Doktrynerzy bez cienia refleksji

Były do wyboru możliwości pójścia różnymi drogami, ale reformatorzy mieli niestety klapki na oczach.
Sposób transformacji w Polsce od początku budził kontrowersje i poddawany był krytyce. Krytyka ta nie docierała do społeczeństwa, ponieważ w głównych mediach transformacja była zachwalana. Decydenci polityczni nie byli zaś skłonni dokonywać stosownych korekt w polityce gospodarczej. Wyrazistym tego przykładem było to, że po ponownym zdobyciu władzy w 1997, po rządach lewicy, znów powierzyli sprawowanie urzędu wicepremiera i Ministra Finansów oraz Przewodniczącego Komitetu Ekonomicznego przy Radzie Ministrów, L. Balcerowiczowi, który w latach 2001–2007 był Prezesem NBP z zadaniem kontynuowania transformacji. Dzięki temu przez dalsze lata transformacja postępowała w niezmienionym nurcie.
Z wyjątkiem lat, kiedy wicepremierem w rządzie lewicy był G.W. Kołodko, nie nastąpiła jakakolwiek refleksja rządzących. Nie wywołała jej nawet utrata władzy przez opcję, która prowadziła transformację i była za nią odpowiedzialna. Inna sprawa, że przez cały czas władzę sprawowała ta sama opcja polityczna aż do 2015 r. Dla zmylenia opinii publicznej zmieniała jedynie nazwę (KLD, UD, UW, PO).
Krąg krytyków L. Balcerowicza jest zdecydowanie szerszy niż krąg entuzjastów. Jednej z pierwszych prezentacji krytycznych opinii już w 1991 r dokonał prof. Paweł Bożyk w książce pt. „Kto winien? Politycy i polityka gospodarcza pod pręgierzem”.
Druzgocącej krytyki w 2001 r. dokonał znajomy mój i L Balcerowicza ze wspólnych działań z lat 70-tych, prof. Kazimierz Poznański, z którym w owym czasie publikowałem swoje teksty i działaliśmy w jednej z grup ekspertów. Dziś prof. Poznański jest profesorem Uniwersytetu Waszyngtońskiego w Seattle. Wydał dwie książki na temat polskiej transformacji: „Wielki przekręt – klęska polskich reform” oraz „Obłęd reform – wyprzedaż Polski”.
Z L. Balcerowiczem, kiedy był u szczytu władzy nie miałem żadnych kontaktów bezpośrednich. Jedynie widywałem go za stołem prezydialnym lub jako prelegenta na różnego rodzaju spotkaniach w Polskim Towarzystwie Ekonomicznym czy Polskiej Akademii Nauk. Na takich spotkaniach zadawałem mu z sali kłopotliwe pytania. Zostawiał je na koniec i nie odpowiadał z braku czasu.
Zderzyłem się z L. Balcerowiczem, jego polityką i doradcami na żywo realnie – a nie w prasie, czy literaturze ekonomicznej. Do jego polityki zawsze odnosiłem się krytycznie, z dezaprobatą. Nie mogło być inaczej wobec mojej drogi zawodowej, jaką tu opisałem.
Odpowiedź na pytanie, dlaczego zarzucono wypracowany dorobek reformowania gospodarki socjalistycznej, ma wymiar gospodarczy i polityczny, a nawet globalny. Należy przypomnieć, że pierwsze oznaki rezygnacji z wykorzystania dotychczasowego dorobku propozycji refom i ludzi, którym można było powierzyć to zadanie, wystąpiły już w 1988 r. Jeszcze za czasów rządu M. Rakowskiego i prezydenta Jaruzelskiego. Jak pisze W. Kieżun w książce „Patologia transformacji”, George Soros opracował szkic programu gospodarczego dla Polski i połączył go z prof. J. Sachsem, którego działania na terenie Polski sponsorował poprzez fundację Stefana Batorego. Z kolei za Sorosem stały wielkie korporacje międzynarodowe.
Polska jako największy potencjał gospodarczy i ludnościowy (poza ZSRR) w Europie Wschodniej jawiła się jako kraj, gdzie można by zrobić dobre interesy, także polityczne. Chodziło o penetrowanie naszej gospodarki jako wyłaniającego (wschodzącego) rynku. Posiadaliśmy bowiem wykształcone kary, parę cennych surowców, nie brakowało też niezłych technologii, było 36 mln konsumentów do zbywania wytwarzanych poza Polską produktów.
G. Soros już w 1988 r skontaktował się z prezydentem Jaruzelskim i premierem Rakowskim, a także z Waldemarem Kuczyńskim i Lechem Wałęsą. Jak podaje W. Kieżun, pierwszą wersję planu dla Polski przedstawiono 24 sierpnia 1989 r. (przez Jeffreya Sachsa i Davida Liptona) Komisji Gospodarczej Senatu.
Propozycje polegały na tym by uzależnić gospodarkę polską od zachodu. Prof. Kołodko nazwał to „zależnym kapitalizmem’”. By wyprzeć Polskę z rynków Ameryki Południowej, krajów afrykańskich i Dalekiego Wschodu. Kiedyś produkowaliśmy samoloty, świadczyliśmy za granicą usługi agrolotnicze, budowaliśmy autostrady w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie.
Teraz autostrady w Polsce budują firmy zachodnie. Nie produkujemy już żadnych samolotów, nie eksportujemy polskich elektrowni, fabryk czy obrabiarek i rowerów.
W tej sytuacji nie było zapotrzebowania i odbiorcy na wykorzystanie polskiego dorobku reformowania gospodarki socjalistycznej w Polsce.
Zza oceanu płynęły też inne rady dla Polski. Ważnym wydarzeniem w tym czasie była korespondencja prof. Anghel N. Rugina z USA kierowana do premiera Mazowieckiego, L. Balcerowicza, L. Wałęsy i innych wpływowych funkcjonariuszy państwa polskiego.
Prof. Rugina był szefem The International Society for Intercommunication New Ideas Inc (I.S.I.N.I.). Przesłał opracowany przez to towarzystwo „Plan stabilizacyjny dla Polski” zupełnie odmienny od planu Sachs’a-Sorosa. W korespondencji tej wskazał na szkodliwość szokowej terapii proponowanej przez J. Sachsa. Prof. Rugina był zdecydowanym przeciwnikiem tego rodzaju terapii dla krajów socjalistycznych dokonujących transformacji do gospodarki kapitalistycznej. Opracowania i wywiady z nim wskazujące na szkodliwość takiej terapii oraz prezentujące wspomniany „plan stabilizacyjny” zostały opublikowane w książce pt. „Rugina contra Sachs – terapia wstrząsowa: jedyny sposób leczenia polskiej gospodarki?” wydanej w 1993 r. Jednakże tego typu informacje nie były dopuszczane do ogólnego obiegu informacji w mediach.

