Gospodarka 48 godzin

Potrzebni programiści
W drugim półroczu 2021 roku liczba ofert pracy w sektorze technologii informatycznych w Europie wzrosła o 13,1 proc. w porównaniu z pierwszym kwartałem bieżącego roku. Mimo możliwości oferowanych przez ten sektor, w całej Unii Europejskiej nadal brakuje 600 tys. specjalistów. W Polsce natomiast niedobór ten szacowany jest na około 50 tys. osób. Zainteresowanie specjalistami IT w naszym kraju nie słabnie. Jak wynika z danych portalu pracuj.pl, stanowią oni trzecią najpopularniejszą grupę zawodową w Polsce (oczywiście najpopularniejsza to nie znaczy największa). Na naszym rynku nadal brakuje informatyków, a przedsiębiorcy z tej branży wskazują, że największym wyzwaniem dla nich są trudności ze znalezieniem pracowników. Być może dlatego nasze postępy w zakresie cyfryzacji pozostawiają bardzo wiele do życzenia. Jak wskazuje Komisja Europejska, Polska coraz lepiej radzi sobie z infrastrukturą, jednak konieczna jest intensywna praca w zakresie samej edukacji, gdyż jedynie 44 proc. Polaków w wieku od 16 do 74 lat posiada choćby podstawowe umiejętności cyfrowe. Natomiast średnia dla całej Unii Europejskiej wynosi prawie 60 proc. To zaś pośrednio przekłada się na niedobór specjalistów z zakresu nowych technologii informatycznych w naszym kraju. Być może zaradzi jednak temu rosnący rynek technologii edukacyjnych dla najmłodszych, który według prognoz, do 2027 roku może osiągnąć na świecie wartość nawet 61 250,6 mln USD w porównaniu z 20 571,2 mln USD w 2019 r. i rozwija się także w Polsce. W naszym kraju funkcjonuje coraz więcej szkół podstawowych oferujących dostęp do różnego rodzaju zajęć informatycznych, w tym m.in. z programowania, nawet dla dzieci już od 7 roku życia. Programowanie jest zaś jednym z najczęściej wybieranych szkolnych zajęć dodatkowych. Oprócz przygotowania do potrzebnego zawodu uczy ono logicznego myślenia, kreatywności, cierpliwości i umiejętności rozwiązywania problemów. W rosnącym zainteresowaniu kursami programowania pomaga także wzrost popularności mediów społecznościowych i działających w nich osób.

Wyszliśmy z dołka
Europa nadrabia straty spowodowane ubiegłorocznym, pandemicznym załamaniem gospodarczym. Oczywiście największe przyrosty notują te państwa, w których rok temu wystąpiła najgłębsza recesja. Wielka Brytania w drugim kwartale tego roku zanotowała wzrost aż o 22 proc. w porównaniu z drugim kwartałem 2020 r. Niewiele ustępuje jej Hiszpania: wzrost o 19,8 proc. rok do roku, a także Francja (plus 18,7 proc.) i Włochy (plus 17,3 proc.). Na tym tle polska gospodarka prezentuje się dosć mizernie: wzrost w drugim kwartale zaledwie o 10,9 proc. Tym niemniej, jest to nasz historyczny rekord. Jeszcze nigdy w III RP, niezależnie od głębokości wcześniejszego załamania, gospodarka Polski nie osiągnęła tak dużego, procentowego przyrostu. Jesteśmy też jednym z bardzo nielicznych krajów Europy, które już w pełni wyszły z pandemicznego dołka gospodarczego. W porównaniu choćby z nami słabo prezentują się też Chiny – zaledwie plus 7,9 proc. Tyle, że Chiny w drugim kwartale ubiegłego roku, mimo pandemii osiągnęły wzrost o 3,2 proc.

Senior, bierz się do roboty!

