Pora tupnąć!

Czyli czas na stan wyjątkowy w całym kraju!

Zainspirował mnie do tego wniosku minister spraw wewnętrznych i administracji Mariusz Kamiński, który uzasadnił konieczność wprowadzenia stanu wyjątkowego w pasie przygranicznym z Białorusią obowiązkiem ochrony bezpieczeństwa Polaków.

Ale co to za dbanie o moje bezpieczeństwo w trzykilometrowym pasie przy samym Łukaszence, nota bene w jakimś sensie bliskim ideowo i w praktyce naszym aniołom stróżom?!… Wszak nie tak dawno jeden z nich, dr Karczewski rozpływał się z zachwytu, jaki to Łukaszenka ciepły człowiek!…

Temperaturę mu mierzył?!…

Wprowadzenie przy granicy stanu nadzwyczajnego nasuwa refleksję, że obecnie służby odpowiedzialne za ochronę naszych granic są zarządzane nieudolnie i marna jest ich skuteczność, skoro potrzebny jest aż stan wyjątkowy, żeby poprawić efekty ich pracy.

Tylko patrzeć, jak stan wyjątkowy okaże się mało efektywny i wtedy zostanie wprowadzony stan wojenny!

Moim zdaniem bardziej potrzebny był na tej granicy i to już dawno temu, kordon sanitarny, by nie przenikały z Mińska do Warszawy chore idee, wzorce barbarzyńcy i zamordysty Olka Rychorawicza. Ale wprowadzenie kordonu dzisiaj to musztarda po obiedzie.

Natomiast jest najwyższy czas, by stan wyjątkowy wprowadzić na terenie całego naszego kraju, właśnie w ochronie bezpieczeństwa Polaków!, któremu coraz bardziej zagraża głównie … kasta sprawująca obecnie władzę, przekraczająca wszelkie granice przyzwoitości i dbałości o interes całego narodu.

Oto kilka przykładów, pierwszych z brzegu, wymienienie wszystkich zajęłoby cały numer gazety:

– Właśnie rząd robi wszystko, by pozbawić nas kilkudziesięciu miliardów euro z UE.

– Inflacja jest najwyższa od 20 lat. Ceny żywności rosną w zastraszającym tempie. Np. drastycznie rosną ceny chleba.

– Gildia z Nowogrodzkiej przyznaje sobie od kilku do kilkudziesięciu tysięcy złotych podwyżki uposażenia, a tym którzy ją utrzymują z podatków rzuca z łaski, i to nie wszystkim, po kilka groszy, bezczelnie utrzymując, że sprawiedliwość, równość i stały wzrost dobrobytu społeczeństwa to jej najwyższe cele.

– Rośnie liczba ludzi ubogich, . ale rząd mimo zapewnień jego guru, nadal dokarmia „tłuste koty”, i to coraz smaczniejszymi kąskami, biorąc na to pieniądze z naszych kieszeni, w tym z kieszeni właśnie ludzi ubogich.

– Rządzący uprawiają korupcję we wszystkich jej postaciach, m.in. najbardziej cuchnącą – polityczną.

– Podeptali buciorami zasady prawne obowiązujące od czasów rzymskich, usiłując za wszelką cenę podporządkować sobie wymiar sprawiedliwości i ręcznie nim sterować. U wielu sędziów i prokuratorów przekupstwem, poczucie godności osobistej połączonej z obiektywizmem czyli z bezstronnością zamienili na służalczość i posłuszne merdanie ogonkiem, doprowadzając do sytuacji absurdalnych. Czyż nie jest wręcz paranoiczną sytuacja, gdy przewodniczący sądów w Olsztynie i w Warszawie odmawiają wykonania wyroków sądowych?!!!

– Rząd ustami premiera zapewnia, że potrafi uderzyć się w piersi. I rzeczywiście wciąż w nie tłucze, tyle że nie we własne.

