Zaszczepić nauczycieli!

Obecnie trwa szczepienie tak zwanej “grupy zero”. W następnym etapie programu swoją dawkę szczepionki otrzymać mają seniorzy, a rząd o wcześniejszych dawkach dla pracowników oświaty wciąż milczy, pomimo tego, że nauczyciele mają niedługo wrócić do szkół. Lewica zwołała w tej sprawie konferencję prasową, na której posłanki wzywały rząd do potraktowania nauczycieli priorytetowo.

“Szanowni państwo, pozwolę sobie zacząć od cytatu. „Nauczyciele są tą grupą zawodową, która jest narażona bardzo mocno na transmisję koronawirusa” – to słowa, które Minister Edukacji i Nauki Przemysław Czarnek wypowiedział 19 grudnia 2020 r. Wtedy jeszcze pan Przemysław Czarnek zapowiadał i deklarował, że nauczyciele będą traktowani przez rząd priorytetowo, jeżeli chodzi o dostęp szczepień. W ostatnich dniach jednak słyszymy – zarówno od pana ministra Przemysława Czarnka, jak i od ministra Michała Dworczyka – że nauczyciele i nauczycielki oraz pracownicy placówek oświatowych nie mogą liczyć na szczepienia w pierwszym kwartale nowego roku.” – mówiła Agnieszka Dziemianowicz-Bąk.

“Oznacza to, że będą musieli czekać kilka miesięcy i wcale nie jest powiedziane, że w tym czasie nie będą musieli wykonywać swoich obowiązków zawodowych. Nauczyciele to rzeczywiście jest ta grupa, która jest szczególnie narażona na kontakt z wirusem, jeżeli muszą pracować w szkołach stacjonarne, a dzieci nie można szczepić. Dzieci roznoszą wirusa nie specjalnie, nie złośliwie, ale tylko dlatego, że dużo trudniej jest im dostosowywać się, w szczególności tym młodszym, do obostrzeń i wymogów sanitarnych. Szkoła to oczywiście miejsce nauki i opieki, wszyscy czekamy z utęsknieniem na to, aż dzieci i młodzież będzie mogła do szkoły powrócić. Szkoła to także miejsce pracy, a każdy pracownik, każdy nauczyciel, każdy pracownik administracyjny ma pełne prawo do tego, żeby czuć się w swoim miejscu pracy bezpiecznie. Pracodawca, organizator placówek oświatowych ma obowiązek zapewnić bezpieczne i higieniczne warunki pracy.” – dodawała.

“Kolejną grupą. która zwraca się do mnie, zwraca się do Lewicy z prośbą o wsparcie, jest grupa pracownic i pracowników ośrodków pomocy socjoterapeutycznych i-wychowawczych. Są to pracownicy, którzy zajmują się podopiecznymi nie tylko poniżej 18 roku życia, ale też tymi starszymi od dwudziestego szóstego roku życia, którzy wymagają specjalnej uwagi. Również ci pracownicy nie są uwzględnienie i to uwaga w czymś co w ogóle nie ma rangi aktu prawnego. To jest kolejny problem, którym chciałam podsumować tę konferencję. Dokument, który nazywa się Narodowy Program Szczepień jest to po prostu dokument w PDF-ie, umieszczony na stronie Kancelarii Rady Ministrów. Nie ma on żadnej rangi prawnej, to nie jest to nawet rozporządzenie Ministra Zdrowia, więc tak naprawdę te wszystkie grupy, które tam są ujęte i ta kolejność, która jest przedstawiona w tym dokumencie jest taką hipotezą, którą rządzący z Prawa i Sprawiedliwości sobie założyli. Natomiast nie ma tego ani jak pilnować, ani jak egzekwować” – to z kolei słowa Anny Marii Żukowskiej.

Papież nauczy

Przemysław Czarnek udzielił kolejnego wywiadu, w którym zajął kontrowersyjne stanowiska nt. włączania nauk Jana Pawła II do programu nauczania.

“Gdy uczymy podstaw przedsiębiorczości, moglibyśmy wprowadzić fragmenty papieskich encyklik na temat tego, czym jest praca, wolny rynek, sprawiedliwość społeczna itp. Chodzi nie tyle o wymiar religijny, ile o etyczne spojrzenie na przedsiębiorczość” – mówił w “Gościu Niedzielnym” minister edukacji.

Polityk dodał również, że chciałby włączenia nauk Jana Pawła II do programu szkół podstawowych. Chodzi przede wszystkim o kwestie seksualności i inne tematy zawarte w książce “Miłość i odpowiedzialność”. Warto zaznaczyć, że jest to pozycja, której daleko jest od zdobyczy psychologii i medycyny. Karol Wojtyła bowiem pisze w niej, między innymi, o homoseksualności jako o “zboczeniu” i wymienia ją w jednym ciągu z zoofilią. W książce napisanej przez papieża czytamy również, że “z wymogami normy personalistycznej kłóci się poligamia, a także rozerwalność prawnie zawartego małżeństwa (tzw. rozwód), który zresztą w praktyce prowadzi do poligamii”.

Czarnek zapytany o to, co zagraża wolności nauki, odpowiedział “lewicowy totalitaryzm”. Stwierdził on, że osoby o innych poglądach niż lewicowe są wykluczane z debaty. “W efekcie ludzie o poglądach konserwatywnych boją się je formułować i nie podejmują dyskusji” – mówił dla “Gościa”.

Profesorek i aktoreczki

Kolejny mędrek z PiS obraża kobiety, obraża ludzi kultury, obraża swoich przeciwników. Trudno zachować spokój, trudno nie odpowiedzieć w podobnym stylu.

