Praworządność jest nam wszystkim potrzebna

Rząd PiS wetując budżet unijny, spowoduje, że Polska dostanie o 23 mld środków unijnych euro mniej i nie będzie mogła pożyczyć od UE kolejnych 34 mld euro. Weto będzie zatem działaniem o znamionach zdrady stanu.
Zwiększanie dobrobytu naszego społeczeństwa wymaga budowy nowoczesnej, innowacyjnej i odpornej gospodarki. A to wymaga otwartości na świat oraz rządów prawa. Otwartość umożliwia firmom daleko idącą specjalizację i wzrost wydajności, a rządy prawa chronią obywateli i firmy przed uznaniowymi działaniami władz.
Dlatego w trosce o dalszy wzrost dobrobytu w Polsce protestujemy przeciwko bezpodstawnemu podważaniu znaczenia praworządności, korzyści z naszego członkostwa w Unii Europejskiej oraz obecności zagranicznych inwestorów w Polsce – stwierdza Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie ochrony budżetu Unii w przypadku uogólnionych braków w zakresie praworządności w państwach członkowskich odwołuje się do zapisów praworządności zawartych w art.2 Traktatu o Unii Europejskiej. W art. 2 tego rozporządzenia czytamy, że termin „praworządność” odnosi się do zasady legalizmu, oznaczającej „przejrzysty, rozliczalny, demokratyczny i pluralistyczny proces przyjmowania aktów prawnych; pewność prawa; zakaz arbitralności w działaniu władz wykonawczych; skuteczną ochronę sądową, w tym ochronę praw podstawowych, dokonywaną przez niezależne sądy; podział władzy i równość wobec prawa”.
Rządy Węgier i Polski chcą zawetować kolejną perspektywę budżetową UE na lata 2021 – 2027, przedstawiając kwestię praworządności jako atak na suwerenność państw członkowskich. Dyskusji na ten temat towarzyszą głosy podważające korzyści z polskiego członkostwa w UE, czy inwestycji zagranicznych ulokowanych w naszym kraju.
Jak niebezpieczne mogą być próby zbijania kapitału politycznego na atakowaniu Brukseli, może świadczyć przykład Wielkiej Brytanii. Wbrew swoim początkowym zamiarom Partia Konserwatywna pod naciskiem skrajnej części doprowadziła do Brexitu, którego negatywne skutki gospodarcze będą odczuwane przez lata.
Towarzystwo Ekonomistów Polskich wskazuje: protestujemy przeciwko:

  • Przeciwstawianiu praworządności i suwerenności. Praworządność przede wszystkim leży w interesie polskich obywateli i firm, chroniąc ich przed uznaniowością działań władzy. Liczne prace naukowe dokumentują związek między praworządnością a rozwojem gospodarczym. Problemy z praworządnością nie tylko w widoczny sposób obniżają wzrost produktu krajowego brutto, ale też sprawiają, że przedsiębiorcy są mniej skłonni rozwijać swoje firmy. Bardzo istotnym aspektem praworządności jest niezależność wymiaru sprawiedliwości – kraje, w których sądy nie są niezależne, rozwijają się wolniej.
  • Podważaniu korzyści z polskiego członkostwa w UE. Polska jest relatywnie małym krajem (38 milionów mieszkańców), jednak dzięki naszemu członkostwu w UE polskie firmy mają dostęp do olbrzymiego rynku wewnętrznego UE (prawie 450 milionów mieszkańców). Korzyści dla Polski z dostępu do wspólnego rynku są szacowane na ponad 10 proc. naszego PKB w 2019 r. Odbiciem korzyści z członkostwa w UE są potencjalne straty związane z jej opuszczeniem – rząd brytyjski szacuje, że brak umowy z Unią Europejską obniży brytyjski PKB o 7,6 proc. w perspektywie 15 lat, a nawet w najbardziej optymistycznym scenariuszu kompleksowej umowy, PKB Wielkiej Brytanii wciąż będzie o 1,4 proc. niższy. Dla mniejszego kraju, o znacznie słabszej pozycji negocjacyjnej, potencjalne straty związane z opuszczeniem wspólnego rynku byłyby jeszcze wyższe. Ponadto Polska, w przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii, jest beneficjentem netto napływu środków unijnych, co dodatkowo zwiększa nasze korzyści z członkostwa.
  • Podważaniu korzyści z inwestycji zagranicznych. Prezentowane w mediach dane o zyskach zagranicznych firm obecnych w Polsce mają w zamyśle twórców zapewne wywoływać poczucie eksploatacji ekonomicznej Polski. Pomijają one jednak dwie zasadnicze kwestie – wartość zainwestowanych przez nich wcześniej środków oraz płynące z tego korzyści dla polskiej gospodarki. Zyski zagranicznych firm są wynagrodzeniem za wcześniejsze inwestycje – nikt nie powinien oczekiwać, że prywatne firmy będą działały pro publico bono. Po drugie, większość zysków jest reinwestowanych w rozwój tych firm, a jedynie część jest transferowana do ich właścicieli. Istnieje szeroka literatura pokazująca, że na zagranicznych inwestycjach zyskują nie tylko sami inwestorzy, ale także gospodarki krajów goszczących. Korzyści z zagranicznych inwestycji znacznie wykraczają poza miejsca pracy, które one tworzą, czy zapłacone podatki i składki na ubezpieczenia społeczne. Wiążą się one z transferem technologii i silniejszym włączeniem krajowej gospodarki w globalne łańcuchy dostaw. Można szacować, że dzięki inwestycjom zagranicznym polska gospodarka jest o około 17 proc. większa. Polityka Insight szacuje pozytywne skutki inwestycji zagranicznych w Polsce na 15,6 proc. PKB.
    Zamiar zawetowania budżetu unijnego przez rządy Polski i Węgier przypada na wyjątkowe okoliczności. Do standardowego, wieloletniego budżetu unijnego (wartego ponad 1 bilion euro) liderzy europejscy postanowili dodać instrument Next Generation EU (NGEU) warty 750 mld euro. Łączna kwota 1,8 bln euro pomoże odbudować gospodarkę Europy po kryzysie wywołanym COVID-19. Nowa Europa będzie bardziej przyjazna dla środowiska, bardziej cyfrowa i odporniejsza na kryzysy.
    NGEU to największy pakiet pomocowy w Europie od kilkudziesięciu lat. Kluczowym elementem tego programu jest Instrument Odbudowy i Zwiększenia Odporności (RRF – Recovery and Resilience Fund). Ma on na celu pobudzenie i przyspieszenie ożywienia gospodarczego w poturbowanych kryzysem gospodarkach UE.
    Zgodnie z uzgodnionym kluczem podziału w ramach Instrumentu Odbudowy i Zwiększenia Odporności Polska ma otrzymać 23 mld euro (ok. 105 mld zł) w formie bezzwrotnych grantów oraz 34 mld euro (ok. 155 mld zł) w formie ew. pożyczek. Łącznie to 57 mld euro (ok. 260 mld zł).
    Każda złotówka z tego programu może wygenerować dodatkowy wzrost gospodarczy, a więc dodatkowe miejsca pracy, dodatkowe inwestycje, zyski i dochody, także publiczne w postaci podatków i składek na ubezpieczenie społeczne. Zatem w przypadku, gdyby te unijne środki finansowe nam odebrano, straty dla polskiego społeczeństwa byłyby wielokrotnie większe.
    Ponadto ten program odbudowy według analiz Komisji Europejskiej, może przynieść największe korzyści dla wzrostu PKB właśnie dla takich gospodarek, jak Polska i Węgry. PKB w gospodarkach naszego regionu (a więc m.in. w Polsce i na Węgrzech) na skutek absorpcji środków z tego planu może wzrosnąć trwale o ponad 2 proc. w długim okresie, a w okresie kulminacyjnym absorpcji środków nawet o 3,5 proc.
    W Holandii czy Francji – generalnie w bogatszych gospodarkach w UE – plan NGEU wygeneruje dodatkowy wzrost poziomu PKB w długim okresie o ok. 0,5 proc. , a w kulminacyjnym momencie o 1 proc. Czyli korzyści Polski z tego programu są trzykrotnie większe niż dla gospodarek bogatych UE. To pokazuje solidarność Unii Europejskiej.
    W przypadku dodatkowego funduszu (NGEU) nie ma żadnego prowizorium. Weto oznacza brak programu, wstrzymanie jego realizacji. Po recesji, polskie firmy, polskie samorządy, społeczności lokalne i rodziny potrzebują tego programu jak tlenu. Także polskie finanse publiczne są mocno nadwyrężone, dług publiczny wkrótce przebije 1,5 biliona złotych. Kryzys oraz liczne rozwiązania zmniejszające dochody jednostek samorządu terytorialnego mocno też nadwyrężyły finanse jednostek lokalnych. Europejski pakiet środków na rzecz ożywienia gospodarki pozwoli nam finansować odbudowę i rozwój gospodarki bez dalszego zadłużania Polaków.
    Polacy czują się Europejczykami i chcą pozostać obywatelami Unii Europejskiej. Doskonale wiedzą, że dotychczasowa obecność w jej strukturach to bezprecedensowy skok w rozwoju cywilizacyjnym naszego kraju. Porozumienie dotyczące 1,8 bln euro, o które apeluje TEP, to udowodnienie konstruktywnego zaangażowania polskiego rządu w rozwiązywanie problemów Europejczyków, takich jak choćby walka z pandemią i jej ekonomicznymi skutkami.

