Lista śmiertelnej nudy… albo gorzej

No i masz… Kolejny rok, kolejne zmiany w wykazie lektur, kolejne facepalmy, kolejne wyrazy zażenowania. „Obyś cudze dzieci uczył!” – przestrzegała mnie mama, gdy kilkanaście lat temu oświadczyłem jej, że będę studiował polonistykę.

Dziś wiem, iż miała rację, acz! tylko po części. Gdyż uczenie dzieci – młodzieży, studentów, studentek itd. – to cudowne zajęcie… jednak pod warunkiem, że nie robi się tego w Polsce.

Zatem: „Obyś cudze dzieci uczył… w Polsce… pod prawicowym rządem… za kadencji ministra Czarnka…”.

Profil naszego szkolnictwa „od zawsze” był konserwatywny.
Nie zamierzam tu rozwodzić nad tym, dlaczego tak jest – artykuł ten dotyczy bowiem czego innego – ale… gdyby Kmicic jednak zginął pod tą Jasną Górą i Szwedzi wmusili na nas przyjęcie protestantyzmu, to może dziś ludzie pokroju Czarnka, Gowina czy Giertycha nie mieliby wstępu do sejmu, a nasz złotousty Jędraszewski byłby obecnie w szczęśliwym, wieloletnim związku małżeńskim z jakimś innym przystojnym pastorem.

No ale żarty na bok… Do tej pory przeciętny uczeń na lekcjach języka polskiego głównie się nudził. Program zajęć był nużący, metody nauczania archaiczne, a słabo wynagradzani i przemęczeni nauczyciele w dużej części mieli problemy z nawiązaniem efektywnej i efektowej relacji dydaktycznej z całą klasą. Dziś do tej całej bolączki dochodzi skrajna ideologizacja nauczania serwowana nam przez naszego kochanego Czarnkozaura.
Według pana ministra szkoła powinna być nacjonalistyczna i klerykalna. Najbardziej niestety tracą na tym przedmioty humanistyczne, a przede wszystkim – język polski.

Zamiast poznawać interesujące, nowoczesne, inspirujące teksty, nasi uczniowie będą się męczyli z bogoojczyźnianymi gniotami i zwykłą grafomanią.

Nie twierdzę – rzecz jasna – że wartościowa literatura religijna i patriotyczna (niechhh tam, nawet nacjonalistyczna!) nie istnieje… Znalazłaby się taka nawet na polskim gruncie. Jednak towarzystwo pana Czarnka – jakoś tak dziwnym trafem – nie zdecydowało się po takową sięgnąć. A po jaką sięgnęło?

Nie będę tu omawiał wszystkich zmian, ale widząc ten lekturowy zestaw, można dojść do wniosku, że pan Czarnek chyba darzy dość dużą sympatią pewnych dwóch uroczych „dżentelmenów”… Gdyż na liście odnajdziemy m.in. taką pozycję: P. Kordyasz, Lolek. Opowiadania o dzieciństwie Karola Wojtyły; JP2, Przekroczyć próg nadziei; A. Frossard, Nie lękajcie się! Rozmowy z Janem Pawłem II; JP2, Tryptyk rzymski; JP2, Pamięć i tożsamość, JP2, Fides et ratio; K. Wojtyła, Przed sklepem jubilera; S. Wyszyński, Zapiski więzienne; P. Zuchniewicz, Ojciec wolnych ludzi. Opowieść o Prymasie Wyszyńskim.

Czy jest to dobra literatura? Nie, absolutnie nie.

Czy jest ona groźna dla uczniów? Nie, raczej nie.

Obstawiam, że przed dotknięciem którejkolwiek z wymienionych pozycji, większość uczniów będzie miała na koncie przeglądniętych 2137 memów z popularnym „papajem” (tzw. „cenzopap”), a ponadto rosnąca fala laicyzacji i antyklerykalizmu odbierze uczniom wszelakie chęci do zgłębiania myśli „świętego” autokraty, który większości polskiej młodzieży kojarzy się dziś głównie z pedofilią i innymi kościelnymi przekrętami. I żaden klerykał pokroju Czarnka, Kaczyńskiego, Tuska czy Hołowni już tego nie zmieni.
Większy problem widzę tutaj „po stronie nauczycieli”. By dydaktyk mógł zainteresować swoich uczniów, musi mieć do tego jakieś dobre materiały. Jednak Czarnek, zamiast konkretnych materiałów, daje naszym nauczycielom konkretne gówno.

Już codzienne słuchanie bredni pana ministra, który niestety w mediac udziela się regularnie, jest niczym splunięcie w twarz dla każdego ogarniętego człowieka zatrudnionego w szkolnictwie, no a praca na zasadach dyktowanych przez tego buca, to istna – „odbierająca smak życia” – katorga…

Śmiem wątpić,

by po przerobieniu wymienionych książek Wojtyły – a tym bardziej Wyszyńskiego – ktokolwiek (poza nielicznymi wyjątkami) zainteresował się bardziej literaturą, sięgną po ambitniejsze teksty, czegokolwiek wartościowego się nauczył. Jednak większe niebezpieczeństwo dla uczniów widzę tu w trzecim ulubionym pisarzu pana Czarnka, a konkretnie – w pisarce, Zofii Kossak.

Na nowej liście lektur odnajdziemy następujące publikacje tej autorki: Kłopoty Kacperka góreckiego skrzata, Topsy i Lupus, Bursztyny, Pożoga. Wspomnienia z Wołynia 1917–1919 i Błogosławiona wina.

Kim była Zofia Kossak?

(Polecam przy okazji jej świetną biografię Czas nienawiści i czas troski pióra Carli Tonini). Otóż była tworzącą w międzywojniu i po II WŚ prozaiczką związaną ze skrajną prawicą, przede wszystkim z endecją; wyznawczynią „chrześcijańskiej filozofii narodu”.

Wywodziła się z mocno konserwatywnej szlachty, miała domek „na Kresach”, radykalnie sprzeciwiała się liberalizacji obyczajów w II RP (także prawom kobiet). Przejawiała charakterystyczne dla niemal całej międzywojennej prawicy wartości, takie jak: ksenofobia, antysemityzm, rasizm, antykomunizm, antysocjalizm, antyliberalizm, nienawiść wobec Rosjan i Ukraińców. Ostatnie dwie z wymienionych „wartości” szczególnie mocno wybrzmiewają z kart Pożogi, jednej z tyc pozycji, którą pan Czarnek wcisnął na listę lektur.

Powieść tę trafnie opisuje uznana badaczka literatury kobiet, Monika Bednarczuk (w książce pt. Kobiety w kręgu prawicy międzywojennej): „Patriarchalizm przekonań Kossak w okresie jej młodości obrazuje Pożoga, utwór nie tylko o utraconym raju dworku i zwyrodniałej, kanalizowanej przez antyreligijny bolszewizm nienawiści, ale ukazujący także jej przywiązanie do myśli o polskości Kresów Wschodnich i siłę podziałów klasowych. Elitaryzm, bezkrytyczna aprobata stanu wynikłego z „naturalnej” hierarchii, z jego wielorakimi konsekwencjami, dochodzi tu jasno do głosu. Chłopi – dorośli i dzieci, mężczyźni i „baby” – opisywani są w kategoriach antykutury, jako brudni, pijani, zdziczali, okrutni, bezprawnie „wylegujący się” w łóżku jej matki, wyzuci z wrażliwości, nieświadomi wagi dziedzictwa”.

‚‚Pożoga’’ jest tak mocno przepełniona warcholską nienawiścią wobec ukraińskiego chłopstwa (i ogólnie wobec „obcych nacji”), warstw niższych oraz komunizmu, że aż sam Roman Dmowski postanowił wykorzystać motywy z tej książki w swojej antysemickiej, antykomunistycznej, antymasońskiej i antycyklistycznej (współcześnie: „antyrowerowej”) powieści W połowie drogi. Co więcej, jest to jej faktyczny debiut, który wypadł bardzo słabo.

Mając świadomość, że w wielkomiejskich szkołach mamy obecnie klasy, w których nawet 20-30 proc. uczniów stanowią dzieci imigrantów zza wschodniej granicy, a poziom nastrojów faszyzujących wśród młodych polskich chłopców jest coraz wyższy (liberalne media nieustannie promują Konfederację; rząd przelewa grube miliony na działalność troglodytów z ONR), to wpisywanie tego typu gniotów na listę lektur (nawet uzupełniających) wydaje się istnym kretynizmem albo faszystowską zagrywką Czarnka.

Zatem, jeśli miałbym coś doradzić siostrom i braciom po fachu
– to lepiej już przemęczyć tego „papaja” niż brać się za Kossak… czy tam innych „wyklętych”.

Świetlicki, wróć!

Parę dni temu, Czarnek, minister edukacji, dokonał korekty listy lektur dla szkół podstawowych i średnich. Z żyjących autorów, których nazwiska wypadły z dotychczasowej, znam osobiście jedynie poetę Świetlickiego. Jego wierszy nie przeczytają już licealiści ani uczniowie techników, „ponieważ myśli zawarte w wielu utworach nie reprezentują wartości, które wpisane zostały w podstawie programowej”, jako rzecze resort ustami rzecznika. Na szczęście nikt nie zabronił im jeszcze pić „Finlandii”. Po kryjomu albo jawnie.

