„Szturmem chcieli zdobyć niebo…”

150 lat temu, 18 marca 1871 r. o trzeciej nad ranem do robotniczych dzielnic Paryża wtargnęły rządowe wojska, by zagarnąć artylerię i składy broni należące do Gwardii Narodowej. Formację tę powołał do życia parlament francuski uchwałą z 12 sierpnia 1870 r., czyli w niecały miesiąc po wypowiedzeniu przez cesarza Napoleona III wojny Prusom (19 lipca).

Gwardia Narodowa (pełna nazwa: Gwardia Narodowa Terytorialna – Garde Nationale Sédantaire) miała tylko zabezpieczać porządek na tyłach frontu. W walkach z wojskami pruskimi początkowo brały udział tylko zmobilizowane do tego celu armie francuskie. Gwardzistom wydano przestarzałą broń i nie nadającą się do użycia amunicję.
W sytuacji oszałamiających zwycięstw wojsk pruskich dowodzonych przez genialnego stratega feldmarszałka Helmuta von Moltkego Prusaków nad wystawionymi do boju przez cesarza Napoleona III armiami, robotnicy Paryża za własne składkowe pieniądze zakupili armaty dla Gwardii Narodowej.


Rano 1 września 1870 r. rozpoczęła się bitwa pod Sedanem. Prusacy posiadając zdecydowaną przewagę pozycyjną i w wyposażeniu, znokautowali francuską armię w której znajdował się cesarz Napoleon III. W tej sytuacji na jego polecenie około godziny 3 po południu na centralnej baszcie twierdzy sedańskiej wywieszono białą flagę, a on sam napisał do króla pruskiego list takiej oto treści: „Drogi Bracie, wobec tego, że nie było mi dane umrzeć wśród swoich wojsk, nie pozostaje mi nic innego, jak złożyć szpadę w ręce Waszej Królewskiej Mości. Pozostaję Waszej Królewskiej Mości bratem. Napoleon”.
Następnego dnia podpisano akt kapitulacji armii francuskiej. Ponad 100 tysięcy żołnierzy francuskich na czele z cesarzem dostało się do niewoli.
„Napoleon III – jak to później ironicznie skomentował Lissaray, uczestnik i kronikarz Komuny Paryskiej – wyciąg[nął] szpadę z pochwy jedynie po to, aby oddać ją królowi Prus”. Konstatacja ta jest warta przypomnienia, albowiem cesarz Francuzów rozpoczął wojnę, którą przegrał. Nie ma, przy tym, większego znaczenia fakt, że został do niej sprowokowany obelżywą dlań, a jednocześnie nieprawdziwą treścią depeszy emskiej, która z polecenia Bismarcka była propagowana w prasie niemieckiej. Był to tylko pretekst do wywołania wojny zapobiegającej zjednoczeniu Niemiec pod egidą Prus. Po tym zjednoczeniu Francja straciłaby swoją przewodnią rolę w rozgrywkach międzynarodowych. Wojna miała umocnić sytuację Napoleona III, którego jeszcze niedawno, na kongresie paryskim 1856 r. wydawał się być najpotężniejszym monarchów w Europie.
Choć Napoleon III szermował hasłem „Cesarstwo to pokój”, to jednak w praktyce prowadził odmienną politykę. Francja za jego rządów prawie nieustannie prowadziła zaborcze wojny w interesie wielkich finansistów, przemysłowców, giełdziarzy. Powiększali oni swe zyski dzięki zdobywaniu nowych rynków zbytu i źródeł surowców.
Dopóki we Francji trwało ożywienie gospodarcze i zwycięskie wojny kolonialne, wielu ludzi skłonnych było uważać rządy Napoleona III za szczególnie trwałe i ustabilizowane. Sytuacja zaczęła się zmieniać po roku 1857 kiedy światowy kryzys gospodarczy uderzył we Francję, doprowadzając wiele przedsiębiorstw do bankructwa, powodując bezrobocie i pauperyzację warstw średnich. Autorytet Napoleona III został poważnie nadwątlony po zorganizowaniu nieudanej ekspedycji wojskowej do Meksyku 1962 roku. Od tego czasu wszelkie jego działania zarówno w polityce zagranicznej jak i wewnętrznej najczęściej kończyły się niepowodzeniem. Pragnąc odwrócić uwagę społeczeństwa od narastającego w kraju kryzysu socjalnego i publicznego, pokładał nadzieję na zwycięstwo wojnie z Prusami. Wierzył, że po tym sukcesie wzrośnie jego upadający wśród ludności prestiż.
W przekonaniu, że tym utwierdzały go buńczuczne oświadczenia francuskich marszałków i generałów o sile i stanie gotowości armii. Marszałek Edmond Leboueuf, minister wojny, zapewniał, że gdyby nawet wojna miała potrwać cały rok, armii francuskiej niczego nie zabraknie. Setki razy, gdzie tylko się dało, powtarzał: „My jesteśmy przygotowani – Prusy nie!”, „Armia pruska? Ależ ona nie istnieje!”, „Oto najlepsza mapa wojskowa” – mawiał wskazując na swoją szablę. Gotowi jesteśmy aż do ostatniego guzika na getrach!”
Jedna z paryskich gazet prorokowała odrzucenie Niemców za Ren i żądała, aby śpiewano Marsyliankę. Atmosferę wojenną podgrzewały bandy najmowanych przez policję Napoleona III demonstrantów i bojówkarzy, ubranych w białe bluzy, aby nie odróżniać się od robotników. Wieczorem 14 lipca 1870 bandy te przebiegały przez bulwary z okrzykiem: << Precz z Prusami! Na Berlin!>>” Ludzie związani z dworem starali się występować w roli opinii publicznej domagającej się bitew, zwycięstw i głowy … Bismarcka.
Siły lądowe Francji liczyły (bez marynarki) ponad 560 000 ludzi (z czego 340 000 przeznaczono na pierwszą linię frontu). Piechota była doskonale uzbrojona; francuski „chassepot” znacznie górował donośnością nad pruskim karabinem pruskim. Przemysł francuski był zdolny produkować znaczne ilości broni i amunicji (np. 30 000 karabinów miesięcznie).
Wymienione atuty nie wystarczyły jednak by – jak się później okazało – wygrać wojnę z dwukrotnie liczniejszą (1 183 000 ludzi, z czego na froncie można było przeznaczyć ponad 800 000), lepiej przygotowaną do działań wojennych i lepiej dowodzoną armią pruską.
Tej dysproporcji sił nie dostrzegał Napoleon III ani jego otoczenie. Wręcz przeciwnie, na wszystkie możliwe sposoby starali się utwierdzać w mylnym przekonaniu, że armia francuska jest siłą nie do pokonania. 15 lipca 1870 minister Roucher, występując w licznej grupie senatorów mile łechtał próżność Napoleona III mówiąc mu: „W przeciągu czterech ostatnich lat, cesarz podniósł na najwyższy poziom organizację naszych sił zbrojnych. Dzięki Waszej Cesarskiej Mości Francja jest gotowa!”
Tego samego dnia przez bulwary i ulice Paryża przeszedł pochód manifestantów, do którego przyłączało się coraz więcej osób skandujących okrzyki „Niech żyje pokój” i refren piosenki z roku 1848:
Narody są naszymi braćmi,
A tyrani nieprzyjaciółmi…
W dzielnicach ludowych manifestantów witano oklaskami, ale na bulwarach Bonne-Nouvelle i Montmartre doszło do starć – jak to wspominał w swojej kronice Lissaray – „z bandami o niewyraźnym składzie”.
16 lipca doszło do jeszcze większej manifestacji na placu Bastylii. Stąd ruszył pochód, na czele którego szedł, trzymając w rękach sztandar, malarz porcelany Ranvier. Na bulwarze Bonne-Nouvellemanifestacja została rozproszona przez uzbrojoną policję.
By ratować pokój paryskie sekcje Międzynarodówki 12 lipca skierowały do robotników wszystkich krajów manifest, w którym wojnę nazwały „zbrodniczym szaleństwem”. „My, którzy pragniemy pracy pokoju i wolności – głosił manifest – protestujemy przeciw wojowniczym okrzykom tych, którzy wykupują się od daniny krwi, a w powszechnym nieszczęściu widzą tylko źródło nowychspekulacji!”
Robotnicy francuscy zwrócili się do robotników niemieckich z apelem: „Bracia w Niemczech! Waśń między nami doprowadziłaby tylko do całkowitego tryumfu despotyzmu po obu stronachRenu…”
Robotnicy Berlina odpowiedzieli: „My również chcemy pokoju, pracy i wolności. Wiemy, że po obu stronach Renu mieszkają bracia, z którymi razem gotowi jesteśmy umrzeć walcząc o republikę powszechną.
16 lipca na zebraniu robotniczym w Brunszwiku uchwalono rezolucję, w której między innymi oświadczono: „Jesteśmy przeciwnikami wszelkich wojen, ale przede wszystkim wojen dynastycznych. W Chemintz przedstawiciele 50 tysięcy robotników saskich w uchwalonej jednomyślnie rezolucji stwierdzali: „Z radością ściskamy wyciągnięta do nas bratnią dłoń robotników francuskich… Wierni hasłu Międzynarodowego Stowarzyszenia Robotników Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się! nigdy nie zapomnimy, że robotnicy wszystkich krajów są naszymi przyjaciółmi, a despoci wszystkich krajów naszymi wrogami”.


