Księga Wyjścia (16)

Ballada tęczowo-samorządowa.

Dziewięćdziesiąt pięć kilo, pokazał czytnik wagi gdy postanowiłem sprawdzić swoją masę. Bzdura – pomyślałem – jeszcze nie tak dawno ważyłem 58 – 60 kg, co przy wzroście 183 było sporą niedowagą. Ale już przywykłem, po prostu taka budowa. Nie uwierzyłem wadze i wziąłem z półki kolejną, to było w markecie gdzie można do woli korzystać z wag. Mają ich trzy półki, tylko w niektórych klienci zdążyli już rąbnąć baterie. Druga pokazała tę samą wartość, następna też i następna. No cóż, powinienem się cieszyć, ale już nie dam rady zrobić stu pompek czym zawsze mogłem zaszpanować i to mnie zasmuciło, poza tym czwarte piętro, a tu dodatkowe trzydzieści pięć kilo. Czyli worek cementu i wiadro farby. No nic, poza tym że musiałem kupić nową garderobę, co było dosyć kosztowne, to nic specjalnego się nie zmieniło, tylko wciąż nie mogę przywyknąć do swojej wielkości, co stwarza zabawne sytuacje, gdy pęka krzesełko, które dotychczas świetnie się sprawowało. Ale poza tym jest nawet fajnie wrócić do prawidłowej wagi. No może jedynie ten problem z nerkami, ale to przejściowe i szczegóły napiszę przy okazji.
Oczywiście, sąd w Poznaniu wciąż nie przysłał mi kasy za przyjazd na rozprawę. Już chyba trzeci raz o tym piszę, pominę więc szczegóły, a tym, co nie czytali powiem, że byłem wezwany na świadka z klauzulą „stawiennictwo obowiązkowe”, stawiłem się, złożyłem zeznania, wypełniłem formularz, dołączyłem bilety i fakturę za hostel Moon, pani w okienku powiedziała, że prześlą pocztą. Przesłuchanie miałem 28 maja, kasy wciąż nie ma, gdy zadzwoniłem to mnie spławili. Tak to wygląda w skrócie.
Mimo apelu nikt z ruchu LGBT nie przysłał flagi, przypomnę, że Rada Miasta Puławy wydaliła uchwałę, ogłaszającą miasto wole od LGBT. Pierwotnie plan był taki by wywiesić ją za oknem, ale później pomyślałem że fajnie byłoby wetknąć w rękę Wojtyle, którego pomnik stoi tuż obok UM. Od razu się rozweseli, bo jakiś smutny stoi. Niestety, działacze mnie olali. Szkoda. Wiele lat temu, gdy pracowałem jeszcze w „Dzienniku Wschodnim” Rada Miasta przyjęła uchwałę, że ponieważ szkaluję miasto pisząc o różnych bzdurach i kuriozach, złożą wniosek do prokuratury, by mnie ścigała. Prokurator wniosek wyśmiał, a ja tym bardziej miałem ubaw. Chodziło chyba o tę działkę, którą postanowili oddać kościołowi za symboliczną złotówkę. Dobre ćwierć hektara, a może i pół w samym środku miasta. Między dworcem autobusowym, a ratuszem i największym domem kultury, czyli „Domem Chemika”.
Ubaw był tym większy, że niektórzy radni odwiedzali mnie wieczorową porą, nieoficjalnie oczywiście, żeby podrzucić kwity na swoich kolegów. Mimo, że proceder ten jest obrzydliwy, to z punktu widzenia dziennikarza niezwykle cenny.
