Burzliwy początek roku

Mimo wielu dramatycznych i zaskakujących wydarzeń, nie doszło do spadku cen akcji. Przeciwnie, indeksy biją rekordy.
Na przełomie i początku tego roku uwaga skupiła się przede wszystkim na wydarzeniach w USA. 5 stycznia okazało się, że afera Donalda Trumpa z stanem Georgia („szukajcie głosów, żebym wygrał”) Republikanom bardzo zaszkodziła. W wyniku głosowania w Senacie USA oba miejsca z Georgii wygrali Demokraci niewielką większością głosów.
Wydawało się, że inwestorzy, którzy po wyborach prezydenckich 3 listopada cieszyli się z tego, że Kongres będzie podzielony, zareagują korektą na rynku akcji. Nic z tych rzeczy – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich. Jeszcze przed atakiem na Kapitol, okazało się, że indeksy ruszyły do góry i ustanawiały nowe rekordy wszech czasów. Korekta nie to, że była krótka – praktycznie jej wcale nie było (tylko na początku sesji indeksy nieco straciły).
W kąt poszły obawy o to, że pełnia władzy Demokratów oznacza wyższe podatki i rozbicie spółek z sektora FAANG (Facebook, Amazon, Apple, Netflix i Google). Bardziej liczyło się to, że Kongres i prezydent Joe Biden zasilą gospodarkę kolejnymi zastrzykami gotówki. Mówiło się o co najmniej 1 bilionie dolarów (w tym o zastrzyku 2.000 USD na gospodarstwo domowe). Zobaczymy, czy te nastroje inwestorów utrzymają się wtedy, kiedy Kongres zacznie swoje pomysły wcielać w życie.
Wszystko było już na dobrej drodze do zakończenia dnia po wyborach w Georgii, ale okazało się, że USA pod rządami Donalda Trumpa to jest państwo z dykty. Mimo tego, że zapowiadany był zjazd zwolenników Trumpa w Waszyngtonie, nie zapewniono właściwej obsady ochrony Kapitolu, co było zaniedbaniem wręcz karygodnym i co zaowocowało scenami, które czasem można zobaczyć w krajach Trzeciego Świata (a i to chyba bardzo rzadko).
Podczas ceremonialnego liczenia głosów elektorskich częściowo uzbrojony i agresywny tłum wtargnął na Kapitol, a kongresmeni i senatorowie uciekali w popłochu. Zginęło pięć osób (jedna zastrzelona, trzy z powodów medycznych, jeden policjant). Bezpośrednią odpowiedzialność ponosi Donald Trump, który zachęcał do ataku na Kapitol.
Oczywistym było, że w końcu siły porządkowe zaprowadzą porządek i tak też się stało. W kolejnym dniu wstrząśnięci kongresmeni zrezygnowali z części swoich sprzeciwów i już bez przeszkód Joe Biden – Kamala Harris zostali uznani za prezydenta i wiceprezydenta USA. Pozostaje już tylko zaprzysiężenie, które odbędzie się 20 stycznia 2021 roku.
W tle tego dramatycznego wydarzenia było interesujące zachowanie rynku akcji. W dniu ataku indeksy na Wall Street zaczęły spadać, ale mimo tego dramatu Dow Jones ustanowił nowy rekord, a S&P 500 zyskał pół procent. Oczywistym więc było, że kiedy sytuacja się uspokoi, czyli w czwartek, indeksy znowu zyskają i wszystkie ustanowią nowe rekordy. Tak też się stało. Pomagało też to, że Donald Trump nieco się wystraszył i zapowiedział płynne przekazanie władzy – ocenia TEP.
W Polsce po burzy dotyczącej przymusowej restrukturyzacji Idea Banku, czyli po przejęciu go przez Pekao SA na giełdzie papierów wartościowych reakcją był wzrost cen akcji Pekao oraz nurkowanie ceny Getin Noble Bank. Indeks WIG Banki rósł jeszcze mocniej z udziałem Pekao SA – z każdym dniem rósł coraz szybciej. Można powiedzieć, że rynek przyjął to rozwiązania z ulgą. Sprawa Idea Banku jest wielowątkowa, pytanie jednak co dalej jest nadal aktualne.
Po uspokojeniu sytuacji w USA, w czwartek 7 stycznia, WIG 20 zyskał 3,23 proc. otwierając drogę przynajmniej do poziomu sprzed pandemii. Trudno się temu dziwić, jeśli widać to, co dzieje się na rynkach rozwijających się i jakie rekomendacje dają duże banki inwestycyjne (kupować akcje na tych rynkach).
Kilka słów trzeba też powiedzieć o naszym rynku walutowym i wywiadzie Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego. Wynikało z niego, że obniżka stóp procentowych może nastąpić, jeśli Polskę zaatakuje zimowa fala pandemii (czyli nie w styczniu), a NBP nie jest zadowolony z siły złotego.
Takie słowne interwencje jednak na rynek nie działają, więc złoty się umacniał i będzie się umacniał, dopóki NBP znowu nie wkroczy na rynek. A i to może jedynie spowolnić tempo umacniania się naszej waluty. Czekamy więc teraz nie na obniżki stóp, ale na to, kiedy i czy NBP znowu wejdzie na rynek. Jeśli będzie chciał pokazać, że nie chodziło tylko o zysk NBP przekazywany do budżetu, to niedługo będzie musiał to zrobić.