Czy opłata cukrowa nas odchudzi?

Trwają prace nad wprowadzeniem podatku cukrowego w Polsce. Warto zastanowić się, czy nie należy go rozszerzyć na kolejne produkty, nie tylko słodkie napoje. Z dr hab. n. med. Mariuszem Gujskim z Katedry Zdrowia Publicznego i Środowiskowego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego rozmawia Maciej Pawlak.
Nowa opłata cukrowa, która de facto jest podatkiem, ma objąć w różnym stopniu napoje zawierające cukier, słodziki, taurynę czy kofeinę. Pojawia się jednak pytanie – co z innymi słodkimi produktami?
Nadmierna konsumpcja cukru jest przyczyną wielu problemów zdrowotnych, w tym otyłości i cukrzycy. Problem ten dotyka coraz młodsze grupy polskiego społeczeństwa, co jest zjawiskiem wysoce niepokojącym. Dobrze, że dostrzeżono ten trend i postanowiono temu zaradzić. Tzw. ustawa cukrowa to pierwszy krok do stworzenia fiskalnych bodźców, mających na celu wpływanie na prozdrowotne nawyki żywieniowe Polaków. Generalnie popieram przygotowaną przez rząd ustawę cukrową – choć z punktu widzenia skali oddziaływania opłaty, wymaga ona jednak dalszego rozszerzenia.
Dlaczego opłata cukrowa powinna być rozszerzona?
Ustawa nie obejmuje bowiem najbardziej oczywistego źródła cukru, jakim są słodycze. A szkoda, bo część z tych produktów jest dodatkowo uprzywilejowana również pod kątem preferencyjnych stawek VAT, co może niekorzystnie wpływać na stymulowanie konsumpcji wysokokalorycznych niezdrowych przekąsek. Warto się nad tym ponownie pochylić. Większość prowadzonych badań jednoznacznie wskazuje, że szerokie i zdecydowane działania na rzecz ograniczenia spożycia cukru wpływają korzystnie nie tylko na nawyki żywieniowe, ale także powodują dostosowanie się producentów do racjonalnych wymagań stawianych przez rozwiązania prawne.
Przy pracach nad ustawą w Sejmie Adrian Zandberg pytał obecnego na sali wiceministra zdrowia, Janusza Cieszyńskiego, co z shake’ami w McDonaldzie? Ustawa nie obejmuje słodzonych napojów mlecznych, i choćby na tym przykładzie widać, że ma braki.
Z myślą o kosztach leczenia otyłości, cukrzycy i innych chorób związanych z konsumpcją produktów nadmiernie słodzonych trzeba podjąć wszelkie, możliwie szerokie działania. Może warto zastanowić się nad włączeniem do regulacji smakowych napojów mlecznych, czy piwa smakowego i radlerów. Przypomnijmy, że jako produkty akcyzowe te ostatnie zostały z niej wyłączone. Tymczasem wpływy z tytułu akcyzy są dużo niższe, niż proponowana opłata od cukru. Konstrukcja akcyzy w Polsce od dawna stawia piwo w uprzywilejowanej pozycji względem wina, cydru czy alkoholi mocnych, co jest wysoce niekorzystne z punktu widzenia właściwej profilaktyki zdrowotnej i przeciwdziałania alkoholizmowi. Opłata cukrowa pokazuje, że większość napojów będzie droższa niż piwo. Istnieje obawa, że producentom napojów bardziej będzie opłacało się dodać do produktów minimalną dawkę alkoholu i zapłacić akcyzę, niż zostać objętymi opłatą cukrową.
Jak można poprawić to rozwiązanie, i czy działania fiskalne to jedyny skuteczny sposób na walkę z plagą otyłości?
Najprostszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie swoistej akcyzy na cukier wykorzystywany przez producentów żywności. Taki podatek objąłby wszystkie branże, zmusił je do myślenia o zmianie składu swoich produktów, a co najważniejsze, byłby równy dla wszystkich i nieskomplikowany. Dyskutując o skutecznych sposobach przeciwdziałania otyłości i pozostałych chorób cywilizacyjnych trzeba również pamiętać o profilaktyce żywieniowej, premiującej dietę bogatą w świeże warzywa, zachętach dla producentów do podejmowania wysiłków w kierunku zmiany składu żywności czy wspieraniu różnych form aktywności fizycznej. Służą temu kampanie edukacyjne.

