Gospodarka 48 godzin

Prof. Kołodko Dr. Honoris Causa
Prof. Grzegorz W. Kołodko otrzymał tytuł Doktora Honoris Causa Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu. Serdecznie gratulujemy! Z tej okazji laureat wygłosił wykład pt. „Nieodwracalność globalizacji a przyszłość polskiej gospodarki”, którego fragment publikujemy w Trybunie. Profesor stwierdził między innymi, że kontynuacja globalizacji to nie jest bezwzględnie nieuchronna przyszłość. Nie ma tu bowiem absolutnego determinizmu. Twierdzenie o nieodwracalności globalizacji opiera się na poczynionych założeniach, a podstawowe z nich przyjmuje, że dominować będzie pokój i nie dojdzie do III wojny światowej.

Węglowe cuda PiS
W naszym kraju zaczyna brakować węgla kamiennego, wprowadzono limity jego sprzedaży, kolejki stoją dzień i noc, firma górnicza Silesia w ogóle wstrzymała sprzedaż węgla odbiorcom indywidualnym. Wszystko to podobno dlatego, że zmniejszył się import węgla z Rosji, a klienci widząc, że węgla brakuje, kupują go na zapas, co sprawia, że ceny rosną, zaś składy pustoszeją. Węgiel rosyjski trafia teraz głównie do Turcji i Chin oraz innych krajów azjatyckich, które z niewiadomych powodów są w stanie zapłacić za niego znacznie więcej, niż importerzy w Polsce. Problem jednak nie tyle w cenie, co w wieloletnich kontraktach, które Rosja zawarła z państwami azjatyckimi, gdy część krajów Unii Europejskiej postanowiła ograniczać spalanie węgla w energetyce. Polska z oczywistych względów nie była w pierwszym szeregu gospodarek odchodzących od stosowania węgla. Tym bardziej więc zdumiewa, iż nieudolna polityka gospodarcza rządu Prawa i Sprawiedliwości doprowadziła do tego, że węgla brakuje, a zamiast stosować krajowy, trzeba sprowadzać miliony ton węgla rosyjskiego i nie tylko, bo importujemy go z całego świata – nie tylko z USA, Australii czy Mozambiku, lecz nawet, o dziwo z Czech, które przecież nie są żadnym węglowym potentatem. Oczywiście nie jest tak, że w Polsce węgiel kamienny gdzieś zniknął. Niezależnie od bieżącego wydobycia, na koniec ubiegłego roku na składowiskach zalegało go około 5,6 miliona ton, dziś jest go już tam mniej, ale nie wiadomo o ile. Warto przypomnieć, iż w lutym 2020 r. minister Aktywów Państwowych Jacek Sasin oficjalnie oświadczył, że w tymże roku spółki Skarbu Państwa nie sprowadzą ani tony węgla. Naturalnie okazało się to bujdą, co nie może dziwić, znając „prawdomówność” członków ekipy „dobrej zmiany”. Jak widać, działalność zgrai nieudaczników spod znaku PiS może sprawić, że nawet na pustyni zabraknie piasku. Trzeba mieć talent, żeby wyczyniać takie cuda.

Rząd chce drogich paliw
Na stacjach benzynowych ceny paliw przekraczają już gdzieniegdzie 6 zł za litr, ale rząd nie będzie podejmować działań mogących je obniżyć, gdyż nie życzy sobie tego prezes PiS Jarosław Kaczyński (nie zrobił on prawa jazdy ani nie miał prywatnego auta). Prezes oświadczył: „Nie obniżałbym obecnie akcyzy, aby zmniejszyć ceny paliw, bo nie powinno się ograniczać dochodów państwa”. Słowo prezesa PiS jest rozkazem.

Łatwo nie będzie

Wysłuchaliśmy dorocznego orędzia przewodniczącej Komisji Europejskiej, Ursuli von der Leyen. Pierwszego od wybuchu pandemii Covid-19, która na rok zamroziła życie gospodarcze i społeczne Europy. Unia jednak poradziła sobie z tym groźnym przeciwnikiem.

Pandemia co prawda jeszcze się nie skończyła, ale jesteśmy w nieporównanie lepszej sytuacji. Przede wszystkim mamy szczepionkę – skuteczną broń w walce o życie. Bardzo duże pieniądze, które Unia wyasygnowała na badania i uruchomienie jej produkcji nie poszły na marne. Po 12 miesiącach liczby wyglądają imponująco: 70 proc. dorosłych Europejczyków jest w pełni zaszczepionych, 700 mln. dawek Unia oddała 130 krajom z różnych części świata. Ogromne sumy przeznaczono też na ratowanie miejsc pracy, niekiedy całych branż. Z unijnej pomocy skorzystało ponad 30 mln pracowników i 2,5 mln firm w całej Europie. W efekcie gospodarka europejska szybko odżywa. Wzrost gospodarczy w strefie euro był w ostatnim kwartale większy niż w USA i Chinach!
Z tego doświadczenia należy jednak wyciągnąć naukę. Na wypadek przyszłych, podobnych zagrożeń pandemicznych Europa musi być w stanie szybko i we własnym zakresie wyprodukować właściwe antidotum. Jeśli będziemy działali wspólnie, możemy to zrobić. Udowodniliśmy to w praktyce. Nie tylko zresztą przyczyniając się do powstania w rekordowo krótkim czasie szczepionki, ale też oferując światu unijne, cyfrowe zaświadczenia Covid. Tylko Unia to zrobiła. W Europie wygenerowano już ponad 400 mln zaświadczeń, a do systemu dołączyły 42 kraje na 4 kontynentach.
Jak powiedziała przewodnicząca UE „Inwestujemy jednocześnie w krótkoterminową odbudowę i w długoterminowy dobrobyt”. Ten „długoterminowy dobrobyt, to cała paleta problemów i koniecznych rozwiązań. Niektóre są jeszcze w planach, inne weszły w fazę realizacji, ale nie ulega wątpliwości, że Europa podjęła decyzję – europejska gospodarka musi być nowoczesna, maksymalnie cyfrowa, musimy być bezpieczni ekologicznie i zabezpieczeni socjalnie. Budujemy nowoczesną wspólnotę dobrobytu dla naszych dzieci. Nie ma oczywiście sensu powtarzać całego jej orędzia – zainteresowani mogą je z łatwością znaleźć, choćby na mojej stronie internetowej liberadzki.pl. Warto zaznaczyć jednak, że szefowa Komisji Europejskiej poruszyła najważniejsze sprawy z listy problemów, z którymi UE musi się mierzyć. Mówiła zarówno o koniecznym rozwijaniu technologii 5G, jak i europejskiej suwerenności w zakresie wytwarzania półprzewodników. Mówiła o problemach migracyjnych i o instrumentach, które już są do dyspozycji i pozwalają uniknąć niekontrolowanej fali imigrantów. Mówiła o konieczności utworzenia europejskiego centrum, które gromadziłoby informacje zbierane przez poszczególne państwa członkowskie, po to by skutecznie podejmować niezbędne decyzje. To w kontekście wydarzeń na wschodnich granicach Unii, gdzie Łukaszenka prowadzi wojnę hybrydową zmierzającą do destabilizacji UE.
Pani von der Leyen mówiła też o walce z rajami podatkowymi, o planach aktywizacji zawodowej niepracującej i nieuczącej się młodzieży, o nowych funduszach przeznaczonych na sprawiedliwą transformację energetyczną.
Na tle jej przemówienia chciałbym się jednak podzielić z Państwem dwoma refleksjami. Pierwsza to taka, że przedstawione plany i zamierzenia były konsekwentnie opatrywane takimi określeniami jak „wspólnie” i „razem”. Ursula von der Leyen mówiła „zrobimy to wspólnie”, „to jest nasze wspólne zdanie” itd. To prowadzi mnie do przeświadczenia, że od dalszej integracji Unii Europejskiej nie ma odwrotu. Nieustannie globalizujący się świat sprawia, że i Unia musi stawać się coraz bardziej spójnym organizmem, działającym według akceptowanego przez wszystkich swych członków planu. Jest to w wyraźnej sprzeczności z zapowiedziami partii rządzącej w Polsce mówiącej, że „chcemy być w UE, ale jednocześnie chcemy pozostać suwerennym państwem”. To jednak nie jest to samo i zapowiada dalsze kłopoty. Rzecz rozbija się jak wiadomo o reformę wymiaru sprawiedliwości, która jako rujnująca trójpodział władz jest w Unii nie do zaakceptowania. Podobnie jak realizowane już i planowane ograniczanie wolności prasy. Unia domaga się by w Polsce, w całej rozciągłości i konsekwentnie, przestrzegano norm demokratycznego państwa prawa i praworządności zakotwiczonych zarówno w zapisach traktatowych, w orzeczeniach TSUE jak i w polskiej Konstytucji. PiS zaś podkreśla prawo do własnej interpretacji tych przepisów. Kłopot w tym, że te dwa punkty widzenia nie są tożsame. Nawiązując, choć nie wprost do Polski przewodnicząca KE powiedziała:

-Nasza filozofia postępowania jest następująca: na początku zawsze jest dialog, uporczywe, jak trzeba mozolne dochodzenie do sedna sprawy. Tylko, że nie można podtrzymywać dialogu dla samego dialogu, to musi prowadzić do konkluzji, do rozwiązań. Ich celem zawsze jest obrona wspólnych wartości i fundamentów europejskiej tożsamości. Są one niezmienne, są częścią naszej duszy. „Jesteśmy gotowi ich bronić, nasze determinacja nigdy nie osłabnie” …
Jeśli więc ktoś liczy, że jakoś to będzie, że jakoś się dogadamy, to jest w błędzie. Odnowiona Unia, która powstaje na naszych oczach, ma zapewnić dobrobyt przyszłym pokoleniom.
To nie znaczy jednak, że nadal będzie można ją traktować jak bankomat. Nie dlatego, że na przeszkodzie stoi jakaś mityczna brukselska biurokracja i nie dlatego, że jesteśmy „pod brukselską okupacją”. Dlatego, że społeczeństwa Europy na to nie pozwolą. Najświeższym na to dowodem jest przyjęta właśnie, kolejna już rezolucja Parlamentu Europejskiego na temat przestrzegania prawa w Polsce, wolności mediów i dyskryminowania środowisk LGBT. Unia Europejska nie na zamiaru dłużej wspomagać rządu PiS, który łamie wszelkie zasady. Rezolucja została przyjęta miażdżącą większością: 502 głosy „za”, 149 „przeciw”, przy 36 wstrzymujących się. Zażądano by Komisja Europejska i inne instytucje unijne wstrzymały nie tylko polski Krajowy Plan Odbudowy, ale też, jeśli będzie trzeba, wypłaty z bieżącego budżetu Unii – do czasu, aż rząd PiS nie zrealizuje w pełni wszystkich orzeczeń TSU, które na nim ciążą.
Zatem łatwo i przyjemnie już było. Teraz zaczynają się schody. I to jest druga refleksja, którą chciałem się z Państwem podzielić.

Kabul w snach innych ludzi

Donald Trump musiał zbombardować instalacje wojskowe w Syrii, żeby doczekać się miłych słów z anten i łam wszystkich znaczących liberalnych mediów w USA. Musiał zrzucić trochę bomb na Bliskim Wschodzie, żeby w końcu usłyszeć o swojej pierwszej wielkiej, „prawdziwie prezydenckiej chwili”, zamiast zwyczajowych porównań do Mussoliniego i kpin z fryzury. Przekupniom newsów i politycznego komentarza podarował wtedy nadzieję, że może nie będzie z niego wcale taki antyinterwencjonista, na jakiego pozował w kampanii.

