Stoi ułan na widecie…

Śpiący w samochodzie żołnierz ukradł panu prezydentowi całe defiladowe szoł.

Prezydent Duda, jak zwykle 3 Maja patriotycznie podniecony… a tu chłopak – pewnie umordowany ciągłymi alarmami, wyjazdami o bladym świcie, godzinami stania w bezruchu – ma to wreszcie wszystko gdzieś i dusi komara! W samochodzie, ale jednocześnie w oku kamery, z prezydentem na pierwszym planie. Duda ble, ble o żołnierskiej daninie krwi składanej od wieków i dyrdymały o historii najnowszej, a żołnierz – w kimę. Żołnierz tak ma – zasypia w każdej pozycji, w każdych okolicznościach, bo nigdy nie wie, kiedy znów okazja się trafi!…
No, ale nam kimać nie wolno. My, obywatele, zwłaszcza nieco starsi, kimnąć się nie możemy ani na moment. Mamy słuchać i targać za uszy każdego – choćby i prezydenta – kto nas nie szanuje, ma nas za głupków wmawiając nam ordynarne kłamstwa. Jeśli mówimy, że powinniśmy bronić swojej historii, to nikt za nas tego nie zrobi.
Minione dni obfitowały w kłamstwa, ociekały obłudą, hipokryzją i bezwstydem.
Oto minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak podczas uroczystości 74. rocznicy forsowania Odry w Gozdowicach (woj. zachodniopomorskie), wspominając poległych żołnierzy, mówił: „pamięć dla tych, którzy polegli, jest wieczna”; że ich ofiara „kształtuje polską tożsamość narodową”, a także: „nigdy nie wolno nam zapomnieć o krwi i poświęceniu polskiego żołnierza”.
Jego rządowy kolega zaś, minister spraw wewnętrznych Joachim Brudziński, przypomniał, że wielu żołnierzy biorących udział w walkach nad Odrą „nie zdążyło do armii gen. Andersa”, a I Armia Wojska Polskiego „była dla nich szansą na to, aby wrócić do Polski”.
Dodał też: „Jest dla mnie dzisiaj zaszczytem jako ministra, ale przede wszystkim jako mieszkańca tej ziemi (…), że mogę ukłonić się nisko tym z bohaterów, którzy tutaj o Polskę walczyli, opatrzność pozwoliła im przeżyć i są dzisiaj tutaj z nami. (…) Wasza krew, wasz pot, wasze poświęcenie, wasze umiłowanie ojczyzny ma dzisiaj w oczach rządzących taką samą wartość, jak krew, pot, poświęcenie żołnierza spod Tobruku, spod Monte Cassino, marynarza spod Narwiku, podwodniaków, którzy walczyli na morzach i oceanach, jak każdego polskiego żołnierza. (…) Krwi polskiego żołnierza nie wolno dzielić, nie wolno wartościować”.
Czy panowie ministrowie mają w domu lustra? Panowie zapomnieli: „Naszą chlubą jest oczywiście okres I wojny, wojna z bolszewikami, boje o Lwów z Ukraińcami i Wilno z Litwinami, czas międzywojnia. II wojny światowej już tak jednoznacznie nie można ocenić. Nie myślę rzecz jasna o 2 Korpusie gen. Andersa, Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, AK czy NSZ-ecie, ale ze względu na wojsko, chciałem powiedzieć polskie, ale powinienem jednak powiedzieć ludowe Wojsko Polskie, które powołał Stalin w maju 1943 roku. Trudno mi uznać tę formację za część historii naszego oręża.”…
