Niestety pierwsze symptomy jego starzenia się następują wcześniej niż u poprzedniego pokolenia. Wraz z wiekiem, soczewka oka staje się mniej elastyczna, a jej zdolność akomodacji, czyli przystosowania się oka do widzenia w różnych odległościach, spada. Jednym z najważniejszych czynników, mających negatywny wpływ na akomodację oka, jest długi czas, spędzany w tzw. bliży wzrokowej. Czyli wtedy, kiedy patrzymy na przedmioty, znajdujące się blisko nas, jak: komputer, dokumenty czy telefon. Eksperci twierdzą, że wzrok można częściowo poprawić poprzez ograniczenie czynników męczących oczy, takich jak: kilkugodzinna praca przed ekranem komputera, smartfona, tabletu czy innych urządzeń elektronicznych. Pracę oczu wspomogą również odpowiednio dobrane okulary.
Można też przearanżować swoje otoczenie, uwzględniając między innymi odpowiednie oświetlenie, korzystanie z nowoczesnych ekranów czy inne skonfigurowanie wyświetlaczy.

Bardziej zadowoleni z pracy Sytuacja na rynku pracy

Po okresie wieloletniego spadku satysfakcji Polaków z tego, co robią zawodowo, w tym roku nastąpiło odwrócenie trendu.

 

Ludzie maja się nieco lepiej w swoich miejscach pracy, częściej mówią o nich pozytywnie i bardziej identyfikują się z nimi. Połowa Polaków jest zaangażowana w swoją pracę. To zaangażowanie zwiększyło się w 2018 r. o 2 punkty procentowe – z 48 do 50 proc.
W tym roku aż 54 badane wskaźniki ocen środowiska pracy odnotowały wzrost w porównaniu do 2017 r. Wówczas aż 71 wskaźników na 74 zostało ocenionych niżej. Teraz pracownicy, jak śpiewał Jacek Kaczmarski „poczuli siłę i czas”. Wiedzą, że już nie muszą bezwolnie ulegać dyktatowi pracodawców.
Takie właśnie wnioski płyną z najnowszego badania Aon Best Employers. Czujemy się bezpieczniej i stabilniej. To odwrócenie trendu z 2017 roku, kiedy takie wyznaczniki jak lojalność, poczucie wpływu czy chęć pozytywnego mówienia o firmie zanotowały znaczące spadki. Wspomniane badanie jest bardzo reprezentatywne, bo przeprowadzone zostało na grupie ponad 57 tysięcy respondentów ze 131 polskich firm.
Polska jest jednym z krajów w UE o najniższej stopie bezrobocia. Wydawać by się zatem mogło, że „rynek pracownika” wciąż ma się dobrze, a utrzymanie pracowników pozostaje w sferze głównych wyzwań.
– Warto jednak zwrócić uwagę na aktualne sygnały, które płyną z rynku pracy – wyhamowanie zarówno wzrostu płac jak i spadku wskaźnika bezrobocia w połączeniu z większym docenianiem obecnych pracodawców. Może to świadczyć o powolnym zmierzchu rynku pracownika – komentuje ekspertka Magdalena Warzybok,
W każdym razie, optymizmem napawa fakt, że polski pracodawca wziął sobie do serca to, co najbardziej bolało „najcenniejszy kapitał” jego organizacji. Aż 54 z 74 badanych aspektów środowiska pracy odnotowało wzrost w porównaniu do roku 2017.
Ostatnie dwa lata to czas ogromnych zmian na naszym rynku pracy. Rekordowo niskie bezrobocie, wyzwania z pozyskiwaniem i utrzymywaniem pracowników, ogromna presja na wzrost wynagrodzeń – wszystko to stanowiło jedne z najważniejszych strategicznych wyzwań polskich firm. Ta sytuacja spowodowała wzrost oczekiwań pracowników, któremu pracodawcy musieli sprostać.
Dziś przyszłość firm, w których są zatrudnieni polscy pracodawcy jest bardziej przewidywalna. Wiedzą oni, jakie możliwości rozwoju przed nimi stoją (wzrost z 42 do 46 proc.), a także rozumieją, w jaki sposób postawione im cele wiążą się z celami firmy (wzrost z 64 do 68 proc. ).
Wiedza zatrudnionych o tym, jak sukces firmy wpływa na ich wynagrodzenie wzrosła z 37 do 45 proc. Do przedsiębiorców wreszcie dotarło, że dobre wyniki biznesowe firmy powinny przekładać się na korzyści finansowe dla pracowników. Jednocześnie, stali się oni bardziej przekonani, iż firma, w której pracują jest odpowiedzialna za obietnice składane pracownikom (wzrost z 38 do 42 proc.). Płaca minimalna i średnie zarobki wzrosły – ale mimo to, wciąż większość pracowników ma poczucie, że w porównaniu do innych miejsc, w których mogliby pracować, nie są sprawiedliwie wynagradzani. W tym obszarze zanotowano spadek z 33 do 29 proc. Uważają również, że ich firmy poprzez sztywność procedur nie nadążają za coraz powszechniejszą cyfryzacją i nowoczesnymi technologiami.