Gdy nie trzeba dojeżdżać

Praca zdalna może przynosić rozliczne korzyści. Okazuje się, że dzięki niej powstają nawet szanse na zakup tańszego i większego mieszkania.
W ciągu ostatnich tygodni, w wyniku obostrzeń związanych z epidemią i ograniczeniami w funkcjonowaniu gospodarki, wielu pracodawców miało okazję przekonać się jak wyglądałaby praca zdalna, wdrożona w ich firmie na stałe. Zmuszone zostały do tego również przedsiębiorstwa, które do tej pory nie brały pod uwagę możliwości skorzystania z takiego rozwiązania.
Eksperci zwracają uwagę, że część z tych firm znacznie bardziej doceni taki sposób funkcjonowania – i chętniej będzie stosować ten model wykonywania obowiązków służbowych, nawet już po ustabilizowaniu się sytuacji w kraju. Jedną z takim firm jest np. Twitter, który zadeklarował, że do biur na stałe powrócą tylko ci pracownicy, którzy sami tak zdecydują.
Po zakończeniu pandemii aż jedna czwarta osób, które pracują obecnie poza siedzibą firmy mogłaby kontynuować pracę zdalną. Ponadto, aż 40 proc. pracowników deklaruje również, że taki tryb pracy jest znacznie efektywniejszy (według raportu Nationale-Nederlanden).

Jak pokazują badania przeprowadzone na zlecenie firmy Antal, ponad 2,5 mln pracowników firm może bez problemu wykonywać swoją pracę zdalnie. Stanowi to ok. 15 proc. ogółu. Co istotne, są to zapewne dane zaniżone, ponieważ w badaniu ujęte zostały wyłącznie osoby zatrudnione na etacie, nie brano natomiast pod uwagę ludzi samozatrudnionych oraz tzw. freelancerów.
Coraz więcej osób deklaruje również, że praca zdalna i elastyczne godziny pracy są dla nich bardziej atrakcyjne, niż benefity oferowane przez pracodawców, np. w postaci dostępu do świeżych owoców, kawy, przekąsek czy nawet (aż trudno w to uwierzyć!) dopłat do obiadów.
Z kolei według badań przeprowadzonych przez Kantar Public na zlecenie startupu Crossover aż 57 proc. pracowników chciałoby wykonywać swoją pracę zdalnie, a 81 proc. – decydować przy tym o czasie realizacji obowiązków.
Osoby, które przeszły częściowo lub całkowicie na pracę zdalną odczuwają znacznie większy komfort psychiczny i są mniej podatne na oddziaływanie stresu, który związany jest z ich pracą. Raport Owl Labs pokazuje również, że takie osoby są średnio o 22 proc. szczęśliwsze i potrafią zachować zdrową równowagę pomiędzy życiem prywatnym i zawodowym. Co zaskakujące, są również bardziej skłonne do pracy po godzinach, jeśli zajdzie taka konieczność.
Okazuje sie, że cała ta sytuacja wpływa również na rynek mieszkaniowy. Jednym z pośrednich efektów dla zatrudnionych zdalnie jest bowiem możliwość zakupu tańszego i większego mieszkania poza miastem, w którym znajduje się siedziba pracodawcy. Realnie oznacza to wzrost zainteresowania mniejszymi ośrodkami miejskimi jak np. Radomiem, skąd do Warszawy można dojechać w około godzinę. A gdy ktoś nie musi pracować w Warszawie, nie musi też akurat w stolicy szukać sobie mieszkania i wydawać na to krocie.
Jak pokazują badania przeprowadzone w 2019 r. przez urząd m.st. Warszawy i firmę Orange, w okresie przed wprowadzeniem obostrzeń, ponad 2 mln osób zamieszkujących poza Warszawą dojeżdżało do niej każdego dnia do pracy. W momencie, gdy firmy chętniej będą stosowały zdalny model wykonywania obowiązków służbowych, znacznie więcej osób zdecyduje się również na zakup mieszkania poza miastem, w którym mieści się ich firma.
Z kolei, jak wynika z raportu Expandera i Rentier.io, wśród 16 największych miast w Polsce, najtańsze mieszkanie kupimy obecnie właśnie w Radomiu. Średnia cena za metr kwadratowy jest tutaj aż dwa razy niższa niż w Warszawie. Oznacza to, że za 50 metrowe mieszkanie w Radomiu zapłacimy średnio 260 tys. zł, w Warszawie natomiast 530 tys.zł. Może dlatego właśnie w Radomiu realizowane są teraz nowe inwestycje mieszkaniowe, jak np. Osiedle Idea budowane przez Unidevelopment. A inwestycjami poza stolicą coraz chętniej zajmują się także warszawscy deweloperzy.

Nadciąga fala bezrobocia

Polacy boją się straty pracy bardziej niż koronawirusa. Wiedzą, że urzędy pracy nie pomogą im w jej znalezieniu.