Te słowa wypowiedział Sławomir Cenckiewicz, dyrektor Wojskowego Biura Historycznego im. Gen. K. Sosnkowskiego, członek Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej i członek Rady przy Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Nie słyszałem, żeby swoje myślątka na temat żołnierzy, których panowie w tym roku, roku wyborczym, tak gorliwie czcili, odwołał. Co więc jest w panów ustach prawdą, a co łgarstwem? Bo jeżeli poszliście po rozum do głowy i rzeczywiście szanujecie ofiarę żołnierzy idących ze Wschodu do Berlina, to co na tych stanowiskach robi do tej pory pan Cenckiewicz?
Dlaczego też zdecydowanie nie przetniecie ciągłych podchodów wojewody zachodniopomorskiego, któremu przeszkadzają nazwy niektórych ulic w Kołobrzegu – związane z walkami o miasto w 1945 roku – a nawet Pomnik Zaślubin z Morzem, którego trwanie na kołobrzeskim brzegu wcale nie jest pewne.
Idźmy dalej – skoro minister Błaszczak jest zdolny do takich werbalnych wzniosłości pod adresem żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, to dlaczego w takim razie odmówił wojskowej asysty na pogrzebie najstarszego admirała Marynarki Wojennej, 97-letniego Henryka Pietraszkiewicza, który odszedł w kwietniu na wieczną wachtę? Do wojska został wcielony, gdy miał 21 lat. Początkowo do Armii Czerwonej, potem wylądował w Wojsku Polskim. Po ukończeniu kursów oficerskich, w składzie 4 Dywizji Piechoty WP, przeszedł szlak bojowy do Berlina. Po wojnie wstąpił do Marynarki Wojennej. Był prymusem w Szkole Marynarki Wojennej, służył na ścigaczu okrętów podwodnych ORP „Sprawny”, był dowódcą ORP „Sęp”. Podwodniakiem został do końca, pełnił coraz wyższe stanowiska. Był dowódcą Brygady Okrętów Podwodnych, potem dowodził 9 Flotyllą Obrony Wybrzeża na Helu. Był komendantem Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej, szefem Sztabu Głównego Dowództwa Marynarki Wojennej, zastępcą Dowódcy Marynarki Wojennej do spraw Liniowych. Po zakończeniu służby był prezesem Ligi Morskiej wspierał Polskie Towarzystwo Nautologiczne, Stowarzyszenie Miłośników Okrętu Muzeum ORP „Błyskawica” czy też Bractwo Okrętów Podwodnych… I takiemu żołnierzowi odmówił pan, panie Błaszczak, asysty wojskowej podczas pogrzebu? Bo IPN podobno jakąś teczkę odgrzebał? A czy pańscy mianowańcy, ekspresowo awansowani, „wybitni dowódcy” po przyspieszonych kursach, nie współpracują z wojskowymi służbami specjalnymi? Nie stawiają się na odprawach, nie uczestniczą w naradach sztabowych? Nie udzielają żądanych informacji? Że niby, co – to inni dowódcy są, inni ministrowie, inne służby? Niepodległe? Różnie mówią. Jeden nawet dwie książki napisał o pańskim poprzedniku, a propos słówka „niepodległe”. I niech pan sobie wyobrazi, że ten pański poprzednik „oszczercy” do sądu nie podał! Taki honorowy…
Czyny panów, panowie ministrowie, i, że tak powiem – „praktyka rządzenia”, jedynie wzmacniają blask bijący od waszych miedzianych czół.
Uroczystości patriotyczne odbywały się nie tylko na zachodnich rubieżach Rzeczypospolitej, ale także w jej sercu, na Placu Piłsudzkiego w Warszawie. Rządzący dziś notable składali wieńce przy Grobie Nieznanego Żołnierza.
Czy dręczyła ich jednak refleksja, co oni właściwie demonstrują – szacunek i podziw dla bohaterów, czy może namysł nad własnym wkładem w budowanie kłamstwa?
