Zrezygnowali z podwyżek

Sejmowa Lewica oficjalnie przeprosiła wyborców za swoje głosy za podniesieniem wynagrodzeń parlamentarzystów. Tylko czy to wystarczy, by zatrzeć fatalne wrażenie?

Parlamentarzyści Lewicy wyciągnęli wnioski z oburzenia wyborców, jakie wybuchło w internecie – ale przecież nie tylko – po głosowaniu w sprawie poselskich wynagrodzeń. Przeprowadzoną 17 sierpnia konferencją prasową mieli nadzieję odzyskać uznanie tych, którzy w weekend zarzekali się, że nigdy już nie zaufają politykom deklarującym socjaldemokratyczne poglądy, a podnoszącym sobie zarobki w czasie niszczycielskiej epidemii. Internet przez ostatnie huczał od porównań postępowania polskich parlamentarzystów do decyzji polityków czeskich czy nowozelandzkich. Tam w geście solidarności członkowie rządu i posłowie swoje pensje, na określony czas, obcinali.

Posłanka i rzeczniczka prasowa Lewicy Anna-Maria Żukowska przeprosiła w imieniu klubu na specjalnej konferencji prasowej. Wskazała, w jaki sposób błąd będzie naprawiony: poprzez wniosek w Senacie, a następnie głosowanie całej opozycji – Lewicy i KO – która ma tam większość, przeciwko ustawie.

Mądrość trzech partii

– Za błędy trzeba przepraszać, za głupotę też trzeba przepraszać. Jesteśmy mądrzy wtedy, gdy jesteśmy mądrzy mądrością naszych wyborców i wyborczyń, a także mądrością naszych trzech koalicyjnych partii – mówiła Żukowska. To dość klarowne nawiązanie do tego, że podczas feralnego głosowania w klubie Lewicy była szóstka posłów, którzy opowiedzieli si przeciw podwyżkom. Postąpiła tak cała pięcioosobowa grupa polityków Razem oraz Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, posłanka niezrzeszona, ale w przeszłości także zasiadająca we władzach tego ugrupowania. Rzeczniczka prasowa Razem Dorota Olko, stojąca podczas konferencji obok Żukowskiej, zaakcentowała, że intencją jej formacji zawsze było stanie obok ludzi, a nie elit.

– Jako senatorka klubu parlamentarnego Lewicy w imieniu moim i senatora Wojciecha Koniecznego będę składać dzisiaj wniosek o odrzucenie projektu tej ustawy w całości. Jesteśmy z naszymi wyborcami, uważamy, jako senatorowie, że nasi wyborcy muszą wiedzieć, że reprezentujemy ich i ich zdanie – powiedziała wicemarszałek Senatu Gabriela Morawska-Stanecka, związana z Wiosną. Zaznaczała również, jak dobrym rozwiązaniem okazało się zachowanie dwuizbowego parlamentu: bez Senatu nie byłoby mowy o wycofaniu się z błędnych decyzji podjętych w Sejmie.

Tak też w izbie wyższej się stało. I chociaż PiS głosami swoich ludzi w Sejmie mógł odrzucić decyzję Senatu, to zrezygnował z podwyżek. Po raz kolejny to rządząca partia wyszła obronną ręką z całej awantury. Opinia publiczna zapamięta raczej chciwą opozycję, niż to, że taką samą chciwością, i to nie po raz pierwszy, popisał się PiS.

Pogrążyć opozycję

Opozycji dodatkowy cios zadał Ryszard Terlecki z PiS. Na konferencji prasowej zwołanej już po tym, gdy temat podwyżek ostatecznie upadł, oznajmił, że to nie od rządu wyszedł pomysł podniesienia płac polityków.
– Inicjatorami podjęcia tego tematu była opozycja, a myśmy się na to zgodzili. Przez kilka dni prowadziliśmy rozmowy. Po drugie: to opozycja chciała, byśmy zrobili to teraz i by tego nie przeciągać sprawy na wrzesień. Po trzecie: to opozycja chciała, by do tej ustawy dodać jeszcze kilka elementów poprawiających sytuację posłów, jak trzynaste wynagrodzenie – mówił Terlecki, przy okazji wyśmiewając polityków PO, że chyłkiem wycofali się z całej sprawy, gdy ich postawę skrytykował na Twitterze Donald Tusk.