Druga połowa XIX w. to intensywny rozwój gospodarki europejskiej, szczególnie w Wielkiej Brytanii, Francji i Niemczech. Tam też następował przyspieszony wzrost liczbowy robotników, w których wielu myślicieli widziało siłę zdolną do zbudowania ustroju sprawiedliwości społecznej. Najbardziej przysłużyli się tej sprawie Karol Marks i Fryderyk Engels. Filozofię traktowali nie tylko jako naukę objaśniającą rzeczywistość, ale przyczyniającą się do jej zmiany według ludzkiej woli. Oprócz działalności pisarskiej zajmowali się pracą organizacyjną. Na początku byli członkami londyńskiej gminy Związku Sprawiedliwych. Była to międzynarodowa komunistyczna organizacja o nastawieniu chrześcijańskim, utworzona w 1836 r. przez niemieckich emigrantów socjalistów i rewolucjonistów w Paryżu. Związek Sprawiedliwych działał we Francji, Anglii, Niemczech i Szwajcarii. Swoje cele formułował następująco: „Chcemy wolności i pragniemy, aby wszyscy ludzie na kuli ziemskiej byli wolni jak my, aby nikt nie był uprzywilejowany lub upośledzony, lecz aby wszyscy na równi dzielili ciężary, trudy, radości i rozkosze, to znaczy: aby żyli w spólnocie”.
W 1847 r. Związek Sprawiedliwych pod wpływem Marksa i Engelsa przekształcił się w Związek Komunistów. W tym samym czasie został opublikowany, napisany przez nich „Manifest komunistyczny”. Praca ta, w której po raz pierwszy ogłoszone zostało hasło: „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!”, wywarła wielki wpływ na przebieg Wiosny Ludów (1848 – 1849). Po upadu tej rewolucji nastąpiły w Niemczech prześladowania działaczy Związku Komunistów, a na dodatek złego doszło między nimi do poważnych rozbieżności w kwestii opracowania strategii działania na przyszłość.
W październiku 1852 r. rozpoczął się przed sądem w Kolonii proces przeciwko grupie przywódczej Związku. 12 listopada zapadł wyrok skazujący siedmiu jego wybitnych działaczy na kary od trzech do sześciu lat twierdzy. Marks zareagował na to pamfletem Rewelacje o procesie w Kolonii (1853), w którym udowodnił, że proces oparty był na sfałszowanych przez policję materiałach dowodowych. 17 listopada 1852 r., pięć dni po wyroku w procesie kolońskim, Związek Komunistów na wniosek Marksa postanowił się rozwiązać.
Ponowne próby stworzenia organizacji proletariackiej w skali międzynarodowej podjęto na początku lat sześćdziesiątych. Zdaniem Lisagaraya, kronikarza i uczestnika Komuny Paryskiej, „idea zjednoczenia ucieleśniła się dopiero w roku 1862, gdy na Powszechnej Wystawie w Londynie delegaci robotników Francji zetknęli się z przedstawicielami związków zawodowych Anglii. Wówczas to wzniesiono toast: Niech żyje przyszłe przymierze wszystkich robotników świata!”.
Warto zauważyć, że asumptem do stworzenia jedności robotników na skalę europejską było ich uczestnictwo w akcjach popierających walkę Polaków w Powstaniu Styczniowym, czego przykładem był zorganizowany 22 lipca 1863 r. wiec w Londynie przez angielskie związki zawodowe.
Marks i Engels wiązali walkę Polski o niepodległość z interesami całej demokracji i zadaniem obalenia caratu w Rosji. Wielu Europejczyków otwarcie deklarowało swoje sympatie dla walczącego narodu polskiego. W szeregach powstańczych walczyli ochotnicy z różnych krajów – Rosjanie, Francuzi, Włosi, Chorwaci, Węgrzy, Niemcy. Garibaldi zgłosił gotowość wzięcia udziału w powstaniu. Nie krył swoich sympatii dla walczących Polaków także i Wiktor Hugo.
Okrutne stłumienie Powstania Styczniowego przez carat wywołało oburzenie w całej Europie. 28 września 1864 r. w Londynie znów odbył się wiec w obronie Polski. Wzięli w nim udział Anglicy, Irlandczycy, Francuzi, Niemcy, Włosi, Polacy oraz przedstawiciele innych narodowości. Na wiecu postanowiono utworzyć Międzynarodowe Stowarzyszenia Robotników zwane w skrócie Międzynarodówką. Pierwszym przewodniczącym tej organizacji był Marks. On też był autorem jej podstawowych dokumentów: Manifestu inaugurującego i Statutu. Manifest inaugurujący głosił, że robotnicy muszą łączyć walkę o polepszenie warunków pracy i podwyżkę plac z walką o zdobycie władzy; innymi słowy walkę ekonomiczną powinni łączyć z walką polityczną. „Nie słowem, lecz czynem – przekonywał w Manifeście Marks – wykazali robotnicy, że produkcja na wielką skalę i odpowiadająca wymaganiom nauki współczesnej możliwa jest i bez istnienia klasy przedsiębiorców, korzystających z pracy klasy robotników… Manifest napiętnował obojętność „wyższych klas Europy (…) wobec uśmiercenia bohaterskiej Polski”
Międzynarodówka wzywała robotników do walki z kapitalistami, kierowała strajkami i rozpowszechniała idee socjalizmu. Wzmacniała solidarność proletariatu. Gdy w 1868 r. z polecenia rządu belgijskiego strzelano do strajkujących robotników, Międzynarodówka przeprowadziła składkę wśród proletariatu Anglii i innych krajów. Zebrane pieniądze wysłano do Belgii na rzecz rodzin zabitych.
Międzynarodówka niejednokrotnie zmuszała kapitalistów do respektowania robotniczych praw. Tak było między innymi w czasie strajku robotników londyńskich, kiedy fabrykanci chcieli sprowadzić robotników z Francji. Dzięki uświadamiającej akcji Międzynarodówki żaden z robotników francuskich nie dał się wykorzystać jako narzędzie burżuazji.
Międzynarodówka wspierała ruchy narodowowyzwoleńcze. Na jednym z jej kongresów podjęto uchwałę wzywającą do obalenia wpływów caratu w Europie „przez urzeczywistnienie prawa narodów do stanowienia o swym losie oraz przez odbudowanie Polski.
Warto też wspomnieć, że w składzie 10 osobowego Komitetu Rady Centralnej (później przekształconej w Radę Generalną) I Międzynarodówki, wchodzili w różnym czasie następujący przedstawiciele rewolucjonistów polskich: Jan Emil Edward Holtorp, Franciszek Rybczyński, kapitan Konstanty Bobczyński, pułkownik Ludwik Oborski, Józef Michał Werecki, Jan Kryński, Antoni Żabicki, pułkownik Józef Rozwadowski i generał Walery Wróblewski, który odegrał wybitną rolę w obronie Komuny Paryskiej.

