Pełny etat to podstawa

Stopniowo rośnie jednak liczba osób, które godzą się na pracę
w formule bardziej elastycznej, niż etatowa.

Choć w Polsce, co oczywiste, największą popularnością nadal cieszy się pełen etat (preferowany przez 70 proc. rodaków), to systematycznie rośnie liczba osób optujących za bardziej elastycznym modelem pracy. Podczas gdy w 2017 roku było to 18 proc. polskich kandydatów, dziś w ten sposób chciałoby pracować 29 proc. – stwierdza raport ManpowerGroup „Jak chcemy pracować?” na temat preferencji zawodowych kandydatów dotyczących modelu pracy.
Trzeba tu oczywiście uczynić konieczne zastrzeżenie, iż elastyczny model pracy bynajmniej nie oznacza pracy bez etatu. Polacy więc optują za elastycznym modelem pracy – takim, w którym elastycznie można kształtować jej czas – ale naturalnie, ma to być model etatowy, objęty oskładkowaniem.
Polacy godzą się natomiast na pracę na niepełnym etacie, lub w ramach umowy zlecenia, gwarantującej środki na emeryturę oraz ubezpieczenie społeczne. Największą motywacją do podjęcia bardziej elastycznych form pracy jest możliwość realizacji kilku zleceń i kształtowania wedle swego uznania równowagi między pracą a życiem prywatnym.
Pytanie, kierowane do potencjalnych pracodawców o elastyczne formy zatrudnienia, pojawia się najczęściej w przypadku stanowisk wysoko wyspecjalizowanych czy kierowniczych. Osoby pracujące na dobrze opłacanych stanowiskach, bogate, posiadające zaplecze finansowe i ochronę ubezpieczeniową płynącą z innych źródeł , chętnie wybierają pracę w oparciu o umowę cywilnoprawną. Jest to oczywiście znikomy odsetek pracowników.
– Z kolei praca na niepełny etat jest chętnie wybierana przez osoby, które rozpoczynają swoją ścieżkę zawodową jeszcze w okresie studiów i potrzebują czasu na dokończenie nauki. Elastyczność jest także ceniona przez osoby posiadające małe dzieci, które dzięki skróconym godzinom pracy, mogą więcej czasu poświęcić rodzinie i sprawom prywatnym – mówi Katarzyna Pączkowska z Manpower.
Największy odsetek pracowników, deklarujących zgodę na pracę w ramach bardziej elastycznych modeli alternatywnych modeli pracy, jest w Czechach (50 proc. poszukujących pracy), w Hiszpanii (49 proc.) i we Włoszech (43 proc.). Najmniej – we Francji (28 proc. ), Szwecji (30 proc.) i Norwegii (33 proc. ). Średnia dla krajów europejskich to 38 proc. , podczas gdy w ujęciu globalnym na taki model zatrudnienia zgodziłoby się 45 proc. kandydatów.
Trzeba pamiętać, że chodzi tu wyłącznie o osoby poszukujące pracy – czyli takie, które tej pracy nie mają, bezrobotne, albo takie, które pracują, ale jest to kiepska praca i marnie opłacana. Zrozumiałe, że zgodzą się oni na każdy, mniej czy bardziej elastyczny model zatrudnienia, który gwarantowałby im w miarę przyzwoite zarobki. Czechy, gdzie wedle raportu Manpower, aż 50 proc. osób szukających pracy zaakceptowałoby model elastyczny, są krajem o najniższym bezrobociu w Europie, wynoszącym niespełna 2 proc. Najwyżej taki właśnie, dwuprocentowy odsetek mieszkańców w wieku aktywności zawodowej szuka tam pracy, co oznacza, że na pracę w elastycznym modelu godzi się ok. 1 proc. – oraz być może jakiś niewielki, nieznany odsetek tych, którzy pracę mają.
Podobne proporcje są i w Polsce oraz w wielu innych krajach Unii Europejskiej. U nas bezrobocie jest znacznie większe niż w Czechach i wynosi, wedle metodologii Eurostatu, 3,6 proc. Skoro najwyżej taki odsetek osób w wieku aktywności zawodowej szuka pracy, to 29 proc., z tej grupy daje także około 1 procenta wszystkich zdolnych do pracy.
Chętni do pracy w modelu elastycznym stanowią zatem niszową enklawę, obejmującą zwykle osoby świetnie zarabiające i mające zabezpieczoną przyszłość emerytalną.
Natomiast swoistym znakiem czasu jest fakt, że w ostatnich latach przybywa kandydatów do pracy, którzy gotowi są przyjąć ofertę opartą o model elastyczny, ale tylko w ciekawej firmie lub na interesującym i rozwojowym stanowisku.
– Najczęściej są to ludzie młodzi, którzy wchodzą na rynek pracy i chcą spróbować swoich sił w kilku firmach, na różnych szczeblach kariery. Elastyczne modele pracy najczęściej oferowane są przez firmy zagraniczne, dla których standardem jest, żeby pewien odsetek pracujących zatrudniany był na projekty czasowe czy w niepełnym wymiarze czasu pracy. Branże, które najchętniej proponują takie rozwiązania, to logistyka, produkcja i centra usług wspólnych, na przykład finansowych czy informatycznych. Dotyczy to zwłaszcza zapotrzebowania na pracowników, z którymi nie planują długoletniej współpracy – dodaje Marek Wróbel z Manpower.
Tam, gdzie chodzi o skuteczne zachęcenie do dłuższego związania się z firmą, liczy się bowiem przede wszystkim tradycyjny etat, z wszystkimi związanymi z nim zabezpieczeniami.

Chcemy wyższych płac!

Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa ponownie domaga się podjęcia przez rząd działań na rzecz obligatoryjnego wprowadzenia znacznie wyższych płac za pracę w niedziele i święta niż za pracę w dni powszednie. Rząd Prawa i Sprawiedliwości lekceważy setki tysięcy pracowników wykonujących swoje obowiązki w niedziele i święta. Odrębne regulacje zostały przyjęte jedynie dla handlu i w praktyce często wcale nie są one korzystne dla świata pracy. W niedziele i święta wciąż otwartych jest mnóstwo małych sklepów, w których praca jest szczególnie ciężka i niskopłatna, a prawo pracy jest łamane na masową skalę. Jednocześnie pracownicy dużych placówek handlowych ciężej i dłużej pracują w piątki i soboty, nie otrzymując za swoją pracę dodatkowego wynagrodzenia. Ustawa o handlu w niedziele miała być poddana korekcie, ale najwyraźniej rząd wycofał się nie tylko ze zmian, ale nawet z dyskusji na ich temat.
Naszym zdaniem przepisy odnośnie pracy w niedziele i święta powinny dotyczyć wszystkich branż i być korzystne płacowo dla pracowników. Dlatego opowiadamy się za 2,5 razy wyższymi wynagrodzeniami za każdą pracę w niedziele i święta, niezależnie od branży i regionu. Nowe rozwiązania dotyczyłyby między innymi handlu, gastronomii, ochrony energetyki, policji, wojska, służby zdrowia czy transportu. Dla wielu pracowników, którzy pracują w niedziele i święta, byłby to znaczący wzrost zarobków.

Ci odlatują, ci zostają

Coraz trudniejsze warunki życia w Polsce sprawiają, że mimo dobrej sytuacji na rynku pracy, wciąż więcej ludzi wyjeżdża z kraju niż do niego wraca.

