Globalna pandemia – i co dalej?

Straszliwa bezprecedensowa pandemia, zwana zagadkowo Covid-19, dobiegnie końca wcześniej czy później. Już teraz nadchodzi jednak pora, aby zastanowić się nad tym, co jest już za nami, co trwa obecnie i co nas (ludzkość) jeszcze czeka?

Analizuję, na wszelkie możliwe sposoby, drogę, jaką przebył człowiek od zarania swego istnienia po dziś dzień oraz efekty tego marszu w czasie i w przestrzeni „na tym łez padole”. Staram się wypracowywać realistyczne oceny i wysnuwać konstruktywne wnioski na dziś i na jutro dla rozwoju cywilizacji ludzkiej. Skoro wiemy z grubsza, co, jak, kiedy i gdzie już było źle, to zastanówmy się, choć hipotetycznie, czy mogłoby być inaczej, a może, dalibóg, lepiej niż było do tej pory? Odpowiedź na to fascynujące i pierwszoplanowe pytanie jest bardzo trudna, ale mieć ona będzie zasadnicze znaczenie dla przyszłości cywilizacji ludzkiej. Dlatego też, niniejsze opracowanie niech będzie bardzo poważnym ostrzeżeniem przed najgorszym – czyli przed totalną (już VI) zagładą gatunków, łącznie z homo sapiens i przed unicestwieniem życia na Ziemi. Za przyczyną i z winy człowieka, tak źle jeszcze nigdy nie było w całej jego ewolucji na naszej planecie.
Pandemia, jak wiele innych dziedzin „rozwoju” i współistnienia państw i narodów, stała się też obiektem sławetnej globalizacji i to w jej szczególnie ostrym i maksymalnym wymiarze. Szybko rozlała się na cały świat. Uwidoczniła ona także, iż świat nie jest przygotowany do sprostania zjawiskom tego rodzaju. Bowiem, poczynając od Adama i Ewy do dziś, nie ma na świecie stabilnego i jednorodnego systemu „rozwoju” ludzkości ani też globalnej instytucji kierowniczej czy przywódcy, który programowałby, koordynowałby i korygowałby ów „rozwój”. Każdy sobie rzepkę skrobie, czego dramatyczne konsekwencje zostały uwidocznione również w zwierciadle pandemii. Najwyższy więc czas, aby poprawić ten stan rzeczy – wprowadzić uniwersalny system dla całego świata i dla każdego kraju z osobna oraz odstąpić od anachronicznej i poronionej dyferencjacji oraz od globalizacji wszystkiego. W niedawnej przeszłości podejmowane były wprawdzie próby uniwersalizacji ewolucji i życia na Ziemi, ale poniosły one fiasko. Teraz pojawiła się chyba już ostatnia szansa, aby ujednolicić i usprawnić ów przeklęty „system” zanim doprowadzi on do Armagedonu i do Sądu Ostatecznego. Taki powinien być też główny wniosek wynikający z doświadczeń pandemicznych.
Od początku swego istnienia – z irracjonalnym uporem człowiek, szczególnie z półkuli północnej, kroczy uparcie złą (niewłaściwą) drogą, która może doprowadzić go i całą planetę do ww. niewyobrażalnej, wręcz kosmicznej katastrofy. Rozum ludzki, jakże niedoskonały w swej doskonałości, nie był i nadal nie jest w stanie rozumować przytomnie i racjonalnie (sic!) oraz wyciągać odpowiednich wniosków z popełnionych błędów, aby unikać ich teraz i w przyszłości. Co gorsza, bliższa analiza ewolucji człowieczeństwa w ciągu minionych prawie 8 mln lat wykazuje jednoznacznie, że łączna spirala ludzkich błędów i przykładów bezmyślności wznosi się coraz szerzej i coraz wyżej; przy czym suma tychże błędów jest, za każdym razem, coraz groźniejsza i coraz bardziej szkodliwa pod względem ilościowym i jakościowym. Pandemia i jej skutki są tego szokującym świadectwem. Obecnie wkraczamy na ostatni krąg owej spirali, od którego nie będzie już odwrotu. Nawet imponujący postęp naukowo-techniczny, najnowsze technologie i sztuczna inteligencja, zapewne znacznie sprawniejsza od naturalnej inteligencji ludzkiej, nie będzie w stanie zawrócić nas z drogi śmierci oraz powstrzymać VI (i ostatniej?) zagłady gatunków. Wręcz przeciwnie, jak na ironię, sztuczna inteligencja może ją stymulować i doprowadzić do tragicznego końca. Memento mori!
Oczywiście, w grupie przyczyn naturalnych pierwszeństwo należy do V zagłady gatunków, czyli do wyginięcia dinozaurów (i innych istot żywych). Stąd bierze się ów sławetny „syndrom dinozaurów”, który zagraża nam również współcześnie, choć samych dinozaurów już dawno nie ma. Drugie miejsce – to biblijny (mityczny?) potop opisany w Starym Testamencie. Nie ma jasności naukowej, co do przyczyny, czasu i miejsca tego wydarzenia. Jedni uczeni (np. austriaccy) plasują je w 9545 r. p.n.e., z powodu uderzenia asteroidy i wywołania tsunami; zaś inni – w listopadzie i grudniu 2370 r. p.n.e., kiedy ulewne deszcze padały bez przerwy przez 40 dni. Wytrwałe badania są prowadzone nadal wokół góry Ararat (w Armenii), na której, rzekomo, wylądowała arka Noego.
Jako przekonany humanista, uniwersalista i globalista odrzucam wszelakie egoizmy i partykularyzmy, także atlantyzm oraz polono – i eurocentryzm. Nie uważam regionu Północnego Atlantyku, Polski i Europy za pępek świata i za najważniejszą siłę motoryczną jego rozwoju. Znacznie wcześniej siłą tą były Chiny oraz inne stare cywilizacje azjatyckie, środkowo – i bliskowschodnie. Owszem, cała ludzkość „zawdzięcza” Europejczykom i Amerykanom wiele znakomitych odkryć, dokonań, utworów i wynalazków, ale też masę zła, zbrodni i nieszczęść (podboje, wojny, kolonizacja, niewolnictwo, rasizm, kryzysy, faszyzm, sowietyzm, dyskryminacja i in.). Prawdą jest także, iż przez wiele stuleci, atlantyzm nadawał nieudolnie ton rozwojowi cywilizacji globalnej, co doprowadziło jednak, w konsekwencji, do obecnego totalnego bałaganu, do głębokiej zapaści kryzysowej (pandemiczno-ekonomicznej), do poważnej niepewności na świecie oraz do wielkiego ryzyka związanego z jego przyszłością.
Niestety, Atlantydzi nie zdołali wypracować i wdrożyć optymalnego modelu rozwoju nie tylko własnych, ale i pozostałych kontynentów oraz odpowiedniego ładu (systemu) światowego. Przez pryzmat pandemii opłakane skutki tych niedociągnięć są dziś widoczne gołym okiem. Można tylko fantazjować, jak obecnie wyglądałby świat, gdyby Atlantydzi, szczególnie Amerykanie i Europejczycy, wskazali i obrali lepszą drogę oraz efektywniejszą metodologię jego rozwoju (np. autentyczną demokrację zamiast dyktatury, tyranii i anarchii grup interesów, społeczną gospodarkę rynkową zamiast neoliberalizmu, zieloną energię zamiast paliw węglowodorowych, komunikację zbiorową zamiast samochodowej itp.)? Zabrakło im jednak długoterminowej globalnej wizji strategicznej, innowacyjnej praktyki oraz wyzwolenia się ze zgubnych egoizmów partykularnych, regionalnych i narodowych (np.: amerykanizacja, germanizacja i in.).
Współczesna coraz szybsza zagłada gatunków [1] i destrukcja klimatyczna (np. ocieplenie atmosfery i wód oceanicznych) jest już wynikiem poczynań rzekomo rozumnego człowieka, szczególnie w XIX, w XX i w XXI wieku. Takoż dochodzimy do określenia pierwszego i chyba największego paradoksu makro w dziejach ludzkości (wymagającego wyeliminowania post pandemium), czyli do opacznego (niewłaściwego) korzystania z rozumu, unikalnego tworu i efektu ewolucji, czy daru Boga, jak wolą niektórzy. Przewrotnym aspektem tej drugiej ewentualności jest twierdzenie dogmatyków, fanatyków i fundamentalistów, że Bóg dał człowiekowi rozum po to, aby odpowiednio z niego korzystał; ale, o dziwo, człek nie chce, czy też nie umie sprawnie i właściwie korzystać z tegoż daru. Łączny odwieczny wolumen głupoty ludzkiej zdecydowanie dominuje nad wolumenem mądrości. Pandemia potwierdza tę smutną prawdę niezwykle jaskrawo.
Przeto, Bóg nie ponosi odpowiedzialności za dobre ani za złe efekty myślenia i działania człowieka oraz, nade wszystko, za niesamowite dramaty i nieszczęścia, które homo sapiens (człowiek niby rozumny?) sam sobie i swym żywym ziemskim towarzyszom sprokurować raczył. W świetle tego, rozum dotychczasowego człowieka miał stać się siłą motoryczną jego mądrości, dobrobytu i szczęścia, ale, syntetycznie rzecz ujmując, był i jest nadal symbolem jego głupoty, nędzy i nieszczęścia. W każdym razie, w całym rozwoju homo sapiens, negatywy znacznie przeważają nad pozytywami, zło nad dobrem i czarne nad białym. Ich wypadkowa jest jednoznacznie negatywna. Jak długo jeszcze tak można? Chyba już niezbyt długo! Dziś wiadomo z pewnością, iż tak dalej być nie może. W analizach globalnej pandemii i jej dotychczasowych (dalece nie wszystkich) konsekwencji dominują raczej oceny skrajne w obydwu kluczowych sferach: społeczno – ekonomicznej i strategiczno – militarnej, o której mówi się relatywnie mało, albo wcale. Dlatego też poniżej przedstawiam najważniejsze aspekty analizy obydwu tych grup zagadnień.
Kumulacja zagrożeń :
stanowi ona zjawisko niespotykane nigdy w takiej skali w całej historii naszej cywilizacji. Każda z osobna spośród licznych części składowych kumulacji stanowi wielkie zagrożenie dla rozwoju oraz dla istnienia ludzkości i życia na Ziemi; ale najbardziej niebezpieczna jest ich suma stanowiąca już ogromną „masę wybuchową”. Określana jest ona także mianem tykającej zegarowej „bomby cywilizacyjnej”. Obecnie ludzkość zbliża się do krytycznej granicy oddzielającej ją od wybuchu tej materii. Przekroczenie owej granicy może spowodować eksplozję o niesamowitych konsekwencjach, choć dość łatwych do przewidzenia nawet dla laików. Zasadne jest więc mówienie o tym jako o kolejnym wielkim paradoksie cywilizacyjnym (kumulacyjnym), wymagającym niezwłocznego usunięcia po pandemii.
Głównymi częściami składowymi kumulacji są istniejące (namacalne) patologie i zagrożenia polityczne, ekonomiczne, społeczne, ekologiczne, militarne i wiele innych. Ich głębsza analiza wymagałaby dłuższych rozważań, ale – dla celów niniejszego opracowania – przedstawię jedynie i w bardzo syntetycznym ujęciu kluczowe zagrożenia gospodarcze, społeczne i ekologiczne. Bowiem te trzy grupy zagadnień składają się na koncepcję tzw. „zrównoważonego rozwoju” („sustainable development”) ludzkości i świata, który to rozwój – póki co – pozostaje jedynie w sferze marzeń i chyba już nigdy nie zostanie w pełni urzeczywistniony. Bowiem dotychczasowe szkody, straty, opóźnienia i zaniedbania w tych trzech sferach są tak wielkie, iż człowiek nie zdoła ich zniwelować, zneutralizować i odrobić (jeszcze przed „końcem świata”). Analizę komponentów niedoszłego „zrównoważonego rozwoju”, jako irracjonalnej fata morgany, uzupełnię poprzez niezbędną prezentację jego aspektów militarnych, groźnych per se (same przez się).
Perturbacje ekonomiczne: wywołany przez skrajnych neoliberałów amerykańskich II globalny kryzys ekonomiczno-finansowy (od 2007 r. do 2019 r.) i III kryzys (od 2019 r. do…?) spowodowały już ogromne straty i spustoszenie w całym gospodarstwie światowym, w poszczególnych grupach krajów i w zdecydowanej większości państw świata – w każdym z osobna. Oto podstawowe dane makro ilustrujące skutki kryzysu i stan rzeczy w omawianej dziedzinie w roku 2020/2021: – prognozowana (np. przez MFW) stopa wzrostu ŚPB (Światowego Produktu Brutto) = ok. 6 proc. (to wartość raczej propagandowa, która spadnie do ok. 4 proc. już w 2022 r.). Generalnie – fachowcy zachodni, np. z Institute for International Finance, przewidują „rozczarowujące dziesięciolecie 2020 – 2029, w sferze stopy wzrostu ŚPB” (tzw. decade of growth disappointments) o wielkości tylko 1,8 proc. ; – spodziewana wartość ŚPB w 2021 r. = 91.03 bln USD; – zadłużenie globalne (tylko dług państwowy, publiczny w 2020 r.) = 281 bln USD, czyli ponad trzykrotnie (!) więcej niż wynosi wartość ŚPB. Do tego trzeba by dodać łączną globalną sumę długów: przedsiębiorców, konsumentów, długu zagranicznego i tzw. długów ukrytych, które, z reguły, są 3-4-krotnie wyższe od długu publicznego. I wówczas, łączne zadłużenie gospodarstwa światowego urośnie do monstrualnych i niespłacalnych rozmiarów. Krótko mówiąc, światowe post covidove ożywienie gospodarcze w racjonalnych rozmiarach (5 proc. – 6 proc. ) i likwidacja (umorzenie?) olbrzymiego zadłużenia globalnego stanowią priorytetowe warunki sine qua non powrotu cywilizacji do względnej normalności.
Prognozowane stopy wzrostu wartości obrotów handlu światowego = 8 proc. (w 2021 r., 5,3 proc. w 2020 r. i tylko 4 proc. w 2022 r.) ; – spadek wartości globalnych bezpośrednich inwestycji zagranicznych o 42 proc. w 2020 r. do sumy 859 mld USD w porównaniu do 1,5 bln USD w roku 2019; – zwiększenie się liczby bezrobotnych na świecie do prawie 200 mln osób (co stanowi ok. 5,8 proc. ogółu ludzi zdolnych do pracy). Nota bene: liczbę tę należy pomnożyć przez (min.) 4 osoby wchodzące (średnio) w skład rodziny bezrobotnego. Wynik: prawie 1 mld osób cierpi wskutek plagi bezrobocia w świecie; – globalna stopa inflacji = 3,18 proc. w roku 2020 i 3,39 proc. – w roku 2021; – spadek dochodów z turystyki globalnej w 2020 r. = – 63 proc. ; – zwiększenie przepaści między „biegunem bogactwa” a „biegunem nędzy”, co ilustrują wymownie ogromne różnice między wielkościami PKB per capita: 1 miejsce – Luksemburg (105.829 USD, w kategoriach nominalnych i 101.936 USD, w kategoriach PPP – czyli parytetu siły nabywczej); to ponad 10 razy więcej od średniej światowej wynoszącej 10.313 USD (nom.) i 16.329 USD (PPP). Ostatnie 189-te miejsce na „biegunie nędzy” zajmuje Sudan Południowy: 210 USD (nom.) i 1.671 USD (PPP) [2].
Problemy społeczne: szczególnie groźny dla samozwańczych „panów świata” jest żywiołowy i niekontrolowany przyrost ludności i nasilające się przeludnienie na Ziemi. Tyka coraz szybciej zegarowa „bomba demograficzna”. Wielki kapitał, masoneria, kompleks wojskowo-przemysłowy i inni pretendenci do rządzenia i do dominowania w świecie nie są w stanie opanować sytuacji; ale sądzą, że ich interesy i zyski są bezprecedensowo zagrożone. Trzeba, ich zdaniem, radykalnie (nawet o połowę) zmniejszyć liczbę obywateli Ziemi, którzy…”szkodzą środowisku naturalnemu”(?!). Pierwszy miliard ludności świata zanotowano w roku 1804. Potem odstępy czasowe pomiędzy kolejnymi miliardami systematycznie się zmniejszały. I tak, w roku 1927 były już 2 mld ludzi; w roku 1960 – 3 mld, w roku 1974 – 4 mld, w roku 1987 – 5 mld, w roku 1999 – 6 mld i w roku 2011 – 7 mld. Corocznie przybywa (netto) 83 mln Ziemian. Obecnie jest nas 7,6 mld. Prognozy na przyszłość są następujące: w roku 2050 – 9,7 mld i w roku 2100 – 11,2 mld [3].
Oczekiwana (przy urodzeniu) średnia długość życia Ziemianina wynosi 71 lat (kobiety – 73,6 lat, mężczyźni – 68,6 lat). Najdłużej żyją Japończycy (83,7 lat) i Szwajcarzy (83,4 lata), a najkrócej – obywatele Angoli (52,4 lat) oraz Sierra Leone (50,1 lat). Dość wysoka średnia światowa wynika, głównie, z jeszcze wyższych średnich długości życia w krajach o dużej liczbie ludności, np.: Chiny (76,5 lat), Japonia (83,7 lat), USA (79,3 lat), UE (79,0 lat). Szczerze powiedziawszy, ów niekontrolowany i żywiołowy przyrost ludności świata, a także zwiększanie długości życia (mimo wszystko), z jednoczesnym zmniejszaniem się zasobów naturalnych, gruntów uprawnych, wody pitnej i z pogarszaniem się warunków życia i pracy oraz z ww. kumulacją zagrożeń stanowi jedną z kluczowych przyczyn nadciągającej VI zagłady gatunków. Pytanie: czy pandemia miała zmniejszyć liczbę ludności świata do 2 mld, do czego zmierza tzw. „brygada miliarderów w ramach kontroli ludności” („billionaire brigade of population controllers”), m.in.: Bill Gates, George Soros, Warren Buffett, Ted Turner i in? Przy pomocy pandemii nie da się raczej osiągnąć wymarzonego celu (ww. 2 mld), bowiem wg stanu na 24.05.2021 r. liczba zachorowań na Covid-19 w świecie wynosiła 167.533.334, a liczba zgonów – 3.478.523. Internauci dosłownie szaleją z powodu „miliarderów”, zarzucając im czipowanie ludzi w procesie testów i szczepień, rozsiewając rozmaite teorie spiskowe (a przecież „w każdej bajce jest źdźbło prawdy”?), zarzucając eugenikę, sterylizację i inne formy kontroli ludności oraz zmniejszania jej liczebności.
W tej ogromnej i stale zwiększającej się gromadzie ludzkiej: – poniżej poziomu ubóstwa, tzn. za 2,5 USD dziennie na utrzymanie (nie mylić z minimum socjalnym) żyje ponad 3 mld obywateli, czyli prawie 50 proc. ludzkości; zaś w skrajnej nędzy (1,25 USD per capita na utrzymanie dziennie) – ponad 1,3 mld obywateli [4]; – liczba głodujących wynosi ponad 805 mln osób, w tym 161 mln dzieci (czyli około 11 proc. ogółu ludzkości). Średnio, 22.000 dzieci umiera codziennie z powodu głodu i nędzy; – ponad 750 mln obywateli nie ma dostępu do czystej wody (pitnej). Nasilają się spory i wojny o wodę. Z powodu chorób związanych z niedostatkiem czystej wody (biegunka, zatrucia pokarmowe, choroby brudnych rąk i in.) umiera corocznie ponad 842.000 ludzi (czyli ok. 2.300 dziennie); – liczba analfabetów stanowi 17 proc. ogółu ludzkości, czyli 781 mln osób, z czego 63 proc. – to kobiety; – jest 200 mln bezdomnych + 1,6 mld ludzi nie ma odpowiednich warunków mieszkaniowych; – liczba uchodźców szacowana jest na 21,3 mln, przesiedleńców – na 107 mln i bezpaństwowców – na 10 mln osób;
– liczba chorych psychicznie wynosi już ponad 1,8 mld ludzi (czyli ponad 25 proc. ludzkości). Np., na depresję cierpi ponad 300 mln, a na schizofrenię ponad 35 mln chorych; – nic przeto dziwnego, że notujemy corocznie ponad 800.000 („udanych”) samobójstw, przy czym liczba „nieudanych” prób samobójczych jest 20-krotnie większa (!); – inne choroby i epidemie: 13 „największych morderców” („top killers”) powoduje corocznie około 55 proc. wszystkich zgonów na świecie. Oto one: – choroby wieńcowe (7,5 mln zgonów); – udar mózgu (6,7 mln); – gorączka denge (3,2 mln); – chroniczne zapalenie płuc (3,15 mln); – zapalenie płuc, gruźlica, grypa itp. (3,1 mln); – cukrzyca (1,8 mln); – rak płuc i dróg oddechowych (1,6 mln); – AIDS/HIV (1,5 mln); – biegunka (1,5 mln); – wypadki komunikacyjne (transportowe) (1,3 mln); – nadciśnienie i choroby serca z tym związane (1,1 mln); – malaria (250 mln nowych przypadków, 430.000 zgonów); – ebola (tylko w: Gwinei, Liberii i Sierra Leone – 28.616 przypadków zachorowań, 11.310 zgonów i 10.000 wyleczonych). Liczba zgonów systematycznie wzrasta głównie z uwagi na to, że w krajach biednych i najbiedniejszych brak jest odpowiedniej opieki lekarskiej a pacjentów nie stać na pokrycie kosztów leczenia. Dodatkowo – pandemia zdewastowała i zdezorganizowała normalną służbę zdrowia, którą trzeba szybko odbudować. Tak oto wyglądają główne parametry makro sytuacji społecznej w świecie, która ulega znacznemu pogorszeniu w wyniku pandemii. Kto, kiedy i jak doprowadzi do polepszenia tej sytuacji? Nie wiem!
Katastrofa ekologiczna: następny wielki problem i post pandemiczne pole do popisu rozwojowego to fakt, iż szybkiemu wzrostowi ludności świata towarzyszy dramatyczne pogarszanie ekologicznych warunków jej egzystencji i bytowania. Poczynając od I rewolucji przemysłowej, następuje przyśpieszona degradacja i zatruwanie środowiska naturalnego na Ziemi, szczególnie powietrza, wody i gleby. W okresie od połowy lat 70-tych XX wieku do dziś, człowiek spowodował ponad 20 groźnych katastrof ekologicznych, jak np.: awarie w elektrowniach nuklearnych (Czarnobyl, Hanford (USA) i Fukushima), emisje gazów trujących (Bhopal, Indie i in.) oraz liczne wycieki ropy naftowej z tankowców (Amoco Cadiz i in.) oraz z platform wiertniczych. Łączne traktowanie przyspieszonej degradacji trzech środowisk (powietrza, wody i gleby) daje wyobrażenie o niebywałej skali niebezpieczeństwa. Procesy te doszły obecnie do takiego pułapu, że stanowią bezprecedensowe zagrożenie fizyczne, chemiczne i biologiczne dla wszelkich istot żywych (fauny i flory) na Ziemi. Decydenci i co bardziej światli obywatele mają świadomość tego zagrożenia, ale podejmują nieefektywne poczynania (głównie gadulstwem), aby mu zapobiec. Tymczasem, zagrożenie nie zna granic i ma charakter globalny (tzw. globalizacja katastrofy ekologicznej). Wymaga więc skutecznych globalnych rozwiązań, których brak. Podpisywane są wprawdzie ważne porozumienia międzynarodowe (np. Protokół z Kyoto, Układ z Paryża i in.), ale zawodzi ich realizacja, współpraca i koordynacja poczynań praktycznych.
