Refleksje o strategii i taktyce lewicy

Czy lewica polska ma obecnie swoją strategię polityczną? Czy poszukuje tej strategii? Czy wokół tych poszukiwań krystalizuje się dyskusja polityczna środowisk lewicowych?

Nie są to pytania retoryczne. Każdy ruch polityczny mający ambicję wpływania na los swego państwa i na to, w jakim świecie będzie ono funkcjonowało, musi określić swe cele strategiczne, uczynić je podstawą poważnej debaty publicznej i z punktu widzenia przyjętej strategii oceniać sposób działania w zmieniającej się sytuacji.

Strategia to nie to samo, co taktyka, chociaż między nimi istnieje pewien związek. Taktyka to sposób działania w konkretnej, zmieniającej się sytuacji. To realizacja celów krótko lub średniodystansowych. W polityce właściwie dobrana i skutecznie realizowana taktyka jest warunkiem osiągnięcia powodzenia, ale najlepsza nawet taktyka nie może zastąpić strategii. Ta bowiem określa cele i podstawowe wartości, na których opiera się działanie ruchu politycznego, a tym samym stanowi podstawę jego zbiorowej tożsamości.

Ruch polityczny bez wyraźnie określonej strategii skazany jest na to, że jego losy zależeć będą od – nigdy przecież niezagwarantowanego na wsze czasy – sukcesu taktycznego. Doraźny sukces – na przykład zdobycie mandatów parlamentarnych czy stanowisk państwowych – może zespalać ruch polityczny na krótką metę i dawać jego działaczom zadowolenie skłaniające ich do solidarnego działania, ale nie stanowi gwarancji, że więź ta przetrwa okres niepowodzeń, które nieuchronnie pojawiają się w polityce każdej formacji.

Strategia to, najkrócej mówią, określenie podstawowych wartości, na których ruch polityczny się opiera, oraz celów, do których dąży w długiej perspektywie historycznej. Właśnie ta perspektywa odróżnia cele strategiczne od taktycznych. Te ostatnie dotyczą sytuacji bieżącej, określanej w skali miesięcy lub paru lat. Cele strategiczne dotyczą dalekiej perspektywy, zazwyczaj mierzonej na dziesięciolecia lub nawet na pokolenia.

Radykalna lewica – nie tylko zresztą w Polsce – doświadczyła załamania się strategii, która przyświecała jej przez poprzednie sto lat. Istotą tej strategii było przeświadczenie o konieczności zniesienia ustroju kapitalistycznego i zastąpienia go ustrojem socjalistycznym, rozumianym przede wszystkim jako ustrój oparty na społecznej własności środków produkcji i, co za tym idzie, zniesienie niesprawiedliwych stosunków społecznych, których źródło widziano w podziale klasowym wynikającym z dominacji prywatnej własności kapitału. Okazało się jednak, że rewolucyjne przekształcenie ustroju ekonomicznego nie prowadzi do realizacji socjalistycznej utopii, a nawet może być związane z pojawieniem się nowego typu niesprawiedliwości, których korzenie tkwiły nie tyle w sferze ekonomicznej, co w sferze politycznej – w podporządkowaniu człowieka wszechwładnemu państwu. W połowie ubiegłego stulecia wielu marksistów wracało do myśli formułowanych przez Marksa we wczesnym okresie jego twórczości, gdy wskazywał on na społeczne korzenie alienacji. W ostatnim dziesięcioleciu dwudziestego wieku Andrzej Walicki w swej najważniejszej książce „Marksizm i skok do królestwa wolności” pokazał, jak marksowskie marzenie o przezwyciężeniu alienacji doprowadziło – zamiast skoku do „królestwa wolności” – do nowego zniewolenia.

W państwach, gdzie w dwudziestym wieku podejmowano próbę realizacji rewolucyjnej strategii, jej załamanie się otworzyło drogę do nowego samookreślenia się lewicy. Teoretycznie rzecz ujmując lewica miała wówczas dwie możliwości. Mogła uznać fiasko dotychczasowej polityki „budownictwa socjalizmu” za historyczny przypadek, spowodowany ludzkimi ułomnościami, w tym zwłaszcza błędami przywódców. W tym kierunku poszły partie komunistyczne, które jednak niemal nigdzie (poza Czechami) nie zdołały uzyskać liczącego się poparcia. Mogła także określić się jako ta część sił reformatorskich, której celem i sensem istnienia jest walka o to, by przeprowadzane zmiany ustrojowe w możliwie wielkim stopniu były zgodne z socjalistycznym systemem wartości. Trzydzieści lat temu, w książce poświęconej perspektywom socjalistycznej lewicy tak właśnie rozumiałem znaczenie demokratycznego socjalizmu („Zmierzch systemu: historia i perspektywy demokratycznego socjalizmu w Europie Wschodniej”, Warszawa: Fundacja im. K. Kelles-Krauza 1991).