Pod rządami Prawa i Sprawiedliwości, tylko w latach 2015 – 2017 liczba osób które wyjechały z naszego kraju zwiększyła się o prawie 290 tys. Można oczekiwać, że rosnące uciążliwości życia w Polsce nie zmieniły tej tendencji i w ubiegłym roku.
Rząd PiS doprowadził do zapaści w dostępie do opieki medycznej, spadku liczby narodzin, skrócenia długości naszego życia, coraz większej umieralności Polaków, rosnącego zanieczyszczenia powietrza, pogorszenia warunków edukacji i wychowywania dzieci, wzrostu inflacji zjadającej płace. Tak wymieniać można długo – a przecież oprócz tych najbardziej konkretnych przyczyn utrudniających i skracających życie Polaków, są i te trudniej mierzalne, ale także dotkliwe.
Rosnący nadzór i inwigilowanie obywateli, ich coraz coraz słabsza pozycja wobec wszechmocy władzy, nepotyzm, mowa nienawiści, promowanie zachowań ksenofobicznych, szczucie na myślących i zachowujących się inaczej niż większość – w takim kraju coraz trudniej normalnie żyć i pracować.

Powrócą tu?

Jak na wyjazdy zarobkowe rodaków wpłynęło niskie bezrobocie w Polsce? Czy jednak zamierzają wracać, czy raczej zostaną za granicą? Jakie są i jak się zmieniają ich więzi z krajem? Na te i inne pytania odpowiada najnowszy raport Narodowego Banku Polskiego.
Jak stwierdza NBP, dobra sytuacja na polskim rynku pracy ograniczyła tendencję do powiększania się liczby obywateli polskich przebywających za granicą. Jednak ujemne saldo migracji osób z polskim obywatelstwem wciąż było obserwowane w 2017 roku i prawdopodobnie także w 2018 r. (choć ubiegłorocznych danych jeszcze nie ma). Czyli, nadal więcej z nas wyjeżdża niż wraca.
Natomiast bezrobocie jest wprawdzie oficjalnie niskie, ale NBP poczynił zaskakującą i udokumentowaną obserwację, iż nowi migranci w Niemczech i Wielkiej Brytanii znacznie częściej, niż ich koledzy z dłuższym stażem migracyjnym, wskazywali na brak pracy w Polsce jako główny powód wyjazdu.
„Biorąc jednak pod uwagę aktualną sytuację na polskim rynku pracy i rekordowo niski poziom bezrobocia, można przypuszczać, że chodzi raczej o brak pracy zgodnej z kwalifikacjami i niespełniającej oczekiwań osób, które zdecydowały się na wyjazd niż brak możliwości podjęcia jakiejkolwiek pracy” – tłumaczy Narodowy Bank Polski, także rządzony przecież przez ekipę z nadania PiS i nie będący przesadnie krytyczny wobec niej. Oczywiście, jakąkolwiek pracę nie tak trudno w Polsce znaleźć – ale nie przez wszystkich i wciąż nierzadko za głodowe uposażenie.
Wyniki badań NBP wskazują też, że niskie bezrobocie w Polsce ograniczyło wyjazdy „nowych” emigrantów do głównych krajów, które były dotychczas tradycyjnym miejscem migracji zarobkowej, takich jak Wielka Brytania, Irlandia czy Niemcy. Pojawiły się zaś stosunkowo nowe, coraz popularniejsze kierunki, na przykład Norwegia.
Badanie ankietowe emigrantów z Polski zostało zrealizowane w okresie listopad-grudzień 2018 roku. We wszystkich badanych krajach nieco większy jest udział kobiet niż mężczyzn. Udział pań wśród nowych emigrantów był rekordowo wysoki w przypadku Holandii, gdzie wyniósł aż 61,3 proc.
Najważniejszą motywacją wyjazdów i pozostawania na emigracji pozostają wynagrodzenia, których mediany za granicą są około dwukrotnie wyższe niż w Polsce. Natomiast dominanty (czyli najczęstsze wynagrodzenia) są nawet i 3,6 raza wyższe niż w Polsce.
Dobra sytuacja gospodarcza w naszym kraju wpłynęła na ograniczenie odsetka Polaków planujących pozostanie na emigracji na stałe, natomiast zwiększyła liczebność tych, którzy planują kiedyś powrót do Polski (nie wcześniej niż za minimum 3 lata). Tym niemniej, tylko około 15 proc. imigrantów jest zdecydowanych wracać do Polski w przyszłości (jednak bliżej nieokreślonej), niezależnie od różnicy w poziomie wynagrodzeń.
Wraz z długością przebywania na emigracji zmniejsza się naturalnie skłonność do przekazywania środków pieniężnych do Polski (bo są coraz potrzebniejsze tam, gdzie się żyje i pracuje). Jest to jednak zróżnicowane zależnie od kraju.

Tam uciekają najmądrzejsi

Emigranci z Polski do Wielkiej Brytanii pochodzą na ogół ze średnich i największych miast i są najlepiej wykształceni w porównaniu z innymi państwami objętymi ankietą. Jedna trzecia z nich posiada wykształcenie wyższe. Wielka Brytania najbardziej więc korzysta na drenażu mózgów z Polski.
Jedynie 10 proc. ankietowanych w Wielkiej Brytanii zadeklarowało skrócenie planowanego pobytu na emigracji z powodu konsekwencji brexitu. Zdecydowana większość emigrantów (85 proc. ) spełniałaby bowiem warunki pozostania w Wielkiej Brytanii po brexicie, po relatywnie prostej procedurze administracyjnej.
NBP stwierdza: „Obserwowana ostatnio zwiększona emigracja do Norwegii to głównie osoby w wieku najwyższej aktywności zawodowej, ze średnim wykształceniem, które stosunkowo często przekazują pieniądze do Polski i dość rzadko wykorzystują świadczenia społeczne”.
Do tego zdania warto wnieść poprawkę, bo emigracja do Norwegii nie jest zwiększona „ostatnio”, lecz co najmniej od dziesięciu lat. Według szacunków GUS, liczba Polaków przebywających w Norwegii na przestrzeni lat 2010 –2017 wzrosła o 70 proc.
Norwegia dołączyła do listy najbardziej popularnych kierunków wyjazdów zarobkowych, zastępując Irlandię, której znaczenie od kilku lat systematycznie spadało. Liczba emigrantów z Polski do Irlandii znacznie zmniejszyła się po kryzysie w 2008 r., stabilizując się na poziomie nieco ponad 110 tys. osób
Większość z około 85 tys. polskich emigrantów z Polski w Norwegii to ludzie, którzy wyjechali z Polski po 2015 roku. To głównie osoby młode, ze średnim wykształceniem. Przeważnie pracują one w przemyśle lub służbie zdrowia i przy opiece nad osobami starszymi. Także i do Holandii najczęściej wyjeżdżają ludzie młodzi ze średnim wykształceniem.
Natomiast migracja zarobkowa w Niemczech jest najstarsza i najsłabiej wykształcona. Osoby z wykształceniem zawodowym najczęściej wybierają właśnie Niemcy jako kierunek migracji. Częściej są to osoby z małych miast i wsi (co wykazuje podobieństwo z migracją do Stanów Zjednoczonych).
Zauważyć należy, że zwiększenie się ogółu liczby emigrantów z Polski w 2017 roku nastąpiło w całości przez emigrację do krajów europejskich. Europa jest pod wieloma względami znacznie dogodniejsza do życia niż kraje zamorskie. A poza tym, rząd PiS nie potrafi spowodować, by nasz największy sojusznik zniósł wreszcie wizy, co także hamuje wyjazdy do USA (gdzie nawiasem mówiąc, coraz łatwiej znaleźć śmierć od kuli, zamiast dobrobytu).