Na World Economic Forum w Davos (w 2017 r.) przedstawiono raport o sytuacji ekologicznej świata zawierający, m.in., wymowne wskaźniki dot. ochrony środowiska, tzw. Environmental Performance Index. Sytuacja w pierwszej 30-tce krajów najbardziej dbających o środowisko jest następująca: na 100 możliwych punktów: 1 miejsce zajmuje Finlandia (90,88), 2. Islandia (90,51), 3. Szwecja (90,43), 4. Dania (89,21), 5. Słowenia (88,98)….., 26. USA (84,72), 27. Czechy (84,67), 28. Węgry (84,60), 29. Włochy (84,48) i 30. Niemcy (84,26). Natomiast sytuacja w pozostałych prawie 200 krajach świata jest coraz bardziej krytyczna w sferze ekologicznej. Obok tradycyjnych zagrożeń ekologicznych, coraz groźniejsze są również ich nowe kategorie, szczególnie nadmierny hałas (tzw. noise pollution) oraz niewłaściwe oświetlenie (light pollution) – szkodliwe dla człowieka i dla innych organizmów żywych.
Krótko o skażeniu powietrza atmosferycznego. Jeszcze tak trochę, a nie będziemy mieli czym oddychać! Już dziś aż 92 proc. ludzi na świecie oddycha zanieczyszczonym powietrzem. Smog jest niezwykle poważnym problemem w zdecydowanej większości krajów. Skażenie powietrza powoduje na świecie około 9 mln zgonów rocznie, głównie z powodu chorób dróg oddechowych oraz straty finansowe szacowane na ponad 6 bln USD (zmniejszenie wydajności pracy, absencja pracownicza, koszty leczenia i in.). Współczesna cywilizacja emituje rocznie do atmosfery ponad 45 mld ton 6 gazów cieplarnianych (przemysłowych i naturalnych, np., metan). Z masy tej, na Chiny przypada (szacunkowo) 11 mld ton, USA – 7 mld, UE – 5 mld, Indie – 2,5 mld, Rosja – 2,5 mld, Japonia – 1,5 mld i Niemcy – 1 mld ton. Najgorzej prezentuje się sytuacja w zakresie emisji dwutlenku węgla (CO2). Wielkość emisji globalnej = około 37 mld ton rocznie. W tym: Chiny – 8,6 mld, USA – 5,5 mld, UE – 3,5 mld, Indie – 2,5 mld, Rosja – 1,8 mld i Japonia – 1,3 mld ton. Ponadto, obecnie jest w ruchu ponad 500 mln pojazdów samochodowych na świecie, a ich liczba wzrośnie do 1 mld sztuk około roku 2030, a także 39.000 samolotów cywilnych i wojskowych emitujących spaliny stanowiące około 5 proc. ogółu gazów przemysłowych (cieplarnianych) wydalanych do atmosfery.
Zwiększa się zanieczyszczanie, zakwaszanie i ocieplanie wód morskich, oceanicznych, śródlądowych i gruntowych stanowiących ponad 75 proc. powierzchni Ziemi („bez wody nie ma życia”). Przykłady: wskutek ocieplenia wody oceanicznej i braku alg, już ponad 2/3 wielkiej rafy koralowej o długości 1.500 km (na wschodnich obrzeżach Australii) uległo zniszczeniu. Czysta woda (pitna) stanowi zaledwie 2,5 proc. ogólnej masy wody. Np., ponad 320 mln Chińczyków i 60 mln Pakistańczyków nie ma dostępu do czystej wody. Obecnie ponad 1 mld ludzi pije wodę niezdatną do spożycia. Liczba ta wzrośnie do 3,5 mld osób, w terminie do roku 2025. Z powodu spożywania zanieczyszczonej wody, corocznie, umiera na świecie 250 mln ludzi (cholera, tyfus i in.). Nie należy wykluczać napięć, starć, a nawet wojen o wodę, jak to się już dzieje, np., między Etiopią, Sudanem i Egiptem wokół wykorzystania wód Nilu.
Wody morskie i oceaniczne ocieplają się (absorbują ciepło wskutek global warming) 20 razy więcej niż powierzchnia lądów, a następnie podgrzewają powietrze atmosferyczne (zabójcze sprzężenie zwrotne). Obecnie, średnia temperatura wód morskich i oceanicznych wynosi 17st.C (minimum: morza polarne: – minus 2 st.C, a maksimum: Zatoka Perska – plus 36 st.C). Zjawiska te powodują poważne perturbacje i zakłócenia w obiegu prądów oceanicznych, pogarszając klimat i wywołując ekstremalne zjawiska pogodowe (szczególnie gwałtowne tajfuny). Ponadto, ocieplanie atmosfery i wód wpływa na topnienie lodów (szczególnie tzw. czap biegunowych), co przyczynia się do podnoszenia poziomu wód oceanicznych i morskich. W minionym stuleciu poziom ten wzrastał o 2 mm średniorocznie. Zwiększa się także skala zatrucia wód śródlądowych, szczególnie rzek i jezior. Najgorzej wygląda ta sytuacja w Azji. Najbardziej zapaskudzony jest Ganges, święta rzeka Hindusów, do której odprowadza się 80 proc. odpadów komunalnych w Indiach. Również w USA, ponad 40 proc. rzek i jezior jest już tak zanieczyszczonych, że nie można nawet kąpać się w nich. Nota bene: Stany wytwarzają 30 proc. ogólnej masy odpadów światowych i zużywają 25 proc. zasobów naturalnych wydobywanych na Ziemi.
Degradacja gleby: grunty uprawne stanowią zaledwie 11 proc. ogólnej powierzchni lądów na świecie. Skala zanieczyszczenia i degradacji tych gruntów systematycznie się zwiększa, osiągając już ponad 20 proc. ich powierzchni. Do tego dochodzi intensyfikacja procesu pustynnienia (dezertyfikacji), któremu ulega corocznie ponad 14 mln ha oraz wycinania lasów (deforestacja). Lasy zajmują jeszcze 31 proc. powierzchni lądów, ale corocznie wycina się ich ponad 93.000 km kw. Skutkiem deforestacji jest emisja 15 proc. ogólnej masy gazów cieplarnianych do atmosfery. Sytuacja staje się coraz bardziej dramatyczna – bowiem liczba ludności świata i zapotrzebowanie na żywność zwiększa się, a obszary gruntów uprawnych ulegają zmniejszeniu.
W ciągu następnego półwiecza, liczba ludności świata zwiększy się o prawie 3 mld osób. Żeby wyżywić ponad 10 mld ludzi, trzeba by zwiększyć produkcję żywności o 40 proc. w stosunku do obecnej wielkości. Tymczasem, ze statystyk FAO wynika, że 10 mln ha gruntów uprawnych ulega corocznie zanieczyszczeniu, erozji, odwodnieniu, zakwaszeniu i zasoleniu, a 20 mln ha staje się nieużytkami nie nadającymi się do uprawy. Widmo głodu na niespotykaną skalę staje się ewidentne. W wielu krajach sytuacja wygląda już bardzo źle; np. w Chinach zanieczyszczonych jest ponad 100.000 km kw. gruntów uprawnych (głównie poprzez chemizację i podlewanie brudną wodą) oraz 23.500 km kw. – odpadami stałymi. W Wielkiej Brytanii, na pola wysypuje się, średniorocznie, ponad 30 mln ton śmieci i odpadów. Nowym zjawiskiem globalnym jest wyrzucanie na pola i do lasów zużytych przedmiotów elektrycznych i elektronicznych, ok. 3 mln ton rocznie (tzw. e-waste).
Aspekty militarne: jeśli nasza „cywilizacja” nie odstąpi od dotychczasowej metodologii przemocy i prawa pięści oraz nie wkroczy na drogę humanizmu, pokoju, bezpieczeństwa i współpracy, to rzeczywiście zginie marnie! Bowiem dzisiejsze najnowocześniejsze środki prowadzenia wojen oraz, głównie, jakościowy wyścig zbrojeń (o czym poniżej) gwarantują, bez wątpienia, bardzo skuteczne i szybkie „rozwiązanie finalne”, czyli koniec świata. Broń bakteriologiczna, a za taką uważa się również Covid-19, ebolę, węglik i inne wirusy, zwana jest także „bombą atomową dla ubogich”. Nie ustalono jeszcze dokładnie, skąd, gdzie i jak pandemia została zapoczątkowana. Pod niebiosa rozdmuchano propagandowo casus Wuhan, który nie znalazł potwierdzenia w dochodzeniach ŚOZ. A tymczasem aktywne „prace nad broniami B” trwają od dawna w kilku ośrodkach badawczych oraz w licznych laboratoriach w USA, głównie w Fort Detrick, k. Waszyngtonu, w stanie Maryland (600 budynków na obszarze 50 km kw.). Majstrują tam nie tylko nad broniami „B” sensu stricto, ale również nad środkami kontrolowania umysłów ludzkich. I tu „kółko pandemiczne” się zamyka.
Pracując w Ambasadzie RP w ChRL, niejako na własnej skórze przeżyłem epidemię SARS-1 w Pekinie. Dobrze wiem, czym to pachnie. Wiem również, że pierwsze ognisko owego wirusa pojawiło się najpierw w Hongkongu, w listopadzie 2002 r. (osiedle Amoy Gardens, Jordan Valley, dzielnica Kowloon, 19 wieżowców po 30 – 40 pięter, 4.896 apartamentów, 10.721 mieszkańców). Pytanie: skąd i jak ów wirus tam się pojawił? Wiadomo natomiast, że do dnia 01.07.1997 r. HK był posiadłością brytyjską oddaną bezboleśnie Chinom. Ale zwolennicy UK (United Kingdom) starali się rozrabiać w HK jeszcze do niedawna. Z Hongkongu SARS-1 dotarł do wielkich miast chińskich samolotami, pociągami, statkami itp. Łatwo wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby taka groźna epidemia rozlała się na całego w wielkiej masie społeczeństwa chińskiego (prawie 1,5 mld obywateli)? Na szczęście tak się nie stało, dzięki bardzo zdecydowanej reakcji władz i wzorowemu zdyscyplinowaniu społeczeństwa. W ChRL zanotowano jedynie (i aż!) 2521 przypadków zakażenia i 191 zgonów, a na świecie – 8459 przypadków i 805 zgonów. Dnia 05.07.2003 r. WHO proklamowała zakończenie epidemii SARS-1 w Chinach i na całym świecie (źródło: czasopismo „The Lancet”, vol. 361, z dnia 28.06.2003 r.).
Tak więc, kolejną anomalią ludzką i wielkim zadaniem makro po pandemii jest totalna demilitaryzacja świata, likwidacja sił zbrojnych i ofensywnych doktryn militarnych oraz odstąpienie od Hard Power na rzecz Soft Power. Słowem, degeneracja i zezwierzęcenie tzw. rodzaju ludzkiego dokonuje się nieprzerwanie od niepamiętnych czasów i znów nabiera obecnie bezprecedensowych rozmiarów i tempa. Setki milionów często niewinnych ludzi zapłaciły najwyższą i okrutną cenę za dotychczasowy irracjonalny rozwój tej „cywilizacji” oraz za jej metody siłowe. W okresie od roku 0 do chwili obecnej prowadzono 136 dużych wojen (oraz dziesiątki pomniejszych) w skali całego świata. Obecnie, różnorodne konflikty zbrojne i działania bojowe mają miejsce w 50 miejscach na kuli ziemskiej.
Obliczono przybliżoną ilość ofiar ludzkich w wyniku wszystkich wojen prowadzonych od zarania „cywilizacji” na świecie i odnotowanych w dokumentach historycznych. Liczba ta szacowana jest w granicach od 315 mln do 755 mln ofiar, w związku z czym, średnia ważona wynosi około 490 mln ofiar! Również koszty prowadzenia wszystkich wojen są monstrualne i nieobliczalne. Dysponujemy jedynie dość dokładnymi danymi dotyczącymi kosztów prowadzenia obydwu wojen światowych: I-ej – 187 mld (ówczesnych) dolarów amerykańskich, co w przeliczeniu na dzisiejsze USD daje sumę dziesięciokrotnie większą. Zaś łączne koszty prowadzenia II wojny światowej wyniosły ponad 11,5 bln USD (dzisiejszych). Jeśli chodzi o trwające obecnie wojny i konflikty zbrojne, to ich łączne koszty wyniosły już ponad 14 bln USD w roku 2014, czyli 13 proc. ówczesnego światowego PKB! Z kolei, np., wydatki USA na prowadzenie wojen w Afganistanie, Pakistanie, Iraku i Syrii wyniosły, jak do tej pory, ponad 5 bln USD [5].
Wyścig zbrojeń : „si vis pacem, para bellum” czyli: „jeśli chcesz pokoju, to szykuj się do wojny”. To odwieczne absurdalne zawołanie stanowi kolejny wielki problem makro we współczesnej ewolucji ludzkości i świata. Obecnie trwa kolejna nowa jakościowo faza wyścigu zbrojeń w obydwu głównych dziedzinach: klasycznej i modernistycznej. Najnowsze dane statystyczne w tej materii są następujące [6]: światowe nakłady na siły zbrojne wyniosły, w roku 2020, 1,99 bln USD (czyli 2,4 proc. światowego PŚB; wzrost o 2,6 proc. w stosunku do roku 2019). Na jednego mieszkańca Ziemi przypada więc ok. 250 USD rocznie na zbrojenia. Wydatki USA – 778 mld USD (wzrost o 4,4 proc. w stosunku do roku 2019 i 39 proc. całości nakładów światowych); Chiny – 252 mld USD (wzrost o 1,9 proc. ); Rosja – 66,7 mld USD (wzrost o 2,5 proc. ); Niemcy – 52,8 mld USD (wzrost o 5,2 proc. ); Polska – 11,9 mld USD w 2019 r. (2,02 proc. PKB). W ostatnim czasie nastąpił jednak poważny wzrost (o 13 proc. ) polskich wydatków na zbrojenia związanych z programem modernizacji sił zbrojnych w latach 2013 r. – 2022 r. [7].
Niezależnie od najnowocześniejszych broni, utrzymywane są potężne arsenały „starych” broni masowej zagłady: bakteriologicznej, chemicznej i nuklearnej. 9 państw [8] posiada łącznie 15.850 ładunków (głowic, pocisków itp.) tego rodzaju, z czego 4.300 w siłach operacyjnych (amerykańskich – 2.080 i rosyjskich – 1.780 sztuk). 1.800 ładunków utrzymywanych jest w stanie podwyższonej gotowości bojowej. Łączna siła niszczycielska ewentualnego wybuchu tej ogromnej masy nuklearnej wystarczyłaby na kilkakrotne rozbicie kuli ziemskiej w proch i w pył kosmiczny. Ponadto, kilkanaście państw (np.: Japonia, Australia, Iran, Kazachstan, Ukraina, Arabia Saudyjska, Afryka Południowa, Nigeria, Brazylia, Kanada, Niemcy i… Polska) posiada technologie, zdolności i potencjał umożliwiający wyprodukowanie broni nuklearnej. Stale wzrasta też ryzyko zastosowania broni masowej zagłady przez terrorystów. Doskonalone są także jakościowo i zwiększane ilościowo systemy rakiet różnego zasięgu zdolnych do przenoszenia głowic z ładunkami masowej zagłady oraz antyrakiet, a także zbrojenia kosmiczne.
Następuje wzrost liczby samobójstw w świecie (ponad 800.000 przypadków rocznie); nasila się fundamentalistyczny i fanatyczny terroryzm oraz jego uniwersalizacja (globalizacja) [9]. Brak dokładnych danych ws. ofiar ludzkich i strat materialnych za cały okres jego istnienia. Są one jednak ogromne. Obecnie (w ciągu ostatnich 20 lat) obserwujemy bezprecedensowe nasilenie tych zjawisk, co jest wynikiem i wyrazem ogólnego pogarszania się analizowanej sytuacji w świecie oraz wojen religijnych, biedy i szerzenia się patologii cywilizacyjnych; liczba zmuszonych do opuszczenia swych domostw szacowana jest w świecie na 65,3 mln wypędzonych;
Rozważania końcowe:
impotencja systemowa jest chyba najpoważniejszym paradoksem cywilizacyjnym makro. Pandemia go potwierdza. Polega on na tym, iż ludzkości nie udało się nigdy wypracować i wdrożyć funkcjonalnego (optymalnego) systemu (ustroju) polityczno – ideologicznego i społeczno – gospodarczego oraz ładu międzynarodowego, które byłyby odpowiednie i niezbędne dla pomyślnego rozwiązywania nieprzerwanie narastających problemów cywilizacyjnych w skali poszczególnych krajów i całego świata. Bez dobrego systemu świat nie mógłby rozwijać się pomyślnie. Zamiast jednego porządnego i stabilnego ustroju, mieliśmy ich całą mnogość, ale żaden z systemów znanych w historii, od pradawnej wspólnoty pierwotnej do obecnej luki systemowej, nie zdołał rozwiązywać skutecznie nabrzmiewających problemów rozwojowych i przekazywał zaległości i nieprawidłowości swemu następcy: feudalizm – kapitalizmowi, kapitalizm – faszyzmowi, sowietyzmowi, neoliberalizmowi, rządom autorytarnym i in. Wszystkie te „systemy” waliły się jak domki z kart, pozostawiając za sobą wojny, pobojowiska, gruzowiska, zgliszcza i kryzysy oraz ogrom cierpienia i nieszczęścia ludzkiego. Właśnie wynikiem permanentnej i irracjonalnej impotencji systemowej są jej najważniejsze negatywne skutki cywilizacyjne, zarówno fragmentaryczne, jak i sumaryczne, które przedstawiłem powyżej.
Niedowład systemowy (krajowy i globalny) jest, głównie, wynikiem egoizmu i egocentryzmu ludzkiego oraz dążenia do panowania jednych nad drugimi oraz bogacenia się jednych kosztem drugich. Niedowład ów nie wyglądał jeszcze nader szkodliwie w czasach, kiedy problemy cywilizacyjne i rozwojowe nie były tak nabrzmiałe i wręcz wybuchowe, jak obecnie i kiedy społeczność ziemska nie była tak liczna i tak świadoma, jak w naszych czasach. Kiedyś władcy, prorocy i kaznodzieje bazowali na głupocie i na niewiedzy ludzkiej, ale obecnie nie jest to już możliwe. W XX i w XXI wieku miarka wytrzymałości systemowej (i ludzkiej) przebrała się na dobre. Trzy kolejne „systemy”, które pretendowały do panowania nad światem: amerykanizm, faszyzm, sowietyzm i neoliberalizm wylądowały w niesławie na „śmietniku historii”, powodując za każdym razem wielkie ofiary w ludziach i ogromne straty materialne. Zupełnie niepotrzebnie! Niemała w tym „zasługa” teoretyków, uczonych, tzw. autorytetów moralnych i innych sługusów systemowych, którzy popychali autorytarnych władców ku poronionym rozwiązaniom i ku nieefektywnym rządom [10]. Zresztą, ironią historii jest również to, iż cywilizacja ludzka wydała bardzo wielu wybitnych myślicieli i twórców, którzy jednak zajmowali się raczej problemami cząstkowymi a nie kompleksowymi (systemowymi, globalnymi itp.), choć niektórzy pozostawili po sobie wiekopomne dzieła. Szkopuł jednak w tym, iż autorytarni władcy nie chcieli słuchać uczonych i doradców, z reguły mądrzejszych od nich.
W taki to sposób, drogą odwiecznej impotencji i niedowładu systemowego ludzkość dotarła do współczesnej „luki systemowej” w świecie (i w wielu państwach), jaka powstała pod koniec I dekady XXI wieku po upadku neoliberalizmu i systemu jednobiegunowego (USA). Im dłużej taka „luka” będzie utrzymywana, tym gorzej dla wszystkich razem i dla każdego z osobna. Niebezpiecznymi znamionami tej „luki” jest pogłębiający się chaos, anarchia, patologie, kryzys i wzrost napięcia międzynarodowego oraz nowe ciągoty byłego supermocarstwa jednobiegunowego do odzyskania dominującej pozycji w świecie. Dziś nie jest to jednak możliwe, bowiem, w międzyczasie, gruntownie zmienił się układ sił na arenie międzynarodowej. Cywilizacja podąża raczej w kierunku rozwiązań wielobiegunowych (multilateralizm), pokojowych, równoprawnych i partnerskich (np. chiński nowy sprawiedliwy ład międzynarodowy i wspólna przyszłość dla całej ludzkości), a nie tajemny New World Order, np., lansowany przez niektóre instytucje kapitałowe, masońskie i mafijne.
Zaś na gruzach neoliberalizmu powinien powstać zupełnie nowy system kojarzący efektywnie i optymalnie wymagania humanizmu, sprawiedliwości, solidaryzmu, egalitaryzmu oraz racjonalnego gospodarowania, wolnego rynku i interwencjonizmu państwowego w odpowiednich proporcjach. Wymaga to jednak całkowitego wyeliminowania wszystkich dotychczasowych anomalii, absurdów i paradoksów systemowych. Szczególnie ważne jest ustabilizowanie stosunków pomiędzy niektórymi wielkimi mocarstwami oraz wyeliminowanie z nich licznych negatywnych zjawisk: wrogości, podejrzliwości, niezdrowej rywalizacji, dążenia do panowania nad światem itp. A także usunięcie pewnych zgubnych czynników, które mają swe obrazowe acz wymowne określenia: – huśtawka deskowa (jak dla dzieci), raz do góry, raz na dół; – gra na „sumę zero” („zero sum game”) – przegrana jednego partnera równa jest wygranej drugiego partnera; – „pułapka Thucydidesa”, starożytnego historyka greckiego (460 r. – 394 r. p.n.e.), autora teorii, iż nowopowstające mocarstwo budzi obawy i wrogość u istniejącego już mocarstwa, co może doprowadzić nawet do wojny.
Marne perspektywy : powyższa analiza, faktografia i dane statystyczne mówią same za siebie oraz nie wymagają dodatkowych komentarzy i uogólnień. Pandemia pogorszyła bardzo znacznie ww. (i inne) wskaźniki makro oraz sytuacje w wielu dziedzinach życia, pracy i rozwoju. Sprawa jest coraz bardziej oczywista: kumulacja i suma zaniedbań, nieprawidłowości i zagrożeń nagromadzonych w całym rozwoju ludzkości jest już tak ogromna, że sprawia, iż ich usunięcie staje się praktycznie niemożliwe. Tego obawiam się najbardziej. Również z niemożnością graniczy pożądane wprowadzenie świata na drogę zdrowego i zrównoważonego rozwoju. Musimy nazwać te rzeczy po imieniu w duchu uczciwości intelektualnej i moralnej. Cóż więc pozostaje światu? Realnie: brnąć dalej dotychczasową drogą i pogrążać się w bagnie, czy też starać się o poprawę sytuacji ogólnej i szczególnej, mając cichą nadzieję, że tylko nielicznym narodom i państwom (Chiny, Szwajcaria, Skandynawia…) może udać się na początek uniknięcie okrutnej perspektywy?!
Wyjściem z sytuacji powinno być więc zrezygnowanie z wszelkich dotychczasowych poronionych koncepcji teoretycznych, zgubnych modeli rozwojowych i skompromitowanych działań praktycznych, których wypadkowa (suma) doprowadziła świat do skraju przepaści. Faktycznie, niezbędne jest rozpoczęcie wszystkiego prawie od nowa (ale przecież nie od „zera”!). Wiem, że są to zamierzenia tak mało realne, że aż niemożliwe. Niezbędna byłaby chyba wielka rewolucja światowa, aby je zrealizować? Trzeba wszakże się starać i jednocześnie mieć świadomość, że alternatywa jest następująca: albo kompleksowa odnowa globalna, albo też totalna katastrofa cywilizacyjna. Proszę wybierać!