Niezbyt czysty zysk zamiast idei

Idea Bank stosował misselling, czyli oferował obligacje GetBack w sposób niedostosowany do potrzeb klientów – stwierdził Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Już w sierpniu ubiegłego roku UOKiK wydał pierwszą decyzję, w której stwierdził, że Idea Bank stosował praktyki naruszające zbiorowe interesy konsumentów – wprowadzając ich w błąd przy oferowaniu obligacji spółki GetBack.
Teraz UOKiK potwierdził kolejne zarzuty – wydał kolejną decyzję wobec Idea Banku, stwierdzając stosowanie tzw. missellingu.Idea Bank proponował swoim klientom produkty wysokiego ryzyka, które w żaden sposób nie odpowiadały ich potrzebom. Niedozwoloną praktykę misselingu potwierdził zebrany materiał dowodowy, w tym setki skarg konsumentów. Obligacje korporacyjne były oferowane nawet tym klientom, którzy nigdy nie mieli do czynienia z produktami inwestycyjnymi i nie byli nimi zainteresowani, a swoje oszczędności trzymali na lokatach bankowych. Działanie jest tym bardziej naganne, że poszkodowanymi są również osoby starsze – wyjaśnia Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Urząd nie ma wątpliwości, że konsumentom nie powinny być oferowane obligacje korporacyjne GetBack przez Idea Bank. Świadczą o tym dowody zebrane podczas prowadzonego postępowania, w tym materiały zdobyte w trakcie kontroli.

Ze strony Idea Bank – który jako bank powinien być postrzegany jako instytucja zaufania publicznego – zabrakło rzetelnego dopasowania oferowanego produktu do potrzeb klienta, w tym indywidualnego profilu ryzyka – podkreśla Tomasz Chróstny. Banki będące podmiotami profesjonalnymi ponoszą szczególną odpowiedzialność za konsumentów, których środki finansowe stanowią fundament ich istnienia – działalność ta wymaga zachowania absolutnie najwyższych standardów etycznych – dodaje.
Dla przykładu konsumentka skarżyła się, że doradca zaproponował jej przeniesienie środków finansowych z lokaty, bez utraty odsetek, na inną korzystną formę lokowania kapitału, z wyższym oprocentowaniem. Nie była zainteresowana ryzykownymi ruchami i zaoszczędzone środki miały być wsparciem jej budżetu w czasie emerytury. W momencie zakupu miała 61 lat i nie chciała ryzykować. Podkreślała w rozmowie z doradcą, że nie jest biznesmenem lecz pracownikiem na etacie u kresu kariery zawodowej i nie będzie mogła odrobić tej kwoty, gdyby istniało jakieś niebezpieczeństwo utraty środków. Doradca jednak zapewniał, że takie niebezpieczeństwo nie istnieje.
UOKiK ustalił, że bank powinien znać i brać pod uwagę preferencje inwestycyjne klientów, którym oferował obligacje, np. w oparciu o posiadaną wcześniej historię uruchomionych w banku produktów lub w oparciu o informacje przekazywane przez konsumentów.
Niestety zamiast przedstawiać ofertę odpowiadającą potrzebom tych klientów, wykorzystywał ich niewiedzę do sprzedaży ryzykownego produktu inwestycyjnego, jakim są obligacje korporacyjne.
Wydana decyzja nakłada na Idea Bank obowiązek wypłaty rekompensat tym konsumentom, którzy nabyli obligacje Getback za pośrednictwem banku. Model przyjęty przez UOKiK zakłada, że każdy obligatariusz który złoży stosowny wniosek, otrzyma rekompensatę w wysokości 20 proc. zainwestowanych środków, liczoną dla kwoty do 50 tys. zł. Za tyle – co do zasady – konsumenci musieli nabyć obligacje GetBack w ramach jednej emisji, aby wziąć w niej udział. W sytuacji takiej rekompensata należna konsumentowi wobec zastosowanego przez bank misselingu wyniesie 10 tys. zł.
Decyzja ta zmierza przynajmniej do częściowego wyrównania szkody jaką ponieśli obligatariusze. Jest też ona krokiem ułatwiającym konsumentom dochodzenie roszczeń na drodze cywilnej – i żądania wypłaty wszystkich zainwestowanych środków. O tym rozstrzygnięciu UOKiK bank musi poinformować na swojej stronie internetowej, zaś każdy poszkodowany musi otrzymać informację listownie. Nakazano wypłatę rekompensaty w terminie 1 miesiąca od otrzymania od konsumenta wniosku. Decyzja nie jest prawomocna, Idea Bank może się odwołać do sądu.