„Lewica” to nie etykietka na chwilę

8 września na łamach Onetu przedrukowano wywiad, jakiego „Kulturze Liberalnej” udzielił Dariusz Standerski, szef zespołu programowego KW SLD, jedna z wyborczych jedynek Lewicy, doktorant Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego, członek zarządu Fundacji Kaleckiego, w przeszłości również dyrektor programowy Wiosny Roberta Biedronia. Nie trzeba tłumaczyć, że to znacząca postać projektu zjednoczonej Lewicy – osoba odpowiedzialna za zagadnienia programowe kształtuje de facto kredo polityczne tego projektu, formułuje zasadnicze, maksymalnie skrócone przesłanie dla potencjalnego zwolennika. I oto taka osoba stwierdza w wywiadzie, że „jeśli chodzi o perspektywę długoterminową, w dalszym ciągu uważam, że trzeba porzucić etykiety „lewica” i „prawica”. Dzisiejsze linie sporu nie odpowiadają wyzwaniom przyszłości”. Etykietę „lewica” Standerski zachowałby co najwyżej doraźnie, dla „kilku spraw do załatwienia”.
Ja też chciałbym jedną sprawę zastrzec – projekt Lewicy powstawał w bólach i będzie (mam nadzieję) udaną próbą ponownego zaistnienia w polskim parlamencie. Słuszne są apele o poniechanie ostrej krytyki tego projektu, które by go osłabiały „od wewnątrz”, przynosząc korzyści prawicowym oponentom, bo tych na polskiej scenie publicznej jest aż nadto. Ale do tej wypowiedzi i jej wymiaru intelektualnego nie sposób się nie odnieść.
Zamazywanie – tak jak to czyni od lat prawicowa narracja – różnic między pojęciami „lewica” i „prawica” budzi mój gorący sprzeciw. Dlatego, że nie wynikają one, jak chce Dariusz Standerski – i mogę domniemać, że nie on jeden – z kulturowych czy cywilizacyjnych uwarunkowań. Negacja owych antynomii to nie jest żaden „znak czasów”. Nie jest tak, że ucieczka od politycznie rudymentarnego podziału pozwoli rozwiązać problemy, uniknąć zagrożeń, jakie niesie światu XXI wiek i nawodnić humanizmem pustynię, jaką zostawia dogmatyczne panowanie w ostatnich dekadach doktryny neoliberalnej. Podział na lewicowe i prawicowe myślenie wynika z nieprzekraczalnych i absolutnie rozbieżnych różnic oraz dążeń pracy i kapitału. Wszelkie zamazywanie tych sprzeczności, próby znalezienia konsensusu na poziomie teoretycznym i ideowym, nie praktycznego życia, są moim zdaniem kolejną wersją nieskutecznych koncepcji korporacjonistycznych. Innymi słowy – najpierw odrzucimy podział lewica-prawica, potem przyjmiemy, że trzeba szukać tylko tego, co łączy i zachęcać grupy o sprzecznych interesach do „solidaryzmu”, a na koniec przyzwolimy, by ci, którzy już są potężni, tylko zyskali, a biedni stracili.
Tymczasem jest już na takie próby i błędy za późno. Zbyt wiele już kapitalizm zniszczył, by tracić czas na poszukiwanie półśrodków i trzecich dróg. Istota systemu się nie zmieni. Kapitalizm życiodajną dla siebie akumulację czerpie z wyzysku ludzi nie tylko ludzi pracy, ale i konsumentów, z napędzania produkcji broni i wojen, a zatem i ze śmierci tysięcy ludzi, z niszczenia przyrody. I czyni to z potrzeby zysku, który jest zasadniczą jego domeną i drogowskazem. To musi lewica mówić głośno i w tej kwestii ludzi uświadamiać. Czy Lewica w ogóle chce się podjąć takiego zadania? Nie w kampanii wyborczej może, ale w ogóle?
Rozmowy z wieloma potencjalnymi zwolennikami lewicy ludźmi (we Wrocławiu i z Wielkopolski, z której pochodzi Dariusz Sztanderski) dają asumpt do refleksji, iż ta wypowiedź, eksponowana w mediach liberalnych i prawicowych, z gruntu niechętnych naszemu projektowi, jest złym przekazem dla potencjalnego wyborcy lewicy. Wraz z sygnałami o poparciu kandydatów Lewicy przez zdeklarowanych liberałów (m.in. Zdanowska w Łodzi) to kolejny element mogący sugerować, w jakim kierunku będzie zmierzać przyszła sejmowa frakcja KW SLD. Jeśli kolejnym krokiem miało być utworzenie soc-liberalnej partii na wzór Partii Pracy Blaira, ze struktur SLD i niedobitków Wiosny, to wielkiego pożytku, w naszych czasach, z tych ludzi nie będzie.

Stulecie komunizmu

16 grudnia br. mija 100 lat od powstania partii komunistycznej w Polsce.

 