PiS-owska władza chce zaoszczędzić na emeryturach, więc pragnie, by starsi ludzie pracowali jak najdłużej.
Pod koniec 2019 r. osoby w wieku 60 plus stanowiły 25,3 proc. ogółu populacji w Polsce. Według Głównego Urzędu Statystycznego odsetek ten wzrośnie do 29 proc. w 2030 r. i 40,4 proc. w 2050 r. Jest ich coraz więcej, a władza bardzo by chciała, by także i pracowali oni więcej, niż dotychczas.
„Presja demograficzna będzie stanowić coraz wyraźniejszy bodziec do tworzenia nowych lub wdrażania istniejących strategii w celu zaspokojenia zmieniających się potrzeb społeczno-gospodarczych. Niezagospodarowanie rosnącego potencjału ekonomicznego starzejącej się populacji oprócz kosztów bezpośrednich, to jest rosnących kosztów utrzymania i opieki nad seniorami oraz malejącej podaży pracy, będą generować także znany w teorii ekonomii i trudny do oszacowania koszt alternatywny niewykorzystanych możliwości”- przewiduje, nieco pokrętnie, Polski Instytut Ekonomiczny.
Współczynniki aktywności zawodowej w grupach wiekowych 50 – 59 lat są wysokie (kilkadziesiąt punktów procentowych ponad średnią), ale progi 60 lat i 65 lat stanowią wyraźne granice końca aktywności ekonomicznej. Relatywnie niewielu seniorów decyduje się pozostać na rynku pracy po osiągnięciu wieku emerytalnego, choć z biegiem lat decyzje o przejściu na emeryturę są opóźniane. W 2020 r odsetek osób aktywnych zawodowo w wieku 60 – 64 lata w Polsce wynosił 39 proc, ale w grupie osób w wieku 65 plus było to już tylko 6 proc. Odsetek kobiet, które w 2019 r. przeszły na emeryturę w ciągu pierwszych czterech lat od momentu osiągnięcia wieku emerytalnego wyniósł 96,7 proc. (w przypadku mężczyzn – 91,9 proc.).
Potencjał gospodarczy starszej części społeczeństwa nie realizuje się w pełni. Bariery dla jego uruchomienia można podzielić na twarde (strukturalne, związane z procesami rozwojowymi kraju) i miękkie (opisywane przez nauki behawioralne) – zauważa Polski Instytut Ekonomiczny. I ocenia, że wśród strukturalnych ograniczeń aktywności gospodarczej najbardziej dotkliwe dla seniorów wydają się: wykluczenie transportowe, brak kompetencji potrzebnych w cyfrowej gospodarce oraz problemy zdrowotne. Według PIE, problem wykluczenia społecznego, spowodowany historycznymi procesami polityczno – ekonomicznymi, stanowi silniejszą barierę dla realizacji potencjału gospodarczego starszej części społeczeństwa niż ustawowy wiek emerytalny.
Instytut wskazuje, że barierom strukturalnym towarzyszą ograniczenia behawioralne utrudniające utrzymanie aktywności gospodarczej osób starszych, takie jak np. oddziaływanie negatywnych stereotypów i ich internalizacja, częstsze poleganie na uproszczonych metodach wnioskowania, przeciążenia poznawcze, nie zawsze właściwe przewidywanie wpływu przejścia na emeryturę na własny dobrostan (trudności z tzw. prognozowaniem afektywnym) czy niedostosowanie procesów pośrednictwa pracy do sposobu decydowania charakterystycznego dla seniorów. Jak widać, Polski Instytut Ekonomiczny zagłębia się tu w meandry psychologii, zamiast koncentrować się, zgodnie ze swą nazwą, na aspektach ekonomicznych.
Tym niemniej, popularne stereotypy dotyczące seniorów (mniejsza motywacja do pracy, niechęć do udziału w szkoleniach i rozwoju kariery, niechęć do zmian, nieufność, słaba kondycja zdrowotna i większa trudność w godzeniu obowiązków zawodowych i osobistych) w większości podobno nie znalazły potwierdzenia w prowadzonych badaniach empirycznych. Bariery behawioralne można skutecznie ograniczać, a stereotypowy wizerunek biernej zawodowo starszej osoby, ustępuje wraz z postępującą świadomością przydatności i wartości doświadczonych pracowników oraz możliwości płynących z ich zatrudniania.
Elastyczne formy pracy (w pełnym lub niepełnym wymiarze godzin) w późniejszym okresie życia mogą mieć znaczące korzyści dla samopoczucia seniorów. Pracownicy – emeryci, którzy zdecydowali się na kontynuowanie pracy w niepełnym wymiarze, charakteryzują się wyższym poziomem odczuwanego dobrostanu, niższym stresem oraz są bardziej zadowoleni ze swojej pracy, niż pracownicy zatrudnieni w pełnym wymiarze godzin. Natomiast osoby pracujące charakteryzują się wyższym poziomem dobrego samopoczucia i satysfakcji zdrowotnej oraz niższym poziomem stresu niż niepracujący emeryci – uważa PIE.
Osoby starsze mają też jakoby lepsze predyspozycje do zakładania i prowadzenia działalności gospodarczej, niż osoby we wczesnej fazie wieku produkcyjnego. Dotyczy to zwłaszcza tych seniorów, których charakteryzuje pozytywne nastawienie do własnego wieku – bo ci, którym nie podoba się to, że się starzeją, będą ponoć gorszymi przedsiębiorcami.
Biorąc to wszystko pod uwagę, Polski Instytut Ekonomiczny rekomenduje wdrożenie „kompleksowej strategii zwalczającej stereotypy” dotyczące seniorów, modyfikacje w procesach pośrednictwa pracy zwiększające szansę powrotu na rynek pracy, wizualizację konsekwencji możliwego przejścia na emeryturę (zapewne chodzi o to, by przejście na emeryturę przedstawiać w możliwie czarnych barwach), wykorzystanie społeczności lokalnych i zaangażowanie w nie samych seniorów – w tym w działalność gospodarczą – oraz wprowadzenie mechanizmu stopniowego przechodzenia na emeryturę (tu PIE ma zapewne na myśli stopniowe podnoszenie wieku emerytalnego). „Zwracamy też uwagę na potrzebę uwzględniania czynników behawioralnych w procesach niwelowania barier strukturalnych hamujących aktywność seniorów w gospodarce” – dodaje Instytut.
W całym tym rozumowaniu, podkreślającym potrzebę dalszej aktywności ekonomicznej seniorów jest jeden zasadniczy błąd. Otóż Polski Instytut Ekonomiczny stwierdza: „Polacy żyją coraz dłużej i cieszą się coraz lepszym zdrowiem”. W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie. Pod panowaniem PiS Polacy żyją coraz krócej, ich umieralność szybko rośnie i „cieszą się” coraz gorszym zdrowiem. Trudno więc mówić, jak czyni to PIE, o ich „rosnącym, niezagospodarowanym potencjale ekonomicznym” – i o potrzebie zagospodarowania tegoż.
Polski Instytut Ekonomiczny, tak jak i rząd PiS, martwi się „rosnącymi kosztami utrzymania i opieki nad seniorami”. W istocie, jest to wyraźny kłopot dla rządu. Z jednej strony Prawo i Sprawiedliwość przekupuje seniorów i, na potrzeby kolejnego sukcesu wyborczego mnoży finansowe przywileje emerytalne, sprawiając, ze dziś emeryci są drugą, najzamożniejszą grupą społeczeństwa polskiego (po ludziach pracujących na własny rachunek, czyli przedsiębiorcach). Tak przynajmniej mówi statystyka, pokazująca średnie dochody warstwy społecznej emerytów. W rzeczywistości, jest wśród nich ogromne zróżnicowanie dochodowe, a wysokie świadczenia, zawyżające całą średnią, otrzymuje tylko drobna część z nich, zaś bardzo wielu klepie biedę. Dla PiS-owskiej propagandy sukcesu jest to jednak wystarczający powód do chwalenia się tym, jak to rząd Prawa i Sprawiedliwości dba o seniorów.
W rzeczywistości, rząd PiS ma seniorów w … – i są oni potrzebni rządzącym wyłącznie jako „mięso wyborcze”, mogące swymi głosami zapewnić PiS-owi utrzymanie władzy – a na władzy i płynących z niej apanażach prominentom PiS zależy jak na niczym innym na świecie. Dlatego też emeryci są dla nich ważni.
Z drugiej zaś strony, pieniądze trafiające dla emerytów są jednym z powodów tego, że budżet trzeszczy w szwach, a koszt każdego głosu emeryckiego oddanego w wyborach na PiS, staje się coraz większy. PiS wie wprawdzie, że przekupywanie emerytów jest korzystną strategią wyborczą, bo badania pokazują, że seniorzy są raczej zwolennikami „zjednoczonej prawicy” – ale wie też, że ta strategia pochłania coraz więcej środków, których brakuje na inne cele. W rezultacie, w Polsce na przykład poszerza się strefa skrajnego ubóstwa, bo nie wystarcza pieniędzy na pomoc społeczną, zaś ludzie niepełnosprawni żyją w coraz trudniejszych warunkach, gdyż przy zwiększającej się inflacji, ich świadczenia stoją realnie niemal w miejscu.
Ten stan rzeczy prominentom PiS niby specjalnie nie przeszkadza, bo ani ludzie skrajnie ubodzy, ani niepełnosprawni, to raczej nie jest elektorat tego ugrupowania. Rządzący mogą więc nadal zakręcać im kurek z pieniędzmi, zastępując realne wsparcie dla tych grup, propagandowymi obietnicami z których nic nie wynika, takimi jak np. niedawna „Strategia rządowa na rzecz osób z niepełnosprawnościami”. Ale do czasu. Coraz powszechniejszy niedowład funkcji opiekuńczych państwa, czego drastycznym przykładem jest załamanie systemu opieki zdrowotnej, powoduje, że podsypywanie pieniędzy tylko seniorom i emerytom, ze szkodą dla innych grup społecznych, może nie wystarczyć do kolejnego sukcesu wyborczego.
Jednak z trzeciej strony, PiS nie może seniorom i emerytom odebrać realnie nawet grosza, bo wtedy straci też część ich głosów wyborczych. Jedynym, teoretycznie możliwym dla PiS rozwiązaniem, jest więc zachowanie wszelkich przywilejów emerytalnych – z jednoczesnym namawianiem seniorów, by skorzystali z nich jak najpóźniej. By nie szli na emerytury, pracowali dłużej, aktywizowali się, podejmowali dodatkowe prace zarobkowe. Gdy się tym zajmą, to może będą mniej wyczuleni na, nieunikniony w przyszłości, spadek realnej wartości ich emerytur. Bo PiS wprawdzie nie może podnieść wieku emerytalnego, gdyż straci głosy seniorów, ale jednocześnie, nie może nadal podnosić emerytur tak jak dotychczas, bo budżet tego nie wytrzyma.
Zachowanie wszelkich przywilejów emerytalnych z jednoczesnym namawianiem seniorów, by skorzystali z nich jak najpóźniej, jest jak wspomniano, jedynym teoretycznie możliwym rozwiązaniem dla prominentów PiS. Teoretycznie – bo w praktyce nie ma żadnej gwarancji, że seniorzy zachowają się tak, jak sobie życzy obóz władzy (i jak chciałby to widzieć Polski Instytut Ekonomiczny) – czyli zechcą „aktywizować się ekonomicznie” i będą pracować coraz dłużej w jak największym wymiarze godzin.
Znacznie bardziej prawdopodobne jest to, że seniorzy będą szli na emerytury najszybciej jak tylko mogą – i dopóki PiS te emerytury utrzyma ze względów wyborczych na w miarę przyzwoitym poziomie, to czas wolny przeznaczą na wypoczynek, podróże, reperowanie zdrowia, opiekę nad wnukami, zajmowanie się działką – czyli na to wszystko, na co wcześniej nie mieli czasu.
Zapewne część z nich zechce nadal pracować „na pół gwizdka”, ale z pewnością nie opóźnią przejścia na emeryturę, aby nadal harować w pełnym wymiarze godzin. I nie przekonają ich wyliczenia, o ile to wyższe będzie ich świadczenie emerytalne, jeśli zaczną je pobierać pięć czy dziesięć lat później.
Seniorzy doskonale wiedzą, że pod rządami PiS nie jest pewne, czy przeżyją jeszcze te pięć czy dziesięć lat. I że znacznie lepiej brać jak najszybciej emeryturę, co roku waloryzowaną i czasami zwiększaną różnymi „trzynastkami” i „czternastkami”, oraz trochę do niej dorabiać, zamiast stresować się w pracy, pragnąc dotrzymać tempa młodszym. Znane przysłowie „lepszy wróbel w garści” pasuje tutaj jak ulał.
Tak więc, wszelkie dalekosiężne plany intensywnego „aktywizowania ekonomicznego” ludzi w wieku 60 i 65 plus, są skazane na niepowodzenie. Seniorzy doskonale bowiem wiedzą, że podstawowym elementem jakości ich jesieni życia jest emerytura, pobierana najwcześniej jak to tylko możliwe. Można trochę do niej dorabiać, można z dorabiania zrezygnować – ale przejścia na emeryturę na pewno nie wolno odkładać nawet o kilka miesięcy.
Prominenci PiS naturalnie bardzo by chcieli zmusić głodem seniorów do dłuższej pracy. Dopóki jednak w Polsce są wciąż jeszcze w miarę wolne wybory, nie mogą sobie na to pozwolić w sposób zbyt nachalny, bo stracą władzę.
Prawo i Sprawiedliwość już jednak próbuje brać głodem emerytów i w ten sposób zapędzać ich do pracy, choć oczywiście próbuje utrzymać w tajemnicy te swoje działania. Jak informuje Federacja Przedsiębiorców Polskich, z najnowszych danych na temat wysokości emerytur wynika, że obecnie aż 365 tys. emerytów otrzymuje świadczenia mniejsze, niż oficjalnie obowiązująca emerytura minimalna, która wynosi na rękę 1066 złotych. W praktyce, spora część tej liczącej 365 tys. grupy otrzymuje emerytury wynoszące kilkaset złotych miesięcznie.
Od 2015 roku liczba seniorów dostających emeryturę mniejszą od minimalnej, zwiększyła się ponad trzykrotnie. Tak właśnie Prawo i Sprawiedliwość w rzeczywistości dba o ludzi w jesieni życia! Jeśli liczba osób z głodowymi emeryturami będzie rosnąć w obecnym tempie, to za pięć lat będzie ich około 1,1 miliona. Niech więc seniorzy się dobrze zastanowią, czy chcą przykładać swój głos wyborczy do procederu ograbiania samych siebie.

