Głód mieszkań sprzyja bankom

Nieruchomości drożeją, kredyty mieszkaniowe także – ale chętnych na ich zaciąganie wciąż nie brakuje.

Marże banków w górę, zdolność kredytowa Polaków w dół – tak należy podsumować mijający rok jeśli chodzi o rynek kredytów hipotecznych. W każdym z kolejnych kwartałów można było zaobserwować tę prawidłowość (o ile uznawać, że rzeczywiście jest to prawidłowość).
W grudniu banki narzucały klientom oprocentowanie kredytów mieszkaniowych średnio wyższe o 0,15 punktu procentowego niż na początku 2019 r. – taki wniosek płynie z analizy Bankier.p.
Rynek kredytowy podgrzewają niskie stopy procentowe i kiepska oferta lokat, co zachęca do zakupów inwestycyjnych mieszkań, które finansowane są właśnie kredytami.
Tak więc, kredyt z 20-procentowym wkładem własnym jest obecnie średnio o wspomniane 0,15 pp. droższy niż w styczniu, ale kwota jaką może uzyskać kredytobiorca – niższa o ok. 10 tys. zł. Czyli, trochę tak jak w „Chłopcach z Placu Broni”: „teraz chałwa jest droższa, więc daję mniej”.
W rezultacie, średnia zdolność kredytowa amatora własnego M w naszym kraju osiągnęła w listopadzie najniższą wartość od początku 2018 r. – czyli 551 tys. zł. W grudniu powróciła do poziomu nieco poniżej 570 tys. zł. Dla porównania, w styczniu 2018 r. przeciętni kredytobiorcy byli w stanie średnio pożyczyć 606 tys. zł, a w styczniu 2019 r. – 581 tys. zł.
Od stycznia 2018 r. Bankier.pl śledzi, jak zmienia się rynkowa oferta kredytów hipotecznych dla jednego, niezmiennego profilu klienta. W symulacji przyjęto, że kwota kredytu hipotecznego zaciąganego przez standardowych kredytobiorców będzie zbliżona do średniej wartości kredytu zaciąganego obecnie w Polsce. Założono więc, że o finansowanie stara się bezdzietne małżeństwo mieszkające w mieście mającym powyżej 500 tys. mieszkańców, kupujące na rynku pierwotnym mieszkanie o wartości 337,5 tys. zł (o powierzchni 50 metrów kwadratowych), zarabiające łącznie 6,2 tys. zł miesięcznie netto, pracujące w oparciu o umowy o pracę na czas nieokreślony, posiadające pozytywną historię kredytową, bez żadnych dodatkowych i obecnie spłacanych obciążeń.
Ci standardowi klienci gotowi są skorzystać z dodatkowych produktów banku, aby obniżyć marżę kredytową. Jako ludzie unikający zbędnego ryzyka, nie chcą jednak nabywać produktów inwestycyjnych czy ubezpieczeń z funduszami kapitałowymi.
Ich kredyt mieszkaniowy zaciągany jest na 30 lat i spłacane w ratach równych. Przy badaniu cen kredytu i kwoty finansowania, prezentowane są średnie wartości zaczerpnięte z ofert 14 banków, dla kredytów z 10 – i 20-procentowym wkładem własnym.
– Drożeją nieruchomości, ale chętnych na kredyty mieszkaniowe nie brakuje. Chociaż na ostateczne podsumowanie roku jeszcze za wcześnie, to jest niemal pewne, że kredytodawcy odnotują rekordową sprzedaż.
W takim otoczeniu bankom nie jest trudno stopniowo, przez korekty cenników o kilka punktów bazowych, podnosić ceny. Efekty pełzających zmian widać wyraźnie w porównaniach obejmujących kilkanaście miesięcy – podsumowuje analityk Bankier.pl dr Michał Kisiel.
Wszystko wskazuje na to, że w przyszłym roku sytuacja się nie zmieni. Brak jakiegokolwiek wsparcia ze strony rządu PiS dla Polaków, kupujących swoje własne M, sprawia, że banki mogą spokojnie łupić skórę kredytobiorców, a ci muszą się na to godzić.

Rozwiązanie nie tylko dla krezusów

Zakup różnych cennych i luksusowych dóbr, to nie zawsze bezpieczna przystań finansowa.

Gdy wciąż haniebnie niskie jest oprocentowanie lokat bankowych w Polsce, coraz większą popularność zdobywają tzw. inwestycje alternatywne, wykorzystywane poza tradycyjnymi aktywami takimi jak akcje, obligacje czy rynek walut.
Poszukiwane są zwłaszcza takie sposoby lokowania kasy, które w długim okresie byłyby zabezpieczone przed ryzykiem zmiany koniunktury i równocześnie dostosowane do indywidualnych upodobań.
Ze względu na to, że wartość inwestycji alternatywnych nie zależy od aktualnej sytuacji na rynkach finansowych, ludzie z grubymi portfelami często uważają je za bezpieczną przystań dla swych pieniędzy.

Esteci z grubą kasą

Inwestycje alternatywne zawsze cieszyły się zainteresowaniem jakiejś części krezusów, a kryzys finansowy z lat 2007-2009 sprawił, że stały się bardziej popularne. Najbardziej trywialną formę takich inwestycji stanowią nieruchomości, ale są i inne, związane z osobistymi upodobaniami.
– To takie kategorie inwestycji, w przypadku których duży wpływ na decyzje o inwestowaniu kapitału mają głównie czynniki pozaekonomiczne np. emocje, doznania zmysłowe czy też upodobania estetyczne (tzw. inwestycje emocjonalne) – mówi ekspert od zarządzania aktywami Kamil Hajdamowicz.
Przykładami takich emocjonalnych inwestycji są np. monety kolekcjonerskie, dzieła sztuki, alkohole, jachty, klasyczne samochody, zegarki, biżuteria, diamenty – czyli generalnie, wszelkie dobra luksusowe i w miarę trwałe.
Ale nie tylko, bo do kategorii dóbr luksusowych trudno zaliczyć np. starodruki, ważne rękopisy czy zabytkowe książki, choć mogą one przecież być niezwykle cenne.
Inwestycje alternatywne zapewniają ludziom z grubą kasą połączenie aspektu ekonomicznego z estetycznym (co oczywiście zależy od tego, czy mają oni jakieś poczucie estetyki).
A oprócz wyników finansowych (często wszakże wątpliwych) przynoszą im satysfakcję z samego faktu posiadania rzeczy. Wprawdzie niezbyt to chwalebna satysfakcja, ale dość rozpowszechniona wśród ludzi

Emocje nie mają ceny

– Emocjonalny charakter takich inwestycji polega na tym, że o ich wycenie nie decydują obiektywne przesłanki, ale subiektywne odczucia i postrzeganie przez potencjalnych inwestorów. Zysk z inwestycji pojawia się „przy okazji”, a sam zakup służy między innymi osiąganiu korzyści pozamaterialnych, z których najważniejszymi są przyjemność z posiadania, doznania estetyczne, wzrost prestiżu i satysfakcja z przynależności do ograniczonego grona kolekcjonerów – dodaje Kamil Hajdamowicz.
Inwestycje alternatywne wyraźnie różnią się od tradycyjnego rynku akcji czy obligacji. Są pewne wspólne cechy, charakterystyczne dla nich.
Na przykład tzw. niska płynność – co oznacza, iż należy się liczyć z tym, że może wystąpić okresowy brak popytu na jakąś cenną rzecz, który uniemożliwia jej zamianę na gotówkę.
Trzeba będzie wtedy czekać, a często i obniżyć cenę do poziomu, na którym znajdzie się kupiec – albo czekać (być może ad ad calendas graecas) ze sprzedażą na okres, kiedy wróci popyt na naszą inwestycję.
Niska płynność jest tu istotnym utrudnieniem – bo nie można przecież kupić albo sprzedać części obrazu, tak jak np. kupuje się część udziału w firmie w postaci akcji.

