Bogaci są coraz bogatsi

Od ubiegłego roku zwiększają się nierówności majątkowe na świecie, z wszystkimi tego konsekwencjami.

W ciągu ostatnich dziesięciu lat ani razu nie odnotowano tak dużego, globalnego wzrostu zamożności jak w 2019 r.: na całym świecie aktywa finansowe brutto w ubiegłym roku wzrosły o 9,7 proc. – takie wyliczenia podaje Allianz w raporcie „Global Wealth”, który przedstawia sytuację majątkową gospodarstw domowych w 2019 r. w prawie 60 krajach.
Cały świat to ponad 190 krajów, więc dane z zaledwie 60 stanowią mocno niereprezentatywną próbę, zwłaszcza, że ta sześćdziesiątka raczej nie należy do strefy biedy i wojen. Ponadto, wzrost aktywów finansowych brutto bynajmniej nie musi się przekładać na poprawę sytuacji majątkowej gospodarstw domowych.
Tym niemniej, przy tych wszystkich zastrzeżeniach, zjawisko tak dużego wzrostu jest ciekawe, biorąc pod uwagę fakt, że rok 2019 naznaczony był niepokojami społecznymi, eskalacją konfliktów handlowych i recesją przemysłową.
Ów rzekomy, ubiegłoroczny przyrost zamożności został w dużej mierze sztucznie wykreowany. Nastąpił, gdy banki centralne najważniejszych państw odwróciły kurs i rozpoczęły szeroko zakrojone łagodzenie polityki pieniężnej. W rezultacie, rynki akcji odłączyły się od fundamentów i wzrosły o 25 proc., podnosząc aktywa finansowe. Wartość wszystkich papierów wartościowych zwiększyła się aż o 13,7 proc. w 2019 r. Ubezpieczenia i emerytury osiągnęły wzrost o 8,1 proc., a depozyty bankowe o 6,4 proc. Wszystkie te rodzaje aktywów odnotowały wzrost znacznie powyżej swoich długoterminowych średnich.
W przeszłości najszybsze tempo wzrostu osiągały rynki wschodzące – co zrozumiałe, bo startowały z najniższej bazy. Jednak nie w 2019 r. Teraz najszybciej bogacili się najbogatsi, co pogłębiło rozwarstwienie majątkowe świata.
Regiony, które odnotowały największy wzrost, były zdecydowanie najzamożniejsze: to zwłaszcza Ameryka Północna i Oceania, gdzie aktywa finansowe brutto gospodarstw domowych wzrosły po 11,9 proc. W konsekwencji, proces doganiania bogatych przez biedniejszych utknął w martwym punkcie.
Podobna historia może się powtórzyć w 2020 roku. Gdy COVID-19 pogrążył światową gospodarkę w najgłębszej recesji od 100 lat, banki centralne i rządy na całym świecie uruchomiły bezprecedensowe środki monetarne i fiskalne, próbując chronić gospodarstwa domowe przed konsekwencjami chaosu finansowego.
W rezultacie, w zamożniejszych krajach prywatne gospodarstwa domowe były w stanie odrobić straty z pierwszego kwartału i odnotowały niewielki, 1,5-procentowy wzrost swych aktywów finansowych na koniec drugiego kwartału 2020 r. (chodzi zwłaszcza o depozyty bankowe, korzystające na programach wsparcia publicznego). – Nie powinniśmy się oszukiwać. Zerowe i ujemne stopy procentowe to słodka trucizna. Podważają akumulację bogactwa i pogłębiają nierówności społeczne, ponieważ właściciele aktywów mogą zgarnąć niezłe zyski. To nie jest zrównoważone. Ratowanie dnia to nie to samo, co wygrywanie przyszłości. W tym celu potrzebujemy bardziej niż kiedykolwiek reform strukturalnych po COVID-19, aby położyć podwaliny pod rozwój bardziej sprzyjający włączeniu społecznemu – mówi Ludovic Subran, główny ekonomista Allianz.
Przepaść w zamożności między krajami bogatymi i biednymi ponownie się pogłębiła. W 2000 r. aktywa finansowe netto na mieszkańca były średnio 87 razy wyższe w gospodarkach zaawansowanych niż na rynkach wschodzących; potem do 2016 r. wskaźnik ten spadł do 19. Jednak od tego czasu ponownie wzrósł – do 22 w 2019 r.
To odwrócenie procesu doganiania jest powszechne: po raz pierwszy liczba członków światowej klasy średniej znacznie spadła: z nieco ponad 1 miliarda ludzi w 2018 roku do prawie 800 milionów ludzi w 2019 roku. Zwiększa się natomiast liczebność klasy krezusów.
W przeszłości, patrząc na rozwój od przełomu wieków, panowały odmienne trendy, a rozwój rynków wschodzących był imponujący. Globalna klasa średnia wzrosła o prawie 50 proc., a klasa o wysokim stopniu zamożności o 30 proc., podczas gdy liczebność klasy niższej zmalała o prawie 10 proc.
Nasz świat nadal pozostaje pod panowaniem wielkich nierówności. Najbogatsze 10 proc. – czyli 52 miliony ludzi dysponujących aktywami finansowymi netto o średniej wartości 240 000 euro – łącznie posiadało około 84 proc. wszystkich aktywów finansowych świata w 2019 r . Wśród nich najbogatszy 1 proc. – ze średnimi aktywami finansowymi netto powyżej 1,2 mln euro – posiada prawie 44 proc. aktywów finansowych całego świata.
Dysproporcje rozwoju od przełomu tysiącleci są uderzające, a udział tego najbogatszego procenta wzrósł o trzy punkty procentowe. Tak więc najbogatsi coraz bardziej oddalają się od reszty społeczeństwa.

Pandemia sprzyja hossie?

Lipiec był kolejnym, czwartym już miesiącem wzrostu indeksów giełdowych.