Do pracy by się nie szło

Mimo, że bezrobocie jest w naszym kraju niskie, nie tak łatwo znaleźć zatrudnienie. W pierwszym kwartale bieżącego roku przeciętny czas poszukiwania pracy wynosił 7,4 miesiąca.
Czasami warto spojrzeć na rynek pracy nie tylko z punktu widzenia stopy bezrobocia, lecz tego, jak ochoczo sami pracujemy. Takie spojrzenie ma sens zwłaszcza w takich czasach jak obecnie, kiedy jakąś pracę w Polsce może znaleźć praktycznie każdy kto chce, choć oczywiście nie za taką płacę jak chce (co znacznie ogranicza zapał do pracy).
Wyniki Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności w I kwartale 2021 r. przeprowadzone przez Główny Urząd Statystyczny wskazują, że w I kwartale 2021 r. osoby aktywne zawodowo stanowiły 57,3 proc. ludności naszego kraju w wieku 15 – 89 lat. Nie ma raczej różnic między miastem i wsią: analogiczne wskaźniki wynosiły tu odpowiednio 57,3 proc. i 57,1 proc.
W sumie, jest to większy odsetek niż w pierwszym kwartale roku ubiegłego, czyli jeszcze przed pandemią, kiedy to osoby aktywne zawodowo stanowiły 56 proc.
Ta górna granica wieku – 89 lat – może wydawać się nieco zaskakująca, bo wtedy już mało kto pracuje, tym niemniej, teoretycznie, zdarzają się jeszcze ludzie zdolni do pracy w tym wieku, więc zgodnie z panującą metodologią zalicza się ich do „aktywnych zawodowo”.
W I kwartale 2021 r. liczba ludności aktywnej zawodowo w Polsce w wieku 15 – 89 lat wyniosła 17120 tys. osób, z tego: 16433 tys. to pracujący, natomiast 687 tys. – bezrobotni. Populacja biernych zawodowo w analogicznej grupie wieku liczyła 12778 tys. Ponad połowę tej grupy stanowią kobiety – 7878 tys. Bierni zawodowo, co oczywiste, to głównie emeryci, renciści, studenci i uczniowie.
Udział osób aktywnych zawodowo w ogólnej liczbie osób w wieku 15 – 89 lat był wyższy wśród mężczyzn i wynosił 65,8 proc., natomiast wśrod kobiet odsetek ten kształtował się na poziomie 49,4 proc. Generalnie, w Polsce na 1000 osób pracujących przypada 819 nie pracujących z jakichś powodów.
Natomiast osoby nie tylko aktywne zawodowo (przypomnijmy, że zalicza się do nich także zarejestrowanych bezrobotnych) lecz i faktycznie pracujące stanowiły w I kwartale 2021 r. 55,0 proc. ludności w wieku 15 – 89 lat. Wskaźnik zatrudnienia był zdecydowanie wyższy w zbiorowości mężczyzn – 63,1 proc., podczas gdy wśród kobiet wynosił 47,5 proc. Odpowiednie wartości dla osób w wieku produkcyjnym (czyli dla mężczyzn 18 – 64 lata, a dla kobiet 18 – 59) wynosiły 79,3 proc. oraz 71,0 proc.
W pierwszym kwartale tego roku mieliśmy 16433 tys. osób pracujących w wieku 15 – 89 lat. Wśród nich przeważali mężczyźni, którzy stanowili 55,0 proc. (czyli 9040 tys.).
15348 tys. osób pracujących wykonuje pracę w pełnym wymiarze czasu, natomiast 1085 tys. – pracuje mniej. Średnia liczba godzin przepracowanych tygodniowo w głównym miejscu pracy wynosi 39,3 godziny.
Wśród wszystkich pracujących największą grupę stanowią pracownicy zatrudnieni w firmach i instytucjach publicznych lub u prywatnego pracodawcy – 80,0 proc. (tj. 13151 tys.). Pozostali pracują na własny rachunek. Formalnie jest ich 18,5 proc. (czyli 3030 tys.), natomiast pomagających im członków rodzin 1,5 proc. (252 tys.). Zdecydowana większość osób zatrudnionych wykonuje swoją pracę w oparciu o umowę na czas nieokreślony
Biorąc pod uwagę rodzaj wykonywanej działalności, najwięcej osób pracuje w przetwórstwie przemysłowym (3240 tys.), handlu hurtowym i detalicznym, budownictwie, rolnictwie, leśnictwie, łowiectwie i rybactwie, naprawie pojazdów samochodowych oraz w edukacji. Nauczaniem innych zajmuje się 1296 tys. osób w Polsce.
W I kwartale 2021 r. 994 tys. osób (6,0 proc. ogółu pracujących) miało pracę, ale z jakiegoś powodu jej nie wykonywało. Główne powody to rozmaite urlopy oraz zwolnienia lekarskie. Dość często ma to bezpośredni związek z pandemią koronawirusa, na co wskazało 235 tys z tego grona. Z kolei spośród tych 235 tys. około 80 tys akurat choruje na COVID-19, a drugie 80 tys jako przyczynę niepracowania wskazało przerwę w działalności swego zakładu, bezpośrednio związaną z pandemią.
Wpływ pandemii widoczny jest również w danych odnoszących się do miejsca wykonywania pracy. 2003 tys. osób pracowało lub pracuje w domu z powodu sytuacji związanej z COVID-19. Liczba osób pracujących zdalnie (nie tylko z miejsca swego zamieszkania) jest nieco wyższa i wynosi 2422 tys. osób.
Zarejestrowanych bezrobotnych jest w Polsce mało. W I kwartale 2021 r. grono osób bezrobotnych liczyło 687 tys. Wśród ludzi w wieku produkcyjnym stopa bezrobocia wyniosła 4,1 proc. Większość stanowili mężczyźni (383 tys.).
Największe natężenie bezrobocia GUS zaobserwował wśród osób najmłodszych (w wieku 15 – 24 lata), dla których stopa bezrobocia wyniosła 14,0 proc. Tyle, że wyodrębnianie tej kategorii wiekowej jest absolutnie bez sensu, skoro wszyscy w wieku do 18 roku życia podlegają obowiązkowi szkolnemu i oczywiste jest, że raczej nie pracują. Szkoda, że kierownictwo GUS z jakichś niezrozumiałych powodów nie chce wyodrębnić kategorii wiekowej od 18 do 24 roku życia. Pomiar bezrobocia w tej grupie dałby bardziej wiarygodny obraz tego, jak rzeczywiście wygląda sytuacja na rynku pracy wśród najmłodszych – choć też niepełny, ze względu na duże grono studiujących.
Faktyczną skalę braku pracy w Polsce najlepiej odzwierciedla zatem stopa bezrobocia wśród osób w wieku 25 – 34 lata, która wynosi 4,4 proc.; oraz wśród osób liczących 35 – 44 lata: 3,4 proc. Potem to wyliczenie znowu traci sens, bo następna grupa wiekowa, dla której szefowie GUS ustalają bezrobocie, ma od 45 do 89 lat. Wśród tych osób jest ono nadzwyczaj niskie, tylko 2,7 proc., co oczywiste, skoro duża część z nich to emeryci.
Więcej sensu ma obserwacja, że najwyższą stopę bezrobocia odnotowano wśród ludzi o najniższych kwalifikacjach – w grupie osób z wykształceniem gimnazjalnym i niższym wskaźnik ten kształtował się na poziomie 10,5 proc. Natężenie bezrobocia było z kolei znikome wśród osób posiadających wykształcenie wyższe (czyli od licencjatu wzwyż) i wynosiło 2,2 proc. Wniosek jest zatem oczywisty – należy się uczyć, choć naturalnie nie wszyscy w Polsce mają należyte warunki ku temu.
Mimo, że bezrobocie jest w naszym kraju niskie, pracę nie tak łatwo znaleźć. W pierwszym kwartale tego roku przeciętny czas poszukiwania pracy wynosił 7,4 miesiąca. Najdłużej poszukiwały pracy osoby w wieku 45 – 54 lata (9,6 miesiąca). To głównie dlatego, że w tym wieku człowiekowi już trudno zaakceptować głodowe zarobki, więc woli poszukać nieco dłużej. Natomiast osoby liczące 20 – 24 lata szukały pracy średnio przez 5,8 miesiąca.

Informacje rządu PiS: Polska ginie!

Jak stwierdza wicepremier Gowin, nielegalne wykorzystywanie olejów odpadowych jako opałowych to skutek braku mechanizmów kontroli, a w rezultacie, braku danych o rynku olejów w Polsce. Tych mechanizmów nie wdrożył właśnie obecny rząd.
Dramatyczny obraz zatrutego środowiska naturalnego w Polsce pod rządami „zjednoczonej prawicy”, szczerze przedstawił wiceprezes Rady Ministrów dr. Jarosław Gowin w najnowszym raporcie Globalnego Porozumienia Narodów Zjednoczonych. Nie on jeden. Warto dodać, że raport ten w pełni odzwierciedla stanowisko polskiego rządu, bo jego współautorami są Ministerstwo Rozwoju, Ministerstwo Finansów oraz Krajowa Administracja Skarbowa.
Z materiałów tych instytucji, włączonych do wspomnianego raportu Globalnego Porozumienia Narodów Zjednoczonych (UN Global Compact Poland), jasno wynika, że bajką są opowieści prominentów PiS, jak to ich rząd dzielnie zwalcza rozmaite nadużycia w Polsce. W rzeczywistości jest odwrotnie – rząd toleruje je i w konsekwencji, godzi się na dalsze zatruwanie środowiska. Aż dziwi, że dygnitarze obozu „zjednoczonej prawicy”, w dokumencie, który nie jest wszak tajny, tak szczerze przyznali się do swych zaniedbań oraz świadomych zaniechań.
W raporcie tym wicepremier dr. Jarosław Gowin oświadcza: „Polska, jak wiemy, od wielu lat znajduje się w czołówce europejskich krajów z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem – dotyczy to wszystkich szkodliwych substancji – pyłu zawieszonego PM2.5 i PM10, benzopirenu, tlenków azotu oraz szczególnie szkodliwych dla zdrowia związków metali ciężkich, dioksyn i furanów. Polskie miasta od wielu lat zajmują czołowe pozycje w zestawieniach, sporządzanych okresowo przez Światową Organizację Zdrowia, miejsc w Europie z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem. Szkodliwe działanie zanieczyszczeń powietrza na zdrowie i życie człowieka zyskało już empiryczne potwierdzenie. Według raportów Światowej Organizacji Zdrowia oraz Europejskiej Agencji Środowiska, zanieczyszczenie powietrza w Polsce w znacznym stopniu przyczynia się do ok. 45 000 przedwczesnych zgonów wywołanych przeważnie przez choroby układu krążenia oraz układu oddechowego. To wielokrotnie więcej niż liczba zgonów w wypadkach komunikacyjnych. Problem smogu w Polsce jest często wynikiem spalania na potrzeby ogrzewania budynków złej jakości paliw lub innych produktów, których wykorzystywanie w tym celu jest nielegalne, co ma prowadzić do obniżenia kosztów. Nielegalne użycie olejów odpadowych jako olejów opałowych – niezależnie od szkód dla środowiska i zdrowia ludzi – przekłada się także na wymierne straty podatkowe, m.in. z tytułu nieodprowadzonej akcyzy (rocznie szacowane ostrożnie na ponad 150 mln zł). Dodatkowo, wykorzystywanie do ogrzewania olejów odpadowych powoduje, że z jednej strony odpad taki nie zasila krajowych mocy przerobowych do recyklingu olejów odpadowych, obniżając opłacalność inwestycji w rozwój, a z drugiej zmniejsza wpływy budżetu państwa z opłaty produktowej od nowo wprowadzonych do obrotu olejów grzewczych – nielegalnie spalany olej odpadowy wypiera w ten sposób legalne paliwa” – stwierdza wicepremier Gowin w swej obszernej prezentacji.
Te słowa porażają, zwłaszcza, gdy się je skonfrontuje z propagandowymi zapewnieniami premiera Mateusza Morawieckiego i rządu, zachwalającymi swe rzekome nieugięte zwalczanie nadużyć podatkowych oraz sukcesy w staraniach o lepszy stan środowiska naturalnego.
W tym momencie rodzi się pytanie, dlaczego rząd „zjednoczonej prawicy”, rządzący Polską od ponad pięciu lat i mający w ręku wszelkie mechanizmy władzy, praktycznie nic dotychczas nie zrobił z patologiami opisanymi przez wicepremiera?. Jarosław Gowin po części odpowiada na to pytanie.
Pisze on w cytowanym raporcie: „Możliwość nielegalnego wykorzystania produktów tego typu jest efektem braku efektywnego mechanizmu kontroli ilości wprowadzanych produktów, a w konsekwencji pełnych danych o wielkości i strukturze rynku olejów w Polsce. Wprowadzenie na rynek olejów poza oficjalnym obiegiem przekłada się bowiem na powstanie odpowiadającej masy odpadów, w stosunku do której żaden producent czy importer nie ponosi odpowiedzialności za zapewnienie prawidłowego przetworzenia. Z drugiej strony brak jest mechanizmu motywującego, zapewniającego rzeczywiste kierowanie zużytych olejów do systemu od ich końcowych użytkowników w miejsce nielegalnego spalania”.
Wicepremier Jarosław Gowin szczerze wskazuje więc na bezradność rządu, a także i na zauważalny brak woli obozu „zjednoczonej prawicy” w zwalczaniu nadużyć na rynku paliw i olejów. Pisze o braku efektywnego mechanizmu kontroli, braku danych, braku mechanizmu motywującego… Za to wszystko ponosi odpowiedzialność właśnie rząd Prawa i Sprawiedliwości, który z jakichś powodów nie usunął wspomnianych tu, znanych od lat nieprawidłowości. Czy chodzi o to, że „zjednoczona prawica” nie chce złapać się za swoją własną rękę? Tym samym, wicepremier Gowin oskarża też po części i siebie, jako ważnego członka obecnej ekipy rządzącej, odpowiadającej za taki stan rzeczy.
Z bezradnością i brakiem skutecznej walki z nieprawidłowościami nie kryje się także prezes Urzędu Regulacji Energetyki dr. Rafał Gawin. Oświadcza on: „Jednym z obszarów wymagających lepszego uregulowania i zapewnienia mechanizmu, który umożliwi pozyskiwanie wiarygodnych informacji, jest rynek smarów i olejów polirolitycznych, które de facto są olejami opałowymi. Coraz większe wolumeny przywożonych do kraju szeroko rozumianych olejów średnich i ciężkich, które przeważnie nie posiadają jakichkolwiek dokumentów potwierdzających ich jakość, stanowią bowiem znaczącą część paliw zużywanych przez podmioty gospodarcze. Obserwujemy także, że tego typu oleje importowane oraz wytwarzane bez jakiejkolwiek kontroli są spalane w kotłach nieprzystosowanych dla tych paliw, co zanieczyszcza środowisko i ma bardzo niekorzystny wpływ na nasze zdrowie i życie” – z rezygnacją oświadcza prezes URE.
Widoczne jest więc przyzwolenie PiS-owskiej administracji na nadużycia. Szef Urzędu Regulacji Energetyki informuje o nasilających się patologiach, które obserwują jego służby i on sam. Wszyscy oni obserwują, mówią o „obszarach wymagających lepszego uregulowania” – ale jak widać, wspomnianych patologii nie zwalczają skutecznie.
Ciekawe, czy ta dramatyczna prawda o efektach rządów Prawa i Sprawiedliwości, zaprezentowana przez przedstawicieli tegoż rządu, spowoduje, że może choćby o włos zmieni się ton nachalnej propagandy sukcesu, uprawianej zwłaszcza w PiS-owskiej partyjnej telewizji, nazywanej czasami żartobliwie „publiczną”?.