Odwrotnie niż Donald Trump, Joe Biden był od samego swojego startu w wyborach tych samych mediów faworytem – właściwie to one wybrały go na prezydenta. Wystarczyło zakończyć wreszcie jakąś wojnę – decyzja, którą przecież odłożył w czasie (zawarte w Katarze porozumienie między Trumpem a talibami zakładało wycofanie US Army już w maju) – żeby wszystkie liberalne media anglosfery połączyły się w ataku na jego „nieodpowiedzialną”, „nierozważną”, „niebezpieczną”, „szkodliwą” decyzję.
Ich zjednoczony front sprawił, że notowania społecznego poparcia natychmiast poleciały Bidenowi na łeb na szyję, do najniższego dotąd poziomu. Amerykański establiszment przypomniał w ten sposób Bidenowi, jak bardzo Imperium Dolara uzależnione jest od wojny i żeby mu się już nigdy więcej nic tak nie pomyliło.
Amerykański prezydent ma rozpętywać nowe wojny, a nie kończyć stare!
Kiedy talibowie odzyskiwali – bez większego oporu ze strony namaszczonego przez NATO rządu – Kabul, czytałem ostatnie strony The Runaways, wspaniałej powieści Fatimy Bhutto. Fatima w Kabulu się urodziła. Jej najnowsza powieść jest o młodych ludziach, którzy poszli w zbrojny dżihad – u niej jest to tym razem Państwo Islamskie. I dlaczego poszli. Na Twitterze Bhutto zaatakowała niedawno hipokryzję przejętych poniewczasie celebrytów – na przykładzie Angeliny Jolie, która założyła sobie Instagrama dopiero teraz, w tym celu. „Żeby udzielić głosu afgańskim kobietom i dziewczętom”. „Sądząc po opiniach wiodących feministek i aktorek, Afganistan jeszcze tydzień temu był rajem” – kpiła Bhutto. Brytyjski raper Lowkey, którego matka pochodzi z innego okupowanego przez Amerykanów i ich sojuszników kraju, Iraku, pytał w kanałach niezależnego medium Double Down News: gdzie byli wszyscy obrońcy praw człowieka, nagle przejęci sytuacją w Afganistanie, przez dwadzieścia lat amerykańskiej inwazji i okupacji?
Jest taki słynny cytat z Lacana: Ceux qui sont tombés dans les rêves des autres sont foutus. Na polski najczęściej tłumaczą go jakoś tak: „Ci, którzy wpadli w sny innych ludzi, są straceni”. Nie oddaje to w pełni dosadności oryginału, który mówi raczej: „mają przejebane”. To nie ja, to Lacan. Afgańczycy, a afgańskie kobiety w szczególności, wpadli w humanitarne sny oświeconych zachodnich liberałów, imperialnych humanitarystów, pod amerykańskim sztandarem. A lewica nie może dać się wrobić w śnienie tych samych – nieswoich – snów o nich.
Dziwny koniec złej wojny
Amerykanie przegrali wojnę w Afganistanie. Oczywiście pod warunkiem, że o militarne zwycięstwo w niej w ogóle chodziło, co wcale nie jest takie pewne. Jeśli chodziło o zapewnienie Imperium stanu permanentnej wojny, to się udało – nielegalna, oparta na propagandowych kłamstwach inwazja (Afganistan nie miał nic wspólnego z zamachami na World Trade Center, a Osamę bin Ladena oferował wydać Zachodowi, pod warunkiem, że na uczciwy proces) otworzyła całą epokę kolejnych takich wojen, przetarła im drogę. Jeśli chodziło o interesy przemysłu wojennego, trwająca tak długo awantura okazała się żyłą złota. Akcje zaangażowanych w nią korporacji zbrojeniowych poszły przez te dwie dekady w górę o setki, a nawet ponad tysiąc procent. Nawet jeśli „amerykański podatnik” faktycznie utopił w niej biliony dolarów.
Wcale zresztą nie jest pewne, że Amerykanie tę wojnę rzeczywiście zakończyli. Administracja Bidena zapowiedziała już, że będzie sytuację monitorować „zza linii horyzontu”. To oznacza kontynuację wojny metodą dronów. Żeby nie było niepotrzebnych nieporozumień o nastaniu teraz pokoju, Amerykanie pożegnali Kabul zrzuceniem jeszcze paru bomb, zabijając rodzinę złożoną w większości z dzieci. Hila Nadżibullah, córka ostatniego socjalistycznego prezydenta Afganistanu, podkreśla, że narracja o „zakończeniu wojny przez Bidena” jest niebezpieczna także dlatego, że pozwoli Amerykanom umyć ręce od wszystkiego, co się z Afganistanem stanie od tej pory.
Wcale nie jest pewne, że Amerykanie tę wojnę przegrali, bo trudno mieć sto procent pewności, jak historia ostatecznie opisze relację między Amerykanami a talibami. Ruch talibów jest w końcu późno-zimnowojennym dzieckiem Amerykanów, poczętym, wyszkolonym i upasionym na potrzeby pokonania Związku Radzieckiego w Azji Środkowej. Dzieckiem Amerykanów i wywiadu pakistańskiego, ale Pakistan bawił się w takie rzeczy jako prawa ręka USA w regionie. Talibowie wypadli potem z łask, ale kto wie z całą pewnością, co się jeszcze między nimi a wysłannikami Białego Domu wydarzyło w kuluarach pałaców w Dosze – może jednak do łask jakoś nieoficjalnie wrócili, trochę incognito, tym razem jako siła, która może opanować ekspansję ISIS-K, odgałęzienia Państwa Islamskiego w Afganistanie?
Nawet jeżeli na jakimś poziomie Amerykanie jeszcze tej wojny nie zakończyli, jeszcze do końca jej nie przegrali, a zmienili tylko jej „stan skupienia” (kto wie, ile tajnego personelu, wojskowego lub CIA, pozostało na miejscu; kto wie, ile i jakich operacji jest jeszcze prowadzonych z Pakistanu czy baz w Zatoce Perskiej?) – to wyglądali, jakby przegrali. Uciekali w popłochu. Potykali się o własne nogi, ludzie odpadali od kadłubów ich umykających samolotów, na lotnisku doszło do zamachu bombowego i strzelaniny, żołnierze kilkudziesięciu państw-sojuszników Stanów Zjednoczonych nie wiedzieli, co się dzieje i gdzie się podziać. Kolaboracyjny, namaszczony przez nich rząd, miał być w stanie utrzymać się jeszcze kilka miesięcy, a był w stanie się bronić tylko kilka dni.
Być może po cichu dogadał się z talibami, że odda władzę bez walki, jeśli tylko ci ostatni pozwolą szychom uciec ze wszystkim, co przez lata rządów nakradli. Prezydent Ashraf Ghani uciekł do Zjednoczonych Emiratów Arabskich z sumą 169 milionów dolarów – wiadomo, że nie odłożył tego uczciwie ze swojego wynagrodzenia. To samo zrobił zresztą przewodniczący parlamentu, tyle że ukradł trochę mniej pieniędzy. Sarah Chayes, mieszkająca w okolicach Kandaharu była reporterka amerykańskiej rozgłośni publicznej NPR i działaczka pokojowa pyta, czy można się Afgańczykom dziwić, że nie chcieli kiwnąć palcem w obronie takiego rządu?
Drżenie Imperium
Szkoda wizerunkowa jest czasem równie ważna jak szkoda realna. Zwłaszcza dla Imperium, które buduje swoją władzę i dominację także poprzez namnażanie przekonujących obrazów swojej władzy i dominacji. Są w innych miejscach świata siły stawiające temu Imperium opór, są siły, którym znacznie bliżej do naszych marzeń o emancypacji ludzkiej; siły te zobaczyły, że i tego Goliata można pokonać. Tak jak Czarni w Republice Południowej Afryki uwierzyli, że pokonają apartheid, gdy zobaczyli klęskę sił białego człowieka w Cuito Canavale w Angoli. Dlatego ucieczka Amerykanów z Afganistanu, ich przegrana – faktyczna, niekompletna czy tylko wizerunkowa – jest dobrą wiadomością, niezależnie od tego, czy nam się podoba, kto im ten cios zadał. Oznacza słabnięcie Imperium Amerykańskiego, największej istniejącej przeszkody dla marzeń o lepszym świecie.
Państwa-sojusznicy, wróćmy do nich na chwilę. Ewakuacyjny chaos w Kabulu pokazał, że wymiana lokatora Białego Domu nie wystarczyła, żeby zagoiły się rany na atlantyckiej przyjaźni, wydrapane przez Trumpa. Europejscy sojusznicy są w najlepszym razie zagubieni, w najgorszym – otwarcie wściekli. Ewakuacja z Afganistanu pokazała, że stosunki między USA a członkami NATO po tej stronie Atlantyku pozostają osłabione. To też jest znakomita wiadomość, okazja, którą antyimperialistyczna lewica powinna podchwycić. Amerykańskie Imperium realizowało swoją potęgę poprzez zrozumiałe dotąd „same przez się”, nieproblematyzowane sojusze. Słabnięcie więzi łączących państwa NATO to kolejny znak dekompozycji tej potęgi.
Mniejsze i większe zło
Talibowie są złem, ale w oczach Afgańczyków są mniejszym złem niż Amerykanie. Przynajmniej są Afgańczykami, należą do tych plemion, mówią w lokalnych językach, rozumują i proponują rozwiązania w kategoriach pojmowanych przez społeczności, którymi chcą rządzić. Chyba są jakieś powody, że nikt nie bronił kolaborującego z Amerykanami rządu?
Amerykanie i ich sojusznicy przez dwadzieścia lat zrzucili na Afganistan 200 tysięcy bomb i zabili ponad 70 tysięcy ludzi. Licząc samych cywilów. Dopóki talibowie nie zabiją więcej niż 70 tysięcy ludzi, pozostaną mniejszym złem. Nawet dla kobiet. Amerykańskie bomby ich nie omijały. Prawie połowę z tych 70 tysięcy stanowiły kobiety. Reszta zabitych pozostawiła za sobą kobiety opłakujące ich, często pozostawione bez środków do życia. Bo gospodarka została pod okupacją zredukowana do upraw i handlu opium, oraz kolosalnych obiegów korupcyjnych.
Z 300 milionów dolarów wydawanych przez Waszyngton dziennie (!) na obecność w Afganistanie niemal wszystko szło na wojsko i przemysły z nim zintegrowane, na jakiekolwiek inwestycje w afgańską gospodarkę trafiało podobno 2 proc., i to pod warunkiem, że uwzględnimy to, co lądowało w obiegach korupcyjnych klik Karzaia i Ghaniego. Z nielicznych realnych inwestycji, niemal żadnej nie widziano poza Kabulem i garstką największych miast. A pośród tych, które w Kabulu widziano – cóż znajdujemy? Imperialną infrastrukturę hotelową, do której sami Afgańczycy nie mieli wstępu lub mieli go pod warunkiem przejścia przez rasistowskie procedury bezpieczeństwa – w swojej własnej stolicy. Obecność i liczebność imperialnego personelu okupacyjnego i obsługująca go infrastruktura podniosły koszty życia w Kabulu do takich poziomów, że gdy amerykański prawnik próbował założyć w mieście filię swojego udzielającego pomocy prawnej NGO-sa, przekonał się, że podstawowe koszty funkcjonowania biura wyniosłyby tam czterokrotność tychże w Islamabadzie, stolicy Pakistanu.
A co z gejami, lesbijkami? Ponieważ amerykańskie drony zabijały głównie przypadkowych ludzi, niezdolne rozpoznać tych, których dotyczyły podpisywane w Gabinecie Owalnym raz w tygodniu seryjne wyroki śmierci, na pewno nie były też w stanie omijać przedstawicieli mniejszości seksualnych. Wedle prawideł najbanalniejszego prawdopodobieństwa, z tych 70 tysięcy ludzi kilka lub kilkanaście tysięcy stanowiły osoby w ten czy inny sposób nieheteronormatywne.
Nowy Taliban: umiarkowanie czy pragmatyzm
No więc zabiją mniej czy więcej ludzi niż Amerykanie i ich sojusznicy? Talibowie przeszli dziwną transformację. Nie potępiają już głośno nowoczesnych mediów. Od kilkunastu lat mają oficjalną stronę internetową Islamskich Emiratów Afganistanu, El-Emarah. Nauczyli się robić nie tylko selfies i hasztagi, ale mają kilka studiów audiowizualnych, w których produkują materiały wideo i tysiąc aktywistów na Twitterze do ich wiralowego rozpowszechniania w sieci. Po angielsku mówią o poszanowaniu praw kobiet, choć w paszto już nie wszyscy. Na swojej pierwszej międzynarodowej konferencji prasowej, jeszcze w Katarze, talibowie udzielili prasie więcej i bardziej wyczerpujących odpowiedzi, niż Joe Biden przez pierwsze dwa miesiące na urzędzie. Ich elity mówią (skierowanym do świata zewnętrznego) płynnym angielskim, niektórzy z zastanawiająco australijskim akcentem.
Czy ich nowe „umiarkowanie” jest prawdą czy tylko propagandową ściemą? Vijay Prashad z Tricontinental Institute for Social Research nie ma wątpliwości, że przemawia przez nich nie umiarkowanie, a polityczny pragmatyzm. Talibowie wiedzą, że na ich porażkę 20 lat temu zapracowała w znacznym stopniu ich kompletna międzynarodowa izolacja. To przed nią chcą się teraz uchronić, pozorując swoją modernizację. Chcą przy jej pomocy zasłużyć na międzynarodowe uznanie. I wszystko wskazuje, że je już zyskują. Z Rosją i Chinami wymiana władzy w Kabulu nie spowodowała przerwania stosunków dyplomatycznych. Moskwa i Pekin miały już od dłuższego czasu kontakty z talibami.
Iran niezbyt chętnie, ale pragmatycznie najpewniej uzna rząd talibów, uznając, że to mniejsze zło niż Amerykanie. Będzie zapewne zabiegał o zapewnienie bezpieczeństwa afgańskim szyitom, ofiarom „pierwszego Talibanu”. I talibowie prawdopodobnie pragmatycznie powstrzymają się od powtórki z tamtych represji. „Drugi Taliban” doczeka się wkrótce uznania jako prawomocny rząd ze strony znaczącej liczby państw globalnego Południa. Dla Talibanu będzie to więcej, niż kiedykolwiek miał, nawet jeśli łaski uznania nie udzieli mu żadna z „wiodących demokracji” atlantyckich.
Dla państw globalnego Południa „drugi Taliban” jest do przełknięcia choćby dlatego, że nie podziela ponadnarodowych aspiracji właściwych np. Państwu Islamskiemu. „Agenda” talibów jest całkowicie skupiona na wewnętrznej transformacji Afganistanu. Niestety jest to projekt transformacji niewiele mniej konserwatywny, reakcyjny niż projekt „pierwszego Talibanu”. Nawet jeśli część elit Talibanu, zmiękczonych wygodami hoteli i pałaców, w których goszczono ich w Katarze, faktycznie chciałaby pójść w jakąś „wersję soft” swojego oryginalnego projektu, nie spodoba się to ich niższym i szeregowym kadrom, dla których oryginalny, radykalny projekt to Sprawa przez wielkie S. W identyfikację z nią zainwestowali całe swoje jestestwo przetrącone traumami kilkudziesięciu lat wojen, wielu z nich dzięki tej identyfikacji te traumy przeżyło, nadało swemu życiu sens. Widać to w rozdźwięku między tym, co mówią najwyżsi urzędnicy talibów w Kabulu, a tym, co się dzieje na odległej prowincji, gdzie kobiety już bywają odsyłane z pracy do domów. Napięcia między elitami a „szeregowcami” Talibanu może się okazać decydujące dla przyszłości kraju.
Mniejsze zło to wciąż zło. Ale każdy dzień okupacji dłużej powiększał dominację talibów nad innymi siłami i ruchami politycznymi w Afganistanie, a powrót talibów do władzy był i tak nieuchronnym skutkiem inwazji i okupacji, jak na samym początki ostrzegali analizujący sytuację marksiści z tamtej części świata – wspomniany już Vijay Prashad i Aijaz Ahmad. Gdyby tylko słuchano marksistów.
Taliban jest złem, ale nie aż tak silnym teraz, jak mógłby być, gdyby Amerykanie zwlekali z ucieczką jeszcze kilka lat. To przeciąganie okupacji umacniało jego pozycję w wyobraźni politycznej mieszkańców Afganistanu. Taliban jest u władzy, ale bez amerykańskich bomb spadających im na głowy i bez strachu przed czystym, pogodnym niebem (z takiego atakują drony) stanowią dla Afgańczyków problem, z którym mogą sami się zmierzyć, sięgając do niedocenianego przez Zachód kulturalnego zasobu, jakim są ich własne tradycje plemiennej demokracji. Zasobu, który ucierpiał, ale który nie został pogrzebany.
Rządy talibów są problemem problemem, z którym Afgańczycy mogą się zmierzyć sami, przy użyciu własnych zasobów politycznych – czego nie mogli zrobić z amerykańską okupacją, z amerykańskimi bombami, z amerykańskimi dronami. Teraz talibowie są u władzy, ale żeby się legitymizować – jako lepszy niż skorumpowane rządy kolaboranckie – może być zmuszony władzą się dzielić, grać umiarem. Nie jest wciąż jedyną siłą polityczną w Afganistanie i inne mogą mu jeszcze władzę wytrącić. Ale wszystko pod warunkiem, że zostawimy Afganistan Afgańczykom.
Co robić?
Co w najeżonej tyloma znakami zapytania sytuacji powinna więc mówić i robić lewica? Musi się wystrzegać liberalnych, imperialnych snów o Afganistanie. Nie może się stać polityczną Angeliną Jolie.
Niezawodny Tariq Ali powiedział kiedyś, że jedyne, co Zachód powinien zrobić, żeby pomóc w rozwiązaniu problemów, jakie targają dzisiaj „światem muzułmańskim” i „szeroko rozumianym Bliskim Wschodem” – to całkowicie się z tych części świata wycofać, zaprzestać jakichkolwiek form ingerencji. Całkowitego, faktycznego i definitywnego wycofania wszelkich ingerencji w wewnętrzne sprawy Afganistanu – tego powinna żądać lewica, zero ustępstw od tej zasady. Jak powiada Hila Najibullah, do pomocy w uporządkowaniu własnych spraw Afgańczycy powinni zaprosić regionalnych aktorów, do których sami mają zaufanie – bez udziału Zachodu. Lewica ma obowiązek protestować również przeciwko takim formom ingerencji jak zamrażanie aktywów afgańskiego państwa przechowywanych za granicą. Aktywa te nie należą do talibów, a do całego afgańskiego społeczeństwa, którego nie można w nieskończoność karać za to, że Zachód znowu doprowadził talibów do władzy. Nawet jeśli część tych aktywów niektórzy talibowie uszczkną dla siebie, to na pewno nie więcej niż uciekający prezydent Ghani i jego klika – im aktywów nikt nie zamrażał.
Lewica powinna się stanowczo odcinać od wszelkich prób uzależniania międzynarodowej pomocy humanitarnej dla Afganistanu od tego, kto tam rządzi. To Zachód zrujnował afgańską gospodarkę tak, że niewiele z niej poza opium i korupcją zostało, Zachód ma teraz obowiązek rekompensować te szkody, dopóki kraj nie stanie znowu na nogi. Pomoc międzynarodowa stanowi tak kolosalną część obiegu afgańskiej gospodarki, że odcięcie jej dopływu najdosłowniej pozbawi ogromną część tego społeczeństwa środków do życia, i to z dnia na dzień. Jeżeli sytuacja bytowa Afgańczyków jeszcze się pogorszy, nie będą oni mieli już żadnych życiowych sił, które mogliby zainwestować w polityczne współkształtowanie swojej rzeczywistości. Talibowie będą mieli wolną rękę dla jakichkolwiek posunięć – przy minimalnym oporze.
Stanowcze odcinanie się powinno też dotyczyć rutynowego liberalnego, „humanitarnego” dyskursu o „obronie afgańskich kobiet” i ich wolności mierzonej tym, w co mogą się ubierać i ile skóry mogą odsłonić. Nie dlatego, że afgańskim kobietom nic się nie należy, ale dlatego, że narracja ta udowodniła już swoją intelektualną nieuczciwość i służenie podżeganiu do wojny. Wystarczająco zaszkodziła wszystkim Afgańczykom, czyli kobietom również. Nie jestem pewien, czy kobieta, której męża zabiło uderzenie z drona w odbywające się w jej wiosce wesele, odczuwa jako poprawę swojej sytuacji i postęp w zakresie swoich praw, że gdyby było ją stać na przeprowadzkę do Kabulu, mogłaby tam założyć dżinsy.
Lewica musi niezmordowanie powtarzać za Christine Delphy, że gdyby chodziło kiedykolwiek o los afgańskich kobiet, to nikt by w ogóle nie próbował obalać socjalistycznego rządu, który przyjaźnił się z ZSRR. Przypominać, że opowieści o wyzwalaniu afgańskich kobiet służyły budowaniu zgody zachodniej opinii publicznej na inwazję 2001 roku. Że sentymentalnie dobrane, pozbawione kontekstu stare fotografie Afganek w krótkich spódniczkach były tym argumentem, który przekonał Trumpa, by nie przerywać okupacji Afganistanu od razu tylko ciągnąć ją jeszcze kilka lat.
Uchodźcy
Temat najbardziej bezpośrednio związany z aktualnymi wydarzeniami w Polsce to uchodźcy. Lewica słusznie domaga się bezzwłocznego udzielania ochrony uchodźcom z Afganistanu, ale zbyt często osuwa się w niebezpieczne imperialne zniekształcenie narracji o ich uchodźstwie. Rzucają się w oczy dwa błędy.
Pierwszy to skupianie się na tym, że uciekający Afgańczycy „pomagali” siłom Amerykanów i ich sojuszników, w tym siłom polskim, np. jako tłumacze. Teraz im i ich rodzinom grozi zemsta talibów. Zemsta im grozi nie tylko ze strony talibów, bo wbrew temu, co mówią amerykańskie telewizje nie tylko talibowie postrzegają ich jako kolaborantów. Za takich podobni im uważani byliby w każdym kraju znajdującym się pod równie brutalną i krwawą okupacją.
Ale to Zachód z nich kolaborantów uczynił. Część z nich dała się uwieść amerykańskiej opowieści, że to wszystko po to, żeby zapewnić w kraju rozwój zdrowej demokracji, która to opowieść od początku była fałszywa, ale jej ofiary nie miały instrumentów, by to od początku rozumieć. A część robiła to dla pieniędzy, ale to Zachód i jego inwazja i okupacja sprowadziły ich do ekonomicznej sytuacji, w której nie mieli innych możliwości utrzymania się przy życiu w obróconym w kupę gruzu kraju. To Zachód ich do tego doprowadził i ma teraz moralny obowiązek ich ratować. Nie możemy jednak zapominać, że nie wszyscy ludzie uciekający z Afganistanu, uciekają z tego powodu, że pracowali dla Amerykanów lub ich sojuszników i nie możemy pozwolić na to, by stało się to warunkiem udzielania pomocy.
Drugi błąd jest taki, że na prawicowe zaczepki, że Afgańczycy dziwnie szybko docierają aż do Polski, „nazajutrz” po zwycięstwie talibów w Kabulu, lewica odpowiada: od miesięcy było wiadomo, że talibowie przejmą władzę. Trudno o bardziej nietrafioną odpowiedź. Na świecie od ćwierć wieku przybywa afgańskich uchodźców, ich liczba idzie już w miliony. Przez ostatnie dwadzieścia lat uciekali oni przed wojną, przed okupacją; przed amerykańskimi, australijskimi, polskimi żołnierzami ostrzeliwującymi wesela i pogrzeby; przed lokalnymi plemiennymi wojenkami napędzanymi przez okupację; wreszcie przed tajnymi paramilitarnymi jednostkami, de facto „szwadronami śmierci” operującymi poza jakąkolwiek polityczną kontrolą, a organizowanymi i szkolonymi przez CIA, by „dzielić i rządzić” pod pozorem „walki z terroryzmem”.
Lewica nie może bezrefleksyjnie powtarzać imperialnej narracji, która znajduje afgańskie cierpienie wartym uwagi tylko wtedy, kiedy zadawane jest przez talibów. Lewica nie może zachowywać się jak amerykańskie NGO-sy, które udzielały Afgankom pomocy, jeśli te przekonująco zmyślały, że owdowiały za sprawą talibów, gdy w rzeczywistości ich mężów zabili Amerykanie lub ich drony.
Lewica musi się wystrzegać każdej narracji, która skutkuje wrażeniem, że talibowie są jedynym prawomocnym powodem, dla którego Afgańczycy mogą uciekać. Prowadzi to nieuchronnie na manowce matrycy: co złego to nie Zachód – co złego to wycofanie się Zachodu z Afganistanu. To z kolei podtrzymuje ideologiczne warunki możliwości potencjalnych kolejnych „humanitarnych” interwencji w już wystarczająco zrujnowanym kraju.
Prawdziwym powodem afgańskiego uchodźstwa jest inwazja i wieloletnia okupacja Afganistanu przez Stany Zjednoczone i ich sojuszników, w tym Polskę; prawdziwym powodem są konsekwencje tej okupacji. Nawet talibowie u władzy są przede wszystkim konsekwencją tej okupacji i długotrwałej imperialnej destabilizacji tego kraju. To jest odpowiedź, jakiej powinna udzielać szanująca się lewica zamiast śnić o Afgańczykach sny liberalnych interwencjonistów i humanitarnych imperialistów.

Czas dobrych kowali

„Naród chiński jest wielkim narodem. W ciągu swej historii liczącej ponad pięć tysięcy lat, Chiny wniosły niezatarty wkład do postępu i cywilizacji ludzkiej”, powiedział Xi Jinping sekretarz generalny Komunistycznej Partii Chin inauguracji obchodów 100- lecia KPCh. Wygłoszone pierwszego lipca jego przemówienie było komentowane na całym świecie. Ale robiono to zwykle „na gorąco”, akcentując niektóre, uznane za szczególnie ważne fragmenty, albo atrakcyjnie brzmiące w mediach bon moty. Na przykład ten o „Wielkim,stalowym murze wzniesionym przez 1,4 miliardowy naród chiński”.

