Sądy powinny mieć wolne

Kontrowersyjny apel dużej części sędziów. Ich zdaniem, ograniczenie pracy poczty to powód do wstrzymania praktycznie całej działalności sądów.

Niech sądy w całym kraju niezwłocznie zaprzestaną czynności (poza wyjątkowymi przypadkami nie cierpiącymi zwłoki) wskutek siły wyższej w postaci epidemii koronawirusa – taki apel do Ministerstwa Sprawiedliwości wystosowało stowarzyszenie sędziów Iustitia.
Od kilku dni odwoływane są rozprawy w większości sądów w Polsce, jednak nie oznacza to, że sądy zaprzestały pracy. Wciąż wysyłana jest z sądów korespondencja do osób, które mają swoje sprawy w sądzie. Czasami doręczenie takiego listu z sądu powoduje, że zaczyna biec termin np. do wniesienia apelacji. Kto nie złoży pisma w terminie, straci szansę na zmianę wyroku
Tymczasem, prof. Krystian Markiewicz, prezes stowarzyszenia sędziów polskich Iustitia wskazuje: „Z całego kraju dostajemy sygnały, że poczta istotnie ograniczyła działalność. Przed urzędami pocztowymi tworzą się kolejki osób, które muszą wysłać swoje pismo, bo ucieka im termin. Nie mogą go złożyć w sądzie, gdyż zamknięto biura podawcze w sądach. Sytuacja, gdy tak wiele osób spotyka się w placówce pocztowej, rodzi na pewno ryzyko zarażenia koronawirusem.”
W przyjętym przez zarząd stowarzyszenia Iustitia stanowisku, sędziowie apelują do Ministerstwa Sprawiedliwości, żeby sądy w ogóle zaprzestały czynności, poza sprawami pilnymi. „Nie można teraz zmuszać ludzi do stania w wielogodzinnych kolejkach na poczcie i wyboru: albo własne zdrowie, albo utrata terminu do wniesienia apelacji” – podkreśla prof. Krystian Markiewicz.
Fizyczny dostęp interesantów do sądów został bardzo ograniczony, strony i pełnomocnicy nie mają dostępu do akt. Rozprawy i posiedzenia jawne są co do zasady odwoływane. Poza tym jednak sądy nadal pracują, choć trudno to nazwać normalną pracą. Sędziowie wydają orzeczenia na posiedzeniach niejawnych. Sekretariaty starają się wykonywać zarządzenia. Formalnie nie wstrzymano doręczeń pism sądowych. Oznacza to dla stron oraz pełnomocników konieczność odbioru korespondencji, a także wizytę na poczcie, ewentualnie w sądzie.
Niewprowadzenie restrykcyjnych ograniczeń może przyczynić się do roznoszenia wirusa i rozprzestrzeniania się epidemii. Szczególnie w przypadku osób starszych jest to bardzo niebezpieczne dla zdrowia, a nawet życia. Należy podkreślić, że ze wszystkich stron płyną sygnały o pozostanie w domach.
Dlatego sędziowie z Iustitii przyłączają się do stanowiska Naczelnej Rady Adwokackiej, mówiącego, że niezbędna jest zmiana ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19. W projekcie legislacyjnym, opracowanym przez NRA przewiduje się między innymi zawieszenie z mocy prawa postępowań sądowych w określonych przypadkach, zawieszenie biegu terminów oraz brak skutków prawnych doręczenia korespondencji sądowej.
Brak rozwiązań ustawowych co do biegu postępowań sądowych w okresie zagrożenia epidemicznego, może doprowadzić do naruszenia na masową skalę podstawowych praw człowieka i obywatela, chronionych przez Konstytucję RP – takich jak prawo do życia, zdrowia oraz prawo do sądu. Może też być powodem wytaczania wielu nowych spraw o przywrócenie terminu do dokonania czynności procesowych – a to dodatkowo obciąży wymiar sprawiedliwości.
„Jeśli zaraz sądy nie wstrzymają czynności to za kilka miesięcy zaleje je fala wniosków o przywrócenie terminów. Czas, aby Ministerstwo Sprawiedliwości reagowało zanim pojawią się problemy, a nie gdy jest za późno. Akurat w takiej sytuacji należy ustawę uchwalić w kilkanaście godzin.” – podsumowuje prezes Iustitii.

Poznański Volkswagen nie przerwie pracy

Kapitaliści robią wszystko, by obronić swoje zyski w czasach zagrożenia epidemiologicznego. W wielkopolskich fabrykach koncernu Volkswagen produkcja idzie pełną parą. Władze koncernu jak na razie pozostają głuche na apele związkowców, którzy wskazują, że przychodzenie do pracy w obecnych okolicznościach zagraża ich życiu i zdrowiu.

Zarząd Volkswagen Polska odmówił związkowcom z Inicjatywy Pracowniczej spotkania, na którym miały zostać przedyskutowane kwestie związane z ochroną zdrowia i życia pracowników w okresie trwania pandemii.

Związkowcy są oburzeni. „Postępowanie zarządu uważamy za skrajnie nieodpowiedzialne i potwierdzające, że bierze on pod uwagę tylko zyski, pomijając bezpieczeństwo załogi” – czytamy w komunikacie IP.

Wolne dla nielicznych

Władze VW Polska zgodziły się jak dotąd dać wolne pracownikom zmagającym się z przeziębieniem i inną infekcją, czyli takim, którzy i tak powinni udać się na L4. Do pracy nie muszą przychodzić również osoby w trakcie leczenia onkologicznego i przyjmującym leki obniżające odporność. Reszta musi stawiać się w zakładach, w których pracuje łącznie 11 tysięcy osób.

„Na bieżąco podejmujemy wszelkie niezbędne kroki, by przeciwdziałać zagrożeniom. Ściśle stosujemy się do rozporządzeń i wytycznych Głównego Inspektora Sanitarnego. Zapewniamy, że miejsca pracy są czyste i higieniczne. Zamontowaliśmy dozowniki z płynem dezynfekcyjnym. Także narzędzia pracy będą dezynfekowane. Zwiększyliśmy liczbę personelu odpowiedzialnego za czystość na terenie zakładów” – czytamy w oświadczeniu VW.

Zamknąć fabrykę!

Tymczasem związkowcy z Inicjatywy Pracowniczej domagają się, by fabryki zostały zamknięte. Ich żądania są następujące:
1. Wstrzymać produkcję z zachowaniem 100 proc. wynagrodzenia.
2. Uruchomić fundusz wsparcia pracowników na okres większych wydatków na opiekę medyczną podczas pandemii.
3. Do końca pandemii nie kończyć umów z pracownikami tymczasowymi, aby nie tracili opieki zdrowotnej przyznanej zatrudnionym w VWP, w czasie gdy najbardziej jej potrzebują.
Postulat zatrzymania produkcji popiera również „Solidarność”, która w większości sporów prowadzonych przez IP stawała po stronie kapitalisty.
Jesteśmy w stałym kontakcie z zarządem, wynegocjowaliśmy już szereg działań zabezpieczających pracowników. Teraz, w imieniu 7 tys. członków naszego związku, domagamy się wstrzymania produkcji – informuje przewodniczący zakładowej „S” Piotr Olbryś. – W poniedziałek po raz kolejny będziemy rozmawiać z zarządem na temat naszych postulatów – dodaje.

Związkowcy wskazują na zaniedbania ze strony zarządcy fabryki, powołując się na komunikat zarządu VW, który 11 marca przyznał, że „ze względu na ogromny globalny popyt” w zakładowych łazienkach może brakować mydła.