Kapitał ludzki zwalcza biedę

Aż 80 proc. światowego ubóstwa lokuje się w krajach o Indeksie Kapitału Ludzkiego poniżej 0,50. Pytanie, co tu jest skutkiem, a co przyczyną?
Światowe indeksy kapitału ludzkiego prezentowane są zaledwie od kilku lat. W 2017 r. Światowe Forum Ekonomiczne opublikowało pierwszy raport poświęcony kapitałowi ludzkiemu, pod nazwą The Global Human Capital, w którym zawarto złożony wieloczynnikowy Indeks. Objął on 130 krajów a jego mottem było przesłanie pt. „Przygotowanie ludności do pracy w przyszłości”.
Według autorów raportu kapitał ludzi to posiadana wiedza i umiejętności, które umożliwiają tworzenie wartości w globalnym systemie gospodarczym. Indeks wartościuje poszczególne czynniki kapitału ludzkiego w skali od 0 (najgorsze) do 100 (idealne). Dla uchwycenia pełnego profilu potencjału ludzkiego w Indeksie Kapitału Ludzkiego stosuje się także pięć przedziałów wiekowych.
Podstawą tego indeksu jest koncepcja, że inwestycje w rozwój talentów w całym cyklu życia – poprzez edukację i zatrudnienie – zwiększają kapitał ludzki. Specjalizacja i możliwości poszczególnych osób rozwijają się w miarę ich wejścia na rynek pracy.
Indeks składa się z 4 subindeksów:

  1. Poziom edukacji młodzieży i dorosłych
  2. Zakumulowana wiedza i umiejętności dorosłej ludności
  3. Edukacja dla przyszłych pokoleń
  4. Know how.
    Indeks jest średnią ważona tych czterech subindeksów (po 25 proc. każdy). Indeksy obliczane są także dla wybranych grup wiekowych.
    Pierwszy subindeks obejmuje Potencjał (Capacity):
  5. Umiejętność liczenia oraz czytania i pisania ze zrozumieniem
  6. Wykształcenie podstawowe – osiągnięcia
  7. Wykształcenie średnie – osiągnięcia
  8. Wykształcenie wyższe – osiągnięcia.
    Drugi subindeks obejmuje Rozmieszczenie (Deployment):
  9. Wskaźnik zatrudnienia zasobów pracy
  10. Lukę zatrudnienia wg płci
  11. Stopę bezrobocia
  12. Stopę częściowego zatrudnienia.
    Trzeci subindeks to Rozwój (Deveplpment):
  13. Wskaźniki skolaryzacji podstawowej i jego jakości
  14. Wskaźniki skolaryzacji na poziomie średnim i lukę tego poziomu wykształcenia wg płci
  15. Wskaźnik doskonalenia zawodowego
  16. Wskaźniki skolaryzacji na poziomie wyższym i „biegłości” wykształcenia absolwentów
  17. Jakość systemu edukacji i wielkość kadry nauczającej
    Czwarty wreszcie subindeks to Know how:
  18. Udział zatrudnionych z wysokimi kwalifikacjami
  19. Udział zatrudnionych ze średnimi kwalifikacjami
  20. Dostępność kadry wysoko wykwalifikowanej.
    Wg raportu z 2017 r. Indeks Kapitału Ludzkiego dla Polski wynosił 69,61 a zajęte miejsce w rankingu to 31. W poszczególnych subindneksach Polska zajęła wtedy: Capacity 25 miejsce (wartość subindeksu 76,6), Deployment – 65 miejsce (65,9)), Development – 34 miejsce (72,7) i Know how – 24 miejsce (63,2).
    Bezpośrednio przed nami miejsca zajęły: Luksemburg (wartość indeksu na tym samym poziomie co Polska) i Kazachstan; a po nas: Bułgaria i Malezja.
    Wśród nowych krajów członkowskich w Unii Europejskiej Polska zajmuje szóste miejsce. Najwyższe miejsce zajęła Słowenia, po niej Estonia (12), Czechy (22), Litwa (25) i Łotwa (28).
    Pierwsze miejsce w rankingu światowym zajęła Norwegia z wartością Indeksu 77,12. Kolejne zajęły: Finlandia, Szwajcaria, USA i Dania. Ostatnie miejsce (130) zajął Jemen z wartością – 35,48.
    Rosja zajęła w omawianym rankingu 16 miejsce z wartością indeksu 72,16. Ukraina zajęła 24 miejsce z indeksem 67,70. Białoruś nie znalazła się w raporcie i tym samym w indeksie.
    Według raportu Światowego Forum Ekonomicznego z 2017 r., średni w skali świata wskaźnik wykorzystania potencjału kapitału ludzkiego wyniósł 62 proc., zatem 38 proc. było zmarnowanych. W przypadku Polski – zmarnowanego zostało 30 proc. kapitału ludzkiego.
    Tylko 25 proc. krajów wykorzystuje swój potencjalny kapitał ludzki w 70 proc. lub więcej. Ponadto 50 krajów (w tym Polska i to w górnym przedziale) mieści się z tym wskaźnikiem w przedziale 60 – 70 proc., kolejne 41 krajów w przedziale 50 – 60 proc., a 14 krajów w przedziale poniżej 50%
    Liderzy indeksu to na ogół gospodarki, które od dawna inwestują w edukację i posiadają znaczący udział pracowników o wysokich kwalifikacjach. I są to obecnie gospodarki o wysokim produkcie krajowym brutto na mieszkańca i zatrudnionego.
    Indeks i pełny raport (203 strony) można znaleźć na stronie www.weforum.org
    Inne podejście przedstawia Bank Światowy w swoim Indeksie Kapitału Ludzkiego, publikując pierwszy raport po raz pierwszy w październiku w 2018 r. Inna jest także konstrukcja Indeksu. Tutaj omówiony zostanie Indeks Kapitału Ludzkiego za 2020 r. ale opublikowany już w tym roku, z dopiskiem „w czasach Covid19”. Indeks swoim zasięgiem obejmuje 174 kraje. Wielkości indeksów mieszczą się liczbowo w przedziale od 0 do 1,0 według stopnia osiągniętego potencjału kapitału ludzkiego.
    Indeks Banku Światowego bada i mierzy, które kraje potrafią najlepiej mobilizować potencjał gospodarczy i zawodowych swoich mieszkańców. Indeks mierzy ile kapitału ludzkiego traci dany kraj z powodu braku należytej edukacji i troski o zdrowie.
    Wg opisu metodologii Indeks Kapitału Ludzkiego (Human Capital Index – HCI) mierzy kapitał ludzki, którego osiągnięcia urodzone dzisiaj dziecko może oczekiwać do 18 roku życia, biorąc pod uwagę ryzyko słabego zdrowia i słabej edukacji, które przeważa w kraju swego zamieszkania. HCI śledzi trajektorię od narodzin do dorosłości dziecka urodzonego dzisiaj.
    W najbiedniejszych krajach świata istnieje znaczące ryzyko, że dziecko dzisiaj urodzone nie dożyje piątych urodzin. Nawet jeśli osiągnie wiek szkolny, istnieje dalsze ryzyko, że nie rozpocznie nauki, a tym bardziej nie ukończy pełnego cyklu 14 lat nauki od przedszkola do 12 klasy, co jest normą w bogatych krajach. Z kolei czas spędzony w szkole może nierównomiernie przedkładać się na naukę, w zależności od jakości nauczycieli i szkół, z którymi ma do czynienia. Gdy osiąga wiek 18 lat życia, nosi ze sobą trwałe skutki złego stanu zdrowia i odżywiania z dzieciństwa, które ograniczają jej fizyczne i poznawcze zdolności jako osoby dorosłej.
    Składnik 1 Indeksu: Przeżywalność. Ten składnik Indeksu odzwierciedla niefortunną rzeczywistość, w której nie wszystkie dzieci urodzone dzisiaj przeżyją do wieku, w którym rozpoczyna się proces akumulacji kapitału ludzkiego poprzez formalną edukację. Mierzony jest przy pomocy współczynnika umieralności dzieci do 5 roku życia.
    Składnik 2 Indeksu: Szkoła. Ten składnik łączy informacje na temat ilości i jakości edukacji. Poziom wykształcenia mierzony jest jako liczba lat nauki szkolnej, jaką dziecko może oczekiwać do 18 roku życia biorą pod uwagę dominujący współczynnik skolaryzacji. Maksymalna możliwa wartość to 14 lat zakładając rozpoczęcie nauki w przedszkolu w wieku 4 lat. Jakość edukacji mierzą analitycy Banku Światowego harmonizując testy z głównych międzynarodowych programów testowania osiągnięć uczniów. Wyniki tych testów wahają się w przedziałach od 300 do 600 w różnych krajach. Zharmonizowane wyniki testów wykorzystywane są do przeliczania lat nauki i skorygowanie ich o wyniki nauczania.
    Składnik 3: Zdrowie. W Indeksie przyjęto wskaźnik ogólnego środowiska zdrowotnego. W jego skład wchodzi wskaźnik przeżycia osób dorosłych mierzony jako udział 15-latków, którzy przeżyli do wieku 60 lat. Oraz zdrowy wzrost wśród dzieci poniżej 5 roku życia mierzony udziałem dzieci, których wzrost nie jest zahamowany. To znaczy: 1 minus udział dzieci poniżej 5 roku życia, których wzrost jest niższy niż dwa standardowe odchylenia poniżej mediany Standardów Wzrostu Dziecka ustalonych przez WHO.
    Zahamowanie wzrostu służy jako wskaźnik prenatalnego, niemowlęcego i wczesnodziecięcego środowiska zdrowotnego, podsumowując ryzyko dla zdrowia, którego dzieci urodzone dzisiaj prawdopodobnie doświadczą we wczesnych latach życia – co będzie miało istotne konsekwencje dla zdrowia i dobrobytu w dorosłym życiu.
    Raport opisuje bardzo szczegółowo technikę przeliczeń i uśredniania i łączenia już na wskaźniku produktywności pracowników. Bank Światowy podaje w swym raporcie Indeksy Kapitału Ludzkiego według regionów i krajów. Dla krajów Ameryki Północnej wynosi on 0,75, dla krajów Europy i Azji Środkowej – 0,69, Azji Wschodniej i Pacyfiku – 0,59, Środkowego Wschodu i Afryki Północnej – 0,57. Ameryki Łacińskiej – 0,56 Azji Południowej – 0,48 i Afryki Subsaharyjskiej – 0,40.
    Bank Światowy stwierdza także wysoką korelację pomiędzy Indeksem Kapitału Ludzkiego a produktem krajowym brutto. A także, że 80 proc. światowego ubóstwa lokuje się w krajach o Indeksie Kapitału Ludzkiego poniżej 0,50.
    Czołówkę Światowego Indeksu Kapitału Ludzkiego stanowią: Singapur – 0,88, Hong Kong – 0,81, Japonia, Korea Południowa, Kanada, Finlandia i Szwecja po 0,80.
    Polska zajęła w tym Indeksie 23 miejsce z wartością indeksu na poziomie 0,75, zaraz po Danii a przed Czechami i Niemcami. Spośród nowych członków UE wyprzedzają nas Estonia (12 miejsce) i Słowenia (15 miejsce). Indeks i pełny raport (229 stron) Banku Światowego znajduje się na stronie www.worldbank.org
    Wśród naszych sąsiadów Czechy zajmują 24 miejsce, Niemcy – 25, Litwa – 34, Białoruś – 36, Słowacja – 44 i Ukraina – 53.
    USA zajęły 35 miejsce (0,70), Rosja 41 miejsce (0,68) a Chiny 45 miejsce (0,65).
    Ostatnie miejsca w Indeksie zajmują: Republika Afryki Środkowej, Czad, Sudan Południowy, Niger i Mali (174 miejsce).
    Warto porównać obydwa przedstawiane tutaj indeksy, bo dotyczą przecież tego samego tematu: kapitału ludzkiego. Polska zajmuje w nich nie najgorsze miejsca. Nie ma tu odniesienia do przeszłości, są to bowiem Indeksy świeżej daty. Ale różnica między nimi – liczbowo biorąc – nie jest duża.
    Tak zwany zmarnowany czy lepiej – niewykorzystany – potencjalny kapitał ludzki wynosi w przypadku Indeksu Światowego Forum Ekonomicznego 32 proc., a w przypadku Indeksu Banku Światowego 25 proc. Różnica nie jest zbyt duża, choć podejście bardzo różne, które daje spory materiał do dalszych analiz i przemyśleń.

Indeks Kapitału Ludzkiego 2017 wg. Światowego Forum Ekonomicznego
1 Norwegia 77,12
2 Finlandia 77,07
3 Szwajcaria 76,48
4 USA 74,84
5 Dania 74,40

29 Kazachstan 69,78
30 Luksemburg 69,61
31 Polska 69,61
32 Bułgaria 68,49
33 Malezja 68,29

Indeks Kapitału Ludzkiego 2020 wg. Banku Światowego
1 Singapur 0,88
2 Hong Kong 0,81
3 Japonia 0,80
4 Korea Południowa 0,80
5 Kanada 0,80

21 Cypr 0,76
22 Dania 0,76
23 Polska 0,75
24 Czechy 0,75
25 Niemcy 0,75

Co najchętniej piją młodzi Chińczycy?

Ciągły rozwój chińskiego społeczeństwa, wpływa na poprawę standardów życia Chińczyków, zmieniając również przyzwyczajenie konsumentów. Widać to na szybko rozwijającym się rynku napojów.

