Gospodarka 48 godzin

Ministerstwo ds. reelekcji A.Dudy
Ministerstwo Finansów opóźnia przekazywanie informacji, mówiących o tym, jak pandemia koronawirusa wpłynęła na wpływy z podatku VAT. Prawdopodobnie mamy do czynienia z dużym załamaniem wpływów podatkowych, ale resort finansów zamierza podać te dane dopiero po drugiej turze wyborów. Chodzi o to, że ich opublikowanie przed wyborami zmniejszyłoby szanse Andrzeja Dudy na reelekcję – a przecież, wedle oficjalnej propagandy partyjno-rządowej, Polska znakomicie radzi sobie z kryzysem.

Nie pracuj w wakacje
Wakacyjny rynek pracy wygląda tak, że najwięcej ofert pracy jest na wschodzie Polski, a najmniej na południu oraz – o dziwo – w centrum. Redukcje etatów zapowiadają pracodawcy z pozostałych czterech regionów, gdzie plany rekrutacyjne są najniższe od 2008 roku. Generalnie, okres wakacyjny nie oznacza korzystnych warunków do poszukiwania nowej pracy, ponieważ ofert w całym kraju jest i będzie dużo mniej niż w ostatnich latach – co oznacza spadek liczby zatrudnionych. Ciekawe, że nie ma większego zapotrzebowania na pracę sezonową nad polskim morzem. Takie wyniki przynosi analiza przygotowana przez ManpowerGroup. Jeśli ktoś nie musi, niech więc nie traci czasu na szukanie roboty w lipcu i sierpniu lecz wypocznie i nabierze zdrowia, zanim jesienią koronawirus uderzy w nas z wzmożoną siłą – chyba, że chce się wybrać pod naszą wschodnią granicę. Dodatnia prognoza letniego zatrudnienia w regionie wschodnim wynika przede wszystkim z prężnie rozwijającej się tam branży przetwórstwa spożywczego, która mimo pandemii, notuje duże zapotrzebowanie na ręce do pracy. Producenci ze wschodnich województw Polski często zaś borykają się z brakiem kadr. Polska wschodnia to również obszar rolniczy, gdzie w sezonie letnim właściciele gospodarstw poszukują pracowników do pomocy przy zbiorach. Również przedsiębiorstwa z Dolnego Śląska i województwa opolskiego będą poszukiwać nowych pracowników, jednak już nie w takiej skali, jak to miało miejsce przed rozwojem koronawirusa. W tych regionach, gdzie wciąż szuka się pracowników, największe braki kadrowe, jak podaje ManpowerGroup, odczuwają obecnie właściciele magazynów, firm produkcyjnych, kurierskich i logistycznych, potrzebni są również niewykwalifikowani i wykwalifikowani pracownicy fizyczni, osoby do obsługi wózków widłowych z uprawnieniami. Pracodawcy poszukują również specjalistów IT i osób o specjalnościach technicznych. Mimo pandemii, nie maleje zapotrzebowanie na pracowników ze znajomością języków obcych. W cenie jest szczególnie niemiecki, francuski, hiszpański, włoski. Kandydaci, którzy biegle posługują się jednym z nich, a także językiem angielskim, w dalszym ciągu mogą liczyć na atrakcyjne oferty pracy. To zasługa dobrze rozwiniętego i dalej rozwijającego się sektora usług biznesowych w Polsce. Natomiast cięcia etatów zapowiadane na południu, wynikają z decyzji umiejscowionych tam firm produkcyjnych, szczególnie tych z branży motoryzacyjnej, które najbardziej odczuły skutki kryzysu. Brak ciągłości w utrzymaniu łańcucha dostaw, opóźnienia w transporcie komponentów spowodowały zatrzymanie produkcji, a co za tym idzie spadek obrotów i redukcję miejsc pracy. Oprócz tego producenci aut walczą ze zmniejszonym popytem na ich produkty Tak więc, najbliższy kwartał będzie trudnym okresem na rynku pracy. Sytuacja jest wciąż nieprzewidywalna i nie wiadomo, jaki będzie finalny wpływ pandemii na polską gospodarkę.

