Przyszłość człowieka analizą przeszłości pisana

Nie ma właściwie ważniejszego zagadnienia aktualnego i przyszłościowego, niż współczesna analiza pożądanej wizji człowieka przyszłości. Już od dłuższego czasu uznaje, że bez kreacji takiej wizji, grozi globalnej ludzkości katastrofa gatunkowa. Ale nie tylko całej ludzkości ale zwłaszcza naszemu narodowi. Dlatego też, próbuje w swej twórczości zdefiniować tą wizję, zarówno na podstawie analizy teraźniejszych doświadczeń człowieka, jak i analizy jego przeszłości.(1)

Jednakże , ostatnie wydawnictwo wybitnej, reprezentantki współczesnej filozofii prof. dr hab. Marii Szyszkowskiej, kandydatki do Pokojowej Nagrody Nobla, wieloletniej profesor Uniwersytetu Warszawskiego a teraz Wyższej Szkoły Menedżerskiej w Warszawie, członek jej Senatu niezwykle wzbogaciło i rozszerzyło kształtowaną ofertę z tego zakresu.
Istota tego rozszerzenia polega na tym, że cytowana autorka wskazała w swojej ostatniej książce (2), że w kreacji wizji człowieka przyszłości, ogromna rolę, nie tylko może, ale wręcz musi odegrać doświadczenie kreacji człowieka przeszłości a w wypadku Polski, czas pierwszego okresu powojennego (1944-1989). Z analizy tego nowatorskiego dzieła wynika bowiem, że podstawa współczesnej kreacji człowieka przyszłości, nie tylko powinna być analiza procesów zalążkowych jego kreacji, w minionej epoce, ale też doświadczenia ludzi ,w tym poszczególnych jednostek ludzkich w takiej jego kreacji, której odpowiednia kontynuacja, nie tylko może, ale powinna służyć opracowaniu pożądanej wizji człowieka nadchodzących czasów. Obok bowiem wielkich procesów historycznych, które kształtowały i ukształtują podstawy współczesnej niezbędnej wizji człowieka przyszłości, doniosłą rolę w tej kreacji, odgrywają indywidualne doświadczenia ludzi a zwłaszcza ich dorobek, który dla tej kreacji, posiada fundamentalne- niedostatecznie dotąd uwzględniane w historiografii- znaczenie doświadczenie zarówno zbiorowe jak i indywidualne.
Niezwykle dobrze się stało, że do tych indywidualnych doświadczeń i to okresy powojennego (1944-1989), sięgnęła prof. M. Szyszkowska, w wydanej ostatnio swojej książce. I trzeba przyznać, że ten ogromny zestaw doświadczeń ludzkich kreacji człowieka, który zawiera to dzieło, wydaje się w świetle jego analizy, nie tylko równie ważne do opisu historycznych procesów, bez których nie można zaprojektować wizji człowieka przyszłości, ale jest też konieczny i wręcz nieodzowny do odpowiedniego zaprojektowania go na przyszłość.
Dotyczy to przy tym, zarówno doświadczeń zbiorowych ludzi epoki, którymi zainteresowali się autorzy wspomnianego dzieła, pracujący z inicjatywy i pod kierownictwem prof. M. Szyszkowskiej, ale też do ich indywidualnych doświadczeń w tej dziedzinie. Z doświadczeń zbiorowych, warto zwłaszcza zwrócić uwagę na relację Bożeny Termer, która zajęła się problematyką mody w klimacie tamtych lat, jak też Krystyny Leśniak- Moczuk, która zajęła się kultura ludową PRL, czy Anny Cordes, czyniąca przedmiotem swego zainteresowania, upowszechnienie kultury w PRL.
Wiele też uwagi poświecono innym pozornie peryferyjnym problemom z tego punktu widzenia, ale równie ważnym, jak poprzednio wymienione, chociażby takich jak szkic Jacka Andrychiewicza, poświęcony weterynarii w PRL, czy Andrzeja Ziemskiego, dotyczący dziennikarstwa tego okresu. We wszystkich tych szkicach znajdujemy wiele ważnych informacji, które zagubiły się w zbiorowej pamięci ostatnich lat, w których liczne kłopoty i problemy, zepchnęły zainteresowanie nimi, na dalekie peryferiom, aż do zapomnienia włącznie.
Specjalne miejsce w tej odnawianej pamięci, we wspomnianym dziele, odgrywa też przypomnienie kultury i oświaty, w których wielkie sukcesy w powojennej Polsce, niedostatecznie kontynuowane po 1989 roku, stanowią istotny czynnik kreacji wizji człowieka przyszłości. Pozwoliłem sobie, aby jako współautor tego dzieła, przypomnieć niezwykłe osiągniecia pedagogiki i oświaty powojennej Polski, zwłaszcza związane z epokowym historycznym znaczeniem wkładu do tego rozwoju , takich postaci jak prof. Bogdan Suchodolski, których nie udało się go zniszczyć, gorliwym apologetom Polski po 1989 r, choćby w postaci prof. Zbigniewa Kwiecińskiego, który ten niezwykły dorobek, chciał w swych publikacjach wyrzucić na śmietnik historii. Zresztą ta tendencja nie została do końca przezwyciężona i we współczesnych czasach, gdy w obszernym .wręcz monstrualnie wielkim podręczniku pedagogiki (ponad 1000 str. druku), olbrzymi dorobek prof. Bogdana Suchodolskiego, jest o wiele mniej cytowany, niż dorobek naukowy prof. Zbigniewa Kwiecińskiego i prof. Bogusława Śliwerskiego, wysuwających się na czoło współczesnego pedagogicznego życia w naszym kraju (3).
Jednocześnie jednak, wiedza o oświacie w PRL, która jest obecnie przemilczana, została w stosunku do jej odpowiedniej rangi, potraktowana przez Mirelę Nawrot, w jej ciekawym szkicu, poświęconym wychowaniu przedszkolnemu. Jednocześnie ta część oświatowa wspomnianego dzieła, jest w dużej mierze wzbogacona i uzupełniona szkicem Janusza Szymborskiego, poświęconym kulturze zdrowotnej tego okresu czasu.
Jednakże, chciałbym podkreślić ze szczególną mocą, że wiedza o minionych czasach, byłaby uboga i niepewna, gdyby we wspomnianym dziele, nie zwrócono tak wielkiej wagi, na swoisty urodzaj ludzi wielkiego dorobku intelektualnego i naukowego, ale też politycznego, w który brzemienne były dzieje PRL, które obecnie mogą i powinny być obiektywniej oceniane. Niż bezpośrednio po 1989 r.