Według danych statystycznych w 2018 roku odnotowano na chińskiej internetowej platformie dostarczającej żywność 210 mln transakcji sprzedaży herbaty z mlekiem, znacznie więcej od liczby sprzedanej kawy – jednego z najpopularniejszych napojów na świecie.
Historia herbaty z mlekiem
Herbata z mlekiem w Chinach była już pita ponad tysiąc lat temu. Pierwsze wzmianki o piciu w Chinach tego rodzaju herbaty mówiły o koczownikach z północy pijących „herbatę mleczną z łąk”, którą przyrządzano, mieszając liście herbaty ze świeżym mlekiem i gotując ją z dodatkiem soli. Był to bardzo popularny napój wśród pasterzy żyjących na stepach oraz w wysokich partiach gór.
Herbata została sprowadzona do Europy w XVII wieku. Anglicy lubili dodawać cukier do herbaty i zalewać ją podgrzanym, świeżym mlekiem. Czarna herbata z regionu Assam w Indiach stała się głównym składnikiem tradycyjnej angielskiej herbaty z mlekiem. Zwykle pije się ją do śniadania, podwieczorku lub po kolacji.
Podczas brytyjskiej kolonizacji Hongkongu wraz z Brytyjczykami dotarł do tego miejsca ich sposób przyrządzania i picia herbaty. Herbata pijana z mlekiem w Hongkongu ma ciężki, gorzki smak i jest przygotowywana w skomplikowany sposób, aby zachować mocny esencjonalny smak herbaty.
Również charakterystycznym napojem jest herbata z mlekiem, którą pije się w Azji Południowo-Wschodniej. Popularna w Tajlandii, Malezji, Singapurze i innych krajach regionu herbata z mlekiem za bazę bierze głównie czarną herbatę, do której dodaje się skondensowane mleko, sproszkowany cynamon, gwiazdkowy anyż i inne przyprawy, nadając jej w ten sposób słodki i bogaty smak.
Współczesny rynek herbaty z mlekiem w Chinach
W chińskich miastach wiele osób po raz pierwszy zetknęło się z herbatą mleczną, pijąc w latach 90. XX wieku tzw. „herbatę bąbelkową”. Herbata bąbelkowa, znana była również pod innymi nazwami jako herbata z mlekiem perłowym, herbata z mlekiem bąbelkowym lub herbata boba z bąbelkami. Sposób przyrządzania tej herbaty został wymyślony na Tajwanie, polegał on na dodaniu do herbaty z mlekiem małych kulek zrobionych z mąki z tapioki. Wystarczyło pół roku, aby napój ten stał się bardzo popularny na rynku kontynentalnych Chin. Jednak ówczesny napój nie zawierał ani prawdziwego mleka, ani naturalnej herbaty, zamiast tego składał się z bezmlecznej śmietanki i herbaty w proszku. Na początku XXI wieku, pojawiły się pewne negatywne informacje z rynku producentów herbaty z mlekiem, które doprowadziły do dużych zmian w tej branży.
Po 2010 roku herbata z mlekiem stopniowo wracała do swoich korzeni i istoty, czyli do naturalnego mleka i herbaty. Niektóre sieci sklepów, w których sprzedano napoje herbaciane, do przygotowania tego napoju używają czystego lub świeżego mleka, a do wyboru jest wiele gatunków herbat o różnych smakach. Często używa się specjalnych maszyn parzących herbatę, by stała się ona jeszcze bardziej esencjonalna. Niektóre herbaciarnie stosują nawet technikę spieniania mleka podobną jak przy podawaniu kawy i w ten sposób serwują herbatę z mlekiem. „Ulepszanie” herbaty z mlekiem nie tylko przejawia się w doborze różnych surowców, ale także bezpośrednio przekłada się na wygląd miejsc, gdzie serwowane są napoje herbaciane. Zamiast skromnego okienka serwującego napoje na wynos, zainwestowano miliony juanów i miejsca te stały się bardziej nowoczesne i przyjazne dla konsumenta.
Dlaczego herbata z mlekiem jest tak popularna?
Według danych chińskiej platformy internetowej dostarczającej żywność w latach 2018-2020 zanotowano znaczny wzrost liczby sklepów serwujących kawę i napoje herbaciarne. Liczba sprzedawców kawy wzrosła 3-krotnie, natomiast zanotowano ponad 6-krotny wzrost liczby sprzedawców napojów herbacianych. Herbata z mlekiem, która obecnie w Chinach jest bardzo popularna, to trend, który pojawił się około 2015 roku. Napój przyrządzany jest z naturalnych składników, takich jak wysokiej jakości herbata, świeże mleko i świeże owoce, często serwuje się bardziej zróżnicowane kombinacje baz herbacianych i dodaje różnego rodzaju inne składniki. Można spróbować: zwykłej herbaty z mlekiem, herbaty owocowej, herbaty z mlekiem i owocami itp.
Dlaczego herbata z mlekiem jest tak popularna? Przede wszystkim należy podkreślić długoletnią kulturę herbacianą w Chinach. Herbata zawsze była najpopularniejszym napojem spożywanym przez chińskich konsumentów i pomimo tego, że rynek kawy w Chinach w ostatnich latach gwałtownie się rozwinął, spożycie w Chinach herbaty jest nadal znacznie większe niż kawy. Wielkość rynku nowych napojów herbacianych, które są innowacyjne, ale oparte na tradycyjnej chińskiej kulturze herbacianej, wzrosła o 280 proc. w latach 2015-2019. Dla porównania, w tym samym okresie na rynku tradycyjnej herbaty zanotowano 42 proc. wzrost, a na rynku kawy tylko 26 proc.
Konsumentami napojów herbacianych w nowym stylu są głównie ludzie młodzi. Od końca XX wieku do chwili obecnej Chińczycy urodzeni w latach 90-tych i na początku XXI wieku byli główną grupą konsumencką tego typu napoju. Stanowili oni blisko 70 proc. wszystkich pijących. Rynek konsumentów jednak cały czas się rozrasta.Marki napojów herbacianych stają się modne, dobrze jest pokazać w towarzystwie, że pije się ten rodzaj napoju, często stają się one gorącymi tematami w chińskich mediach społecznościowych, takich jak Weibo i Douyin. Na przykład podczas epidemii Covid-19 hasztag Weibo „Chcę pić herbatę z mlekiem” odznaczono prawie 100 mln razy. Młodzi konsumenci dzielą się na portalach społecznościowych i platformach internetowych krótkimi filmami reklamującymi różnego rodzaju herbaty z mlekiem.
Rozwój w Chinach handlu elektronicznego i rynku zamawiania żywności w internecie wykształcił wśród konsumentów napojów herbacianych nowe nawyki konsumpcyjne. Gdy wybuchła epidemia Covid-19 drastycznie spadła liczba klientów odwiedzających punkty serwujące napoje herbaciane, a wzrosły obroty sprzedaży w sieci. Wiele firm podążając za trendem online, przeniosło się do sieci oferując dostawę napojów na wynos. Wzrosło również wykorzystanie mediów społecznościowych do działań promocyjnych w celu przyciągnięcia większej ilości konsumentów.
Nie porzucono jednak całkowicie stacjonarnych punktów serwujących herbatę, które wśród młodych ludzi pełnią również funkcję społeczną. W centrach handlowych w chińskich miastach wszędzie można znaleźć punkty z herbatą mleczną. Firmy ze średniej i wyższej półki wykorzystują punkty serwujące napoje herbaciane jako ważny nośnik szerzenia popularności i kultury marki. W ostatnich latach obserwowane jest nieustanne przeobrażanie się tych punktów, których nowoczesny styl i wystrój można porównać do punktów sieci Starbucks, czy innych kawiarni sieciowych. Miejsca te często wybierają młodzi ludzie, aby odpocząć podczas zakupów i spotkać się z przyjaciółmi.
Z perspektywy makro, rosnący dochód na głowę chińskiego mieszkańca żyjącego w mieście zwiększył jego siłę nabywczą i pobudził konsumpcję. Wpływa to na przemysł napojów herbacianych. Cena herbaty z mlekiem ze średniej lub wysokiej półki waha się od 16 juanów (9 złotych) do 35 juanów (prawie 20 złotych), to prawie ponad dwukrotny wzrost w porównaniu z początkiem XXI wieku.
Dylemat branży
Chociaż napoje herbaciane są bardzo popularne, zwłaszcza wśród młodych ludzi, a rynek nowych napojów herbacianych przekroczył 100 mld juanów (58 mld złotych) w 2020 roku, branża charakteryzuje się niskimi barierami wejścia, wysoką konkurencyjnością i wyjątkowo niskim wskaźnikiem przetrwania. Według danych statystycznych z końca listopada 2020 r. łączna liczba chińskich firm działających na rynku herbacianym przekroczyła 300 tys., z czego ponad 130 tys. zostało zamkniętych, zlikwidowanych lub zawieszonych, co stanowi aż 43 proc. rynku.
Wpływ na to miał zapewnie wybuch epidemii Covid-19, kiedy zamknięto wiele przedsiębiorstw, ale z drugiej strony główne marki na rynku, takie jak Hey Tea, Nayuki i Modern China Tea Shop, zanotowały gwałtowny rozwój i stały się jeszcze bardziej rozpoznawalne. Od 2018 do 2020 r. wzrosła liczba punktów tych trzech marek odpowiednio o 606, 487 i 256 nowych miejsc. Zaznaczyć trzeba, że Modern China Tea Shop jest jedyną z tych trzech marek, która działa tylko w prowincjach Hunan i Hubei i nie posiada swoich punktów w innych rejonach Chin. Te topowe marki są obecne głównie w największych chińskich metropoliach i miastach oraz rozszerzają swoją ekspansję poprzez tworzenie submarek i wchodzenie do większej ilości miast.
Herbata z mlekiem i kawa w przyszłości staną się dwoma najważniejszymi napojami na rynku spożycia napojów w Państwie Środka. W przeciwieństwie do kawy, krótki czas rozwoju rynku nowych napojów herbacianych oraz brak standardów i norm branżowych to wąskie gardła, które ograniczają dalszy rozwój tej branży. W przyszłości firmy działające na rynku nowych napojów herbacianych muszą wykreować markę, która zagwarantuje jakość oraz stworzy efekt skali i będzie odporna na różnego rodzaju ryzyka.

30 lat parkietu

Pierwsza piątka nie przetrwała, ale giełda jest nieodłącznym elementem polskiej gospodarki.
12 kwietnia 1991 r. podpisano akt założycielski spółki „Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie S.A.”. Minęło właśnie 30 lat od pierwszej, inauguracyjnej sesji giełdowej w powojennej Polsce. Z okazji tego jubileuszu stosowne życzenia wygłosił prezydent Andrzej Duda.
„30 lat temu w Warszawie odrodziła się giełda papierów wartościowych. Świętujemy ten jubileusz z satysfakcją i dumą. Warszawską giełdę można wręcz uznać za ikonę odbudowanego w niepodległej Rzeczypospolitej wolnego rynku. Giełda jest jednym z symboli wolnej Polski. Tutaj na warszawskim parkiecie, Polska wytyczyła drogę, która może być lekcją i inspiracją dla innych narodów” – stwierdziła głowa państwa, choć nie sprecyzowała, dla jakich narodów polska giełda stała się inspiracją.
Zdaniem prezydenta RP „niezwykle wymownym znakiem” było także to, że warszawska giełda, serce wolnego rynku rozpoczęła swoją działalność w dawnej siedzibie partii marksistowskiej, w centrali komunistycznej władzy. Była to miara historycznego przełomu, jak niektórzy mówili: swoisty chichot historii. Giełda rośnie wraz z polskimi osiągnięciami, wraz rozwojem naszej gospodarki – dodał prezydent.
Na pierwszej sesji giełdowej 16 kwietnia zadebiutowało pięć starannie dobranych i przygotowanych do rynkowej działalności spółek: Tonsil, huta szkła Krosno, Próchnik, Śląska Fabryka Kabli, Exbud. Żadna z nich nie jest już notowana na giełdzie i nie istnieje w takiej formie organizacyjnej jak w latach 90.
Tonsil upadł i został zlikwidowany, ale potem prywatny polski inwestor wykupił pozostałości firmy i wznowił produkcję. Upadła też huta Krosno, później także wykupiona przez zagranicznego nabywcę. Śląska Fabryka Kabli również stała się częścią zagranicznej firmy, tak jak i Exbud. Mniej szczęścia miał Próchnik, zlikwidowany najpóźniej, bo w 2018 r., ale jak się wydaje, ostatecznie.
Wtedy, w 1991 r., obroty na pierwszej sesji wyniosły zaledwie 2 tys zł. Dziś na wszystkich parkietach GPW są notowane papiery wartościowe o łącznej wartości około 1 mld zł. Pierwszym prezesem warszawskiej giełdy został Wiesław Rozłucki, który kierował nią przez 15 lat. Ostatnia dekada to już karuzela prezesów – w tym czasie było ich sześciu. – Wbrew logice udało się stworzyć w Polsce rynek kapitałowy, który w ciągu 27 lat został zakwalifikowany do rynków rozwiniętych. Przeszliśmy tę drogę w ekspresowym tempie, dwa razy szybciej niż na przykład Korea Południowa. Dzisiaj, polski rynek kapitałowy i polska giełda jest modelem udanej transformacji i wprowadzenia instytucji wolnorynkowych do systemu gospodarczego. Wiele krajów zazdrości nam naszej giełdy i rynku kapitałowego – oświadczył obecny prezes GPW Marek Dietl.