Doktor Cenckiewicz zwany przez niektóre media profesorem, bo pracuje u Rydzyka, ośmielił się zakpić z artystów dotkniętych restrykcjami wprowadzanymi przez rząd z powodu pandemii. Jak one są wprowadzane, wiemy. Obserwujemy chaos, brak konsekwencji, niemal każde zarządzenie jest niebawem zmieniane, uzupełniane, nowelizowane. Tak jak z ustawami w Sejmie. Ryba psuje się od głowy…

Sławomir Cenckiewicz skomentował postulaty głoszone podczas protestów – ludzie kultury dołączyli tydzień temu do Strajku Kobiet. Artyści oczekują rekompensat podobnie jak inne branże, którym rząd (pandemia) uniemożliwia normalne funkcjonowanie, zarobkowanie, otrzymywanie wynagrodzenia by utrzymać rodzinę i siebie. Pan Sławomir Cenckiewicz (znany z tropienia przeszłości Wałęsy) oburza się, że można żądać pomocy finansowej od rządu, wobec którego zgłasza się równocześnie postulat dymisji. „Oglądając wywiad z aktoreczkami w TVN24 nieźle się uśmiałem, bo one rzeczywiście wrogo nastawione do PiS i za tym piorunem na ulicach, ale zgłosiły postulat, że w związku zamknięciem teatrów rząd powinien im wypłacić 2 tyś miesięcznie choćby na rachunki. To już nie wyp…….ć?” Zachowałem oryginalny zapis stylu wypowiedzi na Twitterze.

To nie pierwsze tego typu skandaliczne zachowanie przedstawicieli obozu władzy, obozu PiS. Przypomnijmy reakcję na słowa Janusza Gajosa o podzieleniu Polski na dwie części, wygłoszone tuż po wyborach prezydenckich w Polsce. Pierwsza zareagowała znana z lotności Beata Mazurek: „Wyraźnie widać, że PRL, >Czterej pancerni i pies< odcisnęły trwały ślad na mózgu Gajosa. Bardzo przekonująco zagrał rolę zdegenerowanego prokuratura w filmie >Układ<. Pewnie, to tylko przypadek. A tak po ludzku, insynuacje prostaka.” Oto słowa kogoś, kto ma tylko ślad. Do pani Mazurek dołączył minister kultury (sic!). „Dobry aktor nie jest święta krową. Nie możemy godzić się na takie obelgi w życiu publicznym.” – napisał także na Twitterze Piotr Gliński. Ale wróćmy do Cenckiewicza. Czytelnicy Trybuny to na pewno zauważyli, ale podkreślę, jaki stosunek do bliźnich ma nie tylko reprezentant PiS, ale także przedstawiciel rydzykowej, katolickiej, wyższej uczelni. Aktoreczki – ile w tym określeniu pogardy i poczucia swojej wyższości. Brawo „profesorze”! Dobry przykład dla studentów. Wypowiedź Cenckiewicza to także kolejne potwierdzenie, że rządzący wciąż uważają, iż dzielą SWOJE pieniądze, że budżet jest ICH, że tylko od ich dobrej woli zależy kto i ile z niego otrzyma. A wspólna refleksja? konsultacja? społeczny udział w tworzeniu zasad i kryteriów? Oj, to pachnie socjalizmem… Budżet jest nasz, pisowski, to my go dzielimy, my go rozdajemy tym, którym wedle nas się należy. A należy się naszym, skoro on nasz. Ile razy trzeba jeszcze powtarzać że budżet jest wspólny, że pochodzi z NASZYCH podatków, więc nikt przy jego podziale nie powinien być pomijany, a tym bardziej z powodów innych poglądów politycznych. Przypomniała mi się anegdota o Jerzym Waldorffie. Tuż po transformacji ktoś pytał go o czasy PRL używając argumentu „ale przecież przyjmował pan od tamtej władzy odznaczenia”. „Tak, miał odpowiedzieć Waldorff, przyjmowałem, ale z obrzydzeniem”. Tak więc rekompensaty należą się każdemu nawet gdyby miał je odbierać od tego rządu z obrzydzeniem. Tym bardziej, że zamknięcie, na tym etapie walki z pandemią, WSZYSTKICH placówek kultury jest kuriozalne i świadczy albo o niemocy ministra kultury, albo o jego całkowitym braku zainteresowania tym co dzieje się w obszarze mu podległym. Kolejki do muzeów, czy choćby tylko tłumy w muzealnych gmachach, to widok rzadki, jedynie przy okazji otwarcia głośno zapowiadanych wystaw. Kina, teatry, sale koncertowe, wprowadziły poprzednio systemy „bezpiecznego” uczestnictwa publiczności w kulturze. Dlaczego nie skorzystano z tego doświadczenia.

Czym w sensie zagrożenia epidemiologicznego różni się udział w mszy (1 osoba na 10 czy 15 m) w podobnie zorganizowanym koncercie. Dlaczego nie powalczył o to minister kultury? Dlaczego nie zadbał tak o te placówki, jak i o możliwość „kulturalnej regeneracji”, udziału w kulturze potrzebujących tego obywateli. Potrzebujących tego szczególnie w tym czasie. Czyżby zajęty był (jako minister sportu) szykowaniem stadionów na szpitale… Na pewno zaś zajęty był ogłaszaniem, wraz z rządowym kolegą Czarnkiem, konkursu na prace magisterskie i doktorskie na temat ruchu narodowego i katolicyzmu społecznego w Polsce. Panie Cenckiewicz, uwaga! konkurencja rośnie panu pod bokiem!

