Można dostać kota

Polska ekonomika na czworonogach stoi? Wpływ zwierząt domowych na gospodarkę w naszym kraju będzie się ponoć sukcesywnie zwiększać.

W Unii Europejskiej najpopularniejszym zwierzęciem domowym jest kot. Mieszkańcy UE mają w sumie 74 miliony kotów, a psów o około 8 mln mniej (dane FEDIAF, organizacji reprezentującej europejski przemysł spożywczy dla zwierząt domowych).
Mimo to, odwieczna walka o zainteresowanie pomiędzy psem i kotem nie jest przesądzona.

Do zabawy, obrony i jedzenia

W Polsce akurat palmę pierwszeństwa dzierży pies. FEDIAF szacuje ich liczbę na 7,5 mln, a kotów o milion mniej.
W USA, gdzie zwierzęta domowe ma prawie 70 proc. gospodarstw domowych, także wygrywają psy.
W Azji – również miejsce na najwyższym stopniu podium zajmuje najlepszy przyjaciel człowieka.
Pozostawiając kwestię zwycięstwa nierozwiązaną, warto przyjrzeć się, jaki wpływ na gospodarkę mają zwierzęta domowe?
Fakt, że w około połowie wszystkich gospodarstw domowych (badanie GFK Global), tak w krajach rozwiniętych jak i rozwijających się właściciele mają jakieś zwierzę (prócz kota czy psa, są to ptaki, rybki, małe ssaki czy małe gady), musi wywierać wpływ na gospodarkę.

Coraz większe wydatki

Według danych firmy badającej rynek Euromonitor International oraz Amerykańskiego Stowarzyszenia Produktów dla Zwierząt Domowych (APPA) globalnie na żywność i produkty dla zwierząt domowych wydano 106,3 miliardów dolarów w 2016 r. Około 40 proc. tej kwoty przypada na Stany Zjednoczone.
Należy jednak zauważyć, że szacunki nie obejmują usług (zwłaszcza weterynaryjnych), a także pośrednich skutków gospodarczych, które są wielokrotnie większe.
W 2017 r. centrum analiz regionalnych amerykańskiego uniwersytetu George Mason przygotowało szeroką analizę przemysłu związanego ze zwierzętami domowymi.
Wynika z niej, że nasi pupile generują ok. 32 mld dolarów przychodów dla producentów żywności – licząc wyłącznie asortyment dla kotów oraz psów w USA. Do tego również dochodzą wpływy klinik weterynaryjnych – ponad 20 mld dol.
Z kolei 4 mld dolarów domowe zwierzęta przynoszą sektorowi nieruchomości komercyjnych (chodzi o sklepy, gabinety, „hotele”) oraz kolejne 4 mld dol firmom farmaceutycznym.
Ogólnie, bezpośredni i pośredni (poprzez oddziaływanie np. na rolnictwo, transport, wykorzystanie surowców, usługi ubezpieczeniowe) wpływ zwierząt domowych na amerykańską gospodarkę, według badań zamieszczonych w publikacji „Wpływ gospodarczy przemysłu dla zwierząt domowych w Stanach Zjednoczonych” wynosił w 2015 r. około 220 mld dolarów i przyczynił się do stworzenia 1 miliona miejsc pracy.

Rynek pod psem

Chociaż wydatki na produkty i usługi związane z naszymi czworonożnymi czy skrzydlatymi przyjaciółmi są w Polsce znacznie skromniejsze niż w USA, to jednak ich wzrost jest znaczący.
Euromonitor International oblicza, że roczne przychody producentów żywności i akcesoriów w naszym kraju to około 750 mln dolarów (2,85 mld zł). Kwota ta nie obejmuje jednak usług i pośredniego wpływu na gospodarkę. Jak szacuje portal Cinkciarz.pl, bez problemu można ją, chociażby na podstawie badań w USA, ocenić na kilkanaście mld złotych. Dodatkowo według Euromonitor International, w latach 2011-2016 rosła ona każdego roku o 6,5 proc.
Zgodnie ze światowymi tendencjami handel artykułami dla zwierząt domowych migruje w stronę internetu. W Chinach już około 40 proc. produktów dla pupili jest sprzedawana online, w Polsce około 10 proc.