[1]. Wymieniona powyżej w tekście V zagłada gatunków dokonała się około 65 mln lat temu. Wówczas to, ogromna planetoida, o średnicy kilkunastu kilometrów, uderzyła w Ziemię w okolicach Zatoki Meksykańskiej i Półwyspu Yucatan, wyzwalając energię o 2 mln razy większą od energii wybuchu największej bomby wodorowej przeprowadzonego w Związku Radzieckim, w roku 1961. Krater po uderzeniu planetoidy miał średnicę 200 km i głębokość 30 km. Pyły przesłoniły światło słoneczne, średnia temperatura atmosfery ziemskiej, wynosząca przed uderzeniem 27 stopni C, spadła do 5 stopni C. Nastąpiło wielkie ochłodzenie. W wyniku tego i potężnego tsunami wyginęło ¾ gatunków morskich i lądowych, łącznie ze sławetnymi dinozaurami. Obecnie mamy do czynienia z wielkim ociepleniem, póki co, o prognozowane 2 stopnie C (średnio) do końca XXI wieku i też z wymieraniem gatunków w wyniku zmian klimatycznych i destrukcji środowiska naturalnego; Uczeni stwierdzają, iż obecnie dokonuje się, z winy człowieka, VI zagłada gatunków fauny i flory na Ziemi. Rocznie ginie bezpowrotnie 27.000 gatunków. Prof. Louis Leakey, kenijski paleontolog i archeolog, absolwent Uniwersytetu w Cambridge, autor książki „The Sixth Extinction” („Szóste Wymieranie”) ocenia, iż – w ciągu nadchodzących 100 lat – z powierzchni Ziemi zniknie około 50 proc. gatunków fauny i flory, łącznie z homo sapiens, głównym winowajcą. Byłaby to właśnie droga prowadząca do położenia kresu życiu na naszej planecie;
[2]. W 3 krajach (Czad, Haiti, Liberia) liczba mieszkańców żyjących w nędzy wynosi 80 proc. , w 5 krajach (DR Konga, Sierra Leone, Nigeria, Surinam i Swaziland) – 70 proc. oraz w 7 krajach (Zimbabwe, Burundi, Sao Tome i Principe, Niger, Zambia, Komory i Honduras) – 60 proc. . Tak wygląda czołówka największych nędzarzy świata. Szczytowym wyrazem dyferencjacji są dane opublikowane w raporcie konfederacji Oxfam z dnia 18 stycznia 2016 r. Wynika z nich, że 1 proc. najbogatszych ludzi świata posiada taki majątek, jak pozostałe 99 proc. mniej zamożnych, biednych i najbiedniejszych. Ponadto, 62 najbogatszych posiadaczy dysponuje takim majątkiem, jak 50 proc. wszystkich najbiedniejszych ludzi na świecie. Nota bene: organizacja Oxfam została utworzona w Wielkiej Brytanii, w roku 1942, celem walki z biedą i z zacofaniem rozwojowym. Obecnie jest ona konfederacją złożoną z 20 organizacji pozarządowych (NGO’s) współpracującą z partnerami w 90 krajach;
[3]. Źródło: Report of the United Nations’ World Population Prospects, z roku 2015);
[4]. Dane ONZ, FAO, MFW, Banku Światowego i in.;
[5]. Np., w odniesieniu do Syrii, siły zbrojne USA rozpoczęły tam anty assadowskie działania bojowe w sierpniu 2014 r. Średni koszt tych działań wynosi ponad 11,5 mln USD dziennie. Zaś, armia rosyjska przystąpiła do tej wojny (głównie: pro assadowskie bombardowania lotnicze) we wrześniu 2015 r. Dzienny koszt tych poczynań szacowany jest na około 4 mln USD;
[6]. Dane te zostały zaczerpnięte z SIPRI Fact Sheet z dn. 26.04.2021 r. (SIPRI = Stockholm International Peace Research Institute);
[7]. Dane MON;
[8]. Wedle źródeł irańskich, Izrael posiada ponad 400 głowic nuklearnych (głównie neutronowych) zmagazynowanych w ośrodku badań jądrowych Dimona, na pustyni Negev oraz rakiety i myśliwce bombardujące zdolne do przenoszenia tych głowic na średnie i duże odległości;
[9]. Od dawien dawna terroryzm jest zmorą cywilizacji ludzkiej. Za pierwszych terrorystów uważa się żydowskich sykariuszy – nożowników (sicari), którzy atakowali Rzymian (oraz Żydów kolaborujących z nimi) w I wieku. Celem było położenie kresu okupacji Judei przez Rzym. Lucjusz Anneusz Seneka młodszy (4 r. p.n.e. – 65 r. n.e.), znany filozof rzymski, twierdził, iż „ dla bogów nie ma milszej ofiary, jak krew tyranów…”. Od tamtej pory terroryzm wszelkiego rodzaju pochłonął niezliczone ofiary na całym świecie. Nasilenie tego zjawiska obserwujemy w XXI wieku, szczególnie w wydaniu fundamentalistów islamskich. Od 1970 r. do dziś zanotowano na świecie prawie 200.000 aktów terrorystycznych różnego rodzaju. Również w tym przypadku, terroryzm jest wynikiem niesprawiedliwości i zła, które szerzy się na Ziemi. Nowym zjawiskiem jest terroryzm internetowy (cyber terrorism). Ponadto, znajdujemy się w przededniu stosowania przez terrorystów broni masowej zagłady;
[10]. Tragicznym przykładem takich myślicieli jest Milton Friedman (31 VII 1912 r. – 16 XI 2006 r.), znany ekonomista z tzw. szkoły chicagowskiej, noblista, doradca Ronalda Reagana, Margaret Thatcher i US Federal Reserve. Zdecydowany przeciwnik „naiwnej teorii keynesizmu” postulującego, m.in., interwencjonizm państwowy i zwolennik gospodarki wolnorynkowej, „niewidzialnej ręki rynku”, „naturalnej stopy bezrobocia”, monetaryzmu (zwiększania ilości pieniądza w obiegu), stagflacji, prywatyzacji, deregulacji itp. Jego koncepcje legły u podstaw neoliberalizmu, reaganomics i thatcheryzmu, co przyczyniło się do II wielkiego kryzysu globalnego – z wiadomymi skutkami.

Refleksje o strategii i taktyce lewicy

Czy lewica polska ma obecnie swoją strategię polityczną? Czy poszukuje tej strategii? Czy wokół tych poszukiwań krystalizuje się dyskusja polityczna środowisk lewicowych?

Nie są to pytania retoryczne. Każdy ruch polityczny mający ambicję wpływania na los swego państwa i na to, w jakim świecie będzie ono funkcjonowało, musi określić swe cele strategiczne, uczynić je podstawą poważnej debaty publicznej i z punktu widzenia przyjętej strategii oceniać sposób działania w zmieniającej się sytuacji.

Strategia to nie to samo, co taktyka, chociaż między nimi istnieje pewien związek. Taktyka to sposób działania w konkretnej, zmieniającej się sytuacji. To realizacja celów krótko lub średniodystansowych. W polityce właściwie dobrana i skutecznie realizowana taktyka jest warunkiem osiągnięcia powodzenia, ale najlepsza nawet taktyka nie może zastąpić strategii. Ta bowiem określa cele i podstawowe wartości, na których opiera się działanie ruchu politycznego, a tym samym stanowi podstawę jego zbiorowej tożsamości.

Ruch polityczny bez wyraźnie określonej strategii skazany jest na to, że jego losy zależeć będą od – nigdy przecież niezagwarantowanego na wsze czasy – sukcesu taktycznego. Doraźny sukces – na przykład zdobycie mandatów parlamentarnych czy stanowisk państwowych – może zespalać ruch polityczny na krótką metę i dawać jego działaczom zadowolenie skłaniające ich do solidarnego działania, ale nie stanowi gwarancji, że więź ta przetrwa okres niepowodzeń, które nieuchronnie pojawiają się w polityce każdej formacji.

Strategia to, najkrócej mówią, określenie podstawowych wartości, na których ruch polityczny się opiera, oraz celów, do których dąży w długiej perspektywie historycznej. Właśnie ta perspektywa odróżnia cele strategiczne od taktycznych. Te ostatnie dotyczą sytuacji bieżącej, określanej w skali miesięcy lub paru lat. Cele strategiczne dotyczą dalekiej perspektywy, zazwyczaj mierzonej na dziesięciolecia lub nawet na pokolenia.