I o co chodzi?

Poproszę, aby ten tekst potraktować jako satyryczny. Co prawda Trybuna nie jest pismem prześmiewczym, a i Gadzinowski nie znosi konkurencji. Gdyby jednak miał to być tekst poważny, to Gadzina dałby go na 3 stronę i opatrzył stosownymi tytułami oraz zdjęciem Naczelnika.

Nie musiałby wykreślać niecenzuralnych słów, bo bym ich nie używał. Mam traumę po tym, jak kapral Milicji Obywatelskiej dał mi w 1970 roku mandat o wysokości 10 zł, za użycie na ul. Manifestu Lipcowego w Krakowie słowa „dupa”. W zamian za to napisałbym o wynikach badań, przytoczył CBOS, IBRIS, Kantar i Bóg wie co jeszcze. W odróżnieniu od wielu polityków, badania pod strasznie nudnym tytułem „Młodzi Polacy wobec …” staram się czytać ze zrozumieniem. Ale tu tego nie będzie. Bo tu nie o prawdę naukową chodzi tylko społeczną. Oto garść uwag. Jeśli komuś to się politycznie skojarzy, to na własną odpowiedzialność.

Ludzie wychodzą na ulice. Kobiety i mężczyźni. Młodzi i starzy, ale głównie młodzi. Uczeni wszelakiej politycznej maści oraz etatowi oraz niezawodowi politycy (też różnej maści) zastanawiają się po co. O co chodzi? Otóż mam z tej sprawie swoją opinię. Wcale – moim zdaniem – nie chodzi o mgr Przyłębską, prawo do aborcji i tym podobne rzeczy. Tu chodzi o wolność i o ściśle rozumiana politykę. Moi rówieśnicy wywalczyli ją w 1989 roku. My – postpezetpeerowska lewica – do tego też przyczyniliśmy się. Nie baliśmy się wolnych wyborów, ani demokratycznej konkurencji. Też nie lubiliśmy towarzyszy radzieckich, którzy zawsze wiedzieli lepiej i nie chcieliśmy karier zależnych od ślepej, politycznej i ideologicznej, lojalności. Tu z ówczesnymi „Solidarnościowcami” było nam po drodze.

Rozeszliśmy się – choć na szczęście nie ze wszystkimi – gdy określano granice i wyznaczniki tej wolności. Polska pseudoprawica i liberałowie z Bożej łaski uznali, że wolność polityczna i neoliberalnie rozumiana wolność ekonomiczno-socjalna (wolność do biedy) wystarczy. Cała reszta była poza ich zainteresowaniem. Część spłacić chciała wydumany dług wobec kościołów (w tym największego), część była w wieku i doświadczeniu (wszak PRL była bardzo pruderyjna), kiedy wolność do marzeń była poza ich zasięgiem. Ofiarą takiej postawy padła nie tylko aborcja. Także np. pomysły, aby zalegalizować obrót miękkimi narkotykami, albo usankcjonować związki partnerskie osób tej samej płci. W zamian za to dostaliśmy kapelanów w każdym zorganizowanym państwowo fragmencie życia społecznego, rytuały kościelne przeniesione do życia państwowego. To nie tylko wina prawicy. Także wybitni politycy lewicy apelowali, aby nie walczyć z kościołem i religią, klękali gdy nie trzeba było i uderzali się w piesi, bacząc, czy robią to stosunkowo głośno. Sam tu nie jestem bez winy, bo jeśli już protestowałem, to po cichu. Choć sam od wielu lat już nie klęczę, to nie umiałem podnieść z kolan wielu moich kolegów. To ważne, bo lewicowy antyklerykalizm jest stosunkowo świeżej daty.

Ci młodzi, którzy dziś wychodzą na ulicę, chcą dla siebie wolności. Maja w dupie demokrację, wybory, partie polityczne i wolności obywatelskie. Oni chcą własnej wolności, tak jak ją rozumieją w roku 2020. Prawa do wyznawania wiary w makaron spaghetti i w to, że zwierzęta są naszym mniejszymi braćmi, a drzewa żyją i odczuwają ból. Chcą, aby nikt nie dopieprzał się do ich ciała, do tego, ze ozdabiają je agrafkami i kolorowymi pasemkami włosów. Chcą przyzwolenia na to, aby czerpać przyjemność z seksu bez zobowiązań. I do tego, aby życie rodzinne i obowiązki rodzicielskie podjąć wtedy kiedy będą do tego gotowi, a nie jak sąsiadka uzna to za stosowne. I żeby państwo, jego policje jawne i tajne oraz dwupłciowe odwaliły się od tego jak oni chcą żyć, z kim i w jakich okolicznościach. To co było pod spodem, chronione konwenansem, w tym religijnym, chcą wyjąć na wierzch, mało tego, chcą aby oczekiwania te cieszyły się takim samym szacunkiem obywateli i wsparciem państwa, jak wszystkie dotychczas uznawane modele.