Ponadto MEiN stwierdza, że: „Poziom ironii, z którym mamy do czynienia w wierszach M. Świetlickiego, przerasta niejednokrotnie możliwości intelektualne kilkunastoletniego odbiorcy, jakim jest uczeń szkoły ponadpodstawowej. W efekcie prowadzić to może do odczytania dosłownego treści utworów”. A ja się pytam, za poetą wyrzuconym/wyklętym, ile lat ma urzędnik, który napisał takie uzasadnienie; jakie są u niego kwalifikacje intelektualne do stawiania tak mocnych tez i dlaczego na starcie wyrzuca polską młodzież za nawias, jako grupę bez własnego zdania i pomyślunku? Ciekawi mnie też z drugiej strony, jaki poziom ironii występuje w wierszach Karola Wojtyły, skoro jego utwory się dla dziatwy nadają, a nie chcę się nawet domyślać, ile ironii kryje się w twórczości Stefana Wyszyńskiego, zwłaszcza z jego wczesnych dzieł przedwojennych. Ale i po wojnie miał Wyszyński sporo ciekawego do powiedzenia. W 1957 r. napominał księży na katedrze KUL-u: „Aspiracje społeczne współczesnych kobiet muszą być przez Kościół i przez duchowieństwo należycie rozumiane i doceniane. Ten problem nie może być przedmiotem żartów, dowcipów, jakiejś przewagi władczej instynktu męskiego”. I, aliści, już w 1970 roku przewidział czarne protesty grzmiąc z ambony: „Obyście nie poddali się wygodnictwu, egoizmowi i wrogości życia! Obyście nie naśladowali modnych lalek, których pełne są teatry, kabarety, kawiarnie, redakcje. Obyście nie naśladowali kobiet, wyśmiewających matki, które urodziły Polsce i Kościołowi trzecie, czwarte, czy piąte dziecko. Pamiętajcie, nowa Polska nie może być Polską bez dzieci Bożych! Polską niepłodnych lub mordujących nowe życie matek! Polską pijaków! Polską ludzi niewiary, bez miłości Bożej!”. Tak, bracia i siostry, to wszystko jest dostatecznie ironiczne dla młodych; ten przekaz ich młode umysły odpowiednio zdekodują, a po przeczytaniu Świetlickiego grozi im co najwyżej alkoholizm i sentymentalizm, co w przypadku niewiast, jest po dwakroć niebezpieczne, bo zaczytane w mącicielu porzucą swoje cnoty i wypełnią sobą kawiarnie, teatry i lokale, zapominając o wypełnianiu macic drogocennym nasieniem, z którego wzejdzie kolejny Polak i Polka, ad maiore del gloriam! Wszystkie kanony lektur, idąc za Eliotem, są nic niewarte, bo tak jak zmienne są czasy, zmieniają się i czytelnicze mody, a umysł ludzki przyswajający ostatnio jedynie memy i komentarze z insta nie nawyknie do dłuższych niż 15 stron lektur, zwłaszcza wierszem, więc nie ma w ogóle o czym mówić. Jest jednak coś takiego, jak ogólnonarodowa zgoda na to, jak ma wyglądać przeszłość w polskiej szkole. A jeśli jej nie ma, bo chyba nie ma, to powinno się ją stworzyć. Ponad podziałami.

Gdybyśmy mieli prezydenta, które chce po sobie pozostawić coś więcej, niż wypierdziany fotel w pałacu, ten powinien na początku swojej kadencji zebrać u siebie przedstawicieli wszystkich, najważniejszych formacji politycznych, tych z dostępem do żłoba i tych poza nim, i zainicjować, a później pilotować, program ogólnonarodowej zgody edukacyjnej, z wpisaniem do konstytucji włącznie. Póty będziecie Wy, politycy, ze sobą dyskutować i się spierać co do sposobu kształcenia, póki wypracujecie kompromis, czyli rozwiązanie, z którego nikt nie będzie do końca zadowolony. A ten naród przyjmie w referendum. Zapisane w nim będzie, że nie ruszamy edukacji, od kanonu lektur po reformę akademicką, póki nie będzie zgody 75 proc. Sejmu i 100 zgody Senatu, a ta reforma, którą teraz wypracowaliśmy, jest obowiązująca dla każdego rządu, niezależnie kto by sprawował funkcję premiera. I tak z każdą strategiczną gałęzią, na której siedzi Polska ze swoimi chłopkami-roztropkami; służba zdrowia, obronność, administracja publiczna i służba cywilna, co oznacza, że nie ma wyrzucania urzędników państwowych z roboty po każdej zmianie gabinetu a na stanowiska są konkursy. I nie byłoby wtedy Czarnka, ministra edukacji, bo nawet na stójkowego trzeba by się wykazać większą empatią i antycypacją swoich poczynań. Wszystko to oczywiście moje pobożne życzenia, ale nad wyraz delikatny jestem z rana, na kacu, i kto głupiemu zabroni marzyć…

Co musi się stać, żebyśmy się obudzili?

Każdy, kto się przełamał i obejrzał obrady sejmu, na których procedowano wniosek opozycji o wotum nieufności dla ministra oświaty i nauki, profesora (a jakże) – Przemysława Czarnka musi sobie odpowiedzieć na kilka podstawowych pytań:

Czy warto nadal utrzymywać tak liczną Izbę Ustawodawczą? Może wystarczyłoby 25 posłów? Byłoby taniej, a być może, tak radykalne zmniejszenie ilości posłów zaowocowałoby podwyższeniem standardów. Jak to jest możliwe, że tacy ludzie jak Przemysław Czarnek zostają profesorami na jakiejkolwiek wyższej uczelni w Polsce, nawet na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim?

Słuchając pana ministra, łatwo można zrozumieć, dlaczego kilka lat temu w Polsce nastąpiła zmiana na skali społecznego poważania i profesora uniwersytetu, który od bardzo wielu lat był na czele, zastąpił…strażak.
Czy taki spektakl, jaki się odbył w polskim sejmie – nie jest jeszcze jednym dowodem na wyższość SI w rozstrzyganiu takich sporów, jak to, kto może, a kto nie może być ministrem od tak miękkiej i wrażliwej sfery, jak oświata, nauka i wychowanie?

Zostawmy ten żałosny spektakl, jego wynik był łatwy do przewidzenia. To, co warto zapamiętać, to postawa posłów od całkowicie pogubionego Pawła Kukiza, który głosował przeciw odwołaniu Czarnka. Warto to zapamiętać. Ministrem oświaty i nauki pozostaje Czarnek – a jego program to program całej Zjednoczonej Prawicy, jak szczerze mówił w debacie niejaki Morawiecki.

Warto spojrzeć w przyszłość polskiej szkoły pod rządami Czarnka i jego doradców. One dotkną przede wszystkim szkoły publiczne. To tam dyrektorzy i nauczyciele znajdą się pod presją urzędników, to tam w obawie przed zwolnieniem będą wykonywane najbardziej nawet absurdalne zalecenia i decyzje władzy. Szkoła publiczna stanie się jeszcze mniej atrakcyjna dla wszystkich, którym drogie jest wychowanie i edukacja ich dzieci. Łatwo przewidzieć, że zwiększy się jeszcze bardziej atrakcyjność szkół niepublicznych, w których minister Czarnek i jego kuratorzy będą mieli nieco mniej do gadania. Wszyscy, których będzie na to stać – wybiorą szkoły poza reżymem, kierując się dobrem dzieci. Pogłębi to i tak już znaczący podział na tych, których stać na zapewnienie swoim dzieciom dobrego wykształcenia jako podstawowej inwestycji na przyszłość i tych, którzy zmuszeni będą posyłać dzieci do szkoły ministra Czarnka. To będzie pogłębiało polaryzację społeczeństwa, ale to jest właśnie cel, jaki postawił ministrowi prezes wszystkich prezesów: szkoła ma wychować potulnych wyborców PiS, który będzie rządził wiecznie.

Polityka to ciąg procesów dynamicznych. Zjednoczona Prawica obroniła swojego żołnierza większością zaledwie pięciu głosów. Może to ulec zmianie bardzo szybko i w następnym rozdaniu, po kolejnych wypowiedziach i decyzjach Czarnka – sejm go jednak odwoła. Bez zmiany na szczytach władzy łatwo jednak przewidzieć, że jego następca może być jeszcze gorszy. Wszak po minister Zalewskiej wydawało się, że gorzej już być nie może; a jest…

Drugą sprawą, którą chciałbym się teraz zająć, jest to, co robi – a właściwie czego nie robi – rząd w związku z nieuchronnym nadejściem czwartej fali epidemii. Poziom zaszczepienia w Polsce jest daleki od tego, jaki określany jest przez naukę jako niezbędny do osiągnięcia oporności zbiorowej. Zamykane są kolejne punkty szczepień masowych. Próba odwrócenia tego trendu poprzez system nagród, wygrania hulajnogi, loterii, na której można wygrać duże pieniądze – nie dała oczekiwanej poprawy. Że tak będzie – można było łatwo przewidzieć. Rząd – czytaj Jarosław Kaczyński – stoi przed wyzwaniem: czy wprowadzić system restrykcji, a nawet obowiązku szczepienia tych, którzy mówią, że nie lubią, gdy im ktoś gmera igłą przy ramieniu albo wierzą w jedną z wielu teorii spiskowych rozsiewanych przez trolle w sieci, albo w to, że szczepionki powstają z komórek zamordowanych dzieci i ich przyjmowanie to grzech, czy też zmierzyć się z czwartą falą i skutkami paraliżu wielu branż; a może nawet całej gospodarki. Albo – albo. Trzeciej drogi nie ma i liczenie na opatrzność boską czy bezpośrednie wstawiennictwo królowej korony polskiej nic nie da.
To jaką drogę wybierze prezes wszystkich prezesów – czy twarde prawo i różne formy przymusu, czy odłożenie decyzji w czasie, będzie sygnałem, kiedy będą w Polsce wybory. Jeżeli nie będzie twardych decyzji już teraz, to znak, że wybory będą jesienią tego roku, jeżeli będą różne formy przymusu – to znak, że wybory będą w terminie określonym upływem kadencji, to znaczy za dwa lata.

Wprowadzenie twardych rozwiązań teraz musi wywołać opór społeczny, demonstracje uliczne, starcia z policją. Widzimy to na ulicach francuskich miast. To bezpośrednio wpłynie na wynik wyborów. Wielu takich, którzy głosowaliby na PiS zagłosuje przeciw, albo zostanie w domu. Odłożenie tych decyzji na później,może wprawdzie skutkować zgonami i kolejnym paraliżem opieki szpitalnej – ale skoro ma przynieść trzecią kadencję, to nie ma takiej ceny, której rządzący by nie zapłacili. Zapłacą każdą. Walczą o swoje życie polityczne. A to jest dla nich najważniejsze.

Młodzieży chowanie, czyli rzecz o zamojskiej Akademii

Po przeszło miesiącu od zdjęcia przez marszałek Sejmu projektu w sprawie powołania Akademii Zamojskiej sygnowanego przez zamojskiego posła PiS, Sławomira Zawiślaka, 8 lipca Sejm przegłosował nowy, poprawiony projekt. Za ustawą głosowało 233 posłów, przeciw 204, a dwóch wstrzymało się od głosu. Teraz ustawa trafi do Senatu. I od nowa, Polska Ludowa.