Ubezpiecz czworonoga

Rynek żywności dla zwierząt, podobnie zresztą jak dla ludzi, podąża w kierunku droższych, naturalnych posiłków. Zaczynają one być hipoalergiczne, wolne od produktów modyfikowanych genetycznie czy glutenu. Na niektórych rynkach pojawiają się również produkty Bio.
W przypadku usług, coraz wyższe standardy, ale również i koszty, występują w klinikach weterynaryjnych.
W USA czy Niemczech zaczynają być popularne prywatne ubezpieczenia zdrowotne, które za kwotę kilkuset dolarów albo euro rocznie pozwolą na najlepszą możliwą opiekę medyczną dla zwierząt domowych.

Co wypije Polak po podwyżce?

Optymiści (czyli resort finansów) uważają, że po wzroście VAT-u na napoje owocowe zwiększy się konsumpcja soków. Pesymiści (producenci napojów owocowych) są zdania , że zaczniemy pić coraz więcej niezbyt zdrowych gazowanych słodkich trunków.

Ponad 22 mld zł wynosi obecnie wartość polskiego rynku soków, nektarów i napojów owocowych, z tendencją wzrostową. W przyszłym roku może on urosnąć do 24 mld złotych.
Najlepiej sprzedającym się produktem z tej grupy jest woda mineralna, drugie miejsce zajmują rozmaite napoje gazowane, zaś trzecie, soki, nektary i napoje owocowo-warzywne. Wartość tej ostatniej części rynku to ok. 5,9 mld zł. Z tej kwoty połowę (czyli niespełna 3 mld zł) stanowią napoje owocowe i owocowo-warzywne. I o ich opodatkowanie toczy się właśnie spór.
Jak planuje Ministerstwo Finansów, jedna stawka dla wszystkich soków i napojów owocowych zostanie – od początku przyszłego roku – zmieniona na trzy stawki, uzależnione od rodzaju napoju. Według najnowszych zamierzeń Ministerstwa Finansów, soki spełniające wymogi dla nich przeznaczone, w dalszym ciągu opodatkowane będą 5-procentowym VAT-em. Wzrośnie VAT na nektary (o 3 p. proc.), do 8 proc., oraz na napoje owocowo-warzywne (aż o 18 p. proc.), do 21 proc.
Można zrozumieć intencje resortu finansów, oprócz tych czysto fiskalnych. Choć sprzedaż soków w Polsce rokrocznie się podnosi, to wciąż ustępują one napojom i stanowią 38 proc. całej sprzedaży tych trzech trunków. Nektary stanowią 12 proc. struktury spożycia, a napoje 50 proc. Resort zakłada, że po takiej zmianie VAT-u napoje owocowo-warzywne staną się znacznie droższe, a wiec ludzie chętniej zaczną kupować, dużo bardziej wartościowe, soki.
Polacy są w czołówce społeczeństw konsumujących soki, nektary i napoje. Przeciętny mieszkaniec naszego kraju wypija ich 35 litrów w ciągu roku.
Jest to więcej, niż średnia europejska. Z porównywalnych wielkością krajów, więcej tego rodzaju trunków niż piją jedynie Niemcy.
Rzecz jednak w tym, że jak wspomniano, soki stanowią zaledwie 38 proc. konsumpcji całej grupy tych trunków.
Polska jest też ważnym producentem owoców. Pod tym względem w Unii Europejskiej nasz kraj ustępuje jedynie Włochom, Hiszpanom, Grekom i Niemcom. W przypadku wielu rodzajów owoców jesteśmy liderami na rynku. Tak jest w przypadku jabłek, których Polska produkuje najwięcej w Unii Europejskiej, a na świecie ustępuje jedynie Chinom.
Unijnym liderem Polska jest także w produkcji malin, wiśni, porzeczek, aronii, borówki wysokiej. Czołowe miejsca polscy producenci zajmują również w produkcji truskawek (ustępując w UE jedynie Hiszpanii), agrestu i aronii.