Nie poradzimy sobie bez Unii

Wystąpienia polskiego rządu przeciwko proponowanej zasadzie powiązania wypłaty funduszy unijnych z przestrzeganiem prawa, jednoznacznie podważają zaufanie inwestorów do praworządności w Polsce.

Polska nie może blokować przyjęcia nowego budżetu Unii Europejskiej – apeluje Rada Przedsiębiorczości do liderów Zjednoczonej Prawicy Jarosława Kaczyńskiego, Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina.
Podkreśla, że członkostwo w Unii Europejskiej jest polską racją stanu: zapewnia Polsce miejsce w wyjątkowej, bo zbudowanej na podstawowych prawach i wartościach, wspólnocie demokratycznych państw Europy; przez zdecydowaną większość społeczeństwa uznawane jest za jedno z największych osiągnięć po 1990 roku; daje Polsce, razem z innymi członkami Unii, silną pozycję w podzielonym świecie, bo tylko razem możemy stanowić przeciwwagę dla globalnych niebezpieczeństw i wyzwań; pozwala budować silny jednolity rynek, gwarantuje swobodny przepływ usług, towarów, kapitału i ludzi; daje gwarancje wsparcia i pomocy w sytuacjach kryzysowych.
A poza tym wszystkim, unijne fundusze zapewniają Polsce wyjątkowe wsparcie. Od dnia akcesji do UE Polska otrzymała prawie 190 mld euro, a nasza składka do unijnego budżetu wyniosła nieco ponad 60 mld euro. Bilans jest więc oczywisty: 130 mld euro zainwestowane w gospodarkę, infrastrukturę, w nowe miejsca pracy, w transfer nowoczesnych technologii i metod zarządzania.
Dzięki pracy i przedsiębiorczości Polaków, dzięki tym funduszom osiągnęliśmy szybszy wzrost gospodarczy i społeczny. Mamy większy udział w eksporcie i imporcie towarów i usług, a jako Polacy czujemy się Europejczykami.
Przynależność do UE to jednak coś zdecydowanie ważniejszego niż tylko dodatkowe pieniądze dla na polskiej gospodarki. To także budowany przez wiele lat wizerunek w oczach europejskich i światowych inwestorów. Polska zyskała miano kraju stabilnego, praworządnego, gwarantującego bezpieczeństwo inwestowania i prowadzenia działalności gospodarczej.
Jak wskazuje Rada Przedsiębiorczości, obecne wystąpienia polskiego rządu przeciwko proponowanej zasadzie powiązania wypłaty funduszy unijnych z przestrzeganiem prawa, jednoznacznie podważają zaufanie inwestorów do przestrzegania tych zasad w Polsce. Ma to bezpośredni wpływ na poziom inwestycji w naszym kraju i perspektywy rozwoju gospodarczego i społecznego.
Znajdujemy się w krytycznym momencie pandemii, a co za tym idzie groźby kryzysu. Uzgodnione na lipcowym szczycie UE stworzenie funduszu odbudowy i niemalże podwojenie budżetu Unii na najbliższe lata, jest planem wspólnego ratowania sytuacji gospodarczej i społecznej.
Zablokowanie na forum Unii możliwości utworzenia funduszu odbudowy, pozbawi Polskę dostępu do ponad 60 mld euro pomocy. Pozostawi także nasz kraj osamotniony i skłócony z naszymi dotychczasowymi sojusznikami w Europie. Bez tej pomocy nie będziemy w stanie skutecznie ratować gospodarki, miejsc pracy, dochodów rodzin, standardów społecznych, budować odporności wobec kolejnych kryzysów.
Rada Przedsiębiorczości apeluje więc o skuteczną współpracę z unijnymi instytucjami i liderami, o rozsądek i odpowiedzialność dla dobra Polaków i polskiej gospodarki.
Eksponowanie w trwających negocjacjach spraw ideologicznych i stawianie przez rząd warunków jest nie do przyjęcia dla demokratycznej Europy. Taka postawa pozbawia Polskę pomocy, bez której polscy przedsiębiorcy nie będą w stanie uratować swoich firm, a dotychczasowe łańcuchy sprzedaży i dostaw zostaną zniszczone.
Unia Europejska bez Polski sobie poradzi, Polska bez Unii – nie!

Kryzys państwa czy kryzys Prawa i Sprawiedliwości?

Nasze państwo znajduje się w stanie ostrego kryzysu, którego bezpośrednią przyczyną jest pandemia COVID-19, ale którego głębsze przyczyny tkwią głębiej. Oczywistym przejawem tego kryzysu jest załamywanie się służby zdrowia pod naporem – przyznaję nieoczekiwanego – ataku epidemii. Rządzący pocieszają siebie i nas argumentem, że gdzie indziej nie jest lepiej, ale ten argument ma ograniczoną skuteczność.

