Piątka Elsnera 2

O „piątce Elsnera” pisałem na łamach Trybuny pół roku temu. Komentując zaproponowany przez Kaczyńskiego pakiet świadczeń socjalnych i zmian podatkach. Dzisiejsza „piątka” nie odwołuje się ani Kaczyńskiego, ani do propozycji programowych zgłaszanych przez inne partie. Jest próbą przybliżenia Czytelnikom i Czytelniczkom niektórych elementów programu wyborczego Lewicy.

O „piątce Elsnera” pisałem na łamach Trybuny pół roku temu. Komentując zaproponowany przez Kaczyńskiego pakiet świadczeń socjalnych i zmian podatkach. Dzisiejsza „piątka” nie odwołuje się ani Kaczyńskiego, ani do propozycji programowych zgłaszanych przez inne partie. Jest próbą przybliżenia Czytelnikom i Czytelniczkom niektórych elementów programu wyborczego Lewicy.
Gdy na jednym ze spotkań przedwyborczych przedstawiłem swoją „piątkę”, ze strony słuchaczy pojawiły się pytania. Dlaczego nie wspominam o postulatach dotyczących oświaty? Relacji Polski z Unią Europejską. Klimatu i środowiska. Rolnictwa. Zapewniam wszystkich, że program Lewicy jest kompletny. I nie pomija żadnej sprawy istotnej dla Polek i Polaków. Moja „piątka” to wybór zaledwie pięciu zagadnień. Ale w moim przekonaniu, kluczowych dla dalszego rozwoju Polski.

Praca

Czas polskich montowni dobiega końca. Czas konkurowania z innymi krajami wyłącznie niskimi kosztami pracy. Dwadzieścia lat temu zabieganie o takie inwestycje mogło mieć sens. Poziom bezrobocia wynosił wówczas 20 proc. i silne dążenie do zwiększania liczby miejsc pracy (szczególnie w niektórych regionach Polski) było priorytetem. Dzisiaj płace muszą rosnąć. Również dlatego, że w Europie tańszymi pracownikami od Polaków są tylko Słowacy, Węgrzy i Irlandczycy. Udział płac w polskim PKB stanowi zaledwie 48 proc. I jest wyraźnie niższy od średniej unijnej – wynoszącej 55 proc.
Lewica w swoim programie zaproponowała zwiększenie płacy minimalnej do poziomu 2700 zł brutto już w przyszłym roku. Nota bene parę tygodni wcześniej niż podobną zapowiedź ogłosił PiS. Zdaniem lewicy, płaca minimalna powinna być powiązana ze średnim wynagrodzeniem w sektorze przedsiębiorstw. Osiągając poziom 60 proc. tego wynagrodzenia.
Absolutnym skandalem jest, że pod koniec drugiej dekady XXI wieku całe rzesze polskich pracowników i pracownic pozbawione są elementarnych praw pracowniczych. Niemal 100 lat temu, 16 maja 1922 roku, Sejm II RP uchwalił ustawę o urlopach dla pracowników zatrudnionych w przemyśle i handlu. Zapewniającą pracownikom prawo do płatnego urlopu. Tymczasem zatrudniani na „śmieciówkach” – na umowach zleceniach i umowach o dzieło – z reguły takiego prawa są pozbawieni. Podobnie jak prawa do płatnych zwolnień lekarskich. Zapewnimy konstytucyjne prawa pracownicze – napisano w programie Lewicy.
Zadaniem lewicy i związków zawodowych winno być dokładne przyjrzenie się zapisom Kodeksu Pracy. Gdy toczyła się dyskusja dotycząca handlu w niedzielę, zwracaliśmy uwagę, że Kodeks Pracy nie gwarantuje pracownikom wyższego wynagrodzenia za pracę w niedziele i święta. Postulowaliśmy, by była to 2,5 krotność wynagrodzenia za pracę w zwykłe dni robocze.

Zdrowie

W kampanii wyborczej wszystkie partie prześcigają się w zapowiedziach skrócenia kolejek do lekarzy. Do szpitali. Czasu oczekiwania na operacje. Tymczasem nie ma innej drogi do poprawy funkcjonowania służby zdrowia, jak zwiększenie nakładów na jej finansowanie. Znowu jesteśmy w ogonie – już nawet nie Europy, ale świata. Mniej niż 6 proc. PKB na ochronę zdrowia wydaje się tylko w Estonii i Meksyku. W Polsce nieco ponad 6,5 proc. W krajach OECD średnia wydatków wynosi prawie 10 proc. Od suchych procentów do wyobraźni bardziej przemawiają kwoty. W Niemczech roczne wydatki na ochronę zdrowia przypadające na statystycznego mieszkańca wynoszą 4250 euro. W Polsce – 750 euro.
Lewica proponuje zwiększenie wydatków na opiekę zdrowotną do poziomu 7,2 proc. PKB. Moim zdaniem, to absolutne minimum. Powinniśmy dążyć do osiągnięcia wspomnianej średniej krajów OECD . W przeciwnym wypadku zapis artykułu 68 Konstytucji, mówiący że: „obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych” – pozostanie fikcją. Ta fikcja bezpłatnej ochrony zdrowia szczególnie wyraźnie widoczna jest w stomatologii. Na leczenie zębów Polacy wydają rocznie 10 miliardów złotych. Z tego aż 8 miliardów z własnych kieszeni.
Jednym z kluczowych postulatów Lewicy dotyczących ochrony zdrowia jest wprowadzenie ryczałtowej opłaty za lekarstwa. Każdy lek na receptę powinien kosztować maksymalnie 5 złotych. Zaś leki dla dzieci, emerytów, kobiet w ciąży i pacjentów po przeszczepach powinny być za darmo. Przeprowadzone niedawno analizy pokazały rzecz szokującą. Ponad jedna trzecia rencistów i emerytów odchodzi od aptecznego okienka z kwitkiem – zamiast z lekarstwem. Nie stać ich na zakup koniecznych medykamentów.

Mieszkania

Trzeci temat i po raz trzeci muszę napisać, że Polska zajmuje ostatnie miejsce. Na tysiąc mieszkańców przypada w naszym kraju 365 mieszkań. W tej statystyce wyprzedzają nas nawet kraje od nas biedniejsze – Rumunia i Bułgaria. Nic dziwnego, bowiem w Polsce brakuje dwóch milionów mieszkań.
Niech nas nie zmyli widok licznych nowoczesnych osiedli. Wcale nie budujemy tak dużo jak kiedyś. Rocznie powstaje 130 do 150 tysięcy nowych mieszkań. Tymczasem rekord padł 40 lat temu. W roku 1978 oddano do użytku 283,6 tysięcy mieszkań. A w latach 1971-1978 wybudowano ich w sumie dwa miliony. Poza tym, posiadanie własnego mieszkania najczęściej wiąże się z zaciągnięciem kredytu hipotecznego na kilkadziesiąt lat. Obecnie już 2 miliony Polek i Polaków spłaca kredyty mieszkaniowe, a sumaryczne zadłużenie z tego tytułu sięga 400 miliardów złotych. Zdaniem lewicy, kontynuując wyłącznie ten model budownictwa, nie rozwiążemy problemu braku mieszkań.
Lewica proponuje założenie publicznego przedsiębiorstwa, które w latach 20121-20131 wybuduje milion mieszkań na terenach należących do skarbu państwa. Koszt najmu takich mieszkań nie będzie wyższy niż 20 zł za m2. A Ci, którzy zdecydują się na wykup mieszkania na własność, zapłacą jedynie kwotę odpowiadającą kosztom budowy. Bez dodatkowych marż pobieranych przez deweloperów.