Rocznie produkuje się u nas 300 tys. ton zagęszczonego soku jabłkowego oraz 40 tys. ton zagęszczonych soków z tzw. owoców kolorowych. Ponad 100 tysięcy gospodarstw rolnych uprawia drzewa owocowe. To wszystko sprawia, że przetwórstwo owocowo-warzywne jest ważną i eksportową częścią polskiego przemysłu spożywczego. Udział polskiego rynku w sprzedaży wynosi 6 proc. całej sprzedaży UE.
Producenci napojów owocowych alarmują, że żądana przez resort finansów zmiana może spowodować bardzo niebezpieczne skutki dla rynku napojów owocowych i sadowników.
Uważają oni, że konsumenci nie akceptujący podwyższonych cen na napoje owocowo-warzywne, mogą częściej wybierać różne trunki gazowane, które po planowanej podwyżce będą do kupienia dużo taniej od napojów owocowych.
Producenci napojów, dla zminimalizowania kosztów podwyżki podatków, mogą zaś obniżać jakość swoich produktów zmniejszając zawartość soku (z 20 proc. do nawet 10 proc. lub mniej), co wpłynie na ich wartości odżywcze (oraz dodatkowo, na zmniejszenie zapotrzebowania na owoce i warzywa).
Wbrew opinii Ministerstwa Finansów proponowana podwyżka VAT nie wpłynie na poprawę jakości płynów kupowanych przez Polaków, a wręcz przeciwnie – sprawi, że zwiększy się udział w rynku słodzonych napojów gazowanych – ocenia Warsaw Enterprise Institute.
Zarówno producenci napojów jak i WEI, uważają, że klienci, z niewiadomych powodów nie zaczną trochę chętniej konsumować soków, które po zmianie VAT-u staną się przecież relatywnie tańsze w porównaniu z napojami. A soków, które są najcenniejsze dla zdrowia, Polacy wciąż przecież piją za mało. Mogłaby ich do tego zachęcić właśnie podwyżka VAT-u na napoje owocowe.
Sok otrzymuje się z owoców i warzyw. Zakazane jest dodanie do niego cukru, słodzików i innych substancji słodzących, barwników, konserwantów oraz wszelkich aromatów, za wyjątkiem tych powstałych z owoców i warzyw, z których sok jest wyprodukowany. Czyli, czysta natura. Dosłodzenie dozwolone jest jedynie w przypadku soków owocowo-warzywnych. Soki mogą być natomiast wzbogacone w witaminy i sole mineralne – dzięki czemu będą jeszcze zdrowsze.
Sok należy odróżnić od nektaru, który musi zawierać minimum od 25 proc. do 50 proc. soku bądź przecieru z owoców i warzyw. Pozostałą częścią nektaru może być woda, cukier, miód, czasami kwas cytrynowy. Podobnie jak w przypadku soków, do nektarów nie można dodawać barwników i konserwantów oraz aromatów innych, niż uzyskany z owocu bądź warzywa, z którego powstaje produkt. Procentowa obecność soku różni się w zależności od rodzaju nektaru. W przypadku nektaru z jabłek, ananasa czy brzoskwini udział soku musi wynosić co najmniej 50 proc. Mniej soku (min. 25 proc.) mogą zawierać nektary z owoców, z których nie produkuje się soków, bo byłyby za kwaśne lub zbyt intensywne i niesmaczne. To np. czarna porzeczka czy wiśnia.
Najszersza – i z największą gamą dodatków – jest grupa napojów. W Polsce mamy ich dwa rodzaje: napoje owocowo-warzywne z minimum 20-proc. zawartością soku czy przecieru, oraz pozostałe napoje (w tym gazowane) o dowolnym smaku, z zerową lub nieznaczną zawartością soku. Można dodawać do nich substancje, które zakazane są w przypadku soków i nektarów (sztuczne barwniki, aromaty, ulepszacze smaku). Nawet jeśli do 100-proc. soku owocowego doda się np. przyprawy bądź ich ekstrakty, to z prawnego punktu widzenia nie będą to już produkty określane mianem soków.

Na stacjach wciąż jest drogo

Są powody, by protestować przeciwko wysokim cenom paliw. Niewykluczone bowiem, że mamy do czynienia ze zmową producentów.