Wiedzą, że to muszą sobie wywalczyć i że w dużej mierze zależy to od polityków. Rozumieją też „jak ta polityka chodzi”. Nie dadzą zepchnąć się na jakieś boczne, bez znaczenia, ścieżki. Dlatego nie chodzą pod budynek Trybunału Konstytucyjnego czy Ministerstwa Edukacji Narodowej. (Zresztą, to słowo „narodowej” też ich drażni. Bo co, „narodowa” edukacja jest lepsza niż europejska?) Idą na Żoliborz, na Wiejską, licząc, że faceci zza barier policyjnych i sop-owskich się zreflektują. I widząc reakcje tych „chronionych” tracą nadzieję. Na to, że ten kraj może być dobrym miejscem do życia, że polityka to sztuka zaspokojenia ludzkich potrzeb, to czynienie dobra. Państwo, które lubili, którego czasem się wstydzili, ale częściej bywali dumni, pokazuje im środkowy palec. Nie pierwszy raz zresztą, bo już wiedzą, ze w minionych latach nie przybyło miejsc w żłobkach i przedszkolach, że wobec handlarzy narkotykami czy dopalaczami stać to państwo co najwyżej na zaostrzanie kar, że „piątka” Kaczyńskiego poległa w bojach o władzę, a Tusk walczył z pedofilami poprzez chemiczna kastrację.

To się w ich umysłach, pokoleniowej pamięci, odkłada i dlatego maja w dupie politykę, jej przedstawicieli i elity. Tych wszystkich starców, którzy nie rozróżniają tik-toka od fb, a tego ostatniego od insta. Którzy nie rozumieją, że jak mnie wkurwią to pojadę za granicę. Gdzie nikt mnie nie będzie pouczał, jak mam żyć. Że ta cała religia, historia i WoS-ie, to jedna wielka manipulacja, która ma ich pozbawić własnego osądu rzeczywistości. A nauczyciel z Szydłowca, który wyrzuca ich ze zdalnej lekcji za ozdobienie swojego logo błyskawicą, to nie wyjątek, to reguła. Odbierają to wszystko jako opresję wymierzoną w istotę ich człowieczeństwa.

Co na to lewica? Fajnie, że chodzą na te demonstracje, a lewicowe posłanki dają dowód odwagi i determinacji. Ale – z szacunkiem do Was dziewczyny – to za mało. Polityka to praca głową, to debata z przeciwnikiem, a przede wszystkim niezdecydowanym. Zobaczcie na ostatnie badania. Problemem dla Lewicy, nie są jej notowania. Problemem jest 26% respondentów, którzy nie mają na kogo głosować. Trzeba więc wyłożyć filozofię Lewicy, dać ludziom materiał do pomyślenia. Nic tam Wasze liczne inicjatywy legislacyjne, Hołownia nie zgłosił żadnej. Antonio Gramsci (nie wiem, czy ktoś na lewicy go jeszcze czyta), powiadał, że dobra partia polityczna to coś na kształt religii, tyle, ze opartej na swobodnej wymianie poglądów i na realnie istniejących ludziach i rzeczach.. Nie chcę go tu cytować, ale ta debata powinna oprzeć się na trzech kluczach. To słowa: wolność-równość-człowieczeństwo. „Tylko nie spieprzcie ich banałami” – zakończył klasyk swój list z faszystowskiego więzienia.

Stanowisko Polskiej Partii Socjalistycznej w sprawie wyroku Trybunału Konstytucyjnego

Zjednoczona Prawica cofa nas do czasów wczesnego średniowiecza, do czasów, gdy w imię szerzenia wiary katolickiej toczyły się wojny.

W czasie wojen wymaga się heroizmu. Teraz Zjednoczona Prawica żąda heroizmu od kobiet, aby były gotowe ryzykować swoim życiem i zdrowiem rodząc dziecko z ciężkimi wadami fizycznymi. Heroizmem jest też znoszenie traumy z powodu wysoce prawdopodobnej śmierci takiego dziecka, a także poświecenie normalnego życia kobiety i całej rodziny dla opieki nad takim dzieckiem, a nierzadko również w jego wieku dorosłym. Traumą psychiczną jest myśl, co się stanie z takim człowiekiem po śmierci opiekunów. Świadome powodowanie u kobiet stanu traumy jest torturą. Konstytucja tego zabrania. Wyrok Trybunału to zderzenie dwóch zapisów
konstytucyjnych.

Wojny wywołują wodzowie, którzy pozostają na dalekim zapleczu i nie ponoszą żadnego uszczerbku, skazując społeczeństwo na cierpienia. Tak jest i w tym przypadku. To polityk, nie mający rodziny i dzieci, realizując polecenia hierarchów kościelnych, którzy też nie znają życia rodzinnego i nigdy nie weszli w posiadanie wiedzy o kobiecie, pobłogosławili ten haniebny wyrok trybunału.

Jak wykazały wielokrotnie badania opinii, zdecydowana większość społeczeństwa wypowiadała się przeciwko zaostrzaniu prawa aborcyjnego, a znaczna część społeczeństwa wypowiada się za jego złagodzeniem. Wypowiedzi popierające wyrok pochodzą od ludzi zindoktrynowanych naukami kościoła lub cyników chcących przypodobać się władzy.

Jako wyraz aberracji umysłowej traktujemy poparcie dla wyroku Konfederacji. Partia ta jest głosicielem nieskrępowanej wolności jednostki, ale chce jej ograniczenia dla kobiet. Traktujemy to jako wyraz pogardy dla tej płci, co w sposób nieskrepowany demonstruje Janusz Korwin Mikke.
Stoimy też w przededniu drugiej wojny religijnej, jaką rozpoczęła Zjednoczona Prawica.

Wypowiedzi nowego ministra Oświaty, Nauki i Szkolnictwa Wyższego p. Czarnka wskazują jednoznacznie, że nasze dzieci będą w znacznie większym stopniu niż dotychczas indoktrynowane ideologią katoprawicową i ograniczy im się dostęp do rzetelnej wiedzy o świecie i nowoczesnym społeczeństwie. W nauce i w szkołach wyższych czeka nas rugowanie rzetelnej wiedzy na rzecz ideologii katolickiej.