Czas to pieniądz

Brak możliwości szybkiej, korzystnej sprzedaży powoduje powstawanie kolejnych problemów, takich jak choćby rosnące koszty przechowywania i zabezpieczenia cennych rzeczy czy wysokie prowizje pobierane od sprzedających.
Dłuższy czas sprzedaży sprawia, że inwestycje alternatywne to zdecydowanie nie jest rynek dla spekulantów, którzy w ciągu kilku dni chcieliby wycofać ulokowany kapitał i do tego uzyskać wysoką stopę zwrotu.
Jednakże, konieczność dłuższego utrzymywania inwestycji oraz niska płynność mogą być rekompensowane (oczywiście nie zawsze) przez wyższe stopy zwrotu. W każdym razie, uważa się, że minimalny czas, żeby zarobić, to 5 – 10 lat – a im dłużej, tym zysk powinien być większy. To trochę jak z emeryturą: im dłużej pracujemy, tym więcej dostaniemy w tzw. jesieni życia, o ile oczywiście nie musimy tyrać na śmieciówkach.
Kolejnym problemem bywa trudność w określeniu wartości rynkowej różnych cennych rzeczy. Tę wartość można naturalnie szacować za pomocą różnych metod, ale w rzeczywistości zależy ona tylko i wyłącznie od tego, ile ktoś zechce zapłacić za daną rzecz. Pomimo dostępności informacji o osiągniętych historycznych cenach jakiegoś cennego przedmiotu, nie będą one w żaden sposób porównywalne do obecnych cen. Tym niemniej, mogą stanowić jakiś wyznacznik, zwłaszcza, że baza informacji dotyczących rynku dóbr luksusowych zaczyna się rozbudowywać, w głównej mierze dzięki wykorzystaniu Internetu, który doprowadził do znaczącego wzrostu transparentności.

Coś, czego nie da się pojąć

Na koniec kwestia najważniejsza – czyli zysk z inwestycji alternatywnej, który zależy od bardzo wielu czynników: ogólna zamożność potencjalnych nabywców, uwarunkowania makroekonomiczne, trendy rynkowe, mody, popyt na takie czy inne dobra (np. na obrazy konkretnego artysty).
Najważniejsze, że nie da się tego w żaden sposób przewidzieć, a i zrozumieć trudno.
Czy ktoś wszak jest w stanie pojąć, dlaczego coś, uważane najpierw za bezwartościowy bohomaz, może bardzo szybko zostać uznane za niezwykle cenne dzieło sztuki? Eksperci ujmują to mądrzej, wskazując, że „istotną rolę odgrywają również czynniki behawioralne, które bardzo trudno jest przewidzieć oraz subiektywne upodobania”.
Warto zauważyć, że inwestycjami alternatywnymi często interesują się ludzie na tyle bogaci, że nie muszą dbać o zysk. Chcą oni jednak niemal za wszelką cenę wejść w posiadanie określonego dobra. W ten sposób windują cenę do nieracjonalnych poziomów, aby tylko nabyć wymarzony obiekt.
Trudno więc komukolwiek z nimi konkurować – chyba, że chodzi o urzędy i instytucje mające siłę nabywczą, która jest nie do przebicia dla inwestora indywidualnego.

Na trudnym rynku nad Renem

Niemiecka gospodarka zwalnia tempo, ale to nie odstrasza naszych firm.

Połowa polskich firm działających w Niemczech ocenia stan tamtejszej gospodarki wciąż jako „dobry”, zaś około 24 proc. jako „zadowalający”.

Mniej optymistów

W porównaniu z ubiegłorocznymi badaniami już znacznie mniejszy odsetek ankietowanych (21 proc.) mówi, że gospodarka Niemiec jest w „bardzo dobrej” kondycji. Przed rokiem taki pogląd prezentowało aż 40 proc. naszych przedsiębiorców.
27 proc. polskich spółek przewiduje spowolnienie gospodarcze w Niemczech w kolejnym roku. To najsilniejszy sygnał schłodzenia koniunktury od 2016 r.
Takie wyniki przynosi badanie polskich firm w Niemczech przeprowadzone jesienią tego roku na zlecenie Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej. Firmy te reprezentują przemysł przetwórczy, usługi, handel, budownictwo, zaopatrzenie w energię elektryczną i wodę oraz utylizację odpadów.
Celem badania była ocena niemieckiej koniunktury gospodarczej oraz uwarunkowań prowadzenia biznesu przez przedstawicieli polskich firm działających za Odrą

Nie boją się spowolnienia

Polscy przedsiębiorcy pozostają mimo wszystko optymistami w ocenach aktualnej sytuacji własnych firm. Jedna czwarta ocenia ją jako „bardzo dobrą”, a 43 proc. jako „dobrą”.
Odsetek firm opisujących swoją kondycję jako „zadowalającą” pozostaje na podobnym poziomie (ok. 30 proc. ) od trzech lat.
Mimo prognozowanego spowolnienia, większość ankietowanych firm deklaruje, że utrzyma, bądź zwiększy sprzedaż, zatrudnienie i inwestycje.
W opinii polskich przedsiębiorców, wśród zalet niemieckiego rynku należy przede wszystkim wymienić jakość infrastruktury (transportowej, komunikacyjnej, informatycznej i energetycznej), dyscyplinę płatniczą kontrahentów, przewidywalność polityki gospodarczej Niemiec oraz przychylność administracji w obsłudze przedsiębiorców.
Największy odsetek przedsiębiorców narzeka na koszty pracy, wysokości podatków i brak dostępu do wykwalifikowanych kadr.
Profity wyraźnie przewyższają jednak wszelkie trudności. Dlatego 93 proc. badanych firm potwierdza, że powtórzyłoby decyzję o wejściu na rynek niemiecki – choć w ubiegłym roku mówiło tak aż 97 proc.

Zimny prysznic

W ubiegłym roku polskie firmy funkcjonujące nad Renem prezentowały rekordowe prognozy wzrostu sprzedaży. Wówczas wzrost sprzedaży w kolejnych miesiącach zapowiadało trzy czwarte ankietowanych spółek.
Rzeczywistość niejednokrotnie przyniosła zimny prysznic, toteż w bieżącej edycji badania tylko około połowa ankietowanych mówi o wzroście sprzedaży w najbliższym roku. Niespełna 40 proc. przewiduje obrót na niezmienionym poziomie. Co dziesiąta firma zapowiada zaś obecnie spadek sprzedaży. Wszystko to przekłada się na plany rozwojowe. Niemal 70 proc. badanych firm z Polski prognozuje, że liczba pracowników w kolejnych miesiącach nie ulegnie zmianie. O wzroście zatrudnienia mówi tylko 20 proc. przedstawicieli przedsiębiorstw.
Na te wyniki można jednak patrzeć dość optymistycznie, gdyż w sumie 90 proc. przedsiębiorstw zamierza utrzymać lub zwiększyć zatrudnienie.

Pierwszy zagraniczny rynek

Dosyć pozytywnym sygnałem są deklaracje zwiększania nakładów inwestycyjnych, złożone przez 40 proc. ankietowanych. Połowa firm podaje zaś, że utrzyma wydatki inwestycyjne na dotychczasowym poziomie. Ciąć swe inwestycje zamierza więc tylko 10 proc. naszych firm działających w Niemczech. Nasz wielki zachodni sąsiad to zwykle pierwszy zagraniczny rynek dla polskich firm, zwłaszcza z sektora małych i średnich przedsiębiorstw.
Ponad połowa tych firm zdecydowała się na ekspansję na ten rynek w celu uzyskania dostępu do nowych klientów. 44 proc. chciało zwiększenia skali działania. Prawie co trzecia liczyła na doskonalenie swojej produkcji, zaś co piąta wskazywała na osiągnięcie granicy rozwojowej na polskim rynku.

Nasza giełda się zwija

Spadające obroty, brak ciekawych debiutów, słabe zainteresowania akcjami polskich spółek – to aktualny obraz GPW.

Do 15,9 mld zł spadły w październiku 2019 r. obroty w ramach zleceń na giełdzie papierów wartościowych. To o 2,8 proc. mniej niż przed rokiem. Średnio na sesję obroty spadły z 712 mln zł do 692 mln zł.
Jak wynika z obliczeń Bankier.pl, średnie sesyjne obroty w okresie ostatnich dwunastu miesięcy wyniosły 777,1 mln zł, czyli o blisko 2 mln zł mniej niż we wrześniu i aż 60,5 mln mniej niż rok wcześniej. To najniższy wynik od stycznia 2017 r. Tymczasem średnie obroty za okres grudzień 2016 – listopad 2017 sięgnęły rekordowych 958 mln zł.
W międzyczasie miało miejsce istotne wydarzenie, we wrześniu 2018 roku GPW dołączyła do grona rynków rozwiniętych.
– To fundamentalna zmiana w postrzeganiu Polski przez globalnych inwestorów. Przekwalifikowanie naszego kraju daje możliwość zainteresowania nowych inwestorów akcjami polskich spółek i stanowi ogromną szansę dla całego rynku kapitałowego. Wierzę, że w dłuższej perspektywie spowoduje to napływ większego kapitału na warszawski parkiet – komentował wówczas Marek Dietl, prezes zarządu GPW.
Obroty rzeczywiście skoczyły, na pierwszej sesji po dołączeniu do grona rynków rozwiniętych udało się wykręcić rekordowe 5,4 mld zł. Wrzesień 2018 r. trendu jednak nie odmienił – obroty wciąż spadają.
Z analizy Bankier.pl wynika, że giełdzie nie pomógł awans do grona krajów rozwiniętych. Do przełamania marazmu polskiemu rynkowi potrzebne są napływ nowych środków i debiuty atrakcyjnych spółek.
Rzecznik GPW Paweł Lasiuk w rocznicę wejścia do grona rynków rozwiniętych wskazywał, że efekty nastapią dopiero w przyszłości. – W związku z przebudową portfeli inwestorów, do jakiej zawsze dochodzi po awansie, ostatni rok był dla GPW okresem przejściowym. Pełne efekty przekwalifikowania będzie można ocenić dopiero po zakończeniu tego okresu. Może on trwać nawet kilka lat – ocenił Lasiuk.