Tamte komentarze cieszyły się zainteresowaniem światowej opinii publicznej. Wzbudzały do Chin sympatię, czasem też strach przed światowym „komunistycznym” mocarstwem. Przed globalną chińską ekspansją. Częściej wywoływały emocje niż refleksje.
Czas zatem na dłuższą, rzetelną analizę przemówienia przywódcy Chin. Prezentującego nie tylko znane już sukcesy KPCh. Oceniającego również najnowszą historię Chin. Wyznaczającego kierunki rozwoju Chin i KPCh do roku 2049. Roku dla Chińczyków ważnego, bo stulecia Chińskie Republiki Ludowej.
Czas buntu
Nie da się zrozumieć obecnych Chin, a zwłaszcza programu i polityki KPCh bez przypomnienia najnowszej historii Chin.
W Polsce i w Europie rzadko kto wie, że jeszcze w 1820 roku Chiny były pierwszą gospodarką ówczesnego świata.
Niewielu Europejczyków pamięta, że europejscy intelektualiści okresu Oświecenia, tacy jak Wolter i Leibnitz, stawiali europejskim elitom politycznym chińską merytokrację za wzór systemu i sprawnego państwo.
Ekspansywne państwa europejskie chciały też więcej handlować z Chinami. Od XVII wieku zapanowała w Europie moda na chińskie towary. „Chinoiserie” były obiektem wdychania arystokratów i bogacących się mieszczan. Barierą ograniczajacą handel były deficyty europejskich kompanii w wymianie towarowej.
Pod koniec XVIII wieku brytyjska Kampania Wschodnioindyjska rozpoczęła, przez swe faktorie w Hong Kongu, sprzedaż w Chinach opium. Stworzyła pierwszy światowy, popierany przez państwo kartel narkotykowy.
Kiedy władze chińskie zakazały handlu tym narkotykiem, Brytyjczycy masowo przemycali go. Kiedy amia chińska próbowała walczyć z narkotykowym kartelem, interweniowała brytyjska marynarka i wojsko. W imię „wolnego handlu”.
Chiny przegrały narzucone im wojny opiumowe. Zachęciło to inne europejskie mocarstwa: Francję, Niemcy, Rosję do zbrojnych najazdów na Chiny i zagarniania chińskich terenów dla swoich handlowych faktorii.
Wiek XIX to jeden z najgorszych okresów w długich dziejach Chin. Porównywany jest do rosyjskiej „smuty” w XVII wieku, do „czasów saskich” i rozbiorów w Polsce.
Chińczycy nie są narodem, który lubi publicznie, jak Polacy, przypominać swe krzywdy doznane od innych narodów.
Przewodniczący Xi przypomniał jedynie, że „Po wojnie opiumowej z 1840 roku Chiny zostały stopniowo sprowadzone do społeczeństwa na poły kolonialnego i pół feudalnego i doznały z powodu większych zniszczeń niż kiedykolwiek przedtem. Kraj doświadczył silnych upokorzeń, obywatele zostali poddawani wielkim cierpieniom, a cywilizacja chińska popadała w ciemność. Od owego czasu odrodzenie narodowe stało się największym marzeniem narodu i państwa chińskiego”.
Przypomniał też ówczesnych bojowników i reformatorów marzących o odrodzeniu upokarzanego narodu chińskiego. Wspomniał: Ruch Niebiańskiego Królestwa Taiping, Ruch Reformatorski z 1898 roku, Ruch Yihetuan i społeczny ruch określany jako Rewolucja 1911 roku.
Przypomniał, że przygotowano wtedy wiele programów odrodzenia chińskiego narodu i państwa, ale „wszystkie te przedsięwzięcia zakończyły się niepowodzeniem. Chiny potrzebowały pilnie nowych idei /…/ oraz nowych form organizacji dla zjednoczenia sił rewolucyjnych”.
„Wraz z salwami Rewolucji Październikowej w Rosji, w 1917 roku, marksizm-leninizm został sprowadzony do Chin. W 1921 roku powstała Komunistyczna Partia Chin. W czasach kiedy następowało wielkie przebudzenie państwa i narodu chińskiego, marksizm-leninizm stawał się ściśle powiązany z chińskim ruchem robotniczym. Utworzenie partii komunistycznej w Chinach było wydarzeniem epokowym, które zmieniło bieg historii chińskiej w czasach nowożytnych, wytyczyło przyszłość narodu i państwa chińskiego oraz odmieniło krajobraz rozwoju świata.”
Czas walki
W czasie swego powstania Komunistyczna Partia Chin liczyła zaledwie 50 członków. Powstała w państwie, które po pierwszych reformach, po likwidacji niesprawnego cesarstwa i ustanowieniu systemu republikańskiego, podzieliło się na prowincje zarządzane przez dowódców lokalnych armii. Zwanych „Warlodrami”.
Wojny domowe trwały wChinach od lat dwudziestych aż po 1949 rok. Warlordowie zawierali doraźne sojusze przeciwko swym konkurentom. Tylko dwie siły polityczne, komuniści i nacjonaliści z Kuomintangu, miały ambicje zjednoczenia państwa chińskiego.
Obie partie zawierały sojusze, obie walczyły ze sobą.
W 1931 roku rozpoczęła się agresja japońska. Najpierw zajęto Mandżurię czyniąc z niej marionetkowe państwo. W 1937 roku wojska japońskie podjęły próbę zajęcia najważniejszych miast chińskich.
Warto przypomnieć, że w czasie II wojny światowej Chiny należały do grona koalicji antyhitlerowskiej. Były aliantami Polski.
Po pokonaniu Japonii w 1945 roku rozpoczął się ostatni etap wojny domowej. Komuniści chińscy własnym wysiłkiem zbrojnym zdobyli władzę. Zjednoczyli wszystkie chińskie prowincje, stworzyli Chińską Republikę Ludową.
Nie otrzymali jej w wyniku decyzji ówczesnych mocarstw, jak partie komunistyczne i lewicowe w Europie Środkowo-Wschodniej.
Pierwszego października 1949 roku przewodniczący Mao Zedong proklamując powstanie ChRL wyraził wieloletnie oczekiwania i aspiracje Chińczyków.
Zrealizowane teraz przez chińskich komunistów:
„Chińczycy zawsze byli wielkim,odważnym i pracowitym narodem: znaleźli się w tyle, tylko w czasach nowożytnych. A tłumaczyło to się wyłącznie uciskiem i wyzyskiem obcego imperializmu i krajowych rządów reakcyjnych… Nasz naród nie będzie dłużej narodem znieważanym i upokarzanym. Rozprostowaliśmy się.”
Czas budowy
„Zwycięstwo nowej rewolucji demokratycznej położyło kres historii Chin jako społeczeństwa półkolonialnego i półfeudalnego, państwu podzielonemu, jakie występowały w starych Chinach, a także wszelkim nierównoprawnym traktatom narzuconym naszemu krajowi przez obce mocarstwa i wszelkim przywilejom, z których korzystały państwa imperialistyczne w Chinach”, tak ocenił powstanie ChRL przewodniczący Xi Jinping.
Dzięki powstaniu Chińskiej Republiki Ludowej zostały stworzone „fundamenty dla odrodzenia narodowego” .
„Poprzez nieugiętą walkę Partia i naród chiński dowiodły światu, że naród chiński wytrwał i że czasy, kiedy naród chiński mógł być zastraszany i wykorzystywany przeminęły na zawsze. /…/ Przeprowadzając rewolucję socjalistyczną, wyeliminowaliśmy feudalny system wyzysku i ucisku, który trwał w Chinach przez tysiące lat oraz ustanowiliśmy socjalizm jako nasz podstawowy system. W procesie budownictwa socjalistycznego wprowadziliśmy jak najszersze i dogłębne przeobrażenia społeczne w historii narodu i państwa chińskiego /…/Partia i naród chiński zademonstrowały światu, że państwo chińskie doprowadziło do ogromnej transformacji. Najpierw podniosło się i rozwijało się pomyślnie, aby następnie stać się silnym mocarstwem oraz że narodowe odrodzenie Chin stało się historyczną nieuchronnością.”, tak ocenił przewodniczący Xi.
Oddał też hołd historycznym liderom i swoim poprzednikom. Wspomniał weteranów rewolucji: Mao Zedonga, Zhou Enlaia, Liu Shaoqi, Zhu De, Deng Xiaopinga, Chen Yuna oraz swych reformatorskich poprzedników : Jiang Zemina i Hu Jintao.
„Tylko socjalizm o specyfice chińskiej mógł rozwijać Chiny”, przypomniał przewodniczący Xi.
Wprowadzenie „socjalizmu o chińskiej specyfice” umożliwiło zmodernizowanie Chin. Modernizacja przyśpieszyła od początku lat osiemdziesiątych XX wieku, kiedy Chiny przekształciły swą scentralizowaną, mało efektywną gospodarkę planową w „socjalistyczną gospodarkę rynkową”. Otworzyły się też na globalną gospodarkę. Szybko stały się częścią globalnych łańcuchów produkcyjnych.
„Marksizm stanowi fundamentalny drogowskaz ideologiczny, na którym opiera się nasza partia i nasze państwo; jest on samą duszą naszej Partii i sztandarem, pod którym kroczy ona zdecydowanie do przodu”, przypomniał przewodniczący Xi,
„Powinniśmy dostosowywać w dalszym ciągu marksizm do kontekstu chińskiego.”
Przez dwa ostatnie wieki marksiści na świecie dyskutowali o dostosowywaniu marksizmu do lokalnych warunków. O marksistowskiej ortodoksji i czerpaniu inspiracji z marksizmu.
Najbardziej anty dogmatycznym marksistą był sam Karol Marks. On w czasie takich sporów zwykle przypominał cytat z Goethego, że „Wszelka teoria jest szara, miły przyjacielu, a zieleni się tylko złote drzewo życia”.
Komunistyczna Partia Chin jest partią twórczo marksistowską, bo bazuje na marksistowskim widzeniu świata i dostosuje go do zmieniających się realiów świata.
Czas przyszły
„Powinniśmy stosować i rozwijać socjalizm o specyfice chińskiej. Powinniśmy kroczyć naszym własnym szlakiem, bowiem to kamień węgielny, na którym opierają się wszelkie teorie i praktyki naszej Partii./…/ Powinniśmy dostosowywać w dalszym ciągu podstawowe założenia doktrynalne marksizmu do specyficznych realiów oraz do znakomitej tradycyjnej kultury Chin”, zachęcał przewodniczący Xi Jinping.
„Powinniśmy pogłębiać wszechstronnie reformy i politykę otwarcia na świat, umiejscowić nasza działalność na tym nowym etapie rozwoju, w pełni i wiernie stosować nową filozofię rozwoju oraz urzeczywistniać nowe wzorce rozwojowe”, przypominał.
Jak będzie wyglądał ten „nowy etap rozwoju”, jego „nowa filozofia” i „wzorce rozwojowe”?
Reformująca się gospodarka chińska stawia na „rozwój o wysokiej jakości”, czyli nowoczesne technologie, rozwój „sztucznej inteligencji” i odnawialne źródła energii. Priorytetem ma być „harmonia między człowiekiem a przyrodą”, czyli ochrona środowiska naturalnego.
„Naród chiński nie posiada cech agresywnych bądź hegemonistycznych w swoich genach. Partia troszczy się o przyszłość ludzkości i pragnie współdziałać wespół z wszystkimi siłami postępu na całym świecie. Chiny starały się zawsze o zachowanie pokoju światowego, o wnoszenie swego wkładu do rozwoju globalnego oraz zapewnienie ładu międzynarodowego”, zadeklarował przewodniczący Xi wskazując podstawowe zasady chińskiej polityki zagranicznej.
Państwo chińskie będzie preferować współpracę, a nie konfrontację, „otwieranie a nie zamykanie naszych bram” oraz koncentrowanie się na wzajemnych korzyściach.
Chiny są przeciwne podziałowi świata na sfery wpływów dwóch największych mocarstw. Będą przeciwstawiać się „hegemonii i polityce z pozycji siły” proponując w zamian „nowy typ stosunków międzynarodowych” oparty przede wszystkim na współpracy gospodarczej. Urzeczywistnieniem jej jest geopolityczny projekt zwany „Inicjatywą Pasa i Szlaku”, nawiązujący do dawnego Jedwabnego Szlaku.
Przewodniczący Xi zapowiedział proces politycznej integracji dwóch specjalnych regionów autonomicznych Hongkongu i Makao z władzami centralnymi.
Przypomniał, że „Uregulowanie kwestii tajwańskiej i doprowadzenie do pełnego zjednoczenia Chin stanowi historyczna misję i niepodważalną powinność Komunistycznej Partii Chin”. Zjednoczenie kraju nastąpi pokojowymi metodami.
„My, Chińczycy, jesteśmy narodem, który przestrzega zasad sprawiedliwości i nie daje się zastraszyć groźbami użycia siły. Jako naród, posiadamy silne poczucie dumy i ufności. Nigdy nie zastraszaliśmy, nie uciskaliśmy i nie ciemiężyliśmy narodu jakiegokolwiek innego kraju i nigdy nie będziemy tego czynić. Z tego samego względu, nie pozwolimy nigdy jakiejkolwiek sile zewnętrznej na zastraszanie, na uciskanie lub na ciemiężenie nas. Ktokolwiek by tego zapragnął, to znajdzie się na kursie kolizyjnym i napotka na wielki stalowy mur wzniesiony przez 1,4–miliardowy naród chiński”, przestrzegł przewodniczący Xi.
Zapewnił, że Chińczycy są „skłonni do czerpania, w miarę możliwości, z dokonań innych kultur oraz witamy pomocne sugestie i konstruktywną krytykę. Jednakże nie zaakceptujemy świętoszkowatych pouczeń ze strony tych, którym się zdaje, że uzurpują sobie prawo do udzielania nam lekcji.”
Aby zniechęcić ewentualnych przeciwników Chin do obierania takiego „kolizyjnego kursu”, przewodniczący Xi zapowiedział „przyspieszenie modernizacji obronności kraju i sił zbrojnych”. Silny kraj musi posiadać silną armię.
„Powinniśmy umacniać zdecydowane przywództwo Partii, przypomniał przewodniczący Chin i jej sekretarz generalny.
„Ponad 180-letnia historia nowożytna państwa chińskiego, 100-letnia historia Partii i ponad 70-letnia historia Chińskiej Republiki Ludowej wszystko to razem stanowi przekonujące świadectwo, że bez Komunistycznej Partii Chin nie byłoby nowych Chin i odrodzenia narodowego.”, podsumował.
Przypomniał też, że „ w naszym marszu do przodu powinniśmy pamiętać stale o starym porzekadle, które głosi, że tylko dobry kowal wykuwa dobrą stal”.
Chiny są już drugą gospodarką świata. Najbliższe kilkanaście lat pokaże czy będą pierwszą gospodarką. Chin nie można już pomijać w planowaniu przyszłości, a zwłaszcza lekceważyć.
Patrzymy uważnie na Chiny, bo od ich pomyślności zależy też i przyszłość naszej Polski
i Europy.

Autor korzystał z tłumaczenia przewodniczącego Xi Jinpinga dokonanego przez dr Sylwestra Szafarza.

Globalna pandemia – i co dalej?

Straszliwa bezprecedensowa pandemia, zwana zagadkowo Covid-19, dobiegnie końca wcześniej czy później. Już teraz nadchodzi jednak pora, aby zastanowić się nad tym, co jest już za nami, co trwa obecnie i co nas (ludzkość) jeszcze czeka?