Pierwsza wojna światowa spowodowała nie tylko zmiany na mapie politycznej Europy. Przyczyniła się również do przemian społecznych, w tym wzrostu nastrojów rewolucyjnych. Przełomowym był rok 1917, gdy w Rosji obalono cara, a następnie burżuazyjny rząd tymczasowy. Rosja stała się pierwszym państwem zarządzanym przez rady robotnicze, chłopskie i żołnierskie. Rewolucja Październikowa wstrząsnęła światem. Miała wpływ na sytuację w Niemczech oraz Austro-Węgrzech. W październiku 1918 r. upadła monarchia habsburska, na jej gruzach powstały nowe państwa – Czechosłowacja, Węgry i Polska. W Rzeszy obalony został cesarz Wilhelm II, władzę przejęła Socjaldemokratyczna Partia Niemiec (SPD). Działała też Niezależna Socjaldemokratyczna Partia Niemiec (USPD) o charakterze antymilitarystycznym z najbardziej radykalnym skrzydłem w postaci Związku Spartakusa, na bazie którego 30 grudnia 1918 r. utworzono Komunistyczną Partię Niemiec (KPD). Partie komunistyczne powstawały w całej Europie: 3 listopada 1918 r. – KP Austrii, 17 listopada KP Holandii oraz Socjalistyczna Partia Robotnicza Grecji (od 1924 r. KP Grecji), a 20 listopada KP Węgier.
Pierwsza wojna światowa wpłynęła również na sytuację polskiego ruchu robotniczego. Pod wpływem wydarzeń wojennych już w 1914 r. współpracę rozpoczęły Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy, powstała w 1893 r. jako Socjaldemokracja Królestwa Polskiego, oraz istniejąca od 1906 r. Polska Partia Socjalistyczna–Lewica. Partie te wydawały m.in. wspólne odezwy antywojenne, zwoływały wiece. Struktury partyjne były jednak bardziej rozbite niż przed wojną i pozbawione części wpływów wśród robotników w związku z tym, iż w wielu branżach produkcja została zmilitaryzowana. Wielu robotników zmobilizowano do armii lub przesiedlono w ramach robót przymusowych lub ewakuacji przemysłu ze strefy przyfrontowej.
Na terenach Rosji znajdowało się kilkaset tysięcy Polaków, w tym wielu robotników działających wcześniej w ruchu socjalistycznym, którzy odegrali znaczącą rolę w tworzeniu i działalności Rad Delegatów Robotniczych i Żołnierskich. Istotne było zwłaszcza zaangażowanie SDKPiL, działającej w ramach Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej Rosji (SDPRR), jako jej część autonomiczna (do 1911 r.). Po lutym 1917 r. na terenie Rosji powstało 40 lokalnych grup SDKPiL, które skupiały około 5 tysięcy członków, czyli ok 2% członków SDPRR. Podstawą programu SDKPiL był internacjonalizm. W Piotrogrodzie partia wydawała własne pismo – „Trybuna”. Wraz z przemianowaniem SDPRR na Rosyjską Komunistyczną Partię (bolszewików) w marcu 1918 r. na VIII Zjeździe, członkowie SDKPiL stali się jednocześnie członkami nowego ugrupowania. Z kolei PPS-Lewica po lutym 1917 r. utworzyła na terenie Rosji ponad 30 kół lokalnych zrzeszających około 3 tysięcy członków. Była aktywna zarówno wśród robotników fabrycznych jak i żołnierzy pochodzenia polskiego, stąd bardzo duży nacisk na postulaty antywojenne. Zarówno członkowie SDKPiL jak i PPS-Lewica uczestniczyli w wydarzeniach rewolucyjnych Października 1917 roku, jak i późniejszych walkach wojny domowej w Rosji. Szacuje się, że wzięło w niej udział ponad 100 tysięcy Polaków, w tym polskie rewolucyjne formacje zbrojne.
Pod wpływem Rewolucji Październikowej pojawiły się projekty zjednoczenia w obliczu, jak oczekiwano nieuchronnej, międzynarodowej rewolucji. Wymóg zjednoczenia związany był także z perspektywą utworzenia Międzynarodówki Komunistycznej. Sekcje PPS-Lewicy z Piotrogrodu i Moskwy zwróciły się o przyjęcie do RKP(b). Jednak do partii tej przyjmowano tylko po jednej organizacji dla danej narodowości, więc ze względu na współpracę z SDKPiL, PPS-Lewicy odmówiono przyjęcia.
W innych zaborach proces organizowania ruchu komunistycznego przebiegał wolniej. Jesienią 1918 r. w wyniku klęsk na froncie i braków zaopatrzenia, w państwach centralnych narastał kryzys. Chłopi odmawiali płacenia podatków i dostarczania kontyngentów dla wojska. Na terenach zaboru pruskiego występował proces deproletaryzacji. Większość robotników wysłano na front lub do prac przymusowych w Niemczech. Zabór austro-węgierski był najsłabiej rozwiniętym ekonomicznie i poza kilkoma ośrodkami miejskimi nie posiadał znaczącego przemysłu. Najliczniejszą grupą ludności byli chłopi, na których ruch komunistyczny miał stosunkowo mały wpływ. W obu zaborach ruch komunistyczny ograniczał się do niewielkich klubów robotniczych.
Kluczowy wpływ na zjednoczenie ruchu komunistycznego w Polsce miało tworzenie się, głównie na terenach Królestwa Polskiego, rad robotniczych. Pierwsza powstała 5 listopada 1918 r. w Lublinie. Wkrótce działało ich już około 100. Należeli do nich robotnicy popierający rożne partie. Starły się dwie koncepcje wykorzystania rad. Według PPS miały być organem administracyjnym i wspierać budowę niepodległej Polski. PPS-Lewica i SDKPiL dążyły do tego, aby rady stały się organem władzy robotniczej. Stojąc na stanowisku internacjonalistycznym, współpracowały z organizacjami komunistycznymi w Rosji i Niemczech. Wyrażały przekonanie, że po zakończeniu wojny światowej w Europie nastąpi powszechna rewolucja.