Po nieudanym dla PiS głosowaniu w sprawie Akademii, los projektu sanacji zamojskiej Alma Mater stanął pod znakiem zapytania. Pisząc i komentując sejmową ofensywę sprzed kilku miesięcy w sprawie AZ, większość mediów skupiła się na krytyce szaleńczego tempa prac oraz niedoróbek legislacyjnych, składanego do laski marszałkowskiej projektu. Ambicją wnioskodawców było i jest powołanie Akademii już we wrześniu, oraz utworzenie nań kierunku lekarskiego. Negatywne, a wręcz miażdżące opinie o projekcie wydały wówczas Polska Akademia Nauki, Rada Główna Nauki i Szkolnictwa Wyższego i Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich. Nie było zresztą specjalnie innego wyjścia, bo projekt powołania Akademii warunkowany jest likwidacją już istniejącej w Zamościu, Uczelni Państwowej im. Szymona Szymonowica, dawniej znanej jako PWSZ. W projekcie założono bowiem, że wraz z wejściem w życie nowej ustawy o powołaniu AZ, dotychczasowi pracownicy Szymonowica tracą zatrudnienie. Nie można zatem dziwić się władzom Uczelni Państwowej z Zamościa, że nie są zainteresowane podobnym rozwiązaniem i w odwołaniu, choćby do marszałek Sejmu Elżbiety Witek, wskazują na pogwałcenie praworządności i zasad demokracji. Senat Uczelni im. Szymonowica podnosił ponadto, że nie konsultowano z nim zmian na żadnym z etapów, bez możliwości ustosunkowania się do projektu.

W nowym projekcie udało się jednak przegłosować te rozwiązania. Ustawa przewiduje utworzenie z dniem 1 września 2021 r. Akademii Zamojskiej z siedzibą w Zamościu w oparciu o istniejącą Uczelnię Państwową im. Szymona Szymonowica. Zgodnie z ustawą mienie uczelni stanie się mieniem akademii. „Skutkiem prawnym projektowanej regulacji, w odniesieniu do praw i obowiązków uczelni jest mechanizm sukcesji generalnej tj. przejęcia wszelkich praw i obowiązków Uczelni przez akademię” – wskazano w uzasadnieniu. Nadzór nad Akademią sprawować będzie minister właściwy do spraw szkolnictwa wyższego i nauki. Z ustawy wynika, że pierwszego rektora akademii powoła minister właściwy do spraw szkolnictwa wyższego. W czasie głosowania przepadła poprawka Lewicy, która uchylała takie rozwiązanie.

Pracownicy zatrudnieni w uczelni staną się pracownikami akademii, jednak – jak wynika z ustawy – stosunki pracy z tymi pracownikami wygasną po upływie 3 miesięcy od dnia wejścia w życie ustawy, jeżeli przed upływem tego terminu nie zostaną im zaproponowane nowe warunki pracy i płacy. W czasie głosowania przepadły poprawki opozycji (KO i Lewicy), które zakładały, że pracownicy uczelni staną się pracownikami akademii i ich umowy nie będą rozwiązane po upływie 3 miesięcy od wejścia ustawy w życie.

Skąd to całe zamieszanie nad zamojską Akademią i kto to wszystko wymyślił? Przecież projektu powołania nowej, państwowej uczelni, nawiązującej do wielowiekowych tradycji rodu Zamoyskich, nie wyciąga się w pięć minut z rękawa. Czyj ruch wywołał to wielkie poruszenie? Prawdą jest, że poseł Zawiślak i minister Czarnek znają się od lat. Gdy Zawiślak został posłem w 2005 roku, Czarnek pomagał pisać mu interpelacje, przygotowywał opinie prawne i stanowiska. Nie dziwi zatem ich wzajemne współdziałanie. Skąd jednak pomysł u Zawiślaka (albo Czarnka), żeby wskrzesić Akademię Zamojską? Wbrew pozorom nie oni pierwsi na to wpadli, a cała sprawa ma dużo dłuższą historię. I zupełnie innego ojca, niż tandem Zawiślak-Czarnek.

Jan Świtka pochodzi z Majdanu Górnego, wsi położonej w powiecie tomaszowskim. Wywodzi się z chłopskiej rodziny, jak większość mieszkańców tego regionu. Nie przeszkodziło mu to jednak zostać profesorem. Świtka ukończył w 1962 r. studia na Wydziale Filozoficznym Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Uzyskał stopień naukowy doktora filozofii, po czym obronił habilitację. Pełnił funkcję dziekana Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. Zdał również egzamin sędziowski. Zajmował stanowisko profesora KUL, kierownika Katedry Kryminologii i Psychologii Kryminalnej KUL, kuratora Katedry Prawa Karnego i Postępowania Karnego KUL. Został dziekanem seniorem Wydziału Zamiejscowego Nauk Prawnych i Ekonomicznych KUL w Tomaszowie Lubelskim. Zajął się także prowadzeniem wykładów w Wyższej Szkole Prawa i Administracji w Przemyślu. Prócz kariery naukowej, prof. Świtka działał czynnie w polityce. W 1960 r. wstąpił do Stronnictwa Demokratycznego, w latach 1981–1988 był członkiem Centralnego Komitetu SD i przewodniczącym Wojewódzkiego Komitetu SD w Rzeszowie. W latach 1989–1993 z ramienia SD sprawował mandat posła na Sejm kontraktowy, następnie na Sejm I kadencji, w którym był jedynym przedstawicielem SD. W wyborach w 1993 r. bez powodzenia ubiegał się o reelekcję z ramienia Bezpartyjnego Bloku Wspierania Reform.

Do szkoły średniej Jan Świtka uczęszczał na tomaszowską „górkę”, do słynnego ongiś Liceum im. Bartosza Głowackiego, tego samego, przed którym Jacek Sasin chce dziś stawiać łuk tryumfalny. W podobnym czasie co Świtka, tomaszowski ogólniak kończyli m.in. oo. Wacław Oszajca, poeta w habicie jezuity, czy prof. Paweł Bożyk, doradca ekonomiczny Edwarda Gierka. Właśnie w tej szkole młody Jan Świtka po raz pierwszy dowiedział się o Akademii Zamojskiej i jej losach od ówczesnego nauczyciela historii, żołnierza AK, prof. Piotrowskiego. Tomaszowskiego liceum nie ukończył. Relegowano go zeń, na wniosek UB, z wilczym biletem, za antystalinowską postawę, przejawiającą się m.in. w publicznym krytykowaniu obowiązkowych dostaw narzucanych rolnikom przez władzę.

Jan Świtka ma w sobie jednak to, z czym w świat wyprawiła go jego ziemia; chłopski upór i zawziętość, a przy tym hardy kark, nawykły do życia w trudnych warunkach. M.in. te przymioty pozwoliły mu ukończyć naukę w liceum poza Tomaszowem i dostać się na studia, na KUL. Jak sam wspomina, działając w studenckim kole Młodych Demokratów, cały czas chodziła mu po głowie kwestia Akademii Zamojskiej i jej dziedzictwa, którą już wówczas, starał się ocalić od zapomnienia. Nic więc dziwnego, że gdy w wolnej Polsce nadarzyła się sposobność, a Świtka został posłem na Sejm, podjął pierwsze rozmowy na najwyższym szczeblu. Po raz pierwszy o sprawie reaktywacji Akademii Zamojskiej Świtka rozmawiał w 1990 r. z prof. Henrykiem Samsonowiczem, ówczesnym ministrem edukacji. Dostał od niego zielone światło i żadnego, formalnego wparcia, prócz słowa honoru historyka, którego do idei nie trzeba było specjalnie zachęcać. Jeszcze w tym samym roku prof. Świtka, zachęcony wsparciem Samsonowicza, złożył wizytę wicewojewodzie zamojskiemu, Stanisławowi Biniędzie, podczas której zaraził go pomysłem odbudowy Akademii. Niemniej, już po wstępnym rekonesansie, wojewoda informował prof. Świtkę, że na początku „nowej Polski” projekt pod nazwą Akademia Zamojska może mieć spore kłopoty z realizacją. Po pierwsze dlatego, że dawny budynek Akademii znajdował się w opłakanym stanie, po drugie w mieście nie było wystarczającej kadry naukowej, a po trzecie, nawet jeśli udałoby się ją pozyskać, np. z Lublina, miasto nie miało gdzie i za co ulokować profesorów, bo brakowało mieszkań. I na tym rozmowy zakończono. Świtka jednak nie porzucił pomysłu, i przez całe lata 90. i dwutysięczne wracał do rozmów. Znalazł też dla swoich działań życzliwego patrona w zamojskiej Radzie Miasta, w osobie, zmarłej nie dawno, Marii Gmyz, architektki i entuzjastki przywrócenia Zamościowi jej dawnej uczelni. M.in. te i inne, formalne i nieformalne zabiegi prof. Świtki, doprowadziły do powstania Komitetu Społecznego na rzecz wskrzeszenia Akademii Zamojskiej.

Zanim jednak miasto formalnie upomniało się o swoją spuściznę, Jan Świtka próbował zainteresować pomysłem wszystkich włodarzy Zamościa, angażując w swój pomysł władze KUL-u, na którym wykładał i dla którego to tworzył w tym samym czasie Wydział Zamiejscowy Nauk Prawnych i Ekonomicznych w Tomaszowie Lub. Już w 2000 r. prof. Świtka został jednogłośnie powołany przez Senat Akademicki KUL na koordynatora, delegata Senatu, do podjęcia rozmów z władzami Zamościa w sprawie wskrzeszenia AZ. Jako koordynator, prof. Świtka zapraszał do rozmów prezydentów miasta: Marka Grzelaczyka, później Marcina Zamoyskiego, wreszcie Andrzeja Wnuka. Jak sam przyznaje, od żadnego z nich nie uzyskał pomocy w swoim dziele, a z niektórymi niedane mu było nawet porozmawiać.