Seniorzy

Mimo wszystko, pracujący są w lepszej sytuacji. Mogą aktywnie walczyć o wyższe płace i lepsze warunki pracy. Emeryci i renciści są na łasce polityków. Bo tak naprawdę to politycy mają przemożny wpływ na wysokość rent i emerytur. I w zależności od zapotrzebowania politycznego decydują o wypłatach świadczeń w rodzaju „jarkowego”.
Lewica deklaruje stworzenie nowego systemu emerytalnego na miarę wyzwań XXI wieku. Podstawą ma być wprowadzenie gwarantowanej emerytury minimalnej w wysokości 1600 złotych na rękę. Dodatkowo emeryt miałby prawo do pobierania 85 proc. renty lub emerytury zmarłego współmałżonka – bez utraty własnego świadczenia. Sojusz Lewicy Demokratycznej pozytywnie ocenił dokonaną przez PiS obniżkę wieku emerytalnego. Ale nie został uwzględniony postulat zgłaszany przez SLD od wielu lat. Aby o nabyciu uprawnień emerytalnych decydował również staż pracy: 35 lat przepracowane przez kobiety i 40 lat przez mężczyzn.
Zaawansowany wiek to również potrzeba lepszej opieki zdrowotnej. Tymczasem w Polsce pracuje 417 lekarzy geriatrów. Jeden geriatra przypada na 20 tysięcy seniorów. Nie tak dawno prasa podała, że w całym województwie warmińsko-mazurskim w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia nie leczył ani jeden geriatra. Lewica postulując istotne zwiększenie poziomu finansowania ochrony zdrowia, zapowiada również zwiększenie liczby lekarzy o ponad 50 tysięcy w ciągu najbliższych sześciu lat. I oczywiście adekwatne zwiększenie liczby miejsc na studiach medycznych.

Demokracja

To ostatni punkt „piątki Elsnera”. Ale tak naprawdę powinien być pierwszym. Kaczyński usiłuje przehandlować demokrację za 4000 zł płacy minimalnej, dopłaty dla rolników i „czternastkę” dla emerytów. Ale jeśli po wyborach opozycja zdoła zgromadzić większość w Sejmie, pierwszym celem musi być odbudowa reguł demokratycznego państwa prawa. Zabezpieczenie niezawisłego sądownictwa. Postawienie przed Trybunałem Stanu odpowiedzialnych za łamanie Konstytucji. Przed sądem – winnych łamania prawa. Cztery lata temu politycy PiS mówili o państwie „w ruinie”. Cztery lata ich rządów możemy nazwać rujnowaniem demokracji.
Demokracja to również świeckie państwo. Żaden z biskupów i kardynałów nigdy nie został wybrany głosami żadnych wyborców. Jeżeli wielokrotnie roszczą sobie prawo do wpływania na kształt polskiego prawa – to tym samym kwestionują demokrację. Parę lat temu jeden z hierarchów mówił o „wyższości Ewangelii nad Konstytucją”. Ta zasada z pewnością może mieć zastosowanie w Watykanie. W którym papież, prócz władzy religijnej, jest równocześnie władcą absolutnym państwa watykańskiego.
W państwie demokratycznym porządek świecki i reguły religijne muszą być absolutnie rozdzielne. Stąd postulat Lewicy wycofania religii ze szkół, likwidacji funduszu kościelnego oraz wszelkich przywilejów podatkowych osób duchownych. Nie ma żadnego uzasadnienia, aby Kowalski w sutannie płacił pięć razy niższy podatek dochodowy niż Kowalski bez sutanny. A tak jest dzisiaj.
Najbardziej dramatycznym świadectwem polskiej wersji „unii tronu i ołtarza” jest widok polityka prawicy głoszącego „słowo pisu” z kościelnej ambony.

Piątka Elsnera

Wracam do tego, co napisałem na samym początku. Przedstawiłem jedynie wycinek programu Lewicy. Katalog spraw – moim zdaniem – pierwszoplanowych. Pełny program Lewicy – zapisany na 20 stronach – dostępny jest w internecie w Trybunie i na portalu lewica2019.pl. Zapraszam do jego lektury. Szczególnie w ciągu najbliższych dwóch tygodni. Bo tyle pozostało do wyborów.

Do pracy, rodacy

Spada aktywność zawodowa Polek i Polaków. Wnioski? Potrzebne skrócenie czasu pracy, wyższe wynagrodzenia, koniec śmieciówek.

Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa z niepokojem przyjął najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego, z których wynika, że w ciągu ostatniego roku spadła liczba aktywnych zawodowo Polaków i Polek. Wyniki badania aktywności ekonomicznej ludności (BAEL) wskazują, że osoby aktywne zawodowo stanowiły w II kwartale 2019 roku 56,2 proc. ludności w wieku 15 lat i więcej. W porównaniu z II kwartałem 2018 roku wskaźnik ten spadł o 0,3 p. proc., czyli o 151 tys. osób. Stało się tak pomimo dobrej koniunktury i szybkiego wzrostu gospodarczego. W II kwartale 2019 r. na 1000 osób pracujących przypadało aż 837 osób bezrobotnych lub biernych zawodowo. Warto zwrócić uwagę, że w tym czasie nie zmienił się wskaźnik aktywności mężczyzn, a wskaźnik aktywności zawodowej kobiet spadł o 0,5 pkt proc. Obecnie aktywnych zawodowo mężczyzn jest 64,9 proc., a aktywnych zawodowo kobiet tylko 48,3 proc.. Różnicami między płciami przekracza więc 16 pkt proc.
Tak wysoki odsetek osób biernych zawodowo i bezrobotnych grozi kryzysem finansów publicznych i niewydajnością systemu emerytalnego. Brak pracy zarobkowej ma też negatywne skutki społeczno-psychologiczne, pozbawiając wielu osób kontaktów z innymi osobami i uniemożliwiając samorealizację zawodową.
W ciągu ostatniego roku mieliśmy też do czynienia ze stagnacją odnośnie odsetka osób pracujących. Osoby pracujące stanowiły w II kwartale 2019 roku 54,4 proc. ludności w wieku 15 lat i więcej, czyli dokładnie tyle samo, co rok wcześniej. Warto natomiast zwrócić uwagę że nastąpił spadek zatrudnienia u kobiet o 0,3 pkt proc. i zarazem wzrost zatrudnienia u mężczyzn – również o 0,3 pkt proc. W konsekwencji wzrosła różnica między odsetkiem pracujących kobiet i mężczyzn. Wskaźnik zatrudnienia u mężczyzn wyniósł 62,8 proc., a u kobiet zaledwie 46,8 proc., co jest jednym z najgorszych wyników w Unii Europejskiej.
W tym kontekście apelujemy do rządu i opozycji o pilne przedstawienie rozwiązań na rzecz zwiększenia aktywności zawodowej polskiego społeczeństwa, w tym szczególnie wdrożenie programu na rzecz godnej pracy dla kobiet.
Szczególnie ważne jest wdrożenie rozwiązań pozwalających na łączenie ról zawodowych i rodzinnych – chodzi tu między innymi o rozpowszechnienie wysokiej jakości publicznych żłobków i przedszkoli, wprowadzenie do szkół pełnowartościowych posiłków, rozwinięcie i dofinansowanie opieki senioralnej. Potrzebny jest też pakiet na rzecz wyższych płac i bardziej stabilnego zatrudnienia. Dlatego zaproponowaliśmy podniesienie płacy minimalnej w przyszłym roku co najmniej do poziomu 50 proc. średniego wynagrodzenia, czyli około 2620 zł brutto oraz podniesienie wynagrodzeń o 15 proc. w sektorze publicznym, w którym kobiety stanowią większość. Naszym zdaniem szczególną rolę w jakości życia społecznego odgrywa służba zdrowia, edukacja i pomoc socjalna – dlatego w tych trzech branżach wynagrodzenia w przyszłym roku powinny wzrosnąć o 30 proc.. Uważamy też, że bardzo negatywnie na wskaźniki aktywności zawodowej i zatrudnienia wpływa wysoki odsetek umów niestandardowych, które na dodatek często są narzucane bezprawnie. Dlatego opowiadamy się za bezwzględnym egzekwowaniem 22 artykułu Kodeksu Pracy, zgodnie z którym, gdy jest określone miejsce pracy, czas pracy i podległość służbowa, to pracodawca ma obowiązek podpisać z pracownikiem umowę na etat. Skala umów zleceń i samozatrudnienia powinna być radykalnie ograniczenia. Uważamy też, że dla wielu osób bardzo korzystnym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie 2,5 razy wyższych wynagrodzeń za każdą pracę w niedzielę, co pozwoliłoby im ograniczyć czas pracy w dni powszednie. Pożądanym rozwiązaniem dla polskiego rynku pracy byłoby również skrócenie czasu pracy przynajmniej o 2 godziny tygodniowo oraz wydłużenie urlopu wypoczynkowego do 32 dni. Istotnym wyzwaniem jest też aktywizacja zawodowa seniorów i seniorek, w tym skrócenie czasu pracy dla osób starszych.

