Dobrze gospodaruj zdrowiem

Koniec roku to nie tylko czas na podsumowanie osiągnięć i zrealizowanych planów, ale jednocześnie dobry moment, aby zrobić bilans zdrowia.

 

O tym, że profilaktyka jest ważna, każdy z nas doskonale wie. W teorii. A jak jest z praktyką? Wraz z wiekiem w organizmie zachodzą zmiany, które – niewykryte odpowiednio wcześnie – mogą znacząco obniżyć komfort życia.
Około 40. roku życia metabolizm zwalnia, a w organizmie zaczynają zachodzić zmiany, związane z procesem starzenia. Pojawiają się dolegliwości bólowe ze strony układu kostnego, słyszymy gorzej, a nasz wzrok słabnie. Wiele z tych zmian to następstwo procesów fizjologicznych, których nie możemy zatrzymać, ale jesteśmy w stanie je opóźnić. W społeczeństwie funkcjonuje popularne stwierdzenie, mówiące o tym, że życie zaczyna się dopiero po czterdziestce – to prawda! To jednak, jakie ono będzie, zależy w dużej mierze od nas. Od czego więc powinniśmy zacząć?
Regularne wizyty u lekarza to – obok zdrowego stylu życia – podstawowy element skutecznej profilaktyki. Po 40-tce zaleca się przynajmniej raz w roku odwiedzić internistę, który – po przeprowadzeniu wywiadu medycznego i wykonaniu podstawowych badań – określi stan naszego organizmu. Na liście obowiązkowych badań powinny znaleźć się: się RTG klatki piersiowej, gastroskopia, a raz na 2-3 lata – profilaktyczne EKG serca. Na prozdrowotnej liście uwzględnić należy również stomatologa oraz lekarzy specjalistów.
W przypadku kobiet – regularne wizyty u ginekologa (cytologia, badanie piersi), a mężczyzn – urologa i systematyczną kontrolę prostaty. Powinniśmy jednak pamiętać o tym, że po 40-tce należy zatroszczyć się także o zmysły, dzięki którym możemy cieszyć się niezależnością, tj. wzrok i słuch. Badanie słuchu, po 40. urodzinach, powinno być wykonywane raz na 10 lat, a kontrola wzroku – nawet przynajmniej raz w roku.
Aż 86 proc. Polaków po 40. roku życia deklaruje problemy z dobrym widzeniem – jak pokazuje badanie opinii, postaw, zwyczajów i wiedzy na temat dbania o wzrok, przeprowadzone przez PBS w styczniu 2018 r, na reprezentatywnej grupie Polaków w wieku 40-55 lat. O wzrok trzeba dbać kompleksowo – choćby po to, by nie przeoczyć szans, które czekają na nas w 2019 roku.
78 proc. osób w wieku 40-55 lat nosi okulary a 2 proc. soczewki kontaktowe – wynika z wspomnianego badania. Wyniki te potwierdzają, że ostre widzenie nie jest nam dane raz na zawsze, a oczy w pewnym wieku wymagają wsparcia.
Współczesny tryb życia jest niezwykle wymagający dla układu wzrokowego. Niestety pierwsze symptomy jego starzenia się następują wcześniej niż u poprzedniego pokolenia. Wraz z wiekiem, soczewka oka staje się mniej elastyczna, a jej zdolność akomodacji, czyli przystosowania się oka do widzenia w różnych odległościach, spada. Jednym z najważniejszych czynników, mających negatywny wpływ na akomodację oka, jest długi czas, spędzany w tzw. bliży wzrokowej. Czyli wtedy, kiedy patrzymy na przedmioty, znajdujące się blisko nas, jak: komputer, dokumenty czy telefon. Eksperci twierdzą, że wzrok można częściowo poprawić poprzez ograniczenie czynników męczących oczy, takich jak: kilkugodzinna praca przed ekranem komputera, smartfona, tabletu czy innych urządzeń elektronicznych. Pracę oczu wspomogą również odpowiednio dobrane okulary.
Można też przearanżować swoje otoczenie, uwzględniając między innymi odpowiednie oświetlenie, korzystanie z nowoczesnych ekranów czy inne skonfigurowanie wyświetlaczy.

Bardziej zadowoleni z pracy Sytuacja na rynku pracy

Po okresie wieloletniego spadku satysfakcji Polaków z tego, co robią zawodowo, w tym roku nastąpiło odwrócenie trendu.

 

Ludzie maja się nieco lepiej w swoich miejscach pracy, częściej mówią o nich pozytywnie i bardziej identyfikują się z nimi. Połowa Polaków jest zaangażowana w swoją pracę. To zaangażowanie zwiększyło się w 2018 r. o 2 punkty procentowe – z 48 do 50 proc.
W tym roku aż 54 badane wskaźniki ocen środowiska pracy odnotowały wzrost w porównaniu do 2017 r. Wówczas aż 71 wskaźników na 74 zostało ocenionych niżej. Teraz pracownicy, jak śpiewał Jacek Kaczmarski „poczuli siłę i czas”. Wiedzą, że już nie muszą bezwolnie ulegać dyktatowi pracodawców.
Takie właśnie wnioski płyną z najnowszego badania Aon Best Employers. Czujemy się bezpieczniej i stabilniej. To odwrócenie trendu z 2017 roku, kiedy takie wyznaczniki jak lojalność, poczucie wpływu czy chęć pozytywnego mówienia o firmie zanotowały znaczące spadki. Wspomniane badanie jest bardzo reprezentatywne, bo przeprowadzone zostało na grupie ponad 57 tysięcy respondentów ze 131 polskich firm.
Polska jest jednym z krajów w UE o najniższej stopie bezrobocia. Wydawać by się zatem mogło, że „rynek pracownika” wciąż ma się dobrze, a utrzymanie pracowników pozostaje w sferze głównych wyzwań.
– Warto jednak zwrócić uwagę na aktualne sygnały, które płyną z rynku pracy – wyhamowanie zarówno wzrostu płac jak i spadku wskaźnika bezrobocia w połączeniu z większym docenianiem obecnych pracodawców. Może to świadczyć o powolnym zmierzchu rynku pracownika – komentuje ekspertka Magdalena Warzybok,
W każdym razie, optymizmem napawa fakt, że polski pracodawca wziął sobie do serca to, co najbardziej bolało „najcenniejszy kapitał” jego organizacji. Aż 54 z 74 badanych aspektów środowiska pracy odnotowało wzrost w porównaniu do roku 2017.
Ostatnie dwa lata to czas ogromnych zmian na naszym rynku pracy. Rekordowo niskie bezrobocie, wyzwania z pozyskiwaniem i utrzymywaniem pracowników, ogromna presja na wzrost wynagrodzeń – wszystko to stanowiło jedne z najważniejszych strategicznych wyzwań polskich firm. Ta sytuacja spowodowała wzrost oczekiwań pracowników, któremu pracodawcy musieli sprostać.
Dziś przyszłość firm, w których są zatrudnieni polscy pracodawcy jest bardziej przewidywalna. Wiedzą oni, jakie możliwości rozwoju przed nimi stoją (wzrost z 42 do 46 proc.), a także rozumieją, w jaki sposób postawione im cele wiążą się z celami firmy (wzrost z 64 do 68 proc. ).
Wiedza zatrudnionych o tym, jak sukces firmy wpływa na ich wynagrodzenie wzrosła z 37 do 45 proc. Do przedsiębiorców wreszcie dotarło, że dobre wyniki biznesowe firmy powinny przekładać się na korzyści finansowe dla pracowników. Jednocześnie, stali się oni bardziej przekonani, iż firma, w której pracują jest odpowiedzialna za obietnice składane pracownikom (wzrost z 38 do 42 proc.). Płaca minimalna i średnie zarobki wzrosły – ale mimo to, wciąż większość pracowników ma poczucie, że w porównaniu do innych miejsc, w których mogliby pracować, nie są sprawiedliwie wynagradzani. W tym obszarze zanotowano spadek z 33 do 29 proc. Uważają również, że ich firmy poprzez sztywność procedur nie nadążają za coraz powszechniejszą cyfryzacją i nowoczesnymi technologiami.