Przecież ci honorowani nad Odrą żołnierze I i II Armii Wojska Polskiego, po zakończeniu wojny wracali do kraju, Jedni szli do cywila, inni dostawali nowe przydziały. Jedni brali się za zagospodarowywanie Ziem Zachodnich i Północnych, ściągali osadników, przydzielali im domy i ziemię, zagospodarowywali odłogi tworząc PGR-y, zakładali szkoły, odbudowywali uniwersytety. Innych ojczyzna wezwała do nowej walki w obronie przed bandami, „zbrojnym podziemiem”. Tym razem oprócz Niemców strzelali do nich „swoi”. Dla „leśnych” każdy zabity żołnierz, każdy zabity milicjant, każdy „ukarany” za pomaganie władzy ludowej – choćby kobieta, nauczyciel wiejski, wybatożony chłop biorący ziemię z reformy rolnej, zabity Żyd, to był powód do dumy i mołojeckiej sławy. Wielu żołnierzy I i II Armii WP przeżyło szturm Berlina, ale nie przeżyło szturmu na posterunek milicji, w którym przebywali, zasadzki na oddział, w którym służyli, nie przeżyli niewoli u „leśnych”…
To panowie – pochylający głowy przed Grobem Nieznanego Żołnierza – tolerują oburzające manipulacje historią i kupczenie żołnierską krwią z politycznych pobudek. Oprócz bowiem rozsianych na kolumnach Grobu tablic upamiętniających żołnierzy spod Kołobrzegu, z Wału Pomorskiego, Budziszyna, Berlina, Lenino nawet – choć ono schowane jest ciut wyżej niż chodnik – na dumnym miejscu wiszą tablice z „bitwami zbrojnego podziemia”. Ci pierwsi ginęli w walce z Niemcami, wyzwalali Polskę, po to, żeby po paru miesiącach ci drudzy mordowali ich „ku chwale ojczyzny”… Panom to nie przeszkadza? Państwu, które współtworzycie na co dzień, to nie przeszkadza?
Już nie mówię o tym, że spośród bitew stoczonych przez I i II Armię WP wymieniono bodaj osiem, zaś bitew „leśnych” uhonorowano aż 18! To ci dopiero była siła!
No właśnie… Dlatego nie liczcie na zapomnienie, nie miejcie złudzeń, że patriotycznym klajstrem zamulicie mózgi. Niektórym na pewno, bo ludzie słabi są i dla „miski ryżu” będą „zapieprzać” dla kogo bądź. Ale nie oni stanowią o pamięci. Zatem musielibyście zmienić znacznie więcej niż tylko frazeologią patriotyczną, żeby dać Polsce szansę na posklejanie tego, co rozwaliliście. Nie ma w was takiej skłonności.
Wracając więc do defilady, którą urządziliście z okazji 3 Maja – oglądając ją przypomniałem sobie ostatnie miesiące Polski Ludowej. Każdy już czuł, że coś się kończy i coś zaczyna. Wtedy, po bardzo długiej przerwie na ulicach Warszawy zabrzmiała „Pierwsza Brygada”, zagrana wzruszająco przez Orkiestrę Reprezentacyjną Wojska Polskiego. Była jak żołnierze po latach tułaczki wracający do domu… Ciary chodziły po plecach.
Wy zaś – na kilka dni przed wyborami do Parlamentu Europejskiego i na kilka miesięcy przed wyborami do Sejmu i Senatu, pokazaliście maszerujących klawiszy, policję skarbową, swoich ochroniarzy – na szczęście spieszonych, więc limuzyny były bezpieczne – i Wojska Obrony – Jeb! Jeb! Jeb! – Terytorialnej…
Myślę sobie, że nasz koniec był ładniejszy, chwytający za serce, nieco sentymentalny i jakby pogodzony z historią. W każdym razie nikt nie spał…