Niechętnie mówi się na przykład o tym, że w Szwecji czy Norwegii, gdzie służba zdrowia od dawna znacznie lepiej funkcjonuje niż u nas, skutki epidemii są bez porównania mniej dotkliwe, także dla gospodarki.
Epidemia rozkłada nie tylko służbę zdrowia, ale także gospodarkę i oświatę. Jej skutki będą nam towarzyszyły przez wiele lat. Całkowicie uzasadnione jest więc pytanie o odpowiedzialności rządzących – tych obecnych, ale także ich poprzedników.
Dziś oczywiste jest, że rząd Prawa i Sprawiedliwości zmarnował kilka letnich miesięcy, gdy epidemia osłabła i gdy był czas, by przygotować kraj do jej nawrotu. Zamiast tego mieliśmy uspakajające wypowiedzi premiera Morawieckiego o tym, że epidemia już nie stanowi niebezpieczeństwa, więc powinniśmy wszyscy (a zwłaszcza seniorzy, na głosy których PiS liczył bardziej niż na młodych) ochoczo podążyć do urn. Poprzednie kierownictwo Ministerstwa Zdrowia bardziej zajmowało się podejrzanymi transakcjami z udziałem zaprzyjaźnionych osobników niż przygotowaniem szpitali do czekających je zadań.
Kryzys odsłonił podstawową słabość polskiej służby zdrowia: brak kadr lekarskich i pielęgniarskich. Polska pod tym względem znajduje się w ogonie państw europejskich, a kolejne rządy ten narastający problem odsuwały na bok. Istotą tego problemu jest drastyczne niedofinansowanie służby zdrowia i – w konsekwencji – rażąco niskie płace młodych lekarzy i pielęgniarek. Gdy lekarze protestowali przeciw drastycznie niskim placom, niemądra posłanka PiS wykrzykiwała, że „mogą wyjechać”, a wcześniej marszałek Sejmu z ramienia PiS demagogicznie wołał „pokaż lekarzu, co masz w garażu”. Dysproporcje zarobkowe stały się szczególnie rażące w ostatnich latach, gdy rząd PiS bardzo wysoko opłacał ludzie sobie bliskich – nawet bez szczególnie wysokich kwalifikacji. Więc niech się dziś ich szefowie nie dziwią, że lekarze wyjechali. W okresie Polski Ludowej mieliśmy jeden z najlepszych wskaźników liczby lekarzy i pielęgniarek w stosunku do liczby mieszkańców. Dziś brzmi to jak bajka.
W 1997 roku Jacek Żochowski – najlepszy, moim zdaniem, minister zdrowia demokratycznej Polski – domagał się ustalenia składki zdrowotnej na poziomie 11 procent. Zmarł kilka dni przed wyborami, które oddały władzę AWS, a ta składkę zdrowotną ustanowiła na znacznie niższym poziomie, czego niestety nie poprawiły także rząd SLD w latach 2001-2005 i rządy Platformy Obywatelskiej i PSL w latach 2007-2015. Oszczędzanie na służbie zdrowia teraz wychodzi nam bokiem – także w postaci ekonomicznych konsekwencji takiej polityki.
Płacimy też za ograniczanie liczby studentów medycyny. Jest to wciąż kierunek, na który zgłasza się znacznie więcej kandydatów niż miejsc. Oczywistą rzeczą jest, że powinniśmy na te studia kierować znacznie większe środki. By jednak nie prowadziło to po prostu do kształcenia kadr na eksport, konieczna jest radykalna poprawa warunków płacy młodych lekarzy i pielęgniarek.
Rząd PiS odpowiada za ten stan rzeczy gdyż miał i zmarnował pięć lat doskonałej koniunktury w gospodarce światowej. Czy jednak wyborcy zdecydują się wyciągnąć z tego wnioski?
O tym dowiemy się dopiero za trzy lata (lub wcześniej, jeśli pod presją kryzysu nastąpią przyśpieszone wybory). Już teraz jednak widać przejawy kryzysu w samym obozie władzy.
Pierwszym takim objawem było – jak się okazuje przejściowe – załamanie rządzącej koalicji. Zalatano go za ceną ustępstw, zwłaszcza wobec Porozumienia, którego szef Jarosław Gowin triumfalnie wrócił do rządu jako wicepremier i minister rozwoju gospodarczego, przy okazji upokarzając dotkliwie byłą minister, dla której własna kariera była ważniejsza niż partyjna lojalność. Konflikty wewnątrz koalicji zostały jednak jedynie odłożone w czasie. Będą wracały.
Drugim objawem kryzysu jest nagłe pogorszenie relacji miedzy „Solidarnością” i rządem, a tym samym także kierownictwem PiS. Głośno protestując przeciw nominacji Gowina „Solidarność” wycofała swych przedstawicieli w Rady Dialogu Społecznego i zagroziła, że już nie zagłosuję na PiS.
Trzeci kryzys partia rządząca zafundowała sobie na własne życzenie niespodziewanie i bez przygotowania forsując ustawą o ochronie zwierząt w wersji, która boleśnie godzi w interesy hodowców. Kosztuje ją to utratę poparcia wsi i bunt we własnych szeregach, gdyż dwudziesty posłów i senatorów odmówiło poparcia kontrowersyjnej ustawy. Trudno zrozumieć, jak do tego doszło. Co tak nagle przypiliło Jarosława Kaczyńskiego rzucającego swój osobisty autorytet na szalę w tej trudnej i skomplikowanej sprawie? Czym innym przecież są budzące szacunek intencje, a czym innym zimna kalkulacja politycznych i ekonomicznych realiów.
Podobnie ma się sprawa z czwartym elementem kryzysu: nagłym zaostrzeniem starego sporu o ustawę antyaborcyjną. Nikt rozsądny nie uwierzy, że złożony w większości z mianowańców partii rządzącej Trybunał Konstytucyjny sam z siebie zdecydował się drastycznie ograniczyć możliwość przerwania ciąży – i to w sytuacji, gdy niesie ona za sobą konieczność urodzenia ciężko upośledzonego a nawet skazanego na cierpienia i rychłą śmierć płodu. Wiadomo, że w Polsce nie ma poparcia dla zaostrzania ustawy – i tak najbardziej restrykcyjnej w Europie (poza Maltą). Decyzja Trybunału już skutkuje masowymi protestami i zaostrzoną krytyką ze strony Unii Europejskiej. Nie jest to krok kupujący rządzącym poparcie, gdyż nawet wśród wyborców PiS przeważają przeciwnicy zaostrzenia ustawy. Więc o co tu idzie?
Istnieją dwie – nie wykluczające się wzajemnie – hipotezy wyjaśniające te zdumiewające posunięcia obozu rządzącego.
Według pierwszej, jest to przygotowywanie się na nieuchronną klęskę wyborczą i na oddanie władzy. W tych warunkach ogromnie ważne jest zbudowanie zwartej ideologicznie, wręcz fanatycznej, armii politycznej, która miałaby siłę by przetrwać złe czasy i kiedyś powrócić do władzy. To tłumaczyłoby zaostrzanie restrykcji antyaborcyjnych, ale nie wyjaśniałoby ryzykownej gry w sprawie ochrony zwierząt – chyba ze stosunek do niej potraktuje się jako test osobistej lojalności wobec szefa partii rządzącej.
Drugie wyjaśnienie ma charakter psychologiczny. Jarosław Kaczyński starzeje się i zapewne ma przed oczyma zbliżający się kres kariery politycznej. Chciałby więc, póki jeszcze może, przeforsować takie zmiany, które odpowiadają jego przekonaniom. Po ludzku jest to zrozumiałe, ale politycznie może okazać się samobójcze.
Ceną płaconą przez Polskę za rządy Prawa i Sprawiedliwości jest pogłębianie się i przedłużanie kryzysu państwa. Wyście z niego wymagałoby odważnej i patriotycznej decyzji, jaką byłoby powołanie kompetentnego, pozapartyjnego rządu fachowców i wyposażenie go w prawo do podejmowania kluczowych decyzji z upoważnienia Sejmu i Senaty, ale – przez czas kryzysu – bez ich doraźnych ingerencji. Nie jestem jednak aż takim optymistą, by sądzić, że Jarosław Kaczyński i jego akolici postawią interes państwa ponad własnym interesem partyjnym i osobistym. Czekają nas więc trudne czasy.
Tym większego znaczenia nabiera sprawa strategii politycznej lewicy. Musi ona jak najszybciej wyraźnie określić, jaką drogą chce doprowadzić do zmiany obecnej sytuacji. Tu nie wystarczą same protesty – skąd inąd jak najbardziej potrzebne. Tu potrzebna jest jasna i przekonująca strategia – w tym zwłaszcza określenie z kim i na jakich warunkach zamierzamy doprowadzić do zmiany rządów i jaki program chcemy realizować, gdy powstaną po temu warunki polityczne.