Analizuję, na wszelkie możliwe sposoby, drogę, jaką przebył człowiek od zarania swego istnienia po dziś dzień oraz efekty tego marszu w czasie i w przestrzeni „na tym łez padole”. Staram się wypracowywać realistyczne oceny i wysnuwać konstruktywne wnioski na dziś i na jutro dla rozwoju cywilizacji ludzkiej. Skoro wiemy z grubsza, co, jak, kiedy i gdzie już było źle, to zastanówmy się, choć hipotetycznie, czy mogłoby być inaczej, a może, dalibóg, lepiej niż było do tej pory? Odpowiedź na to fascynujące i pierwszoplanowe pytanie jest bardzo trudna, ale mieć ona będzie zasadnicze znaczenie dla przyszłości cywilizacji ludzkiej. Dlatego też, niniejsze opracowanie niech będzie bardzo poważnym ostrzeżeniem przed najgorszym – czyli przed totalną (już VI) zagładą gatunków, łącznie z homo sapiens i przed unicestwieniem życia na Ziemi. Za przyczyną i z winy człowieka, tak źle jeszcze nigdy nie było w całej jego ewolucji na naszej planecie.
Pandemia, jak wiele innych dziedzin „rozwoju” i współistnienia państw i narodów, stała się też obiektem sławetnej globalizacji i to w jej szczególnie ostrym i maksymalnym wymiarze. Szybko rozlała się na cały świat. Uwidoczniła ona także, iż świat nie jest przygotowany do sprostania zjawiskom tego rodzaju. Bowiem, poczynając od Adama i Ewy do dziś, nie ma na świecie stabilnego i jednorodnego systemu „rozwoju” ludzkości ani też globalnej instytucji kierowniczej czy przywódcy, który programowałby, koordynowałby i korygowałby ów „rozwój”. Każdy sobie rzepkę skrobie, czego dramatyczne konsekwencje zostały uwidocznione również w zwierciadle pandemii. Najwyższy więc czas, aby poprawić ten stan rzeczy – wprowadzić uniwersalny system dla całego świata i dla każdego kraju z osobna oraz odstąpić od anachronicznej i poronionej dyferencjacji oraz od globalizacji wszystkiego. W niedawnej przeszłości podejmowane były wprawdzie próby uniwersalizacji ewolucji i życia na Ziemi, ale poniosły one fiasko. Teraz pojawiła się chyba już ostatnia szansa, aby ujednolicić i usprawnić ów przeklęty „system” zanim doprowadzi on do Armagedonu i do Sądu Ostatecznego. Taki powinien być też główny wniosek wynikający z doświadczeń pandemicznych.
Od początku swego istnienia – z irracjonalnym uporem człowiek, szczególnie z półkuli północnej, kroczy uparcie złą (niewłaściwą) drogą, która może doprowadzić go i całą planetę do ww. niewyobrażalnej, wręcz kosmicznej katastrofy. Rozum ludzki, jakże niedoskonały w swej doskonałości, nie był i nadal nie jest w stanie rozumować przytomnie i racjonalnie (sic!) oraz wyciągać odpowiednich wniosków z popełnionych błędów, aby unikać ich teraz i w przyszłości. Co gorsza, bliższa analiza ewolucji człowieczeństwa w ciągu minionych prawie 8 mln lat wykazuje jednoznacznie, że łączna spirala ludzkich błędów i przykładów bezmyślności wznosi się coraz szerzej i coraz wyżej; przy czym suma tychże błędów jest, za każdym razem, coraz groźniejsza i coraz bardziej szkodliwa pod względem ilościowym i jakościowym. Pandemia i jej skutki są tego szokującym świadectwem. Obecnie wkraczamy na ostatni krąg owej spirali, od którego nie będzie już odwrotu. Nawet imponujący postęp naukowo-techniczny, najnowsze technologie i sztuczna inteligencja, zapewne znacznie sprawniejsza od naturalnej inteligencji ludzkiej, nie będzie w stanie zawrócić nas z drogi śmierci oraz powstrzymać VI (i ostatniej?) zagłady gatunków. Wręcz przeciwnie, jak na ironię, sztuczna inteligencja może ją stymulować i doprowadzić do tragicznego końca. Memento mori!
Oczywiście, w grupie przyczyn naturalnych pierwszeństwo należy do V zagłady gatunków, czyli do wyginięcia dinozaurów (i innych istot żywych). Stąd bierze się ów sławetny „syndrom dinozaurów”, który zagraża nam również współcześnie, choć samych dinozaurów już dawno nie ma. Drugie miejsce – to biblijny (mityczny?) potop opisany w Starym Testamencie. Nie ma jasności naukowej, co do przyczyny, czasu i miejsca tego wydarzenia. Jedni uczeni (np. austriaccy) plasują je w 9545 r. p.n.e., z powodu uderzenia asteroidy i wywołania tsunami; zaś inni – w listopadzie i grudniu 2370 r. p.n.e., kiedy ulewne deszcze padały bez przerwy przez 40 dni. Wytrwałe badania są prowadzone nadal wokół góry Ararat (w Armenii), na której, rzekomo, wylądowała arka Noego.
Jako przekonany humanista, uniwersalista i globalista odrzucam wszelakie egoizmy i partykularyzmy, także atlantyzm oraz polono – i eurocentryzm. Nie uważam regionu Północnego Atlantyku, Polski i Europy za pępek świata i za najważniejszą siłę motoryczną jego rozwoju. Znacznie wcześniej siłą tą były Chiny oraz inne stare cywilizacje azjatyckie, środkowo – i bliskowschodnie. Owszem, cała ludzkość „zawdzięcza” Europejczykom i Amerykanom wiele znakomitych odkryć, dokonań, utworów i wynalazków, ale też masę zła, zbrodni i nieszczęść (podboje, wojny, kolonizacja, niewolnictwo, rasizm, kryzysy, faszyzm, sowietyzm, dyskryminacja i in.). Prawdą jest także, iż przez wiele stuleci, atlantyzm nadawał nieudolnie ton rozwojowi cywilizacji globalnej, co doprowadziło jednak, w konsekwencji, do obecnego totalnego bałaganu, do głębokiej zapaści kryzysowej (pandemiczno-ekonomicznej), do poważnej niepewności na świecie oraz do wielkiego ryzyka związanego z jego przyszłością.
Niestety, Atlantydzi nie zdołali wypracować i wdrożyć optymalnego modelu rozwoju nie tylko własnych, ale i pozostałych kontynentów oraz odpowiedniego ładu (systemu) światowego. Przez pryzmat pandemii opłakane skutki tych niedociągnięć są dziś widoczne gołym okiem. Można tylko fantazjować, jak obecnie wyglądałby świat, gdyby Atlantydzi, szczególnie Amerykanie i Europejczycy, wskazali i obrali lepszą drogę oraz efektywniejszą metodologię jego rozwoju (np. autentyczną demokrację zamiast dyktatury, tyranii i anarchii grup interesów, społeczną gospodarkę rynkową zamiast neoliberalizmu, zieloną energię zamiast paliw węglowodorowych, komunikację zbiorową zamiast samochodowej itp.)? Zabrakło im jednak długoterminowej globalnej wizji strategicznej, innowacyjnej praktyki oraz wyzwolenia się ze zgubnych egoizmów partykularnych, regionalnych i narodowych (np.: amerykanizacja, germanizacja i in.).
Współczesna coraz szybsza zagłada gatunków [1] i destrukcja klimatyczna (np. ocieplenie atmosfery i wód oceanicznych) jest już wynikiem poczynań rzekomo rozumnego człowieka, szczególnie w XIX, w XX i w XXI wieku. Takoż dochodzimy do określenia pierwszego i chyba największego paradoksu makro w dziejach ludzkości (wymagającego wyeliminowania post pandemium), czyli do opacznego (niewłaściwego) korzystania z rozumu, unikalnego tworu i efektu ewolucji, czy daru Boga, jak wolą niektórzy. Przewrotnym aspektem tej drugiej ewentualności jest twierdzenie dogmatyków, fanatyków i fundamentalistów, że Bóg dał człowiekowi rozum po to, aby odpowiednio z niego korzystał; ale, o dziwo, człek nie chce, czy też nie umie sprawnie i właściwie korzystać z tegoż daru. Łączny odwieczny wolumen głupoty ludzkiej zdecydowanie dominuje nad wolumenem mądrości. Pandemia potwierdza tę smutną prawdę niezwykle jaskrawo.
Przeto, Bóg nie ponosi odpowiedzialności za dobre ani za złe efekty myślenia i działania człowieka oraz, nade wszystko, za niesamowite dramaty i nieszczęścia, które homo sapiens (człowiek niby rozumny?) sam sobie i swym żywym ziemskim towarzyszom sprokurować raczył. W świetle tego, rozum dotychczasowego człowieka miał stać się siłą motoryczną jego mądrości, dobrobytu i szczęścia, ale, syntetycznie rzecz ujmując, był i jest nadal symbolem jego głupoty, nędzy i nieszczęścia. W każdym razie, w całym rozwoju homo sapiens, negatywy znacznie przeważają nad pozytywami, zło nad dobrem i czarne nad białym. Ich wypadkowa jest jednoznacznie negatywna. Jak długo jeszcze tak można? Chyba już niezbyt długo! Dziś wiadomo z pewnością, iż tak dalej być nie może. W analizach globalnej pandemii i jej dotychczasowych (dalece nie wszystkich) konsekwencji dominują raczej oceny skrajne w obydwu kluczowych sferach: społeczno – ekonomicznej i strategiczno – militarnej, o której mówi się relatywnie mało, albo wcale. Dlatego też poniżej przedstawiam najważniejsze aspekty analizy obydwu tych grup zagadnień.
Kumulacja zagrożeń :
stanowi ona zjawisko niespotykane nigdy w takiej skali w całej historii naszej cywilizacji. Każda z osobna spośród licznych części składowych kumulacji stanowi wielkie zagrożenie dla rozwoju oraz dla istnienia ludzkości i życia na Ziemi; ale najbardziej niebezpieczna jest ich suma stanowiąca już ogromną „masę wybuchową”. Określana jest ona także mianem tykającej zegarowej „bomby cywilizacyjnej”. Obecnie ludzkość zbliża się do krytycznej granicy oddzielającej ją od wybuchu tej materii. Przekroczenie owej granicy może spowodować eksplozję o niesamowitych konsekwencjach, choć dość łatwych do przewidzenia nawet dla laików. Zasadne jest więc mówienie o tym jako o kolejnym wielkim paradoksie cywilizacyjnym (kumulacyjnym), wymagającym niezwłocznego usunięcia po pandemii.
Głównymi częściami składowymi kumulacji są istniejące (namacalne) patologie i zagrożenia polityczne, ekonomiczne, społeczne, ekologiczne, militarne i wiele innych. Ich głębsza analiza wymagałaby dłuższych rozważań, ale – dla celów niniejszego opracowania – przedstawię jedynie i w bardzo syntetycznym ujęciu kluczowe zagrożenia gospodarcze, społeczne i ekologiczne. Bowiem te trzy grupy zagadnień składają się na koncepcję tzw. „zrównoważonego rozwoju” („sustainable development”) ludzkości i świata, który to rozwój – póki co – pozostaje jedynie w sferze marzeń i chyba już nigdy nie zostanie w pełni urzeczywistniony. Bowiem dotychczasowe szkody, straty, opóźnienia i zaniedbania w tych trzech sferach są tak wielkie, iż człowiek nie zdoła ich zniwelować, zneutralizować i odrobić (jeszcze przed „końcem świata”). Analizę komponentów niedoszłego „zrównoważonego rozwoju”, jako irracjonalnej fata morgany, uzupełnię poprzez niezbędną prezentację jego aspektów militarnych, groźnych per se (same przez się).
Perturbacje ekonomiczne: wywołany przez skrajnych neoliberałów amerykańskich II globalny kryzys ekonomiczno-finansowy (od 2007 r. do 2019 r.) i III kryzys (od 2019 r. do…?) spowodowały już ogromne straty i spustoszenie w całym gospodarstwie światowym, w poszczególnych grupach krajów i w zdecydowanej większości państw świata – w każdym z osobna. Oto podstawowe dane makro ilustrujące skutki kryzysu i stan rzeczy w omawianej dziedzinie w roku 2020/2021: – prognozowana (np. przez MFW) stopa wzrostu ŚPB (Światowego Produktu Brutto) = ok. 6 proc. (to wartość raczej propagandowa, która spadnie do ok. 4 proc. już w 2022 r.). Generalnie – fachowcy zachodni, np. z Institute for International Finance, przewidują „rozczarowujące dziesięciolecie 2020 – 2029, w sferze stopy wzrostu ŚPB” (tzw. decade of growth disappointments) o wielkości tylko 1,8 proc. ; – spodziewana wartość ŚPB w 2021 r. = 91.03 bln USD; – zadłużenie globalne (tylko dług państwowy, publiczny w 2020 r.) = 281 bln USD, czyli ponad trzykrotnie (!) więcej niż wynosi wartość ŚPB. Do tego trzeba by dodać łączną globalną sumę długów: przedsiębiorców, konsumentów, długu zagranicznego i tzw. długów ukrytych, które, z reguły, są 3-4-krotnie wyższe od długu publicznego. I wówczas, łączne zadłużenie gospodarstwa światowego urośnie do monstrualnych i niespłacalnych rozmiarów. Krótko mówiąc, światowe post covidove ożywienie gospodarcze w racjonalnych rozmiarach (5 proc. – 6 proc. ) i likwidacja (umorzenie?) olbrzymiego zadłużenia globalnego stanowią priorytetowe warunki sine qua non powrotu cywilizacji do względnej normalności.
Prognozowane stopy wzrostu wartości obrotów handlu światowego = 8 proc. (w 2021 r., 5,3 proc. w 2020 r. i tylko 4 proc. w 2022 r.) ; – spadek wartości globalnych bezpośrednich inwestycji zagranicznych o 42 proc. w 2020 r. do sumy 859 mld USD w porównaniu do 1,5 bln USD w roku 2019; – zwiększenie się liczby bezrobotnych na świecie do prawie 200 mln osób (co stanowi ok. 5,8 proc. ogółu ludzi zdolnych do pracy). Nota bene: liczbę tę należy pomnożyć przez (min.) 4 osoby wchodzące (średnio) w skład rodziny bezrobotnego. Wynik: prawie 1 mld osób cierpi wskutek plagi bezrobocia w świecie; – globalna stopa inflacji = 3,18 proc. w roku 2020 i 3,39 proc. – w roku 2021; – spadek dochodów z turystyki globalnej w 2020 r. = – 63 proc. ; – zwiększenie przepaści między „biegunem bogactwa” a „biegunem nędzy”, co ilustrują wymownie ogromne różnice między wielkościami PKB per capita: 1 miejsce – Luksemburg (105.829 USD, w kategoriach nominalnych i 101.936 USD, w kategoriach PPP – czyli parytetu siły nabywczej); to ponad 10 razy więcej od średniej światowej wynoszącej 10.313 USD (nom.) i 16.329 USD (PPP). Ostatnie 189-te miejsce na „biegunie nędzy” zajmuje Sudan Południowy: 210 USD (nom.) i 1.671 USD (PPP) [2].
Problemy społeczne: szczególnie groźny dla samozwańczych „panów świata” jest żywiołowy i niekontrolowany przyrost ludności i nasilające się przeludnienie na Ziemi. Tyka coraz szybciej zegarowa „bomba demograficzna”. Wielki kapitał, masoneria, kompleks wojskowo-przemysłowy i inni pretendenci do rządzenia i do dominowania w świecie nie są w stanie opanować sytuacji; ale sądzą, że ich interesy i zyski są bezprecedensowo zagrożone. Trzeba, ich zdaniem, radykalnie (nawet o połowę) zmniejszyć liczbę obywateli Ziemi, którzy…”szkodzą środowisku naturalnemu”(?!). Pierwszy miliard ludności świata zanotowano w roku 1804. Potem odstępy czasowe pomiędzy kolejnymi miliardami systematycznie się zmniejszały. I tak, w roku 1927 były już 2 mld ludzi; w roku 1960 – 3 mld, w roku 1974 – 4 mld, w roku 1987 – 5 mld, w roku 1999 – 6 mld i w roku 2011 – 7 mld. Corocznie przybywa (netto) 83 mln Ziemian. Obecnie jest nas 7,6 mld. Prognozy na przyszłość są następujące: w roku 2050 – 9,7 mld i w roku 2100 – 11,2 mld [3].
Oczekiwana (przy urodzeniu) średnia długość życia Ziemianina wynosi 71 lat (kobiety – 73,6 lat, mężczyźni – 68,6 lat). Najdłużej żyją Japończycy (83,7 lat) i Szwajcarzy (83,4 lata), a najkrócej – obywatele Angoli (52,4 lat) oraz Sierra Leone (50,1 lat). Dość wysoka średnia światowa wynika, głównie, z jeszcze wyższych średnich długości życia w krajach o dużej liczbie ludności, np.: Chiny (76,5 lat), Japonia (83,7 lat), USA (79,3 lat), UE (79,0 lat). Szczerze powiedziawszy, ów niekontrolowany i żywiołowy przyrost ludności świata, a także zwiększanie długości życia (mimo wszystko), z jednoczesnym zmniejszaniem się zasobów naturalnych, gruntów uprawnych, wody pitnej i z pogarszaniem się warunków życia i pracy oraz z ww. kumulacją zagrożeń stanowi jedną z kluczowych przyczyn nadciągającej VI zagłady gatunków. Pytanie: czy pandemia miała zmniejszyć liczbę ludności świata do 2 mld, do czego zmierza tzw. „brygada miliarderów w ramach kontroli ludności” („billionaire brigade of population controllers”), m.in.: Bill Gates, George Soros, Warren Buffett, Ted Turner i in? Przy pomocy pandemii nie da się raczej osiągnąć wymarzonego celu (ww. 2 mld), bowiem wg stanu na 24.05.2021 r. liczba zachorowań na Covid-19 w świecie wynosiła 167.533.334, a liczba zgonów – 3.478.523. Internauci dosłownie szaleją z powodu „miliarderów”, zarzucając im czipowanie ludzi w procesie testów i szczepień, rozsiewając rozmaite teorie spiskowe (a przecież „w każdej bajce jest źdźbło prawdy”?), zarzucając eugenikę, sterylizację i inne formy kontroli ludności oraz zmniejszania jej liczebności.
W tej ogromnej i stale zwiększającej się gromadzie ludzkiej: – poniżej poziomu ubóstwa, tzn. za 2,5 USD dziennie na utrzymanie (nie mylić z minimum socjalnym) żyje ponad 3 mld obywateli, czyli prawie 50 proc. ludzkości; zaś w skrajnej nędzy (1,25 USD per capita na utrzymanie dziennie) – ponad 1,3 mld obywateli [4]; – liczba głodujących wynosi ponad 805 mln osób, w tym 161 mln dzieci (czyli około 11 proc. ogółu ludzkości). Średnio, 22.000 dzieci umiera codziennie z powodu głodu i nędzy; – ponad 750 mln obywateli nie ma dostępu do czystej wody (pitnej). Nasilają się spory i wojny o wodę. Z powodu chorób związanych z niedostatkiem czystej wody (biegunka, zatrucia pokarmowe, choroby brudnych rąk i in.) umiera corocznie ponad 842.000 ludzi (czyli ok. 2.300 dziennie); – liczba analfabetów stanowi 17 proc. ogółu ludzkości, czyli 781 mln osób, z czego 63 proc. – to kobiety; – jest 200 mln bezdomnych + 1,6 mld ludzi nie ma odpowiednich warunków mieszkaniowych; – liczba uchodźców szacowana jest na 21,3 mln, przesiedleńców – na 107 mln i bezpaństwowców – na 10 mln osób;
– liczba chorych psychicznie wynosi już ponad 1,8 mld ludzi (czyli ponad 25 proc. ludzkości). Np., na depresję cierpi ponad 300 mln, a na schizofrenię ponad 35 mln chorych; – nic przeto dziwnego, że notujemy corocznie ponad 800.000 („udanych”) samobójstw, przy czym liczba „nieudanych” prób samobójczych jest 20-krotnie większa (!); – inne choroby i epidemie: 13 „największych morderców” („top killers”) powoduje corocznie około 55 proc. wszystkich zgonów na świecie. Oto one: – choroby wieńcowe (7,5 mln zgonów); – udar mózgu (6,7 mln); – gorączka denge (3,2 mln); – chroniczne zapalenie płuc (3,15 mln); – zapalenie płuc, gruźlica, grypa itp. (3,1 mln); – cukrzyca (1,8 mln); – rak płuc i dróg oddechowych (1,6 mln); – AIDS/HIV (1,5 mln); – biegunka (1,5 mln); – wypadki komunikacyjne (transportowe) (1,3 mln); – nadciśnienie i choroby serca z tym związane (1,1 mln); – malaria (250 mln nowych przypadków, 430.000 zgonów); – ebola (tylko w: Gwinei, Liberii i Sierra Leone – 28.616 przypadków zachorowań, 11.310 zgonów i 10.000 wyleczonych). Liczba zgonów systematycznie wzrasta głównie z uwagi na to, że w krajach biednych i najbiedniejszych brak jest odpowiedniej opieki lekarskiej a pacjentów nie stać na pokrycie kosztów leczenia. Dodatkowo – pandemia zdewastowała i zdezorganizowała normalną służbę zdrowia, którą trzeba szybko odbudować. Tak oto wyglądają główne parametry makro sytuacji społecznej w świecie, która ulega znacznemu pogorszeniu w wyniku pandemii. Kto, kiedy i jak doprowadzi do polepszenia tej sytuacji? Nie wiem!
Katastrofa ekologiczna: następny wielki problem i post pandemiczne pole do popisu rozwojowego to fakt, iż szybkiemu wzrostowi ludności świata towarzyszy dramatyczne pogarszanie ekologicznych warunków jej egzystencji i bytowania. Poczynając od I rewolucji przemysłowej, następuje przyśpieszona degradacja i zatruwanie środowiska naturalnego na Ziemi, szczególnie powietrza, wody i gleby. W okresie od połowy lat 70-tych XX wieku do dziś, człowiek spowodował ponad 20 groźnych katastrof ekologicznych, jak np.: awarie w elektrowniach nuklearnych (Czarnobyl, Hanford (USA) i Fukushima), emisje gazów trujących (Bhopal, Indie i in.) oraz liczne wycieki ropy naftowej z tankowców (Amoco Cadiz i in.) oraz z platform wiertniczych. Łączne traktowanie przyspieszonej degradacji trzech środowisk (powietrza, wody i gleby) daje wyobrażenie o niebywałej skali niebezpieczeństwa. Procesy te doszły obecnie do takiego pułapu, że stanowią bezprecedensowe zagrożenie fizyczne, chemiczne i biologiczne dla wszelkich istot żywych (fauny i flory) na Ziemi. Decydenci i co bardziej światli obywatele mają świadomość tego zagrożenia, ale podejmują nieefektywne poczynania (głównie gadulstwem), aby mu zapobiec. Tymczasem, zagrożenie nie zna granic i ma charakter globalny (tzw. globalizacja katastrofy ekologicznej). Wymaga więc skutecznych globalnych rozwiązań, których brak. Podpisywane są wprawdzie ważne porozumienia międzynarodowe (np. Protokół z Kyoto, Układ z Paryża i in.), ale zawodzi ich realizacja, współpraca i koordynacja poczynań praktycznych.
Na World Economic Forum w Davos (w 2017 r.) przedstawiono raport o sytuacji ekologicznej świata zawierający, m.in., wymowne wskaźniki dot. ochrony środowiska, tzw. Environmental Performance Index. Sytuacja w pierwszej 30-tce krajów najbardziej dbających o środowisko jest następująca: na 100 możliwych punktów: 1 miejsce zajmuje Finlandia (90,88), 2. Islandia (90,51), 3. Szwecja (90,43), 4. Dania (89,21), 5. Słowenia (88,98)….., 26. USA (84,72), 27. Czechy (84,67), 28. Węgry (84,60), 29. Włochy (84,48) i 30. Niemcy (84,26). Natomiast sytuacja w pozostałych prawie 200 krajach świata jest coraz bardziej krytyczna w sferze ekologicznej. Obok tradycyjnych zagrożeń ekologicznych, coraz groźniejsze są również ich nowe kategorie, szczególnie nadmierny hałas (tzw. noise pollution) oraz niewłaściwe oświetlenie (light pollution) – szkodliwe dla człowieka i dla innych organizmów żywych.
Krótko o skażeniu powietrza atmosferycznego. Jeszcze tak trochę, a nie będziemy mieli czym oddychać! Już dziś aż 92 proc. ludzi na świecie oddycha zanieczyszczonym powietrzem. Smog jest niezwykle poważnym problemem w zdecydowanej większości krajów. Skażenie powietrza powoduje na świecie około 9 mln zgonów rocznie, głównie z powodu chorób dróg oddechowych oraz straty finansowe szacowane na ponad 6 bln USD (zmniejszenie wydajności pracy, absencja pracownicza, koszty leczenia i in.). Współczesna cywilizacja emituje rocznie do atmosfery ponad 45 mld ton 6 gazów cieplarnianych (przemysłowych i naturalnych, np., metan). Z masy tej, na Chiny przypada (szacunkowo) 11 mld ton, USA – 7 mld, UE – 5 mld, Indie – 2,5 mld, Rosja – 2,5 mld, Japonia – 1,5 mld i Niemcy – 1 mld ton. Najgorzej prezentuje się sytuacja w zakresie emisji dwutlenku węgla (CO2). Wielkość emisji globalnej = około 37 mld ton rocznie. W tym: Chiny – 8,6 mld, USA – 5,5 mld, UE – 3,5 mld, Indie – 2,5 mld, Rosja – 1,8 mld i Japonia – 1,3 mld ton. Ponadto, obecnie jest w ruchu ponad 500 mln pojazdów samochodowych na świecie, a ich liczba wzrośnie do 1 mld sztuk około roku 2030, a także 39.000 samolotów cywilnych i wojskowych emitujących spaliny stanowiące około 5 proc. ogółu gazów przemysłowych (cieplarnianych) wydalanych do atmosfery.
Zwiększa się zanieczyszczanie, zakwaszanie i ocieplanie wód morskich, oceanicznych, śródlądowych i gruntowych stanowiących ponad 75 proc. powierzchni Ziemi („bez wody nie ma życia”). Przykłady: wskutek ocieplenia wody oceanicznej i braku alg, już ponad 2/3 wielkiej rafy koralowej o długości 1.500 km (na wschodnich obrzeżach Australii) uległo zniszczeniu. Czysta woda (pitna) stanowi zaledwie 2,5 proc. ogólnej masy wody. Np., ponad 320 mln Chińczyków i 60 mln Pakistańczyków nie ma dostępu do czystej wody. Obecnie ponad 1 mld ludzi pije wodę niezdatną do spożycia. Liczba ta wzrośnie do 3,5 mld osób, w terminie do roku 2025. Z powodu spożywania zanieczyszczonej wody, corocznie, umiera na świecie 250 mln ludzi (cholera, tyfus i in.). Nie należy wykluczać napięć, starć, a nawet wojen o wodę, jak to się już dzieje, np., między Etiopią, Sudanem i Egiptem wokół wykorzystania wód Nilu.
Wody morskie i oceaniczne ocieplają się (absorbują ciepło wskutek global warming) 20 razy więcej niż powierzchnia lądów, a następnie podgrzewają powietrze atmosferyczne (zabójcze sprzężenie zwrotne). Obecnie, średnia temperatura wód morskich i oceanicznych wynosi 17st.C (minimum: morza polarne: – minus 2 st.C, a maksimum: Zatoka Perska – plus 36 st.C). Zjawiska te powodują poważne perturbacje i zakłócenia w obiegu prądów oceanicznych, pogarszając klimat i wywołując ekstremalne zjawiska pogodowe (szczególnie gwałtowne tajfuny). Ponadto, ocieplanie atmosfery i wód wpływa na topnienie lodów (szczególnie tzw. czap biegunowych), co przyczynia się do podnoszenia poziomu wód oceanicznych i morskich. W minionym stuleciu poziom ten wzrastał o 2 mm średniorocznie. Zwiększa się także skala zatrucia wód śródlądowych, szczególnie rzek i jezior. Najgorzej wygląda ta sytuacja w Azji. Najbardziej zapaskudzony jest Ganges, święta rzeka Hindusów, do której odprowadza się 80 proc. odpadów komunalnych w Indiach. Również w USA, ponad 40 proc. rzek i jezior jest już tak zanieczyszczonych, że nie można nawet kąpać się w nich. Nota bene: Stany wytwarzają 30 proc. ogólnej masy odpadów światowych i zużywają 25 proc. zasobów naturalnych wydobywanych na Ziemi.
Degradacja gleby: grunty uprawne stanowią zaledwie 11 proc. ogólnej powierzchni lądów na świecie. Skala zanieczyszczenia i degradacji tych gruntów systematycznie się zwiększa, osiągając już ponad 20 proc. ich powierzchni. Do tego dochodzi intensyfikacja procesu pustynnienia (dezertyfikacji), któremu ulega corocznie ponad 14 mln ha oraz wycinania lasów (deforestacja). Lasy zajmują jeszcze 31 proc. powierzchni lądów, ale corocznie wycina się ich ponad 93.000 km kw. Skutkiem deforestacji jest emisja 15 proc. ogólnej masy gazów cieplarnianych do atmosfery. Sytuacja staje się coraz bardziej dramatyczna – bowiem liczba ludności świata i zapotrzebowanie na żywność zwiększa się, a obszary gruntów uprawnych ulegają zmniejszeniu.
W ciągu następnego półwiecza, liczba ludności świata zwiększy się o prawie 3 mld osób. Żeby wyżywić ponad 10 mld ludzi, trzeba by zwiększyć produkcję żywności o 40 proc. w stosunku do obecnej wielkości. Tymczasem, ze statystyk FAO wynika, że 10 mln ha gruntów uprawnych ulega corocznie zanieczyszczeniu, erozji, odwodnieniu, zakwaszeniu i zasoleniu, a 20 mln ha staje się nieużytkami nie nadającymi się do uprawy. Widmo głodu na niespotykaną skalę staje się ewidentne. W wielu krajach sytuacja wygląda już bardzo źle; np. w Chinach zanieczyszczonych jest ponad 100.000 km kw. gruntów uprawnych (głównie poprzez chemizację i podlewanie brudną wodą) oraz 23.500 km kw. – odpadami stałymi. W Wielkiej Brytanii, na pola wysypuje się, średniorocznie, ponad 30 mln ton śmieci i odpadów. Nowym zjawiskiem globalnym jest wyrzucanie na pola i do lasów zużytych przedmiotów elektrycznych i elektronicznych, ok. 3 mln ton rocznie (tzw. e-waste).
Aspekty militarne: jeśli nasza „cywilizacja” nie odstąpi od dotychczasowej metodologii przemocy i prawa pięści oraz nie wkroczy na drogę humanizmu, pokoju, bezpieczeństwa i współpracy, to rzeczywiście zginie marnie! Bowiem dzisiejsze najnowocześniejsze środki prowadzenia wojen oraz, głównie, jakościowy wyścig zbrojeń (o czym poniżej) gwarantują, bez wątpienia, bardzo skuteczne i szybkie „rozwiązanie finalne”, czyli koniec świata. Broń bakteriologiczna, a za taką uważa się również Covid-19, ebolę, węglik i inne wirusy, zwana jest także „bombą atomową dla ubogich”. Nie ustalono jeszcze dokładnie, skąd, gdzie i jak pandemia została zapoczątkowana. Pod niebiosa rozdmuchano propagandowo casus Wuhan, który nie znalazł potwierdzenia w dochodzeniach ŚOZ. A tymczasem aktywne „prace nad broniami B” trwają od dawna w kilku ośrodkach badawczych oraz w licznych laboratoriach w USA, głównie w Fort Detrick, k. Waszyngtonu, w stanie Maryland (600 budynków na obszarze 50 km kw.). Majstrują tam nie tylko nad broniami „B” sensu stricto, ale również nad środkami kontrolowania umysłów ludzkich. I tu „kółko pandemiczne” się zamyka.
Pracując w Ambasadzie RP w ChRL, niejako na własnej skórze przeżyłem epidemię SARS-1 w Pekinie. Dobrze wiem, czym to pachnie. Wiem również, że pierwsze ognisko owego wirusa pojawiło się najpierw w Hongkongu, w listopadzie 2002 r. (osiedle Amoy Gardens, Jordan Valley, dzielnica Kowloon, 19 wieżowców po 30 – 40 pięter, 4.896 apartamentów, 10.721 mieszkańców). Pytanie: skąd i jak ów wirus tam się pojawił? Wiadomo natomiast, że do dnia 01.07.1997 r. HK był posiadłością brytyjską oddaną bezboleśnie Chinom. Ale zwolennicy UK (United Kingdom) starali się rozrabiać w HK jeszcze do niedawna. Z Hongkongu SARS-1 dotarł do wielkich miast chińskich samolotami, pociągami, statkami itp. Łatwo wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby taka groźna epidemia rozlała się na całego w wielkiej masie społeczeństwa chińskiego (prawie 1,5 mld obywateli)? Na szczęście tak się nie stało, dzięki bardzo zdecydowanej reakcji władz i wzorowemu zdyscyplinowaniu społeczeństwa. W ChRL zanotowano jedynie (i aż!) 2521 przypadków zakażenia i 191 zgonów, a na świecie – 8459 przypadków i 805 zgonów. Dnia 05.07.2003 r. WHO proklamowała zakończenie epidemii SARS-1 w Chinach i na całym świecie (źródło: czasopismo „The Lancet”, vol. 361, z dnia 28.06.2003 r.).
Tak więc, kolejną anomalią ludzką i wielkim zadaniem makro po pandemii jest totalna demilitaryzacja świata, likwidacja sił zbrojnych i ofensywnych doktryn militarnych oraz odstąpienie od Hard Power na rzecz Soft Power. Słowem, degeneracja i zezwierzęcenie tzw. rodzaju ludzkiego dokonuje się nieprzerwanie od niepamiętnych czasów i znów nabiera obecnie bezprecedensowych rozmiarów i tempa. Setki milionów często niewinnych ludzi zapłaciły najwyższą i okrutną cenę za dotychczasowy irracjonalny rozwój tej „cywilizacji” oraz za jej metody siłowe. W okresie od roku 0 do chwili obecnej prowadzono 136 dużych wojen (oraz dziesiątki pomniejszych) w skali całego świata. Obecnie, różnorodne konflikty zbrojne i działania bojowe mają miejsce w 50 miejscach na kuli ziemskiej.
Obliczono przybliżoną ilość ofiar ludzkich w wyniku wszystkich wojen prowadzonych od zarania „cywilizacji” na świecie i odnotowanych w dokumentach historycznych. Liczba ta szacowana jest w granicach od 315 mln do 755 mln ofiar, w związku z czym, średnia ważona wynosi około 490 mln ofiar! Również koszty prowadzenia wszystkich wojen są monstrualne i nieobliczalne. Dysponujemy jedynie dość dokładnymi danymi dotyczącymi kosztów prowadzenia obydwu wojen światowych: I-ej – 187 mld (ówczesnych) dolarów amerykańskich, co w przeliczeniu na dzisiejsze USD daje sumę dziesięciokrotnie większą. Zaś łączne koszty prowadzenia II wojny światowej wyniosły ponad 11,5 bln USD (dzisiejszych). Jeśli chodzi o trwające obecnie wojny i konflikty zbrojne, to ich łączne koszty wyniosły już ponad 14 bln USD w roku 2014, czyli 13 proc. ówczesnego światowego PKB! Z kolei, np., wydatki USA na prowadzenie wojen w Afganistanie, Pakistanie, Iraku i Syrii wyniosły, jak do tej pory, ponad 5 bln USD [5].
Wyścig zbrojeń : „si vis pacem, para bellum” czyli: „jeśli chcesz pokoju, to szykuj się do wojny”. To odwieczne absurdalne zawołanie stanowi kolejny wielki problem makro we współczesnej ewolucji ludzkości i świata. Obecnie trwa kolejna nowa jakościowo faza wyścigu zbrojeń w obydwu głównych dziedzinach: klasycznej i modernistycznej. Najnowsze dane statystyczne w tej materii są następujące [6]: światowe nakłady na siły zbrojne wyniosły, w roku 2020, 1,99 bln USD (czyli 2,4 proc. światowego PŚB; wzrost o 2,6 proc. w stosunku do roku 2019). Na jednego mieszkańca Ziemi przypada więc ok. 250 USD rocznie na zbrojenia. Wydatki USA – 778 mld USD (wzrost o 4,4 proc. w stosunku do roku 2019 i 39 proc. całości nakładów światowych); Chiny – 252 mld USD (wzrost o 1,9 proc. ); Rosja – 66,7 mld USD (wzrost o 2,5 proc. ); Niemcy – 52,8 mld USD (wzrost o 5,2 proc. ); Polska – 11,9 mld USD w 2019 r. (2,02 proc. PKB). W ostatnim czasie nastąpił jednak poważny wzrost (o 13 proc. ) polskich wydatków na zbrojenia związanych z programem modernizacji sił zbrojnych w latach 2013 r. – 2022 r. [7].
Niezależnie od najnowocześniejszych broni, utrzymywane są potężne arsenały „starych” broni masowej zagłady: bakteriologicznej, chemicznej i nuklearnej. 9 państw [8] posiada łącznie 15.850 ładunków (głowic, pocisków itp.) tego rodzaju, z czego 4.300 w siłach operacyjnych (amerykańskich – 2.080 i rosyjskich – 1.780 sztuk). 1.800 ładunków utrzymywanych jest w stanie podwyższonej gotowości bojowej. Łączna siła niszczycielska ewentualnego wybuchu tej ogromnej masy nuklearnej wystarczyłaby na kilkakrotne rozbicie kuli ziemskiej w proch i w pył kosmiczny. Ponadto, kilkanaście państw (np.: Japonia, Australia, Iran, Kazachstan, Ukraina, Arabia Saudyjska, Afryka Południowa, Nigeria, Brazylia, Kanada, Niemcy i… Polska) posiada technologie, zdolności i potencjał umożliwiający wyprodukowanie broni nuklearnej. Stale wzrasta też ryzyko zastosowania broni masowej zagłady przez terrorystów. Doskonalone są także jakościowo i zwiększane ilościowo systemy rakiet różnego zasięgu zdolnych do przenoszenia głowic z ładunkami masowej zagłady oraz antyrakiet, a także zbrojenia kosmiczne.
Następuje wzrost liczby samobójstw w świecie (ponad 800.000 przypadków rocznie); nasila się fundamentalistyczny i fanatyczny terroryzm oraz jego uniwersalizacja (globalizacja) [9]. Brak dokładnych danych ws. ofiar ludzkich i strat materialnych za cały okres jego istnienia. Są one jednak ogromne. Obecnie (w ciągu ostatnich 20 lat) obserwujemy bezprecedensowe nasilenie tych zjawisk, co jest wynikiem i wyrazem ogólnego pogarszania się analizowanej sytuacji w świecie oraz wojen religijnych, biedy i szerzenia się patologii cywilizacyjnych; liczba zmuszonych do opuszczenia swych domostw szacowana jest w świecie na 65,3 mln wypędzonych;
Rozważania końcowe:
impotencja systemowa jest chyba najpoważniejszym paradoksem cywilizacyjnym makro. Pandemia go potwierdza. Polega on na tym, iż ludzkości nie udało się nigdy wypracować i wdrożyć funkcjonalnego (optymalnego) systemu (ustroju) polityczno – ideologicznego i społeczno – gospodarczego oraz ładu międzynarodowego, które byłyby odpowiednie i niezbędne dla pomyślnego rozwiązywania nieprzerwanie narastających problemów cywilizacyjnych w skali poszczególnych krajów i całego świata. Bez dobrego systemu świat nie mógłby rozwijać się pomyślnie. Zamiast jednego porządnego i stabilnego ustroju, mieliśmy ich całą mnogość, ale żaden z systemów znanych w historii, od pradawnej wspólnoty pierwotnej do obecnej luki systemowej, nie zdołał rozwiązywać skutecznie nabrzmiewających problemów rozwojowych i przekazywał zaległości i nieprawidłowości swemu następcy: feudalizm – kapitalizmowi, kapitalizm – faszyzmowi, sowietyzmowi, neoliberalizmowi, rządom autorytarnym i in. Wszystkie te „systemy” waliły się jak domki z kart, pozostawiając za sobą wojny, pobojowiska, gruzowiska, zgliszcza i kryzysy oraz ogrom cierpienia i nieszczęścia ludzkiego. Właśnie wynikiem permanentnej i irracjonalnej impotencji systemowej są jej najważniejsze negatywne skutki cywilizacyjne, zarówno fragmentaryczne, jak i sumaryczne, które przedstawiłem powyżej.
Niedowład systemowy (krajowy i globalny) jest, głównie, wynikiem egoizmu i egocentryzmu ludzkiego oraz dążenia do panowania jednych nad drugimi oraz bogacenia się jednych kosztem drugich. Niedowład ów nie wyglądał jeszcze nader szkodliwie w czasach, kiedy problemy cywilizacyjne i rozwojowe nie były tak nabrzmiałe i wręcz wybuchowe, jak obecnie i kiedy społeczność ziemska nie była tak liczna i tak świadoma, jak w naszych czasach. Kiedyś władcy, prorocy i kaznodzieje bazowali na głupocie i na niewiedzy ludzkiej, ale obecnie nie jest to już możliwe. W XX i w XXI wieku miarka wytrzymałości systemowej (i ludzkiej) przebrała się na dobre. Trzy kolejne „systemy”, które pretendowały do panowania nad światem: amerykanizm, faszyzm, sowietyzm i neoliberalizm wylądowały w niesławie na „śmietniku historii”, powodując za każdym razem wielkie ofiary w ludziach i ogromne straty materialne. Zupełnie niepotrzebnie! Niemała w tym „zasługa” teoretyków, uczonych, tzw. autorytetów moralnych i innych sługusów systemowych, którzy popychali autorytarnych władców ku poronionym rozwiązaniom i ku nieefektywnym rządom [10]. Zresztą, ironią historii jest również to, iż cywilizacja ludzka wydała bardzo wielu wybitnych myślicieli i twórców, którzy jednak zajmowali się raczej problemami cząstkowymi a nie kompleksowymi (systemowymi, globalnymi itp.), choć niektórzy pozostawili po sobie wiekopomne dzieła. Szkopuł jednak w tym, iż autorytarni władcy nie chcieli słuchać uczonych i doradców, z reguły mądrzejszych od nich.
W taki to sposób, drogą odwiecznej impotencji i niedowładu systemowego ludzkość dotarła do współczesnej „luki systemowej” w świecie (i w wielu państwach), jaka powstała pod koniec I dekady XXI wieku po upadku neoliberalizmu i systemu jednobiegunowego (USA). Im dłużej taka „luka” będzie utrzymywana, tym gorzej dla wszystkich razem i dla każdego z osobna. Niebezpiecznymi znamionami tej „luki” jest pogłębiający się chaos, anarchia, patologie, kryzys i wzrost napięcia międzynarodowego oraz nowe ciągoty byłego supermocarstwa jednobiegunowego do odzyskania dominującej pozycji w świecie. Dziś nie jest to jednak możliwe, bowiem, w międzyczasie, gruntownie zmienił się układ sił na arenie międzynarodowej. Cywilizacja podąża raczej w kierunku rozwiązań wielobiegunowych (multilateralizm), pokojowych, równoprawnych i partnerskich (np. chiński nowy sprawiedliwy ład międzynarodowy i wspólna przyszłość dla całej ludzkości), a nie tajemny New World Order, np., lansowany przez niektóre instytucje kapitałowe, masońskie i mafijne.
Zaś na gruzach neoliberalizmu powinien powstać zupełnie nowy system kojarzący efektywnie i optymalnie wymagania humanizmu, sprawiedliwości, solidaryzmu, egalitaryzmu oraz racjonalnego gospodarowania, wolnego rynku i interwencjonizmu państwowego w odpowiednich proporcjach. Wymaga to jednak całkowitego wyeliminowania wszystkich dotychczasowych anomalii, absurdów i paradoksów systemowych. Szczególnie ważne jest ustabilizowanie stosunków pomiędzy niektórymi wielkimi mocarstwami oraz wyeliminowanie z nich licznych negatywnych zjawisk: wrogości, podejrzliwości, niezdrowej rywalizacji, dążenia do panowania nad światem itp. A także usunięcie pewnych zgubnych czynników, które mają swe obrazowe acz wymowne określenia: – huśtawka deskowa (jak dla dzieci), raz do góry, raz na dół; – gra na „sumę zero” („zero sum game”) – przegrana jednego partnera równa jest wygranej drugiego partnera; – „pułapka Thucydidesa”, starożytnego historyka greckiego (460 r. – 394 r. p.n.e.), autora teorii, iż nowopowstające mocarstwo budzi obawy i wrogość u istniejącego już mocarstwa, co może doprowadzić nawet do wojny.
Marne perspektywy : powyższa analiza, faktografia i dane statystyczne mówią same za siebie oraz nie wymagają dodatkowych komentarzy i uogólnień. Pandemia pogorszyła bardzo znacznie ww. (i inne) wskaźniki makro oraz sytuacje w wielu dziedzinach życia, pracy i rozwoju. Sprawa jest coraz bardziej oczywista: kumulacja i suma zaniedbań, nieprawidłowości i zagrożeń nagromadzonych w całym rozwoju ludzkości jest już tak ogromna, że sprawia, iż ich usunięcie staje się praktycznie niemożliwe. Tego obawiam się najbardziej. Również z niemożnością graniczy pożądane wprowadzenie świata na drogę zdrowego i zrównoważonego rozwoju. Musimy nazwać te rzeczy po imieniu w duchu uczciwości intelektualnej i moralnej. Cóż więc pozostaje światu? Realnie: brnąć dalej dotychczasową drogą i pogrążać się w bagnie, czy też starać się o poprawę sytuacji ogólnej i szczególnej, mając cichą nadzieję, że tylko nielicznym narodom i państwom (Chiny, Szwajcaria, Skandynawia…) może udać się na początek uniknięcie okrutnej perspektywy?!
Wyjściem z sytuacji powinno być więc zrezygnowanie z wszelkich dotychczasowych poronionych koncepcji teoretycznych, zgubnych modeli rozwojowych i skompromitowanych działań praktycznych, których wypadkowa (suma) doprowadziła świat do skraju przepaści. Faktycznie, niezbędne jest rozpoczęcie wszystkiego prawie od nowa (ale przecież nie od „zera”!). Wiem, że są to zamierzenia tak mało realne, że aż niemożliwe. Niezbędna byłaby chyba wielka rewolucja światowa, aby je zrealizować? Trzeba wszakże się starać i jednocześnie mieć świadomość, że alternatywa jest następująca: albo kompleksowa odnowa globalna, albo też totalna katastrofa cywilizacyjna. Proszę wybierać!