Skończmy z śmieciowym jedzeniem

Z Moniką Mrozowską, aktorką, propagatorką zdrowego odżywiania i autorką książek kulinarnych rozmawia Dorota Tuńska.

W książce „Ekonomiczna logiczna kuchnia”, podaje Pani szereg przepisów na zdrowe, smaczne i niedrogie posiłki. Co sprawiło, że zaczęła się Pani interesować zdrowym odżywianiem?
Przejście na dietę wegetariańską, siedemnaście lat temu. Wtedy jednak, poza tym, że przestałam jeść mięso, nie odżywiałam się zbyt zdrowo. Zmiana odżywiania wymusiła na mnie poszukiwanie różnych nowych składników, którymi mogłam zastąpić mięso. Na moim talerzu zaczęło pojawiać się zdecydowanie więcej roślin strączkowych, więcej świeżych warzyw, owoców, nieprzetworzonych produktów. Zaowocowało to moim lepszym samopoczuciem, lepszym wyglądem, zaczęłam też lepiej funkcjonować. Poczułam się odpowiedzialna za to czym karmię swoją rodzinę.
Dlaczego w ogóle przeszła Pani na wegetarianizm?
To był przypadek. Wyjechałam z przyjaciółmi na wakacje do Grecji, był środek lata, bardzo gorąco. Żywiliśmy się głównie owocami i warzywami, jedliśmy sałatki, sami sobie przygotowaliśmy posiłki, uprawialiśmy też sport. Po dwóch tygodniach wróciłam dużo szczuplejsza, w dużo lepszej kondycji, miałam więcej energii. Bardzo spodobał mi się ten stan i stwierdziłam, że spróbuję na jakiś czas zrezygnować z jedzenia mięsa. Mijały kolejne tygodnie i mięsa wcale mi nie brakowało. Stwierdziłam, że już tak pozostanie. Nie było to związane z żadnym podejściem ideologicznym ani moralnym, nie wywierałam na sobie presji, że ja absolutnie mięsa nie będę jadła. Po roku stosowania takiej diety, stwierdziłam, że naprawdę dużo lepiej się czuję i nie ma sensu do mięsa wracać.
Dziś też mogłaby Pani tak powiedzieć?
Oczywiście, jestem dobrym przykładem, że to się faktycznie sprawdza. Przy odchudzaniu nie ma żadnego efektu jojo, jaki występuje przy niektórych dietach, nie ma spadku energii. Wyniki moich badań są bardzo dobre. Byłam trzykrotnie w ciąży będąc już na tej diecie. Teorie niedoboru witamin u wegetarian nie mają pokrycia. Po sobie widzę, że można bardzo dobrze funkcjonować odżywiając się warzywami, mieć dużo energii, być aktywnym fizycznie, urodzić trójkę dzieci i wciąż czuć się dobrze. Jem bardzo dużo masła i oliwy z oliwek, nie jest to kuchnia niskokaloryczna – ale unikam słodyczy, używam jedynie miodu lub cukru do kawy (to jedyna okoliczność kiedy w ogóle stosuję cukier). Gdy jestem głodna, nie sięgam po batonik lub czekoladkę, tylko wolę ugotować zupę czy zjeść coś konkretnego, co spowoduje, że będę czuła się najedzona i za chwilę nie będę mieć wyrzutów sumienia, że się zapchałam złym jedzeniem.
Zaleca Pani wegetarianizm innym?
Nie namawiam, żeby ludzie przechodzili na dietę wegetariańską, tylko żeby bardziej uważnie przyjrzeli się temu co jedzą. W książkach staram się nie podkreślać, że jest to kuchnia wegetariańska. Moja kuchnia jest bardzo prosta i bazuje na składnikach, które co najmniej w 80 proc. są dostępne w każdym sklepie, nie tylko w miastach. Nawet jeśli takich zdrowych, lekkich posiłków w tygodniu będzie kilka, to już to korzystnie wpłynie na zdrowie. Zmiany lepiej wprowadzać powoli, zjadać mięso raz lub dwa razy w tygodniu, a resztę posiłków przyrządzać warzywnych.
Zapewne te zasady wciela Pani w domu, Czy domownicy przyjmują taką dietę z entuzjazmem?
Staram się, ale z dziećmi jest ciężko bo są najbardziej opornym tworzywem. Nie jestem mamą-terrorystką. Od czasu do czasu kupuję im słodycze, lub inne rzeczy, które może nie do końca są zdrowe. Natomiast ich bazą są w 80 proc. takie składniki, które ja uważam za odpowiednie. U nas w domu je się dużo kaszy. Mój syn jest fanem pizzy, robię ją dla niego z mąki z pełnego przemiału, z mąki orkiszowej. To zupełnie inna pizza, zdrowsza od tej, którą bym zamówiła na
telefon z jakiejś restauracji.
Chyba dziś już zauważamy, jak duży wpływ ma odżywianie na zdrowie?