Mieszkaniówka kwitła na tle zapaści

Niedobór mieszkań w Polsce jest tak dotkliwy, ze nawet kryzys spowodowany pandemią nie zdołał zahamować rozwoju budownictwa i zmniejszyć dochodów deweloperów.
W III kwartale ubiegłego roku nastąpił powrót do aktywności na rynku mieszkaniowym, po restrykcjach wynikających z pandemii COVID-19, obowiązujących od marca 2020 r. Liczba zawartych kontraktów na budowę mieszkań na największych rynkach pierwotnych była o połowę wyższa w porównaniu do historycznie niskiego, poprzedniego kwartału.
W wspomnianym III kwartale 2020 r. odnotowano zaś w Polsce historycznie wysoką liczbę zarówno mieszkań oddanych do użytkowania (59,1 tys.), jak i tych, których budowę rozpoczęto (67,3 tys.).
Wyższe stopy zwrotu z projektów mieszkaniowych oraz utrzymujący się popyt przyczyniały się do występowania inwestorów o wydawanie kolejnych pozwoleń na budowę mieszkań. Mimo tego udzielono ich mniej niż w II kwartale oraz rok do roku, na co wpływ miały ograniczenia pracy urzędów związane z COVID-19. Takie są podstawowe wnioski, zawarte w analizie sytuacji na rynku nieruchomości w Polsce sporządzonej przez Narodowy Bank Polski.
Koszty budowy mieszkań nieznacznie wzrosły, jednak tempo tego wzrostu było znacznie niższe, natomiast ceny ziemi nadal istotnie rosły. Zaobserwowano nieznaczny wzrost średnich, transakcyjnych cen mieszkań na rynku pierwotnym większych miast oraz ich stagnację lub spadek na rynku wtórnym.
Wpływ pandemii na rynek mieszkaniowy jest złożony, a ceny na rynku pierwotnym i wtórnym zmieniały się w różnych kierunkach. Ceny ofertowe nowo wprowadzanych mieszkań na rynku pierwotnym wyhamowały wzrost, a jednocześnie deweloperzy zwiększyli nieco podaż mieszkań. Wysokie ceny ofertowe mogą też podlegać różnego rodzaju promocjom, co ułatwia sprzedaż.
Ceny transakcyjne na rynku pierwotnym wzrosły we wszystkich grupach miast, zwłaszcza w Warszawie (efekt częstszej sprzedaży lepiej zlokalizowanych mieszkań). Na rynku wtórnym w największych miastach spadł nieco popyt na kupowanie mieszkań na własność. Podobne mieszkania sprzedawane były drożej niż miało to miejsce kwartał wcześniej.
W Warszawie spadły w trzecim kwartale średnie (ofertowe i transakcyjne) stawki najmu metra kwadratowego mieszkań (nie uwzględniające opłat eksploatacyjnych i opłat za media). Nastąpił też spadek stawek czynszów w najmie długoterminowym w 6 największych miastach Polski, co wpłynęło też na spadek opłacalności najmu mieszkań. Nadal jednak inwestycja mieszkaniowa (nie uwzględniając kosztów transakcyjnych) była konkurencyjna na tle oprocentowania lokat gospodarstw domowych, inwestycji w 10-letnie obligacje skarbowe, bądź w nieruchomości komercyjne.
W największych miastach systematycznie rośnie oferta internetowa mieszkań na rynkach najmu długoterminowego, w tym nabywanych w celach inwestycyjnych. Może to sprzyjać spadkom stawek najmu w przyszłości.
Kwartalna sprzedaż mieszkań i kontraktów na ich budowę na 6 największych rynkach pierwotnych w Polsce wyniosła w trzecim kwartale ponad 13,3 tys. lokali – co znaczy, że podwoiła się wobec poprzedniego kwartału, mimo skutków obowiązywania ograniczeń związanych z pandemią COVID-19. Nie osiągnęła jednak poziomu sprzed pandemii.
Zapas niesprzedanych mieszkań wystawionych na rynek zwiększył się wobec poprzedniego kwartału o 0,4 tys. lokali i wyniósł na koniec okresu 49,3 tys. Liczba mieszkań gotowych do zamieszkania w ofercie sprzedaży w 6 największych miastach wzrosła wobec poprzedniego kwartału o 0,2 tys. (do 5,5 tys.), a czas sprzedaży mieszkań na rynku pierwotnym w tych miastach się wydłużył.
Wskaźnik tak zwanej szacowanej dostępności mieszkań w dużych miastach (bazujący na przeciętnym miesięcznym wynagrodzeniu w sektorze przedsiębiorstw) wyniósł w trzecim kwartale 0,76 metra kwadratowego czyli nieznacznie zmniejszył się wobec poprzedniego kwartału. Nadal jednak był wyższy o 0,28 m.kw. w porównaniu z minimum zanotowanym w III kwartale 2007 r., za poprzednich rządów Prawa i Sprawiedliwości.
Wskaźniki szacowanego maksymalnego dostępnego kredytu mieszkaniowego oraz kredytowej dostępności mieszkania dla przeciętnego gospodarstwa domowego również nieznacznie wzrosły. Głównym powodem lekkiego zwiększenia się tych dwóch wskaźników dostępności były niskie stopy procentowe kredytu mieszkaniowego.
Do końca III kwartału 2020 r. obserwowano tylko nieznaczny wpływ ograniczeń związanych z pandemią COVID-19 na dotychczasowe wypłaty kredytów. Wartość nowych, złotowych umów kredytów mieszkaniowych dla gospodarstw domowych według danych NBP wyniosła w III kwartale ok. 13,9 mld zł, tj. była wyższa o ok. 0,9 mld zł (6,5 proc.) wobec wielkości z poprzedniego kwartału oraz niższa o ok. 0,7 mld zł (- 4,8 proc.) względem III kwartału 2019 r. Łącznie w trzech kwartałach 2020 r. udzielono ok. 41,7 mld zł kredytów mieszkaniowych, czyli o 0,7 mld zł więcej w porównaniu do tego samego okresu 2019 r.
Wyniki ankiety NBP na temat sytuacji na rynku kredytowym w III kwartale ubiegłego roku wskazują, że banki złagodziły nieco kryteria udzielania kredytów mieszkaniowych ale zarazem kolejny raz podniosły marżę kredytową oraz marżę dla kredytów obarczonych wyższym ryzykiem. W IV kwartale 2020 r. banki spodziewały się nieznacznego łagodzenia polityki kredytowej i kontynuacji wzrostu popytu na kredyty mieszkaniowe.
„Należy dodać, że przejściowe trudności ze spłatą kredytu mieszkaniowego, będące skutkiem wyjątkowo dużego szoku na początku epidemii, nie skutkowały niewypłacalnością kredytobiorców” – podkreśla NBP. Wpływ na to miały moratoria kredytowe i obniżki stóp procentowych.
Szacowana stopa zwrotu kapitału własnego z projektów inwestycyjnych deweloperów mieszkaniowych wyniosła w III kwartale 2020 r. około 21 proc. Na tle innych branż pozostaje ona na bardzo wysokim poziomie. To skutkek wzrostu cen transakcyjnych, pokrywających z nadwyżką wzrost kosztów producentów mieszkań.
Według ekspertów Coface liczba upadłości i postępowań restrukturyzacyjnych w branży budowlanej nieznacznie zmniejszyła się rok do roku. Spadł także udział budownictwa w ogólnej liczbie upadłości i restrukturyzacji (o 1,2 p.p). Dane te, jak stwierdza NBP, są jednak obarczone niedoszacowaniem wynikającym z zaburzonej pracy sądów. Jak widać, także i instytucje będące w rękach PiS-u zauważają fatalny wpływ zmian narzucanych polskiemu sądownictwu na sprawność postępowań.
Rynek nieruchomości komercyjnych również został dotknięty przez pandemię COVID-19, a związane z tym ograniczenia w działalności przedsiębiorstw będą mieć jeszcze długo wpływ na czynsze i transakcje sprzedaży nieruchomości. Należy pamiętać, że czynsze w obiektach komercyjnych są podpisywane na kilka lat, a zerwanie tych kontraktów wiąże się z kosztami. Gdy jednak najemca powierzchni staje się niewypłacalny, nie jest w stanie płacić czynszu i próbuje obniżyć jego poziom. Natomiast transakcje kupna i sprzedaży nieruchomości są wynikiem długich negocjacji, zatem na rynku inwestycyjnym ewentualny wpływ pandemii widoczny będzie z opóźnieniem.
Pandemia przyspieszyła zmiany zachodzące na rynku biurowym. „Obserwujemy wzrost pustostanów i zmniejszenie popytu na powierzchnie biurowe. Firmy w celu ograniczenia kosztów związanych z wynajmem powierzchni biurowej decydują się na model pracy zdalnej lub pracy hybrydowej” – zauważa NBP. Wiele firm jednak nie chce całkowicie rezygnować z powierzchni biurowej.
Na rynkach nieruchomości biurowych w IIIkwartale 2020 r. zwiększyła się nierównowaga, wynikająca z nadmiaru podaży powierzchni do wynajęcia w stosunku do popytu na nią. Podaż nowych powierzchni oraz powierzchni w budowie nadal utrzymuje się na wysokim poziomie. Wynika to z rozpoczęcia budowy bardzo dużej ilości obiektów jeszcze przed pandemią. Inwestorzy chcą zakończyć te budowy – i prawdopodobnie oczekują, że przyciągną najemców nowoczesną powierzchnią.
Według informacji firm doradczych, na koniec III kwartału ub.r. zasoby powierzchni biurowej na dziewięciu największych rynkach biurowych wyniosły ok. 11,5 mln m.kw., a w budowie było 1,4 mln m.kw. Stopa pustostanów biurowych wzrosła do 10,7 proc. wobec 9,0 proc. na koniec II kw. Liczba pustostanów w powierzchni biurowej zależy od wieku oraz od lokalizacji biurowca. Stopy zwrotu z nowo wybudowanych nieruchomości biurowych pokazują jednak, że taka inwestycja jest wciąż opłacalna.
Czynsze transakcyjne (w euro/mk.kw) powierzchni biurowych klasy A w Warszawie oraz w innych dużych polskich miastach nieznacznie spadały. W stolicy wynosiły ok. 19 euro/m. kw., a w 8 największych miastach wojewódzkich od 11 do 14 euro/m.kw. Czynsze w budynkach biurowych klasy B na największych rynkach także nieznacznie spadły. Umowy najmu podpisywane są zazwyczaj na kilka lat, zatem ewentualne zmiany w nowo podpisanych czynszach tylko nieznacznie wpływają na średnią z czynszów obowiązujących w danym okresie.
Pandemia COVID-19 dotknęła sektor nieruchomości w okresie szczytu koniunktury, kiedy zarówno sprzedaż, jak i ceny były na wysokim poziomie. Dotychczas jednak przedsiębiorcy z tej branży nie ucierpieli.