Do postaci szczególnych, które przywołane w tym dziele wprowadzają nas w problem wielkich postaci historycznych, w których brzemienny był okres powojenny, warto wymienić takie postacie, jak Tadeusz Kotarbiński, Bolesław J. Gawecki, czy opisany wyjątkowo barwnie przez współautorkę i twórczynie tego dzieła prof. Marię Szyszkowską Julian Aleksandrowicz. Jednakże wiedza o tym byłaby niepełna, gdyby nie uwzględnić w tym spisie szkicu księdza Zbigniewa Iwańskiego, poświęconego prymasowi Polski Stefanowi Wyszyńskiemu.
Jednakże prezentowane dzieło, charakteryzuje się tez tym, że obok postaci wybitnych, w których cechy pozytywne są nadrzędne nad słabościami i ułomnościami człowieczymi, zaprezentowano też postacie, które w powojennej rzeczywistości polskiej i po części światowej, też odegrały istotną rolę choć nie zawsze pozytywną. Oczywiście w bilansie plusów i minusów tych postaci, każdy z ich prezenterów, posłużył się własna miarą i w dużej mierze, też subiektywnymi wskaźnikami wag i miar ich oceny, wydaje się, że wystąpiło w wielu wypadkach spornych i kontrowersyjnych. Jednakże w przeciwieństwie do współczesnych podręczników historii, postaci tych nie tylko nie przemilczano, ale poświecono im znaczne miejsce.
W tym do szczególnie znaczących postaci z tego panteonu, wymienić należy przede wszystkim Bolesława Piaseckiego, człowieka., który przeszedł ogromna ewolucje od skrajnie prawicowej orientacji w międzywojennej Polsce, do budowania środowiska katolickiego, które naprzeciw wszystkim i każdemu z jego inspiracji, szukało sposobu na współpracę wierzących i niewierzących, katolików i marksistów, od pierwszych lat istnienia PRL, do długiego okresu jego funkcjonowania.
Oczywiście można mieć różna ocenę tej postaci, podzielać i nie podzielać poglądów na ten temat Tadeusza Mędzelowskiego, który opisał tą postać, ale dobrze się stało, że redaktor i twórca tego dzieła, nie pominął go w panteonie prezentowanych osób, w tym ciekawym bilansie PRL.
Inna, jeszcze bardziej kontrowersyjną postacią w zakresie jej roli w PRL, jest postać Edwarda Gierka, górnika polskiego, działającego we Francji, który przez długi okres czasu, faktycznie zarządzał PRL i w dużej mierze, nie tylko przyczynił się do jej eksperymentów szukających drogi przezwyciężenia ciągłego popadania w coraz większe kryzysy, ale w dużej mierze, przyczynił się do niezdolności ich przezwyciężenia i ostatecznego historycznego pogrzebania tych rozwiązań ustrojowych, dość istotnych w naszym narodowych dziejach.
Natomiast prezentacja Edwarda Karolczuka –Wojciecha Jaruzelskiego- jest jeszcze bardziej dyskusyjna, niż Bolesława Piaseckiego i Edwarda Gierka, albowiem to jemu przypadła funkcja grabarza PRL a meandry jego życia, są przepojone o wiele ciemniejszymi kartami, niż B. Piaseckiego czy E. Gierka.
Jednakże przywołanie na stronach tego dzieła, obok innych osób Wojciecha Jaruzelskiego, wydaje się o tyle słuszne a nawet konieczne, że dzieje PRL bez przywołania tej postaci, byłyby niepełne a nawet brzemienne w fałszerstwa.
Natomiast można też się zgodzić z poglądem, że w stosunku do obu poprzednio wymienionych postaci, które też nie były gigantami, jest to postać, która swój egzamin historyczny- przyznajmy, że trudniejszy od innych warunkach – zdała o wiele gorzej, niż wszyscy inni. I gdyby stawiać za poszczególne biografie stopnie, to uzyskałaby stopień niższy, od poprzednio wymienionych postaci. Jej cecha charakterystyczną bowiem-czego autor nie uwzględnił w jej prezentacji-była swoista deformacja, której podlegają wojskowi, we wszystkich wojskach świata a myślę, że w Ludowym Wojsku Polskim, przybierała ona bardziej jaskrawa postać, niż w innych armiach świata.
Osobna i dość niespodziewana postacią spoza naszej ojczyzny, jest przywołanie w cytowanej książce pamięć Lwa Trockiego. Pozornie narusza to jej kompozycję i stanowi swoisty wyjątek sięgnięcia do postaci zagranicznej. Jednakże jeśli się przyjrzeć bliżej, to jej uwzględnienie w tym dziele stworzyło dobra podstawę, zarysowania tła, w których kształtowała się PRL.
Lew Trocki, to przecież obok Lenina i Stalina, współtwórca i realizator bolszewickiej rewolucji 1917 r., która w swej istocie i w zamiarach jej twórców, miała znieść z powierzchni ziemi, niepodległe państwo polskie powstałe w 1918 roku i która wniosła niemały wkład w próbę realizacji tego zniesienia. Jednakże, jest to też postać wskazująca, jak znaczna część twórców bolszewizmu, sama nie godziła się na jego ewolucję, ale która też za awansową rewolucja unicestwiała i pozbawiała szansy współdziałania z nią w wyższych fazach rozwoju.
Z punktu widzenia kreacji człowieka przyszłości, dowodzi ona niezbicie, że komunizm w radzieckim wydaniu , nie tolerował wybujałych osobowości swoich współtwórców. Jednakże , przywołanie na łamach książki tej postaci, znacznie wzbogaciło jej treść o problemy rangi uniwersalnej.
Innymi słowy, ukazała się na rynku wydawniczym pod redakcją wydawnicza prof. Marii Szyszkowskiej książka, która daje lepszą, niż dotąd szanse, zdefiniowania wizji człowieka przyszłości. A od tego zależy pomyślny rozwój człowieka naszych i nadchodzących czasów.