Drewniana dźwignia sukcesu

Meble z naszego kraju trafiają na wszystkie kontynenty, ale na wielkim rynku amerykańskim mają jeszcze sporo do zdobycia.
Polska to ważny producent mebli w skali światowej. Wartość rocznej produkcji naszej branży meblarskiej przekracza 10 mld euro. W Unii Europejskiej najwięcej producentów mebli w UE znajduje się we Włoszech i właśnie w Polsce. Od 2003 r. znajdujemy się niezmiennie w czołowej 10 pod tym względem.
Największy udział (46 proc.) w polskim eksporcie meblarskim mają szeroko pojęte meble do siedzenia (w tym również przekształcane w miejsca do leżenia), oraz elementy mebli.
W ubiegłym roku eksport mebli z Polski osiągnął wartość 13,1 mld euro (dane International Trade Centre, maj 2020). Główny odbiorca to Niemcy (4,5 mld). Zgodnie z raportem Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości„Strategia marki polskiej branży meblarskiej” (luty 2019) w ciągu ostatnich 10 lat najdynamiczniej rozwija się eksport polskich mebli do Czech, Holandii i USA. Spośród czołowych producentów mebli w Europie nasz kraj odnotowuje największą dynamikę wzrostu eksportu. Od 2006 do 2017 r. wyniosła ona 111 proc.
Polscy przedsiębiorcy, skoncentrowani na utrzymaniu międzynarodowej konkurencyjności, nie są jednak w stanie podjąć większego wysiłku na rzecz budowania silnej polskiej marki. Dobrze to pokazują wyniki badań przeprowadzonych pod nadzorem PARP na rynku niemieckim, czyli głównym importerze polskich mebli. Nasze rodzime produkty często są sprzedawane pod markami sklepów meblowych, w których są wystawiane. W ten sposób sklepy budują swoje marki, a klienci niemieccy nie mają świadomości, że urządzają swoje domy polskimi meblami. Wielu rozmówców nie było w stanie wymienić konkretnych polskich marek, choć zdawali sobie sprawę z tego, że Polska jest jednym z najważniejszych krajów produkujących meble. Odnotowano także rosnącą obecność polskich firm na targach meblowych, co świadczyć może o profesjonalizmie firm oraz jakości produktów (niekiedy jednak kwestionowanej przez rozmówców).
Jak zatem wzmocnić wizerunek polskich marek? Branża wskazuje, że kluczem jest organizacja narodowych stoisk na najważniejszych targach meblowych. Obecne programy rządowe nie dają takiej możliwości, a z uwagi na rozdrobnienie, nasze firmy nie mają wystarczającej siły, aby walczyć o markę. Stąd też pomysł Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli na wspólne stoisko i prezentację produktów polskich producentów podczas trzech edycji ważnych targów meblarskich w mieście High Point w Karolinie Północnej w Stanach Zjednoczonych. Pozwoli to na systematyczne budowanie relacji z partnerami biznesowymi i pozytywnego wizerunku polskiej branży meblarskiej.
Skąd ten wybór? Miejski kompleks targowo-wystawienniczy w High Point może poszczycić się ponad 100-letnią tradycją handlu meblami w Stanach Zjednoczonych. Każdego roku gromadzi profesjonalistów, designerów, architektów wnętrz i handlowców ze wschodniego wybrzeża USA. High Point odróżnia się od ośrodków targowych w Europie tym, że wystawy są rozmieszczone w niemal 160 obiektach na terenie całego miasta (łączna powierzchnia wystawiennicza wynosi ponad 1,1 mln mkw.), a miasto żyje głównie z organizowanych dwa razy do roku wystaw poświęconych branży meblarskiej. Udział w tych targach ma ogromny potencjał biznesowy, ponieważ wydarzenie jest obowiązkową pozycją w kalendarzu osób decydujących o wprowadzaniu mebli do sprzedaży w amerykańskich sieciach handlowych
Polskie firmy w poprzednich latach uczestniczyły już w targach w High Point. Teraz ma to być jednak nasze narodowe stoisko. Wspólny polski udział w tych targach zaplanowano na trzy edycje targów: kwiecień i październik 2020 r. oraz kwiecień 2021 r. Edycja kwietniowa nie doszła do skutku z powodu pandemii, zastąpiły ją targi wirtualne w maju. Co z październikiem 2020 r. – na razie nie wiadomo.
Wiadomo, że z naszym potencjałem eksportowym, polskie meblarstwo może coraz lepiej radzić sobie za oceanem. USA to ogromny rynek. To nie tylko meble do domów i mieszkań, lecz także biur, hoteli, restauracji oraz wszelkich obiektów użyteczności publicznej. Amerykanie najchętniej importują meble drewniane, siedziska tapicerowane z drewnianymi ramami (w tym krzesła), meble do sypialni oraz kuchni. Takie produkty znajdują się w ofercie licznych polskich producentów.
– Jeśli polscy wytwórcy poświęcą czas na to, by lepiej poznać i zrozumieć rynek amerykański (który jest zupełnie inny niż europejski!), a także dostosują się do nowej sprzedaży detalicznej związanej z pandemią, mają wielkie szanse na sukces. Warto uniknąć trzech błędów, które popełniają zagraniczni producenci, wchodząc na rynek amerykański: nie mają świadomości wielkości rynku, czasu potrzebnego na jego penetrację oraz kosztów z tym związanych. Z perspektywy produktu, polski rynek oferuje każdy rodzaj i styl mebli sprzedawanych w Stanach Zjednoczonych – podkreślił Jeff Holmes, amerykański specjalista zajmujący się rynkiem meblarskim.
O potencjale rynku amerykańskiego najlepiej świadczą liczby. Zgodnie z danymi US Census Bureau w latach 1992-2017 wartość sprzedaży detalicznej sklepów z meblami i artykułami wyposażenia wnętrz wzrosła o ponad 125,3 proc. (z 52,2 mld dolarów do 117,6 mld dolarów). Szacuje się, że w 2018 r. przekroczyła poziom 120 mld dolarów, a więc jest najwyższa w historii. Według U.S. Department of Commerce wydatki Amerykanów na meble i inne produkty wnętrzarskie w 2019 r. wzrosły o 2,8 proc. rok do roku, a w przedziale czasowym 2019-2024 prognozuje się wzrost na poziomie ok. 20 proc.
USA są głównym importerem mebli i artykułów dla domu. Jak czytamy w raporcie PKO Bank Polsk:i „Branża meblarska. Wzrost znaczenia polskich producentów na świecie” (luty 2019), w 2017 r. import amerykański stanowił aż 28,8 proc. importu globalnego. Amerykanie sprowadzają te produkty głównie z Chin (55 proc. importu amerykańskiego), Wietnamu (17 proc.), Kanady i Meksyku, (po 5 proc.) oraz z Włoch (3 proc). W stosunku do 2017 r. wzrost wartości importu meblarskiego z Polski do USA wyniósł w ubiegłym roku 7 proc., a np. z Włoch – 11 proc.
Nie jest zatem przypadkiem, że wybór padł właśnie na USA, czyli rynek o ogromnym potencjale dla polskich produktów. – Wybraliśmy Stany Zjednoczone, bo to właśnie na tym rynku potrzebujemy zaprezentować firmy z Polski jako silną grupę – powiedział Jan Szynaka, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli. – To także nowy model promocji, który pozwala połączyć potencjał firm z budowaniem wizerunku Polski jako kraju oferującego markowe produkty.
Jak twierdzą polscy producenci mebli, udział w projekcie OIGPM przyniesie uczestnikom kilka korzyści, które będą zapewne o wiele bardziej wymierne niż próby ekspansji na rynek amerykański każdego z nich oddzielnie. Przede wszystkim projekt daje możliwość wspólnej prezentacji potencjału polskich marek meblowych. Zarówno wśród kupców meblowych z tamtego regionu, jak i potencjalnych klientów detalicznych można budować świadomość, że Polska – jako silny europejski producent mebli – dysponuje nie tylko odpowiednim know-how i zapleczem technologicznym, lecz także świeżym i otwartym podejściem do wzornictwa i designu, tak by zaspokoić indywidualne potrzeby amerykańskiego odbiorcy.
Wspólne stoisko daje szansę na zaprezentowanie szerszego zakresu produktów oraz pokazanie ich w ciekawym i inspirującym kontekście. Staje się też polem wymiany doświadczeń, a także zdobywania nowej wiedzy o potrzebach, gustach i oczekiwaniach klientów z tego rynku. Odpowiednie zdefiniowanie grup docelowych oraz ich cech charakterystycznych pozwoli zaś na przygotowanie oferty w sposób bardziej trafny i precyzyjny.
Ważnym czynnikiem w wymianie handlowej są trudne obecnie relacje pomiędzy USA a Chinami. Przekłada się to na liczby: import z Chin do USA w 2019 r. spadł o 18,5 proc. rok do roku. Jednocześnie zaobserwowane duże wzrosty w przypadku innych krajów. Widać dominację zwłaszcza krajów azjatyckich, ale otwiera to jednak szansę dla innych rynków, w tym polskiego.
– Dla sprzedawców w USA Polska stanowi znaczące źródło zaopatrzenia. Od połowy lat 70. amerykańscy nabywcy mocno interesują się Azją, z której importowane są meble w dobrych cenach ze względu na niskie koszty pracy. Jednak i polscy producenci mają silne atuty, jakimi są styl mebli, cena, materiały, logistyka, obsługa dostaw. Tak więc czas jest sprzyjający – dodał Jeff Holmes.
Polska to drugi po Chinach eksporter mebli na świecie. Nie ma więc powodu, dla którego nie moglibyśmy podbić rynku amerykańskiego.

Towar dotknięty uważa się za sprzedany

Naprawa gwarancyjna telefonu komórkowego jest zjawiskiem równie możliwym, jak zorza polarna na równiku.