Ostatnio oceniałem, że teoretycznie drugi kwartał 2020 r. powinien być dla spółek w USA fatalny, co podczas sezonu publikacji raportów kwartalnych powinno przeceniać akcje – ale uważałem, że jak zwykle prognozy będą słabe, a ich pokonanie będzie dziecinnie proste. Tak się też stało.
Lipiec był więc kolejnym, czwartym, miesiącem wzrostu indeksów. Jak wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich, gorzej wyglądało to w Europie, gdzie niemiecki XETRA DAX (najważniejszy niemiecki indeks akcji, na który składa się 30 spółek) zakończył miesiąc neutralnie – ale rozpoczął sierpień znowu zwyżką. Nawet w Polsce WIG 20 wypracował mikroskopijny wzrost.
W USA w końcu lipca wykorzystano marny pretekst, jakim była wypowiedź jednego z kongresmenów mówiących, że istnieje szansa na porozumienie Republikanów z Demokratami w sprawie kolejnego pakietu pomocowego. W ogóle wydaje się, że im dłużej trwa dyskusja o tym pakiecie, tym bardziej pomaga ona „bykom” na rynkach akcji, bo przecież nie ma to jak czekanie na dobrą informację. To nawet nie jest ironia – tak działają rynki.
W oczekiwaniu na tę informację drożały też obligacje (spadała ich rentowność), co wydawało się mało logiczne. Wyjaśnienie da się jednak znaleźć. Akcje drożały, bo na rynkach jest nadpłynność, a obligacje drożały, bo jednak pandemia szerzy kły i dobrze jest swoje pozycje na rynku akcji zabezpieczać. Na rynku walutowym rozpoczęła się nieśmiała korekta. To zahamowało wzrosty cen złota – ciągle nie mogły pokonać poziomu 2 000 USD za uncję.
W Polsce korekta kursu euro wobec dolara zahamowała umocnienie złotego, a WIG 20 wrócił do środka dwumiesięcznego kanału trendu bocznego (1.740 – 1.853 pkt. – pokonanie górnego ograniczenia zapowiadałoby wzrost do 2.020 pkt.) – wskazuje TEP. Jeśli chodzi o złotego, to co prawda jego umocnienie na przełomie miesięcy wyhamowało, ale nadal można powiedzieć, że nasza waluta nie reaguje na (dwa razy już umieszczone w komunikatach Rady Polityki Pieniężnej) słowa pokazujące, że Rada chce słabszego złotego. Nie reaguje też na antyzłotową tyradę Adama Glapińskiego, prezesa NBP.
Złotemu pomagało umocnienie euro, któremu z kolei pomagał wynik ustaleń Rady Europejskiej (budżet 1,074 bln euro i 750 mld euro Funduszu Pomocowego). Trzeba jednak pamiętać, że Parlament Europejski dopiero w grudniu przyjmie lub odrzuci (najpewniej przyjmie) ten budżet, a środki z niego zaczną mieć wpływ na gospodarkę około drugiego kwartału 2021 roku. Nie wiemy też, w jaki sposób środki płynące do Polski będą uzależnione od oceny praworządności.
Cały czas rozwijał się konflikt na linii USA – Chiny. Po tym jak USA zamknęły konsulat chiński w Houston, Chiny poleciły zamknięcie konsulatu USA w Chengdu. Donald Trump nie wykluczył zamknięcia kolejnych placówek dyplomatycznych. Stwierdził też, że układ handlowy USA – Chiny ma dla niego dużo mniejsze znaczenie w epoce pandemii. Komentatorzy i eksperci coraz mocniej ostrzegają, że może dojść do zerwania stosunków USA – Chiny (ja w to nie wierzę) i (bądź lub) do wojny walutowej.
W tle również rozwijała się pandemia. Przytłumiona przez lockdown pierwsza jej fala odżyła i w wielu krajach zaczęły rosnąć liczby zakażeń (również w Polsce). W wielu krajach zaczęto mówić o powrocie kwarantanny i o zamykaniu granic. Pilnie obserwowana była Australia. Tam pogorszenie pogody zaczęło uruchamiać prawdziwą drugą falę pandemii, co bardzo źle wróży temu, co może się wydarzyć jesienią czy zimą na naszej półkuli.
Na razie jednak gracze giełdowi niespecjalnie się tym przejmują. Najpewniej taka sytuacja będzie trwała, o ile rządy nie zaczną zapowiadać kolejnego lockdownu. Zakładam, że może się tak stać jedynie wtedy, kiedy sytuacja ochrony zdrowia będzie naprawdę fatalna.
Jaki z tego wszystkiego można wyciągnąć wniosek? Chyba tylko taki, że korekty na przewartościowanych rynkach akcji zazwyczaj pojawiają się nagle, a na razie obóz byków jest tak silny, że chyba dopiero przed wyborami w USA (listopad) i jednocześnie przed drugą falą pandemii można oczekiwać jakiejś korekty.
Na rynku walutowym dolar pokonał dziesięcioletnią linie trendu wzrostowego, co może zapowiadać koniec dekady dolara – a to byłaby dobra informacja dla złotego. Pamiętać jednak trzeba, że jeśli Rada Polityki Pieniężnej się uprze, chcąc zwiększyć konkurencyjność polskiej gospodarki, to swoimi działaniami może złotego osłabić.

Bezpieczne przystanie mogą poczekać?

Jeśli epidemia koronawirusa zostanie opanowana, jak oczekuje WHO, to po kilku dniach, w najgorszym razie tygodniach, wszystko na rynkach wróci do stanu sprzed wybuchu choroby.

Można powiedzieć, że miłe złego początki. Styczeń na rynkach finansowych rozpoczął się w szampańskich nastrojach.
Nawet zawirowania na Bliskim Wschodzie (zabójstwo generała Kasima Sulejmaniego przez USA) oraz odwet Iranu, doprowadziły jedynie do chwilowego zahamowania zwyżek indeksów, oraz do równie chwilowego wzrostu ceny ropy i złota. Wszystko sygnalizowało jednak zbliżający się spadek indeksów.
Korektę hamowało podpisanie 15 stycznia wstępnej umowy USA – Chiny (tzw. umowy pierwszej fazy). Obozowi byków pomogło też to, że rozpoczął się sezon publikacji raportów kwartalnych przez amerykańskie spółki. Jednak w drugiej połowie stycznia pojawił się pretekst (może zamienić się w powód) – indeksy zanurkowały z powodu epidemii koronawirusa, która z chińskiego Wuhan rozprzestrzeniała się powoli na cały świat.
WHO (Światowa Organizacja Zdrowia) wahała się do końca stycznia czy ogłosić międzynarodowy alert, a choroba doprowadzała do ofiar zbliżonych do powikłań pogrypowych.
W końcu alert został ogłoszony, ale w bardzo dyplomatyczny sposób (niewątpliwie pod naciskiem Chin).
WHO oświadczyło, że decyzja nie stanowi wotum nieufności w stosunku do Chin i „nadal wierzy w zdolność Chin do zahamowania wybuchu choroby”. Poza tym jest przeciwna ograniczeniom w podróży
i handlu z Chinami z powodu koronawirusa.
Mimo to, przedsięwzięte w Chinach środki ostrożności, odcięcie całych miast od reszty kraju, oraz media eskalujące zagrożenie, prowadziły do wniosku: choroba zaszkodzi i tak słabnącemu wzrostowi gospodarczemu w Chinach. Jak wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich, cała Azja, a powoli i cały świat, jest chinocentryczna, więc pogorszenie stanu gospodarki w Chinach uderzy też w globalny wzrost gospodarczy.
Nic dziwnego, że pojawiła się chęć ucieczki do bezpiecznych przystani. Drożały obligacje, złoto, dolar,
a taniały surowce (miedź i ropa) oraz waluty krajów rozwijających się (w tym oczywiście i złotego).
Oczywiście odczuła to też Giełda Papierów Wartościowych, gdzie indeks WIG20 nurkował. Jednak akcje mniejszych spółek (mWIG40 i sWIG80) zachowywały się nieźle i nadal pozostały w trendzie wzrostowym.
W końcu stycznia, z ostatnim jego dniem dokonał się też Brexit, ale to dla rynków było już wydarzenie bez znaczenia. Zacznie mieć znaczenie pod koniec roku, kiedy to trzeba będzie zakończyć dyskusje na temat umowy o handlu między UE i UK – zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich. Na razie nie ma powodu, żeby się tym przejmować, bo w gospodarce i handlu wszystko pozostaje po staremu.
W Polsce GUS opublikował dane o wzroście gospodarczym w 2019 roku. Okazało się, że PKB wzrósł o 4 proc., z czego wynikałoby, że w 4 kwartale wzrost mógł być niższy od 3 proc.
Najbardziej zaskakiwał bardzo słaby wzrost konsumpcji (3,2 – 3,6 proc. rok do roku) – wydaje się, że popyt wynikający z zalewu transferów socjalnych wyczerpuje się. Jeśli doda się do tego duży wzrost inflacji, to można zacząć podejrzewać, że gospodarka znajduje się blisko skraju stagflacji.
Oczywiście pojedynczy raport o niczym nie świadczy, ale będziemy teraz z napięciem czekali na pierwsze dane z 2020 roku.
Ważne jest teraz to, co będzie się działo w najbliższej przyszłości. Jeśli epidemia koronawirusa zostanie opanowana, jak tego oczekuje WHO, to po kilku dniach, w najgorszym razie tygodniach, wszystko na rynkach wróci do stanu sprzed wybuchu choroby.
Jeśli choroba zmieniłaby się w pandemię, to okaże się, że mamy do czynienia z „czarnym łabędziem”, czyli nieoczekiwanym wydarzeniem, które zmienia nastroje na rynkach finansowych na dłużej.
Ten drugi, zły scenariusz, doprowadziłby do poważnego osłabienia wzrostu gospodarczego na skalę globalną, dużych spadków indeksów, dalszego osłabienia walut rynków rozwijających się i wzrostu siły przyciągania aktywów z kategorii bezpieczna przystań (złoto, dolar, obligacje). Na razie wydaje się, że prawdopodobieństwo zrealizowania tego złego scenariusza jest jednak niewielkie.

