Kaczyński w rządzie

Prezes nie będzie już rządził tak całkiem z tylnego siedzenia, zdeklarowany homofob został ministrem edukacji, a ultraliberał zajmie się rynkiem pracy.

Konferencja prasowa Mateusza Morawieckiego nie rozwiała wszystkich wątpliwości dotyczących składu rządu i kompetencji poszczególnych ministerstw po zmniejszeniu ich liczby. Potwierdzono za to kilka głośnych pogłosek i przecieków dotyczących zmian personalnych. Dla lewicowców i związkowców nie są to dobre zmiany.

Homofob w MEN

Dariusza Piontkowskiego, któremu nauczyciele zapamiętali chaos w momencie wdrożenia zdalnego nauczania i ostentacyjne wręcz lekceważenie pandemicznych zagrożeń, zastępuje Przemysław Czarnek. Połączone resorty edukacji i nauki przekazano w ręce polityka wsławionego podważaniem wartości idei praw człowieka, stwierdzaniem, że „LGBT to nie ludzie”, a przeznaczeniem kobiet jest rodzenie dzieci. Przedstawiciel skrajnych poglądów religijnych, korzeniami tkwiących w narracji Radia Maryja ma zająć się teraz młodym pokoleniem.

Wielki powrót

Do rządu wraca Jarosław Gowin, człowiek, którego działania wprowadziło mnóstwo złych emocji na uczelniach wyższych i popchnęło je jeszcze krok dalej w stronę prymatu wolnego rynku nad postrzeganiem akademii jako wartości humanistycznej i cywilizacyjnej. Teraz ten skrajny liberał i zwolennik deregulacji w dobie kryzysu będzie odpowiedzialny za rozwój i rynek pracy. Spowolnienie gospodarcze ciągle przed nami – Gowin może realnie zaszkodzić polskim pracownikom, jeśli zechce wdrażać neoliberalne „cudowne recepty”.

W dodatku wbrew opiniom specjalistów sprawy związane z pracą oderwano od zagadnień polityki społecznej – te pozostaną w gestii Marleny Maląg, która ku wielkiemu zaskoczeniu nadal jest panią minister. Czy dlatego, że gdyby jej nie było, to nie byłoby już w rządzie żadnej kobiety?
Grzegorz Puda będzie ministrem rolnictwa, zastępując Jana Krzysztofa Ardanowskiego, który ostentacyjnie sprzeciwił aię rządowi i prezesowi w sprawie ustawy o prawach zwierząt.

A co będzie w rządzie robił prezes-wicepremier?

Nadal wiadomo jedynie nieoficjalnie, że zajmować się ma szefowaniem Komitetowi ds. Bezpieczeństwa Państwa i podlegać ma mu Ministerstwo Sprawiedliwości. W praktyce oznacza to, że Kaczyński chce trzymać w szachu Zbigniewa Ziobrę, strzec struktur siłowych i nie dopuścić już do większych przepychanek między koalicjantami, którym najwyraźniej nie ufa. Tak czy inaczej – Kaczyński przestaje być szeregowym posłem, który teoretycznie za nic nie odpowiada.

Szkoda czasu

Rząd olewam, w ogóle mnie on nie obchodzi. Byłbym naprawdę niewiele wart w oczach samego siebie, gdybym zaczął pomstować na to, że ministrem połączonych resortów edukacyjnych obwołano Przemysława Czarnka, na temat którego pisałem, tu i ówdzie, ku przestrodze, kiedy zaczynał dopiero pokazywać co potrafi i kim jest na stolcu lubelskiego wojewody. Niczego dobrego się po nim nie spodziewam, ani po pozostałych. Szkoda na nich czasu.

Na pana prezydenta też mi szkoda czasu. Biedak obraził się na premiera i prezesa, że nie raczyli z nim pogadać w kwestii rekonstrukcji rządu. A przecież pan prezydent wysyłał sygnały. Liczne. Że mu się ustawa o zwierzętach nie podoba. Że ma na ten temat swoje zdanie, inne niż zdanie samego prezesa. Choćby te prezydenckie umizgi mogły Morawieckiego i Kaczyńskiego skłonić do tego, żeby zapytać duży Pałac, co o tym wszystkim sądzi, ale najwidoczniej im też szkoda było na prezydenckie widzimisię czasu i atłasu.