Budujemy – i wciąż brakuje

W polskim sektorze budowlanym mamy z jednej strony fazę silnego ożywienia, a z drugiej ograniczone zasoby, zwiększającą się konkurencję oraz rosnące koszty – no i ceny.

Ożywienie w branży budowlanej wynika z kumulacji wysokiego popytu w budownictwie ogólnym i sektorze nieruchomości komercyjnych. Główne przyczyny wysokiego popytu to unijne projekty w sferze infrastruktury, a także stały, strukturalny niedobór mieszkań w dużych miastach – takie wnioski płyną z raportu Narodowego Banku Polskiego.
Do tych czynników, sprzyjających koniunkturze, dochodzą niskie stopy procentowe w naszym kraju i w strefie euro, co zachęca do poszukiwania innych, alternatywnych form inwestycji środków finansowych, takich jak właśnie nieruchomości komercyjne, służące do zarabiania pieniędzy (biura, apartamentowce, parkingi itp.).

Drogo, coraz drożej

Skutkiem wszystkich tych tendencji jest to, że w Polsce rosną koszty budownictwa, ceny obiektów, jak również stawki czynszów oraz średnie ceny ofertowe i transakcyjne metra kwadratowego mieszkań na rynkach pierwotnych i wtórnych rosły. Ceny w Warszawie i 9 największych miastach przekroczyły najwyższe poziomy notowane w okresie napięć na rynku (2006-2008). Jednakże dochody gospodarstw domowych rosły szybciej od cen nieruchomości. Oznacza to, że, jak stwierdza NBP: „indeksy cen mieszkań deflowanych wynagrodzeniami nadal wskazywały ujemne wartości”.
Najwyższe nominalne ceny metra kwadratowego mieszkań jak zwykle notowano w Warszawie oraz w Gdańsku, Gdyni, Krakowie, Wrocławiu i Poznaniu. Tam na ogół wyższe ceny dotyczyły mieszkań małych o powierzchni do 40 mkw. oraz największych, powyżej 80 mkw. Natomiast na rynkach pozostałych większych miast, najwyższe ceny metra notowano tylko dla mieszkań małych.
Średnie stawki najmu (zarówno ofertowe i transakcyjne) w ubiegłym roku wrosły w porównaniu z 2017 r. Ofertowe o 4 proc., a transakcyjne aż o 10,4 proc., co stanowiło czynnik skłaniający zamożniejsze gospodarstwa domowe do inwestycyjnego zakupu mieszkań na wynajem.
Przy obecnym poziomie stawek czynszów, podmioty inwestujące w mieszkania na wynajem osiągały wyższe nominalne stopy zwrotu (liczone jako różnice w poziomach stóp procentowych) niż osiągane z obligacji skarbowych lub depozytów bankowych (oraz podobne do zyskiwanych z inwestycji w nieruchomości komercyjne).
W rezultacie, ludzie bogaci, których stać na takie inwestycje, robią się w Polsce szybko coraz bogatsi – co widać, po dużej liczbie prominentów Prawa i Sprawiedliwości posiadających kamienice i liczne mieszkania.
W przypadku nieruchomości komercyjnych stopa zysku jest o tyle wyższa, że często są one finansowane bardzo nisko oprocentowanymi kredytami w euro. Należy jednak zwrócić też uwagę na nieporównanie wyższy poziom ryzyka inwestycji w takie obiekty, w porównaniu z lokatami bankowymi czy obligacjami państwowymi.
Na rynku nieruchomości biurowych mamy stały wzrost popytu, przy także wysokiej podaży. Jednakże rosnąca podaż powierzchni biurowych może wywołać spadki czynszów, zwłaszcza w budynkach starszych lub niekorzystnie położonych, co wpłynie na dochody właścicieli oraz może utrudnić im spłaty zobowiązań – prognozuje NBP.
Natomiast na rynku powierzchni handlowych kolejny rok z rzędu zmniejsza się udział nowo oddanej powierzchni. Może to oznaczać, że zaspokojony jest popyt na takie obiekty.

Państwo nie pomaga

W polskich miastach cięgle rośnie popyt na mieszkania. Jest to związane z brakiem jakiegokolwiek rządowego wsparcia dla zakupu pierwszego własnego M, oraz z niepowodzeniem PiS-owskiego programu budowy tanich mieszkań na wynajem.
Narodowy Bank Polski oględnie mówi o „nieco mniejszej podaży na pierwotnym rynku mieszkaniowym”, nie chcąc oczywiście rozwijać tematu nieskuteczności działań mieszkaniowych obecnej ekipy.
Ponadto, wysoki popyt na mieszkania jest konsekwencją silnego wzrostu wynagrodzeń gospodarstw domowych, utrzymywania przez banki drastycznie niskich stóp procentowych (zarówno depozytów, jak i kredytów), a także wyczerpywania się środków na dopłaty do nabywania mieszkań w ramach rządowego programu Mieszkanie dla Młodych.
Program ten, stworzony przez rząd Platformy Obywatelskiej, z powodzeniem funkcjonował od 2014 r, ale PiS go wstrzymał, uznając, że dzieło wrogów nie może być dłużej kontynuowane. Zastąpiono go propagandowym programem Mieszkanie Plus, czyli w rzeczywistości niczym. Warto też zwrócić uwagę na to, że w 2018 r. zwiększyła się akcja kredytowa banków (aż o 11,8 proc.). Saldo złotowych kredytów mieszkaniowych wzrosło o 30,3 mld zł, do 287,7 mld zł.
NBP podkreśla, iż kredyty walutowe są regularnie spłacane, a dodatkowo poprzez wzrost ceny złotego, wartość zadłużenia walutowego wyrażonego w złotych zmniejszyła się w porównaniu z 2017 r. o 2,4 proc. czyli o 3,1 mld zł (do 127,9 mld zł). Oznacza to, że pogłoski o dramatycznej sytuacji frankowiczów są generalnie, według naszego banku centralnego, nieco przesadzone.
Mieszkania nie rozchodzą się jak ciepłe bułeczki, ale są sprzedawane dość szybko, średnio w czasie (na koniec 2018 r.) około 3,1 kwartału. „Nadal oznacza to szybką sprzedaż pojawiających się ofert i ograniczenie możliwości wyboru mieszkań dla nabywców” – zauważa NBP.
Natomiast czas sprzedaży mieszkań na rynkach wtórnych (używanych), uwzględniający tylko transakcje zakończone sprzedażą, na koniec 2018 r. na wszystkich rynkach oscylował wokół czterech miesięcy, czyli zmniejszył się względem poprzedniego roku o ok. 0,5 – 1 miesiąc.
Mimo braku wsparcia ze strony rządu, popyt w Polsce na mieszkania jest tak duży, że powoduje też stopniowy wzrost liczby budowanych budynków – oczywiście kosztem ogromnych wyrzeczeń finansowych polskich rodzin.
W 2018 r. oddano do użytkowania ponad 184,8 tys. nowych mieszkań, (wzrost rok do roku o 2,0 proc.). Rozpoczęto budowę ok. 222 tys. nowych obiektów (wzrost r/r o 7,7 proc.) oraz wydano ok. 257 tys. pozwoleń na budowę (wzrost o 2,7 proc.). „Aktywność budownictwa mieszkaniowego kształtowała się na rekordowym poziomie, jednak ze względu na wysoki popyt i sprzedaż nie zaobserwowano nadwyżki podaży mieszkań na rynku” – stwierdza NBP.