Społeczeństwo budzi się z letargu i nie da się podporządkować cynikom i fanatykom. Wojna może trwać, ale zwycięstwo będzie nasze.

Kaczyński w rządzie

Prezes nie będzie już rządził tak całkiem z tylnego siedzenia, zdeklarowany homofob został ministrem edukacji, a ultraliberał zajmie się rynkiem pracy.

Konferencja prasowa Mateusza Morawieckiego nie rozwiała wszystkich wątpliwości dotyczących składu rządu i kompetencji poszczególnych ministerstw po zmniejszeniu ich liczby. Potwierdzono za to kilka głośnych pogłosek i przecieków dotyczących zmian personalnych. Dla lewicowców i związkowców nie są to dobre zmiany.

Homofob w MEN

Dariusza Piontkowskiego, któremu nauczyciele zapamiętali chaos w momencie wdrożenia zdalnego nauczania i ostentacyjne wręcz lekceważenie pandemicznych zagrożeń, zastępuje Przemysław Czarnek. Połączone resorty edukacji i nauki przekazano w ręce polityka wsławionego podważaniem wartości idei praw człowieka, stwierdzaniem, że „LGBT to nie ludzie”, a przeznaczeniem kobiet jest rodzenie dzieci. Przedstawiciel skrajnych poglądów religijnych, korzeniami tkwiących w narracji Radia Maryja ma zająć się teraz młodym pokoleniem.

Wielki powrót

Do rządu wraca Jarosław Gowin, człowiek, którego działania wprowadziło mnóstwo złych emocji na uczelniach wyższych i popchnęło je jeszcze krok dalej w stronę prymatu wolnego rynku nad postrzeganiem akademii jako wartości humanistycznej i cywilizacyjnej. Teraz ten skrajny liberał i zwolennik deregulacji w dobie kryzysu będzie odpowiedzialny za rozwój i rynek pracy. Spowolnienie gospodarcze ciągle przed nami – Gowin może realnie zaszkodzić polskim pracownikom, jeśli zechce wdrażać neoliberalne „cudowne recepty”.

W dodatku wbrew opiniom specjalistów sprawy związane z pracą oderwano od zagadnień polityki społecznej – te pozostaną w gestii Marleny Maląg, która ku wielkiemu zaskoczeniu nadal jest panią minister. Czy dlatego, że gdyby jej nie było, to nie byłoby już w rządzie żadnej kobiety?
Grzegorz Puda będzie ministrem rolnictwa, zastępując Jana Krzysztofa Ardanowskiego, który ostentacyjnie sprzeciwił aię rządowi i prezesowi w sprawie ustawy o prawach zwierząt.

A co będzie w rządzie robił prezes-wicepremier?

Nadal wiadomo jedynie nieoficjalnie, że zajmować się ma szefowaniem Komitetowi ds. Bezpieczeństwa Państwa i podlegać ma mu Ministerstwo Sprawiedliwości. W praktyce oznacza to, że Kaczyński chce trzymać w szachu Zbigniewa Ziobrę, strzec struktur siłowych i nie dopuścić już do większych przepychanek między koalicjantami, którym najwyraźniej nie ufa. Tak czy inaczej – Kaczyński przestaje być szeregowym posłem, który teoretycznie za nic nie odpowiada.

Szkoda czasu

Rząd olewam, w ogóle mnie on nie obchodzi. Byłbym naprawdę niewiele wart w oczach samego siebie, gdybym zaczął pomstować na to, że ministrem połączonych resortów edukacyjnych obwołano Przemysława Czarnka, na temat którego pisałem, tu i ówdzie, ku przestrodze, kiedy zaczynał dopiero pokazywać co potrafi i kim jest na stolcu lubelskiego wojewody. Niczego dobrego się po nim nie spodziewam, ani po pozostałych. Szkoda na nich czasu.

Na pana prezydenta też mi szkoda czasu. Biedak obraził się na premiera i prezesa, że nie raczyli z nim pogadać w kwestii rekonstrukcji rządu. A przecież pan prezydent wysyłał sygnały. Liczne. Że mu się ustawa o zwierzętach nie podoba. Że ma na ten temat swoje zdanie, inne niż zdanie samego prezesa. Choćby te prezydenckie umizgi mogły Morawieckiego i Kaczyńskiego skłonić do tego, żeby zapytać duży Pałac, co o tym wszystkim sądzi, ale najwidoczniej im też szkoda było na prezydenckie widzimisię czasu i atłasu.

Kiedy w Polsce rząd stoi w nierządzie i kompletnie nie ogarnia sytuacji, rodacy żyją sobie po swojemu. Bo też im szkoda na rząd czasu, tak jak i mi. Gram od dwóch tygodni próby z kapelą i odliczam dni, kiedy będziemy mogli zagrać pierwszy od 8 miesięcy koncert. Im bliżej jednak daty reczitalu, tym bardziej się boję, że niedane nam będzie zagrać ani dźwięku, bo prędzej zamkną nas na kwarantannie albo na powrót odwołają imprezy masowe i cały nasz trud pójdzie, jak krew w piach. Czuję, że wariuję już od tego kowidu. Ale szkoda czasu na wariactwo. Trzeba robić swoje, bo nagle może się okazać, że będę miał tylko czas. Mnóstwo czasu. Tylko ja i moje cztery ściany. A na nich tynk do jedzenia.