W tych warunkach rozpoczęto proces zjednoczeniowy. 5 listopada 1918 r. Centralny Komitet Robotniczy PPS-Lewicy zwrócił się do Zarządu Głównego SDKPiL z oficjalną propozycją zjednoczeniową. W liście tym napisano m.in.: Zbliżająca się szybkim krokiem w całym świecie rewolucja socjalna przyspiesza i w Polsce w moment rewolucyjnego wybuchu, klasa robotnicza Polski winna wytężyć cała swą energię i zespolić wszystkie siły rewolucyjne dla przygotowania się do decydującego starcia. List ten jest istotny również dlatego, iż po raz pierwszy pojawia się w nim postulat utworzenia zjednoczonej Komunistycznej Partii Polski (KPP). Zaproponowano utworzenie wspólnego centralnego organu koordynującego działania zjednoczeniowe. Kierownictwo SDKPiL przyjęło propozycję. 10 listopada powołano Radę Międzypartyjną, a następnie Komisję Programową. Projekt programu konsultowano z Różą Luksemburg, przebywającą w Berlinie. 16 grudnia 1918 r. w Warszawie odbył się XII Zjazd PPS–Lewicy, który podjął decyzję o zjednoczeniu z SDKPiL na zasadach włączenia PPS-Lewica do Socjaldemokracji. W tym samym czasie obradowała Krajowa Konferencją SDKPiL.
Tego samego dnia – 16 grudnia – odbył się, w budynku przy ul. Zielnej 25, zjazd zjednoczeniowy, na którym utworzono Komunistyczną Partię Robotniczą Polski. W zjeździe udział wzięło ponad 200 delegatów i gości. Naczelną władzą w partii stanowił Komitet Centralny złożony z 12 członków, do którego wybrano po 6 przedstawicieli SDKPiL oraz PPS-Lewica, wybrano także Centralną Redakcję, zajmującą się wydawnictwami i prasą partyjną. Zjazd przyjął statut partii oraz Platformę polityczną określającą internacjonalistyczny charakter partii, odwołującą się do międzynarodowego trendu rewolucyjnego. Zapowiadano: „Otworzyła się era bezpośredniej walki o urzeczywistnienie ustroju socjalistycznego, era rewolucji socjalnej”. Przewidywano odbudowę gospodarki „na zasadach wspólnej własności środków produkcji i ziemi”. „Cała władza musi przejść w ręce proletariatu miast i wsi, zorganizowanego w Radach Delegatów Robotniczych”. Wysuwano hasło uspołecznienia ziemi obszarniczej. Program KPRP stawiał tezę, iż zorganizowany w Radach Delegatów Robotniczych proletariat polski oprze się o rewolucję socjalistyczną w innych państwach, która doprowadzi do gospodarki socjalistycznej na poziomie międzynarodowym. Zapowiadano o „pożar rewolucji” oraz „erę rewolucji socjalnej”. W ramach programu minimum postulowano odbudowę zniszczonej przez wojnę gospodarki na zasadach wspólnej własności środków produkcji oraz ziemi i odsunięcie burżuazji od władzy. Zjazd KPRP uchwalił rezolucję „Powstanie Międzynarodówki”. Stwierdzono, że II Międzynarodówka przestała de facto istnieć w wyniku wojny, a na jej gruzach powstaje III Międzynarodówka.
W momencie powstania KPRP liczyła około 10 tysięcy członków działających na terenie byłego zaboru rosyjskiego. Wobec słabości przemysłowej klasy robotniczej, główne zaplecze społeczne ugrupowania stanowili rzemieślnicy i czeladnicy, wpływy na wsi były niewielkie. Główne okręgi działania to Zagłębie Dąbrowskie – 2400 członków, łódzki – 1800, Łódź – 600, Warszawa – 1000 i Warszawa Podmiejska – 800. Do lutego 1919 r. struktury KPRP powstały w 47 ośrodkach dawnego Królestwa Polskiego, a w 35 znajdowały się w stadium organizacyjnym. Ugrupowanie, jako akcentujące internacjonalizm, miało skład wieloetniczny. KPRP miała silne wpływy w radach robotniczych. W Zagłębiu Dąbrowskim dysponowała większością 229 delegatów na 390, dane za luty 1919 r. W radach w Warszawie i Łodzi KPRP miała niewiele mniej głosów niż PPS. Ogólnie w radach jedna trzecia delegatów reprezentowała KPRP.
W ramach KPRP zjednoczyły się również organizacje PPS-Lewicy oraz SDKPiL działające na terenie Rosji, skupiające około 5 tysięcy członków. Utworzono Centralny Komitet Wykonawczy KPRP w Rosji. Członkowie KPRP zostali jednocześnie członkami RKP(b). Struktury KPRP w Rosji zajmowały się wówczas tworzeniem polskich formacji zbrojnych. Na początku 1919 roku na Białorusi zaczęła powstawać polska rewolucyjna grupa armijna. W związku z przekonaniem o bliskości i nieuchronności międzynarodowej rewolucji wspierano lokalne powstania takie jak w Zamościu, gdzie 28-29 grudnia 1918 r. robotnicy zbrojnie przejęli kontrolę nad miastem tworząc Czerwoną Gwardię. Wystąpienie to zostało stłumione przez wojsko przybyłe z Lublina. Podobnie było w innych miastach, władze przystąpiły do likwidacji Rad Robotniczych oraz przejmowania z ich rąk zakładów pracy. 6 stycznia 1919 r. rząd Moraczewskiego dekretem wprowadził stan wyjątkowy w Warszawie i Zagłębiu, oznaczający nasilenie represji wobec KPRP i ruchu robotniczego. Partia musiała przejść do nielegalnej działalności. Duży cios dla KPRP stanowiła także klęska rewolucji niemieckiej stłumionej przez socjaldemokratów i załamanie się fali rewolucyjnej w Europie. Pomimo tego partia nie zaprzestała działalności.