Deweloperzy łupią skórę

Ogromny głód mieszkań i utrzymujący się wysoki popyt wpływał bardzo pozytywnie na sytuację ekonomiczną firm deweloperskich, zwłaszcza tych największych.
Udział ich zysku w cenie nowych mieszkań nadal utrzymywał się na bardzo wysokim poziomie. „Oznacza to, że firmom deweloperskim udało się w znaczącym stopniu przerzucić na nabywców szybko rosnące koszty budowy mieszkań” – podkreśla NBP.
Tak więc, rosnące ceny robót budowlano-montażowych oraz braki kadrowe są odczuwane głównie przez nabywców mieszkań. Podobnie jak i rosnące ceny ziemi pod budownictwo wielorodzinne, które szczególnie w największych miastach znacząco wzrosły w 2018 r.
Jak zauważa w swym raporcie NBP, mimo tego skoku cen ziemi, deweloperzy nie przewidują, aby w okresie najbliższych lat miało zabraknąć ziemi pod budownictwo mieszkaniowe. „Oznacza to, że deweloperzy zakładają akceptację coraz wyższych cen przez kupujących” – wskazuje raport.
Firmom deweloperskim pieniędzy nie brakuje, finansują się kapitałem własnym, przedpłatami klientów, obligacjami i kredytami, a także tym, że… z opóźnieniem regulują swoje zobowiązania. Nie muszą więc brać kredytów (ich udział w finansowaniu budów jest niewielki i nie przekracza ok. 10 proc.).
Zgodnie z zasadą, że nawet dziadowski handelek jest lepszy niż złoty szpadelek, korzystna koniunktura na rynku mieszkaniowym sprawia, że deweloperzy zarabiają krocie, ale firmom budowlanym nie przyniosła jak dotąd znaczących korzyści ekonomicznych. Ponoszą one straty w wyniku wzrostu kosztów materiałów budowlanych i kosztów pracy. Nowe kontrakty są podpisywane na krótsze etapy prac, co lepiej uwzględnia rosnące ryzyko kosztów budowy.
W Polsce zwiększa się liczba mieszkańców największych miast, natomiast w mniejszych ośrodkach następuje wyludnienie, co jest zgodne z obserwowanymi trendami światowymi. Występuje też ciągle przenoszenie się mieszkańców poza granice administracyjne miast (szczególnie widoczne w Poznaniu), mimo coraz większych kłopotów z dojazdami.

Przerwa w boomie?

Po bardzo dobrym drugim kwartale bieżącego roku, w budownictwie ponownie nastąpił wzrost liczby firm mających problemy. Wśród nich są zarówno przedsiębiorstwa infrastruktury drogowej (zajmujące się np. kanalizacją czy pracami elektrycznymi), jak i budownictwa ogólnego (co jest pewną niespodzianką zważywszy na popyt na rynku mieszkaniowym), a także stawiające biura czy magazyny.
W sierpniu – czyli w środku sezonu budowlanego – łącznie 13 firm budowlanych ogłosiło swoją niewypłacalność – informuje Euler Hermes. Niewypłacalność oznacza niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, czego skutkiem jest upadłość bądź któraś z form postępowania restrukturyzacyjnego.
Wygląda na to, że budownictwo notuje przerwę w boomie. Pytanie, czy krótkotrwałą? Na rynku budowlanym kontraktów i pieniędzy jest i będzie w najbliższych miesiącach trochę mniej. Obecnie rozpisywane przetargi zaczną wchodzić w fazę realizacji najwcześniej pod koniec przyszłego roku. Zmniejszyła się więc pula zleceń i firmy zaczęły ponownie o nie mocno konkurować. Tymczasem zaś, koszty pracy i materiałów utrzymują się na wysokim poziomie, co jest dla wykonawców coraz większym problemem.

 

Spokojny koniec lata (do czasu)

Pod wpływem wielu pozytywnych informacji we wrześniu złoto na rynkach światowych taniało, ceny obligacji spadały, a na giełdach akcji zapanował optymizm. Wszystko to może zmienić atak na rafinerię w Arabii Saudyjskiej.

Po bardzo słabym dla rynków finansowych sierpniu nadszedł kończący lato wrzesień i nastroje szybko się poprawiły.
Teoretycznie, a właściwie statystycznie, wrzesień uznawany jest (szczególnie w USA) za najgorszy miesiąc dla rynków akcji, ale ta statystyka często się nie sprawdza.
Czynników, dzięki którym nastroje się poprawiły, było wiele. Przede wszystkim prezydent Donald Trump zrezygnował (na chwilę?) z wojowniczego tonu i wzywania do opuszczenia Chin przez firmy amerykańskie. USA i Chiny z dniem 1 września wprowadziły nowe cła na importowane produkty, ale jednocześnie zapowiedziano wstępne rozmowy w drugiej połowie września oraz spotkanie USA – Chiny na wysokim szczeblu na początku października (potwierdził to swoim tweetem Donald Trump).
Już to wystarczyłoby do znacznego poprawienia nastrojów na giełdach. Były jednak i inne czynniki. W sprawie Brexitu wielokrotnie przegrane głosowania premiera Borisa Johnsona w parlamencie brytyjskim i decyzja tego parlamentu zakazująca wyjścia Wlk. Brytanii z Unii Europejskiej bez umowy, pomagały europejskim graczom giełdowym. Pomagał im też zwrot politycznej sytuacji we Włoszech. Tam nie tylko nie doszło do wcześniejszych wyborów, ale premier Giuseppe Conte utworzył nowy rząd (Pięć Gwiazd i Partia Demokratyczna) wykluczając w ten sposób partię Liga z jej wojowniczym, antyeuropejskim, szefem Matteo Salvinim.
To nadal nie wszystkie pozytywne czynniki pomagające „bykom” na rynkach finansowych. Weszliśmy bowiem w okres, w którym znacznie wzrosło znaczenie banków centralnych. Po działaniach Europejskiego Banku Centralnego oraz Federalnego Komitetu Otwartego Rynku oczekuje się dalszego łagodzenia polityki monetarnej. Oczywiste jest też, że nic się nie zmieni w polityce Rady Polityki Pieniężnej. (RPP), ale oczywiste jest, że nic w jej polityce się nie zmieni.
Fed zazwyczaj robi to, czego chcą od niego rynki, ale ciągła krytyka jego polityki prowadzona za pomocą tweetów przez prezydenta Trumpa może usztywnić stanowisko Fed. ECB nie bardzo może zaś nadal łagodzić politykę monetarną, bo stopy główne są na poziomie zera, a stopa dyskontowa jest ujemna.
Pod wpływem tych wszystkich pozytywnych informacji złoto taniało, rentowności obligacji rosły (czyli ich ceny spadały), a na giełdach akcji zapanował optymizm. Z tej sytuacji korzystał również polski rynek. Na warszawskiej giełdzie pojawił się duży popyt podnosząc szczególnie mocno indeks WIG 20. Na rynku walutowym kurs euro do złotego szybko spadał wracając do trendu na poziomie 4,25 – 4,35. Interesujące było zwłaszcza to, że złoty bardzo się umocnił w poniedziałek 9 września. Czyżby gracze zakładali, że propozycje podniesienia płacy minimalnej zmuszą Radę Polityki Pieniężnej do podniesienia stóp procentowych?
Dla rynków najważniejsze jest jednak czekanie na wydarzenia. Najgorsze w stawianiu prognozy jest zaś to, że nikt nie jest w stanie prognozować tego, co może w dowolnej chwili zrobić prezydent Trump.

Nasza gospodarka puka do Państwa Środka

Trudno nie zwrócić uwagi na polski niedowład i indolencję w sferze dwustronnej współpracy ekonomicznej, handlowej, naukowo-technicznej i inwestycyjnej z Chinami.

Chiński eksport do Polski nadal przewyższa znacznie (kilkunastokrotnie) polski eksport do Chin. Wartość obrotów wzajemnych wyniosła ok. 30 mld USD w roku 2018, przy czym wartość polskiego eksportu do Chin osiągnęła zaledwie 2,3 mld USD.
Szybko zwiększa się więc polskie ujemne saldo w handlu z Chinami. Stanowi to coraz poważniejszy problem (także polityczny – uzależnienie) dla Polski. Nie można tego tłumaczyć, wykrętnie, tym, iż również inne kraje mają ujemne saldo w handlu z Chinami. Trzeba zwiększać polski eksport. Ale z tym już znacznie trudniej z naszej strony.