Mają co robić

Polscy emigranci są na ogół bardzo aktywni zawodowo. Ich pozycja na zagranicznych rynkach pracy stabilizuje się. Coraz częściej mają regularną pracę zamiast zajęć sezonowych. Zmniejsza się udział emigrantów narzekających na pracę poniżej kwalifikacji, wciąż bardzo duże są różnice pomiędzy ich wynagrodzeniami, a płacami w Polsce. Pracują normalnie, coraz rzadziej muszą korzystać za granicą ze świadczeń społecznych.
NBP stwierdza: „Sytuacja polskich emigrantów na zagranicznych rynkach pracy jest lepsza i w większym stopniu wykorzystują oni swoje kwalifikacje. Dane te świadczą o coraz większym dopasowaniu emigrantów do lokalnych rynków pracy na emigracji, co zwiększa prawdopodobieństwo pozostania przez te osoby na emigracji w przyszłości”.
Wszystko to, w połączeniu z rzeczywistością rządów PiS, sprawia, że rzeczywiście, brakuje powodów, które skłaniałyby ich do powrotu nad Wisłę.

Państwo korzysta na wzroście płac

Zgodnie z najnowszymi danymi Głównego Urzędu Statystycznego, w czerwcu 2019 r. wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających co najmniej 10 pracowników wzrosły o 5,3 proc., a zatrudnienie o 2,8 proc. w stosunku do poprzedniego roku. Dobra passa na rynku pracy trwa. Kto jest jej beneficjentem?

Przeciętne wynagrodzenie brutto w przedsiębiorstwach małych, średnich i dużych (czyli od 10 zatrudnionych wzwyż) wyniosło w czerwcu 2019 r. 5104 zł. Należy jednak pamiętać, że koszt pracy dla pracodawcy był znacznie wyższy – wyniósł bowiem 6212 zł. Jednocześnie na konto pracownika trafiło niecałe 3620 zł. Co się stało z pozostałymi 2,6 tys. zł? To różnego rodzaju podatki, składki, daniny na rzecz państwa. Prawie 42 proc. kosztów pracy nie trafia do pracowników. Luka między kosztem, który ponosi pracodawca zatrudniając pracownika, a dochodem netto tego pracownika jest olbrzymia – 6,2 tys. koszt pracy pracodawcy wobec 3,6 tys. na koncie pracownika.

W czerwcu 2019 r. koszty pracy w przedsiębiorstwach 10 plus wyniosły łącznie prawie 40 mld zł, z czego tylko 23 mld zł trafiły na konta pracowników tych firm. Pozostałe prawie 17 mld zł zasiliło finanse publiczne. W każdym wzroście wynagrodzeń i zatrudnienia partycypuje państwo i jest to oczywiste. Pytanie tylko, czy ta partycypacja powinna mieć tak dużą skalę – aż 42 proc. Jeśli mówimy o konieczności wzrostu wynagrodzeń w Polsce – bo ciągle są one dużo niższe niż w krajach 15 państw „starej” Unii Europejskiej – to patrzymy nie tylko na wynagrodzenia brutto (5,1 tys. zł w czerwcu), ale na to, jakie są koszty pracy (6,2 tys. zł) i ile z tego otrzymuje pracownik (3,6 tys. zł). Ważne dla gospodarki i gospodarstw domowych są bowiem te dwie skrajne wartości, bo one pokazują w jakim stopniu pracownicy i pracodawcy świadczą na rzecz państwa, a dalej – czy te podatki i daniny są efektywnie wykorzystywane.

Czas najwyższy rozmawiać nie o fragmentarycznych zmianach w istniejącym systemie podatkowym, w tym na przykład o obniżaniu podatków dla osób młodych, czy obniżaniu pierwszej stawki podatkowej, ale przygotować generalną zmianę systemu podatku PIT, tak aby zmniejszał on lukę „daninową”. Jest to szczególnie ważne w grupie pracowników o najniższych dochodach. Dobrze przeprowadzona reforma powinna też pozytywnie wpłynąć na poziom inwestycji w przedsiębiorstwach i równocześnie być neutralna dla finansów publicznych (budżetu centralnego i budżetów samorządowych).

Państwo vs. Człowiek Pracy Ważny tunajt

Jak powiedział dyrektor spółdzielni mieszkaniowej w serialu „Alternatywy 4” do oczekującego kilkadziesiąt lat na przydział lokalu najstarszego jej członka: „czekaliście, czekaliście, no i w końcu się doczekaliście”. Takoż i dzisiaj, naród czekał, czekał aż wreszcie się doczekał, i dostał od Platformy Obywatelskiej coś na kształt programu wyborczego, szumnie nazwanego „szóstką Schetyny”. Nie powiem, na papierze, momentami, jest to całkiem z sensem napisane. Ale jakby się tak bliżej przyjrzeć…