Trudne życie wolnych najmitów

To rozwiązanie tylko dla ludzi ustawionych życiowo, którzy nie boją się o emeryturę i ubezpieczenie, a czas pracy chcą regulować całkowicie wedle swojego uznania.

Freelancing, czyli praca nieetatowa, bez ubezpieczenia, na umowie śmieciowej. Wydawać by się mogło, że to coś, czego każdy pracujący powinien unikać jak ognia.
A jednak raport „Freelancing w Polsce” przygotowany przez platformę pracy zdalnej Useme.eu usiłuje przekonywać, że taki sposób pracy staje się coraz popularniejszy, nie tylko za granicą, ale także w naszym kraju.
Przymusowa wolność od etatu
Podobno w tym roku wartość wszystkich towarów i usług wytworzonych w ramach freelancingu na rodzimym rynku pracy zwiększy się o ponad jedną szóstą i wyniesie prawie 9,5 mld zł. Natomiast liczba osób w Polsce funkcjonujących na takich zasadach wzrośnie o jedną ósmą do blisko 450 tysięcy.
Nie wiadomo, jak to zostało policzone i jaka jest wiarygodność tych danych, bo trudno je w jakikolwiek sposób je zweryfikować. Nie ulega jednak wątpliwości, że w naszym kraju istnieje grupa ludzi, na tyle zamożnych i w dobrej sytuacji życiowej, że mogą sobie pozwolić na pracę na zasadzie wolnego strzelca.
Z pewnością też dużo większa jest grupa tych, którzy wcale nie chcieliby funkcjonować jako freelancerzy, ale mają pecha pracować w takiej branży, czy u takiego pracodawcy, że są do tego zmuszeni. Na szczęście sytuacja na polskim rynku pracy jest na tyle dobra, że można mieć nadzieję, iż przymusowi wolni strzelcy zdołają kiedyś zamienić swój niebezpieczny model pracy na bardziej cywilizowany.
Z raportu „Freelancing w Polsce” wynika, że dla blisko połowy (49,3 proc,) respondentów ta forma zarobkowania to jedyny model utrzymania. To właśnie przede wszystkim w tej grupie są wspomniani wcześniej przymusowi wolni strzelcy, którzy wcale nie chcą w taki sposób pracować, ale z różnych względów muszą.
Pozytywną wiadomością z raportu jest zaś to, że dla większości (wprawdzie wciąż niewielkiej bo wynoszącej tylko 50,3 proc.) freelancing to działanie dodatkowe, łączone zazwyczaj z normalną umową o pracę lub zleceniami. W 2018 roku co siódmy badany (14,5 proc.) zrezygnował z pracy na etat (zwykle przymusowo) i utrzymywał się tylko z pracy freelancera. Natomiast w tym roku co dziesiąty respondent planuje porzucić etat – umowę o pracę – na rzecz freelancingu. To właśnie ci Polacy, których sytuacja życiowa jest na tyle dobra, iż mogą sobie na to pozwolić. Jest też wśród nich grupa młodych ludzi, utrzymywanych przez rodziców i mających ubezpieczenie dzięki studiowaniu czy uczeniu się. Co szósty badany freelancer w Polsce (17 proc.) pracuje bowiem jako wolny strzelec będąc studentem (14 proc.) lub zgoła uczniem przed maturą (3 proc.).
Najliczniejszą grupę freelancerów w naszym kraju stanowią osoby między 25 a 34 rokiem życia (51,5 proc.), pochodzące z dużych (38,0 proc.) i średnich miast (21,7 proc. ). Odpowiedzi udzieliło niemal tyle samo kobiet co mężczyzn (odpowiednio 50,4 proc. i 49,6 proc.).
Podobno wolnych strzelców nad Wisłą przybywa z roku na rok.
– Z naszych analiz wynika, że wartość rynku freelancingu w Polsce wzrośnie w tym roku o 17,5 proc., uzyskując tym samym wynik na poziomie 9,4 mld zł. Na tą wartość składają się 6,9 mld zł od osób utrzymujących się tylko z tej formy zarobkowania i 2,5 mld zł od dorabiających do umów o prace, na zlecenia i uczących się – mówi Przemysław Głośny z Useme.eu.
Żeby zarabiać więcej
Rozmaite analizy (przygotowane na ogół na zlecenie pracodawców, którzy zdecydowanie wolą wolnych strzelców niż pracowników, oczekujących normalnej umowy o pracę) przekonują, iż freelancing na świecie jeszcze nigdy tak szybko się nie rozwijał.
Podobno można szacować, że wolni strzelcy już w 2020 roku będą stanowić około 40 proc. amerykańskiej siły roboczej, podczas gdy w Europie będzie to poziom 25 proc. Kilka lat później, bo w 2027 roku na starym kontynencie oraz w USA aż połowa pracujących miałaby wykorzystywać ten model zarobkowania. Dzięki takim wzrostom freelancerzy byliby globalnie najszybciej rosnąca grupa pracowników. Można jednak mieć nadzieję, że opór ludzi zmuszanych do freelancingu sprawi, iż te ponure wizje się nie ziszczą.