[1]. Wymieniona powyżej w tekście V zagłada gatunków dokonała się około 65 mln lat temu. Wówczas to, ogromna planetoida, o średnicy kilkunastu kilometrów, uderzyła w Ziemię w okolicach Zatoki Meksykańskiej i Półwyspu Yucatan, wyzwalając energię o 2 mln razy większą od energii wybuchu największej bomby wodorowej przeprowadzonego w Związku Radzieckim, w roku 1961. Krater po uderzeniu planetoidy miał średnicę 200 km i głębokość 30 km. Pyły przesłoniły światło słoneczne, średnia temperatura atmosfery ziemskiej, wynosząca przed uderzeniem 27 stopni C, spadła do 5 stopni C. Nastąpiło wielkie ochłodzenie. W wyniku tego i potężnego tsunami wyginęło ¾ gatunków morskich i lądowych, łącznie ze sławetnymi dinozaurami. Obecnie mamy do czynienia z wielkim ociepleniem, póki co, o prognozowane 2 stopnie C (średnio) do końca XXI wieku i też z wymieraniem gatunków w wyniku zmian klimatycznych i destrukcji środowiska naturalnego; Uczeni stwierdzają, iż obecnie dokonuje się, z winy człowieka, VI zagłada gatunków fauny i flory na Ziemi. Rocznie ginie bezpowrotnie 27.000 gatunków. Prof. Louis Leakey, kenijski paleontolog i archeolog, absolwent Uniwersytetu w Cambridge, autor książki „The Sixth Extinction” („Szóste Wymieranie”) ocenia, iż – w ciągu nadchodzących 100 lat – z powierzchni Ziemi zniknie około 50 proc. gatunków fauny i flory, łącznie z homo sapiens, głównym winowajcą. Byłaby to właśnie droga prowadząca do położenia kresu życiu na naszej planecie;
[2]. W 3 krajach (Czad, Haiti, Liberia) liczba mieszkańców żyjących w nędzy wynosi 80 proc. , w 5 krajach (DR Konga, Sierra Leone, Nigeria, Surinam i Swaziland) – 70 proc. oraz w 7 krajach (Zimbabwe, Burundi, Sao Tome i Principe, Niger, Zambia, Komory i Honduras) – 60 proc. . Tak wygląda czołówka największych nędzarzy świata. Szczytowym wyrazem dyferencjacji są dane opublikowane w raporcie konfederacji Oxfam z dnia 18 stycznia 2016 r. Wynika z nich, że 1 proc. najbogatszych ludzi świata posiada taki majątek, jak pozostałe 99 proc. mniej zamożnych, biednych i najbiedniejszych. Ponadto, 62 najbogatszych posiadaczy dysponuje takim majątkiem, jak 50 proc. wszystkich najbiedniejszych ludzi na świecie. Nota bene: organizacja Oxfam została utworzona w Wielkiej Brytanii, w roku 1942, celem walki z biedą i z zacofaniem rozwojowym. Obecnie jest ona konfederacją złożoną z 20 organizacji pozarządowych (NGO’s) współpracującą z partnerami w 90 krajach;
[3]. Źródło: Report of the United Nations’ World Population Prospects, z roku 2015);
[4]. Dane ONZ, FAO, MFW, Banku Światowego i in.;
[5]. Np., w odniesieniu do Syrii, siły zbrojne USA rozpoczęły tam anty assadowskie działania bojowe w sierpniu 2014 r. Średni koszt tych działań wynosi ponad 11,5 mln USD dziennie. Zaś, armia rosyjska przystąpiła do tej wojny (głównie: pro assadowskie bombardowania lotnicze) we wrześniu 2015 r. Dzienny koszt tych poczynań szacowany jest na około 4 mln USD;
[6]. Dane te zostały zaczerpnięte z SIPRI Fact Sheet z dn. 26.04.2021 r. (SIPRI = Stockholm International Peace Research Institute);
[7]. Dane MON;
[8]. Wedle źródeł irańskich, Izrael posiada ponad 400 głowic nuklearnych (głównie neutronowych) zmagazynowanych w ośrodku badań jądrowych Dimona, na pustyni Negev oraz rakiety i myśliwce bombardujące zdolne do przenoszenia tych głowic na średnie i duże odległości;
[9]. Od dawien dawna terroryzm jest zmorą cywilizacji ludzkiej. Za pierwszych terrorystów uważa się żydowskich sykariuszy – nożowników (sicari), którzy atakowali Rzymian (oraz Żydów kolaborujących z nimi) w I wieku. Celem było położenie kresu okupacji Judei przez Rzym. Lucjusz Anneusz Seneka młodszy (4 r. p.n.e. – 65 r. n.e.), znany filozof rzymski, twierdził, iż „ dla bogów nie ma milszej ofiary, jak krew tyranów…”. Od tamtej pory terroryzm wszelkiego rodzaju pochłonął niezliczone ofiary na całym świecie. Nasilenie tego zjawiska obserwujemy w XXI wieku, szczególnie w wydaniu fundamentalistów islamskich. Od 1970 r. do dziś zanotowano na świecie prawie 200.000 aktów terrorystycznych różnego rodzaju. Również w tym przypadku, terroryzm jest wynikiem niesprawiedliwości i zła, które szerzy się na Ziemi. Nowym zjawiskiem jest terroryzm internetowy (cyber terrorism). Ponadto, znajdujemy się w przededniu stosowania przez terrorystów broni masowej zagłady;
[10]. Tragicznym przykładem takich myślicieli jest Milton Friedman (31 VII 1912 r. – 16 XI 2006 r.), znany ekonomista z tzw. szkoły chicagowskiej, noblista, doradca Ronalda Reagana, Margaret Thatcher i US Federal Reserve. Zdecydowany przeciwnik „naiwnej teorii keynesizmu” postulującego, m.in., interwencjonizm państwowy i zwolennik gospodarki wolnorynkowej, „niewidzialnej ręki rynku”, „naturalnej stopy bezrobocia”, monetaryzmu (zwiększania ilości pieniądza w obiegu), stagflacji, prywatyzacji, deregulacji itp. Jego koncepcje legły u podstaw neoliberalizmu, reaganomics i thatcheryzmu, co przyczyniło się do II wielkiego kryzysu globalnego – z wiadomymi skutkami.