Poseł broni pracowników

Po stronie związkowców stanął poseł Lewicy Razem Maciej Konieczny.
„Są zawody bez których pracy byśmy nie przetrwali. Producenci i sprzedawcy żywności, pracownice i pracownicy ochrony zdrowia walczący z epidemią na pierwszej linii frontu, inspektorzy sanitarni, służby mundurowe i wiele wiele innych, przeważnie kiepsko opłacanych prac, które są niezbędne dla naszego codziennego funkcjonowania i skutecznej walki z wirusem. Te osoby muszą pracować pomimo epidemii i należy im się za to ogromny szacunek i najwyższa dbałość o możliwie najbezpieczniejsze warunki ich pracy. Myślę, że po obecnym kryzysie trzeba poważnie przemyśleć to komu ile w naszej gospodarce płacimy, bo ewidentnie nijak się ma to do tego ile czyja praca realnie daje społeczeństwu” – napisał na Facebooku.

Polityk zauważył, że produkcja aut nie jest tym, czego najbardziej potrzebuje społeczeństwo w takim momencie. „Dlaczego przechodzimy do porządku dziennego nad tym, że codziennie kilkaset osób spotyka się na halach produkcyjnych, żeby produkować nikomu w tym momencie niepotrzebne nowe samochody? Czas zatrzymać taśmy w zakładach, które nie produkują towarów pierwszej potrzeby. Warunkiem musi być zachowanie 100 proc. wynagrodzenia za czas postoju” – wskazał Maciej Konieczny.

Koronawirus a prawa pracowników

Decyzją rządu z 11 marca br. działalność placówek oświatowych, szkół wyższych oraz wszystkich placówek kultury, w tym kin i muzeów została zawieszona. Od 12 do 25 marca na pewno nie będą odbywać się zajęcia dydaktyczne oraz wydarzenia i imprezy kulturalne, część instytucji będzie zamknięta całkowicie, inne tylko częściowo. Niektóre firmy prywatne także podjęły decyzję o reorganizacji pracy w związku z rozprzestrzenianiem się koronawirusa.

W przypadku jeżeli działalność waszego zakładu pracy została całkowicie lub częściowo ograniczona albo zakład został czasowo zamknięty,
wasz pracodawca ma możliwość
1) Zlecenia wam pracy zdalnej (np. pracy z domu) – zachowujecie wtedy prawo do wynagrodzenia; To rozwiązanie wprowadzone nową Ustawą z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych (w skrócie: „specustawa”).
2) Wypłacenia wam wynagrodzenia za okres przestoju (często zwanego „postojowym”) – zgodnie z art. 81 Kodeksu Pracy, takie wynagrodzenie jest wypłacane w sytuacji gdy pracownik był gotów do wykonywania pracy, ale nie mógł jej wykonywać z powodu przeszkód leżących po stronie pracodawcy.
Sytuacja związana z zawieszeniem działalności zakładu pracy, ograniczeniem jej lub zamknięciem zakładu w związku z zapobieganiem rozprzestrzeniania się koronawirusa jest dokładnie takim przypadkiem – nagłej przeszkody uniemożliwiającej świadczenie pracy, która nie jest zawiniona przez pracowników i pracownice.
W takiej sytuacji pracownicy nie świadczą pracy, ale otrzymują wynagrodzenie wynoszące:
– 100 proc. wynagrodzenia (obliczanego jak dla urlopu wypoczynkowego, czyli jest to średnia z ostatnich 12 miesięcy uwzględniająca także zmienne składniki wynagrodzenia takie jak: dodatki za pracę w porze nocnej, premie itp.), gdy w umowie zostało określone wynagrodzenie wynikające z osobistego zaszeregowania pracownika określone stawką godzinową lub miesięczną;
– 60 proc. wynagrodzenia, gdy w umowie nie zostało określone wynagrodzenie wynikające z osobistego zaszeregowania pracownika określone stawką godzinową lub miesięczną.
Może się także zdarzyć, że w związku z przestojem, pracodawca powierzy wam wykonywanie innej pracy niż ta, którą wykonujecie na co dzień – wynagrodzenie za tę pracę nie może być jednak niższe niż to obliczone na podstawie przepisów o wynagrodzeniu za przestój.

UWAGA! Zdarza się, że w niektórych zakładach pracy, które zostały zamknięte na skutek decyzji rządu lub władz samorządowych, części lub całości załogi pracodawca nakazuje stawienie się w pracy.

Tak jest w przypadku np. personelu sprzątającego i administracyjnego na uczelniach, albo pracownic żłobków w Poznaniu. W tym zakresie
przepisy dają pracodawcy pewną swobodę w decydowaniu o tym czy i wobec których pracowników i pracownic zastosować przepisy o przestoju oraz reorganizacji wykonywanej przez nich pracy. Natomiast związek zawodowy ma możliwość zwrócenia się do pracodawcy z wnioskiem np.:
– o zastosowanie przepisów o przestoju wobec poszczególnych kategorii pracowników;
– o zastosowanie bardziej korzystnych zasad obliczania wynagrodzenia za okres przestoju;
– o taką organizację pracy, która zmniejszy liczbę osób od których wymagane jest stawianie się w pracy w okresie zawieszenia działalności zakładu pracy (np. dyżury dla personelu sprzątającego).
Pracodawca nie jest zobowiązany do wprowadzenia rozwiązań o które wnosi związek zawodowy, natomiast w sytuacji gdy w opinii organizacji związkowej odmowa stanowi zagrożenie dla zdrowia publicznego,
istnieje możliwość złożenia skargi do Państwowej Inspekcji Pracy lub Inspekcji Sanitarnej.
Związki zawodowe powinny także monitorować czy pracodawcy nie próbują obchodzić przepisów o przestoju np. wysyłając pracowników na urlop bezpłatny albo dając wolne i nakazując „odpracowanie” tego czasu w przyszłości – w takich sytuacjach, poza skargą do PIP, istnieje możliwość skierowania pozwu do sądu pracy.
W przypadku skierowania przez inspektora sanitarnego na kwarantannę pracownikom przysługuje za okres kwarantanny zasiłek chorobowy w wysokości 80 proc. wynagrodzenia (obliczanego analogicznie jak w przypadku urlopu wypoczynkowego).
W przypadku, jeśli lekarz wypisze Ci zwolnienie z pracy w powodu choroby, także przysługuje ci zasiłek chorobowy w wysokości 80 proc. wynagrodzenia. W przypadku skierowania do szpitala, zasiłek chorobowy wynosić będzie 70 proc. wynagrodzenia.

Zasiłek opiekuńczy

Jeśli opiekujesz się dzieckiem do 8. roku życia, a szkoła, przedszkole lub żłobek są zamknięte z powodu rozprzestrzeniania się koronawirusa, przysługuje ci wolne na opiekę nad dzieckiem, za czas którego otrzymasz specjalny zasiłek opiekuńczy maksymalnie na okres 14 dni (tylko jeśli masz ubezpieczenie chorobowe, a inne osoby w rodzinie nie mogą zaopiekować się dzieckiem).
O wypłatę zasiłku specjalnego należy zwrócić się do kadr wypełniając specjalny formularz (druki Z15a oraz ZAS-36, które powinny być dostępne w kadrach). Masz do niego prawo o ile:
– masz ubezpieczenie chorobowe;
– inne osoby w rodzinie nie mogą opiekować się dzieckiem w tym czasie;
– placówka została nieprzewidzianie zamknięta – czyli o zamknięciu placówki dowiedzieliście się w terminie nie dłuższym niż 7 dni przed jej zamknięciem;
– nie został przekroczony limit 60 dni pobierania zasiłku opiekuńczego w roku kalendarzowym (został on wydłużony specustawą o dodatkowe 14 dni, jeśli opieka jest związana z koronawirusem);
– dziecko ma maksymalnie 8 lat.
BHP, środki ochrony osobistej i możliwość odmowy pracy
Art. 15 Kodeksu pracy nakazuje pracodawcy „dbanie o bezpieczne i higieniczne warunki pracy”, a art. 104¹ Kodeksu pracy nakazuje ujęcie w regulaminie pracy środków ochrony indywidualnej i higieny osobistej.
Przepisy nie nakazują więc pracodawcom zastosowania konkretnych środków higienicznych (masek ochronnych, rękawiczek jednorazowych, żeli do dezynfekcji), natomiast w kontekście działań podjętych przez władze publiczne i zaleceń instytucji odpowiedzialnych za zdrowie publiczne, zasadne jest podjęcie przez pracodawców takich działań, które zminimalizują ryzyko narażenia pracowników i pracownic na kontakt z osobami zarażonymi koronawirusem.