Większość wolnych strzelców funkcjonuje w ciągłej trosce o to, jak zwiększyć swe, marne na ogół dochody. Aż dwóm trzecim wolnych strzelców pracujących na świecie (68 proc.), zależy najbardziej na wyższych zarobkach oraz wyższych stawkach godzinowych.
Stawki w Polsce zaczynają się od 15 zł za godzinę pracy, za mniej skomplikowane prace. Okazuje się, że specjaliści do spraw administracji czy obsługi klienta zarabiają najmniej. Natomiast tłumacze i graficy oczekują około 50-70 zł/h (choć z reguły dostają znacznie mniej). Na bycie wolnym strzelcem najczęściej decydują się menadżerowie i wykwalifikowani specjaliści – bo tylko oni mogą związać koniec z końcem pracując w ten sposób.
– Polski rynek zdominowany jest przez wyceny projektowe, to jest. za całościowe zlecenie, a nie godzinowe. Na podstawie transakcji na naszej platformie można jednak określić, że a najwyższe opłaty w wysokości 100 – 150 zł pobierane są przez przedstawicieli branży informatycznej, w tym programistów. Nierzadko ci najlepsi, zwłaszcza oferujący bardzo potrzebne na rynku umiejętności, mający spore doświadczenie i posiadający dobrą markę własną, są w stanie żądać 250 – 300 zł lub nawet więcej za godzinę pracy – dodaje Przemysław Głośny. Ile jednak faktycznie dostają? Nie wiadomo.
Ciężki kawałek chleba
W krajach zachodnich wolni strzelcy zarabiają oczywiście lepiej niż u nas. Najczęściej oczekiwana średnia stawka godzinowa dla freelancerów to około 70 zł. Natomiast realne wynagrodzenia wahają się pomiędzy 40 zł a 105 zł, w zależności od branży, doświadczenia freelancera oraz kraju, z którego pochodzi zlecenie. Osoby oferujące usługi prawne lub programiści otrzymują najwyższe wynagrodzenia. Z badań wynika jednak, że aż ponad połowa światowych freelancerów pracuje za stawki w przedziale 11 – 15 dol. czyli 41 zł – 56 zł za godzinę.
Problem w tym, że pracodawcy często oszukują wolnych strzelców – co mogą robić bezkarnie, bo przecież nie obowiązują ich takie rygory jakich muszą przestrzegać w stosunku do osób zatrudnionych na umowach o pracę.
Z badań przeprowadzonych w Polsce przez Useme.eu wynika, że ponad połowa respondentów (54,2 proc.) ma trudności z otrzymywaniem terminowych zapłat za swoją pracę. Dla 4,4 proc. freelancerów opóźnione przelewy zdarzają się często, dla 14,2 proc. od czasu do czasu, a dla 35,6 proc. rzadko.
Czterech z pięciu freelancerów zazwyczaj pracuje nad jednym do trzech projektów realizowanych jednocześnie. Około połowa freelancerów pracuje od 30 do 50 godzin tygodniowo. Co piąty poświęca na to 20 godzin lub mniej, a 10 procentom freelancing zajmuje ponad 60 godzin w tygodniu. Specjaliści ds. finansów, zarządzania i kadr pracują najwięcej – średnio 39 godzin, podczas gdy wolni strzelcy związani z usługami prawnymi poświęcają na pracę najmniej, bo średnio 33,6 godz. tygodniowo.
Więcej i biedniej
W porównaniu do zagranicznych freelancerów, ich polscy koledzy pracują więcej i ciężej, a zarabiają mniej. W Polsce jedynie jedna trzecia wolnych strzelców może pozwolić sobie na pracę nad nie więcej niż trzema zleceniami jednocześnie. 22 proc. badanych wykonuje 4-5 zleceń w tym samym czasie, 14 proc. ma ich od 6 do 10, zaś 5 proc. obsługuje jednocześnie ponad 10 zleceniodawców.
Polscy freelancerzy, gdy tylko mogą, chętnie podejmują się pracy dla zagranicznych klientów, doceniając znacząco wyższe stawki godzinowe. Na pytanie „Ile zleceń dla klientów zagranicznych wykonujesz w ciągu roku?” 28 proc. badanych odpowiedziało: od jednego do pięciu, 5 proc. od 6 do 10, a 7 proc. – powyżej 11. Pozostali mają wyłącznie krajowe zlecenia.
W sumie, działalność wolnego strzelca w Polsce to na ogół trudny i niewielki kawałek chleba. Do ich sytuacji dość dobrze pasuje wiersz Marii Konopnickiej „Wolny najmita”, w którym czytamy między innymi: „Czegóż on stoi? Wszak wolny jak ptacy?
Chce – niechaj żyje, a chce – niech umiera!
Czy się utopi, czy chwyci się pracy,
Nikt się nie spiera…”