…to wyjdzie na to, że na te wszystkie pomysły nie bardzo jest skąd wziąć. Tzn. może i jest skąd, ale rachmistrze z PO nie mają rozeznania w rządowych rachunkach i jasno nie wskazują źródeł finasowania swoich własnych pomysłów. Może trochę z dywidendy spółek Skarbu Państwa, może zabrać TVP i IPN-owi. Ale jak się w końcu dobiorą do słupków w ministerstwach, to na pewno znajdą pieniądze pochowane po kątach i poupychane pod powałą. Jedna rzecz w tych propozycjach Platformy warta jest odnotowania i szerszego skomentowania. Platforma, chyba po raz pierwszy od czasu ogłoszenia swoich tez programowych w hali „Olivii” w Gdańsku pokazuje, że…chce niższych podatków. I to dla kogo? Nie dla przedsiębiorców, ale dla ludzi na etatach. Oczywiście nie tak od razu. Jeszcze by kto pomyślał, że PO zaproponuje zatrważający pomysł odwrotu od opodatkowania pracy. Do tego jeszcze nie dorośli, lub jak się tu u nas zwykło mawiać, nie ma odpowiedniego politycznego klimatu dla podobnych rozwiązań. Bo trzeba wiedzieć Szanownym Państwu, że pobieranie podatku od pracy nie jest czymś oczywistym, ale wymysłem stosunkowo niedawnym. Ongiś, pracę podatkiem okładano, gdy trzeba było znaleźć pieniądze na wojny czy inne łupieżcze wyprawy, a później jakoś to już poszło. No i tak w kapitalizmie zostało. Przez lata „wolnej Polski” kapitał wmówił tłuszczy, że PIT trzeba płacić, bo na nim ten kraj stoi, a bez tego wszystko się posypie. Ale już gdy się baczniej przyjrzeć liczbom okazuje się, że wpływy z PIT-u dla budżetu Bóg wie jak niezbędne nie są. Państwo poradziłoby sobie i bez nich. Trzeba by co prawda jakoś połatać kilka dziur i może nawet nieco przyciąć na początku socjal, ale wreszcie człowiek pracy, który uczciwie zarabia na chleb, nie byłby przez państwo okradany. Bo właśnie do konfliktu Państwo-Człowiek, proszę ja Was, sprowadza się dziś współczesny konflikt w Polsce, a może nawet i w Europie zachodniej.
Dziś w Polsce praca obłożona jest podatkami, niemal tak samo, jak używki-wódka czy papierosy. Jak mamy na papierku, że zarabiamy 5 koła, to do kieszeni dostaniemy 3 z kawałkiem. Innymi słowy, pieniądze z pracy ludzkich rąk i umysłów są grabione dodatkowo przez państwo, bo to nie wymyśliło jak dotąd lepszego sposobu żeby zadbać o swoich obywateli, niż okradanie ich samych. Państwo i jego ludzie od czarnej roboty powiedzą Wam, że to nie ono tak dużo zabiera, ale pracodawcy mało płacą. I jakby płacili więcej, powiedzmy, 6,5 tys. zamiast 5, to wtedy państwo zabrałoby co jego, a człowiek dostałby 5 na rękę. Ale nie mówi już to samo państwo, jak przedsiębiorca ma sfinansować tę podwyżkę, bo od tego już nie jest. Państwo, jak widać, jest od zabierania pracownikowi. Aaa, no i od dawania temu samemu pracownikowi, jemu podobnemu, lub bezrobotnemu, ochłapów z tego, co zabrało ludziom z pensji. Dopłacając 6 tysięcy złotych do podatku dochodowego, odbieram, w miesięcznych ratach, 6 tysięcy złotych rocznie na pierwsze dziecko. Przecież to zupełnie bez sensu. Po co robić takie idiotyczne przelewanie z kubka do szklani? Ano po to, żeby było widać, że państwo nie tylko zabiera. Że, jak dobry pan, również daje, a zły pan to dorobkiewicz, który was strzyże co miesiąc na zakładzie. I to myślenie, o zgrozo, do wielu trafia. Ci wszyscy, którzy widzą we współczesnym świecie alegoryczne odbicie „Kapitału”, obserwując stosunki państwo-człowiek pracy w Polsce, potwierdzają tylko swoją utopijną wizję: konflikt dzisiejszy, to nadal konflikt kapitał vesrus uspołecznienie środków produkcji. Państwo natomiast stoi na straży ludzi pracy i trzepie po kieszeni kapitalistę. Co do jednego zgoda-państwo nahajem łamie dziś kapitalistom ręce. I to nie tym wielkim, ci mają sztab ludzi do obrony. Dostaje się najbardziej średniakom. No i przy okazji też pracownikowi. O staniu na straży nie ma mowy, a wie to ten, kto widział jak się w firmach ewidencjonuje czas pracy, jak rozpisuje urlopy, jak na stacji benzynowej koleś z Sanepidu pije wódkę z kierownikiem zmiany, a w tym czasie szeregowy pracownik napełnia mu bak prywatnego auta państwową benzyną. Oczywiście, są w biznesie i tacy, którym zawsze będzie mało i nawet gdyby zwolnić ich z obowiązku łożenia opłat i podatków za pracę, i tak obetną pracownikom pensje i kupią sobie kolejny jacht. Ale jest też spora grupa, która dałaby ludziom zarobić, ale nie może, bo jak podniesie pobory, to wszyscy pójdą z torbami sczyszczeni przez fiskus.
Platforma niestety nie odwraca w swoich propozycjach tego paradygmatu. Dalej chce opodatkowywać pracę, ale proponuje jednocześnie dawanie premii za pracowniczą aktywność. Tylko po co. Wystarczy ludziom nie zabierać, żeby później im nie oddawać ułamka tego, co się nakradło niby to do wspólnego budżetu. Ten da się zbilansować bez konieczności drenowania pieniędzy z kieszeni pracownika. I to jest właśnie, moim zdaniem, myślenie progresywne, na które nawet polska lewica jak dotąd nie wpadła. Chcesz być po stronie ludzi pracy-to stań obok nich i nie pozwól ich okradać. Nie grubemu biznesmenowi z cygarem (a są nadal i tacy) jak z obrazka, ale państwu, bo to ono najwięcej zabiera.
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Niepełnosprawni mogą odejść

W Polsce większość osób niepełnosprawnych pozostaje poza rynkiem pracy.

Wskaźnik zatrudnienia niepełnosprawnych w Polsce jest jednym z najniższych w Europie. Jednostki administracji publicznej oraz państwowe osoby prawne w zdecydowanej większości nie podejmują skutecznych działań w celu zatrudnienia osób z niepełnosprawnościami – choć Polska zobowiązała się do tego w 2012 roku.
Polska, ratyfikując wtedy konwencję o prawach osób niepełnosprawnych, uznała ich prawo osób niepełnosprawnych do pracy, na zasadach równości z innymi osobami. Zobowiązała się też do zagwarantowania realizacji ich prawa do pracy poprzez popieranie zatrudnienia niepełnosprawnych w sektorze publicznym oraz zdobywanie przez nich doświadczenia zawodowego.
Dla ludzi z niepełnosprawnością praca jest nie tylko drogą usamodzielnienia ekonomicznego i poprawy warunków bytu, ale także zasadniczym sposobem integracji z otoczeniem. W Polsce jednak, zdecydowana większość osób niepełnosprawnych pozostaje poza rynkiem pracy i jest to zjawisko występujące od lat. Liczba osób niepełnosprawnych w tzw. ekonomicznym wieku produkcyjnym (18 – 59 lat dla kobiet i 18-64 lat dla mężczyzn) w 2017 roku wynosiła 1 680 tys., co stanowiło 7,1 proc. wszystkich osób w wieku produkcyjnym. Odsetek biernych zawodowo wśród osób niepełnosprawnych wynosił aż 71 proc. (1 194,5 tys.). W 2017 r. wskaźnik zatrudnienia osób niepełnosprawnych w wieku produkcyjnym wyniósł zaledwie 26,3 proc.

Będą mniej zatrudniać

Czy w Polsce słabnie popyt na pracowników, czy też wyczerpują się już zasoby głów i rąk do pracy?

Od ponad dwóch lat ekonomiści i przedsiębiorcy wskazują na bariery w rozwoju gospodarczym związane z rynkiem pracy. Jednak ciągle udawało się te bariery pokonywać – w 2017 r. przedsiębiorcy zwiększyli liczbę zatrudnianych pracowników o 4,5 proc. zaś w 2018 r. o 3,5 proc.
Wydawać się mogło, że tak już będzie stale.To jednak przestaje być pewne. Zatrudnienie co prawda rośnie, ale coraz wolniej.
W maju 2019 r. zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw (bez mikroprzedsiębiorstw, czyli firm zatrudniających do 9 osób) wzrosło o 2,7 proc. w porównaniu z majem ubiegłego roku, zaś wynagrodzenia zwiększyły się o 7,7 proc. – podał Główny Urząd Statystyczny.
W ciągu pierwszych pięciu miesięcy 2019 r. zatrudnienie w przedsiębiorstwach wzrosło o 2,9 proc. w stosunku do tego samego okresu ubiegłego roku, zaś wynagrodzenia o 7,1 proc. Jednakże w maju zeszłego roku zatrudnienie zwiększyło się o 220 tys. osób w stosunku do maja 2017 r., ale w maju tego roku – już tylko o 170 tys. w stosunku do maja 2018 r. Jednocześnie, w maju 2019 r. nastąpił spadek zatrudnienia w stosunku do poziomu z marca i kwietnia br., o 12-13 tys. osób.
Informacje płynące z przemysłu (wskaźnik PMI, badanie koniunktury w gospodarce przez GUS) wskazują na planowane przez firmy ograniczanie wzrostu zatrudnienia.
Czy popyt na pracę słabnie, czy też zaczyna brakować pracowników? Odpowiedź nie jest jednoznaczna, a sytuacja zależy od sektora gospodarki.
Zatrudnienie najprawdopodobniej będzie nadal rosło, ale wolniej niż dotychczas. Może to wynikać z kilku przyczyn, w tym także z efektów inwestycji realizowanych przez przedsiębiorstwa w ostatnich miesiącach.
W 2018 r. i w pierwszym kwartale 2019 r., około 50 proc. inwestycji przedsiębiorstw to nakłady na maszyny, urządzenia techniczne i narzędzia.
Część z nich to na pewno środki trwałe, związane z wprowadzaniem w przedsiębiorstwach nowych technologii – a to oznacza, że w przemyśle będzie rosło zapotrzebowanie na pracowników o coraz wyższych kwalifikacjach, ale w mniejszej ich liczbie. Jednocześnie będzie to wpływać na utrzymywanie się wysokiego wzrostu wynagrodzeń, ale także na rosnące zróżnicowanie wynagrodzeń w różnych grupach zawodowych.
Popyt na pracę słabnie też w sektorze finansowym. To efekt wywołany nowymi technologiami i zmianą modeli biznesowych.
Zbyt mała liczba pracowników cały czas pozostaje problemem w transporcie, hotelach i restauracjach (szczególnie teraz, gdy zaczął się sezon wakacyjny) – a także w sektorze szeroko rozumianej informacji i komunikacji.
Do tych dziedzin, gdzie „tradycyjnie” są problemy z dostępem do pracy, dołączają sektory edukacyjny oraz opieki zdrowotnej. Należy się spodziewać, że oferowane tam niskie wynagrodzenia będą w coraz większym stopniu zwiększać problemy ze znalezieniem pracowników. Tym samym, zwiększą się i kłopoty z dostępem do tych, najważniejszych dla nas wszystkich, usług publicznych.

