Aleksandrze! Co będzie gdy Ciebie zabraknie?

Ulice białoruskich miast pełne są kontestujących wyniki niedzielnych wyborów prezydenckich. Wśród nich wciąż ciężko dopatrzeć się zwolenników samozwańczego przywódcy niemal 10 milionowego państwa. Choć tak niewielkiego, to w tym momencie skupiającego uwagę niemal całego świata.

Już wiadomo, że wszystkich, którzy oddali głos na Aleksandra Łukaszenkę było 5 proc.. Pozostali wyszli na ulice. Przeciwko nim stanęli wykonujący polecenia wciąż rządzącego przewódcy, niedoszłego cara Wszechrosji, żołnierze i milicjanci. O tym jak bardzo są bezwzględni, dowiadujemy się z wciąż tylko wyrywkowych relacji świadków. Skutki użycia gumowych kul, granatów hukowych, armatek wodnych czy pałek są oczywiste. Raporty szpitali potwierdzają liczne skomplikowane urazy, amputacje, a także zgony. 6 tysięcy osób zostało aresztowanych i jest przetrzymywanych bez dostępu do jedzenia i pomocy. Obserwatorzy tych zdarzeń, w tym Polacy, bardzo głośno wypowiadają swój brak zgody na masakrę, która, pomimo czasu „pokoju”, rozgrywa się tam na oczach milionów obywateli innych państw.
To tyle z informacji, do których mamy dostęp. To, czego nie wiemy, to to, jaka będzie przyszłość Białorusi, gdy rząd Łukaszenki zacznie ustalać warunki kapitulacji.
Problem wydaje się być o tyle istotny, że na ten moment ciężko wskazać osobę, która mogłaby i chciała przejąć jego miejsce. Swietłana Cichanouska, choć zdobyła niemal 70 proc. głosów wyborców, wciąż nie jest tą osobą, która chętnie podjęłaby się tego wyzwania. O tyle ciężkiego, że objęcie rządów na Białorusi będzie musiało być związane ze ścisłą współpracą z Kremlem. Oczywiście tak długo, jak żyć będzie Putin. Ciężko więc mówić o tym, że po wyczekiwanym ustąpieniu Łukaszenki, Białoruś będzie krajem wolnym od wpływów. A na obecny moment trudno wskazać w tym kontekście kraj inny niż Rosja. Mając w pamięci zdarzenia na Ukrainie i błędy Rosji jakie miały wówczas miejsce, jej działania będą teraz znacznie „bardziej neutralne” i tym samym mylące obserwatorów. Prędzej czy później to jednak ona będzie gotowa podjąć się „misji stabilizacyjnej”.
Choć więc obecne sceny na ulicach białoruskich miast i miasteczek burzą do walki o pokój i sprawiedliwość, nie można zapominać o tym, że to, co dalej zadzieje się na Białorusi nie pozostanie bez wpływu na polskie sprawy. Samo doprowadzenie do zatrzymania rozlewu krwi nie wystarczy, aby mogło powrócić poczucie bezpieczeństwa i sprawiedliwości.
Za naszą granicą rozgrywa się tragedia, która relacjonowana jest prze media na całym świecie. Właśnie z tego samego powodu, choć wydaje się to niezwykle trudne, nie należy spuszczać z oczu polskiego interesu.

Sztuka czekania

Niektórych przegrane wzmacniają, innych zabijają.

Czy warto było głosować na Rafała Trzaskowskiego, skoro kandydat przegrał ?
Kiedy po wyborach glosujący tak lewicowi wyborcy nie usłyszeli ze strony Trzaskowskiego, ani jego sztabu wyborczego, żadnego słowa podziękowania.
Czy warto było wpierać liberałów z PO, przyjmować wobec nich „służalczą postawę”, taki zarzut często czytałem w Internecie po opublikowaniu tam stanowiska redakcji „Trybuny”. Zachęcającego do głosowania na Rafała Trzaskowskiego.
Wyniki przeróżnych sondaży wskazały, że duża grupa wyborców Lewicy, szacowana nawet do 30 procent, zagłosowała na pana prezydenta Andrzeja Dudę.
Była też grupa, stosunkowo niewielka, ale bardzo aktywna w Internecie, która proponowała bojkot wyborów lub oddanie głosu nieważnego. Przez „ukrzyżowanie” dwóch kandydatów.
Najwięcej, bo około 70 procent wyborców Lewicy poparło Rafała Trzaskowskiego. Gdyby wnioskować z lektury internetowych debat i deklaracji, to można by wysnuć wniosek, że wyborcy starsi, od lat związani z SLD, pamiętający realia państwa niedemokratycznego, nie należącego do Unii Europejskiej, głosowali na Rafała Trzaskowskiego.
Bo pamiętają jeszcze smak rządów autorytarnych i granic we wspólnej Europie. Bo nie są też wielce poszkodowanymi przez kapitalizm III RP. Niektórzy z nich są nawet beneficjentami zmian po „Okrągłym Stole”, tworzonego wtedy państwa.
Wyborcy młodsi, urodzeni lub wychowani w III RP, byli za to bardzo krytyczni wobec aliansu politycznego z liberałami PO.
Bo oni w tym stuleciu, w tej III RP zaznali jedynie ideowego wykluczenia i wyzysku neoliberalnego kapitalizmu. Stąd taki „symetryzm” w podejściu do obu, wrogich im ideowo, kandydatów.
Stad teraz nawet poczucie politycznego triumfu, bo skoro nie ich Trzaskowski przegrał, to znaczy, że ów „symetryzm” był wyborem słusznym.
W przeciwieństwie do młodszych towarzyszy, pomimo przegranej Trzaskowskiego, nie mam poczucia totalnej klęski.
Staż wieloletniego obserwatora życia politycznego, doświadczenia parlamentarne i polityczne, uczą spokoju, pokory i sztuki czekania.
Sztuka i sztuczki
Partia pana prezes Jarosława Kaczyńskiego od 2007 do 2015 roku przegrywała wszystkie kolejne wybory. Prezydenckie, parlamentarne, europejskie, samorządowe.
Ale posiadała ona sztukę politycznego czekania. Tego twórczego czekania.
Z każdych przegranych wyborów elity PiS wyciągały wnioski. Wzmacniały swoje struktury, zaplecza eksperckie, swoje media, i wpływy w przeróżnych organizacjach społecznych.
Stworzył też czytelną dla wyborców alternatywę wobec neoliberalnej III RP.
Swoją IV RP, swoją Dobrą Zmianę.
Dlatego z każdej, kolejnej przegranej PiS wychodziła jako opozycja coraz bardziej wyrazista i silniejsza. Aż przyszedł rok 2015 i od tamtej pory elity PiS wygrywają każde wybory.
Polska lewica, SLD i inne partie i ugrupowania lewicowe, nie potrafiły opanować takiej twórczej sztuki politycznego czekania.
Od przegranej 2005 roku lewicowe elity polityczne robiły wszystko co by tylko mogło zaszkodzić swojej formacji.
Po każdej większej wyborczej przegranej zmieniały przywódcę partii. Nowy lider miał zwabić nowych wyborców.
Po każdej, większej przegranej organizowały wielki Kongres Programowy Lewicy. Ogłaszano tam kolejny, nowy lewicowo brzmiący program, o którym szybko zapominano.
Polityczne lewicowe elity preferowały „rozwój przez podział”, czyli kolejne rozłamy w i tak już słabnącej partii.
Lekceważyły potrzebę tworzenie swego zaplecza eksperckiego. Lekceważyły, wręcz pogardzały, istniejącymi lewicowymi mediami. Wierzyły, że potrafią kupić sobie przychylność liberalnych mediów głównego nurtu.
Zamiast uprawiać sztukę twórczego, opozycyjnego czekania, lewicowi przywódcy zajmowały się „pijarowskimi”, propagandowymi sztuczkami.
Z okazji każdych następnych wyborów zmieniano logo partii.
Każde nowe wybory to nowa nazwa nowego komitetu wyborczego. Każdy nowy komitet wyborczy to także kłótnie i odtrącenia dotychczasowych koalicjantów. To nowi koalicjanci, zwykle w sojuszu na jeden sezon polityczny.
Im mniejsze było poparcie lewicowych wyborców tym arogancja lewicowych elit politycznych wzrastała.
W jej efekcie w 2015 roku cała polska lewica znalazła się poza parlamentem.
Była to polityczna Izba Wytrzeźwień dla niej.
Na szczęście w kolejnych latach mniej było już propagandowych sztuczek, więcej sztuki twórczego czekania.
W wyborach parlamentarnych 2019 lewicowe elity dostały od lewicowych wyborców kredyt za zjednoczenie. Najpierw za Koalicję Europejską w wyborach do Parlamentu Europejskiego, potem za wspólną listę Lewicy w wyborach parlamentarnych.
Ileśmy warci
W czasie dwóch, zwycięskich kampanii Aleksandra Kwaśniewskiego popularne było powiedzenie: „Tyleśmy warci ileśmy zwarci”.
Dzisiaj klub parlamentarny Lewicy nadal jest trzecią, pod względem liczebności, siłą polityczną w naszym kraju.
Ale w ostatnich wyborach prezydenckich nie dało to już trzeciego wyniku.
Okazało się, raz jeszcze, że polscy wyborcy podzieleni są na dwa bloki.
Wolnościowo, demokratyczno, republikańsko, europejski. Głosujący na Trzaskowskiego.
Autorytarny, socjalny, narodowo- katolicki wybierający Andrzeja Dudę.
Polska lewica jest dziś jak krewetka między obu wielorybami. Może dumnie prężyć swe muskuły, deklarować swój polityczny i taktyczny symetryzm, ale skutecznie może to robić jedynie w Internecie.
W życiu realnym jej skuteczność polityczna uzależniona jest od kooperacji z wybranym wielorybem.
Może być zatem sojusznikiem i socjalnym skrzydłem wielopartyjnego bloku wolnościowo – europejskiego.
Może być europejskim, wolnościowym skrzydłem monolitycznego bloku narodowo- katolickiego.
Taki jest stan na dzisiaj.
Jeśli następne wybory parlamentarne i samorządowe odbędą się w konstytucyjnym terminie, czyli za 3 lata, to dla Lewicy ten czas dowyborczy będzie niezwykle ważny.
Jeśli lewicowi politycy, polityczki zwłaszcza, zbudują w tym czasie minimum zaplecza ekspercko, medialno, organizacyjnego swej formacji politycznej, to głoszone postulaty „trzeciej siły politycznej” staną się realne.
Ale to wymaga na początek więcej pracy z ludźmi w Polsce, mniej złośliwych tweetrów w Internecie.
Podziękowania
Wszystkim obywatelom naszego kraju, którzy wzięli udział w wyborach prezydenckich serdecznie dziękujemy.

Redakcja Dziennika „Trybuna”

Kultura po zarazie

Wszyscy głowią się, jak będzie wyglądał świat po zarazie, jak zmieni się życie kulturalne po jego odmrożeniu. Czy wróci w utarte koleiny, czy obierze inny, nieznany kierunek?