Pełny etat to podstawa

Stopniowo rośnie jednak liczba osób, które godzą się na pracę
w formule bardziej elastycznej, niż etatowa.

Choć w Polsce, co oczywiste, największą popularnością nadal cieszy się pełen etat (preferowany przez 70 proc. rodaków), to systematycznie rośnie liczba osób optujących za bardziej elastycznym modelem pracy. Podczas gdy w 2017 roku było to 18 proc. polskich kandydatów, dziś w ten sposób chciałoby pracować 29 proc. – stwierdza raport ManpowerGroup „Jak chcemy pracować?” na temat preferencji zawodowych kandydatów dotyczących modelu pracy.
Trzeba tu oczywiście uczynić konieczne zastrzeżenie, iż elastyczny model pracy bynajmniej nie oznacza pracy bez etatu. Polacy więc optują za elastycznym modelem pracy – takim, w którym elastycznie można kształtować jej czas – ale naturalnie, ma to być model etatowy, objęty oskładkowaniem.
Polacy godzą się natomiast na pracę na niepełnym etacie, lub w ramach umowy zlecenia, gwarantującej środki na emeryturę oraz ubezpieczenie społeczne. Największą motywacją do podjęcia bardziej elastycznych form pracy jest możliwość realizacji kilku zleceń i kształtowania wedle swego uznania równowagi między pracą a życiem prywatnym.
Pytanie, kierowane do potencjalnych pracodawców o elastyczne formy zatrudnienia, pojawia się najczęściej w przypadku stanowisk wysoko wyspecjalizowanych czy kierowniczych. Osoby pracujące na dobrze opłacanych stanowiskach, bogate, posiadające zaplecze finansowe i ochronę ubezpieczeniową płynącą z innych źródeł , chętnie wybierają pracę w oparciu o umowę cywilnoprawną. Jest to oczywiście znikomy odsetek pracowników.
– Z kolei praca na niepełny etat jest chętnie wybierana przez osoby, które rozpoczynają swoją ścieżkę zawodową jeszcze w okresie studiów i potrzebują czasu na dokończenie nauki. Elastyczność jest także ceniona przez osoby posiadające małe dzieci, które dzięki skróconym godzinom pracy, mogą więcej czasu poświęcić rodzinie i sprawom prywatnym – mówi Katarzyna Pączkowska z Manpower.
Największy odsetek pracowników, deklarujących zgodę na pracę w ramach bardziej elastycznych modeli alternatywnych modeli pracy, jest w Czechach (50 proc. poszukujących pracy), w Hiszpanii (49 proc.) i we Włoszech (43 proc.). Najmniej – we Francji (28 proc. ), Szwecji (30 proc.) i Norwegii (33 proc. ). Średnia dla krajów europejskich to 38 proc. , podczas gdy w ujęciu globalnym na taki model zatrudnienia zgodziłoby się 45 proc. kandydatów.
Trzeba pamiętać, że chodzi tu wyłącznie o osoby poszukujące pracy – czyli takie, które tej pracy nie mają, bezrobotne, albo takie, które pracują, ale jest to kiepska praca i marnie opłacana. Zrozumiałe, że zgodzą się oni na każdy, mniej czy bardziej elastyczny model zatrudnienia, który gwarantowałby im w miarę przyzwoite zarobki. Czechy, gdzie wedle raportu Manpower, aż 50 proc. osób szukających pracy zaakceptowałoby model elastyczny, są krajem o najniższym bezrobociu w Europie, wynoszącym niespełna 2 proc. Najwyżej taki właśnie, dwuprocentowy odsetek mieszkańców w wieku aktywności zawodowej szuka tam pracy, co oznacza, że na pracę w elastycznym modelu godzi się ok. 1 proc. – oraz być może jakiś niewielki, nieznany odsetek tych, którzy pracę mają.
Podobne proporcje są i w Polsce oraz w wielu innych krajach Unii Europejskiej. U nas bezrobocie jest znacznie większe niż w Czechach i wynosi, wedle metodologii Eurostatu, 3,6 proc. Skoro najwyżej taki odsetek osób w wieku aktywności zawodowej szuka pracy, to 29 proc., z tej grupy daje także około 1 procenta wszystkich zdolnych do pracy.
Chętni do pracy w modelu elastycznym stanowią zatem niszową enklawę, obejmującą zwykle osoby świetnie zarabiające i mające zabezpieczoną przyszłość emerytalną.
Natomiast swoistym znakiem czasu jest fakt, że w ostatnich latach przybywa kandydatów do pracy, którzy gotowi są przyjąć ofertę opartą o model elastyczny, ale tylko w ciekawej firmie lub na interesującym i rozwojowym stanowisku.
– Najczęściej są to ludzie młodzi, którzy wchodzą na rynek pracy i chcą spróbować swoich sił w kilku firmach, na różnych szczeblach kariery. Elastyczne modele pracy najczęściej oferowane są przez firmy zagraniczne, dla których standardem jest, żeby pewien odsetek pracujących zatrudniany był na projekty czasowe czy w niepełnym wymiarze czasu pracy. Branże, które najchętniej proponują takie rozwiązania, to logistyka, produkcja i centra usług wspólnych, na przykład finansowych czy informatycznych. Dotyczy to zwłaszcza zapotrzebowania na pracowników, z którymi nie planują długoletniej współpracy – dodaje Marek Wróbel z Manpower.
Tam, gdzie chodzi o skuteczne zachęcenie do dłuższego związania się z firmą, liczy się bowiem przede wszystkim tradycyjny etat, z wszystkimi związanymi z nim zabezpieczeniami.

Chcemy wyższych płac!

Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa ponownie domaga się podjęcia przez rząd działań na rzecz obligatoryjnego wprowadzenia znacznie wyższych płac za pracę w niedziele i święta niż za pracę w dni powszednie. Rząd Prawa i Sprawiedliwości lekceważy setki tysięcy pracowników wykonujących swoje obowiązki w niedziele i święta. Odrębne regulacje zostały przyjęte jedynie dla handlu i w praktyce często wcale nie są one korzystne dla świata pracy. W niedziele i święta wciąż otwartych jest mnóstwo małych sklepów, w których praca jest szczególnie ciężka i niskopłatna, a prawo pracy jest łamane na masową skalę. Jednocześnie pracownicy dużych placówek handlowych ciężej i dłużej pracują w piątki i soboty, nie otrzymując za swoją pracę dodatkowego wynagrodzenia. Ustawa o handlu w niedziele miała być poddana korekcie, ale najwyraźniej rząd wycofał się nie tylko ze zmian, ale nawet z dyskusji na ich temat.
Naszym zdaniem przepisy odnośnie pracy w niedziele i święta powinny dotyczyć wszystkich branż i być korzystne płacowo dla pracowników. Dlatego opowiadamy się za 2,5 razy wyższymi wynagrodzeniami za każdą pracę w niedziele i święta, niezależnie od branży i regionu. Nowe rozwiązania dotyczyłyby między innymi handlu, gastronomii, ochrony energetyki, policji, wojska, służby zdrowia czy transportu. Dla wielu pracowników, którzy pracują w niedziele i święta, byłby to znaczący wzrost zarobków.

Ci odlatują, ci zostają

Coraz trudniejsze warunki życia w Polsce sprawiają, że mimo dobrej sytuacji na rynku pracy, wciąż więcej ludzi wyjeżdża z kraju niż do niego wraca.

Pod rządami Prawa i Sprawiedliwości, tylko w latach 2015 – 2017 liczba osób które wyjechały z naszego kraju zwiększyła się o prawie 290 tys. Można oczekiwać, że rosnące uciążliwości życia w Polsce nie zmieniły tej tendencji i w ubiegłym roku.
Rząd PiS doprowadził do zapaści w dostępie do opieki medycznej, spadku liczby narodzin, skrócenia długości naszego życia, coraz większej umieralności Polaków, rosnącego zanieczyszczenia powietrza, pogorszenia warunków edukacji i wychowywania dzieci, wzrostu inflacji zjadającej płace. Tak wymieniać można długo – a przecież oprócz tych najbardziej konkretnych przyczyn utrudniających i skracających życie Polaków, są i te trudniej mierzalne, ale także dotkliwe.
Rosnący nadzór i inwigilowanie obywateli, ich coraz coraz słabsza pozycja wobec wszechmocy władzy, nepotyzm, mowa nienawiści, promowanie zachowań ksenofobicznych, szczucie na myślących i zachowujących się inaczej niż większość – w takim kraju coraz trudniej normalnie żyć i pracować.

Powrócą tu?