 

Różnica pomiędzy ceną rynkową i detaliczną paliw w Polsce jest obecnie największa od kilkunastu lat.
Na europejskim rynku notowania popularnej 95-ki są na najniższym poziomie od prawie półtora roku, a kierowcy w ogóle tego nie odczuwają. Protesty związane z wysokimi cenami diesla czy benzyny mogą więc być uzasadnione.
Do protestujących kierowców we Francji oraz w Bułgarii zaczynają dołączać inni. Rozgoryczenie zbyt wysokimi cenami paliw dotyka konsumentów i przedsiębiorców w Belgii. Mogą do nich dołączyć Polacy, a także i Niemcy, którzy planują unikać wizyt na stacjach benzynowych w jeden dzień, by ty samym zamanifestować swoje niezadowolenie ze zbyt wysokich cen paliw.

 

Tylko 8 groszy

Pomijając różnice w podatkach w poszczególnych krajach, trzeba zastanowić się, dlaczego mimo obniżki hurtowych cen benzyny czy oleju napędowego, ceny detaliczne obniżają się wyjątkowo wolno lub wcale.
Litr benzyny na europejskim rynku hurtowym ARA (Amsterdam-Rotterdam-Antwerpia) kosztuje średnio jedynie odpowiednik 1,41 zł, czyli najmniej od lipca 2017 r. Wartości z holenderskich czy belgijskich rafinerii wyznaczają ceny na Starym Kontynencie w tym oczywiście w Polsce.
Notowania ARA nie zawierają podatków i marży detalicznej oraz hurtowej, ale przez ostatnie dwa miesiące spadły już o 70 gr na litrze.
Średnia cena detaliczna w Polsce obniżyła się natomiast zaledwie o 8 gr i według danych Komisji Europejskiej litr benzyny w naszym kraju kosztuje 5,04 zł.

 

Nożyce się otwierają

O tym, że zbyt wolne, lub żadne, są obniżki na stacjach paliw, najlepiej mówi różnica pomiędzy ceną detaliczną i rynkową. Zwykle waha się ona w okolicach 3,00-3,20 zł za litr (zawierając marże oraz podatki). Teraz różnica ta sięga 3,63 zł i jest największa w Polsce od przynajmniej 10 lat.
Bardzo podobnie sytuacja wygląda z cenami diesla. Olej napędowy na europejskim rynku ARA jest oferowany za 1,9 zł za litr, podczas gdy w Polsce na stacjach kosztuje przeciętnie 5,27 zł, według danych Komisji Europejskiej. Różnica pomiędzy detaliczną i hurtową cena diesla jest obecnie u nas największa przynajmniej od 2004 r. – czyli od początku publikowania tych danych przez KE.

 

Niski poziom Renu i inne kłopoty

W ostatnim czasie było sporo wytłumaczeń, dlaczego cena detaliczna paliw zbyt wolno reaguje na zmiany hurtowe.
Oprócz wysokich cen ropy we wrześniu i na początku października, mieliśmy także rekordowo długie przestoje w europejskich rafineriach. Gdy paliwo w hurcie zaczęło jednak tanieć, pojawiły się problemy logistyczne związane z niskim poziomem rzek w Niemczech (paliwa są transportowane m.in. Renem do szeregu landów), co utrudniało dostawę do końcowych odbiorców.
Niemcy i Szwajcarzy musieli uruchomić strategiczne rezerwy paliw i korzystać z alternatywnych źródeł dostaw, co podnosiło ceny na całym kontynencie – a być może nawet i na świecie, bo olej napędowy jest drogi również w USA.
Niewykluczone jednak, że koncerny naftowe zaczynają wykorzystywać te problemy i celowo utrzymywać wysokie ceny. Wydanie online Der Spiegel, które informowało o protestach w Niemczech, cytowało również stanowisko ADAC (niemieckiego automobilklubu), które zwracało uwagę, że ceny detaliczne paliw rosły, gdy szczyt notowań ropy był już za nami. ADAC podkreślał także konieczność większej konkurencji zarówno na etapie wydobycia ropy, jak i jej przerobu – zauważa portal Cinkciarz.pl.
Jeżeli sytuacja na hurtowym rynku paliw się dramatycznie nie odwróci i niskie ceny się utrzymają, to za dwa, trzy tygodnie średnio powinniśmy płacić za benzynę w granicach 4,50-4,60 zł/litr. Diesel także powinien względnie szybko zmierzać do granicy 5,00 zł za litr.
Jednakże w przypadku braku spadków cen w okolice tych wartości, trzeba będzie już mówić o poważnym problemie na rynku detalicznym paliw w Polsce.