Kiedy w Polsce rząd stoi w nierządzie i kompletnie nie ogarnia sytuacji, rodacy żyją sobie po swojemu. Bo też im szkoda na rząd czasu, tak jak i mi. Gram od dwóch tygodni próby z kapelą i odliczam dni, kiedy będziemy mogli zagrać pierwszy od 8 miesięcy koncert. Im bliżej jednak daty reczitalu, tym bardziej się boję, że niedane nam będzie zagrać ani dźwięku, bo prędzej zamkną nas na kwarantannie albo na powrót odwołają imprezy masowe i cały nasz trud pójdzie, jak krew w piach. Czuję, że wariuję już od tego kowidu. Ale szkoda czasu na wariactwo. Trzeba robić swoje, bo nagle może się okazać, że będę miał tylko czas. Mnóstwo czasu. Tylko ja i moje cztery ściany. A na nich tynk do jedzenia.

Parę dni temu, w Przemyślu, amstafy pogryzły, prawie na śmierć, małego chłopca. Malec wylądował na oiomie i nie wiadomo czy to przetrzyma. W „piątce” Kaczyńskiego zapisano mnóstwo rzeczy-potrzebnych i nie. O tym, żeby zabronić ludziom trzymania pod dachem groźnych psów nikt się nie zająknął. Bo po co. Przecież nikt nie trzyma pitbuli na łańcuchach.

Zastanawiam się, ile jeszcze tragedii musi się wydarzyć przez to, że pozwalać się będzie ludziom na bezkarność w bezmyślności; czasami, kiedy widzę dresiarza z pitbulem na smyczy, zastanawiam się, kto jest w tej parze bardziej inteligentny. To naprawdę niewiele kosztuje, żeby zrobić w ustawie dopisek o rasach groźnych i niebezpiecznych, a co za tym idzie, zakazie ich trzymania i krzyżowania poza wydzielonymi hodowlami. Byłby jednak kłopot, gdyby policja jęła odbierać młodym żołnierzom wyklętym ich pupilki. Czym by wtedy straszyli hipisów po osiedlach. A propos młodzieży i osiedli-wyczytałem gdzieś, że w Warszawie zatrzymano, po kilku miesiącach, trzech młodzianów, którzy w biały dzień pobili człowieka do nieprzytomności, a kiedy ten leżał już na ziemi, skakali mu po głowie i kopali gdzie popadło. Przechodnie próbowali odciągnąć ofiarę spod butów oprawców, ale na niewiele się to zdawało. Panowie odpuścili, kiedy się zmęczyli. Tania meta i dopalacze potrafią zdziałać cuda. Pobity człowiek przeżył. Nie napisano, w jakim stanie się znajduje. Ci którzy go skatowali, to stołeczna recydywa; każdy, mimo dwudziestu kilku lat, ma za sobą odsiadkę. Prokuratura zakwalifikowała czyn jako rozbój. Chłopcom grozi po 2-3 lata. W tym samym czasie zatrzymano też złodziei samochodów, a konkretnie samochodu. I to nie byle jakiego, tylko zielonego Audi za milion złotych. Zniknął z parkingu w Mielnie w te wakacje. Udało się ustalić, że z Mielna pojechał do Trójmiasta, stamtąd na Mazury, a stamtąd na wschód, za granicę, i ślad się po nim urwał. Zbyć ręcznie robioną furę za dużą bańkę nie jest tak łatwo, ale nie takie rzeczy ginęły u nas bez śladu. Nie to jednak w całej sprawie mnie zastanawia. Złodziejom luksusowej bryki grozi bowiem do 10 lat więzienia. Oprawcom, którzy skatowali człowieka na ulicy – 2 lata na twarz. Uwzięli się na złodziei samochodów. Po prostu. Przed paroma dniami zakończył się, po pięciu latach , proces w sprawie zabójstwa gen. Papały. Głównym oskarżonym, dla którego prokurator zażądał dożywocia, jest niejaki „Patyk”, z zawodu, a jakże, złodziej samochodów. To, że złodziej samochodów, który idzie na robotę, nosi ze sobą broń, trochę nie przystaje do złodziejskiej, zawodowej etyki. To, że jej używa, żeby zawinąć auto średniej klasy, zabijając człowieka, też mnie do końca nie przekonuje. Jeszcze bardziej nie przekonuje mnie to, że fachowiec, którym „Patyk” bez wątpienia był, co potwierdzają policyjne statystyki, nie poradził sobie z samochodem bez zabezpieczeń, mimo że wcześniej nie miał z problemów z autami lepiej zabezpieczonymi. Ale nim się też nie zajmuję. Szkoda czasu na złodziei. Tak jak i na rząd.