Szczególnie zasadne wydaje się wprowadzenie dodatkowych środków ochrony indywidualnej (masek ochronnych, rękawiczek i żeli) w przypadku tych pracowników i pracownic, którzy i które pracują w branżach gdzie częsty jest kontakt z dużą liczbą ludzi: w handlu, usługach gastronomicznych, transporcie publicznym, edukacji, opiece, służbie zdrowia, urzędach, gdzie obsługuje się interesantów itp.
Na tym polu o odpowiednie zmiany w organizacji pracy może do pracodawcy wystąpić związek zawodowy, a w przypadku braku reakcji ze strony pracodawcy istnieje możliwość złożenia skargi do Inspekcji Pracy.

Co więcej, na podstawie art. 210 Kodeksu Pracy, w sytuacji gdyby warunki pracy nie odpowiadają przepisom bezpieczeństwa i higieny pracy i stwarzają bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia lub życia pracownika,
pracownik lub pracownica mają prawo powstrzymać się od wykonywania pracy, zawiadamiając o tym niezwłocznie przełożonych. Przepisy nie precyzują w jakich sytuacjach związanych z rozprzestrzenianiem się koronawirusa zachodzi „bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia”, natomiast można uznać, że w przypadku:
– osób należących do grup ryzyka;
– osób pracujących w miejscach w których praca polega na długotrwałym kontakcie z dużymi grupami osób;
którym pracodawca odmówił zapewnienia środków ochrony osobistej minimalizujących ryzyko zakażenia się wirusem można uznać, że dochodzi do sytuacji uzasadniającej powstrzymanie się od wykonywania pracy.

Sytuacja osób zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych

Osób zatrudnionych na podstawie umów zlecenia, umów o dzieło czy samozatrudnionych nie obowiązują przepisy o wynagrodzeniu za przestój.
Jeśli nie mogą świadczyć pracy i nie są chore / objęte kwarantanną, to istnieje możliwość, że nie otrzymają za ten czas wynagrodzenia. W niektórych przypadkach istnieje natomiast możliwość skierowania ich do pracy zdalnej (w zależności od charakteru wykonywanej pracy) – zwłaszcza jeśli umowy nie precyzują miejsca w jakim ma być wykonywane zlecenie lub dzieło.

Osoby samozatrudnione i zatrudnione na umowach zlecenie,
jeśli zdecydowały się na opłacanie dobrowolnej składki chorobowej,
mają prawo do zasiłku chorobowego na podobnych zasadach jak osoby na umowach o pracę. Mogą także skorzystać z dodatkowego zasiłku opiekuńczego wprowadzonego „specustawą”.

Polacy się nie przepracowują

I nie są też specjalnie chętni do szukania jakiegoś dodatkowego zatrudnienia. Wypoczynek jest ważniejszy.

Przeciętny tygodniowy czas pracy we wszystkich miejscach pracy (głównej i dodatkowej) wynosi w Polsce 40,6 godzin – podaje Główny Urząd Statystyczny. Wbrew powszechnym opiniom, nasi rodacy nie są więc jakoś przesadnie zaharowani – wychodzi niemal równo osiem godzin dziennie, przy weekendach wolnych od roboty. Nie jesteśmy też zbyt wydajni. Pod tym względem wyprzedzają nas Czesi, Słowacy czy Węgrzy, o krajach bardziej rozwiniętych już nie mówiąc.
Nieco zaskakuje natomiast, że tygodniowy czas pracy jest dłuższy wśród mieszkańców polskiej wsi (42,1 godz.) niż miast (39,7 godz.). Kobiety pracują krócej niż mężczyźni (odpowiednio: 38,6 godz. i 42,2 godz.) – bo po pracy zawodowej przechodzą do darmowej pracy domowej. Analiza struktury ludności Polski w wieku 15 lat i więcej, pokazuje, że na koniec III kwartału ubiegłego roku, w porównaniu z III kwartałem 2018 r. zwiększył się udział pracujących, ale także i biernych zawodowo, wśród wszystkich mieszkańców naszego kraju. Zmniejszył natomiast – udział osób bezrobotnych. Na przestrzeni roku spadła stopa bezrobocia oraz odsetek ludzi długotrwale poszukujących pracy – podaje GUS.
Bierni zawodowo to ta część społeczeństwa, którą stanowią osoby w wieku powyżej 15 lat (nie ma górnej granicy wieku) nie pracujące i nie będące bezrobotnymi. Naturalnie więc głównym powodem bierności jest osiągnięcie wieku emerytalnego. Tak więc, najczęściej występującymi przyczynami bierności zawodowej są obowiązki rodzinne (zwłaszcza opieka nad małymi dziećmi), choroba lub niepełnosprawność, nauka i uzupełnianie kwalifikacji oraz oczywiście emerytura. W III kwartale 2019 r. ludność aktywna zawodowo w wieku 15 lat i więcej liczyła 17151 tys. osób i zwiększyła się w porównaniu z II kwartałem 2019 roku o 120 tys. Populacja osób biernych zawodowo w wieku 15 lat i więcej liczyła zaś 13124 tys. – oblicza Główny Urząd Statystyczny. Współczynnik aktywności zawodowej w III kwartale 2019 r. wyniósł 56,7 proc.
Tak jak w poprzednich kwartałach, znacznie wyższy współczynnik aktywności zawodowej odnotowano wśród mężczyzn niż wśród kobiet (65,6 proc. wobec 48,5 proc.). W porównaniu z ubiegłym rokiem liczba osób pracujących zwiększyła się wśród mężczyzn, a wśród kobiet zmniejszyła się (efekt programu 500 plus). Prawie 72 proc. ogółu osób pracujących posiada wykształcenie co najmniej średnie. Wśród polskich kobiet udział takich osób jest znacząco wyższy niż wśród mężczyzn – 81,1 proc. wobec 64,5 proc. Osoby legitymujące się wykształceniem wyższym stanowią zaś 36,5 proc. ogółu pracujących. Jako najemni pracuje 13269 tys. osób, czyli 79,8 proc. ogółu pracujących. Liczba pracujących na własny rachunek wynosi zaś 2987 tys. (18 proc. ogółu pracujących). Pomagający bezpłatnie członkowie rodzin to grupa licząca 362 tys. osób.
Mężczyźni najczęściej pracują w przetwórstwie przemysłowym (co czwarty z nich), natomiast kobiety – w działalności związanej z handlem (17,3 proc.). Generalnie, zarówno wśród mieszkańców miast, jak i wsi najczęstsza jest praca w przemyśle (odpowiednio 19,3 proc. i 21,6 proc.). W więcej niż jednym miejscu pracy pracuje 840 tys. osób. Udział tych bardziej zapracowanych w liczbie pracujących ogółem wynosi tylko 5,1 proc. Jak widać, nie jest tak, że Polacy muszą harować na paru posadach, żeby związać koniec z końcem.
Prace dodatkowe częściej wykonują mężczyźni niż kobiety (6,0 proc. ogółu pracujących mężczyzn wobec 3,8 proc. kobiet) oraz mieszkańcy wsi niż miast (odpowiednio: 7,4 proc. i 3,5 proc.). Praca dodatkowa wykonywana jest najczęściej w rolnictwie (43,1 proc. ogółu pracujących dodatkowo) – co oczywiste, ze względu na sezonowe nasilenie robót polowych – a następnie w opiece zdrowotnej i pomocy społecznej (10,4 proc.) oraz edukacji (9,2 proc.). Polacy generalnie nie są przesadnie skłonni do zmieniania miejsca i rodzaju zatrudnienia. Pod koniec ubiegłego roku innej pracy niż obecnie wykonywana poszukiwało zaledwie 205 tys. osób, co stanowiło 1,2 proc. pracujących.
Najważniejszą przyczyną poszukiwania nowej pracy jest oczywiście chęć poprawy własnych zarobków. Powód ten wskazało 110 tys. osób, czyli 53,7 proc. ogółu poszukujących innej pracy. Drugą pod względem wielkości grupę stanowiły osoby poszukujące lepszych warunków pracy innych niż finansowe (np. bliższy dojazd) – 34 tys. osób (16,6 proc.), kolejną – osoby poszukujące pracy zgodnej z kwalifikacjami – 14 tys. osób (6,8 proc.).
Liczba Polaków, szukających nowej pracy, którzy planują przeniesienie się w tym celu do jakiegoś kraju Unii Europejskiej, to około 30 tys. osób (14,6 proc. wszystkich poszukujących innej pracy). Na ogół są to dobrze wykwalifikowani specjaliści, którzy wiedzą, że zagraniczny wyjazd zarobkowy będzie dla nich szansą na rozwój i większe pieniądze.
W 2019 r. utrzymały się korzystne tendencje na rynku pracy. Zarówno liczba pracujących w gospodarce narodowej, jak i przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw wzrosły, choć w mniejszym stopniu niż w poprzednim roku. Dalszemu ograniczeniu uległo bezrobocie rejestrowane. Pojawiają się też jednak sygnały, że niedługo może się zacząć zmieniać sytuacja na rynku pracy. Bezrobocie w naszym kraju wprawdzie wciąż spada, ale już coraz wolniej – i wciąż dotyka ponad pół miliona Polaków. .Jak podaje GUS, w okresie ostatniego roku bezrobocie zmniejszyło się wśród mężczyzn, natomiast zaobserwowano jego wzrost wśród kobiet. Wciąż jednak większość bezrobotnych stanowią mężczyźni – ich udział na koniec trzeciego kwartału 2019 r. wyniósł 51,3 proc. Na wsi bezrobocie jeszcze się zmniejsza – ale wśród mieszkańców miast stopa bezrobocia pozostała już na poziomie sprzed roku. Mnożą się także oznaki zapowiadające spowolnienie naszej gospodarki. Dynamika produkcji sprzedanej przemysłu oraz sprzedaży detalicznej była wolniejsza niż w 2018 r. – czyli zaczyna słabnąć popyt konsumpcyjny, główny element nakręcający koniunkturę w Polsce. Szybki wzrost cen sprawia bowiem, że coraz wolniej rośnie siła nabywcza naszych zarobków.
Wolniej niż przed rokiem zwiększa się produkcja budowlano-montażowa – czyli wciąż nie można liczyć na wyraźny wzrost inwestycji. Również obroty towarowe z zagranicą wzrosły w słabszym tempie niż w 2018 r.