Świat od spodu (3)

„Angielski sen” się skończył. Rozpoczął się „Świat od spodu”. To będzie opowieść o tym, jak na Wyspach przeżyć. Ale przede wszystkim o tym – jak wygląda świat, o którym zadowoleni z siebie przedstawiciele klasy średniej nie mają pojęcia. Dziś publikujemy trzeci odcinek tego cyklu.

 

 

W piątek dostałem przelew, 244 funty. Agencja znowu nie wypłaciła mi zaległych poborów. Od kilku tygodni usiłuje wyegzekwować i jak dotychczas bez rezultatu. Dzisiaj środa, dzień w którym wysyłają mailem payslipy. Czekam, jeśli nie przyjdzie, to znaczy że kasy od nich już nie dostanę i będę musiał w jakiś inny sposób dochodzić swoich roszczeń. Z tych 244 funtów, uregulowałem bieżący czynsz za pokój i spłaciłem część zaległości, dałem gospodarzom 200 funtów.

 

Zostało mi niewiele ponad cztery dychy, trochę mało na przeżycie, tym bardziej że chciałem szukać pracy w Luton, a komunikacja publiczna jest tutaj dosyć droga. Wyczerpałem już wszelkie możliwości w Borehamwood, złaziłem całe miasto, zapuściłem się nawet do sąsiedniego Elstree. Bezskutecznie. Zostało cztery dychy i wybór, albo siedzieć w domu i trwać cały tydzień poddając się apatii, albo nie przejmować się dniem następnym tylko wsiąść w pociąg, pojechać i znowu z energią szukać zajęcia. Tak też zrobiłem. Zaraz po tym jak odebrałem pieniądze – jeszcze w piątek – wsiadłem w pociąg i zgodnie z planem pojechałem na poszukiwanie roboty.

 

***

Bilet w jedną stronę kosztuje 10.70, jeśli jednak kupuję od razu powrotny – tzw. return – to cena jest znacznie niższa i w zależności od humoru biletomatu, albo wynosi 12.70, albo 8.30. Nie jestem w stanie zrozumieć działania tego systemu, bo cena bywa różna nawet jeśli kupujemy bilet tego samego dnia tygodnia o tej samej porze. Stała cena dotyczy tylko przejazdów jednostronnych. Tym razem biletomat zażądał 12.70 za return, ale i tak wychodziło dużo taniej niż gdybym kupił dwa jednostronne.

Z Luton pojechałem autobusem do Dunstable, dzień wcześniej zadzwoniłem pod numer z ogłoszenia i umówiłem się na rozmowę w sprawie pracy. Nie mogłem kupić biletu powrotnego, ponieważ połączenie z tym miastem obsługuje kilku przewoźników. Mogłoby się okazać, że czekałbym na powrót do późnego wieczora, a chciałem jeszcze połazić po Luton. Kilka dni wcześniej kolega podesłał mi ogłoszenie, że w Dunstable poszukują ludzi do pracy na poczcie i że oferują kontrakt. Myślałem, że najprawdopodobniej sortownia lub sprzątanie, ale na miejscu okazało się, że jest to agencja pracy. Mam złe doświadczenia z tego typu pośrednikami (zerknąłem do skrzynki, wciąż nie ma payslipa), ale nie bardzo miałem też wyjście. Wszedłem i trafiłem na pracującą tam Polkę. Bardzo energiczna, około trzydziestki. Dała stos testów i formularzy, posadziła na krześle i kazała wszystko wypełniać. Przebieg pracy zawodowej i adresy pod którymi mieszkałem przez ostatnie pięć lat, pełny niemalże życiorys w rubrykach.

Skłamałem oczywiście, że dotychczas na terenie UK nie pracowałem, złożyłem kilkadziesiąt podpisów i rozwiązałem mało skomplikowany test matematyczny, który wyglądał mniej więcej tak, zadanie: 25+30 = ? I I należało zakreślić prawidłową odpowiedź: A) 11 B) 78 C) 55. Papierów tych było tak dużo, że ich wypełnienie zajęło dobrych kilkadziesiąt minut. Gdy już się uporałem, zaniosłem na biurko kobiety. Rzuciła okiem i powiedziała, że ma dla mnie pracę w warsztacie stolarskim. Stawka 11 funtów, trzynastogodzinny shift, od 17.00 do 6.00 rano. Jeśli chcę, to mogę zacząć już od poniedziałku. Bardzo się tym ucieszyłem, kasa dużo wyższa niż miałem na sprzątaniu, a warsztat stolarski jest znacznie przyjemniejszy niż chłodnia. Powiedziała też, że dadzą mi tam kontrakt. Trudno było w to uwierzyć. Dokładny namiar obiecała wysłać wieczorem, bo – jak powiedziała – musi wcześniej mnie sprawdzić w rejestrze. Zasiała pewien niepokój, nie wiedziałem czy poprzednia agencja nie wpisała mnie na jakąś czarną listę, czy mają taką możliwość by moje dane znalazły się w jakimś systemie? Zacząłem też się zastanawiać co będzie jeśli wyjdzie kłamstwo o tym, że wcześniej w Anglii nie pracowałem.

Z tymi rozterkami wyszedłem z agencji. Pojechałem jeszcze do Luton, odwiedziłem polski sklep na Wellington street, kupiłem dwie paczki ukraińskich papierosów po cztery funty (na więcej już nie mogłem sobie pozwolić) i wpadłem do banglijskiej knajpy na kurczaka z frytkami za całych funtów dwa. Na dworcu zorientowałem się, że rano, kupując bilet, nie zabrałem drugiego z automatu. Return jest drukowany na dwóch blankietach, a ja w pośpiechu złapałem jeden i pobiegłem na pociąg. Byłem na siebie wściekły, zostało mi już tylko czternaście funtów, z których przez bezmyślny pośpiech muszę wydać 10.70.

Niezależnie od tego czy dostanę tę pracę czy nie, bez pożyczki się nie obejdzie. Zamiast martwić się tym czy przyślą z agencji sms-a z adresem zacząłem kombinować skąd wezmę pieniądze.