Gospodarka 48 godzin

Władza usuwa sędziów
Igor Tuleya to trzeci w tym roku sędzia, który został pozbawiony immunitetu za to, że nie przymykał oczu na naruszenia prawa przez Prawo i Sprawiedliwość. Karanie, a w konsekwencji usuwanie z zawodu sędziów, którzy bronią niezawisłości (co oznacza, że mogą też podejmować działania niemiłe obecnej władzy) oraz zastępowanie ich sędziami posłusznymi PiS-owi, to istota tzw. reformy sądownictwa, realizowanej przez obóz rządzący. Po pozbawieniu immunitetu można już zatrzymać sędziego Tuleyę, postawić mu zarzuty i odsunąć od orzekania. Sędzia stracił immunitet w wyniku decyzji zależnej od PiS, nielegalnej Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Dlatego zapowiedział, że nie stawi się dobrowolnie na przesłuchanie. Oświadczył, iż prokuratura będzie musiała go pozbawić wolności i doprowadzić siłą. I tak się zapewne stanie, bo ileż to roboty?. A PiS-owska telewizja „publiczna” efektownie pokaże i odpowiednio nagłośni zatrzymanie sędziego Tuleyi. „Postępowanie wobec sędziego Tuleyi to przykład rażącego naruszania reguł praworządności w Polsce. Pod dowolnymi zarzutami polityczna prokuratura i Izba Dyscyplinarna SN mogą odsunąć dowolnego sędziego, którego orzeczenia są niewygodne” – w ten sposób prof. Krystian Markiewicz, prezes stowarzyszenia sędziów Iustitia podsumował „reformę sądownictwa” prowadzoną przez PiS-owską władzę. .

Mamy kryzys
Polski produkt krajowy brutto w III kwartale 2020 r. zmniejszył się realnie o 1,5 proc. rok do roku, wobec wzrostu o 4,4 proc. w analogicznym kwartale 2019 r. – podał Główny Urząd Statystyczny. Wpłynęło na to obniżenie popytu krajowego o 3,2 proc. w skali roku (natomiast w II kwartale 2020 r. odnotowano zmniejszenie popytu krajowego o 9,9 proc.). Jednakże spożycie w sektorze gospodarstw domowych wzrosło o 0,4 proc., wobec spadku w II kw. 2020 r. aż o 10,8 proc. Nakłady brutto na środki trwałe (inwestycje) w III kwartale obniżyły się o 9,0 proc. (wobec spadku w II kw. o 10,7 proc.). Warto zwrócić uwagę, że trzeci kwartał w polskiej gospodarce był zauważalnie lepszy od drugiego. W porównaniu z poprzednim kwartałem, w III kwartale 2020 r. PKB zwiększył się realnie o 7,9 proc. W przemyśle wartość dodana brutto w III kwartale 2020 r. zwiększyła się realnie o 17,7 proc., w transporcie o 17,1 proc., a w handlu i naprawach o 15,3 proc. Natomiast wartość dodana brutto w budownictwie w III kwartale 2020 r. zmniejszyła się realnie o 2,9 proc., zaś w działalności finansowej i ubezpieczeniowej spadła o 3,7 proc.

Rynek pracy ucierpiał
Pandemia negatywnie wpływa na rynek pracy w Polsce. Wprawdzie stopa bezrobocia wciąż jest stabilna i wynosi według metodologii unijnej średnio około 3 proc., jednak dodatkowe wskaźniki pokazują zwiększone wykorzystanie zwolnień chorobowych i nasilenie pracy w niepełnym wymiarze godzin (wpływające na wysokość zarobków). Wzrosły również wskaźniki braku aktywności zawodowej, a najbardziej ucierpiała młodzież i kobiety. Potrzebne więc wsparcie aby ograniczyć wpływ drugiej fali pandemii na rynek pracy. Chodzi o ułatwienie powrotu do pracy grup najbardziej dotkniętych przez kryzys, aby uniknąć trwałego wzrostu strukturalnego bezrobocia – zauważają eksperci Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

Sztuka jako lokata

Na dziełach sztuki można zarobić, ale jest to rozwiązanie dla ludzi cierpliwych i takich, którzy nie dadzą się oszukać.
Z roku na rok kupujemy coraz więcej dzieł sztuki, traktowanych przez zamożniejszych Polaków jako niezła lokata kapitału. I coraz więcej za nie płacimy. Co ciekawe, pandemia koronawirusa nie tylko nie zahamowała tego procesu, ale nawet go przyspieszyła, czemu sprzyja permanentna już nieopłacalność odkładania pieniędzy w polskich bankach. – Przez ostatnich kilka lat jesteśmy świadkami nieustannego bicia rekordów. W roku 2019 rynek sztuki w Polsce znowu osiągnął najwyższe obroty, zbliżając się do 300 mln złotych. Odbyła się też rekordowa liczba 337 aukcji, a jeden z domów aukcyjnych przekroczył 150 mln złotych obrotu i zdobył ponad połowę rynku – mówi Rafał Kamecki, prezes portalu o rynku sztuki w Polsce Artinfo.pl.
W ciągu pierwszego półrocze 2020 r., czyli okresu, kiedy pandemia wywołała zawirowania w niemal każdej branży, sprzedaż sztuki wzrosła o niemal 30 proc. w stosunku do półrocza roku ubiegłego. Jeśli ten trend się utrzyma, to pod koniec tego roku znowu w naszym kraju osiągnięty zostanie historyczny wynik.
Choć w ubiegłym roku nadal rosło zainteresowanie kolekcjonerów sztuką współczesną, nastąpił też widoczny powrót do sztuki dawnej, która w latach wcześniejszych wyraźnie traciła na rzecz „klasyki nowoczesności”. To poniekąd zrozumiałe, gdy traktuje się sztukę jako lokatę kapitału. Malarstwo współczesne jest bowiem technicznie dużo łatwiejsze do sfałszowania, niż obrazy sprzed kilkuset lat – a tym samym wartość takiej podrobionej lokaty może okazać się równa zeru.
Ciekawe, że po raz pierwszy w 30-letniej historii rodzimego rynku aukcyjnego ranking najdroższych transakcji otwiera praca rzeźbiarska. Za grupę postaci „Caminando” Magdaleny Abakanowicz zapłacono ponad 8 mln złotych. Magdalena Abakanowicz zmarła trzy lata temu, więc jej dzieł już nie powstanie więcej, co sprzyja wzrostowi cen – o ile oczywiście mamy do czynienia z wybitnymi pracami. – Na całym świecie umacnia się tendencja, zgodnie z którą najdroższe obiekty artystyczne z roku na rok stają się coraz droższe – zaznacza Rafał Kamecki.
No i pomagają tu czasy kryzysu, które paradoksalnie oznaczają wyraźny wzrost cen i dochodów na rynku sztuki.

Gospodarka 48 godzin

Ministerstwo ds. reelekcji A.Dudy
Ministerstwo Finansów opóźnia przekazywanie informacji, mówiących o tym, jak pandemia koronawirusa wpłynęła na wpływy z podatku VAT. Prawdopodobnie mamy do czynienia z dużym załamaniem wpływów podatkowych, ale resort finansów zamierza podać te dane dopiero po drugiej turze wyborów. Chodzi o to, że ich opublikowanie przed wyborami zmniejszyłoby szanse Andrzeja Dudy na reelekcję – a przecież, wedle oficjalnej propagandy partyjno-rządowej, Polska znakomicie radzi sobie z kryzysem.