Zbieranie na inwestowanie

W naszym kraju rośnie popularność zbiórek pieniędzy w sieci. Cele są najróżniejsze.
Polski rynek finansowania społecznościowego w tym roku niemalże się podwoi, w porównaniu z 2020 r. Ubiegłoroczne tendencje wzrostowe wskazują, że może on osiągnąć wartość sięgającą 2 miliardy złotych. Najbardziej dynamicznie, jak zwykle, zwiększą się najprawdopodobniej zbiórki internetowe na cele charytatywne.
Pandemia w Polsce dobrze akurat służy crowdfundingowi, czyli zbieraniu pieniędzy na różne cele przez internet. Ta działalność rozszerza się, pojawiają się w niej nowe trendy, przybywa rozmaitych, większych i mniejszych inwestycji oraz przedsięwzięć, sfinansowanych właśnie dzięki takim zbiórkom.
Zbiórki w internecie osiągnęły już status niemal polskiego hobby. Rodacy masowo organizują i chętnie finansują zbiórki w sieci na prawie każdy cel, od charytatywnych poprzez biznesowe, naukowe, społeczne, a skończywszy na indywidualnych, przeznaczonych na realizację mniej lub bardziej wyszukanej pasji.
Rosnąca popularność zbiórek pieniężnych była obserwowana w Polsce przez ostatnie kilka lat. Jednak to, co się działo w zeszłym roku oraz to, co z czym będziemy zapewne mieli do czynienia w bieżącym, spowoduje, że śmiało można uznać, iż ten rynek przechodzi poważną przemianę jakościową.
Tę znaczącą przemianę zawdzięczamy przede wszystkim pandemii Covid-19, która wraz z dwoma lockdownami spowodowała, że Polacy zaczęli spędzać bardzo dużo czasu w domach przed komputerami. Dodatkowo, część rodaków będąc z natury wrażliwa na nieszczęścia innych, w jakiś sposób chciała – i chce nadal – pomagać finansowo wielu potrzebującymi.
Przyczynia się do tego także postępujący demontaż funkcji państwa polskiego pod rządami Prawa i Sprawiedliwości. Państwo PiS coraz mniej troszczy się o obywateli, oszczędza na ich życiu, zdrowiu, warunkach społecznych.
W rezultacie, niezależnie od pandemii, coraz więcej z nas umiera, coraz częściej chorujemy, coraz mniej nas się rodzi, pogarsza się czas trwania naszego życia i jego jakość. Nie chcemy się jednak godzić na taką ponurą rzeczywistość, więc siłą rzeczy musimy własnymi siłami zastępować coraz bardziej ułomne państwo. Do tego potrzebne są zaś pieniądze – na leki, na sprzęt medyczny, na operacje, na wsparcie dla niepełnosprawnych dzieci, na rehabilitację, na walkę z biedą. Wiemy, że na państwo PiS trudno liczyć – zatem rozumiemy, iż musimy organizować zbiórki na rozmaite cele, bo instytucje państwa nam nie pomogą.
Dlatego właśnie w ostatnich latach w sieci pojawiło się sporo bardzo dobrze wypromowanych i nagłośnionych zrzutek, np. dla medyków czy seniorów – a także dla poszkodowanych przez pandemię przedsiębiorców, między innymi dla branży hotelarskiej, restauracyjnej i cateringowej czy dla właścicieli stoków i wyciągów.
Ponadto, pandemia i zamknięcie gospodarki czy jej poszczególnych sektorów, w dużym stopniu także spowodowały popularyzację finansowania społecznościowego w naszym kraju. Coraz częściej bierzemy w tym udział.
– Wartość rynku crowdfundingu w 2021 roku zwiększy się do poziomu 2,033 miliarda złotych z 1,089 miliarda w 2020 roku, przy dynamice na poziomie 86,6 proc. Wartość samych zbiórek charytatywnych urośnie zaś do 1,572 mld. zł – ocenia Tomasz Chołast, współzałożyciel zrzutka.pl.
Ważnym elementem zwiększającym zainteresowanie Polaków zbiórkami internetowymi jest też popularyzacja tego rodzaju finansowania społecznościowego wśród rozmaitych gwiazdek i celebrytów, którzy z powodu lockdownów utracili swoje dotychczasowe źródła zarobkowania.
Wśród przykładowych, udanych zbiórek warto zwrócić uwagę na przeprowadzenie dwóch, dużych i dobrze nagłośnionych zrzutek, przeznaczonych na start nowych konkurencyjnych stacji radiowych, organizowanych przez dziennikarzy, którzy wcześniej pracowali dla Trójki Polskiego Radia. Zgromadzone wokół nich całkiem pokaźnych rozmiarów społeczności, bardzo mocno zaangażowały się w wypromowanie, a także sfinansowanie tych zbiórek. – Już nie tylko liczba organizowanych zrzutek czy też poziom ich finansowanie pokazuje stan rozwoju tego rynku w Polsce. Także, a może przede wszystkim, zauważalny jest wysoki stopień świadomości oraz zaangażowania się bardzo dużej grupy internautów, nie tylko fanów poszczególnych projektów, w promocję w internecie, w tym w mediach społecznościowych. W bieżącym roku ten czynnik będzie napędzał dynamiczny rozwój rynku finansowania społecznościowego – przewiduje Tomasz Chołast.
Do wzrostów całego rynku przyczynia się także fakt, że w najbliższej przyszłości już 75 proc. transakcji na rynku finansowania społecznościowego będzie realizowanych mobilnie, czyli za pomocą inteligentnych telefonów i tabletów, bez konieczności zasiadania przed komputerem – co z pewnością przyśpieszy tempo i zasięg zbiórek.
O pewnej dojrzałości rynku finansowania społecznościowego w Polsce świadczy także fakt, iż zaczynają powstawać i w udany sposób debiutować serwisy dedykowane konkretnym rodzajom aktywności. Dla przykładu, w styczniu 2021 r., wystartowała wrocławska platforma finansowania społecznościowego, przeznaczona dla zbiórek na gry planszowe. Trudno w to uwierzyć, ale podobno dotychczas zebrała ona kwotę blisko 5 milionów dolarów!

Czy nasza wódka podbije Azję?