Słoń i mrówka

Tylko ok. 3.000 przedsiębiorstw polskich eksportuje do Chin; ale aż ok. 30.000 firm chińskich eksportuje do Polski. Ok. 50 proc. tego eksportu trafia do nas przez rynki trzecie, np. przez wielkie „hurtownie chińskie” w Hamburgu czy w Rotterdamie.
Np. obecnie działa już 97 linii kolejowych łączących miasta chińskie z europejskimi, zaś liczba pociągów towarowych z kontenerami sięga 6.000.
Efektywność chińskich reform i tempo rozwoju nie ma precedensu w całej historii gospodarczej świata. Reformy Deng’a są stale rozszerzane, pogłębiane i doskonalone – także w sferze politycznej i społecznej. Do partii mogą już wstępować prywatni przedsiębiorcy a nawet milionerzy.
W minionych latach średni przyrost produktu krajowego brutto Chińskiej Republiki Ludowej kształtował się w granicach 10 proc. rocznie lub więcej. Nawet w kryzysowym roku 2009 osiągnął on ok. 9 proc. Gospodarka chińska zajmuje już drugie miejsce w świecie (pod względem absolutnej wartość PKB). Jednak, z uwagi na wielką liczbę ludności, chiński PKB per capita wynosi obecnie zaledwie 16.800 USD (93. miejsce w świecie); zaś pod względem wartości obrotów handlu zagranicznego (4,1 bln USD, w roku 2018) – pierwsze. UE jest 1. partnerem handlowym (także strategicznym i politycznym) ChRL. Wartość obrotów wzajemnych wyniosła 605 mld USD – w roku 2018; 2. miejsce: USA – 480 mld USD.
Inne wskaźniki makroekonomiczne też mówią same za siebie. W roku 1952 wartość PKB ChRL wynosiła (w przeliczeniu) 68 mld juanów; a w roku 2008 – ponad 30 bln juanów; czyli 440 razy więcej! (Przy podzieleniu tej sumy na pół otrzymamy przybliżoną wartość PKB w złotych). Rezerwy walutowe Chin, sięgają już prawie 3,5 bln USD. Łączne lokaty kapitału zagranicznego w ChRL, w latach 1979 – 2006, wyniosły 883 mld USD; z czego bezpośrednie inwestycje zagraniczne (Foreign Direct Investment) osiągnęły 692 mld USD. Tylko w roku 2008, niezależnie od kryzysu, lokaty te stanowiły (odpowiednio): 108,5 mld USD i 92,5 mld USD.
Pod koniec 2018 r., w ChRL działało już 442.000 firm zagranicznych (z około 200 krajów) – o łącznym zainwestowanym kapitale 2 bln USD. Poczynając od 1978 r., Chiny wydźwignęły z biedy (około 2 USD per capita dziennie na utrzymanie) około 800 mln obywateli. Pozostało jeszcze ponad 40 mln. Prezydent Xi apeluje o zdwojenie wysiłków, aby „dokończyć tę podróż” w możliwie niedługim czasie (kilku lat).
Spośród „500-ki” największych koncernów świata, już 490 prowadzi swą działalność gospodarczą w ChRL. Na 1. miejscu znajduje się Volkswagen; a na 2. – General Motors China. W tejże „500-tce” jest już 26 firm chińskich. Jednocześnie Chiny inwestują coraz więcej na całym świecie. Wartość tych inwestycji osiągnęła łącznie ponad 526 mld USD, w roku 2018 (5.100 projektów, w 156 krajach świata); nie licząc inwestycji czysto finansowych – jak np. kupowanie obligacji skarbowych USA, których Chiny już mają na wartość prawie 2 bln USD. W końcu 2009 r. Chiny udzieliły Afryce pożyczki w wysokości 10 mld USD (na bardzo korzystnych warunkach). Po 35 latach reform, sektor prywatny wytwarza ponad 50 proc. PKB w 27 z 40 najważniejszych gałęzi przemysłowych. W innych branżach, jego udział sięga 70 proc.. Chiny osiągnęły samowystarczalność żywnościową; ba, stały się wielkim eksporterem artykułów rolno-spożywczych. Dysponując zaledwie 7 proc. gruntów rolnych (uprawnych) na świecie, są one w stanie wyżywić ponad 20 proc. ludności świata (czyli mieszkańców ChRL).

Kryzysowa chińska zadyszka

Kryzys finansowy i ekonomiczny z końca pierwszej dekady XXI wieku spowodował nieobliczalne straty w gospodarce chińskiej, która nieźle radziła sobie w warunkach globalizacji (spadek PKB o 2 – 3 proc.). Ucierpiały zwłaszcza, tzw. prowincje eksportowe i rolno-spożywcze. Na rynku unijnym, amerykańskim, japońskim i in. było coraz mniejsze zapotrzebowanie na tanie i dobre wyroby chińskie. Dziesiątki tysięcy zakładów produkcyjnych zlikwidowano lub zawieszono ich działalność gospodarczą. Wartość obrotów chińskiego handlu zagranicznego zmniejszyła się szybko – o ok. 25 proc. rocznie. Znacznie obniżała się wartość chińskich rezerw walutowych i posiadanych amerykańskich obligacji skarbowych – a to wskutek lawinowego spadku wartości wymiennej dolara. Choć kryzys amerykański zaskoczył początkowo kierownictwo i przedsiębiorców chińskich, to jednak szybko otrząsnęli się oni z szoku i podjęli zdecydowane działania antykryzysowe. Bardzo przydały się w tym celu instrumenty interwencjonizmu państwowego, stosowane od dawna w tamtejszej społecznej gospodarce rynkowej. Rząd uruchomił niezwłocznie bodźce finansowe (prawie 1 bln USD) – dla ratowania zagrożonych podmiotów gospodarczych i ożywienia działalności kredytowej banków.
Zintensyfikowano ogromny rynek wewnętrzny, szczególnie wiejski, zwiększono nakłady inwestycyjne w prowincjach zacofanych oraz znaleziono alternatywne rynki zbytu i inwestycji na całym świecie. Podjęto też wiele innych awaryjnych i długofalowych działań antykryzysowych, w kraju i na arenie globalnej. Okazały się one bardzo efektywne; najnowsze prognozy głoszą, iż przyrost PKB ChRL w najbliższych latach wyniesie ok. 7,5 proc..
W sumie, kryzys globalny i jego konsekwencje unaoczniły większą agresywność i
znaczne pogorszenie sytuacji USA wobec Chin, nie tylko w kategoriach finansowych i strategicznych. Faktycznie, USA „siedzą” bardzo głęboko w kieszeni chińskiej. Chiny muszą więc prowadzić wyjątkowo zręczną i delikatną grę z USA.