Ograniczenie handlu w niedzielę: rośnie opór

Wraz z zaostrzaniem przepisów dotyczących zakazu handlu w niedziele rośnie liczba przeciwników rozwiązań narzucanych przez rząd.

Odsetek przeciwników zakazu handlu w niedzielę wzrósł do 47,7 proc. W 2018 r., zaraz po jego wprowadzeniu, za zniesieniem zakazu było tylko 41 proc. badanych. W tym samym czasie konsekwentnie spadł również odsetek zwolenników zakazu – z 40,8 proc do 36,2 proc.

Warto też zwrócić uwagę na fakt, że najwięcej przeciwników zakazu jest wśród mieszkańców dużych miast, których ograniczenia handlu najbardziej dotyczą. Wszak to właśnie w miastach funkcjonuje najwięcej sklepów wielkopowierzchniowych. Jednocześnie aż 36,1 proc. Polaków i Polek deklaruje, że odczuwa negatywne skutki zakazu handlu w niedziele.

Niechciana i nieskuteczna

Ustawa nie tylko budzi rosnącą niechęć społeczeństwa, ale też nie realizuje wpisanych w nią celów. Po kilkunastu miesiącach jej obowiązywania okazało się, że w jej wyniku spadły obroty w hipermarketach i dużych sieciach handlowych, ale straciły też małe sklepy, a część z nich zbankrutowała. Tymczasem to właśnie ich, wpisując się w jakże powszechny kult „małej, rodzinnej firmy” – o czym pisałem w poprzednim numerze „Dziennika Trybuna” polski konserwatywny rząd chciał najbardziej bronić. A przynajmniej tak mówił.

Wygrały stacje benzynowe

Fakty są bowiem takie, że po zmianach umocniły się głównie sklepy przy stacjach benzynowych i dyskonty, które są otwarte w niedziele. Ale i duże sklepy mają powody do satysfakcji. Sieci handlowe zintensyfikowały wysiłki na rzecz przyciągnięcia klientów w piątki i soboty, co sprawiło, że małe sklepy osiedlowe wcale nie zwiększyły sprzedaży. Duże sklepy wydłużyły zaś godziny pracy w piątki i soboty, a zwiększenie liczby klientów dało jeszcze jeden efekt niekorzystny dla pracowników. Praca kasjerów i kasjerek w ten dni stała się wyraźnie cięższa. Czy wolna niedziela to rekompensuje?

Klienci zaś robią zakupy, stojąc w długich i męczących kolejkach w piątki i soboty albo robiąc zakupy w drogich sklepach osiedlowych i na stacjach benzynowych, gdzie wybór towarów jest mały, a ceny są wysokie. Ostatecznie więc w wyniku ustawy stracili prawie wszyscy.

Bez dyskusji

Jednocześnie rząd praktycznie nie podejmuje dyskusji z przeciwnikami ustawy ani nie zwraca uwagi na niewygodne fakty. Liderzy Solidarności grzmieli, że niedziela ma służyć Bogu i rodzinie, a tymczasem ustawa ich autorstwa umocniła najbardziej śmieciowy niskopłatny segment rynku pracy, który może działać w niedziele bez żadnych ograniczeń.
Na dodatek niedawno pojawił się kuriozalny pomysł, aby w niedziele mogli pracować nie tylko właściciele sklepów, ale też nieodpłatnie członkowie ich rodzin. Miała być niedziela dla rodziny, a tymczasem pojawiają się pomysły, aby to właśnie rodziny wspólnie pracowały bez ograniczeń w dni ustawowo wolne od pracy.

Rząd unika jakiejkolwiek dyskusji na temat ustawy o handlu w niedziele, bo nie wiadomo komu ona służy i czemu obowiązuje. Nie pomaga ani pracownikom handlu, ani konsumentom. Nie skraca ona czasu pracy, nie poprawia warunków pracy w handlu, nie zwiększa wynagrodzeń, nie ułatwia zakupów klientom.

A może zapłacić więcej?

Znacznie lepszym rozwiązaniem od selektywnych zakazów, byłoby podniesienie płac za pracę w niedziele. Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa od wielu miesięcy apeluje, by wprowadzić 2,5 razy wyższe wynagrodzenia za pracę w niedziele niż za pracę w dni powszednie. Dla wszystkich branż i wszystkich regionów kraju. Dzięki temu w niedziele byłyby otwarte tylko te sklepy, w których pracownicy otrzymywaliby godne wynagrodzenia. Zadowoleni byliby kasjerzy i klienci. Niestety rząd woli dogmatycznie realizować propozycje kleru i Solidarności. Nawet jeżeli realnie nikt na nich nie korzysta.