Piosenkarz, jazzman, rajdowiec

Z ANDRZEJEM DĄBROWSKIM z okazji 80 rocznicy jego urodzin rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Andrzej Dąbrowski – ur. 13 kwietnia 1938 w Wilnie – piosenkarz, perkusista, kompozytor, dziennikarz, fotografik, kierowca rajdowy (wicemistrz Polski w rajdach samochodowych w 1957). Absolwent krakowskiego Liceum Muzycznego oraz Wydziału Instrumentalnego Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Krakowie. Działalność muzyczną rozpoczął w czasie nauki w szkole średniej w jazzowym trio Wojciecha Karolaka. Jego profesjonalnym debiutem był w 1958 udział w Zaduszkach Jazzowych, gdzie wystąpił jako perkusista w trio Andrzeja Kurylewicza. Z zespołem tym wystąpił także w tym samym roku na I Międzynarodowym Festiwalu Muzyki Jazzowej Jazz Jamboree ‚58 w Warszawie. Był perkusistą czołowych polskich grup jazzowych, m.in. Andrzeja Kurylewicza, Jana Ptaszyna Wróblewskiego, Krzysztofa Komedy, Jerzego Miliana, Włodzimierza Nahornego, Zbigniewa Namysłowskiego, Krzysztofa Sadowskiego, Andrzeja Trzaskowskiego oraz Michała Urbaniaka. Współpracował też m.in. z Andrzejem Cudzichem, Urszulą Dudziak, Adamem Makowiczem, Jerzym Matuszkiewiczem, Januszem Muniakiem, Tomaszem Stańką i Jarosławem Śmietaną. Towarzyszył wielu gwiazdom światowego jazzu na estradzie i w studiach nagrań, m.in. Josephine Baker, Stan Getz, Don Ellis, Art Farmer, Johnny Griffin, Jon Hendricks, Rolf Kuhn, Bud Powell, Lucky Thompson, Bernt Rosengren. Występował m.in. na Jazz Campingu Kalatówki w latach 1959, 1999, 2001, 2004, 2006 i 2009 i na Festiwalu Jazzowym w Sopocie w 2007. Jako wokalista jazzowy zadebiutował w roku 1965, jako piosenkarz wykonujący prócz jazzu muzykę pop – w 1970. Śpiewał standardy muzyki światowej, własne kompozycje, a także piosenki napisane przez popularnych kompozytorów muzyki rozrywkowej, jak Wojciech Karolak, Antoni Kopf, Jerzy Milian, Włodzimierz Nahorny, Ryszard Poznakowski, Jan „Ptaszyn” Wróblewski i autorów tekstów jak Andrzej Bianusz, Maria Czubaszek, Jonasz Kofta, Wojciech Młynarski, Agnieszka Osiecka. Koncertował w całej Europie, m.in. w Czechosłowacji, Norwegii, RFN, Szwecji, USA, Indiach, ZSRR. W 2013 roku wystąpił na jubileuszowym 50. Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Obdarzony pięknym, aksamitnym, matowym głosem, wylansował takie przeboje piosenkarskie jak „Bywaj nam Mary Ann”, „Zielono mi” (Grand Prix Opole 70), „Do zakochania jeden krok” (Grand Prix Opole i Sopot 72), „Dziewczyny perkusisty”, „Księżyc pies i ja”, A ty się bracie nie denerwuj”, „Przygoda z Marią”, „Szał by night”. Laureat licznych nagród muzycznych i za sukcesy rajdowe. Współpracował z Trójką Polskiego Radia („Trzy kwadranse jazzu”), „Przekrojem”, „Polityką”. 63 razy znalazł się na podium rajdowym. Wykonawca popularnego standardu z czołówki serialu „07 zgłoś się”.

 

Dziennikarze pytają Pana zazwyczaj wyłącznie o jazz, śpiewanie i wyścigi rajdowe, a ja zacznę z innej strony, nigdy nie dotykanej. Urodził się Pan w Wilnie, co jak wiadomo, z różnych powodów, głównie historycznych, niejednokrotnie wiązało się dla urodzonego tam, zwłaszcza w pewnym okresie, ze szczególnymi konsekwencjami. Czym jest dla Pana to miasto?

Trudno mi je określić inaczej niż tylko jako miejsce urodzenia. Urodziłem się tam w 1938 roku i prawie nic nie pamiętam z najwcześniejszego okresu dziecięcego. Urodziłem się w Wilnie, przy ulicy Mickiewicza, ale wkrótce zamieszkaliśmy na wsi, po Wilnem, w Kolonii Wileńskiej. Moja mama była aktorką, grała w teatrze na słynnej wileńskiej Pohulance, z różnymi znanymi ówcześnie aktorami. Bywał tam słynny wtedy męski „Chór Dana” z Mieczysławem Foggiem, który podobno wtedy mnie, oseska, nawet ponosił trochę na rękach. Z czasów Kolonii pamiętam, że mieliśmy psa wilczura, który rozpoznawał warkot motocykla, którym ojciec wracał z pracy.