Radykalna lewica – nie tylko zresztą w Polsce – doświadczyła załamania się strategii, która przyświecała jej przez poprzednie sto lat. Istotą tej strategii było przeświadczenie o konieczności zniesienia ustroju kapitalistycznego i zastąpienia go ustrojem socjalistycznym, rozumianym przede wszystkim jako ustrój oparty na społecznej własności środków produkcji i, co za tym idzie, zniesienie niesprawiedliwych stosunków społecznych, których źródło widziano w podziale klasowym wynikającym z dominacji prywatnej własności kapitału. Okazało się jednak, że rewolucyjne przekształcenie ustroju ekonomicznego nie prowadzi do realizacji socjalistycznej utopii, a nawet może być związane z pojawieniem się nowego typu niesprawiedliwości, których korzenie tkwiły nie tyle w sferze ekonomicznej, co w sferze politycznej – w podporządkowaniu człowieka wszechwładnemu państwu. W połowie ubiegłego stulecia wielu marksistów wracało do myśli formułowanych przez Marksa we wczesnym okresie jego twórczości, gdy wskazywał on na społeczne korzenie alienacji. W ostatnim dziesięcioleciu dwudziestego wieku Andrzej Walicki w swej najważniejszej książce „Marksizm i skok do królestwa wolności” pokazał, jak marksowskie marzenie o przezwyciężeniu alienacji doprowadziło – zamiast skoku do „królestwa wolności” – do nowego zniewolenia.

W państwach, gdzie w dwudziestym wieku podejmowano próbę realizacji rewolucyjnej strategii, jej załamanie się otworzyło drogę do nowego samookreślenia się lewicy. Teoretycznie rzecz ujmując lewica miała wówczas dwie możliwości. Mogła uznać fiasko dotychczasowej polityki „budownictwa socjalizmu” za historyczny przypadek, spowodowany ludzkimi ułomnościami, w tym zwłaszcza błędami przywódców. W tym kierunku poszły partie komunistyczne, które jednak niemal nigdzie (poza Czechami) nie zdołały uzyskać liczącego się poparcia. Mogła także określić się jako ta część sił reformatorskich, której celem i sensem istnienia jest walka o to, by przeprowadzane zmiany ustrojowe w możliwie wielkim stopniu były zgodne z socjalistycznym systemem wartości. Trzydzieści lat temu, w książce poświęconej perspektywom socjalistycznej lewicy tak właśnie rozumiałem znaczenie demokratycznego socjalizmu („Zmierzch systemu: historia i perspektywy demokratycznego socjalizmu w Europie Wschodniej”, Warszawa: Fundacja im. K. Kelles-Krauza 1991).

W pierwszej połowie następnego trzydziestolecia odrodzona lewica polska, której trzonem były Socjaldemokracja RP i Sojusz Lewicy Demokratycznej, prowadziła politykę skierowaną na realizację dość wyraźnie określonego celu strategicznego, jakim było zbudowanie demokratycznego państwa opartego na dobrze funkcjonującej gospodarce i wchodzącego w skład Paktu Północno-Atlantyckiego oraz Unii Europejskiej. Cele te były zbieżne z celami dominującego wówczas nurtu dawnej opozycji demokratycznej, ale lewica różniła się od niej w dwóch podstawowych kwestiach. Po pierwsze: odrzucała neoliberalny kierunek polityki gospodarczej, którego wyrazem był tak zwany :Plan Balcerowicza”, przeciwstawiając mu alternatywną koncepcję „Strategii dla Polski”, jak ją nazwał jej twórca Grzegorz Kołodko. Po drugie: domagała się, by demokratyczne państwo polskie było rzeczywiście wspólnym dobrem wszystkich jego obywateli, co oznaczało przede wszystkim przeciwstawienie się dyskryminowaniu ludzi Polski Ludowej. Wielki sukces Aleksandra Kwaśniewskiego w 1995 i 2000 roku był w znacznej mierze konsekwencją tego, że postrzegany był on jako wyraziciel idei Polski jako wspólnego domu wszystkich jej obywateli.

Były to lata dobre dla Polski. Udało nam się zrealizować podstawowe cele strategiczne, które sobie postawiliśmy. To prawda, że nie uniknęliśmy poważnych błędów – zwłaszcza w drugiej kadencji rządów lewicy (2001-2005). Do najpoważniejszych zaliczam udział w niefortunnej interwencji w Iraku w 2003 roku oraz dopuszczenie do kilku afer korupcyjnych z udziałem niektórych polityków SLD, co walnie przyczyniło się do utraty przez tę partię zaufania obywateli.

Długotrwałego osłabienia lewicy nie da się jednak wyjaśnić tylko tymi błędami. Zabrakło odpowiedzi na pytanie, co jest strategicznym celem lewicy w sytuacji, gdy cele postawione sobie przez nią na początku lat dziewięćdziesiątych zostały zrealizowane. Zaniedbanie pracy nad myślą strategiczną lewicy nie wynikało z niedostatków intelektualnych, lecz ze źle rozumianego pragmatyzmu. Podejmowane przez lewicowe środowiska (skupione miedzy innymi wokół Fundacji Kelles-Krauza czy wokół „Krytyki Politycznej”) traktowane były przez bardzo wielu wpływowych polityków jako nieistotne, co w konsekwencji prowadziło do tego, że lewica nie stworzyła wokół siebie silnego zaplecza naukowego i teoretycznego.

Dominowało myślenie taktyczne, obliczone na krótką perspektywę kolejnych wyborów, w których zresztą lewica od dawna nie odnosi szczególnie wielkich sukcesów. Doceniam znaczenie taktycznego zwycięstwa, jakim było zajęcie trzeciego miejsca w wyborach sejmowych 2019 roku i stworzenie silnego klubu parlamentarnego, a także doprowadzenie do tego, że dzięki współdziałania całej opozycji udało się odbić Senat z rąk Prawa i Sprawiedliwości. Są to dobre znaki na przyszłość.

Potrzebna jest jednak strategia na lata. Nie zrodzi się ona w zaciszu gabinetów. Wymaga poważnej dyskusji z udziałem szerokiego kręgu działaczy i intelektualistów lewicy.

W dyskusji tej trzy kwestie wydają mi się najważniejsze.

Po pierwsze: jaki powinien był program społeczny lewicy, by w stopniu maksymalnie możliwym jego realizacja prowadziła do redukcji niesprawiedliwych i nadmiernych różnic społecznych.

Po drugie: jak zapewnić rzeczywistą wolność i równość wszystkich obywateli niezależnie od ich pochodzenia, przekonań religijnych czy orientacji seksualnych.

Po trzecie: jak w dalszej perspektywie wzmacniać integrację europejską i zapewniać Polsce silną pozycję w zjednoczonej Europie.

Są to cele wykraczające poza horyzont najważniejszego celu taktycznego, jakiemu podporządkowana powinna być polityka lewicy w najbliższych dwóch-trzech latach. Celem tym jest odsunięcie PiS od władzy i przywrócenie rządów prawa w naszym państwie. Celowi temu powinny być podporządkowane wszystkie działania najbliższego okresu, gdyż ewentualne zwycięstwo obecnego obozu rządzącego w następnych wyborach byłoby katastrofą dla Polski i przekreśliłoby na dziesięciolecia perspektywę realizacji strategicznych celów lewicy.

Dla realizacji tego celu taktycznego trzeba budować porozumienie całej demokratycznej opozycji. Dziś jest to trudne, gdyż w Platformie Obywatelskiej silna jest emocjonalna reakcja na konflikt związany z niedawnym głosowaniem w sprawie Europejskiego Funduszu Odbudowy. Nie wolno nam ulegać klimatowi wrogości, który podsycają zwłaszcza niektórzy publicyści ( jak niestety także Tomasz Lis w kolejnych komentarzach publikowanych w „Newsweek Polska”). Gdy opadną emocje, musi dojść do głosu rozum. Ten zaś podpowiada, że bez porozumienia całej demokratycznej opozycji nie uda się odsunąć od władzy obozu, którego polityka czyni z Polski państwo półautorytarne i prowadzi do naszej marginalizacji w Unii Europejskiej.

Mając to na względzie Nowa Lewica powinna dołożyć starań, by jak najszybciej doprowadzić do trwałego porozumienia sił opozycyjnych, w tym także do wypracowania wspólnej taktyki na kolejne wybory samorządowe i parlamentarne. Zaś czyniąc to powinna już teraz poważnie podejść do prac nad długoterminową strategią, bez czego jej zabiegi taktyczne skazane będą na to, że postrzegane będą jako oportunistyczne dążenie do samego tylko udziału we władzy.

Ile unii w Unii?

Polski skansen w regionalnym parku neoliberalizmu. Jaką i którą Unię ma popierać lewica?

Stosunek polskich partii do UE jest przedłużeniem ich usytuowania na rodzimej scenie politycznej. Zjednoczona Prawica uwielbia finansowe pieszczoty, ale nie chce spełnić wszystkich oczekiwań dobroczyńcy. Boi się tego, że polska dusza podszyta jezuickim konwiktem ulegnie pokusom „cywilizacji śmierci”, przestanie uważać wójta (Pcimia), pana (prezesa) i plebana za wyrocznię nie tylko w sprawach światopoglądowych. Formacje liberalne, PO i Polska 2050, podążają za Komisją Europejską jak za panią matką. Podpowiada ona, jak się właściwie zachowywać na salonach bogatego Zachodu: potępiać wschodnich satrapów, wielbić wujka Sama, prowadzić „rozsądną” politykę wobec biznesu. A jaki powinien być stosunek lewicy do obecnej formy ustrojowej UE i polityki jej technokracji? UE ma bowiem dla każdego zarazem coś przyjemnego i coś przykrego. Przypomina tradycyjną rosyjską matrioszkę – mieści się w niej kilka unii. Którą popierać, a którą reformować zgodnie z potrzebami własnego elektoratu i celami dalekosiężnymi lewicy? Bo można się obawiać, że zdesperowana prawica użyje wspólnotowych środków do budowy sieci biznesów, firm, fundacji oplatających mackami krwioobieg gospodarki, uzależni od własnych decyzji funkcjonowanie poszczególnych dziedzin życia społecznego. Dopiero wtedy pojawią się autentyczni wyklęci, zwłaszcza kiedy ich majątek nie będzie szedł w parze z patriotyzmem a la Obajtek. Dopóki firmy z obszaru UE będą mogły działać bez większych przeszkód – wzięcie w karby polskiego pracownika i obywatela nie będzie specjalnie przeszkadzać unijnym szafarzom.

Nieodrodna córa ordoliberała

Integracja w Europie dokonuje się w postaci swobodnego przepływu towarów i kapitału, do pewnego stopnia pracowników. Słowem, to rynek koordynuje aktywność gospodarczą. Ten mechanizm koordynacji wspomaga częściowo integracja polityczna, na dodatek bez demokratycznej kontroli ciała wykonawczego, czyli Komisji Europejskiej. Jak dotąd UE stanowi, według określenia historyka Jerzego Krasuskiego, „gigantyczną operację politycznego przejęcia” ogromnego obszaru gospodarczego i poddania go korzystnej dla biznesu polityce pieniężnej, fiskalnej, a także sposobu finansowania deficytu budżetowego.

Korzenie UE to Europejska Wspólnota Węgla i Stali, alians przemysłu ciężkiego, producentów aut, elektroniki, a potem także farmerów. Celem aliansu była polityka cen. Chodziło o to, by wyeliminować konflikty i konkurencję między „narodowymi” firmami, bo ich rywalizacja przyczyniła się do obu wojen światowych. Dlatego, zdaniem Janisa Warufakisa, w unijnym DNA zapisany jest technokratyczny styl zarządzania kartelem. Istnieje w niej tylko specjalizacja produkcyjna, możliwość lokowania inwestycji, eksportu, a także wspólna waluta w Eurolandzie. Ład instytucjonalny europejskiej wspólnoty jest niedźwiedzią przysługą niemieckich ordoliberałów. Negocjatorem Traktatu Rzymskiego był jeden z ordoliberałów Alfred Müller-Armanak, pierwszym przewodniczącym Komisji Europejskiej był Walter Hallstein (1958-1967), a komisarzem do spraw konkurencji Hans von der Groeben (1958-1967). Stworzyli oni prawne ramy dla funkcjonowania wspólnego rynku i stabilności pieniądza. To ważna okoliczność dla lewicy, ponieważ nie były to inspiracje socjaldemokratycznym reformizmem. Socjaldemokraci niemieccy już w 1955 r. słowami ówczesnego ideologa Karla Schillera uznali przewagę konkurencyjności w dewizie: „Konkurencji tyle, ile możliwe, planowania tyle, ile konieczne”. Ewolucję doktryny potwierdził słynny zjazd w Bad Godesbergu w 1959 r., na którym socjaldemokraci podpisali akt kapitulacji. Uznali bowiem prywatną własność środków produkcji i gospodarkę rynkową jako datum funkcjonowania w systemie. Gospodarka rynkowa staje się „społeczna”, kiedy państwo stwarza odpowiadające jej społeczeństwo, złożone z odpowiedzialnych jednostek. A przecież może tu chodzić o inne rozumienie jej społecznego charakteru. Społeczna czyli nastawiona na wytwarzanie wartości użytkowych niezbędnych do umiarkowanie dobrego życia dla wszystkich. Dlatego powinna być regulowana, regulowana przez reprezentantów racjonalności ogólnospołecznej, w tym także przez pracowników i ich organizacje. Takie stanowisko zajęła Federacja Niemieckich Związków Zawodowych, DGB. Ponieważ zwyciężyła pierwsza koncepcja, Angela Merkel mogła oświadczyć w 2014 r., że „społeczna gospodarka rynkowa to coś więcej niż ład gospodarczy i społeczny. Jej zasady są ponadczasowe”. A więc żadna demokratyczna większość nie mogłaby ich zmienić, jak płci królowej Anglii. Również klonem Bundesbanku jest Europejski Bank Centralny. Nie może zaskakiwać przyjęcie w 2012 r. niemieckiej „złotej reguły” – 3 proc. deficytu budżetowego jako europejskiego kanonu. Ten układ instytucjonalny, zdaniem angielskiego ekonomisty Jana Toporowskiego, doprowadził do sytuacji, w której „Europa ma teraz bank centralny bez rządu i rządy bez banków centralnych”.

Obecne ramy prawne UE stanowią swoisty przekład na język prawa zaleceń doktryny neoliberalnej. Przekład ukazał się pod nazwą Traktat z Maastricht z 1992 r. Zabrania on rządom interwencji w gospodarkę, która może wpłynąć „na wymianę handlową między państwami członkowskimi” (art. 121). W unijnym panteonie króluje bogini konkurencyjności i bożek zdrowych finansów publicznych. Dlatego polityka społeczna i prawo pracy są podporządkowane „konkurencyjności gospodarki Unii” (art. 107). Zakazuje też celowego wspierania przez rządy strategicznych branż i przedsiębiorstw krajowych. Natomiast Karta Praw Podstawowych nie jest obligatoryjna, dlatego Polska podpisała odrębny protokół. Z kolei, Traktat Lizboński, obowiązujący od 2009 r., stawia za cel „trwały rozwój Europy, którego podstawą jest zrównoważony wzrost gospodarczy oraz stabilność cen, społeczna gospodarka rynkowa o wysokiej konkurencyjności”. Wszystko w uścisku Paktu Stabilności i Wzrostu z 2008 r.

Prymat polityki pieniężnej i nacisk na konkurencyjność z pominięciem bezpieczeństwa socjalnego Europejczyków zamknęły politykę gospodarczą państw w żelaznej klatce liberalizmu. Dotychczas wyłączona jest spod jej reguł tylko polityka rolna. Dlatego unii gospodarczej i monetarnej nie wspierała żadna wspólna polityka fiskalna i społeczna. Dopiero Fundusz Odbudowy po pandemii przewiduje wspólne zadłużenie państw tworzących Unię. Pojawił się też temat płacy minimalnej dla całej europejskiej przestrzeni gospodarczej. To pierwszy krok w stronę nowej płaszczyzny integracji – wspólnej polityki fiskalnej i socjalnej. W dalszej przyszłości w agendzie pojawi się zapewne kwestia przebudowy systemu podatkowego. Ze wspólnych funduszy może być finansowana przebudowa energetyki zgodnie z ideą Zielonego Ładu. Fundusz ten mogą powiększać wpływy z opodatkowania zwłaszcza amerykańskich kolosów teleinformatycznych oraz likwidacja rajów podatkowych. Powstaje tu pytanie o motyw tak wielkiego zaangażowania Komisji Europejskiej w przebudowę aparatu produkcyjnego. Czy chodzi tu tylko o to, by ograniczyć jego szkodliwość dla środowiska? Jeśli prawdą jest, że zarówno elektromobilność, jak i OZE przenoszą gdzie indziej ślad ekologiczny, to KE działa głównie w interesie kapitału pozwalając mu znaleźć nowe pole akumulacji przez inwestycje w kolejną generację maszyn i technologii. (zob. mój artykuł w Trybunie 40/2021).

Staro-nowa polska specjalność

Narodziny Eurolandu, do którego Polska nie należy, pozbawiły kraje członkowskie narzędzia makroekonomicznej polityki gospodarczej, jakim była możliwość dewaluacji waluty narodowej dla poprawy konkurencyjności eksportu. Skorzystała na tym gospodarka niemiecka, której konkurencyjność osłabiała mocna marka. Niemiecki eksport radykalnie wzrósł i daje obecnie dużą nadwyżkę bilansu płatniczego. Dodatkowo konkurencyjność wyrobów niemieckiej gospodarki zwiększyło osłabienie statusu pracownika. Po reformach rządu kanclerza Schroedera wydajność pracy na godzinę w Niemczech rosła w latach 1999-2011 o 1,2 proc. rocznie, natomiast płace realne (płace nominalne skorygowane o inflację) zaledwie o 0,7 proc. (za Heinerem Flassbeckiem). Dlatego niemieckie towary i usługi stały się tańsze o 25 proc. w stosunku do wyrobów gospodarek europejskiego Południa i prawie 20 proc. względem Francji. Na tym podłożu wyrósł ogromny kompleks przemysłowy – niemieckie Cesarstwo Przemysłowe, które np. już produkuje elektryczne samochody, tymczasem Polska tylko memy na ich temat. Prawica hołubi inne kompleksy, ale przede wszystkim chciałaby mieć „narodowe” czempiony pod partyjną kontrolą, by wykreowały nową warstwę rządzącą.

Ostateczny bilans poddania polskiej gospodarki regułom unijnym będzie zależał od tego, jaką formę przybierze integracja europejska. Jak dotąd udostępniliśmy wewnętrzny rynek i taniego, i wydajnego pracownika w stosunku do kosztów jego zatrudnienia, np. w r. 2018 koszty pracy stanowiły 2/3 jej wydajności. Ale też dzięki unijnym funduszom w kwocie 125 mld euro wypiękniały w miastach i miasteczkach ulice i kamienice. Tylko w roku 2018 otrzymaliśmy od UE, po odliczeniu składek, 11,5 mld euro. Do PRL los tak się szeroko nie uśmiechnął. Przedmiotem sporu jest miejsce, w którym znalazła się polska gospodarka w światowych łańcuchach produkcji i wartości dodanej.