Tu zdradzę pewne arkana warsztatu pracy dziennikarza, żeby zdobyć oficjalne informacje wystarczy pójść do biura prasowego, działu promocji itp. Tam dowiemy się, że miasto kwitnie, prezydent jest wspaniały, a ludziom żyje się dostatnio. A w ogóle to szczęście miasta nie opuszcza. Gdy jednak jakiś urzędnik, lub radny miał żal do kolegi, to wówczas przychodził do mnie. Często nawet do domu, by złożyć pełną relację z lokalnych przekrętów i odpowiednio to dokumentując, jeśli tylko umoczony jest w to ich wróg, ale w pracy kolega. Po opisaniu jakieś afery ten ktoś domyślał się skąd wziąłem materiały i przynosił mi na tego, który był wcześniej. Tak kręciła się praca w jednej z największych regionalnych gazet. Prawie każdy był w coś umoczony, stąd wniosek do prokuratora, bo byłem dla nich wrzodem. Tylko raz odpuściłem. Członek prezydium rady – nie będę podawał nazwiska – miał knajpę, w której stał „jednoręki bandyta”. Problem w tym, że było to już nielegalne. Artykuł miałem gotowy, gdy pewnego ranka podjechałem pod redakcję czekał już na mnie i z trzęsącym się podbródkiem prosił bym tego nie publikował, bo zniszczy to nie tylko jego, ale również jego rodzinę. Niezbyt chętnie, ale tekst wykasowałem.
Innym razem pewien bezdomny przeglądając śmietniki znalazł cały worek wyciągów bankowych z PKO BP. Było tam wszystko o klientach, imiona nazwiska, adresy stan kont i operacje. Wziąłem w torbę część tych papierów i pojechałem z kolegą – by mieć świadka – do dyrektora placówki – też zasłona milczenia nad nazwiskiem – gdy zapytałem co robią z takimi dokumentami, odpowiedział, że niszczą i że nikt niepowołany nie ma do nich dostępu. Powiedziałem mu, że widziałem te wyciągi i dokumenty, bo jeden ze znajomych przeszukiwaczy śmietników mi je przyniósł. Wówczas dyrektor parsknął śmiechem i powiedział, że jest to niemożliwe. Wraz z kolegą przekręciliśmy torbę gdzie wspomniane dokumenty miałem i wysypały się na biurku tuż przed nosem dyrektora. Konfuzja, panika, poluzowanie krawata – pierwsze jego reakcje potem zapytał czy możemy porozmawiać o tym później w cztery oczy. Umówiłem się z nim też wieczorową porą w redakcji (wtedy nie było mody na nagrywanie). Próbował mnie przekonać, że ta publikacja nie przyniesie nic dobrego i w sugestywny sposób położył na dzielącym nas stoliku neseser, który podsunął lekko w moją stronę. Udałem, że nie zauważyłem gestu, a wszelkie teatralne miny rozpaczy tym razem nie zrobiły wrażenia. Historia ukazała się w gazecie, ja dostałem wierszówkę w okolicach dwudziestu złotych, a dyrektor jakimś cudem utrzymał stanowisko, ale z tego co wiem, nie było to łatwe. Być może neseser zadziałał
na przełożonych.
Przez tego typu pracę kilkakrotnie zmieniałem domowy numer telefonu, bo pogróżki trafiały się dosyć często i nasilały w środku nocy. Uodporniłem się na nie, ale żona bardzo się bała. Bo wtedy miałem jeszcze żonę i małe dziecko.
Ponieważ znowu osiadłem w tym mieście, to żeby rozweselić ponure urzędy, pomyślałem o tej fladze, ale ruch LGBT najwyraźniej zajęty jest własnymi marszami, paradami i wykazuje siłę jedynie w grupie, jak dotychczas nic nie przyszło, mimo, że ktoś z nich obiecał mi przysłać tę tęczową flagę. Podałem mu nawet namiary. Oburzył się, gdy mu powiedziałem, że Wojtyła ma fajny kij w ręku, w sam raz by taką flagę zawiesić. Następni asekuranci. Moje plany były znacznie większe, zamierzałem za pomocą drona zawiesić flagę na czubku ratusza, tuż nad zegarem. I teraz mam problem – lemat, jak to mawiał Czarnowąsy z „Moskwy – Pietuszki”, nie zamierzam ich wyręczać w walce o równe prawa, jeśli oni nie maja odwagi wkurzyć radnych, z drugiej chęć zrobienia takiego psikusa jest tak ogromna, że pewnie w końcu sam gdzieś kupię taką flagę. A najzabawniejsze jest to, że zanim to wszystko zrobię uprzedzam niniejszym tekstem o swoich zamiarach. I dopóki nikt nie złapie mnie za rękę, to nic nie będzie mógł zrobić, a jeśli złapie, to jest jakiś paragraf za nielegalne wieszanie flag?