Ze stuletniej perspektywy

„Ruch robotniczy w 1918 r.” – to tytuł konferencji zorganizowanej przez fundację „Historia Czerwona”, która odbyła się w sobotę w Muzeum X Pawilonu Cytadeli Warszawskiej.

 

Konferencja poświęcona była przypomnieniu działań podejmowanych przez lewicowe organizacje polityczne i robotników na ziemiach polskich w przededniu odzyskania przez Polskę niepodległości i w pierwszych miesiącach funkcjonowania odrodzonego państwa polskiego. Uczestnicy konferencji przypomnieli spory ideowe, koncepcje i cele działania głównych nurtów ruchu robotniczego i odwołujących się do niego partii politycznych: lewicy niepodległościowej PPS i PPSD, stawiającej sobie za cel przede wszystkim odzyskanie niepodległości i zajęcie miejsca w życiu politycznym nowego państwa oraz spychanej w dziś lansowanej narracji SDKPiL i PPS-Lewicy, stawiających na pierwszym planie obalenie kapitalizmu i proletariacką rewolucję inspirując się doświadczeniami rewolucji październikowej w Rosji. Omówione zostały także konkretne działania robotników – tworzenie Rad Robotniczych, których w 1918 r. i pierwszej połowie 1919 r. powstało ponad 100, spontaniczne akty buntu przeciwko opresyjnemu porządkowi społecznemu takie jak powstanie tzw. „republiki tarnobrzeskiej”, walki w Zagłębiu Dąbrowskim, gdzie Rady Robotnicze okresowo przejęły władzę i narzucały swoje porządki, działalność zbrojnych formacji robotniczych – czerwonych gwardii i bojówek robotniczych PPS.
Konferencja połączona była ze zwiedzaniem nowo otwartej ekspozycji w Muzeum X Pawilonu Cytadeli Warszawskiej – jednej z najważniejszych placówek gromadzących pamiątki po bojownikach walk o wyzwolenie narodowe i społeczne, działającej w zachowanym obiekcie osławionego dawnego carskiego aresztu śledczego. Warte podkreślenia jest, że nowa ekspozycja prezentuje sylwetki więźniów w sposób bezstronny i bez „gumkowania” historii – mają w niej swoje miejsce i Romuald Traugutt, i Józef Piłsudski i Feliks Dzierżyński, i wielu innych, którym zdarzyło się trafić do tego miejsca, a z niego – albo na szubienicę, albo na zsyłkę.

Czyja niepodległość?

W setną rocznicę niepodległości Polski lewica niepotrzebnie stara się uwiarygodniać odwoływaniami do rządów Daszyńskiego i Moraczewskiego. W rzeczywistości w listopadzie 1918 r., jeszcze przed ich ustanowieniem, lud sam brał sprawy w swoje ręce.

 

Jego wysiłki zostały jednak zdradzone przez oportunistów z PPS, wolących układać się z Piłsudskim.