Niesympatyczni i niesprawni

Już ponad pięć lat temu zaczęliśmy poznawać „ludzi prawa i sprawiedliwości”, z wyraźnym pośpiechem obejmujących bardzo ważne, i mniej ważne, stanowiska państwowe. Na karb długiego oczekiwania na ponowny powrót do władzy składałem wówczas ich specyficzne zachowania, dość znacznie różniące się od poprzednich rządów liberałów, lewicy, starej solidarności a nawet gierkowskiej dekady.

Te rzucające się w oczy cechy, to wyjątkowa pewność siebie, okazywanie otwartej lub skrywanej wyższości nad innymi obywatelami, ostentacyjna, czasem autentyczna, ale u większości raczej udawana pobożność. Jednocześnie totalna negacja całego powojennego dorobku i jednolita, urzędowa, optymistyczna wizja przyszłości.

Sympatia nie trwa wiecznie

Realistów najbardziej drażniło podsycanie tej wizji decyzjami, albo planami, nieosiągalnych w dającym się przewidzieć czasie wielkich przedsięwzięć gospodarczych – „największego”, centralnego portu komunikacyjnego konkurującego z jeszcze większym berlińskim, produkcji promów i elektrycznych samochodów, masowej budowy tanich mieszkań. Mieliśmy też błyskawicznie skonstruować i produkować nadzwyczajny polsko – ukraiński wojskowy helikopter, przy którym poprzednio zakontraktowane francuskie Caracale miały być tylko drogim złomem. Nic dziwnego, – co lepszego mogli wymyśleć Francuzi, których przecież w przeszłości „uczyliśmy posługiwać się widelcem”.

Twórcy i opowiadacze tych planów częściowo brali przykład z Gierka, który jednak „mierzył siły” i był bardziej prawdomówny. Zadłużał nas, ale zmotoryzowaliśmy się na małych Fiatach, mieszkania były małe, ale były, „gierkówka” z Warszawy do Katowic wiele lat służyła i nadal nią jeździmy.
Powoli nowa władza stawała się coraz bardziej nielubiana w kraju i zagranicą. Co najmniej, mimo materialnych prezentów, przez połowę ludności w kraju, dlatego, że robiła nieustanny i coraz większy skok na kasę („bo te pieniądze im się należały”), przerzucała „swoich” ludzi na coraz lepiej płatne posady, zachowywała się w sposób „władczy” w stosunku do reszty społeczeństwa. Z państwowej telewizji zrobiła coś w rodzaju goebbelsowskiego „ministerstwa propagandy”. Przypuszczenia, że właściwie dzięki temu przepchnęła w ostatnich wyborach swojego prezydenta, mogą być prawdziwe. Coraz bardziej zaczęła lekceważyć prawo – łącznie z konstytucją – narażając państwo na straty (jak w przypadku nakładów na niezrealizowane wybory korespondencyjne), albo uznając, że „ich ludziom” wolno omijać obowiązując zasady (jak w przypadku wielotysięcznych zarobków posłów i senatorów poza parlamentem, albo – ostatnio – odwiedzać chorych w szpitalach), czego innym nie wolno.
Zagranica przestawała lubić Polskę – a ściślej jej rząd, – bo wszystkie ich badania wskazują, że prowadzone pod hasłem dobrej zmiany zawirowania organizacyjne w wymiarze sprawiedliwości, czasem wręcz humorystyczne ataki na sędziów, tworzenie specjalnych sądów dla ich karania – w konsekwencji doprowadzają do tego, że Polska przestaje być państwem praworządnym. Niechęć budziły i budzą także dziwaczne manewry wokół LGBT, a zwłaszcza dorabianie ideologii do znanych od wieków odchyleń fizjologicznych i psychologicznych. Głośnym dzwonkiem alarmowym tej zmiany oceny naszego kraju powinna być niedawna decyzja norweskich urzędów o przyznaniu azylu Polakowi, który – ich zdaniem – „może nie być osądzony sprawiedliwie w swojej ojczyźnie.

Ale wątpliwości, co do naszej praworządności, nie są jedyną przyczyną wzrostu niechęci Europy. Drugą jest lekceważący stosunek do wszelkich jej uwag i sugestii, niezgodnych z poglądami ideologicznego ajatollaha polskiej prawicy. Na tle tego lekceważenia rozwijają się buńczuczne wypowiedzi naszych mniej ważnych polityków działających w kraju i europosłów. Przykładowo – sugerowanie przez relatywnie młodych ludzi, że jesteśmy przedmurzem europejskiego chrześcijaństwa i tylko my go bronimy, wydaje się trochę niestosowne. W końcu to „zachodni” rycerze z krzyżami na piersiach i sztandarach walczyli w XI i XII wieku z niewiernymi (inna sprawa, że też niesłusznie), kiedy my jeszcze byliśmy także poganami, albo nieufnymi neofitami chrześcijaństwa.

Nie chcę być katastroficznym wróżbitą. Jednak nie można wykluczyć, że to „nielubienie” w Unii może wpływać na realizację naszych oczekiwań wspomagania finansowego z tego źródła. Pomoc w poprawie obrazu Polski ze strony Igi Świątek jest cenna, ale jej skutki nie będą długotrwałe.

Nieudolność może trwać dłużej

Praworządni i sprawiedliwi przejęli władzę, rozdając pieniądze. To był zręczny chwyt, bo nie jesteśmy najbogatszym w Europie społeczeństwem, ciągle nie możemy przegonić nawet braci Czechów. Każdy grosz oddawany nam z naszych pieniędzy, jest więc mile widziany i tworzy poparcie najuboższych. Ale Sprawiedliwi postanowili dłużej wykorzystywać ten instrument tworząc różne strumienie wypływu budżetowych pieniędzy do niektórych grup społecznych. Siedząc na przyzbie z przyjaciółmi ze zdumieniem wysłuchiwaliśmy radosnych zapewnień o emerytalnych 13-tkach, 14-tkach a może nawet 15-tkach w 2021 roku. Patrzyliśmy ze zdziwieniem na pospieszne przekopywanie Mierzei Wiślanej, które nie było teraz niezbędne. Z uwagi na rozmiary kanał nie będzie mógł przepuszczać dużych statków i zapewne stanie się głównie atrakcją turystyczną. Zamortyzuje się nie wcześniej, niż za czasów naszych pra, prawnuków.
Wydawanie zarobionych przez społeczeństwo pieniędzy dla utrzymania społecznego poparcia, stało się podstawowym instrumentem stabilizacji władzy. Jednocześnie uznano, że naród będzie się pozytywnie podniecał, jeśli będziemy je także wydawać na zwiększanie naszej siły militarnej, pod hasłem wzrostu obronności. To zresztą nic nowego. Zawsze szykowaliśmy się do jakiejś wojny. A jeżeli wybuchała, to i tak nie byliśmy przygotowani, zarówno w czasach „Potopu” jak i II wojny światowej. A postęp techniczny doprowadził do tego, że we współczesnej wojnie światowej bylibyśmy głównie strefą przelotu rakiet zmierzających do bardziej odległych celów.
Minister finansów w rządzie Donalda Tuska powiedział „pieniędzy na to nie ma i nie będzie”. Mylił się. Pieniędzy jednak trochę było i trochę przybyło przez zwiększenie dyscypliny podatkowej. Ale zaczęły się kończyć. Jak się kończą, nie daje się więcej zarobić i ma się trudne do zapomnienia zobowiązania, to trzeba pożyczać. Różne są dane, analizy i metody liczenia, ale dług państwa wzrósł, do co najmniej 250 – 340 milionów dolarów. Państwa, – czyli nasz. Bo państwo ma tylko takie pieniądze, jakie my oddamy do wspólnej kasy. Gierek został daleko w tyle.