Nadzieje i niespodzianki

Gracze giełdowi jak co roku mieli do czynienia z przepowiedniami, które się nie sprawdzają. Co naturalnie nie zakłóca dobrego samopoczucia ekspertów, przygotowujących prognozy na 2020 r.

Rok 2019 przyniósł szereg zaskoczeń w porównaniu do prognoz, które można było stawiać pod koniec 2018 r.
Przypomnijmy, że koniec ubiegłego roku był okresem silnych spadków na niemal wszystkich rynkach, co wpływało na stawiane tezy. Należy jednak przeanalizować prognozy na 2019 rok, by móc zweryfikować ich słuszność – i na tej podstawie spróbować przewidzieć, co przyniesie na rynkach rok 2020.

Umiarkowana sprawdzalność

Pierwsza prognoza na 2019 r. mówiła: „Ostatni rok hossy na rynku amerykańskim”. Konkretną odpowiedź na tę prognozę przyniesie dopiero rok 2020. Uczciwie trzeba jednak stwierdzić, że obecnie nic na to nie wskazuje, co jednak każe być również ostrożnym.
Druga prognoza: „Utrzymanie wysokiej zmienności na giełdach”. Teza wydawała się dość bezpieczna – i chyba w żadnym innym przypadku tak mocno się nie pomylono.
Zakładano, że rok 2019 będzie przeplatany okresem wzrostów i spadków, co jednak nie miało miejsca, w szczególności w przypadku rynków rozwiniętych. Podwyższona ostrożność w mijającym roku nie popłacała (jakkolwiek ta prognoza pozostaje aktualna na 2020 r.).
Trzecia prognoza „Europa Zachodnia – dobra na drugą połowę roku”, sprawdziła się w 50 proc. gdyż zarówno pierwsza, jak i druga część 2019 roku była korzystna dla giełd na Starym Kontynencie.
Czwarta prognoza: „Możliwe wzrosty na rynku złota”. Jeśli chodzi o sprawdzalność, była to najlepsza teza na ten rok.
Notowania złota przeniosły się z poziomu 1300 dolarów za uncję na poziom 1500 dol., można więc było sporo zyskać. Zakładając brak gwałtownych zdarzeń w przyszłym roku, cena złotego kruszcu poruszać się będzie w okolicach obecnego przedziału. Rok 2019 był przede wszystkim okresem silnych wzrostów na rynku amerykańskim i kolejnych historycznych rekordów indeksów S&P 500 i Nasdaq (ok. 8 proc. powyżej szczytowych poziomów z 2018 r.).
Tegoroczne stopy zwrotu robią wrażenie, oscylując w okolicach 30 proc., warto jednak pamiętać, z jakich poziomów startowały te indeksy na początku roku.
W ślad za rynkiem amerykańskim podążyły indeksy w Europie Zachodniej, co było o tyle zaskakujące, że dość silnym wzrostom towarzyszyło stopniowe pogarszanie się odczytów gospodarczych oraz rosnące zamieszanie wokół Brexitu. Koniec roku przyniósł jednak nieznaczną poprawę wyników ekonomicznych, dając szanse na poprawę w 2020 r.

A więc wojna

Inaczej wyglądała sytuacja na krajowym rynku. Duże spółki znajdowały się pod presją inwestorów zagranicznych oraz problemów wewnętrznych, związanych z wyrokami Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (w przypadku banków) oraz różnych inicjatyw i projektów (w przypadku spółek z wysokim zaangażowaniem Skarbu Państwa).
Relatywnie dobry okres mają natomiast za sobą małe spółki w Polsce. Trzeba jednak pamiętać, że część wzrostów była odreagowaniem po wcześniejszych, silnych spadkach.
Rok 2019, podobnie zresztą jak 2018, upłynął pod znakiem wojny handlowej pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Chinami, a de facto pomiędzy USA a resztą świata. Na przestrzeni całego roku napięcie na przemian narastało i łagodniało, gdy obie strony wracały do rozmów. Rok zakończył się zawarciem wstępnego porozumienia, które jednak nie rozwiązuje żadnych istotnych problemów leżących u podstaw sporu. Sytuacji, związanej z napięciem na linii Waszyngton – Pekin nie pomagały protesty w Hongkongu, które trwały przez dużą część mijającego roku.
Istotne znaczenie w 2019 r. miała również polityka amerykańskiej Rezerwy Federalnej. Fed dokonał wolty w ciągu roku, z polityki zaostrzania oraz podwyżki stóp procentowych, do krótkiej serii obniżek stóp i otwarcia nieformalnego programu skupu aktywów. Wpłynęło to w oczywisty sposób na rynki, dostarczając im płynności i dalszego paliwa do wzrostów.

Wróżenie z fusów

Co czeka nas w 2020 roku? Podobnie jak w 2019, wiodącą role na rynkach akcji odgrywać będą Stany Zjednoczone. Trudno jednak oczekiwać powtórki wyników z mijającego roku.
Można szacować, że stopa zwrotu na przestrzeni całego 2020 r. wyniesie około 10 proc. (w przypadku indeksu S&P 500). W przypadku spółek technologicznych, części z nich rynek w nadchodzącym roku powie „sprawdzam”. Oczekujemy lepszego zachowania się spółek z tak zwanej starej gospodarki.
Biorąc pod uwagę rekordowe poziomy indeksów i dalsze etapy negocjacji handlowych pomiędzy USA a Chinami, czy sprawę impeachmentu Donalda Trumpa, można oczekiwać, że zmienność powróci.
2020 r. jest rokiem wyborczym w USA, mającym swoją specyfikę. Nie można zapominać o istniejącej ciągle groźbie recesji w USA (nie nastąpiła od rekordowo długiego czasu). Ostatnie odczyty wskaźników wyprzedzających mogą wzbudzać niepokój.
Prawdopodobnie w dalszym ciągu dobry okres będą mieć przed sobą spółki europejskie. Zagrożeniem może być jednak eskalacja konfliktu handlowego na linii USA – Unia Europejska. Ewentualne złagodzenie taryf celnych, połączone ze sprzyjającym momentem cyklu koniunkturalnego i monetarnego może w 2020 r. wspierać rynki wschodzące.