Tak jak fale tsunami poprzedzone są wstrząsami na dnie morza, tak epidemia COVID19 oraz restrykcje nałożone przez rząd na działalność gospodarczą spowodują dramatyczne zmiany na rynku pracy. Obecnie obserwujemy względny spokój, ale tylko dlatego, że nie dysponujemy odpowiednimi narzędziami.
Statystyki bezrobocia (Głównego Urzędu Statystycznego, Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej) nie są w stanie pokazać ani prędkości z jaką porusza się fala, ani jej wysokości. Tymczasem tsunami już ruszyło i porusza się z olbrzymią prędkością.
Ograniczenia w zakresie prowadzenia działalności gospodarczej i poruszania się oraz obawy związane z rozwojem pandemii odwróciły pozytywny trend na rynku pracy obserwowany przez ostatnie lata. Obecnie wchodzimy w okres, w którym przedsiębiorstwa szukają oszczędności poprzez obniżanie poziomu wynagrodzeń i wymiaru czasu pracy zatrudnionych oraz, w ostateczności, poprzez zwolnienia pracowników, zarówno indywidualne, jak i grupowe. Wpływa to na wzrost bezrobocia – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Choć obecnie znaczna ilość zatrudnionych nie pracuje lub pracuje w zmniejszonym wymiarze, a Urzędy Pracy zasypywane są wnioskami o rejestrację na liście bezrobotnych, to według opublikowanych przez MRPiPS danych z 6 maja 2020 wynika, że stopa bezrobocia rejestrowanego zachowuje się dość stabilnie: 5,7 proc. w końcu kwietnia br. (w marcu 5,4 proc. wg. GUS).
Po raz pierwszy od dłuższego czasu stopa bezrobocia przewyższa jego poziom w analogicznym miesiącu roku ubiegłego (w kwietniu 2019 r. 5,4 proc.). Jednak dane te nie odzwierciedlają w pełni sytuacji na rynku pracy.
Załamanie w zatrudnieniu nie jest widoczne w statystykach bezrobocia. Część osób, które straciły pracę, pojawi się w statystykach urzędów pracy dopiero, gdy minie im okres wypowiedzenia zawarty w ramach umów o pracę (jeden lub trzy miesiące). Do pełnego obrazu stanu rynku pracy brakuje więc informacji o tym, ile osób znajduje się obecnie w okresie wypowiedzenia. Podjęte decyzje o zwolnieniach zaczną być w większym stopniu widoczne w rejestrach bezrobotnych dopiero w czerwcu i kolejnych miesiącach, co będzie przypominać długą falę niszczycielskiego tsunami.
Istnieje też grupa osób, które z różnych względów nie zdecydują się na rejestrację w urzędach pracy i będą próbować samodzielnie znaleźć pracę. Tym bardziej, że kwota zasiłku dla bezrobotnych jest niewielka (przy stażu pracy od 5 do 20 lat – 861,40 zł netto przez pierwsze trzy miesiące, a przez kolejne – 676,40 zł). W większości są to osoby wykonujące pracę na podstawie umów cywilno-prawnych lub samozatrudnione, a więc przyzwyczajone do polegania na sobie.
Warto dodać, że same urzędy pracy nie mają opinii instytucji pomagającej w znalezieniu pracy. Ponadto proces rejestracji bezrobotnych jest w tej chwili opóźniony – wnioski można składać online oraz drogą pocztową, co dla części osób jest problemem. Dodatkowo, wewnętrzne procedury powodują, że rejestracja nie odbywa się w momencie złożenia wniosku, a gdy we wniosku brakuje jakiejś informacji, jej uzupełnienie (drogą elektroniczną) trwa i przeciąga proces rejestracji.
Powszechnie uważa się, że skutki COVID-19 na rynku pracy nie są natychmiastowe, co nie jest prawdą. Po prostu nie widzimy ich w statystykach – zauważa TEP. W związku z tym rząd, nie mając danych, nie jest w stanie przygotować właściwej odpowiedzi na pogarszającą się sytuację na rynku pracy.
Obecna sytuacja pokazuje, że niezbędna jest zmiana w klasyfikowaniu bezrobocia. Dostępne są co prawda wskaźniki obliczane na podstawie wyników BAEL (Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności), jednak badanie to jest realizowane kwartalnie. Aby móc reagować właściwie na pogarszającą się sytuację na rynku pracy niezbędne jest opracowanie wskaźnika, który pokazywałby sytuacje w ujęciu niemal z dnia na dzień, bądź z opóźnieniem tygodniowym, w tym uwzględniając osoby, które już straciły pracę, ale jeszcze nie są bezrobotne.
Z jednej strony socjalne zdobyczne w zakresie prawa pracy są uznawane za element Europejskiego Modelu Społecznego i zapobiegają sytuacji widocznej w USA, gdzie osoby zwalniane, błyskawicznie ustawiają się w kolejkach po świadczenia wynoszące około 600 USD na tydzień. Efekt to 33,5 miliona zarejestrowanych bezrobotnych (stopa bezrobocia prawie 15 proc., najwyższa w historii USA).
Z drugiej strony wydaje się, że gdy utrzymanie miejsc pracy staje się dla rządu ważniejsze niż negatywne konsekwencje utrzymywania „na siłę” zatrudnienia w przedsiębiorstwach, zachodzi obawa czy będzie to rozwiązanie efektywne. Rząd nie ma narzędzi, aby ocenić skutki swoich decyzji, dlatego może odwołać się tylko do przesłanek moralnych.
W czasach kryzysu elastyczny rynek pracy, jak w USA, prowadzi do mniejszego obciążenia przedsiębiorstw, większych wahań w zatrudnieniu, ale i szybkiego wzrostu zatrudnienia, gdy kryzys się kończy. W Polsce przeważa myślenie, że należy “ratować miejsca pracy” za wszelką cenę, ale za realizację tej myśli odpowiada przedsiębiorca, czasem wspierany przez rząd, czego przykładem jest m.in. najnowsza, dyskutowana i wywołująca kontrowersje propozycja zawieszenia stosunku pracy na trzy miesiące.
Tymczasem tylko co czwarty przedsiębiorca ma płynność finansową, która pomoże mu przetrwać więcej niż trzy najbliższe miesiące (raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego). Utrata płynności spowoduje porzucenie planów rozwoju, a nawet ograniczenie skali działania (downsizing). Utrzymywanie nieproduktywnych miejsc pracy jedynie pogarsza sytuację. Niezbędna jest większa elastyczność na rynku pracy w relacjach pracownik – pracodawca.
W marcu przedsiębiorcy zwlekali jeszcze ze zwolnieniami, licząc na uchwaloną 31 marca tarczę antykryzysową. Dlatego bezrobocie w statystykach jest jeszcze umiarkowane. Natomiast rozwiązania zaproponowane w kolejnych wersjach tarcz antykryzysowych (w tym brak programów dla bezrobotnych) spowodują najwyżej odsunięcie w czasie fali zwolnień, poprzez udzielanie pomocy finansowej pracodawcom, którzy utrzymają stan zatrudnienia w okresie wypłat wsparcia. To powoduje, że dopiero po tym okresie pracodawcy będą dokonywali szacunków, na ile warunki prowadzenia działalności gospodarczej pozwolą na utrzymanie dotychczasowego stanu zatrudnienia. Rząd twierdzi, że dzięki tarczy udało się już ochronić 250 tys. miejsc pracy, jednakże nie jest pewne, czy nie było to jedynie odsunięcie tsunami w czasie.
W najbliższych miesiącach stopa bezrobocia może wzrosnąć do poziomu ok. 8 proc., a do końca roku wyniesie ponad 10 proc., co oznacza, że bez pracy zostanie ponad 2 mln Polaków. Paradoksalnie do wzrostu rejestrowanego bezrobocia może przyczynić się zapowiadany wzrost kwoty zasiłku dla bezrobotnych – zmobilizuje do rejestracji część osób pozostających bez pracy, a część zniechęci do szukania pracy.

Droga od planu do rynku

Pierwsze próby polskich reform gospodarczych za czasów realnego socjalizmu.