PiS nie przejmuje się brakiem lekarzy

Rząd się zawsze wyleczy – najprawdopodobniej z takiego założenia wychodzą działacze obecnej ekipy, tak chętnie robiący oszczędności budżetowe na zdrowiu Polaków. I są tego efekty, bo umieralność rośnie.

Pediatrzy, specjaliści chorób wewnętrznych i anestezjolodzy otwierają polską listę 10 specjalizacji lekarskich najtrudniejszych do pozyskania. O trudnościach w ich rekrutacji mówi co piąta placówka medyczna.
Generalnie, 72 proc. szpitali w naszym kraju poszukuje pielęgniarek, 68 proc. – lekarzy a 13 proc. położnych.

Geriatrów nie szukają

Trudności w rekrutowaniu pediatrów zgłasza 23 proc. polskich szpitali, tyle samo mówi o problemach w pozyskiwaniu specjalistów chorób wewnętrznych, a 21 proc. sygnalizuje trudności w rekrutowaniu anestezjologów.
Oprócz nich na liście specjalizacji lekarskich najtrudniejszych do pozyskania są specjaliści chorób płuc – 7 proc., neurolodzy – 8 proc. i ginekolodzy – 10 proc.
Ponadto, w sferze dużego zainteresowania polskich szpitali znajdują się ortopedzi, traumatolodzy, okuliści, otorynolaryngolodzy, psychiatrzy, radiolodzy, chirurdzy naczyniowi i lekarze medycyny pracy.
Ciekawe, że w tym badaniu niedoborów lekarzy, przygotowanym przez Manpower, w ogóle nie występują lekarze geriatrzy, których ponoć w Polsce jest skandalicznie mało. Z drugiej zaś, strony nie brak opinii, że pojęcie „lekarz geriatra” jest w ogóle niepotrzebne , bo ludzie starsi chorują przecież na takie same choroby jak ci w sile wieku, choć nie zawsze w ich przypadku choroby te mają taki sam przebieg, jak w przypadku osób młodszych.
W polskich szpitalach brakuje także farmaceutów czy fizjoterapeutów, dla których bardziej atrakcyjna jest praca w lecznictwie otwartym (jeżeli można w ogóle mówić o atrakcyjności, bo fizjoterapeuci są bardzo nisko opłacani).

Władza nic z tym nie robi

Jak zauważa prof. Jarosław J. Fedorowski, prezes Polskiej Federacji Szpitali, nasze szpitale potrzebują również personelu niemedycznego, a zwłaszcza informatyków, dla których inne branże są znacznie bardziej interesujące.
– Niedawno pojawił się również problem z rekrutacją menedżerów szpitali, co ma związek z dużą rotacją na stanowiskach dyrektorskich – dodaje prof. Fedorowski.
Brak lekarzy takich deficytowych specjalności jak choroby wewnętrzne, pediatria, dermatologia, okulistyka, psychiatria czy geriatria staje się obecnie jedną z najistotniejszych systemowych przyczyn wydłużania się średniego czasu oczekiwania na świadczenia medyczne. Problem będzie narastać, bo rządzące Prawo i Sprawiedliwość nic z tym nie robi i nawet nie ma takiego planu.
Warto przywołać też opinię Najwyższej Izby Kontroli, która zwraca uwagę na narastający problem tworzącej się luki pokoleniowej wśród personelu lekarskiego.
Ponad 55 proc. lekarzy to osoby w wieku powyżej 45 roku życia. W niektórych specjalnościach luka pokoleniowa jest tak duża, że istnieje coraz bardziej realne zagrożenie braku ciągłości udzielania świadczeń medycznych.
– Z raportów pokontrolnych wynika, że niektóre szpitale mają już tak duże trudności z pozyskaniem lekarzy specjalistów, że zmuszone będą wkrótce zaprzestać wykonywania niektórych świadczeń z powodu braku wykwalifikowanej kadry – mówi ekspert Jacek Kopacz.

Wszędzie ich brakuje

Jeśli chodzi o inny personel, to część placówek potrzebuje położnych (13%), techników elektroradiologów, tomografii komputerowej, rezonansu magnetycznego (7%) oraz diagnostów laboratoryjnych i laborantów (7%). Wyniki badania Manpower nie wskazują natomiast na brak dietetyków (którzy mają niewielkie pole do popisu przy ubogiej szpitalnej diecie) oraz pielęgniarek oddziałowych.
Jeśli natomiast chodzi o stanowiska niemedyczne, to szpitale obecnie najbardziej potrzebują przedstawicieli personelu pomocniczego takiego jak salowe, pomoc kuchenna, sanitariusze, pracownicy pralni (38%), a także pracowników działów administracji, na przykład punktu rejestracji pacjentów, archiwum, działu kadr i księgowości (38%).
Wszystkie placówki w Polsce, może z wyjątkiem największych klinik uniwersyteckich mają trudności z pozyskiwaniem pracowników o pożądanych kwalifikacjach. Problemy kadrowe szpitali są zjawiskiem ogólnopolskim, choć znacznie bardziej odczuwają je mniejsze miasta.
– Trudności dotyczą szczególnie szpitali ogólnych pierwszego i drugiego poziomu zabezpieczenia, a ich przyczyny wynikają z niedostatecznego finansowania szpitali oraz warunków pracy personelu. Znaczenie ma także infrastruktura, bo łatwiej pozyskać kadrę dla szpitali nowo budowanych i dobrze wyposażonych, niż do szpitali o gorszych warunkach lokalowo-sprzętowych – mówi prof. Jarosław J. Fedorowski.

Specjalistom dziękujemy?