To oznacza, że nastała pogoda dla wizjonerów i proroków. Kto jednak nie ma zadatków na proroka, może sięgnąć po wyniki coraz częściej publikowanych sondaży, ankiet i badań opinii, z których wyłania się przybliżony obraz tego, co nastąpi.
Sporo ciekawych wniosków podpowiadają
wyniki sondażu
przeprowadzonego w dnia 8-14 maja, a więc w okresie rozwiniętej już pandemii w połowie marca przez grupę badaczy z Centrum Kultury w Lublinie, przy wykorzystaniu narzędzi i komentarzy dr. Mariusza Gwozdy z Fundacji na rzecz Badań i Inicjatyw Społecznych. Przy wszystkich możliwych i zasadnych zastrzeżeniach, że to tylko sonda, że badania niereprezentatywne, że całkowicie dobrowolnie pozyskane odpowiedzi od przede wszystkim – jak można się domyślać – dotychczasowych odbiorców oferty kulturalnej tego Centrum, warto je dokładnie przestudiować.
Wzięło w nich udział ponad 700 osób, w większości o wyższym wykształceniu i bez wątpienia wyższym od przeciętnego standardzie potrzeb kulturalnych i rzeczywistego uczestnictwa w kulturze. Na pytanie bowiem jak często ankietowani – przez pandemią – korzystali ze spektakli, koncertów, seansów filmowych zadeklarowało, że raz w tygodniu (22 procent) albo częściej niż raz w tygodniu (14 procent) lub co najmniej raz w miesiącu (19 procent) albo częściej niż raz w miesiącu (27 procent). Sumując te wyniki otrzymujemy imponujący wskaźnik 82 procent ankietowanych, którzy uczestniczą co najmniej raz w miesiącu w wydarzeniu artystycznym. To wynik znacznie przekraczający przeciętną krajową. Pamiętajmy, że badania są prowadzone w Polsce, gdzie przeciętny rodak sięga po książkę rzadziej niż raz na dwa lata, a tzw. tzw.
indeks praktyk kulturalnych
przyjęty w Unii Europejskiej do badania poziomu uczestnictwa w kulturze sytuuje nas na końcu unijnej tabeli. Tak więc, wracając do ankietowanych, reprezentują oni, jeśli nie elitę, to z pewnością grupę znacznie bardziej zaawansowanych uczestników kultury od przeciętnej krajowej. Co zresztą potwierdza ich odpowiedź na pytanie: „Czy uczestnictwo w życiu kulturalnym i korzystanie z oferty instytucji kultury jest dla Pana/i ważne?”. Okazało się, że aż 91 procent ankietowanych odpowiedziało na tak postawione pytanie twierdząco.
Warte uwagi są wyniki sondażu dotyczące preferencji wyboru propozycji kulturalnych online, od których zrobiło się aż tłoczno w Internecie. Wbrew oczekiwaniom ankietowani traktują niemal równorzędnie spektakle (49 procent), koncerty (48 procent) i filmy (51 procent). Rzecz inaczej wyglądała, kiedy zapytano badanych o ich gotowość bezpośredniego uczestnictwa w imprezach kulturalnych już po ustąpieniu pandemii. Wtedy rozkład preferencji przedstawiał się następująco: najwięcej zwolenników zebrały koncerty (34), projekcje filmowe w kinach (18 procent) i spektakle (17 procent), ale i tak wyraźna pozostała przewaga kontaktu z żywym wykonawcą, co – jaki komentuje dr Gwozda dowodzi, że odbiorcy kultury stęsknili za bezpośrednim kontaktem z artystami i wyżej cenią sobie spektakle i koncerty (łącznie) od „bezdotykowego” kina. To dość krzepiąca wiadomość dla twórców teatralnych, bo – jak wiadomo – bezpośrednie oddziaływanie, tworzenie żywej wspólnoty jednego wieczoru jest fundamentem sztuki teatralnej, bez której sztuka teatru nie może się obejść.
Wspomniane deklaracje nie oznaczają, że odbiorcy kultury nie wyrażają poważnych obaw czy wahań związanych z uczestnictwem w imprezach masowych. Chętniej przewidują swój udział w spotkaniach czy zdarzeniach kameralnych niż w wielkich imprezach. Wiele osób wyraża wątpliwości, czy podczas imprez masowych rzeczywiście będzie dotrzymywany reżim sanitarny, czy bliskość fizyczna wielu osób nie stworzy na nowo zagrożenia epidemicznego. Jak widać, obawy, jakie wniosła – być może na trwałe – do naszego życia pandemia. Można się spodziewać, że podobnego typu obawy będą nam towarzyszyć jeszcze bardzo długo, nawet po wygaśnięciu je ognisk, oddziałując na zachowania i obyczaje kulturalne. Tak czy owak, będzie musiało upłynąć trochę czasu, nim publiczność na nowo uwierzy w bezpieczeństwo korzystania z sal teatralnych, koncertowych czy kin.
Może jeszcze bardziej znaczące, choć w samym badaniu we wspomnianej ankiecie specjalnie nieeksponowane są odpowiedzi na pytanie o
deklarowany poziom wydatków
ponoszonych na zaspokojenie potrzeb kulturalnych. Większość, bo 38 procent ankietowanych deklaruje utrzymanie dotychczasowego poziomu wydatków na kulturę, 10 procent jest gotowych zwiększyć te wydatki, ale aż 24 procent zapowiada ich zmniejszenie.
To bardzo ważna przestroga dla polityków i organizatorów życia kulturalnego. Oznacza bowiem, że aż co czwarty odbiorca kultury zamierza redukować swoje wydatki na kulturę. Wprawdzie nie wiemy w jakim stopniu, a także nie towarzyszą tej deklaracji żadne bliższe motywacje, ale nietrudno je sobie wyobrazić. Jeśli pamiętać o ekonomicznych skutkach zamrożenia gospodarki, spodziewanym i już następującym zubożeniu społeczeństwa, a więc i spadku siły nabywczej konsumentów kultury, wyjaśniają się powody zapowiadane zmniejszenie wydatków na kulturę . To ważna informacja także dla polskiej lewicy, w której programach zawsze akcentowano walkę o zapewnienie dostępności kultury, o niwelowanie występujących wciąż nierówności, które tę dostępność limitują. Prawdę mówiąc, wszystkie pozytywy omawianej ankiety, przyćmiewa ta ostatnia informacja. Jeśli bowiem rzeczywiście aż czarta część odbiorców kultury obniżyłaby poziom wydatków na kulturę, musiałoby to nieuchronnie doprowadzić do bardzo niepokojących skutków, zwłaszcza biorąc pod uwagę osłabioną wydolność finansową wielu instytucji artystycznych. Jeśli do tego dodać spodziewane obniżenie wpływów z biletów związane z koniecznością przestrzegania reżimu sanitarnego, sytuacja finansowa teatrów, filharmonii, kin, a nawet części muzeów może prowadzić do ich bankructwa. To z kolei tworzyłoby nowe „dziury” w sieci instytucji kulturalnych, a więc sprzyjało pogarszaniu się dostępności do kultury, Groziłby to w rezultacie efektem błędnego koła dekulturacji. Żeby temu niebezpieczeństwu zapobiec, trzeba już teraz myśleć o programie osłonowym, który chroniłby najsłabszych przed wykluczeniem z kultury.
Osobną częścią lubelskiej ankiety były opinie i propozycje uczestników – trudne do jakiegoś statystycznego uśrednienia – na temat powstałej w wyniku pandemii sytuacji i przyszłości. Niektóre z nich na pewno warte są uwagi i przemyślenia. Odsłaniają bowiem kierunek myślenia, jaki obrali odbiorcy kultury, a tym samym poniekąd zaproponowali organizatorom życia kulturalnego. Trudno je tutaj wszystkie omawiać, dla przykładu zacytuję tylko dwie z przytaczanych odpowiedzi na ankietę:
„Myślę, że to dla instytucji kultury może być nowy start. Nie wrócicie do tego, co było, tak samo, jak reszta z nas. Trzeba wykorzystać Internet nie jako dodatek do działalności kulturalnej, ale jako jedną z form, by utrzymać kontakt z ludźmi, którzy nigdy nie byli u Was, a Internet sprawia, że są i będą Waszymi odbiorcami”.
I drugi wpis:„Otwarcie świata po epidemii powinno być nowym otwarciem dla wszelakich idei, inicjatyw i działań. Należy wykorzystać zaistniałą sytuację do przeprowadzenia szeregu zmian, nie tylko tych związanych z wirusem. Zachęcam Państwa do wypełniania swojej misji w taki sposób, aby kultura zbliżała ludzi”.
Jak więc widać, to poważne oczekiwania. Apetyt na kulturę wcale nie maleje, ale zmieniają się warunki korzystania z jej dobrodziejstwa.

Po zarazie

W przeszłości nawiedzały nas kilkakrotnie epidemie dżumy, cholery, hiszpanki i innych niesfornych szczepów grypy. Wydawało mi się jednak, że w XXI wieku medycyna osiągnęła już taki poziom, przy którym masowe zarażanie ludzi na całym świecie nie jest możliwe. A jeśli nawet taka „zaraza” się pojawi, to na bardzo krótko.