 

Zatem nie ma Pan sentymentu do Wilna…

Nie, ale rodzice mieli, więc na początku la siedemdziesiątych wykupiłem im wycieczkę do Wilna, autokarem, na trzy dni. Pojechałem z nimi. Mama przeżyła to bardzo mocno. Z trudem odnalazła grób swojej matki na cmentarzu na Rossie. Popłakała się, była w kiepskim nastroju.

 

Kiedy i w jakich okolicznościach opuściliście Wileńszczyznę? W czasie wojny czy już po?

Ściśle biorąc – uciekliśmy. Rodzice wspominali, że kilka zaledwie dni dzieliło nas od momentu, w którym by nas NKWD wywiozło na Syberię. Był to bodaj koniec 1944 roku, więc miałem już sześć lat i trochę pamiętam. Z całym dobytkiem, wagonem towarowym, w ostrą zimę, jechaliśmy bardzo długo. Po drodze słyszałem strzały, pociąg ciągle się zatrzymywał. W końcu dojechaliśmy do Szczawnicy Zdroju, zamieszkaliśmy u jakiejś rodziny, w drewnianym domu. Pamiętam, że w okolicy jeszcze toczyły się walki z Niemcami i kiedy pociski świstały i uderzały w dom, to kładliśmy się na podłodze. Od 1945 roku życie z wolna normalizowało się. Ojciec założył z kolegą linię autobusową Szczawnica-Kraków. Jeździli znalezionym gdzieś starym autobusem. W zimie autobus się popsuł, ojciec naprawiał go długo leżąc pod podwoziem na śniegu i rozchorował się ciężko na serce. Wyleczył się jednak miodem, który obicie czerpał z ula pszczelego naszego gospodarza.

 

Jak Pan się znalazł w Krakowie, gdzie ukończył Pan Liceum Muzyczne i Wyższą Szkołę Muzyczną?

Po prostu uciekliśmy z tej Szczawnicy i zamieszkaliśmy w Krakowie przy ulicy Świętej Teresy, między Łobzowską a Krowoderską. Tam chodziłem do prywatnej podstawówki imienia Kaplińskiej przy ulicy Łobzowskiej, potem do szkoły przy ulicy Szlak, następnie Liceum Muzyczne przy Krowoderskiej róg Basztowej i Wyższa Szkoła Muzyczna.

 

Poszedł Pan do szkół muzycznych, bo muzyka już wtedy była Pana pasją?

Zupełnie nie. Znalazłem się tam z przypadku. Liceum Muzyczne dopiero powstało i miało jeszcze niski nabór, potrzebowało chętnych, więc się zgłosiłem, choć tylko troszkę umiałem grać na fortepianie. Znalazłem się w klasie fortepianu, ale jako leń nie przykładałem się do ćwiczeń. Szybko przerzuciłem się na perkusję, która bardziej odpowiadała mojemu temperamentowi.

 

Rozrabiał Pan w szkole?

Jasne. Dokuczaliśmy niektórym nauczycielom, na przykład rusycystce, obrzucaliśmy się pomidorami. Kiedyś wyrzuciłem przez okno kałamarz, który spadł na przechodzącą akurat ulicą Basztową żonę jakiegoś ważnego urzędnika, więc była afera. Największy mój wyczyn, to zamknięcie profesorów w pokoju nauczycielskim w czasie przerwy. W latach stalinowskich były afery z uczniami o złe zachowania na pochodach 1-majowych i o zdjęcie ze ściany portretu Stalina. Do sąsiedniego Liceum Plastycznego chodził mój kolega, później słynny fotografik Ryszard Horowitz. Były to piękne, wesołe lata, trochę w stylu znanych kiedyś, czarujących wspomnieniowych książek „Wspomnienia niebieskiego mundurka”, „Ze wspomnień samowara” czy „Bezgrzeszne lata”.

 

Czy któryś z profesorów licealnych okazał się dla Pana szczególnie ważny?

Profesor klasy perkusji, Józef Stojko, bardzo dobry muzyk grający w filharmonii. Wpoił we mnie poczucie rytmu, trzymanie się metrum. Spod jego ręki wyszło wielu dobrych perkusistów, choćby Janusz Stefański, mieszkający obecnie w Niemczech. Na pożegnanie szkoły Stojko napisał mi dedykację: „Najzdolniejszemu z klasy perkusji – Andrzejku wytrwaj”. No i wytrwałem przy perkusji pół wieku.

