Masztu naszego powszedniego

,,To jest miś na miarę naszych możliwości” – chciałoby się rzec po dzisiejszej zapowiedzi premiera. Mateusz Morawiecki obiecał, że rząd sfinansuje zakup masztów i flag dla każdej z gmin w Polsce, której mieszkańcy dołączą do akcji ,,Pod biało – czerwoną”.

Niedawno od jednego z wyborców partii rządzącej usłyszałem, że jako dziennikarz zajmuję się jedynie bezrefleksyjnym szkalowaniem rządu i nawet nie próbuję dostrzec tego, co władze robią dobrego. Wziąłem sobie te słowa głęboko do serca i z zapałem zacząłem w ostatnich dniach szukać sukcesów władz. Spojrzałem na walkę z wirusem, ale tam tylko rekordy zachorowań i totalne nieprzygotowanie do nadchodzącego roku szkolnego. Pomyślałem o kwestii rynku pracy i praw pracowniczych, ale tam tylko zamrożenie płac w budżetówce i służalczość wobec biznesu. W końcu popatrzyłem na politykę zagraniczną, jednak tu też dostrzegłem tylko chaos i brak jakiegokolwiek dalekowzrocznego planu. Byłem już naprawdę na skraju załamania, a mojej ambitnej misji groziło totalne niepowodzenie. Wtedy jednak, w najbardziej nieoczekiwanym momencie, pojawił się on, cały na biało-… czerwono! (przynajmniej w znaczeniu duchowym).

Tak, to premier Mateusz Morawiecki we własnej osobie zjawił się w Tychach i w stylu godnym superbohatera z amerykańskiego komiksu uratował mnie przed duchową porażką. Z werwą i troskliwością dobrego gospodarza zapowiedział, że jego rząd zainicjuje akcję, w ramach której każda gmina, która złoży petycję, dostanie pieniądze na zakup masztu i flagi. Program będzie nosił nazwę ,,Pod biało – czerwoną” (sprytnie, ma to chyba robić od razu za sugestię, jaką flagę należy kupić z tych pieniędzy). Sam pomysłodawca – dobrodziej tak wyjaśniał cele kampanii: ,,Niech maszty z biało-czerwoną rozsiane w całym kraju pokażą nasze przywiązanie do Polski, którą mamy nie tylko w sercu, ale chcemy się nią podzielić budując wspólnotę Rzeczypospolitej”. Domyślam się, że gdy mówił te pięknie i wzruszające słowa, nawet największych Targowiczan i antypolaków  zahipnotyzowała mistyczna wizja tysięcy masztów prowadzących okręt naszej Ojczyzny w rejsie ku świetlanej przyszłości… Z nimi żaden kryzys nam nie straszny.

Mamy to! Jest upragniony sukces! – nie potrafiłem pohamować radości. Łezka pociekła mi po policzku na myśl, że po bezsennych nocach poszukiwań będę mógł dzisiaj wreszcie spokojnie zasnąć. I to licząc nie jakieś tam owce, ale potężne polskie maszty z dumnie powiewającymi biało – czerwonymi flagami.

W ogóle, gdy myśli się o tym, co rząd PiS funduje nam na obchody kolejnych jubileuszy, przychodzą na myśl słowa „Siary” Siarzewskiego z ,,Kliera” – ,,Mają rozmach sku*wysyny”. Na stulecie niepodległości było 100 tandetnych ławek za 4 mln zł, na 1050 – lecie państwa polskiego defilada z idącymi piechotą husarzami, a na stulecie bitwy warszawskiej – ,,widowisko”, którego nawet prawicowi komentarzy nie zawahali się określić mianem ,,żałosnego połączenia rekonstrukcji historycznej, szkolnej akademii i kiczowatej scenografii”. Teraz do kompletu, docelowo na 101 rocznicę odzyskania niepodległości, dostaniemy maszty. Dużo masztów. Szczerze powiem, składa się to w pewną całość i jestem w stanie dostrzec w tym wizję. To po prostu kolejne etapy narodowej gry w ,,wisielca”: po obejrzeniu najpierw defilady, a potem ,,widowiska” ze Stadionu Narodowego, nie pozostaje nic innego jak tylko  wejść na ławkę niepodległości celem powieszenia się na narodowym maszcie.