W pierwszej połowie następnego trzydziestolecia odrodzona lewica polska, której trzonem były Socjaldemokracja RP i Sojusz Lewicy Demokratycznej, prowadziła politykę skierowaną na realizację dość wyraźnie określonego celu strategicznego, jakim było zbudowanie demokratycznego państwa opartego na dobrze funkcjonującej gospodarce i wchodzącego w skład Paktu Północno-Atlantyckiego oraz Unii Europejskiej. Cele te były zbieżne z celami dominującego wówczas nurtu dawnej opozycji demokratycznej, ale lewica różniła się od niej w dwóch podstawowych kwestiach. Po pierwsze: odrzucała neoliberalny kierunek polityki gospodarczej, którego wyrazem był tak zwany :Plan Balcerowicza”, przeciwstawiając mu alternatywną koncepcję „Strategii dla Polski”, jak ją nazwał jej twórca Grzegorz Kołodko. Po drugie: domagała się, by demokratyczne państwo polskie było rzeczywiście wspólnym dobrem wszystkich jego obywateli, co oznaczało przede wszystkim przeciwstawienie się dyskryminowaniu ludzi Polski Ludowej. Wielki sukces Aleksandra Kwaśniewskiego w 1995 i 2000 roku był w znacznej mierze konsekwencją tego, że postrzegany był on jako wyraziciel idei Polski jako wspólnego domu wszystkich jej obywateli.

Były to lata dobre dla Polski. Udało nam się zrealizować podstawowe cele strategiczne, które sobie postawiliśmy. To prawda, że nie uniknęliśmy poważnych błędów – zwłaszcza w drugiej kadencji rządów lewicy (2001-2005). Do najpoważniejszych zaliczam udział w niefortunnej interwencji w Iraku w 2003 roku oraz dopuszczenie do kilku afer korupcyjnych z udziałem niektórych polityków SLD, co walnie przyczyniło się do utraty przez tę partię zaufania obywateli.

Długotrwałego osłabienia lewicy nie da się jednak wyjaśnić tylko tymi błędami. Zabrakło odpowiedzi na pytanie, co jest strategicznym celem lewicy w sytuacji, gdy cele postawione sobie przez nią na początku lat dziewięćdziesiątych zostały zrealizowane. Zaniedbanie pracy nad myślą strategiczną lewicy nie wynikało z niedostatków intelektualnych, lecz ze źle rozumianego pragmatyzmu. Podejmowane przez lewicowe środowiska (skupione miedzy innymi wokół Fundacji Kelles-Krauza czy wokół „Krytyki Politycznej”) traktowane były przez bardzo wielu wpływowych polityków jako nieistotne, co w konsekwencji prowadziło do tego, że lewica nie stworzyła wokół siebie silnego zaplecza naukowego i teoretycznego.

Dominowało myślenie taktyczne, obliczone na krótką perspektywę kolejnych wyborów, w których zresztą lewica od dawna nie odnosi szczególnie wielkich sukcesów. Doceniam znaczenie taktycznego zwycięstwa, jakim było zajęcie trzeciego miejsca w wyborach sejmowych 2019 roku i stworzenie silnego klubu parlamentarnego, a także doprowadzenie do tego, że dzięki współdziałania całej opozycji udało się odbić Senat z rąk Prawa i Sprawiedliwości. Są to dobre znaki na przyszłość.

Potrzebna jest jednak strategia na lata. Nie zrodzi się ona w zaciszu gabinetów. Wymaga poważnej dyskusji z udziałem szerokiego kręgu działaczy i intelektualistów lewicy.

W dyskusji tej trzy kwestie wydają mi się najważniejsze.

Po pierwsze: jaki powinien był program społeczny lewicy, by w stopniu maksymalnie możliwym jego realizacja prowadziła do redukcji niesprawiedliwych i nadmiernych różnic społecznych.

Po drugie: jak zapewnić rzeczywistą wolność i równość wszystkich obywateli niezależnie od ich pochodzenia, przekonań religijnych czy orientacji seksualnych.

Po trzecie: jak w dalszej perspektywie wzmacniać integrację europejską i zapewniać Polsce silną pozycję w zjednoczonej Europie.

Są to cele wykraczające poza horyzont najważniejszego celu taktycznego, jakiemu podporządkowana powinna być polityka lewicy w najbliższych dwóch-trzech latach. Celem tym jest odsunięcie PiS od władzy i przywrócenie rządów prawa w naszym państwie. Celowi temu powinny być podporządkowane wszystkie działania najbliższego okresu, gdyż ewentualne zwycięstwo obecnego obozu rządzącego w następnych wyborach byłoby katastrofą dla Polski i przekreśliłoby na dziesięciolecia perspektywę realizacji strategicznych celów lewicy.

Dla realizacji tego celu taktycznego trzeba budować porozumienie całej demokratycznej opozycji. Dziś jest to trudne, gdyż w Platformie Obywatelskiej silna jest emocjonalna reakcja na konflikt związany z niedawnym głosowaniem w sprawie Europejskiego Funduszu Odbudowy. Nie wolno nam ulegać klimatowi wrogości, który podsycają zwłaszcza niektórzy publicyści ( jak niestety także Tomasz Lis w kolejnych komentarzach publikowanych w „Newsweek Polska”). Gdy opadną emocje, musi dojść do głosu rozum. Ten zaś podpowiada, że bez porozumienia całej demokratycznej opozycji nie uda się odsunąć od władzy obozu, którego polityka czyni z Polski państwo półautorytarne i prowadzi do naszej marginalizacji w Unii Europejskiej.

Mając to na względzie Nowa Lewica powinna dołożyć starań, by jak najszybciej doprowadzić do trwałego porozumienia sił opozycyjnych, w tym także do wypracowania wspólnej taktyki na kolejne wybory samorządowe i parlamentarne. Zaś czyniąc to powinna już teraz poważnie podejść do prac nad długoterminową strategią, bez czego jej zabiegi taktyczne skazane będą na to, że postrzegane będą jako oportunistyczne dążenie do samego tylko udziału we władzy.