Mijały kolejne lata, między urzędami i kancelariami krążyły kolejne pisma, a sprawa nie posuwała się do przodu ani o krok. Aktywnie, na miarę swoich możliwości, działał Marek Splewiński, przewodniczący Społecznego Komitetu na rzecz reaktywacji. W 2017 r. zapytywał w piśmie prezydenta Wnuka, co dalej z Akademią. Akurat w tym samym czasie trwały w Sejmie prace nad zmianą ustawy o szkolnictwie wyższym, czyli tzw. „ustawą Gowina”. Być może dlatego minister Gowin nie znalazł czasu żeby pochylić się nad pismem od władz Zamościa, z prośbą o stworzenie możliwości reaktywowania Akademii. Prof. Świtka wspomina, że na inauguracji roku akademickiego na KUL-u dane mu było porozmawiać z ministrem Gowinem, który obiecał przyjrzeć się sprawie, ale niestety, nie zdążył.
W zeszłym roku na funkcję ministra edukacji i nauki premier powołał Przemysława Czarnka, byłego wojewodę lubelskiego. Kiedy minister okrzepł nieco na urzędzie, sprawę Akademii zaczął forsować poseł Zawiślak. Z posłem Zawiślakiem, Świtka rozmawiał w swoim życiu jeden raz. Czemu akurat on, a nie sam minister? Tego nie wiemy. Jan Świtka przyznaje, że dla powołania uczelni o takiej randze dużo sensowniejsza i bardziej zasadna wydawałaby się inicjatywa ministerialna, a nie poselska. Zarówno Ministerstwo Edukacji jak i poseł Zawiślak nie odnieśli się do pytań, m.in. o to, skąd zrodził się w nich pomysł powołania do życia Akademii Zamojskiej i dlaczego nie wyszedł bezpośrednio z MEiN.
Pod projektem podpisali się wszyscy, lokalni posłowie PiS. Wsparcie zadeklarowała też Konfederacja. Co o projekcie i pomyśle sądzą i sądzili inni? Wielkim admiratorem walki o Akademię Zamojską jest poseł Jarosław Sachajko z Kukiz’15. W kuluarach można usłyszeć informację, że dr Sachajko ma chęć na posadę kanclerza przyszłej uczelni, czego sam zainteresowany nie potwierdza. Projekt autorstwa posła Zawiślaka do końca mu się nie podobał, ale po poprawkach poparł go bez zastrzeżeń, choć, jak dodaje, w Senacie wiele się jeszcze może zdarzyć. Co ważne, poseł Sachajko podkreśla, że przy obecnej dostępności do kadry naukowej jak i bazy w postaci dawnego budynku Akademii, remontowanego dziś przez miasto, nic nie stoi na przeszkodzie, aby prócz nauk społecznych czy humanistycznych powołać przy Akademii wydział lekarski. Potrzeba tylko zastrzyku gotówki, którą nowy minister zapewne by znalazł. Najpierw jednak należałoby rozwiązać problem z Uczelnią im. Szymonowica. Wskazuje, że Uczelnia im. Szymonowica to, wedle statystyk, jedna z gorszych uczelni zawodowych w kraju. Rzeczywiście, w ostatnim rankingu magazynu „Perspektywy”, zamojska uczelnia zajęła ostatnie, 34 miejsce. Warto jednak cofnąć się trochę w czasie i wrócić do pierwocin pomysłu prof. Świtki. Okazuje się bowiem, że rozwiązanie dotyczące ufundowania Akademii na fundamencie PWSZ-tu nie jest ideą tyleż nową, co autorską duetu Zawiślak-Czarnek. Prof. Świtka przyznaje, że z podobną koncepcją wyszedł przed laty…Marcin Zamoyski. Podczas jednej z rozmów, prezydent poinformował profesora o zamiarze powołania wyższej szkoły zawodowej, która miałaby być bazą dla wskrzeszenia Akademii. Szkoła Zawodowa była bowiem w tym czasie łatwiejsza do „ogarnięcia” niźli pełnoprawna i pełnowymiarowa Akademia. Ponadto wymagała od miasta, jako jej fundatora, niewspółmiernie mniejszego zaangażowania finansowego i materialnego. W tymże tonie jest także utrzymana wzmiankowana uchwały Rady Miasta z 2004 r. w sprawie poparcia starań dla utworzenia Akademii Zamojskiej. W punkcie 5 informacji dołączonej do pisma przewodniego wyczytać można, że „Akademię będzie można wskrzesić na bazie Wyższej Szkoły Zawodowej w Zamościu i w Chełmie”. PWSZ w Zamościu powstaje niecały rok później, po przyjęciu uchwały przez Radę Miasta. Do tego samego rozwiązania sięgnęli zamojscy rajcy 15 lat później. W uchwale w sprawie poparcia starań Komitetu Społecznego na rzecz powołania Akademii Zamojskiej a dotyczących reaktywacji Akademii Zamojskiej można przeczytać, że Rada Miasta stoi na stanowisku, że warunkiem powstania PWSZ w Zamościu było to, iż na jej bazie zostanie powołana Akademia Zamojska. W kolejnym punkcie Rada Miasta zwraca się do rektora i Senatu PWSZ w Zamościu, aby przygotować pod względem organizacyjnym warunki, których wymaga Ustawa o szkolnictwie wyższym, do reaktywowania na jej bazie Akademii Zamojskiej. Tyle w wersji pierwotnej. W wersji właściwej obydwa punkty zniknęły. Dlaczego? Nikt nie potrafi tego wyjaśnić. Ani prof. Świtka, ani rektor Uczelni Państwowej im. Szymonowica, który nie odpowiedział do dziś, czy zna oba projekty Rady Miasta, z 2004 i 2019 r. oraz pomysły Marcina Zamoyskiego w sprawie AZ.
Kiedy w Sejmie trwał gorączkowy spór w sprawie losów Akademii, na ulicach Zamościa, w budynkach Akademii trwał remont. Trwał. Bo od jakiegoś czasu nikt zabytkowego budynku już nie remontuje. Wykonawca porzucił prace i domaga się unieważnienia kontraktu. Tego samego, na który miasto pozyskało unijne środki. W czasie remontu natrafiono bowiem na cenne malowidła ukryte pod tynkami. To znacząco wpłynęło na czas prac i najpewniej na koszta. Jak na razie, żadna ze stron, wykonawca ani miasto, nie zamierzają odpuścić i spór znajdzie zapewne swój finał w sądzie.

Prezydentem Zamościa, od dwóch kadencji pozostaje Andrzej Wnuk. Zanim objął fotel włodarza miasta, pełnił funkcję redaktora naczelnego „Kroniki Tygodnia”, jednego z dwóch lokalnych tygodników, wydawanych na terenie miasta, a dystrybuowanych w całym, byłym województwie zamojskim. Obydwie elekcje Wnuk wygrał pod sztandarem PiS-u, choć formalnie do partii nie należy. Nie jest w mieście tajemnicą, że prezydent Wnuk nie przepada za posłem Zawiślakiem, czego nie kryje. Pytany o projekt i wzajemne relacje ze Sławomirem Zawiślakiem, nie owija w bawełnę. – Bardzo wysoko oceniam kompetencje organizacyjne ministra Czarnka i gdyby był to projekt ministerialny, to byłbym od początku spokojny o jego przyszłość. Niestety, ponieważ jest to projekt poselski, za którym stał poseł Zawiślak, to jest jak jest. Ogólnie dość nisko oceniam talenty organizatorskie pana posła. W sprawie ustawy o powołaniu Akademii Zamojskiej poruszał się z gracją słonia w składzie porcelany. Dość powiedzieć, że po wpłynięciu pierwszej wersji projektu do Sejmu, to do mnie dzwonili posłowie Zjednoczonej Prawicy czy też opozycji z pytaniem, jak mają traktować tak słabo przygotowany projekt. Andrzej Wnuk dodaje, że doskonale zna dokonania prof. Świtki i jednego, czego brakowało jego pomysłom, to brak wsparcia władz centralnych, bez których Akademia nie ma prawa powstać. Sam zaś wskazuje, że miasto angażuje się w sprawę jak może; chce mediować między Uczelnią im. Szymonowica a Komitetem Społecznym, żeby uspokoić nieco nastroje. Pytany o to, czy miasto takie jak Zamość spełnia swoje ambicje akademickie siłami uczelni im. Szymonowica, czy raczej winno być reprezentowane przez jednostkę o wyższym poziomie naukowym, odpowiada, że Zamość powinien mieć uczelnię o większym potencjale. Akademia to minimum. Podobnie uważa Jacek Czerniak, lubelski szef SLD. Lewica na Zamojszczyźnie miała do niedawna swoją przedstawicielkę, Monikę Pawłowską. Ta kilka miesięcy temu zmieniła barwy i weszła do Porozumienia J. Gowina. Nie odniosła się do pytań w sprawie AZ. Czerniak, podobnie jak A. Wnuk, zapewnia, że jest całym sercem i rozumem za Akademią. Oczywiście po poprawkach, bo projekt posła Zawiślaka, zdaniem Jacka Czerniaka, był niedopracowany. Można byłoby go naprawić choćby w ramach prac w Lubelskim Zespole Parlamentarnym, i przedstawić jako projekt ponadpolityczny, co byłoby, zdaniem Czerniaka, najlepszym rozwiązaniem. Gdyby tylko dostał zaproszenie do prac przy projekcie, chętnie wziąłby w nim udział choć, jak sam podkreśla, nie ma specjalnych nadziei na to, że politycy PiS-u zgłoszą się do kogoś spoza własnego środowiska po radę.