Przerwana dekada

Nigdy nie piliśmy tyle wódki, nie jedliśmy tyle masła, nie słodziliśmy taką ilością cukru i nie wypalaliśmy tylu papierosów, jak w ostatnim roku Gierka. A do tego wszystkie granice były do przekroczenia jedynie na dowód osobisty z odpowiednią pieczątką. Polak potrafił!

Gdy czyta się dziś te gusowskie dane, a wtedy miało się na tyle lat, żeby wiedzieć o co wokół biega, a w dodatku nie mieszkało się na Śląsku, w Warszawie, albo innym mieście wojewódzkim, to ma się dziwne wrażenie, że ktoś poważnie traktuje cyferki, które powstały tylko by potwierdzać tezy ówczesnej władzy.

Byt określa świadomość

Jak bowiem interpretować dane mówiące, że w 1980 roku każdy z nas jadł tyle mięsa co dziś? Na prowincji szynkę oglądano tylko w „Potopie” Hoffmana. Żeby ją kupić, trzeba było nawiedzić duże miasto. Tak naprawdę, sklepy oferowały tam jedynie, co pośledniejsze fragmenty umięśnienia zabitych świń i krów, zaś w ladach z wędliną królowały pasztetowa i kaszanka.

Od sierpnia 1976 roku cukier był na kartki. Przypadało po 2 kg na osobę i kosztował 10,50 zł. Jak komuś było mało, to mógł doopatrzyć się w sklepie komercyjnym, ale już za 26 zł za kilogram.

Z dzisiejszej perspektywy, 2 kilo cukru na łeb, wydaje się ilością nie do przesłodzenia, ale trzeba pamiętać, że wtedy ludność pracująca miast i wsi zajmowała się masowo przerabianiem owoców na przetwory i domowym wypiekiem ciast. A najśmieszniejsze jest to, że gdyby wtedy i teraz podzielić cały cukier, przeznaczony do sprzedaży dla konsumentów indywidualnych i przemysłu, na statystyczną głowę, to wyjdzie, że zużywamy go niemal tyle samo.

W początkach roku 1980 bimber był wspomnieniem. Nie opłacało się go pędzić, bo Polski Monopol Spirytusowy zapewniał ciągłe dostawy gorzały i spirytusu. Naród skwapliwie z tego korzystał, osiągając wynik ok. 15 litrów wódki na przeciętnego Polaka w wieku od 0 do 100 lat. Cena pół litra wynosiła wówczas 120 zł.

Na żarcie 33 lata temu szło 23 procent zarobków. Na alkohol 14 procent. Może ta ostatnia dana wpływa na dziwny sentyment do czasów Gierka? Procenty zaburzają wszak postrzeganie.

Średnie zarobki w tamtych czasach to nieco ponad 5 tys. zł. Czarnorynkowy dolar był do nabycia za 120 zł. Flaszka „Wyborowej” w „Pewexie” kosztowała 95 centów, a Levisy, czy Wranglery 18 dolców, chyba, że trafiło się na promocję po 11. Oczywiście sklepy „Pewexu” też były tylko w dużych miastach. Tyle, że z dojazdem tam nie było żadnych problemów.

Według dzisiejszych ekologów PRL, z jego komunikacją publiczną, jest niedościgłym wzorcem. Autobusy dojeżdżały do każdej pipidówy. Zakłady pracy przywoziły i odwoziły chłoporobotników pod ich zagrody. Ceny biletów w PKS i PKP były bardziej niż przystępne. O komunikacji miejskiej nie wspominając.

Prymat ekologii w transporcie przejawiał się też w cenach rowerów. Za jedną wypłatę można było sobie sprawić trzy bicykle. Na rocznego Poloneza zaś (rocznego, bo na nówkę trzeba było mieć talon) trzeba było odkładać 100 procent zarobków przez 5 lat.