Zdaniem Thomasa Piketty`ego Polska to teraz foreign owned country,skoro 60 proc. aktywów w polskim sektorze bankowym posiada zagraniczny kapitał, zagraniczne korporacje zatrudniają ponad 30 proc. polskich pracowników, tworzą 2/3 polskiego eksportu, i wytwarzają 42 proc. wartości dodanej. Ponadto, techniczne uzbrojenie pracy (wartość maszyn na jednego pracownika) jest dwu-trzykrotnie niższe niż w Niemczech.

Dlatego polska strategia narodowa musi uwzględniać trwałą obecność w UE, która jest trzecim centrum globalnego kapitalizmu. Nie może to być jednak rezerwuar taniej pracy montażowej dla zachodnich firm. Już 5,5 tys. niemieckich inwestorów znalazło w Polsce poddostawców i podwykonawców, tym łatwiej, że 96 proc. przedsiębiorstw to mikrofirmy, zatrudniające do 9 pracowników.

W tej sytuacji gorszy od inwestora niemieckiego byłby tylko jego brak. Chodzi teraz o świadomą politykę kraju przyjmującego zagraniczny kapitał, by przemieścić polskie firmy bliżej końcowych ogniw w łańcuchach produkcji i wartości dodanej. Dotychczas jest tak, że my produkujemy kadłuby np. autobusów, Niemcy uzbrajają je w nowoczesny napęd, nam pozostaje produkcja standardowych okien, niemieckie firmy wykorzystują najnowsze materiały. Tym bardziej, że na ziemiach „odzyskanych” przez PRL neoliberalna transformacja uśmierciła największe polskie (wcześniej niemieckie) zakłady – we Wrocławiu, Gorzowie, Szczecinie, Elblągu.

Unia autonomicznych jednostek.

Ustrój państw unijnych ma charakter demokratyczno-liberalny. Taki ustrój szanuje autonomię jednostki, w rezultacie –wolność debaty, pluralizm poglądów i postaw (moralności). W debacie liczą się argumenty, nie zaś dogmatyczne przekonania ugruntowane religijnie. Ponadto, bierze się pod uwagę skutki przyjmowanych rozwiązań, regulacji prawnych, jak one mogą wpływać na życie społeczne, „ile przynoszą szkód i pożytków oraz w jakim pozostają stosunku do naszej autonomii i prywatności”, pisze filozof Jan Hartman. W tej perspektywie progresywne Polki i Polacy uzyskują w UE silne wsparcie, by modernizować polski skansenu tradycjonalizmu kulturowego. Narzuca on jego rezydentom narodowo-katolicką tożsamość. Na dodatek, hierarchowie wspierani przez pisowskie państwo zastępują amboną akademicką katedrę, ich obsesje rugują wiedzę medyczną i jej osiągnięcia, np. w sprawie in vitro, biologii rozrodu. W tej perspektywie protest społeczny polskich kobiet jest kolejną fazą spóźnionej nowoczesności, wypierania religii przez moralność i coraz bardziej świeckie koncepcje dobrego życia. Obudzili się prawnukowie Oświecenia, którego w kraju bez mieszczaństwa i bez zwycięskiej reformacji nie było. Ani zakon prawicowych krzyżowców, ani hierarchowie narodowego kościoła, ani kordon propagandowy „narodowej” szczujni nie powstrzymają na dalszą metę tego naporu upodmiotowienia.

Unia republikańska i socjalna jako zadanie europejskiej lewicy

Lewica ma też inną koncepcję republiki niż liberałowie i narodowo-tradycjonalna prawica. Lewica dąży do harmonijnego połączenia praw obywatelskich, politycznych i socjalnych. Chciałaby stworzyć jednostce szanse aktywnego współudziału w kształtowaniu decyzji dotyczących całej wspólnoty, mimo partykularnych różnic interesów i poglądów. Natomiast liberałom chodzi głównie o ochronę przed państwem, jego zamachami na wolny rynek, np. w postaci norm środowiskowych czy przymusu podatkowego. Ten boli najbardziej, zwłaszcza kiedy nie pozwala ukraść pierwszego miliona, a później kolejnych – dzięki optymalizacji podatkowej czy emigracji zysków do rajów podatkowych. Liberał chroni wolność, lecz troskę o materialne warunki jej wykorzystania pozostawia „przedsiębiorczej” jednostce. Lewica zaś uważa, że wolność wymaga nie tylko odpowiednich ram prawnych, ale też materialnych warunków. Dopiero wówczas ludzie czują się nie tylko wolni, ale również bezpieczni, pisze niemiecka filozofka polityki Urlike Guérot. Chodzi tu o tworzenie takiej wspólnoty życia i pracy, która zapewni współpracę autonomicznych jednostek. Taka wspólnota była ideałem kontrkulturowego ruchu lat 60. Odrzucał on ideę hierarchii i formalnego przywództwa. Tworzył porządek oparty na współuczestnictwie. Jego zapleczem społecznym była młodzież dorastająca obywatelsko na uczelniach. Ślady tej koncepcji wspólnoty widać w sposobie zorganizowania partii Razem, ruchów miejskich czy małych zbiorowości na poziomie lokalnym. To umiejętnie zorganizowany ład łączący indywidualizm i samodzielność intelektualną swoich członków jako wartość ze wspólnym realizowaniem uzgodnionych celów. Przeciwieństwem takiej wspólnoty jest amerykański, mozaikowy model zatomizowanego społeczeństwa sukcesu materialnego za wszelka cenę. Mimo że Amerykanie stanowią 4,5 proc. ludności świata, wśród śmiertelnych ofiar COVID-19 co czwarty jest mieszkańcem tego kraju, i to w społeczeństwie, które ma dochód per capita blisko 65 tys. dolarów.

Zielony Ład to początek

W lewicowej perspektywie propozycja Zielonego Ładu nie zamyka listy pilnych zadań. Dalszy postęp integracji Wspólnoty Europejskiej wymaga nowych mechanizmów ustrojowych. Wskazuje je ogólnoeuropejski ruch DiEM25. Unia autonomicznych jednostek daje szanse działań na rzecz lepszej wspólnoty Europejczyków, w której stosunki wyzysku będą wypierane przez współpracę. Jej fundamentem będzie gospodarka podporządkowana nie logice zysku, tylko arytmetyce potrzeb społecznych. Do tego konieczne są mechanizmy demokratycznej kreacji i kontroli wspólnotowych organów władzy. Z czasem będzie to wybór reprezentantów opcji ideowo-programowych w skali całej wspólnoty. Kształtowanie wspólnoty republikańskiej wymaga strategicznych sojuszy. Języczkiem u wagi są specjaliści i klasy pracownicze – w administracji, w służbie zdrowia, wykonawcy usług dla biznesu (korposzczury). Chodzi o to, by harmonizowali oni indywidualny sukces materialny i zawodowy z solidaryzmem na rzecz polskiej wspólnoty życia i pracy, będącej częścią UE oraz częścią wspólnoty planetarnej wszystkich ludzi. Powstanie takiej wspólnoty wymaga istotnej korekty obecnego kursu, zarówno wytyczonego przez nadwiślańskich liberałów, jak i narodowo-konserwatywną prawicę. Wymaga przede wszystkim stworzenia autentycznej przeciwwagi dla biznesu w kraju i w całej UE. Wymaga też twórczej destrukcji modelu wyczynowego kapitalizmu, który wdrożyło, a teraz broni, państwo amerykańskie. Nie zbuduje Zachód takich murów, by zatrzymały pochód wykluczonych z Ameryki Łacińskiej, Azji, Afryki. Święte Przymierze Transatlantyckie musi wypracować modus vivendi z chińskim kolosem dla nowego modelu gospodarki – modelu, który powstrzyma destrukcję ziemskiego ekosystemu, a zarazem pozwoli uszczknąć więcej ze zdobyczy cywilizacji przemysłowej także mieszkańcom globalnego Południa. Prekariusze wszystkich krajów łączcie się.

Na styku Zachodu i Wschodu

O pocovidowej przyszłości globalizacji, dynamice rozwoju światowej gospodarki, zmianach w relacjach politycznych, fali ekstremizmu i perspektywach dla Polski prof. Grzegorz W. Kołodko z Akademii Leona Koźmińskiego w rozmowie z Pawłem Minkiną (Miesięcznik Finansowy BANK).

Jakich zmian w procesie globalizacji możemy spodziewać się po okresie pandemii? Czy w nowej dekadzie należy oczekiwać szerszych napięć w relacjach międzynarodowych, czy wprost przeciwnie, będzie to okres łagodzenia i rozwijania relacji gospodarczych?
Globalizacja – czyli proces liberalizacji i integracji wcześniej w pewnej mierze w odosobnieniu funkcjonujących gospodarek narodowych oraz rynków towarów i kapitału w jeden wewnętrznie sprzężony, wzajemnie powiązany układ ogólnoświatowy – jest nieodwracalna ze względu na siłę oddziaływania korzyści, jakie przynoszą ponadnarodowa wymiana handlowa i łańcuchy produkcyjno-zaopatrzeniowe oraz transfer technologii. Liczą się także aspekty kulturowe, bo globalizuje się nie tylko gospodarka. Fale nowego nacjonalizmu rozlewające się przez całą poprzednią dekadę w następstwie światowego kryzysu finansowego lat 2008–2010 oraz szok spowodowany pandemią koronawirusa wywołały poważne frykcje w procesie globalizacji, ale nie są one w stanie jej zahamować. Bardzo ważna jest przegrana Donalda Trumpa w amerykańskich wyborach prezydenckich, ale niestety ksenofobiczny i ekonomicznie irracjonalny trumpizm, zwłaszcza protekcjonizm i odwracanie się od multilateralizmu, kładły się będą na światowych stosunkach gospodarczych i politycznych długim cieniem jeszcze przez wiele lat.
Grozi nam więc pogłębienie wybranych skrajności i podziałów, czy też można liczyć na swoistą odwilż „potrumpowską”?
Zawsze może być gorzej, ale wiele przesłanek przemawia za tym, że będzie lepiej i że dekada lat 2020. przyniesie pogłębienie i wzmocnienie rozmaitych prorozwojowych aspektów globalizacji. Nie będzie to wszak powrót do status quo ante, a raczej swoista ucieczka do przodu, w stronę bardziej inkluzywnej globalizacji. Istotnie przetasowuje się globalny układ sił, w którym słabnie zwłaszcza pozycja USA, a rośnie znaczenie Chin, co ma określone implikacje dla geopolityki i dla reinstytucjonalizacji globalizacji. Szczególnie przyglądać trzeba się ewolucji i ewentualnej ekspansji chinizmu, tego specyficznego systemu, który opierając się na merytokracji, pragmatycznie i skutecznie z punktu widzenia dynamiki gospodarczej łączy potęgę niewidzialnej ręki rynku z siłą widzialnej ręki państwa.
Zmiany technologiczne, które dokonały się w ostatnich kwartałach, miały być wprowadzone w zdecydowanie dłuższym horyzoncie czasowym. Paradoksalnie okres lockdownu nie zatrzymał, ale przyspieszył wiele procesów gospodarczych. Czy należy się spodziewać dalszego dynamicznego rozwoju gospodarek i krajów wyłącznie technologicznie zawansowanych i pewnej dwu – lub wielobiegunowości rozwoju poszczególnych regionów? A może wprost przeciwnie – łatwiejszy dostęp do pracownika w zdalnej formule czy chociażby możliwości edukacji zdalnej pozytywnie wpłyną na wiele uboższych regionów świata, przyśpieszając ich rozwój?
Technologia i postęp na tym polu ma zasadnicze znaczenia dla tempa wzrostu i charakteru rozwoju gospodarczego. I chociaż prym pod tym względem nadal będą wiodły najbardziej zaawansowane gospodarki OECD, to relatywnie coraz większą rolę będą odgrywały Chiny, które inwestują rekordowe kwoty w B&R oraz w rozwój kapitału ludzkiego. W skali światowej szybciej rosnąć będą gospodarki emancypujące się (przez innych określane jako „emerging markets”), które korzystając z renty zapóźnienia, szeroko czerpią z ponadnarodowego transferu technologii. Nie tylko uboższa część Azji będzie rozwijała się szybciej niż bogate kraje tego kontynentu – np. Pakistan szybciej niż Japonia czy Indonezja szybciej niż Korea Południowa – lecz także gospodarka Afryki rosnąć będzie szybciej niż Europy, a Ameryki Południowej bardziej niż Północnej. I dobrze, bo nie tylko poprawi to byt milionów ludzi, lecz może również zmniejszać presję na masowe migracje ludności, który to proces w sposób niebezpieczny wymyka się spod kontroli.
A w zakresie lokacji kapitału należy zwrócić uwagę na pewne odwrócenie lub zmianę dotychczasowych trendów?
Trwać będą już wyraźnie zauważalne zmiany w kierunkach i intensywności przepływu kapitału. Według najnowszego raportu Konferencji Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju, UNCTAD, bezpośrednie inwestycje zagraniczne, BIZ, ulokowane w USA osiągnęły rekordowy poziom 472 mld USD w 2016 r. Od tego czasu sukcesywnie spadają, w ubiegłym roku wyniosły już tylko 134 mld. Odwrotną tendencję obserwujemy w Chinach, gdzie BIZ wzrosły ze 134 mld USD w 2017 r. do 163 mld w 2020 r. Tak więc BIZ trafiające do Chin to już bardziej wartki strumień niż ten płynący do USA; i to pomimo amerykańskich sankcji. W Wielkiej Brytanii natomiast odnotowano w ub.r. wręcz załamanie BIZ. O ile w 2019 r. dopłynęło ich tam jeszcze 45 mld USD, to w zeszłym roku efekt netto był ujemny i wyniósł – 1,3 mld USD. Takie między innymi są skutki brexitu.
Czy olbrzymie ponadnarodowe wyzwanie zarówno medyczne, jak i logistyczne, a także finansowe związane z programem szczepień może stanowić impuls do wzmocnienia i rozwijania na świecie koncepcji „dobra wspólnego” w innych obszarach? Czy ten krytyczny okres 2020 r. może wg pana stanowić pewien zwrot w relacjach między gospodarkami rozwiniętymi a krajami ubogimi, umożliwiając szersze spojrzenie przywódców i organizacji na tak kluczowe i elementarne problemy, jak dostęp do wody, podstawowej opieki medycznej czy edukacji?
Dobrze byłoby, gdyby zaiste okazało się, że „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Obawiam się jednak, że tak nie jest, że nawet tak ogromny wstrząs, jak pandemia COVID-19, to za mało, aby do gruntu przeorać system wartości dominujący we współczesnym światowym kapitalizmie, jakże wielce skażonym wirusem neoliberalizmu, a teraz jeszcze złej nań odpowiedzi w postaci nowego nacjonalizmu i populizmu. Miast stawać się coraz bardziej obywatelami tego wędrującego świata, wielu ludzi staje się coraz bardziej mieszkańcami swoich narodowych i lokalnych zaścianków. Dużo wynika przy tym z jakości politycznego przywództwa. Niektórzy w tych ciężkich czasach się sprawdzają, jak prezydent Emmanuel Macron czy kanclerz Angela Merkel, bo potrafią widzieć dalej niż koniec a to francuskiego, a to niemieckiego nosa, inni, jak premierzy Wielkiej Brytanii Boris Johnson czy Indii Narendra Mori, bynajmniej. Szybko okaże się, na co będzie stać nowego premiera Japonii, Yoshihide Suga, i następnego kanclerza Niemiec. Liczą się też przywódcy wielu innych państw.
W nowej dekadzie możemy więc liczyć na pewne nowe otwacie, co może decydować o skali zmian i charakterze światowych relacji?
Co będzie dalej? Najwięcej zależeć będzie od globalnej polityki nowego prezydenta USA, Joe Bidena, a także od chińskiego przywódcy Xi Jinpinga. Ogromne znaczenie ma dalsza ewolucja tzw. Chimeryki, tego potężnego G-2. Jeśli USA potrafią wyzwolić się z chorobliwej sinofobii, a Unia Europejska nie ulegnie rusofobii, jeśli uda się pójść dalej i głębiej ku multilateralizmowi, to będą rosły szanse na poprawę stosunków międzynarodowych. Polityka gospodarcza – tak wewnątrz poszczególnych krajów, jak i na płaszczyźnie międzynarodowej – powinna opierać się na nowym pragmatyzmie – heterodoksyjnej teorii ekonomicznej i wynikającej z niej polityki gospodarczej kształtującej pożądaną synergię równowagi ekonomicznej (produkcja-sprzedaż; eksport-import; oszczędności-inwestycje; podatki-wydatki) oraz społecznej i ekologicznej. W porównaniu do lat 2010. dekada lat 2020. pod tym względem ma szanse wypaść znacznie lepiej.
Wspomniany wzrost populizmu oraz nacjonalizmu i reakcje oraz decyzje społeczne obserwowane chociażby w USA, Francji czy Wielkiej Brytanii to pokłosie wyłącznie problemów ekonomicznych, czy też należy doszukiwać się głębszych podstaw takich postaw? Być może właśnie obecna dynamika zachodzących procesów i ich brak zrozumienia (chociażby związanych z pandemią) stanowią silne pole do rozwoju różnego rodzaju ekstremizmów? Jak czytać wzrost postaw antydemokratycznych w gospodarkach, w których społeczeństwo ma coraz szerszy dostęp do wiedzy? Czy kolejne lata mogą te procesy wzmocnić i jak te procesy mitygować?
Powiadam, że ludzie wychodzą wpierw z siebie, a potem na ulice. Współcześnie wychodzą w tak wielu miejscach świata, jak nigdy dotychczas. Od Santiago do Władywostoku, od Quito do Tunisu, od Kampali do Bratysławy, od Bangkoku do Berlina, od Algieru do Warszawy. I czynią to z różnych względów, w licznych przypadkach – chociażby w Polsce – z powodów pozaekonomicznych. Niektóre z tych protestów mają podtekst a to nacjonalistyczny, a to populistyczny, wiele innych ma jednakże głębokie uzasadnienie w niezadowoleniu z popsutych mechanizmów politycznych, społecznych, gospodarczych. Dysfunkcjonalne okazują się nie tylko reżimy autorytarne – od Egiptu po Mjanma – lecz także demokratyczne – od Francji po Argentynę, nie tylko w krajach biednych, jak w Gwinei czy Nepalu, lecz i w bogatych, jak w Australii i we Włoszech.
Przed nami bardzo skomplikowana sytuacja i nie da się tego zmieścić na jednym obrazie. Nie wolno mylić słusznego buntu politycznego i towarzyszących mu demonstracji, np. na Białorusi, z manifestacjami i towarzyszącymi im powyborczymi ekscesami w USA. Trzeba uważać, bo do słownika języka politycznego trzeba znowu przywołać termin „anarchizacja”. Ryzyko jej pojawiania się – od Hongkongu do Tunisu, od Boliwii do Jemenu, ale też i w innych, bardziej rozwiniętych gospodarczo miejscach – jest niebłahe. Groźbie anarchizacji zaś przeciwdziałać można na dwa sposoby: poprzez wzmacnianie instytucji społeczeństwa obywatelskiego i demokracji przedstawicielskiej albo poprzez autorytaryzm. Trzeba uważać…
W kontekście chociażby zmian politycznych w USA oraz planowanych na jesieni zmian w Niemczech, jakie kierunki zawężania lub poszerzania relacji powinny towarzyszyć polskiej polityce zagranicznej i gospodarczej w perspektywie najbliższych lat?
O zawężaniu nie powinno być mowy. Umiejętne wykorzystywanie nieodwracalnej globalizacji to sprawa polskiej racji stanu. Trzeba grać na wielu fortepianach; przede wszystkim trzeba pro publico bono rozgrywać nasze położenie geopolityczne. To wielka wygrana historycznego losu, że w tych czasach znaleźliśmy się na styku Zachodu, którego podczas minionego pokolenia staliśmy się, nie przesuwając się ani o centymetr, w pełni zintegrowaną częścią, oraz Wschodu, który choćby ze względów historycznych powinniśmy niejednokrotnie rozumieć lepiej niż niektórzy nasi zachodni sąsiedzi. W światowej grze geopolitycznej i ekonomicznej Polska się nie liczy; wytwarzamy mniej niż 0,9 proc. globalnej produkcji, naszą ojczyznę zamieszkuje raptem nieco ponad pół procenta ludzkości.
Liczymy się natomiast w Unii Europejskiej, będąc największą gospodarką pośród jej nowych członków, a Unia z kolei odgrywać będzie większą nawet niż dotychczas rolę w globalnych rozdaniach. To ona, wraz z USA i Chinami, będzie w największym stopniu decydować o biegu procesu globalizacji i charakterze rozwoju w przyszłości. UE ma do spełnienia szczególną misję na światowej scenie i dobrze się stało, że nie dała się wmanewrować w konflikt amerykańsko-chiński, czego pragnęły Stany Zjednoczone pod prezydenturą Trumpa. Polsce też udało się nie zająć stronniczej pozycji po amerykańskiej stronie. Teraz powinniśmy w ramach UE, zwłaszcza współpracując z Niemcami i Francją, wspierać sprzęganie układu euro-atlantyckiego, wciąż z USA na czele, z układem euro-azjatyckim, powoli z Chinami na czele. Oczywiście, nie zapominając, że nader ważką składową tego drugiego jest nasz wschodni sąsiad, Rosja, a także inni partnerzy, w tym Turcja i Indie. To ma być klucz naszej strategii międzynarodowej, a nie wiara w moc sprawczą, iluzoryczną przecież, wyszehradzkiej czwórki czy wątpliwy projekt tzw. Trójmorza.
Wydaje się, że polska gospodarka po raz kolejny (po kryzysie 2007–2009) pokazuje, że jest stosunkowo odporna, wyróżniając się pozytywnie na europejskim tle. Obecnie obserwujemy ponad 30-letni względnie stabilny rozwój gospodarczy kraju. Czy kolejna dekada może okazać się równie pomyślna dla krajowej gospodarki? Jakich w tym zakresie możemy upatrywać zagrożeń, co stanowi szanse rozwojowe kraju?
Bynajmniej nie jest tak, że „obserwujemy ponad 30-letni względnie stabilny rozwój gospodarczy kraju”. To był czas, jeśli nie wzlotów i upadków, to na pewno radykalnych przyspieszeń i spowolnień, nie przesadzajmy więc, pochopnie uogólniając i uśredniając. Przecież pierwsze lata po politycznym przełomie Okrągłego Stołu to był okres najgłębszego w pokojowych dziejach załamania produkcji. Wskutek ewidentnych błędów tzw. szokowej terapii w trakcie dwunastu kolejnych kwartałów spadał PKB i w sumie od drugiej połowy 1989 r. do połowy 1992 r. obniżył się o drastyczne prawie 20 proc. ! Później, w końcu lat 1990., w wyniku niepotrzebnego przechłodzenia gospodarki tempo wzrostu spadło z osiągniętego w wyniku mojej „Strategii dla Polski” rekordowego 7,5 proc. w II kw. 1997 r. do śladowych 0,2 proc. w IV kw. 2001 r. Takie bywają następstwa opierania złej polityki na błędnych założeniach teoretycznych. A że mimo to wypadamy wyraźnie lepiej na tle innych krajów regionu? Cóż, tam popełniono jeszcze więcej błędów, a ponadto nigdzie – poza Węgrami – nie było tak korzystnych warunków startu do posocjalistycznej transformacji ustrojowej jak w Polsce w wyniku prorynkowych reform z okresów wcześniejszych.
A, nawiązując do perspektyw obecnie rozpoczętej 10-latki, jakich zmian gospodarczych możemy się spodziewać?
Co zaś do bieżącej dekady, to odnotowywać będziemy ponadprzeciętną dynamikę – tak na tle całego świata, jak i w porównaniu do bogatych krajów Unii Europejskiej – przy czym to też będzie okres istotnych wahań tempa wzrostu, acz nie aż tak znaczących jak podczas minionych trzech dekad. Te wahania powodowane będą po części w sposób naturalny cyklami koniunkturalnymi, po części wynikać będą z nieprzewidywalnych teraz szoków zewnętrznych, po części ze zmian w realizowanej polityce gospodarczej, o których to zmianach konkretnie obecnie też niewiele można powiedzieć. Średnio biorąc, stać nas na trzy-czteroprocentowe tempo wzrostu PKB i warto zabiegać o każdy promil dynamiki, bo w skali dekady nawet małe roczne różnice w sumie mogą czynić różnice wielkie. Wystarczy wspomnieć, że przy średniorocznym tempie wzrostu w wysokości 3 proc. PKB w dziesięcioleciu rośnie o 34,4 proc. , a przy 4 proc. aż o 48 proc. . Innymi słowy, jeden punkt procentowy wyższego tempa wzrostu to po dekadzie aż 8 tys. zł na głowę więcej. Pamiętajmy wszak, że PKB to nie wszystko, tym bardziej że jesteśmy już w poPKBowskiej rzeczywistości, jak to określam.
Dynamikę gospodarczą – przy równoczesnym zatroskaniu się o równowagę, co może być w strategii rozwoju nawet ważniejsze – można by odczuwalnie zwiększyć, przystępując przy właściwym kursie do obszaru walutowego euro, ale na to się nie zanosi, przynajmniej tak długo, jak u władzy utrzymuje się obecnie rządząca ekipa. W sumie – będzie lepiej, acz nie dla wszystkich i nie aż w takim stopniu, jak byłoby to możliwe przy właściwej strategii dla Polski na miarę trzeciej dekady XXI wieku. Powiedzmy otwarcie, że im większa będzie spójność społeczna, tym szybszy będzie rozwój gospodarczy. Współcześnie nam tej spójności brakuje bardziej niż kapitału.