Co jest stawką?

Wicemarszałek Terlecki wyraził w telewizorze swoje zaniepokojenie faktem, że sędziowie pozostają poza wszelka kontrolą. Miał na myśli oczywiście sytuację związaną z Sądem Najwyższym.

 

Szkoda, że pan wicemarszałek nie doczytał Konstytucji RP, w której znajduje się zapis art. 173: „Sądy i Trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz”. Jako takie nie powinny zatem podlegać politycznej kontroli, co w wypadku PiS pragnącego kontrolować wszystko jest trudne do zniesienia.

PiS faktycznie już teraz kontroluje Sąd Najwyższy, bowiem o kształcie tego organu decyduje m.in. prezydent RP – w obecnej chwili jak najbardziej „pisowski”, który mianuje nie tylko Prezesa, ale też wszystkich sędziów SN. Partii rządzącej podlega też Krajowa Rada Sądownictwa wskazująca nominatów do tego ciała. I te zmiany, jak i wprowadzone do samej ustawy o SN i ustroju sądów powszechnych powinny być panu wicemarszałkowi znane, bowiem to jego klub był ich inicjatorem i przegłosował wejście w życie – a pan Terlecki, jako przewodniczący klubu parlamentarnego powinien mieć o tym jako takie pojęcie. Chyba, że znów czegoś „nie doczytał”.

Nie chodzi zatem o kontrolę działalności sędziów, ale o zapewnienie pełni władzy nad nimi. W Sądzie Najwyższym ostatnią do przejęcia kontroli jest osoba Pierwszego Prezesa. I nie ma tu znaczenia, kto nim jest. Ma znaczenie, że nie jest to człowiek PIS. W świetle uchwały podjętej przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów SN, w której zapewniono o poszanowaniu Konstytucji i wierności sędziowskiemu ślubowaniu powoduje, że nawet zamknięcie drzwi gabinetu obecnej Pierwszej Prezes niczego nie załatwi.

Sędziowie SN to rzeczywiście prawnicza elita. Wiek, doświadczenie, dorobek, nieskazitelny charakter (wymogi określone w art. 30 § 1 ustawy o SN) to w ich wypadku po prostu stan faktyczny. Inaczej nie mogliby być sędziami SN (a przynajmniej każdy chciałby wierzyć, że tak jest).

O co zatem chodzi w walce władzy politycznej z Sądem Najwyższym? O wybory, a raczej potwierdzenia ich ważności, do czego w art. 1 powołany jest właśnie Sąd Najwyższy. Kadencji Pierwszego Prezesa SN zmienić ustawą się nie da (wynika z art. 183 Konstytucji), ale ustawowo określany jest wiek jego przejścia w stan spoczynku. I wszystkie inne kwestie też można „załatwić” ustawą, poza stwierdzeniem ważności wyborów do Sejmu, Senatu, wyboru Prezydenta, wyników referendum. Przepisy art. 101, 125 i 129 Konstytucji RP wskazują wprost, że w Polsce może to zrobić tylko Sąd Najwyższy. I tego nie ma, ani jak obejść, ani jak przekręcić.

To, że wymiar sprawiedliwości wymaga reform nie ulega nie ulega dyskusji, ale jeśli zaorana zostanie niezawisłość sędziów, w tym Sądu Najwyższego, to możliwości kontroli władzy w praktyce nie będzie. Walka o SN w naszych realiach to walka o zachowanie tych resztek demokracji, w której prawo góruje nad wolą władców.

Ta przenośnia powstała z tłumaczenia słynnej anegdoty François Andrieux, w której Fryderyk Wielki chciał sobie rozbudować park w Sans Souci, ale zawadzał mu młyn i jego uparty właściciel. Kiedy Fryderyk zagroził wywłaszczeniem, młynarz miał mu odpowiedzieć „Są jeszcze sędziowie w Berlinie”, co skłoniło króla do rezygnacji z planów. Powiastka Le Meunier de Sans-Souci została wydana dwieście lat temu. Ale to tylko anegdota, jakże mało śmieszna w porównaniu z naszymi wygłupami.