Mój znajomy czas jakiś temu wkurzał się, że wykupił sobie od operatora komórkowego usługę, w której zawarta była obietnica dostępu do jednego z kanałów filmowych. Była, a potem przestała być i operator w oględnych słowach kazał się koledze przenieść na drzewo w celu prostowania bananów. Tyle, że kumpel mógł w dalszym ciągu wchodzić do internetu, gadać i esemesować. A ja nie.
Won z salonu
Zdechła mi bowiem pięcioletnia komórka. Na amen. Koleżanka ma sprawną, ale ponieważ nie miała w niej jakiejś wymaganej w jej pracy funkcji, to kupiła sobie nową, a tę lunie mi za stówę. Kupuję. I dupa. Stara karta SIM nie pasuje. Do tego modelu pasuje tylko mniejsza.
Wchodzę na stronę Plusa i widzę, że za 25 zł wymienią mi ustrojstwo na nowe, pod warunkiem, że jestem właścicielem lub użytkownikiem. Co prawda właścicielem wszystkich komórek w domu jest żona, która bawi akurat na tygodniowym wyjeździe, ale użytkownikiem jestem jak najbardziej. Jadę parę kilometrów do punktu, który jest w stanie wymienić mi kartę. Tyle, że nie jest.
Panowie wyciągają jakiś kwit, gdzie jak byk stoi, że do wymiany karty SIM musi być właściciel. I kropka. To nic, że wymiana karty na taką, która wlezie do telefonu nie zmienia niczego. Zostaje ten sam numer i ten sam właściciel. I nieważne, że w dowodzie mam to samo co właścicielka nazwisko. Nawet adres ten sam. Regulamin teleoperatora jest jednoznaczny i każe mi się walić.
Gdyby nie ten wpis na stronie internetowej o bezproblemowej możliwości uzyskania mniejszej karty, nie marnowałbym, ani czasu ani paliwa. Zrobiłbym to, co zrobiłem po przyjeździe do domu. Znalazłem w sieci stronę na której opisano, w jaki sposób za pomocą kartki, ołówka, linijki i nożyczek przerobić dużą kartę SIM na małą. Po kwadransie, bez żadnej łaski sieci komórkowej nowy telefon już działał.
Komórkowy pas cnoty
Wkurw na Plusa jednak nie przechodził, ba spotęgował się, gdy po paru minutach od uaktywnienia smartfona dostałem SMS, że mogę sobie przez parę dni kogoś bliskiego poszpiegować za darmo. A potem już za kasę. Wystarczy, że przechwycę jego komórkę pod byle pozorem na jedną dobę, aby bez wiedzy tej osoby wyrazić SMS-em zgodę na inwigilowanie.
Sprawę znałem, bo opisywałem ją parę lat temu. I mimo ciśnięcia różnych rzeczników, inspektorów i nawet organizacji pozarządowych zajmujących się wolnościami obywatelskimi, nic się nie zmieniło. Każdy może inwigilować każdego. Mąż żonę, żona męża, chłopak dziewczynę, a pracodawca pracownika, który ma służbową komórkę. O każdej porze dnia i nocy ktoś zainteresowany gdzie dana osoba jest, dostanie jej namiar z dokładnością do 2 metrów. I to wszystko bez żadnych kołomyj z osobistym stawiennictwem, legitymowaniem się, podpisami wyrażającymi zgodę na inwigilację. Nic z tych rzeczy. Wysyłamy jednego SMS-a, a następnego dnia odpowiadamy SMS-em z komórki którą chcemy śledzić.
Taki myk można zamówić u wszystkich firm świadczących usługi komórkowe. Pod szczytnym i przez nikogo nie sprawdzanym hasłem ochrony dziecka. Bo prywatna inwigilacja hula pod nazwą „Gdzie jest dziecko”, ewentualnie „Gdzie jest bliski”.
Z notariuszem po telefon
Skrobnąłem do Plusa pytanie. „Czy Państwa Firma nie ma wątpliwości prawnych i etycznych umożliwiając ludziom wzajemnie się inwigilować ramach reklamowanej w sieci ofercie „gdzie jest dziecko”? No i pozwoliłem sobie na uwagę dotyczącą wymiany kart SIM.
Odpowiedział pan Arkadiusz Majewski. „Oferowane przez naszą sieć usługi są legalnie dostępnymi produktami. Usługa Gdzie jest bliski pozwala np. na lokalizowanie miejsca pobytu dziecka, do czego każdy rodzic ma prawo, czy starszych i chorych członków rodziny, którym może uratować zdrowie i życie. Aktywacja tej usługi odbywa się nie tylko na urządzeniu osoby lokalizującej, ale wymaga też potwierdzenia czyli zgody bliskiego, który ma być monitorowany”.
Zapomniał jednak dodać, jak odbywa się takie potwierdzenie i że to kpina z prawa do prywatności. Zwłaszcza w kontekście tego co pan z Plusa napisał w drugiej sprawie. Czyli „wymiana karty SIM jest dokonywana w punktach sprzedaży sieci Plus na zlecenie właściciela lub osoby pisemnie upoważnionej”. Oczywiście po wylegitymowaniu.
To jeszcze nic. Parę dniu później na jednej ze stron operatora telefonii komórkowej zniknęły zajawki o tym, że karty wymienić może właściciel lub użytkownik, a pojawiło się coś takiego „Kartę SIM możesz wymienić jeśli jesteś właścicielem numeru telefonu lub osobą pisemnie upoważnioną przez właściciela”. Gdyby jednak ktoś uwierzył i pobiegł z upoważnieniem współmałżonka na którego jest telefon, to gówno załatwi. Bo otóż na kolejnej stronie Plusa było coś innego „Kartę SIM możesz wymienić jeśli jesteś właścicielem numeru telefonu lub osobą pisemnie upoważnioną przez właściciela (pełnomocnictwo poświadczone notarialnie)”.
Bezpłatnie, czyli za 9 stów
Karta SIM nawet nowa, to i tak ledwie kilkadziesiąt złotych. Natomiast smartfon to z reguły gadżet za złotych kilkaset. Stąd, gdy żona która będąc od paru miesięcy posiadaczką spłacanego w abonamencie telefonu zaczęła rzucać kurwami, bo w czasie oglądania jakiejś bzdury z You Tube’a jej Samsung zamilkł, zgasł i w ogóle przestał ujawniać oznaki życia, powodów do stresu nie widziałem, bo wszak aparat miał 2 lata gwarancji.
Nerwy przyszły parę dni później, gdy pani z biura operatora, do którego padnięta komórka powędrowała, oddzwoniła informując, że bezpłatna naprawa gwarancyjna nie jest możliwa. A jak chcemy żeby Samsung był sprawny, to przyjemność ta będzie nas kosztowała 900 zł. Znaczy jakieś 2 stówy więcej niż wynosiła cena zakupu nówki. A dlaczego?
Bo „płyta główna nosiła ślady zawilgocenia co powoduje, że sprzęt gwarancji nie podlega”. Podczas odbierania od pani martwej komórki, operator udostępnił zdjęcie fragmentu tejże zmoczonej płyty wykonane przez serwisantów koreańskiego sprzętu.
Parę metrów od biura teleoperatora jest zakład komórki reperujący. Pan fachowiec widząc Samsunga w otoczeniu kwitów nie pytał o nic.
„Zawilgocenie pewnie znaleźli. Jak zawsze” – stwierdził. A potem opowiedział, że 90 procent sprzętu, który naprawia, to smartfony na gwarancjach zwrócone przez serwisy firmowe z powodu zawilgocenia albo uszkodzeń mechanicznych. Te drugie to nawet minimalne zadrapania albo pęknięcie szybki, które nie ma nic wspólnego z tym, że urządzenie nie działa, ale jest powodem do odmówienia bezpłatnej naprawy.
Dokładnie tak samo jest z wilgocią. Ta może się dostać do urządzenia nawet wtedy gdy przyjdziemy z telefonem z dworu i wejdziemy do zaparowanej kuchni lub łazienki. Ślady wilgoci się na płycie pod obudową pojawią. Tyle, że komórka będzie działała, bo woda nie uszkodzi żadnego w ważnych układów. Natomiast sam fakt, że wilgoć wniknęła w sprzęt, jest dla gwarancji dyskwalifikująca.
Pan fachowiec dodał też, że bardzo rzadko spotyka się z tym, że na skutek tej wilgoci komórka pada. Wystarczy wymienić jakąś duperelę, która odmówiła posłuszeństwa bez związku z wodą i urządzenie działa.
Użytkownik jest zawsze winny
Oczywiście w firmowych serwisach to wiedzą, ale narzucona im przez korporację procedura przewiduje, że zamiast bawić się z wymianą podzespołu, wkłada się do telefonu całą nową płytę. Dzięki temu serwis ma mało pracy, a właściciele komórek na gwarancji płacą za naprawę jak za zboże. Co jest o tyle istotne, że co miesiąc do autoryzowanych punktów serwisowych trafia ponad 100 tysięcy komórek. I niech tylko jedna trzecia okaże się nie do naprawienia, zmuszając właściciela do wydania kasy na nowy sprzęt, albo droższą od niego naprawę.
Tylko jedna trzecia, bo połowa komórek trafiających do serwisów wymaga najczęściej przeinstalowania lub aktualizacji. Parę procent to wady fabryczne, część napraw wykonywanych przez naprawiaczy sprzętu to wymiana gniazdek. Reszta zaś to usterki gwarancyjną naprawę uniemożliwiające – utopienie, przegrzanie bądź upadek. Ponieważ komórka służy do tego do czego służy, to nie ma siły, by po paru dniach, któraś z dyskwalifikujących gwarancję ewentualności nie wystąpiła. Wystarczy się spocić, lub czyszcząc gniazdko napluć do środka, by o gwarancji zapomnieć.
Najgorsze, że nie na sposobu, by z tym fantem coś zrobić. Jesteśmy uwiązani prawem unijnym. Z jednej strony daje nam to długie 24-miesięczne okresy gwarancji. Z drugiej musimy mieć te same co inni uregulowania prawne. Niemal rok temu sprawą zajął się nawet Parlament Europejski. I przyjął rezolucję z apelem, by sprzęt psuł się rzadziej, a jeśli już – to by części zamienne nie były zbyt drogie.
„Musimy sprawić, aby nie trzeba było wyrzucać telefonu, w którym zniszczona jest tylko bateria. Musimy upewnić się, że konsumenci wiedzą, jak długo urządzenia będą działać i jak można je naprawić” – krzyczał z trybuny europoseł Zielonych Pascal Duran, a jego wystąpienie przyjęto z aplauzem. I ze śmiechem ze strony producentów, bo choćby nie wiadomo jakie przepisy wymyślono, koncerny i tak wyjdą na swoje.
Bo przecież choć mamy UOKiK, mamy organizacje konsumenckie, mamy prokuraturę, policję i stada kontrolerów, to pana serwisanta firmowego możemy i tak jedynie w dupę pocałować.