 

***

Wadą nowej pracy była odległość. Nawet nie tyle odległość, co brak bezpośredniego dojazdu. Z Borehamwood do wskazanego miejsca miałem około 17 km, żeby jednak tam się dostać musiałem jechać pociągiem i dwoma autobusami. Według mapy google, czas podróży to około półtorej godziny, piechotą doszedłbym w trzy. Nie zamierzałem jednak zrezygnować.
W poniedziałek wyszedłem z domu trochę wcześniej, kilka minut po pierwszej. Znałem jedynie adres, nigdy wcześniej nie byłem w tej okolicy. Wziąłem zapas czasowy na wypadek gdybym się gdzieś pogubił. Za cholerę nie chciałem się spóźnić.

Bilety w jedną stronę kosztowały blisko 13 funtów i zupełnie inny zestaw przewoźników rano i inny wieczorem, więc return odpadał, a poza tym można z niego korzystać jedynie tego samego dnia. Kiedy pracuje się w nocy, powrót jest dnia następnego. Mógłbym ewentualnie kupić rano, co umożliwi popołudniowy dojazd, ale jedynie na pociąg. Tylko ten fragment podróży jest stały. Powrót zapowiadał się bardzo trudny, pierwszy autobus jest dopiero kilka minut po ósmej rano. Musiałbym po pracy czekać ponad dwie godziny. Po cichu liczyłem, że może ktoś z pracowników ma samochód, jeździ w kierunku jakiegoś większego dworca i mógłbym się z nim tam zabrać. Może nawet do St. Albans, miałbym już całkiem blisko – pomyślałem.
Pomimo tego koszmarnie drogiego dojazdu, policzyłem że i tak się opłaci. Przy trzynastogodzinnym shifcie i proponowanej stawce dniówka powinna wyjść o 40 – 50 funciaków więcej, niż miałem na chillu. Idealnym rozwiązaniem będzie przeprowadzka. Pierwszy tydzień chciałem jednak przetestować, popracować i sprawdzić jakie są dalsze perspektywy zatrudnienia.

 

***

Zatopiony w myślach dotarłem do miejsca w którym kobiecy głos z GPS powiedział – jesteś na miejscu. Miałem przed sobą cały kompleks różnego rodzaju hal, garaży, magazynów, zakładów, firm, hurtowni, sklepów i cholera wie czego. W tym przemysłowym gąszczu musiałem odnaleźć niewielki warsztat stolarski. Miałem półtoragodzinny zapas.
Zaczepiłem faceta w roboczym ubraniu i zapytam o tę stolarnię. Okazało się, że szuka tego samego warsztatu, również przysłała go ta sama agencja, też przyjechał do pracy, też w to miejsce i też jest Polakiem. We dwóch uporaliśmy się z labiryntem i zameldowaliśmy się w biurze pół godziny przed czasem. Zdziwiłem się że właścicielem również jest Polak, dopytał o nasze doświadczenie stolarskie. Powiedział, że potrzebuje stolarzy meblowych, fachowców, którzy bez przyuczenia staną do pracy przy maszynach. Żaden z nas nie miał jednak wymaganych kwalifikacji. Wiele lat pracowałem w różnego typu stolarniach i tartakach, będąc w Szwecji wykonywałem prace ciesielskie. Nie o takiego stolarza mu chodziło i przerysowując można to porównać do mechanika i zegarmistrza. Zawody zbliżone, a jakże różne.

To mnie pani z agencji poczęstowała – powiedział trochę do nas, a trochę do siebie zrezygnowany. W zasadzie bez owijania w bawełnę powiedział, że nie potrzebuje innych pracowników i nie może pozwolić sobie na naukę. Nie ma na to czasu. Żebyśmy nie byli jednak stratni, to możemy przepracować jedną zmianę i dostaniemy obiecana stawkę.

 

***

Kleiliśmy do rana korytka z płyt laminowanych umilając sobie czas rozmową. Okazało się, że chłopak, z którym tu przyszedłem od kilku miesięcy pracuje w takim systemie przez tę agencję. Wysyłają go tam, gdzie jest zapotrzebowanie na specjalistów o określonych kwalifikacjach. Pracuje jeden, dwa góra trzy dni w jednym miejscu, a gdy wychodzi że nie ma odpowiedniego przygotowania, pracodawca rezygnuje z jego usług, agencja natomiast wysyła go pod inny adres. Podobno nie ma przerw i zawsze pracuje pięć dni w tygodniu. Zaletą tego systemu są dużo wyższe zarobki. Specjaliści wynagradzani są znacznie lepiej i jak mówi, nie zdarzyło mu się pracować za minimalną – 7.83 na godzinę. Czasami, chociaż rzadko, trafiały się roboty nawet za 17 – 18 funtów na godzinę. Najczęściej jednak płacą trochę ponad dychę.

Wadą są ciągłe zmiany i szukanie dojazdów. Zalet jednak znacznie więcej. Daleko od lokalnych intryg i trudno w tak krótkim czasie narobić sobie wrogów, a i w nowej pracy zawsze szybciej płynie czas. Niezły patent pomyślałem i postanowiłem z również z niego skorzystać. Ale dopiero gdy wrócę z Francji.

 

***

Przyszedł payslip, jest 18.00 nigdy nie przysyłali tak wcześnie. Kwota do wypłaty 0.00. Wysłali informację, że dostanę zero funtów. Najwyraźniej nie zamierzają wypłacić mi zaległego wynagrodzenia, a wciąż są mi winni za dwie przepracowane po urlopie noce – 120 funtów, i overtime’a – 60 funtów. Chyba muszę poszukać jakiejś instytucji zajmującej się nieuczciwymi pracodawcami. Zrobię to jednak już po powrocie z Francji. Teraz mogę jedynie przestrzec przed nieuczciwym pośrednikiem. Agencja, która lubi skubnąć i podebrać pracownikom kasę nazywa się STAFFLINE. Uważajcie na nich. Przez STAFFLINE mam zaległość za pokój, nie mogłem uregulować jednego czynszu. Z agencją STAFFLINE miałem już wcześniej nieprzyjemne przejścia. Kiedyś próbowali skubnąć mi dodatek nocny. Znam wiele osób, które miały z nimi podobne przejścia.

Wspomniałem wcześniej, że wybieram się do Francji. Nie mam ani pracy, ani kasy, pomimo tego jutro lecę na kilka dni do Lyonu. Zatrzymam się u kolegi, który mnie zaprosił i kupił bilety. W mojej sytuacji taki wyjazd jest czymś zbawiennym, pozwoli spojrzeć na wszystko z dystansu. A Francja jest najlepszą odtrutką na angielską szarzyznę. Jeśli będzie tam jakaś praca, to oczywiście zostanę jeśli nie, to bilet powrotny mam wykupiony na poniedziałek.

 

c.d.n.