Skrócić czas pracy!

Polacy pracują ciężko, długo i za małe pieniądze.

Według danych OECD w 2018 roku Niemcy przepracowali 1363 godziny, Duńczycy 1392, Belgowie 1545, Japończycy 1680, Węgrzy – 1741. Polscy pracownicy przepracowali zaś aż 1792 godzin rocznie, czyli prawie najwięcej ze wszystkich badanych krajów. Z państw Unii Europejskiej wyprzedziła nas jedynie Grecja.

Bezpłatne nadgodziny

Polacy nie tylko mają długi standardowy czas pracy – 8 godzin dziennie, 40 godzin tygodniowo – ale też przepisy o nim są najzwyczajniej obchodzone. Setki tysięcy pracowników wykonuje swoje obowiązki w nadgodzinach. Na dodatek Państwowa Inspekcja Pracy wskazuje, że kilkanaście proc. pracowników nie otrzymuje dodatkowych wynagrodzeń za nadgodziny. W praktyce oznacza to, że realne stawki za godzinę pracy są o wiele niższe niż wynikałoby to z oficjalnych danych.

Warto też przypomnieć, że w 2013 roku ówczesna władza wydłużyła dopuszczalny okres rozliczeniowy czasu pracy z 4 do 12 miesięcy, co stało się źródłem konfliktu między rządem i związkami zawodowymi. W praktyce oznaczało to, że pracodawcy mogli przez pół roku wydłużać tygodniowy czas pracy to 50 godzin, a kolejne pół roku skracać go do 30 godzin, nie płacąc dodatków za nadgodziny. Od tamtego czasu minęło już kilku lat i przepisy nie uległy zmianie

Wykończeni i zestresowani

W ciągu ostatnich lat ma też miejsce znaczny wzrost wymuszonego samozatrudnienia i umów cywilno-prawnych, w których przepisy ograniczające czas pracy nie obowiązują. Dotyczy to między innymi pracowników służby zdrowia. Mało kto zwraca uwagę, że przemęczony i śpiący lekarz ryzykuje nie tylko swoim zdrowiem i życiem, ale też zagraża bezpieczeństwu pacjenta.

Polscy pracownicy są przepracowani, przemęczeni, zestresowani, co obniża wydajność ich pracy, sprzyja wypadkom, pogarsza stosunki między nimi i pracodawcami, zaburza relacje między życiem prywatnym i zawodowym.
Dlatego pomysł partii Razem i Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa, aby stopniowo skracać tygodniowy wymiar czasu pracy najpierw do 38, a docelowo do 35 godzin, jest bardzo dobry. To rozwiązanie, które przyczyniłoby się do wzrostu wydajności pracy, poprawy stanu zdrowia pracowników, do zwiększenia satysfakcji z pracy i spadku stresu. Jednocześnie pozwoliłoby na wzrost liczby zatrudnionych. Pomimo niskiej stopy bezrobocia, odsetek osób pracujących i aktywnych zawodowo należy w Polsce do najniższych w Unii Europejskiej. To rozwiązanie, z którego skorzysta zdecydowana większość społeczeństwa.

Praca jeszcze czeka

Liczba wolnych miejsc pracy jest w Polsce coraz mniejsza. To dlatego, że trudno znaleźć ludzi, którymi można by je obsadzić.

Na początku czwartego kwartału ubiegłego roku liczba wolnych miejsc pracy w Polsce wyniosła 148,6 tys. i była o 5,4 proc. niższa niż przed rokiem.
Wolnymi miejscami pracy dysponowało 48,9 tys. firm, instytucji i innych podmiotów (wobec 50,8 tys. ogółem przed rokiem). Spadek liczby wolnych miejsc pracy notowano we wszystkich kategoriach jednostek. Największy – w podmiotach zatrudniających poniżej 10 osób (o 6,0 proc.), w grupie od 10 do 49 osób – o 1,7 proc., oraz powyżej 49 osób – o 6,8 proc.
W porównaniu z sytuacją sprzed roku, w ogólnej liczbie wolnych miejsc pracy najbardziej obniżył się udział przetwórstwa przemysłowego (o 4,7 p.proc. do 21,2 proc.). Zmniejszył się również udział handlu; naprawy pojazdów samochodowych, administrowania, transportu i gospodarki magazynowej. W strukturze wolnych miejsc pracy według zawodów, w porównaniu z początkiem czwartego kwartału 2018 r. zmniejszył się udział miejsc pracy dla robotników przemysłowych i rzemieślników (o 3,6 p.proc. do 24,7 proc.) oraz operatorów i monterów maszyn i urządzeń (o 1,1 p.proc. do 16,3 proc.).
Wzrósł natomiast udział wolnych miejsc pracy przeznaczonych dla specjalistów (o 3,3 p.proc. do 19,6 proc.), przedstawicieli władz publicznych, wyższych urzędników i kierowników (o 0,7 p.proc. do 3,0 proc.), techników i innego średniego personelu (o 0,5 p.proc. do 6,7 proc.), a także pracowników usług i sprzedawców, pracowników biurowych oraz wykonujących prace proste (odpowiednio do 8,3 proc, 12,2 proc. i 9,2 proc.).
W sumie, w okresie styczeń–wrzesień ubiegłego roku utworzono 560,4 tys. nowych miejsc pracy, czyli o 5,5 proc. mniej niż w analogicznym okresie ub. roku.
Spadek odnotowano we wszystkich kategoriach wielkości podmiotów: poniżej 10 osób – o 4,4 proc., 10–49 osób – o 3,0 proc. oraz powyżej 49 osób – o 10,3 proc.
W strukturze nowo utworzonych miejsc pracy zmniejszył się udział m.in. przetwórstwa przemysłowego (o 3,1 p.proc. do 15,7 proc.) oraz edukacji (o 1,0 p.proc. do 7,0 proc.). Zwiększył się natomiast udział stanowisk utworzonych w handlu; naprawie pojazdów samochodowych, zakwaterowaniu i gastronomii oraz w transporcie i gospodarce magazynowej.
Spośród nowo utworzonych miejsc pracy, na początku czwartego kwartału ubiegłego roku wolnych było jeszcze 32,9 tys. miejsc – z tego najwięcej w przetwórstwie przemysłowym (17,4 proc.), handlu; naprawie pojazdów samochodowych (14,8 proc.) oraz budownictwie (13,0 proc.).
Od stycznia do września ubiegłego roku zlikwidowano w Polsce 252,7 tys. miejsc pracy, czyli o 11,2 proc. Zwiększyła się skala likwidacji miejsc pracy we wszystkich kategoriach wielkości podmiotów. To nie jest jeszcze informacja wskazująca, że w Polsce przestaje funkcjonować rynek pracownika. Liczba wolnych miejsc spada głownie dlatego, że trudno znaleźć chętnych do ich obsadzenia. Jednakże to, że przedsiębiorcy tworzą coraz mniej miejsc pracy wskazuje na to, że i tempo rozwoju gospodarczego będzie coraz wolniejsze. Na tym zaś stracą wszyscy.

Więcej chce zatrudniać niż zwalniać

Czy w Polsce przestaje istnieć rynek pracownika? Na razie chyba jeszcze nie.

Jak wykazują badania, obecnie w naszym kraju jest najmniejsze od dwóch lat zapotrzebowanie na nowych pracowników.
Cały czas jednak więcej przedsiębiorstw chce zatrudniać niż zwalniać.