Bezprawie na rynku pracy

W Polsce trwa debata na temat łamania praworządności przez rząd. Opozycja słusznie zwraca uwagę na rozmontowywanie fundamentów państwa prawa. Zarazem mało kto zwraca uwagę, że od lat polski rynek pracy opiera się na masowym łamaniu prawa pracy i ani koalicja PO-PSL, ani ekipa PiS-owska nie robią wiele, aby ograniczyć skalę patologii.
Polska stoi umowami śmieciowymi, które powinny być etatami. Państwowa Inspekcja Pracy co roku wskazuje, że 15-25 proc. umów zleceń zgodnie z przepisami prawa powinno być standardowymi umowami. Dziesiątki tysięcy niestabilnych, nieetatowych miejsc pracy w gastronomii, handlu, ochronie to kpina z prawa pracy i brutalny wyraz przyzwolenia władzy na bezprawie. Nielegalne śmieciówki od niedawna przenikły też nawet do takich branż jak górnictwo, transport czy służba zdrowia, gdzie brak limitów czasu pracy i przepisów BHP może być groźny dla pracowników i odbiorców usług. Niestety kolejne rządy nie robią praktycznie nic, aby przeciwdziałać olbrzymiej skali patologii, a brutalnym przykładem bezprawia za obecnej władzy jest to, co się dzieje w PLL LOT, gdzie piloci i stewardessy są przyjmowani do pracy już wyłącznie w ramach samozatrudnienia.
Również skala nieprzestrzegania przepisów o płacy minimalnej jest gigantyczna. Według niedawnych badań PIP blisko 30 proc. firm łamie przepisy o minimalnym wynagrodzeniu, a rząd zamiast podjąć walkę z bezprawiem, przyjął ustawę o zatrudnieniu sezonowym, która pozwala legalnie płacić 2 zł za godzinę pracy.
Tysiące pracodawców nie wypłaca pensji na czas, a PIP jedynie odnotowuje gigantyczną skalę patologii. Nawet nie podaje informacji o liczbie firm, które wypłacają odsetki za opóźnienia w wypłacie wynagrodzenia, bo w Polsce nikt ich nie płaci.
Szara strefa? Eksperci się spierają co do jej zasięgu, ale wiadomo, że dotyczy ona co najmniej kilkuset tysięcy pracowników. Wielu zatrudnionych w handlu, ochronie czy gastronomii zarabia w ramach umowy głodowe stawki, a część wynagrodzenia otrzymuje pod stołem. Oczywiście w ten sposób pracownik jest zdany na łaskę i niełaskę pracodawcy, często nie dostając żadnego wynagrodzenia albo otrzymując tylko część umówionej kwoty.
Również skala mobbingu na polskim rynku pracy jest gigantyczna. Według niedawnego sondażu panelu Ariadna aż 28 proc. pracowników uważa, że jest mobbingowanych, a tymczasem w procesach o mobbing co roku wygrywa zaledwie… kilkadziesiąt osób. Niestety w Polsce zwycięstwo w sprawie o mobbing graniczy z cudem, a PIP nawet nie monitoruje zjawiska, nie mówiąc o zwalczaniu go. Trudno się temu dziwić, skoro Kodeks Pracy nie daje praktycznie żadnych instrumentów w walce z mobbingującymi pracodawcami.
Najwyższy czas, aby zająć się w Polsce przywracaniem praworządności – tak odnośnie sądownictwa, jak też rynku pracy.

Owocowa ośmiornica łasa na kasę

Od lat nie udaje się ucywilizować relacji na polskim rynku rolnym. Każdy ciągnie w swoją stronę, a w grę wchodzą niemałe pieniądze.