 

Świat od spodu (1) LIST Z WYSP

„Angielski sen” się skończył. Dziś zaczymamy „Świat od spodu”. To będzie opowieść o tym, jak na Wyspach przeżyć. Ale przede wszystkim o tym – jak wygląda świat, o którym zadowoleni z siebie przedstawiciele klasy średniej nie mają pojęcia. Dziś publikujemy pierwszy odcinek tego cyklu.

 

 

Zwolniony za to, że ujawniał łamanie praw pracowniczych? Takie rzeczy jak widać zdarzają się nie tylko w kraju nad Wisłą…

 

Do Radlett dojechałem autobusem. Miałem jeszcze do przejścia jakieś pięć, sześć kilometrów. Ostatni pociąg uciekł mi sprzed nosa. Dosłownie. Podjechał gdy jeszcze zmagałem się z biletomatem i mozolnie wbijałem litery: Elstree and Borehamwood. Wbiegłem na peron w momencie gdy już zamykały się drzwi. Szlag – pomyślałem i zrobiło mi się żal wrzuconych do automatu trzech funtów. Niby niedużo, ale przed godziną straciłem robotę, a po oddaniu długów zostało mi trochę ponad trzydzieści funtów. Trzy dychy na cały tydzień…
Musiałem pojechać okrężną drogą, bo po 22.00 nie miałem już żadnego, bezpośredniego połączenia do Borehamwood. Autobus do Radlett kosztował dwa funty osiemdziesiąt pensów, biletomat zażarł trzy czterdzieści. Wydałem ponad sześć funtów, a i tak muszę zapieprzać z buta. Najgorsze, że prawie nie znam tej drogi, raz tylko szedłem tędy ze znajomymi, ale byliśmy zajęci rozmową. Niewiele więc szczegółów zapamiętałem. Muszę przejść przez całą główną ulicę tego miasteczka, skręcić w lewo. Tylko gdzie? Miałem nadzieję, że jakiś detal przypomni mi w którym to było miejscu.
Wciąż miałem w głowie tę dziwną rozmowę z Petem i jego kuriozalną argumentację, że oni są zadowoleni z mojej pracy, ale to agencja postanowiła zerwać mój kontrakt. Minęła doba od mojej rozmowy z Davem i Alistairem. Mogli powiedzieć, żebym już nie przyjeżdżał, oszczędzili by mi przynajmniej kilka funtów i nocny bieg na orientację. Na szczęście nie było zimno, przynajmniej nie tak zimno jak poprzedniego dnia.
Spacer okazał się nawet całkiem przyjemny, a po drodze miałem czas by poukładać sobie wszystko w głowie. Opracowaliśmy z Grześkiem Walińskim nowy plan. I obaj zapaliliśmy się do jego realizacji. Projekt zakładał zmianę formuły „angielskiego snu” na prasowe reality shaw. Praca była ważnym elementem tego zadania. Jej utrata zmieniła jednak moje położenie. Muszę więc zdecydować czy mimo to podejmę ryzyko, czy też wracam do Polski? To ostatnie byłoby najprostszym ale i najrozsądniejszym wyjściem. Zamykamy cykl angielskiego snu, a ja wracam do kraju i rozglądam się za jakimś płatnym zajęciem.
Wariant pierwszy może wiązać się kilkudniowymi głodówkami, a przynajmniej niedojadaniem, ciągłym brakiem papierosów, życiem w ogromnym stresie, napięciu i wieczną niepewnością. Za pokój płacę 130 funtów tygodniowo, mam zaległość za jeden tydzień. Być może jeszcze jeden uda mi się wynegocjować i przełożyć zapłatę. Ale jeśli szybko nie znajdę zajęcia, to wkrótce wyląduję na ławce.
Nie wiem też jakie szanse mam na znalezienie jakiejkolwiek roboty. Jeśli w wypowiedzeniu wpiszą dyscyplinarkę, to skutecznie zamknie dla mnie brytyjski rynek pracy. Przynajmniej ten agencyjny. Zostaną zmywaki i robota na czarno. Podejmując decyzję, muszę założyć najgorszy dla mnie scenariusz. Nie znam do końca tutejszych realiów i nie sądziłem, że to co robię jest tak wielką „zbrodnią” w niepisanym kodeksie pracy. Tym bardziej, że nie interesują mnie ani same firmy, ani ich nazwy. Nie szukam sensacji. Nawet jeśli moje teksty dotrą do odpowiednich służb, nawet jeśli kontrole potwierdzą łamanie praw pracowniczych, mobbing czy nawet rasizm – to zamknięcie tego czy innego magazynu niczego nie zmieni. Nie poprawi losu nieszczęsnych imigrantów. Wręcz przeciwnie, dla kilkudziesięciu lub kilkuset będzie to tragedia, bo stracą pracę. A nie tego chcę.
Pięć lub sześć kilometrów na podjęcie bardzo trudnej decyzji. Było kilka minut po północy, gdy już zbliżałem się już do domu. Ostatecznej decyzji wciąż nie podjąłem. Przyjemny zapach pieczonego kurczaka przypomniał mi jak bardzo jestem głodny – przez ostatnią dobę zjadłem jedynie kanapkę. Rano nie miałem kasy, a potem zamierzałem coś wsunąć w zakładowej kantynie. Ale nawet się do niej nie zbliżyłem. Przystanąłem na chwilę, przeleciało mi przez głowę żeby wejść i coś zjeść. Wciąż miałem w kieszeni te trzy dychy, w domu też nie było nic do jedzenia. Taki zapach dla kogoś głodnego i bez kasy to tortura. Wiedziałem już co mnie czeka jeśli zdecyduję się kontynuować plan.
Weekend przeleciał błyskawicznie. Kilka osób z pracy zadzwoniło ze słowami wsparcia, byli zaskoczeni moim zwolnieniem. To bardzo budujące, dziękuję. Nie wymienię Waszych imion żebyście nie mieli kłopotów.
Nadrabiałem zaległości senne i gromadziłem kontakty. Obdzwoniłem znajomych, przygotowałem plan działania na najbliższy tydzień i zacząłem sprawdzać w praktyce swoją wymowę zdania – I’m looking for a job – szukam pracy. Robiłem wszystko żeby zająć głowę i nie pozwolić by pytanie – co dalej? – sparaliżowało moje działania. Jeśli poddam się takim myślom, to bardzo ciężko będzie potem podnieś się z łóżka i ruszyć do działania. Znam siebie.
Odwiedzałem okoliczne knajpy, fast foody i małe sklepy. Zacząłem od tych, gdzie bywałem jako klient i gdzie już mnie rozpoznawali. Właścicielami większości są Turcy, a z jednym wiele razy rozmawiałem. Poznaliśmy się, gdy kupowałem owoce. Miłośnik prozy Pamuka i zażarty przeciwnik Erdogana. Podobnie jak ja, mieliśmy więc o czym gadać. Chodziłem tak od drzwi do drzwi, od sklepu do knajpy i odwrotnie. Na pytanie czemu już nie pracuję, odpowiadałem że agencja nierzetelnie płaci i sam odszedłem.
W kilku miejscach zostawiłem swój numer telefonu. Poza tym bez większego rezultatu, ale zadowolony, że przełamałem pierwszą barierę czekałem poniedziałku.
Na terenie Zjednoczonego Królestwa funkcjonuje sieć banków żywności – food bank. Nie miałem jednak pojęcia na jakich zasadach one działają, ani jak i komu wydają tam jedzenie. Myślałem, że trzeba mieć jakieś specjalne kwitki czy skierowanie, trzeba być Anglikiem, albo mieć jakieś oficjalne pozwolenie na pobyt itp. Same wątpliwości. Postanowiłem jednak zaryzykować. W internecie znalazłem adres najbliższej placówki. Okazało się, że jest tuż obok miejsca, w którym mieszkam. W poniedziałki otwarte od 13.00 do 15.30.
Kilka minut po pierwszej zameldowałem się pod tym adresem. Zaplecze jakiegoś kościoła. Stałem kilka minut przed budynkiem zmagając się z zażenowaniem, wstydem i tremą. Nie bardzo wiedziałem nawet jak się dogadać. Składałem w głowie pojedyncze słowa, żeby ułożyć sensowne zdanie. Zerknąłem do słownika w telefonie. Robiłem wszystko żeby przedłużyć stanie i oddalić moment wejścia. Musiałem jednak iść i przynajmniej spróbować. Musiałem się przełamać – chociaż to naprawdę nie było łatwe. Z trzydziestu funtów została już tylko dycha, a jutro food bank nieczynny. Została dycha i coraz większa obawa czy dostanę jeszcze wypłatę z agencji. Są mi winni za niecałe dwa tygodnie pracy, ale jeśli poczuli się tak dotknięci tym, że podniosłem głos na managera i wpiszą mi dyscyplinarkę? Cholera wie, mam dychę i najmniejszej pewności czy ujrzę kiedykolwiek swoje pieniądze.
Ledwo i wbrew swojej chęci natychmiastowego odwrotu, przełamałem wszelkie opory i pewnym krokiem wszedłem. Pewny krok zmniejsza tremę. Kobieta w średnim wieku zapytała w czym może pomóc. Powiedziałem, że jestem głodny, nie mam już pracy i mieszkam w Anglii od pół roku. Spytała czy mam bilety albo voucher. Nie miałem i przekonany, że nic już nie uzyskam zamierzałem wyjść, ale przytrzymała mnie za łokieć i pokazał przez okno budynek naprzeciwko – jakiś urząd, chyba Council. Powiedziała żebym tam poszedł, w okienku dadzą mi voucher, a bilety oni już tutaj wyrobią. Super, pomyślałem chociaż nie bardzo wiedziałem o co chodzi, postanowiłem wykonać jej polecenie. Pod drzwi urzędu podprowadził mnie nawet jeden mężczyzna, który wyszedł obarczony siatkami.
Pani w okienku wypytała o moje dane, od ręki wystawiła czerwony voucher i z tym kwitkiem wróciłem do food banku. Trwało to nie dłużej niż pięć minut. A same formalności może dwie minuty.
Na miejscu kilka wolontariuszek zajmowało się obsługą. Sala wypełniona była ludźmi, najwyraźniej wszyscy już się znali. Siadłem nieśmiało – chciałem w rogu, ale stół był okrągły – i czekałem. Jedna zapytała czy chcę kawę czy herbatę, poprosiłem herbatę. Kolejna przysiadła się obok i zaczęła wypełniać mój kwestionariusz. Ponownie podałem swoje dane, co ważne nikt nie chciał żadnego dokumentu. Wciąż jednak nie wiedziałem czy coś dostanę, czy odejdę jedynie z kwitkiem.
Po wypełnieniu papierów kobieta powiedziała, że mogę sobie spokojnie wypić herbatę, siedzieć jak długo chcę i ponownie przyjść we środę. Nic już nie rozumiałem, dali herbatę, pozwolili posiedzieć i zaprosili na środę? Fajnie, chociaż liczyłem na żarcie. Przypomniał mi się film „Ja, Daniel Blake” i zmagania bohatera z tego typu placówkami i pracownikami pomocowymi.
Zdezorientowany szykowałem się już do wyjścia, kiedy podsunęły w moim kierunku wózek wypełniony siatkami z jedzeniem. Ta, która spisała mój kwestionariusz powiedziała, że to racja na trzy dni i że kolejną dostanę we środę. Pięć toreb pełnych jedzenia i siatka chemii. Ilość tak duża, że nawet pracując nie mógłbym sobie na to wszystko pozwolić. Nawet kawa, sok jabłkowy, kilka paczek ciastek i cukierki. Mimo, że niedaleko od mojego mieszkania, to i tak trzy razy stawałem żeby odpocząć. Nie mogłem uwierzyć. Coś jednak tu działa. I to naprawdę dobrze. Jeden problem odpadł – głodować nie będę.