Coraz bardziej to do nas dociera. Po zachłyśnięciu się kuchnią fast foodową, wysoko przetworzoną, wiemy jakie to niesie tragiczne konsekwencje. Widzimy to choćby na przykładzie mieszkańców Stanów Zjednoczonych. My jeszcze do tego etapu nie doszliśmy ale niestety jesteśmy coraz bliżej. To może ostatni moment, kiedy możemy zrobić w tył zwrot i wrócić do produktów tradycyjnych, które w naszej kuchni były od zawsze, na przykład do kaszy gryczanej, jaglanej, pęczaku. Kiedyś kojarzyły się one z kuchnią biedną, dziś zaczynają wracać do łask. Możemy teraz jeść bardzo prosto i zdrowo bez zachwytu tym co przyniosła nam kuchnia z zachodu, bo widzimy, że taki sposób żywienia nieuchronnie prowadzi do braku zdrowia.
Powinniśmy wypracować nowe nawyki, jadać więcej warzyw i owoców, ale gdzie kupować produkty dobrej jakości?
To naprawdę obojętne, gdzie robimy zakupy. Warto przywiązywać wagę nie do miejsca, w którym kupujemy, lecz do samego produktu. Możemy je kupować i w supermarkecie i na bazarku i w sklepiku pod blokiem. To są artykuły czasami bardzo tanie i ogólnie dostępne, w każdym sklepie jesteśmy w stanie znaleźć np. czerwoną soczewicę. Ona nie musi być certyfikowana. Uważam, że lepiej jeść cały czas produkty nisko przetworzone, które niekoniecznie są certyfikowane niż jeść raz na dwa tygodnie posiłek super zdrowy, a przez cały czas żywić się jedzeniem śmieciowym. Warto zachować złoty środek i być w tym konsekwentnym. Kluczem do zdrowia jest to, że będziemy opierać swoją dietę na składnikach jak najmniej przetworzonych i świeżych.
Certyfikaty nie są istotne?
Często producenci nie decydują się na certyfikaty bo wiążą się one z dużymi kosztami. Jest wielu producentów, którzy oferują naprawdę bardzo dobre, niecertyfikowane produkty – ale nie zabiegają o certyfikaty właśnie z tego powodu. Dzięki temu my konsumenci możemy je kupić w niższej cenie. To istotny czynnik ekonomiczny. Taka żywność może nie jest z najwyższej półki, ale nie jest jedzeniem śmieciowym. Uważam, że to nieprzyzwoite kazać ludziom kupować super żywność i wydawać na nią trzy czwarte pensji. Na takie zakupy nas nie stać. Jeżeli ja mam promować coś dla 1 procenta ludzi to źle się z tym czuję i wolę znaleźć złoty środek, który pozwoli, że i mnie będzie stać na te zakupy, i moją mamę.
Proszę podać przykład jakiegoś dania na obiad, które serwuje Pani swej rodzinie.
Może risotto z kaszy orkiszowej, 4 porcje, koszt niespełna 20 zł: 300 g kaszy orkiszowej, średnia marchewka, średnia cebula, 70 g masła, pół łyżeczki soli, 90 g sera parmezanu. Kaszę gotujemy w lekko osolonej wodzie, na małym ogniu ok. 10 minut, aż stanie się miękka. Na dwóch łyżkach masła podsmażamy – od czasu do czasu mieszając – poszatkowaną cebulę i startą na tarce o drobnych oczkach marchewkę, aż warzywa się zeszklą (ok. 10 minut). Ugotowaną kaszę dorzucamy do podsmażonych warzyw. Dodajemy resztę masła, sól i starty także na drobnej tarce parmezan. Dokładnie mieszamy.
Jakie produkty powinno się definitywnie wyeliminować z diety?
Czasem jestem przerażona tym, jakie zakupy robią ludzie. To się nie mieści w głowie – kupują np. zgrzewkę napojów gazowanych, słodzonych dla rodziny z dziećmi. I oni przez cały tydzień będą to pić zamiast wody czy soków! Słodycze są kupowane w ilościach hurtowych, kształtujemy złe nawyki w domu. Stawiamy na stole miskę ze słodyczami do której każdy ma dostęp. Jeżeli dziecko zjada pół kilograma cukierków nie można od niego oczekiwać, że zje obiad, bo nie ma na niego miejsca.
Czy żyje Pani ekologicznie?
Staram się. Dużą uwagę zwracam na oszczędność energii, zawsze gaszę światło po sobie, nie zużywam wody na potęgę, bo mam świadomość, że przekłada się to na zasoby wody na naszej planecie. Zakupy robię w sposób przemyślany, nie kupuję tego co mi wpada w ręce. Przemyślane życie, przemyślane zakupy, przemyślane działanie – tego powinni uczyć dzieci w szkołach. Wystarczy na każdym kroku zwracać uwagę dzieciom, żeby nie marnowały papieru, szanowały inne dobra materialne. Wszyscy się dziwią, że moje dzieci się nie buntują gdy idziemy na zakupy do second handu i one tam sobie szukają spodni czy swetra. One wiedzą, że muszą szanować swoje rzeczy, bo te rzeczy za kilka lat przydadzą się komuś innemu. To są elementarne zasady, które powinny obowiązywać w każdym domu.
Dziękuję za rozmowę.