U nas wciąż kiepsko

Polska giełda papierów wartościowych zapewne tradycyjnie będzie odstawać od swoich zagranicznych odpowiedników.
Z drugiej jednak strony, historycznie niski poziom wycen może w końcu powiększyć napływ kapitału. Tutaj rolę stabilizatora mogą pełnić Pracownicze Plany Kapitałowe, chociaż opublikowana w grudniu stopa uczestnictwa w tym programie jest daleka od zadowalającej.
Inwestorzy powinni wybierać w w Polsce spółki, które wygrywają na trwających obecnie trendach takich jak wzrost kosztów pracy. W dalszym ciągu atrakcyjne mogą okazać się nieruchomości, ale z uwagi na dynamiczny wzrost cen w ostatnich dwóch latach, efektywne inwestowanie staje się coraz bardziej ryzykowne.

Optymizm nie do końca zrozumiały

Mimo nienajlepszych danych makroekonomicznych, poprawiły się nastroje na globalnych rynkach finansowych.

Ostatni okres zdominowany był przez poprawę nastrojów na globalnych rynkach.
Październik i początek listopada przyniosły nowe rekordy wszech czasów na indeksach w USA, zmieniły globalny trend rentowności obligacji (z ujemnego na wzrostowy), umocniły dolara i obniżyły cenę złota, podnosząc ceny miedzi i ropy. Podsumowując te ruchy, można powiedzieć, że wszystkie one pokazywały znaczną poprawę nastrojów inwestorów.

Na zachodzie bez zmian

Powodów tej poprawy nastrojów nie znajdziemy w danych makroekonomicznych, bo one nadal były słabe.
W strefie euro sytuacja się nie zmieniła. Europejski Bank Centralny nie zmienił parametrów polityki monetarnej i nikt nie spodziewał się, że będzie inaczej. Prezes ECB, Mario Draghi, pożegnał się ze stanowiskiem, a od listopada rządzi tam już Christine Lagarde.
Nie należy odczekiwać, że nowa pani prezes zmieni znacznie kierunek polityki ECB.
Na froncie politycznym okazało się, że parlament brytyjski zmusił premiera Borisa Johnsona do zrezygnowania z pomysłu opuszczenia Unii Europejskiej z dniem 31 października. Data Brexitu została znowu przesunięta (na 31 stycznia 2020 roku).
Poza tym 12 grudnia 2019 dojdzie w Wlk. Brytanii do wcześniejszych wyborów parlamentarnych. Wybory mogą doprowadzić do kolejnych zawirowań, ale na razie rynki się tym nie przejmują.

Wzrost, ale niewielki

W Polsce wybory parlamentarne nie miały wpływu na zachowanie rynków finansowych – tego zresztą oczekiwano.
Jak wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich, sytuacja makroekonomiczna wyglądała u nas nadal bardzo słabo. Indeks PMI dla sektora przemysłowego nadal (od października 2018) lokuje się poniżej poziomu 50 pkt. (ten poziom oddziela rozwój od recesji). Ostatnio wręcz zanurkował do poziomu 45,6 pkt.
Co prawda produkcja przemysłowa wzrosła we wrześniu o 5,6 proc. r/r (po sierpniowym spadku), ale trzeba pamiętać, że we wrześniu tego roku był jeden dzień roboczy więcej niż we wrześniu 2018 roku, czyli, że wzrost był tak naprawdę niewielki.
Mimo tego wszystkiego, na fali globalnego optymizmu, złoty zyskiwał. Zyskiwały też (umiarkowanie) indeksy giełdowe. Już w październiku powstała na wykresach EUR/PLN i CHF/PLN formacja tzw. podwójnego szczytu, która zapowiadała spadki tych kursów odpowiednio do 4,24 i 3,84 PLN. Ten spadek został już zrealizowany, a ciąg dalszy zależy od ruchów kursu EUR/USD (nadal jest w trendzie spadkowym) – im silniejszy dolar tym gorzej dla złotego.

PPK mogą oznaczać ryzyko

Mówiąc o Polsce trzeba wspomnieć o programie Pracowniczych Planów Kapitałowych.
Coraz więcej pojawia się komentarzy mających przekonać do uczestnictwa w PPK. Radzę do tych komentarzy podchodzić z dużą dozą krytycyzmu.
Jeden z moich ulubionych komentarzy (oszczędzę autora i nie podam nazwiska) jest ten, w którym prognozę zysków w PPK opiera się na zachowaniu rynków w okresie 2010 – 2019 uznając to, co działo się w latach 2007 – 2009 za „anomalię”.
Rozumiem, że „anomalią” była też potężna przecena w latach 2000 – 2002 (w USA blisko 50% spadku indeksów), czy w Japonii w latach 1990 – 2003 (spadek o 80 proc.?
To nie były jednak żadne „anomalie” tylko cykliczne kryzysy. Nie twierdzę, że inwestowanie w PPK przyniesie straty – ale twierdzę, że ludzie powinni mieć świadomość, że inwestują, a inwestowanie zawsze jest obciążane ryzykiem.

Z Chinami zgoda?

Jeśli chodzi o USA, to miesięczne dane z rynku pracy były tam doskonałe – ale nie z makroekonomicznego punktu widzenia. Zatrudnienie wzrosło mocniej niż tego oczekiwano (chociaż nadal wzrost był niewielki), a dane z poprzedniego miesiąca zweryfikowano w górę.
Inwestorzy uznali, że te dane pokazują, że w gospodarce nie jest źle, a jednocześnie nie powstrzymają Rezerwy Federalnej przed obniżaniem stóp procentowych. I rzeczywiście Fed znowu stopy obniżył (z przedziału 1,75 – 2,00 proc. na 1,50 – 1,75 proc.).
Jednocześnie Jerome Powell, szef Fed dał sygnał, że stopy są na właściwym poziomie, z czego wynikało, że kolejnych obniżek nie należy na razie oczekiwać. To ostatnie też zostało dobrze przyjęte przez rynki, bo inwestorzy ocenili, że Fed nie obawia się spowolnienia gospodarczego.
Już te decyzje Rezerwy Federalnej mogły podnieść indeksy, ale na pierwszym miejscu nadal były stosunki USA – Chiny.
Na tym polu przez ostatnie tygodnie bez przerwy napływały dobre informacje. Twierdzono, że prezydent Donald Trump i przewodniczący Xi Jinping są w ciągłym kontakcie, a wstępna umowa handlowa zostanie wkrótce zawarta.
Zbliżamy się do końca roku, co zazwyczaj prowadzi do wzrostu indeksów giełdowych (coroczne windows dressing – dosłownie „dekorowanie witryny”, a w przenośni „mydlenie oczu” przez fundusze inwestycyjne).
Co może przeszkodzić w kreowaniu tego procesu? Jedynie nagłe pogorszenie na linii USA – Chiny, a po 12 grudnia niekorzystny dla rynków wynik wyborów w Wlk. Brytanii. Nie są to jednak, jak się wydaje, poważne zagrożenia.