Nie pracuj w wakacje
Wakacyjny rynek pracy wygląda tak, że najwięcej ofert pracy jest na wschodzie Polski, a najmniej na południu oraz – o dziwo – w centrum. Redukcje etatów zapowiadają pracodawcy z pozostałych czterech regionów, gdzie plany rekrutacyjne są najniższe od 2008 roku. Generalnie, okres wakacyjny nie oznacza korzystnych warunków do poszukiwania nowej pracy, ponieważ ofert w całym kraju jest i będzie dużo mniej niż w ostatnich latach – co oznacza spadek liczby zatrudnionych. Ciekawe, że nie ma większego zapotrzebowania na pracę sezonową nad polskim morzem. Takie wyniki przynosi analiza przygotowana przez ManpowerGroup. Jeśli ktoś nie musi, niech więc nie traci czasu na szukanie roboty w lipcu i sierpniu lecz wypocznie i nabierze zdrowia, zanim jesienią koronawirus uderzy w nas z wzmożoną siłą – chyba, że chce się wybrać pod naszą wschodnią granicę. Dodatnia prognoza letniego zatrudnienia w regionie wschodnim wynika przede wszystkim z prężnie rozwijającej się tam branży przetwórstwa spożywczego, która mimo pandemii, notuje duże zapotrzebowanie na ręce do pracy. Producenci ze wschodnich województw Polski często zaś borykają się z brakiem kadr. Polska wschodnia to również obszar rolniczy, gdzie w sezonie letnim właściciele gospodarstw poszukują pracowników do pomocy przy zbiorach. Również przedsiębiorstwa z Dolnego Śląska i województwa opolskiego będą poszukiwać nowych pracowników, jednak już nie w takiej skali, jak to miało miejsce przed rozwojem koronawirusa. W tych regionach, gdzie wciąż szuka się pracowników, największe braki kadrowe, jak podaje ManpowerGroup, odczuwają obecnie właściciele magazynów, firm produkcyjnych, kurierskich i logistycznych, potrzebni są również niewykwalifikowani i wykwalifikowani pracownicy fizyczni, osoby do obsługi wózków widłowych z uprawnieniami. Pracodawcy poszukują również specjalistów IT i osób o specjalnościach technicznych. Mimo pandemii, nie maleje zapotrzebowanie na pracowników ze znajomością języków obcych. W cenie jest szczególnie niemiecki, francuski, hiszpański, włoski. Kandydaci, którzy biegle posługują się jednym z nich, a także językiem angielskim, w dalszym ciągu mogą liczyć na atrakcyjne oferty pracy. To zasługa dobrze rozwiniętego i dalej rozwijającego się sektora usług biznesowych w Polsce. Natomiast cięcia etatów zapowiadane na południu, wynikają z decyzji umiejscowionych tam firm produkcyjnych, szczególnie tych z branży motoryzacyjnej, które najbardziej odczuły skutki kryzysu. Brak ciągłości w utrzymaniu łańcucha dostaw, opóźnienia w transporcie komponentów spowodowały zatrzymanie produkcji, a co za tym idzie spadek obrotów i redukcję miejsc pracy. Oprócz tego producenci aut walczą ze zmniejszonym popytem na ich produkty Tak więc, najbliższy kwartał będzie trudnym okresem na rynku pracy. Sytuacja jest wciąż nieprzewidywalna i nie wiadomo, jaki będzie finalny wpływ pandemii na polską gospodarkę.

Drewniana dźwignia sukcesu

Meble z naszego kraju trafiają na wszystkie kontynenty, ale na wielkim rynku amerykańskim mają jeszcze sporo do zdobycia.
Polska to ważny producent mebli w skali światowej. Wartość rocznej produkcji naszej branży meblarskiej przekracza 10 mld euro. W Unii Europejskiej najwięcej producentów mebli w UE znajduje się we Włoszech i właśnie w Polsce. Od 2003 r. znajdujemy się niezmiennie w czołowej 10 pod tym względem.
Największy udział (46 proc.) w polskim eksporcie meblarskim mają szeroko pojęte meble do siedzenia (w tym również przekształcane w miejsca do leżenia), oraz elementy mebli.
W ubiegłym roku eksport mebli z Polski osiągnął wartość 13,1 mld euro (dane International Trade Centre, maj 2020). Główny odbiorca to Niemcy (4,5 mld). Zgodnie z raportem Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości„Strategia marki polskiej branży meblarskiej” (luty 2019) w ciągu ostatnich 10 lat najdynamiczniej rozwija się eksport polskich mebli do Czech, Holandii i USA. Spośród czołowych producentów mebli w Europie nasz kraj odnotowuje największą dynamikę wzrostu eksportu. Od 2006 do 2017 r. wyniosła ona 111 proc.
Polscy przedsiębiorcy, skoncentrowani na utrzymaniu międzynarodowej konkurencyjności, nie są jednak w stanie podjąć większego wysiłku na rzecz budowania silnej polskiej marki. Dobrze to pokazują wyniki badań przeprowadzonych pod nadzorem PARP na rynku niemieckim, czyli głównym importerze polskich mebli. Nasze rodzime produkty często są sprzedawane pod markami sklepów meblowych, w których są wystawiane. W ten sposób sklepy budują swoje marki, a klienci niemieccy nie mają świadomości, że urządzają swoje domy polskimi meblami. Wielu rozmówców nie było w stanie wymienić konkretnych polskich marek, choć zdawali sobie sprawę z tego, że Polska jest jednym z najważniejszych krajów produkujących meble. Odnotowano także rosnącą obecność polskich firm na targach meblowych, co świadczyć może o profesjonalizmie firm oraz jakości produktów (niekiedy jednak kwestionowanej przez rozmówców).
Jak zatem wzmocnić wizerunek polskich marek? Branża wskazuje, że kluczem jest organizacja narodowych stoisk na najważniejszych targach meblowych. Obecne programy rządowe nie dają takiej możliwości, a z uwagi na rozdrobnienie, nasze firmy nie mają wystarczającej siły, aby walczyć o markę. Stąd też pomysł Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli na wspólne stoisko i prezentację produktów polskich producentów podczas trzech edycji ważnych targów meblarskich w mieście High Point w Karolinie Północnej w Stanach Zjednoczonych. Pozwoli to na systematyczne budowanie relacji z partnerami biznesowymi i pozytywnego wizerunku polskiej branży meblarskiej.