Początki reform gospodarczych w Polsce i doskonalenie systemu gospodarki socjalistycznej, datują się od przesilenia politycznego w 1956 r. Wtedy to w czerwcu 1956 r odbył się w przełomowy Zjazd Ekonomistów.
Zjazd ów stał się w owym czasie ważnym wydarzeniem w życiu kraju, a dla środowiska ekonomicznego miał znaczenie przełomowe. Tuż po zjeździe nastąpiły wydarzenia poznańskie, a w październiku warszawskie. Wydarzenia te zrodziły atmosferę sprzeciwu wobec ówczesnego systemu gospodarczego.
Nastąpiło pewne przyzwolenie na dyskusję nad wadami tego systemu i kierunkami jego doskonalenia, co prawda w kręgach zamkniętych w ramach organizacji społeczno-zwodowych (Polskie Towarzystwo Ekonomiczne, Towarzystwo Naukowe Organizacji i Kierowania i inne), a nawet na uczelniach ekonomicznych. Spowodowało to ożywienie środowisk ekonomicznych.
Na przykład w Szkole Głównej Planowania i Statystyki przywrócono możliwość wykładów prof. Edwarda Lipińskiego, znanego opozycjonisty (późniejszego członka Komitetu Obrony Robotników), na które uczęszczały tłumy studentów. Utworzono Klub Inteligencji Katolickiej pod przywództwem Tadeusza Mazowieckiego późniejszego pierwszego niekomunistycznego premiera.
W ramach tegoż KIK mogło działać Koło Ekonomistów pod przywództwem opozycjonisty prof. Stefana Kurowskiego, którego miałem zaszczyt być członkiem.
W tych zamkniętych kręgach odbywały się dyskusje analizujące wady gospodarki socjalistycznej i potrzeb zmiany tego systemu. Oczywiście te dyskusje nie mogły być powszechne i wychodzić poza ścisłe ramy ich uczestników. Zjazd Ekonomistów dał podwaliny do dalszych kolejnych reform gospodarczych, aż do 1989 r.
Historia polskich reform miała znaczenie również dla mnie osobiście. Przełomowy Zjazd Ekonomistów, choć nie byłem jego uczestnikiem, wywarł piętno na moim życiu zawodowym i karierze naukowej.
Atmosferę pewnego rozluźnienia w naukach ekonomicznych czuło się na SGPiS kiedy zacząłem studia w 1958 r. Oprócz wspominanych wykładów prof. E. Lipińskiego, zrezygnowano z wykładu specjalistycznego „Historia Ruchu Robotniczego”. Do SGPiS powrócił z obozu pracy z ZSRR prof. Aleksy Wakar. Pozwolono mu na SGPiS założyć i kierować Katedrą Ekonomii Politycznej. Było to miejsce kształtowania tzw. „szkoły wakarowskiej”, krytycznie analizującej system gospodarki centralnie planowanej.
Doszło do swego rodzaju paradoksu. Istniały obok siebie na SGPiS katedry ekonomii politycznej krytycznie nastawionej do gospodarki centralnie planowanej i katedry ekonomii politycznej pod kierunkiem zagorzałego ortodoksy gospodarki socjalistycznej Prof. Bronisława Minca (brata Hilarego Minca).
Reformy lat sześćdziesiątych zilustruję na empirycznym przykładzie moich doświadczeń zawodowych. Po ukończeniu studiów w 1963 r. zostałem asystentem w SGPiS w Katedrze Planowania i Polityki Ekonomicznej u prof. Kazimierza Secomskiego, późniejszego wicepremiera ds. gospodarczych. Katedra koncentrowała się nie na teorii gospodarki socjalistycznej, a na realnie stosowanej polityce gospodarczej.
Po dwóch latach asystentury podjąłem pracę w fabryce na stanowisku kierownika działu planowania. Tam mogłem konfrontować realną praktykę gospodarki socjalistycznej z teorią polityki gospodarczej głoszonej m.in. w katedrze SGPiS.
Po Zjeździe Ekonomistów i ogólnej odwilży, partia też zrozumiała konieczność reformowania gospodarki. Powstało zapotrzebowanie na propozycje rozwiązań. Na przykład w połowie lat 60-tych opracowano i wdrożono system bodźców ekonomicznych mający motywować przedsiębiorstwa do produkcji eksportowej i kooperacyjnej. Uzbrojony w teoretyczną wiedzę w katedrze SGPiS dokonałem oceny tego systemu w praktyce na przykładzie swojego przedsiębiorstwa, publikując w „Życiu Gospodarczym” w latach 1966 – początek 1968 r. serię artykułów na ten temat. Skuteczność działania bodźcowego systemu nie była właściwa, bo nie mogła być w ramach centralnego, dyrektywnego zarządzania przedsiębiorstwem socjalistycznym. Na lamach fachowej prasy dopuszczalna była krytyka nieskuteczności zastosowanych rozwiązań.
Innym przykładem prób reform w latach 60 jest próba wprowadzenia kompleksowego nowego systemu funkcjonowania przedsiębiorstw w wybranych przedsiębiorstwach, jako eksperymentu. Eksperyment miał służyć do zebrania doświadczeń i następnie powszechnego wprowadzenia w całej gospodarce. Eksperymentującym przedsiębiorstwem były Zakłady Wytwórcze Przyrządów Pomiarowych „Era” w Warszawie. Opis tego eksperymentu zawiera książka A. Gutowskiego „Eksperyment gospodarczy „Ery” oraz moja ocena w artykule opublikowanym w „Ekonomiście”. Ta próba reform również skończyła się fiaskiem.
Dalszym etapem moich losów zawodowych związanych z reformami gospodarki była rezygnacja z pracy w fabryce i powrót do nauki w Komisji Planowania (centralny organ planistyczny) przy Radzie Ministrów. Doświadczenia praktyki gospodarczej w przedsiębiorstwie dały możliwość zupełnie innego spojrzenia na funkcjonowanie jednostek gospodarczych i w warunkach rygorów centralnego planowania i w warunkach rynku.
Mając to doświadczenie, zacząłem zajmować się mechanizmami i trybem planowania centralnego – czyli doprowadzeniem planu centralnego do wykonawców, do przedsiębiorstw oraz motywacjami, jakimi kierują się przedsiębiorstwa pod rygorem planu. Jako kierownik działu planowania w przedsiębiorstwie byłem biorcą tych wskaźników, wynikających z planu centralnego. Publikowałem w pismach ekonomicznych: „Gospodarce Planowej” i „Życiu Gospodarczym”, gdzie wykazywałem mankamenty centralnego planowania. Odwilż jaka wtedy była, pozwalała na pewien zakres krytyki.
Okoliczności i miejsce pracy spowodowało, że tematem mej pracy doktorskiej był temat związany z praktyką planowania centralnego: praktyczne doprowadzenie tego planu do przedsiębiorstw. Tak ustawiony doktorat, praktyczny, a nie teoretyczny, musiał oprzeć się na empirii planowania centralnego. Empiria zaś była nieosiągalna, bo znajdowała się w niedostępnym archiwum Komisji Planowania i ministerstw gospodarczych. Ponieważ byłem pracownikiem Komisji Planowania, podjąłem próbę dotarcia do archiwum.
Udało się wyjednać pozwolenie u przewodniczącego Komisji Planowania Stefana Jędrychowskiego na korzystanie z archiwum. Uzyskiwałem też dostęp do materiałów archiwalnych w wybranych ministerstwach branżowych (nadzorujących poszczególne gałęzie przemysłu), w wybranych zjednoczeniach i przedsiębiorstwach. Takie badania dokumentacji pozwoliły prześledzić cały cykl planistyczny, od centralnego organu do przedsiębiorstw i sformułować wnioski wynikające z badań na wszystkich szczeblach.
Partia dopuszczała już wtedy ryzyko dyskredytowania gospodarki centralnej i jej niewydolności dla rozwoju gospodarczego, a co za tym idzie, zaspokajania potrzeb społecznych.
Lata pracy nad doktoratem (1968-1974) pozwoliły mi na zgłębienie meandrów funkcjonowania gospodarki socjalistycznej w praktyce – i konfrontacji z teorią. Ta praca doktorska stanowiła w pewnym sensie „kuriozum” jak na tamte czasy. W pracy zostały empirycznie zakwestionowane podstawowe kanony gospodarki socjalistycznej. Było to z doktrynalnego punktu widzenia nie do przyjęcia.
Z drugiej strony, praca nie mogła być podważona przez żadnego naukowca, ponieważ była oparta na rzetelnej i wszechstronnej empirii. Żadne wydawnictwo nie chciało się podjąć jej publikacji. Powstał problem obrony tej pracy i nadania tytułu doktora. Ostatecznie, praca uzyskała trzy entuzjastyczne recenzje wybitnych ekonomistów z różnych ośrodków akademickich (zwykle prace doktorskie recenzowało dwóch recenzentów). Dzięki przychylności promotora (nie bez znaczenia była jego praca w Komitecie Centralnym PZPR) i Rady Wydziału SGPiS była możliwa obrona.
Przychylność owa nie byłaby zaś możliwa, gdyby nie dorobek i atmosfera panująca po Zjeździe Ekonomistów w 1956 r. Dlatego uznano niżej podpisanego autora tego doktoratu za beneficjenta dorobku Zjazdu Ekonomistów – czemu dano wyraz w książce pt. „Przełomowy rok 1956 a współczesność” pod redakcją naukową prof. Zdzisława Sadowskiego, wydanej przez PTE w 2007 z okazji 50-lecia Zjazdu. Jest tam opisana historia przygotowania, opieki naukowej i obrony mojej pracy doktorskiej.

Sądy powinny mieć wolne

Kontrowersyjny apel dużej części sędziów. Ich zdaniem, ograniczenie pracy poczty to powód do wstrzymania praktycznie całej działalności sądów.