– Społeczeństwo jest coraz bardziej bezczelnie pozbawiane prawa do rzetelnej informacji. Władza wszelkimi sposobami stara się mediom przedstawiającymi prawdę nałożyć kaganiec albo wręcz je utylizować,

– I, moim zdaniem, największa podłość rządzących – rozbuchanie w znacznej części narodu najgorszych ludzkich instynktów, jak obskurantyzm, reakcyjność, wstecznictwo, ksenofobia, brak szacunku i agresja wobec tych, którzy mają czelność myśleć i zachowywać się inaczej niż uprzywilejowane obecnie kołtuństwo.

Przewodnie hasło wypisane na transparentach rządzących to: Po nas choćby potop!

Ilu z tych którzy biernie przyglądają się lub aktywnie wspierają ten marsz ku przepaści, jest w stanie zdobyć się na refleksję, że w tym potopie utoną ich dzieci i wnuki!?

Toteż m.in. po to by je ratować, potrzebne jest niezwłocznie wprowadzenie stanu wyjątkowego na terenie całego kraju.

Ale jest pewien szkopuł, który ten wniosek czyni utopijnym. Przecież ci co zagrażają naszemu bezpieczeństwu nie wprowadzą stanu wyjątkowego wobec siebie! Mariusz Kamiński nie zatrzyma w areszcie domowym Jarosława Kaczyńskiego i nie zamknie się tam razem z nim. Mariusz Błaszczak nie wyceluje swojej lufy, to znaczy lufy podległego mu czołgu w willę na Żoliborzu? Piotr Gliński prawdopodobnie, bo do końca nie jestem pewny, nie dokona szczegółowego obszukania Beaty Szydło, Beaty Kępy czy Krystyny Pawłowicz? Domniemywam, że z racji pełnionej funkcji ministra kultury ma choćby szczątkowe poczucie estetyki.

Toteż wprowadzenie stanu wyjątkowego przez obecnie rządzącą ekipę, to jakby wpuścić lisa do kurnika. Zresztą wiele wskazuje na to, że lis już się koło kurnika kręci. bowiem obecny stan wyjątkowy w pasie przygranicznym to próba generalna.

Najwyższa więc pora, by nie dopuścić, żeby ta próba generalna w obecnej obsadzie doczekała się premiery na scenie całego kraju.

Tym razem stan wyjątkowy powinien wprowadzić naród. Konkretnie ta jego większa część, która ma rozum ulokowany w swojej głowie a nie w sempiternie prezesa.

Koniec z drzemką, koniec z wyznawaniem zasady tumiwisizmu, a partyjna opozycja niech przestanie kierować się zasadą: – Mówię Ojczyzna, myślę stołek.

Tylko wszyscy, zwarci i konsekwentni będą w stanie tupnąć jednocześnie tak głośno i mocno, że wskażą kamaryli jej właściwe miejsce.

Bowiem rządzące towarzystwo wzajemnej adoracji w gruncie rzeczy kuli ogon pod siebie, gdy ktoś mocno i głośno tupnie. Tupanie, takie jak kobiety, która uciekła na stół przed myszą i tam na nią tupie, traktuje tak jak na to zasługuje – kpiną i lekceważeniem.

Stan wyjątkowy trwa

Sejm odrzucił wniosek Lewicy o uchylenie prezydenckiego rozporządzenia wprowadzającego stan wyjątkowy na 30 dni w 183 gminach przylegających do polsko-białoruskiej granicy. Teraz Lewica apeluje: zróbcie wyjątek dla mediów!

Sejmowe głosowanie odbywało się niemalże w atmosferze narady wojennej. Mateusz Morawiecki cytował słowa Lecha Kaczyńskieggo, wieszczącego przed laty wojnę z Rosją: – Dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa nadbałtyckie, a później może przyjść kolej na mój kraj – Polskę. Zarzucał opozycji, że jej przedstawiciele stali się aktorami na scenie ustawionej przez Moskwę i Mińsk. Co prawda operacja sprowadzania migrantów na granicę drogą lotniczą z Bagdadu wydaje się autorskim pomysłem Białorusinów, ale straszenie Putinem zawsze brzmiało lepiej, niż przywoływanie „tylko” Aleksandra Łukaszenki.