Tysiące ośrodków naukowych niemal natychmiast wymyśli leki, które ją z łatwością przerwą. Pamiętałem, jak w końcowym okresie II wojny lekarze armii alianckich wpadali w euforię, gdy dostali pierwsze partie penicyliny, traktowanej wtedy, jako cudowny lek „na wszystko”. I spodziewałem się, że teraz walka z jednym rodzajem wirusa będzie dużo łatwiejsza.
Uparty wirus
Tak się – niestety – nie stało. Epidemia koronawirusa nam się przedłuża. Wraz z nią przedłużają się różnego rodzaju ograniczenia swobód obywatelskich, do których byliśmy przyzwyczajeni, mimo panującego w Polsce od kilku lat ustroju stanowiącego swoisty cocktail demokracji z autokracją. Cocktail smakowity dla zwolenników jednej opcji politycznej, która utrzymuje legalnie zdobytą władzę tylko dlatego, że jesteśmy leniwcami niechętnie chodzącymi na wybory i niepotrafiącymi stworzyć sprawnej i względnie jednomyślnej opozycji.
Teraz, kiedy wojna wirusowa wprawdzie jeszcze trwa, ale jest nadzieja na jej pozytywne zakończenie, wysłuchuję wróżb i opinii mądrych ludzi o jej psychologicznych, społecznych i politycznych następstwach.
W zależności od tego, czy są z natury optymistami czy pesymistami, wierzącymi katolikami czy agnostykami, malują nam znacznie różniące się obrazy postwirusowej przyszłości.
Jak dotychczas żaden z tych obrazów mnie nie przekonał. Natomiast mój wrodzony cynizm podpowiada, że niewiele się zmieni. Podobne dyskusje przy stołach w pańskich dworach i miejskich apartamentach odbywały się po epidemii cholery w 1831 roku i po ataku hiszpanki, w czasie powstawania II Rzeczpospolitej, w 1919 – 20 roku.
A obiektywnie trzeba przyznać, że były one bardziej groźne i brzemienne w tragicznych skutkach. W 1931 roku na „rozebranych” wówczas polskich ziemiach pozostających we władaniu Rosji, Prus i Austro – Węgier, łączna liczba ofiar śmiertelnych przekroczyła 150 tysięcy. Z tego punktu widzenia następstwa obecnej epidemii będą zapewne wielokrotnie mniejsze.
Znajomi medycy i pasjonaci medycyny uważają, że obecny atak koronawirusa załamie się w miesiącach wiosennych. W drugiej połowie roku nadal będą trwały intensywne poszukiwania skutecznych leków i szczepionek. Część tych poszukiwań przyniesie pozytywne wyniki. Wirus jednak nie zniknie, ale od jesieni 2020 roku powinien już być trzymany w ryzach, tak jak np. odra, która co pewien czas przypomina o swoim istnieniu.
Optymistyczne wizje
Są tacy, którzy uważają, że jak już przyjdzie ten czas i nastąpi względne uspokojenie nastrojów, to podstawowym efektem ataku i osłabienia wirusa będzie zmiana mentalności naszych obywateli. Przytłoczeni indywidualnymi i powszechnymi tragediami, bogaci w doświadczenia solidarności i społecznej dyscypliny staniemy się bardziej przyjaźni i skłonni do pojednania. Religijni staną się jeszcze bardziej religijni, kościoły się zapełnią jak w IXX wieku, politycy zaczną wzajemnie wybaczać sobie grzechy kłamstwa i bezpodstawnego oczerniania. Taka narodowa idylla zakrapiana łzami skruchy i nadziei.
W mojej łysej głowie jakoś nie mieści się taki słodki obrazek. Odwrotnie – widzę zaostrzenie walki politycznej, zasypywanie przeciwników zarzutami nieudolności w tworzeniu koncepcji i prowadzeniu wojny z wirusem, brak dobrych pomysłów hamowania i zatrzymania postwirusowego kryzysu ekonomicznego. Rządząca od kilku lat partia będzie kurczowo walczyła o utrzymanie władzy zarówno dlatego, że nauczyła się i przyzwyczaiła czerpać z niej indywidualne korzyści, jak i z obawy przed konsekwencjami za permanentne naruszanie konstytucji, błędy zarządzania i lekceważenia poglądów nie tylko opozycji, ale i „milczącej większości” suwerena.
Do następnych wyborów parlamentarnych jeszcze daleko, ale aktualna władza może się przewrócić znacznie wcześniej, z jednego z dwóch powodów. Jeśli co najmniej jeden z koalicjantów tworzących zjednoczoną prawicę odmówi dalszego występowania w roli bezwolnej przybudówki, albo w wyniku zmasowanych protestów społecznych. Początki takiego powodu w wykonaniu Porozumienia Gowina już widzimy.
Drugi powód występował w Polsce właściwie zawsze, jeśli ceny rosły, narastały trudności ze znalezieniem właściwej pracy i stopa życiowa suwerena ulegała obniżeniu. A tak właśnie będzie, zarówno w końcowej fazie wojny z wirusem, jak i po jej zwycięskim zakończeniu.
Powtarzam – jestem przekonany, że postwirusowy okres będzie politycznie bardziej nerwowy, bo zmiana władzy będzie pożądana przez „masy” i stanie się nie tylko realna, ale niemal pewna. Potyczki parlamentarne przekształcą się w bitwy, w których będzie dużo indywidualnych ofiar, niektóre partie stracą wpływy i pozycję na scenie politycznej, inne zaskakująco się rozwiną i będą walczyły o udział przy nowym, rządowym stole.
Kryzys
Na przebieg tej postwirusowej wojny zasadniczy wpływ wywierać będzie wyraźnie odczuwane pogorszenie sytuacji gospodarczej. Będą próby jego łagodzenia, ale nie da się go uniknąć. W okresie walki z wirusem w wielu branżach całkowicie przerwano lub znacznie ograniczono produkcję dóbr i usług. Patrząc optymistycznie, – co najmniej milion ludzi zasili szeregi bezrobotnych. Wzrosną ceny i z trudem hamowana będzie inflacja. W przemyśle porwane będą więzi kooperacyjne. Wiem z własnych doświadczeń jak trudno je odbudować.
Trudności gospodarcze w Polsce będą miały jeszcze dodatkową przyczynę. W okresie władzy PISu wydawano zbyt dużo pieniędzy dla uzyskania poparcia suwerena, na planowane pokazowe inwestycje w rodzaju centralnego portu komunikacyjnego i na unowocześnienie armii – dziwnym trafem zawierając umowy niemal wyłącznie z producentami z USA i nie przejmując się relatywnie wysokimi cenami.
Nie jestem zdeklarowanym pacyfistą, ale poruszając ten wątek nie mogę się powstrzymać od niewielkiego komentarza. Istnienie NATO i sytuacja polityczna w Europie nie daje mi podstaw do niepokoju, że w najbliższych dziesięcioleciach będziemy zmuszeni do militarnej obrony naszych granic, albo do ataku na czyjeś granice.
Nasza armia, podobnie zresztą jak armie wszystkich krajów średnich i małych, w obecnych warunkach może być tylko waleczną przystawką do głównego dania, jakim była by wojna wielkich mocarstw z użyciem taktycznej broni atomowej i całkiem nowych, nieznanych nawet naszemu wywiadowi, rodzajów uzbrojenia.
Więc – moim niefachowym zdaniem – kupujmy głównie tańszą broń krajowych producentów i sięgajmy zagranicę tylko wtedy, kiedy oferują nam naprawdę korzystne warunki zakupu. I kupujmy tylko wtedy, kiedy wszyscy fachowcy, „swoi” i opozycyjni, uznają, że jest to niezbędne.
Teraz i w najbliższej przyszłości, kiedy trzeba wspomagać krajowe przedsiębiorstwa ratując je przez bankructwem i zwalnianiem niemal wszystkich pracowników – w kasie państwa widać dno. Strumienie gotówki płynące do kasy błyskawicznie się skurczą. Bankrutujące firmy nie będą miały z czego płacić podatków i – co jeszcze gorsze – zobowiązań wobec swoich dostawców. Łańcuchy wzajemnego zadłużania zaczną rosnąć, mimo spodziewanych ułatwień w pozyskiwaniu kredytów. Państwo nie będzie miało innego wyjścia i zacznie ponownie zwiększać zadłużenie.
Światełko w tunelu
Dzisiaj jesteśmy przekonani, że uwaga władzy powinna być skoncentrowana na walce z wirusem. Gospodarka żyje jeszcze rozpędem z poprzedniej koniunktury, zjada zapasy, resztkami finansowych zasobów stara się wspomagać niektóre przedsiębiorstwa i organizacje. Ale za dwa – trzy miesiące osłabiony już wirus będzie nadal nas gnębił, a kryzys gospodarki stanie się bardziej uciążliwy.
Suweren zacznie się upominać „o swoje” i okazywać wyraźne niezadowolenie z działań „rządu i partii”. Jestem niemal pewien, że nastąpią poważne zmiany w konfiguracjach politycznych. Nie wykluczam, że opozycja przejmie pałeczkę władzy. Rząd, który powstanie, będzie miał trudne zadanie. Nawet, jeśli będzie popełniał niewiele błędów i w odczuciu obywateli zapali światełko w tunelu, to odkopanie kraju z zapaści gospodarczej zajmie mu, co najmniej następne dwa lata.
Będzie trudno, ale przeżyjemy ten okres i wrócimy na ścieżkę wzrostu. Mój pies zaczął wprawdzie kopać głębsze dołki i gromadzi w nich zapasy, ale on od urodzenia był panikarzem. Mimo to nie przechodzi mu chęć do nieustannej zabawy. Właściwie powinniśmy brać z niego przykład.

Niepewność jutra

Pisząc poprzedni felieton dla Trybuny (Ten pożyteczny wirus – 16 marca 2020 r.) byłem przekonany, że do „sprawy” koronawirusa nie będę już wracał.

Naiwnie przypuszczałem, że epidemia albo wygaśnie po kilku tygodniach, albo przynajmniej w społecznym zainteresowaniu i środkach masowego przekazu ustąpi miejsca naszej nerwowej polityce i codziennym problemom, gnębiącym większą część suwerena, niezwiązanego z PISem.
Okopy obronne
Stało się jednak inaczej. Siedzę w domu straszony przez telewizje wszystkich maści, radio i znajomych, którzy patrząc na moją pomarszczoną twarz albo poznając datę urodzenia, wykazują widoczne objawy zakłopotania i strachu. Mówią mi, że jestem na czele grup ryzyka, mam szanse na szybkie zarażenie i póki nie przeniosę się do czyśćca, będę stanowił dla nich poważne zagrożenie.
Postanowiłem to przemyśleć. Mimo złośliwego obniżenia temperatury otuliłem się starym kocem i umościłem na przyzbie, gdzie często napadają mnie filozoficzne rozważania.
Walkę z korona wirusem nasz rząd poprowadził szerokim frontem. Młodzież nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić, bo zamknięto szkoły i uczelnie. Teraz już wie, że ma się uczyć „zdalnie”. Wprawdzie na ogół szkoły są wyposażone w komputery, ale nie mają wprowadzonych systemów „zdalnego nauczania”. W końcu Polska to nie Australia i nie było takiej potrzeby. Ale jesteśmy zdolni i szybko się nauczymy.
Nie działają teatry i kina, zamiera handel, bo nieczynnych jest wiele sklepów nie tylko w galeriach handlowych. Ogranicza się działanie transportu międzymiastowego i miejskiego. Praktycznie przestał działać pasażerski transport lotniczy. Wiele przedsiębiorstw przemysłowych przerywa lub ogranicza produkcję. Biura podróży nie mają klientów, więc wycofują się z umów zawartych z hotelami. Nie organizują pobytów wypoczynkowych ani wycieczkowych i przygotowują się do zajęcia pierwszego miejsca w tsunami bankructw firm, jakie lada dzień się zacznie.
Powtarzam te powszechnie znane informacje tylko dlatego, aby mieć punkt startowy do moich wątpliwości, dotyczących najbliższej i nieco dalszej przyszłości.
Pomijam skutki ekonomiczne powstałej sytuacji, która przypomina mi kilka powieści z gatunku sf. Wprawdzie nie napadli na nas (jeszcze!) złośliwi przybysze z kosmosu, tylko jakiś niewidoczny wirus.
Następstwa ataku
Te skutki, obejmujące zmniejszenie produkcji przemysłowej, wyraźny wzrost cen, przejściowy – ale znaczny i groźny – wzrost bezrobocia, perturbacje w handlu krajowym i międzynarodowym, utrzymają się przez kilka miesięcy po zahamowaniu rozwoju wirusa. Będzie to prawdopodobnie bardzo głęboka światowa recesja, której skali nie potrafię ocenić.
Ale ekonomiczne następstwa najazdu koronawirusa to tylko jedna z przyczyn rosnącego we mnie niepokoju. Będziemy wprawdzie biedniejsi albo bezrobotni, ale nasze codzienne życie powinno przecież wrócić do względnie normalnego wyglądu. Jednak ta kilkudniowa spóźniona zima powoduje, że nie wiem, czy siedząc na przyzbie trzęsę się bardziej z zimna czy z obawy, że ten powrót może być znacznie trudniejszy, niż dzisiaj nam się to wydaje.
Przede wszystkim koronawirus bezwiednie wpłynie na nasze życie polityczne. Nie wycofa się z pola bitwy do pierwszej dekady maja. Jestem przekonany, że wybory prezydenckie w tym terminie jednak się nie odbędą. Kampanię wyborczą może prowadzić tylko jeden kandydat – a więc nie byłyby demokratyczne. Nie starczy ochotników do ich organizacji i obsługi. Zgromadzenia w lokalach wyborczych są niebezpieczne epidemiologicznie i niezgodne z wprowadzonymi ograniczeniami. Gdyby jednak próbowano organizować je „na siłę”, to pójdzie na nie tak mało ludzi, że ich wynik nie będzie wiarygodny. No i poparcie dla obozu rządzącego, który świadomie naraża ludzi na chorobę, radykalnie spadnie.
Przypuszczam, że wirus łaskawie pozwoli, aby wybory odbyły się we wrześniu lub październiku. Przerwana kampania wyborcza na krótko ożyje i przynajmniej da możliwość przeprowadzenia konfrontacji kandydatów. Pozycja obecnego prezydenta nie będzie już tak silna i nie można wykluczyć, że PIS zacznie szukać formalnej furtki pozwalającej na zmianę kandydata, na kogoś aktualnie bardziej „modnego”.
Zagraniczne drobiazgi
W postepidemicznej rzeczywistości obudzimy się także w nieco zmienionych stosunkach międzynarodowych. Rosja wróci na salony i przestanie być ostrzeliwana sankcjami. Ten polityczny „zwrot przez rufę” będzie głównie wynikiem krótkich pertraktacji specjalistów i jednej rozmowy telefonicznej premiera Włoch Giuseppe Contiego, z prezydentem Władimirem Putinem. To, że w czasie tej rozmowy obiecano pomoc w zwalczaniu epidemii, było pozytywem sprzyjającym odmrażaniu stosunków, ale nierobiącym specjalnego wrażenia na „szarych” obywatelach.
Wstrząsem dla zbiurokratyzowanych Europejczyków było dopiero to, że w czasie 48 godzin od tej obietnicy wielkie, rosyjskie samoloty transportowe IŁ 76, przerzuciły do Włoch prawie 500 ton sprzętu i 100 lekarzy wirusologów z pomocniczą obsługą, wyposażonych w laboratoria, urządzenia do testów diagnostycznych, a nawet w wojskowe, polowe mini szpitale. Rosja jeszcze raz udowodniła, że potrafi zmieniać „nastrój” w polityce zagranicznej relatywnie niewielkimi gestami i szybkością reakcji. Przypuszczam, że w nowych warunkach nasza rusofobia będzie jeszcze bardziej osamotniona i kosztowna.
Obawa przed nawrotem wirusa zmieni na długi czas nasze „zachodnioeuropejskie” zwyczaje. Huczne imprezy całkiem nie zanikną, ale zapewne w znacznym stopniu będą zastępowane kameralnymi, kilku lub kilkuosobowymi prywatkami. Znowu będziemy śpiewać „ach te prywatki niezapomniane”. Zapraszanie wielu gości z zagranicy przestanie być „w dobrym tonie”.
Co dalej?
Skutkiem pozytywnym ataku wirusa może być zapewnienie i utrwalenie lepszej kondycji służby zdrowia. i uproszczenie jej relacji z pacjentami. Czas powirusowy będzie odpowiedni dla poważnego rozważenia wprowadzenia symbolicznych opłat za wizyty w przychodniach lekarskich i za każdy dzień pobytu w szpitalu. Powinien też zaprocentować ostatecznym zerwaniem ze zwyczajem wizyt u lekarzy pierwszego kontaktu tylko po to, aby otrzymać recepty na używane stale leki, związane z chorobami przewlekłymi. Takie recepty powinno się zamawiać wyłącznie przez telefon lub e-mailem.
Względne opanowanie wirusa nie musi jednak oznaczać natychmiastowej anulacji wszystkich antyepidemicznych przepisów. Szybciej zrezygnuje z „tarczy” wspomagającej przedsiębiorstwa, niż rozwoązań ograniczających swobody obywatelskie.
Mam zresztą obawy, że nasz rząd w ogóle nie będzie się spieszył z łagodzeniem ograniczeń swobody obywateli. Bardziej głębokie ubezwłasnowolnienie obywateli jest wygodne dla rządu i wszelkich „służb”, jest podstawą wprowadzania społecznej dyscypliny i „zarządzania przez strach”. Obywatel, który musi przestrzegać wielu zakazów i bać się władzy, jest bardziej spolegliwy.
Można się też obawiać psychologicznych następstw epidemii w formie stygmatyzacji społeczeństwa, jego podziału na tych, którzy chorowali i tych, którzy tego uniknęli. Byłeś zarażony koronawirusem, ale „my” cię wyleczyliśmy, daliśmy ci drugie życie. Zawdzięczasz je „nam”, twojej niesamowicie sprawnej władzy, którą powinieneś obdarzać nie tylko zaufaniem, ale też miłością. Słuchać się jej i zwalczać wszelkie objawy totalnej opozycji w twoim środowisku. Pewnie większość tych nieposłusznych nie chorowała i nie wie, jak było nam ciężko.
Zaczęło się ściemniać i mroźny powiew wiatru dotarł do mego azylu. Trzeba się podnieść z przyzby i schować w domu. Nie wiem, czy ten cholerny wirus nie lata z wiatrem i na mnie nie poluje. Sąsiad za drucianym płotem. otulający swoje roślinki przed zapowiadaną mroźną nocą, patrzy na mnie jakoś dziwnie.