Niech sądy w całym kraju niezwłocznie zaprzestaną czynności (poza wyjątkowymi przypadkami nie cierpiącymi zwłoki) wskutek siły wyższej w postaci epidemii koronawirusa – taki apel do Ministerstwa Sprawiedliwości wystosowało stowarzyszenie sędziów Iustitia.
Od kilku dni odwoływane są rozprawy w większości sądów w Polsce, jednak nie oznacza to, że sądy zaprzestały pracy. Wciąż wysyłana jest z sądów korespondencja do osób, które mają swoje sprawy w sądzie. Czasami doręczenie takiego listu z sądu powoduje, że zaczyna biec termin np. do wniesienia apelacji. Kto nie złoży pisma w terminie, straci szansę na zmianę wyroku
Tymczasem, prof. Krystian Markiewicz, prezes stowarzyszenia sędziów polskich Iustitia wskazuje: „Z całego kraju dostajemy sygnały, że poczta istotnie ograniczyła działalność. Przed urzędami pocztowymi tworzą się kolejki osób, które muszą wysłać swoje pismo, bo ucieka im termin. Nie mogą go złożyć w sądzie, gdyż zamknięto biura podawcze w sądach. Sytuacja, gdy tak wiele osób spotyka się w placówce pocztowej, rodzi na pewno ryzyko zarażenia koronawirusem.”
W przyjętym przez zarząd stowarzyszenia Iustitia stanowisku, sędziowie apelują do Ministerstwa Sprawiedliwości, żeby sądy w ogóle zaprzestały czynności, poza sprawami pilnymi. „Nie można teraz zmuszać ludzi do stania w wielogodzinnych kolejkach na poczcie i wyboru: albo własne zdrowie, albo utrata terminu do wniesienia apelacji” – podkreśla prof. Krystian Markiewicz.
Fizyczny dostęp interesantów do sądów został bardzo ograniczony, strony i pełnomocnicy nie mają dostępu do akt. Rozprawy i posiedzenia jawne są co do zasady odwoływane. Poza tym jednak sądy nadal pracują, choć trudno to nazwać normalną pracą. Sędziowie wydają orzeczenia na posiedzeniach niejawnych. Sekretariaty starają się wykonywać zarządzenia. Formalnie nie wstrzymano doręczeń pism sądowych. Oznacza to dla stron oraz pełnomocników konieczność odbioru korespondencji, a także wizytę na poczcie, ewentualnie w sądzie.
Niewprowadzenie restrykcyjnych ograniczeń może przyczynić się do roznoszenia wirusa i rozprzestrzeniania się epidemii. Szczególnie w przypadku osób starszych jest to bardzo niebezpieczne dla zdrowia, a nawet życia. Należy podkreślić, że ze wszystkich stron płyną sygnały o pozostanie w domach.
Dlatego sędziowie z Iustitii przyłączają się do stanowiska Naczelnej Rady Adwokackiej, mówiącego, że niezbędna jest zmiana ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19. W projekcie legislacyjnym, opracowanym przez NRA przewiduje się między innymi zawieszenie z mocy prawa postępowań sądowych w określonych przypadkach, zawieszenie biegu terminów oraz brak skutków prawnych doręczenia korespondencji sądowej.
Brak rozwiązań ustawowych co do biegu postępowań sądowych w okresie zagrożenia epidemicznego, może doprowadzić do naruszenia na masową skalę podstawowych praw człowieka i obywatela, chronionych przez Konstytucję RP – takich jak prawo do życia, zdrowia oraz prawo do sądu. Może też być powodem wytaczania wielu nowych spraw o przywrócenie terminu do dokonania czynności procesowych – a to dodatkowo obciąży wymiar sprawiedliwości.
„Jeśli zaraz sądy nie wstrzymają czynności to za kilka miesięcy zaleje je fala wniosków o przywrócenie terminów. Czas, aby Ministerstwo Sprawiedliwości reagowało zanim pojawią się problemy, a nie gdy jest za późno. Akurat w takiej sytuacji należy ustawę uchwalić w kilkanaście godzin.” – podsumowuje prezes Iustitii.

Poznański Volkswagen nie przerwie pracy

Kapitaliści robią wszystko, by obronić swoje zyski w czasach zagrożenia epidemiologicznego. W wielkopolskich fabrykach koncernu Volkswagen produkcja idzie pełną parą. Władze koncernu jak na razie pozostają głuche na apele związkowców, którzy wskazują, że przychodzenie do pracy w obecnych okolicznościach zagraża ich życiu i zdrowiu.

Zarząd Volkswagen Polska odmówił związkowcom z Inicjatywy Pracowniczej spotkania, na którym miały zostać przedyskutowane kwestie związane z ochroną zdrowia i życia pracowników w okresie trwania pandemii.

Związkowcy są oburzeni. „Postępowanie zarządu uważamy za skrajnie nieodpowiedzialne i potwierdzające, że bierze on pod uwagę tylko zyski, pomijając bezpieczeństwo załogi” – czytamy w komunikacie IP.

Wolne dla nielicznych

Władze VW Polska zgodziły się jak dotąd dać wolne pracownikom zmagającym się z przeziębieniem i inną infekcją, czyli takim, którzy i tak powinni udać się na L4. Do pracy nie muszą przychodzić również osoby w trakcie leczenia onkologicznego i przyjmującym leki obniżające odporność. Reszta musi stawiać się w zakładach, w których pracuje łącznie 11 tysięcy osób.

„Na bieżąco podejmujemy wszelkie niezbędne kroki, by przeciwdziałać zagrożeniom. Ściśle stosujemy się do rozporządzeń i wytycznych Głównego Inspektora Sanitarnego. Zapewniamy, że miejsca pracy są czyste i higieniczne. Zamontowaliśmy dozowniki z płynem dezynfekcyjnym. Także narzędzia pracy będą dezynfekowane. Zwiększyliśmy liczbę personelu odpowiedzialnego za czystość na terenie zakładów” – czytamy w oświadczeniu VW.

Zamknąć fabrykę!

Tymczasem związkowcy z Inicjatywy Pracowniczej domagają się, by fabryki zostały zamknięte. Ich żądania są następujące:
1. Wstrzymać produkcję z zachowaniem 100 proc. wynagrodzenia.
2. Uruchomić fundusz wsparcia pracowników na okres większych wydatków na opiekę medyczną podczas pandemii.
3. Do końca pandemii nie kończyć umów z pracownikami tymczasowymi, aby nie tracili opieki zdrowotnej przyznanej zatrudnionym w VWP, w czasie gdy najbardziej jej potrzebują.
Postulat zatrzymania produkcji popiera również „Solidarność”, która w większości sporów prowadzonych przez IP stawała po stronie kapitalisty.
Jesteśmy w stałym kontakcie z zarządem, wynegocjowaliśmy już szereg działań zabezpieczających pracowników. Teraz, w imieniu 7 tys. członków naszego związku, domagamy się wstrzymania produkcji – informuje przewodniczący zakładowej „S” Piotr Olbryś. – W poniedziałek po raz kolejny będziemy rozmawiać z zarządem na temat naszych postulatów – dodaje.

Związkowcy wskazują na zaniedbania ze strony zarządcy fabryki, powołując się na komunikat zarządu VW, który 11 marca przyznał, że „ze względu na ogromny globalny popyt” w zakładowych łazienkach może brakować mydła.