Nieudolność zarządzania i doboru kadr naszych „sprawiedliwych” osiągnęła apogeum w dobie pandemii koronawirusa. Najpierw – zdaniem rządzących – była mało groźną epidemią, potem, na wakacje i przed wyborami, już z nią właściwie wygraliśmy. Kiedy przyszła jesień i nastąpił drastyczny wzrost zachorowań, no to „przecież nie mogliśmy tego przewidzieć”. Nie zastosowano dwutygodniowego zamrożenia wszystkiego, co można zamrozić – łącznie z pobytem dzieci i młodzieży w szkołach i uczelniach, całej gastronomii i turystyki, zakazem organizowania wesel, chrzcin, imprez sportowych, ćwiczeń wojskowych itp. Ślub można wziąć, ale wesele zrobić później. Doświadczenia kilku krajów wykazały, że tylko wtedy można osiągnąć wyraźnie „oderwanie się od nieprzyjaciela”, przerwać taśmę zakażeń, zwolnić znaczną część łóżek w szpitalach.
Pochodną nieudolnych reakcji na pandemię jest także, – o czym już pisałem – kompletny bałagan w organizacji szczepień na grypę. To się jeszcze może uspokoić, ale pozostawiło już ślad w graniczącej z satyrą ocenie sprawności rządu.

Dobroduszność jest cechą często wypominaną mi przez przyjaciół. Mimo, że wpływa ona hamująco na moje oceny dochodzę do wniosku, że w interesie „suwerena” jest możliwie najszybsze zakończenie rządów „prawych i sprawiedliwych”. Może to się uda wcześniej niż się spodziewano, bo różne grupy społeczne zaczynają bardziej agresywnie wyrażać swoje niezadowolenie. Jeśli się nie uda, to trzeba zewrzeć szyki i doprowadzić do zmiany konfiguracji sceny politycznej w wyborach za trzy lata. Trzeba traktować ten cel, jako nadrzędny. Wiem, ze nasi opozycyjni i wyczekujący politycy mają z tym trudności, że ciągle opowiadają o własnych programach i różniących się celach. Na to też przyjdzie czas. Ale najpierw muszą zacisnąć zęby i nie dopuścić do całkowitej degrengolady państwa i utrwalenia anegdotycznych poglądów w świadomości społecznej, a zwłaszcza w umysłach indoktrynowanej młodzieży.

Warszawa – Marki, 13.10.2020r.

Gospodarka 48 godzin

Tym razem nie skłamał
Premier Morawiecki zaprzecza, że zaakceptował to, iż wypłaty dotacji z Unii Europejskiej zostają powiązane z przestrzeganiem praworządności – mimo, że przewiduje to oświadczenie Rady Europejskiej, pod którym się podpisał. Tym razem premierowi nie można jednak zarzucić mijania się z prawdą. Oświadczenie Unii Europejskiej jest tylko deklaracją, zaś cały mechanizm konkretnego wiązania dopłat z praworządnością jeszcze nie został stworzony.

Rządzący wspierali pandemię

Prominenci Prawa i Sprawiedliwości z Jarosławem Kaczyńskim na czele oczywiście nie poczuwają się do odpowiedzialności za rekordowy wzrost zakażeń i liczbę ofiar śmiertelnych w ostatnich dniach. Winę zrzucają na społeczeństwo. To jedna z podstawowych reguł zauważanych w praktyce funkcjonowania tego ugrupowania – jeżeli coś się udaje, to jest to nasz sukces. Jeśli klapa – zawsze winni są inni. Widać to doskonale właśnie przy okazji pandemii koronawirusa, gdy przedstawiciele rządu zarzucają społeczeństwu nie przestrzeganie ograniczeń. Oczywiście nie chą widzieć tego, że jednym z powodów wzrostu zakażeń było zorganizowanie bezprawnych, sprzecznych z Konstytucją wyborów prezydenckich przez PiS (miały być możliwie szybko, by poparcie dla PiS nie zdążyło stopnieć), a także jednoznaczne sugerowanie, że nie należy się przejmować epidemią. Do niechlubnej historii na zawsze przejdą słowa premiera Mateusza Morawieckiego, skierowane do ludzi starszych (zwykle chętniej popierających PiS), którzy z obawy przed zakażeniem, niezbyt tłumnie uczestniczyli w pierwszej turze wyborów . Uznano więc, że trzeba ich zmobilizować, mimo, że udział w wyborach może zagrażać życiu seniorów. Chodziło jednak o to, żeby wcześniej zdążyli oddać głos.
„Ja cieszę się że coraz mniej obawiamy się tego wirusa, tej epidemii. I to jest dobre podejście szanowni państwo. Bo on jest w odwrocie. Już teraz nie trzeba się jego bać. Trzeba pójść na wybory. Tłumnie /…/ Wszyscy, zwłaszcza seniorzy, nie obawiajmy się, idźmy na wybory” – oświadczał szef polskiego rządu (!). Cóż, to nie nowość, że prominenci Prawa i Sprawiedliwości nie cofną się przed niczym dla zachowania władzy, a takie wartości, jak zycie i zdrowie obywateli są dla nich bez znaczenia. Czy kiedykolwiek staną przed sądem za swoje czyny?

Paczkomatowa lipa

Jedna z firm paczkomatowych, licząca się na polskim rynku pocztowym, reklamuje swoje usługi następującym sloganem: „Czy wiecie, że jedna paczka dostarczona przez zwykły samochód kurierski do domu – to w terenie pozamiejskim aż 1,4 kg CO2, a ta sama paczka dostarczona do paczkomatu na wsi to tylko 0,15 kg?”. W ten sposób ta znana firma zachęca do korzystania ze swych paczkomatów. Ten slogan jest jednak lipą nie mającą nic wspólnego z prawdą. Rzecz w tym, że emisja dwutlenku węgla jest w obu przypadkach taka sama. Wprawdzie samochód kurierski dostarcza do paczkomatu wiele paczek jednocześnie, więc jednostkowa emisja Co2 przypadająca na jedną paczkę jest niższa – ale przecież każdy z odbiorców musi indywidualnie podjechać po nią do paczkomatu i wrócić do domu. Co jak co, ale paczkomaty na pewno więc nie przyczyniają się do spadku emisji dwutlenku węgla (który, co warto przypominać, nie jest zresztą żadnym trującym pyłem wywołującym różne choroby).

Unia Europejska z podbitym okiem

Zakończony w Brukseli szczyt zaczynał się w fasadowych uśmiechach, z humorem na temat covidowych ograniczeń, raźno i z pięknymi słowami przemówień o solidarności. Po wszystkim ogłoszono cienkim głosem „zwycięstwo” idei europejskiej, ale Unia wychodzi z tego jak kura na torach, nad którą przejechał pociąg, rozczochrana, szczerbata i z podbitym okiem. Jej stan psychiczny to „wewnętrzne podziały”, czyli schizofrenia. Co więc zostało „wygrane”?