W Senacie przewagę ma opozycja. Najprawdopodobniej będzie próbować przywrócić poprawki które przepadły w Sejmie, ale później ustawa znowu trafi do izby niższej Parlamentu, gdzie może utknąć na dłużej. Szansę na nowy rok akademicki z Akademią Zamojską wciąż są realne, choć z każdym dniem jest ich coraz mniej. Studia wyższe na szczęście nie są dyscypliną olimpijską ani grą na czas. Powstanie nowej, wyższej uczelni w Zamościu to także realne wpływy do budżetu miasta, województwa czy ministerstwa. Ich wielkość będzie zależała z kolei od współpracy tych trzech składowych zamojskiej układanki: miasta, województwa i ministra. Szczególnie ten ostatni, ma akademikom coś do udowodnienia, o ile los nadal pozwoli mu pozostać w ministerialnym gabinecie. Jan Świtka rozmawiał telefonicznie z Przemysławem Czarnkiem. Ten zapewnił go o swoim poparciu. Obiecał, że pomoże. I pomógł. Czego by nie mówić o obecnym ministrze edukacji i jak nie patrzeć na jego politykę, to właśnie on, a nie kto inny, wprowadził sprawę Akademii Zamojskiej na salę plenarną Sejmu. Od czasów prof. Samsonowicza, żaden minister III RP się na to nie zdobył. Kiedy więc Przemysław Czarnek będzie mówił o swoim sukcesie w sprawie AZ, będzie mówił prawdę. – Rzeczywiście, podkreśla prof. Świtka. Trzeba było czekać ponad 200 lat, żeby ktoś przypomniał sobie o Zamościu jako mieście akademickim z tradycjami. I tylko trzydzieści kilka w demokratycznej Polsce.

Czarnek, nie zastraszysz nas! – oświadczenie KPH dot. słów Ministra o Paradzie Równości

Oświadczenie stowarzyszenia Kampania Przeciw Homofobii w sprawie słów Ministra Edukacji i Nauki, Przemysława Czarnka dotyczących zorganizowanej 19 czerwca br. roku 20. Parady Równości. 

Minister Czarnek grozi palcem i straszy opcją węgierską, ale my, społeczność LGBT+ nie damy się zastraszyć! 

Przemysław Czarnek, obecny Minister Edukacji i Nauki, który rozgłos polityczny zyskał dzięki homofobicznym wypowiedziom, kolejny raz uderzył w społeczność osób LGBT+. Wykorzystując propagandową tubę, jaką jest TVP Info, nazwał zeszłotygodniową Paradę Równości “obrazą moralności”, na którą “nie będzie zgody na nią tak jak nie ma jej na Węgrzech i w innych cywilizowanych krajach”.

Pełne pogardy względem drugiego człowieka wypowiedzi Czarnaka, to kolejny straszak i grożenie palcem w kierunku społeczności LGBT+ w Polsce, którą PiS systematycznie zastrasza już od 3 lat. Nic z tego! 

Czarnek mówi nam, osobom LGBT+, że jeżeli nie przestaniemy walczyć o swoje prawa, to jego partia zrobi z Polski drugie Węgry. W kraju Orbana chwilę temu, bo 15 czerwca dokonano zamachu na prawa człowieka przyjmując ustawę zakazującą „propagowania homoseksualizmu”. Zgodnie z przyjętym przez węgierski parlament prawem kary za poruszanie tematów dot. osób LGBT+ grożą szkołom, mediom i organizacjom społecznym. Tego, co kryje się pod pojęciem „propagowanie homoseksualizmu” ustawa nie precyzuje. Jedno jest jednak pewne – nowe prawo wyposażyło węgierskie władze w narzędzie represji. Od teraz można zostać ukaranym chociażby za rozmowę w szkole o osobach LGBT+ albo projekcję filmu, w którym pojawiają się postaci ze społeczności.

Dlaczego minister Czarnek powrócił do swojej homofobicznej narracji akurat teraz? Zrobił to, ponieważ w tegorocznej, dwudziestej już Paradzie Równości udział wziął 50.000 tłum ludzi opowiadających się za równością osób LGBT+.  Ten tłum pokazał, że nie zgadza się na homo- i transfobię władzy i murem staje za każdym gejem, lesbijką, osobą biseksualną, transpłciową, queer, interpłciową, aseksualną, panseksualną i niebinarną żyjącą w Polsce.

Trzy lata piekła, które PiS zgotował społeczności LGBT+ nazywając ją „ideologią”, grzmiąc, że jesteśmy zagrożeniem dla rodziny i dzieci, nasyłając na walczące o równe prawa organizacje oraz aktywistów i aktywistki policję i prokuraturę, nie przyniosły pożądanego skutku. Byliśmy, jesteśmy i będziemy walczyć o nasze prawa razem ze wspierającymi nas sojuszniczkami i sojusznikami. I będziemy to robić na przekór władzy, która chce nas wymazać z polskiego społeczeństwa wpychając nas z powrotem do szaf. 

Chce nas Pan zastraszyć, Panie Czarnek? Nic z tego! Nasza społeczność jest zmobilizowana, zdeterminowana i gotowa do działania. Bo równe prawa i życie w poczuciu akceptacji i bezpieczeństwa nam się należą tu i teraz!

Nauka w służbie indoktrynacji historycznej

Spośród enuncjacji zaprezentowanych ostatnio przez ministra Czarnka większe zainteresowanie wzbudził jedynie fragment dotyczący praworządności Unii Europejskiej. Tymczasem, jak zauważa szewc Fabisiak, znacznie ważniejsze od opinii na temat pana Czarnka, który na unijną samorządność ma wpływ zerowy, jest to na co ma wpływ realny a mianowicie programy nauczania.

Zmiany w tych programach zapowiedział osobiście Jarosław Kaczyński chyba tylko po to by nikt nie miał wątpliwości do do tego, kto w tym kraju naprawdę rządzi. Można by to też odczytać w ten sposób, że o tym czego mają się uczyć małolaty decyduje wicepremier od bezpieczeństwa a minister od edukacji ma te dyrektywy ochoczo realizować co przyjdzie mu o tyle łatwo, że są one spójne z jego tokiem, jeśli można użyć takiego wyrażenia, myślenia. Być może minister Czarnek musiał się podeprzeć opinią Samego Prezesa aby tym samym zdobyć lepsze miejsce w rankingu zaufanych pisowskich polityków.

Jednakże, zdaniem szewca Fabisiaka, o wiele bardziej istotne od analizowania niejasnego podziału kompetencji w łonie rządu, ma sama istota proponowanych zmian programowych. Otóż dotyczą one ponadnormatywnego zwiększenia liczby godzin poświęconych na nauczanie historii, która ponadto ma być wpajana, jak to określono, dwutorowo – osobno historia Polski i osobno powszechna. Sama pomysł może w sumie nie jest głupi wszak pod warunkiem, że równolegle będą omawiane te same okresy historyczne – np.formowanie się faszyzmu w Niemczech i powstanie obozu w Berezie Kartuskiej a nie pomieszanie Władysława Łokietka z Napoleonem.

Szewc Fabisiak uważa, że historia może być nauką ciekawą ale niewiele przydatną w codziennym życiu i innym niż historyczny odcinku studiów czy pracy zawodowej. Po co komu przydatna jest znajomość daty bitwy pod Cedynią a o okrągłych rocznicach innych wydarzeń, czy tego będzie chciał czy nie, przypomną mu programy telewizyjne. Jego zdaniem, całą naukę historii – i Polski i powszechnej – można by ograniczyć do podania do wiadomości uczniów kilkudziesięciu podstawowych faktów co dałoby się zmieścić w jednej godzinie lekcyjnej tygodniowo. Natomiast gdyby nauczanie historii powinno służyć nie bezmyślnemu wykuwaniu dat, to należałoby skoncentrować się na analizie prawidłowości rozwoju historycznego oraz wynikających stąd konsekwencji. Jednak patrząc na to z drugiej strony szewc Fabisiak uważa, że tego rodzaju wysiłkowi intelektualnemu być może mogliby podołać nauczyciele historii ale chyba już nie mózgowcy opracowujący programy nauczania.

Taki sposób podejścia do nauczania historii byłby możliwy w przypadku modelu szkoły myślącej i refleksyjnej czego nieodłącznym elementem jest swobodna dyskusja z udziałem nauczycieli i uczniów. Z tego typu praktyką szewc Fabisiak zetknął się w IX klasie szkoły średniej. Wówczas nauczycielka geografii przeznaczyła dwie lekcje na nieskrępowaną dyskusję na temat porównania socjalizmu i kapitalizmu. Wbrew temu czego mogliby oczekiwać dzisiejsi znawcy PRL nie spotkały ją za to żadne szykany. Wręcz przeciwnie. Po dwóch latach awansowała na wicedyrektorkę szkoły.

Czy podobna sytuacja mogłaby mieć miejsce w obecnej wyzwolonej z okowów komunizmu Polsce? Pytanie to należy do rzędu retorycznych na co szewc Fabisiak ma kolejny przykład. Jeden z jego znajomych, który był na tyle młody, że uczęszczał do szkoły już w RP, został usunięty z lekcji religii ponieważ zadawał katechecie niewygodne pytanie. Można się nie tylko domyślać ale być niemal pewnym, że podobnie zostałby potraktowany każdy nastolatek, który ośmieliłby się mieć odmienne zdanie choćby na temat żołnierzy wyklętych czy też historii walki o niepodległość okresie PRL, które to tematy szczgólnie lansuje resort edukacji. Gdyby ośmielił się mówić o zbrodniach popełnianych przez wyklętych czy też kwestionować niepodległość PRL. Realizowana przez pana Czarnka wizja nauczania historii w postaci indoktrynacji jest istotnym elementem tzw. polityki historycznej z lubością kultywowanej nie tylko przez PiS ale całą polską prawicę. Skoro jednak nie umie się prowadzić normalnej i skutecznej polityki, to wówczas uprawia się politykę historyczną – wnioskuje szewc Fabisiak.

Instrument Polityki Nienawiści

Tak szewc Fabisiak odczytuje skrót IPN, który oficjalnie oznacza Instytut Pamięci Narodowej choć jest to pamięć mocno wybiórcza co jest cechą charakterystyczną sklerotyków oraz pacjentów dr Alzheimera.