Nienawiści mówią nie

Posłanki Lewicy złożyły wniosek do Komisji Etyki Poselskiej o ukaranie Przemysława Czarnka i Jacka Żalka, którzy ostatnio „popisali się” homofobicznymi wypowiedziami.

Jacek Żalek, zanim wyproszono go z telewizyjnego studia, rzucił, że LGBT to ideologia, a nie ludzie. Przemysław Czarnek niedwuznacznie zasugerował, że przedstawiciele mniejszości seksualnych „nie są równi normalnym ludziom”. W ocenie posłanek Agnieszki Dziemianowicz-Bąk, Magdaleny Biejat i Anny-Marii Żukowskiej wypowiedzi te nie są godne parlamentarzystów. Czy raczej – zasługują na potępienie w każdych okolicznościach.

– Te słowa nie są obojętne i uprawianie gier politycznych na czyimś nieszczęściu, szczucie na część Polaków, na dwa miliony Polaków, którzy żyją z nami, którzy mają swoje rodziny i wychowują swoje dzieci, jest nie tylko nieodpowiedzialne, ale jest zbrodnią – powiedziała dziennikarzom podczas konferencji prasowej Magdalena Biejat.

Nienawiść zabija

Agnieszka Dziemianowicz-Bąk podkreśliła, że homo- czy transfobia jest w Polsce problemem i bez nienawistnych wypowiedzi polityków prawicy. Bicie w niewielką mniejszość dla doraźnych celów politycznych może mieć tragiczne skutki.

– Nienawiść zabija, popycha do depresji, do prób samobójczych. 70 proc. osób LGBT ma dziś myśli samobójcze, a ich rodzice są dziś pogrążeni w przerażeniu i martwią się o swoje dzieci – stwierdziła posłanka z Wrocławia. – W Polsce żyje około 2 mln osób nieheteronormatywnych: gejów, lesbijek, osób transpłciowych oraz transeksualnych. W około 50 tysięcy dzieci wychowuje się w tzw. tęczowych rodzinach – podsumowała.
Polityczka przypomniała, że Żalek i Czarnek nie są niechlubnymi wyjątkami. Również europoseł Joachim Brudziński rzucił, że Polska najpiękniejsza jest bez LGBT, a prezydent Andrzej Duda nie znalazł lepszej strategii pozyskiwania głosów, niż budowanie dziwacznych analogii między „neobolszewizmem” i orientacją seksualną części obywateli i obywatelek. Dziemianowicz-Bąk stwierdziła, że Duda z racji swoich słów zapisze się w polskiej historii haniebnie.

Wszyscy równi

– W polskim parlamencie nie powinno być miejsca dla osób, które kwestionują podstawowe prawa człowieka – prawo do równości. Wszyscy rodzimy się równi i jesteśmy sobie równi niezależnie od jakichkolwiek cech, na które nie mamy wpływu: rasy, koloru skóry, pochodzenia, czy też płci, a także orientacji seksualnej i tożsamości psychoseksualnej oraz pełnosprawności tudzież niepełnosprawności – przypomniała posłanka Anna-Maria Żukowska.

Strach bierze, że w XXI w. tak oczywiste, logiczne sprawy trzeba jeszcze uświadamiać. I to politykom, ludziom, których decyzje mają wpływ na losy milionów.