Na zakręcie

Niestety – obawiam się, że okres kampanii wyborczej kandydatów na prezydenta będzie sprzyjał dalszemu zaostrzeniu wymiany poglądów między zwolennikami i przeciwnikami obecnie łaskawie panującej władzy. Nasilą się zarzuty dotyczące przeszłości i osobiste wycieczki, poddające w wątpliwość walory intelektualne kontrkandydatów. Nie zabraknie także zwykłych, otwartych i ukrytych inwektyw. Sami kandydaci będą zapewne bardziej wstrzemięźliwi, ale ich sztaby i zwolennicy pokażą, co potrafią.

Będziemy świadkami zarówno czołobitnych deklaracji wierności, jak i nerwowych „dyskusji” na wiecach i spotkaniach, a także – co jest naszą wyjątkową specjalnością – na pogrzebach znanych osób. Mam nadzieję, że tej ostatniej okazji w okresie przedwyborczym nie będzie, ale przecież nie można tego wykluczyć.
Zmiana zachowań
W ostatnich latach, czyli za rządów Prawa i Sprawiedliwości, zauważyłem niekorzystną zmianę naszych zachowań i publicznego artykułowania poglądów. Różnice politycznych ocen zaczynają być zbyt osobiste, zmieniają się w prywatną nienawiść do tych, którzy są po drugiej stronie. Jestem daleki od twierdzenia, że to grozi wojną domową, albo w masowej skali przybierze objawy indywidualnej zemsty – w rodzaju tragicznego morderstwa prezydenta Adamowicza. Ale uważam, że będzie procentowało wzmożonymi zachowaniami świadczącymi zarówno o lekceważeniu osób o innych poglądach jak i o chamskich cechach charakteru, nieskutecznie przykrywanych zdobytym wykształceniem. A przy okazji także o braku zrozumienia zasad demokracji.
Klinicznym przykładem inicjującym przedwyborczy okres takich zachowań było przedarcie i wyrzucenie projektu uchwały sędziów sądu rejonowego w Olsztynie przez jego prezesa. To symbol czasu – wielokrotnie powtarzany przez telewizję. I słusznie powtarzany. Bo w demokracji każda grupa osób może się zebrać i podjąć uchwałę, prezentującą wspólne poglądy w dowolnych sprawach. Można się z nimi nie zgadzać. Ale nie można ich ostentacyjnie lekceważyć. Jeśli się tak postępuje, to posiadacze bardziej wyczulonych nosów mogą powiedzieć, że czują zapach odradzającego się faszyzmu.
Przy tej okazji przypomniały mi się zachowania niektórych ludzi w czasie pogrzebów ważnych polityków i generałów rządzących Polską w okresie PRLu. U wielu bezpośrednich obserwatorów i telewidzów budziły nie tylko niechęć, ale i zdziwienie. Zdziwienie, że można tak się zachowywać w ogóle przed kościołem i na cmentarzu – nawet, jeżeli uznaje się kogoś za osobistego wroga. W tym przypadku zresztą ta osobista wrogość występowała chyba w sporadycznych wypadkach. Zdecydowana większość krzyczących, plujących i machających transparentami na pewno nie znała zmarłych, a nawet nie żyła w okresie, w którym oni byli „trzymającymi władzę”. Tą manifestowaną nienawiść wynieśli więc albo z domu, albo ze szkoły, albo z kościoła. Gnębi mnie pytanie, – kto lub co spowodowało, że szlacheckie tradycje Polaków zmieniają się czasem w zwykłe chamstwo?
W sklerotycznej pamięci zaciera mi się wiele obrazów. Ale z czystym sumieniem mogę powiedzieć, iż nie widziałem takich zachowań ani w II RP, – czyli przed wojną – ani czasach PRL. Byłem z moim ojcem – jako niewyrośnięty chłopiec – na pogrzebie Piłsudskiego. Ojciec był oficerem II Brygady Legionów, więc uważał go za bohatera. Ale nie wpadał w euforię, odnosił się krytycznie do zamachu majowego, kazał mi pamiętać o liczbie jego ofiar (379) i o błędach rządów pomajowych. Wiele osób kontestowało ten pogrzeb, ale nikt nie zachowywał się w sposób przypominający „osiągnięcia” protestujących na pogrzebach w okresie III Rzeczpospolitej. Nikt też nie stosował zmasowanego hejtu. Wprawdzie stosowanie tego instrumentu walki politycznej nasiliło się dopiero po upowszechnieniu Internetu, ale i przed tym był sporadycznie stosowany w prasie, radiu i telewizji.
Szkoła
Powtórzmy więc pytanie – skąd obecnie biorą się takie zachowania?Sądzę, że jednym ze źródeł tej zmiany jest szkoła. Uczymy historii współczesnej z wyraźnym akcentowaniem jej „białych” i „czarnych” stron. W podręcznikach i interpretacjach nauczycieli brakuje szarości. Jeśli gimnazjalista i licealista potrafi nazwać polityka „zdrajcą” i nie umie nawet sprecyzować, kogo lub czego – to znaczy, że bezmyślnie powtarza to, co musiał usłyszeć w szkole lub domu. To, co jest szare – jak przynajmniej część okresu PRL – przedstawiane jest jako skrajnie czarne. W rezultacie młody człowiek opuszczający szkołę często identyfikuje ten okres wyłącznie ze stanem wojennym i octem na półkach. Tylko takie opowiadania słyszy zresztą w telewizorze z ust tych, którzy na stare lata przyznają się do tego, że zawsze byli opozycjonistami i „walczyli z reżimem”. Nikt więc stojąc w błocie nie budował fundamentów Nowej Huty, nie odbudowywał Warszawy po zniszczeniach wojennych, nie zagospodarowywał „ziem odzyskanych”, nie studiował i nie pisał książek. Nikt nie opowiada, że w tym – w końcu blisko 50 – letnim okresie – bywało strasznie, ale bywało też wesoło, rozkwitały teatry i kabarety, śmiano się z siebie oglądając filmy Barei, a Wajda „nakręcił” arcydzieło, jakim niewątpliwie był „Popiół i diament”.
To jednostronne naświetlenie PRLu powoduje, że młodzież i nieco starsze pokolenie uważa ten okres za „zdradę narodu” i wszystkich, którzy coś w tym okresie robili za „złych”, których trzeba przy każdej okazji potępiać. Nie wiedzą lub nie pamiętają, że znaczna ich część dzieciństwo spędziła w małych mieszkaniach masowo budowanych za Gomułki i Gierka i przydzielanych ich rodzicom za symboliczne pieniądze.
Bezsensowne podziały
Kto jeszcze jest winien? Nieco starsze i całkiem stare pokolenia, które doprowadziły do powstania nie tylko politycznych podziałów, (bo to się wszędzie zdarza), ale także do podziałów mentalnych związanych z indywidualnymi losami poszczególnych ludzi. Rozbiliśmy nawet piękną ideę skautingu. Zasłużony w 20 letnim okresie między wojennym, zasłużony w walce z okupantem Związek Harcerstwa Polskiego musieliśmy „uzupełnić” drugim związkiem – Związkiem Harcerstwa Rzeczypospolitej. Nie znam podobnego rozwiązania w europejskim skautingu. Moi polegli koledzy z harcerskich batalionów AK walczących w konspiracji i Powstaniu Warszawskim nigdy nie przypuszczali, że będzie potrzeba tworzenia konkurencyjnego harcerstwa.
Ale to małe piwo. Jeszcze gorzej jest z kombatantami. Bezpośrednio po wojnie utworzono jeden związek kombatancki – Związek Uczestników Walki Zbrojnej. Miło było patrzeć, jak na spotkaniach kół tego związku siedzieli przyjaźnie do siebie nastawieni ludzie w adaptowanych do cywilnych potrzeb drelichowych, zielonych mundurach I i II Armii WP, porządniejszych bluzach angielskich, niekiedy wzbogacanych niebieskawymi mundurami sił powietrznych Jego Królewskiej Mości (RAF), a nawet w amerykańskich bateldresach. To jednak komuś przeszkadzało najpierw po lewej, a potem po prawej stronie. Dzisiaj mamy znacznie mniej żyjących uczestników walki zbrojnej, ale za to ponad 70 Związków i stowarzyszeń kombatantów „o ogólnokrajowym zakresie działania”. Większość z nich jest ideologicznie „po prawej stronie mocy”, gniewa się na tych bardziej po lewej, nie chce ich pomników i nazywa postkomunistami.. Nic więc dziwnego, że jest np. wielu uczestników Powstania Warszawskiego (łącznie z autorem tego tekstu), którzy przestali brać udział w „imprezach patriotycznych” i nie czują się związani z żadnym związkiem. Nie chcą być identyfikowani z tymi, którzy innych kombatantów uważają za „gorszych” i – mówiąc patetycznie – różnicują krew przelaną przez Polaków w II wojnie światowej.
Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni
Część odpowiedzialności ponosi także kościół katolicki, który – niestety – cicho lub głośno sprzyja podziałowi społeczeństwa, wspierając określone partie polityczne, lub określone zachowania polityków. W wielkich aglomeracjach wpływ Kościoła jest mniejszy, ale na wsi i w miasteczkach poglądy proboszcza są niekiedy decydujące, w istotny sposób wpływając na postawę zwłaszcza mniej wykształconej części lokalnej społeczności. Jeśli proboszcz powie, że określony kandydat na prezydenta jest bezbożnikiem i na pewno pójdzie do piekła – to mu wierzą. Jeśli powie, że jest głęboko wierzącym katolikiem – to też wierzą. I w obu przypadkach są gotowi manifestować swoje poparcie kartką wyborczą.
Swój udział we wprowadzaniu nowych zachowań Polaków mają także media – zwłaszcza elektroniczne. Poświęca się wiele czasu – i słusznie – Warszawskiemu Powstaniu, bitwie pod Monte Cassino, dywizji generała Maczka, ale nie wspomina się o rocznicach bitwy pod Lenino, w Kołobrzegu czy też bitwie o Berlin, w której zginęło 8900 naszych żołnierzy. To powoduje, że u nielicznych już uczestników tych bitew i ciągle bardzo licznych ich rodzin, powstaje poczucie społecznego wykluczenia.
Kto więc ostatecznie ponosi winę za to, że tak niekorzystnie zmieniają się nasze zachowania? My wszyscy. „My naród” jak powiedział Lech Wałęsa w Kongresie USA, powtarzając sformułowanie z ich konstytucji. „My naród” nie sprawdzamy się na razie w warunkach demokracji.
Mam wrażenie, że teraz, w okresie poprzedzającym wybory prezydenckie, jesteśmy na historycznym zakręcie, z którego możemy wyjechać w kierunku naprawiania demokracji, ale możemy też wybrać kierunek autokracji, dyskretnie nawiązującej do socjalizmu – i to tego bardziej narodowego. I wtedy może nam być rzeczywiście nie po drodze z Unią Europejską.