IPN, podobnie jak i inne struktury śledcze, działa po cichu jedynie od czasu o czasu dając o sobie znać przy okazji celebrowania kolejnej rocznicy ku czci żołnierzy słusznie wyklętych za swoje zbrodnicze poczynania. Ostatnio IPN znalazł się w kręgu zainteresowania polityków i publicystów z duperelnego powodu – mianowicie ewentualnego powołania heilującego niegdyś osobnika na jedno z licznych kierowniczych stanowisk tej instytucji. I właśnie za to heilowanie opozycja domagała się odwołania decyzji co do mianowania Tomasz Greniucha, który ostatecznie sam wycofał swoją kandydaturę. Liberalna opozycja spod znaku Koalicji Obywatelskiej wespół ze sprzyjającymi jej komentatorami czuła się wyraźnie zniesmaczona tym, że ktoś taki ma zostać powołany na kierownicze stanowisko w instytucji, które uznają oni za ważną i potrzebną. Świadczy o tym dysputa w sobotniej telewizyjnej „Loży prasowej”. Red. Adam Szostkiewicz z „Polityki” biadolił nad tym, że Greniuch miałby objąć „ważną funkcję w instytucji państwowej”. Jak zauważa szewc Fabisiak, panu Szostkiewiczowi najwyraźniej odpowiada model państwa w którym ważną rolę odgrywa skrajnie prawicowo upolityczniona struktura. Z kolei dla red. Andrzeja Stankiewicza taka nominacja wydała się zdumiewająca, podczas gdy byłaby ona przejawem konsekwencji w zakresie polityki kadrowej tego tworu preferującej ustawianie na mniej lub bardziej eksponowanych stanowiskach tych, których orientacja polityczna musi być zgodna z obsesyjnie antykomunistyczną strategią nie tylko rzeczonego instytutu, lecz całej rządzącej prawicy do spółki z opozycyjną Konfederacją.

Tymczasem cała ta pseudoafera uzmysławia to o czym nie wszyscy do tej pory wiedzieli. A mianowicie to jak zorganizowany jest IPN. Że posiada swoje placówki terenowe z rozbudowaną hierarchiczną strukturą wewnętrzną. Dowiedzieliśmy się bowiem, że pan Greniuch był dyrektorem departamentu opolskiej delegatury IPN. Ten fakt do tej pory jakoś umykał uwadze pryncypialnej liberalnej opozycji. Albo wynikało to z niedoceniania znaczenia funkcji o której nie mówi się publicznie albo też ze słabej zdolności niuchania haków na siłę rządzącą – wnioskuje szewc Fabisiak.
IPN jest jeszcze bardziej zurzędniczałą instytucją niż wszystkie ministerstwa. W samej jej centrali ulokowanych jest 5 biur, Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu oraz Archiwum. Ponadto IPN ma 11 oddziałów umieszczonych akurat w tych miastach gdzie znajdują się sądy apelacyjne, co daje dużo do myślenia. Nie dość na tym, IPN utworzył sobie 7 delegatur w tym w 3 miastach powiatowych. W oddziałach i delegaturach usadowione są departamenty dzięki czemu pod względem rozmiarów administracji i będącej tego konsekwencją liczby stanowisk kierowniczych i dyrektorskich IPN bije na głowę wszystkie resorty co stawia go w uprzywilejowanej sytuacji tworząc zeń najpotężniejszy ośrodek władzy wykonawczej. Taka pozycja rzeczonej instytucji wynika ze strategii sił sprawujących władzę. Gdyby instytut zajmował się jedynie badaniami historycznymi wystarczyłoby Biuro Badań Historycznych tudzież wspomniane wyżej Archiwum. Tymczasem instytucję tę wyposażono w dodatkowe zadania o czym świadczy umiejscowienie w nim m. in. biura zajmującego się edukacją narodową. Jak widać, panującym w tym kraju nie wystarcza już indoktrynacja szkolna w wykonaniu ministra Czarnka i jego protegowanych z Ordo Iuris. Dlatego potrzebna jest dodatkowe narzędzie prania mózgów w postaci IPN – zauważa szewc Fabisiak. Gdyby instytucja ta zajmowała się – jak to wynika z jej statutu – faktycznie prowadzeniem śledztw w sprawie zbrodni popełnionych w okresie od 8 listopada 1917 r. do 31 lipca 1990 r. (a więc także po zmianie ustroju) to powinna się również zająć zbrodniami dokonanymi przez żołnierzy wyklętych. Jednak jest ona pozbawiona śladu cienia obiektywizmu w związku z czym doskonale się nadaje jako instrument prymitywnej i nachalnej propagandy. A jakie są skutki nachalnej indoktrynacji ma okazję przekonać się Kościół Katolicki – zwraca uwagę szewc Fabisiak.

Wracamy do średniowiecza

Powszechne protesty dotyczą odbierania społeczeństwu niezależnych sądów, a ostatnio nie respektowania praw kobiet do dysponowania własnym ciałem. Są to ważne zagadnienia w zakresie praw , ale możliwe do odrobienia w stosunkowo krótkim czasie po nieuchronnej zmianie układu rządzącego.

Znacznie większe szkody, mogące trwać całe pokolenie, wyrządzić może zmiana polityki edukacyjnej, realizowana od początku rządów PiS. Zmiana ta znacznie przyspieszyła po powołaniu Pana Czarnka na Ministra Nauki i Edukacji.

Pod pozorem ochrony wolności wypowiedzi ograniczanej rzekomo przez operatorów sieci społecznościowych, którzy usuwają zapisy ksenofobiczne, obraźliwe dla grup społecznych obcych ideowo rządzącym, zamierza się wprowadzić cenzurę rządową z nakazem likwidowania wpisów , które rządzący uznają za rzekomo obraźliwe, a w rzeczywistości pokazujące zakłamanie ich elit.

Odwołania od powyższych nakazów rozpatrywać ma specjalna komisja, w której, jak pokazuje aktualna rzeczywistość, przewagę będzie miała Zjednoczona Prawica, a nie bezstronni eksperci.

Pan Czarnek chce ustawowo bronić przed osądem środowiska prawicowych naukowców głoszących ksenofobiczne poglądy dotyczące praw kobiet, środowisk LGTB, niewierzących , migrantów itp. Jednocześnie ogranicza się środki i dąży do wyeliminowania z polskiej nauki „gender studies”, które badają uwarunkowania kulturowe związane z rozumieniem płci i cech przypisywanych tradycyjnie tym płciom, pokazując równocześnie środki do zmiany tych tradycyjnych uwarunkowań. Znaczne ograniczenia dotyczą też naukowców powołujących się na teorie marksistowskie, które bez ograniczeń funkcjonują w krajach zachodnich i krajach rozwijających się.

Pan Czarnek chce narzucić swój ahistoryczny punkt widzenia na rolę kobiety, wyrażony w jego wystąpieniach publicznych, a sprowadzający się do krótkiego stwierdzenia, że wyłączną rolą kobiety powinno być rodzenie dzieci i służenie mężczyźnie, w celu zaspokojenia jego pragnień i dążeń.
Wprowadzona już przez Pana Czarnka zmiana punktacji za publikacje naukowe wprowadziła prymat nauk teologicznych opartych na „prawdzie objawionej”, kosztem badań opartych o prawdę wynikającą z obiektywnego z badania przyrody i otaczającej nas rzeczywistości.

Oczywiście nie można naukowcom prawicowym ograniczać wyznawania własnych poglądów i prowadzenia badań. Staje się to problemem, gdy te poglądy przenoszą do treści przekazywanych studentom, a co gorzej, gdy służą one do ich dyscyplinowania lub oceny. A z takimi zachowaniami, potępianymi przez środowiska uniwersyteckie, a branych w obronę przez rządzących, mieliśmy w ostatnim okresie do czynienia.

Ta pozorna wolność do prezentowania poglądów w mediach społecznościowych, której obłudnie domagają się Panowie Ziobro i Czarnek nie może być całkowita. Nie możemy dopuścić do prezentowania w mediach społecznościowych tekstów skrajnie faszystowskich, nawołujących do przemocy i skrajnie obraźliwych. Regulacje w tym zakresie muszą powstać w ramach Unii Europejskiej, ponieważ ma ona większą siłę oddziaływania na globalnych operatorów. Nie wolno powierzać takich regulacji w Polsce zacietrzewionym i kłamiącym na co dzień prawicowcom z naszego rządu. Regulacje takie dotyczyć powinny również prezentowania tekstów pseudo naukowych prezentujących dawno obalone teorie, jak kreacjonizm zaprzeczający ewolucji w świecie żywym, czy skrajnie rzecz ujmując twierdzeniu, że ziemia jest płaska, jeśli nie jest to element satyry lecz poglądu naukowego.

Powołanie przez Pana Czarnka teologa o skrajnych poglądach na głównego eksperta od programów nauczania w szkołach świadczy o zamiarze dalszego i nieograniczonego przewartościowania tych programów w kierunku państwa wyznaniowego, kierującego się głównie poglądami hierarchów kościelnych, a także dalszego fałszowania historii, co ma już miejsce od początku rządów PiS, choć było też realizowane wcześniej lecz w znacznie mniejszym stopniu, przez porzednie ekipy postsolidarnościowe.
Wypierana jest też z programów szkolnych wiedza o seksualności człowieka na rzecz katolickich bajek o czystości, nieograniczonej miłości małżeńskiej , nieuniknionego cierpienia kobiet i tym podobnych bzdur wykładanych często przez obecnych lub byłych katechetów. Skutkuje to pozostawieniu ucznia na czerpanie wiedzy od nieprzygotowanych często do tego rodziców, którzy sami pozbawieni byli w dzieciństwie rzetelnej wiedzy o zagadnieniu, lub z sensacyjnych i nie naukowych opowieści kolegów i koleżanek. Sprzyja też braku czujności wobec pedofilów, szczególnie tych w sułtannach, oraz niewłaściwych zachowań seksualnych i zachodzeniu w ciąże przez nieletnie dziewczyny.

Przegląd podstaw programowych ma zacząć się od języka polskiego, historii i wiedzy o społeczeństwie.

Przedstawię teraz pogląd socjalistów na programy nauczania w szkole, szczególnie w zakresie powyższych przedmiotów.

Traktując edukację jako zintegrowany system nauczania od przedszkola do ukończenia studiów przedstawiamy dwa ogólne postulaty dotyczące tzw bazy programowej, która musi być opracowana ponad podziałami społecznymi.

Po pierwsze przygotowanie do życia w społeczeństwie w duchu odpowiedzialności obywatelskiej i poszanowania wartości humanistycznych, co obecny system edukacji realizuje w minimalnym stopniu. Zaprzepaszczony został w tym zakresie powojenny dorobek polskiej pedagogiki .