Zaistnieć na rynkach wschodnich

Polscy przedsiębiorcy potrzebują konkretnych rad oraz podpowiedzi, które pomogłyby im w skutecznej ekspansji eksportowej na Wschód.

W dobie odmrażania gospodarki wielu przedsiębiorców poszukuje nowych rynków zbytu. Zrozumiałe, że niektórzy z nich myślą o tym aby swoje produkty bądź usługi sprzedawać za naszą wschodnią granicą. Nie ma problemu, aby rozwinąć import ze Wschodu. Nieporównanie trudniejsze jest jednak podjęcie na tym kierunku opłacalnego eksportu.
Wciąż niełatwo tak zorganizować działalność gospodarczą, aby pojawienie się na tym rynku miało sens i przekuło tę obecność na wymierny sukces. Tym bardziej, że eksporterzy nie mogą liczyć na jakąkolwiek pomoc ze strony rządu PiS.
Rosja jest jedną z największych gospodarek na świecie. Znajdują się tam firmy z całego globu. Aby pojawić się i odnieść sukces u naszych wschodnich sąsiadów należy znaleźć niszę na rynku lub zbudować konkurencyjną przewagę.Niewiele polskich firm wykorzystało naszą przewagę z lat 90- tych gdzie dla zachodniej konkurencji Rosja wydawała się jeszcze niezrozumiałym obudzonym niedźwiedziem. Dziś po 30 latach otwarcia rosyjskiej gospodarki zachodnie firmy mniej jej się boją, lepiej rozumieją i dlatego nie reagują już tak panicznie jak wcześniej na zachwiania rosyjskiej gospodarki, która podnosi się po każdym kryzysie jak feniks z popiołów. Każda branża ma swój potencjał w Rosji, a czasy kiedy rosyjscy „przemytnicy” przyjeżdżali z walizkami pieniędzy do Polski się skończyły – mówi Sebastian Sadowski-Romanov, prezes firmy Itro specjalizującej się w doradztwie eksportowym.
Aby na tym specyficznym rynku się odnaleźć i pozyskać partnerów biznesowych lub dystrybutorów należałoby wykonać kilka podstawowych kroków – wprawdzie dosyć naturalnych ale wcale niełatwych do skutecznego wykonania i bynajmniej nie dających pewności, że przyniosą oczekiwany efekt. Jak wszędzie, potrzebny jest także łut szczęścia, jednak szczęściu należy pomagać.

– Dziś jak polska firma chce wejść na rynek rosyjski to musi w to wejście zainwestować. Przygotować materiały w języku rosyjskim, pojechać na misję gospodarczą i wystawić się na targach. Wówczas mamy szansę na znalezienie partnerów na tym rynku, a w wersji idealnej powinniśmy otwierać tam swoje oddziały i fabryki jak uczyniły to TZMO S.A. (materiały opatrunkowe i higieniczne, kosmetyki) czy Cersanit S.A. (kafelki, ceramika sanitarna), którzy są dziś liderami w swoich sektorach na rynku rosyjskim – dodaje Sadowski-Romanov.
To są ogólne i oczywiste obserwacje, ale znacznie trudniej odpowiedzieć na pytania, jak to wszystko zrobić: jak zorganizować wyjazd na misję gospodarczą, na jakich targach się wystawić, co zrobić, by goście zainteresowali się naszym stoiskiem, jak zabrać się za tworzenie własnych oddziałów, z kim w tym celu należy rozmawiać? Takich właśnie, praktycznych rad oczekują nasi przedsiębiorcy.
Niektóre polskie branże mogą poszukać swoich szans jeszcze dalej, na rynku chińskim. Jest on jednak o wiele trudniejszy do zdobycia niż rynek rosyjski, bo Chiny same produkują niemal wszystko, z reguły lepiej niż Polacy, a na pewno taniej. Jednak produkujemy w Polsce produkty, które są w Chinach eksportowym hitem. Niektóre przedsiębiorstwa natomiast zdecydowały się na otwarcie tam swoich fabryk, dzięki czemu mogą znacznie skrócić łańcuch dostaw. Dobrym przykładem wejścia na rynek chiński jest firma Selena (chemia budowlana), która otworzyła tam własny zakład, nie tylko dla potrzeb taniej produkcji, ale właśnie ekspansji na tym rynku. W Chinach produkują także np. Sanok Rubber (pasy klinowe, uszczelki) czy Boryszew (borygo).
Chiny są ogromnym miejscem zbytu i niektóre z polskich firm zdobywają tam już swoje przyczółki, jednak idzie to raczej opornie.

-Chiński konsument szuka produktów o wysokiej jakości i znanej marce, szuka produktów luksusowych, a ja niestety nie mogę powiedzieć że Polska kojarzy mi się z luksusowymi produktami lub znanymi markami. Dlatego należy szukać swoich nisz w mniej popularnych miastach, poza Szanghajem i Pekinem bo tam jest już cały świat ze swoją ofertą. Chińskiej firmy szukają nowych technologii, inwestują w startupy. Więc jeżeli chcemy dziś wejść na rynek chiński to musimy czymś zaskoczyć chińskiego klienta. Naturalnym polskim hitem eksportowym na rynek chiński mogą być wyroby spożywcze i cukiernicze, ponieważ tak ogromny kraj trzeba wykarmić. Ogromny potencjał drzemie w tym rynku również dla producentów gier, ale tak jak z jedzeniem należy dostosować ofertę do rynku. Problemem jest odmienny od europejskiego gust i smak chińskich klientów co wymaga dostosowania produktów i opakowań do ich oczekiwań – zauważa Sebastian Sadowski-Romanov.
I tu także potrzebna byłaby podpowiedź, jak to wszystko zrobić: jak dobrze rozpoznać gust i smak klientów tak olbrzymiego kraju, jakie warunki muszą spełniać polskie produkty i opakowania, aby zaspokoić chińskie oczekiwania?. Na podobne, konkretne rady bardzo czekają polscy przedsiębiorcy.

Szansa dla polskich firm?