Byliśmy prekursorami

W latach 50-tych XX wieku Polska i Chiny podjęły wiele istotnych posunięć w dziedzinach, ekonomicznej, społecznej i kulturalnej. Dobrze rozwijał się handel polsko-chiński, rozliczany dość długo (do 1990 r.) w clearing’u i we frankach szwajcarskich – z uwagi na ówczesną awersję Chin do USA i do dolara.
Dla rozwoju wymiany handlowej, dnia 15 czerwca 1951 r., utworzono Polsko-Chińską Spółkę Żeglugową Chipolbrok – z siedzibą w Szanghaju i w Gdyni. Była to pierwsza chińsko-zagraniczna spółka joint venture (fifty-fifty) w historii gospodarczej ChRL. Istnieje ona do dziś. Później LOT uruchomił połączenia lotnicze z Pekinem, z których zrezygnowano, na dłuższy czas, z nonsensownych powodów politycznych – by wznowić loty na tej trasie relatywnie niedawno.
Polska może stanowić dla Chin „bramę do Europy”, podobnie jak np. Szanghaj i Hongkong są – dla Polski i Europy – „bramami do Chin”. W interesie obydwu Stron leży przeto maksymalnie efektywne wykorzystanie nowych szans i nowych możliwości współpracy. Dla Polski, nie jest to wszakże zadanie łatwe z tego prostego względu, iż RP należy nie tylko do UE, ale również do NATO i jest I sojusznikiem USA w naszej strefie geograficznej. Doskonalenie współpracy polsko-chińskiej jest nie w smak naszym ”starszym braciom” zza oceanu. Sytuacja ta może jednak się zmienić, gdyby stosunki chińsko-amerykańskie uległy poprawie. Przecież Niemcy znajdują się w analogicznym, jak Polska, położeniu wobec USA, NATO i Chin, ale to nie przeszkadza im w znakomitym rozwijaniu współpracy z Chinami Ludowymi od samego początku.
Mikroskopijne są nadal inwestycje polskie w Chinach (ok. 150 mln USD) i chińskie w Polsce (ok. 1,5 mld USD). Wprawdzie wielki koncern chiński – Lenovo podjął (w latach 2008 – 2009) bardzo poważną próbę zainwestowania w Legnickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej, ale inwestycja ta (na ok. 1.500 pracowników) została spartaczona przez stronę polską. Lenovo wycofało się z Polski – i nie wiadomo, kiedy tu powróci.
Przy przetargach, w Polsce stosuje się praktyki dyskryminacyjne (z powodów formalno-politycznych) wobec inwestorów chińskich (np. w przypadku drugiej linii metra warszawskiego). Skandal z Covec (wstrzymana budowa odcinka autostrady A2) czy z Huawei (na zlecenie zagraniczne) był niepotrzebnym nieporozumieniem.
Stale słychać narzekania na niedobre praktyki wizowe konsulatów polskich w Chinach wobec tamtejszych przedsiębiorców. W Chinach nie ma przedstawicielstwa banku polskiego. Wymiana studencka i turystyczna jest niewielka – jak na potrzeby i możliwości obydwu stron.
Chińczycy nie zrażają się tym i – mimo kryzysu – są coraz bardziej aktywni na rynku polskim. Doceniają jego znaczenie w kontekście unijnym i wschodnioeuropejskim oraz w perspektywie ewentualnego przystąpienia naszego kraju do strefy euro. Mało tego, zwiększają swą aktywność gospodarczą w Polsce (i na całym świecie).
Póki co jednak, Polska plasuje się dopiero w okolicach 70-tego miejsca w pierwszej setce partnerów gospodarczych Chin! Nie ma profesjonalnej promocji Polski, zwłaszcza naszej gospodarki w Chinach, natomiast chińska działalność informacyjna i promocyjna w Polsce jest coraz lepsza – ale jeszcze niewystarczająca. Polska strategia Go-China jest marną imitacją chińskiej polityki Go-Global.

Tracimy olbrzymie sumy

W sumie, wskutek prowadzonej nadal irracjonalnej i anachronicznej polityki handlowej oraz inwestycyjnej wobec Chin, a także zaniechania, zwłaszcza po 1989 r., porządnej współpracy w sferze handlu i inwestycji, nasz kraj stracił bezpowrotnie setki miliardów euro.
Niektórzy decydenci polscy nadal „zwalczają” (nieistniejący) komunizm w Chinach, ingerują w ich sprawy wewnętrzne, udzielają pouczeń itp., z czym kierownictwo i naród chiński nigdy się nie pogodzi. Wszystko to szkodzi polskim interesom państwowym i narodowym, ośmiesza nasz kraj na arenie międzynarodowej, szczególnie w Unii Europejskiej oraz tworzy niesprzyjający klimat polityczny dla rozwoju polsko-chińskiej współpracy gospodarczej, handlowej i inwestycyjnej.
Uprawianie polityki wobec Chin w stylu: „jak pies do jeża” nie ma sensu. Sytuację pogarsza dotkliwa luka informacyjna i świadomościowa. „Średni Polak” nie zna prawdy o Chinach, zaś, w odbiorze „średniego Chińczyka”, szczególnie przedsiębiorcy, Polska jawi się więc jako „kraj rozkojarzony i mało przyjazny Chinom”, z którym… nie warto robić większych interesów. Pozostaje to w sprzeczności z odwiecznymi tradycjami sympatii, współpracy i przyjaźni polsko-chińskiej, kultywowanymi w obydwu społeczeństwach.
Od 1989 r., w rozwoju Polski wystąpiły dwie główne fazy: 1. bezkrytyczna, cielęca fascynacja Ameryką, która obecnie przekształca się w zwątpienie i rozczarowanie – z powodu wielkiego kryzysu i krachu ekstremalnego neoliberalizmu; 2. „powrót do Europy”, tzn. trudne przygotowania do przystąpienia do UE, samo przystąpienie oraz żmudne szukanie (metodą prób i błędów) swego miejsca we wspólnocie unijnej. Towarzyszy temu nadal polskie „rozdwojenie jaźni” między USA i UE. W tym okresie zaniedbano bezmyślnie współpracę z Chinami oraz Azją Wschodnią i Południowo – Wschodnią.

Weźmy się do roboty

Żaden polski rząd po 1989 r. nie zdobył się na opracowanie i na wdrożenie optymalnego programu współpracy z Chinami. Skoro, od 1989 r., w centrali lekceważy się, de facto, Chiny i rynek chiński, to nic dziwnego, iż podobnie postępują polskie placówki dyplomatyczne, konsularne i ekonomiczne w Chinach.
Konieczne jest więc opracowanie i wdrożenie kompleksowej, długofalowej strategii współpracy z Chinami – z uwzględnieniem najnowszych zmian w globalnym układzie sił, szczególnie ekonomiczno-politycznym. Trzeba wyeliminować dotkliwą lukę informacyjno-świadomościową i psychologiczną w stosunkach między obydwoma krajami i społeczeństwami, oraz kołami opiniotwórczymi, przedsiębiorcami, ludźmi nauki, techniki i kultury. Rozwijać w dużej skali współpracę regionalną oraz kontakty między organizacjami pozarządowymi, społecznymi, twórczymi. Doskonalić i koordynować działalność instytucji krajowych zajmujących się współpracą z Chinami oraz placówek, instytucji i przedstawicielstw polskich w Chinach. Ustanowić sprawny system promowania Polski, szczególnie w sferze gospodarczej i kulturalnej, na gruncie chińskim.
Pozytywnych wzorców do naśladowania nie trzeba szukać daleko – wystarczy przeanalizować np. dynamikę i efekty rozwoju stosunków niemiecko – chińskich, czy holendersko – chińskich w minionych dziesięcioleciach i korzyści z tego wynikające dla zainteresowanych stron. Na przykład wartość niemiecko – chińskich obrotów handlowych przekroczyła 226 mld USD, w roku 2018 (to około 1/3 ogółu obrotów UE – ChRL). Wartość ta ma ulec podwojeniu (!) w najbliższych latach. Pani kanclerz Angela Merkel złożyła oficjalne (i owocne) wizyty w Chinach aż siedmiokrotnie – poczynając od roku 2005, zaś przywódcy, przedsiębiorcy i obywatele chińscy są częstymi gośćmi w Republice Federalnej.
Ufam zatem, że nadejdzie relatywnie niedługo dzień niezbędnego, jakościowego przełomu i zasadniczej trwałej poprawy w stosunkach polsko-chińskich.

PiS chce wrócić do gospodarki nakazowej

Na pierwszy ogień idzie branża owocowo-warzywna. Zamiast wolnego rynku będą sposoby rodem z głębokiego PRL-u: ceny ustalane odgórnie, administracyjne metody regulowania skupu, oraz wyjątki dla „swoich”.

Naszej branży owocowo – warzywnej grozi kryzys, mogący przerodzić się wręcz w bardzo głębokie załamanie.
Wszystko za sprawą działań rządu Prawa i Sprawiedliwości, który zamierza regulować ten rynek za pomocą metod administracyjnych, zaczerpniętych z najgorszych czasów PRL-owskiej gospodarki nakazowo-rozdzielczej.

Powrót do nakazów i zakazów

Rząd w trybie pilnym przygotowuje właśnie nowelizację ustawy o organizacji niektórych rynków rolnych, oczywiście nie informując szerzej głównych zainteresowanych stron, a w szczególności polskich rolników.
Propozycja strony rządowej, przygotowana pod naciskiem niektórych największych lobbystów rolniczych, w tym głównie grup producenckich oraz dużych producentów porzeczek, aronii i jabłek zakłada wprowadzenie zasad obrotu owocami w sposób regulowany, co było właśnie praktyką centralnego planowania w czasach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.
Głównym założeniem zmian do wspomnianej ustawy jest administracyjne regulowanie cen na owoce i warzywa (ceny ustalał będzie Minister Rolnictwa dwa razy w roku), a także szczegółowe zapisy dotyczące wielkości produkcji i czasu dostawy zawarte w umowach kontraktacyjnych. Polscy rolnicy zostaną w ten sposób zmuszeni do zawierania umów z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.
Kategorycznie zakazana będzie dla rolników sprzedaż produktów rolnych do przemysłu przetwórczego i do punktów skupu bez umów kontraktacyjnych!
Niekorzystne zapisy nowelizacji ustawy o organizacji niektórych rynków rolnych powstały na rzecz lobby kilku podmiotów rynku – i tylko oni na tym zyskają. Stracą – wszyscy inni, a konsekwencje wprowadzenia tych zmian w życie doprowadzą do niekorzystnych zmian strukturalnych w całym sektorze.