Należy przywrócić i rozwinąć formy pracy grupowej i współdziałania uczniów w środowisku. Formy te zaniknęły zarówno z uwagi na oszczędności budżetowe szkół, jak i zanik autorytetu nauczyciela i wychowawcy spowodowany przepełnieniem klas, niskimi wynagrodzeniami i celowym obniżaniem rangi nauczycieli w środowisku.
Programy powinny położyć nacisk na naukę samodzielnego myślenia. Należy uczyć rozwiązywać problemy, a nie zapamiętywania faktów i formułek. Jakość kształcenia nie polega na anachronicznym kształtowaniu postaw pseudo patriotycznych, lecz na przystosowaniu młodzieży do życia w szybko zmieniającym się świecie.

W nauczaniu przedmiotów społecznych (np. historii) trzeba kłaść nacisk na umiejętność oceny zjawisk w ich kontekście historycznym, a nie zapamiętywanie dat i nazwisk, dobranych najczęściej pod kątem indoktrynacji politycznej (w tym religijnej).

Należy zmienić politykę edukacji historycznej ostatnich dwudziestu paru lat, negującą lewicowe, humanistyczne idee powszechnego braterstwa i pobrzmiewającą mesjanizmem Polaków jako narodu wybranego i kultu bitew, a nie rzetelnej pracy i realizmu politycznego. Nieustanna gloryfikacja wysiłku bitewnego prowadzi do zaniku poczucia, że pokój jest dla społeczeństwa wartością nadrzędną. Kult żołnierzy wyklętych, wrogość do sąsiednich narodów i „dmuchanie w narodowy balonik” pogłębiają zjawiska nacjonalizmu, ksenofobii i rasizmu. Takie zjawiska zawsze w historii stanowiły zarzewie konfliktów miedzy narodami, a w dobie globalizacji prowadzą do psychozy wojennej. Wielce mylą się Ci, którzy takie zjawiska wiążą z patriotyzmem. Patriotyzm powinien się wyrażać przede wszystkim gotowością pracy dla pożytku wspólnego, pracy na rzecz rozwoju społecznego i gospodarczego Polski.

W zakresie wiedzy o społeczeństwie programy powinny przygotowywać do problemów z jakimi spotka się młody człowiek po ukończeniu szkoły. Potrzebne są elementy wiedzy prawnej i ekonomicznej, w tym wiedza o przyczynach nierówności społecznych i pułapkach nieograniczonego rozwoju, skutkującego nieodwracalnymi zmianami klimatycznym, ale także nauka autoprezentacji i jasnego prezentowania posiadanej wiedzy. W ramach cykli tematycznych jest też miejsce na naukę zachowań społecznych oraz seksualności człowieka. Nauka tego przedmiotu powinna być prowadzona w formie oddzielnych cykli nauczania prowadzonych przez specjalistów, w tym specjalistów z poza szkoły.

Nauka języka polskiego i dobór lektur szkolnych powinien przekazywać informacje o różnych formach literackich jak poezja, powieść, opowiadanie, pamiętniki, literatura faktu itp.i ich rozwój w różnych okresach historycznych. Konieczna jest też prezentacja zmieniających się form języka i słownictwa, Nie może tez być pominięta antologia tych twórców, którzy zdobyli rozgłos na świecie, niezależnie od prezentowanych przez nich opcji politycznych.

Nauczanie przedmiotów ścisłych i przyrodniczych musi kłaść nacisk na zrozumienie realnych zjawisk i przygotowanie do życia w zmieniającym się świecie, w którym technika zastępuje wysiłek ludzki, a człowiek musi zapewnić jej wykorzystanie zgodnie z potrzebami swoimi i otaczającego go środowiska. W nauce tych przedmiotów szczególnie pożądane jest korzystanie z form pracy grupowej, ponieważ nowe wynalazki i rozwój technologii jest obecnie wynikiem działań zespołów, a nie pojedynczych twórców.

Zdziwienie budzi fakt, że zmiany które planuje w edukacji PiS spotykają się z stosunkowo niewielkimi, w porównaniu do innych zagadnień, protestami społecznymi, zwłaszcza w środowiskach młodych ludzi, którzy niedawno zakończyli edukację, ale też w środowiskach rodziców dzieci, aktualnie uczęszczających do szkół. Czyżby stało się to dla nich czymś oczywistym, że programy nauczania opracowuje władza według swoich upodobań, a krytyczne myślenie nie opanowało ich umysłów.

Aktualni uczniowie zaczynają własną formę protestów poprzez masowe rezygnowanie z uczęszczania na lekcje religii. Rodzice często to popierają, ale nie chcą lub boją się aktywnie protestować przeciwko treściom jakie przekazywane są ich dzieciom. Potrzebne są naciski w formie grupowych wystąpień rodziców nie zgadzających się z sekularyzacja i upolitycznieniem treści nauczania.

Zwycięstwo Zjednoczonej Prawicy w zakresie form i treści nauczania oznaczać będzie cofnięcie Polski w rozwoju.

Jadą, jadą dzieci polityczną drogą,

i nadziwić się nie można, jak im trudno zrozumieć ten współczesny, polski świat.

Każdego nieomal dnia, a tygodnia niewątpliwie, dowiadujemy się o kolejnych inicjatywach, pomysłach, wystąpieniach, projektach tzw. Zjednoczonej Prawicy oraz wszelkich innych, sympatyzujących z nią gremiach.

Poza ograniczeniem wolności mediów przez wydumany domiar do reklam, mający w konsekwencji je ograniczać bądź likwidować, dziś przeczytałem, że:

minister Przemysław Czarnek przyznał wyjątkową pozycję naukową czasopismom, w których sam publikował. Dołożył do tego także m.in. pismo kojarzone z o. Tadeuszem Rydzykiem oraz periodyk wydawany przez resort Zbigniewa Ziobry. Gdy lista wejdzie w życie, o wiele łatwiej będzie zrobić karierę naukową dzięki pismom wspierających władzę;doszło do afery z udziałem polskich dyplomatów na Filipinach;
prezydent, premier i wiceminister reagują na słowa prezydenta Niemiec, które nie padły;
Sejm niedługo zajmie się obywatelskim projektem czyli Instytutu Ordo Iuris „Tak dla rodziny, nie dla gender”, który zakłada wypowiedzenie Konwencji stambulskiej. To zapowiedź uczynienia z Polski lidera nowej, skrajnie konserwatywnej Europy;
uczeni Uniwersytetu Łódzkiego policzyli, ile drzew wycięto w trakcie obowiązującego tzw. Lex Szyszko. Okazuje się, że w 2017 r. pozbyto się tylu drzew, ile przez dziewięć innych lat.

Mało jak na jeden dzień? No i jeszcze dowiedziałem się, że moja druga tura szczepienia odsuwa się ad calendas graecas, ponieważ punkt szczepień nie dostał tego preparatu.

Jutro c.d.n. pisowskiego serialu, dzień jak co dzień.

Nie ma w tej sytuacji,

trwającej i stale narastającej od lat, niczego ważniejszego w polskiej polityce, niż odsunięcie wszelkimi, możliwymi metodami, PiS-u od władzy.
A tym czasem w piaskownicy dzieci kłócą się, które jest ważniejsze i którego piaskowy zamek najładniejszy. Czasem w tych sporach nawet łopatkami się obkładają. I trwać to będzie do czasu jak w tym starym dowcipie z gajowym i partyzantami – wreszcie prezes Kaczyński wygoni ich, tym razem nie z lasu, a z piaskownicy. Jest również wersja optymistyczna – po raz pierwszy – jak donosi CBOS – od dwudziestu lat w grupie najmłodszych dorosłych (18-24 lata) bardziej popularne jest deklarowanie sympatii lewicowych, które wzrosły do 30 %. Odsetek osób, które określiły się jako zwolennicy i zwolenniczki lewicy wzrósł od 2019 r. radykalnie co miejmy nadzieję zapowiada, że ochrzczeni policyjna pałką wykażą więcej determinacji i rozumu niż rozpieszczone swoją władzą obecne bachory. I koniecznie dodać należy, że dotyczy to całej tzw. klasy politycznej, bo Zjednoczona Prawica jest tak samo zjednoczona jak i prawicowa.

A tym czasem

z niemałym trudem i znojem, acz z zerowym sukcesem, trwają rozliczne, niby poważne dyskusje tak nad programami w poszczególnych opozycyjnych partiach, i jeszcze głębsze rozważania czy da się coś razem zrobić, czy raczej, albo na pewno nie.

Oczywiście, że napisanie partyjnego kanonu jest zadaniem niełatwym, co potwierdza fakt, że należy go pisać, był źle wyobrażony, a może po prostu było jak zawsze – papier swoje, a życie też swoje.

W tej nierozwiązywalnej sytuacji nic innego nie pozostaje partyjnym liderom jak zwrócić się o pomoc do twórców serialu „Ranczo” Wojciecha Adamczyka i Jerzego Niemczuka (Robert Brutter niestety nie żyje), którzy wyłożyli elementarz pisania partyjnego programu. No i jeszcze warto posłuchać Michałowej, która pyta; „Nie można czy nie chce się?”
Może to jedyna droga, gdyż nie skutkuje odwoływanie do polskiej racji stanu w dzisiejszym świecie, do dalszej czy bliższej przeszłości, zakończonej bądź klęską (rozbiory, Wrzesień 1939), bądź deprawacją szczytnych idei (sanacja, realny socjalizm, Solidarność). Ta klasa tego nie naumiała się. Również była na wagarach w czasach szczególnego narodowego zjednoczenia (wojny polsko-bolszewickiej, odbudowy kraju i przywracania obywatelskiej równości, sukcesu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy). W tej pustce myśli i braku woli do skutecznych poczynań żadną miarą nie może, bądź nie chce dostrzec, że ponownie zamienia się nasze państwo w folwark pańszczyźniany, w którym poza panem (PiS) i plebanem (Kościół) nie ma już miejsca nawet dla wójta.