Refleksje o strategii i taktyce lewicy

Czy lewica polska ma obecnie swoją strategię polityczną? Czy poszukuje tej strategii? Czy wokół tych poszukiwań krystalizuje się dyskusja polityczna środowisk lewicowych?

Nie są to pytania retoryczne. Każdy ruch polityczny mający ambicję wpływania na los swego państwa i na to, w jakim świecie będzie ono funkcjonowało, musi określić swe cele strategiczne, uczynić je podstawą poważnej debaty publicznej i z punktu widzenia przyjętej strategii oceniać sposób działania w zmieniającej się sytuacji.

Strategia to nie to samo, co taktyka, chociaż między nimi istnieje pewien związek. Taktyka to sposób działania w konkretnej, zmieniającej się sytuacji. To realizacja celów krótko lub średniodystansowych. W polityce właściwie dobrana i skutecznie realizowana taktyka jest warunkiem osiągnięcia powodzenia, ale najlepsza nawet taktyka nie może zastąpić strategii. Ta bowiem określa cele i podstawowe wartości, na których opiera się działanie ruchu politycznego, a tym samym stanowi podstawę jego zbiorowej tożsamości.

Ruch polityczny bez wyraźnie określonej strategii skazany jest na to, że jego losy zależeć będą od – nigdy przecież niezagwarantowanego na wsze czasy – sukcesu taktycznego. Doraźny sukces – na przykład zdobycie mandatów parlamentarnych czy stanowisk państwowych – może zespalać ruch polityczny na krótką metę i dawać jego działaczom zadowolenie skłaniające ich do solidarnego działania, ale nie stanowi gwarancji, że więź ta przetrwa okres niepowodzeń, które nieuchronnie pojawiają się w polityce każdej formacji.

Strategia to, najkrócej mówią, określenie podstawowych wartości, na których ruch polityczny się opiera, oraz celów, do których dąży w długiej perspektywie historycznej. Właśnie ta perspektywa odróżnia cele strategiczne od taktycznych. Te ostatnie dotyczą sytuacji bieżącej, określanej w skali miesięcy lub paru lat. Cele strategiczne dotyczą dalekiej perspektywy, zazwyczaj mierzonej na dziesięciolecia lub nawet na pokolenia.

Radykalna lewica – nie tylko zresztą w Polsce – doświadczyła załamania się strategii, która przyświecała jej przez poprzednie sto lat. Istotą tej strategii było przeświadczenie o konieczności zniesienia ustroju kapitalistycznego i zastąpienia go ustrojem socjalistycznym, rozumianym przede wszystkim jako ustrój oparty na społecznej własności środków produkcji i, co za tym idzie, zniesienie niesprawiedliwych stosunków społecznych, których źródło widziano w podziale klasowym wynikającym z dominacji prywatnej własności kapitału. Okazało się jednak, że rewolucyjne przekształcenie ustroju ekonomicznego nie prowadzi do realizacji socjalistycznej utopii, a nawet może być związane z pojawieniem się nowego typu niesprawiedliwości, których korzenie tkwiły nie tyle w sferze ekonomicznej, co w sferze politycznej – w podporządkowaniu człowieka wszechwładnemu państwu. W połowie ubiegłego stulecia wielu marksistów wracało do myśli formułowanych przez Marksa we wczesnym okresie jego twórczości, gdy wskazywał on na społeczne korzenie alienacji. W ostatnim dziesięcioleciu dwudziestego wieku Andrzej Walicki w swej najważniejszej książce „Marksizm i skok do królestwa wolności” pokazał, jak marksowskie marzenie o przezwyciężeniu alienacji doprowadziło – zamiast skoku do „królestwa wolności” – do nowego zniewolenia.

W państwach, gdzie w dwudziestym wieku podejmowano próbę realizacji rewolucyjnej strategii, jej załamanie się otworzyło drogę do nowego samookreślenia się lewicy. Teoretycznie rzecz ujmując lewica miała wówczas dwie możliwości. Mogła uznać fiasko dotychczasowej polityki „budownictwa socjalizmu” za historyczny przypadek, spowodowany ludzkimi ułomnościami, w tym zwłaszcza błędami przywódców. W tym kierunku poszły partie komunistyczne, które jednak niemal nigdzie (poza Czechami) nie zdołały uzyskać liczącego się poparcia. Mogła także określić się jako ta część sił reformatorskich, której celem i sensem istnienia jest walka o to, by przeprowadzane zmiany ustrojowe w możliwie wielkim stopniu były zgodne z socjalistycznym systemem wartości. Trzydzieści lat temu, w książce poświęconej perspektywom socjalistycznej lewicy tak właśnie rozumiałem znaczenie demokratycznego socjalizmu („Zmierzch systemu: historia i perspektywy demokratycznego socjalizmu w Europie Wschodniej”, Warszawa: Fundacja im. K. Kelles-Krauza 1991).

W pierwszej połowie następnego trzydziestolecia odrodzona lewica polska, której trzonem były Socjaldemokracja RP i Sojusz Lewicy Demokratycznej, prowadziła politykę skierowaną na realizację dość wyraźnie określonego celu strategicznego, jakim było zbudowanie demokratycznego państwa opartego na dobrze funkcjonującej gospodarce i wchodzącego w skład Paktu Północno-Atlantyckiego oraz Unii Europejskiej. Cele te były zbieżne z celami dominującego wówczas nurtu dawnej opozycji demokratycznej, ale lewica różniła się od niej w dwóch podstawowych kwestiach. Po pierwsze: odrzucała neoliberalny kierunek polityki gospodarczej, którego wyrazem był tak zwany :Plan Balcerowicza”, przeciwstawiając mu alternatywną koncepcję „Strategii dla Polski”, jak ją nazwał jej twórca Grzegorz Kołodko. Po drugie: domagała się, by demokratyczne państwo polskie było rzeczywiście wspólnym dobrem wszystkich jego obywateli, co oznaczało przede wszystkim przeciwstawienie się dyskryminowaniu ludzi Polski Ludowej. Wielki sukces Aleksandra Kwaśniewskiego w 1995 i 2000 roku był w znacznej mierze konsekwencją tego, że postrzegany był on jako wyraziciel idei Polski jako wspólnego domu wszystkich jej obywateli.

Były to lata dobre dla Polski. Udało nam się zrealizować podstawowe cele strategiczne, które sobie postawiliśmy. To prawda, że nie uniknęliśmy poważnych błędów – zwłaszcza w drugiej kadencji rządów lewicy (2001-2005). Do najpoważniejszych zaliczam udział w niefortunnej interwencji w Iraku w 2003 roku oraz dopuszczenie do kilku afer korupcyjnych z udziałem niektórych polityków SLD, co walnie przyczyniło się do utraty przez tę partię zaufania obywateli.

Długotrwałego osłabienia lewicy nie da się jednak wyjaśnić tylko tymi błędami. Zabrakło odpowiedzi na pytanie, co jest strategicznym celem lewicy w sytuacji, gdy cele postawione sobie przez nią na początku lat dziewięćdziesiątych zostały zrealizowane. Zaniedbanie pracy nad myślą strategiczną lewicy nie wynikało z niedostatków intelektualnych, lecz ze źle rozumianego pragmatyzmu. Podejmowane przez lewicowe środowiska (skupione miedzy innymi wokół Fundacji Kelles-Krauza czy wokół „Krytyki Politycznej”) traktowane były przez bardzo wielu wpływowych polityków jako nieistotne, co w konsekwencji prowadziło do tego, że lewica nie stworzyła wokół siebie silnego zaplecza naukowego i teoretycznego.

Dominowało myślenie taktyczne, obliczone na krótką perspektywę kolejnych wyborów, w których zresztą lewica od dawna nie odnosi szczególnie wielkich sukcesów. Doceniam znaczenie taktycznego zwycięstwa, jakim było zajęcie trzeciego miejsca w wyborach sejmowych 2019 roku i stworzenie silnego klubu parlamentarnego, a także doprowadzenie do tego, że dzięki współdziałania całej opozycji udało się odbić Senat z rąk Prawa i Sprawiedliwości. Są to dobre znaki na przyszłość.

Potrzebna jest jednak strategia na lata. Nie zrodzi się ona w zaciszu gabinetów. Wymaga poważnej dyskusji z udziałem szerokiego kręgu działaczy i intelektualistów lewicy.

W dyskusji tej trzy kwestie wydają mi się najważniejsze.

Po pierwsze: jaki powinien był program społeczny lewicy, by w stopniu maksymalnie możliwym jego realizacja prowadziła do redukcji niesprawiedliwych i nadmiernych różnic społecznych.

Po drugie: jak zapewnić rzeczywistą wolność i równość wszystkich obywateli niezależnie od ich pochodzenia, przekonań religijnych czy orientacji seksualnych.

Po trzecie: jak w dalszej perspektywie wzmacniać integrację europejską i zapewniać Polsce silną pozycję w zjednoczonej Europie.

Są to cele wykraczające poza horyzont najważniejszego celu taktycznego, jakiemu podporządkowana powinna być polityka lewicy w najbliższych dwóch-trzech latach. Celem tym jest odsunięcie PiS od władzy i przywrócenie rządów prawa w naszym państwie. Celowi temu powinny być podporządkowane wszystkie działania najbliższego okresu, gdyż ewentualne zwycięstwo obecnego obozu rządzącego w następnych wyborach byłoby katastrofą dla Polski i przekreśliłoby na dziesięciolecia perspektywę realizacji strategicznych celów lewicy.

Dla realizacji tego celu taktycznego trzeba budować porozumienie całej demokratycznej opozycji. Dziś jest to trudne, gdyż w Platformie Obywatelskiej silna jest emocjonalna reakcja na konflikt związany z niedawnym głosowaniem w sprawie Europejskiego Funduszu Odbudowy. Nie wolno nam ulegać klimatowi wrogości, który podsycają zwłaszcza niektórzy publicyści ( jak niestety także Tomasz Lis w kolejnych komentarzach publikowanych w „Newsweek Polska”). Gdy opadną emocje, musi dojść do głosu rozum. Ten zaś podpowiada, że bez porozumienia całej demokratycznej opozycji nie uda się odsunąć od władzy obozu, którego polityka czyni z Polski państwo półautorytarne i prowadzi do naszej marginalizacji w Unii Europejskiej.

Mając to na względzie Nowa Lewica powinna dołożyć starań, by jak najszybciej doprowadzić do trwałego porozumienia sił opozycyjnych, w tym także do wypracowania wspólnej taktyki na kolejne wybory samorządowe i parlamentarne. Zaś czyniąc to powinna już teraz poważnie podejść do prac nad długoterminową strategią, bez czego jej zabiegi taktyczne skazane będą na to, że postrzegane będą jako oportunistyczne dążenie do samego tylko udziału we władzy.

Ile unii w Unii?

Polski skansen w regionalnym parku neoliberalizmu. Jaką i którą Unię ma popierać lewica?

Stosunek polskich partii do UE jest przedłużeniem ich usytuowania na rodzimej scenie politycznej. Zjednoczona Prawica uwielbia finansowe pieszczoty, ale nie chce spełnić wszystkich oczekiwań dobroczyńcy. Boi się tego, że polska dusza podszyta jezuickim konwiktem ulegnie pokusom „cywilizacji śmierci”, przestanie uważać wójta (Pcimia), pana (prezesa) i plebana za wyrocznię nie tylko w sprawach światopoglądowych. Formacje liberalne, PO i Polska 2050, podążają za Komisją Europejską jak za panią matką. Podpowiada ona, jak się właściwie zachowywać na salonach bogatego Zachodu: potępiać wschodnich satrapów, wielbić wujka Sama, prowadzić „rozsądną” politykę wobec biznesu. A jaki powinien być stosunek lewicy do obecnej formy ustrojowej UE i polityki jej technokracji? UE ma bowiem dla każdego zarazem coś przyjemnego i coś przykrego. Przypomina tradycyjną rosyjską matrioszkę – mieści się w niej kilka unii. Którą popierać, a którą reformować zgodnie z potrzebami własnego elektoratu i celami dalekosiężnymi lewicy? Bo można się obawiać, że zdesperowana prawica użyje wspólnotowych środków do budowy sieci biznesów, firm, fundacji oplatających mackami krwioobieg gospodarki, uzależni od własnych decyzji funkcjonowanie poszczególnych dziedzin życia społecznego. Dopiero wtedy pojawią się autentyczni wyklęci, zwłaszcza kiedy ich majątek nie będzie szedł w parze z patriotyzmem a la Obajtek. Dopóki firmy z obszaru UE będą mogły działać bez większych przeszkód – wzięcie w karby polskiego pracownika i obywatela nie będzie specjalnie przeszkadzać unijnym szafarzom.

Nieodrodna córa ordoliberała

Integracja w Europie dokonuje się w postaci swobodnego przepływu towarów i kapitału, do pewnego stopnia pracowników. Słowem, to rynek koordynuje aktywność gospodarczą. Ten mechanizm koordynacji wspomaga częściowo integracja polityczna, na dodatek bez demokratycznej kontroli ciała wykonawczego, czyli Komisji Europejskiej. Jak dotąd UE stanowi, według określenia historyka Jerzego Krasuskiego, „gigantyczną operację politycznego przejęcia” ogromnego obszaru gospodarczego i poddania go korzystnej dla biznesu polityce pieniężnej, fiskalnej, a także sposobu finansowania deficytu budżetowego.

Korzenie UE to Europejska Wspólnota Węgla i Stali, alians przemysłu ciężkiego, producentów aut, elektroniki, a potem także farmerów. Celem aliansu była polityka cen. Chodziło o to, by wyeliminować konflikty i konkurencję między „narodowymi” firmami, bo ich rywalizacja przyczyniła się do obu wojen światowych. Dlatego, zdaniem Janisa Warufakisa, w unijnym DNA zapisany jest technokratyczny styl zarządzania kartelem. Istnieje w niej tylko specjalizacja produkcyjna, możliwość lokowania inwestycji, eksportu, a także wspólna waluta w Eurolandzie. Ład instytucjonalny europejskiej wspólnoty jest niedźwiedzią przysługą niemieckich ordoliberałów. Negocjatorem Traktatu Rzymskiego był jeden z ordoliberałów Alfred Müller-Armanak, pierwszym przewodniczącym Komisji Europejskiej był Walter Hallstein (1958-1967), a komisarzem do spraw konkurencji Hans von der Groeben (1958-1967). Stworzyli oni prawne ramy dla funkcjonowania wspólnego rynku i stabilności pieniądza. To ważna okoliczność dla lewicy, ponieważ nie były to inspiracje socjaldemokratycznym reformizmem. Socjaldemokraci niemieccy już w 1955 r. słowami ówczesnego ideologa Karla Schillera uznali przewagę konkurencyjności w dewizie: „Konkurencji tyle, ile możliwe, planowania tyle, ile konieczne”. Ewolucję doktryny potwierdził słynny zjazd w Bad Godesbergu w 1959 r., na którym socjaldemokraci podpisali akt kapitulacji. Uznali bowiem prywatną własność środków produkcji i gospodarkę rynkową jako datum funkcjonowania w systemie. Gospodarka rynkowa staje się „społeczna”, kiedy państwo stwarza odpowiadające jej społeczeństwo, złożone z odpowiedzialnych jednostek. A przecież może tu chodzić o inne rozumienie jej społecznego charakteru. Społeczna czyli nastawiona na wytwarzanie wartości użytkowych niezbędnych do umiarkowanie dobrego życia dla wszystkich. Dlatego powinna być regulowana, regulowana przez reprezentantów racjonalności ogólnospołecznej, w tym także przez pracowników i ich organizacje. Takie stanowisko zajęła Federacja Niemieckich Związków Zawodowych, DGB. Ponieważ zwyciężyła pierwsza koncepcja, Angela Merkel mogła oświadczyć w 2014 r., że „społeczna gospodarka rynkowa to coś więcej niż ład gospodarczy i społeczny. Jej zasady są ponadczasowe”. A więc żadna demokratyczna większość nie mogłaby ich zmienić, jak płci królowej Anglii. Również klonem Bundesbanku jest Europejski Bank Centralny. Nie może zaskakiwać przyjęcie w 2012 r. niemieckiej „złotej reguły” – 3 proc. deficytu budżetowego jako europejskiego kanonu. Ten układ instytucjonalny, zdaniem angielskiego ekonomisty Jana Toporowskiego, doprowadził do sytuacji, w której „Europa ma teraz bank centralny bez rządu i rządy bez banków centralnych”.

Obecne ramy prawne UE stanowią swoisty przekład na język prawa zaleceń doktryny neoliberalnej. Przekład ukazał się pod nazwą Traktat z Maastricht z 1992 r. Zabrania on rządom interwencji w gospodarkę, która może wpłynąć „na wymianę handlową między państwami członkowskimi” (art. 121). W unijnym panteonie króluje bogini konkurencyjności i bożek zdrowych finansów publicznych. Dlatego polityka społeczna i prawo pracy są podporządkowane „konkurencyjności gospodarki Unii” (art. 107). Zakazuje też celowego wspierania przez rządy strategicznych branż i przedsiębiorstw krajowych. Natomiast Karta Praw Podstawowych nie jest obligatoryjna, dlatego Polska podpisała odrębny protokół. Z kolei, Traktat Lizboński, obowiązujący od 2009 r., stawia za cel „trwały rozwój Europy, którego podstawą jest zrównoważony wzrost gospodarczy oraz stabilność cen, społeczna gospodarka rynkowa o wysokiej konkurencyjności”. Wszystko w uścisku Paktu Stabilności i Wzrostu z 2008 r.

Prymat polityki pieniężnej i nacisk na konkurencyjność z pominięciem bezpieczeństwa socjalnego Europejczyków zamknęły politykę gospodarczą państw w żelaznej klatce liberalizmu. Dotychczas wyłączona jest spod jej reguł tylko polityka rolna. Dlatego unii gospodarczej i monetarnej nie wspierała żadna wspólna polityka fiskalna i społeczna. Dopiero Fundusz Odbudowy po pandemii przewiduje wspólne zadłużenie państw tworzących Unię. Pojawił się też temat płacy minimalnej dla całej europejskiej przestrzeni gospodarczej. To pierwszy krok w stronę nowej płaszczyzny integracji – wspólnej polityki fiskalnej i socjalnej. W dalszej przyszłości w agendzie pojawi się zapewne kwestia przebudowy systemu podatkowego. Ze wspólnych funduszy może być finansowana przebudowa energetyki zgodnie z ideą Zielonego Ładu. Fundusz ten mogą powiększać wpływy z opodatkowania zwłaszcza amerykańskich kolosów teleinformatycznych oraz likwidacja rajów podatkowych. Powstaje tu pytanie o motyw tak wielkiego zaangażowania Komisji Europejskiej w przebudowę aparatu produkcyjnego. Czy chodzi tu tylko o to, by ograniczyć jego szkodliwość dla środowiska? Jeśli prawdą jest, że zarówno elektromobilność, jak i OZE przenoszą gdzie indziej ślad ekologiczny, to KE działa głównie w interesie kapitału pozwalając mu znaleźć nowe pole akumulacji przez inwestycje w kolejną generację maszyn i technologii. (zob. mój artykuł w Trybunie 40/2021).