Skąd ten wybór? Miejski kompleks targowo-wystawienniczy w High Point może poszczycić się ponad 100-letnią tradycją handlu meblami w Stanach Zjednoczonych. Każdego roku gromadzi profesjonalistów, designerów, architektów wnętrz i handlowców ze wschodniego wybrzeża USA. High Point odróżnia się od ośrodków targowych w Europie tym, że wystawy są rozmieszczone w niemal 160 obiektach na terenie całego miasta (łączna powierzchnia wystawiennicza wynosi ponad 1,1 mln mkw.), a miasto żyje głównie z organizowanych dwa razy do roku wystaw poświęconych branży meblarskiej. Udział w tych targach ma ogromny potencjał biznesowy, ponieważ wydarzenie jest obowiązkową pozycją w kalendarzu osób decydujących o wprowadzaniu mebli do sprzedaży w amerykańskich sieciach handlowych
Polskie firmy w poprzednich latach uczestniczyły już w targach w High Point. Teraz ma to być jednak nasze narodowe stoisko. Wspólny polski udział w tych targach zaplanowano na trzy edycje targów: kwiecień i październik 2020 r. oraz kwiecień 2021 r. Edycja kwietniowa nie doszła do skutku z powodu pandemii, zastąpiły ją targi wirtualne w maju. Co z październikiem 2020 r. – na razie nie wiadomo.
Wiadomo, że z naszym potencjałem eksportowym, polskie meblarstwo może coraz lepiej radzić sobie za oceanem. USA to ogromny rynek. To nie tylko meble do domów i mieszkań, lecz także biur, hoteli, restauracji oraz wszelkich obiektów użyteczności publicznej. Amerykanie najchętniej importują meble drewniane, siedziska tapicerowane z drewnianymi ramami (w tym krzesła), meble do sypialni oraz kuchni. Takie produkty znajdują się w ofercie licznych polskich producentów.
– Jeśli polscy wytwórcy poświęcą czas na to, by lepiej poznać i zrozumieć rynek amerykański (który jest zupełnie inny niż europejski!), a także dostosują się do nowej sprzedaży detalicznej związanej z pandemią, mają wielkie szanse na sukces. Warto uniknąć trzech błędów, które popełniają zagraniczni producenci, wchodząc na rynek amerykański: nie mają świadomości wielkości rynku, czasu potrzebnego na jego penetrację oraz kosztów z tym związanych. Z perspektywy produktu, polski rynek oferuje każdy rodzaj i styl mebli sprzedawanych w Stanach Zjednoczonych – podkreślił Jeff Holmes, amerykański specjalista zajmujący się rynkiem meblarskim.
O potencjale rynku amerykańskiego najlepiej świadczą liczby. Zgodnie z danymi US Census Bureau w latach 1992-2017 wartość sprzedaży detalicznej sklepów z meblami i artykułami wyposażenia wnętrz wzrosła o ponad 125,3 proc. (z 52,2 mld dolarów do 117,6 mld dolarów). Szacuje się, że w 2018 r. przekroczyła poziom 120 mld dolarów, a więc jest najwyższa w historii. Według U.S. Department of Commerce wydatki Amerykanów na meble i inne produkty wnętrzarskie w 2019 r. wzrosły o 2,8 proc. rok do roku, a w przedziale czasowym 2019-2024 prognozuje się wzrost na poziomie ok. 20 proc.
USA są głównym importerem mebli i artykułów dla domu. Jak czytamy w raporcie PKO Bank Polsk:i „Branża meblarska. Wzrost znaczenia polskich producentów na świecie” (luty 2019), w 2017 r. import amerykański stanowił aż 28,8 proc. importu globalnego. Amerykanie sprowadzają te produkty głównie z Chin (55 proc. importu amerykańskiego), Wietnamu (17 proc.), Kanady i Meksyku, (po 5 proc.) oraz z Włoch (3 proc). W stosunku do 2017 r. wzrost wartości importu meblarskiego z Polski do USA wyniósł w ubiegłym roku 7 proc., a np. z Włoch – 11 proc.
Nie jest zatem przypadkiem, że wybór padł właśnie na USA, czyli rynek o ogromnym potencjale dla polskich produktów. – Wybraliśmy Stany Zjednoczone, bo to właśnie na tym rynku potrzebujemy zaprezentować firmy z Polski jako silną grupę – powiedział Jan Szynaka, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli. – To także nowy model promocji, który pozwala połączyć potencjał firm z budowaniem wizerunku Polski jako kraju oferującego markowe produkty.
Jak twierdzą polscy producenci mebli, udział w projekcie OIGPM przyniesie uczestnikom kilka korzyści, które będą zapewne o wiele bardziej wymierne niż próby ekspansji na rynek amerykański każdego z nich oddzielnie. Przede wszystkim projekt daje możliwość wspólnej prezentacji potencjału polskich marek meblowych. Zarówno wśród kupców meblowych z tamtego regionu, jak i potencjalnych klientów detalicznych można budować świadomość, że Polska – jako silny europejski producent mebli – dysponuje nie tylko odpowiednim know-how i zapleczem technologicznym, lecz także świeżym i otwartym podejściem do wzornictwa i designu, tak by zaspokoić indywidualne potrzeby amerykańskiego odbiorcy.
Wspólne stoisko daje szansę na zaprezentowanie szerszego zakresu produktów oraz pokazanie ich w ciekawym i inspirującym kontekście. Staje się też polem wymiany doświadczeń, a także zdobywania nowej wiedzy o potrzebach, gustach i oczekiwaniach klientów z tego rynku. Odpowiednie zdefiniowanie grup docelowych oraz ich cech charakterystycznych pozwoli zaś na przygotowanie oferty w sposób bardziej trafny i precyzyjny.
Ważnym czynnikiem w wymianie handlowej są trudne obecnie relacje pomiędzy USA a Chinami. Przekłada się to na liczby: import z Chin do USA w 2019 r. spadł o 18,5 proc. rok do roku. Jednocześnie zaobserwowane duże wzrosty w przypadku innych krajów. Widać dominację zwłaszcza krajów azjatyckich, ale otwiera to jednak szansę dla innych rynków, w tym polskiego.
– Dla sprzedawców w USA Polska stanowi znaczące źródło zaopatrzenia. Od połowy lat 70. amerykańscy nabywcy mocno interesują się Azją, z której importowane są meble w dobrych cenach ze względu na niskie koszty pracy. Jednak i polscy producenci mają silne atuty, jakimi są styl mebli, cena, materiały, logistyka, obsługa dostaw. Tak więc czas jest sprzyjający – dodał Jeff Holmes.
Polska to drugi po Chinach eksporter mebli na świecie. Nie ma więc powodu, dla którego nie moglibyśmy podbić rynku amerykańskiego.