Przed Konwencją SLD

14 grudnia Konwencja SLD zmieni statut partii. Jak? Na oficjalnej stronie SLD czytamy, że chodzi o: „zmiany w Statucie partii, które dadzą podstawę prawną do zmian organizacyjnych. Należy się spodziewać połączenia Sojuszu Lewicy Demokratycznej oraz Partii Wiosna Roberta Biedronia, a także innych lewicowych struktur, które wyrażą taką wolę.” Ale o jakie konkretnie zmiany chodzi? Zmiana statutu to rzecz niebłaha. Jakie są konkretne propozycje tych zmian? Niestety, tutaj jasne odpowiedzi władz SLD się kończą. Spróbujmy to uporządkować na podstawie strzępków doniesień czy fragmentów wystąpień członków kierownictwa SLD.

Punktem wyjścia powinno być uznanie (potwierdzone przez M.Kulaska na posiedzeniu dolnośląskiej Rady Wojewódzkiej SLD we Wrocławiu w dniu 18.11.b.r.), że niezależnie od zabiegów formalnych, o których niżej, właściwie powinniśmy mówić o nowym podmiocie na polskiej scenie politycznej, który pojawi się po zakończeniu procesu integracji SLD i „Wiosna”.
Podstawowe pytanie, to to, czy w ogóle potrzebna jest zmiana statutu, a jeżeli tak, to w jakim zakresie? „Wiosna” startując w wyborach parlamentarnych pod szyldem SLD jakoś przełamała obrzydzenie postkomuszą formacją. Chyba, że jednym z warunków „Wiosny” przystąpienia do niby-koalicji wyborczej było to, że po wyborach połączenie tak, ale na innych zasadach. Połączenie się SLD z innym ugrupowaniem politycznym mogłoby skutkować uznaniem przez PKW wygaśnięcia podstaw do wypłacania SLD subwencji z tytułu wyniku wyborczego. Gdyby tylko chodziło o tą kwestię, to najprostszym rozwiązaniem byłoby rozbudowanie artykułu 15. Statutu, dopuszczającego istnienie wewnątrz SLD platform programowych. Oczywiście należałoby podnieść rangę i umocowanie platform, tak jak to miało miejsce w statucie SdRP, który dopuszczał istnienie wewnątrz partii nie tylko platform programowych, ale i politycznych. Jedną z takich platform mogła by być „Wiosna”. Taki kierunek byłby uzasadniony również zapowiadanym otwarciem partii na „inne lewicowe struktury, które wyrażą taką wolę”. Czy w tym kierunku pójdą zmiany – nie wiadomo.
Wiadomo natomiast, że nastąpi zmiana nazwy partii (M.Kulasek, tamże). Dlaczego zmiana nazwy? Komu ona przeszkadza? SOJUSZ lewicy jest nazwą jak najbardziej adekwatną do zapowiadanego profilu nowej partii. Czyżby było to również jeden z warunków „Wiosny”? Jeżeli tak, to na jakie jeszcze warunki Biedronia przystał Czarzasty?
Oczekiwania albo inicjatywa zmiany szyldu zazwyczaj związana jest ze zmianami treści, które ten szyld ma reprezentować. Jakie więc merytoryczne zmiany proponowane są w Statucie, tak, aby „Wiosna” mogła powiedzieć sakramentalne „tak”?
Ustalono (tamże), że nową partią kierować będzie dwóch współprzewodniczących i że sekretarzem generalnym będzie osoba wskazana przez SLD. Podobna struktura zalecana ma być do powielania na szczeblach terenowych i realizowana w miarę możliwości.
Największa zmiana w funkcjonowaniu SLD może jednak kryć się za odpowiedzią, jaką Sekretarz Generalny udzielił podczas wrocławskiego spotkania na pytanie: „Co z legitymacjami członkowskimi SLD? Czy nowa partia wydawać będzie nowe legitymacje?” M.Kulasek odpowiedział mniej więcej następująco: „Wasze legitymacje SLD zostaną, będziecie je mieli. Ale czy będziemy wydawać nowe legitymacje? A po co? Odchodzi się już od legitymacji członkowskich. Czy nie szkoda pieniędzy na drukowanie nowych plastików”.
Wniosek z powyższego jest bardzo daleko idący. Jeżeli nie będzie legitymacji, to nie będzie również ewidencji członków i obowiązkowych, regularnych składek członkowskich. Nowa partia odejdzie więc od europejskiego standardu partii politycznych i przejmując rozwiązania amerykańskie, gdzie partię stanowią zarządy oraz osoby funkcjonujące w życiu publicznym z nadania partii (u nas: radni, posłowie, prezydenci, wojewodowie itp.) To właśnie te gremia zabiegają o środki na działanie partii oraz mobilizują wyborców i woluntariat, aby wybierały ich na kolejne kadencje. Taki model partii ma swoich wyznawców w doradczych kręgach Zarządu Krajowego. Osobiście byłem świadkiem przedstawiania takiego modelu partii przez jednego z SLD-owskich guru 8 lat temu podczas jednej z debat w Warszawie o przyszłości demokracji. Był ten model w istocie bezrefleksyjną kontynuacją doktryny Aleksandra Kwaśniewskiego, przewodniczącego SdRP, który jeszcze w 1991 r. stwierdził, że SdRP nie potrzebuje być partią wartości ale „musi nauczyć się wygrywać wybory”. Wydawać by się mogło, że po tylu kolejnych wyborczych doświadczeniach SdRP a później SLD jednoznacznie wskazujących, że hołdowanie zasadom wyborczego pragmatyzmu prowadzi wprawdzie (choć nie zawsze) do chwilowych sukcesów, po których następują jednak bardzo bolesne i co raz boleśniejsze upadki, zwycięży w SLD opcja szukania siły politycznej w trwałym politycznym zapleczu związanym z atrakcyjną dla tego zaplecza wizją przyszłości społeczeństwa i państwa. Jak widać – nie. Koncepcja SLD spotkała się na wspomnianej debacie ze spontaniczną i jednoznaczną ripostą przedstawiciela niemieckiej SPD, który przestrzegał przed takim rozwiązaniem. Jego zdaniem nie wpisuje się ono w europejskie standardy i w naszych warunkach prowadzi do upadku partii. Jak inaczej interpretować stanowisko obecnego i przyszłego Sekretarza Generalnego w kwestiach członkowskich? Obawy w stosunku do amerykańskiego modelu patii politycznej są uzasadnione nie tylko widocznym jego kryzysem w USA. Dwupartyjny model amerykański możliwy był po fizycznej likwidacji amerykańskich partii socjalistycznych po II wojnie światowej i zdominował na lata amerykańską scenę polityczną. W Polsce do politycznego duopolu jest daleko, tym bardziej, że sama lewica jest bardzo zróżnicowana i spora jej część odmawia SLD atrybutu lewicowości. Gdyby jednak doszło do „amerykanizacji” SLD, mielibyśmy do czynienia z groteskową sytuacją. Do tej pory członkowie wstępowali lub występowali do SLD. Jeżeli w nowej partii status członka partii zostanie faktycznie zmieniony, to będziemy mieli do czynienia z sytuacją, że to nie jeden czy drugi członek opuści partię, ale to partia wykreśli wszystkich swoich dotychczasowych członków.
W tej strategicznej sprawie władze SLD powinny być bardzo przejrzyste i jednoznaczne. Tym bardziej, że jesteśmy świadkami wielu zdarzeń, które zdają się potwierdzać przypuszczenie, że istotą tych zmian jest ostateczne zamknięcie karty pod tytułem SLD, a z nią i SdRP. Gdyby tak było w istocie, byłby to osobliwy wkład kierownictwa SLD w proces „dekomunizacji”. Nie będę zdziwiony, gdy ten okres oceniony zostanie przez historyków jako okres „autodekomunizacji” polskiej lewicy. Zasługujący może na jakiś medal „Za zasługi w dekomunizacji” lub „Za zasługi w walce z postkomunizmem”?
Na wspomnianym zebraniu Rady Wojewódzkiej SLD we Wrocławiu charakterystyczna była wypowiedź jej przewodniczącego, posła Marka Dyducha, niegdyś założyciela SdRP w Wałbrzychu. Marek Dyduch dziękując po wielokroć aktywowi SLD za kampanię wyborczą, stawiając siebie za wzór do naśladowania stwierdził w pewnym momencie coś takiego: „Musimy dokonać przekształcenia partii, wpuścić młodych i oddać im władzę. Czas nam na polityczną emeryturę. Ja sam zamierzam zrezygnować z funkcji przewodniczącego rady wojewódzkiej”. Na całym świecie wiek 60 lat jest dla polityka wiekiem złotym, wiekiem jego pełnej wiedzy, dojrzałości i odpowiedzialności. Oczywiście polityk może czuć się wewnętrznie wypalony ideowo i programowo. Ale wypalony polityk zazwyczaj po cichu usuwa się z życia politycznego, a nie czyni ze swojej ideowej i programowej impotencji przepustki do uczestniczenia w tym życiu. A już z pewnością nie powinien swoją niemocą zarażać innych i ciągnąć ich za sobą. Dyduch najpierw podziękował za kampanię wyborczą, aby w kolejnych słowach powiedzieć ni mniej, ni więcej tylko „spadajmy, pora na nas”. Zapewne nie zdawał sobie sprawy, że takie działanie to odbieranie praw ludziom z racji ich wieku, to ageism w czystej postaci – to dyskryminacja, która z zasady obca powinna być demokratycznej partii lewicowej.
Rzecz jednak w tym, że poseł Dyduch kreśląc przyszłość partii nie świecił własnym światłem. Dokładnie takie same opinie i hasła słyszę od kilku ładnych lat z ust Przewodniczącego SLD Włodzimierz Czarzastego. Po raz pierwszy usłyszałem dosłownie te same sformułowania ponad 3 lata temu, też we Wrocławiu, kiedy to Czarzasty zapowiadał odmłodzenie partii i konieczność uwolnienia jej z balastu „starego aktywu”. Obecna sytuacja Sojuszu jest efektem wieloletniego, konsekwentnego działania jej przewodniczącego, który miast szukać dróg i sposobów na poszerzanie elektoratu partii z determinacją zmierza do zamknięcia karty pod tytułem SLD. Pamiętamy wiele prób rozbicia SdRP, skłócenia, likwidacji. Częściowo udało się to przez przekształcenie SdRP w SLD. Dzisiaj jesteśmy być może świadkami aktu ostatniego – wywabiania SLD z mapy politycznej. Początkowo rolę wywabiacza, miała pełnić Platforma Obywatelska. Gdy ten projekt nie wypalił, znalazł się pod ręką nowy rozcieńczalnik w postaci „Wiosny” Biedronia.
W minionej kampanii wyborczej Czarzasty rolę SLD sprowadził do roli techniczno- organizacyjnej. SLD wyzbył się firmowania pracami nad programem wyborczym „Lewicy” przekazując je „Wiośnie”. Co dzieje się po wyborach? Na najważniejszą, najbardziej eksponowaną funkcję polityczną szefa klubu parlamentarnego desygnuje się nie szefa największej partii koalicyjnej, ale przedstawiciela „Wiosny”. Przewodniczący klubu parlamentarnego to na scenie politycznej osoba dużo bardziej znacząca niż wicemarszałek Sejmu. Ten bowiem, z racji funkcji w Prezydium Sejmu ma z urzędu stępione ostrze polemiki politycznej. Nie koniec na tym. Znamiennie ukształtowano Prezydium Klubu „Lewica”. W jego 10-osobowym składzie nie znalazł się nikt z SdRP-owskim pochodzeniem. Za burtą znaleźli się tak doświadczeni parlamentarzyści jak Marek Dyduch czy Tadeusz Tomaszewski.  To hasło łączenia młodości z doświadczeniem w realu. Już tylko wisienką na torcie jest ostentacyjne wręcz pokazywanie się w mediach Przewodniczącego Czarzastego wyłącznie w otoczeniu ludzi, którzy z SdRP się nie kojarzą. SLD oddało przywództwo polityczne w klubie parlamentarnym a przed „frakcją” SLD trudne czasy. Jej jedność wystawiana będzie na próbę z jednej strony przez proces „przekształceniowy” SLD a z drugiej przez jasną, lewicowo bardzo wyrazistą i wartościową postawę Adriana Zandberga, polityka charyzmą zdecydowanie górującym zarówno nad Czarzastym jak i Śmieszkiem czy Gawkowskim.
SLD zniknie – to rzecz przesądzona. Jeżeli do samounicestwienia dojdzie to dlatego, że ta partia na to przez długie lata zapracowała. Dlatego też nie jestem przeciwnikiem łączenia SLD i „Wiosny”. Przy czym nie o nazwę nowej partii chodzi, ale o system ideowych wartości, z którymi będą identyfikować się jej członkowie (sympatycy?), a więc o redefinicję pojęcia „lewica”. Z pewnością kwestie obyczajowe – ważne przecież – nie mogą stać się głównym wyznacznikiem lewicowości we współczesnym świecie. Dlatego tak duże znaczenie będą miały te zmiany w statucie, które zmieniać będą również system wartości partii. Tak duże znaczenie będzie mieć też treść zapowiadanego na okoliczność połączenia obydwu partii Manifestu, pełniącego rolę deklaracji ideowo-programowej nowej partii. Niestety, o szczegółach proponowanych zmian nie wiemy jak dotąd nic. Wybieranym na wspomnianej Radzie Wojewódzkiej delegatom na grudniową Konwencję SLD, nie przedstawiono żadnych szczegółów proponowanych zmian statutu, poza ogólnikiem, że mają one służyć połączeniu się SLD z „Wiosną”. To moim zdaniem zdecydowanie za mało. Rzetelność i transparentność w tym historycznym dla lewicy momencie jest szczególnie istotna.