Ekologia ta nie przekładała się jednak na wskaźniki zdrowotne. Według Światowej Organizacji Zdrowia w drugiej połowie lat 70. w Polsce zaczęła rosnąć śmiertelność, osiągając maksimum w 1980. Dotyczyło to zwłaszcza mężczyzn w wieku 45-55 lat. Za główne przyczyny tego stanu uznano zanieczyszczenie środowiska, złe warunki pracy, przeludnione mieszkania, alkoholizm, złą dietę i pogorszenie się opieki medycznej.

Rzecz jasna, takie oceny do przeciętnego Polaka nie miały prawa trafiać. Dbał o to Urząd Kontroli Publikacji, Prasy i Widowisk, czyli cenzura. Działała ona jednak, jak wszystko w tych czasach – tak sobie. Zabraniała wydawać oficjalnie Andrzejewskiego, a puściła „Człowieka z marmuru”. Blokowała informacje o zanieczyszczeniu środowiska, ale nie miała oporów względem wyrywaniu murom zębów krat przez Jacka Kaczmarskiego. Zakazała puszczania w radiu „Rasputina” Boney M, ale przymknęła oko na „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz” Barei.

Oficjalna propaganda robiła władzy ludowej krzywdę. Wmówiła ludziom, że Polska jest dziesiątą potęgą przemysłową świata, a ludzie w to uwierzyli. I gdy wyjeżdżając na dowód osobisty do Budapesztu widzieli w tamtejszych sklepach Wranglery za forinty, w Czechosłowacji, półki sklepów mięsnych uginające się od wędlin, a w NRD szampon „Grune Apfel” i buty „Salamander”, to najzwyczajniej w świecie się wkurwiali.

Zaczęli jechać po ekscesach młodego Jaroszewicza, wymyślać przeloty Gierkowej do paryskich fryzjerni i przypierdalać się do zaopatrzenia sklepików w Komitetach Wojewódzkich. Tłumaczyli nawet z węgierskiego sformułowanie „edziogierek” co miało znaczyć bieda z nędzą.

Jako dzieci socjalizmu, Polacy przełomu lat 70 – 80-tych mieli wpojony egalitaryzm i nagle dostrzegli, że ci przy korycie mają więcej i mogą więcej.

Nadbudowa przerasta bazę

Politycznie, ostatni rok Gierka zaczął się tuż po odbębnieniu przez Wojtyłę, w czerwcu 1979 roku, wycieczki do Polski. Papieski wojaż dołożył się do, spowodowanego zimą stulecia, ponad miesięcznego przestoju gospodarki. Efektem tych dwu klęsk żywiołowych było to, że pierwszy raz po wojnie, PRL-owski PKB, zanurkował pod kreskę.

Wychwalacze „przerwanej dekady” opowiadają o wielkim skoku cywilizacyjnym, po roku 70-tym. O budowie niemal 600 zakładów, elektrowni, Centralnej Magistrali Kolejowej, „gierkówki”, Portu Północnego i 200-300 tysięcy mieszkań rocznie.

Wszystko fajnie, tyle, że fabryki i licencje kupowano w początku lat 70-tych. Przed wybuchem pierwszego powojennego kryzysu w gospodarce światowej, czyli krachu naftowego. Po nim, popyt na produkcję z nowych fabryk walnął się na tyle, że po roku 1976 przestano myśleć o kolejnych kredytowych inwestycjach. Widać było wyraźnie, że robi się coraz większa kicha.

W roku 1979 Polska miała do spłacenia 23 mld dolarów długu. Z tego 3,7 mld dolarów to były kredyty bieżące, handlowe np. na zakup zboża, surowców, które trzeba było od razu spłacić. Długi długookresowe wynosiły 19, 6 mld. dolarów. Same odsetki od nich to mniej więcej tyle ile 25 proc. ówczesnego, polskiego eksportu. Skala długu przerastała zdolność ich obsługi przez państwo, a gospodarka uzależniona od importu, na który ją nie stać, nie była w stanie produkować w dotychczasowej skali.