Generalnie, w Polsce odnotowujemy trudności w pozyskiwaniu kadr medycznych w całym systemie opieki zdrowotnej. Na polskich uczelniach medycznych kształci się coraz więcej studentów, jednak dużą grupę stanowią obcokrajowcy, którzy po zakończeniu nauki zaraz wracają do swoich krajów.
Co gorsza, wciąż rośnie także liczba absolwentów, którzy widząc, jak wyglądają realia polskiej opieki medycznej , decydują się na emigrację.
Zdumiewające jest, że przy tak dużym niedoborze lekarzy, w Polsce jest bardzo duży brak miejsc specjalizacyjnych, czym także rząd PiS się nie przejmuje. – Korzystają na tym kraje sąsiadujące z Polską, głównie Niemcy i Czechy, które są dobrze przygotowane, aby wykorzystać potencjał młodych lekarzy i pielęgniarek, stwarzając im warunki do nauki i pracy w zawodzie – dodaje ekspert Jacek Kopacz.
Jak rozwiązać problem niedoborów w polskiej służbie zdrowia? Eksperci wskazują, że poprawa sytuacji kadrowej polskich szpitali wymaga wielostronnych działań.
– Musimy znacznie poprawić finansowanie tych placówek, szybciej decydować się na modernizację i budowę obiektów, inwestować w wielofunkcyjne poradnie przyszpitalne a także wprowadzać nowe rozwiązania organizacyjne, takie jak na przykład oddziały wieloprofilowe, gdzie pracować będą szpitalni lekarze pierwszego kontaktu, koordynatorzy opieki oraz edukatorzy zdrowotni. Ponadto, powinniśmy ograniczyć rozmiary pracy związanej z uzupełnianiem dokumentacji medycznej, przy jednoczesnej inwestycji w informatyzację – wskazuje prof. Jarosław J. Fedorowski.

Żaden kraj tego nie wytrzyma

Przede wszystkim jednak, potrzebne jest też aktywne działanie rządu – tymczasem, pod rządami Prawa i Sprawiedliwości dostęp do opieki medycznej i jej jakość pogorszyły się we wszelkich możliwych aspektach. Widać to niestety w rosnącej śmiertelności Polaków.
Oczywiste jest, że niedoboru lekarzy – bo on w Polsce jest najbardziej dotkliwy – nie da się zlikwidować wyłącznie poprzez podnoszenie ich zarobków. Zawsze będzie bowiem sporo krajów, w których lekarzom płaci się znacznie lepiej niż u nas.
Dlatego trzeba poważnie zastanowić się nad tym, co zrobić, by utrudnić młodym lekarzom emigrację zarobkową z Polski – bo zachętami płacowymi do pozostania u nas, nie przebijemy wielu innych państw, znacznie bogatszych od naszego. A skoro zachętami nie dorównamy, konieczne jest nagromadzenie utrudnień, które nie pozwolą na łatwą i szybką emigrację zarobkową z Polski.
Słowo „utrudnienia” jest tu jak najbardziej na miejscu. Żadne państwo nie wytrzyma bowiem finansowo na dłuższą metę sytuacji, gdy młodzi ludzie, wykształceni za darmo na całkiem niezłych uczelniach, będą wkrótce po studiach wyjeżdżać za granicę, by swoją energię , pracowitość i kwalifikacje sprzedawać tym, którzy nie wyłożyli nawet grosza na ich edukację.
Szczególnie dotkliwe jest to w przypadku młodych lekarzy, którzy ukończyli u nas – powtórzmy, za darmo – bardzo kosztowne, sześcioletnie studia. Nie wolno dopuścić, by to czego się nauczyli, wywozili za granicę i tam rozwijali swą karierę zawodową. Trzeba ich zatrzymać w Polsce. Nie jest to myśl nowa. Już ładnych kilka lat temu napomykał o tym prof. Michał Kleiber. Problem jednak, jak to zrobić, bez naruszania demokracji i wolności obywatelskich?

Zatrzymać ich przymusem

Cóż, nie ma co uciekać od niemiłego być może, ale niezbędnego stwierdzenia – otóż, absolwentów studiów medycznych trzeba zatrzymać w Polsce przymusem. Tyle, ze nie może to być przymus administracyjny lecz finansowy. Konieczne jest więc doprowadzenie do tego, by młodzi lekarze nie emigrowali z Polski z obawy przed bolesnymi konsekwencjami finansowymi.
Wbrew pozorom, stworzenie takiego systemu, powiedzmy to szczerze, bicia po kieszeni, byłoby dość proste. Otóż, studia medyczne w Polsce muszą być płatne.
Każdy, kto się na nie dostanie powinien zapłacić za nie z kieszeni swoich rodziców, albo z kredytu na studia, zaciągniętego zaraz po immatrykulacji. Taki kredyt możnaby zwrócić – ale można też byłoby odpracować go w kraju.
Do dyskusji pozostaje, ile lat lekarz powinien pracować w Polsce, by kredyt na studia medyczne mógł zostać uznany za spłacony. Logiczne wydaje się, że powinna to być wielokrotność czasu studiów.
Tak więc, jeżeli ktoś za swe studia medyczne zapłacił kredytem, to na przykład po 12 latach (bo okres sześcioletni wydaje się zdecydowanie za krótki) pracy w szpitalu czy przychodni (albo i we własnym gabinecie) w Polsce, dostałby zaświadczenie, że już nic nie jest winny państwu z tytułu darmowego studiowania – i mógłby sobie jechać do pracy tam gdzie chce. 37 lat to jak na lekarza, jeszcze nie jest za późny wiek, by zdążyć dorobić się za granicą.
Zawsze w takich sytuacjach może pojawić się być jakiś odsetek oszustów – czyli ludzi, którzy zapłacą za studia kredytem,ale go nie odpracują, ani nie spłacą – i zaraz po studiach prysną za granicę aby tam pracować. Trzeba jasno powiedzieć, że w ten sposób dopuszczą się przestępstwa wyłudzenia. Będą mogli oczywiście pracować za granicą , nikt im przecież tego nie uniemożliwi – lecz gdyby wróciliby do Polski, musieliby stanąć przed sądem.
Medycyna to bardzo kosztowne studia, więc takie rozwiązania kredytowe powinny objąć przede wszystkim właśnie ten kierunek. Oczywiste jest jednak, że podobny system odpracowywania kredytów mógłby działać i w przypadku wszelkich innych studiów, których absolwenci zaraz wyjeżdżają z Polski, by budować swą karierę za granicą.

Jestem zmęczony biznesem

Z Michałem Kicińskim, jednym z założycieli firmy CD Projekt i współtwórcą
sukcesu gier „Wiedźmin” rozmawia Kinga Tuńska

Odniosłeś ogromny sukces biznesowy. Co trzeba było poświęcić, aby zrealizować swoje marzenia?

Niestety poszedłem drogą jak z tego dowcipu, że „pół życia ciężko harujesz tracąc zdrowie i zarabiając pieniądze, a potem przez drugą połowę życia wydajesz pieniądze, by odzyskać zdrowie, które straciłeś przez tę pierwszą połowę życia”.

Zacytowałeś chyba Dalajlamę, to jego słowa.

To mądre słowa. Generalnie życie na takich wysokich obrotach nie służy zdrowiu, im się ten biznes robi większy, to napięcie wszelkiego rodzaju rośnie i stopniowo pojawiają się tego skutki. Moje problemy ze zdrowiem zaczęły się od chronicznych problemów z gardłem, z migdałkami, potem zacząłem czuć się osłabiony, zaczęły mi wypadać garściami włosy, nie byłem w stanie pracować ośmiu godzin dziennie, później już nawet pięć godzin pracy sprawiało mi trudność. Aż w końcu strzeliło mi więzadło w kolanie, w sytuacji, w której nie powinno się to wydarzyć. Do tego nałożył się kryzys w firmie i wtedy zacząłem cierpieć na bezsenność. Wszystko to spowodowało, że byłem naprawdę wyczerpany fizycznie i psychicznie. I ten stan mi się nie podobał. Nie chciałem doprowadzić do takiego momentu, w którym już naprawdę przegnę i zakończy to się jakąś ciężką chorobą, więc jak te symptomy się pojawiały, próbowałem coś z tym zrobić. Wiedziałem, że konieczna będzie zmiana stylu życia, że te dwie rzeczy są ze sobą immanentnie powiązane. Postanowiłem odejść z CD Projektu, było to dla mnie trudne, bo tę firmę tworzyłem od samego początku. Paradoksalnie kontuzja kolana mi w tym pomogła, bo po prostu fizycznie nie byłem w stanie chodzić do pracy. To pomogło mnie wyciągnąć z pracy w CD projekcie.