Cień Putina

Straszył też Mariusz Kamiński. – Ćwiczenia Zapad-21 będą kilkukrotnie większe od poprzednich. Nie chcemy żadnego incydentu wywołanego przez osoby postronne, bez względu na to czy robią to z głupoty, czy z porywu serca – dodał po premierze.

Opozycja zarzucała rządowi, że ogłaszając stan wyjątkowy zachowuje się dokładnie tak, jak Łukaszenka (no i Putin) by chcieli. Borys Budka nazwał wręcz rząd idealnym sojusznikiem rosyjskiego prezydenta – antyeuropejskim i antyamerykańskim. Inni reprezentanci KO wskazywali, że stan wyjątkowy nie ma konstytucyjnyc podstaw.

Przed Sejmem protestowała tymczasem grupa kilkuset aktywistów lewicowych oraz wspierających uchodźców i migrantów. Wyszli do nich posłowie Maciej Konieczny z Lewicy i Franek Sterczewski z KO, zaangażowani w próbę udzielenia uchodźcom pomocy humanitarnej. Sejm opuścił też wicepremier ds. bezpieczeństwa, ale nie po to, by rozmawiać z obywatelami. Jarosław Kaczyński po prostu nie słuchał głosów opozycji w debacie.

Liczyli na pomoc

Tymczasem Krzysztof Gawkowski w imieniu Lewicy nie pozostawiał na rządzie suchej nitki. – Mówimy o ludziach, którzy myśleli, że gdzie jak gdzie, ale w Europie przestrzega się praw człowieka i umów międzynarodowych. Że nie pozwala się ludziom umierać bez opieki, bez dostępu do jedzenia i lekarza – mówił szef klubu Lewicy. – Boicie się i straszycie ludźmi, których jedyną winą jest to, że chcieli uciec przed wojną i okrucieństwem władzy we własnym kraju.

Lewica wskazywała również, że rząd zagrał w grę Łukaszenki. Tak jak on, zaczął traktować uchodźców jako polityczną broń.

PiS, Kukiz i Gowin

W tej debacie nie mogły jednak pomóc żadne argumenty. Zjednoczona Prawica już dawno zdecydowała, jak należy głosować, a sojuszników znalazła bez problemu.

Razem z PiS głosował rzekomo śmiertelnie poróżniony z rządem Jarosław Gowin. Tak samo, jak świeższy sojusznik Kukiz. A także koło Polskie Sprawy i większość Konfederatów – z wyłączeniem jednego głosu przeciwnego i nieobecnych. Po drugiej stronie padły głosy KO, Lewicy, dwóch posłów niezależnych, koła Hołowni. Dużo za mało, by uchylić „stan wyjątkowo nieludzki”, jak skandowali demonstranci na zewnątrz budynku.

Lewica podjęła w sprawie jeszcze jedną inicjatywę. Chce, by na granicę dopuszczono chociaż dziennikarzy. Argumentuje, że media relacjonowały wszystkie konflikty ostatnich lat, dlaczego więc nie tę „wojnę hybrydową”? Los wniosku wydaje się jednak przesądzony.