Lepiej, niż można było oczekiwać

Po spadku kursów akcji na początku października, zaczęły się one wspinać na coraz wyższe szczyty.

Wynik wyborów parlamentarnych w Polsce był czynnikiem neutralnym dla rynku finansowego. W dużym uproszczeniu, utrzymał się status quo. Niewielki wpływ miała również opublikowana w październiku rządowa strategia rozwoju rynku kapitałowego, z uwagi na brak rewolucyjnych pozytywnych zmian. Jakkolwiek trzeba stwierdzić, że publikacja tej strategii jest czynnikiem pozytywnym. Generalnie, w porównaniu do października ubiegłego roku, tegoroczny początek IV kwartału przebiegał w nastrojach dalece lepszych, niż możemy pamiętać z 2018 roku.
Po silnym spadku indeksów giełdowych w pierwszych dniach października, nie nastąpiła dalsza eskalacja, a zaczął realizować się etap wyjścia indeksów na nowe historyczne szczyty, jak mogliśmy to obserwować w przypadku rynku amerykańskiego. Tradycyjnie też można było obserwować wysoką nierównowagę wyników krajowych indeksów akcji w porównaniu do rynków bazowych, najważniejszych.
Dwa wyroki unijne
Krajowy rynek akcji znajdował się pod wpływem kilku czynników. Jednym z nich były dwa wyroki Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej dotyczące kredytów gotówkowych oraz kredytów hipotecznych indeksowanych do franka szwajcarskiego.
Wyrok w sprawie kredytów gipotecznych nie miał wysokiego wpływu na notowania banków, głównie z powodu braku silnych negatywnych zaskoczeń. Natomiast wyrok dotyczący kredytów gotówkowych zdołował w znaczący sposób kurs Alior Banku.
Można przypuszczać, że wpływ obydwu wyroków będzie stopniowo odzwierciedlany w wynikach banków w kolejnych kwartałach i latach, ale dzięki temu rynek uniknie silnego, skokowego spadku.
Istotną kwestią może być trzecia rewizja indeksów obliczanych przez Morgan Stanley Capital Investment, jednak jej wpływ na krajowy rynek powinien być dużo słabszy niż w poprzednich dwóch razach.
Słabsze wyniki, wyższe kursy
Pomimo wcześniejszych deklaracji, Fed (bank centralny USA) zdecydował się na uruchomienie programu skupu aktywów. Polityka monetarna łagodzi słabsze odczyty danych z amerykańskiej gospodarki. Poziom zysków spada trzeci kwartał z rzędu, wykazując obecnie ujemną dynamikę na poziomie – 3,7 proc. w porównaniu z ubiegłym rokiem. Jednak, jak wynika z opublikowanych na dzień 30 października wyników, około 80 proc. spółek zanotowało pozytywne zaskoczenia (ale trzeba uczciwie stwierdzić, że prognozy analityków amerykańskich były ponadprzeciętnie konserwatywne).
Rynki finansowe żyją trwającą obecnie stymulacją monetarną i możliwym ponownie porozumieniem na linii USA – Chiny. Obecnie strony wróciły do rozmów i wstrzymały się z wprowadzeniem ogłoszonych we wrześniu represyjnych działań. Ponadto, Państwo Środka zobowiązało się do zwiększenia zakupów amerykańskich surowców rolnych. W dalszym ciągu nieporuszone pozostają kluczowe kwestie związane z ochroną własności intelektualnej i polityką walutową. Trudno tutaj oczekiwać szybkiego pełnego porozumienia Chin i USA. Zakłada się zawarcie porozumienia cząstkowego, które nie wyjaśnia jednak wszystkich problemów i nie zamyka meritum sporu. Okazja do tego pojawi się w połowie listopada, na szczycie Wspólnoty Gospodarczej Azji i Pacyfiku (APEC) w Chile.
W przypadku Chin należy się przyzwyczaić do nieco słabszej dynamiki wzrostu produktu krajowego brutto, na co nie pozostaje bez wpływu kwestia wojny handlowej. Coraz słabsze są natomiast odczyty wskaźników koniunktury PMI dla Europy Zachodniej, w tym dla gospodarki niemieckiej. Istnieje obawa, że gorsza kondycja sektora przemysłowego przeniesie się na sektor usług. Są jednak głosy, że na przełomie roku 2019 będzie można obserwować odwrócenie obecnych tendencji. W dalszym ciągu oczekiwana jest bardziej ekspansywna polityka fiskalna w Europie Zachodniej.
Co wpływa na notowania?
Obecnie tematem numer jeden, poza trwającymi negocjacjami dotyczącymi kwestii szczegółowych Brexitu, będą grudniowe wybory parlamentarne w Wielkiej Brytanii.
Czynnikiem ryzyka pozostają publikowane dane gospodarcze. W ostatnich kwartałach po osiągnięciu historycznych szczytów w USA następowała korekta spadkowa. Trudno obecnie wykluczyć powtórkę tego scenariusza.
W Stanach Zjednoczonych, poza kwestią wojny handlowej, na notowania w dalszym ciągu wpływa kwestia ewentualnego impeachmentu Donalda Trumpa. Zbliżamy się coraz silniej do rozpoczęcia realnej kampanii wyborczej, co może przynieść porcję zarówno pozytywnych, jak i negatywnych informacji dla rynków.

Czekanie na wynik wyborów

Wrzesień na rynkach finansowych był przede wszystkim okresem oczekiwania i wątpliwości co do trwałości dalszych wzrostów.