(1) Znalazło to wyraz szczególny w dwóch moich ostatnich książkach pt. „Człowiek przyszłości” , Wydawnictwo Akademia Humanistyczna im. Aleksandra Giedroyciai Wydawnictwo ASPRA – JR , Warszawa 2019 i „Wizja człowieka przyszłości”, Wydawnictwo ASPRA-JR, Warszawa 2020
(2) „Świat kultury czasów Polski Ludowej „pod redakcją naukową prof. Marii Szyszkowskiej, Wydawnictwo „Kto jest Kim?”, Warszawa 2020
(3) Znalazło to swój wyraz w tym, że w podręczniku pedagogiki, wydanym w 2019 roku, prof. Bogdan Suchodolski, jest o wiele mniej cytowany, niż wspomniani prof. Zbigniew Kwieciński i Bogusław Śliwerski będący redaktorami tego podręcznika.

Bauman: socjolog-socjalista

 Zygmunt Bauman był jednym z najbardziej cenionych na świecie polskim socjologiem i filozofem. Niektórzy jednak widzieli w nim przede wszystkim byłego żołnierza Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Inni wiedzieli o nim równie niewiele: że jest byłym rewizjonistą i postmodernistą. 

Zygmunt Bauman urodził się w 1925 r. w Poznaniu w zeświecczonej rodzinie żydowskiej. W 1931 r. jego przejściowo bezrobotny ojciec próbował popełnić samobójstwo skacząc z mostu, został jednak uratowany przez harcerzy. Widok ojca oblepionego wodorostami i mułem był jednym z jego pierwszych żywych wspomnień. Jak później wspominał, już wtedy zaczął się zastanawiać „Nad tym czy świat, który jest – z tym, że ojcowie skaczą do Warty, a koledzy kopią i duszą – musi być właśnie taki”. Młody Zygmunt odczuwał na własnej skórze to, że jest jednym z nielicznych Żydów wśród dzieci na poznańskich Jeżycach. Gdy szedł do szkoły czy do biblioteki, młodzi prześladowcy zawsze podążali za nim, lżąc go, szturchając, wyśmiewając.

3 września 1939, tydzień przed zdobyciem przez Niemców Poznania, rodzina Baumanów wyjeżdża na wschód. Ostatecznie ląduje w Wachtanie w obwodzie kirowskim. Zygmunt wstępuje do Komsomołu, a w 1942 roku kończy szkołę średnią z wyróżnieniem. Nie dane było mu jednak podjąć upragnionych studiów z fizyki, bowiem okazało się, że nie ma prawa osiedlić się w mieście Gorki. Pracuje więc najpierw jako spawacz, a następnie jako nauczyciel w szkole średniej i w styczniu 1944 r. zostaje zmobilizowany do pracy w moskiewskiej drogówce. Natyka się jednak na odezwę Związku Patriotów Polskich. Wstepuje ochotniczo do 1 Armii Polskiej. Jako człowiek wykształcony zostaje skierowany do szkoły dla oficerów polityczno-wychowawczych, a następnie przydzielony do 4 dywizji im Jana Kilińskiego. Przechodzi szlak bojowy od Chełma przez Warszawę po Wał Pomorski.

Zauroczenie nowym ustrojem

W 1945 r. 4 Dywizja Piechoty staje się podstawą nowo powołanego Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, którego głównym zadaniem było zwalczanie podziemia AK, NSZ, WiN oraz UPA. Bauman służy do 1953 r., dochodząc do stopnia majora. W 1946 roku wstępuje do PPR, dwa miesiące później podejmuje współpracę jako rezydent Informacji Wojskowej w Pułku Szkolnym KBW w Szczytnie. Współpraca ta nie trwała nawet roku. „Jak na żółtodzioba przystało, o tych sprawach wiedziałem tylko z powieści i sądziłem, że pomoc kontrwywiadowi wojskowemu jest oczywistym patriotycznym obowiązkiem” – mówił Bauman po latach.

W 1947 r. przenosi się do Warszawy,bierze ślub z Janiną Lewinson. Wspomnienia żony z getta warszawskiego, a następnie ukrywania się „po aryjskiej stronie” przyczynią się do powstania jego najsłynniejszej książki – „Modernity and Holocaust”. Tymczasem w marcu 1953 r. minister obrony Rokossowski przenosi Baumana do rezerwy. Poszło o to, że jego starsza siostra od 1938 r. mieszkała w Izraelu, o wyjazd starał się również ojciec Zygmunta.

Badacz

Służbę w wojsku łączy Zygmunt z nauką, studiując najpierw na Akademii Nauk Społecznych, a od 1952 r. na Wydziale Filozoficznym UW. Zostaje asystentem Juliana Hochfelda w Katedrze Materializmu Historycznego UW. Hochfeld był przedstawicielem tak zwanego otwartego marksizmu, który chciał twórczo korzystać z innych teorii filozoficznych i społecznych. Drugą osobą, jaką Bauman wymieniał często wśród swoich nauczycieli był niepodległościowy socjalista Stanisław Ossowski.

„Ossowski i Hochfeld (…) w swojej pracy naukowej kierowali się etycznymi motywami” – pisał Bauman. – „Istotę socjologicznego powołania widzieli, jak sądzę, w tym, że ludzie cierpią, a oni jako socjologowie, rozpoznając przyczyny ludzkiego cierpienia zdołają może to cierpienie złagodzić, albo nawet zahamować społeczną produkcję niedoli”. W 1956 r. Bauman obronił rozprawę doktorską na temat brytyjskiego socjalizmu, cztery lata później habilitował się. W pracy „Klasa-ruch-elita” ganił biurokratyzację brytyjskiego ruchu robotniczego i jego odejście od socjalistycznych ideałów oraz utratę wiary w sens podejmowanych działań.

Drogą do wyjścia z partyjnej ortodoksji stały się dla Baumana badania empiryczne. Pierwsze tdotyczyło motywacji członków partii w zakładzie produkcyjnym. Jak pisze biograf Baumana Dariusz Rosiak:„To było nowatorskie, jak na tamte czasy badanie empiryczne, którego rezultat mógł tylko spotęgować jego rozterki. Wynikało z niego, bowiem, że robotnicy wykazywali motywację bardziej ideową, inteligenci zaś – chodzi o inteligencję techniczną w zakładach pracy – bardziej pragmatyczną.” Ponieważ to inteligenci częściej zapisywali się do partii, Bauman wysnuł wniosek, że „wbrew oficjalnej wersji marksizmu – coraz większe wpływy w partii uzyskiwać będą kadry kierownicze”. Pesymistyczne wnioski płynęły też z badań nad postawami młodzieży. Ogromny wpływ na Baumana wywarł Gramsci i jego wydane w 1962 r. w Polsce pisma. Bez żadnej przesady można stwierdzić, że to włoski autor uchronił polskiego socjologa od przejścia w szeregi wrogów marksizmu. W 1967 r. widać już w tym, co pisze Bauman, zapowiedź jego programu etycznego, który będzie mu przyświecał przez całe życie: „Najważniejszą kwestią jest jak dostosować społeczeństwo do indywidualnych potrzeb, a nie na odwrót”. Bauman włącza się w dyskusje środowisk rewizjonistycznych, pomaga też Jackowi Kuroniowi w opracowaniu danych do słynnego „Listu do Partii”. Ale 25 marca 1968 r. w związku z kampanią antysemicką zostaje usunięty z uczelni .Wraz z żoną i trzema córkami emigruje do Izraela.