Ale z drugiej strony, zadłużenie wynosiło jedynie około 43% polskiego PKB. I to bez konstytucyjnej kotwicy zawieszonej na 60 procentach!

Wyznawcy gierkowego geniuszu mówią, że w roku 1980 Zachód nagle nabrał ochoty na polskie produkty. Pojawiły się szanse, by Polska przyspieszyła eksport. Wykorzystano to tylko częściowo, w pierwszej połowie roku. I znowu Polska rosłaby w siłę, a ludzie żyli dostatniej. Niestety rozpoczęły się strajki.

A trzeba przyznać, że miał kto strajkować. W 1970 r. w polskim przemyśle pracowało ok. 3 mln 78 tys. ludzi. Po 10 latach, było ich już ok. 5 mln 245 tys. osób.

Z przemysłu utrzymywało się, wraz z rodzinami, ok. 14-16 mln ludzi, czyli ok. 40 proc. obywateli PRL. Zatrudnienie osiągnęło swój szczyt i nigdy już nie przekroczyło tego poziomu.

W dzisiejszych czasach, gdy rządowi brakuje kaski, to podnosi VAT, PIT czy inną akcyzę. Wtedy takich wynalazków fiskalnych nie było. Jedyna możliwość wydrenowania obywatela tkwiła w cięciu zarobków lub podwyższaniu cen. Podwyżka z roku 1976 zakończyła się jej odwołaniem, Radomiem i powstaniem KOR-u.

W początku 1980 roku władza nie miała dużego pola manewru. Próbowano wykorzystać metodę, dekadę później twórczo rozwiniętą przez Wałęsę. Gierek wymienił zderzak o nazwie Jaroszewicz na taki o nazwie Babiuch. Nic to nie dało. A na dodatek organizujący Igrzyska Olimpijskie towarzysze z Kremla domagali się wrzutki polskiego mięsa do moskiewskich sklepów. Prośbom Breżniewa się nie odmawiało. Na Wschód ruszyły transporty z żarciem. Rynek polski sechł. Na 1 lipca ogłoszono podwyżki cen mięsa. No i się zaczęło.

Opium dla mas

Stanął Lublin, Świdnik, Sanok i Tarnów. Postulaty były proste. Wstrzymać wzrost cen, dać podwyżki i przywrócić wkładkę mięsną w posiłku regeneracyjnym.

Władza dymała do strajkujących i podpisywała co chcieli. Z reguły zgadzała się na 40 proc podwyżki wynagrodzeń żądanych przez protestujących. Strajki gasły. Zaczynały się igrzyska. Dosłownie. Znicz olimpijski płonął na Łużnikach od 19 lipca do 3 sierpnia. Polscy sportowcy zdobywając wiele medali i wykonując gest Kozakiewicza, wyrządzili władzy ludowej niedźwiedzią przysługę. Polacy jeszcze bardziej uwierzyli, że są potęgą i zasługują na więcej.

Po igrzyskach ruszyła kolejna fala strajków i dotarła oczywiście do stoczni. Stoczni, które jak twierdzi Antoni Dudek, istniały tylko dlatego, że uskuteczniały „skrajnie deficytowy eksport statków do ZSRR”.

Strajki trwają, a Gierek coraz mniej. Na nic zdaje się kolejna zmiana premiera. Nic nie pomaga władzy wezwanie przez prymasa Wyszyńskiego robotników do rozsądku i zakończenia strajku. Dochodzi do podpisania porozumień sierpniowo wrześniowych, po czym Edward Gierek dostaje ataku serca i kończy karierę polityczną.

Od tego momentu zaczyna się jego legenda. Początkowo czarna, by z latami i publicystyką Janusza Rolickiego bieleć, czy wręcz błyszczeć. Legenda zaś zaczyna przechodzić w bajki.