Więcej proszku w proszku?

Europarlament przyjął przepisy mające zapobiegać podwójnej jakości wyrobów sprzedawanych w zachodniej i wschodniej części Unii Europejskiej.

Badania, z których korzystał Parlament Europejski, pokazują, że chociaż żywność sprzedawana w państwach UE w Europie Środkowej i Wschodniej jest bezpieczna, to ma niższą jakość niż produkty sprzedawane w tym samym opakowaniu (a niekiedy i w tej samej cenie) w Europie Zachodniej.
Na przykład, paluszki rybne sprzedawane na Słowacji zawierały mniej ryby niż te same paluszki sprzedawane w Austrii (58 proc. i 65 proc.). Spośród 96 badanych produktów, które były sprzedawane na Węgrzech, 71 różniło się składem w porównaniu z produktami oferowanymi we Włoszech i w Austrii. Różnice dotyczyły np. kosmetyków, środków czystości i karmy dla zwierząt.
Przyjęte przez PE przepisy zmieniają 4 dyrektywy w sprawie ochrony konsumentów. Zostaną teraz przedłożone do zatwierdzenia Radzie UE, a państwa członkowskie będą mieć dwa lata na wdrożenie dyrektywy licząc od daty jej wejścia w życie. Potem nieuzasadnione różnicowanie produktów ze względu na kraj przeznaczenia będzie stanowić nieuczciwą praktykę rynkową.
Przepisy te zostaną u nas wdrożone w nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym, która będzie implementacją unijnej dyrektywy.Jeśli przedsiębiorca będzie stwarzał błędne wrażenie, że produkty sprzedawane pod tą samą marką w różnych krajach członkowskich UE są identyczne, podczas gdy w rzeczywistości mają one różną jakość i skład, to Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów będzie mógł interweniować. Nie każda różnica będzie jednak oznaczać, że mamy do czynienia z podwójną jakością – zastrzega UOKiK.

Zakupy z podwyższonym ryzykiem

Jeśli kupujemy przez Internet, poznajmy dobrze swoje prawa i starajmy się zachować jak najwyższą ostrożność.

 

Z międzynarodowego badania, analizującego funkcjonowanie e-sklepów wynika, że aż co piąty kupujący narzeka na niedotrzymywanie terminu dostawy przez internetowych sprzedawców. 11 proc. ankietowanych przyznaje, że otrzymało uszkodzoną przesyłkę, a 7 proc. nigdy nie dostało zakupionych przedmiotów.
Blisko 4 na 10 kupujących ma świadomość, że internetowe transakcje wiążą się z ryzykiem. Problemy z realizacją zamówienia, na przykład możliwość otrzymania przesyłki po ustalonym czasie, wadliwy towar lub trafienie na nieuczciwego sprzedawcę, który uchyla się od wysyłki mimo zapłaty, są ciemną stroną zakupów on-line – i podobne „przygody” mogą spotkać każdego e-klienta.
Zagrożeniem jeszcze większego rzędu jest możliwość utraty wszystkich pieniędzy ze swojego konta, jeśłi trafi się na złodziei internetowych, którzy pod pozorem sprzedaży towarów włamują sie na rachunki bankowe. Zjawisko to nasiliło się do tego stopnia, że specjaliści namawiają, by tworzyć oddzielne subkonta internetowe, na których będzie tylko taka kwota, jaka jest konieczna do przeprowadzenia danej transakcji. Dzięki temu, jeśli trafimy na złodziei, stracimy tylko kwotę przeznaczoną na jeden konkretny zakup.