Piknik na skraju Apokalipsy

Profesor Zbigniew Mikołejko (rocznik 1951), to uczony, który z nieczęstym nawet w świecie filozofii upodobaniem wędruje po najmroczniejszych strefach egzystencji.

By się o tym przekonać, wystarczy sięgnąć choćby tylko po jego książki „W świecie wszechmogącym. O przemocy, śmierci i Bogu”, czy po potężne, dwutomowe studium „We władzy wisielca”. Wielu ludzi, także uczonych filozofów, unika stref mroku, woli pławić się w kandydowskim optymizmie, bo w końcu – „za jakie grzechy…”? „A żyje się tylko raz”. Zbigniew Mikołejko wędruje więc w mroczne strefy niejako za nas, ale nie wynajętym jest kondotierem, on się do tej ciężkiej roboty najął bezinteresownie, dla samej satysfakcji intelektualnej.
I ja osobiście wcale mu się nie dziwię, bo mrok i zło są nie tylko fascynujące jako obiekty obserwacji i namysłu, ale trafniej definiują naszą naturę niż sztuczna wesołość, która jest wokół serwowana. Dlatego lubię, jako czytelnik, wędrować z Mikołejką „ciemną doliną”, poprzez „egipskie ciemności”, idąc z tyłu za jego ascetyczną sylwetką, godną sylwetek świętych z pierwszych wieków chrześcijaństwa, trzymając się go za połę marynarki. Zbiór „esejów przygodnych”, „Prowincje ciemności”, jest okazją do kolejnej takiej mrożącej krew w żyłach i stawiającej włosy na głowie wyprawy.
Autor rozpoczyna z „grubej rury”, od razu „obuchem w łeb”, pozbawiając złudzeń tych, którzy mają złudzenia co do czasu i fenomenu jakim jest dzieciństwo. Ten okres życia, nawykowo traktowany w obyczajowości, kulturze i przede wszystkim – popkulturze, choćby w reklamach, jako czas arkadyjski, szczęśliwy i niewinny demaskuje Mikołejko jako „wynalazek” naznaczony „dramatem”, przy czym czyni to w sposób wyjątkowo perfidny, używając jako punktu wyjścia opowieści o tym, że dzieciństwo to mrok i dramat, opowieści uważanej powszechnie (i opacznie) za pogodną i ujutną, czyli dziecięcej zabawy z „królem Lulem” w zawołaniu.
Po tej lodowatej kąpieli czytelnik jest już cokolwiek zahartowany by przyjąć na klatę filozoficzne opowieści Mikołejki o innych mrokach. W „Pieskie, arcypieskie” mówi o dramacie naszej ludzkiej bo pieskiej, albo pieskiej, bo ludzkiej natury (figura „psiogłowca”), nie traktując tej „pieskości” bynajmniej tylko metaforycznie, lecz odwołując się do figury psa w literaturze i kulturze, od psów ze średniowiecznych legend po poczciwą Lessie z arcypopularnej szkolnej lektury powieści Erica Knighta. Esej „Chrzest i śmierć” samym tytułem sygnalizuje zagadnienie, którego dotyczy – jest podważeniem chrześcijańskiej nauki o życiodajnym jedynie sensie „chrztu świętego”. W kapitalnym eseju „Wstyd, grzech i gniew” Mikołejko zajął się historycznymi (a tym samym także kulturowymi) fluktuacjami miar i kryteriów wstydu, bezwstydu, obsceniczności, stosunku do ciała na przestrzeni wieków oraz ich obrazu w literaturze i sztuce. O splocie „Śmierci, zmysłów i szaleństwa” traktuje inny esej, w którym punktem osiowym rozważań uczonego jest Szekspir, jego „Hamlet, a jeszcze ściślej dialog cmentarny dwóch grabarzy z aktu V. Szekspir, ten wielki artysta i filozof, a konkretnie jego „Romeo i Julia” służy Mikołejce za asumpt także do tematyki kolejnego eseju, „Zabić kochanków z Werony. Prawda i kłamstwo obrzędu”…. Opowiadając o figurze wampira („Wampir to ja. A ja to ktoś inny…”) opowiada Mikołejko właściwie o całościowo ujętej naturze ludzkiej.
W „Martwej naturze ze ściętą głową” pochyla się nad prozą historyczną Jarosława Marka Rymkiewicza, by w rymkiewiczowskiej krwawej historiozofii znaleźć tworzywo i lustro dla swoich przemyśleń. Malarstwo Fuselego (1724-1825), bohatera „małego fragmentarium onirycznego”, malarza tak dalekiego od rankingów wyznaczanych przez przewodniki po wielkich galeriach, że niemal niszowego, to udana próba znalezienia w sztuce ekwiwalencji dla swych intuicji i myśli. W eseju „W „brzuchu wielkiego miasta” odnosi się do swojej nielubianej szkolnej lektury, „Lalki” Prusa i po latach waloryzuje ją, opisując jako – jak mówi podtytuł eseju – „widowisko pasyjne”.
Esej „Zatańczyć śmierć” odebrałem, jako kiepski tancerz, bardzo osobiście. I niby „od zawsze” znam oczywisty motyw „tańca śmierci” („danse macabre”, „Totntanz”), ale dopiero po lekturze eseju Mikołejki uświadomiłem sobie do końca sens tańca jako rytualnego wyrazu lęku i ucieczki przed śmiercią i nicością, rytualnego wyrazu próby ich „zatańczenia”, „zatupania”. „W najciemniejszej dolinie”, „Pieśń mityczna naszego czasu” , „Mesjasz w piekle Luizjany”, „Pustka w kulturze Zachodu”, „Zimne ślepia biowładzy”, „Melancholia, apokalipsa i „nagie życie”, „Piknik na skraju Apokalipsy” – te eseje są kolejnymi egzemplifikacjami widzenia egzystencji przez Mikołejkę. Przewędrowawszy przez historię ludzkiej egzystencji od czasów wczesnych, w ostatnim eseju sięga on po kulturę współczesną, w tym po film Larsa von Triera „Melancholia” i powiada w konkluzji, że nasza egzystencja jest tytułowym „Piknikiem na skraju Apokalipsy”.
O „rzeczach ostatecznych, najbardziej mrocznych i do głębi drapieżnych” opowiada Mikołejko językiem pięknym, bliskim pewnej hieratyczności, cokolwiek „biblijnym”. Jego eseje nie są więc łatwe w lekturze, bo to w pewnym sensie eseistyczne poematy czy poetyckie eseje. Dla mnie ta fascynująca lektura jest niełatwa także dlatego, że czytam ją jako palimpsest, którego nie wszystkie kolejne warstwy są łatwe i oczywiste w odczytaniu.
Jednak wysiłek myślowy przy lekturze „Esejów przygodnych”, choć niebagatelny i wymagający cierpliwości, opłaca się sowicie. Każda deszyfracja, odkodowanie kolejnego motywu zawartego w tych esejach jest jakby momentem rozbłysku światła pośród gęstego mroku. Ta moja pierwsza lektura „Esejów przygodnych” Zbigniewa Mikołejko, była tylko pierwszą ich odsłoną. Będą następne.

Zbigniew Mikołejko – „Prowincje ciemności. Eseje przygodne”, wyd. Sic!, Warszawa 2018, str. 278, ISBN 978-83-65459-20-6

Chiny i świat – wspólnie ku przyszłości

Artykuł napisany z okazji publikacji białej księgi „Chiny i świat w Nowej Erze”

W tym roku obchodzimy 70. rocznicę proklamowania Chińskiej Republiki Ludowej. Na przestrzeni tych lat Chiny osiągnęły historyczny sukces, a uwaga świata w ogromnym stopniu, jak nigdy dotąd, została skierowana na Państwo Środka. Niedawno rząd chiński opublikował białą księgę: „Chiny i świat w Nowej Erze”, w której metodycznie przedstawiono zagadnienia dotyczące sukcesów, drogi i kierunków rozwoju Chin. Księga ta zgłębia kwestie relacji między Chinami a światem i stanowi ważny przewodnik dla innych krajów, ukazujący w sposób wszechstronny, wieloaspektowy i szeroki wiedzę o Państwie Środka. Chciałbym podzielić się z polskimi przyjaciółmi kluczowymi zagadnieniami białej księgi.

1. Sukces Chin wynika z prawidłowo obranej ścieżki rozwoju i przewodnictwa Komunistycznej Partii Chin

Przez ostatnie 70 lat pod przewodnictwem Komunistycznej Partii Chin obywatele chińscy osiągnęli sukces wytyczając ścieżkę socjalizmu o chińskiej charakterystyce. Osiągnięcia w rozwoju, na które skierowane są oczy świata, wynikają z własnej, ciężkiej i wykonywanej mimo przeciwności pracy. Chiny stały się drugą gospodarką świata i jedynym krajem na kuli ziemskiej, który posiada wszystkie rodzaje branż przemysłowych wymienione w klasyfikacji gospodarczej Organizacji Narodów Zjednoczonych. Życie codzienne obywateli uległo znacznej poprawie i podąża w stronę umiarkowanego dobrobytu. Pozycja międzynarodowa i międzynarodowe wpływy Chin wyraźnie rosną, co pozwala na aktywną obecność Państwa Środka na arenie międzynarodowej. Chiny nie kopiowały bezkrytycznie zachodniego modelu rozwoju. Połączyły natomiast rzeczywistą sytuację Państwa Środka z wnioskami wyciągniętymi z doświadczeń oraz z historii ludzkiej cywilizacji. Kroczą własną ścieżką, a faktyczny stan rzeczy jest dowodem na to, że naród chiński obrał właściwą drogę.
Podstawowym źródłem sukcesu Chin jest przewodnictwo KPCh. KPCh nie ustaje w wysiłkach na rzecz dobrobytu obywateli Chin, na rzecz odrodzenia narodowego oraz na rzecz pokojowego rozwoju ludzkości. Stale wzmacnia koncepcje samotworzenia, rozwoju z duchem czasu i otwarcia, utrzymuje również stabilność, postępowość i świeżość myśli. Zdolności do długoterminowego i strategicznego planowania rozwoju kraju oraz do implementowania określonej polityki, pozwoliły wprowadzić obywateli Chin na ścieżkę nieustannego postępu w budowie kraju.