 

Klienci z Podkarpacia płacili 10,50 zł za kilogram malin, który w tym samym czasie kosztował trzy razy więcej w Zachodniopomorskiem – zauważył Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Może w Zachodniopomorskiem i zarabia się więcej – ale chyba nie aż trzy razy tyle co w Podkarpackiem.
To jeden z wyników analiz cen na rynku owoców i warzyw prowadzonych przez Inspekcję Handlową i UOKiK. Taka analiza dostarcza może wiedzy o cenach, ale poza tym nic z niej nie wynika, bo ani IH, ani UOKiK nie są w stanie zmieniać cen owoców na bazarach.

 

Przewaga jednej strony

Już więcej sensu mają kontrole przetwórców, w której UOKiK sprawdza, czy nie doszło do wykorzystania przewagi kontraktowej wobec mniejszych dostawców owoców.
W wyniku jednej z takich kontroli urząd postawił zarzuty firmie T.B. Fruit Polska, podejrzewanej o wykorzystywanie przewagi wobec sadowników.
Jest to jedna z największych firm skupujących owoce i produkujących koncentrat jabłkowy w Polsce. Osiągnęła ona w ubiegłym roku obrót przekraczający sto milionów złotych. Przetwarza również wiśnie, maliny, aronię, truskawki oraz czarną porzeczkę.
Urząd podejrzewa, że przedsiębiorca wykorzystuje swoją przewagę kontraktową wobec dostawców.
– Z naszych informacji wynika, że spółka T.B. Fruit nie dotrzymuje ustalonych przez siebie terminów płatności. Choć w umowach zobowiązuje się do zapłaty w ciągu 30 dni, to w rzeczywistości rolnicy otrzymują pieniądze znacznie później. Zwłoka wynosi nawet do 200 dni – mówi prezes UOKiK Marek Niechciał.
Zgromadzony do tej pory materiał dowodowy wskazuje, że spółka wydłuża terminy płatności wobec wielu dostawców, co potwierdza przypuszczenie iż w Polsce jest to praktyka stosowana powszechnie.
Dla rolników brak zapłaty w ustalonym terminie może oznaczać utratę płynności finansowej i poważne kłopoty finansowe, dla firmy – jest darmową formą kredytowania swej działalności. Mogło tu więc nastąpić istotne naruszenie interesów dostawców owoców.
Kara za wykorzystywanie przewagi kontraktowej może wynieść do 3 proc. obrotu przedsiębiorcy. Do końca postępowania wobec firmy, którą wzięli na ząb kontrolerzy, jeszcze jednak daleko.

 

Jabłkowy łańcuch

UOKiK już od dłuższego czasu bada relacje punktów skupu z rolnikami i największymi podmiotami z branży przetwórstwa owoców. Sprawdza, czy ceny i warunki oferowane przez punkty skupu wynikają z sytuacji rynkowej, czy z polityki tych firm i naśladownictwa cenowego.
– Badamy, z pomocą Inspekcji Handlowej, zależności pomiędzy niskimi stawkami w skupach a wysoką ostateczną ceną, jaką płaci konsument w sklepie, czy na bazarze. Chcemy ustalić, na którym etapie sprzedaży dochodzi do podniesienia ceny – dodaje prezes Niechciał.
Z analiz – zgódźmy się, że niezbyt odkrywczych – UOKiK wynika, że jednym z rynków wrażliwych na zmiany cen będzie w tym roku produkcja jabłek. To oczywisty wniosek, bo skoro jabłka są głównym produktem owocowym w Polsce, trudno by branża ta była całkowicie wolna od zawirowań cenowych.
Okres wzmożonego skupu jabłek przypada na czas od sierpnia do listopada. Przewidywania zakładają, że zbiory w tym roku będą zdecydowanie wyższe niż w ubiegłym.
Charakterystyczny dla rynku jest podział na jabłka delikatesowe – przeznaczone do bezpośredniego spożycia, oraz przemysłowe (soki i przetwory) gdzie trafia ok. 60 proc. zbiorów. I właśnie w przypadku jabłek przemysłowych dochodzi najczęściej do nieprawidłowości na poszczególnych ogniwach łańcucha dostaw i opóźnień w regulacji zobowiązań.