Eksporterzy z naszego kraju powinni szykować się na zmiany w globalnym łańcuchu dostaw.
Sytuacja, spowodowana izolacją chińskiej gospodarki, a następnie masową izolacją innych krajów, obnażyła globalne zależności od towarów z Państwa Środka. A to nie spodobało się wielu krajom wysoko rozwiniętym, a szczególnie Stanom Zjednoczonym.
Świat zrozumiał, że Chiny stały się nie tylko teoretycznie fabryką świata, ale w rzeczywistości kontrolują ogromne przepływy surowców i komponentów, potrzebnych w produkcji praktycznie we wszystkich znaczących gospodarkach.
Prezydent Trump wszczynając wojny celne z Chinami daje sygnał amerykańskim korporacjom do zmiany swoich dostawców i powrotu do produkcji na rynek amerykański. Rząd Japonii oferuje miliardy pomocy firmom, które wycofają się z Chin ze swoją produkcją. Obserwujemy wycofywanie się światowych koncernów z rynku chińskiego i próby przekierunkowania produkcji w inne miejsca.
Jest to szansa dla polskich przedsiębiorstw, aby właśnie w te zrywające się łańcuchy dostaw się wpisać i walczyć o nowe zamówienia, ale też o najnowsze technologie.
Gdzie strona polska powinna zacząć szukać nowych szans biznesowych? Z pomocą mogą przyjść dane statystyczne o obrocie w handlu międzynarodowym, który jest bardzo dobrze monitorowany poprzez dokumenty przewozowe i dokumenty celne. Mając dostęp do takich danych, można sprawdzić kierunki eksportu chińskich przedsiębiorstw lub wielkość importu danego kraju produktów z Chin, jakie wytwarzamy (sklasyfikowanych kodami celnym HS) .
Analizując takie dane widzimy, jakie kraje są znacznymi odbiorcami chińskich produktów. Analizując ich postawę wobec zaistniałej sytuacji, przedsiębiorcy mogą wyciągać wnioski o możliwych zmianach w łańcuchu dostaw – i właśnie na takie rynki kierować swoją ofertę. Przykładem może być artykuł, który ukazał się w chińskiej prasie, sugerujący możliwość narzucenia przemysłowi farmaceutycznemu utrudnień na sprzedaż komponentów do produkcji leków dla firm z USA (które w 70 proc. te komponenty sprowadzają z Chin).
Fabryki samochodowe niektórych koncernów, musiały wstrzymać produkcje, ponieważ większość części była produkowana w prowincji Hubei, której stolicą jest miasto Wuhan. Z powodu kwarantanny, która objęła całą prowincję, została również wstrzymana produkcja i dostawy komponentów wykorzystywanych w fabrykach produkujących samochody.
Mam nadzieję, że pomoc udzielona przez rząd polskim firmom pozwoli im na utrzymanie płynności i mocy produkcyjnych, aby wykorzystały moment zachwiania globalnej gospodarki i wykorzystały szanse, jakie niesie ze sobą obecny kryzys.
Tak jak stosunkowo łatwo jest wybudować nową fabrykę, tak znacznie trudniej jest do niej znaleźć wykwalifikowanych pracowników. Dlatego to właśnie polska gospodarka ma szansę na przejęcie części kontraktów, ponieważ jest ona, podobnie jak chińska oparta na produkcji, a nie na usługach jak wiele gospodarek zachodnich, które mają ograniczone zasoby ludzkie zdolne do wykonywania pracy fizycznej. Pokazuje to ostatnia sytuacja w Niemczech, związana z brakiem pracowników sezonowych na przykład do zbioru szparagów.

Pandemia mniej groźna na polu

Rolnictwo i rynek rolno-spożywczy w naszym kraju uniknęły zarażenia koronawirusem, ale brak rąk do pracy może spowodować utratę części zbiorów.

Polskie rolnictwo jest odporne na pandemię koronawirusa, gorzej może być z przemysłem rolno-spożywczym i handlem żywnością. Ale ograniczenia spowodowane pandemią nie doprowadziły dotychczas do zakłóceń na rynku artykułów rolno–spożywczych.
Polskie rolnictwo jest z punktu widzenia organizacji pracy tym działem gospodarki, który jest odporny na pandemię koronawirusa. Jak wiadomo skutecznych lekarstw i szczepionki nie ma, a najskuteczniejszym zabezpieczeniem przed zakażeniem jest izolacja.
W gospodarstwach rolnych niekorzystających z najemnej siły roboczej lub korzystających z niej tylko sporadycznie, możliwe jest niemal pełne odizolowanie pracującego lub ograniczenie kontaktów zawodowych do mieszkającej z nim rodziny. Gospodarstw takich jest w Polsce blisko 1,3 mln (90 proc. gospodarstw ogółem). Jednakże również w gospodarstwach osiągających produkcję standardową w wysokości co najmniej 400 tys. złotych rocznie (jest ich około 130 tys.) zarówno prace polowe, jak i obsługa zwierząt w zmechanizowanych oborach i chlewniach nie wymagają dużych zespołów; swoista „izolacja” jest zatem sytuacją normalną – zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich. Trudności przestrzegania zasady izolacji mogą występować przede wszystkim w wyspecjalizowanych pracochłonnych gospodarstwach, prowadzących uprawy „pod szkłem”, ale i w tym przypadku możliwe jest – przy właściwej organizacji pracy – zachowanie niezbędnego minimum ochrony.
Podstawowym niebezpieczeństwem z punktu widzenia organizacji produkcji rolnej jest brak pracowników sezonowych w tych gałęziach produkcji roślinnej, w których występuje spiętrzenie robót w bardzo krótkim okresie (przede wszystkim zbiór owoców, zwłaszcza jagodowych i niektórych warzyw). Co najmniej od kilku lat znaczną część tych prac wykonują pracownicy sezonowi z zagranicy. Ukraińcy, ale także Białorusini, Mołdawianie i Kazachowie. Szacuje się, że ich liczba wynosiła około 100 tys. rocznie. Są potrzebni w gospodarstwach różnej wielkości ekonomicznej, ale najprawdopodobniej przede wszystkim średniej (produkcja standardowa w granicach 100 – 400 tys. złotych). Formalności związane z ich zatrudnieniem nie są skomplikowane, zwłaszcza jeśli są obywatelami Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji lub Ukrainy. Powszechnie stosowana jest procedura oświadczenia. W tym trybie cudzoziemiec otrzymuje zezwolenie na pracę przez okres nie dłuższy niż 9 miesięcy w roku kalendarzowym.
Ten dobrze funkcjonujący system został zawieszony w związku z epidemią. Konsulaty od 16 marca nie przyjmują wniosków o wydanie wiz. Wprawdzie do Polski mogą nadal wjechać m.in. cudzoziemcy posiadający prawo stałego lub czasowego pobytu na terytorium Polski, ale po przekroczeniu granicy muszą odbyć 14-dniową domową kwarantannę. Procedura ta miała obowiązywać do 3 maja, ale została 26 kwietnia bezterminowo przedłużona. Gospodarstwa zatrudniające sezonowo cudzoziemców, mogą zatem pozostawić w maju na polu przynajmniej część zbiorów niektórych warzyw i owoców jagodowych, przede wszystkim truskawek i szparagów.
Znacznie mniej odporna na pandemię jest organizacja pracy w przemyśle rolno–spożywczym. Przedsiębiorstwa te otrzymały, tak jak wszystkie przedsiębiorstwa przemysłowe, szczegółowe zalecenia Głównego Inspektora Sanitarnego, na które składają się procedury zapobiegawcze, wdrażane w przypadku podejrzenia, że pracownik jest zakażony koronawirusem, oraz ograniczające rozpowszechnianie się wirusa, wdrażane w przypadku jego zdiagnozowania u jednego z pracowników.
Wszystkie te procedury wpływają na funkcjonowanie przedsiębiorstwa. Niewątpliwie najpoważniejsze są konsekwencje po stwierdzeniu zakażenia. Obowiązkowa jest dezynfekcja pomieszczeń w których przebywał zakażony pracownik i ustalenie, czy nie powinno nastąpić wyłączenie części budynku. Możliwe jest również zamknięcie zakładu decyzją administracyjną. Pracownicy, którzy mieli bezpośrednią styczność z zakażonym, powinni wstrzymać się od pracy w ciągu dwóch tygodni. Groźba zamknięcia choćby na kilka dni jest niezwykle poważnym zagrożeniem organizacyjnym i finansowym.
Świadomość, że izolacja jest najskuteczniejszym zabezpieczeniem przed zakażeniem, spowodowała liczne ograniczenia i zakazy w sferze handlu i usług. Jednakże równocześnie było oczywiste, że handel żywnością, zwłaszcza detaliczny, musi nadal funkcjonować w taki sposób, aby klienci mogli swobodnie dokonywać zakupów. Placówki handlu żywnością zostały więc zobowiązane do skrupulatnego przestrzegania przepisów sanitarnych i higienicznych, zapewnienia klientom rękawiczek jednorazowych oraz do ograniczenia liczby kupujących, znajdujących się równocześnie w sklepie (lub przy straganie!).
Wprowadzone ograniczenia nie doprowadziły do trwałych zakłóceń na rynku artykułów rolno–spożywczych, a paniczne zakupy trwały tylko kilka dni. Nie dopuszczenie do pustych półek świadczy o dobrej organizacji polskiego handlu żywnością, zarówno hurtowego, jak i detalicznego oraz przemysłu rolno–spożywczego. W opanowaniu paniki niemały wpływ mieli również pracownicy, narażeni na zakażenie ze względu na nieuniknione kontakty z klientami.
Najbardziej przestraszeni koronawirusem byli chyba sprzedawcy na lokalnych bazarach; w pierwszych dniach po ogłoszeniu zagrożenia epidemicznego na niektórych większość stoisk była zamknięta.
Obecnie większość ważnych kanałów zbytu funkcjonuje jak przed okresem pandemii. Skup zwierząt rzeźnych i mleka odbywa się normalnie (niskie ceny skupu mleka są przede wszystkim wynikiem wzrostu dostaw do mleczarni). Również rynki hurtowe (Bronisze, Franowo i inne), które są najważniejszymi pośrednikami między rolnikami a detalicznym handlem owocami i warzywami, funkcjonują bez większych zakłóceń, choć w pierwszych dniach zagrożenia epidemicznego kolportowano następnie dementowane plotki o ich zamknięciu.
Podstawowe branże przemysłu rolno – spożywczego, w tym mleczarski i mięsny zapewniają regularne dostawy, choć niewątpliwie mają różne kłopoty organizacyjne. Najsłabszym ogniwem handlu okazały się nie tylko ze względów sanitarnych lokalne targowiska, stanowiące zarówno w dużych jak i mniejszych miastach ważną część handlu. Jednakże na ogół dość sprawnie usunięto najważniejsze mankamenty i nie nastąpiło ich zamknięcie.