W ostatnich latach polska lewica próbuje rozgrywać politykę historyczną na warunkach stawianych przez dużo potężniejszego przeciwnika. Można go w uproszczeniu zdefiniować jako obóz konserwatywno-nacjonalistyczny, który przy aktywnym poparciu liberalnej prawicy i biernej postawie liberalnej lewicy zbiera żniwa i dyskontuje owoce niemalże trzydziestu lat „patriotycznej” edukacji młodych Polaków. Efektem tego są przetaczające się przez nasz kraj marsze niepodległości, kult „żołnierzy wyklętych” oraz cała gama przeróżnych patriotycznych i klerykalnych szopek od burzenia pomników po kręcenie patriotycznych produkcji filmowych o jakości szkolnych jasełek. Znaczna część lewicy próbującej przebić się do głównego nurtu doszła do wniosku, że należy w tych warunkach odpowiedzieć polityką historyczną stawiającą na piedestale lewicowe tradycje patriotyczne i niepodległościowe.

Na pierwszy rzut oka wydaje się być to ruchem racjonalnym, skoro żadna lewicowa treść nie może przebić się przez cenzurę liberalno-konserwatywno-nacjonalistycznej koalicji inżynierów dusz bez etykietki „patriotyczne” lub „niepodległościowe”, a najlepiej również „antykomunistyczne”. W skrajnych sytuacjach taka taktyka przynosi kuriozalne efekty, jak doszukiwanie się kilka lat temu przez jednego z członka Zielonych wątków feministycznych w kulcie „żołnierzy wyklętych”. Generalnie jednak lewica stara się przywrócić przestrzeni publicznej pewne postacie-symbole, legitymizując je narracją niepodległościową i antykomunistyczną, łącząc je przy tym z prosocjalną retoryką. I tak Marks przekształca się w pałającego wrogością do Rosji ojca polskiej niepodległości, a Róża Luksemburg w demokratyczną antykomunistkę, której brak poparcia dla niepodległości był wypadkiem przy pracy (można przemilczeć).

Najmocniejszą kartą socjalpatriotów z okazji zbliżającego się stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości są jednak lewicowe rządy, które ową niepodległość wywalczyły i obroniły, przy okazji realizując wiele wyczekiwanych postulatów społecznych. Reprezentują więc szczytne ideały, które stanowią wzór dla współczesnej lewicy i które mają przynieść jej chlubę oraz akceptację prawicowego salonu. W domyśle również znacznej części społeczeństwa podzielającej tego salonu poglądy. W odpowiedzi na jednego Dmowskiego lewica odpowiada pełną salwą tak znaczących postaci jak Piłsudski, Daszyński czy Moraczewski. Dzięki poruszaniu się w takim segmencie przestrzeni symbolicznej lewicę stać nawet na akcję ofensywną, czyli kreowanie własnej, „wyklętej” historii niepodległości, w której czołową rolę odgrywa powołany 7 listopada 1918 Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej premiera Daszyńskiego. Stanowi to wstęp do alternatywnej, socjalistycznej historii niepodległości Polski.

Taktyka ta jak dotąd nie przyniosła większych efektów. Z pewnością nie dzieje się tak tylko z powodu blokady „zazdrosnej” prawicy. Czy rzeczywiście taka polityka historyczna w znaczący sposób jakościowo różni się od tego co proponuje prawica? Wszak w obu narracjach historię Polski kreują wielkie postacie zdolne do zmiany biegu dziejów. Różnica polega na tym, że w tej lewicowej postacie generałów i endeckich polityków walczących dzielnie o jak największe terytorium kraju zostają zastąpione przez wrażliwych społecznie polityków, którzy potrafią „zrobić dobrze” biednemu, cierpiącemu ludowi.

Tymczasem już przed odzyskaniem niepodległości, a także wiele miesięcy po niej lud polski, reprezentowany przez tysiące zrewoltowanych robotników, walczył o swoje prawa nie oglądając się ani na Daszyńskiego, ani na Piłsudskiego ani na Dmowskiego. Było to rzecz jasna efektem wpływu rewolucji rosyjskiej, a następnie niemieckiej, na polskie masy robotnicze. Podobnie jak w tamtych krajach, na ziemiach polskich jeszcze przed ustanowieniem „rządu ludowego” zaczęły powstawać Rady Delegatów Robotniczych. To właśnie rada w Lublinie jeszcze przed powstaniem tamtejszego rządu obaliła władzę Rady Regencyjnej, ustanowiła 8-godzinny dzień pracy, uchwaliła powołanie milicji robotniczej, a następnie wywierała presję na gabinet Daszyńskiego, aby ten dotrzymał swoich obietnic. W opinii działaczy SDKPiL, którzy stali za organizacją lubelskiej rady delegatów oraz wielu innych w skali kraju, „rząd ludowy” był fasadową wydmuszką, która powstała jedynie dzięki zbrojnemu przewrotowi przeprowadzonemu przez żołnierzy Polskiej Organizacji Wojskowej popierających Daszyńskiego. W tej sytuacji prawicowa część PPS-u nie miała innego wyboru, jak wejść w skład lubelskiej rady i działać na rzecz wyhamowania jej potencjału rewolucyjnego. Zaledwie kilka dniu później Piłsudski rozpędził „rząd ludowy” i anulował wszystkie jego dekrety.
Ruch rad delegatów robotniczych rozwijał się jednak na całym terenie Polski. Powstało około stu rad o różnym składzie politycznym i wpływach – zarówno w dużych miastach, jak Łódź czy Warszawa, jak i znacznie mniejszych ośrodkach – Kraśniku, Częstochowie, Zamościu. W niektórych miastach, jak np. w Krakowie do głosu dochodziła pepeesowska prawica, natomiast na terenach zaboru pruskiego w radach wpływy posiadali przedstawiciele prawicy nacjonalistycznej, ze względu na istniejące na tych terenach podziały narodowościowe między Polakami a Niemcami. Pomimo tego w ruch radziecki na ziemiach polskich zaangażowały się dziesiątki tysięcy zrewolucjonizowanych robotników, domagających się emancypacji i upodmiotowienia. Socjalpatriotyczna „lewica” spod znaku Piłsudskiego i Moraczewskiego nie zamierzała tego tolerować, czemu dawała dowód już od pierwszych dni listopada.