Parę dni temu, w Przemyślu, amstafy pogryzły, prawie na śmierć, małego chłopca. Malec wylądował na oiomie i nie wiadomo czy to przetrzyma. W „piątce” Kaczyńskiego zapisano mnóstwo rzeczy-potrzebnych i nie. O tym, żeby zabronić ludziom trzymania pod dachem groźnych psów nikt się nie zająknął. Bo po co. Przecież nikt nie trzyma pitbuli na łańcuchach.

Zastanawiam się, ile jeszcze tragedii musi się wydarzyć przez to, że pozwalać się będzie ludziom na bezkarność w bezmyślności; czasami, kiedy widzę dresiarza z pitbulem na smyczy, zastanawiam się, kto jest w tej parze bardziej inteligentny. To naprawdę niewiele kosztuje, żeby zrobić w ustawie dopisek o rasach groźnych i niebezpiecznych, a co za tym idzie, zakazie ich trzymania i krzyżowania poza wydzielonymi hodowlami. Byłby jednak kłopot, gdyby policja jęła odbierać młodym żołnierzom wyklętym ich pupilki. Czym by wtedy straszyli hipisów po osiedlach. A propos młodzieży i osiedli-wyczytałem gdzieś, że w Warszawie zatrzymano, po kilku miesiącach, trzech młodzianów, którzy w biały dzień pobili człowieka do nieprzytomności, a kiedy ten leżał już na ziemi, skakali mu po głowie i kopali gdzie popadło. Przechodnie próbowali odciągnąć ofiarę spod butów oprawców, ale na niewiele się to zdawało. Panowie odpuścili, kiedy się zmęczyli. Tania meta i dopalacze potrafią zdziałać cuda. Pobity człowiek przeżył. Nie napisano, w jakim stanie się znajduje. Ci którzy go skatowali, to stołeczna recydywa; każdy, mimo dwudziestu kilku lat, ma za sobą odsiadkę. Prokuratura zakwalifikowała czyn jako rozbój. Chłopcom grozi po 2-3 lata. W tym samym czasie zatrzymano też złodziei samochodów, a konkretnie samochodu. I to nie byle jakiego, tylko zielonego Audi za milion złotych. Zniknął z parkingu w Mielnie w te wakacje. Udało się ustalić, że z Mielna pojechał do Trójmiasta, stamtąd na Mazury, a stamtąd na wschód, za granicę, i ślad się po nim urwał. Zbyć ręcznie robioną furę za dużą bańkę nie jest tak łatwo, ale nie takie rzeczy ginęły u nas bez śladu. Nie to jednak w całej sprawie mnie zastanawia. Złodziejom luksusowej bryki grozi bowiem do 10 lat więzienia. Oprawcom, którzy skatowali człowieka na ulicy – 2 lata na twarz. Uwzięli się na złodziei samochodów. Po prostu. Przed paroma dniami zakończył się, po pięciu latach , proces w sprawie zabójstwa gen. Papały. Głównym oskarżonym, dla którego prokurator zażądał dożywocia, jest niejaki „Patyk”, z zawodu, a jakże, złodziej samochodów. To, że złodziej samochodów, który idzie na robotę, nosi ze sobą broń, trochę nie przystaje do złodziejskiej, zawodowej etyki. To, że jej używa, żeby zawinąć auto średniej klasy, zabijając człowieka, też mnie do końca nie przekonuje. Jeszcze bardziej nie przekonuje mnie to, że fachowiec, którym „Patyk” bez wątpienia był, co potwierdzają policyjne statystyki, nie poradził sobie z samochodem bez zabezpieczeń, mimo że wcześniej nie miał z problemów z autami lepiej zabezpieczonymi. Ale nim się też nie zajmuję. Szkoda czasu na złodziei. Tak jak i na rząd.

Nienawiści mówią nie

Posłanki Lewicy złożyły wniosek do Komisji Etyki Poselskiej o ukaranie Przemysława Czarnka i Jacka Żalka, którzy ostatnio „popisali się” homofobicznymi wypowiedziami.

Jacek Żalek, zanim wyproszono go z telewizyjnego studia, rzucił, że LGBT to ideologia, a nie ludzie. Przemysław Czarnek niedwuznacznie zasugerował, że przedstawiciele mniejszości seksualnych „nie są równi normalnym ludziom”. W ocenie posłanek Agnieszki Dziemianowicz-Bąk, Magdaleny Biejat i Anny-Marii Żukowskiej wypowiedzi te nie są godne parlamentarzystów. Czy raczej – zasługują na potępienie w każdych okolicznościach.

– Te słowa nie są obojętne i uprawianie gier politycznych na czyimś nieszczęściu, szczucie na część Polaków, na dwa miliony Polaków, którzy żyją z nami, którzy mają swoje rodziny i wychowują swoje dzieci, jest nie tylko nieodpowiedzialne, ale jest zbrodnią – powiedziała dziennikarzom podczas konferencji prasowej Magdalena Biejat.

Nienawiść zabija

Agnieszka Dziemianowicz-Bąk podkreśliła, że homo- czy transfobia jest w Polsce problemem i bez nienawistnych wypowiedzi polityków prawicy. Bicie w niewielką mniejszość dla doraźnych celów politycznych może mieć tragiczne skutki.