Pierwsza jest o dobrym Gierku, co to zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną. Bajka ta pięknie zgrywa się z tezą samego Gierka, który twierdził, że strajki, które go obaliły były robotą złych ludzi z „esbecji”. Skoro lud tak bardzo kochał swego przywódcę, to czemu rok po jego upadku „Solidarność” liczyła 10 milionów członków? Chcieli obalić Kanię i Jaruzelskiego, aby przywrócić towarzysza Edwarda?

Druga, równie głupia legenda, mówi o tym, że Gierek był tak zamordystyczny, że pod jego koniec wszyscy byli antykomunistami. Więc, gdy przyjechał papież, Polacy się policzyli, przestali lękać i wespół w zespół zmienili oblicze ziemi, tej ziemi. Rzecz jasna, to w ramach tego antykomunizmu, nad bramą Stoczni widniał napis „Proletariusze wszystkich zakładów łączcie się”

Koniec dekady Gierka nie ma jednak nic wspólnego z bajkami. Gierek upadł, bo ludzie widzieli, że budując „Drugą Polskę” staczają się w Trzeci Świat. Upadł, bo zaczęły pojawiać się duże nierówności płacowe. Upadł, bo świetny pi-ar wystarczył tylko na sześć lat.

Ale nade wszystko upadł dlatego, że nie wpadł na pomysł, jak wypchnąć z „zielonej wyspy” kilka milionów ludzi do pracy w Wielkiej Brytanii, Holandii i Norwegii, a tym co zostali wypłacić zasiłki za które zapłacą następne pokolenia.

Czy być cwaniakiem, czy być frajerem…

… tylko ten pierwszy może zostać milionerem.

W swoich „Flaczkach tygodnia” nasz znakomity prześmiewca Piotr Gadzinowski zachęca do dzielenia się swoimi przemyśleniami i prowokuje do przysyłania swoich tekstów do coraz lepszych wydań TRYBUNY.Te wydania to przecież żywo redagowana gazeta polskiej lewicowości , której autorzy nie mają zamiaru się wstydzić.

Czytam TRYBUNĘ od wielu lat , podziwiam wspaniałe artykuły , które aż proszą się o wykonanie odbitek – jak w czasach „niezłomnej Solidarności”.
Ostatnio zainspirowały mnie refleksyjnie cztery artykuły :

– Rafała Skąpskiego „Przed rozmową z wnukami”
– Marka Barańskiego „Pisie misie”
– Piotra Jastrzębskiego – Księga wyjścia (51)
i Piotra Gadzinowskiego „Tacy azjatyccy Polacy” na których podstawie chciałbym podzielić się swoimi refleksjami.

Piotr Jastrzębski pisze m.in. „Żeby lepiej uzmysłowić w którym miejscu drabiny społecznej jesteśmy, jakiś czas temu przygotowałem pewną teorię……Prawdziwa wolność zaczyna się tam , gdzie kończy się strach o byt i bezpieczeństwo ekonomiczne.”  Jest to wg mnie jedno z kluczowych rozstrzygnięć , jakie trzeba podjąć w życiu. Często wśród moich koleżeństwa pokutuje takie powiedzonko „Jestem niezależny, mam swój rozum, wiem na kogo głosować i nikt mną nie będzie pomiatał.”

Piotr Jastrzębski kończy swój artykuł takim stwierdzeniem:

„Najsprytniejszą zagrywką kapitalistów było to , że wmówili ludziom , że każdy może zostać milionerem. Wciąż w to wierzycie?”. Często odpowiadam moim rozmówcom, że są zależni od ZUS-u. Nie dostaję odpowiedzi na pytanie:  „A co będzie jeśli ZUS nie wypłaci ci twej renty lub emerytury? Jest tylko gest machnięcia ręką i niedowierzania , że coś takiego może się stać.