Poseł broni pracowników

Po stronie związkowców stanął poseł Lewicy Razem Maciej Konieczny.
„Są zawody bez których pracy byśmy nie przetrwali. Producenci i sprzedawcy żywności, pracownice i pracownicy ochrony zdrowia walczący z epidemią na pierwszej linii frontu, inspektorzy sanitarni, służby mundurowe i wiele wiele innych, przeważnie kiepsko opłacanych prac, które są niezbędne dla naszego codziennego funkcjonowania i skutecznej walki z wirusem. Te osoby muszą pracować pomimo epidemii i należy im się za to ogromny szacunek i najwyższa dbałość o możliwie najbezpieczniejsze warunki ich pracy. Myślę, że po obecnym kryzysie trzeba poważnie przemyśleć to komu ile w naszej gospodarce płacimy, bo ewidentnie nijak się ma to do tego ile czyja praca realnie daje społeczeństwu” – napisał na Facebooku.

Polityk zauważył, że produkcja aut nie jest tym, czego najbardziej potrzebuje społeczeństwo w takim momencie. „Dlaczego przechodzimy do porządku dziennego nad tym, że codziennie kilkaset osób spotyka się na halach produkcyjnych, żeby produkować nikomu w tym momencie niepotrzebne nowe samochody? Czas zatrzymać taśmy w zakładach, które nie produkują towarów pierwszej potrzeby. Warunkiem musi być zachowanie 100 proc. wynagrodzenia za czas postoju” – wskazał Maciej Konieczny.

Koronawirus a prawa pracowników

Decyzją rządu z 11 marca br. działalność placówek oświatowych, szkół wyższych oraz wszystkich placówek kultury, w tym kin i muzeów została zawieszona. Od 12 do 25 marca na pewno nie będą odbywać się zajęcia dydaktyczne oraz wydarzenia i imprezy kulturalne, część instytucji będzie zamknięta całkowicie, inne tylko częściowo. Niektóre firmy prywatne także podjęły decyzję o reorganizacji pracy w związku z rozprzestrzenianiem się koronawirusa.

W przypadku jeżeli działalność waszego zakładu pracy została całkowicie lub częściowo ograniczona albo zakład został czasowo zamknięty,
wasz pracodawca ma możliwość
1) Zlecenia wam pracy zdalnej (np. pracy z domu) – zachowujecie wtedy prawo do wynagrodzenia; To rozwiązanie wprowadzone nową Ustawą z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych (w skrócie: „specustawa”).
2) Wypłacenia wam wynagrodzenia za okres przestoju (często zwanego „postojowym”) – zgodnie z art. 81 Kodeksu Pracy, takie wynagrodzenie jest wypłacane w sytuacji gdy pracownik był gotów do wykonywania pracy, ale nie mógł jej wykonywać z powodu przeszkód leżących po stronie pracodawcy.
Sytuacja związana z zawieszeniem działalności zakładu pracy, ograniczeniem jej lub zamknięciem zakładu w związku z zapobieganiem rozprzestrzeniania się koronawirusa jest dokładnie takim przypadkiem – nagłej przeszkody uniemożliwiającej świadczenie pracy, która nie jest zawiniona przez pracowników i pracownice.
W takiej sytuacji pracownicy nie świadczą pracy, ale otrzymują wynagrodzenie wynoszące:
– 100 proc. wynagrodzenia (obliczanego jak dla urlopu wypoczynkowego, czyli jest to średnia z ostatnich 12 miesięcy uwzględniająca także zmienne składniki wynagrodzenia takie jak: dodatki za pracę w porze nocnej, premie itp.), gdy w umowie zostało określone wynagrodzenie wynikające z osobistego zaszeregowania pracownika określone stawką godzinową lub miesięczną;
– 60 proc. wynagrodzenia, gdy w umowie nie zostało określone wynagrodzenie wynikające z osobistego zaszeregowania pracownika określone stawką godzinową lub miesięczną.
Może się także zdarzyć, że w związku z przestojem, pracodawca powierzy wam wykonywanie innej pracy niż ta, którą wykonujecie na co dzień – wynagrodzenie za tę pracę nie może być jednak niższe niż to obliczone na podstawie przepisów o wynagrodzeniu za przestój.

UWAGA! Zdarza się, że w niektórych zakładach pracy, które zostały zamknięte na skutek decyzji rządu lub władz samorządowych, części lub całości załogi pracodawca nakazuje stawienie się w pracy.

Tak jest w przypadku np. personelu sprzątającego i administracyjnego na uczelniach, albo pracownic żłobków w Poznaniu. W tym zakresie
przepisy dają pracodawcy pewną swobodę w decydowaniu o tym czy i wobec których pracowników i pracownic zastosować przepisy o przestoju oraz reorganizacji wykonywanej przez nich pracy. Natomiast związek zawodowy ma możliwość zwrócenia się do pracodawcy z wnioskiem np.:
– o zastosowanie przepisów o przestoju wobec poszczególnych kategorii pracowników;
– o zastosowanie bardziej korzystnych zasad obliczania wynagrodzenia za okres przestoju;
– o taką organizację pracy, która zmniejszy liczbę osób od których wymagane jest stawianie się w pracy w okresie zawieszenia działalności zakładu pracy (np. dyżury dla personelu sprzątającego).
Pracodawca nie jest zobowiązany do wprowadzenia rozwiązań o które wnosi związek zawodowy, natomiast w sytuacji gdy w opinii organizacji związkowej odmowa stanowi zagrożenie dla zdrowia publicznego,
istnieje możliwość złożenia skargi do Państwowej Inspekcji Pracy lub Inspekcji Sanitarnej.
Związki zawodowe powinny także monitorować czy pracodawcy nie próbują obchodzić przepisów o przestoju np. wysyłając pracowników na urlop bezpłatny albo dając wolne i nakazując „odpracowanie” tego czasu w przyszłości – w takich sytuacjach, poza skargą do PIP, istnieje możliwość skierowania pozwu do sądu pracy.
W przypadku skierowania przez inspektora sanitarnego na kwarantannę pracownikom przysługuje za okres kwarantanny zasiłek chorobowy w wysokości 80 proc. wynagrodzenia (obliczanego analogicznie jak w przypadku urlopu wypoczynkowego).
W przypadku, jeśli lekarz wypisze Ci zwolnienie z pracy w powodu choroby, także przysługuje ci zasiłek chorobowy w wysokości 80 proc. wynagrodzenia. W przypadku skierowania do szpitala, zasiłek chorobowy wynosić będzie 70 proc. wynagrodzenia.

Zasiłek opiekuńczy

Jeśli opiekujesz się dzieckiem do 8. roku życia, a szkoła, przedszkole lub żłobek są zamknięte z powodu rozprzestrzeniania się koronawirusa, przysługuje ci wolne na opiekę nad dzieckiem, za czas którego otrzymasz specjalny zasiłek opiekuńczy maksymalnie na okres 14 dni (tylko jeśli masz ubezpieczenie chorobowe, a inne osoby w rodzinie nie mogą zaopiekować się dzieckiem).
O wypłatę zasiłku specjalnego należy zwrócić się do kadr wypełniając specjalny formularz (druki Z15a oraz ZAS-36, które powinny być dostępne w kadrach). Masz do niego prawo o ile:
– masz ubezpieczenie chorobowe;
– inne osoby w rodzinie nie mogą opiekować się dzieckiem w tym czasie;
– placówka została nieprzewidzianie zamknięta – czyli o zamknięciu placówki dowiedzieliście się w terminie nie dłuższym niż 7 dni przed jej zamknięciem;
– nie został przekroczony limit 60 dni pobierania zasiłku opiekuńczego w roku kalendarzowym (został on wydłużony specustawą o dodatkowe 14 dni, jeśli opieka jest związana z koronawirusem);
– dziecko ma maksymalnie 8 lat.
BHP, środki ochrony osobistej i możliwość odmowy pracy
Art. 15 Kodeksu pracy nakazuje pracodawcy „dbanie o bezpieczne i higieniczne warunki pracy”, a art. 104¹ Kodeksu pracy nakazuje ujęcie w regulaminie pracy środków ochrony indywidualnej i higieny osobistej.
Przepisy nie nakazują więc pracodawcom zastosowania konkretnych środków higienicznych (masek ochronnych, rękawiczek jednorazowych, żeli do dezynfekcji), natomiast w kontekście działań podjętych przez władze publiczne i zaleceń instytucji odpowiedzialnych za zdrowie publiczne, zasadne jest podjęcie przez pracodawców takich działań, które zminimalizują ryzyko narażenia pracowników i pracownic na kontakt z osobami zarażonymi koronawirusem.