2. Rozwój Chin jest szansą dla świata

Chiny mają największy wkład we wzrost globalnej gospodarki. Od 2013 do 2018 roku procentowy średni wkład Państwa Środka we wzrost światowej gospodarki wyniósł 28.1%. Chińska gospodarka jest silnie skorelowana gospodarka globalną. Chiny, w których gospodarka jest stabilna, w których jakość rozwoju ekonomicznego będzie się poprawiać, które mają obiecujące perspektywy wzrostu, przyniosą długofalowe korzyści dla rozwoju gospodarczego świata.
Chiny nieprzerwanie realizują strategię uzyskiwania wzajemnych korzyści, tak by każdy kraj miał więcej okazji do otrzymania „chińskich zysków”. W Chinach mieszka prawie 1.4 mld osób. Zaróbki 400 mln z nich pozwalają na zaliczenie ich do klasy średniej. Ogromny popyt generowany przez konsumentów tworzy wielki rynek dla różnych krajów na świecie. Państwo Środka może poszczycić się wieloma utalentowanymi osobami, nieustanie ulepszanym środowiskiem biznesowym, jak również coraz większą przestrzenią dla producentów i inwestorów zagranicznych. Chińskie przedsiębiorstwa biorą aktywny udział w konkurencji i współpracy międzynarodowej, pogłębiają światową działalność handlowo-inwestycyjną oraz mają wkład w pobudzanie wzrostu gospodarczego w kraju, w którym prowadzą działalność, jak również w lokalne zwiększanie zatrudnienia. Chiny aktywnie opowiadają się za światem kroczącym w stronę innowacji technologicznych, tak by rozwój technologiczny i innowacje przyniosły globalne korzyści oraz tak by jeszcze więcej osób mogło cieszyć się ułatwieniami i dobrodziejstwami płynącymi z technologii.

3. Stworzenie wspólnej przyszłości dla całej ludzkości

Dziś świat stoi w obliczu największych od 100 lat zmian. Kwestie związane z relacjami między mocarstwami, porządkiem międzynarodowym, myśleniem społecznym, globalnymi rządami przechodzą głębokie przekształcenia, a niestabilność i niepewność sytuacji światowej z każdym dniem staje się coraz bardziej widoczna. Mierząc się z obecnymi problemami związanymi z zarządzaniem społeczeństwem ludzkim oraz trudnościami w jego rozwoju, Chiny zaproponowały stworzenie wspólnej przyszłości dla całej ludzkości, tworząc tym samym nową możliwość wyboru na drodze rozwoju ludzkości. Na płaszczyźnie politycznej Chiny opowiadają się za wzajemnym szacunkiem i równością w negocjacjach. Stanowczo stają po stronie porzucenia zimnowojennej mentalności i polityki siły. Popierają stworzenie nowego modelu relacji międzynarodowych poprzez podążanie drogą dialogu bez konfrontacji i partnerstwa zamiast zamkniętych sojuszy. Na płaszczyźnie bezpieczeństwa Chiny stale opowiadają się za rozwiązywaniem konfliktów poprzez dialog, łagodzeniem sporów poprzez negocjacje, koordynowaniem reakcji na tradycyjne i nietradycyjne zagrożenia bezpieczeństwa oraz sprzeciwiają się wszelkiego rodzaju terroryzmowi. Na płaszczyźnie ekonomicznej, Państwo Środka opowiada się za wzajemną pomocą, postępem w liberalizacji i ułatwieniach w handlu i inwestycjach, jak również propagowaniem globalizacji gospodarki, której to rozwój skierowany jest ku otwarciu, tolerancji, zintegrowaniu, zrównoważeniu i przyniesieniu korzyści dla wszystkich. Na płaszczyźnie kulturowej Chiny opowiadają się za szacunkiem dla różnorodności na świecie, za wyjaśnianiem nieporozumień międzykulturowych poprzez wymianę kulturową, za rozwiązywaniem sporów kulturowych poprzez wzajemną naukę, za pokonaniem poczucia wyższości poprzez współistnienie kultur. Na płaszczyźnie ekologii Państwo Środka opowiada się za postawami przyjaznymi środowisku, za współpracą w zakresie reakcji na zmiany klimatu oraz za ochroną planety, od której to zależy przetrwanie ludzkości.
Inicjatywa „Pasa i szlaku” jest praktyczną platformą urzeczywistniającą ideę wspólnej przyszłości dla całej ludzkości, jest zarówno „łodzią” jak i „mostem” dla wartości szerzących pokój i rozwój na świecie. Chiny będą stać na straży zasady osiągania wspólnego wzrostu poprzez dyskusje i współpracę, wspierać koncepcje otwartości, ekologii i rzetelności. Państwo Środka będzie wprowadzać wysokie standardy, poprawiać poziom życia i wyznaczać zrównoważone cele. Ponadto będzie promować wspólną pracę nad wysokiej jakości rozwojem inicjatywy „Pasa i Szlaku”, aż sama budowa „Pasa i Szlaku” stanie się drogą pokoju, dobrobytu, otwartości, ekologii, innowacyjności, kultury, a dla świata będzie oznaczać stworzenie szansy rozwoju i pozwoli większej liczbie osób cieszyć się lepszym życiem.

4. Wspieranie pokojowego rozwoju i rozszerzanie relacji partnerskich

Nie można oddzielić rozwoju Chin od świata, nie można również mówić o pokojowym rozwoju i stabilnym dobrobycie świata bez Chin. Państwo Środka stanowczo kroczy pokojową ścieżką rozwoju. Bez względu na wszelkie zmiany w sytuacji międzynarodowej oraz na dalszy kierunek własnego rozwoju, Chiny nigdy nie będą dążyć do roli hegemona, czy też tworzenia i rozszerzania stref wpływów. Jest to stanowczy i niezmienny wybór dokonany przez Chiny, tak również brzmi złożona przez nie uroczysta obietnica. Państwo Środka ma nadzieję, że każdy kraj na świecie podąży drogą pokojowego rozwoju, bo tylko w ten sposób państwa mogą wspólnie się rozwijać i żyć w pokoju.
Rozszerzanie relacji partnerskich jest ważnym kierunkiem w polityce chińskiej. Chiny stanowczo podążają nową drogą opierających się na dialogu bez konfrontacji i partnerstwie zamiast zamkniętych sojuszy relacji między krajami. Państwo Środka będzie pracować nad stworzeniem założeń ramowych dla stosunków z dużymi krajami, które to założenia opierać się będą na ogólnej stabilności i zrównoważonym rozwoju. Chiny będą dążyć do pogłębienia relacji z sąsiadami oraz wzmocnienia solidarności i współpracy z innymi krajami rozwijającymi się. Stosunki chińsko-amerykańskie są jednymi z najważniejszych na świecie pośród stosunków bilateralnych, a współpraca między tymi państwami jest jedynym słusznym wyborem. Tylko poprzez zapewnienie uzyskiwania wzajemnych korzyści można kroczyć ku przyszłości. Stany Zjednoczone powinny poszerzyć perspektywę i racjonalnie spojrzeć na stosunki między dwoma krajami. Chiny nie chcą rzucać wyzwań Stanom Zjednoczonym, nie chcą również ich zastąpić. Stany Zjednoczone nie mogą kontrolować Chin, a tym bardziej powstrzymać ich rozwoju. Duże kraje istnieją, gdyż dostosowują się do szybkiego rozwoju innych krajów i harmonijne współistnieją ze światem zewnętrznym. Chiny pragną wraz ze Stanami Zjednoczonymi podejmować wysiłki i ramię w ramię starać się by harmonia, współpraca i stabilność stały się motywem przewodnim stosunków chińsko-amerykańskich, a dobrobyt w obu krajach i na świecie stale rósł.
Europa jest ważnym obszarem na współczesnej mapie świata, a stosunki między Chinami a wieloma krajami europejskimi mają status wszechstronnego partnerstwa strategicznego. Państwo Środka angażuje się w kształtowanie partnerstwa z państwami Europy w 4 aspektach, tj. pokoju, wzrostu, reform i kultury oraz pracuje nad wzrostem globalnego znaczenia wszechstronnego partnerstwa strategicznego między Chinami i krajami Europy. Państwo Środka popiera proces integracji europejskiej oraz jedność i wzrost znaczenia Unii Europejskiej. Chiny wspierają Europę w rozszerzaniu swej roli na arenie międzynarodowej. Państwo Środka i Europa podejmą kolejne kroki w celu pogłębienia współpracy, będą wspólnie chronić multilateralizmu, by zapewnić światu więcej czynników stabilizujących.
Państwo Środka będzie w dalszym ciągu wspierać multilateralizm, bronić sprawiedliwości i równości międzynarodowej. Będzie wraz z innymi krajami promować praworządność oraz demokratyzację i racjonalizację stosunków międzynarodowych. Będzie aktywnie uczestniczyć w reformowaniu i kształtowaniu systemu globalnych rządów oraz na bieżąco podsumowywać praktyki i doświadczenia związane z rządami na szczeblu krajowym. Będzie dalej zgłębiać pozytywne aspekty „modus operandi” chińskiej kultury, koncepcje rządów oraz problemy obecnej epoki. Podejmie również wysiłki by chińska wiedza, doświadczenie i siła miała wkład w udoskonalanie globalnych rządów.
Chiny Nowej Ery podążają ścieżką socjalizmu o chińskiej charakterystyce zachowując determinację, która nie ulegnie zmianie. Nie zniknie ona na płaszczyźnie chęci do wspólnej nauki i współpracy z innymi państwami na zasadach wzajemnych korzyści. Nie zniknie również determinacja do tego, by iść naprzód, ku przyszłości, razem z całym światem. Państwo Środka zwraca się do świata z jeszcze większa otwartością i tolerancją, będzie kształtować pozytywne zależności oraz działać na rzecz postępu i dobrobytu w Chinach i na świecie. Przyszłe losy wszystkich państw jeszcze nigdy nie były ze sobą tak ściśle związane. Stworzenie wspólnej przyszłości dla całej ludzkości jest możliwe, gdy zjednoczeni będziemy kierować się wspólnymi celami, dzielić się możliwościami i wspólnie stawiać czoła wyzwaniom. W ten sposób możemy stworzyć świat piękniejszym i kroczyć w kierunku świetlanej przyszłości.
Liu Guangyuan jest ambasadorem Chińskiej Republiki Ludowej w Rzeczpospolitej Polskiej

Dokąd nas zaprowadzą kręte ścieżki lewicy? Głos w dyskusji

Wybory za nami. Lewa strona naszej polityki ma znów swoją reprezentację w obu izbach parlamentu. Najwyższa więc pora zadać sobie pytanie, co dalej? Rozpoczynamy zatem publikowanie tekstów, które będą stanowić swoistą dyskusję na temat tego czym jest i czym ma być Lewica w dzisiejszej Polsce.