Prognoza na plus

W pierwszym kwartale bieżącego roku 6 proc. polskich pracodawców będzie poszukiwać nowych pracowników, podczas gdy 3 proc. planuje redukować zespoły – wynika z raportu agencji zatrudnienia ManpowerGroup na temat planów rekrutacyjnych firm. Tak więc, tych co chcą zatrudniać jest dwa razy więcej niż tych, którzy planują zwolnienia.
Najłatwiej o nową pracę będzie w budownictwie, produkcji przemysłowej oraz w energetyce, gazownictwie i wodociągach. Najtrudniej – w restauracjach i hotelarstwie. Generalnie, szanse na znalezienie nowej pracy będą w Polsce mniejsze, niż w dwóch poprzednich latach.
Rynek pracy zapowiada się jako dość stabilny. Od stycznia do marca 2020 roku aż 86 proc. polskich firm nie przewiduje zmian personalnych. Razem z tymi 9 proc. przewidującymi ruch kadrowy daje to 95 proc, gdyż 5 proc. przedsiębiorstw jesienią ubiegłego roku nie znało jeszcze planów personalnych na najbliższe miesiące.
Prognoza netto zatrudnienia dla Polski, czyli różnica między pracodawcami planującymi wzrost i spadek zatrudnienia wynosi +7 proc. To wynik niższy o 2 punkty procentowe w stosunku do poprzedniego kwartału oraz o 5 punktów procentowych w porównaniu do pierwszego kwartału minionego roku.

Budowlanka wciąż szuka ludzi

– Choć na tle ostatnich dwóch lat najnowsze plany rekrutacyjne firm nie wyglądają tak optymistycznie, to pracownicy nie powinni obawiać się o utratę posady. Mimo że przedsiębiorstw, które będą powiększać swoje zespoły, jest mniej niż przed rokiem, to jednocześnie mniej firm chce też redukować liczbę pracowników. Znacznie wzrósł natomiast odsetek organizacji, które chcą zachować obecną liczbę zatrudnionych. Takie dane to zapowiedź stabilizacji rynku pracy nad Wisłą – ocenia Iwona Janas, dyrektorka generalna ManpowerGroup w Polsce.
Jak mówi, pracownicy, którzy myślą o zmianie zawodowej powinni uzbroić się w cierpliwość, ponieważ w związku z mniejszą liczbą ofert zatrudnienia, proces poszukiwania i zmiany pracy może się wydłużyć. Po bardzo intensywnych poszukiwaniach pracowników, wiele firm zapełniło wreszcie swoje wakaty, a w najbliższych miesiącach czeka ich mniejsza rywalizacja o kadry. Zmianę może jednak przynieść otwarcie niemieckich granic dla pracowników spoza Unii i migracja obywateli Ukrainy za naszą zachodnią granicę.
W ramach raportu przeanalizowano prognozy zatrudnienia przedsiębiorstw z 10 sektorów polskiego rynku. Najlepsze perspektywy czekają na osoby poszukujące pracy w branży budowlanej, ponieważ tam najwięcej firm będzie poszukiwać nowych pracowników (prognoza wynosi +16 proc.).
Ze znalezieniem nowego zatrudnienia nie powinny mieć trudności także osoby zainteresowane pracą w produkcji przemysłowej (+11 proc.). Mniejsze szanse mają kandydaci szukający pracy w energetyce, gazownictwie i wodociągach (+8 proc.), w handlu, transporcie, logistyce, komunikacji (+7 proc.).
Mniej ofert pracy będzie w rolnictwie, leśnictwie i rybołówstwie (+4 proc.), zaś najmniej: w restauracjach i hotelarstwie (+2 proc.).

Idźcie do wodociągów

Biorąc pod uwagę dane sprzed roku, obecne plany rekrutacyjne są mniej optymistyczne w 8 z 10 branż gospodarki. Perspektywy znalezienia nowej pracy pogorszyły się najbardziej w transporcie, logistyce i komunikacji (prognoza jest teraz niższa o 11 pp.), w produkcji przemysłowej (10 pp.) a także w kopalniach i przemyśle wydobywczym (8 pp.). Z kolei zmiana na plus czeka na kandydatów w energetyce, gazownictwie i wodociągach (prognoza wyższa o 6 pp.) oraz w budownictwie (1 pp.). W porównaniu z ostatnim kwartałem ubiegłego roku prognozy pogorszyły się w 7 z 10 sektorów. Największa zmiana widoczna jest dla kopalni i przemysłu wydobywczego, gdzie plany rekrutacyjne firm pogorszyły się o 5 punktów procentowych. W produkcji przemysłowej oraz w energetyce, gazownictwie i wodociągach prognoza jest niższa o 4 punkty procentowe.
Lepsze niż w ubiegłym kwartale perspektywy znalezienia nowej pracy czekają na osoby zainteresowanie zatrudnieniem w budownictwie (prognoza wyższa o 3 pp.), w rolnictwie, leśnictwie, rybołówstwie (2 pp.) i finansach oraz usługach dla biznesu (2 pp.).
Barometr perspektyw zatrudnienia ManpowerGroup to badanie, które mierzy intencje pracodawców związane ze zwiększeniem lub zmniejszeniem całkowitego zatrudnienia w ich przedsiębiorstwie w najbliższym kwartale. Badanie jest przeprowadzane od ponad 55 lat, aktualnie wśród 58 000 pracodawców w 43 krajach. Raport dla pierwszego kwartału 2020 r. został opracowany na podstawie wywiadów indywidualnych przeprowadzonych od 16 do 29 października 2019 r.
Raport uwzględnia również prognozy zatrudnienia dla 26 krajów regionu EMEA (czyli Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki). W pierwszym kwartale 2020 roku o nową pracę będzie najłatwiej w Grecji (prognoza aż +25 proc.) i w Rumunii (+14 proc.).
Polska z wynikiem +7 proc. znajduje się na ósmym miejscu, ex aequo z Bułgarią, Francją i Słowenią. Rok temu w tej klasyfikacji polski rynek pracy był piąty a w poprzednim kwartale szósty w regionie. Gorzej od nas wypadają dwa wielkie europejskie rynki pracy: przedsiębiorcy w Wielkiej Brytanii sformułowali prognozę najniższą od ponad siedmiu lat (+2 proc.) a w Niemczech od ponad trzech (+4 proc.).
Najmniejsze szanse na godziwą zmianę zatrudnienia mają mieszkańcy Włoch i Hiszpanii, gdzie prognoza wynosi zaledwie +1 proc. Stanowczo nie są więc to państwa, do których warto się wybrać w poszukiwaniu dobrej pracy.

Piątka Elsnera 2

O „piątce Elsnera” pisałem na łamach Trybuny pół roku temu. Komentując zaproponowany przez Kaczyńskiego pakiet świadczeń socjalnych i zmian podatkach. Dzisiejsza „piątka” nie odwołuje się ani Kaczyńskiego, ani do propozycji programowych zgłaszanych przez inne partie. Jest próbą przybliżenia Czytelnikom i Czytelniczkom niektórych elementów programu wyborczego Lewicy.

O „piątce Elsnera” pisałem na łamach Trybuny pół roku temu. Komentując zaproponowany przez Kaczyńskiego pakiet świadczeń socjalnych i zmian podatkach. Dzisiejsza „piątka” nie odwołuje się ani Kaczyńskiego, ani do propozycji programowych zgłaszanych przez inne partie. Jest próbą przybliżenia Czytelnikom i Czytelniczkom niektórych elementów programu wyborczego Lewicy.
Gdy na jednym ze spotkań przedwyborczych przedstawiłem swoją „piątkę”, ze strony słuchaczy pojawiły się pytania. Dlaczego nie wspominam o postulatach dotyczących oświaty? Relacji Polski z Unią Europejską. Klimatu i środowiska. Rolnictwa. Zapewniam wszystkich, że program Lewicy jest kompletny. I nie pomija żadnej sprawy istotnej dla Polek i Polaków. Moja „piątka” to wybór zaledwie pięciu zagadnień. Ale w moim przekonaniu, kluczowych dla dalszego rozwoju Polski.