Towar dotknięty uważa się za sprzedany

Naprawa gwarancyjna telefonu komórkowego jest zjawiskiem równie możliwym, jak zorza polarna na równiku.

Mój znajomy czas jakiś temu wkurzał się, że wykupił sobie od operatora komórkowego usługę, w której zawarta była obietnica dostępu do jednego z kanałów filmowych. Była, a potem przestała być i operator w oględnych słowach kazał się koledze przenieść na drzewo w celu prostowania bananów. Tyle, że kumpel mógł w dalszym ciągu wchodzić do internetu, gadać i esemesować. A ja nie.
Won z salonu
Zdechła mi bowiem pięcioletnia komórka. Na amen. Koleżanka ma sprawną, ale ponieważ nie miała w niej jakiejś wymaganej w jej pracy funkcji, to kupiła sobie nową, a tę lunie mi za stówę. Kupuję. I dupa. Stara karta SIM nie pasuje. Do tego modelu pasuje tylko mniejsza.
Wchodzę na stronę Plusa i widzę, że za 25 zł wymienią mi ustrojstwo na nowe, pod warunkiem, że jestem właścicielem lub użytkownikiem. Co prawda właścicielem wszystkich komórek w domu jest żona, która bawi akurat na tygodniowym wyjeździe, ale użytkownikiem jestem jak najbardziej. Jadę parę kilometrów do punktu, który jest w stanie wymienić mi kartę. Tyle, że nie jest.
Panowie wyciągają jakiś kwit, gdzie jak byk stoi, że do wymiany karty SIM musi być właściciel. I kropka. To nic, że wymiana karty na taką, która wlezie do telefonu nie zmienia niczego. Zostaje ten sam numer i ten sam właściciel. I nieważne, że w dowodzie mam to samo co właścicielka nazwisko. Nawet adres ten sam. Regulamin teleoperatora jest jednoznaczny i każe mi się walić.
Gdyby nie ten wpis na stronie internetowej o bezproblemowej możliwości uzyskania mniejszej karty, nie marnowałbym, ani czasu ani paliwa. Zrobiłbym to, co zrobiłem po przyjeździe do domu. Znalazłem w sieci stronę na której opisano, w jaki sposób za pomocą kartki, ołówka, linijki i nożyczek przerobić dużą kartę SIM na małą. Po kwadransie, bez żadnej łaski sieci komórkowej nowy telefon już działał.
Komórkowy pas cnoty
Wkurw na Plusa jednak nie przechodził, ba spotęgował się, gdy po paru minutach od uaktywnienia smartfona dostałem SMS, że mogę sobie przez parę dni kogoś bliskiego poszpiegować za darmo. A potem już za kasę. Wystarczy, że przechwycę jego komórkę pod byle pozorem na jedną dobę, aby bez wiedzy tej osoby wyrazić SMS-em zgodę na inwigilowanie.
Sprawę znałem, bo opisywałem ją parę lat temu. I mimo ciśnięcia różnych rzeczników, inspektorów i nawet organizacji pozarządowych zajmujących się wolnościami obywatelskimi, nic się nie zmieniło. Każdy może inwigilować każdego. Mąż żonę, żona męża, chłopak dziewczynę, a pracodawca pracownika, który ma służbową komórkę. O każdej porze dnia i nocy ktoś zainteresowany gdzie dana osoba jest, dostanie jej namiar z dokładnością do 2 metrów. I to wszystko bez żadnych kołomyj z osobistym stawiennictwem, legitymowaniem się, podpisami wyrażającymi zgodę na inwigilację. Nic z tych rzeczy. Wysyłamy jednego SMS-a, a następnego dnia odpowiadamy SMS-em z komórki którą chcemy śledzić.
Taki myk można zamówić u wszystkich firm świadczących usługi komórkowe. Pod szczytnym i przez nikogo nie sprawdzanym hasłem ochrony dziecka. Bo prywatna inwigilacja hula pod nazwą „Gdzie jest dziecko”, ewentualnie „Gdzie jest bliski”.
Z notariuszem po telefon
Skrobnąłem do Plusa pytanie. „Czy Państwa Firma nie ma wątpliwości prawnych i etycznych umożliwiając ludziom wzajemnie się inwigilować ramach reklamowanej w sieci ofercie „gdzie jest dziecko”? No i pozwoliłem sobie na uwagę dotyczącą wymiany kart SIM.
Odpowiedział pan Arkadiusz Majewski. „Oferowane przez naszą sieć usługi są legalnie dostępnymi produktami. Usługa Gdzie jest bliski pozwala np. na lokalizowanie miejsca pobytu dziecka, do czego każdy rodzic ma prawo, czy starszych i chorych członków rodziny, którym może uratować zdrowie i życie. Aktywacja tej usługi odbywa się nie tylko na urządzeniu osoby lokalizującej, ale wymaga też potwierdzenia czyli zgody bliskiego, który ma być monitorowany”.
Zapomniał jednak dodać, jak odbywa się takie potwierdzenie i że to kpina z prawa do prywatności. Zwłaszcza w kontekście tego co pan z Plusa napisał w drugiej sprawie. Czyli „wymiana karty SIM jest dokonywana w punktach sprzedaży sieci Plus na zlecenie właściciela lub osoby pisemnie upoważnionej”. Oczywiście po wylegitymowaniu.
To jeszcze nic. Parę dniu później na jednej ze stron operatora telefonii komórkowej zniknęły zajawki o tym, że karty wymienić może właściciel lub użytkownik, a pojawiło się coś takiego „Kartę SIM możesz wymienić jeśli jesteś właścicielem numeru telefonu lub osobą pisemnie upoważnioną przez właściciela”. Gdyby jednak ktoś uwierzył i pobiegł z upoważnieniem współmałżonka na którego jest telefon, to gówno załatwi. Bo otóż na kolejnej stronie Plusa było coś innego „Kartę SIM możesz wymienić jeśli jesteś właścicielem numeru telefonu lub osobą pisemnie upoważnioną przez właściciela (pełnomocnictwo poświadczone notarialnie)”.
Bezpłatnie, czyli za 9 stów
Karta SIM nawet nowa, to i tak ledwie kilkadziesiąt złotych. Natomiast smartfon to z reguły gadżet za złotych kilkaset. Stąd, gdy żona która będąc od paru miesięcy posiadaczką spłacanego w abonamencie telefonu zaczęła rzucać kurwami, bo w czasie oglądania jakiejś bzdury z You Tube’a jej Samsung zamilkł, zgasł i w ogóle przestał ujawniać oznaki życia, powodów do stresu nie widziałem, bo wszak aparat miał 2 lata gwarancji.
Nerwy przyszły parę dni później, gdy pani z biura operatora, do którego padnięta komórka powędrowała, oddzwoniła informując, że bezpłatna naprawa gwarancyjna nie jest możliwa. A jak chcemy żeby Samsung był sprawny, to przyjemność ta będzie nas kosztowała 900 zł. Znaczy jakieś 2 stówy więcej niż wynosiła cena zakupu nówki. A dlaczego?
Bo „płyta główna nosiła ślady zawilgocenia co powoduje, że sprzęt gwarancji nie podlega”. Podczas odbierania od pani martwej komórki, operator udostępnił zdjęcie fragmentu tejże zmoczonej płyty wykonane przez serwisantów koreańskiego sprzętu.
Parę metrów od biura teleoperatora jest zakład komórki reperujący. Pan fachowiec widząc Samsunga w otoczeniu kwitów nie pytał o nic.
„Zawilgocenie pewnie znaleźli. Jak zawsze” – stwierdził. A potem opowiedział, że 90 procent sprzętu, który naprawia, to smartfony na gwarancjach zwrócone przez serwisy firmowe z powodu zawilgocenia albo uszkodzeń mechanicznych. Te drugie to nawet minimalne zadrapania albo pęknięcie szybki, które nie ma nic wspólnego z tym, że urządzenie nie działa, ale jest powodem do odmówienia bezpłatnej naprawy.
Dokładnie tak samo jest z wilgocią. Ta może się dostać do urządzenia nawet wtedy gdy przyjdziemy z telefonem z dworu i wejdziemy do zaparowanej kuchni lub łazienki. Ślady wilgoci się na płycie pod obudową pojawią. Tyle, że komórka będzie działała, bo woda nie uszkodzi żadnego w ważnych układów. Natomiast sam fakt, że wilgoć wniknęła w sprzęt, jest dla gwarancji dyskwalifikująca.
Pan fachowiec dodał też, że bardzo rzadko spotyka się z tym, że na skutek tej wilgoci komórka pada. Wystarczy wymienić jakąś duperelę, która odmówiła posłuszeństwa bez związku z wodą i urządzenie działa.
Użytkownik jest zawsze winny
Oczywiście w firmowych serwisach to wiedzą, ale narzucona im przez korporację procedura przewiduje, że zamiast bawić się z wymianą podzespołu, wkłada się do telefonu całą nową płytę. Dzięki temu serwis ma mało pracy, a właściciele komórek na gwarancji płacą za naprawę jak za zboże. Co jest o tyle istotne, że co miesiąc do autoryzowanych punktów serwisowych trafia ponad 100 tysięcy komórek. I niech tylko jedna trzecia okaże się nie do naprawienia, zmuszając właściciela do wydania kasy na nowy sprzęt, albo droższą od niego naprawę.
Tylko jedna trzecia, bo połowa komórek trafiających do serwisów wymaga najczęściej przeinstalowania lub aktualizacji. Parę procent to wady fabryczne, część napraw wykonywanych przez naprawiaczy sprzętu to wymiana gniazdek. Reszta zaś to usterki gwarancyjną naprawę uniemożliwiające – utopienie, przegrzanie bądź upadek. Ponieważ komórka służy do tego do czego służy, to nie ma siły, by po paru dniach, któraś z dyskwalifikujących gwarancję ewentualności nie wystąpiła. Wystarczy się spocić, lub czyszcząc gniazdko napluć do środka, by o gwarancji zapomnieć.
Najgorsze, że nie na sposobu, by z tym fantem coś zrobić. Jesteśmy uwiązani prawem unijnym. Z jednej strony daje nam to długie 24-miesięczne okresy gwarancji. Z drugiej musimy mieć te same co inni uregulowania prawne. Niemal rok temu sprawą zajął się nawet Parlament Europejski. I przyjął rezolucję z apelem, by sprzęt psuł się rzadziej, a jeśli już – to by części zamienne nie były zbyt drogie.
„Musimy sprawić, aby nie trzeba było wyrzucać telefonu, w którym zniszczona jest tylko bateria. Musimy upewnić się, że konsumenci wiedzą, jak długo urządzenia będą działać i jak można je naprawić” – krzyczał z trybuny europoseł Zielonych Pascal Duran, a jego wystąpienie przyjęto z aplauzem. I ze śmiechem ze strony producentów, bo choćby nie wiadomo jakie przepisy wymyślono, koncerny i tak wyjdą na swoje.
Bo przecież choć mamy UOKiK, mamy organizacje konsumenckie, mamy prokuraturę, policję i stada kontrolerów, to pana serwisanta firmowego możemy i tak jedynie w dupę pocałować.

Zaistnieć na rynkach wschodnich

Polscy przedsiębiorcy potrzebują konkretnych rad oraz podpowiedzi, które pomogłyby im w skutecznej ekspansji eksportowej na Wschód.

