Stoch nawalił w drużynówce

W końcówce sezonu lider naszej kadry skoczków niespodziewanie obniżył poziom i jest daleki od formy prezentowanej w okresie poprzedzającym mistrzostwa świata w Seefeld, a nawet tej z austriackiego czempionatu, w którym zdobył indywidualnie srebrny medal na normalnej skoczni.

W norweskim cyklu zawodów Raw Air bronił trofeum wywalczonego przed rokiem, ale szybko stracił na to szansę, bo w Oslo był dopiero 13., w Trondheim 17., a w Lillehammer czwarty. W sobotę w Vikersund, gdzie Polacy rywalizowali w konkursie drużynowym, Stoch okazał się najsłabszym ogniwem w naszej reprezentacyjnej czwórce. Przed jego skokiem w pierwszej serii podopieczni Stefana Horngachera zajmowali drugą lokatę, z której spadli na szóstą. Niewiele lepiej poszło mu w serii finałowej. Piotr Żyła i Jakub Wolny ponownie oddali znakomite skoki, a swój kiepski wynik z pierwszej próby poprawił także Dawid Kubacki, dzięki czemu biało-czerwoni wywindowali się na trzecią pozycję. Niestety, nasz trzykrotny mistrz olimpijski znów się nie popisał i po jego słabiutkim skoku polski zespół spadł na czwarte miejsce. Po zawodach Stoch nie chciał rozmawiać z mediami i dopiero po jakimś czasie za pośrednictwem dziennikarza Eurosportu Kacpra Merka przeprosił za swoje zachowanie. „Mistrzem się jest, nie bywa. Kamil Stoch wrócił właśnie przeprosić kibiców, że nie jest w stanie dziś pogadać o swoich skokach. Prosił, żebyście nie byli źli” – przekazał Merk za pośrednictwem Twittera.

Jak zwykle w sytuacjach alarmowych do akcji wkroczył dyrektor sportowy PZN Adam Małysz. Nasz legendarny skoczek tak próbował tłumaczyć słabsze występy Stocha. „Nam wszystkim jest przykro. Kamil na pewno chciał skoczyć jak najlepiej. On się jednak trochę ostatnio pogubił i jego technika nie funkcjonuje jak należy. Dla takiego zawodnika jak on to trudna sytuacja. Wygląda na to, że Kamil chce w swoich skokach wszystko kontrolować i chyba to go blokuje. Nie ma luzu, który zawsze w nim był i przez to brakuje mu łatwości latania” – tłumaczy Małysz.

Stoch w pierwszej serii miał dopiero dziewiąty wynik w czwartej grupie, a w drugiej ósmy. To już, jak wyliczył serwis skijumping.pl, dziewiąty konkurs drużynowy, w którym słabsza postawa Stocha wpłynęła na wynik drużyny.
Z bardzo dobrej strony pokazał się za to Jakub Wolny, który podczas sobotniej „drużynówki” dwa razy bił swój rekord życiowy na mamuciej skoczni. Najlepszy w polskim zespole w konkursie drużynowym był jednak bezsprzecznie Piotr Żyła.

Przed niedzielnym konkursem indywidualnym (zakończył się po zamknięciu wydania) nasi skoczkowie nie liczyli się już w walce o triumf w cyklu Raw Air. W klasyfikacji generalnej najwyżej był Kubacki (szósty). Polacy mieli jednak o co walczyć w Pucharze Świata. Stoch o odzyskanie drugiej lokaty, a Żyła o miejsce na podium. Natomiast wszyscy nasi zawodnicy mieli za zadanie utrzymać topniejącą przewagę nad reprezentantami Niemiec w Pucharze Narodów. Biało-czerwoni prowadzili z dorobkiem 5289 pkt i mieli przewagę 370 pkt.

 

Twarde metody Horngachera

Fot. Stefan Horngacher

 

 

Nasi skoczkowie zaczęli sezon znakomicie. Po trzech konkursach prowadzą w klasyfikacji drużynowej, a w indywidualne Kamil Stoch jest drugi, a Piotr Żyła trzeci.

 

Nie ulega wątpliwości, że te wyniki to zasługa morderczego reżimu treningowego Stefana Horngachera. Przed obecnym sezonem austriacki szkoleniowiec dał zawodnikom tylko tydzień urlopu, po czym wszyscy wrócili do ciężkich treningów. Nasi skoczkowie nigdy nie rozpoczynali przygotowań do Pucharu Świata tak wcześnie. Decyzja trenera rzecz jasna nie przypadła zawodnikom do gustu, bo czterech miesiącach intensywnych startów w Pucharze Świata wszyscy byli zmęczeni i marzyli o długim urlopie gdzieś w ciepłych krajach. Horngacher nie podjął jednak w tej kwestii nawet dyskusji.