Staro-nowa polska specjalność

Narodziny Eurolandu, do którego Polska nie należy, pozbawiły kraje członkowskie narzędzia makroekonomicznej polityki gospodarczej, jakim była możliwość dewaluacji waluty narodowej dla poprawy konkurencyjności eksportu. Skorzystała na tym gospodarka niemiecka, której konkurencyjność osłabiała mocna marka. Niemiecki eksport radykalnie wzrósł i daje obecnie dużą nadwyżkę bilansu płatniczego. Dodatkowo konkurencyjność wyrobów niemieckiej gospodarki zwiększyło osłabienie statusu pracownika. Po reformach rządu kanclerza Schroedera wydajność pracy na godzinę w Niemczech rosła w latach 1999-2011 o 1,2 proc. rocznie, natomiast płace realne (płace nominalne skorygowane o inflację) zaledwie o 0,7 proc. (za Heinerem Flassbeckiem). Dlatego niemieckie towary i usługi stały się tańsze o 25 proc. w stosunku do wyrobów gospodarek europejskiego Południa i prawie 20 proc. względem Francji. Na tym podłożu wyrósł ogromny kompleks przemysłowy – niemieckie Cesarstwo Przemysłowe, które np. już produkuje elektryczne samochody, tymczasem Polska tylko memy na ich temat. Prawica hołubi inne kompleksy, ale przede wszystkim chciałaby mieć „narodowe” czempiony pod partyjną kontrolą, by wykreowały nową warstwę rządzącą.

Ostateczny bilans poddania polskiej gospodarki regułom unijnym będzie zależał od tego, jaką formę przybierze integracja europejska. Jak dotąd udostępniliśmy wewnętrzny rynek i taniego, i wydajnego pracownika w stosunku do kosztów jego zatrudnienia, np. w r. 2018 koszty pracy stanowiły 2/3 jej wydajności. Ale też dzięki unijnym funduszom w kwocie 125 mld euro wypiękniały w miastach i miasteczkach ulice i kamienice. Tylko w roku 2018 otrzymaliśmy od UE, po odliczeniu składek, 11,5 mld euro. Do PRL los tak się szeroko nie uśmiechnął. Przedmiotem sporu jest miejsce, w którym znalazła się polska gospodarka w światowych łańcuchach produkcji i wartości dodanej.

Zdaniem Thomasa Piketty`ego Polska to teraz foreign owned country,skoro 60 proc. aktywów w polskim sektorze bankowym posiada zagraniczny kapitał, zagraniczne korporacje zatrudniają ponad 30 proc. polskich pracowników, tworzą 2/3 polskiego eksportu, i wytwarzają 42 proc. wartości dodanej. Ponadto, techniczne uzbrojenie pracy (wartość maszyn na jednego pracownika) jest dwu-trzykrotnie niższe niż w Niemczech.

Dlatego polska strategia narodowa musi uwzględniać trwałą obecność w UE, która jest trzecim centrum globalnego kapitalizmu. Nie może to być jednak rezerwuar taniej pracy montażowej dla zachodnich firm. Już 5,5 tys. niemieckich inwestorów znalazło w Polsce poddostawców i podwykonawców, tym łatwiej, że 96 proc. przedsiębiorstw to mikrofirmy, zatrudniające do 9 pracowników.

W tej sytuacji gorszy od inwestora niemieckiego byłby tylko jego brak. Chodzi teraz o świadomą politykę kraju przyjmującego zagraniczny kapitał, by przemieścić polskie firmy bliżej końcowych ogniw w łańcuchach produkcji i wartości dodanej. Dotychczas jest tak, że my produkujemy kadłuby np. autobusów, Niemcy uzbrajają je w nowoczesny napęd, nam pozostaje produkcja standardowych okien, niemieckie firmy wykorzystują najnowsze materiały. Tym bardziej, że na ziemiach „odzyskanych” przez PRL neoliberalna transformacja uśmierciła największe polskie (wcześniej niemieckie) zakłady – we Wrocławiu, Gorzowie, Szczecinie, Elblągu.

Unia autonomicznych jednostek.

Ustrój państw unijnych ma charakter demokratyczno-liberalny. Taki ustrój szanuje autonomię jednostki, w rezultacie –wolność debaty, pluralizm poglądów i postaw (moralności). W debacie liczą się argumenty, nie zaś dogmatyczne przekonania ugruntowane religijnie. Ponadto, bierze się pod uwagę skutki przyjmowanych rozwiązań, regulacji prawnych, jak one mogą wpływać na życie społeczne, „ile przynoszą szkód i pożytków oraz w jakim pozostają stosunku do naszej autonomii i prywatności”, pisze filozof Jan Hartman. W tej perspektywie progresywne Polki i Polacy uzyskują w UE silne wsparcie, by modernizować polski skansenu tradycjonalizmu kulturowego. Narzuca on jego rezydentom narodowo-katolicką tożsamość. Na dodatek, hierarchowie wspierani przez pisowskie państwo zastępują amboną akademicką katedrę, ich obsesje rugują wiedzę medyczną i jej osiągnięcia, np. w sprawie in vitro, biologii rozrodu. W tej perspektywie protest społeczny polskich kobiet jest kolejną fazą spóźnionej nowoczesności, wypierania religii przez moralność i coraz bardziej świeckie koncepcje dobrego życia. Obudzili się prawnukowie Oświecenia, którego w kraju bez mieszczaństwa i bez zwycięskiej reformacji nie było. Ani zakon prawicowych krzyżowców, ani hierarchowie narodowego kościoła, ani kordon propagandowy „narodowej” szczujni nie powstrzymają na dalszą metę tego naporu upodmiotowienia.

Unia republikańska i socjalna jako zadanie europejskiej lewicy

Lewica ma też inną koncepcję republiki niż liberałowie i narodowo-tradycjonalna prawica. Lewica dąży do harmonijnego połączenia praw obywatelskich, politycznych i socjalnych. Chciałaby stworzyć jednostce szanse aktywnego współudziału w kształtowaniu decyzji dotyczących całej wspólnoty, mimo partykularnych różnic interesów i poglądów. Natomiast liberałom chodzi głównie o ochronę przed państwem, jego zamachami na wolny rynek, np. w postaci norm środowiskowych czy przymusu podatkowego. Ten boli najbardziej, zwłaszcza kiedy nie pozwala ukraść pierwszego miliona, a później kolejnych – dzięki optymalizacji podatkowej czy emigracji zysków do rajów podatkowych. Liberał chroni wolność, lecz troskę o materialne warunki jej wykorzystania pozostawia „przedsiębiorczej” jednostce. Lewica zaś uważa, że wolność wymaga nie tylko odpowiednich ram prawnych, ale też materialnych warunków. Dopiero wówczas ludzie czują się nie tylko wolni, ale również bezpieczni, pisze niemiecka filozofka polityki Urlike Guérot. Chodzi tu o tworzenie takiej wspólnoty życia i pracy, która zapewni współpracę autonomicznych jednostek. Taka wspólnota była ideałem kontrkulturowego ruchu lat 60. Odrzucał on ideę hierarchii i formalnego przywództwa. Tworzył porządek oparty na współuczestnictwie. Jego zapleczem społecznym była młodzież dorastająca obywatelsko na uczelniach. Ślady tej koncepcji wspólnoty widać w sposobie zorganizowania partii Razem, ruchów miejskich czy małych zbiorowości na poziomie lokalnym. To umiejętnie zorganizowany ład łączący indywidualizm i samodzielność intelektualną swoich członków jako wartość ze wspólnym realizowaniem uzgodnionych celów. Przeciwieństwem takiej wspólnoty jest amerykański, mozaikowy model zatomizowanego społeczeństwa sukcesu materialnego za wszelka cenę. Mimo że Amerykanie stanowią 4,5 proc. ludności świata, wśród śmiertelnych ofiar COVID-19 co czwarty jest mieszkańcem tego kraju, i to w społeczeństwie, które ma dochód per capita blisko 65 tys. dolarów.

Zielony Ład to początek

W lewicowej perspektywie propozycja Zielonego Ładu nie zamyka listy pilnych zadań. Dalszy postęp integracji Wspólnoty Europejskiej wymaga nowych mechanizmów ustrojowych. Wskazuje je ogólnoeuropejski ruch DiEM25. Unia autonomicznych jednostek daje szanse działań na rzecz lepszej wspólnoty Europejczyków, w której stosunki wyzysku będą wypierane przez współpracę. Jej fundamentem będzie gospodarka podporządkowana nie logice zysku, tylko arytmetyce potrzeb społecznych. Do tego konieczne są mechanizmy demokratycznej kreacji i kontroli wspólnotowych organów władzy. Z czasem będzie to wybór reprezentantów opcji ideowo-programowych w skali całej wspólnoty. Kształtowanie wspólnoty republikańskiej wymaga strategicznych sojuszy. Języczkiem u wagi są specjaliści i klasy pracownicze – w administracji, w służbie zdrowia, wykonawcy usług dla biznesu (korposzczury). Chodzi o to, by harmonizowali oni indywidualny sukces materialny i zawodowy z solidaryzmem na rzecz polskiej wspólnoty życia i pracy, będącej częścią UE oraz częścią wspólnoty planetarnej wszystkich ludzi. Powstanie takiej wspólnoty wymaga istotnej korekty obecnego kursu, zarówno wytyczonego przez nadwiślańskich liberałów, jak i narodowo-konserwatywną prawicę. Wymaga przede wszystkim stworzenia autentycznej przeciwwagi dla biznesu w kraju i w całej UE. Wymaga też twórczej destrukcji modelu wyczynowego kapitalizmu, który wdrożyło, a teraz broni, państwo amerykańskie. Nie zbuduje Zachód takich murów, by zatrzymały pochód wykluczonych z Ameryki Łacińskiej, Azji, Afryki. Święte Przymierze Transatlantyckie musi wypracować modus vivendi z chińskim kolosem dla nowego modelu gospodarki – modelu, który powstrzyma destrukcję ziemskiego ekosystemu, a zarazem pozwoli uszczknąć więcej ze zdobyczy cywilizacji przemysłowej także mieszkańcom globalnego Południa. Prekariusze wszystkich krajów łączcie się.

Na styku Zachodu i Wschodu

O pocovidowej przyszłości globalizacji, dynamice rozwoju światowej gospodarki, zmianach w relacjach politycznych, fali ekstremizmu i perspektywach dla Polski prof. Grzegorz W. Kołodko z Akademii Leona Koźmińskiego w rozmowie z Pawłem Minkiną (Miesięcznik Finansowy BANK).

Jakich zmian w procesie globalizacji możemy spodziewać się po okresie pandemii? Czy w nowej dekadzie należy oczekiwać szerszych napięć w relacjach międzynarodowych, czy wprost przeciwnie, będzie to okres łagodzenia i rozwijania relacji gospodarczych?
Globalizacja – czyli proces liberalizacji i integracji wcześniej w pewnej mierze w odosobnieniu funkcjonujących gospodarek narodowych oraz rynków towarów i kapitału w jeden wewnętrznie sprzężony, wzajemnie powiązany układ ogólnoświatowy – jest nieodwracalna ze względu na siłę oddziaływania korzyści, jakie przynoszą ponadnarodowa wymiana handlowa i łańcuchy produkcyjno-zaopatrzeniowe oraz transfer technologii. Liczą się także aspekty kulturowe, bo globalizuje się nie tylko gospodarka. Fale nowego nacjonalizmu rozlewające się przez całą poprzednią dekadę w następstwie światowego kryzysu finansowego lat 2008–2010 oraz szok spowodowany pandemią koronawirusa wywołały poważne frykcje w procesie globalizacji, ale nie są one w stanie jej zahamować. Bardzo ważna jest przegrana Donalda Trumpa w amerykańskich wyborach prezydenckich, ale niestety ksenofobiczny i ekonomicznie irracjonalny trumpizm, zwłaszcza protekcjonizm i odwracanie się od multilateralizmu, kładły się będą na światowych stosunkach gospodarczych i politycznych długim cieniem jeszcze przez wiele lat.
Grozi nam więc pogłębienie wybranych skrajności i podziałów, czy też można liczyć na swoistą odwilż „potrumpowską”?
Zawsze może być gorzej, ale wiele przesłanek przemawia za tym, że będzie lepiej i że dekada lat 2020. przyniesie pogłębienie i wzmocnienie rozmaitych prorozwojowych aspektów globalizacji. Nie będzie to wszak powrót do status quo ante, a raczej swoista ucieczka do przodu, w stronę bardziej inkluzywnej globalizacji. Istotnie przetasowuje się globalny układ sił, w którym słabnie zwłaszcza pozycja USA, a rośnie znaczenie Chin, co ma określone implikacje dla geopolityki i dla reinstytucjonalizacji globalizacji. Szczególnie przyglądać trzeba się ewolucji i ewentualnej ekspansji chinizmu, tego specyficznego systemu, który opierając się na merytokracji, pragmatycznie i skutecznie z punktu widzenia dynamiki gospodarczej łączy potęgę niewidzialnej ręki rynku z siłą widzialnej ręki państwa.
Zmiany technologiczne, które dokonały się w ostatnich kwartałach, miały być wprowadzone w zdecydowanie dłuższym horyzoncie czasowym. Paradoksalnie okres lockdownu nie zatrzymał, ale przyspieszył wiele procesów gospodarczych. Czy należy się spodziewać dalszego dynamicznego rozwoju gospodarek i krajów wyłącznie technologicznie zawansowanych i pewnej dwu – lub wielobiegunowości rozwoju poszczególnych regionów? A może wprost przeciwnie – łatwiejszy dostęp do pracownika w zdalnej formule czy chociażby możliwości edukacji zdalnej pozytywnie wpłyną na wiele uboższych regionów świata, przyśpieszając ich rozwój?
Technologia i postęp na tym polu ma zasadnicze znaczenia dla tempa wzrostu i charakteru rozwoju gospodarczego. I chociaż prym pod tym względem nadal będą wiodły najbardziej zaawansowane gospodarki OECD, to relatywnie coraz większą rolę będą odgrywały Chiny, które inwestują rekordowe kwoty w B&R oraz w rozwój kapitału ludzkiego. W skali światowej szybciej rosnąć będą gospodarki emancypujące się (przez innych określane jako „emerging markets”), które korzystając z renty zapóźnienia, szeroko czerpią z ponadnarodowego transferu technologii. Nie tylko uboższa część Azji będzie rozwijała się szybciej niż bogate kraje tego kontynentu – np. Pakistan szybciej niż Japonia czy Indonezja szybciej niż Korea Południowa – lecz także gospodarka Afryki rosnąć będzie szybciej niż Europy, a Ameryki Południowej bardziej niż Północnej. I dobrze, bo nie tylko poprawi to byt milionów ludzi, lecz może również zmniejszać presję na masowe migracje ludności, który to proces w sposób niebezpieczny wymyka się spod kontroli.
A w zakresie lokacji kapitału należy zwrócić uwagę na pewne odwrócenie lub zmianę dotychczasowych trendów?
Trwać będą już wyraźnie zauważalne zmiany w kierunkach i intensywności przepływu kapitału. Według najnowszego raportu Konferencji Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju, UNCTAD, bezpośrednie inwestycje zagraniczne, BIZ, ulokowane w USA osiągnęły rekordowy poziom 472 mld USD w 2016 r. Od tego czasu sukcesywnie spadają, w ubiegłym roku wyniosły już tylko 134 mld. Odwrotną tendencję obserwujemy w Chinach, gdzie BIZ wzrosły ze 134 mld USD w 2017 r. do 163 mld w 2020 r. Tak więc BIZ trafiające do Chin to już bardziej wartki strumień niż ten płynący do USA; i to pomimo amerykańskich sankcji. W Wielkiej Brytanii natomiast odnotowano w ub.r. wręcz załamanie BIZ. O ile w 2019 r. dopłynęło ich tam jeszcze 45 mld USD, to w zeszłym roku efekt netto był ujemny i wyniósł – 1,3 mld USD. Takie między innymi są skutki brexitu.
Czy olbrzymie ponadnarodowe wyzwanie zarówno medyczne, jak i logistyczne, a także finansowe związane z programem szczepień może stanowić impuls do wzmocnienia i rozwijania na świecie koncepcji „dobra wspólnego” w innych obszarach? Czy ten krytyczny okres 2020 r. może wg pana stanowić pewien zwrot w relacjach między gospodarkami rozwiniętymi a krajami ubogimi, umożliwiając szersze spojrzenie przywódców i organizacji na tak kluczowe i elementarne problemy, jak dostęp do wody, podstawowej opieki medycznej czy edukacji?
Dobrze byłoby, gdyby zaiste okazało się, że „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Obawiam się jednak, że tak nie jest, że nawet tak ogromny wstrząs, jak pandemia COVID-19, to za mało, aby do gruntu przeorać system wartości dominujący we współczesnym światowym kapitalizmie, jakże wielce skażonym wirusem neoliberalizmu, a teraz jeszcze złej nań odpowiedzi w postaci nowego nacjonalizmu i populizmu. Miast stawać się coraz bardziej obywatelami tego wędrującego świata, wielu ludzi staje się coraz bardziej mieszkańcami swoich narodowych i lokalnych zaścianków. Dużo wynika przy tym z jakości politycznego przywództwa. Niektórzy w tych ciężkich czasach się sprawdzają, jak prezydent Emmanuel Macron czy kanclerz Angela Merkel, bo potrafią widzieć dalej niż koniec a to francuskiego, a to niemieckiego nosa, inni, jak premierzy Wielkiej Brytanii Boris Johnson czy Indii Narendra Mori, bynajmniej. Szybko okaże się, na co będzie stać nowego premiera Japonii, Yoshihide Suga, i następnego kanclerza Niemiec. Liczą się też przywódcy wielu innych państw.
W nowej dekadzie możemy więc liczyć na pewne nowe otwacie, co może decydować o skali zmian i charakterze światowych relacji?
Co będzie dalej? Najwięcej zależeć będzie od globalnej polityki nowego prezydenta USA, Joe Bidena, a także od chińskiego przywódcy Xi Jinpinga. Ogromne znaczenie ma dalsza ewolucja tzw. Chimeryki, tego potężnego G-2. Jeśli USA potrafią wyzwolić się z chorobliwej sinofobii, a Unia Europejska nie ulegnie rusofobii, jeśli uda się pójść dalej i głębiej ku multilateralizmowi, to będą rosły szanse na poprawę stosunków międzynarodowych. Polityka gospodarcza – tak wewnątrz poszczególnych krajów, jak i na płaszczyźnie międzynarodowej – powinna opierać się na nowym pragmatyzmie – heterodoksyjnej teorii ekonomicznej i wynikającej z niej polityki gospodarczej kształtującej pożądaną synergię równowagi ekonomicznej (produkcja-sprzedaż; eksport-import; oszczędności-inwestycje; podatki-wydatki) oraz społecznej i ekologicznej. W porównaniu do lat 2010. dekada lat 2020. pod tym względem ma szanse wypaść znacznie lepiej.
Wspomniany wzrost populizmu oraz nacjonalizmu i reakcje oraz decyzje społeczne obserwowane chociażby w USA, Francji czy Wielkiej Brytanii to pokłosie wyłącznie problemów ekonomicznych, czy też należy doszukiwać się głębszych podstaw takich postaw? Być może właśnie obecna dynamika zachodzących procesów i ich brak zrozumienia (chociażby związanych z pandemią) stanowią silne pole do rozwoju różnego rodzaju ekstremizmów? Jak czytać wzrost postaw antydemokratycznych w gospodarkach, w których społeczeństwo ma coraz szerszy dostęp do wiedzy? Czy kolejne lata mogą te procesy wzmocnić i jak te procesy mitygować?
Powiadam, że ludzie wychodzą wpierw z siebie, a potem na ulice. Współcześnie wychodzą w tak wielu miejscach świata, jak nigdy dotychczas. Od Santiago do Władywostoku, od Quito do Tunisu, od Kampali do Bratysławy, od Bangkoku do Berlina, od Algieru do Warszawy. I czynią to z różnych względów, w licznych przypadkach – chociażby w Polsce – z powodów pozaekonomicznych. Niektóre z tych protestów mają podtekst a to nacjonalistyczny, a to populistyczny, wiele innych ma jednakże głębokie uzasadnienie w niezadowoleniu z popsutych mechanizmów politycznych, społecznych, gospodarczych. Dysfunkcjonalne okazują się nie tylko reżimy autorytarne – od Egiptu po Mjanma – lecz także demokratyczne – od Francji po Argentynę, nie tylko w krajach biednych, jak w Gwinei czy Nepalu, lecz i w bogatych, jak w Australii i we Włoszech.
Przed nami bardzo skomplikowana sytuacja i nie da się tego zmieścić na jednym obrazie. Nie wolno mylić słusznego buntu politycznego i towarzyszących mu demonstracji, np. na Białorusi, z manifestacjami i towarzyszącymi im powyborczymi ekscesami w USA. Trzeba uważać, bo do słownika języka politycznego trzeba znowu przywołać termin „anarchizacja”. Ryzyko jej pojawiania się – od Hongkongu do Tunisu, od Boliwii do Jemenu, ale też i w innych, bardziej rozwiniętych gospodarczo miejscach – jest niebłahe. Groźbie anarchizacji zaś przeciwdziałać można na dwa sposoby: poprzez wzmacnianie instytucji społeczeństwa obywatelskiego i demokracji przedstawicielskiej albo poprzez autorytaryzm. Trzeba uważać…
W kontekście chociażby zmian politycznych w USA oraz planowanych na jesieni zmian w Niemczech, jakie kierunki zawężania lub poszerzania relacji powinny towarzyszyć polskiej polityce zagranicznej i gospodarczej w perspektywie najbliższych lat?
O zawężaniu nie powinno być mowy. Umiejętne wykorzystywanie nieodwracalnej globalizacji to sprawa polskiej racji stanu. Trzeba grać na wielu fortepianach; przede wszystkim trzeba pro publico bono rozgrywać nasze położenie geopolityczne. To wielka wygrana historycznego losu, że w tych czasach znaleźliśmy się na styku Zachodu, którego podczas minionego pokolenia staliśmy się, nie przesuwając się ani o centymetr, w pełni zintegrowaną częścią, oraz Wschodu, który choćby ze względów historycznych powinniśmy niejednokrotnie rozumieć lepiej niż niektórzy nasi zachodni sąsiedzi. W światowej grze geopolitycznej i ekonomicznej Polska się nie liczy; wytwarzamy mniej niż 0,9 proc. globalnej produkcji, naszą ojczyznę zamieszkuje raptem nieco ponad pół procenta ludzkości.
Liczymy się natomiast w Unii Europejskiej, będąc największą gospodarką pośród jej nowych członków, a Unia z kolei odgrywać będzie większą nawet niż dotychczas rolę w globalnych rozdaniach. To ona, wraz z USA i Chinami, będzie w największym stopniu decydować o biegu procesu globalizacji i charakterze rozwoju w przyszłości. UE ma do spełnienia szczególną misję na światowej scenie i dobrze się stało, że nie dała się wmanewrować w konflikt amerykańsko-chiński, czego pragnęły Stany Zjednoczone pod prezydenturą Trumpa. Polsce też udało się nie zająć stronniczej pozycji po amerykańskiej stronie. Teraz powinniśmy w ramach UE, zwłaszcza współpracując z Niemcami i Francją, wspierać sprzęganie układu euro-atlantyckiego, wciąż z USA na czele, z układem euro-azjatyckim, powoli z Chinami na czele. Oczywiście, nie zapominając, że nader ważką składową tego drugiego jest nasz wschodni sąsiad, Rosja, a także inni partnerzy, w tym Turcja i Indie. To ma być klucz naszej strategii międzynarodowej, a nie wiara w moc sprawczą, iluzoryczną przecież, wyszehradzkiej czwórki czy wątpliwy projekt tzw. Trójmorza.
Wydaje się, że polska gospodarka po raz kolejny (po kryzysie 2007–2009) pokazuje, że jest stosunkowo odporna, wyróżniając się pozytywnie na europejskim tle. Obecnie obserwujemy ponad 30-letni względnie stabilny rozwój gospodarczy kraju. Czy kolejna dekada może okazać się równie pomyślna dla krajowej gospodarki? Jakich w tym zakresie możemy upatrywać zagrożeń, co stanowi szanse rozwojowe kraju?
Bynajmniej nie jest tak, że „obserwujemy ponad 30-letni względnie stabilny rozwój gospodarczy kraju”. To był czas, jeśli nie wzlotów i upadków, to na pewno radykalnych przyspieszeń i spowolnień, nie przesadzajmy więc, pochopnie uogólniając i uśredniając. Przecież pierwsze lata po politycznym przełomie Okrągłego Stołu to był okres najgłębszego w pokojowych dziejach załamania produkcji. Wskutek ewidentnych błędów tzw. szokowej terapii w trakcie dwunastu kolejnych kwartałów spadał PKB i w sumie od drugiej połowy 1989 r. do połowy 1992 r. obniżył się o drastyczne prawie 20 proc. ! Później, w końcu lat 1990., w wyniku niepotrzebnego przechłodzenia gospodarki tempo wzrostu spadło z osiągniętego w wyniku mojej „Strategii dla Polski” rekordowego 7,5 proc. w II kw. 1997 r. do śladowych 0,2 proc. w IV kw. 2001 r. Takie bywają następstwa opierania złej polityki na błędnych założeniach teoretycznych. A że mimo to wypadamy wyraźnie lepiej na tle innych krajów regionu? Cóż, tam popełniono jeszcze więcej błędów, a ponadto nigdzie – poza Węgrami – nie było tak korzystnych warunków startu do posocjalistycznej transformacji ustrojowej jak w Polsce w wyniku prorynkowych reform z okresów wcześniejszych.
A, nawiązując do perspektyw obecnie rozpoczętej 10-latki, jakich zmian gospodarczych możemy się spodziewać?
Co zaś do bieżącej dekady, to odnotowywać będziemy ponadprzeciętną dynamikę – tak na tle całego świata, jak i w porównaniu do bogatych krajów Unii Europejskiej – przy czym to też będzie okres istotnych wahań tempa wzrostu, acz nie aż tak znaczących jak podczas minionych trzech dekad. Te wahania powodowane będą po części w sposób naturalny cyklami koniunkturalnymi, po części wynikać będą z nieprzewidywalnych teraz szoków zewnętrznych, po części ze zmian w realizowanej polityce gospodarczej, o których to zmianach konkretnie obecnie też niewiele można powiedzieć. Średnio biorąc, stać nas na trzy-czteroprocentowe tempo wzrostu PKB i warto zabiegać o każdy promil dynamiki, bo w skali dekady nawet małe roczne różnice w sumie mogą czynić różnice wielkie. Wystarczy wspomnieć, że przy średniorocznym tempie wzrostu w wysokości 3 proc. PKB w dziesięcioleciu rośnie o 34,4 proc. , a przy 4 proc. aż o 48 proc. . Innymi słowy, jeden punkt procentowy wyższego tempa wzrostu to po dekadzie aż 8 tys. zł na głowę więcej. Pamiętajmy wszak, że PKB to nie wszystko, tym bardziej że jesteśmy już w poPKBowskiej rzeczywistości, jak to określam.
Dynamikę gospodarczą – przy równoczesnym zatroskaniu się o równowagę, co może być w strategii rozwoju nawet ważniejsze – można by odczuwalnie zwiększyć, przystępując przy właściwym kursie do obszaru walutowego euro, ale na to się nie zanosi, przynajmniej tak długo, jak u władzy utrzymuje się obecnie rządząca ekipa. W sumie – będzie lepiej, acz nie dla wszystkich i nie aż w takim stopniu, jak byłoby to możliwe przy właściwej strategii dla Polski na miarę trzeciej dekady XXI wieku. Powiedzmy otwarcie, że im większa będzie spójność społeczna, tym szybszy będzie rozwój gospodarczy. Współcześnie nam tej spójności brakuje bardziej niż kapitału.