Miesiąc zaczął się dla inwestorów dobrze, na warszawskiej giełdzie indeks dużych spółek odreagowywał po sierpniowej słabości, ponownie wracając w okolice poziomu 2200 punktów. Mniej spektakularnie zachowywały się małe i średnie spółki, które jednak również pierwsze dwa tygodnie września mogły zaliczyć do udanych.
We wrześniu uwagę inwestorów skupiły dwie jednorazowe kwestie, czyli atak dronów na pola naftowe w Arabii Saudyjskiej oraz groźba impeachmentu wobec prezydenta Trumpa. Pierwsze ze zdarzeń włączyło na rynkach przez kilka dni scenariusz ograniczania ryzyka, co widać było w notowaniach ropy naftowej. Drugie z nich było elementem amerykańskiej kampanii wyborczej i przynajmniej na tym etapie nie powinno mieć fundamentalnego wpływu na rynki finansowe, chociaż może przez jakiś czas powodować podwyższoną zmienność notowań.
Na krajowym rynku w drugiej części miesiąca kluczowym tematem było oczekiwanie na październikowy wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej dotyczący kredytów frankowych. Zmiany było widać w notowaniach banków oraz krajowej waluty. Bardziej prawdopodobny jest umiarkowanie negatywny scenariusz i krajowe spółki bankowe mogą być jeszcze przez jakiś czas pod presją spadków. A przed nami miesiąc wyborczy.
W połowie września oczy inwestorów skierowane były na banki centralne. Pierwszy krok wykonał Europejski Bank Centralny, obniżając stopę depozytową o 10 punktów bazowych oraz uruchamiając program poluzowania polityki pieniężnej od listopada, z kwotą skupu aktywów wynoszącą 20 mld euro miesięcznie. Wrześniowe posiedzenie zakończyło kadencję Mario Draghiego, który zostawia obecnie losy europejskiej polityki monetarnej w rękach Christine Lagarde. Program prawdopodobnie stale wpisze się w europejski krajobraz, co nie jest dobrą informacją dla europejskich banków. Warto jednak zauważyć, że przestrzeń do zmian w polityce monetarnej jest już mocno ograniczona.
Dużo więcej przestrzeni do działania ma amerykański Fed, który w ostatnich latach zaostrzał politykę pieniężną. We wrześniu kolejny raz podniesiono stopy o 25 pb. Rynkowe apetyty były zdecydowanie większe. Kluczowy był jednak komunikat Fed. Obniżka została nazwana w nim ubezpieczeniem na wypadek gorszych czasów w otoczeniu gospodarczym. W tym punkcie jakiekolwiek ruchy zmierzające do eskalacji wojen handlowych zostały więc z definicji wpisane w obecną wysokość amerykańskich stóp procentowych. Co prawda, jak pokazały pierwsze miesiące tego roku, obecne kierownictwo Fed potrafi dość szybko zanegować swoją poprzednią retorykę, ale w tym wypadku kolejna wolta mogłaby zostać źle odebrana przez uczestników rynku.
Działania władz monetarnych i brak czynników wsparcia odcięły rynkowym indeksom paliwo – co widać było w zachowaniu giełd amerykańskich i europejskich w drugiej części miesiąca. Z jednej strony jest to zdrowy objaw, gdyż rynki wracają do fundamentów, gdzie kluczowe znaczenie mają negocjacje handlowe na linii USA – Chiny oraz obawy o globalny wzrost gospodarczy. Z drugiej jednak, słabość indeksów stawia pod znakiem zapytania scenariusz kontynuacji hossy.

Czy czeka nas handlowe zawieszenie broni?

Wbrew pozorom, gospodarcze spory amerykańsko – chińskie dotyczą także i naszego kraju. Na stołecznej giełdzie indeks WIG 20 spadł do poziomu najniższego od 2017 r.

Bezpośrednim skutkiem wojen handlowych, patrząc w skali upływającego lata, była przecena – ale nie tyle na giełdowych rynkach rozwiniętych, które zdołały odrobić część strat, lecz właśnie na rynkach wschodzących (w tym i w Polsce).
Co więcej, patrząc w skali całego roku, rynki rozwinięte w dalszym ciągu mogą pochwalić się dobrymi stopami zwrotu, gdzie tymczasem w przypadku rynków krajów rozwijających się można mówić o poziomach bliskich zero procent. Sierpień zapamiętamy zatem przede wszystkim jako okres spadków na rynkach wschodzących.

Bezpieczne przystanie

Zdecydowanym wygranym minionego miesiąca są tak zwane „bezpieczne przystanie”. Silnie umocnił się dolar amerykański i to pomimo perspektywy obniżek stóp procentowych, oraz frank szwajcarski.
Pierwszy raz od 6 lat barierę 1500 dolarów za uncję przekroczyło złoto. Sytuacja jest specyficzna ponieważ, pomimo że perspektywa szybkiego zakończenia wojny handlowej jest mało realna w obecnych okolicznościach, to dalecy jesteśmy od globalnej recesji.
Kluczem do obecnych wydarzeń jest nieprzewidywalność, jaka związana jest z dalszymi krokami amerykańskiego prezydenta. Od przełomu lipca i sierpnia, gdy przypomniały o sobie kwestie związane z wojną handlową, mało było przesłanek, które mogłyby przybliżyć koniec handlowego sporu.
Strona chińska nie pozostała bierna, najpierw administracyjnie osłabiła swoją walutę, by następnie odpowiedzieć pakietem ceł retorsyjnych na groźby Stanów Zjednoczonych.
Odpowiedzi Donalda Trumpa były szybkie i raczej niepodparte głęboką analizą, co tylko zwiększało niepokój ze strony inwestorów.

Dawka spokoju

Uspokojenie nastrojów przyniosła dopiero nieco bardziej koncyliacyjna odpowiedź Chin w ostatnim tygodniu sierpnia, która zatrzymała groźną już licytację na kolejne cła i sankcje.
Trudno jednak oczekiwać, by w szybkim czasie spór uległ rozwiązaniu. Inwestorzy potrzebowali wszakże tej niewielkiej dawki spokoju, aby indeksy giełdowe mogły nieśmiało powrócić do wzrostów.
Patrząc szerzej, datą graniczną w dalszym ciągu wydają się amerykańskie wybory, gdyż koszty z obu stron uderzają bezpośrednio w konsumentów. Szacowany koszt wojen handlowych w przeliczeniu na amerykańskie gospodarstwo domowe, tylko w lipcu wzrósł z 600 dolarów do tysiąca dolarów rocznie.
Dalsza eskalacja sporu może nie pomóc Donaldowi Trumpowi w reelekcji, stąd spodziewać się należy powrotu do rozmów, przeplatanych dalszymi wybiegami negocjacyjnymi z obu stron. Możliwe jednak, że czeka nas właśnie teraz moment spokoju.

Warszawski parkiet

Wracając na moment do kosztów wojny handlowej, w perspektywie rynków giełdowych, to dobrym przykładem jest warszawski parkiet. W momencie największej eskalacji spadków, nasz WIG 20 znalazł się najniżej od 2017 roku, tegoroczne dołki osiągnęły też pozostałe indeksy.
Warszawska giełda była pod presją zarówno wydarzeń globalnych, jak i wielu czynników lokalnych, jak wyprzedaż akcji banków które udzielały kredytów frankowych, związana z groźbą wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. A zgodnie z powszechnie obowiązującym przysłowiem, na Giełdzie Papierów Wartościowych bez banków nie ma hossy.
Krajowym pożyczkodawcom nie pomaga również ogólna przecena banków europejskich, związana zarówno ze spowolnieniem gospodarczym w Strefie Euro, jak również z polityką Europejskiego Banku Centralnego.
Ponadto, warszawska giełda znajdowała się pod presją zmian w składzie indeksów rynków wschodzących. Najgorszy etap tych zmian jest już jednak za nami. Pozostaje niepewna kwestia dalszej podaży akcji ze strony Otwartych Funduszy Emerytalnych, jak również zbliżający się moment startu Pracowniczych Planów Kapitałowych.
Biorąc jednak pod uwagę bardzo niskie wyceny, jak również wskazania technicznych indeksów, bardziej prawdopodobnym scenariuszem są umiarkowane wzrosty kursów giełdowych w pozostałej części roku.
Do tego potrzeba jest jednak poprawa nastrojów na globalnych rynkach akcji – a tutaj klucz posiadają banki centralne.

Co we wrześniu?