Intelektualista podejrzany

W Izraelu Bauman nie czuje się dobrze. Pracuje na uniwersytetach w Hajfie i Tel Avivie, ale mało publikuje. W artykule dla Ha’aretz z sierpnia 1970 roku krytykuje nacjonalizm izraelski, nierówności klasowe w tym państwie, a także okupację terytoriów arabskich. Jak zauważa Eva Illouz „szybko zrozumiał, że Izrael nie stanie się państwem dla wszystkich”. W 1997 r. w liście do przyjaciela Noaha Lasmana pisał: „Izrael jest największym żydowskim gettem w historii – a nadto własnej głównie produkcji (…). Czego Żydzi nie mogą znieść to otwartych granic, braku murów i braku wrogów za murem.”

W październiku 1970 r. Bauman obejmuje profesurę na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu w Leeds. Jak się po latach okazało, jako dysydent był obiektem zainteresowania nie tylko polskiego wywiadu, ale także Stasi. Publikuje „Objective Utopia” i „Culture as Praxis”. Pozostają one utrzymane w stylu socjologii zaangażowanej. Jednak dla ówczesnej brytyjskiej lewicowej elity intelektualnej pozostawał przez długi czas persona non grata, za mało marksistowski i pomawiany o współpracę z KGB.

Z entuzjazmem przyjął powstanie „Solidarności”, twierdząc w 1981 r. w tekście „On the Maturation of Socialism”, że kiedy „ciężkie wieko politycznego przymusu zostanie uchylone, twórczy potencjał robotników stanie się dominującym aspektem krajobrazu społecznego”.

Moralista

Książką, która zyskała mu status intelektualisty klasy światowej była praca z 1989 r. „Modernity and The Holocaust” („Nowoczesność i Zagłada”). Pisał w niej, że „Z punktu widzenia nowoczesności ludobójstwo nie jest ani czymś normalnym, ani też przypadkiem złego funkcjonowania. Ujawnia po prostu, czego jest w stanie dokona racjonalizująca, inżynieryjna tendencja nowoczesności, jeśli nie jest powstrzymywana i kontrolowana, jeśli pluralizm sił społecznych uległ erozji, zgodnie z żądaniem nowoczesności”.

8 czerwca 1988 r. Bauman zostaje wykreślony z listy osób niepożądanych w PRL i wkrótce zaczyna pojawiać się w Polsce. Niemniej nigdy nie osiedlił się ponownie w kraju. Pisał już w 1989 r.: „Jak za szlachty, jak za zaborców, jak za pułkowników, jak za komunistów panowie inteligenci z Warszawy powiadają chamom, co mają robić i jak ich cudownie urządzą”. Dla młodzieży i części naukowców Bauman staje się idolem, inni go nienawidzą – szczególnym echem odbił się też incydent z Wrocławia, kiedy to kilkunastoosobowa grupa członków Narodowego Odrodzenia Polski zakłóciła jego wykład.

Począwszy od wydania w 1993 r. książki „Postmodern Ethics” i esejów „Dwa szkice o moralności ponowoczesnej” z 1994 r. Bauman staje się w coraz większym stopniu moralistą. Przeciwstawia etykę – odgórnie narzucaną przez kaznodziejów i filozofów, rodzącej się w każdym człowieku moralności. Zbliża się też do Kościoła katolickiego, choć na własnych zasadach, dostrzegając wagę pewnych elementów nauczania społecznego Kościoła, wagę Ewangelii. Pod koniec życia mówi o swojej fascynacji nauczaniem Franciszka. Z kolei 2013 r. arcybiskup Vicenzo Paglia przewodniczący Papieskiej Rady ds. Rodziny mówi: „Doszliśmy do tego, że przyjęliśmy z zadowoleniem diagnozy socjologów takich jak Bauman, którzy mówią o społeczeństwo płynnym. Nie zdajemy sobie sprawy, że żyć w społeczeństwie płynnym to żyć w społeczeństwie bez stałego fundamentu, bez wzajemnego zaufania, pomocy”. Bauman nigdy nie dokonał aktu wiary, a mimo to Kościół był gotów się od niego uczyć.

Bauman był mistrzem eseju, wypełnionego dygresjami, metaforami, nawiązaniami do literatury czy sztuki. Równocześnie wedle niektórych jego wadą było zbyt nikłe korzystanie z dorobku klasyków socjologii i podatność na łatwe generalizacje. By zrozumieć myśli „późnego” Baumana, warto zajrzeć do jego „Zindywidualizowanego społeczeństwa”: „Udźwig mostu mierzy się siłą udźwigu jego najsłabszego przęsła. Ludzką jakość społeczeństwa należałoby zmierzyć jakością życia jego najsłabszych członków”. Stąd też był Bauman niegiętym rzecznikiem wykluczonych, bezrobotnych, niepełnosprawnych, ubogich czy też imigrantów i uchodźców. Wszystkich wyalienowanych, samotnych, porzuconych przez instytucje i bliźnich. Tych którym płynność relacji międzyludzkich i niestabilność egzystencji najbardziej doskwiera. Tak pozostał wierny swojemu socjologicznemu i filozoficznemu powołaniu.

Przeklęta nostalgia, niezbędna solidarność

Czy czeka nas powrót do hobbesowskiej sytuacji walki wszystkich ze wszystkimi? Powrót do plemienności i narastająca fala nacjonalizmów? Nadal narastające nierówności? Dalsza „prywatyzacja nadziei” i przerodzenie się społeczeństwa w zbiór jednoosobowych wysepek?