c.d.n.

Angielski sen cz. (1) NA WYSPACH

Od kilku miesięcy pracuję na Wyspach. Po dwóch tygodniach urlopu ponownie odwiedziłem Zjednoczone Królestwo – wciąż nie wiem na czym to ich jednoczenie polegało, ale mniejsza z tym.

 

 

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Teraz jego felietony będą ukazywać się w „Dzienniku Trybuna”. Ponieważ jest to jednak początek nowego cyklu, pierwszy z nich ma charakter wprowadzenia adresowanego do Czytelników, którzy nie mieli okazji czytać poprzednich, publikowanych wyłącznie w wersji elektronicznej.

 

Zanim tu przyleciałem chwytałem się w panice przeróżnych zajęć. Po kolejnej i mam nadzieję ostatniej terapii odwykowej, po raz kolejny rozpocząłem nowe życie. Ponieważ z samego pisania utrzymać się teraz nie sposób, a wiele więcej robić nie potrafię. Pomimo pewnych oporów, ale z nadzieją na stały dochód, zatrudniłem się na jakiś czas w telewizji państwowej. Niestety, wszędzie był ten sam problem, płatności. Owszem, zapewniali, że już za miesiąc zapłacą, wyrównają i że będzie już dobrze. Na pocieszenie dowiedziałem się, że z pewnością dostaniemy kasę na koniec grudnia, ponieważ księgowość przed nowym rokiem musi zrobić porządek w papierach. A to był chyba wrzesień.
Niewiele brakowało, bym już został nawet stajennym. Pomysł bardzo mi się spodobał, praca w sam raz – choć kwalifikacji brak, to zapału do cholery. W jednej ze stadnin, poszukiwali pomocnika. Pojechałem na rozmowę wstępną. Ponieważ jednak długo nie było odzewu, zdecydowałem się na wyjazd do mitycznej krainy funta szterlinga.
Znajomi znaleźli mi pracę, ogarnęli lokum, udzielili kilku wskazówek, pomogli pozałatwiać formalności, i tak zacząłem brytyjski rozdział mojego życia.
W listach publikowanych na FB opisałem początki pracy, trudy aklimatyzacji, problemy z jakimi borykałem się na co dzień, coś co potem przeradzało się w banał, stawało rutyną, by ostatecznie dojść do wniosku, że nawet na swój sposób lubię tę pracę. A życie, choć wydaje się dziwne i czasami głupie, jest w zasadzie znośne, choć wciąż coś mnie tu uwiera. Nie potrafię określić co, ale wiem, że to nie jest moje miejsce na ziemi. Żeby nie stracić orientacji, każdego dnia zakładam zegarek, by nie stracić orientacji i nie pomylić lewej strony z prawą.
Wyleciałem z Polski jedynie na miesiąc, by poprawić swój byt i poczekać na kasę ze spodziewanej sprzedaży książki. Bytu jednak nie poprawiłem, a sprzedaż jest wciąż nieokreślona. Utknąłem więc w tym dziwnym kraju i trwam, bo zarobki dla takich jak ja, wystarczają jedynie na trwanie – chwilowe i niepiękne.
Plusem jest to, że nie od pierwszego do pierwszego, a od piątku do piątku. Płacą mi co tydzień, więc jeśli kasa skończy się na przykład we środę, to wystarczy przetrwać jedynie czwartek i życie, a raczej trwanie, zaczyna się od nowa. W międzyczasie zadzwonił właściciel stajni, żebym przyjechał do roboty, bo moja kandydatura najbardziej mu odpowiada. Tym razem ja się wahałem, bo szczerze mówiąc ledwo się zainstalowałem, zacząłem poznawać miejsca i ludzi. W magazynie gdzie piastuję odpowiedzialne stanowisko sprzątacza pracują ludzie z 69 krajów. Część z nich poznałem, z częścią się zaprzyjaźniłem, a moja nauka języka pasztu zadziwia nawet Pakistańczyków. Kiedyś jeden kierowca Ubera, prosił mnie bym nauczył go jak się przedstawić w tym języku, bo on wprawdzie Pakol, ale urodzony na Wyspach i całkowicie zasymilowany. Uczyłem go więc całą drogę: „Hapkakja name her?” (jak się nazywasz) i odpowiedź: „Mera name Jammi ha”, bo chyba Jammi miał na imię.
Planowany miesiąc pobytu w UK minął kilka miesięcy temu, a ja nadal mieszkam w kraju, którego pomimo szczerych chęci, nie udało mi się polubić. Wielka Brytania, to śmieci walające się po ulicach, to podłe jedzenie, Anglicy patrzący z góry na obcokrajowców, ludzie posługujący się językiem, w którym nie ma słowa „smacznego”, ale w zasadzie nie powinno to dziwić. Byłoby niesmacznym żartem powiedzenie komuś podczas typowego angielskiego obiadu „Smacznego”. Jedzenie naprawdę jest tu okropne. To kraj, w którym podobnie jak ruch uliczny, wszystko znajduje się z niewłaściwej strony.
To jedno z nielicznych na świecie miejsc, które kompletnie niczym mnie nie zachwyciło. Zdarzało się owszem, że zwiedzając jakieś miasteczko, myślałem „ale tu ładnie”, ale szybko dochodziłem do wniosku, że po prostu jest to posprzątane, zadbane, ale zupełnie przeciętne miejsce.
Zwiedzając Londyn obszedłem miejsca opisywane w powieściach Charlesa Dickensa – i nawet tego turpistycznego piękna z „Olivera Twista” nigdzie nie dostrzegłem. No, może w podziemnym przejściu w Luton, gdzie mieszka para bezdomnych dwudziestokilkulatków. Piękno dotyczy jedynie ich miłości, bo sytuacja w jakiej się znaleźli obciąża każdego z nas. A jeśli nie wydarzy się coś, jeśli nie zmienimy świata, to i tę miłość zabijemy. Patrząc na nich, zrozumiałem chyba co miał na myśli autor pisząc w Internecie o Luton: „W tym miejscu kończy się ludzkość”
Dotychczas mieszkałem w tym mieście. Według statystyk, Luton jest jednym z trzech najbrzydszych, najgorszych i najbardziej niebezpiecznych miast w UK. Znakomite rekomendacje dla kolekcjonerów wrażeń – pomyślałem – ale już po pierwszych tygodniach doszedłem do wniosku, że tu również jest przeciętnie. Handel narkotykami kwitnie praktycznie w każdym miejscu, nawet nie w ciemnych zaułkach, ale na głównych ulicach czy reprezentacyjnym deptaku. Sprytni dilerzy wpadli nawet na dość oryginalny pomysł. Rozdają wizytówki, na których w dwunastu językach napisane jest, co i za ile można kupić. Z numerem telefonu oczywiście. Dwukrotnie znalazłem dilpaki pełne białego proszku – zapewne kokaina, bo kto by sobie polską fetą (amfetamina) dupę zawracał.