Praca

Czas polskich montowni dobiega końca. Czas konkurowania z innymi krajami wyłącznie niskimi kosztami pracy. Dwadzieścia lat temu zabieganie o takie inwestycje mogło mieć sens. Poziom bezrobocia wynosił wówczas 20 proc. i silne dążenie do zwiększania liczby miejsc pracy (szczególnie w niektórych regionach Polski) było priorytetem. Dzisiaj płace muszą rosnąć. Również dlatego, że w Europie tańszymi pracownikami od Polaków są tylko Słowacy, Węgrzy i Irlandczycy. Udział płac w polskim PKB stanowi zaledwie 48 proc. I jest wyraźnie niższy od średniej unijnej – wynoszącej 55 proc.
Lewica w swoim programie zaproponowała zwiększenie płacy minimalnej do poziomu 2700 zł brutto już w przyszłym roku. Nota bene parę tygodni wcześniej niż podobną zapowiedź ogłosił PiS. Zdaniem lewicy, płaca minimalna powinna być powiązana ze średnim wynagrodzeniem w sektorze przedsiębiorstw. Osiągając poziom 60 proc. tego wynagrodzenia.
Absolutnym skandalem jest, że pod koniec drugiej dekady XXI wieku całe rzesze polskich pracowników i pracownic pozbawione są elementarnych praw pracowniczych. Niemal 100 lat temu, 16 maja 1922 roku, Sejm II RP uchwalił ustawę o urlopach dla pracowników zatrudnionych w przemyśle i handlu. Zapewniającą pracownikom prawo do płatnego urlopu. Tymczasem zatrudniani na „śmieciówkach” – na umowach zleceniach i umowach o dzieło – z reguły takiego prawa są pozbawieni. Podobnie jak prawa do płatnych zwolnień lekarskich. Zapewnimy konstytucyjne prawa pracownicze – napisano w programie Lewicy.
Zadaniem lewicy i związków zawodowych winno być dokładne przyjrzenie się zapisom Kodeksu Pracy. Gdy toczyła się dyskusja dotycząca handlu w niedzielę, zwracaliśmy uwagę, że Kodeks Pracy nie gwarantuje pracownikom wyższego wynagrodzenia za pracę w niedziele i święta. Postulowaliśmy, by była to 2,5 krotność wynagrodzenia za pracę w zwykłe dni robocze.

Zdrowie

W kampanii wyborczej wszystkie partie prześcigają się w zapowiedziach skrócenia kolejek do lekarzy. Do szpitali. Czasu oczekiwania na operacje. Tymczasem nie ma innej drogi do poprawy funkcjonowania służby zdrowia, jak zwiększenie nakładów na jej finansowanie. Znowu jesteśmy w ogonie – już nawet nie Europy, ale świata. Mniej niż 6 proc. PKB na ochronę zdrowia wydaje się tylko w Estonii i Meksyku. W Polsce nieco ponad 6,5 proc. W krajach OECD średnia wydatków wynosi prawie 10 proc. Od suchych procentów do wyobraźni bardziej przemawiają kwoty. W Niemczech roczne wydatki na ochronę zdrowia przypadające na statystycznego mieszkańca wynoszą 4250 euro. W Polsce – 750 euro.
Lewica proponuje zwiększenie wydatków na opiekę zdrowotną do poziomu 7,2 proc. PKB. Moim zdaniem, to absolutne minimum. Powinniśmy dążyć do osiągnięcia wspomnianej średniej krajów OECD . W przeciwnym wypadku zapis artykułu 68 Konstytucji, mówiący że: „obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych” – pozostanie fikcją. Ta fikcja bezpłatnej ochrony zdrowia szczególnie wyraźnie widoczna jest w stomatologii. Na leczenie zębów Polacy wydają rocznie 10 miliardów złotych. Z tego aż 8 miliardów z własnych kieszeni.
Jednym z kluczowych postulatów Lewicy dotyczących ochrony zdrowia jest wprowadzenie ryczałtowej opłaty za lekarstwa. Każdy lek na receptę powinien kosztować maksymalnie 5 złotych. Zaś leki dla dzieci, emerytów, kobiet w ciąży i pacjentów po przeszczepach powinny być za darmo. Przeprowadzone niedawno analizy pokazały rzecz szokującą. Ponad jedna trzecia rencistów i emerytów odchodzi od aptecznego okienka z kwitkiem – zamiast z lekarstwem. Nie stać ich na zakup koniecznych medykamentów.

Mieszkania

Trzeci temat i po raz trzeci muszę napisać, że Polska zajmuje ostatnie miejsce. Na tysiąc mieszkańców przypada w naszym kraju 365 mieszkań. W tej statystyce wyprzedzają nas nawet kraje od nas biedniejsze – Rumunia i Bułgaria. Nic dziwnego, bowiem w Polsce brakuje dwóch milionów mieszkań.
Niech nas nie zmyli widok licznych nowoczesnych osiedli. Wcale nie budujemy tak dużo jak kiedyś. Rocznie powstaje 130 do 150 tysięcy nowych mieszkań. Tymczasem rekord padł 40 lat temu. W roku 1978 oddano do użytku 283,6 tysięcy mieszkań. A w latach 1971-1978 wybudowano ich w sumie dwa miliony. Poza tym, posiadanie własnego mieszkania najczęściej wiąże się z zaciągnięciem kredytu hipotecznego na kilkadziesiąt lat. Obecnie już 2 miliony Polek i Polaków spłaca kredyty mieszkaniowe, a sumaryczne zadłużenie z tego tytułu sięga 400 miliardów złotych. Zdaniem lewicy, kontynuując wyłącznie ten model budownictwa, nie rozwiążemy problemu braku mieszkań.
Lewica proponuje założenie publicznego przedsiębiorstwa, które w latach 20121-20131 wybuduje milion mieszkań na terenach należących do skarbu państwa. Koszt najmu takich mieszkań nie będzie wyższy niż 20 zł za m2. A Ci, którzy zdecydują się na wykup mieszkania na własność, zapłacą jedynie kwotę odpowiadającą kosztom budowy. Bez dodatkowych marż pobieranych przez deweloperów.

Seniorzy

Mimo wszystko, pracujący są w lepszej sytuacji. Mogą aktywnie walczyć o wyższe płace i lepsze warunki pracy. Emeryci i renciści są na łasce polityków. Bo tak naprawdę to politycy mają przemożny wpływ na wysokość rent i emerytur. I w zależności od zapotrzebowania politycznego decydują o wypłatach świadczeń w rodzaju „jarkowego”.
Lewica deklaruje stworzenie nowego systemu emerytalnego na miarę wyzwań XXI wieku. Podstawą ma być wprowadzenie gwarantowanej emerytury minimalnej w wysokości 1600 złotych na rękę. Dodatkowo emeryt miałby prawo do pobierania 85 proc. renty lub emerytury zmarłego współmałżonka – bez utraty własnego świadczenia. Sojusz Lewicy Demokratycznej pozytywnie ocenił dokonaną przez PiS obniżkę wieku emerytalnego. Ale nie został uwzględniony postulat zgłaszany przez SLD od wielu lat. Aby o nabyciu uprawnień emerytalnych decydował również staż pracy: 35 lat przepracowane przez kobiety i 40 lat przez mężczyzn.
Zaawansowany wiek to również potrzeba lepszej opieki zdrowotnej. Tymczasem w Polsce pracuje 417 lekarzy geriatrów. Jeden geriatra przypada na 20 tysięcy seniorów. Nie tak dawno prasa podała, że w całym województwie warmińsko-mazurskim w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia nie leczył ani jeden geriatra. Lewica postulując istotne zwiększenie poziomu finansowania ochrony zdrowia, zapowiada również zwiększenie liczby lekarzy o ponad 50 tysięcy w ciągu najbliższych sześciu lat. I oczywiście adekwatne zwiększenie liczby miejsc na studiach medycznych.