W nadchodzącym miesiącu ma odbyć się posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego, na którym powszechnie oczekuje się rozpoczęcia programu luzowania monetarnego.
Będzie to jednak tylko preludium przed wrześniowym posiedzeniem amerykańskiego Federalnego Komitetu do spraw Operacji Otwartego Rynku, które zapewne ustawi nastroje na rynkach do końca roku. Poza oczekiwaną obniżką stóp procentowych o 25 punktów bazowych, inwestorzy liczą na bardziej zdecydowane deklaracje ze strony Jerome Powella, szefa Rezerwy Federalnej.
Nieco słabsze dane z gospodarki USA, jak również wciąż obecna groźba dalszej eskalacji wojen handlowych zdają się wspierać ten scenariusz.

 

Złe prognozy się nie sprawdziły

Rozmaici analitycy jak zwykle specjalizują się w straszeniu. I z reguły nie mają racji w swoich ponurych przewidywaniach.

Opisując pierwsze półrocze bieżącego roku, można zaryzykować twierdzenie, że był to jeden z ciekawszych okresów na rynkach finansowych od lat.
Cofając się do prognoz tworzonych pod koniec ubiegłego roku, większość kasandrycznych wizji, jak dotąd, się nie sprawdziła.
Jedyną sprawdzoną prognozą było utrzymanie słabej koniunktury w strefie euro, chociaż w części prognoz wskazywano na możliwe odbicie w drugim półroczu.

Zmienność jest stała 

Zdaniem najczęściej odmienianym na wszystkie przypadki przez rynkowych analityków w 2018 roku było – „Silny wzrost rynkowej zmienności”. Powszechnie oczekiwano, że 2019 przyniesie dalszą eskalację tej zmienności. Pierwsze cztery miesiące bieżącego roku zdawały się przeczyć tej tezie. Po silnych spadkach w IV kwartale rynki niemal nieustająco rosły, zaś skala wahań kursów akcji znacząco spadła.
Zmienność jednak przypomniała o sobie w maju ubiegłego roku, gdzie splot kilku zdarzeń, związanych z ryzykiem intensyfikacji konfliktów handlowych zachwiał optymizmem inwestorów. Wydarzenia z maja tylko na chwilę przypomniały inwestorom, że przynajmniej amerykański rynek akcji znajduje się w zaawansowanej fazie hossy i takie nagłe powroty zmienności mogą wracać na rynki w dość nieoczekiwany sposób

Rola Trumpa

Powodami do optymizmu na początku roku były nadzieje inwestorów na szybkie zakończenie tematu wojen handlowych. Ten scenariusz wydawał się być realny do końca kwietnia, gdy Donald Trump w znaczący sposób zaostrzył retorykę Stanów Zjednoczonych – czego konsekwencją było wpisanie na czarną listę kilku chińskich korporacji, w tym Huawei, jak również groźba nałożenia kolejnych wysokich ceł na chińskie produkty.
Te wydarzenia zachwiały na moment optymizmem inwestorów giełdowych, jednak ostatecznie na szczycie G20 pod koniec czerwca udało się uzyskać zawieszenie broni.
Biorąc jednak pod uwagę pewną nieprzewidywalność działań amerykańskiego prezydenta i otwarcie konfliktu na kilku frontach, każdy scenariusz na drugą połowę roku jest równie możliwy. Zagrożona wydaje się być również Europa Zachodnia, gdzie „nawis” wojen handlowych zdaje się hamować optymizm przedsiębiorców.
Na szczególną uwagę zasługuje zmiana retoryki amerykańskiego banku centralnego. Jeszcze na początku 2019 roku, pomimo nacisków amerykańskiego prezydenta, powszechnie obowiązującym scenariuszem była kontynuacja cyklu podwyżek stóp procentowych.
Oczekiwania te zostały silnie złagodzone, gdy FED (amerykańska rezerwa federalna) przeszedł w fazę „czekaj i patrz”. Następnym krokiem była deklaracja Jerome’a Powella, szefa FED, mówiąca o gotowości wsparcia amerykańskiej gospodarki przez bank centralny.
Zostało to przez uczestników rynku zinterpretowane jako preludium do rozpoczęcia cyklu łagodzenia polityki pieniężnej przez bank centralny USA.

Absurdalna wiara w słowo

Kolejnym krokiem było usunięcie z komunikatu po czerwcowym posiedzeniu FED słowa „cierpliwość”, co rynek przyjął jako wstęp przed obniżkami stóp. Prawdopodobieństwo lipcowej obniżki stóp sięgnęło 100 proc.
Patrząc na obecne wyceny długu, kilka obniżek stóp procentowych jest już w cenach amerykańskich obligacji. Trudno jednak w protokole z posiedzenia FED szukać twardego potwierdzenia takiego scenariusza.
Pod koniec I półrocza również Europejski Bank Centralny zadeklarował chęć wsparcia dla europejskiej gospodarki. Zgodnie z głównym komunikatem z ostatniego posiedzenia, wszystkie opcje pozostają na stole, w tym obniżki stóp procentowych.
Warto tutaj pamiętać, że kończy się kadencja obecnego prezesa EBC i trudno powiedzieć, jakie zapatrywania odnośnie dalszej polityki Europejskiego Banku Centralnego będzie miał jego następca.

Złoto idzie do góry

Z rynkowych wydarzeń należy podkreślić również silne wzrosty cen złota. Były one powodowane przede wszystkim niepewnością związaną z dalszym przebiegiem konfliktów handlowych oraz wzrostem napięcia w zatoce Ormuz. Ceny złota rosły konsekwentnie od końca maja, przekraczając dawno nieobserwowany poziom 1400 dolarów za uncję.
Końcówka I półrocza przyniosła również silne spadki cen rentowności krajowych obligacji. Było to dość spójne ze zmianami wycen globalnego długu. Rentowności krajowych 10-latek znalazły się na poziomach obserwowanych ostatnio na przełomie 2014 i 2015 roku, co biorąc pod uwagę niezmienną od kilku lat politykę Rady Polityki Pieniężnej, może nieco dziwić.
Ale do największych zaskoczeń należy zaliczyć dość nieoczekiwany przebieg wojny handlowej i przede wszystkim ostry zwrot w polityce banków centralnych.
Paradoksalnie, najbardziej niepokoić może silna zmienność nastrojów i optymizm inwestorów, których zachowanie w ostatnich paru miesiącach mogło się wydawać, w pewnych momentach, mocno nieracjonalne.

Trzeba trochę postraszyć

Odczyty gospodarcze, w szczególności w Europie Zachodniej, mogą w ostatnich miesiącach niepokoić. Indeksy optymizmu PMI utrzymują się trwale poniżej poziomu 50 punktów. Co ciekawe, pozostaje to praktycznie bez wpływu na zachowanie się rynkowych indeksów.
Do interesujących wniosków można dojść obserwując odczyty wskaźnika PMI dla krajowego indeksu, który jak dotąd nie znalazł odzwierciedlenia w danych realnych, wskazujących na kontynuację zdrowego wzrostu naszej gospodarki.
Część rozbieżności można tłumaczyć pewnym zapóźnieniem w realizacji zamówień krajowych wytwórców. Jednak przy silnym wsparciu fiskalnym nikt obecnie nie prognozuje znaczącego spowolnienia wzrostu polskiego produktu krajowego brutto w 2019 roku, jak wskazywałyby na to odczyty wskaźników wyprzedzających.