Gdy kilka dni temu, po dwutygodniowym urlopie wróciłem z Polski, wsiadłem w pociąg, by jak najszybciej dojechać do znajomych. Zająłem miejsce… i tuż pod nogami zobaczyłem charakterystyczny, foliowy woreczek wypełniony białym proszkiem. „Good morning Anglio” – pomyślałem. Idealne miejsce dla kogoś, kto usiłuje wytrzeźwieć po 25 latach czynnego i hardkorowego uprawiania nałogów.
Jest jednak coś, czego Brytyjczykom zazdroszczę. Są równie niemili dla wszystkich. Tu nie wartościuje człowieka praca, którą wykonuje. Nie ma najmniejszego znaczenia w relacjach międzyludzkich, czy jest śmieciarzem, sprzątaczem, managerem, lekarzem czy kimkolwiek innym. Piastowane stanowisko jest na ostatnim miejscu jakiejkolwiek rozmowy. „Mój mąż jest z zawodu dyrektorem” – nie robi tutaj wrażenia.
Tutaj nie wzbudza sensacji para gejów czy lesbijek całujących się w autobusie lub na ulicy. Ale narzekają na imigrantów, ludzi z ich dawnych (i współczesnych) kolonii, których maksymalnie wyeksploatowali ze wszystkich wartościowych złóż, minerałów, niewolniczej pracy. Wycisnęli z nich wszystko, co zaspokajało ich próżność i stanowiło jakąkolwiek wartość, wpędzając tym samym w nędzę, A siebie w dobrobyt
Pewna doza sprytu i zmysł obserwacji, bardzo ułatwia życie. Komunikacja w Anglii jest potwornie droga. Bilet z Luton do Londynu w jedną tylko stronę kosztuje 22 funty. A to naprawdę niewielka odległość. W zależności od stacji 30-50 km.
Można jednak spokojnie przejechać tę trasę bezpłatnie, tylko w mniej dogodnych porach. Od 22.00 do 6.00 rano wszelkie bramki są otwarte, a stojąca obok obsługa kończy pracę. Można więc jeździć za free aż do oporu, czyli do 6.00 rano.
Kilka osób w pracy ucieszyło się z mojego powrotu. Ponieważ wcześniej zapowiedziałem, że prawdopodobnie zostanę w Polsce, to radość jaką zobaczyłem w ich oczach autentycznie mnie wzruszyła. Oczywiście Pasztuni, kilku Hindusów, Rumunów, i – co ciekawe – kilku Polaków, z którymi zdążyłem się już zakolegować. Znakomita większość wciąż się nawet ze mną nie wita. Najbardziej ucieszyła się dwójka Rumunów – Rokko i jego naprawdę piękna dziewczyna Made. Przez ostatni miesiąc jeździłem z nimi do pracy. Zaprzyjaźniliśmy się, a że pokrywał nam się grafik – oni też pracują na nocki – to miałem doskonały transport.
Od mojego miejsca zamieszkania do pracy to odległość ponad 30 km. Nie byłoby to nawet wielkim problemem, gdyby jeździły tam jakieś autobusy lub pociągi. Owszem istnieje kilka kombinacji dojazdu środkami publicznej komunikacji, ale wiążą się one z właściwym dla tego kraju ryzykiem. Ryzyko jest takie: autobus może przyjechać lub nie. Nie ma reguły. Niby jest na rozkładzie, niby elektroniczna tablica pokazuje, że za ileś tam minut przyjedzie, by w ostatniej minucie przeskoczyć i podać kolejny termin za 40 minut. Kiedyś z kolegą czekaliśmy w Old Hatfield ponad cztery godziny wierząc, że w końcu nadjedzie. Cztery czy pięć razy gapiliśmy się w minuty wyświetlane na przystankowym telebimie. Przypomniał mi się wtedy fragment piosenki Jacka Kaczmarskiego „i w duszach swych przeklinaliśmy, tę łatwą wiarę, w megafony”. Gdy jednak mamy już to szczęście i jednak przyjedzie, też nie należy jeszcze popadać w euforię.
Dwukrotnie dałem się nabrać i cieszyłem jak dziecko, gdy zobaczyłem nadjeżdżający pojazd o właściwym numerze. Jeszcze w pierwszym tygodniu pracy, wracałem do domu i marzyłem jedynie by coś zjeść, ochlapać i do łóżka. Jakieś cztery kilometry od mojego wynajętego pokoju na Stockwood Crescent w Luton, zatrzymał się i twierdząc, że auto ma awarię, wyrzucił wszystkich pasażerów. Drugim razem, na zupełnie innej trasie, w pewnym momencie, kierowca ogłosił, że właśnie skończył pracę i też wyrzucił wszystkich z autobusu. Czegoś takiego jak komunikacja zastępcza jeszcze tu nie widziałem.
Poza trudnościami komunikacyjnymi autobusów, pojawiają się dosyć często werbalne trudności komunikacyjne, gdy kupuję bilet. Odwiedzając znajomych w Borehamwood, często zostaję u nich na noc. Następnego dnia, jadąc do pracy z lękiem wypatruję autobusu o numerze 658.
Kupując bilet mówię kierowcy nazwę przystanku – Colney Fields. Kierowca powtarza: „London Colney?” Nie, odpowiadam, bo bilet który chce mi sprzedać jest droższy. Więc powtarzam Colney Fields, a ten swoje „London Colney”. I tak czasami po kilka, kilkanaście razy. W końcu kierowca załapuje „A! Colney Fields. Dlaczego od razu nie mówisz?” I patrzy na mnie jak na kretyna.
Zirytowany tymi wiecznymi problemami, by uprościć sprawę, zatrzymałem sobie w kieszeni stary bilet, gdzie jest napisana właściwa nazwa przystanku. Pomysł przeszedł spodziewane granice i już nie tylko nie muszę sie spierać o który Colney mi chodzi, ale również przestałem płacić za przejazd.
Wchodząc do autobusu mówię kierowcy „Colney Fields” i wyciągam ten stary bilet, by sobie jeszcze przeczytał. Kierowca w pierwszej chwili mówi „London Colney”, gdy jednak patrzy na ten stary bilet, który podtykam mu pod sam nos, mówi ok, masz bilet, siadaj możesz jechać. I tak na lewym bilecie, lewą stroną drogi dojeżdżam do roboty.