 

To, czego nie widać

Jednakże, mimo tych wszystkich zagrożeń, jak wynika z raportu „E-commerce 2018”, już blisko 55 proc. polskich internautów, czyli ok. 14 mln osób kupuje w sieci, a wartość rodzimego rynku handlu on-line na koniec tego roku może wynieść nawet 50 mld zł.
Zakupy w sklepach internetowych, choć bardzo niebezpieczne, są szybkie i wygodne, dlatego decyduje się na nie coraz więcej konsumentów. Warto wiedzieć, jakie prawa przysługują kupującemu, gdy sklep nie wywiązuje się ze swych obowiązków. Niewiedza może w takich sytuacjach sprawić, że narazimy się na straty finansowe i zapłacimy za zakupy dwa razy.
Gdy robimy zakupy w sklepie stacjonarnym, możemy dokładnie obejrzeć każdy produkt, a jeżeli mamy wątpliwości co do jakości czy specyfiki oferowanego towaru, możemy od razu skonsultować się ze sprzedawcą. Specyfika zakupów przez Internet to uniemożliwia, dlatego należy składać zamówienia wyłącznie w tych e – sklepach, które przy każdym artykule zamieszczają jego dokładny opis i oczywiście zdjęcie.
Przykładowo, w przypadku sprzętu elektronicznego będą to wszelkie niezbędne parametry techniczne urządzenia, które pozwolą nam ocenić jego funkcjonalność. Z kolei, gdy kupujemy odzież, niezbędne jest podanie informacji o rozmiarze i materiale, z którego zostało wykonane ubranie. Sprzedawca ma również obowiązek poinformować kupującego o warunkach złożenia zamówienia oraz sposobie dostawy zakupionego towaru.
Szukamy tych wszystkich informacji w regulaminie sklepu internetowego, który sprzedawca powinien zamieścić w serwisie. Każdy przedsiębiorca ma możliwość dowolnej redakcji takiego dokumentu, ale jego treść powinna być zgodna z ustawą o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz ustawą o prawach konsumenta. W regulaminie e-sklepu znajdziemy szczegółowe wytyczne dotyczące sposobu składania zamówienia, metod płatności za zakupiony towar, możliwych opcji dostawy, a także informacje o procedurze zgłaszania reklamacji, czy dokonaniu ewentualnego zwrotu. Szczególnie należy zwrócić uwagę na zapisy dotyczące tych ostatnich kwestii. Jeżeli będą one opisane mało starannie i tym samym będą wprowadzać klienta w błąd, powinniśmy zrezygnować z zakupów. W innym przypadku bowiem, z powodu nierzetelności sprzedawcy, możemy narazić się na straty finansowe i konieczność dochodzenia swoich praw przed sądem.
Przesyłka powinna trafić pod nasze drzwi nie później niż w ciągu 30 dni od zakupu, chyba że regulamin sklepu mówi inaczej lub sprzedawca zastrzegł, że potrzebuje więcej czasu na dostawę, bo np. zamawiamy przedmioty z zagranicy. Jeżeli podany termin się wydłuża, klient może w porozumieniu ze sprzedawcą wyznaczyć nową datę, ale może również odstąpić od umowy.

 