Jak na wyjazdy zarobkowe rodaków wpłynęło niskie bezrobocie w Polsce? Czy jednak zamierzają wracać, czy raczej zostaną za granicą? Jakie są i jak się zmieniają ich więzi z krajem? Na te i inne pytania odpowiada najnowszy raport Narodowego Banku Polskiego.
Jak stwierdza NBP, dobra sytuacja na polskim rynku pracy ograniczyła tendencję do powiększania się liczby obywateli polskich przebywających za granicą. Jednak ujemne saldo migracji osób z polskim obywatelstwem wciąż było obserwowane w 2017 roku i prawdopodobnie także w 2018 r. (choć ubiegłorocznych danych jeszcze nie ma). Czyli, nadal więcej z nas wyjeżdża niż wraca.
Natomiast bezrobocie jest wprawdzie oficjalnie niskie, ale NBP poczynił zaskakującą i udokumentowaną obserwację, iż nowi migranci w Niemczech i Wielkiej Brytanii znacznie częściej, niż ich koledzy z dłuższym stażem migracyjnym, wskazywali na brak pracy w Polsce jako główny powód wyjazdu.
„Biorąc jednak pod uwagę aktualną sytuację na polskim rynku pracy i rekordowo niski poziom bezrobocia, można przypuszczać, że chodzi raczej o brak pracy zgodnej z kwalifikacjami i niespełniającej oczekiwań osób, które zdecydowały się na wyjazd niż brak możliwości podjęcia jakiejkolwiek pracy” – tłumaczy Narodowy Bank Polski, także rządzony przecież przez ekipę z nadania PiS i nie będący przesadnie krytyczny wobec niej. Oczywiście, jakąkolwiek pracę nie tak trudno w Polsce znaleźć – ale nie przez wszystkich i wciąż nierzadko za głodowe uposażenie.
Wyniki badań NBP wskazują też, że niskie bezrobocie w Polsce ograniczyło wyjazdy „nowych” emigrantów do głównych krajów, które były dotychczas tradycyjnym miejscem migracji zarobkowej, takich jak Wielka Brytania, Irlandia czy Niemcy. Pojawiły się zaś stosunkowo nowe, coraz popularniejsze kierunki, na przykład Norwegia.
Badanie ankietowe emigrantów z Polski zostało zrealizowane w okresie listopad-grudzień 2018 roku. We wszystkich badanych krajach nieco większy jest udział kobiet niż mężczyzn. Udział pań wśród nowych emigrantów był rekordowo wysoki w przypadku Holandii, gdzie wyniósł aż 61,3 proc.
Najważniejszą motywacją wyjazdów i pozostawania na emigracji pozostają wynagrodzenia, których mediany za granicą są około dwukrotnie wyższe niż w Polsce. Natomiast dominanty (czyli najczęstsze wynagrodzenia) są nawet i 3,6 raza wyższe niż w Polsce.
Dobra sytuacja gospodarcza w naszym kraju wpłynęła na ograniczenie odsetka Polaków planujących pozostanie na emigracji na stałe, natomiast zwiększyła liczebność tych, którzy planują kiedyś powrót do Polski (nie wcześniej niż za minimum 3 lata). Tym niemniej, tylko około 15 proc. imigrantów jest zdecydowanych wracać do Polski w przyszłości (jednak bliżej nieokreślonej), niezależnie od różnicy w poziomie wynagrodzeń.
Wraz z długością przebywania na emigracji zmniejsza się naturalnie skłonność do przekazywania środków pieniężnych do Polski (bo są coraz potrzebniejsze tam, gdzie się żyje i pracuje). Jest to jednak zróżnicowane zależnie od kraju.

Tam uciekają najmądrzejsi

Emigranci z Polski do Wielkiej Brytanii pochodzą na ogół ze średnich i największych miast i są najlepiej wykształceni w porównaniu z innymi państwami objętymi ankietą. Jedna trzecia z nich posiada wykształcenie wyższe. Wielka Brytania najbardziej więc korzysta na drenażu mózgów z Polski.
Jedynie 10 proc. ankietowanych w Wielkiej Brytanii zadeklarowało skrócenie planowanego pobytu na emigracji z powodu konsekwencji brexitu. Zdecydowana większość emigrantów (85 proc. ) spełniałaby bowiem warunki pozostania w Wielkiej Brytanii po brexicie, po relatywnie prostej procedurze administracyjnej.
NBP stwierdza: „Obserwowana ostatnio zwiększona emigracja do Norwegii to głównie osoby w wieku najwyższej aktywności zawodowej, ze średnim wykształceniem, które stosunkowo często przekazują pieniądze do Polski i dość rzadko wykorzystują świadczenia społeczne”.
Do tego zdania warto wnieść poprawkę, bo emigracja do Norwegii nie jest zwiększona „ostatnio”, lecz co najmniej od dziesięciu lat. Według szacunków GUS, liczba Polaków przebywających w Norwegii na przestrzeni lat 2010 –2017 wzrosła o 70 proc.
Norwegia dołączyła do listy najbardziej popularnych kierunków wyjazdów zarobkowych, zastępując Irlandię, której znaczenie od kilku lat systematycznie spadało. Liczba emigrantów z Polski do Irlandii znacznie zmniejszyła się po kryzysie w 2008 r., stabilizując się na poziomie nieco ponad 110 tys. osób
Większość z około 85 tys. polskich emigrantów z Polski w Norwegii to ludzie, którzy wyjechali z Polski po 2015 roku. To głównie osoby młode, ze średnim wykształceniem. Przeważnie pracują one w przemyśle lub służbie zdrowia i przy opiece nad osobami starszymi. Także i do Holandii najczęściej wyjeżdżają ludzie młodzi ze średnim wykształceniem.
Natomiast migracja zarobkowa w Niemczech jest najstarsza i najsłabiej wykształcona. Osoby z wykształceniem zawodowym najczęściej wybierają właśnie Niemcy jako kierunek migracji. Częściej są to osoby z małych miast i wsi (co wykazuje podobieństwo z migracją do Stanów Zjednoczonych).
Zauważyć należy, że zwiększenie się ogółu liczby emigrantów z Polski w 2017 roku nastąpiło w całości przez emigrację do krajów europejskich. Europa jest pod wieloma względami znacznie dogodniejsza do życia niż kraje zamorskie. A poza tym, rząd PiS nie potrafi spowodować, by nasz największy sojusznik zniósł wreszcie wizy, co także hamuje wyjazdy do USA (gdzie nawiasem mówiąc, coraz łatwiej znaleźć śmierć od kuli, zamiast dobrobytu).

Mają co robić

Polscy emigranci są na ogół bardzo aktywni zawodowo. Ich pozycja na zagranicznych rynkach pracy stabilizuje się. Coraz częściej mają regularną pracę zamiast zajęć sezonowych. Zmniejsza się udział emigrantów narzekających na pracę poniżej kwalifikacji, wciąż bardzo duże są różnice pomiędzy ich wynagrodzeniami, a płacami w Polsce. Pracują normalnie, coraz rzadziej muszą korzystać za granicą ze świadczeń społecznych.
NBP stwierdza: „Sytuacja polskich emigrantów na zagranicznych rynkach pracy jest lepsza i w większym stopniu wykorzystują oni swoje kwalifikacje. Dane te świadczą o coraz większym dopasowaniu emigrantów do lokalnych rynków pracy na emigracji, co zwiększa prawdopodobieństwo pozostania przez te osoby na emigracji w przyszłości”.
Wszystko to, w połączeniu z rzeczywistością rządów PiS, sprawia, że rzeczywiście, brakuje powodów, które skłaniałyby ich do powrotu nad Wisłę.

Państwo korzysta na wzroście płac

Zgodnie z najnowszymi danymi Głównego Urzędu Statystycznego, w czerwcu 2019 r. wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających co najmniej 10 pracowników wzrosły o 5,3 proc., a zatrudnienie o 2,8 proc. w stosunku do poprzedniego roku. Dobra passa na rynku pracy trwa. Kto jest jej beneficjentem?

Przeciętne wynagrodzenie brutto w przedsiębiorstwach małych, średnich i dużych (czyli od 10 zatrudnionych wzwyż) wyniosło w czerwcu 2019 r. 5104 zł. Należy jednak pamiętać, że koszt pracy dla pracodawcy był znacznie wyższy – wyniósł bowiem 6212 zł. Jednocześnie na konto pracownika trafiło niecałe 3620 zł. Co się stało z pozostałymi 2,6 tys. zł? To różnego rodzaju podatki, składki, daniny na rzecz państwa. Prawie 42 proc. kosztów pracy nie trafia do pracowników. Luka między kosztem, który ponosi pracodawca zatrudniając pracownika, a dochodem netto tego pracownika jest olbrzymia – 6,2 tys. koszt pracy pracodawcy wobec 3,6 tys. na koncie pracownika.