Przeciążenie Twojego organizmu było ogromne, bo oprócz szeregu dolegliwości, przestałeś nawet czuć smaki i zapachy. Jak ostrzega portal dozdrowia.com.pl, oznaczało to kompletny brak kontaktu ze sobą, ze swoim ciałem.

Wtedy zupełnie ignorowałem swoje ciało. Mam taką cechę i umiejętność, która jest zarówno wielkim darem jak i przekleństwem, że jak się na czymś koncentruję, to zapominam o ciele. Może już nawet zaczynać się rozpadać, a ja dalej będę robił swoje, dopóki nie doprowadzę rzeczy do końca. I to jest fajne, bo z jednej strony pozwala to odnieść sukces, a z drugiej strony ten sukces opłacony jest wysokim kosztem utraty własnego zdrowia fizycznego jak i psychicznego. Mam świadomość, że umiem się tak zatracić i teraz staram się tego nie nadużywać, bo zbyt wiele to kosztuje.

Czyli teraz pracujesz nad sobą? Jak zahamować, jak zwolnić tempo?

Teraz interesuje mnie życie w równowadze – i to się sprowadza do tego, że chciałbym bardzo mało pracować i w tym kierunku zmierzam. Cały czas staram się, by pracy było jak najmniej. Mam takie poczucie, że już się w życiu napracowałem, że już mi wystarczy. Jestem zmęczony biznesem. Czasem przyglądam się ludziom dookoła mnie, np. jak stoję w korku i nie widzę za bardzo szczęśliwych ludzi. Na ich twarzach widać, napięcie, stres, zmęczenie, rozedrganie, bardzo rzadko widzę kogoś kto ma na twarzy lekkość i zadowolenie. To jest choroba cywilizacyjna. Całe społeczeństwo jest strasznie zagonione, żyje w takim napięciu, pośpiechu, dążeniu do czegoś, do zarobienia na mieszkanie, kredyty etc… A gdzieś ta radość istnienia nam umyka.

Odcięliśmy się od natury. Mamy dostęp do wielu rzeczy, informacji, rozmaitych dóbr, mamy rozbudzone apetyty konsumpcyjne. Podświadomie jesteśmy programowani przez reklamy, filmy, magazyny. Media mówią nam jak powinno wyglądać nasze idealne życie, do czego powinniśmy dążyć, zachęcają nas, żebyśmy nie zwalniali tempa, dążyli do sukcesu, którego wyznacznikiem jest wysoki status materialny. Mało kto ma czas, zatrzymać się i pomyśleć o sobie, o tym czego naprawdę potrzebuje.

Tak właśnie jest, jak się w ten sposób długo nawykowo funkcjonuje, nic dziwnego, że nasz organizm upomni się o siebie i zaczynamy chorować. Powstaje też taki rodzaj choroby, bycia nieszczęśliwym – bo niby do czegoś dążymy, osiągamy to, mamy chwilę wytchnienia, że udało się to zrobić, ale jest to chwilowa przyjemność, bo potem mamy kolejny cel i proces się powtarza. Bycie szczęśliwym to bardzo długa droga i niezależna od naszych osiąganych celów.

Idealnym tego przykładem jest Twoja reakcja na zdjęcie, na którym odbierałeś nagrodę „Przedsiębiorcy Roku”: zobaczyłeś niby uśmiechniętego człowieka sukcesu, a w środku byłeś nieszczęśliwy – choć przez te wszystkie lata dążyłeś właśnie do tego sukcesu.

Z jednej strony jak odbierałem tę nagrodę, to rzeczywiście byłem wtedy nieszczęśliwy, ale to był szczególny moment w moim życiu, bo właśnie odchodziłem z mojej firmy. Z drugiej strony cieszyło mnie, że dostaliśmy tę prestiżową nagrodę, że ogarnęliśmy się też finansowo, bo wcześniej mieliśmy duże kłopoty. I przy odbiorze nagrody pomyślałem, że osiągnąłem to co chciałem osiągnąć, że gdzieś doszliśmy z firmą, że zostało to zauważone i docenione i to jest ten moment, w którym mogę zacząć wycofywać się z firmy. Droga do tej nagrody była naprawdę ciężkim, krwawiącym, okupionym nadludzkim, niszczącym człowieka, wysiłkiem. Tamten Michał był szalenie przeciążoną jednostką, która nie potrafiła cieszyć się chwilą i życiem.

Co zrobiłeś, by odzyskać równowagę i powrócić do zdrowia?

Prawda jest taka, że moje zdrowie wcale nie jest jeszcze w idealnym stanie, jakbym sobie tego życzył. Żeby odzyskać równowagę przede wszystkim starałem się żyć w mniejszym obciążeniu, to było dla mnie absolutnie kluczowe. Stres odbija się na całym organizmie, powstaje obciążenie systemu. Do dziś wiele moich problemów zdrowotnych ma związek z jelitami i to jest choroba psychosomatyczna o podłożu stresogennym, żeby zredukować to napięcie praktykuję medytację Vipassane.

Na czym ona polega i dlaczego wybrałeś tę technikę medytacji?

Ja jestem dość pragmatyczną osobą, wcześniej próbowałem ćwiczeń oddechowych, one trochę pomogły, ale jednak nie sięgnęły głębi problemu. To był właściwie przypadek, podłączyłem się do kolegi, który jechał do Indii. Pamiętam, że był to grudzień, cierpiałem wtedy na chroniczną bezsenność, nie spałem prawie od dwóch tygodni. Pojechałem w bardzo złej kondycji na 10 – dniowy kurs medytacji. To było coś, co odmieniło moje życie. To staro buddyjska, wymagająca praktyka, która ma za zadanie przez te 10 dni wprowadzić cię jak najgłębiej w samego siebie i oczyścić z podświadomych programów, które wszyscy nosimy. W wyniku tej pracy nad sobą, zachodzą bardzo głębokie zmiany na lepsze. Po takim doświadczeniu czułem się bardzo mocno odmieniony, jakby ktoś zdjął mi z pleców worek pełen kamieni. Ta praktyka pomogła mi zrozumieć siebie, swoje mechanizmy, dotrzeć do tego co się we mnie dzieje. Kiedyś nie miałem kontaktu ze swoimi uczuciami, odciąłem się od siebie. Stosujemy wiele mechanizmów obronnych i bardzo lubimy być przywiązani do swojego wizerunku. Każdy choć raz powinien spróbować tej praktyki, to szalenie poszerza horyzonty, choć z pewnością jest to bardzo wymagająca ścieżka duchowa.

Jak się ją praktykuje?