Test na prawo do bezprawia

Niemiłościwie nam rządzący zaczynają kolejny test na ile społeczeństwo jest nadal gotowe przyklasnąć kolejnemu ich bezprawiu.
Tym razem testem jest wprowadzenie stanu wyjątkowego, a terenem testowania 115 miejscowości na terenie województw podlaskiego i lubelskiego. Rokowania są pomyślne. 45 procent ankietowanych Polaków popiera ten zamiar, 42 procent jest przeciw, a 13 procent nie ma zdania ( ci co nie mają zdania w jakichkolwiek badaniach niezmiennie budzą we mnie refleksję, że ankieterzy przepytują też osoby, które nie są pewne czy żyją).
Obecny główny lokator pałacu Namiestnikowskiego grzmi, grozi, tumani, przestrasza, posiłkując się jak zwykle minami, które stawiają go w światowej czołówce politycznych mimów obok Mussoliniego i Trumpa.
45 procent popiera, no to można się sadzić i nadymać! Rząd w osobach takich …hm… tuzów jak premier czy minister spraw wewnętrznych walą z grubej amunicji o największych zagrożeniach, niebezpieczeństwach dla naszego kraju a nawet dla jego niepodległości.
Jest to zawracanie … miejsca w które sekciarze, fanatycy bożka z sanktuarium przy Nowogrodzkiej pchają się non stop bez wazeliny.
Stan wyjątkowy na 30 dni , na niewielkim stosunkowo terenie przygranicznym! To tak, jak polować na lwa przy pomocy procy! 16 grudnia 2016 roku rządząca większość sejmowa, z pogwałceniem wszelkich zasad obowiązujących w cywilizowanych parlamentach, przy skandalicznym procedowaniu uchwaliła m.in. tzw. ustawę dezubekizacyjną.
Pisałem wtedy ostrzegając, że obowiązujące prawo pozwala na rozliczenie tych wszystkich, którzy je łamali bez wprowadzania odpowiedzialności zbiorowej.
Nota bene najbardziej skorzystał na jej uchwaleniu niejaki Jarosław Zieliński, który był twarzą tej ustawy, bowiem kiedy został spuszczony ze stanowiska wiceministra spraw wewnętrznych do dzisiaj korzysta z ochrony SOP i wszelkich związanych z tym przywilejów pod pretekstem, że grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony 80-90 letnich staruszek i staruszków, z których wielu pozbawił środków do życia, a kilkudziesięciu on i jego gildia doprowadzili do samobójstw. Za tę ochronę miłośnika konfetti i rozkładanych przed nim dywanów płacimy wszyscy!
Ale najważniejszą rzeczą, którą wówczas podnosiłem, było ostrzeżenie, że ta ustawa jest testowaniem reakcji społeczeństwa na jawne łamanie prawa przez rządzących, na ile będą mogli sobie pozwolić w deptaniu m.in. praw i swobód obywatelskich mamiąc jedynie demagogicznymi hasłami i przekupstwem. Większość społeczeństwa przyklasnęła: Moja chata z kraja, albo – dobrze im tak!
Wrota do poczucia bezkarności i samowoli zostały otwarte na oścież. Szybko przekonali się o tym sędziowie, kobiety żądające prawa do stanowienia o sobie… lista jest długa i wciąż się wydłuża.
I teraz mamy do czynienia z kolejnym testem – stan wyjątkowy! Chce go wprowadzić ten sam rząd, który gdy pojawiło się rzeczywiste zagrożenie dla społeczeństwa w postaci pandemii bronił się przed nim rękami i nogami.
Ale teraz przyszedł najwyższy czas na przymiarkę. Zbliżają się wybory, notowania spadają, większość sejmowa topnieje…Rany boskie, co robić?!…
Stan wyjątkowy, jak znalazł! – kamaryla zatarła ręce. Na razie go przetestujemy na małym obszarze. Przyzwolenie 45. procent mamy. I tak krok za kroczkiem…Aż …
Przysłowie mówi: Daj złodziejowi palec to ci rękę urwie! Witajcie w kraju jednorękich!