Jeszcze raz przywódcy europejscy złożyli podpis na tej samej kartce, tzn. Unia, której niektórzy przewidują krótki żywot, jakoś ożyła, nawet „zmartwychwstała”, jak piszą niektórzy europejscy komentatorzy. Nie nastąpił wielki wybuch polityczny, który by ją finalnie pogrzebał, choć, przyznają, było blisko. Zwycięstwo polega tu na kolejnym uczuciu ulgi, że się ciągle żyje. Cóż, unijna reakcja na kontynentalny kryzys sanitarny była tak nierychliwa, nieporozumienie i wzajemne pretensje tak biły po oczach, że można było spodziewać się wszystkiego. Tymczasem w końcu znalazły się jakieś pieniądze.
Polska nie miała za wiele do powiedzenia w unijnym kółku, bo główna gra szła o strefę euro. Od pamiętnego kryzysu w 2008 r., panuje tej strefie niewypowiedziane rozdarcie między krajami północy a państwami południa. Szczyt zakończył się „zwycięstwem” tylko dlatego, że Niemcy nie wykazali zwyczajowej solidarności z Północą, a nawet wprost przeciwnie, sami przyklepali pierwotny plan solidarnościowy, w obliczu euro-nieszczęścia, choć Północ z góry go odrzucała. Był on skromny, nawet mocno skromny, jeśli porównać do podobnych planów finansowych w Chinach, czy USA, ale jednak.
Co z tego, skoro to rozdarcie tylko się pogłębiło? Po zapaści kapitalizmu w 2008 r., prasa brytyjska, a za nią kontynentalna zaczęła nazywać mianem PIGS (świnie) grupę południowych krajów, które kryzys pociągnął w dół. Nazwa ta stała się nawet półoficjalna, choć była gorsza od „Club Med”, tj. „krajów wakacyjnych”. Taka Hiszpania ściśle wypełniała kryteria z Maastricht do 2010 r., w przeciwieństwie do niektórych z Północy, ale i tak wielu wakacjuszom z tamtych stron wydawała się krajem nic nie robienia, jeśli nie brać pod uwagę kelnerów. „Farniente” jak we Włoszech, które mają nadwyżkę budżetową od 20 lat? Barowe stereotypy przekładają się jednak na pieniądze.
Aroganckie komentarze wygłaszane w Brukseli przez Marka Rutte, premiera Holandii, który przewodniczył „koalicji północnej”, jak „Oto linia podziału między tymi, którzy chcą pomocy i tymi, którzy za nią płacą”, były kopiami tytułów z duńskiej i holenderskiej prasy brukowej. Rutte wolał przypisywać sobie „cnotę ekonomiczną”, zamiast solidarności, i „wygrał”. Holandia, podobnie jak inne kraje, które odrzucały projekt, nie tylko nie będzie spłacać ze wszystkimi pożyczki na „bezzwrotną” pomoc 390 miliardów euro dla krajów Unii (poprzez obniżenie jej składki budżetowej), ale i będzie miała prawo wglądu do finansowych planów narodowych i praworządności, czyli może, wraz z innymi lub sama, w każdym momencie opóźnić lub nawet zawiesić wypłaty.
Tak się składa, że Holandia, jak i inne kraje Północy, stosuje stopy podatkowe dla zagranicznych spółek, które czynią z niej raj podatkowy, skutecznie wysysający olbrzymie pieniądze z Włoch, z Polski, i innych krajów Unii. Tę masową kradzież w biały dzień organizuje legalnie, bo to jeden z istotnych elementów oficjalnego, unijnego neoliberalizmu. Nie jest też zbyt cnotliwa wewnątrz: choć jej dług publiczny jest w normie, dług prywatny bije światowe rekordy – 220 proc. holenderskiego PKB! Ale to dla złagodzenia naburmuszenia Holendrów czy Austriaków, Unia jednym ruchem długopisu wykreśliła programy na rzecz ochrony zdrowia, naukowe i co tam jeszcze było po drodze, nawet polityka rolna dostała po palcach. Plan ocalał, zmniejszony i drogo opłacony, lecz podział w strefie euro, który ją nieustannie minuje, pozostał. Po pełnych satysfakcji słowach o „uldze” i „zmartwychwstaniu” zaczną się schody, bo plan jest zdecydowanie za mały, by poradzić na nadchodzący kryzys.

Ubywa praw, ubywa sprawiedliwości

W Polsce pod rządami PiS praworządność staje się rzadkim dobrem. Wyraźnie pokazuje to światowy Indeks Praworządności.  

 Indeks Praworządności opracowywany i publikowany jest  corocznie przez konsorcjum naukowo-badawcze World Justice Projects,  finansowane przez fundację w której występują m. in. Bill i Melinda Gates, Microsoft oraz Departament Stanu USA.

Indeks Praworządności 2020  obejmuje wyniki badań przeprowadzonych w 128 krajach, na podstawie fachowych ekspertyz  (ok. 3.800) prawniczych, socjologicznych i ekonomicznych – oraz ankiet (uwzględniających około 500 zmiennych) przeprowadzonych wśród 400.000 gospodarstw domowych.

Z Polski w badaniach wzięło udział 17 wybitnych specjalistów z trzech uniwersytetów i 10 znanych kancelarii adwokackich. Badania ankietowe przeprowadzono w Polsce w okresie maj – listopad 2019 r. na tysiąc osobowej próbie losowej z Krakowa, Warszawie i Łodzi. Indeks i pełny raport można znaleźć na stronie: www.worldjusticeproject.org.

Wypadamy coraz gorzej

  Polska zajęła w Indeksie Praworządności 2020 dopiero 28. miejsce, z wartością indeksu 0,66 (w skali 0 – 1,0) !. To o trzy miejsca gorzej niż dwa lata wcześniej. Natomiast w 2016 roku Polska zajmowała w tym Indeksie 22 miejsce.

Raport operuje ośmioma zbiorczymi czynnikami (oraz 49 szczegółowymi wskaźnikami przestrzegania prawa): Są to 1. Uprawnienia władcze rządu (6 wskaźników), 2. Występowanie korupcji (4 wskaźniki) , 3. Otwartość rządu (4 wskaźniki), 4. Podstawowe prawa człowieka (8 wskaźników), 5. Porządek i bezpieczeństwo (3 wskaźniki), 6. Regulacje dotyczące swobód obywatelskich (5 wskaźników), 7. Sądownictwo cywilne (7 wskaźników) i 8. Sądownictwo karne (7 wskaźników). Indeks jest średnią arytmetyczną ważoną tych wymiarów.

Czołówka rankingu przestrzegania prawa to: Dania (wartość indeksu 0,90), Norwegia, Finlandia, Szwecja i Niderlandy.

Wartość Indeksu dla Danii wynosi 0,90 a dla Polski – 0,66. Taki jest obecnie nasz dystans do najlepszych. Wśród krajów członkowskich Unii Europejskiej zajmujemy dopiero 16 miejsce a wśród 38 krajów o wysokim produkcie krajowym brutto na mieszkańca – 26 miejsce. 

Spośród nowych krajów UE przed nami są: Estonia (10 miejsce), Czechy (18) i Słowenia (24). Za nami znajdują się Rumunia (32), Chorwacja (39), Bułgaria (53), Węgry (60). Litwa, Łotwa i Słowacja nie występują w tym indeksie.

USA zajmują 21 miejsce w Indeksie Przestrzegania Prawa 2020. Chiny – 88, a Rosja 94. Spośród naszych sąsiadów, Białoruś zajmuje 68 miejsce, zaś  Ukraina – 72.