 

Pięć miesięcy czekania

Inną firmą, której działalność wzbudziła zastrzeżenia UOKiK jest spółka Döhler, przeciw której także zostało wszczęte postępowanie. Jest to, podobnie jak T.B. Fruit, jedno z największych przedsiębiorstw skupujących jabłka przemysłowe i owoce miękkie oraz duży producent koncentratu jabłkowego w Polsce.
Zastrzeżenie urzędu wzbudziły umowy, które spółka zawiera z dostawcami owoców. Döhler przewiduje zapłatę za owoce w 90 dni, podczas gdy polskie przepisy dopuszczają płatności w ciągu maksymalnie dwóch miesięcy.
Tyle, że nawet te 90 dni to tylko teoria. Z informacji urzędu wynika, że spółka nie realizuje nawet tak długich, wyznaczanych przez siebie terminów. Opóźnienia wynoszą do 64 dni, czyli w praktyce rolnik czeka na pieniądze nawet ponad pięć miesięcy.

 

To czego nie można przewidzieć

Nie trzeba przekonywać, że podobne opóźnienia w płatnościach są rażąco nieuczciwe, grożą utratą płynności finansowej przez rolników oraz utrudniają rozwój ich działalności.
– Mamy poważne dowody, że takie praktyki stosuje Döhler. To nie jedyne zarzuty wobec spółki. Nie podoba nam się również niejasny sposób ustalania ceny, który powoduje, że dostawca nie jest w stanie nawet w przybliżeniu oszacować ile dostanie pieniędzy za owoce – mówi prezes UOKiK Marek Niechciał.
Urząd przygotował zmiany prawne, które ułatwią badanie wykorzystywania przewagi kontraktowej. Rada Ministrów przyjęła je 31 lipca. Zniesione zostały m.in. progi wielkości obrotu, które ograniczały interwencję urzędu.
Kształtowanie ceny przez prawie każdą firmę opiera się na wielu czynnikach. Wpływ na to mają m.in. wielkości podaży, warunki pogodowych oraz działania podejmowane przez konkurencję.
Wszystko to trzeba uznać za okoliczności, których nie da się przewidzieć w momencie podpisywania umów – więc dają one przedsiębiorcy dowolność w ustalaniu stawki, który zwykle chce ją narzucać dostawcy owoców.
Ale właśnie po, by takie sytuacje ograniczać, wymyślono umowy kontraktacji. Taka umowa powinna zapewniać minimum niezmienności warunków prowadzenia działalności gospodarczej zarówno dla przetwórcy, jak i rolnika.

Kolorowe procenty chcą nas zachęcić

Producenci różnych alkoholi smakowych oraz nalewek narzekają na przepisy, które utrudniają im rozwinięcie skrzydeł.

 

Segment tzw. alkoholi kolorowych czy smakowych stanowi 5,5 proc. w całym polskim rynku spirytusowym i stopniowo rośnie.
Łączna sprzedaż nalewek, likierów oraz smakowych napojów spirytusowych przekracza ponoć rocznie 2,2 mld złotych, choć dane te są mało wiarygodne, bo podają je sami producenci.

 

Aroniowi potentaci

Zauważalna jest jednak tendencja, że nie tyle piwo czy wódka (choć Polacy wciąż piją jej dużo i chętnie), lecz alkohole smakowe, w tym również nalewki, zyskują w ostatnim czasie na wzroście konsumpcji. Sklepowe półki wypełniają się zaś barwnymi butelkami.
Popularność zyskują zarówno tradycyjne smaki, jak i trochę niecodzienne wersje alkoholi.
Rozchwytywane są znane od lat nalewki wiśniowe, a także te produkowane ze śliwek, czy też z aronii, która jest hitem eksportowym Polski. Przypomnijmy, że nasz kraj odpowiada za 90 proc. światowego zbioru tych owoców.
Oprócz takich dobrze znanych smaków rosnącą estymą cieszą się również mniej tradycyjne wyroby, takie jak nalewki z sosny, berberysu czy rokitnika.
Nalewki stają się popularne zwłaszcza w sezonie letnim, gdy konsumenci wolą sięgać po lżejsze trunki. W dodatku właśnie wtedy rozpoczyna się sezon na większość gatunków owoców, co przekłada się na rosnący zakup alkoholu w ulubionych smakach.