Polskie akcje średnio stoją

Ostatnie sześć miesięcy było bardzo udane dla inwestorów lokujących środki na rynkach rozwiniętych. Po spadkach w IV kwartale ubiegłego roku, indeksy z końcem grudnia silnie odbiły i ten trend trwał praktycznie do końca I półrocza.
Amerykański indeks S&P 500 zyskał w tym czasie 17,3 proc, dwa razy ustanawiając nowe historyczne szczyty. Jeszcze lepiej wypadły amerykańskie spółki technologiczne skupione w indeksie Nasdaq, zyskując nieco ponad 20 proc.
Hossa nie ominęła Europy Zachodniej, niemiecki DAX wzrósł o 18,9 proc., zaś francuski CAC40 o 18 proc.
Dużo słabiej na tym tle wypadł polski rynek, który przez długi czas był odporny na globalny optymizm. WIG20 zyskał od początku roku około 3 proc., zaś szeroki indeks WIG 5,3 proc.. Było to zasługą lepszego „zachowania się” małych i średnich spółek. Indeks WIG80 zyskał 12,2 proc., zaś WIG40 odpowiednio 5 proc.
Jak już wcześniej wspomniałem, krajowe akcje nie uczestniczyły w obserwowanej na globalnych rynkach hossie. Takie zapóźnienie giełdy papierów wartościowych, patrząc z perspektywy historii, nie jest niczym szczególnym.
Można więc oczekiwać dobrego drugiego półrocza dla krajowych spółek, biorąc pod uwagę wejście pracowniczych programów kapitałowych, wspierających gospodarkę i hossę na naszym wschodzącym rynku.
Największa przestrzeń wzrostu istnieje w segmencie małych spółek – tutaj jednak każdy inwestor powinien mieć z tyłu głowy kwestię płynności, która boleśnie przypomniała o sobie w II połowie 2018 roku.

Zbytni optymizm inwestorów

Obserwując dotychczasowe zachowanie rynków w 2019 roku, można było dojść do jednego wniosku. Zmiany cen rynkowych aktywów silnie odcięły się od fundamentów gospodarczych. Rynki potrafiły najpierw rosnąć, potem spadać i z kolei ponownie rosnąć bez zmiany istotnych parametrów rynkowych i gospodarczych.
Ten optymizm jest w mojej ocenie niepokojący, gdyż każdy drobny komunikat rynkowy, czy też tweet Donalda Trumpa jest w stanie zmienić krótkoterminowy trend na rynkach. W takim otoczeniu, biorąc również pod uwagę obecny poziom rynkowych indeksów, w każdym racjonalnym inwestorze powinien zbudzić się pewien zdrowy poziom ostrożności. Trudno jednak dyskutować z faktami, gdy rynki konsekwentnie rosną.

Giełdowy marzec będzie ciekawy

Odbicie na globalnych rynkach akcji, rozpoczęte pod koniec grudnia, w lutym wciąż trwało – ale niekoniecznie u nas.

Wzrosty nie były już tak dynamiczne jak w poprzednich miesiącach, ale zarówno rynek amerykański, Europa Zachodnia, Japonia jak i azjatyckie rynki wschodzące, stabilnie zyskiwały na wartości.
Inaczej wyglądała sytuacja w Warszawie, gdzie WIG 20 w skali całego miesiąca nieznacznie stracił – co może nie byłoby bardzo znaczące, gdyby nie porównanie nie tyle nawet do rynków rozwiniętych, co do przyzwoicie zachowującego się indeksu rynków wschodzących.
Początek lutego nie zapowiadał takiego przebiegu sytuacji. Indeks przekroczył ostatnio barierę 2400 punków, osiągając 12 miesięczne maksimum. Zabrakło jednak siły, by dłużej pozostać nad tą granicą – i indeks opadł. Częściowo wpływ na to miała nieco słabsza dyspozycja banków, spowodowana podwyższeniem składki na Bankowy Fundusz Gwarancyjny oraz przygotowywaną ustawą o kredytach frankowych. Trudno jednak wskazać jakiś konkretny „twardy” czynnik, który miałby wpływać negatywnie akurat na zachowanie dużych spółek. Nie można specjalnie o to posądzić trwającego w lutym sezonu podawania wyników, które co prawda są dość zróżnicowane – ale w przypadku spółek z WIG20 nie mieliśmy do czynienia z dużymi negatywnymi zaskoczeniami.
Co istotne: równolegle, małe i średnie spółki mają za sobą bardzo dobry miesiąc. Również publikowane w lutym dane makroekonomiczne były sprzyjające dla polskich akcji. Wysoka dynamika produkcji przemysłowej w styczniu przeczy negatywnym odczytom wskaźnika koniunktury PMI dla przemysłu. Podobnie wygląda dynamika sprzedaży detalicznej.
Równocześnie, odczyty wskaźnika PMI w strefie euro były raczej optymistyczne, po ostatnich kilku miesiącach gorszych danych. Wyjątek stanowiły Niemcy, gdzie wskaźnik dla przemysłu według wstępnych danych w dalszym ciągu utrzymywał się na niebezpiecznie niskich poziomach.
Chmury zbierają się jednak nad polskim rynkiem akcji, w szczególności w przypadku dużych spółek. Patrząc na perspektywy rynku w dłuższym terminie, główne nadzieje są wiązane z wprowadzeniem Pracowniczych Planów Kapitałowych oraz nową strategią dla rynku kapitałowego.
Dla polskich spółek najistotniejszy może okazać się kolejny spadek zamówień eksportowych, co biorąc pod uwagę strukturę krajowego eksportu powinno stanowić istotny znak ostrzegawczy. W przypadku perspektyw krajowej gospodarki ważny może okazać się też nowy pakiet stymulacji fiskalnej, ogłoszony na ostatniej konwencji partii rządzącej. To kolejne obciążenie budżetowe, ale w przypadku jego realizacji może wspierać wynik spółek, których powodzenie w dużej mierze zależy od wielkości wydatków krajowych konsumentów.
Jak wyglądają perspektywy na kolejne tygodnie? Rynki akcji, patrząc globalnie, mają za sobą już dwa miesiące wzrostów. Trudno jednak pozostawać bezkrytycznym optymistą. Grudniowe spadki nie były przypadkiem, który już się nie powtórzy. Scenariusz podwyższonej wahliwości rynków rozwiniętych w 2019 roku w dalszym ciągu pozostaje realny.
Spójrzmy na ostatnie tygodnie w Stanach Zjednoczonych. Rynki rosły dzięki zmianie w polityce rezerwy federalnej FED, który chwilowo zamroził podwyżki stóp i planuje ograniczyć program QT (zmniejszanie sumy bilansowej FED). Jest to oczywiście pozytywny czynnik dla rynków akcji. Drugim powodem wzrostów były nadzieje na ograniczenie sporu na linii USA – Chiny. Wprawdzie jesteśmy w miejscu, w którym porozumienia w dalszym ciągu nie ma, ale graniczny termin 1 marca został przeniesiony w czasie. W USA zbliża się rok wyborczy, więc Donald Trump będzie chciał odnotować sukces w negocjacjach z Chinami. Zawarcie porozumienia nie zatrzyma globalnego spowolnienia gospodarczego, może jednak złagodzić jego skutki. Podsumowując, na pewno czeka nas ciekawy miesiąc.