Ostatnie miejsca w Indeksie Przestrzegania Prawa zajmują obecnie: Egipt, Demokratyczna Republika Konga, Kambodża i Wenezuela.

Jak rząd PiS przestrzega prawa

Oceniając bardziej szczegółowo według poszczególnych czynników, trzeba zauważyć, że w Indeksie Praworządności 2019 (szczegółowych danych do tegorocznego indeksu jeszcze nie opublikowano), w zakresie przestrzegania przez rząd posiadanych uprawnień Polska zajmuje dopiero 50 miejsce  (pomiędzy Botswaną i Senegalem).

Jeśli chodzi o postrzeganie korupcji, nasz kraj zajmuje 21 miejsce (pomiędzy USA i Portugalią). W obszarze otwartości rządu wobec obywateli zajmujemy  30 miejsce (pomiędzy Włochami i RPA), w przestrzeganiu podstawowych praw człowieka – 38 (pomiędzy Namibią i Chorwacją), w zakresie zapewnienia porządku i bezpieczeństwa – 19  (pomiędzy Australią i Niderlandami), w zakresie przestrzegania regulacji prawnych dotyczących swobód obywatelskich – 30 miejsce (pomiędzy Barbadosem i Botswaną).

Jeśli chodzi o praworządność w sądownictwie cywilnym, Polska zajmuje  31 miejsce (pomiędzy USA i Jordanią). W zakresie sądownictwa karnego jesteśmy zaś na 25 miejscu (pomiędzy Wyspami Bahama i Portugalią).

Indeks przestrzegania prawa 2020

1. Dania 0,90

2. Norwegia 0,89

3. Finlandia 0,87

4. Szwecja 0,86

5. Niderlandy 0,84

———-

26. Chile 0,67

27. Włochy 0,66

27. Polska 0,66

29. Barbados 0,65

Polska jak Albania

W Strasburgu rozpoczęło się posiedzenie Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy-najstarszej (zał. w 1949 r.) organizacji na naszym kontynencie, składającej się z 47 państw, która zajmuje się głównie demokracją, prawami człowieka oraz praworządnością.

Pierwszego dnia obrad po dyskusji nad raportem posłów:Azadeha Gustafssona (ze Szwecji) i Pietera Omtziga (z Holandii) zdecydowaną większością głosów (140:37;1) przyjęto rezolucję, w której stwierdzono, że „reformy sądownictwa oraz wymiaru sprawiedliwości w Polsce generalnie podważają i poważnie szkodzą niezależności sądownictwa i rządom prawa, stąd powinny zostać zmienione tak, aby były zgodne z zaleceniami Rady Europy”. Członkowie Zgromadzenia uznali, iż system sądownictwa jest obecnie podatny na ingerencje polityczne i próby wzięcia go pod polityczną kontrolę władzy wykonawczej, co stoi w sprzeczności z najważniejszymi zasadami państwa demokratycznego kierującego się rządami prawa.
Zaapelowano do prezydenta Dudy, aby nie podpisywał poprawek przyjętych przez Sejm 23 stycznia 2020 r., które by zmniejszały stopień niezależności sądownictwa i poszanowania rządów prawa w Polsce oraz były sprzeczne z artykułami 6 i 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Wezwano też władze do „pełnego poszanowania uchwały polskiego Sądu Najwyższego z 23 stycznia 2020 r.”.
Zaakcentowano ponadto konieczność pilnego rozdzielenia funkcji Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego oraz przywrócenia poprzedniego systemu bezpośrednich wyborów przez sędziów ich przedstawicieli w Krajowej Radzie Sądownictwa.Wreszcie poddano krytyce działanie, skład i wybór członków dwóch Izb Sądu Najwyższego: Dyscyplinarnej oraz Nadzwyczajnych Apelacji. Znaczące było też podkreślenie w rezolucji potrzeby publicznego, niezależnego wyjaśnienia informacji o motywowanych politycznie kampaniach szkalujących sędziów i prokuratorów, którzy sprzeciwiają się reformom.
Na koniec ZPRE podkreśliło, iż rozumie potrzebę usunięcia słabości istniejących w polskim sądownictwie i wymiarze sprawiedliwości, ale z całą mocą uwypukliło, że wszelkie reformy i zmiany muszą spełniać normy i standardy europejskie, co w sumie powinno wzmacniać niezależność sądownictwa i rządy prawa, a nie podważać bądź osłabiać je.
Po decyzji Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy objęcia Polski procedurą monitoringową dołączyliśmy do 10 państw, które wcześniej znalazły się w tej sytuacji. Są to: Albania, Armenia, Azerbejdżan, Bośnia-Hercegowina, Gruzja, Mołdowa, Rosja, Serbia, Turcja i Ukraina. Ta lista mówi sama za siebie!

Magister wskrzesza potwory

W Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy pracowałem sześć lat. Byłem członkiem delegacji polskiego Sejmu do tego Zgromadzenia w latach 2002-2007. Pracowałem tam w dwóch komisjach Zgromadzenia, przewodniczyłem podkomisji Równego Startu Zawodowego Kobiet i Mężczyzn. Od razu wyjaśniam, że jak wszyscy oddelegowani tam parlamentarzyści nie pobierałem za to dodatkowego wynagrodzenia.