– Nienawiść zabija, popycha do depresji, do prób samobójczych. 70 proc. osób LGBT ma dziś myśli samobójcze, a ich rodzice są dziś pogrążeni w przerażeniu i martwią się o swoje dzieci – stwierdziła posłanka z Wrocławia. – W Polsce żyje około 2 mln osób nieheteronormatywnych: gejów, lesbijek, osób transpłciowych oraz transeksualnych. W około 50 tysięcy dzieci wychowuje się w tzw. tęczowych rodzinach – podsumowała.
Polityczka przypomniała, że Żalek i Czarnek nie są niechlubnymi wyjątkami. Również europoseł Joachim Brudziński rzucił, że Polska najpiękniejsza jest bez LGBT, a prezydent Andrzej Duda nie znalazł lepszej strategii pozyskiwania głosów, niż budowanie dziwacznych analogii między „neobolszewizmem” i orientacją seksualną części obywateli i obywatelek. Dziemianowicz-Bąk stwierdziła, że Duda z racji swoich słów zapisze się w polskiej historii haniebnie.

Wszyscy równi

– W polskim parlamencie nie powinno być miejsca dla osób, które kwestionują podstawowe prawa człowieka – prawo do równości. Wszyscy rodzimy się równi i jesteśmy sobie równi niezależnie od jakichkolwiek cech, na które nie mamy wpływu: rasy, koloru skóry, pochodzenia, czy też płci, a także orientacji seksualnej i tożsamości psychoseksualnej oraz pełnosprawności tudzież niepełnosprawności – przypomniała posłanka Anna-Maria Żukowska.

Strach bierze, że w XXI w. tak oczywiste, logiczne sprawy trzeba jeszcze uświadamiać. I to politykom, ludziom, których decyzje mają wpływ na losy milionów.

Ta zniewaga

11 listopada, w poniedziałek, nie poszedłem na żaden marsz ani pochód, tylko do lasu. Ku memu wielkiemu zdziwieniu, napotkałem na swojej drodze dość pokaźne grono współmyślących ze mną rodaków.

Szedłem sobie i rozmyślałem o obrazku, który zobaczyłem w telewizji na godzinę przed wyjściem z domu na spacer: minister obrony, w otoczeniu gromadki dzieci, śpiewa „Pierwszą Brygadę”. Dzieci są poprzebierane w mini-mundury wojskowe z epoki: szare, piłsudczykowskie porcięta i marynarki, furażerki. Część ma na sobie szlify generalskie i salutuje w rogatywkach. Jeszcze inne poprzyodziewały berety i khaki, a na ramieniu połyskuje im biało-czerwona opaska, jak u Małego Powstańca. Żadne z dzieci nie ma więcej niż 10 lat. Minister w środku, dzieci wokół ministra. I śpiewają: po „Brygadzie”, „Wojenko, wojenko”, „O mój rozmarynie” i inne szlagworty z pola boju. Wyobraźcie sobie Państwo, że na taką, lub podobną, inscenizację, trafia ktoś zupełnie przypadkowy, z kraju Europy Zachodniej albo z Ameryki. I co sobie taki ktoś może pomyśleć? No, wypisz wymaluj, kompletne świry! Przebierają dzieci za małych żołnierzy, jak w jakimś afrykańskim państwie u progu wojny domowej. Dają im do rąk atrapy karabinów i uczą idiotycznych przyśpiewek, w których wojna jawi się jako coś zajebiście wesołego i fajnego, gdzie każdy mężczyzna (i tylko mężczyzna) może się bez reszty spełnić. A kobiety? Mogą robić za sanitariuszki Małgorzatki, albo zostać w domu i rodzić dzieci, bo do tego wszak są powołane przez dzieło boskie. Najlepiej, jak zaczną rodzić jak najwcześniej, bo jak kobieta urodzi pierwsze dziecko w wieku 30 lat, to ile ich jeszcze będzie mogła urodzić? To nie moje są słowa, to też nie legenda ludowa, ale tekst, który łaskaw był z siebie wypuścić poseł Przemysław Czarnek, do niedawna wojewoda lubelski. Poseł PiS, ma się rozumieć. Wcześniej pan wojewoda dawał medale za walkę z ideologią, jaką, chyba nie muszę pisać. Pozywał naukowca z Towarzystwa Ukraińskiego z Lublina, za to, że ten powiedział gorzką prawdę o mordzie AK w Sahryniu na ukraińskich cywilach. Zdaniem posła Czarnka to znieważało naród polski, ale prokuratura nie dopatrzyła się znieważenia, i postępowanie umorzyła. Teraz poseł Czarnek pozywa kolejnego akademika. Padło na dra Tomasza Kitlińskiego z UMCS. Dr Kitliński zaprotestował przeciwko nagrodzeniu jeszcze wówczas wojewody, a już posła-elekta, okolicznościowym medalem uczelnianym, za zasługi na rzecz rozwoju placówki. Nominował Przemysława Czarnka do medalu, po uważaniu, sam rektor, prof. Michałowski. Oprócz wojewody podobne medale dostał prezydent miasta i marszałek z Sejmiku. Kitliński zaprotestował przeciwko wyróżniania Czarnka. m.in. dlatego, że uważa, podobnie jak i ja, paru otwartych krytyków byłego wojewody pracujących na uczelni lubelskiej i wypowiadających się pod nazwiskiem, oraz znacznie większa rzesza krytyków, która boi się jawnie stanąć po stronie Kitlińskiego w obawie przed utratą pracy, że nie godzi się, aby honorować medalem przyjaciela UMCS człowieka, którego poglądy na rolę kobiet są wyjęte jak z powieści Mniszkówny, który mniejszości seksualne i sposób uprawiania przezeń seksu, nazywa, powołując się przy tym na św. Pawła, zboczeniami. Którego cała postawa oraz wyrażany światopogląd stoi w sprzeczności z tym, co leży u fundamentu każdej, wielkiej uczelni: poszanowania dla inności, umiłowania nauki, poszukiwania prawdy w dowodzie i wiedzy, a nie w gusłach i zabobonach.