W obliczu rosnących nierówności i podziałów społecznych oraz malejących dla większości ludzi szans życiowych, zaczyna rządzić nami nostalgia za nigdy nie istniejącą, wyimaginowaną przeszłością- ostrzegał nieżyjący już profesor Zygmunt Bauman w swojej ostatniej książce „Retrotopia. Jak rządzi nami przeszłość”.
Profesora Zygmunta Baumana, autora pojęcia „płynnej nowoczesności”, nie trzeba nikomu przedstawiać. Wśród jego ponad 100 prac, co najmniej kilka weszło do kanonu lewicowej myśli socjologicznej i filozoficznej. Dla pokolenia dzisiejszych 30- i 40-latków Bauman i jego prace takie jak „Globalizacja”, „Nowoczesność i Zagłada”, „Płynna nowoczesność” to ważny punkt odniesienia na drodze do kształtowania własnej tożsamości intelektualnej i wrażliwości społecznej. Socjolog i socjalista Bauman do końca życia pozostawał przeciwnikiem neoliberalizmu, nacjonalizmu i neokonserwatyzmu. Świadectwem tego jest ostatnia książka, którą udało mu się dokończyć – „Retrotopia. Jak rządzi nami przeszłość”.
Powrót do przeszłości
Klasyczna utopia ulokowana była w przyszłości. Czym więc jest tytułowa retrotopia? Dziś przyszłość budzi obawy i nieufność, gdyż jesteśmy poddani działaniom nieokiełznanych sił rynkowych i globalizacji, procesom, których nikt w pełni nie kontroluje, a niewielu rozumie. Retrotopia jest zwróceniem się w kierunku przeszłości, nostalgią za przeszłością, jednak nie taką, jak ona realnie wyglądała, a jak ją sobie naiwnie wyobrażamy.
Neoliberałowie tacy jak Margaret Thatcher czy Ronald Reagan sprywatyzowali ideę postępu. Każdy miał być kowalem własnego losu, każdy miał być samowystarczalny. Jednak dla wielu być może dla większości ludzi taka wolność i samowystarczalność okazała się nieznośnym ciężarem. Obawiamy się dziś utraty pracy i kwalifikacji oraz tego, że nasze dzieci nie osiągną naszej pozycji społecznej. W płynnej nowoczesności, którą w zasadzie można utożsamić z epoką neoliberalizmu indywidualne szczęście i dobre społeczeństwo nie są już od siebie wzajem zależne. Jak pisze Bauman o epoce neoliberalizmu i globalizacji: „Celem nie była już budowa doskonalszego społeczeństwa, (gdyż wszelkie środki poprawy okazały się w praktyce beznadziejne), ale polepszenie własnej indywidualnej pozycji wewnątrz zasadniczo i ostatecznie niedającego się naprawić społeczeństwa. Zamiast wspólnego udziału w zdobyczach kolektywnego wysiłku na rzecz społecznej reformy pojawiło się współzawodnictwo i pozyskiwane dzięki niemu łupy przywłaszczane przez poszczególne jednostki”.
Przemoc wyrosła z frustracji
W epoce stałej nowoczesności państwo poskramiało „zwierzę w człowieku”. Nie dało rady jednak kompletnie przeobrazić człowieka, a jedynie skryło istniejącą w ludziach agresję. Dziś już nie wierzymy, że państwu uda się powstrzymać akty przemocy. Jesteśmy zainfekowani strachem i agresją wylewającą się z ekranów, zarówno za sprawą wojen jak i za sprawą indywidualnego terroryzmu czy przestępczości. Media sprzyjają fenomenowi naśladownictwa w przemocy. Częstotliwość pokazywania aktów przemocy staje się usprawiedliwieniem tych aktów. Stają się one sposobem na zdobycie choćby iluzorycznej sławy i poczucia kontroli nad swoim otoczeniem.
Bauman jednak twierdzi, że najważniejszą przyczyną rozwoju przestępczości i przemocy jest niestabilność rynku pracy i kultura konsumpcyjna, które zmieszane ze sobą tworzą pożywkę dla wszechobecnego gniewu. Ofiary agresji i przemocy często są przypadkowe i losowe. Prawdziwą przyczyną gniewu, agresji i stosowania przemocy jest niemoc wobec wszechogarniających i niekontrolowanych procesów ekonomicznych. Przemoc jest postrzegana przez sprawców jako lekarstwo na egzystencję pozbawioną wyrazu i przyszłości. Jednakże nie daje ona trwałego zaspokojenia agresywnego popędu, gdyż zwykle przeciwnik jest rażąco i w sposób widoczny słabszy. Bauman twierdzi przy tym, że najczęściej w akty ekstremalnej przemocy angażują się „wybrakowani konsumenci” czyli osoby wykluczone ekonomicznie, lub jako takie się postrzegające. Zauważa też, że często płynna jest granica między „wojną wszystkich ze wszystkimi” a konkurencją, do której jesteśmy nieustannie przyuczani.
Różne języki, obce plemiona
Innym niepokojącym Baumana trendem jest powrót do plemienności, małych nie rozmawiających ze sobą nawzajem wspólnot lokalnych czy też politycznych. Te małe wspólnoty obiecują pozorne bezpieczeństwo arbitralnie wyznaczonym „nam”, ale skutkują wykluczeniem „ich”. Także nacjonalizm, jak podkreśla autor ma złowrogie janusowe oblicze, skutkuje niesłuchaniem „onych”. Jednocześnie jednak cytuje badacza nacjonalizmów Anthony’ego D. Smitha, który twierdzi, że „ognie nacjonalizmu nigdy nie zostały ugaszone, jedynie tymczasowo przysłoniła je nasza świadomość tego, jak straszne niosą konsekwencje. Nawet w świecie Zachodu etniczny nacjonalizm przetrwał pod pozorem socjaldemokracji i liberalizmu”. Profesor marzy przy tym o świecie, w którym sprawa przynależności narodowej byłaby kwestią osobistego wyboru, tak jak postulował w 1907 roku socjaldemokrata i marksista Otto Bauer. W świecie Bauera narody nie pokrywałyby się koniecznie z konkretnym terytorium, byłyby wspólnotami kulturowymi.
Bauman podkreśla przy tym, że w dzisiejszych czasach migracja jest zjawiskiem nieuniknionym i że przybysze do Europy są często produktem nieudanych przedsięwzięć politycznych i militarnych Zachodu. Podobnie jak nieskuteczne jest myślenie, że budując przydomowy schron ocalejemy na wypadek wojny atomowej, nierealne jest myślenie, że odgrodzimy się od światowych przepływów ludności.
Kolejnym powrotem, jaki być może nas czeka jest powrót do XIX-wiecznych nierówności społecznych. Bauman cytuje tutaj Benjamina Disraeliego, który w 1845 roku w powieści „Sybil” ustami jej bohatera, działacza robotniczego Waltera Gerarda następująco zobrazował sytuację w Anglii gdzie istniały: „Dwa narody; między nimi nie ma kontaktu ani porozumienia; które są tak nieświadome nawyków, myśli i uczuć tego drugiego jakby zamieszkiwały odrębne strefy lub odrębne planety; które są inaczej wychowane, inaczej karmione, kształtowane innymi obyczajami, nie podlegają tym samym prawom”.
Miraże wolnego rynku