 

Kiedy i jak zaczęła się Pana przygoda z jazzem?

Od współpracy w Andrzejem Kurylewiczem i Wandą Warską w 1959 roku, kiedy pojechaliśmy na festiwal młodzieżowy do Wiednia. Było to pierwsze zetknięcie się z Zachodem, pierwsza coca cola, napój tępiony wtedy w Polsce i na żywo obejrzany koncert Elli Fitzgerald. W Krakowie mieliśmy wtedy dużo pracy. To miasto, z którego pochodzili znani jazzmani, m.in. Matuszkiewicz, Karolak, Kurylewicz, Warska. Było sporo nagrań muzycznych do filmów w łódzkiej szkole filmowej. Kiedy jednak z powodów zawodowych, konieczności jeżdżenia do Pagartu, po paszport i na nagrania do Warszawy, postanowiłem się tam przenieść na stałe i zamieszkałem na MDM.

 

Proszę wspomnieć o początkach romansu automobilowego. Zostać kierowcą rajdowym i jeździć samochodem znanej zachodniej marki w Polsce w latach pięćdziesiątych, to było coś…

Byłem wtedy za młody, żeby to tak odbierać. Jeździłem simką 8, trenowałem w Automobilklubie krakowskim z Sobiesławem Zasadą i kilkoma innymi zawodnikami. Manewry zręcznościowe ćwiczyliśmy pod Kopcem Kościuszki. A ponieważ była to dla mnie fantastyczna zabawa i dobrze mi szło, więc zaczęli wysyłać mnie na zawody mistrzostw Polski jako reprezentanta Automobilklubu. I w 1957 roku na koniec sezonu, jako 19-latek uzbierałem punkty na wicemistrzostwo Polski.

 

Co było dla Pana silniejszym motorem pchającym do automobilizmu: zamiłowanie do aut czy potrzeba adrenaliny?

To drugie. Zamiłowanie do ryzyka, choć aspekt estetyczny też był ważny, uroda modeli aut. Gdy pod koniec lat pięćdziesiątych pojawiła się w Krakowie ogromna limuzyna amerykańska, budziła powszechny podziw, wszyscy oglądali, macali, naciskali na resory, które miękko się bujały.

 

Mój ojciec jeździł w latach sześćdziesiątych, od 1962 roku, autem produkcji Niemieckiej Republiki Demokratycznej, garbuskiem „Wartburgiem”, najpierw typem „312 Standard”, potem modelem „De Luxe”…

Pamiętam, pamiętam, fajny samochód, choć dymiący z rury wydechowej i pyrkający jak to dwutakt. Potem „Wartburga” wyposażono w czterotaktowy silnik Volkswagena, nie kopcący i zmieniono kształt na bardziej kanciasty. Jeździłem też Skodami, Tudor i Oktawią. Oj było, było.

 

Jak Pan dziś jeździ?

Latek przybyło, wiec jeżdżę spokojnie i tępię kierowców łamiących przepisy, a już pijanych szczególnie. Tępię też nieszanowanie pieszych na pasach, co na Zachodzie prawie się nie zdarza. Jestem za ostrymi karami dla takich gagatków, przy czym uważam, że finansowych boją się bardziej niż punktów. W moich artykułach na ten temat proponuję 5-10 tysięcy mandatu, byle były egzekwowane.

 

Jak Pan ocenia dzisiejszy jazz i dzisiejszy pop piosenkarski?

Co do jazzu, to wychowywałem się na tradycyjnym i swingowym. Takim, który miał melodię, rytm i 32-taktowy temat. Nigdy mi się nie podobał jazz awangardowy, free jazz, który zresztą pojawił się dawno. Nie lubię „wydziwiasów”. Zawsze ceniłem klasykę jazzu, choćby Stana Getza czy Oscara Petersona

 

A pop?