c.d.n.

Nie haruj w upały. Możesz odmówić

Temperatura w Polsce może dojść do 34°C.  Szefowie mają obowiązek zapewnić wodę i warunki odpowiednie do pracy bez narażania zdrowia. Część zatrudnionych może odmówić pracy.

 

Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej wydał ostrzeżenie przed upałami dla 14 województw. Zdaniem IMGW temperatura może sięgnąć 32°C, a według prognoz w niektórych mediach może lokalnie dojść do 34°C. Dla wielu pracowników oznacza to wyjątkowo trudne warunki w wykonywaniu obowiązków służbowych. Przepisy kodeksu pracy mówią jasno, że właściciele i kierownicy firm muszą w tych okolicznościach zadbać o bezpieczeństwo życia i zdrowia zatrudnionych osób. Jeżeli go nie zapewnią, muszą rozważyć wcześniejsze zwolnienie pracowników do domu przy zachowaniu pełnego wynagrodzenia.
Temperatura nieodpowiednia do pracy ficzycznej, uznanej w myśl przepisów za pracę w ciężkich warunkach, to taka, która przekracza 26°C. Temperatura nieodpowiednia dla prac średnio ciężkich wykonywanych w hali wynosi 28°C, a dla prac w biurze – 30°C (w pomieszczeniu). Obowiązek zapewnienia pracownikom napojów – najczęściej jest to woda – kiedy temperatura przekracza 28°C, a w przypadku pracy na zewnątrz – 25°C. Robotnicy wykonujący na zewnątrz tzw. prace brudzące muszą mieć zapewnione 90 litrów wody dziennie do celów higienicznych.
Przepisy BHP określają również, że pomieszczenia, w których wykonywana jest praca muszą być chronione przed nadmiernym nagrzewaniem się. W oknach muszą być zamontowane zasłony lub rolety.
Niektóre grupy mogą w ogóle odmówić wykonywania obowiązków. Przede wszystkim są to pracownicy młodociani, czyli w wieku 16-18 lat. Poza tym są to osoby, dla których upały mogą stanowić bezpośrednie zagrożenie zdrowia i życia – najczęściej są to pracownicy cierpiący na choroby serca i układu krążenia. Przy ekstremalnych temperaturach są oni uprawnieni do odmówienia pracy bez uszczerbku na wynagrodzeniu. O planowanej nieobecności w miejscu pracy muszą oni niezwłocznie poinformować właściciela firmy lub przełożonego i umotywować to zagrożeniem dla życia lub zdrowia z powodu panującej temperatury. Ocena skali zagrożenia należy do samego pracownika.

Imigranci, a interes gospodarki

Przedsiębiorcy chcą wpuszczać do naszego kraju uchodźców ekonomicznych – ale nie z każdego kierunku. Tym z południa wolą powiedzieć „nie”

 

Polski rząd, a także i społeczeństwo, uważają, że do Polski można ewentualnie wpuszczać bardzo ograniczone liczby uchodźców, którym rzeczywiście zagraża śmierć.
Nie wolno natomiast godzić się na przyjmowanie uchodźców ekonomicznych, pragnących w naszym kraju pracować i poprawiać swój status materialny.