 

To, co pędzimy w domu

Cały ten dość prężny rynek, mimo sporych perspektyw rozwojowych, jest jednak ograniczany obowiązującym prawem. Produkcję alkoholi kolorowych regulują bowiem dość restrykcyjne, a przez to chętnie omijane przepisy, które powodują, że wiele alkoholi smakowych wyrabianych jest w domowych warunkach, bez odpowiednich uprawnień, i sprzedawanych bez koncesji.
To wprawdzie światowa tradycja, bo nalewki zawsze robiło się i robi w domu, po czym rozdaje się je lub sprzedaje w otoczeniu lokalnym. Jednakże polscy urzędnicy od kilku lat toczą zażartą walkę z tym procederem.
Szeroki echem odbiła się niedawna akcja funkcjonariuszy Izby Celnej z Przemyśla, którzy odwiedzili V Dzikowski Festiwal Nalewek w Tarnobrzegu na godzinę przed jego rozpoczęciem i zabronili sprzedaży nalewek wystawcom, którzy nie mieli opłaconej akcyzy.
Za sprawą ich, podkreślmy zgodnej z prawem interwencji, na festynie poświęconym w głównej mierze tym właśnie alkoholom, liczba oferowanych tam trunków gwałtownie spadła.

 

Prawo każe płacić

Oczywiście, prawo jest równe dla wszystkich. Ustawa dotycząca produkcji, przetwarzania i sprzedaży nakłada zatem wymogi na wszelkie podmioty produkujące i sprzedające alkohol, bez względu na ich skalę działania. Opłacenie akcyzy jest w związku z tym obowiązkiem każdego kto chce sprzedawać alkohol.
Może to niekiedy wzbudzać niezadowolenie u tych, co deklarują produkcję głównie na własny użytek, jednakże urzędnicy skarbowi mają swoje racje, nie tylko związane z dodatkowymi wpływami finansowym.
Odpowiednie oznakowanie alkoholu daje bowiem pewność, że produkt spełnia określone normy spożywcze, czego nie gwarantują nalewki domowe.
Przepisy chronią też rynek przed nadmiernym napływem zagranicznych wyrobów. Nie tylko Polacy potrafią bowiem produkować alkohol na własny użytek.
Bez obecnych regulacji prawnych mali, regionalni producenci na pewno zyskaliby na znaczeniu. Jednak nie ma gwarancji, że byliby to akurat polscy producenci.

 

Degustacja czy sprzedaż

Przepisy są jasne – w Polsce legalnie mogą być sprzedawane tylko wyroby alkoholowe z polskimi znakami akcyzy.
Producenci narzekają jednak, że utrudnieniem dla nich jest brak możliwości przeprowadzenia degustacji ich własnych alkoholi podczas imprez plenerowych. I nie ma znaczenia, że jest ona bezpłatna, a oferowany trunek to nalewki często domowej receptury.
Tyle, że – o czym producenci wolą już nie wspominać – taka degustacja często zamienia się właśnie w sprzedawanie.

 

Czy minister doceni?

Nowy szef resortu rolnictwa, Jan Krzysztof Ardanowski uważa, że produkcja przez rolników różnych destylatów i okowit oraz nalewek powinna być zalegalizowana, tak jak ma to miejsce w wielu krajach Unii Europejskiej.
Minister docenia bowiem turystyczną i promocyjną wagę lokalnych wyrobów alkoholowych, gdyż nalewki w Polsce mogą pełnić taką samą funkcję, jak whisky w Szkocji czy bourbon we Francji.
Za tymi opiniami nie idą jednak propozycje kroków prawnych, zaś rynek kolorowych alkoholi traci także na tym, że akcyza zawarta w cenie 0,5 litra napoju spirytusowego (40 proc. alkoholu) jest 36 razy większa niż akcyza zawarta w cenie 0,5 litrowej butelki piwa (4 proc. alkoholu), co oczywiście odbija się na cenie.
Trudno jednak oczekiwać, że najwyższe władze państwowe zaczną finansowo zachęcać do kupowania mocnych trunków.