Patologie zamiast rynku

Nasilenie przestępczości gospodarczej i korupcji podczas polskiej tranformacji na początku lat 90. przekroczyło masę krytyczną.

Uruchomiony proces prywatyzacji jako drogi do wolnego rynku bez okresu przejściowego (przygotowawczego) obfitował w powszechne sytuacje patologiczne, których doświadczyliśmy przez cały okres transformacji. Zamiast wolnego rynku mieliśmy jego wypaczenia.
Można powiedzieć, że przestępstwa gospodarcze i korupcja zdarzają się w gospodarce rynkowej incydentalnie. Tak to prawda. Ale decyduje tu zakres tej patologii na danym rynku, przekroczenie tak zwanej masy krytycznej. Polski rynek w okresie transformacji, ze względu na powszechność takich zjawisk znacznie ją przekraczał.
Nie można mówić o gospodarce rynkowej, kiedy na rynku decydentem w podejmowaniu decyzji podmiotów gospodarczych jest państwo. Zakres ingerencji państwa w gospodarkę pozostawał ciągłe szeroki. Nawet ustawa o swobodzie przedsiębiorczości z 1988 r. musiała być ograniczana z uwagi na stosowaną politykę gospodarczą i przewagę zachowań przedsiębiorstw państwowych na rynku.
Czy można mówić, że transformacja rzeczywiście była procesem przejścia od systemu centralnego planowania do wolnego rynku?. Ci którzy tak głoszą nie dostrzegają rzeczywistości rynkowej.
Doskonale ilustrują to np. mechanizmy rynku usług konsultingowych, czy rynku nieruchomości. To państwo decydowało o wyborze firmy konsultingowej, która ma opracować materiały dla danego prywatyzowanego przedsiębiorstwa państwowego. Państwo decydowało, które przedsiębiorstwo ma być sprzedane i komu i za jaką cenę. Tak więc, nie mechanizmy wolnego rynku decydowały o rzeczywistych procesach rynkowych, a decyzje odgórne państwa (podobnie jak w gospodarce socjalistycznej.
Grzegorz Kołodko zwraca uwagę na niedostosowanie wolności na rynku (deregulacji) z oprzyrządowanie instytucjonalnym i normami prawnymi blokującymi nieuczciwe działania na rynku. Nazywa to bezhołowiem, neoliberalnym instytucjonalnym bałaganem, będącym produktem nadwiślańskiego neoliberalizmu polegającego na radykalnej liberalizacji rynku – cen, handlu, przedsiębiorczości – bez odpowiednich regulacji. Gospodarka weszła w dewastujący stan systemowej pustki: czyli ani plan, ani rynek.
Do tworzenia takich mechanizmów nadawał się model skrajnego liberalizmu (czyli puszczenie procesów gospodarczych na żywioł niewidzialnej ręki rynku). Niewidzialna ręka rynku okazałą się być narzędziem załatwiania interesów jednych bez oglądania się na koszty dla innych. Model ten rażąco nie przystawał do gospodarki postsocjalistycznej. Podmioty na rynku były w ręku państwa przy całkowitym uwolnieniu rynku. To przesądzało o tym, że nie rynek decydował o decyzjach podmiotów gospodarczych, a państwo (i jego struktury).
Należy wspomnieć, że tworzone było prawo ułatwiające patologie rynkowe. Na przykład likwidacja konfiskaty majątku uzyskanego nielegalnie (z naruszeniem prawa). G. Kołodko próbował wprowadzić przepisy ograniczające szarą strefę i nielegalne bogacenie się. Proponował w 2002 r. abolicję podatkową i wprowadzenie dodatkowego dokumentu, deklaracji majątkowych, które byłyby składane rocznie wraz z PIT-tem.
Abolicja podatkowa miała umożliwić zdjęcie odium nieuczciwości w biznesie (za nieuczciwe bogacenie się), naprawić błędy i zalegalizować dochody. Podatnik musiałby zapłacić zaledwie 7,5 proc. podatek od ujawnionego dochodu – i w ten sposób oczyścić się od wszelkich podejrzeń. A deklaracje majątkowe pokazywałyby, jak zmieniał się majątek podatnika, odcinając go od wszelkich podejrzeń o jakiekolwiek nielegalne machinacje. Niestety ta próba nie mogła być przeforsowana przez ówczesne szczeble decyzyjne (rząd, Sejm). Zrodziła jedynie pogłoski o potrzebie odejścia G. Kołodki z rządu, co też się stało w 2003 r.
W okresie transformacji głoszono, że urządzamy rynek na wzór zachodni. Nie można jednak mówić o mechanizmach rynkowych, jeśli na rynku działają jednocześnie przedsiębiorstwa obciążone nadmiernie podatkami (państwowe) i przedsiębiorstwa zwolnione od podatków (prywatne zagraniczne). Było wiadomo, że do działania mechanizmu rynkowego potrzebna jest przewaga prywatnych podmiotów na rynku.
Podmioty działające na rynku mają mieć równe szanse. Tak działał rynek w krajach zachodnich wraz z narodzinami kapitalizmu. Nie sposób, żeby nie wiedzieli tego ówcześni kierujący sferą gospodarczą w Polsce.