Tu wracam do mego tytułu niniejszego artykułu. Kim być – cwaniakiem czy frajerem? Kolejny autor daje na to odpowiedź w tekście „Pisie misie”. Wytrawny znawca polskich realiów Marek Barański , przytacza nawet odpowiedź na wątpliwość – „Skąd się taki Miś wziął? M.in. Miś jak to Miś jest dzieckiem PRL-u” Jest to odpowiedź prześmiewcza. Bo ci, co trochę lat przeżyli, wiedzą dobrze, że takie misie pojawiają się w każdej epoce, w każdym ustroju, w każdej partii, w każdym środowisku. Słynne zawołanie pewnego klasyka doprecyzowało jednoznacznie „Kadry decydują o wszystkim”. Wielu działaczy zna to powiedzonko rozszerzająco:
„B-M-W – bierny , mierny ale wierny”. Nie jest to ładnie przytaczać tego typu przygany, bowiem wiemy, że wielokrotnie opieraliśmy się na takich „misiach” a co z tego wyszło, możemy sami sobie dopowiedzieć. Do dnia dzisiejszego nie możemy się dopracować takiej polityki kadrowej w naszych formacjach lewicowych , która by preferowała ludzi nieskazitelnych – jak choćby Krystyna Łybacka – cześć jej pamięci!

Rafał Skąpski w swym artykule „ Przed rozmową z wnukami” przedstawia wzorcową wręcz refleksję na temat pełnienia funkcji rządowych. Prawdą jest , że nie każdy dyplom uczelni jest oznaką mądrości właściciela, a funkcja rządowa nie jest żadnym wytłumaczeniem różnorodnych decyzji podejmowanych w imieniu rządzących. Trzeba wrócić do słynnego Procesu Norymberskiego , na którym każdy oskarżony powoływał się na wykonywanie rozkazów Fuhrera. To samo się dzieje dzisiaj.

Gdzie są wasze rozumy, drodzy ministrowie, wiceministrowie, dyrektorzy departamentów  urzędnicy każdego rządu , jeśli wykonywaliście rozkazy , nakazy, zalecenia, stanowiska itp. T u  l e ż y niezwykła odpowiedź na poczynania każdej władzy , która ma zawsze jakieś wytłumaczenia na swe decyzje. T o  s i ę  p o w i e l a w każdej władzy, w każdym ustroju ,bo to jest istota władzy. Żeby ją pełnić, trzeba wykonywać rozkazy, a później powoływać się na wodza, PolitBiuro, wyższą konieczność,
umiejętnie lawirować – b y ć  c w a n i a k i e m. Frajer będzie skazany na swoje zdanie, na swój umysł wobec niedorzeczności, na utratę dobrze płatnego stanowiska, na zgodę ze swoim sumieniem. Najgorsze jest to, że frajer ma przeważnie rację, że słynnego „a nie mówiłem” nikt nie chce słuchać. Wódz powiedział „tak ma być”, „wykonać”, „odmaszerować”, w ostateczności „zwalniam was”.

Od bardzo wielu lat nie dajemy sobie z tym rady.

Dość uważnie czytam TRYBUNĘ i zauważam takie teksty, po których chce się „wyć”, jak choćby artykuł dr Kazimierza Golinowskiego „Czy mogło pójść inaczej” i przedstawione procedury likwidacji polskich central handlowych, po tylu latach ujawnionych działań wręcz nieetycznych, dlatego nie akceptowanych przez uczciwych frajerów, oszukanych przez cwaniaków.  Tu dochodzimy do sedna sprawy. Patrząc na to, co się dzieje w polskiej polityce, dostrzegam jakąś dziwną manierę naszych polityków, czy to z obozu rządzącego, czy też opozycji, że nie wyciągają wniosków z naszych błędów i wypaczeń systemu demokratycznego.

Pierwszym błędem jest propaganda sukcesu.

Nikomu nie w smak jak ponosi porażkę, jest nawet powiedzonko „Zwycięzców się nie sądzi”. Uważam, że należy głośno mówić o rozliczaniu z prowadzonej polityki. Niech każdy polityk ma w swej świadomości , że za swe czyny zostanie sprawiedliwie rozliczony – i w zgodzie z prawem. Niech prawo znaczy prawo, a sprawiedliwość – sprawiedliwość. Musi nastąpić koniec z pobłażaniem.