W dobie odmrażania gospodarki wielu przedsiębiorców poszukuje nowych rynków zbytu. Zrozumiałe, że niektórzy z nich myślą o tym aby swoje produkty bądź usługi sprzedawać za naszą wschodnią granicą. Nie ma problemu, aby rozwinąć import ze Wschodu. Nieporównanie trudniejsze jest jednak podjęcie na tym kierunku opłacalnego eksportu.
Wciąż niełatwo tak zorganizować działalność gospodarczą, aby pojawienie się na tym rynku miało sens i przekuło tę obecność na wymierny sukces. Tym bardziej, że eksporterzy nie mogą liczyć na jakąkolwiek pomoc ze strony rządu PiS.
Rosja jest jedną z największych gospodarek na świecie. Znajdują się tam firmy z całego globu. Aby pojawić się i odnieść sukces u naszych wschodnich sąsiadów należy znaleźć niszę na rynku lub zbudować konkurencyjną przewagę.Niewiele polskich firm wykorzystało naszą przewagę z lat 90- tych gdzie dla zachodniej konkurencji Rosja wydawała się jeszcze niezrozumiałym obudzonym niedźwiedziem. Dziś po 30 latach otwarcia rosyjskiej gospodarki zachodnie firmy mniej jej się boją, lepiej rozumieją i dlatego nie reagują już tak panicznie jak wcześniej na zachwiania rosyjskiej gospodarki, która podnosi się po każdym kryzysie jak feniks z popiołów. Każda branża ma swój potencjał w Rosji, a czasy kiedy rosyjscy „przemytnicy” przyjeżdżali z walizkami pieniędzy do Polski się skończyły – mówi Sebastian Sadowski-Romanov, prezes firmy Itro specjalizującej się w doradztwie eksportowym.
Aby na tym specyficznym rynku się odnaleźć i pozyskać partnerów biznesowych lub dystrybutorów należałoby wykonać kilka podstawowych kroków – wprawdzie dosyć naturalnych ale wcale niełatwych do skutecznego wykonania i bynajmniej nie dających pewności, że przyniosą oczekiwany efekt. Jak wszędzie, potrzebny jest także łut szczęścia, jednak szczęściu należy pomagać.

– Dziś jak polska firma chce wejść na rynek rosyjski to musi w to wejście zainwestować. Przygotować materiały w języku rosyjskim, pojechać na misję gospodarczą i wystawić się na targach. Wówczas mamy szansę na znalezienie partnerów na tym rynku, a w wersji idealnej powinniśmy otwierać tam swoje oddziały i fabryki jak uczyniły to TZMO S.A. (materiały opatrunkowe i higieniczne, kosmetyki) czy Cersanit S.A. (kafelki, ceramika sanitarna), którzy są dziś liderami w swoich sektorach na rynku rosyjskim – dodaje Sadowski-Romanov.
To są ogólne i oczywiste obserwacje, ale znacznie trudniej odpowiedzieć na pytania, jak to wszystko zrobić: jak zorganizować wyjazd na misję gospodarczą, na jakich targach się wystawić, co zrobić, by goście zainteresowali się naszym stoiskiem, jak zabrać się za tworzenie własnych oddziałów, z kim w tym celu należy rozmawiać? Takich właśnie, praktycznych rad oczekują nasi przedsiębiorcy.
Niektóre polskie branże mogą poszukać swoich szans jeszcze dalej, na rynku chińskim. Jest on jednak o wiele trudniejszy do zdobycia niż rynek rosyjski, bo Chiny same produkują niemal wszystko, z reguły lepiej niż Polacy, a na pewno taniej. Jednak produkujemy w Polsce produkty, które są w Chinach eksportowym hitem. Niektóre przedsiębiorstwa natomiast zdecydowały się na otwarcie tam swoich fabryk, dzięki czemu mogą znacznie skrócić łańcuch dostaw. Dobrym przykładem wejścia na rynek chiński jest firma Selena (chemia budowlana), która otworzyła tam własny zakład, nie tylko dla potrzeb taniej produkcji, ale właśnie ekspansji na tym rynku. W Chinach produkują także np. Sanok Rubber (pasy klinowe, uszczelki) czy Boryszew (borygo).
Chiny są ogromnym miejscem zbytu i niektóre z polskich firm zdobywają tam już swoje przyczółki, jednak idzie to raczej opornie.

-Chiński konsument szuka produktów o wysokiej jakości i znanej marce, szuka produktów luksusowych, a ja niestety nie mogę powiedzieć że Polska kojarzy mi się z luksusowymi produktami lub znanymi markami. Dlatego należy szukać swoich nisz w mniej popularnych miastach, poza Szanghajem i Pekinem bo tam jest już cały świat ze swoją ofertą. Chińskiej firmy szukają nowych technologii, inwestują w startupy. Więc jeżeli chcemy dziś wejść na rynek chiński to musimy czymś zaskoczyć chińskiego klienta. Naturalnym polskim hitem eksportowym na rynek chiński mogą być wyroby spożywcze i cukiernicze, ponieważ tak ogromny kraj trzeba wykarmić. Ogromny potencjał drzemie w tym rynku również dla producentów gier, ale tak jak z jedzeniem należy dostosować ofertę do rynku. Problemem jest odmienny od europejskiego gust i smak chińskich klientów co wymaga dostosowania produktów i opakowań do ich oczekiwań – zauważa Sebastian Sadowski-Romanov.
I tu także potrzebna byłaby podpowiedź, jak to wszystko zrobić: jak dobrze rozpoznać gust i smak klientów tak olbrzymiego kraju, jakie warunki muszą spełniać polskie produkty i opakowania, aby zaspokoić chińskie oczekiwania?. Na podobne, konkretne rady bardzo czekają polscy przedsiębiorcy.

Szansa dla polskich firm?

Eksporterzy z naszego kraju powinni szykować się na zmiany w globalnym łańcuchu dostaw.
Sytuacja, spowodowana izolacją chińskiej gospodarki, a następnie masową izolacją innych krajów, obnażyła globalne zależności od towarów z Państwa Środka. A to nie spodobało się wielu krajom wysoko rozwiniętym, a szczególnie Stanom Zjednoczonym.
Świat zrozumiał, że Chiny stały się nie tylko teoretycznie fabryką świata, ale w rzeczywistości kontrolują ogromne przepływy surowców i komponentów, potrzebnych w produkcji praktycznie we wszystkich znaczących gospodarkach.
Prezydent Trump wszczynając wojny celne z Chinami daje sygnał amerykańskim korporacjom do zmiany swoich dostawców i powrotu do produkcji na rynek amerykański. Rząd Japonii oferuje miliardy pomocy firmom, które wycofają się z Chin ze swoją produkcją. Obserwujemy wycofywanie się światowych koncernów z rynku chińskiego i próby przekierunkowania produkcji w inne miejsca.
Jest to szansa dla polskich przedsiębiorstw, aby właśnie w te zrywające się łańcuchy dostaw się wpisać i walczyć o nowe zamówienia, ale też o najnowsze technologie.
Gdzie strona polska powinna zacząć szukać nowych szans biznesowych? Z pomocą mogą przyjść dane statystyczne o obrocie w handlu międzynarodowym, który jest bardzo dobrze monitorowany poprzez dokumenty przewozowe i dokumenty celne. Mając dostęp do takich danych, można sprawdzić kierunki eksportu chińskich przedsiębiorstw lub wielkość importu danego kraju produktów z Chin, jakie wytwarzamy (sklasyfikowanych kodami celnym HS) .
Analizując takie dane widzimy, jakie kraje są znacznymi odbiorcami chińskich produktów. Analizując ich postawę wobec zaistniałej sytuacji, przedsiębiorcy mogą wyciągać wnioski o możliwych zmianach w łańcuchu dostaw – i właśnie na takie rynki kierować swoją ofertę. Przykładem może być artykuł, który ukazał się w chińskiej prasie, sugerujący możliwość narzucenia przemysłowi farmaceutycznemu utrudnień na sprzedaż komponentów do produkcji leków dla firm z USA (które w 70 proc. te komponenty sprowadzają z Chin).
Fabryki samochodowe niektórych koncernów, musiały wstrzymać produkcje, ponieważ większość części była produkowana w prowincji Hubei, której stolicą jest miasto Wuhan. Z powodu kwarantanny, która objęła całą prowincję, została również wstrzymana produkcja i dostawy komponentów wykorzystywanych w fabrykach produkujących samochody.
Mam nadzieję, że pomoc udzielona przez rząd polskim firmom pozwoli im na utrzymanie płynności i mocy produkcyjnych, aby wykorzystały moment zachwiania globalnej gospodarki i wykorzystały szanse, jakie niesie ze sobą obecny kryzys.
Tak jak stosunkowo łatwo jest wybudować nową fabrykę, tak znacznie trudniej jest do niej znaleźć wykwalifikowanych pracowników. Dlatego to właśnie polska gospodarka ma szansę na przejęcie części kontraktów, ponieważ jest ona, podobnie jak chińska oparta na produkcji, a nie na usługach jak wiele gospodarek zachodnich, które mają ograniczone zasoby ludzkie zdolne do wykonywania pracy fizycznej. Pokazuje to ostatnia sytuacja w Niemczech, związana z brakiem pracowników sezonowych na przykład do zbioru szparagów.