Ta zniewaga

11 listopada, w poniedziałek, nie poszedłem na żaden marsz ani pochód, tylko do lasu. Ku memu wielkiemu zdziwieniu, napotkałem na swojej drodze dość pokaźne grono współmyślących ze mną rodaków.

Szedłem sobie i rozmyślałem o obrazku, który zobaczyłem w telewizji na godzinę przed wyjściem z domu na spacer: minister obrony, w otoczeniu gromadki dzieci, śpiewa „Pierwszą Brygadę”. Dzieci są poprzebierane w mini-mundury wojskowe z epoki: szare, piłsudczykowskie porcięta i marynarki, furażerki. Część ma na sobie szlify generalskie i salutuje w rogatywkach. Jeszcze inne poprzyodziewały berety i khaki, a na ramieniu połyskuje im biało-czerwona opaska, jak u Małego Powstańca. Żadne z dzieci nie ma więcej niż 10 lat. Minister w środku, dzieci wokół ministra. I śpiewają: po „Brygadzie”, „Wojenko, wojenko”, „O mój rozmarynie” i inne szlagworty z pola boju. Wyobraźcie sobie Państwo, że na taką, lub podobną, inscenizację, trafia ktoś zupełnie przypadkowy, z kraju Europy Zachodniej albo z Ameryki. I co sobie taki ktoś może pomyśleć? No, wypisz wymaluj, kompletne świry! Przebierają dzieci za małych żołnierzy, jak w jakimś afrykańskim państwie u progu wojny domowej. Dają im do rąk atrapy karabinów i uczą idiotycznych przyśpiewek, w których wojna jawi się jako coś zajebiście wesołego i fajnego, gdzie każdy mężczyzna (i tylko mężczyzna) może się bez reszty spełnić. A kobiety? Mogą robić za sanitariuszki Małgorzatki, albo zostać w domu i rodzić dzieci, bo do tego wszak są powołane przez dzieło boskie. Najlepiej, jak zaczną rodzić jak najwcześniej, bo jak kobieta urodzi pierwsze dziecko w wieku 30 lat, to ile ich jeszcze będzie mogła urodzić? To nie moje są słowa, to też nie legenda ludowa, ale tekst, który łaskaw był z siebie wypuścić poseł Przemysław Czarnek, do niedawna wojewoda lubelski. Poseł PiS, ma się rozumieć. Wcześniej pan wojewoda dawał medale za walkę z ideologią, jaką, chyba nie muszę pisać. Pozywał naukowca z Towarzystwa Ukraińskiego z Lublina, za to, że ten powiedział gorzką prawdę o mordzie AK w Sahryniu na ukraińskich cywilach. Zdaniem posła Czarnka to znieważało naród polski, ale prokuratura nie dopatrzyła się znieważenia, i postępowanie umorzyła. Teraz poseł Czarnek pozywa kolejnego akademika. Padło na dra Tomasza Kitlińskiego z UMCS. Dr Kitliński zaprotestował przeciwko nagrodzeniu jeszcze wówczas wojewody, a już posła-elekta, okolicznościowym medalem uczelnianym, za zasługi na rzecz rozwoju placówki. Nominował Przemysława Czarnka do medalu, po uważaniu, sam rektor, prof. Michałowski. Oprócz wojewody podobne medale dostał prezydent miasta i marszałek z Sejmiku. Kitliński zaprotestował przeciwko wyróżniania Czarnka. m.in. dlatego, że uważa, podobnie jak i ja, paru otwartych krytyków byłego wojewody pracujących na uczelni lubelskiej i wypowiadających się pod nazwiskiem, oraz znacznie większa rzesza krytyków, która boi się jawnie stanąć po stronie Kitlińskiego w obawie przed utratą pracy, że nie godzi się, aby honorować medalem przyjaciela UMCS człowieka, którego poglądy na rolę kobiet są wyjęte jak z powieści Mniszkówny, który mniejszości seksualne i sposób uprawiania przezeń seksu, nazywa, powołując się przy tym na św. Pawła, zboczeniami. Którego cała postawa oraz wyrażany światopogląd stoi w sprzeczności z tym, co leży u fundamentu każdej, wielkiej uczelni: poszanowania dla inności, umiłowania nauki, poszukiwania prawdy w dowodzie i wiedzy, a nie w gusłach i zabobonach.