Sformułowanie kilku sentencji,

łączących opozycyjne partie w negatywnej ocenie PiS nie jest wysiłkiem przekraczającym możliwości liderów, tym bardziej, że wielokrotnie w różnej formie padały. Idąc za myślą Mirosława Dzielskiego, przez wszystkich niedocenionego byłego działacza politycznej opozycji w PRL, wyrazić je można również dwoma fundamentalnymi słowami: prawo i wolność. Z tym hasłem – Prawa i Wolności – jednoczącym tak opozycyjne partie, protestujących tłumnie na ulicach i wielu innych akceptujących je, można obalić władzę PiS. Oczywiście pod warunkiem rozumienia tych pojęć w znaczeniu dosłownym i nadto bez liberalnego, lewicowego, prawicowego i każdego innego wnikania i dzielenia włosa na czworo. Dziś nie czas na to, bowiem konieczna jest szybka klęska PiS. Wszystko co później, niewątpliwie bardzo trudne i nie do końca wiadome, zawsze jednak będzie lepsze od współczesności.

Polityka jest różnie definiowana,

także jako sztuka kompromisu, gdyż dzięki niemu osiąga się szybciej i mniejszym kosztem planowane cele. Budowa kompromisu, będącego zresztą elementarną cechą demokracji, trwa zazwyczaj dłużej niż arbitralne decyzje, wymaga szacunku dla odmienności partnera, odnalezienia tego co łączy i często rezygnacji z własnych ambicji, odsunięcia na plan dalszy zamierzeń, preferowanych celów i wizji. To wszystko w imię odtrącenia od władzy PiS.

Na portalu Strajk.eu (12.02.2021) trwały rozważania czy poprzeć protest w sprawie tzw. daniny od reklam. Przekonaniom opisującym jej rzeczywisty cel przeciwstawiono opinię: „Słuchając jednak argumentów koncernów medialnych, nie sposób nie odnieść wrażenia, że swoją ,,niezależność” mierzą one wyłącznie grubością swoich portfeli, a w ich ustach ,,obrona przed pisowskim autorytaryzmem” to po prostu pretekst dla torpedowania wszelkich prób zmuszenia ich do podzielenia się krociowymi dochodami…Jestem święcie przekonany, że gdyby kiedyś z podobnym pomysłem ze szlachetnych pobudek wyszedł w Polsce lewicowy rząd, wycie o ,,ataku na wolne media” byłoby równie paniczne – korporacyjna kasa musi się przecież zgadzać.”

Niejako analogicznie, pod starym, zużytym już hasłem, że podział prawica-lewica jest nieaktualny aktualny, wystąpił Rafał Trzaskowski podczas multimedialnej prezentacji Platformy Obywatelskiej. „Mówiąc szczerze – odpowiadał w „Dzienniku-Trybunie” (12.02.2021) Włodzimierz Czarzasty – nie dziwię się, że liderzy Platformy Obywatelskiej negują podział „prawica-lewica”. Partia, którą kierują zawiera tak wiele sprzecznych poglądów, wartości i interesów, że uporządkowanie ich na tradycyjnej osi podziałów politycznych byłoby niemożliwe. A na pewno skończyłoby się znacznym odchudzeniem PO. Nie chcą tego, mają do tego prawo. Ale lepiej byłoby, aby nie wygłaszali poważnych politycznych diagnoz, które nie wynikają z pogłębionej analizy sił społecznych i ekonomicznych w społeczeństwie, lecz z analizy… układu sił w Platformie”’

Takie są podteksty i dylematy koniecznego kompromisu.

Na białym koniu,

oczywiście w odniesieniu do wyobrażeń z czasów powojennych o zbawczej roli gen. Andersa, nie przyjedzie do Polski nowy prezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden. Nie wyzwoli nas od pisowskiej zależności. USA zapewne, jak to już niedawno bywało, zadbają o interesy swoich firm w Polsce i stąd np. stacja TVN może być bezpieczna, ale pozostali niekoniecznie.

Szczególny rodzaj amerykańskiej perfidii w rozgrywaniu światowych interesów tkwi w wybiórczym traktowaniu nie tylko określonych sytuacji, ale i słów, pod którymi się stale podpisują. W preambule do Traktatu Atlantyckiego czytamy, że jego strony „są zdecydowane ochraniać wolność, wspólne dziedzictwo i cywilizację swych narodów, oparte na zasadach demokracji, wolności jednostki i rządów prawa.” Jeżeli na poważnie traktować ten zapis, to co w NATO robi Turcja nie spełniająca już od dawna powyższych warunków, podobnie jak Węgry i Polska. W interesie USA są jednak przede wszystkim własne interesy i globalna polityczna gra. Wszystko sprowadzi się do słów, ładnych i mądrych, podobnie, acz z innych zupełnie powodów, jak w Unii Europejskiej.

Z amerykańskiego czy brukselskiego nieba nie oczekujmy pomocy, sami musimy to zrobić używając także symbolu czerwonej błyskawicy.

Polityka to również gra

dużo bardziej wymagająca i cyniczna niż poker, nie tyle z uwagi na partnerów, ale ze względu na często niebotyczną, czasem wręcz historyczną stawkę. Mieliśmy taki klasyczny przykład u nas w 1989 roku, gdy padło hasło „Wasz prezydent, nasz premier” i Solidarność jakoś nie brzydziła się wejść w konszachty z wieloletnimi, wiernymi sojusznikami PZPR. Oni zresztą też.

Decyzje kierownictw ówczesnego ZSL i SD tłumaczą się dbałością o interesy i przyszłość swoich partii, co zresztą spełniło się połowicznie: powstało PSL, a SD zniknęło z politycznej sceny. Ale w obecnej sytuacji w Polsce dojrzewają zapewne opinie, nie tylko wśród elektoratu, ale także w pewnych, szerokich kręgach władzy Zjednoczonej Prawicy, że wiele kwestii wywołanych arbitralnymi decyzjami prezesa PiS oraz szczególną, tolerowaną przez Kaczyńskiego aktywnością Zbigniewa Ziobry, źle służy ich materii dziś, a jeszcze gorzej w przyszłości. Także osobistym interesom. Stąd wcześniej czy później trwać będzie poszukiwanie jakiegoś aktywnego wyjścia z tego klinczu. Najwcześniej zapewne w partii Gowina.

W kontekście tych rozważań warto przywołać „Onet Rano” (13.02.2021): „Były premier był pytany o to, czy Jarosław Gowin przejdzie do opozycji. – W takich przypadkach trzeba zadać pytanie, jaka jest alternatywa. Gowin bardzo wiele by ryzykował, więc ceną byłoby stanowisko Prezesa Rady Ministrów. Gdyby Gowin to usłyszał i było to poparte wiarygodną ofertą, to mógłby się on nad tym zastanawiać – mówił Miller. – To by całkowicie zmieniło sytuację w Polsce. Ukształtowałaby się inna większość parlamentarna, złożona z dzisiejszej opozycji. Mogłaby ona zmienić marszałka i prezydium Sejmu, a potem w drodze konstruktywnego wotum nieufności, przeprowadzić zmianę Prezesa Rady Ministrów. Nie wiem, czy to jest w ogóle brane pod uwagę. W każdym razie za darmo Gowin niczego nie zrobi. Polityka głównie jest oparta na rachunku zysków i strat. Prawdziwie pełnokrwisty polityk marzy w skrytości ducha o tym, żeby zasiąść na fotelu Prezesa Rady Ministrów”.

A w TVN, w tym samym dniu w programie „Sprawdzam” na pytanie Krzysztofa Skórzyńskiego, czy rozważana jest w Platformie Obywatelskiej jakaś koalicja z Porozumieniem Jarosława Gowina Grzegorz Schetyna odpowiedział: „To jest polityczna fikcja, dziś, jutro i pojutrze.” Po Schetynie, modelowym wzorcu PO. biorąc wszystkie jego wcześniejsze dokonania, powyższej opinii można było się spodziewać.

Polacy powitali ten rok,

jak wynika z badań CBOS, z malejącym od 2008 ograniczonym optymizmem (35% – różne jego stopnie), na co zapewne wpływ miało także pojawienie się wreszcie szczepionki na Covid-19. Przekonania, że będzie on taki sam jak ubiegły, bądź gorszy wyraziło po ok. 24 % badanych, co w sumie uznać należy za brak nadziei i oczekiwanie na zasadnicze zmiany.

Należy więc wyrazić przekonanie, że lewicowi liderzy wyjdą na przeciw tym wymaganiom liczącej się część Polaków i potrafią w tej wyjątkowej sytuacji dać przykład innym. Nie jest to oczywiście łatwe, ale dzwon bije dziś dla Was wszystkich. Później będzie tylko cmentarna sygnaturka.

Eksperci Ewangelią oświeceni

Minister edukacji i nauki, Przemysław Czarnek, zaprosił do resortu ekspertów, którzy mają zająć się przeglądem treści podręczników szkolnych. Szef gabinetu politycznego resortu, Radosław Brzózka przekazał szczegóły dotyczące tych prac.

17 lutego miało miejsce spotkanie trzech zespołów ekspertów nauk humanistycznych. “Zapoznają się z tym, w jaki sposób podstawy programowe zostały odzwierciedlone w podręcznikach. Na początek specjaliści przeanalizują podręczniki do języka polskiego, historii i wiedzy o społeczeństwie“ – powiedział Brzózka w rozmowie z “Naszym Dziennikiem”.

Brzózka tłumaczył, jaki kierunek ma przyświecać ekspertom. “Wiedza przekazywana uczniom ma być podawana nie w oderwaniu od tożsamości cywilizacyjnej Polaków, ale w kontekście kultury łacińskiej, bo w tej kulturze szczególnie pielęgnuje się wszelką naukę, poszukuje się mądrości” – tłumaczył. Brzózka tłumaczył również jak wygląda polskie pochodzenie kulturowe.

“Jesteśmy dziedzicami tradycji greckiej, antycznej, ale też tymi, którzy oświetleni światłem Ewangelii poszukują prawdy w sposób pozbawiony uprzedzeń i dbają o to, żeby ta prawda była dostępna w sposób powszechny, a nie była jakąś wiedzą tajemną. Niestety, w wielu kulturach i cywilizacjach tak się dzieje, że dostęp do prawdy jest wręcz blokowany” – uznał Brzózka.

Jest to kolejny już krok w podchodach do zmian w podstawie programowej ministra Czarnka. Jedną z jego pierwszych decyzji po objęciu urzędu, była dymisja dyrektorki Departamentu Podręczników, Programów i Innowacji Aliny Sarneckiej.