Pandemia mniej groźna na polu

Rolnictwo i rynek rolno-spożywczy w naszym kraju uniknęły zarażenia koronawirusem, ale brak rąk do pracy może spowodować utratę części zbiorów.

Polskie rolnictwo jest odporne na pandemię koronawirusa, gorzej może być z przemysłem rolno-spożywczym i handlem żywnością. Ale ograniczenia spowodowane pandemią nie doprowadziły dotychczas do zakłóceń na rynku artykułów rolno–spożywczych.
Polskie rolnictwo jest z punktu widzenia organizacji pracy tym działem gospodarki, który jest odporny na pandemię koronawirusa. Jak wiadomo skutecznych lekarstw i szczepionki nie ma, a najskuteczniejszym zabezpieczeniem przed zakażeniem jest izolacja.
W gospodarstwach rolnych niekorzystających z najemnej siły roboczej lub korzystających z niej tylko sporadycznie, możliwe jest niemal pełne odizolowanie pracującego lub ograniczenie kontaktów zawodowych do mieszkającej z nim rodziny. Gospodarstw takich jest w Polsce blisko 1,3 mln (90 proc. gospodarstw ogółem). Jednakże również w gospodarstwach osiągających produkcję standardową w wysokości co najmniej 400 tys. złotych rocznie (jest ich około 130 tys.) zarówno prace polowe, jak i obsługa zwierząt w zmechanizowanych oborach i chlewniach nie wymagają dużych zespołów; swoista „izolacja” jest zatem sytuacją normalną – zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich. Trudności przestrzegania zasady izolacji mogą występować przede wszystkim w wyspecjalizowanych pracochłonnych gospodarstwach, prowadzących uprawy „pod szkłem”, ale i w tym przypadku możliwe jest – przy właściwej organizacji pracy – zachowanie niezbędnego minimum ochrony.
Podstawowym niebezpieczeństwem z punktu widzenia organizacji produkcji rolnej jest brak pracowników sezonowych w tych gałęziach produkcji roślinnej, w których występuje spiętrzenie robót w bardzo krótkim okresie (przede wszystkim zbiór owoców, zwłaszcza jagodowych i niektórych warzyw). Co najmniej od kilku lat znaczną część tych prac wykonują pracownicy sezonowi z zagranicy. Ukraińcy, ale także Białorusini, Mołdawianie i Kazachowie. Szacuje się, że ich liczba wynosiła około 100 tys. rocznie. Są potrzebni w gospodarstwach różnej wielkości ekonomicznej, ale najprawdopodobniej przede wszystkim średniej (produkcja standardowa w granicach 100 – 400 tys. złotych). Formalności związane z ich zatrudnieniem nie są skomplikowane, zwłaszcza jeśli są obywatelami Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji lub Ukrainy. Powszechnie stosowana jest procedura oświadczenia. W tym trybie cudzoziemiec otrzymuje zezwolenie na pracę przez okres nie dłuższy niż 9 miesięcy w roku kalendarzowym.
Ten dobrze funkcjonujący system został zawieszony w związku z epidemią. Konsulaty od 16 marca nie przyjmują wniosków o wydanie wiz. Wprawdzie do Polski mogą nadal wjechać m.in. cudzoziemcy posiadający prawo stałego lub czasowego pobytu na terytorium Polski, ale po przekroczeniu granicy muszą odbyć 14-dniową domową kwarantannę. Procedura ta miała obowiązywać do 3 maja, ale została 26 kwietnia bezterminowo przedłużona. Gospodarstwa zatrudniające sezonowo cudzoziemców, mogą zatem pozostawić w maju na polu przynajmniej część zbiorów niektórych warzyw i owoców jagodowych, przede wszystkim truskawek i szparagów.
Znacznie mniej odporna na pandemię jest organizacja pracy w przemyśle rolno–spożywczym. Przedsiębiorstwa te otrzymały, tak jak wszystkie przedsiębiorstwa przemysłowe, szczegółowe zalecenia Głównego Inspektora Sanitarnego, na które składają się procedury zapobiegawcze, wdrażane w przypadku podejrzenia, że pracownik jest zakażony koronawirusem, oraz ograniczające rozpowszechnianie się wirusa, wdrażane w przypadku jego zdiagnozowania u jednego z pracowników.
Wszystkie te procedury wpływają na funkcjonowanie przedsiębiorstwa. Niewątpliwie najpoważniejsze są konsekwencje po stwierdzeniu zakażenia. Obowiązkowa jest dezynfekcja pomieszczeń w których przebywał zakażony pracownik i ustalenie, czy nie powinno nastąpić wyłączenie części budynku. Możliwe jest również zamknięcie zakładu decyzją administracyjną. Pracownicy, którzy mieli bezpośrednią styczność z zakażonym, powinni wstrzymać się od pracy w ciągu dwóch tygodni. Groźba zamknięcia choćby na kilka dni jest niezwykle poważnym zagrożeniem organizacyjnym i finansowym.
Świadomość, że izolacja jest najskuteczniejszym zabezpieczeniem przed zakażeniem, spowodowała liczne ograniczenia i zakazy w sferze handlu i usług. Jednakże równocześnie było oczywiste, że handel żywnością, zwłaszcza detaliczny, musi nadal funkcjonować w taki sposób, aby klienci mogli swobodnie dokonywać zakupów. Placówki handlu żywnością zostały więc zobowiązane do skrupulatnego przestrzegania przepisów sanitarnych i higienicznych, zapewnienia klientom rękawiczek jednorazowych oraz do ograniczenia liczby kupujących, znajdujących się równocześnie w sklepie (lub przy straganie!).
Wprowadzone ograniczenia nie doprowadziły do trwałych zakłóceń na rynku artykułów rolno–spożywczych, a paniczne zakupy trwały tylko kilka dni. Nie dopuszczenie do pustych półek świadczy o dobrej organizacji polskiego handlu żywnością, zarówno hurtowego, jak i detalicznego oraz przemysłu rolno–spożywczego. W opanowaniu paniki niemały wpływ mieli również pracownicy, narażeni na zakażenie ze względu na nieuniknione kontakty z klientami.
Najbardziej przestraszeni koronawirusem byli chyba sprzedawcy na lokalnych bazarach; w pierwszych dniach po ogłoszeniu zagrożenia epidemicznego na niektórych większość stoisk była zamknięta.
Obecnie większość ważnych kanałów zbytu funkcjonuje jak przed okresem pandemii. Skup zwierząt rzeźnych i mleka odbywa się normalnie (niskie ceny skupu mleka są przede wszystkim wynikiem wzrostu dostaw do mleczarni). Również rynki hurtowe (Bronisze, Franowo i inne), które są najważniejszymi pośrednikami między rolnikami a detalicznym handlem owocami i warzywami, funkcjonują bez większych zakłóceń, choć w pierwszych dniach zagrożenia epidemicznego kolportowano następnie dementowane plotki o ich zamknięciu.
Podstawowe branże przemysłu rolno – spożywczego, w tym mleczarski i mięsny zapewniają regularne dostawy, choć niewątpliwie mają różne kłopoty organizacyjne. Najsłabszym ogniwem handlu okazały się nie tylko ze względów sanitarnych lokalne targowiska, stanowiące zarówno w dużych jak i mniejszych miastach ważną część handlu. Jednakże na ogół dość sprawnie usunięto najważniejsze mankamenty i nie nastąpiło ich zamknięcie.