Rektor uczelni ma inne zdanie niż Tomasz Kitliński; twierdzi, że poglądy Czarnka nic tu nie wnoszą. Wniósł za to sam pan wojewoda-spory wkład osobowy, a co za tym idzie, materialny, przy budowie nowego kampusu uczelnianego i za to należy się medal. To tak, jakby dzwon z sercem dla starego, farnego kościoła, ufundował zdeklarowany ateista. I uczynił to tylko dlatego, że bardzo lubi, przy niedzieli, przyjść do dzwonnicy i pociągnąć sobie za sznurki. A pleban ochoczo by na to przystał, bo czy dzwoni ateista, lucyferianin czy kwakr, niewiele to zmienia w procesie dzwonienia. Złośliwi powiadają, że pieniędzy na kampus wojewoda specjalnie „wyklamkował” w rządzie czy w ministerstwie, jeno wypełnił swoje ustawowe zadanie, za które brał przecież pensję z naszych podatków, ale kto by ich tam słuchał. Będę bacznie śledził proces Czarnek versus Kitliński, ponieważ ex-wojewoda pozwał wykładowcę nie za pomówienie, a za znieważenia urzędu. Wiele razy w życiu sam znieważałem urzędy, więc jestem tym rozstrzygnięciem żywo zainteresowany…

W Sahryniu nikt nikogo nie znieważył

Postępowanie przeciwko Grzegorzowi Kuprianowiczowi, prezesowi Towarzystwa Ukraińskiego w Lublinie, zostało umorzone. Zawiadomienie o możliwości znieważenia narodu polskiego złożył wojewoda lubelski Przemysław Czarnek. Chodziło o przypomnienie zbrodni polskich partyzantów na cywilach ukraińskich w Sahryniu.

 

Śledztwo prowadzone było w kierunku art. 133 kodeksu karnego, który mówi o publicznym znieważeniu narodu lub państwa polskiego. Według Przemysława Czarnka pod ten paragraf podlegały słowa wypowiedziane przez prezesa Towarzystwa Ukraińskiego podczas uroczystości z udziałem Petra Poroszenki. Kuprianowicz przypomniał, że 10 marca 1944 r. żołnierze Armii Krajowej zamordowali mieszkańców wsi, gdyż ci mówili innym językiem i przynależeli do innego wyznania religijnego: „To zbrodnia przeciwko ludzkości popełniona (…) przez członków Narodu Polskiego, partyzantów Armii Krajowej będących żołnierzami Polskiego Państwa Podziemnego” – powiedział. Wojewoda uznał, że tym samym znieważył państwo polskie. Argumentował, że obraźliwy dla Polaków jest cały kontekst wypowiedzi, czyli fakt, że przemówienie, w którym przypomniano polskie zbrodnie, miało miejsce podczas uroczystości upamiętniających rocznicę rzezi wołyńskiej.
– Oczywiście nie mamy tu bezpośredniego zaprzeczenia zbrodniom, ale w mojej ocenie taka wypowiedź powinna być przedmiotem badania prokuratury. Dlatego kieruję zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa – kategorycznie oświadczył Przemysław Czarnek. Przy tym oskarżył Kuprianowicza, że swoją wypowiedzią zrównał ludobójstwo Polaków przeprowadzone przez OUN i UPA z jedną akcją polskiego podziemia, chociaż ukraiński działacz nie sugerował w żadnym momencie, że na Wołyniu mordów na Polakach nie było
Ale prokuratura w Zamościu, która długo wahała się, czy postępowanie w ogóle wszcząć, ostatecznie nie zgodziła się z taką interpretacją.
Sprawę przekazała do Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Instytucie Pamięci Narodowej w Lublinie, aby zbadała wątek ewentualnego zaprzeczania zbrodniom dokonanym na Polakach. Ale Komisja odmówiła wszczęcia śledztwa z art. 55 ustawy o IPN. Drugi wątek – czyli publiczne znieważenie narodu polskiego, również umorzono. „W oparciu o zgromadzony w sprawie materiał dowodowy stwierdzono, że brak jest podstaw do przyjęcia, iż wygłoszone publicznie słowa mogły znieważyć Naród lub Rzeczpospolitą Polską, a co za tym idzie wyczerpać dyspozycję art. 133 kodeksu karnego” – stwierdził cytowany przez „Wyborczą” Rafał Kawalec, p.o. prokuratora okręgowego w Zamościu.
Jak donosi strajk.eu, fakty dotyczące mordu ludności cywilnej w Sahryniu przez Polaków były już badane i potwierdzane prze sam IPN: w 2015 historyk Mariusz Zajączkowski opisał je w obszernej monografii. Dowiemy się z niej, że polskie podziemie, przerażone skalą zbrodni UPA na Wołyniu, postanowiło, niszcząc kilka wsi w powiecie hrubieszowskim, nie tylko uprzedzić spodziewany atak UPA, ale i dać prawosławnym Ukraińcom z Chełmszczyzny odstraszający przykład.
Postanowienie o umorzeniu nie jest jednak jeszcze prawomocne. Mimo to już można uznać je za precedensowe, ponieważ okazuje się, że polska polityka historyczna nie może polegać na kneblowaniu i straszeniu organami ścigaania za przypominanie mało chwalebnych kart z naszych dziejów.