Dlatego z nutką nostalgii oglądałem transmisję z ostatniego posiedzenia Zgromadzenia Parlamentarnego Rady przypominając sobie czasy kiedy Polska była tam często przywoływana jako wzór praworządności i demokratyzacji dla pozostałych państw europejskich. Zwłaszcza z naszego środkowo- wschodniego regionu.
Do tego roku to my Polacy, monitorowaliśmy stan demokracji i praworządności w innych państwach zrzeszonych w Radzie. Upominaliśmy Rosję, Białoruś, Azerbejdżan, Ukrainę, rekomendowaliśmy im pozytywne rozwiązania, zmiany w ich prawie.
Teraz, w efekcie autorytarnych rządów pana prezesa Kaczyńskiego, kraj nasz zapisał się do autorytarnego klubu państw prezydentów Putina i Łukaszenki.
III Rzeczpospolita zaczyna przypominać II Rzeczpospolitą. Obie zaczynały jako demokracje parlamentarne. W obu zwyciężyły tendencje autorytarne. Zamodryzm, stopniowe ograniczanie demokracji, marginalizowanie opozycji.
Na nic zdały się podczas debat w ZG Rady Europy przywiezione tam kłamstwa i manipulacje parlamentarzystów PiS. Wyszkolonych przez wielce zakłamaną, narodowo- katolicką TVP SA. Kierowaną przez niedawnego, sztandarowego kłamcę sejmowego pana prezesa Jacka Kurskiego.
Ale napisana dla polskiego „ciemnego ludu” historyjka o tym, że PiS- owskie kagańcowe ustawy to jedynie zbiór najlepszych fragmentów zaczerpniętych z najlepszych zachodnich ustaw, została w Radzie Europy totalnie skrytykowana i wyśmiana.
Liczni, reprezentujący różne państwa i różne partie polityczne, parlamentarzyści zgodnie obnażali bezczelne szalbierstwa PiS.
Bo prawdą jest, że komsomolcy ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry przepisywali francuskie, niemieckie i inne fragmenty obowiązujących w Europie ustaw. Ale tak je legislacyjnie zszywali, że powstały z tego ustawy – potwory. Tak skompilowane zmieniły swój charakter. Z demokratycznego na zamordystyczny.
Taki PiS- owski styl ustawodawczy nazwano w Radzie Europy „legislacyjną frankensteinizacją”.
Ziobro i potwory
To celne, humanistyczne, odwołujące się do europejskiego dziedzictwa kulturalnego określenie. Każdy kulturalny Europejczyk zna, przynajmniej ze słyszenia, powieść Mary Shelly „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz”.
W przeciwieństwie do późniejszych jej przeróbek i ekranizacji, które spłycały lub zniekształcały wymowę powieści, utwór Shelly poświęcony jest fundamentalnemu problemowi moralnemu. Równania się człowieka z Bogiem-stwórcą
Prawom każdego stwórcy, twórcy do decydowania o losach stworzonej przez siebie istoty czy dzieła. Zachęcał do dyskusji o intencjach twórców, często szlachetnych, ale też o ich błędach. O tworzonych przez nich dziełach, które w zamierzeniach miały czynić dobro, lecz w efekcie ludzkich błędów stawały się potworami.
Podobnie jest z prominentami PiS. Pan prezes Kaczyński i jego drużyna chcą stworzyć nowe elity. Nowego człowieka. Narodowo- katolickiego Polaka. Zszytego z historycznych kawałków.
Aby uczynić go tworem panującym muszą usunąć stare elity. Polaków, uważanych za stwory gorszego sorta.
Kiedyś Stalin i jego drużyna też tworzyli nowego, radzieckiego człowieka. Tych nie radzieckich wysyłali do gułagów. Potem przewodniczący Mao tez marzył o nowych Chińczykach. Jego hunwejbini poniżali stare elity, wysyłali je na reedukację na wieś.
Teraz magister Ziobro i jego hunwejbini chcą być nową elitą. Usuwają starych profesorów przy pomocy „legislacyjnej frankensteinizacji”, czyli ustaw – potworów prawnych.
Niektórych Polaków najlepszego sorta, ten kwiat nowych elit narodowo-katolickich już poznaliśmy. To pan prezes Marian Banaś, pan agent Tomek, pan arcybiskup Marek Jędraszewski, pan prezes Jacek Kurski, pan były prezes Komisji Nadzoru Finansowego Marek Chrzanowski, pani sędzia Trybunału Konstytucyjnego Krystyna Pawłowicz, pan sędzia tego Trybunału Stanisław Piotrowicz, pan prezes GetBack Krzysztof K.
I wielu innych, podobnych im wzorowych narodowo-katolickich Polaków.
Aby przyśpieszyć wymianę elit, prominenci PiS tworzą potwory prawne. Jeden po drugi. Łamią prawo.
A z łamaniem prawa jest jak z wódką. Pierwszy kieliszek nie szkodzi. Przeciwnie, zwykle pobudza radość, odwagę i wolę picia kolejnych. A kiedy jesteś już pijany i słyszysz, że powinieneś, pić przestać, to zamiast iść spać, rzucasz się do bicia.
Tak samo jest z elitami PiS. Kiedy wszyscy wokoło; opozycja, Parlament Europejski, Komisja Wenecka, Rada Europy, Komisja Europejska zwracają im uwagę, że łamią polskie, czyli europejskie prawo, to magistrowie legislacyjnej frankensteinizacji rzucają się do bicia. Ze wszystkimi już wokoło.

Skuteczny atak PiS na praworządność

Obecna ekipa osiągnęła to, że sądy w naszym kraju pracują coraz wolniej i są coraz mniej niezależne. Szkodzi to sprawiedliwości, Polakom i polskiej gospodarce.

W Polsce od lat zwraca się uwagę na zjawisko przewlekłości postępowań sądowych. Trzeba jednak zaznaczyć, że do 2015 roku (czyli przed objęciem władzy przez Prawo i Sprawiedliwość) obserwowany był tu pewien postęp.
Działania rozpoczęte przez rząd zjednoczonej prawicy po 2015 r. nie rozwiązują problemu przewlekłości postępowań sądowych. Co więcej, niektóre dane krajowe wskazują wręcz na pogorszenie w tym obszarze, jednocześnie tworząc nowy problem – braku niezależności sądów. Nie jest to opinia tylko prawników – ankiety prowadzone wśród przedsiębiorców również wskazują, że po 2015 roku coraz gorzej oceniają oni niezależność sądów.
Atak na praworządność jest jedną z przyczyn załamania stopy inwestycji w Polsce po 2015 roku. Spadek praworządności wynikał nie tylko z ataków na niezależność sądów, ale także z pogorszenia jakości procesu legislacyjnego: zwłaszcza ekspresowego uchwalania ustaw, które drastycznie zmieniały funkcjonowanie różnych sektorów, od elektrowni wiatrowych, przez handel, banki, branżę farmaceutyczną, spożywczą, aż po apteki. Do tego jeszcze należy dodać agresywne działania w obszarze systemu podatkowego.
Łącznie wszystko to zwiększyło to do tego stopnia niepewność w gospodarce, że przedsiębiorcy profilaktycznie ograniczyli inwestycje pomimo bardzo dobrej koniunktury – co negatywnie wyróżniało Polskę na tle innych państw Unii Europejskiej. Pomimo pewnego odbicia w ubiegłym roku, stopa inwestycji prywatnych w Polsce pozostaje niepokojąco niska, co ogranicza długookresowe perspektywy naszej gospodarki – zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Próby rządu zjednoczonej prawicy podporządkowania sądów większości parlamentarnej budzą głębokie obawy dotyczące podziału władzy i ustrojowych podstaw demokratycznego państwa. Niezależnie od tych uzasadnionych obaw, nie można zapominać o kluczowym znaczeniu jakości sądownictwa dla rozwoju gospodarczego.
Liczne badania dokumentują istotne znaczenie różnych aspektów jakości sądów dla rozwoju gospodarczego. I tak prof. prof. Robert J. Barrro, Yvan Guilemette i David Turner na szerokim panelu krajów pokazują istotny związek szeroko rozumianej praworządności i wzrostu gospodarczego.
Prof. prof. Stefan Voigt, Lars P. Feld, Jerg Gutmann koncentrują się na faktycznej niezależności sądów i pokazuje, że ma ona silny pozytywny wpływ na wzrost gospodarczy. Do takich samych wyników dochodzą prof. Julio Rios-Figueroa i Jeffrey K. Staton, którzy sprawdzają różne miary niezależności sądów (szerszy przegląd literatury o znaczeniu niezależności sądów dla gospodarki: Łaszek, Tatała i Toczyński 2017 r.).
Prof. Nathan Nunn na panelu międzynarodowym szacuje, że efektywność egzekwowania kontraktów ma większe znaczenie dla struktury eksportu krajów, niż ich zasoby kapitału rzeczowego i ludzkiego. Efektywne sądy pozwalają firmom na znacznie dalej idącą specjalizację i bardziej zaawansowany eksport.
Prof. prof. Krishna B. Kumar, Raghuran G. Rajan, Luigi Zingales badając 15 państw Unii Europejskiej wskazują, że silniejsze instytucje i sprawniejsze sądy sprzyjają większym rozmiarom firm. Efekt jest szczególnie silny w tych branżach, które inwestują przede wszystkim w dobra niematerialne, a nie fizyczny kapitał. Jest to wątek szczególnie istotny w przypadku naszej gospodarki, którą charakteryzuje nadreprezentacja mało wydajnych mikroprzedsiębiorstw (patrz szerzej: Łaszek i Trzeciakowski 2018 r.).
Przewlekłość postępowań sądowych od lat jest problemem dla gospodarki w Polsce. Niestety działania obecnego rządu w żaden sposób go nie rozwiązują, jednocześnie tworząc nowy problem poprzez ograniczenie niezależności sądów.