Wspólnie stwórzmy lepszą przyszłość dla świata po pokonaniu pandemii

Niedawno odbyło się wiele spotkań, które przyciągnęły uwagę społeczności międzynarodowej, były to: 12. spotkanie przywódców grupy państw BRICS, 27. nieoficjalne spotkanie przywódców gospodarczych Azji i Pacyfiku (APEC), 15. szczyt przywódców Grupy G20.

Brał w nich udział Przewodniczący Xi Jinping, wygłaszając ważkie przemówienia, w których wskazał szereg inicjatyw, nowych koncepcji i środków, mających na celu poszerzenie współpracy stron i osiągnięcie konsensusu w zakresie istotnych obecnie problemów, tj. osiągnięcia całkowitej kontroli nad pandemią, wspierania rozwoju gospodarczego i społecznego, ochrony multilateralizmu i wolnego handlu, wzmocnienia systemu globalnego zarządzania. Przemówienia Przewodniczącego Xi wypełnione były dalekosiężnymi przemyśleniami i koncepcjami. Przewodniczący dał więc wyraźny sygnał, iż Chiny podczas promocji własnego wysokiej jakości rozwoju, równocześnie będą nieustannie poszerzać swe otwarcie na zewnątrz. Przedstawił „chińskie rozwiązania” dla świata, by ten wykorzystując „chińską mądrość” wyszedł z grzęzawiska recesji, by społeczność międzynarodowa czuła silniejszą motywację i wiarę w zwycięstwo.
Po pierwsze, winniśmy ramię w ramię walczyć z epidemią COVID-19.
Najsilniejszą, prowadzącą nas do zwycięstwa bronią jest solidarna współpraca. Wola Chin, by wraz z innymi państwami wspólnie stawiać czoła trudnościom i zgodnie toczyć bój z pandemią jest niezachwiana. Wzywamy wszystkie strony do kierowania się ideami, wedle których człowiek i życie ludzkie mają znaczenie nadrzędne, do zachowania ducha naukowej racjonalności, do aktywnego wspierania kluczowej roli, jaką odgrywa Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), do wzmocnienia wspólnej międzynarodowej profilaktyki i kontroli chorób, do dzielenia się doświadczeniami w zakresie użycia technologii cyfrowej w zwalczaniu epidemii oraz przywracania gospodarki oraz do tego, by jak najszybciej skonsolidować jak największe wspólne siły do walki z epidemią i razem stworzyć globalny firewall zabezpieczający nas przed chorobą. Jeśli chodzi o zainteresowanie społeczności międzynarodowej szczepionką, to Chiny osiągają zadowalające rezultaty w badaniach. Będziemy nieustannie wspierać współpracę międzynarodową w zakresie prowadzonych prac nad szczepionką oraz aktywnie w nich uczestniczyć, będziemy wdrażać rozpoczęty przez WHO program COVAX i przekazywać innym państwom, a w szczególności krajom rozwijającym się, chińską szczepionkę, która dzięki naszym wysiłkom stanie się ogólnie dostępna dla ludzi ze wszystkich krajów.
Po drugie, winniśmy podejmować więcej działań w celu przywróceniu rozwoju gospodarczego.
Przeciwstawienie się pandemii jest dla łańcuchów przemysłowego i dostaw bardzo poważnym wyzwaniem, strona chińska od początku wzywała wszystkie państwa do tworzenia kolejnych bodźców dla gospodarczej współpracy międzynarodowej i utrzymywania dla niej otwartej przestrzeni tak, by przyspieszyć odrodzenie gospodarcze. Po pierwsze należy utrzymywać otwarty rozwój i chronić wielostronnego systemu handlu, którego fundament stanowi Światowa Organizacja Handlu (WTO), sprzeciwiać się nadużywaniu pojęcia bezpieczeństwa narodowego w celu realizowania protekcjonizmu, zapewniać bezpieczeństwo łańcuchów przemysłowych i dostaw oraz ich płynność, jak również pomagać wszystkim państwom w jak najszybszym przywróceniu działania gospodarek. Po drugie należy wspierać innowacyjny rozwój i stwarzać przyjazne warunki dla rozwoju gospodarki cyfrowej. Wraz z innowacjami technologicznymi oraz transformacją cyfrową nadany zostanie nowy impuls rozwojowy, dzięki któremu wspólnie osiągniemy wyższej jakości i bardziej trwały rozwój. Po trzecie należy utrzymywać włączenie społeczne w rozwoju i sprawić, by więcej zasobów było kierowanych na redukcję ubóstwa, edukację, opiekę zdrowotną i budowę infrastruktury, co skutecznie pomoże krajom rozwijającym się w pokonywaniu trudności i przyniesie szersze korzyści wszystkim ludziom. Po czwarte należy wpierać zielony rozwój i wdrażać postanowienia Porozumienia Paryskiego w odpowiedzi na zmiany klimatu, jak również w szerokim zakresie przechodzić na pozyskiwanie czystej energii i wspólnie budować przyjazny naturze ekosystem tak, by stworzyć czysty i piękny świat.
Po trzecie, zarządzanie światem powinno odbywać się na zasadach równości i sprawiedliwości.
Wybuch pandemii uwidocznił, że obecny system globalnego zarządzania jest niewystarczający. Opierając się na koncepcji światowego zarządzania, obejmującej szeroko zakrojone konsultacje, wspólny wkład i wzajemne korzyści, Chiny nadal opowiadają się za tym, aby wszystkie kraje przestrzegały multilateralizmu, utrzymywały otwartość, inkluzyjność i wzajemnie korzystną współpracę oraz postępowały zgodnie z duchem czasu, jak również by wspierały ONZ w skuteczniejszym osiąganiu globalnego konsensusu i koordynowaniu działań globalnych. Będziemy stanowczo chronić wielostronnego systemu handlu, który ma swe podstawy w zasadach, jest przejrzysty, daleki od dyskryminacji, otwarty i inkluzyjny. Będziemy propagować wolny handel i stać na straży uczciwej konkurencji. Opowiadamy się za wykraczaniem poza ramy ideologii, za poszanowaniem systemów społecznych wybranych przez kraje na podstawie ich własnych warunków narodowych, modeli ekonomicznych i ścieżek rozwoju oraz za budowaniem bardziej sprawiedliwego i zrównoważonego partnerstwa na rzecz globalnego rozwoju. Chiny będą pogłębiać współpracę ze wszystkimi państwami świata, zwłaszcza z krajami rozwijającymi się i rynkami wschodzącymi tak, aby sprawić, że kierunek rozwoju ładu międzynarodowego zwróci się w stronę sprawiedliwości i racjonalności oraz stworzona zostanie wspólna przyszłość dla całej ludzkości.
Obecnie Chiny – po stoczonej walce z epidemią, osiągnęły ogromne rezultaty o znaczeniu strategicznym, dzięki temu urzeczywistniają stały postęp w dziedzinie gospodarki. Ponadto przedstawiły nowy model rozwoju oparty głównie na obiegu krajowym oraz na wspólnie napędzających się dwóch obiegach: krajowym i międzynarodowym. Decyzja ta ma charakter długoterminowy i strategiczny, została podjęta przez Chiny w odpowiedzi na falę globalizacji, a oparta była na głębokiej integracji własnej gospodarki z gospodarką światową. Stworzenie nowego modelu rozwojowego Chin nie oznacza zamknięcia obiegu krajowego, ma ono na celu lepsze połączenie rynków krajowych i międzynarodowych przy jednoczesnej poprawie odporności gospodarczej i konkurencyjności, co w rezultacie doprowadzi do stworzenia nowego systemu gospodarczego o jeszcze wyższym stopniu otwarcia. Zgodnie z nowym schematem rozwoju, potencjał rynkowy Chin zostanie w pełni pobudzony, tworząc większy popyt i stwarzając więcej możliwości dla krajów na całym świecie. Chiny są gotowe zacieśnić współpracę ze wszystkimi państwami, w tym z Polską, aby działać na rzecz: jak najszybszego przezwyciężenia pandemii przez społeczność międzynarodową, powrotu wzrostu gospodarczego na swe dawne tory, zrównoważonego rozwoju oraz współpracy nad stworzeniem lepszej przyszłości dla świata po pokonaniu pandemii.

Uczcie się od Chin!

Czy można już ogłaszać, że w październiku 2020 roku narodziły się nowe Chiny? I nowy podział świata?

Zakończone ostatnio V Plenum Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Chin przyjęło pięcioletni plan rozwoju gospodarki na lata 2021-2025 oraz podstawy piętnastoletniego planu rozwoju społeczeństwa.

Plany pięcioletnie i długoletnie programy rozwoju nie są czymś nowym w Chinach, ale tym razem nastąpiła widoczna zmiana priorytetów w rozwoju społeczeństwa i gospodarki.
Po trzydziestu latach intensywnego, często rekordowego, wzrostu chińskiego PKB, władze chińskie zamierzają teraz postawić na jakość rozwoju gospodarczego i społecznego.
Odchodzą od powszechnej, także na świecie, zasady „wzrost gospodarczy ponad wszystko”. Od mierzenia rozwoju i jakości życia gospodarczego przede wszystkim według wzrostu PKB.
Teraz rozpoczyna się proces przekształcania obecnej intensywnej gospodarki w nową jej formę. W ciągu piętnastu lat powstanie w Chinach „wielkie, nowoczesne państwo socjalistyczne” wykorzystujące przede wszystkim nowotworzoną „innowacyjną gospodarkę”.
To oznacza stopniowe ograniczanie liczby przedsiębiorstw działających na zasadzie maksymalizacji produkcji, czasem produkcji nieracjonalnej , marnotrawiącej zasoby naturalne, na rzecz przedsiębiorstw kierujących się zasadami gospodarki zrównoważonego rozwoju.
Priorytetami nowej gospodarki będą innowacyjność, zwłaszcza robotyzacja i sztuczna inteligencja, oraz jej energooszczędność. Większe wykorzystywanie odnawialnej energii. W tym celu niezbędny jest rozwój Internetu i upowszechnienie stosowania technologii 5G.
Ważnymi filarami obu planów będzie ochrona środowiska naturalnego i rozwój „zielonej gospodarki”. Priorytetami stanie się ochrona wody i powietrza, Już teraz powstają w Chinach nowe dzielnice-miasta zaprojektowane i budowane wedle rygorów „zielonych technologii”.
Ta nowoczesna gospodarka stanie się bazą dla rozwijającego się społeczeństwa chińskiego. Nowoczesnej, wykształconej, aktywnej gospodarczo i społecznie ponad czterystu milionowej klasy średniej. Stabilizującej system polityczny państwa .Zapewniającej mu harmonijny rozwój.
Ważnym celem obu planów jest konsekwentne ograniczanie dysproporcji między obszarami miejskimi i wiejskimi. Zwłaszcza, że po trzydziestu latach ekspansji chińskiej gospodarki na rynkach globalnych, teraz jej priorytetem będzie też rynek wewnętrzny.
Dlatego nowa klasa średnia powinna więcej konsumować produktów chińskich. Ale ta konsumpcja wewnętrzna, podobnie jak produkcja, też będzie miała swe priorytety. Preferowana będzie konsumpcja racjonalna. Wybierająca produkty „zielonej gospodarki”, wspierająca ochronę środowiska .
Preferowany będzie rozwój kultury, permanentnej edukacji, turystyki wewnętrznej. I wszelkich form wspierania zdrowego, aktywnego fizycznie życia.
Jeśli realizacja tych zamierzeń powiedzie się , to przyszłe „innowacyjne Chiny”, zmienią powstały jeszcze w XX wieku, w czasach „zimnej wojny”, podział świata.
Na „Pierwszy Świat”, czyli bogate państwa Sojuszu Północnoatlantyckiego. „Drugi Świat”, czyli ścigający je w rozwoju ZSRR i jego europejskie państwa sojusznicze. I „Trzeci Świat”. Państwa poszukujące wtedy swojej drogi rozwoju.
Chiny w XX wieku zaliczane były do państw Trzeciego Świata. Choć jeszcze w 1820 roku cesarskie Chiny były pierwszą gospodarką ówczesnego świata. A w XVIII wieku były wzorem kulturowym dla europejskich elit.
Warto przypomnieć, że niemiecki uczony Gottfried Wilhelm Leibniz dowodził wtedy, że Chińczycy swą kultura, stylem życia, zwłaszcza w kwestiach etyki i polityki, przewyższają uważającą się za centrum cywilizacji Europę.
Uczcie się od Chin ! – to hasło powtarzali francuscy XVIII wieczni uczeni z Wolterem na czele. Bo Chiny były wtedy dla europejskich elit wzorem merytokracji. Monarchii oświeconej zarządzanej przez wykwalifikowanych urzędników państwowych. Rekrutowanych i awansowanych dzięki ich kwalifikacjom potwierdzanych zdawanymi przez nich egzaminom. A nie jedynie urodzeniu się w szlacheckich rodzinach, jak to było wtedy w feudalnej Europie.
Niestety pod koniec XVIII wieku chińskie elit zamknęły swe państwo i gospodarkę na osiągnięcia europejskiej rewolucji naukowo- technicznej. Błędy warstw panujących zemściły się szybko. W XIX wiecznych Chinach nastąpił okres chaosu systemu politycznego i upadku gospodarki. Odbudowa przodujących, atrakcyjnych dla świata Chin nastąpiła po powstaniu Chińskiej Republiki Ludowej.
Jeśli w China powiedzie się realizacja przyjętych właśnie planów rozwoju społeczno- gospodarczego, to w ciągu kilkunastu lat Chiny staną się nie tylko przodującą „innowacyjną gospodarką”.
Również wzorem dla milionów zwolenników „zielonej gospodarki” na całym globie. Również mieszkańców dawnego Pierwszego i Drugiego Świata.
Wtedy to oni będą powtarzać wolterowskie wezwanie :
Uczcie się od Chin !”