Partia stanów wyjątkowych

Skoro PiS rośnie popularność po każdej wszczętej wojnie politycznej, to kaczyści wywołują kolejne.
Bukiet kwiatów i kosz z delikatesami powinien wysłać pan prezes Kaczyński prezydentowi Łukaszence. Za białoruską akcję przerzutu migrantów do Polski.
Kaczyści zręcznie wykorzystali ją jako casus belli do rozpoczęcia propagandowej wojny z demokratyczną opozycją i swoimi przeciwnikami w Unii Europejskiej. Znów ich propaganda wykreowała wizję grożących Polsce hord muzułmańskich nierobów, pragnących słodkiego życia na polskim socjalu.
Ponieważ Polacy znają już niekorzystne dla „narodowej substancji” demograficzne prognozy, to boją się wizji rozpuszczającej się polskości w zalewającym ją islamskim morzu. I garną się pod PiS obronę. Narodowo-katolicka propaganda postanowiła wykorzystać cykliczne manewry wojsk białoruskich i rosyjskich, by wykreować je jako wstęp do inwazji na Polskę. TVP Info straszy już relacjami z poprzednich manewrów. Pojawiają się złowieszcze „przecieki polskiego wywiadu i sojuszników” . W przyszłym tygodniu takimi rewelacjami będą nas witać wszystkie programy TVP, począwszy od telewizji śniadaniowej.
Ale armia polska na Mińsk nie ruszy. Skupi się na straszeniu naszych obywateli. Bo tylko Polak wystraszony głosuje na PiS. Zachęcona ostatnim wzrostem poparcia wyborczego, klika pana prezesa Kaczyńskiego postanowiła przetestować też „stan wyjątkowy”. Na żywych Polakach. Najpierw lokalnie, aby zablokować działania organizacji humanitarnych i demokratycznej opozycji na podlaskim pograniczu. Dzięki niemu kaczyści spokojnie opaszą granicę różańcem z drutu kolczastego, czym odpędzą na czas jakiś potencjalnych migrantów.
Przy okazji zdezorganizują, lub utrudnią ludności lokalny ruch i działalność gospodarczą. Zamkną dostęp do tamtejszych atrakcji turystycznych. Zwłaszcza tych związanych z mieszkającymi tam polskimi Tatarami. Unikalnych meczetów, restauracji serwujących tatarskie dania. Tak to w tej wykreowanej wojnie z nierealnym islamskim wrogiem, realnie oberwą polscy obywatele. Nasi muzułmanie.
W zeszłym roku pan prezes Kaczyński wzywał swego narodowca Bąkiewicza aby bronił polskich kościołów przed spodziewanymi atakami hord polskich kobiet. Ataków takich rzecz jasna nie było. Teraz PiS ukaże Podlasie za intrygi białoruskiej bezpieki.
Nie będzie to jedyny „stan wyjątkowy” zaordynowany nam przez PiS. Galopująca już inflacja pobudza tysiące ubożejących Polaków do masowych protestów. Żądań podwyżek płac. Zwłaszcza, że pan premier Morawiecki wyjaśniał, iż źródłem tej inflacji są jedynie niedawne, liczne podwyżki płac.
Jesienią czeka nas fala protestów społecznych, strajków może nawet. Strajkujących nie uda się przestraszyć hordami muzułmanów ani wojną z Białorusią. Można za to będzie pacyfikować ich „stanami wyjątkowymi”. Szczuciem jednych grup zawodowych na drugie. Podgrzewać społeczne konflikty i gasić je by tak szukać wyborczego poparcia.
PiS, policja, straż graniczna, wojsko i kościół kat. udowodniły, że zjednoczeni mogą zatrzymać garstkę uchodźców. Ale nawet całe zmobilizowane polskie wojsko, wspierane przez policję, kościół kat. oraz kolejne „stany wyjątkowe”, nie zatrzymają galopującej inflacji.
Elity PiS decydując się na grę „stanami wyjątkowymi” zamieniają Polskę w państwo „stanu wyjątkowego”. Wszczynają kolejną wojnę polsko- polską.

W Tokio stan wyjątkowy

W miniony czwartek premier Japonii Yoshihide Suga ogłosił stan wyjątkowy w Tokio i trzech okolicznych prefekturach. Decyzja ta na razie nie przekreśla planów organizacji igrzysk olimpijskich w japońskiej stolicy.