W poprzednim felietonie wspomniałem o ponownym wydaniu książki „Z dna”. Tym razem jednak zajęła się tym Iwona, moja agentka od książki. Okazała się niesamowitym człowiekiem, nie dość, że umieściła ją w popularnym portalu literackim Lubimyczytać.pl, to zainteresowała wielu blogerów, którym wysłała już ją w formie e-booka. Na portalu pojawiły się pierwsze opinie i to jest coś co pozwala z optymizmem patrzeć w przyszłość.
I jeszcze jedna wiadomość J. wciąż mieszka w swoim mieszkaniu. Jak na razie rozpatrują podanie, które wysłaliśmy również do Rzecznika Praw Obywatelskich, Praw Pacjenta i Ministerstwa Rodziny, Zdrowia i Polityki Społecznej. Już nie będę przypominał, o co chodzi z tą eksmisją, zainteresowanych odsyłam do poprzednich felietonów „Księgi wyjścia”, gdzie ze szczegółami wszystko opisałem.
We czwartek szykuje się parada Bożego Ciała – coś jak parada równości, tylko w drugą stronę i zamiast kolorów tęczy, ulice zdominuje czerń, będą chodzić i blokować ulice. Kiedyś zablokowali mnie, gdy zaparkowałem w ślepej uliczce, nie dość, że tam weszli całą szerokością, to zrobili sobie jeszcze przystanek przy którym śpiewali i klękali. Doskonale to pamiętam, bo się śpieszyłem. Próbowałem powolutku przebić się przez tłum, nie było łatwo, uczestnicy rzucili się na auto, a tylu uderzeń starszych kobiet, to chyba żaden samochód nie odczuł. W końcu jakoś się udało i bezpiecznie, nie robiąc nikomu krzywdy przejechałem… cdn

Księga Wyjścia (14)

Ballada o człowieku, książkach i systemie

Nadszedł czas, w którym znudziło mi się coś o czym marzyłem – czyli poukładane, przewidywalne życie. Przestałem szukać kapci i kupiłem solidne buty, które są początkiem kolejnych zmian i sygnałem, że czas ruszyć w drogę. Życie może być znośne, dopóki nie wpadamy w stagnację, rutynę i powtarzalność. Zanim jednak wyruszę w ten świat, mam do załatwienia dwie dosyć ważne sprawy. Jedną jest pomoc J. Miasto chce go eksmitować z mieszkania, przydzielając jednocześnie lokal zastępczy. Ładnie to brzmi, ale gdy poznacie szczegóły, to już nie jest tak kolorowo.

Druga ważna sprawa to wydanie kolejnej książki. Historię J. opisywałem już wielokrotnie na Fb. Chłopak jest jeszcze bardziej zagubiony w gąszczu przepisów niż ja, a ponieważ wiem gdzie szukać pomocy, do kogo się zwrócić, natychmiast się tym zająłem. Obecnie jestem na etapie pisania odwołań, podań, próśb i wyjaśnień. W jego imieniu oczywiście. Tym, którzy nie korzystają z Fb, opiszę w skrócie na czym ów problem polega.
J. jest moim dawnym kolegą. Trafiliśmy na siebie przypadkiem w punkcie terapii substytucyjnej. Okazało się, że nawet całkiem blisko siebie mieszkamy. Historię życia i upadku opisywałem już w którymś z poprzednich odcinków. Teraz skupię się na teraźniejszości. Od czasu, gdy trafiliśmy na siebie we wspomnianym punkcie utrzymujemy dosyć zażyły kontakt.