Podobną sytuację mamy dzisiaj, jednak nie tylko w rozwiniętych państwach kapitalistycznych, takich jak USA, ale w skali globalnej. Jak zauważa Bauman większość czasu, który dzieli nas od 1845 roku poświęcona była staraniom, by diagnoza Disraelego straciła moc. Wydawało się, że cel ten jest bliski do osiągnięcia podczas 30 wspaniałych powojennych lat zachodniego państwa socjalnego. Panował wówczas konsensus, że zadaniem państwa jest prowadzenie takiej polityki, która by zapewniała wszystkim pracę i godną płacę. Niestety na wskutek globalizacji i działalności grubych ryb finansjery kapitał podważył podstawy państwa dobrobytu. Dziś na każdą próbę podwyższenia podatków czy zwiększenia wydatków socjalnych nomadyczna finansjera reaguje histerycznie.
Zygmunt Bauman przytacza kilka danych na temat wzrostu globalnych nierówności. Przypomina, że 85 multimiliarderów ma bogactwo równe bogactwu biedniejszej połowy ludzkości, a w USA 86 % bogactwa jest w rękach najbogatszych 10% Amerykanów. Trendy też nie wyglądają dobrze. Między 2010 a 2014 rokiem majątek amerykańskich gospodarstw domowych, posiadających aktywa finansowe w wysokości co najmniej 1 mln dolarów, wzrastał średnio o 7,2% rocznie, podczas gdy majątek pozostałych rodzin rósł osiem razy wolniej.
Jak zauważa Bauman, „„efekt skapywania” [the trickle down effect] bogactwa do puli powszechnego dobrostanu jest w zasadzie mitem, trzeba jednak dodać, że twardą rzeczywistością jest sposób w jaki mit ten działa na powszechne poczucie niedostatku, a w konsekwencji na poziom aspiracji”.
Autor „Retrotopii” z entuzjazmem odnosi się do idei powszechnego dochodu podstawowego. Jego zdaniem wielką zaletą dochodu podstawowego jest powszechność takiego świadczenia, będąca powrotem do pierwotnych ideałów państwa opiekuńczego. Dzisiejsze państwo bowiem odeszło od filozofii uniwersalizmu, selektywnie przyznając świadczenia socjalne, przy czym nieuchronnie naznacza i upokarza.
Lord Beveridge tworząc podstawy brytyjskiego państwa opiekuńczego, w latach 40 tych XX wieku, uważał, że jego zadaniem jest zapewnić materialne warunki wolności, czyli wolność od nędzy, ignorancji, niedostatku, bezczynności i chorób. Zdaniem Baumana, dochód podstawowy, wypłacany niezależnie od wysokości dochodów powinien być prawem obywatela w całej Unii Europejskiej.
Czy da się ocalić świat egoistów?
Ostatni czwarty rozdział książki zatytułowany jest „Powrót do łona” „Łono” jest tu metaforą na stan zobojętnienia i nirwany, wolności od bólu, do którego większość z nas, zdaniem Baumana, dąży. Jednak jest to dążenie nierealne, gdyż praca i cierpienie, a także niepewność zawsze będą do pewnego stopnia z nami.
Wedle Autora, staliśmy się narcyzami skupionymi na samych sobie, swoich odczuciach i stanie własnego ciała. Co więcej, większość z nas nie myśli ani o przeszłości ani o przyszłości, ale chce jedynie doraźnie poprawić swój stan, kupując gadżety czy korzystając z pomocy psychoterapeutów. Od życia oczekujemy nirwany, poszukujemy schronów, które dadzą nam wytchnienie od kontaktów z innymi ludźmi. Chcemy jedynie natychmiastowego zaspokojenia swoich zachcianek, a życie dla siebie, a nie dla innych, przodków czy potomków, stało się celem samym w sobie.
Z dezaprobatą odnosi się do praktyki rozwiązywania wszelkich problemów przez kontakt z coachami czy psychoterapeutami. Nie umiemy już nawiązywać relacji z innymi, stajemy się coraz bardziej samotni, nie umiemy już szukać wsparcia i zrozumienia dla naszych wyborów. Jak podaje Autor „Retroutopii” w Sztokholmie, 58% ludzi prowadzi jednoosobowe gospodarstwa domowe, a jedna na cztery osoby umiera samotnie. Jak zauważa Bauman, rozpad więzi międzyludzkich widać już na przykładzie par, które nie potrafią być ze sobą całe życie, a określenia takie jak „moja miłość”, czy „mój mąż/żona” zostały zastąpione określeniem „mój partner”.
Jakie rozwiązania proponuje Bauman, poza dochodem podstawowym? Apeluje o rozszerzenie solidarności na poziom globalny, mimo, że w przeciwieństwie do poprzednich bitew o zwiększenie zasięgu integracji politycznej „owo nowe zadanie nie może posłużyć się tu „ani bronią wyznaczania wspólnego wroga”, ani wybiegiem „nasi kontra tamci”, co wcześniej wypróbowano i co uchodzi za warunek konieczny zwycięstwa.
Bauman ostrzega też przed nacjonalistycznymi demagogami i ludźmi takimi jak Samuel Huntington, twórca koncepcji „starcia cywilizacji”, który twierdził, że „bez prawdziwych wrogów nie ma prawdziwych przyjaciół”. W epilogu Bauman przywołuje słowa papieża Franciszka, którego uważał za jednego z największych intelektualistów naszych czasów. Papież podkreśla w nich znaczenie kultury dialogu i współodpowiedzialności za bliźniego. Jednak zdaniem Baumana musimy pamiętać też, „by kwestię ludzkiego zjednoczenia” wyjąć z rąk polityków i przekazać ją „pod opiekę codziennych spotkań sąsiadów oraz kolegów z pracy, spotkań, w których wszyscy uczestniczymy i odbierani jesteśmy jako troskliwi lub nieczuli rodzice, wierni lub nielojalni partnerzy, pomocni lub nieżyczliwi sąsiedzi, przyjemne lub nieprzyjemne towarzystwo, a nie jako okazy wzajemnie sobie obcych cywilizacji, tradycji, religii czy tożsamości etnicznych”.
Jednak, by taka kultura dialogu miała szanse powodzenia musi się też dokonać, mówiąc słowami papieża Franciszka „sprawiedliwy podział owoców ziemi i ludzkiej pracy. Jak ostrzega Bauman, albo wkroczymy na tą drogę, albo „skończymy we wspólnej mogile”.
„Retrotopia” jest niewątpliwie dziełem interesującym i skłaniającym do refleksji. Trzeba jednak poczynić dwa zastrzeżenia. Po pierwsze Bauman nie chciał stworzenia jakiegoś zunifikowanego państwa światowego, gdyż zdawał sobie sprawę, że unifikacja świata mogłaby się skończyć globalnym państwem totalitarnym. Oprócz wysuwania postulatu dochodu podstawowego podkreślał też konieczność tworzenia wysokiej jakości miejsc pracy. Niewątpliwie liczył też zarówno na oddolne zdemokratyzowanie życia społecznego, jak i na powstanie nowych form międzynarodowej współpracy.
Do końca życia Bauman pozostawał liberalnym socjalistą i miał nadzieję, że stworzymy świat bez nienawiści, świat, gdzie więcej ludzi będzie cieszyć się wolnością, a więc przede wszystkim będzie posiadać zasoby, które uczynią ich wolnym od strachu i wiecznej walki o przetrwanie. Jednak czeka nas długa i wyboista droga, gdyż większość ludzi nie jest przyzwyczajona do aktywności politycznej, poza okresem wyborów.