O możliwości ogłoszenia stanu wyjątkowego w Tokio spekulowano już od jakiegoś czasu. Władze zdecydowały się na taki ruch, gdy w stolicy Japonii na początku roku zaczęła w niepokojącym tempie wzrastać liczba nowych przypadków koronawirusa i przekroczyła granicę tysiąca pozytywnych wyników testów w ciągu jednego dnia. Obawy nawrotu pandemii do jej szczytowego poziomu znacznie więc wzrosły. Stan wyjątkowy w przekonaniu przedstawicieli japońskich władz pozwoli zahamować ten wzrostowy trend.
Na razie ta decyzja nie wpłynęła negatywnie na przebieg przygotowań do letnich igrzysk olimpijskich. Przypomnijmy, że mają się one odbyć między 23 lipca i 8 sierpnia. „Wprowadzenie stanu wyjątkowego daje nam możliwość na przygotowanie jeszcze lepszych i bezpieczniejszych procedur możliwych do zastosowania podczas igrzysk” – zapewniają członkowie japońskiego komitetu organizacyjnego w wypowiedziach cytowanych przez bbc.com.
To dobra wiadomość dla wszystkich tych, którzy z niecierpliwością czekają na ostateczną wiadomość, iż przełożone na ten rok letnie igrzyska na pewno się odbędą w wyznaczonym terminie. Ze względu na konieczność wdrożenia z powodu pandemii dodatkowych środków bezpieczeństwa koszty olimpiady już wzrosły o 2,8 miliarda dolarów.
MKOl nie ma jednak wątpliwości, że Japończycy są w stanie przygotować bezpieczne igrzyska. Olimpijscy działacze niezależnie jednak szukają pomysłów, jak zapewnić uczestnikom igrzysk w Tokio możliwie największe bezpieczeństwo. Niedawno swoją propozycję przedstawił członek MKOl Richard Pound, który zaapelował, aby sportowcy we wszystkich krajach zostali zaszczepieni przeciwko koronawirusowi w pierwszej kolejności. Jego zdaniem relatywnie niewielka liczba dawek dla przedstawicieli różnych dyscyplin nie powinna wywołać publicznego oburzenia.

Cień dyktatury nad Budapesztem

,,Tak umiera wolność. Wśród burzy oklasków…” – ta trafna uwaga pada z ust bohaterki sagi Gwiezdnych Wojen Padmé Amidali, kiedy demoniczny kanclerz Palpatine, przy entuzjastycznej aprobacie zmanipulowanego senatu nadaje sobie specjalne uprawnienia i przekształca Republikę w Imperium Galaktyczne, poddane jego niepodzielnej władzy. Treść jej słów oddaje trafnie nie tylko zdarzenia ,,dawno dawno temu w odległej galaktyce”, ale również to, co stało się na naszych oczach – w poniedziałek, 30 marca, w Europie Środkowej, w przepięknym gmachu węgierskiego parlamentu.