Upadek PiS i czas patriotów, lewicowych patriotów

Czas społecznego buntu przeciw totalnej władzy PiSu skłania do refleksji jaka siła polityczna wygra na w rezultacie możliwego przesilenia. Pytanie może zdawać się cyniczne, bo z pewnością wygra przede wszystkim społeczeństwo i wygra szeroko rozumiany interes Polski.

Jednak w obecnym systemie partyjnym społeczeństwem zarządza zwycięska partia polityczna lub koalicja partii, ugrupowań i organizacji społecznych.
Bunt
Jeśli trwające w całej Polsce strajki mają w ogóle sens, to sensem tym jest nie cząstkowe rozwiązanie danego problemu, a radykalna zmiana rządzącej ekipy. Drobne zabiegi korekcyjno – upiększające zdeformowanej twarzy obecnej władzy nie przyniosą pożądanego rezultatu, bo wad tej twarzy nie sposób ukryć nawet pod maską. Musi więc nastąpić taki przełom, który przyniesie całkowitą odmianę oblicza władzy, tej władzy. Zdecydowanie stawiam na SLD, to jego właściwy czas i szansa jaka nadarza się raz na wiele lat. Dlaczego ? To proste; aktualny klimat społeczny, atmosfera gniewu i buntu przeciw prawicowym rządom tkwiącym w śmiertelnym uścisku z kościołem, to idealna pożywka dla Lewicy. Choć na obecnej sytuacji społeczno – politycznej próbują żerować wszystkie prawicowe partie opozycyjne, to ich próba wpisywania się w nią jest nieprzekonująca i z daleka trącąca koniunkturalizmem. Dla Lewicy zwalczanie rządów PiSu, reprezentujących całkowicie przeciwny biegun polityczny, jest sprawą naturalną, kwestią swej identyfikacji i wiarygodności, a wręcz warunkiem istnienia. Tylko Lewica ustami Włodzimierza Czarzastego zdobyła się na bezkompromisowe oświadczenie określające PiS jako swego śmiertelnego wroga. Można być pewnym, że podobnie postrzegają i utożsamiają się z taką interpretację setki tysięcy demonstrujących Polek i Polaków. Tak silnie zaznaczony w rozmaitych formach radykalizm protestujących na ulicach polskich miast, należy odczytywać już nie tylko jako niezgodę na zaostrzenie ustawy aborcyjnej, lecz także jako zdecydowany sprzeciw wobec władzy z jej narzucanymi ludziom ograniczeniami, wszechobejmującą kontrolą obywateli, antydemokratycznymi i niekonstytucyjnymi posunięciami. Trudno wyobrazić sobie by protesty spowodowały już dziś upadek pisowskiego rządu, choć całkowicie wykluczyć tego też nie sposób, tak jak nikt nie przewidział upadku systemu jałtańskiego w 1989 r. Jeśli nie teraz, to niewątpliwie nastąpi to za 3 lata, PiS bowiem jest najwyraźniej partią schodzącą. Już nic poza manipulacją, kłamstwem i obłudą, niezdolne jest zaoferować społeczeństwu. Jeśli zaś rozbudzone radykalnie antypisowskie nastroje protestujących i ich sympatyków mają działać na czyjąś korzyść, to profitentem będzie głównie Lewica, bo społeczny bunt ma wyraźnie antyprawicowy charakter.
Dlaczego Lewica
Jeśli dla demonstrantów życiowo ważną kwestią, co głośno podkreślają, jest wolny wybór i żądanie całkowitej swobody w dostępie do aborcji, to kogo mieliby poprzeć jeśli nie Lewicę, jednoznacznie odważnie deklarującą wolę przywrócenia aborcji na życzenie do 12 miesiąca ciąży, czyli realizację postulatu, który w Europie jest cywilizacyjną normą prawną. Tymczasem sejmowy projekt Lewicy o liberalizacji prawa aborcyjnego spoczywa w sejmowej zamrażarce, bez nadania mu numeru druku, niczym zarodek obywatela bez numeru PESEL. Ale projekt ten to dla rządów PiSu tykająca bomba, która wcześniej czy później wybuchnie pisowcom w dłoniach, a dla Lewicy stanie się tryumfalnym fajerwerkiem. Bo to Lewica najgłośniej domaga się już nie tylko prawa wyboru, lecz i wspiera prodemokratyczne hasła oraz nie obawia się, jak posłowie PO, wprost mówić o potrzebie usunięcia PiS od władzy. Trudno też wyobrazić sobie by bite na ulicach przez neofaszystów kobiety, nie opowiedziały się za Lewicą, jako jedyną siłą polityczną, wyraźnie domagającą się delegalizacji ONR-owskich bojówek oraz konsekwentnie dopominającą się ratyfikacji Konwencji Stambulskiej RE zapobiegającej przemocy wobec kobiet.
Lewica, jak żadna inna siła polityczna, może liczyć na mobilizację poparcia dla siebie także z kilku innych powodów. Jest niekwestionowanym rzecznikiem tych wszystkich grup społecznych i zawodowych, których postulaty i prawa są ignorowane, podważane lub wręcz gwałcone. Lewica nie przykleja się do nich, nie podczepia w sposób koniunkturalny, bo wspieranie ich jest jej polityczną naturą i zadeklarowanym celem. To nie przypadek, że Lewica już dziś znajduje poparcie ze strony środowiska LGBT i ekologów, bo Lewica jest w kwestii tolerancji i poszanowania odmienności jednoznacznie zdefiniowana i dookreślona, czemu wyraz dawała wielokrotnie i w wielu okolicznościach. To kwestia europejskości, nowoczesności i otwartości na odmienność, cech doskonale opisujących oblicze Lewicy. Młoda część społeczeństwa polskiego, choć nie tylko ona, coraz szczelniej odgradzana przez PiS od europejskich norm i zasad społecznego współżycia, tylko w Lewicy znajdzie skutecznego rzecznika i obrońcę. Na Lewicy z pewnością nie znajdą polityków jak Donald Tusk i jego otoczenie chichoczących w ławach poselskich kiedy Robert Biedroń relacjonował użycie wobec niego policyjnej pałki. To Lewica, jej politycy pojawiają się na Marszach Równości i nie mają oporów by tańczyć na kolorowych, mobilnych platformach. Wśród polityków Lewicy nie znajdzie się nikt na tyle obłudny i koniunkturalny, kto jak poseł PO Rafał Grupiński, który o ironio, na marszu ,,Polska w Europie”, wzdragał się jednoznacznie poprzeć środowisko LGBT i związki partnerskie w obawie, że po takiej deklaracji wyborcy na prowincji przepędzą Platformę. Tymczasem na trwających protestach obok czerwonej błyskawicy widzimy tęczowe flagi reprezentujące 2-milionową rzeszę polskich obywateli. Na kogo zagłosują, widząc kto i jak odnosi się do nich, o to jako ludzie Lewicy nie musimy się martwić.
Radykalizm i zaplecze Lewicy
Radykalizm trwających strajków dotyka kościoła katolickiego i jego hierarchów. Ludzie doskonale rozumieją, że zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej to inspiracja biskupów i spłacanie przez PiS zobowiązania wobec kościoła za przedwyborcze poparcie, głoszone m.in. z ambon większości kościołów. Jeśli polska opinia publiczna w reakcji na patologiczną symbiozę władzy z kościołem reaguje najgwałtowniejszą w Europie laicyzacją, to kogo miałaby poprzeć jeśli nie Lewicę, od dawną głośno domagającą się ustawowego rozdzielenia kościoła od państwa, pryncypialnie piętnującą nadużycia finansowe księży, molestowanie przez nich dzieci, ukrywanie przestępstw ludzi kościoła, ich pychę, butę, arogancję i rozmiłowanie w bogactwie.
O ile biskupi dopuszczają się irracjonalnych ataków na ekologów, nazywając ich działania ,,ekologizmem”, piętnując ich z powodu rzekomego braku patriotyzmu, bredząc o czynieniu sobie ziemi poddaną, wspierając mordowanie dzikich zwierząt, dokonując pokracznych ceremonii pokropków broni myśliwskiej i zabitych zwierząt, popierając wycinkę puszczy i lasów, to trzeba podkreślić, że młodzi ekolodzy, Zieloni od zawsze związani byli z ruchami lewicowymi, a Lewica jest twardym zapleczem dla ruchów obrony przyrody i ekologów. Tak więc mamy kolejną po radykałach, Strajku Kobiet, ruchach ateistycznych, LGBT, grupę społeczną będącą przyszłym elektoratem Lewicy.
Abstrahując od bieżącej sytuacji w kraju, strajków i protestów, warto także podkreślić, iż IPN, instytucja niczym orwellowskie Ministerstwa Prawdy, służąca do uprawiania represji i szantażu, stosująca kary nieprzewidziane w kodeksie karnym, została powołana do życia w 1999 r. głosami m.in. niemal wszystkich posłów centroprawicowej koalicji AWS-UW. Przeciw temu wynaturzonemu tworowi, niby historyczno-badawczemu, lecz z prokuratorami posiadającymi uprawnienia lustracyjne, Lewica głosowała blokiem, i jest to jej nieprzemijająca zasługa. Doceni to każdy rozsądny obywatel, który obserwuje jak instrumentalnie i podle używana jest ta instytucja do zwalczania przeciwników politycznych i uprawianie politycznej zemsty, co widać szczególnie boleśnie na przykładzie bohatera Powstania Warszawskiego, sympatyzującego z PO gen. Aleksandra Ścibor-Rylskiego. Nie na darmo jeden z posłów SLD powiedział emocjonalnie o potrzebie wręcz spalenia IPN. Może byłaby to przesada, ale pomysł rozgonienia tych pseudohistoryków zasługiwałby na należytą uwagę.
Z pewnością stanowisko SLD podzielą dziesiątki tysięcy poszkodowanych pisowską ustawą represyjną (emerytalną) funkcjonariuszy służb mundurowych, których dokumentacja, ku ich oburzeniu, przechowywana jest w IPN, w Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu (!). Dotyczy to takich ludzi jak zasłużony twórca jednostki GROM, gen. Sławomir Petelicki, bohater akcji Samum w Iraku, gen. Gromosław Czempiński, agenci wywiadu, analitycy kontrwywiadu, pogranicznicy, pracownicy Dep. PESEL, paszportowcy, pielęgniarki i lekarze szpitala MSW, sportowcy klubów mundurowych, a nawet wdowy i sieroty po policjantach poległych w walce z gangsterami.
Ci wszyscy funkcjonariusze zostali bezprawnie pozbawieni należnych świadczeń emerytalnych i nazwani przez PiS ,,oprawcami”. Tylko w SLD znajdują bezkompromisowe wsparcie, zrozumienie i aktywną obronę. Dlatego ta ogromna rzesza poszkodowanych wraz z ich rodzinami, zechce z pewnością odwdzięczyć się Lewicy za obronę ich dobrego imienia. Jedno jest pewne; nikt z nich nie zagłosuje na PiS, a nawet na PO, bo to ta partia w 2008 r. zapoczątkowała szykany wobec w.wym., niekonstytucyjnie redukując mundurowym ich emerytury z przepisowego 2,6 proc. za każdy przepracowany rok, do nieistniejącej w ZUS stawki od 0,7 proc. Lewica konsekwentnie broniąc mundurowych, pokazując brak podstaw prawnych i sprzeczność ustawy represyjnej z konstytucją, udowodniła, że jest partią prawa i sprawiedliwości, podczas gdy Prawo i Sprawiedliwość zdemaskowało się jako partia typu bolszewickiego, gardząca literą prawa i duchem konstytucji, kierująca się potrzebą rewanżu i przypochlebianiem najniższym ludzkim instynktom.

Lewicowa oferta patriotyzmu
Prawica od dawna stara się zaczepić przekonanie, że patriotyzm to jej wyłączna domena, choć widzimy, że skrajnie prawicowe środowiska jak np. bojówkarze ONR i PiS najchętniej manifestują swoje przywiązanie do wartości narodowych wymachiwaniem flagą, odpalaniem rac i rykiem towarzyszącym hasłu: śmierć wrogom ojczyzny. PiS propaguje patriotyzm szowinistyczny, wykluczający, patetyczny, egzaltowany, niepełnowymiarowy i naskórkowy, rodem z zatęchłego stryszku, rzewny, wspomnieniowy, rozpamiętujący, szlochający nad klęskami, zamodlony, przy wtórze kościelnych dzwonów. Ludzie Lewicy głębiej i mądrzej postrzegają pojęcie patriotyzmu i obowiązku wobec ojczyzny.
Rozumni patrioci znajdą na Lewicy właściwy wymiar nowoczesnego patriotyzmu, tego trudniejszego, wymagającego, pozytywistycznego, twórczego i spokojnego, wcielającego w życie zbiór praktycznych zadań, mających zapewnić pomyślną przyszłość Polaków. To m.in. dbałość o poziom szkolnictwa, właśnie zdemolowanego przez pisowską deformę, o czyste powietrze, o zieloną energię, o odejście od węgla, o przyrodę, o unikatową puszczę wyrąbywaną przez pisowskich demolatorów.
Współczesny lewicowy patriotyzm to doskonała oferta dla ludzi myślących; nie zapatrzenie w przeszłość i samoizolacja Polski, a kotwiczenie jej w strukturach UE, dbałość o silną pozycję Polski w strukturach UE, jako warunek niepodległego jej bytu. To także korzystanie z kompetentnej, wykształconej kadry na każdym odcinku funkcjonowania państwa, bo tylko taka zapewni sprawne zarządzanie i autorytet Polski na arenie międzynarodowej, kadry zdolnej zadbać o dobro wspólne, nie zaś zabiegający o interes partii, jak niestety robią to niektórzy pisowscy senatorowie, posłowie i wiceministrowie z wykształceniem zaledwie zawodowym czy średnim, lub niekompetentni prezesi spółek skarbu państwa.
W obecnej sytuacji buntu przeciw zdegenerowanej władzy, prawdopodobnie zbuntowana młodzież, kobiety i ich mężczyźni jeszcze dziś nie zaprzątają sobie głowy podobnymi rozważaniami, ale na nie przyjdzie wkrótce czas, a wnioski dla ludzi inteligentnych, samodzielnie myślących nasuną się same z siebie. Wówczas nastąpi czas Lewicy, bo czas i kapitał społeczny są naszymi sojusznikami. Na nic nie zda się zohydzanie Lewicy przez prawicę, nazywanie jej stronników lewakami czy postkomuchami. Ludzie mają wiedzę, rozumieją, że wszystkie partie lewicowe, socjal-demokratyczne w Europie, poza Labour Party, mają komunistyczny rodowód, i takimi koneksjami nie zaprzątają sobie głowy, ani też nie są one dla obywateli argumentem obciążającym współczesną Lewicę. SLD i Lewica ogólnie legitymuje się wielkim dorobkiem, którym nie zawsze potrafi się pochwalić.
Widząc jak nieudacznikom z PiS dysponującym ogromnymi środkami finansowymi i technologicznymi trudno wybudować kilometr autostrady, jedną elektrownię, jeden statek lub choćby kilkaset mieszkań, aż się prosi pokazać jak po II wojnie powstawała cała infrastruktura, budowano zakłady pracy, fabryki, elektrownie, porty, sieć drogową i kolejową, szkolnictwo i sieć szpitali.
Współczesna Lewica to nowoczesna, patrząca w przyszłość, otwarta, rozsądna, europejska socjal-demokracja, tolerancyjna, obyczajowo liberalna, prospołeczna, sprawiedliwa partia młodych, przede wszystkim kompetentnych, wykształconych, poważnych i odpowiedzialnych ludzi, którym obca jest zapiekłość, małość, mściwość i niekompetencja. Nie znajdzie się tam miejsca na listach wyborczych dla posłów i senatorów, jak z prawicy – groteskowych dyletantów – psujów, stolarzy, tapicerów, techników kolejowych, kierowców, ślusarzy, perukarzy czy wyplataczy koszów wiklinowych, ludzi poniekąd potrzebnych gospodarce, lecz nie koniecznie parlamentowi.
Czego od Lewicy można oczekiwać, przekonaliśmy się za jej dwukrotnych rządów: najlepszy w 30-leciu prezydent, nadwyżka budżetowa, rozwój gospodarczy na poziomie prawie 6 proc. , wzmocnienie potencjału obronnego, dokarmianie dzieci w szkołach, uznanie i szacunek świata, przyjęcie Polski do NATO i UE.

Aleksandrze! Co będzie gdy Ciebie zabraknie?

Ulice białoruskich miast pełne są kontestujących wyniki niedzielnych wyborów prezydenckich. Wśród nich wciąż ciężko dopatrzeć się zwolenników samozwańczego przywódcy niemal 10 milionowego państwa. Choć tak niewielkiego, to w tym momencie skupiającego uwagę niemal całego świata.