Czas dla niezdecydowanych

Nie zapominajmy również, że kupując przez Internet, zawieramy ze sprzedawcą umowę na odległość, a to daje nam prawo do odstąpienia od niej w ciągu 14 dni bez podania przyczyny. Jeżeli sklep nie poinformuje kupującego o takiej możliwości, wspomniany termin wydłuża się do 12 miesięcy. Każdy klient, który kupuje w e-sklepie, ma prawo się rozmyślić i zwrócić towar lub wycofać się z umowy o świadczeniu usług drogą elektroniczną.
Decydując się na taki krok, należy poinformować o tym fakcie sprzedawcę w ciągu 14 dni, licząc od daty zawarcia umowy, najlepiej w formie pisemnego oświadczenia przesłanego poczta tradycyjną, a następnie w ciągu następnych dwóch tygodni odesłać kupiony przedmiot. To, czy w takim przypadku będziemy musieli zapłacić za przesyłkę zwrotną, najczęściej określa regulamin danego sklepu, dlatego trzeba szukać wiadomości na ten temat na stronie sprzedawcy.
Powinniśmy też uważać na zapisy, które nie zawsze są zgodne z prawem:
– Dla przykładu, jeżeli chcemy zrezygnować z zakupu, sprzedawca nie może odmówić zwrotu nieużywanego towaru, jeżeli nie posiadamy oryginalnego opakowania. Kwestią sporną bywa termin zwrotu kosztów zakupu, dlatego warto pamiętać o tym, że sklep powinien zwrócić nam środki w ciągu 2 tygodni, licząc od daty poinformowania o odstąpieniu od umowy, ale może również wstrzymać się z tym krokiem do czasu otrzymania zwracanej rzeczy albo dowodu jej wysłania. Co istotne, zwrot nie zostanie uznany, jeśli kupiliśmy przedmiot, który został wykonany specjalnie na nasze zamówienie – mówi Izabela Kędzierska-Woźniak, ekspert Intrum.
Z prawa do zwrotu towaru możemy oczywiście także skorzystać, gdy otrzymamy nieco inny przedmiot, niż ten, który zamówiliśmy. Zdarza się bowiem, że sklepy wysyłają towar w tej samej cenie i o podobnych parametrach, gdy zamówionego przez klienta produktu np. zabrakło w magazynie lub przestał być produkowany.
W takiej sytuacji sklep może zaoferować zamiennik, ale sprzedawca powinien jednocześnie poinformować kupującego o tym, że ma prawo zrezygnować z zakupu, czego skutkiem będzie zwrot kwoty wpłaconej za zamówienie. Od umowy możemy odstąpić również wtedy, gdy zastępczy produkt został już do nas wysłany, na co w takim przypadku mamy 10 dni – dodaje Izabela Kędzierska-Woźniak.

 

Gdy trzeba reklamować

Kupując w sieci możemy otrzymać zamówiony towar z uszkodzeniami lub niekompletny. Już przed złożeniem zamówienia należy więc zapoznać się z procedurą zgłaszania reklamacji, opisaną w regulaminie sklepu internetowego i sprawdzić czy, i w jakich przypadkach będzie obowiązywać gwarancja. Nie każdy wie, że reklamacji podlega nie tylko uszkodzony towar posiadający wady, ale także taki, który jest niezgodny ze specyfikacją przedstawioną na stronie sprzedawcy lub nie spełniający wszystkich funkcji, które obiecywał producent.
Zdarza się, że po złożeniu reklamacji sprzedawca kieruje klienta prosto do producenta, ale pamiętajmy o tym, że kupujący ma prawo reklamować nabyty przedmiot bezpośrednio w sklepie, w którym zrobił zakupy. Przeważnie mamy na to 2 lata, chyba że producent sam określa czas obowiązywania gwarancji. Jeśli jest ona drastycznie krótka, na przykład trzymiesięczna, najlepiej nie kupować takiego towaru.
W reklamacji trzeba zawrzeć datę nabycia towaru i jego otrzymania oraz szczegółowy opis usterki ze wskazaniem, w jakich okolicznościach się ujawniła. Reklamując zakup, możemy domagać się naprawienia nabytej rzeczy, otrzymania nowego egzemplarza lub zwrotu pieniędzy. Nie mamy jednak wpływu na to, który z tych trzech sposobów zostanie zastosowany. – Spełnienie naszych oczekiwań będzie zależeć od decyzji sklepu, charakteru wady czy polityki producenta – wskazuje ekspertka Izabela Kędzierska-Woźniak.
Uszkodzony towar należy odesłać wraz z pismem reklamacyjnym. Co do zasady, gdy reklamacja jest uzasadniona, za przesyłkę zapłaci sprzedawca, jeśli jednak zostanie ona odrzucona – koszt ponosi kupujący. Po zgłoszeniu reklamamacji sklep powinien w ciągu 14 dni udzielić odpowiedzi, czy ją przyjmuje, czy nie. Jeżeli w tym czasie nie odpowie, uznaje się, że wymagania klienta zostają spełnione.
Gdy pojawią się problemy z realizacją zamówienia i wyegzekwowaniem naszych praw, możemy zwrócić się do instytucji, które teoretycznie mają pomagać konsumentom w takich sytuacjach, czyli do Rzecznika Konsumentów i Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Jeśli jednak natrafiliśmy na nieuczciwego sprzedawcę, który mimo zapłaty zwleka z wysyłką towaru i unika z nami kontaktu, warto zgłosić to na policję.
Pamiętajmy także, że aby dochodzić swoich praw w ewentualnym sporze z e-sprzedawcą, powinniśmy zachować wszelkie dowody dokonywanych transakcji, wiadomości mailowe z potwierdzeniem zamówień, poświadczenia wpłat oraz wszelką korespondencję ze sklepem.