Węgierscy deputowani większością 2/3 głosów (137 do 53) przyjęli ustawę przyznającą premierowi Viktorowi Orbanowi bardzo szerokie nadzwyczajne pełnomocnictwa. Po uchwaleniu posłowie Fideszu i inni sympatycy Orbana uczcili nawet szefa rządu gromkimi oklaskami na stojąco. Jako oficjalne uzasadnienie tych działań podano konieczność walki z koronawirusem oraz zapewnienie ,,sprawnego funkcjonowania państwa” w czasie epidemii. Wystarczy jednak choćby rzucić okiem na wprowadzone zmiany, by bez problemu zrozumieć ich prawdziwy cel – ostateczne ugruntowanie niepodzielnej dyktatury Orbana i jego Fideszu oraz zakończenie wieloletniego procesu całkowitej pacyfikacji węgierskiej opozycji.
Deputowani przedłużyli trwający od 11 marca stan wyjątkowy i dodatkowo przyznali Orbanowi prawo do rządzenia za pomocą dekretów i to nawet w trakcie trwania sesji parlamentu. Co najważniejsze, nie została przewidziana data wygaśnięcia tych uprawnień, ma je więc premier bezterminowo. Odebrać mu może je jedynie większość 2/3 głosów parlamentu – tak, dokładnie ci sami posłuszni szefowi rządu deputowani, którzy teraz z nieskrywaną radością mu tę władzę ofiarowali. Viktor Orban będzie rządził Węgrami kierując się jedynie swoją wolą tak długo, aż sam zdecyduje się łaskawie oddać uprawnienia. A przecież nie po to się o nie starał, by łatwo rezygnować.
W uchwalonym prawie znalazły się artykuły pozwalające władzom ,,zawieszać stosowanie niektórych ustaw, odstępować od zapisów ustaw i podejmować inne nadzwyczajne kroki w celu zagwarantowania życia i zdrowia obywateli, bezpieczeństwa prawnego i stabilności gospodarki narodowej”. Zapisy te, brzmiące jak żywcem wyjęte z nazistowskiego dekretu „O ochronie narodu i państwa” (który legł u podstaw obalenia Republiki Weimarskiej i powstania III Rzeszy), pozwalają rządowi na bezkarne łamanie w zasadzie każdego prawa. Oczywiście o tym, co służy ,,zagwarantowaniu życia i zdrowia obywateli”, będą decydowali sami rządzący. Już dawno bowiem na Węgrzech, od kiedy Orban podporządkował sobie sądy i prokuraturę oraz zmienił pod swoje dyktando konstytucję, wszelka instytucjonalna kontrola działań rządu przestała istnieć.
Oczywistym działaniem każdej autorytarnej władzy jest także chęć zamknięcia ust krytykom i opozycjonistom. Również i na tym polu Viktor Orban nie przegapił danej mu przez los okazji. Uchwalona ustawa wprowadza nowy rodzaj przestępstwa – rozpowszechnianie „fałszywych lub zniekształconych faktów, które blokują skuteczną ochronę społeczeństwa” oraz „alarmują lub podburzają społeczeństwo”. Grozić za to będzie nawet do 5 lat więzienia. Widzimy znów ten sam schemat – ogólnikowy i nieścisły zapis, dający się w oficjalnych komunikatach przedstawić jako służący walce z pandemią, a za kulisami – pozwalający prześladować opozycyjne media i brutalnie uciszać wszystkich krytyków rządu. Epidemia COVID – 19 i lęk jaki wywołała w społeczeństwie dały więc niestety węgierskiemu rządowi doskonałą i długo wyczekiwaną okazję do dokończenia procesu ostatecznego demontażu demokracji, przy bardzo nikłym społecznym oporze. Już antyczny ateński historyk Tukidydes zauważył bowiem: ,,zwykle to bywa u ludzi, że ze strachu gotowi są zachować karność”.
Niedawno minęła 101 rocznica powstania Węgierskiej Republiki Rad. Mimo iż przetrwała ona tylko 4 miesiące, lewicowemu rządowi udało się przeprowadzić wiele prospołecznych reform: wprowadzono ośmiogodzinny dzień pracy, podniesiono płace, położono podwaliny pod powszechny system edukacji i przeprowadzono reformę rolną. Niestety już w sierpniu 1919 roku Republikę obaliła brutalna interwencja wojsk rumuńskich, które restaurowały królestwo i oddały władzę w kraju w ręce admirała Miklosa Horthy’ego. Kiedy więc u progu lat dwudziestych wyzwolone z okowów wielkich imperiów narody Europy Środkowej budowały swoje demokratyczne republiki, nad Węgrami już roztaczała się ciemna chmura dyktatury admirała – regenta. Niestety niedługo później miało się jednak okazać, iż to Madziarzy odegrali rolę ustrojowych pionierów. Twarda siła autorytarnych rządów zatriumfowała w prawie wszystkich państwach regionu.
Czy historia może się powtórzyć? Miejmy to na uwadze, szczególnie teraz, w obliczu działań rządu PiS. Musimy się mieć na baczności, aby tym razem dyktatorskie zapędy i bezprawne działania Viktora Orbana nie okazały się ponurym proroctwem dla innych środkowoeuropejskich demokracji.