W czerwcu 2019 r. koszty pracy w przedsiębiorstwach 10 plus wyniosły łącznie prawie 40 mld zł, z czego tylko 23 mld zł trafiły na konta pracowników tych firm. Pozostałe prawie 17 mld zł zasiliło finanse publiczne. W każdym wzroście wynagrodzeń i zatrudnienia partycypuje państwo i jest to oczywiste. Pytanie tylko, czy ta partycypacja powinna mieć tak dużą skalę – aż 42 proc. Jeśli mówimy o konieczności wzrostu wynagrodzeń w Polsce – bo ciągle są one dużo niższe niż w krajach 15 państw „starej” Unii Europejskiej – to patrzymy nie tylko na wynagrodzenia brutto (5,1 tys. zł w czerwcu), ale na to, jakie są koszty pracy (6,2 tys. zł) i ile z tego otrzymuje pracownik (3,6 tys. zł). Ważne dla gospodarki i gospodarstw domowych są bowiem te dwie skrajne wartości, bo one pokazują w jakim stopniu pracownicy i pracodawcy świadczą na rzecz państwa, a dalej – czy te podatki i daniny są efektywnie wykorzystywane.

Czas najwyższy rozmawiać nie o fragmentarycznych zmianach w istniejącym systemie podatkowym, w tym na przykład o obniżaniu podatków dla osób młodych, czy obniżaniu pierwszej stawki podatkowej, ale przygotować generalną zmianę systemu podatku PIT, tak aby zmniejszał on lukę „daninową”. Jest to szczególnie ważne w grupie pracowników o najniższych dochodach. Dobrze przeprowadzona reforma powinna też pozytywnie wpłynąć na poziom inwestycji w przedsiębiorstwach i równocześnie być neutralna dla finansów publicznych (budżetu centralnego i budżetów samorządowych).

Państwo vs. Człowiek Pracy Ważny tunajt

Jak powiedział dyrektor spółdzielni mieszkaniowej w serialu „Alternatywy 4” do oczekującego kilkadziesiąt lat na przydział lokalu najstarszego jej członka: „czekaliście, czekaliście, no i w końcu się doczekaliście”. Takoż i dzisiaj, naród czekał, czekał aż wreszcie się doczekał, i dostał od Platformy Obywatelskiej coś na kształt programu wyborczego, szumnie nazwanego „szóstką Schetyny”. Nie powiem, na papierze, momentami, jest to całkiem z sensem napisane. Ale jakby się tak bliżej przyjrzeć…

…to wyjdzie na to, że na te wszystkie pomysły nie bardzo jest skąd wziąć. Tzn. może i jest skąd, ale rachmistrze z PO nie mają rozeznania w rządowych rachunkach i jasno nie wskazują źródeł finasowania swoich własnych pomysłów. Może trochę z dywidendy spółek Skarbu Państwa, może zabrać TVP i IPN-owi. Ale jak się w końcu dobiorą do słupków w ministerstwach, to na pewno znajdą pieniądze pochowane po kątach i poupychane pod powałą. Jedna rzecz w tych propozycjach Platformy warta jest odnotowania i szerszego skomentowania. Platforma, chyba po raz pierwszy od czasu ogłoszenia swoich tez programowych w hali „Olivii” w Gdańsku pokazuje, że…chce niższych podatków. I to dla kogo? Nie dla przedsiębiorców, ale dla ludzi na etatach. Oczywiście nie tak od razu. Jeszcze by kto pomyślał, że PO zaproponuje zatrważający pomysł odwrotu od opodatkowania pracy. Do tego jeszcze nie dorośli, lub jak się tu u nas zwykło mawiać, nie ma odpowiedniego politycznego klimatu dla podobnych rozwiązań. Bo trzeba wiedzieć Szanownym Państwu, że pobieranie podatku od pracy nie jest czymś oczywistym, ale wymysłem stosunkowo niedawnym. Ongiś, pracę podatkiem okładano, gdy trzeba było znaleźć pieniądze na wojny czy inne łupieżcze wyprawy, a później jakoś to już poszło. No i tak w kapitalizmie zostało. Przez lata „wolnej Polski” kapitał wmówił tłuszczy, że PIT trzeba płacić, bo na nim ten kraj stoi, a bez tego wszystko się posypie. Ale już gdy się baczniej przyjrzeć liczbom okazuje się, że wpływy z PIT-u dla budżetu Bóg wie jak niezbędne nie są. Państwo poradziłoby sobie i bez nich. Trzeba by co prawda jakoś połatać kilka dziur i może nawet nieco przyciąć na początku socjal, ale wreszcie człowiek pracy, który uczciwie zarabia na chleb, nie byłby przez państwo okradany. Bo właśnie do konfliktu Państwo-Człowiek, proszę ja Was, sprowadza się dziś współczesny konflikt w Polsce, a może nawet i w Europie zachodniej.
Dziś w Polsce praca obłożona jest podatkami, niemal tak samo, jak używki-wódka czy papierosy. Jak mamy na papierku, że zarabiamy 5 koła, to do kieszeni dostaniemy 3 z kawałkiem. Innymi słowy, pieniądze z pracy ludzkich rąk i umysłów są grabione dodatkowo przez państwo, bo to nie wymyśliło jak dotąd lepszego sposobu żeby zadbać o swoich obywateli, niż okradanie ich samych. Państwo i jego ludzie od czarnej roboty powiedzą Wam, że to nie ono tak dużo zabiera, ale pracodawcy mało płacą. I jakby płacili więcej, powiedzmy, 6,5 tys. zamiast 5, to wtedy państwo zabrałoby co jego, a człowiek dostałby 5 na rękę. Ale nie mówi już to samo państwo, jak przedsiębiorca ma sfinansować tę podwyżkę, bo od tego już nie jest. Państwo, jak widać, jest od zabierania pracownikowi. Aaa, no i od dawania temu samemu pracownikowi, jemu podobnemu, lub bezrobotnemu, ochłapów z tego, co zabrało ludziom z pensji. Dopłacając 6 tysięcy złotych do podatku dochodowego, odbieram, w miesięcznych ratach, 6 tysięcy złotych rocznie na pierwsze dziecko. Przecież to zupełnie bez sensu. Po co robić takie idiotyczne przelewanie z kubka do szklani? Ano po to, żeby było widać, że państwo nie tylko zabiera. Że, jak dobry pan, również daje, a zły pan to dorobkiewicz, który was strzyże co miesiąc na zakładzie. I to myślenie, o zgrozo, do wielu trafia. Ci wszyscy, którzy widzą we współczesnym świecie alegoryczne odbicie „Kapitału”, obserwując stosunki państwo-człowiek pracy w Polsce, potwierdzają tylko swoją utopijną wizję: konflikt dzisiejszy, to nadal konflikt kapitał vesrus uspołecznienie środków produkcji. Państwo natomiast stoi na straży ludzi pracy i trzepie po kieszeni kapitalistę. Co do jednego zgoda-państwo nahajem łamie dziś kapitalistom ręce. I to nie tym wielkim, ci mają sztab ludzi do obrony. Dostaje się najbardziej średniakom. No i przy okazji też pracownikowi. O staniu na straży nie ma mowy, a wie to ten, kto widział jak się w firmach ewidencjonuje czas pracy, jak rozpisuje urlopy, jak na stacji benzynowej koleś z Sanepidu pije wódkę z kierownikiem zmiany, a w tym czasie szeregowy pracownik napełnia mu bak prywatnego auta państwową benzyną. Oczywiście, są w biznesie i tacy, którym zawsze będzie mało i nawet gdyby zwolnić ich z obowiązku łożenia opłat i podatków za pracę, i tak obetną pracownikom pensje i kupią sobie kolejny jacht. Ale jest też spora grupa, która dałaby ludziom zarobić, ale nie może, bo jak podniesie pobory, to wszyscy pójdą z torbami sczyszczeni przez fiskus.
Platforma niestety nie odwraca w swoich propozycjach tego paradygmatu. Dalej chce opodatkowywać pracę, ale proponuje jednocześnie dawanie premii za pracowniczą aktywność. Tylko po co. Wystarczy ludziom nie zabierać, żeby później im nie oddawać ułamka tego, co się nakradło niby to do wspólnego budżetu. Ten da się zbilansować bez konieczności drenowania pieniędzy z kieszeni pracownika. I to jest właśnie, moim zdaniem, myślenie progresywne, na które nawet polska lewica jak dotąd nie wpadła. Chcesz być po stronie ludzi pracy-to stań obok nich i nie pozwól ich okradać. Nie grubemu biznesmenowi z cygarem (a są nadal i tacy) jak z obrazka, ale państwu, bo to ono najwięcej zabiera.
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Niepełnosprawni mogą odejść