W poniedziałek dostał nakaz opuszczenia mieszkania. Lokal zastępczy oczywiście został mu przydzielony, J. nie ma do nikogo pretensji, to skromny chłopak i godzi się z tym, że jeżeli doprowadził do zadłużenia, to musi ponieść konsekwencje. Problem leży jednak gdzie indziej. J. ma pierwszą grupę inwalidzką, ma HIV i HCV, kłopoty z błędnikiem i bywają dni, że nie jest w stanie podnieść się z łóżka. Sporo czasu spędza w szpitalach, korespondencja wysyłana przez urzędy często więc wraca do nadawcy, bo nie ma kto jej odebrać. Jest tak schorowany, że nie zostało mu wiele życia, czego ma pełną świadomość. Powodem nakazu, który dostał, jest dług – jedenaście tysięcy. Wcześniej dostał nakaz odpracowania zaległości w ramach prac społecznych. Wystarczy jednak raz na niego spojrzeć, by zorientować się, że to głupi pomysł. Nawet najlżejsza praca w tym konkretnym przypadku nie wchodzi w grę. Czasem przez kilka dni nie jest w stanie podnieść się z łóżka. Żyje dzięki terapii substytucyjnej dostaje Metadon, już nie bierze heroiny, odstawił wszelkie narkotyki. Zmęczyło go to, wieczne zdobywanie, wzrost tolerancji, więc i dawki coraz większe. Do podobnego wniosku również doszedłem, że już dość, nie mam siły, przestało mnie to bawić, a zaczęło męczyć. Był taki moment, że gdy zdałem sobie z tego sprawę. Uzależnienie nie pozwoliło mi ot tak, z dnia na dzień przestać pić czy brać. Stąd detoks i terapia substytucyjna. Już nie ryzykowałem trzeźwienia bez wsparcia farmakologicznego. Wszelkie podjęte wcześniej próby, prędzej czy później kończyły się fiaskiem. Czasami nawet po kilku latach nadchodził moment… zawiał wiatr… coś pękło i budziłem się trzy miesiące później najczęściej już w szpitalu gdzie doprowadzali mnie do ładu, stawiali na nogi i przywracali do życia.
Wracając jednak do J. – dostał ten nakaz opuszczenia mieszkania, z zaznaczeniem, że jeśli tego nie zrobi, to sprawa trafi do komornika. J. urodził się w tym domu, mieszkał całe życie, ale poza wątkiem sentymentalnym jest jeszcze inny. Istotny i bardziej praktyczny, niewielka odległość do szpitala. Miejsce gdzie chcą wysiedlić J. jest zwykłym gettem rządzącym się własnymi prawami. Osiedle powstało poza miastem, budynki wybudowano w stylu włoskim, czyli wejścia do mieszkań z zewnątrz – klatką schodową jest zwykły taras, który nie chroni przed zimnem. Mieszkania te są ogrzewane prądem. Wiem, trzynaście metrów można łatwo ogrzać, ale nawet tak mała powierzchnia, pożre całą rentę, jeśli wcześniej sąsiad nie wpadnie i nie wymusi odpowiednimi narzędziami, by oddał mu te pieniądze.
Skupianie biedy w jednym miejscu, to największy błąd jaki robią gminy i miasta w Polsce. Takie osiedla zaczynają funkcjonować na własnych zasadach, żyją własnym rytmem, a ten kto ma za sobą dłuższą odsiadkę, stoi wyżej w hierarchii osiedlowej wspólnoty.
Nawet pizzy nie chcą tam przywozić. Miasto ma cała masę mieszkań rozrzuconych w różnych innych miejscach, zamiast tworzyć kolejną „13 dzielnice” wystarczy przenosić ludzi do normalnych bloków. Wtedy zaczną równać w górę. J. godzi się na tę eksmisję, ale chciałby przydział, gdzieś w okolicy szpitala. Wyrzucanie go poza miasto jest nieludzkie, brakuje jeszcze smoły i pierza. Tak niegdyś wypędzano złoczyńców – oblewano gorącą smołą i obsypywano pierzem.