 

Przyjeżdżajcie i pracujcie

Zupełnie inaczej sądzą polscy przedsiębiorcy, opowiadając się właśnie za tym, aby do Polski wpuszczać imigrantów zarobkowych.
„Związek Przedsiębiorców i Pracodawców jest przekonany, że Polska potrzebuje imigrantów pracujących – jest to obiektywny fakt wynikający z danych demograficznych” – stwierdza organizacja przedsiębiorców.
Ich zdaniem, deficytu ludności w wieku produkcyjnym, który w ciągu najbliższych dekad będzie się jedynie pogłębiał, nie da się w tym momencie uzupełnić prostym zwiększeniem liczby żywych urodzeń. Konieczna jest absorpcja ludności z zewnątrz.
Przedsiębiorcom chodzi oczywiście o to, by mieć więcej rąk do pracy – a jednocześnie nie chcą, co poniekąd zrozumiałe, zastosować prostego i skutecznego sposobu zachęcania do pracy, jakim byłoby radykalne podniesienie zarobków.
Są one w Polsce wciąż bardzo niskie i niech nikogo tu nie zmyli rosnąca średnia płaca w przedsiębiorstwach, która jest badana tylko w większych zakładach i osiąga ją niespełna jedna trzecia wszystkich pracujących rodaków.

 

Nie wszystkich chcemy

Przyzwolenie ze strony przedsiębiorców na import imigrantów zarobkowych, nie dotyczy jednak ludzi z kręgu innej wiary i kultury.
„Charakterystyka części imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki każe twierdzić, że ich przymusowe przyjęcie przez nasz kraj, byłoby sprzeczne z racją stanu i interesem polskiej gospodarki” – oświadcza Związek Przedsiębiorców i Pracodawców.
W tym punkcie ich opinie są więc zgodne z działaniami rządu. Dlatego przedsiębiorcy z dużym zadowoleniem przyjmują ustalenia szczytu w Brukseli odnoszące się do kwestii relokacji imigrantów wewnątrz Unii Europejskiej.
Ich zdaniem, zdecydowana postawa polskiego rządu się opłaciła. Udało się bowiem m doprowadzić do zahamowania szkodliwego pomysłu przymusowej relokacji imigrantów. Zamiast tego potrzebna jest dyskusja o rozsądnej polityce imigracyjnej wewnątrz Unii Europejskiej, do czego ustalenia decydentów unijnych mogą być bardzo dobrym wstępem.
Trzy lata temu, główni decydenci w ramach Unii Europejskiej zdecydowali się zaproponować ów mechanizm przymusowej relokacji imigrantów. Gdyby został on przyjęty, Polska byłaby zmuszona do przyjęcia na swoje terytorium określonej liczby uciekinierów i objęcia ich opieką.

 

Większość od razu wyjedzie

A tymczasem, dyskutować trzeba nad polityką imigracyjną, uwzględniającą potrzeby rynku pracy.
Wydaje się jednak, że polskie obawy przed takim rozwiązaniem były nieco przesadzone. Rzecz w tym, że ci imigranci nieszczególnie uważali nasz kraj, jako miejsce docelowe swojej tułaczki – z reguły kierowali się oni w stronę Niemiec, Anglii albo Francji, gdzie mogli liczyć na bogate wsparcie socjalne.
Wprawdzie dla Polski, będącej wciąż państwem dużo uboższym, niż najbardziej rozwinięte gospodarki Unii Europejskiej, obciążenie finansowe wynikające z przymusowego przyjęcia imigrantów, byłoby nieproporcjonalnie wysokie – ale wypada mieć nadzieję, że krótkotrwałe. Przecież duża część z tych pięciu tysięcy imigrantów, których tak nie chcieliśmy przyjąć, od razu uciekłaby z Polski na zachód, gdzie są już ich rodziny.

Dobra zmiana zabija Polaków

Jak policzył Główny Urząd Statystyczny, w 2017 r. ogółem 88 330 osób padło ofiarą wypadków przy pracy, z czego wypadkom śmiertelnym uległo 269 osób. To więcej niż w roku ubiegłym. W 2016 r. tylko 87 886 osób doznało wypadków przy pracy, a zginęło w nich 239 osób. Tradycyjnie, najwięcej wypadków śmiertelnych wydarzyło się w budownictwie. PIP twierdzi, że za większość wypadków przy pracy winę ponoszą pracodawcy.

Obecna ekipa ani nie umie zadbać o dobro pracowników, ani jej na tym nie zależy. Tragiczna statystyka wypadków jest tylko częścią ogólnopolskiego trendu, polegającego na tym, że coraz większej ludzi traci życie pod rządami PiS. W 2017 zmarło nas 403 tys., podczas gdy w 2016 r. odnotowano tylko 388 tys. zgonów. W rezultacie, Polska ma ujemny przyrost naturalny, bo w ubiegłym roku zarejestrowano 402 tys. urodzeń żywych.
Powody wymierania Polaków są oczywiste: coraz gorsze zarządzanie ochroną zdrowia i coraz gorszy dostęp do świadczeń medycznych. Najwyższa Izba Kontroli tak ocenia działalność Narodowego Funduszu Zdrowia: „Pomimo zwiększenia w 2016 r. wartości umów zawartych ze świadczeniodawcami o 3,2 mld zł, dostęp pacjentów do świadczeń nie poprawił się”. Wyników działania NFZ w 2017 jeszcze nie ma, ale obraz jest ponury: „Polski pacjent nie może korzystać z porównywalnego do mieszkańców innych krajów zachodniej Europy zakresu dostępnych opcji terapeutycznych w leczeniu nowotworów: ma ograniczony dostęp do nowoczesnych urządzeń i technologii, w tym nowoczesnych leków”
Ograniczony jest dostęp do nowoczesnych urządzeń, technologii, w tym nowoczesnych leków, wykorzystywanych w onkologii. Eksperci zwracają uwagę, że spośród 19 nowotworów, które są najczęstszą przyczyną śmierci, tylko w jednym przypadku (rak jajnika) pacjenci w Polsce mogą mieć pewność, że ich leczenie będzie zgodne z najbardziej aktualną, światową wiedzą medyczną. Ponad połowa (53 proc. z 94 substancji) nowoczesnych leków onkologicznych zarejestrowanych w Europie (od 2004 r.) nie jest dostępna w Polsce. Z kolei do 70 proc. leków występujących w standardach europejskich polscy pacjenci nie mają dostępu lub dostęp ten jest znacznie ograniczony. Skuteczność leczenia onkologicznego w Polsce jest gorsza niż w większości pozostałych krajów Unii Europejskiej. A według najnowszych prognoz istnieje ryzyko, że stan ten będzie się pogarszał” – stwierdza NIK w tegorocznym raporcie „Dostępność i efekty leczenia nowotworów”.
Trudno skomentować te tragiczne dane – i to, jak niszczący wpływ na życie Polaków wywierają rządy PiS. Jedyne co można powiedzieć, to zacytować „Obławę” Jacka Kaczmarskiego: Brońcie się, nim wszyscy wyginiecie!