Czy postąpił słusznie przekonamy się już w najbliższy weekend w rosyjskim Niżnym Tagile. To kolejna skocznia w cyklu Pucharu Świata, na której nasi zawodnicy nie notowali dotąd sukcesów. Rywalizacja zacznie się w piątek o 13:45 od oficjalnego treningu, a dwie godziny później odbędą się kwalifikacje do sobotniego konkursu indywidualnego (początek, godz. 15:45). Niedzielny konkurs zacznie się o 14:30 od kwalifikacji, a zawody zaczną się o 16:00.

 

FIVB nie poważa mistrzów świata

Międzynarodowa federacja siatkówki (FIVB) opublikowała zasady kwalifikacji do turnieju igrzysk 2020 roku w Tokio. Po raz kolejny olimpijskiego paszportu nie przyznano aktualnym mistrzom świata, czyli po raz drugi Polsce.

 

Władze międzynarodowej federacji siatkówki najwyraźniej uznają, że zwycięstwa w najważniejszych światowych imprezach nie powinny dawać żadnych przywilejów, a już zwłaszcza zapewniać udziału w igrzyskach olimpijskich. Skreśliły więc nie tylko aktualnych mistrzów świata, ale zmieniły też zasadę, że do turnieju olimpijskiego kwalifikują się dwa najlepsze zespoły z Pucharu Świata. Jedyną drogą do Tokio ma być udział w turniejach kontynentalnych i interkontynentalnych.

Nasi siatkarze będą mieli dwie szanse na wywalczenia awansu do IO 2020. Najpierw wezmą udział w turnieju interkontynentalnym, w którym o olimpijskie paszporty powalczą 24 najlepsze zespoły w aktualnym notowaniu światowego rankingu, który zostanie opublikowany w styczniu przyszłego roku. Polska na pewno będzie w jego czołówce, ale choć nasi siatkarze obronili mistrzowski tytuł, niekoniecznie znajdą się na pierwszym miejscu. Światowa federacja nie aktualizowała rankingu od połowy 2017 roku. Biało-czerwoni są w nim sklasyfikowani na trzecim miejscu, ale całkiem możliwe, że mimo obrony tytułu nie tylko że nie awansują, ale jeszcze spadną w zestawieniu. Stanie się tak, jeśli FIVB zdecyduje się usunąć z punktacji wyniki nieistniejących już rozgrywek Ligi Światowej i zastąpić je wynikami tegorocznej, pierwszej edycji Ligi Narodów. Byłoby to jednak ewidentnym nadużyciem władzy, albowiem rozgrywki LN nie były dostępne dla wszystkich, tylko dla drużyn wybranych arbitralnie przez federację. Innym pomysłem na zamieszanie w światowym rankingu jest redukcja punktów zdobytych w najstarszych rozgrywkach, między innymi w Pucharze Świata 2015.

Tak czy owak taki turniej kwalifikacyjny będzie równie trudną przeprawą jak mistrzostwa globu. W końcu rywalizować w nim będzie cała światowa czołówka. Nie można zatem wykluczyć, że ekipa Vitala Heynena w zmaganiach interkontynentalnych nie wywalczy przepustki do Tokio. W takiej sytuacji otrzyma drugą szansę w turnieju kontynentalnym. FIVB nie podała jeszcze dokładnych dat rozegrania wspomnianych turniejów.

Nasi siatkarze na razie nie przejmują się tymi kombinacjami, bo głowy mają zaprzątnięte rozgrywkami ligowymi. A także nasłuchiwaniem wieści ze sfer rządowych, bo w czwartek gazeta.pl rozpuściła plotkę, iż premier Mateusz Morawiecki podjął decyzję o dofinansowaniu mistrzowskiej drużyny siatkarzy kwotą 15 mln złotych. Jedne źródła podają, że pieniądze trafia do PZPS z rezerwy Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, inne, że kwotę tę wyłoży Orlen, który tyle miał łożyć na polską siatkówkę jako sponsor, ale kilka miesięcy przed mistrzostwami świata wypowiedział umowę. Szefowie koncernu paliwowego po sukcesie siatkarzy uznali to za błąd i są ponoć gotowi tak właśnie go naprawić.