Jeśli J. jest złoczyńcą, bo większość życia spędził ze strzykawką w żyle, to oprócz siebie nikomu krzywdy nie zrobił. Wręcz przeciwnie, pamiętam z dawnych lat, że na niego zawsze można było liczyć. Krzywdę zrobił sobie, a pomógł wielu innym, zupełnie obcym ludziom. Może zamiast eksmitować poczekajcie chwilę, to już długo nie potrwa. J., jest ostatnim ze starych puławskich narkomanów, tych którzy jeszcze robili kompot z maku. W tym wypadku śmierć będzie najlepszym komornikiem, dajcie mu przeżyć te ostatnie miesiące w spokoju, komforcie, że nie przyjdzie kolejne pismo z jakimś nakazem, a jeśli już koniecznie musicie, to weźcie pod uwagę jego zdrowie i odległość do szpitala. Tu zwracam się z prośbą do mojego dawnego kolegi, który niedawno został prezydentem Puław. Wiem Paweł, że jednym z Twoich haseł, było uporządkowanie zadłużenia, eksmisja niepłacących i „rozwiązanie kwestii romskiej” – zbieżność skojarzeń celowa. Pozwól chłopakowi dożyć ostatnich dni, może miesięcy w spokoju. Naprawdę miasto na tym ucierpi?
O wynikach tego co uda się zrobić będę Was informował. Przyszło mi teraz do głowy, że jest bardzo dużo ludzi, którzy słuchają „Dżemu”, są fanami Ryśka Rydla, a jednocześnie gardzą ćpunami. Coś mi tu zgrzyta, i nie wiem dlaczego pomyślałem o książce Konwickiego „Kompleks polski”.
A jeśli już jestem przy książkach, to przejdę do kolejnego tematu (sprytnie wykombinowałem z tym Konwickim, jako łącznikiem drugiego tematu) mam zamiar wydać kolejną książkę. To że mam zamiar wydać, wcale nie oznacza, że ją wydam. Jest już praktycznie napisana, ale jak powiedziała moja znajoma „Łatwiej napisać książkę niż ją wydać i wypromować”.
W EMPiKach i wszelkich księgarniach, dworcowych kioskach, królują te same nazwiska. Skusiłem się nawet i przeczytałem „Balladyny i Romanse” Karpowicza. Opadły mi ręce. Nie jestem krytykiem, ale przeraziła mnie mierność tej literatury i jej dostępność. Pamiętam, że pomyślałem wówczas o tym czy w dzisiejszych czasach mieliby jakąkolwiek szansę Stachura, Hłasko, Wojaczek czy Bruno-Milczewski. Uznałem, że najmniejszej. Powędrowałem myślami dalej i Zastanowiłem się nad Redlińskim – zapewne też miałby niewielkie szanse na taki nakład a co za tym idzie również promocję. Szczytem goryczy było, gdy zobaczyłem jedną z książek Pilcha w wyprzedaży supermarketu – jedynie cztery złote. Kupiłem oczywiście, razem z biografią Jimmy’ego Page’a pt. „Światło i Cień” – cena 3.99. Pomimo tego, że powinienem być zadowolony z kupna, wyszedłem z marketu załamany, wrzuciłem jeszcze do koszyka „Dowódcy i generałowie” Nigela Cawthorna. Akurat ta pozycja mało mnie interesuje, ale w tej cenie przeczytam biografię stu ludzi, którzy byli przyczyną łez, nieszczęść, rozwalania państw. Od Leonidasa przez Napoleona, Pattona po Colina Powella – tego skurczybyka pamiętam jeszcze z Jugosławii – formalnie rozkazy wydawała już Condoleezza Rice, Powell teoretycznie wycofał się ze stanowiska sekretarza stanu, ale zbyt często pojawia się jego nazwisko we wszystkich wojnach w byłej Jugosławii, żeby uwierzyć w koniec kariery. Łzy, którym winna jest ta para bandytów, widziałem już osobiście. Byłem świadkiem nieszczęścia jakie zafundowali ludziom pod pozorem niesienia pokoju.
Trochę się zapędziłem. Jak już wspomniałem jest plan, ale co z niego będzie – zobaczymy. Gdy przypomnę sobie wszystkie przejścia, jakie miałem wydając „Z dna”, to trochę mną trzęsie i wierzcie mi, jest to argument żeby dać sobie spokój i zapomnieć o wydawaniu kolejnej książki. Z drugiej strony trzymanie w rękach pierwszego egzemplarza jest tak zajebiste, że warto przejść te trudy. Ale czy potrafię? Potrafię napisać, ale wydać i sprzedać już nie wystarczy na dzisiaj, zamiast zdjęcia jest świetna karykatura Sławka Mikawoza. Mistrz aktów i portretów. A poza tym świetnego kumpla. cdn