Zygmunt Bauman – „Retrotopia. Jak rządzi nami przeszłość”, przekład Karolina Lebek, PWN, Warszawa 2018, str.302, ISBN 978-83-011-9855-8.

Sokal do kwadratu

…czyli wpływ męskich genitaliów na globalne ocieplenie.

 

Śmialiście się, kiedy min. Gowin chciał usunąć astronomię z listy dyscyplin naukowych? Myślicie, że takie pomysły to domena jakichś prawicowych głąbów? A co myślicie o takiej tezie: „Astronomia jest i zawsze będzie istotnie seksistowska i zachodnia – ta męska i zachodnia tendencja może być skorygowana poprzez włączenie astrologii feministycznej, queer i ludowej (np. horoskopy) do nauk astronomicznych.”? „Naukowy” artykuł, który ją zawierał, wzbudził zachwyt utytułowanych recenzentów i ukazał się w prestiżowym, jak najpoważniejszym piśmie naukowym w Stanach Zjednoczonych, o orientacji, którą nazwalibyśmy lewicową.
Niedawno ukazał się tam artykuł trójki naukowców, który ujawniał, że owa teza jest w całości wyssana z palca: należy im wierzyć, bo to właśnie oni wprowadzili ją do obiegu naukowego. Owa trójka (Peter Boghossian – wykładowca filozofii na Uniwersytecie w Portland, James Lindsay – dr matematyki i eseista oraz Helen Pluckrose – redaktor naczelna Areo) to bohaterowie wyczynu naukowo-obyczajowego pod nazwą „Sokal do kwadratu”, który rozdziera obecnie amerykańską socjologię i w ogóle współczesne nauki społeczne. Udało im się napisać przez rok 20 kompletnie lipnych artykułów „naukowych”, z których część ukazała się lub miała się wkrótce ukazać w szanowanych pismach naukowych. Tylko sześć zostało odrzuconych. Zaiste Sokal do kwadratu.
Alan Sokal to amerykański fizyk i profesor matematyki, słynny w całym naukowym świecie, gdyż w 1995 r. udało mu się opublikować w szacownym Social Text absurdalny artykuł „naukowy” pod tytułem „Przekroczyć granice. Ku transformatywnej hermeneutyce grawitacji kwantowej”, który był popisem groteskowego bełkotu pod grubą maską języka naukowego. Celem jego mistyfikacji było wykazanie, że w niektórych dziedzinach nauk społecznych, szczególnie tych, które przyjęły idee postmodernistyczne, da się łatwo propagować dokumenty i prace całkowicie pozbawione sensu. Drugim celem było wykazanie, że najgorsze głupstwa mogą być z powodzeniem bronione, jeśli opierać je na pracach postmodernistycznych myślicieli.

 

Lewica a konstrukcja penisa

W kolejnym artykule, który Sokal opublikował już gdzie indziej, by ujawnić swój kawał, autor wyjaśniał cytując znanego lingwistę i lewicowego analityka politycznego Noama Chomsky’ego, że lewicy i naukom społecznym bardziej przysłużyłyby się solidne fundamenty intelektualne wsparte na racjonalizmie. Tym, którzy krytykowali jego mistyfikację, szczególnie ludziom kojarzonym z lewicą i postmodernistom odpowiedział, że jego główną motywacją była „obrona lewicy przed jej przejściowo modnymi nurtami intelektualnymi”.
W zasadzie podobna motywacja towarzyszyła trójce mistyfikatorów z Areo – nie da się ich oskarżyć o jakąś „prawicowość obyczajową”. To sprawdzeni sympatycy ruchów praw obywatelskich, feminizmu i LGBT. A jednak zaatakowali z ukrywanym śmiechem to, co w Ameryce nazywa się „cultural studies” lub „identity studies”, zawierających słynne „gender studies” oraz np. „queer studies”, „critical race theory”, czy nawet „fat studies”…
Boghossian i Lindsay zaczęli – powiedzmy – niewinnie. W maju zeszłego roku opublikowali pod pseudonimami pracę z zakresu badań genderowych „Konceptualny penis jako konstrukt społeczny”, który, jak sami przyznali, był „artykułem z trzema tysiącami słów totalnych bzdur udających uniwersytecką erudycję”. Stworzyli sprawną karykaturę studiów nad „płcią kulturową” tłumacząc, że penis jest źródłem kultury gwałtu, w tym gwałtu na naturze, więc jest odpowiedzialny za globalne zmiany klimatyczne. W każdym razie, według tej tezy, męski członek nie może być traktowany jako męski narząd reprodukcyjny, lecz „sztuczna konstrukcja kulturowa”, co opublikował magazyn Cogent Social Sciences, który musiał się potem nieźle wstydzić. Ale to pismo nie było „pierwszą ligą” amerykańskiej nauki. By zakpić z najlepszych, zjednoczyły się więc trzy osoby.

 

Rekord w macaniu psich narządów

Jak daleko może posunąć się absurd? W pracy poświęconej masturbacji autorzy wysunęli tezę, że kiedy „mężczyzna masturbuje się u siebie, fantazjując na temat kobiety, która nie dała mu na to przyzwolenia (…), popełnia wobec niej przemoc metaseksualną”. Uczona recenzentka z Sociological Theory namawiała autorów do pójścia dalej: „Zastanawiam się nad innymi scenariuszami, w których mężczyźni mogliby zmienić swoją nieświadomość w prawdziwą broń. Np. ambiwalentna deklaracja „Cały czas o tobie myślę” wyrażona nagle przez mężczyznę wobec kobiety, jest szczególnie podstępna, zważywszy na strukturalny kontekst metaseksualnej przemocy na świecie”.
Akcja trójki żartownisiów musiała zostać przerwana, bo niektóre artykuły zaczęły być traktowane ze śmiertelną wręcz powagą. Prawdziwy triumf akademicki odniosła praca „Ludzkie reakcje na kulturę gwałtu a performatywność queer na psich wybiegach w Portland, Oregon”. Naukowcy utrzymują w niej, że w parkach, do których można udać się z psem „panuje podstępna kultura psiego gwałtu” i że niektóre rasy są szczególnie narażone na „systemową opresję”. Trójka autorów, która przybrała pseudonim Helen Wilson, precyzowali w imieniu fikcyjnej badaczki, że doszła ona do tych wniosków „badając delikatnie partie genitalne prawie 10 tysięcy psów i pytając jednocześnie właścicieli o ich seksualność”. Jest też statystyka: do psiego gwałtu w miejskim parku w Portland dochodzi co godzinę! Pismo Gender, Place and Culture, które to opublikowało, zaliczyło artykuł do 12 najlepszych prac naukowych roku. Pomysł, by zredukować męską skłonność do agresji poprzez tresowanie mężczyzn jak czworonogów, nie wzbudził podejrzeń.