Szczególnie zasadne wydaje się wprowadzenie dodatkowych środków ochrony indywidualnej (masek ochronnych, rękawiczek i żeli) w przypadku tych pracowników i pracownic, którzy i które pracują w branżach gdzie częsty jest kontakt z dużą liczbą ludzi: w handlu, usługach gastronomicznych, transporcie publicznym, edukacji, opiece, służbie zdrowia, urzędach, gdzie obsługuje się interesantów itp.
Na tym polu o odpowiednie zmiany w organizacji pracy może do pracodawcy wystąpić związek zawodowy, a w przypadku braku reakcji ze strony pracodawcy istnieje możliwość złożenia skargi do Inspekcji Pracy.

Co więcej, na podstawie art. 210 Kodeksu Pracy, w sytuacji gdyby warunki pracy nie odpowiadają przepisom bezpieczeństwa i higieny pracy i stwarzają bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia lub życia pracownika,
pracownik lub pracownica mają prawo powstrzymać się od wykonywania pracy, zawiadamiając o tym niezwłocznie przełożonych. Przepisy nie precyzują w jakich sytuacjach związanych z rozprzestrzenianiem się koronawirusa zachodzi „bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia”, natomiast można uznać, że w przypadku:
– osób należących do grup ryzyka;
– osób pracujących w miejscach w których praca polega na długotrwałym kontakcie z dużymi grupami osób;
którym pracodawca odmówił zapewnienia środków ochrony osobistej minimalizujących ryzyko zakażenia się wirusem można uznać, że dochodzi do sytuacji uzasadniającej powstrzymanie się od wykonywania pracy.

Sytuacja osób zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych

Osób zatrudnionych na podstawie umów zlecenia, umów o dzieło czy samozatrudnionych nie obowiązują przepisy o wynagrodzeniu za przestój.
Jeśli nie mogą świadczyć pracy i nie są chore / objęte kwarantanną, to istnieje możliwość, że nie otrzymają za ten czas wynagrodzenia. W niektórych przypadkach istnieje natomiast możliwość skierowania ich do pracy zdalnej (w zależności od charakteru wykonywanej pracy) – zwłaszcza jeśli umowy nie precyzują miejsca w jakim ma być wykonywane zlecenie lub dzieło.

Osoby samozatrudnione i zatrudnione na umowach zlecenie,
jeśli zdecydowały się na opłacanie dobrowolnej składki chorobowej,
mają prawo do zasiłku chorobowego na podobnych zasadach jak osoby na umowach o pracę. Mogą także skorzystać z dodatkowego zasiłku opiekuńczego wprowadzonego „specustawą”.

Polacy się nie przepracowują

I nie są też specjalnie chętni do szukania jakiegoś dodatkowego zatrudnienia. Wypoczynek jest ważniejszy.

Przeciętny tygodniowy czas pracy we wszystkich miejscach pracy (głównej i dodatkowej) wynosi w Polsce 40,6 godzin – podaje Główny Urząd Statystyczny. Wbrew powszechnym opiniom, nasi rodacy nie są więc jakoś przesadnie zaharowani – wychodzi niemal równo osiem godzin dziennie, przy weekendach wolnych od roboty. Nie jesteśmy też zbyt wydajni. Pod tym względem wyprzedzają nas Czesi, Słowacy czy Węgrzy, o krajach bardziej rozwiniętych już nie mówiąc.
Nieco zaskakuje natomiast, że tygodniowy czas pracy jest dłuższy wśród mieszkańców polskiej wsi (42,1 godz.) niż miast (39,7 godz.). Kobiety pracują krócej niż mężczyźni (odpowiednio: 38,6 godz. i 42,2 godz.) – bo po pracy zawodowej przechodzą do darmowej pracy domowej. Analiza struktury ludności Polski w wieku 15 lat i więcej, pokazuje, że na koniec III kwartału ubiegłego roku, w porównaniu z III kwartałem 2018 r. zwiększył się udział pracujących, ale także i biernych zawodowo, wśród wszystkich mieszkańców naszego kraju. Zmniejszył natomiast – udział osób bezrobotnych. Na przestrzeni roku spadła stopa bezrobocia oraz odsetek ludzi długotrwale poszukujących pracy – podaje GUS.
Bierni zawodowo to ta część społeczeństwa, którą stanowią osoby w wieku powyżej 15 lat (nie ma górnej granicy wieku) nie pracujące i nie będące bezrobotnymi. Naturalnie więc głównym powodem bierności jest osiągnięcie wieku emerytalnego. Tak więc, najczęściej występującymi przyczynami bierności zawodowej są obowiązki rodzinne (zwłaszcza opieka nad małymi dziećmi), choroba lub niepełnosprawność, nauka i uzupełnianie kwalifikacji oraz oczywiście emerytura. W III kwartale 2019 r. ludność aktywna zawodowo w wieku 15 lat i więcej liczyła 17151 tys. osób i zwiększyła się w porównaniu z II kwartałem 2019 roku o 120 tys. Populacja osób biernych zawodowo w wieku 15 lat i więcej liczyła zaś 13124 tys. – oblicza Główny Urząd Statystyczny. Współczynnik aktywności zawodowej w III kwartale 2019 r. wyniósł 56,7 proc.
Tak jak w poprzednich kwartałach, znacznie wyższy współczynnik aktywności zawodowej odnotowano wśród mężczyzn niż wśród kobiet (65,6 proc. wobec 48,5 proc.). W porównaniu z ubiegłym rokiem liczba osób pracujących zwiększyła się wśród mężczyzn, a wśród kobiet zmniejszyła się (efekt programu 500 plus). Prawie 72 proc. ogółu osób pracujących posiada wykształcenie co najmniej średnie. Wśród polskich kobiet udział takich osób jest znacząco wyższy niż wśród mężczyzn – 81,1 proc. wobec 64,5 proc. Osoby legitymujące się wykształceniem wyższym stanowią zaś 36,5 proc. ogółu pracujących. Jako najemni pracuje 13269 tys. osób, czyli 79,8 proc. ogółu pracujących. Liczba pracujących na własny rachunek wynosi zaś 2987 tys. (18 proc. ogółu pracujących). Pomagający bezpłatnie członkowie rodzin to grupa licząca 362 tys. osób.
Mężczyźni najczęściej pracują w przetwórstwie przemysłowym (co czwarty z nich), natomiast kobiety – w działalności związanej z handlem (17,3 proc.). Generalnie, zarówno wśród mieszkańców miast, jak i wsi najczęstsza jest praca w przemyśle (odpowiednio 19,3 proc. i 21,6 proc.). W więcej niż jednym miejscu pracy pracuje 840 tys. osób. Udział tych bardziej zapracowanych w liczbie pracujących ogółem wynosi tylko 5,1 proc. Jak widać, nie jest tak, że Polacy muszą harować na paru posadach, żeby związać koniec z końcem.
Prace dodatkowe częściej wykonują mężczyźni niż kobiety (6,0 proc. ogółu pracujących mężczyzn wobec 3,8 proc. kobiet) oraz mieszkańcy wsi niż miast (odpowiednio: 7,4 proc. i 3,5 proc.). Praca dodatkowa wykonywana jest najczęściej w rolnictwie (43,1 proc. ogółu pracujących dodatkowo) – co oczywiste, ze względu na sezonowe nasilenie robót polowych – a następnie w opiece zdrowotnej i pomocy społecznej (10,4 proc.) oraz edukacji (9,2 proc.). Polacy generalnie nie są przesadnie skłonni do zmieniania miejsca i rodzaju zatrudnienia. Pod koniec ubiegłego roku innej pracy niż obecnie wykonywana poszukiwało zaledwie 205 tys. osób, co stanowiło 1,2 proc. pracujących.
Najważniejszą przyczyną poszukiwania nowej pracy jest oczywiście chęć poprawy własnych zarobków. Powód ten wskazało 110 tys. osób, czyli 53,7 proc. ogółu poszukujących innej pracy. Drugą pod względem wielkości grupę stanowiły osoby poszukujące lepszych warunków pracy innych niż finansowe (np. bliższy dojazd) – 34 tys. osób (16,6 proc.), kolejną – osoby poszukujące pracy zgodnej z kwalifikacjami – 14 tys. osób (6,8 proc.).
Liczba Polaków, szukających nowej pracy, którzy planują przeniesienie się w tym celu do jakiegoś kraju Unii Europejskiej, to około 30 tys. osób (14,6 proc. wszystkich poszukujących innej pracy). Na ogół są to dobrze wykwalifikowani specjaliści, którzy wiedzą, że zagraniczny wyjazd zarobkowy będzie dla nich szansą na rozwój i większe pieniądze.
W 2019 r. utrzymały się korzystne tendencje na rynku pracy. Zarówno liczba pracujących w gospodarce narodowej, jak i przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw wzrosły, choć w mniejszym stopniu niż w poprzednim roku. Dalszemu ograniczeniu uległo bezrobocie rejestrowane. Pojawiają się też jednak sygnały, że niedługo może się zacząć zmieniać sytuacja na rynku pracy. Bezrobocie w naszym kraju wprawdzie wciąż spada, ale już coraz wolniej – i wciąż dotyka ponad pół miliona Polaków. .Jak podaje GUS, w okresie ostatniego roku bezrobocie zmniejszyło się wśród mężczyzn, natomiast zaobserwowano jego wzrost wśród kobiet. Wciąż jednak większość bezrobotnych stanowią mężczyźni – ich udział na koniec trzeciego kwartału 2019 r. wyniósł 51,3 proc. Na wsi bezrobocie jeszcze się zmniejsza – ale wśród mieszkańców miast stopa bezrobocia pozostała już na poziomie sprzed roku. Mnożą się także oznaki zapowiadające spowolnienie naszej gospodarki. Dynamika produkcji sprzedanej przemysłu oraz sprzedaży detalicznej była wolniejsza niż w 2018 r. – czyli zaczyna słabnąć popyt konsumpcyjny, główny element nakręcający koniunkturę w Polsce. Szybki wzrost cen sprawia bowiem, że coraz wolniej rośnie siła nabywcza naszych zarobków.
Wolniej niż przed rokiem zwiększa się produkcja budowlano-montażowa – czyli wciąż nie można liczyć na wyraźny wzrost inwestycji. Również obroty towarowe z zagranicą wzrosły w słabszym tempie niż w 2018 r.