Złudna magia niewidzialnej ręki

Rynek stworzony w Polsce w wyniku transformacji nie mógł funkcjonować w normalny sposób.

Leszek Balcerowicz nigdy nie był praktykiem gospodarczym. Musiało to wywrzeć pewien wpływ na jego postrzeganie funkcjonowania podmiotów gospodarczych w różnych warunkach systemowych. Inaczej zachowuje się przedsiębiorstwo na wolnym rynku, a inaczej pod rygorem planu (narzuconych z góry wskaźników). Wolny rynek ma miejsce wtedy, gdy na rynku funkcjonuje przewaga przedsiębiorstw prywatnych. Następuje alokacja kapitału, zgodna z motywacjami podmiotów rynkowych.
Prywatne przedsiębiorstwo na wolnym rynku ma inną motywację niż przedsiębiorstwo państwowe. Motywem działania przedsiębiorstwa prywatnego na wolnym rynku jest zysk, przedsiębiorstwa państwowego (szczególnie przy przewadze przedsiębiorstw państwowych) jest plan. Pytanie, co jest motywem dziania przedsiębiorstwa państwowego, kiedy jest wyzwolone z rygów planu?. Przedsiębiorstwo prywatne działając na rynku i nie osiągając zysku bankrutuje, w wyniku czego właściciel ponosi uszczerbek swojego majątku. Przedsiębiorstwo państwowe zaś w wyniku bankructwa nikogo bezpośrednio nie dotyka (kierownictwo tego przedsiębiorstwa nie ponosi konsekwencji majątkowych). Stąd nie ma motywacji do tego, aby nie dopuścić do bankructwa. Jest to kardynalna sprawa, która nie został dostrzeżona na początku transformacji i w trakcie jej trwania. Być może realizator tej transformacji również nie dostrzegał tego. Tym bardziej jego późniejszy mentor J. Sachs, który w ogóle nie miął styczności z funkcjonowaniem gospodarki planowej w teorii, a zwłaszcza w praktyce. Bankructwo przedsiębiorstwa państwowego może być nawet „dobrodziejstwem”. Daje ono szansę na uwłaszczenie się jego kierownictwa. Przysporzenie swojego majątku.
Transformacja pod parasolem wymogów gospodarki rynkowej stworzyła idealne warunki do bankructwa przedsiębiorstw państwowych. Zwłaszcza, gdy polityka gospodarcza temu sprzyjała. W transformacji bowiem nakładano na nie dodatkowe podatki i obciążenia, na przykład zwiększając raty uprzednio pobranych kredytów bankowych i wprowadzając dywidendę od przedsiębiorstw państwowych dla skarbu państwa, (której w gospodarce socjalistycznej nie było), likwidując cło, otwierając granice dla nieograniczonego napływu towarów z zagranicy, wprowadzając dodatkowy podatek od płac. Blokada wzrostu płac dla przedsiębiorstw państwowych (tzw. potocznie popiwek) miała przezwyciężyć opór załóg do przekształceń majątkowych, ponieważ prywatne przedsiębiorstwo nie miało ograniczeń dla wzrostu płac.
Na to wszystko nałożyły się wakacje podatkowe dla zagranicznych firm, które w drodze zakupu za bezcen zagrożonych bankructwem polskich przedsiębiorstw państwowych, mogły masowo napływać do Polski i nie płacić podatków. W ten sposób zlikwidowano możliwość konkurowania na rynku polskim rodzimym firmom (państwowym czy prywatnym) z masowo napływającymi firmami obcymi. Nie stworzono więc warunków do uczciwej konkurencji. Nie stworzono tych warunków mimo że w 1989 r. w Polsce mieliśmy ok. 20 – procentowy udział sektora prywatnego w tworzeniu produktu krajowego brutto (rolnictwo i rzemiosło). Pozbawiono polską gospodarkę podstawowej cechy gospodarki rynkowej – konkurencji. Na rynku transformacji wzbogacenie się nie zależało od sukcesów na rynku, lecz od „sukcesów” w działaniach strukturalnych władzy. Na początku transformacji na rynku pozostawały prawie wyłącznie przedsiębiorstwa państwowe. Prywatne rzemiosło nie miało szans rozwoju działania wobec konkurencji kapitału obcego i otwarcia importu, jak również braku odpowiedniej polityki dla tego sektora. Nie przeprowadzono także powszechnej komercjalizacji przedsiębiorstw państwowych, co nawet strukturalnie nie upodobniło zarządzania tymi przedsiębiorstwami do prywatnych (wieloosobowy zarząd, rada nadzorcza, zgromadzenie wspólników). Nastąpiło to parę lat później.
Z natury rzeczy państwo jako właściciel przedsiębiorstw państwowych, musiało wstępować na rynku,. To ono podejmowało decyzje rynkowe. Państwo decydowało komu i za ile sprzedać dane przedsiębiorstwo, czy daną nieruchomość lub ruchomości, albo jak je sprywatyzować. Na początku transformacji powstała paradoksalna sytuacja na rynku: przewaga przedsiębiorstw państwowych uwolnionych z rygoru planu. Naturalna motywacja działania przedsiębiorstw państwowych była odmienna niż prywatnych. Stąd rodziły się patologie na wolnym rynku.

Pożegnanie z elektromobilnością

Rynek samochodów elektrycznych w naszym kraju zaczyna odczuwać skutki pandemii koronawirusa.

Pod koniec marca 2020 r. po polskich drogach jeździło 10 701 elektrycznych samochodów osobowych, z których 57 proc. stanowiły pojazdy w pełni elektryczne (BEV, ang. batteryelectricvehicles) – 6 056 szt., a pozostałą część tzw. hybrydy typu plug-in (PHEV, ang. plug-in hybridelectricvehicles) – 4 645 szt.
W I kwartale 2020 r. liczba rejestracji samochodów całkowicie elektrycznych oraz hybryd typu plug-in wyniosła 1 705 sztuk – o 86 proc. więcej niż w tym samym okresie 2019 r.
Park elektrycznych pojazdów ciężarowych i dostawczych w pierwszym kwartale bieżącego roku zwiększył się w Polsce do 578 szt., natomiast autobusów elektrycznych do 248 szt.
W dalszym ciągu rośnie też flota elektrycznych motorowerów i motocykli, która na koniec lutego osiągnęła liczbę 6 584 szt. – takie dane wynikają z Licznika Elektromobilności, uruchomionego przez Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych oraz Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego.
Wraz ze wzrostem liczby pojazdów, rozwija się również ogólnodostępna infrastruktura ładowania. Pod koniec marca br. w Polsce funkcjonowało 1114 stacji ładowania pojazdów elektrycznych (2 067 punktów). 31 proc. z nich stanowiły szybkie stacje ładowania prądem stałym (DC), a 69 proc. wolne ładowarki prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW. W ciągu ostatniego miesiąca zainstalowano 21 nowych stacji.
Mimo, iż sprzedaż aut elektrycznych w I kwartale 2020 r. wzrosła, w marcu pojawiły się pierwsze oznaki wyhamowania rynku wywołane pandemią koronawirusa. W stosunku do lutego liczba instalacji nowych stacji ładowania spadła o ponad połowę, zmniejszyła się również liczba rejestracji samochodów elektrycznych.