Rektor uczelni ma inne zdanie niż Tomasz Kitliński; twierdzi, że poglądy Czarnka nic tu nie wnoszą. Wniósł za to sam pan wojewoda-spory wkład osobowy, a co za tym idzie, materialny, przy budowie nowego kampusu uczelnianego i za to należy się medal. To tak, jakby dzwon z sercem dla starego, farnego kościoła, ufundował zdeklarowany ateista. I uczynił to tylko dlatego, że bardzo lubi, przy niedzieli, przyjść do dzwonnicy i pociągnąć sobie za sznurki. A pleban ochoczo by na to przystał, bo czy dzwoni ateista, lucyferianin czy kwakr, niewiele to zmienia w procesie dzwonienia. Złośliwi powiadają, że pieniędzy na kampus wojewoda specjalnie „wyklamkował” w rządzie czy w ministerstwie, jeno wypełnił swoje ustawowe zadanie, za które brał przecież pensję z naszych podatków, ale kto by ich tam słuchał. Będę bacznie śledził proces Czarnek versus Kitliński, ponieważ ex-wojewoda pozwał wykładowcę nie za pomówienie, a za znieważenia urzędu. Wiele razy w życiu sam znieważałem urzędy, więc jestem tym rozstrzygnięciem żywo zainteresowany…

W Sahryniu nikt nikogo nie znieważył

Postępowanie przeciwko Grzegorzowi Kuprianowiczowi, prezesowi Towarzystwa Ukraińskiego w Lublinie, zostało umorzone. Zawiadomienie o możliwości znieważenia narodu polskiego złożył wojewoda lubelski Przemysław Czarnek. Chodziło o przypomnienie zbrodni polskich partyzantów na cywilach ukraińskich w Sahryniu.

 

Śledztwo prowadzone było w kierunku art. 133 kodeksu karnego, który mówi o publicznym znieważeniu narodu lub państwa polskiego. Według Przemysława Czarnka pod ten paragraf podlegały słowa wypowiedziane przez prezesa Towarzystwa Ukraińskiego podczas uroczystości z udziałem Petra Poroszenki. Kuprianowicz przypomniał, że 10 marca 1944 r. żołnierze Armii Krajowej zamordowali mieszkańców wsi, gdyż ci mówili innym językiem i przynależeli do innego wyznania religijnego: „To zbrodnia przeciwko ludzkości popełniona (…) przez członków Narodu Polskiego, partyzantów Armii Krajowej będących żołnierzami Polskiego Państwa Podziemnego” – powiedział. Wojewoda uznał, że tym samym znieważył państwo polskie. Argumentował, że obraźliwy dla Polaków jest cały kontekst wypowiedzi, czyli fakt, że przemówienie, w którym przypomniano polskie zbrodnie, miało miejsce podczas uroczystości upamiętniających rocznicę rzezi wołyńskiej.
– Oczywiście nie mamy tu bezpośredniego zaprzeczenia zbrodniom, ale w mojej ocenie taka wypowiedź powinna być przedmiotem badania prokuratury. Dlatego kieruję zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa – kategorycznie oświadczył Przemysław Czarnek. Przy tym oskarżył Kuprianowicza, że swoją wypowiedzią zrównał ludobójstwo Polaków przeprowadzone przez OUN i UPA z jedną akcją polskiego podziemia, chociaż ukraiński działacz nie sugerował w żadnym momencie, że na Wołyniu mordów na Polakach nie było
Ale prokuratura w Zamościu, która długo wahała się, czy postępowanie w ogóle wszcząć, ostatecznie nie zgodziła się z taką interpretacją.
Sprawę przekazała do Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Instytucie Pamięci Narodowej w Lublinie, aby zbadała wątek ewentualnego zaprzeczania zbrodniom dokonanym na Polakach. Ale Komisja odmówiła wszczęcia śledztwa z art. 55 ustawy o IPN. Drugi wątek – czyli publiczne znieważenie narodu polskiego, również umorzono. „W oparciu o zgromadzony w sprawie materiał dowodowy stwierdzono, że brak jest podstaw do przyjęcia, iż wygłoszone publicznie słowa mogły znieważyć Naród lub Rzeczpospolitą Polską, a co za tym idzie wyczerpać dyspozycję art. 133 kodeksu karnego” – stwierdził cytowany przez „Wyborczą” Rafał Kawalec, p.o. prokuratora okręgowego w Zamościu.
Jak donosi strajk.eu, fakty dotyczące mordu ludności cywilnej w Sahryniu przez Polaków były już badane i potwierdzane prze sam IPN: w 2015 historyk Mariusz Zajączkowski opisał je w obszernej monografii. Dowiemy się z niej, że polskie podziemie, przerażone skalą zbrodni UPA na Wołyniu, postanowiło, niszcząc kilka wsi w powiecie hrubieszowskim, nie tylko uprzedzić spodziewany atak UPA, ale i dać prawosławnym Ukraińcom z Chełmszczyzny odstraszający przykład.
Postanowienie o umorzeniu nie jest jednak jeszcze prawomocne. Mimo to już można uznać je za precedensowe, ponieważ okazuje się, że polska polityka historyczna nie może polegać na kneblowaniu i straszeniu organami ścigaania za przypominanie mało chwalebnych kart z naszych dziejów.