Wspólnie stwórzmy lepszą przyszłość dla świata po pokonaniu pandemii

Niedawno odbyło się wiele spotkań, które przyciągnęły uwagę społeczności międzynarodowej, były to: 12. spotkanie przywódców grupy państw BRICS, 27. nieoficjalne spotkanie przywódców gospodarczych Azji i Pacyfiku (APEC), 15. szczyt przywódców Grupy G20.

Brał w nich udział Przewodniczący Xi Jinping, wygłaszając ważkie przemówienia, w których wskazał szereg inicjatyw, nowych koncepcji i środków, mających na celu poszerzenie współpracy stron i osiągnięcie konsensusu w zakresie istotnych obecnie problemów, tj. osiągnięcia całkowitej kontroli nad pandemią, wspierania rozwoju gospodarczego i społecznego, ochrony multilateralizmu i wolnego handlu, wzmocnienia systemu globalnego zarządzania. Przemówienia Przewodniczącego Xi wypełnione były dalekosiężnymi przemyśleniami i koncepcjami. Przewodniczący dał więc wyraźny sygnał, iż Chiny podczas promocji własnego wysokiej jakości rozwoju, równocześnie będą nieustannie poszerzać swe otwarcie na zewnątrz. Przedstawił „chińskie rozwiązania” dla świata, by ten wykorzystując „chińską mądrość” wyszedł z grzęzawiska recesji, by społeczność międzynarodowa czuła silniejszą motywację i wiarę w zwycięstwo.
Po pierwsze, winniśmy ramię w ramię walczyć z epidemią COVID-19.
Najsilniejszą, prowadzącą nas do zwycięstwa bronią jest solidarna współpraca. Wola Chin, by wraz z innymi państwami wspólnie stawiać czoła trudnościom i zgodnie toczyć bój z pandemią jest niezachwiana. Wzywamy wszystkie strony do kierowania się ideami, wedle których człowiek i życie ludzkie mają znaczenie nadrzędne, do zachowania ducha naukowej racjonalności, do aktywnego wspierania kluczowej roli, jaką odgrywa Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), do wzmocnienia wspólnej międzynarodowej profilaktyki i kontroli chorób, do dzielenia się doświadczeniami w zakresie użycia technologii cyfrowej w zwalczaniu epidemii oraz przywracania gospodarki oraz do tego, by jak najszybciej skonsolidować jak największe wspólne siły do walki z epidemią i razem stworzyć globalny firewall zabezpieczający nas przed chorobą. Jeśli chodzi o zainteresowanie społeczności międzynarodowej szczepionką, to Chiny osiągają zadowalające rezultaty w badaniach. Będziemy nieustannie wspierać współpracę międzynarodową w zakresie prowadzonych prac nad szczepionką oraz aktywnie w nich uczestniczyć, będziemy wdrażać rozpoczęty przez WHO program COVAX i przekazywać innym państwom, a w szczególności krajom rozwijającym się, chińską szczepionkę, która dzięki naszym wysiłkom stanie się ogólnie dostępna dla ludzi ze wszystkich krajów.
Po drugie, winniśmy podejmować więcej działań w celu przywróceniu rozwoju gospodarczego.
Przeciwstawienie się pandemii jest dla łańcuchów przemysłowego i dostaw bardzo poważnym wyzwaniem, strona chińska od początku wzywała wszystkie państwa do tworzenia kolejnych bodźców dla gospodarczej współpracy międzynarodowej i utrzymywania dla niej otwartej przestrzeni tak, by przyspieszyć odrodzenie gospodarcze. Po pierwsze należy utrzymywać otwarty rozwój i chronić wielostronnego systemu handlu, którego fundament stanowi Światowa Organizacja Handlu (WTO), sprzeciwiać się nadużywaniu pojęcia bezpieczeństwa narodowego w celu realizowania protekcjonizmu, zapewniać bezpieczeństwo łańcuchów przemysłowych i dostaw oraz ich płynność, jak również pomagać wszystkim państwom w jak najszybszym przywróceniu działania gospodarek. Po drugie należy wspierać innowacyjny rozwój i stwarzać przyjazne warunki dla rozwoju gospodarki cyfrowej. Wraz z innowacjami technologicznymi oraz transformacją cyfrową nadany zostanie nowy impuls rozwojowy, dzięki któremu wspólnie osiągniemy wyższej jakości i bardziej trwały rozwój. Po trzecie należy utrzymywać włączenie społeczne w rozwoju i sprawić, by więcej zasobów było kierowanych na redukcję ubóstwa, edukację, opiekę zdrowotną i budowę infrastruktury, co skutecznie pomoże krajom rozwijającym się w pokonywaniu trudności i przyniesie szersze korzyści wszystkim ludziom. Po czwarte należy wpierać zielony rozwój i wdrażać postanowienia Porozumienia Paryskiego w odpowiedzi na zmiany klimatu, jak również w szerokim zakresie przechodzić na pozyskiwanie czystej energii i wspólnie budować przyjazny naturze ekosystem tak, by stworzyć czysty i piękny świat.
Po trzecie, zarządzanie światem powinno odbywać się na zasadach równości i sprawiedliwości.
Wybuch pandemii uwidocznił, że obecny system globalnego zarządzania jest niewystarczający. Opierając się na koncepcji światowego zarządzania, obejmującej szeroko zakrojone konsultacje, wspólny wkład i wzajemne korzyści, Chiny nadal opowiadają się za tym, aby wszystkie kraje przestrzegały multilateralizmu, utrzymywały otwartość, inkluzyjność i wzajemnie korzystną współpracę oraz postępowały zgodnie z duchem czasu, jak również by wspierały ONZ w skuteczniejszym osiąganiu globalnego konsensusu i koordynowaniu działań globalnych. Będziemy stanowczo chronić wielostronnego systemu handlu, który ma swe podstawy w zasadach, jest przejrzysty, daleki od dyskryminacji, otwarty i inkluzyjny. Będziemy propagować wolny handel i stać na straży uczciwej konkurencji. Opowiadamy się za wykraczaniem poza ramy ideologii, za poszanowaniem systemów społecznych wybranych przez kraje na podstawie ich własnych warunków narodowych, modeli ekonomicznych i ścieżek rozwoju oraz za budowaniem bardziej sprawiedliwego i zrównoważonego partnerstwa na rzecz globalnego rozwoju. Chiny będą pogłębiać współpracę ze wszystkimi państwami świata, zwłaszcza z krajami rozwijającymi się i rynkami wschodzącymi tak, aby sprawić, że kierunek rozwoju ładu międzynarodowego zwróci się w stronę sprawiedliwości i racjonalności oraz stworzona zostanie wspólna przyszłość dla całej ludzkości.
Obecnie Chiny – po stoczonej walce z epidemią, osiągnęły ogromne rezultaty o znaczeniu strategicznym, dzięki temu urzeczywistniają stały postęp w dziedzinie gospodarki. Ponadto przedstawiły nowy model rozwoju oparty głównie na obiegu krajowym oraz na wspólnie napędzających się dwóch obiegach: krajowym i międzynarodowym. Decyzja ta ma charakter długoterminowy i strategiczny, została podjęta przez Chiny w odpowiedzi na falę globalizacji, a oparta była na głębokiej integracji własnej gospodarki z gospodarką światową. Stworzenie nowego modelu rozwojowego Chin nie oznacza zamknięcia obiegu krajowego, ma ono na celu lepsze połączenie rynków krajowych i międzynarodowych przy jednoczesnej poprawie odporności gospodarczej i konkurencyjności, co w rezultacie doprowadzi do stworzenia nowego systemu gospodarczego o jeszcze wyższym stopniu otwarcia. Zgodnie z nowym schematem rozwoju, potencjał rynkowy Chin zostanie w pełni pobudzony, tworząc większy popyt i stwarzając więcej możliwości dla krajów na całym świecie. Chiny są gotowe zacieśnić współpracę ze wszystkimi państwami, w tym z Polską, aby działać na rzecz: jak najszybszego przezwyciężenia pandemii przez społeczność międzynarodową, powrotu wzrostu gospodarczego na swe dawne tory, zrównoważonego rozwoju oraz współpracy nad stworzeniem lepszej przyszłości dla świata po pokonaniu pandemii.

Uczcie się od Chin!

Czy można już ogłaszać, że w październiku 2020 roku narodziły się nowe Chiny? I nowy podział świata?

Zakończone ostatnio V Plenum Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Chin przyjęło pięcioletni plan rozwoju gospodarki na lata 2021-2025 oraz podstawy piętnastoletniego planu rozwoju społeczeństwa.

Plany pięcioletnie i długoletnie programy rozwoju nie są czymś nowym w Chinach, ale tym razem nastąpiła widoczna zmiana priorytetów w rozwoju społeczeństwa i gospodarki.
Po trzydziestu latach intensywnego, często rekordowego, wzrostu chińskiego PKB, władze chińskie zamierzają teraz postawić na jakość rozwoju gospodarczego i społecznego.
Odchodzą od powszechnej, także na świecie, zasady „wzrost gospodarczy ponad wszystko”. Od mierzenia rozwoju i jakości życia gospodarczego przede wszystkim według wzrostu PKB.
Teraz rozpoczyna się proces przekształcania obecnej intensywnej gospodarki w nową jej formę. W ciągu piętnastu lat powstanie w Chinach „wielkie, nowoczesne państwo socjalistyczne” wykorzystujące przede wszystkim nowotworzoną „innowacyjną gospodarkę”.
To oznacza stopniowe ograniczanie liczby przedsiębiorstw działających na zasadzie maksymalizacji produkcji, czasem produkcji nieracjonalnej , marnotrawiącej zasoby naturalne, na rzecz przedsiębiorstw kierujących się zasadami gospodarki zrównoważonego rozwoju.
Priorytetami nowej gospodarki będą innowacyjność, zwłaszcza robotyzacja i sztuczna inteligencja, oraz jej energooszczędność. Większe wykorzystywanie odnawialnej energii. W tym celu niezbędny jest rozwój Internetu i upowszechnienie stosowania technologii 5G.
Ważnymi filarami obu planów będzie ochrona środowiska naturalnego i rozwój „zielonej gospodarki”. Priorytetami stanie się ochrona wody i powietrza, Już teraz powstają w Chinach nowe dzielnice-miasta zaprojektowane i budowane wedle rygorów „zielonych technologii”.
Ta nowoczesna gospodarka stanie się bazą dla rozwijającego się społeczeństwa chińskiego. Nowoczesnej, wykształconej, aktywnej gospodarczo i społecznie ponad czterystu milionowej klasy średniej. Stabilizującej system polityczny państwa .Zapewniającej mu harmonijny rozwój.
Ważnym celem obu planów jest konsekwentne ograniczanie dysproporcji między obszarami miejskimi i wiejskimi. Zwłaszcza, że po trzydziestu latach ekspansji chińskiej gospodarki na rynkach globalnych, teraz jej priorytetem będzie też rynek wewnętrzny.
Dlatego nowa klasa średnia powinna więcej konsumować produktów chińskich. Ale ta konsumpcja wewnętrzna, podobnie jak produkcja, też będzie miała swe priorytety. Preferowana będzie konsumpcja racjonalna. Wybierająca produkty „zielonej gospodarki”, wspierająca ochronę środowiska .
Preferowany będzie rozwój kultury, permanentnej edukacji, turystyki wewnętrznej. I wszelkich form wspierania zdrowego, aktywnego fizycznie życia.
Jeśli realizacja tych zamierzeń powiedzie się , to przyszłe „innowacyjne Chiny”, zmienią powstały jeszcze w XX wieku, w czasach „zimnej wojny”, podział świata.
Na „Pierwszy Świat”, czyli bogate państwa Sojuszu Północnoatlantyckiego. „Drugi Świat”, czyli ścigający je w rozwoju ZSRR i jego europejskie państwa sojusznicze. I „Trzeci Świat”. Państwa poszukujące wtedy swojej drogi rozwoju.
Chiny w XX wieku zaliczane były do państw Trzeciego Świata. Choć jeszcze w 1820 roku cesarskie Chiny były pierwszą gospodarką ówczesnego świata. A w XVIII wieku były wzorem kulturowym dla europejskich elit.
Warto przypomnieć, że niemiecki uczony Gottfried Wilhelm Leibniz dowodził wtedy, że Chińczycy swą kultura, stylem życia, zwłaszcza w kwestiach etyki i polityki, przewyższają uważającą się za centrum cywilizacji Europę.
Uczcie się od Chin ! – to hasło powtarzali francuscy XVIII wieczni uczeni z Wolterem na czele. Bo Chiny były wtedy dla europejskich elit wzorem merytokracji. Monarchii oświeconej zarządzanej przez wykwalifikowanych urzędników państwowych. Rekrutowanych i awansowanych dzięki ich kwalifikacjom potwierdzanych zdawanymi przez nich egzaminom. A nie jedynie urodzeniu się w szlacheckich rodzinach, jak to było wtedy w feudalnej Europie.
Niestety pod koniec XVIII wieku chińskie elit zamknęły swe państwo i gospodarkę na osiągnięcia europejskiej rewolucji naukowo- technicznej. Błędy warstw panujących zemściły się szybko. W XIX wiecznych Chinach nastąpił okres chaosu systemu politycznego i upadku gospodarki. Odbudowa przodujących, atrakcyjnych dla świata Chin nastąpiła po powstaniu Chińskiej Republiki Ludowej.
Jeśli w China powiedzie się realizacja przyjętych właśnie planów rozwoju społeczno- gospodarczego, to w ciągu kilkunastu lat Chiny staną się nie tylko przodującą „innowacyjną gospodarką”.
Również wzorem dla milionów zwolenników „zielonej gospodarki” na całym globie. Również mieszkańców dawnego Pierwszego i Drugiego Świata.
Wtedy to oni będą powtarzać wolterowskie wezwanie :
Uczcie się od Chin !”