W wielu publikacji prasowych jak i dyskusjach, w których prezentowane były poglądy o braku możliwości budowy w Polsce silnego ugrupowania lewicowego wśród wielu powodów jak m.in.: negatywne konotacje historyczne, przeważająca niechęć znacznej części społeczeństwa do wszelkich kolektywnych form organizacyjnych czy konserwatyzm obyczajowy, wskazywano również na zmiany pokoleniowe utrudniające budowę poparcia dla takiej formacji z powodu naturalnego kurczenia się szeregów byłych zwolenników partii post-komunistycznej jak i nikłego zainteresowania polityką budowania wspólnoty wśród młodzieży pomiędzy 18, a 29 rokiem życia. Widać to było wyraźnie w ostatnich latach odznaczających się silnym wzrostem aktywności społecznej obywateli skierowanym przeciwko antydemokratycznym zmianom instalowanym przez partię rządzącą przy bardzo skromnym, a nawet incydentalnym jedynie udziale młodzieży mającym miejsce w protestach przeciwko zmianom w Sądzie Najwyższym oraz w protestach Strajku Kobiet przeciwko godzeniu w prawa seksualne i reprodukcyjne. Nie mniej jednak w istniejących ugrupowaniach politycznych lewicy jak i powstałej w ostatnim roku przed wyborami partii Wiosna Roberta Biedronia jak i wielu postępowych organizacjach społecznych narastało przekonanie o konieczności podjęcia próby wspólnego wystąpienia politycznego, jednakże bez ostatecznego zdefiniowania jego struktury organizacyjnej .

Długi marsz

Bezpośrednim powodem dla którego zdecydowano sie przystąpić do tworzenia wspólnego przedsięwzięcia mającego łączyć różne elektoraty w długim marszu na rzecz postępu i rozwoju społecznego była oczywiście dramatyczna klęska wyborcza w 2015 roku skutkująca brakiem lewicy w Sejmie RP, ale i coraz bardziej odczuwalna przez część społeczeństwa bezradność w kształtowaniu swojej sytuacji życiowej, brak możliwości wywierania jakiegokolwiek wpływu na decyzje podejmowane przez rządzących, arogancja władzy, pogarszanie się standardów przestrzegania praw człowieka poprzez wszczynanie w sojuszu z Kościołem katolickim nagonki na potencjalnych bo przecież nie rzeczywistych imigrantów, na demonstracje osób LGBT, w końcu na wszystkich przeciwników narodowo-wyznaniowej partii rządzącej. Powszechna klerykalizacja systemu oświaty, eskalacja nienawiści do wymyślonej ideologii Gender czy LGBT i związane z tymi zjawiskami zmiany prawne suflowane przez ultrakonserwatywne organizacje wyznaniowe jak Ordo Iuris, Instytut im. Piotra Skargi, Fundację PRO-Prawo do Życia i wiele innych dysponujących środkami i poparciem środowisk katolickich stwarzają już nie tylko dyskomfort dla nie fideistycznej części społeczeństwa, ale stanowią rzeczywistość odbieraną jako opresja, ograniczenie wolności i budzącą sprzeciw coraz większych grup społecznych, w tym przede wszystkim młodzieży i kobiet tworzących dzisiaj największe ruchy obywatelskiego sprzeciwu tj. Strajk Kobiet i Parady Równości .

Trzydziestolatkowie

Nie bez znaczenia dla tworzenia reprezentacji lewicowej pozostaje część młodzieży starszej (29-40 lat) często borykającej się w dalszym ciągu z trudnościami na rynku pracy dla osób wykwalifikowanych, posiadających wyższe wykształcenie, a pracujących na podstawie tzw. umów śmieciowych. Nawet ci którzy cieszą się przywilejem posiadania pracy etatowej odczuwają silnie zależności, a nawet pewne zniewolenie przejawiające się w silnej presji posiadanych kredytów, bezwzględnej władzy banków i pracodawców wykorzystujących przymusowe położenie młodych pracowników dla narzucania im coraz wyższych wymagań. Pozostaje również niemała rzesza emerytów i rencistów dotkniętych represjami władzy w postaci pozbawienia części należnych im dochodów jak i tych którzy wspierają lewicę ze względów ideowych. Duże poparcie w ostatnich wyborach parlamentarnych zanotowało wspólne przedsięwzięcie lewicowe w klasie średniej. Wśród głosujących na lewicę znaleźli się liczni przedstawiciele dyrektorów, managerów i kadry kierowniczej przedsiębiorstw stanowiąc według danych udostępnionych na debacie powyborczej forum idei Fundacji Batorego największą procentowo grupę w przeważającym elektoracie miejskim.

Aktywiści

Warto również zwrócić uwagę na potencjał istniejący jeszcze w formalnych i nie formalnych organizacjach obywatelskich tzw. opozycji ulicznej, które nie są związane z konserwatywno-liberalnym PO i pozostają sceptyczne wobec partii politycznych oskarżanych o tzw. partyjniactwo przejawiające się m.in. w lekceważeniu działaczy tych organizacji poprzez pomijanie na listach wyborczych lub oferowanie dalekich, nie biorących mandatów poselskich miejsc. Według zasad racjonalnego postępowania w polityce postępowanie liderów lewicy wobec ruchów opozycyjnych było błędem, który skutkował mniejszym niż było możliwe do osiągnięcia poparciem wyborczym, a może też być przyczyną powstania nowego ugrupowania o profilu jeżeli nie lewicowym to bardzo zbliżonym do Wiosny Roberta Biedronia. Wszystkie wyżej wskazane grupy społeczne stanowią bazę lewicy, jednakże różne są ich priorytety, oczekiwania i aspiracje.

Scalanie?

Sytuacja taka nie może pozostać bez próby odpowiedzi ze strony partii lewicy, jeżeli maja one rzeczywisty potencjał do rozwoju i określą swoje priorytety, albo też podejmą ryzyko stworzenia jednolitej formy organizacyjnej kończąc projekty SLD. RAZEM i Wiosny Roberta Biedronia. Rozwiązanie takie może wydawać się najbardziej właściwe lecz i najtrudniejszym do wykonania. Nie może ono nie uwzględniać rozdrobnionych dotychczas partii lewicowych pozostających poza wspólnym porozumieniem wyborczym, grup i organizacji społeczne skupionych na osiągnięciu konkretnych celów jak uzdrowienie systemu edukacyjnego, obrona systemu sądownictwa czy świeckości państwa. Bezwzględnie natychmiast potrzebna jest zamiast samo zachwytu liderów lewicy dyskusja nad określeniem wspólnych celów, metod i form organizacyjnych pozwalających wyrazić aspiracje różnych środowisk poprzez ich udział w wyborach jednolitej formacji politycznej jeżeli taka miałaby zaistnieć albo uczciwe opowiedzenie się za utrzymaniem dotychczasowego podziału tak aby każda z dotychczasowych formacji sama wypracowała stanowisko wobec interesów jakie zamierza reprezentować i do kogo adresuje swoja ofertę.

Państwo

Możliwość budowy państwa, o którym mowa w art. 2 Konstytucji RP tj. demokratycznego państwa prawnego urzeczywistniającego zasady sprawiedliwości społecznej w duchu „przyrodzonej godności człowieka” wspomnianej zarówno w preambule jak i w art.30 Konstytucji zakłada jednakże konieczność szerokiego współdziałania i powołania współpracujących ze sobą struktur wszystkich sił społecznych podzielających poglądy o wyczerpaniu się dotychczasowego modelu rozwoju kraju oraz metod, sposobów i narracji kształtujących politykę kolejnych rządów niesprawiedliwie dzielących dochód narodowy w sposób uniemożliwiający zaspokojenie podstawowych potrzeb wszystkich obywateli .Takie zadanie w sposób oczywisty wykonać może jednolita struktura lewicy obejmującej jak najszersze spektrum różnych podmiotów, ale jednocześnie skłonna do daleko idących kompromisów taktycznych. Będą one szczególnie trudne w odniesieniu do prawicowych partii jak PO czy PSL stojących wprawdzie na gruncie pluralistycznego, liberalnego ładu, ale mocno optujących za konserwatyzmem społeczno-obyczajowym.

Co z konserwą?

Cechujący tą część społeczeństwa konserwatyzm, tradycjonalizm, obawa przed nihilizmem zachodniego liberalizmu, niechęć do antycypacji postępu, partycypacji w zdobyczach techniki i telekomunikacji, wrogość do ciężaru świeckiego ładu, w sposób oczywisty utrudniać będzie uzyskanie poparcia dla propozycji lewicowych i wymaga redefinicji lub sprecyzowania wielu pojęć kojarzących się szczególnie z postępowo-liberalnym nurtem lewicy mieszczańskiej jak np. :państwo świeckie, solidarność społeczna czy autonomia jednostki. Wyniki wyborów wskazują, że socjalliberalny elektorat klasy średniej był najsilniej reprezentowany wśród wyborców lewicy, a więc powinien on tym samym cieszyć się prymatem programowym przyszłego ugrupowania.

Punktem wyjścia do konsolidacji lewicowej propozycji współdziałania w kształtowaniu alternatywy wobec władzy państwowej realizującej koncepcję państwa silnego, bezwzględnego, okrutnego i ogólnie nieprzyjaznego nie tylko dla niezamożnej większości, ale i dla wszystkich nie podzielających narodowo-wyznaniowej koncepcji państwowej oraz jako sprzeciw wobec egoizmu elit finansowych i gospodarczych kształtujących niezwykle wysoką skalę nierówności ekonomicznych powinna być właśnie diagnoza społecznego poparcia.

Strumienie

Oznaczałoby to, że przyszła formacja lewicy definiować się powinna jako ruch wielonurtowy, którego spoiwem jest sprzeciw wobec kształtu państwa i demokracji rodzących niesprawiedliwość społeczną.
Zmiana systemu sprawowania władzy musi uwzględniać konstytucyjne zasady demokratycznego państwa prawnego w tym trójpodziału i równoważności władz, wzbogacone o ustawowy nakaz świeckości państwa podkreślający neutralność państwa w sprawach światopoglądowych, rozdział instytucjonalny instytucji państwowych od kościelnych i zdystansowanie wobec religii i religijnych światopoglądów stosownie do art. 10 ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania z dn. 17 maja 1989 r.
Powinna także określać sposób by gospodarka, demokracja, państwo służyły ogółowi, a nie pasożytniczej elicie, a wolność i równość, w której nadmierne nierówności wykluczają wolność, a przymus ekonomiczny ogranicza ją nie mniej niż rządy wojskowej dyktatury został zniwelowany.

Byle nie partia władzy

W tak sformułowanych oczekiwaniach jednolita organizacja lewicy musiałaby przyjąć demokratyczny system organizacyjny wykluczający zasadniczy trzon aparatu partyjnego z możliwości kształtowania procesów wyborczych, a nawet kandydowania z list partyjnych w wyborach powszechnych przewidując dla niego jedynie rolę usługową – koncepcyjną, organizacyjną i doradczą wobec przedstawicieli partii w organach władzy czy administracji państwowej. Co więcej najtrudniejszym chyba zadaniem takiej organizacji byłoby utrzymanie jedności i lojalności członków wobec tego nurtu politycznego, który cieszyłby się największym poparciem członków zyskując prawo do wskazania czołowych kandydatów w procedurach wyborczych.
Połączenie partyjnej dyscypliny z demokratycznymi procesami wewnętrznymi byłoby nie lada wyzwaniem mając na uwadze dotychczasowe doświadczenia Partii Razem w tym względzie. Drugim problemem do rozwiązania byłyby relacje ze współpracującymi organizacjami obywatelskimi, które nie wchodziłyby w struktury partyjne, lecz pozostawały w sojuszu co do zagadnień które pozostają w spektrum ich zainteresowania.
Mając na uwadze już dzisiaj faktycznie egzystującą wielo-nurtowość lewicy, która w sposób naturalny sprzyjałaby obudowaniu partii organizacjami obywatelskimi szczególna rola przypadałaby zjazdom decydującym o celach programowych aktualnie większościowego nurtu politycznego.
Zarówno dotychczasowe perypetie poszczególnych partii idących własnymi ścieżkami działania jak i skala otrzymanego poparcia w wyborach nie mogą napawać zbytnim optymizmem jeżeli uwzględni się jakim poparciem cieszyła się np. Wiosna Roberta Biedronia przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, jak i wyniki sondażowe SLD przed tymi wyborami. Z pomijalnym wynikiem Partii Razem było to przecież ok.20 proc..
Fakt, że lewica jest w Sejmie to jedynie powrót do normalności, a pytanie czy ścieżki poszczególnych ugrupowań zejdą się w jakąś przyzwoitą drogę, pozostaje otwarte?

Mirosław Woroniecki jest adwokatem i prezesem zarządu stowarzyszenia Kongres Świeckości.