Lublin wybrał wolność

Za burdy w Lublinie, które musiała pacyfikować policja Joachima Brudzińskiego odpowiedzialny jest przede wszystkim najbardziej zideologizowany z wojewodów pisowskich, Przemysław Czarnek, wykładowca prawa na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.

 

Czarnek, radykalny, ciasny endek, a przy tym zdecydowany zwolennik ONR, już 1 marca tego roku, w dniu tzw. „Żołnierzy Wyklętych” wypowiedział się publicznie w duchu nacjonalistycznej nienawiści przeciw ludziom, którzy mają inne niż on poglądy. Od tego czasu endekooenerowiec Czarnek bardzo uaktywnił się ideologicznie. Gdy w lipcu tego roku prezes Towarzystwa Ukraińskiego w Lublinie Grzegorz Kuprianowicz zauważył podczas uroczystości w Sahryniu, że miała miejsce nie tylko rzeź wołyńska na Polakach, ale także morderstwa akowców na cywilnej ludności ukraińskiej, endekooenerowiec Czarnek doniósł na niego do prokuratury. Przy czym Kuprianowicz ani nie zaprzeczał, ani nie usprawiedliwiał mordów wołyńskich, ani nawet nie stawiał znaku równości między rozmiarami zbrodniczych czynów po obu stronach. Wspomniał jedynie, że druga strona także ma krew na rękach. Czarnek zasmakował w swoich ideologicznych harcach. Na kilkanaście dni przed sobotnią Paradą Równości w Lublinie, pierwszą w tym mieście, endekooenerowiec Czarnek znów zabrał publicznie głos i wypowiedział się przeciw „promocji zboczeń i dewiacji”. Na żywioł oenerowski to słabo skrywane podżeganie do przemocy zadziałało jak trąbka do boju i jego eksponenci zgłosili swoją kontrdemonstrację oraz zapowiedzieli, że zablokują lubelską Paradę Równości. Niestety prezydent Lublina z Platformy Obywatelskiej Krzysztof Żuk zachował się w pierwszym momencie w sposób klasycznie platformerski, czyli zapalił i Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Asekurancko zakazał Parady motywując swoją decyzję troską o bezpieczeństwo jej potencjalnych uczestników, mieszkańców Lublina i gości. Gdyby przyjąć za dobrą monetę logikę rozumowania prezydenta Żuka, to trzeba by przyjąć, że każda, najniewinniejsza nawet demonstracja, manifestacja czy marsz mogłyby zostać zakazane, o ile tylko jej przeciwnicy stworzą wrażenie, czy zadeklarują, że mogą się jej przeciwstawić w sposób zagrażający bezpieczeństwu publicznemu i stwarzający zagrożenie dla zdrowia i życia. Endecy lubelscy z Czarnkiem, Mieczysławem Rybą, także wykładowcą KUL, i lubelskim radnym PiS Tomaszem Pituchą, odtrąbili już zwycięstwo, zwłaszcza, że Sąd Okręgowy podtrzymał decyzję Żuka. Ich radość była jednak przedwczesna, bo zaskarżone przez organizatorów Parady Równości postanowienie, zostało uchylone przez lubelski Sąd Apelacyjny. Parada odbyła się i manifestanci przeszli w minioną sobotę spod Zamku Lubelskiego przez śródmieście aż do Centrum Spotkania Kultur. Zostali jednak przez oenerowskich bojówkarzy na tyle brutalnie i nienawistnie zaatakowani, że policja Brudzińskiego (bo przecież nie endekooenerowca Czarnka, który bez wątpienia, wnioskując z jego wypowiedzi, najchętniej kazałby spałować uczestników Parady Równości), którego przecież nie sposób podejrzewać o sympatię dla idei Parady, zmuszona została do stanowczej reakcji w obronie spokojnych uczestników marszu. Wyraziło się to m.in. użyciem gazów łzawiących, armatek wodnych oraz zatrzymaniem kilkunastu (na początek) najbardziej krewkich oenerowskich młodzieńców.