 

Zawartość białego w białym

Jak obniżyć transfobię i upowszechnić jednocześnie wartości feministyczne? Magazyn Sexuality and Culture opublikował odpowiednią receptę w postaci eseju „Przejście przez tylne drzwi: zredukować męską homo-histerię i transfobię poprzez użycie penetratywnych sex-toys”. Tu nasi autorzy wyłożyli jasno, że zamierzone cele społeczne można osiągnąć, gdyby namówić mężczyzn do powszechnego używania seks-zabawek w celu regularnej „auto-penetracji drogi analnej”. Profesor, który recenzował tekst, napisał, że chodzi o „niebywale bogaty i ekscytujący wkład w studia seksualności i kultury”. Podobne pochwały zebrał postulat innej pracy: „Nauczyciele powinni dyskryminować według tożsamości i statusu uczniów, w zależności od ich przywilejów (…), karząc najbardziej uprzywilejowanych poprzez niesłuchanie co mają do powiedzenia, ośmieszanie ich wysiłków, mówienie głośniej niż oni i zmuszanie ich do siedzenia spętanych w łańcuchy”.
Gwoździem tej fanfaronady był artykuł wysłany do Sociology of Race and Ethnicity, w którym autorzy przekonują, że przeprowadzili „krytyczne badanie białości (whiteness) na podstawie białości”. W tym celu spreparowali wywód zawarty w Mein Kampf Adolfa Hitlera wymieniając każde słowo „Żyd” na „biały”. Dodali też niepozorny tytuł „Nasza walka to moja walka”, który miał traktować o „solidarnym feminizmie”. Tekst został zaakceptowany przez Affilia: Journal of Women and Social Work, ale nie zdążył się ukazać przed ujawnieniem mistyfikacji. Tu recenzenci uniwersyteccy pisali o „potężnym wkładzie do literatury na temat mechanizmów wzmacniających poparcie białych dla białej supremacji, oraz procesów poprzez które ludzie mogą osiągnąć wyższe poziomy świadomości społecznej i rasowej”.

 

Szaleństwo tożsamościowe

Sokal chciał zwrócić uwagę, że w naukach społecznych dosłownie byle co może zostać opublikowane pod warunkiem, że będzie zgadzało się z koncepcjami ideowymi wydawców. Trio Boghossian, Lindsay i Pluckrose zauważa, że nic się nie zmieniło. Prace na temat płci, seksualności, tożsamości, czy pochodzenia etnicznego są jego zdaniem „zepsute” w tym sensie, że w tych dziedzinach pewne podejścia ideologiczne wygrały z poszukiwaniem prawdy, co jest celem nauki. Np. gangrena „kultury grief” (żalu) jest przez ich rozumiana jako obsesja przypisywania dyskryminacji, z powodu których cierpią niektóre osoby (z racji ich płci, koloru skóry lub orientacji seksualnej), machinacjom dominującej grupy – białych mężczyzn hetero, najogólniej rzecz biorąc.
Opisują więc rodzaj nowego obskurantyzmu, ideologie, które „odrzucają ideę uniwersalności naukowej i obiektywizmu, oraz narzucają – ze względów moralnych – konieczność akceptacji różnych prawd opartych o tożsamość”. Twierdzą, że ów radykalny relatywizm stał się „autorytarny” na amerykańskich uniwersytetach. „Mamy nadzieję, że da to ludziom, szczególnie tym, którzy wierzą w liberalizm, postęp, nowoczesność i sprawiedliwość społeczną, jasny powód do zwrócenia uwagi na szaleństwo tożsamościowe uniwersyteckiej lewicy i powiedzenia: nie, nie pójdę w tę stronę. Nie mówicie w moim imieniu” – piszą.

 

Wiara i nauka

Czyżby kwestie tożsamościowe zdominowały lewicę podobnie jak prawicę? W pewnych kręgach z pewnością, ale warto pamiętać, że sukces lipnych artykułów naukowych nie dowodzi, że całe pole badań kulturowych jest nonsensem. Krytycy akcji amerykańskiej trójki zwracają uwagę, że choć znaczna część badań postmodernistycznej socjologii jest „bullshitem”, można się zastanawiać, czy zaatakowano coś, co jest jakoś potężne i naprawdę obecne. Afera „Sokala do kwadratu” niesie też ryzyko złego traktowania badaczy, którzy poważnie pracują nad dyskryminacjami. Ponadto nie tylko w Stanach obserwujemy wzrost anty-intelektualizmu, a afera może dać żelazne argumenty tamtejszej alt-prawicy (co się już dzieje).
Póki co, dzieło amerykańskiej trójki ujawnia coraz szerszy problem współczesnej nauki. Owszem, jej artykuły zawierały wyłącznie całkowicie nieprawdopodobne statystyki, twierdzenia nieudowodnione przez dane, tendencyjne analizy jakościowe, podejrzaną etykę i dużo jawnych głupstw, ale prawdę mówiąc podobne zjawiska wcale nie dotyczą jedynie nauk społecznych. Już w 2005 r. John Ioannis udowodnił słabość statystyczną współczesnych publikacji naukowych w pracy „Dlaczego większość rezultatów badań jest fałszywa”. Pięć lat temu Valen Johnson rozszerzył widzenie problemu w „Rewizji standardów dowodu statystycznego”, a Curt Rice, wice-rektor ds. badań Uniwersytetu w Tromso (Norwegia) opublikował bardzo ciekawą analizę „Dlaczego nie powinniście ufać badaniom”. Od 2010 r. Retraction Watch śledzi artykuły naukowe opublikowane, a potem wycofane z powodu nabierania lub rażących błędów. Chodzi tu często o sprawy finansowe… Cóż, ludzka nauka potrafi być czasem niemniej niedoskonała, jak wiara.