Ograniczenie handlu w niedzielę: rośnie opór

Wraz z zaostrzaniem przepisów dotyczących zakazu handlu w niedziele rośnie liczba przeciwników rozwiązań narzucanych przez rząd.

Odsetek przeciwników zakazu handlu w niedzielę wzrósł do 47,7 proc. W 2018 r., zaraz po jego wprowadzeniu, za zniesieniem zakazu było tylko 41 proc. badanych. W tym samym czasie konsekwentnie spadł również odsetek zwolenników zakazu – z 40,8 proc do 36,2 proc.

Warto też zwrócić uwagę na fakt, że najwięcej przeciwników zakazu jest wśród mieszkańców dużych miast, których ograniczenia handlu najbardziej dotyczą. Wszak to właśnie w miastach funkcjonuje najwięcej sklepów wielkopowierzchniowych. Jednocześnie aż 36,1 proc. Polaków i Polek deklaruje, że odczuwa negatywne skutki zakazu handlu w niedziele.

Niechciana i nieskuteczna

Ustawa nie tylko budzi rosnącą niechęć społeczeństwa, ale też nie realizuje wpisanych w nią celów. Po kilkunastu miesiącach jej obowiązywania okazało się, że w jej wyniku spadły obroty w hipermarketach i dużych sieciach handlowych, ale straciły też małe sklepy, a część z nich zbankrutowała. Tymczasem to właśnie ich, wpisując się w jakże powszechny kult „małej, rodzinnej firmy” – o czym pisałem w poprzednim numerze „Dziennika Trybuna” polski konserwatywny rząd chciał najbardziej bronić. A przynajmniej tak mówił.

Wygrały stacje benzynowe

Fakty są bowiem takie, że po zmianach umocniły się głównie sklepy przy stacjach benzynowych i dyskonty, które są otwarte w niedziele. Ale i duże sklepy mają powody do satysfakcji. Sieci handlowe zintensyfikowały wysiłki na rzecz przyciągnięcia klientów w piątki i soboty, co sprawiło, że małe sklepy osiedlowe wcale nie zwiększyły sprzedaży. Duże sklepy wydłużyły zaś godziny pracy w piątki i soboty, a zwiększenie liczby klientów dało jeszcze jeden efekt niekorzystny dla pracowników. Praca kasjerów i kasjerek w ten dni stała się wyraźnie cięższa. Czy wolna niedziela to rekompensuje?

Klienci zaś robią zakupy, stojąc w długich i męczących kolejkach w piątki i soboty albo robiąc zakupy w drogich sklepach osiedlowych i na stacjach benzynowych, gdzie wybór towarów jest mały, a ceny są wysokie. Ostatecznie więc w wyniku ustawy stracili prawie wszyscy.

Bez dyskusji

Jednocześnie rząd praktycznie nie podejmuje dyskusji z przeciwnikami ustawy ani nie zwraca uwagi na niewygodne fakty. Liderzy Solidarności grzmieli, że niedziela ma służyć Bogu i rodzinie, a tymczasem ustawa ich autorstwa umocniła najbardziej śmieciowy niskopłatny segment rynku pracy, który może działać w niedziele bez żadnych ograniczeń.
Na dodatek niedawno pojawił się kuriozalny pomysł, aby w niedziele mogli pracować nie tylko właściciele sklepów, ale też nieodpłatnie członkowie ich rodzin. Miała być niedziela dla rodziny, a tymczasem pojawiają się pomysły, aby to właśnie rodziny wspólnie pracowały bez ograniczeń w dni ustawowo wolne od pracy.

Rząd unika jakiejkolwiek dyskusji na temat ustawy o handlu w niedziele, bo nie wiadomo komu ona służy i czemu obowiązuje. Nie pomaga ani pracownikom handlu, ani konsumentom. Nie skraca ona czasu pracy, nie poprawia warunków pracy w handlu, nie zwiększa wynagrodzeń, nie ułatwia zakupów klientom.

A może zapłacić więcej?