Przepis na załamanie rynku

Krajowe Stowarzyszenie Przetwórców Owoców i Warzyw wystosowało list otwarty do rolników, sadowników oraz firm uczestniczących w obrocie owocami i warzywami. Stwierdza w nim, odnosząc się do zamierzeń rządu:
„Następstwem takich działań będzie kryzys ekonomiczny tysięcy małych i średnich gospodarstw rolnych oraz widmo bankructwa i długotrwałej zapaści większości zakładów przetwórczych w Polsce.
Biorąc pod uwagę rozdrobnienie gospodarstw rolnych w Polsce i skalę produkcji indywidualnej, a także tradycyjne sposoby sprzedaży, należy spodziewać się znacznego pogorszenia sytuacji ekonomicznej polskiej wsi, a w niedalekiej przyszłości ograniczenia produkcji na rynek krajowy i rynki zagraniczne, utraty pozycji handlowej na rynku globalnym. Długo budowana pozycja konkurencyjna polskich produktów rolnych zostanie bezpowrotnie utracona, a koszty jej przywrócenia mogą być bardzo wysokie.
W założeniach ustawy przewiduje się stosowanie cen rynkowych – ale tylko i wyłącznie w zakresie ustalonych tzw. cen referencyjnych. Trudno zrozumieć w jaki sposób będą one ustalane skoro każdy rolnik przywiązany będzie tylko i wyłącznie do tego odbiorcy, z którym ma zawarty kontrakt. To odbiorca (punkt skupu, przetwórca) będzie mógł narzucać dowolną cenę w tych granicach, uznając ją za ceną rynkową. Taki stan rzeczy pozbawi polskiego rolnika podstawowej wolności wyboru, jaką gwarantuje mu mechanizm wolnego rynku i dobre praktyki handlu.
W tej sytuacji skorzystają konkurenci polskich firm przetwórczych (np. z Serbii, Ukrainy, Mołdawii, Bułgarii, Rumuni), którzy na wiele miesięcy przed sezonem będą znali ceny polskich produktów rolnych i kalkulując sprzedaż z 1-2 proc. obniżką cen sprzedadzą swoje towary na rynku. Takie działanie z czasem może wyeliminować polskie firmy przetwórcze z rynku europejskiego. Przetwórcy, dostosowując się do narzuconych warunków umów kontraktacyjnych, obawiając się strat i bankructw, ograniczą kontraktację tylko do bezpiecznego pułapu np. do około 50 proc. mocy przetwórczych. Wiele średnich i małych gospodarstw rolnych nie znajdzie chętnych na zakontraktowanie swoich produktów lub zakontraktuje tylko małą część.
W ustawie planowane jest uprzywilejowanie niektórych podmiotów rynkowych, czyli grup producenckich, spółdzielni zrzeszających producentów danego surowca oraz innych organizacji producentów owoców i warzyw, które będą miały możliwość obrotu bezkontraktowego. Uprzywilejowane podmioty z pewnością wykorzystają swoją przewagę rynkową, skupią nadwyżki surowców po zaniżonych cenach i będą oferować wyroby gotowe w cenach dumpingowych, ustalając niskie ceny na rynku zbytu, których poziom nie pokryje nawet kosztów wytworzenia produktu przez uczciwie działające przedsiębiorstwa przetwórcze.
Biorąc to wszystko pod uwagę, trzeba zadać sobie następujące pytania:
– Co zrobi rolnik w sytuacji, gdy nie znajdzie zainteresowania ze strony odbiorcy na zakontraktowanie swojej produkcji?
– Co zdarzy się wówczas, gdy odbiorca z którym rolnik zawarł kontrakt (często mała firma skupowa) okaże się nieuczciwy lub nie wypełni warunków kontraktu?
– Czy rolnik mając wiedzę, że odbiorca z którym zawarł umowę jest niewypłacalny, będzie mógł odmówić dostawy i sprzedać produkty innemu odbiorcy?
– Czy rolnik może sprzedać towar innemu odbiorcy który oferuje mu znacznie wyższą cenę?
Odpowiadając na te pytania, należy z całą stanowczością podkreślić, że rolnicy stają się zakładnikami umów kontraktacyjnych. Ustawa pozbawia ich możliwości wolnorynkowego handlu produktami rolnymi. Rolnicy bez umów kontraktacyjnych zostaną zmuszeni do pozostawiania swoich plonów na polu lub sprzedaży po niekorzystnych, drastycznie zaniżonych cenach uprzywilejowanym podmiotom, takim jak np. grupy producenckie czy spółdzielnie. W przypadku wiedzy o niewypłacalności odbiorcy, rolnik pozostanie w sytuacji bez wyjścia, gdyż z dnia na dzień nie będzie mógł zmienić umowy kontraktacyjnej a tym samym odbiorcy, ani sprzedać towaru w innym miejscu. W rezultacie rynek produktów rolnych zostanie zablokowany ustawowo, a rolnicy pozbawieni możliwości wolnorynkowej sprzedaży dla przetwórstwa..
Wszelkie odstępstwa od zapisów ustawy skutkują wysokimi karami ustalonymi przez ustawodawcę, zarówno dla rolników jak i odbiorców, które kształtują się od 8 do 15 proc. wartości transakcji kupna-sprzedaży. Ustawa, która miała wspierać polskich rolników i przetwórców w sprawnym funkcjonowaniu na rynku, spowoduje paraliż całego sektora, doprowadzając do strat ekonomicznych i społecznych.
Otwartym pozostaje pytanie, jaki i czy w ogóle jest sens tak szybkiego procedowania wadliwej ustawy, w roku, w którym rolnictwo dotknięte falą przymrozków wiosennych może osiągnąć dużo niższe zbiory a co za tym idzie, wysokie będą ceny zbytu, gwarantujące opłacalność produkcji. Należy pamiętać o rosnącej konkurencji zagranicznej, głównie ze strony rynku ukraińskiego”.

Trzeba się bronić

Tyle list stowarzyszenia. Ta sprawa dotyczy wielu tysięcy rolników indywidualnych oraz setek zakładów przetwórczych, których przyszłość w nowych realiach ustawowych może okazać się zagrożona.
Dlatego właśnie Krajowe Stowarzyszenie Przetwórców Owoców i Warzyw zwraca się do wszystkich zainteresowanych rolników, samorządów lokalnych, organizacji pozarządowych i innych podmiotów, aby aktywnie włączyli się w dyskusję – i nie dopuścili do uchwalenia wadliwych przepisów.
Działacze PiS nie zwykli wprawdzie słuchać głosów przedstawicieli strony społecznej, ale trzeba próbować – i robić swoje.

Rynek wolności i obietnic My, socjaliści

Polska jest dziś pełna niespodzianek. Na pewno można dostać za darmo obietnicę wolności i kolejne 500+. Co nas czeka jeszcze w tym świecie przedwyborczym – nikt nie wie, a populiści są nieprzewidywalni. Bardzo martwię się o przyszłość książki, jako nośnika idei i informacji, bo zabija ją nie tylko technologia, ale również kolejna wojna, w którą wchodzą wielkie siły współczesnej Polski.

Jeden i internautów

rzucił kilka dni temu na FB taką oto myśl: W jednym kościele pali się książki o „Harrym Potterze” a w drugim przyjmuje się z honorami czytelników i entuzjastów książki Hitlera „Mein Kampf”. Jeśli więc przyjąć, że warto pochylić się nad tym wpisem, to rodzi on pytanie, czy ofiarą jest książka, czy też ofiarą jest wolność i prawa dostępu do wartości ponadmaterialnych. Opisany incydent palenia książek i gadżetów młodzieżowych w jednym z gdańskich kościołów stanowić powinien przyczynek do szerszej dyskusji społecznej o prawach i wolnościach człowieka, szczególnie Polaka, który znalazł się na styku dwóch wielkich prądów cywilizacyjnych. Z jednej strony postępu i nowoczesności, które wyznacza doświadczenie demokratyczne i technologia, z drugiej zaś strony średniowieczna ciemnota, stanowiąca paliwo dla walki politycznej.

Sprzeczność

obydwu tych zdarzeń – obietnicy wolności i incydentu wyznaczającego zapowiedź cenzury, a więc ograniczenia wolności, jest ewidentna i nakazuje zastanowić się nad rangą oszustwa, jakie wychodzi z obozu władzy. Władza jest zdeterminowana, a Kościół jako jedno z jej narzędzi robi co może, aby zachować swoje wpływy – zarówno polityczne, jak i materialne.