Jest tylko jedna polska narodowa marka, znana na całym świecie. Tak jest od lat i to się nie zmieni.
Oznaczenie geograficzne Polska Wódka (albo Polish Vodka) zostało objęte ochroną na dwóch ważnych rynkach azjatyckich: chińskim i wietnamskim. To wielki sukces naszego narodowego trunku – podkreśla newsletter Krajowej Izby Gospodarczej.
Ochrona oznaczenia polskiej wódki stała się faktem w wyniku tego, iż Unia Europejska wyraziła zgodę na umowę UE-Chiny, dotyczącą ochrony 100 europejskich oznaczeń geograficznych w Chinach i 100 chińskich oznaczeń w UE. Wśród chronionych w Chinach oznaczeń znalazła się Polska Wódka, a także m.in. zagraniczne Cava, Porto, Champagne, Ouzo, Feta, Irish Whiskey, Rioja, Brandy de Jerez, Scotch Whisky.
„Polska Wódka została włączona do grona pierwszych 100 europejskich chronionych oznaczeń geograficznych, które będą chronione na terenie Chin. To ogromny rynek i duża szansa dla producentów Polskiej Wódki” – mówi Michał Rzytki, dyrektor departamentu Jakości Żywności i Bezpieczeństwa Produkcji Roślinnej w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi.
Polska Wódka jest najprawdopodobniej jedyną rozpoznawalną polską marką globalną. Od stycznia 2013 r. obowiązuje definicja, określająca czym jest Polska Wódka/Polish Vodka. Zgodnie z tym zapisem musi być ona wyprodukowana z tradycyjnych i pochodzących z Polski zbóż: żyta, jęczmienia, owsa, pszenicy, pszenżyta albo ziemniaków. Ponadto cały proces wytwarzania musi odbywać się w Polsce.
Stowarzyszenie Polska Wódka szacuje jednak, że na razie tylko około 5 proc. wódki produkowanej w Polsce spełnia kryteria definicji Polska Wódka/Polish Vodka – zwraca uwagę newsletter Krajowej Izby Gospodarczej. To zaskakująca i nieco wątpliwa informacja, bo od razu powstaje pytanie, z czego i gdzie produkuje się w takim razie pozostałe 95 proc. krajowych wódek czystych sprzedawanych w Polsce?
„Jako część międzynarodowego koncernu Pernod Ricard, doskonale rozumiemy wagę posiadania w naszym portfolio marek, które spełniają kryteria chronionych oznaczeń geograficznych pochodzących z różnych krajów. Wytwarzanie Polskiej Wódki to był naturalny wybór, przywilej, ale też obowiązki wynikające z wymogów prawnych, dotyczących lokalnego surowca, krajowego miejsca produkcji. Koszty są duże, a zainteresowanie polskiego konsumenta, wynikające głównie z niewiedzy czym jest oznaczenie geograficzne, nadal niewielkie” – mówi Maria Spuz-Szpos, dyrektor w Wyborowa S.A. Dlatego właśnie potrzebna jest szeroka akcja informacyjno-promocyjna na temat polskich chronionych oznaczeń geograficznych, w tym Polskiej Wódki, oraz wspieranie ich producentów.
Jak dodaje Andrzej Szumowski, prezes Stowarzyszenia Polska Wódka, nasz kraj jest największym producentem wódki w Unii Europjskiej i czwartym na świecie. Natomiast marka Polska Wódka/Polish Vodka ciągle jeszcze stanowi niewielki procent jej produkcji i eksportu. Konieczne są więc szerokie akcje informacyjne na temat oznaczeń geograficznych, a także skuteczne działania instytucji kontrolnych, zapobiegające podróbkom.
„Musimy też odczarować Polską Wódkę na rynku krajowym i nadać jej należny jej status narodowego trunku. To produkt z założenia premium, z wyższej półki” – mówi A.Szumowski
Polska Wódka to także ważny element w działaniach polskich gorzelni rolniczych, dla których możliwość przetwarzania tradycyjnych surowców pochodzących z Polski, wymienionych w definicji chronionego znaku towarowego, jest ważną częścią ich biznesu i może stanowić swoistą trampolinę dla rozwoju. W tej chwili działających gorzelni jest około 50, w tym część funkcjonuje sezonowo.
„Definicja Polskiej Wódki istniejąca od stczynia 2013 r. dała nam nadzieję na wzmocnienie działalności gorzelni rolniczych, które dzięki przetwarzaniu surowców uprawianych przez polskiego rolnika na polskiej ziemi, miałyby szansę stać się ważnym ogniwem w łańcuchu produkcji naszego najbardziej rozpoznawalnego na świecie trunku. Tak się na razie nie stało. Wierzymy jednak, że potencjał, jaki tkwi w chronionym oznaczeniu geograficznym Polska Wódka zostanie dostrzeżony przez producentów i konsumentów. Włączmy patriotyzm konsumpcyjny, zacznijmy chwalić się Polską Wódką, promujmy ją przede wszystkim w Polsce, ale też oczywiście w Chinach i Wietnamie, bo te rynki to ogromna szansa, której nie można zmarnować” – mówi Łukasz Karmowski, prezes Związku Gorzelni Polskich.
Newletter Krajowej Izby Gospodarczej nie wyjaśnia, dlaczego w wyniku umowy handlowej pomiędzy Unią Europejską a Chinami oznaczenie Polska Wódka/Polish Vodka ma być chronione także w Wietnamie? Można domniemywać, że ochrona na wietnamskim rynku wynika z umowy handlowej pomiędzy UE a Wietnamem, obowiązującej od sierpnia ubiegłego roku.
Produkcja wódki czystej w Polsce (w przeliczeniu na 100 proc. alkoholu) w 2020 r. wyniosła 970 tys. hektolirów (spadek o 7,7 proc. w porównaniu do 2019 r.). Wartość eksportu czystej wódki z Polski, wedle Głównego Urzędu Statystycznego, w 2020 r. wyniosła 521 mln PLN, z czego do samych Chin 1,6 mln złotych. Udział wódek czystych w eksporcie polskich napojów spirytusowych wynosi około 75,7 proc.
W Unii Europejskiej zarejestrowanych zostało łącznie 242 napojów spirytusowych z chronionym oznaczeniem geograficznym. Mająca tradycje w produkcji win Francja posiada aż 53 takie oznaczenia, Portugalia – 11, Grecja – 15. Państwa z naszego regionu, czyli Niemcy mają zarejestrowane 33 oznaczenia, Węgry – 8, Litwa – 7. Dla porównania Polska, słynąca z produkcji napojów spirytusowych, posiada tylko dwa chronione oznaczenia geograficzne w tej kategorii. Są to: Polska Wódka/Polish Vodka oraz Wódka Ziołowa z Niziny Północnopodlaskiej aromatyzowana ekstraktem z trawy żubrowej (czyli innymi słowy, żubrówka).
Wartość rynkowa oznaczeń geograficznych UE wynosi około 74,8 mld EUR i stanowi 6,8 proc. wartości rynkowej żywności i napojów z UE. Eksport unijnych oznaczeń geograficznych ma wartość 16,9 mld EUR, co stanowi 15,4 proc. całkowitego unijnego eksportu żywności i napojów – wskazuje Newsletter Krajowej Izby Gospodarczej.
Trudno na razie przewidywać, w jakim konkretnie stopniu zwiększą się polskie dochody eksportowe w wyniku ochrony na chińskim i wietnamskim rynku marki Polska Wódka/Polish Vodka, wytwarzanej przez francuską firmę? Średnia cena produktu z chronionym oznaczeniem geograficznym jest około 2,5 raza wyższa niż produktu bez tego oznaczenia – ale ten przychód przypadnie koncernowi Pernod Ricard.
„Z założenia chronione oznaczenia geograficzne oznaczają wiele korzyści ekonomicznych, społecznych i kulturowych. Dla konsumentów są gwarantem jakości i specyficznego charakteru. Dla producentów oznaczają utrzymanie wysokich standardów oraz zdrową konkurencję. Dla rolników oznaczają pewny zbyt ich lokalnych wyrobów czy surowców. Oznaczenia te mocno łączą produkty z obszarami wiejskimi, z których pochodzą surowce, chronią tradycje i łączą produkt z konkretnym miejscem. Nie są to produkty anonimowe i muszą spełniać wiele wymogów zamieszczanych w specyfikacjach technicznych. To dotyczy także Polskiej Wódki. Nasze działania mają również na celu wzrost świadomości chronionych oznaczeń geograficznych w polskim społeczeństwie, bo jest to kwestia bardzo dla nas ważna” – podkreśla dyr. Michał Rzytki. Nie wyjaśnia on jednak, w jakim stopniu mogłoby się to przełożyć na polskie wpływy eksportowe. Nie bardzo też wiadomo, co dyrektor miał na myśli, mówiąc o „naszych działaniach”?
Stowarzyszenie Polska Wódka prowadzi od kilku lat działania edukacyjne na temat naszego narodowego trunku, wciąż potrzebne za granicą. Zachęca również producentów do wytwarzania trunku spełniającego definicję Polskiej Wódki, która ma szanse zyskać mocną pozycję zarówno w Chinach, Wietnamie, jak i na innych rynkach, podobnie jak bardzo znane europejskie marki Scotch Whisky czy Cognac.
Jak odróżnić na sklepowej półce Polską Wódkę, chronioną znakiem geograficznym, od innych wódek? Otóż jest to produkt z obowiązkowym oznaczeniem Polska Wódka/Polish Vodka na butelce. Dodatkowo mogą – ale nie muszą – być umieszczone na niej napisy „chronione oznaczenie geograficzne” lub skrót ChOG bądź znak Stowarzyszenia Polska Wódka oraz unijne logo chronionego znaku geograficznego.
Zdaniem Komisji Europejskiej rynek chiński ma duży potencjał wzrostu, jeśli chodzi o żywność i napoje z Europy. To trzeci co do wielkości rynek dla unijnych produktów rolno-spożywczych, wart 14,5 mld EUR. Jest to jednocześnie drugi rynek (9 proc. ogólnej wartości), jeśli chodzi o eksport z UE produktów chronionych oznaczeniami geograficznymi. produktów rolno-spożywczych i napojów spirytusowych. W Chinach żyje 1,4 miliarda potencjalnych konsumentów, a w Wietnamie 90 mln.

Silna grupa

Pod wezwaniem firmy Benefit zawiązano nielegalne porozumienie ograniczające konkurencję na rynku fitness.
Siłownie i kluby fitness są zamknięte i ponoszą coraz większe straty, ale jakby tego było mało, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nałożył kary w łącznej wysokości ponad 32 mln zł na największe sieci fitness w Polsce. Powód: porozumienie eliminujące konkurencję oraz podział rynku, ograniczający możliwość wyboru sieci, z usług której klienci mogli skorzystać w swojej miejscowości.
Postępowanie antymonopolowe w sprawie niedozwolonych praktyk na rynku fitness zostało wszczęte w 2018 r. Prowadzono je przeciw 16 firmom oraz 6 menadżerom, podejrzewanym o bezpośrednią odpowiedzialność za niedozwolone ustalenia.
Postępowanie wykazało, że niedozwolone porozumienie trwało około 5 lat, w okresie od 2012 do przynajmniej 2017 r. Przedsiębiorcy podzielili rynek, tak aby nie konkurować ze sobą. Kontrolę nad wykonywaniem niedozwolonego porozumienia i rolę koordynatora oraz rozjemcy między interesami klubów pełnił Benefit, który jednocześnie intensywnie budował swoją pozycję rynkową.
Uczestnikom porozumienia zależało na zachowaniu silnej pozycji w miastach, w których rozwijały działalność i osiągały korzyści z uczestnictwa w programie MultiSport, oferowanym przez Benefit. Przykładowo, w Warszawie była to sieć Calypso, w Poznaniu – Fabryka Formy, we Wrocławiu – Fitness Academy, a w Krakowie – Fitness Platinium.
Pierwsze ustalenia podziałowe rozpoczęły się w 2012 r. między Calypso i Fabryką Formy. Najpóźniej w 2013 r. podział rynku został rozszerzony o Fitness Academy, przy czym pośrednikiem w zawarciu ustaleń był Benefit Systems. W podziale rynku zaczęło uczestniczyć również Fitness Platinium oraz Zdrofit, którego działalność kolidowała z działalnością sieci Calypso. Obecnie Fabryka Formy, Fitness Academy oraz Zdrofit prowadzone są przez Benefit Systems, podczas gdy Fitness Platinium i Calypso działają jako odrębni przedsiębiorcy.
W ramach zmowy przedstawiciele firm podejmowali ze sobą kontakty w sprawie podziału rynku: korespondowali, prowadzili rozmowy telefoniczne, spotykali się. Firmy wymieniały się informacjami co do otwierania klubów oraz lokalizacji, którymi były zainteresowane. Jeżeli miały plany dotyczące tego samego rejonu, wówczas uzgadniały, że jedna z nich się z niego wycofa.
Przykładowo, kwestia tego, czy dopuścić do otwarcia jednego klubu Fabryki Formy w Warszawie, a jeżeli tak, to w którym miejscu, poprzedzona została długimi konsultacjami między przedstawicielami sieci i budziła duże kontrowersje – ostatecznie ustalono, że w stolicy zostanie otwarty jeden klub Fabryki Formy, przy Rondzie ONZ. – Dzięki zmowie sieci fitness nie obawiały się konkurencji. Nie musiały walczyć między sobą o klienta zakresem oferty, standardem obsługi czy ceną. Skutki tego nieuczciwego działania i zmowy podziałowej bezpośrednio odczuli konsumenci – mówi prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
UOKiK nałożył kary na osiem firm: Bartosz Gibała Platinium, Benefit Systems, Platinium Wellness, Yes to Move (dawniej: Fitness Academy), a także Calypso Fitness i kontrolowane przez nią spółki – Baltic Fitness Center, EFC Fitness oraz Fitness MCG. Urząd uderzył również po kieszeni sześciu menadżerów, nakładając na nich kary finansowe wynoszące od 40,8 tys zł do 302,5 tys zł (w sumie prawie prawie 800 tys. zł.).
Poprzez niedozwolony podział rynku sieci fitness mogły ugruntować swoją pozycję na lokalnych rynkach bez obawy o działania konkurentów uczestniczących w zmowie. Szef UOKiK podkreśla, że branża fitness to jeden z sektorów najbardziej dotkniętych rządowymi obostrzeniami związanym z pandemią COVID-19. W innej sytuacji kary byłyby wyższe.