W Polsce większość osób niepełnosprawnych pozostaje poza rynkiem pracy.

Wskaźnik zatrudnienia niepełnosprawnych w Polsce jest jednym z najniższych w Europie. Jednostki administracji publicznej oraz państwowe osoby prawne w zdecydowanej większości nie podejmują skutecznych działań w celu zatrudnienia osób z niepełnosprawnościami – choć Polska zobowiązała się do tego w 2012 roku.
Polska, ratyfikując wtedy konwencję o prawach osób niepełnosprawnych, uznała ich prawo osób niepełnosprawnych do pracy, na zasadach równości z innymi osobami. Zobowiązała się też do zagwarantowania realizacji ich prawa do pracy poprzez popieranie zatrudnienia niepełnosprawnych w sektorze publicznym oraz zdobywanie przez nich doświadczenia zawodowego.
Dla ludzi z niepełnosprawnością praca jest nie tylko drogą usamodzielnienia ekonomicznego i poprawy warunków bytu, ale także zasadniczym sposobem integracji z otoczeniem. W Polsce jednak, zdecydowana większość osób niepełnosprawnych pozostaje poza rynkiem pracy i jest to zjawisko występujące od lat. Liczba osób niepełnosprawnych w tzw. ekonomicznym wieku produkcyjnym (18 – 59 lat dla kobiet i 18-64 lat dla mężczyzn) w 2017 roku wynosiła 1 680 tys., co stanowiło 7,1 proc. wszystkich osób w wieku produkcyjnym. Odsetek biernych zawodowo wśród osób niepełnosprawnych wynosił aż 71 proc. (1 194,5 tys.). W 2017 r. wskaźnik zatrudnienia osób niepełnosprawnych w wieku produkcyjnym wyniósł zaledwie 26,3 proc.

Będą mniej zatrudniać

Czy w Polsce słabnie popyt na pracowników, czy też wyczerpują się już zasoby głów i rąk do pracy?

Od ponad dwóch lat ekonomiści i przedsiębiorcy wskazują na bariery w rozwoju gospodarczym związane z rynkiem pracy. Jednak ciągle udawało się te bariery pokonywać – w 2017 r. przedsiębiorcy zwiększyli liczbę zatrudnianych pracowników o 4,5 proc. zaś w 2018 r. o 3,5 proc.
Wydawać się mogło, że tak już będzie stale.To jednak przestaje być pewne. Zatrudnienie co prawda rośnie, ale coraz wolniej.
W maju 2019 r. zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw (bez mikroprzedsiębiorstw, czyli firm zatrudniających do 9 osób) wzrosło o 2,7 proc. w porównaniu z majem ubiegłego roku, zaś wynagrodzenia zwiększyły się o 7,7 proc. – podał Główny Urząd Statystyczny.
W ciągu pierwszych pięciu miesięcy 2019 r. zatrudnienie w przedsiębiorstwach wzrosło o 2,9 proc. w stosunku do tego samego okresu ubiegłego roku, zaś wynagrodzenia o 7,1 proc. Jednakże w maju zeszłego roku zatrudnienie zwiększyło się o 220 tys. osób w stosunku do maja 2017 r., ale w maju tego roku – już tylko o 170 tys. w stosunku do maja 2018 r. Jednocześnie, w maju 2019 r. nastąpił spadek zatrudnienia w stosunku do poziomu z marca i kwietnia br., o 12-13 tys. osób.
Informacje płynące z przemysłu (wskaźnik PMI, badanie koniunktury w gospodarce przez GUS) wskazują na planowane przez firmy ograniczanie wzrostu zatrudnienia.
Czy popyt na pracę słabnie, czy też zaczyna brakować pracowników? Odpowiedź nie jest jednoznaczna, a sytuacja zależy od sektora gospodarki.
Zatrudnienie najprawdopodobniej będzie nadal rosło, ale wolniej niż dotychczas. Może to wynikać z kilku przyczyn, w tym także z efektów inwestycji realizowanych przez przedsiębiorstwa w ostatnich miesiącach.
W 2018 r. i w pierwszym kwartale 2019 r., około 50 proc. inwestycji przedsiębiorstw to nakłady na maszyny, urządzenia techniczne i narzędzia.
Część z nich to na pewno środki trwałe, związane z wprowadzaniem w przedsiębiorstwach nowych technologii – a to oznacza, że w przemyśle będzie rosło zapotrzebowanie na pracowników o coraz wyższych kwalifikacjach, ale w mniejszej ich liczbie. Jednocześnie będzie to wpływać na utrzymywanie się wysokiego wzrostu wynagrodzeń, ale także na rosnące zróżnicowanie wynagrodzeń w różnych grupach zawodowych.
Popyt na pracę słabnie też w sektorze finansowym. To efekt wywołany nowymi technologiami i zmianą modeli biznesowych.
Zbyt mała liczba pracowników cały czas pozostaje problemem w transporcie, hotelach i restauracjach (szczególnie teraz, gdy zaczął się sezon wakacyjny) – a także w sektorze szeroko rozumianej informacji i komunikacji.
Do tych dziedzin, gdzie „tradycyjnie” są problemy z dostępem do pracy, dołączają sektory edukacyjny oraz opieki zdrowotnej. Należy się spodziewać, że oferowane tam niskie wynagrodzenia będą w coraz większym stopniu zwiększać problemy ze znalezieniem pracowników. Tym samym, zwiększą się i kłopoty z dostępem do tych, najważniejszych dla nas wszystkich, usług publicznych.