Już wiadomo, że wszystkich, którzy oddali głos na Aleksandra Łukaszenkę było 5 proc.. Pozostali wyszli na ulice. Przeciwko nim stanęli wykonujący polecenia wciąż rządzącego przewódcy, niedoszłego cara Wszechrosji, żołnierze i milicjanci. O tym jak bardzo są bezwzględni, dowiadujemy się z wciąż tylko wyrywkowych relacji świadków. Skutki użycia gumowych kul, granatów hukowych, armatek wodnych czy pałek są oczywiste. Raporty szpitali potwierdzają liczne skomplikowane urazy, amputacje, a także zgony. 6 tysięcy osób zostało aresztowanych i jest przetrzymywanych bez dostępu do jedzenia i pomocy. Obserwatorzy tych zdarzeń, w tym Polacy, bardzo głośno wypowiadają swój brak zgody na masakrę, która, pomimo czasu „pokoju”, rozgrywa się tam na oczach milionów obywateli innych państw.
To tyle z informacji, do których mamy dostęp. To, czego nie wiemy, to to, jaka będzie przyszłość Białorusi, gdy rząd Łukaszenki zacznie ustalać warunki kapitulacji.
Problem wydaje się być o tyle istotny, że na ten moment ciężko wskazać osobę, która mogłaby i chciała przejąć jego miejsce. Swietłana Cichanouska, choć zdobyła niemal 70 proc. głosów wyborców, wciąż nie jest tą osobą, która chętnie podjęłaby się tego wyzwania. O tyle ciężkiego, że objęcie rządów na Białorusi będzie musiało być związane ze ścisłą współpracą z Kremlem. Oczywiście tak długo, jak żyć będzie Putin. Ciężko więc mówić o tym, że po wyczekiwanym ustąpieniu Łukaszenki, Białoruś będzie krajem wolnym od wpływów. A na obecny moment trudno wskazać w tym kontekście kraj inny niż Rosja. Mając w pamięci zdarzenia na Ukrainie i błędy Rosji jakie miały wówczas miejsce, jej działania będą teraz znacznie „bardziej neutralne” i tym samym mylące obserwatorów. Prędzej czy później to jednak ona będzie gotowa podjąć się „misji stabilizacyjnej”.
Choć więc obecne sceny na ulicach białoruskich miast i miasteczek burzą do walki o pokój i sprawiedliwość, nie można zapominać o tym, że to, co dalej zadzieje się na Białorusi nie pozostanie bez wpływu na polskie sprawy. Samo doprowadzenie do zatrzymania rozlewu krwi nie wystarczy, aby mogło powrócić poczucie bezpieczeństwa i sprawiedliwości.
Za naszą granicą rozgrywa się tragedia, która relacjonowana jest prze media na całym świecie. Właśnie z tego samego powodu, choć wydaje się to niezwykle trudne, nie należy spuszczać z oczu polskiego interesu.

Sztuka czekania

Niektórych przegrane wzmacniają, innych zabijają.

Czy warto było głosować na Rafała Trzaskowskiego, skoro kandydat przegrał ?
Kiedy po wyborach glosujący tak lewicowi wyborcy nie usłyszeli ze strony Trzaskowskiego, ani jego sztabu wyborczego, żadnego słowa podziękowania.
Czy warto było wpierać liberałów z PO, przyjmować wobec nich „służalczą postawę”, taki zarzut często czytałem w Internecie po opublikowaniu tam stanowiska redakcji „Trybuny”. Zachęcającego do głosowania na Rafała Trzaskowskiego.
Wyniki przeróżnych sondaży wskazały, że duża grupa wyborców Lewicy, szacowana nawet do 30 procent, zagłosowała na pana prezydenta Andrzeja Dudę.
Była też grupa, stosunkowo niewielka, ale bardzo aktywna w Internecie, która proponowała bojkot wyborów lub oddanie głosu nieważnego. Przez „ukrzyżowanie” dwóch kandydatów.
Najwięcej, bo około 70 procent wyborców Lewicy poparło Rafała Trzaskowskiego. Gdyby wnioskować z lektury internetowych debat i deklaracji, to można by wysnuć wniosek, że wyborcy starsi, od lat związani z SLD, pamiętający realia państwa niedemokratycznego, nie należącego do Unii Europejskiej, głosowali na Rafała Trzaskowskiego.
Bo pamiętają jeszcze smak rządów autorytarnych i granic we wspólnej Europie. Bo nie są też wielce poszkodowanymi przez kapitalizm III RP. Niektórzy z nich są nawet beneficjentami zmian po „Okrągłym Stole”, tworzonego wtedy państwa.
Wyborcy młodsi, urodzeni lub wychowani w III RP, byli za to bardzo krytyczni wobec aliansu politycznego z liberałami PO.
Bo oni w tym stuleciu, w tej III RP zaznali jedynie ideowego wykluczenia i wyzysku neoliberalnego kapitalizmu. Stąd taki „symetryzm” w podejściu do obu, wrogich im ideowo, kandydatów.
Stad teraz nawet poczucie politycznego triumfu, bo skoro nie ich Trzaskowski przegrał, to znaczy, że ów „symetryzm” był wyborem słusznym.
W przeciwieństwie do młodszych towarzyszy, pomimo przegranej Trzaskowskiego, nie mam poczucia totalnej klęski.
Staż wieloletniego obserwatora życia politycznego, doświadczenia parlamentarne i polityczne, uczą spokoju, pokory i sztuki czekania.
Sztuka i sztuczki
Partia pana prezes Jarosława Kaczyńskiego od 2007 do 2015 roku przegrywała wszystkie kolejne wybory. Prezydenckie, parlamentarne, europejskie, samorządowe.
Ale posiadała ona sztukę politycznego czekania. Tego twórczego czekania.
Z każdych przegranych wyborów elity PiS wyciągały wnioski. Wzmacniały swoje struktury, zaplecza eksperckie, swoje media, i wpływy w przeróżnych organizacjach społecznych.
Stworzył też czytelną dla wyborców alternatywę wobec neoliberalnej III RP.
Swoją IV RP, swoją Dobrą Zmianę.
Dlatego z każdej, kolejnej przegranej PiS wychodziła jako opozycja coraz bardziej wyrazista i silniejsza. Aż przyszedł rok 2015 i od tamtej pory elity PiS wygrywają każde wybory.
Polska lewica, SLD i inne partie i ugrupowania lewicowe, nie potrafiły opanować takiej twórczej sztuki politycznego czekania.
Od przegranej 2005 roku lewicowe elity polityczne robiły wszystko co by tylko mogło zaszkodzić swojej formacji.
Po każdej większej wyborczej przegranej zmieniały przywódcę partii. Nowy lider miał zwabić nowych wyborców.
Po każdej, większej przegranej organizowały wielki Kongres Programowy Lewicy. Ogłaszano tam kolejny, nowy lewicowo brzmiący program, o którym szybko zapominano.
Polityczne lewicowe elity preferowały „rozwój przez podział”, czyli kolejne rozłamy w i tak już słabnącej partii.
Lekceważyły potrzebę tworzenie swego zaplecza eksperckiego. Lekceważyły, wręcz pogardzały, istniejącymi lewicowymi mediami. Wierzyły, że potrafią kupić sobie przychylność liberalnych mediów głównego nurtu.
Zamiast uprawiać sztukę twórczego, opozycyjnego czekania, lewicowi przywódcy zajmowały się „pijarowskimi”, propagandowymi sztuczkami.
Z okazji każdych następnych wyborów zmieniano logo partii.
Każde nowe wybory to nowa nazwa nowego komitetu wyborczego. Każdy nowy komitet wyborczy to także kłótnie i odtrącenia dotychczasowych koalicjantów. To nowi koalicjanci, zwykle w sojuszu na jeden sezon polityczny.
Im mniejsze było poparcie lewicowych wyborców tym arogancja lewicowych elit politycznych wzrastała.
W jej efekcie w 2015 roku cała polska lewica znalazła się poza parlamentem.
Była to polityczna Izba Wytrzeźwień dla niej.
Na szczęście w kolejnych latach mniej było już propagandowych sztuczek, więcej sztuki twórczego czekania.
W wyborach parlamentarnych 2019 lewicowe elity dostały od lewicowych wyborców kredyt za zjednoczenie. Najpierw za Koalicję Europejską w wyborach do Parlamentu Europejskiego, potem za wspólną listę Lewicy w wyborach parlamentarnych.
Ileśmy warci
W czasie dwóch, zwycięskich kampanii Aleksandra Kwaśniewskiego popularne było powiedzenie: „Tyleśmy warci ileśmy zwarci”.
Dzisiaj klub parlamentarny Lewicy nadal jest trzecią, pod względem liczebności, siłą polityczną w naszym kraju.
Ale w ostatnich wyborach prezydenckich nie dało to już trzeciego wyniku.
Okazało się, raz jeszcze, że polscy wyborcy podzieleni są na dwa bloki.
Wolnościowo, demokratyczno, republikańsko, europejski. Głosujący na Trzaskowskiego.
Autorytarny, socjalny, narodowo- katolicki wybierający Andrzeja Dudę.
Polska lewica jest dziś jak krewetka między obu wielorybami. Może dumnie prężyć swe muskuły, deklarować swój polityczny i taktyczny symetryzm, ale skutecznie może to robić jedynie w Internecie.
W życiu realnym jej skuteczność polityczna uzależniona jest od kooperacji z wybranym wielorybem.
Może być zatem sojusznikiem i socjalnym skrzydłem wielopartyjnego bloku wolnościowo – europejskiego.
Może być europejskim, wolnościowym skrzydłem monolitycznego bloku narodowo- katolickiego.
Taki jest stan na dzisiaj.
Jeśli następne wybory parlamentarne i samorządowe odbędą się w konstytucyjnym terminie, czyli za 3 lata, to dla Lewicy ten czas dowyborczy będzie niezwykle ważny.
Jeśli lewicowi politycy, polityczki zwłaszcza, zbudują w tym czasie minimum zaplecza ekspercko, medialno, organizacyjnego swej formacji politycznej, to głoszone postulaty „trzeciej siły politycznej” staną się realne.
Ale to wymaga na początek więcej pracy z ludźmi w Polsce, mniej złośliwych tweetrów w Internecie.
Podziękowania
Wszystkim obywatelom naszego kraju, którzy wzięli udział w wyborach prezydenckich serdecznie dziękujemy.

Redakcja Dziennika „Trybuna”

Kultura po zarazie

Wszyscy głowią się, jak będzie wyglądał świat po zarazie, jak zmieni się życie kulturalne po jego odmrożeniu. Czy wróci w utarte koleiny, czy obierze inny, nieznany kierunek?

To oznacza, że nastała pogoda dla wizjonerów i proroków. Kto jednak nie ma zadatków na proroka, może sięgnąć po wyniki coraz częściej publikowanych sondaży, ankiet i badań opinii, z których wyłania się przybliżony obraz tego, co nastąpi.
Sporo ciekawych wniosków podpowiadają
wyniki sondażu
przeprowadzonego w dnia 8-14 maja, a więc w okresie rozwiniętej już pandemii w połowie marca przez grupę badaczy z Centrum Kultury w Lublinie, przy wykorzystaniu narzędzi i komentarzy dr. Mariusza Gwozdy z Fundacji na rzecz Badań i Inicjatyw Społecznych. Przy wszystkich możliwych i zasadnych zastrzeżeniach, że to tylko sonda, że badania niereprezentatywne, że całkowicie dobrowolnie pozyskane odpowiedzi od przede wszystkim – jak można się domyślać – dotychczasowych odbiorców oferty kulturalnej tego Centrum, warto je dokładnie przestudiować.
Wzięło w nich udział ponad 700 osób, w większości o wyższym wykształceniu i bez wątpienia wyższym od przeciętnego standardzie potrzeb kulturalnych i rzeczywistego uczestnictwa w kulturze. Na pytanie bowiem jak często ankietowani – przez pandemią – korzystali ze spektakli, koncertów, seansów filmowych zadeklarowało, że raz w tygodniu (22 procent) albo częściej niż raz w tygodniu (14 procent) lub co najmniej raz w miesiącu (19 procent) albo częściej niż raz w miesiącu (27 procent). Sumując te wyniki otrzymujemy imponujący wskaźnik 82 procent ankietowanych, którzy uczestniczą co najmniej raz w miesiącu w wydarzeniu artystycznym. To wynik znacznie przekraczający przeciętną krajową. Pamiętajmy, że badania są prowadzone w Polsce, gdzie przeciętny rodak sięga po książkę rzadziej niż raz na dwa lata, a tzw. tzw.
indeks praktyk kulturalnych
przyjęty w Unii Europejskiej do badania poziomu uczestnictwa w kulturze sytuuje nas na końcu unijnej tabeli. Tak więc, wracając do ankietowanych, reprezentują oni, jeśli nie elitę, to z pewnością grupę znacznie bardziej zaawansowanych uczestników kultury od przeciętnej krajowej. Co zresztą potwierdza ich odpowiedź na pytanie: „Czy uczestnictwo w życiu kulturalnym i korzystanie z oferty instytucji kultury jest dla Pana/i ważne?”. Okazało się, że aż 91 procent ankietowanych odpowiedziało na tak postawione pytanie twierdząco.
Warte uwagi są wyniki sondażu dotyczące preferencji wyboru propozycji kulturalnych online, od których zrobiło się aż tłoczno w Internecie. Wbrew oczekiwaniom ankietowani traktują niemal równorzędnie spektakle (49 procent), koncerty (48 procent) i filmy (51 procent). Rzecz inaczej wyglądała, kiedy zapytano badanych o ich gotowość bezpośredniego uczestnictwa w imprezach kulturalnych już po ustąpieniu pandemii. Wtedy rozkład preferencji przedstawiał się następująco: najwięcej zwolenników zebrały koncerty (34), projekcje filmowe w kinach (18 procent) i spektakle (17 procent), ale i tak wyraźna pozostała przewaga kontaktu z żywym wykonawcą, co – jaki komentuje dr Gwozda dowodzi, że odbiorcy kultury stęsknili za bezpośrednim kontaktem z artystami i wyżej cenią sobie spektakle i koncerty (łącznie) od „bezdotykowego” kina. To dość krzepiąca wiadomość dla twórców teatralnych, bo – jak wiadomo – bezpośrednie oddziaływanie, tworzenie żywej wspólnoty jednego wieczoru jest fundamentem sztuki teatralnej, bez której sztuka teatru nie może się obejść.
Wspomniane deklaracje nie oznaczają, że odbiorcy kultury nie wyrażają poważnych obaw czy wahań związanych z uczestnictwem w imprezach masowych. Chętniej przewidują swój udział w spotkaniach czy zdarzeniach kameralnych niż w wielkich imprezach. Wiele osób wyraża wątpliwości, czy podczas imprez masowych rzeczywiście będzie dotrzymywany reżim sanitarny, czy bliskość fizyczna wielu osób nie stworzy na nowo zagrożenia epidemicznego. Jak widać, obawy, jakie wniosła – być może na trwałe – do naszego życia pandemia. Można się spodziewać, że podobnego typu obawy będą nam towarzyszyć jeszcze bardzo długo, nawet po wygaśnięciu je ognisk, oddziałując na zachowania i obyczaje kulturalne. Tak czy owak, będzie musiało upłynąć trochę czasu, nim publiczność na nowo uwierzy w bezpieczeństwo korzystania z sal teatralnych, koncertowych czy kin.
Może jeszcze bardziej znaczące, choć w samym badaniu we wspomnianej ankiecie specjalnie nieeksponowane są odpowiedzi na pytanie o
deklarowany poziom wydatków
ponoszonych na zaspokojenie potrzeb kulturalnych. Większość, bo 38 procent ankietowanych deklaruje utrzymanie dotychczasowego poziomu wydatków na kulturę, 10 procent jest gotowych zwiększyć te wydatki, ale aż 24 procent zapowiada ich zmniejszenie.
To bardzo ważna przestroga dla polityków i organizatorów życia kulturalnego. Oznacza bowiem, że aż co czwarty odbiorca kultury zamierza redukować swoje wydatki na kulturę. Wprawdzie nie wiemy w jakim stopniu, a także nie towarzyszą tej deklaracji żadne bliższe motywacje, ale nietrudno je sobie wyobrazić. Jeśli pamiętać o ekonomicznych skutkach zamrożenia gospodarki, spodziewanym i już następującym zubożeniu społeczeństwa, a więc i spadku siły nabywczej konsumentów kultury, wyjaśniają się powody zapowiadane zmniejszenie wydatków na kulturę . To ważna informacja także dla polskiej lewicy, w której programach zawsze akcentowano walkę o zapewnienie dostępności kultury, o niwelowanie występujących wciąż nierówności, które tę dostępność limitują. Prawdę mówiąc, wszystkie pozytywy omawianej ankiety, przyćmiewa ta ostatnia informacja. Jeśli bowiem rzeczywiście aż czarta część odbiorców kultury obniżyłaby poziom wydatków na kulturę, musiałoby to nieuchronnie doprowadzić do bardzo niepokojących skutków, zwłaszcza biorąc pod uwagę osłabioną wydolność finansową wielu instytucji artystycznych. Jeśli do tego dodać spodziewane obniżenie wpływów z biletów związane z koniecznością przestrzegania reżimu sanitarnego, sytuacja finansowa teatrów, filharmonii, kin, a nawet części muzeów może prowadzić do ich bankructwa. To z kolei tworzyłoby nowe „dziury” w sieci instytucji kulturalnych, a więc sprzyjało pogarszaniu się dostępności do kultury, Groziłby to w rezultacie efektem błędnego koła dekulturacji. Żeby temu niebezpieczeństwu zapobiec, trzeba już teraz myśleć o programie osłonowym, który chroniłby najsłabszych przed wykluczeniem z kultury.
Osobną częścią lubelskiej ankiety były opinie i propozycje uczestników – trudne do jakiegoś statystycznego uśrednienia – na temat powstałej w wyniku pandemii sytuacji i przyszłości. Niektóre z nich na pewno warte są uwagi i przemyślenia. Odsłaniają bowiem kierunek myślenia, jaki obrali odbiorcy kultury, a tym samym poniekąd zaproponowali organizatorom życia kulturalnego. Trudno je tutaj wszystkie omawiać, dla przykładu zacytuję tylko dwie z przytaczanych odpowiedzi na ankietę:
„Myślę, że to dla instytucji kultury może być nowy start. Nie wrócicie do tego, co było, tak samo, jak reszta z nas. Trzeba wykorzystać Internet nie jako dodatek do działalności kulturalnej, ale jako jedną z form, by utrzymać kontakt z ludźmi, którzy nigdy nie byli u Was, a Internet sprawia, że są i będą Waszymi odbiorcami”.
I drugi wpis:„Otwarcie świata po epidemii powinno być nowym otwarciem dla wszelakich idei, inicjatyw i działań. Należy wykorzystać zaistniałą sytuację do przeprowadzenia szeregu zmian, nie tylko tych związanych z wirusem. Zachęcam Państwa do wypełniania swojej misji w taki sposób, aby kultura zbliżała ludzi”.
Jak więc widać, to poważne oczekiwania. Apetyt na kulturę wcale nie maleje, ale zmieniają się warunki korzystania z jej dobrodziejstwa.