Można przypuszczać,

że cała inicjatywa wypływa ze strachu ordynariusza gdańskiego, który zrodził się na skutek upowszechnienia wiedzy dotyczącej kolizji z prawem, postępowania w przeszłości, szanowanego do niedawna księdza J. Arcybiskup jako znany wojownik prawdopodobnie postanowił się odegrać. Uruchomiono więc informację i upubliczniono widok symbolicznego, pierwszego w wolnej Polsce, w XXI wieku stosu. Za tym poszły zdjęcia z zaprzysiężenia w częstochowskiej katedrze kilkudziesięciu rosłych narodowców. Przekaz jest jasny: wasza wolność jest ograniczona (jej symbol – książka spłonie), a jak się nie dostosujecie, to zajmą się wami nasi wierni ludzie.
Osoby komentujące ten kościelny happening nie kryły swojego oburzenia. Wielu zauważało, że wkrótce przyjdzie czas na palenie ludzi, u innych pojawiły się skojarzenia z kampanią palenia książek w III Rzeszy, w latach 30. ub. wieku. Jeden z religioznawców przypomniał przy okazji, że palenie ksiąg wywodzi się z trydenckiej, sarmackiej religijności.

W średniowieczu

zagrożeniem mieli być nasi sąsiedzi i przeciwnicy – muzułmanie, a później prawosławni czy luteranie. Trzeba było się przed nimi bronić, a symbolicznie zniszczyć. Takie podejście „konfrontacyjne” było wówczas popularne w całej Europie. Jednak o ile w wielu krajach tego rodzaju religijność zanikła, tak u nas duch „wojującego Kościoła” ma się całkiem dobrze.
Z dużym niepokojem patrzę na rozwijający się w Polsce spór cywilizacyjny, dotyczący rozwoju i miejsca człowieka w społeczeństwie. Mamy przynajmniej trzy opcje, które czują się uprawnione do walki o swoją wizję: konserwatywną, wybiegającą, jak widać, chwilami w średniowiecze, której zwolennikiem są aktualnie rządzący i Kościół, drugą neoliberalną, w której człowiek ze zdolnością kredytową jest elementem rynku i trzecią, rodzącą się w bólach koncepcję lewicową, człowieka – podmiotu procesów społecznych, obywatela.

Praktyka historyczna

wskazuje, ze nigdy nie jest tak, że zwycięża jedna opcja ideowa, polityczna czy cywilizacyjna. Sztuką jest porozumienie i pokojowa rywalizacja, której celem jest wolność, sprawiedliwość i dobro człowieka. Żyjemy jednak w świecie konfrontacji wartości na miarę jakości demokracji, którą sobie zbudowaliśmy. O ile dziś widać, że demokracja sprzyja myśleniu konserwatywnemu, o tyle trzeba wierzyć, że budując ją według współczesnych wzorców odrzucimy zarówno konserwatywny jak i neoliberalny kanon i stworzymy stan stosunków społecznych i organizacji państwa w oparciu o wartości socjalizmu demokratycznego. Nie jest to nowa idea i nowe doświadczenie. Polskiej demokracji trzeba pomóc, aby przezwyciężyła swoje słabości i wielką skalę niemożności. Dobrym pierwszym krokiem byłoby powszechne zaangażowanie obywatelskie w budowę ideału, który wynika z hasła „Socjalna Polska w socjalnej Europie”.

Przed polską lewicą

stoi z tego powodu wielkie zadanie na wybory europejskie w maju i parlamentarne w październiku 2019 – wypromowanie tych wartości i zdobycie dla nich poparcia społecznego.

Można dostać kota

Polska ekonomika na czworonogach stoi? Wpływ zwierząt domowych na gospodarkę w naszym kraju będzie się ponoć sukcesywnie zwiększać.

W Unii Europejskiej najpopularniejszym zwierzęciem domowym jest kot. Mieszkańcy UE mają w sumie 74 miliony kotów, a psów o około 8 mln mniej (dane FEDIAF, organizacji reprezentującej europejski przemysł spożywczy dla zwierząt domowych).
Mimo to, odwieczna walka o zainteresowanie pomiędzy psem i kotem nie jest przesądzona.

Do zabawy, obrony i jedzenia

W Polsce akurat palmę pierwszeństwa dzierży pies. FEDIAF szacuje ich liczbę na 7,5 mln, a kotów o milion mniej.
W USA, gdzie zwierzęta domowe ma prawie 70 proc. gospodarstw domowych, także wygrywają psy.
W Azji – również miejsce na najwyższym stopniu podium zajmuje najlepszy przyjaciel człowieka.
Pozostawiając kwestię zwycięstwa nierozwiązaną, warto przyjrzeć się, jaki wpływ na gospodarkę mają zwierzęta domowe?
Fakt, że w około połowie wszystkich gospodarstw domowych (badanie GFK Global), tak w krajach rozwiniętych jak i rozwijających się właściciele mają jakieś zwierzę (prócz kota czy psa, są to ptaki, rybki, małe ssaki czy małe gady), musi wywierać wpływ na gospodarkę.

Coraz większe wydatki

Według danych firmy badającej rynek Euromonitor International oraz Amerykańskiego Stowarzyszenia Produktów dla Zwierząt Domowych (APPA) globalnie na żywność i produkty dla zwierząt domowych wydano 106,3 miliardów dolarów w 2016 r. Około 40 proc. tej kwoty przypada na Stany Zjednoczone.
Należy jednak zauważyć, że szacunki nie obejmują usług (zwłaszcza weterynaryjnych), a także pośrednich skutków gospodarczych, które są wielokrotnie większe.
W 2017 r. centrum analiz regionalnych amerykańskiego uniwersytetu George Mason przygotowało szeroką analizę przemysłu związanego ze zwierzętami domowymi.
Wynika z niej, że nasi pupile generują ok. 32 mld dolarów przychodów dla producentów żywności – licząc wyłącznie asortyment dla kotów oraz psów w USA. Do tego również dochodzą wpływy klinik weterynaryjnych – ponad 20 mld dol.
Z kolei 4 mld dolarów domowe zwierzęta przynoszą sektorowi nieruchomości komercyjnych (chodzi o sklepy, gabinety, „hotele”) oraz kolejne 4 mld dol firmom farmaceutycznym.
Ogólnie, bezpośredni i pośredni (poprzez oddziaływanie np. na rolnictwo, transport, wykorzystanie surowców, usługi ubezpieczeniowe) wpływ zwierząt domowych na amerykańską gospodarkę, według badań zamieszczonych w publikacji „Wpływ gospodarczy przemysłu dla zwierząt domowych w Stanach Zjednoczonych” wynosił w 2015 r. około 220 mld dolarów i przyczynił się do stworzenia 1 miliona miejsc pracy.

Rynek pod psem

Chociaż wydatki na produkty i usługi związane z naszymi czworonożnymi czy skrzydlatymi przyjaciółmi są w Polsce znacznie skromniejsze niż w USA, to jednak ich wzrost jest znaczący.
Euromonitor International oblicza, że roczne przychody producentów żywności i akcesoriów w naszym kraju to około 750 mln dolarów (2,85 mld zł). Kwota ta nie obejmuje jednak usług i pośredniego wpływu na gospodarkę. Jak szacuje portal Cinkciarz.pl, bez problemu można ją, chociażby na podstawie badań w USA, ocenić na kilkanaście mld złotych. Dodatkowo według Euromonitor International, w latach 2011-2016 rosła ona każdego roku o 6,5 proc.
Zgodnie ze światowymi tendencjami handel artykułami dla zwierząt domowych migruje w stronę internetu. W Chinach już około 40 proc. produktów dla pupili jest sprzedawana online, w Polsce około 10 proc.

Ubezpiecz czworonoga

Rynek żywności dla zwierząt, podobnie zresztą jak dla ludzi, podąża w kierunku droższych, naturalnych posiłków. Zaczynają one być hipoalergiczne, wolne od produktów modyfikowanych genetycznie czy glutenu. Na niektórych rynkach pojawiają się również produkty Bio.
W przypadku usług, coraz wyższe standardy, ale również i koszty, występują w klinikach weterynaryjnych.
W USA czy Niemczech zaczynają być popularne prywatne ubezpieczenia zdrowotne, które za kwotę kilkuset dolarów albo euro rocznie pozwolą na najlepszą możliwą opiekę medyczną dla zwierząt domowych.