Jak nietrudno było przewidzieć, oenerowski sektor obozu pisowskiego zawył z wściekłości. Tzw. „Matka Kurka” czyli Piotr Wielgucki prawolski bloger i felietonista „Gazety Polskiej” Tomasza Sakiewicza, organu najbardziej twardogłowego, skrajnie nacjonalistycznego nurtu w elektoracie PiS, skierował na twitterze do szefa MSW następujące słowa: Brawo @jbrudzinski kolejny pokazujesz, jakim jesteś „bohaterem”! W życiu nie odważyłbyś się na taką akcję w drugą stronę, ale „kiboli” i „nazistów” lejesz wodą i pałami. 100 razy KOD i Obywatele RP odwalali gorsze akcje, to ich na rękach wynosiłeś. Dla mnie jesteś bucu skończony!”.

Pałkarski segment elektoratu PiS okazał niezadowolenie, a jest to segment wpływowy, tworzący rozmnożone nie tylko w Polsce, ale także tu i ówdzie za granicą, w tym szczególnie aktywne w Paryżu, ,„Kluby Gazety Polskiej”. Endecka Polska póki co poparcia dla kierownictwa PiS nie wymówi, ale w jej szeregach rośnie niezadowolenie ze zbyt łagodnej polityki wobec opozycji i zbytniej miękkości wobec takich znienawidzonych zjawisk kulturowych jak choćby Parada Równości. W cichości ducha tak naprawdę znacząca ich część uważa Kaczyńskiego i jego kamarylę za mięczaków ulegających naciskowi wrogich sił. Słowa „Matki Kurka” były zaadresowane co prawda osobiście do Brudzińskiego, ale ich pośrednim adresatem był w oczywisty sposób także Kaczyński, do którego najbliższych przybocznych należy szef MSW. Nie sposób uwierzyć, znając mechanizmy jednoosobowej władzy prezesa w PiS, że Brudziński działał według własnego uznania. Twardogłowy, marzący o fizycznej rozprawie z opozycją segment elektoratu PiS czai się do skoku i czeka na stosowny moment. Na razie musi zadowolić się deklaracją, którą można by opisać za pomocą cytatu z „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego: „Jakby przyszło co, do czego, wisz pon, to my som gotowi, my som swoi, my som zdrowi”.

To, co stało się w sobotę w Lublinie, nie wywoła rozłamu w pisowskim obozie, bo stawka, jaką jest wygrana wyborcza, jest dziś zbyt duża. Pojawiła się jednak rysa, której nie da się zlekceważyć i doszło do schłodzenia wzajemnych relacji. Pisowska czarna sotnia dobrze zapamięta policzek jaki Kaczyński wymierzył jej w Lublinie przy użyciu Brudzińskiego. Może to w przyszłości zaowocować trudnymi dziś do przewidzenia konsekwencjami. Póki co, na razie, miejmy satysfakcję, że w ostatecznym efekcie, wolność w Lublinie znalazła się na wierzchu.