Drugim błędem jest manipulacja historią Polski.

Może to banał – ale ocena czasów II Rzeczpospolitej, to także spojrzenie na klęskę 1939 roku i jej wszelkie konsekwencje. Jeśli straciliśmy wielkie połacie terenu, a konferencje Wielkiej Koalicji ustaliły nowe obszary Polski, to wysiłek historyków winien zmierzać ku uświadamianiu suwerena, że aktualny kształt Polski jest przez naród zaakceptowany, a kraj dobrze się w tym kształcie rozwijał. Może teraz – po niespotykanej nauczce koronawirusa – powinnniśmy przypominać na każdym kroku i w każdym czasie podstawowe hasło lat 20 i 30 XX wieku: „PRACY I CHLEBA”. To hasło było priorytetem lat PRL i ci, którzy obiektywnie na nie spoglądają, mogą potwierdzić, że obydwu nie brakowało. Dziś tymczasem hasło może znowu stać się aktualne.

Trzecim błędem jest niezwykle zagmatwana sytuacja w gospodarce kraju.
Tak nieśmiało można stwierdzić, że jest szansa na to, że Naród nie musi się bać o żywność polską. Jeśli zadbamy o prawidłową gospodarkę wodną, mamy szansę na pozytywny rozwój tej produkcji. Władze socjalistyczne nie umiały rozwinąć zagadnień zaopatrzeniowych w podstawowe środki do egzystencji. Mimo, że stworzono PSS-y, GS-y, MHD-my, to zawsze czegoś brakowało, a już wyjątkowo smutne było wprowadzanie przydziałów kartkowych. Dziś już o to martwić się nie trzeba.

Natomiast niezwykle ważnym zagadnieniem jest powrót do nieźle rozwiniętych różnorodnych gałęzi przemysłu. Tu się kłaniają doskonałe artykuły Piotra Gadzinowskiego – specjalisty wysokiej klasy od spraw chińskich i wietnamskich. Jeśli są te dwa kraje, z którymi mieliśmy doskonałe kontakty gospodarcze i polityczne, a w przypadku Wietnamu także społeczne (Łódź była pełna studiujących Wietnamczyków), to należy iść w tym kierunku, a nie szukać fałszywych przyjaciół na II półkuli.

Błąd czwarty – to stosunki Państwo – Kościół.

Jeśli Naród przyznaje się do przynależności do Przedmurza Chrześcijaństwa, to niech nim będzie. Jeśli tradycja w tej materii jest nie do dyskusji, to trzeba wolę Narodu uszanować. Choć my, działacze Lewicy wiemy, jak jest naprawdę, to niech to będzie zmartwieniem hierarchów. Natomiast musimy prowadzić dialog z Narodem, jak ma wyglądać państwo świeckie. Aż się prosi przypomnienie Episkopatowi, co to jest teologia wyzwolenia. Niewiele w tej materii czynimy.

Błąd piąty – to reakcja na konflikty społeczne.

Może mi ktoś zarzucać, że tak uparcie zwracam uwagę partii lewicowych na reakcje antykryzysowe, szczególnie konflikty społeczne i sposób ich rozwiązywania, ale nie wyobrażam sobie, aby rozwiązywać je siłowo. Tu władza ludowa zachowała się jak przedwojenne siły reżimowe , czyli strzelając i zabijając demonstrujących. To jest nie do pomyślenia w dzisiejszych czasach. W roku 1989 pokazaliśmy , że można władzę oddać pokojowo. „SOCJALIZM TAK – WYPACZENIA NIE”. Co z tego wyszło – dziś ani śladu po socjalizmie, ale wypaczeń nie zlikwidowano.

Przyszedł więc czas rozliczenia – PRL utrzymał się 40 lat, nowa Rzeczpospolita ma już prawie 31 lat. Mamy bardzo wielu mądrych naukowców, praktyków gospodarczych, działaczy społecznych
i politycznych. Może przyszedł czas wystawienia rachunku? Wystawmy go!