Najbardziej klarownym przykładem takiego starcia jest historia Rad Delegatów Robotniczych w Zagłębiu Dąbrowskim. W dniu 2 listopada 1918 w Dąbrowie zachęceni przez PPS-Lewicę i SDKPiL robotnicy zaczęli rozbrajać wycofujących się żołnierzy austriackich, po czym przystąpili do tworzenia oddziałów Czerwonej Gwardii. Podobnie jak w Lublinie, pepeesowska prawica była niechętnie nastawiona do rad, ale stojąc przed faktem dokonanym przystąpiła do nich w celu odgrywania hamulcowej roli. W końcu 8 listopada na terenie Zagłębie rady wezwały do strajku generalnego – zakłady pracy stanęły, a tysiące robotników wzięło udział w masowych demonstracjach. Przeciwstawiły się im obecne tam oddziały polskich żołnierzy utworzone jeszcze przez Niemców (tzw. Polnische Wermacht). Wówczas zginął Eugeniusz Furman – pierwszy z dziesiątek robotników, którzy polegli w walce klasowej w Polsce niepodległej.

Po 11 listopada organizowane na wzór panującej w Rosji władzy radzieckiej rady zaczęły powstawać na terenie całego Zagłębia Dąbrowskiego. Były na tyle silne, że były w stanie zmusić magistrat Sosnowca do wykonywania swoich postępowych dekretów, a miejscowi kapitaliści musieli opłacać Czerwoną Gwardię. W kolejnych tygodniach i miesiącach na tym terenie odbyło się wiele strajków politycznych przeciwko rządowi Paderewskiego, który dążył w mniemaniu robotników do obalenia ruchu radzieckiego. W marcu 1919 miał odbyć się strajk powszechny, ale jego rozmach został zmniejszony na skutek bojkotu działaczy prawicy pepeesowskiej, która demobilizowała robotników. Skorzystał z tego rząd wysyłając wojsko do walki z ruchem robotniczym. Padli zabici i ranni. Ostatecznie w lipcu cały skład rady został aresztowany. Podobny los miał czekać cały ruch – gdy podległe Piłsudskiemu rządy w 1919 roku okrzepły, skupiły swoje siły na pacyfikacji robotniczych samorządów. Tak skończył się emancypacyjny ruch, dzięki któremu robotnikom udawało się wywalczyć polepszenie warunków pracy, a niekiedy nawet przejmować kontrolę nad produkcją.

Nie były to jednak jedyne podmioty rewolucyjne na ziemiach polskich w tamtym czasie. W listopadzie 1918 roku powstała Republika Tarnobrzeska obejmująca powiat tarnobrzeski oraz kilka innych z nim sąsiadujących. Zarządzał nią Tarnobrzeski Komitet Rewolucyjny pod wodzą byłego legionisty Tomasza Dąbala oraz księdza Eugeniusza Okonia. Komitet miał wpływ na obsadę lokalnych władz oraz walczył o reformę rolną, konfiskatę majątku kościelnego oraz nacjonalizację środków produkcji. Republika została zniszczona w 1919 roku na skutek brutalnych represji piłsudczyków, a jej przywódcy aresztowani, mimo wyboru ich na posłów do Sejmu RP. W końcówce 1918 roku w okolicach Pińczowa powstała również Republika Pińczowska pod wodzą działa SDKPiL Jana Lisowskiego. Przez sześć tygodni okoliczni chłopi prowadzili strajki rolne, aż do przybycia karnej ekspedycji wojskowej, która spacyfikowała strajki i aresztowała Lisowskiego.
Rozwijający się przez kilka miesięcy oddolny ruch rewolucyjny w Polsce został zlikwidowany przez podległe Piłsudskiemu wojska. Przyczyną tego były nie tylko rozmaite błędy samych rewolucjonistów, którzy nie ośmielili się przejąć pełni władzy w miejscowościach, gdzie posiadali wpływy, ale w dużej mierze postawa działaczy PPS, dla których konsolidacja i centralizacja władzy pod wodzą Piłsudskiego była ważniejsza niż emancypacyjne dążenia proletariatu fabrycznego i rolnego. Nie można odmówić rządom socjalpatriotycznej lewicy postępowych reform społecznych, ale trzeba pamiętać, że powstały one pod dużą presją zrewoltowanego i antykapitalistycznie nastawionego społeczeństwa.

Część działaczy PPS już po kilku latach żałowała swoich czynów. W 1928 roku podczas obchodów dziesięciolecia rządu lubelskiego aktywiści tej partii grzmieli, że błędem było przyjęcie kapitalistycznych rządów, które doprowadziły polskiego robotnika do nędzy. Nawet członek rządu i były wiceminister spraw wewnętrznych Norbert Barlicki w 1933 roku bił się w piersi i żałował demobilizacji mas ludowych w tamtym okresie.

Na przełomie 1918 i 1919 r. ma ziemiach polskich działało około 100 rad robotniczych, w których łącznie 300 tys. ludzi pracy wrzało rewolucyjnym zapałem. O tych i innych faktach nie chce pamiętać znaczna część współczesnej polskiej lewicy. Wystraszona prawicową dominacją, woli podkreślać udział lewicowych działaczy w konsolidacji kapitalistycznych rządów, które przekształciły się wkrótce w autorytarne rządy sanacyjne. Wspomina polityków takich jak Daszyński czy Moraczewski, którzy bezwolnie poddawali się Piłsudskiemu, a postępowe reformy wprowadzali, czując oddech rewolucji na plecach. Tym samym przejmuje ich kapitulanckie tradycje. W tym sensie lewicowi politycy nastawiający się na współpracę z Koalicją Obywatelską w celu „obrony demokracji” lub ci dążący do konsensusu w polityce historycznej z dzierżącym rząd dusz obozem prawicowym są naprawdę „godnymi” spadkobiercami socjalpatriotów walczących z ruchem radzieckim na ziemiach polskich w latach 1918-1919.