Chodzi o to, żeby stworzyć wewnątrz siebie przestrzeń, żeby była możliwość pojawienia się odczuć. Medytacja pozwala na złapaniu pewnego dystansu
zarówno do tych negatywnych jak i pozytywnych uczuć. Istotne jest także rozpoznanie miejsca z którego to się ogląda, miejsce twojej prawdziwej jaźni, rdzenia świadomości, który jest czystą obecnością – i w tej przestrzeni obecności pojawiają się myśli, emocje, odczucia, nic z nimi nie robisz, starasz się być tylko wyłącznie ich świadomy. Jesteśmy tak skonstruowani, że utożsamiamy się z naszymi stanami emocjonalnymi, gdy odczuwamy złość, niepokój, to mówimy: JA się złoszczę, JA się niepokoję, JA, JA i JA. Gdy masz już trochę wprawy w medytacji, wiesz, że to nie jest tak, że to ty się złościsz, tylko ty jesteś w pozycji czujnego obserwatora, a emocja pojawi się i możesz teraz zdecydować, czy w nią wskoczysz i pojedziesz na niej, czy być jej świadomym, ale zachowywać się niezależnie od niej. Daje ci to wewnętrzną wolę, nie poruszasz się już automatycznie.

Jak teraz dbasz o zdrowie?

Muszę Cię rozczarować – nie dbam, jak w tym powiedzeniu „szewc bez butów chodzi”. Byłem ostatnio w Azji i uświadomiłem sobie, że życie w mieście mi nie służy. Życie w Warszawie jest czymś czego naprawdę nie chcę. Całe moje ja się przeciwko temu buntuje, więc porządkuję sprawy i planuję wyprowadzić się na wieś. Dotarło do mnie jeszcze, że doraźne leczenie nie jest idealną drogą do zdrowia, więc wycofuję się z tych projektów, które już wziąłem na siebie. Chodzę regularnie na basen, saunę. Staram się wysypiać, co mi różnie wychodzi. Staram się nie jeść słodyczy, wiem też, że gluten mi nie służy, dlatego ograniczam jego spożycie – ale jestem teraz w takim momencie życia, który nie sprzyja dbaniu o zdrowie. Buduję swój dom nad Bugiem, zamykam pełno różnych spraw i do takiej dbałości, do której chcę dążyć, potrzebne jest mi szersze spojrzenie. Muszę ułożyć odpowiednio swoje życie, wtedy zadbam o odpowiednie odżywianie i o zdrowie.

Jednak patrząc na Twoje obecne dokonania i plany, to tak sobie myślę, że Michał znowu bierze sobie za dużo na głowę. Założyłeś jeden ośrodek medytacji w Peru, współfinansujesz drugi niedaleko Łodzi, wykupiłeś fort w Warszawie do stworzenia centrum rozwoju osobistego, pracujesz nad produkcją telefonu z niską radiacją, jesteś właścicielem wegańskiej restauracji – i to jeszcze nie koniec biznesów.

Okazuje się, że pędzący pociąg potrzebuje trochę czasu na zatrzymanie się. Rzeczywiście te rzeczy, które wymyśliłem sobie po odejściu z CD Projektu, znowu są obciążające, ale z dużą determinacją zmniejszam moje zaangażowanie w tych wszystkich projektach. Mam od tego cudownych ludzi, choć przyznam Ci się, że nie tak łatwo jest zatrzymać tą jadącą lokomotywę. Kiedy odchodziłem z CD Projektu, miałem wizje, że będę tylko leżał na plaży i oglądał palmy itd. Niestety tak się nie da.

Co Twoim zdaniem jest najważniejsze, żeby utrzymać zdrowie?

Ważne, aby nie być ignorantem na poziomie fizycznym, żeby nie pochłaniać rzeczy słabej jakości, niezależnie czy chodzi o jedzenie, picie, czy powietrze. Stajesz się tym co jesz, wiec trzeba starać się przywiązywać wagę do tego co jemy i czym oddychamy. Kolejnym krokiem, jest aktywność fizyczna. Nasze ciała lubią ruch, więc w zdrowym ciele zdrowy duch. To bardzo ważny aspekt zdrowia, ale przede wszystkim uważam, że najważniejsze jest właściwe nastawienie do życia czyli pogodzone, pozytywne, akceptujące. Nie należy tworzyć w sobie wewnętrznych napięć lecz umieć się pogodzić z wydarzeniami trudnymi i nieprzyjemnymi – i wierzyć, że jeżeli nam się przydarzają, to jest w tym jakiś większy sens, mimo, że tego nie rozumiemy. Sam wielokrotnie przechodziłem przez trudne momenty w życiu i po czasie rozumiałem, że to co się wydarzało było mi potrzebne, bo finalnie coś mi dawało. Trzeba też stworzyć sobie taką przestrzeń, żeby to dobre nastawienie do życia i fizyczne dbanie o zdrowie mogło w niej rozkwitać. Ważne jest, żeby robić tego co się kocha, najlepiej, żeby praca była naszym hobby.

Ty możesz sobie na to pozwolić, masz już ten komfort. Wielu ludzi jednak tak nie żyje, praca to dla nich konieczny obowiązek, a robienie tylko tego co się kocha jest z tym trudne do pogodzenia.

Może jest trudne do pogodzenia, ale wierzę, że jeżeli ma się jakiś cel i chce się go osiągnąć, to można to zrobić. Doszedłem w wiele miejsc, które sobie wcześniej wyznaczyłem. Pochodzę z mało zamożnej rodziny nauczycielskiej i jestem w miejscu, w którym pieniędzy mi nie brakuje. Miałem za dużo pracy i doszedłem do miejsca w którym tej pracy miałem już mało. Teraz znowu mam jej więcej ale już dochodzę do miejsca w którym będę miał jej mniej. Jasne, że to nie są rzeczy na pstrykniecie palców, ale jeżeli ktoś świadomie sobie obierze cel i zaczyna do niego zmierzać, jest w stanie go osiągnąć.

Dziękuję za rozmowę.

Wypadki chodzą po pracownikach

Główny Urząd Statystyczny przedstawił dane na temat liczby ofiar wypadków przy pracy w 2018 roku.
Wynika z nich, że w tym czasie łączna liczba poszkodowanych w wypadkach przy pracy wyniosła 84304 osób i była o 4,6% niższa niż rok wcześniej. W tym czasie wypadkom ciężkim uległo 517 osób, czyli o 21,8% mniej niż przed rokiem.
W ubiegłym roku 209 osoby uległy wypadkom śmiertelnym, czyli o 22,3% mniej niż rok wcześniej. Najwięcej wypadków śmiertelnych było w budownictwie – 48, przetwórstwie przemysłowym – 45 oraz transporcie i gospodarce magazynowej – 33.
W ubiegłym roku wskaźnik wypadkowości w Polsce wyniósł 6,37 i był nieco niższy niż w 2017 r., gdy wyniósł 6,84. Najwyższe wskaźniki wypadkowości (liczba osób poszkodowanych na 1000 pracujących) odnotowano w sekcjach: Górnictwo i wydobywanie – 14,73, Dostawa wody; gospodarowanie ściekami i odpadami; rekultywacja – 14,25, natomiast najniższe w sekcjach Informacja i komunikacja – 1,32 oraz Pozostała działalność usługowa – 1,75. Najwyższe wskaźniki wypadkowości odnotowano w województwach: dolnośląskim i wielkopolskim – po 7,88, warmińsko-mazurskim – 7,59 i lubuskim – 7,41, a najniższe w województwie mazowieckim – 4,37, małopolskim – 4,77 i podkarpackim – 5,78.
W konsekwencji wypadków przy pracy pracownicy opuścili 2,996 mln dni, czyli o 114 tys. mniej niż rok wcześniej. Na jednego poszkodowanego przypadło 35,6 dni, czyli 0,3 dnia więcej niż rok wcześniej.