Piosenka dziś zeszła na psy. Nie ma w niej ładnej melodii i dobrego tekstu. Wykruszyła się generacja dawnych kompozytorów i autorów tekstów, takich jak Wojciech Młynarski, Jonasz Kofta, Agnieszka Osiecka, Jerzy Milian, Andrzej Bianusz i inni. Dziś jest natomiast łatwość nagrania płyty i taki też jest skutek, głównie w postaci szybkiego dochodu. Poza tym jestem wychowany na Kabarecie Starszych Panów. Z tego klimatu zrodziła się choćby moja piosenka „Przygoda z Marią”.

 

Mówiliśmy o dwóch Pana wielkich pasjach, muzyce i automobilizmie rajdowym…

W odwrotnym porządku: na pierwszym planie stawiam auta i rajdy.

 

A jednak?

Tak

 

Mówiliśmy zatem o tych dwóch dziedzinach, ale jest Pan także podróżnikiem, artystą fotografikiem, dziennikarzem muzycznym, autorem pisma „Jazz” oraz motoryzacyjnym, swego czasu członkiem redakcji tygodnika „Motor”. A jakie są Pana gusta literackie, filmowe, teatralne?

Czytam mało z powodów zdrowotnych, z powodu choroby wzroku. Lekarze zabronili mi męczyć wzrok. W młodości spowodowałem wybuch i na pewien czas straciłem wzrok. Odzyskałem go po operacjach. Trzy lata spędziłem w szpitalach okulistycznych. Chorowałem na jaskrę, zapalenie twardówki i inne choroby wzroku. Mimo to dziś perfekcyjnie widzę, acz mam dwie sztuczne soczewki. To cud, że w ogóle widzę. Z tego powodu, jeśli chodzi o lektury, pozostałem na etapie „Kubusia Puchatka”.

 

Bardzo dobra lektura.

Też tak uważam.

 

A kino?

Rzadko chodzę. Nie lubię szmiry, która zalewa ekrany. Te ewolucje z koziołkującymi, płonącymi samochodami i spychaniem się na szosie nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

 

Widział Pan polski film z 1969 roku, „Czekam w Monte Carlo” Juliana Dziedziny, o duecie polskich rajdowców w wielkim świecie słynnego rajdu, z wspaniałymi mężczyznami w szalejących maszynie, Stanisławem Zaczykiem, Andrzejem Kopiczyńskim i Krzysztofem Chamcem?

Widziałem. A w innym filmie o tematyce rajdowej, „Tulipanie”, „zagrały” moje własne puchary za zwycięstwa rajdowe. A Stanisław Zaczyk był moim sąsiadem w Krakowie. Grał tam też, samego siebie, Sobiesław Zasada, mój przyjaciel, z którym do dziś razem ćwiczymy naszymi autami.

 

Śledzi Pan sporty samochodowe, rajdy, wyścigi?

Namiętnie. Do tego stopnia, że niechętnie wyjeżdżam gdziekolwiek w weekendy, ku niezadowoleniu żony. Kibicuję i przyjaźnię się z Krzysztofem Hołowczycem. Kibicuję też Kubicy i boleję nad jego dramatycznymi perypetiami. To utalentowany kierowca, z niesłychaną żądzą rywalizacji i ryzyka.

 

Ma Pan nieprzeciętnie bogaty życiorys, którym mógłby Pan obdarzyć kilka osób, ale jak dotąd nie napisał Pan pamiętników, ani nie udzielił książkowego wywiadu rzeki. Dlaczego?

Są takie zamysły, ale jakoś nie mogę się zdecydować. Jest materiał na trzy życiorysy – rajdowca, perkusisty jazzowego i piosenkarza. No i podróżnika, bo bardzo wiele podróżowałem. Mam też duży pakiet listów do rodziców, które pisałem do nich jako chłopak i które jak się okazało, oni zbierali. Jest w nich sporo refleksji o jazzie, o wyjazdach muzycznych, podróżach, spotkaniach z ludźmi. Są w nich też kąśliwe uwagi o niektórych kolegach, którzy niefajnie się zachowywali. Wątpię jednak, żebym w ogóle zdecydował się na napisanie wspomnień.

 

Dziękuję za rozmowę.