Znacznie lepszym rozwiązaniem od selektywnych zakazów, byłoby podniesienie płac za pracę w niedziele. Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa od wielu miesięcy apeluje, by wprowadzić 2,5 razy wyższe wynagrodzenia za pracę w niedziele niż za pracę w dni powszednie. Dla wszystkich branż i wszystkich regionów kraju. Dzięki temu w niedziele byłyby otwarte tylko te sklepy, w których pracownicy otrzymywaliby godne wynagrodzenia. Zadowoleni byliby kasjerzy i klienci. Niestety rząd woli dogmatycznie realizować propozycje kleru i Solidarności. Nawet jeżeli realnie nikt na nich nie korzysta.

Skrócić czas pracy!

Polacy pracują ciężko, długo i za małe pieniądze.

Według danych OECD w 2018 roku Niemcy przepracowali 1363 godziny, Duńczycy 1392, Belgowie 1545, Japończycy 1680, Węgrzy – 1741. Polscy pracownicy przepracowali zaś aż 1792 godzin rocznie, czyli prawie najwięcej ze wszystkich badanych krajów. Z państw Unii Europejskiej wyprzedziła nas jedynie Grecja.

Bezpłatne nadgodziny

Polacy nie tylko mają długi standardowy czas pracy – 8 godzin dziennie, 40 godzin tygodniowo – ale też przepisy o nim są najzwyczajniej obchodzone. Setki tysięcy pracowników wykonuje swoje obowiązki w nadgodzinach. Na dodatek Państwowa Inspekcja Pracy wskazuje, że kilkanaście proc. pracowników nie otrzymuje dodatkowych wynagrodzeń za nadgodziny. W praktyce oznacza to, że realne stawki za godzinę pracy są o wiele niższe niż wynikałoby to z oficjalnych danych.

Warto też przypomnieć, że w 2013 roku ówczesna władza wydłużyła dopuszczalny okres rozliczeniowy czasu pracy z 4 do 12 miesięcy, co stało się źródłem konfliktu między rządem i związkami zawodowymi. W praktyce oznaczało to, że pracodawcy mogli przez pół roku wydłużać tygodniowy czas pracy to 50 godzin, a kolejne pół roku skracać go do 30 godzin, nie płacąc dodatków za nadgodziny. Od tamtego czasu minęło już kilku lat i przepisy nie uległy zmianie

Wykończeni i zestresowani

W ciągu ostatnich lat ma też miejsce znaczny wzrost wymuszonego samozatrudnienia i umów cywilno-prawnych, w których przepisy ograniczające czas pracy nie obowiązują. Dotyczy to między innymi pracowników służby zdrowia. Mało kto zwraca uwagę, że przemęczony i śpiący lekarz ryzykuje nie tylko swoim zdrowiem i życiem, ale też zagraża bezpieczeństwu pacjenta.

Polscy pracownicy są przepracowani, przemęczeni, zestresowani, co obniża wydajność ich pracy, sprzyja wypadkom, pogarsza stosunki między nimi i pracodawcami, zaburza relacje między życiem prywatnym i zawodowym.
Dlatego pomysł partii Razem i Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa, aby stopniowo skracać tygodniowy wymiar czasu pracy najpierw do 38, a docelowo do 35 godzin, jest bardzo dobry. To rozwiązanie, które przyczyniłoby się do wzrostu wydajności pracy, poprawy stanu zdrowia pracowników, do zwiększenia satysfakcji z pracy i spadku stresu. Jednocześnie pozwoliłoby na wzrost liczby zatrudnionych. Pomimo niskiej stopy bezrobocia, odsetek osób pracujących i aktywnych zawodowo należy w Polsce do najniższych w Unii Europejskiej. To rozwiązanie, z którego skorzysta zdecydowana większość społeczeństwa.

Praca jeszcze czeka

Liczba wolnych miejsc pracy jest w Polsce coraz mniejsza. To dlatego, że trudno znaleźć ludzi, którymi można by je obsadzić.

Na początku czwartego kwartału ubiegłego roku liczba wolnych miejsc pracy w Polsce wyniosła 148,6 tys. i była o 5,4 proc. niższa niż przed rokiem.
Wolnymi miejscami pracy dysponowało 48,9 tys. firm, instytucji i innych podmiotów (wobec 50,8 tys. ogółem przed rokiem). Spadek liczby wolnych miejsc pracy notowano we wszystkich kategoriach jednostek. Największy – w podmiotach zatrudniających poniżej 10 osób (o 6,0 proc.), w grupie od 10 do 49 osób – o 1,7 proc., oraz powyżej 49 osób – o 6,8 proc.
W porównaniu z sytuacją sprzed roku, w ogólnej liczbie wolnych miejsc pracy najbardziej obniżył się udział przetwórstwa przemysłowego (o 4,7 p.proc. do 21,2 proc.). Zmniejszył się również udział handlu; naprawy pojazdów samochodowych, administrowania, transportu i gospodarki magazynowej. W strukturze wolnych miejsc pracy według zawodów, w porównaniu z początkiem czwartego kwartału 2018 r. zmniejszył się udział miejsc pracy dla robotników przemysłowych i rzemieślników (o 3,6 p.proc. do 24,7 proc.) oraz operatorów i monterów maszyn i urządzeń (o 1,1 p.proc. do 16,3 proc.).
Wzrósł natomiast udział wolnych miejsc pracy przeznaczonych dla specjalistów (o 3,3 p.proc. do 19,6 proc.), przedstawicieli władz publicznych, wyższych urzędników i kierowników (o 0,7 p.proc. do 3,0 proc.), techników i innego średniego personelu (o 0,5 p.proc. do 6,7 proc.), a także pracowników usług i sprzedawców, pracowników biurowych oraz wykonujących prace proste (odpowiednio do 8,3 proc, 12,2 proc. i 9,2 proc.).
W sumie, w okresie styczeń–wrzesień ubiegłego roku utworzono 560,4 tys. nowych miejsc pracy, czyli o 5,5 proc. mniej niż w analogicznym okresie ub. roku.
Spadek odnotowano we wszystkich kategoriach wielkości podmiotów: poniżej 10 osób – o 4,4 proc., 10–49 osób – o 3,0 proc. oraz powyżej 49 osób – o 10,3 proc.
W strukturze nowo utworzonych miejsc pracy zmniejszył się udział m.in. przetwórstwa przemysłowego (o 3,1 p.proc. do 15,7 proc.) oraz edukacji (o 1,0 p.proc. do 7,0 proc.). Zwiększył się natomiast udział stanowisk utworzonych w handlu; naprawie pojazdów samochodowych, zakwaterowaniu i gastronomii oraz w transporcie i gospodarce magazynowej.
Spośród nowo utworzonych miejsc pracy, na początku czwartego kwartału ubiegłego roku wolnych było jeszcze 32,9 tys. miejsc – z tego najwięcej w przetwórstwie przemysłowym (17,4 proc.), handlu; naprawie pojazdów samochodowych (14,8 proc.) oraz budownictwie (13,0 proc.).
Od stycznia do września ubiegłego roku zlikwidowano w Polsce 252,7 tys. miejsc pracy, czyli o 11,2 proc. Zwiększyła się skala likwidacji miejsc pracy we wszystkich kategoriach wielkości podmiotów. To nie jest jeszcze informacja wskazująca, że w Polsce przestaje funkcjonować rynek pracownika. Liczba wolnych miejsc spada głownie dlatego, że trudno znaleźć chętnych do ich obsadzenia. Jednakże to, że przedsiębiorcy tworzą coraz mniej miejsc pracy wskazuje na to, że i tempo rozwoju gospodarczego będzie coraz wolniejsze. Na tym zaś stracą wszyscy.