Demokracja

To ostatni punkt „piątki Elsnera”. Ale tak naprawdę powinien być pierwszym. Kaczyński usiłuje przehandlować demokrację za 4000 zł płacy minimalnej, dopłaty dla rolników i „czternastkę” dla emerytów. Ale jeśli po wyborach opozycja zdoła zgromadzić większość w Sejmie, pierwszym celem musi być odbudowa reguł demokratycznego państwa prawa. Zabezpieczenie niezawisłego sądownictwa. Postawienie przed Trybunałem Stanu odpowiedzialnych za łamanie Konstytucji. Przed sądem – winnych łamania prawa. Cztery lata temu politycy PiS mówili o państwie „w ruinie”. Cztery lata ich rządów możemy nazwać rujnowaniem demokracji.
Demokracja to również świeckie państwo. Żaden z biskupów i kardynałów nigdy nie został wybrany głosami żadnych wyborców. Jeżeli wielokrotnie roszczą sobie prawo do wpływania na kształt polskiego prawa – to tym samym kwestionują demokrację. Parę lat temu jeden z hierarchów mówił o „wyższości Ewangelii nad Konstytucją”. Ta zasada z pewnością może mieć zastosowanie w Watykanie. W którym papież, prócz władzy religijnej, jest równocześnie władcą absolutnym państwa watykańskiego.
W państwie demokratycznym porządek świecki i reguły religijne muszą być absolutnie rozdzielne. Stąd postulat Lewicy wycofania religii ze szkół, likwidacji funduszu kościelnego oraz wszelkich przywilejów podatkowych osób duchownych. Nie ma żadnego uzasadnienia, aby Kowalski w sutannie płacił pięć razy niższy podatek dochodowy niż Kowalski bez sutanny. A tak jest dzisiaj.
Najbardziej dramatycznym świadectwem polskiej wersji „unii tronu i ołtarza” jest widok polityka prawicy głoszącego „słowo pisu” z kościelnej ambony.

Piątka Elsnera

Wracam do tego, co napisałem na samym początku. Przedstawiłem jedynie wycinek programu Lewicy. Katalog spraw – moim zdaniem – pierwszoplanowych. Pełny program Lewicy – zapisany na 20 stronach – dostępny jest w internecie w Trybunie i na portalu lewica2019.pl. Zapraszam do jego lektury. Szczególnie w ciągu najbliższych dwóch tygodni. Bo tyle pozostało do wyborów.

Do pracy, rodacy

Spada aktywność zawodowa Polek i Polaków. Wnioski? Potrzebne skrócenie czasu pracy, wyższe wynagrodzenia, koniec śmieciówek.

Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa z niepokojem przyjął najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego, z których wynika, że w ciągu ostatniego roku spadła liczba aktywnych zawodowo Polaków i Polek. Wyniki badania aktywności ekonomicznej ludności (BAEL) wskazują, że osoby aktywne zawodowo stanowiły w II kwartale 2019 roku 56,2 proc. ludności w wieku 15 lat i więcej. W porównaniu z II kwartałem 2018 roku wskaźnik ten spadł o 0,3 p. proc., czyli o 151 tys. osób. Stało się tak pomimo dobrej koniunktury i szybkiego wzrostu gospodarczego. W II kwartale 2019 r. na 1000 osób pracujących przypadało aż 837 osób bezrobotnych lub biernych zawodowo. Warto zwrócić uwagę, że w tym czasie nie zmienił się wskaźnik aktywności mężczyzn, a wskaźnik aktywności zawodowej kobiet spadł o 0,5 pkt proc. Obecnie aktywnych zawodowo mężczyzn jest 64,9 proc., a aktywnych zawodowo kobiet tylko 48,3 proc.. Różnicami między płciami przekracza więc 16 pkt proc.
Tak wysoki odsetek osób biernych zawodowo i bezrobotnych grozi kryzysem finansów publicznych i niewydajnością systemu emerytalnego. Brak pracy zarobkowej ma też negatywne skutki społeczno-psychologiczne, pozbawiając wielu osób kontaktów z innymi osobami i uniemożliwiając samorealizację zawodową.
W ciągu ostatniego roku mieliśmy też do czynienia ze stagnacją odnośnie odsetka osób pracujących. Osoby pracujące stanowiły w II kwartale 2019 roku 54,4 proc. ludności w wieku 15 lat i więcej, czyli dokładnie tyle samo, co rok wcześniej. Warto natomiast zwrócić uwagę że nastąpił spadek zatrudnienia u kobiet o 0,3 pkt proc. i zarazem wzrost zatrudnienia u mężczyzn – również o 0,3 pkt proc. W konsekwencji wzrosła różnica między odsetkiem pracujących kobiet i mężczyzn. Wskaźnik zatrudnienia u mężczyzn wyniósł 62,8 proc., a u kobiet zaledwie 46,8 proc., co jest jednym z najgorszych wyników w Unii Europejskiej.
W tym kontekście apelujemy do rządu i opozycji o pilne przedstawienie rozwiązań na rzecz zwiększenia aktywności zawodowej polskiego społeczeństwa, w tym szczególnie wdrożenie programu na rzecz godnej pracy dla kobiet.
Szczególnie ważne jest wdrożenie rozwiązań pozwalających na łączenie ról zawodowych i rodzinnych – chodzi tu między innymi o rozpowszechnienie wysokiej jakości publicznych żłobków i przedszkoli, wprowadzenie do szkół pełnowartościowych posiłków, rozwinięcie i dofinansowanie opieki senioralnej. Potrzebny jest też pakiet na rzecz wyższych płac i bardziej stabilnego zatrudnienia. Dlatego zaproponowaliśmy podniesienie płacy minimalnej w przyszłym roku co najmniej do poziomu 50 proc. średniego wynagrodzenia, czyli około 2620 zł brutto oraz podniesienie wynagrodzeń o 15 proc. w sektorze publicznym, w którym kobiety stanowią większość. Naszym zdaniem szczególną rolę w jakości życia społecznego odgrywa służba zdrowia, edukacja i pomoc socjalna – dlatego w tych trzech branżach wynagrodzenia w przyszłym roku powinny wzrosnąć o 30 proc.. Uważamy też, że bardzo negatywnie na wskaźniki aktywności zawodowej i zatrudnienia wpływa wysoki odsetek umów niestandardowych, które na dodatek często są narzucane bezprawnie. Dlatego opowiadamy się za bezwzględnym egzekwowaniem 22 artykułu Kodeksu Pracy, zgodnie z którym, gdy jest określone miejsce pracy, czas pracy i podległość służbowa, to pracodawca ma obowiązek podpisać z pracownikiem umowę na etat. Skala umów zleceń i samozatrudnienia powinna być radykalnie ograniczenia. Uważamy też, że dla wielu osób bardzo korzystnym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie 2,5 razy wyższych wynagrodzeń za każdą pracę w niedzielę, co pozwoliłoby im ograniczyć czas pracy w dni powszednie. Pożądanym rozwiązaniem dla polskiego rynku pracy byłoby również skrócenie czasu pracy przynajmniej o 2 godziny tygodniowo oraz wydłużenie urlopu wypoczynkowego do 32 dni. Istotnym wyzwaniem jest też aktywizacja zawodowa seniorów i seniorek, w tym skrócenie czasu pracy dla osób starszych.