– PSPA przeprowadziło badanie sondażowe wśród uczestników rynku zeroemisyjnego transportu w Polsce. Z ankiety wynika, że 81 proc. podmiotów z branży e-mobilty stanęło w obliczu potężnych wyzwań związanych z ograniczeniem popytu, zaś 47,6 proc. z nich odczuło również skutki pandemii w obrębie swojego łańcucha dostaw. Spadek przychodów dotknął aż 95,2 proc. przedsiębiorstw. 76 proc. respondentów przewiduje ryzyko zawieszenia działalności, zwolnień lub poważnych problemów z płynnością w przypadku braku dodatkowego wsparcia. Elektromobilność, jako młody i rozwijający się sektor, szczególnie mocno odczuwa kryzys branży motoryzacyjnej. Wdrożenie przez państwo odpowiednich instrumentów ochronnychjest kluczowe nie tylko dla jej rozwoju, ale również przetrwania wielu przedsiębiorstw na rynku polskim – mówi Maciej Mazur, dyrektor zarządzający PSPA.
Jak dodaje Jakub Faryś, prezes PZPM, w obecnej sytuacji nie dziwią informacje o spadkach rejestracji pojazdów elektrycznych jak również o kłopotach firm instalujących ładowarki. Drastycznie spadła sprzedaż pojazdów spalinowych – tym bardziej odczuje to rynek samochodów elektrycznych, zwłaszcza, że nawet przed epidemią COVID-19 popyt na samochody elektryczne w porównaniu ze spalinowymi był bardzo mały.
Teraz potencjalni nabywcy wstrzymują się z zakupem jakichkolwiek samochodów – w tym oczywiście elektrycznych. Pojawiają się też pytania o zachowania klientów po powrocie do względnej czy zupełnej normalności, zwłaszcza, że do tego czasu wiele osób straci pracę lub zmaleją ich dochody. Również firmy będą znacznie ostrożniej podchodzić do zakupów. Niestety, w Polsce nawet przed wybuchem epidemii COVID-19 nie doczekaliśmy się systemu wsparcia zakupu pojazdów z napędami alternatywnymi.
Pytanie, czy w sytuacji gdy rząd przeznaczy bardzo duże nakłady na ratowanie gospodarki, zapowiadane obietnice dopłat zostaną utrzymane? To ważne, bo bez nich szansa na wzrost popytu na pojazdy elektryczne jest bardzo mała.

Nie tylko własnymi rękami

Kto naciskał na przeprowadzenie terapii szokowej w Polsce?

Leszek Balcerowicz, zapytany o naciski ze strony Międzynarodowego Funduszu Walutowego gołosłownie stwierdził, że nie było żadnych nacisków. Nie jest to zgodne z tym co opisują autorzy wielu publikacji np. prof. Kieżun czy Z.Tasjer. MFW sprawował ogólny nadzór, aby likwidować przekształcić gospodarkę planową w wolnorynkową typu neoliberalizmu amerykańskiego.
Balcerowicz przyznaje, że eksperci MFW „nie mieli odpowiedniej wiedzy, jak wyjść z socjalistycznej totalnie upaństwowionej gospodarki”. Dodajmy, ze nie mieli pojęcia o realiach gospodarki w Polsce. Po co więc L. Balcerowicz sprowadzał z zagranicy tych ekspertów i ich firmy jako konsultantów i wykonawców różnego rodzaju analiz (tzw. sektorowych i prywatyzacyjnych), płacąc bajońskie sumy?.
Koszty obsługi eksperckiej stanowiły pokaźną część kwot uzyskiwanych za sprzedaż danego przedsiębiorstwa. Zdarzało się nawet, że koszty obsługi prywatyzacyjnej (owe raporty i konsultacje) przewyższały sumy uzyskiwane ze sprzedaży danego przedsiębiorstwa. Szczegółowe dane o kwotach uzyskiwanych ze sprzedaży przedsiębiorstw i płaconych firmom konsultacyjnym można znaleźć w książce R. Ślązaka. Były to tabuny ludzi jakże wysoko opłacanych z budżetu, kilkakrotnie lepiej niż eksperci i naukowcy polscy. W Warszawie nazywano ich „brygadami Marriotta”, jako że mieszkali w hotelu Marriott oczywiście na koszt strony polskiej.
L. Balcerowicz był ostrzegany przed zagranicznymi doradcami. Np. wieloletni pracownik MFW Marcin Wyczałkowski w 1990 r. krytycznie oceniał kwalifikacje obcych doradców i osobiście ostrzegał L. Balcerowicza. Bez skutku. Podobnie Amerykanka Alice H. Amsten ostrzegała na łamach „Życia Gospodarczego” z dn. 28 kwietnia 1991 „Uwaga na obcych doradców”. Wszystko to bezskutecznie – miliony dolarów dalej płynęły do kieszeni owych doradców.
Na bezsens ponoszenia tych wydatków zwraca też uwagę sama wypowiedź L. Balcerowicza. Wyraża on bowiem uznanie dla polskich ekspertów i wymienia ich nazwiska.
L. Balcerowicz podkreślał, że już pod koniec lat 70-tych powołał do życia zespół do spraw reformy gospodarczej. I dodawał, że „pracując w latach 80-tych nie przewidywaliśmy że za naszego życia będziemy mieć okazję wcielać te rozwiązana”. Warto chociażby z grubsza podać, jakie rozwiązania wówczas L. Balcerowicz z zespołem przygotowywał – i jak one się miały do tego co wprowadzał w życie.
Te propozycje można znaleźć w publikacjach ekonomicznych tego okresu. Np. L. Balcerowicza p.t. „Od diagnozy systemu do projektu jego reformy” w Polityce nr 46/80 oraz w publikacji PTE „Problemy ekonomiczne” z marca 1981 r. Propozycje programowe tam zawarte nie mają nic wspólnego z doktryną liberalną. Są raczej zbliżone do społecznej gospodarki rynkowej.
Na przykład, co do roli państwa w gospodarce autor pisze ”Obok narzędzi kierowania działających stale, rząd mógłby mieć w dyspozycji środki w charakterze nadzwyczajnym stosowane na zasadzie wyjątku”. Odnośnie spółdzielni pisze: ”ustanowienie zasad autentycznej spółdzielczości, tak aby sama spółdzielnia mogły decydować, czy i jakie uprawnienia chcą przekazać swoim zrzeszeniom”.
Czytamy też, jak „określić procedurę postępowania z przedsiębiorstwami nierentowymi. Mogłaby ona polegać na stworzeniu specjalnego funduszu zwrotnej przejściowej i ściśle ograniczonej pomocy”. Publikacje te zawierają szereg propozycji odnośnie roli banków, wymienialności pieniądza, samorządności pracowniczej itd.
Po wydarzeniach sierpniowych zwiększyła się pilność reformy. Powstała Komisja Partyjno-Rządowa, której byłem członkiem, powstały społeczne Komisje w ramach PTE i TNOIK w ramach których również aktywnie działałem. Były opracowywane propozycje reformy, organizowane dyskusje. Do prac tych włączyły się szerokie kręgi ekonomistów teoretyków (uczelnie, instytuty badawcze) i praktyków. Powstawały liczne opracowania i propozycje.
W roku 1982 w ramach PTE na podstawie wyników dyskusji i licznych opracowań cząstkowych został opracowany program reformy gospodarczej w Polsce pt. „Propozycje zasadniczych rozwiązań Reformy Gospodarczej w Polsce”. Uczestnikami prac nad propozycjami była moja skromna osoba i właśnie L. Balcerowicz. Propozycje te były raczej zbliżonej do społecznej gospodarki rynkowej typu niemieckiego i skandynawskiego.
Doktryna gospodarki liberalnej wówczas nie miała tylu wyznawców w Polsce, aby pod jej rygorem formułować reformy.