Stan wyjątkowy wprowadzić niezwłocznie!

Sytuacja z dnia na dzień staje się coraz gorsza. Musimy sobie uświadomić, że chorych z wirusem będzie przybywać. Jak w takiej sytuacji prowadzić nie tylko kampanię wyborczą – to już dziś jest prawie niemożliwe – a potem jak przygotować wybory? – mówi prof. Marek Chmaj, prawnik konstytucjonalista, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

Kiedy i w jakich sytuacjach konstytucja dopuszcza przesunięcie terminu wyborów?

Konstytucja przewiduje możliwość odroczenia terminu wyborów tylko w razie wprowadzenia jednego ze stanów nadzwyczajnych. Mamy trzy stany nadzwyczajne: stan wojenny, stan wyjątkowy i klęski żywiołowej. Zgodnie z art. 228 w czasie trwania stanu nadzwyczajnego i 90 dni po jego zakończeniu nie mogą się odbywać wybory, a kadencja danego organu ulega przedłużeniu.

Wszystko zależy od dwóch kwestii. Po pierwsze: czy będzie zarządzony stan nadzwyczajny. Widzę przesłanki do wprowadzenia jednego z dwóch – albo stanu wyjątkowego, bo mamy zagrożone bezpieczeństwo obywateli, albo też stanu klęski żywiołowej, jeżeli przyjmiemy, że walka z epidemią jest formą takiej właśnie klęski.

Niezależnie od wprowadzonego stanu to organ, który go wprowadza, decyduje, na jak długo. W przypadku klęski żywiołowej może być prowadzony na 30 dni, ale za zgodą Sejmu można go wydłużyć, natomiast stan wyjątkowy na okres nie dłuższy niż 90 dni i za zgodą Sejmu można go wydłużyć na 60 dni. Po zakończeniu stanu nadzwyczajnego nie można przeprowadzić wyborów przez 90 dni, może natomiast odbywać się kampania wyborcza. Przepis dotyczy tylko samych wyborów.

Czyli być może wybory odbędą się dopiero we wrześniu?

To zależy od tego, jaki stan zostanie wprowadzony. Jeżeli hipotetycznie zostałby wprowadzony teraz na 30 dni, to analogicznie w połowie kwietnia by się zakończył i potem 90 dni bez możliwości wyborów. Zatem wówczas wybory mogłyby się odbyć pod koniec lipca. Przy czym termin wyborów wyznaczyłby marszałek Sejmu, który powinien się kierować tym, aby wybory odbyły się jak najszybciej, w pierwszym konstytucyjnym terminie, a więc w dzień wolny od pracy przypadający w miarę szybko od końca tego 90-dniowego terminu.

Kto wprowadza stan nadzwyczajny?

Zależy który. Stan wyjątkowy wprowadza prezydent na wniosek Rady Ministrów, stan klęski żywiołowej sama Rada Ministrów.

Co oznacza wprowadzenie stanu nadzwyczajnego?

W czasie jego trwania niektóre wolności lub prawa określone w konstytucji mogą zostać czasowo zawieszone, bo mogą wystąpić tak nadzwyczajne zagrożenia, które uzasadniają ich zawieszenie.

Jakie prawa dokładnie mogą zostać ograniczone?

To zależy od szczegółowych regulacji w danej ustawie, ale można zawiesić możliwość zgromadzeń; na razie mamy apel premiera w tej sprawie.

Można wprowadzić tzw. godzinę policyjną, zakaz opuszczania mieszkania w określonych godzinach, ograniczyć swobodę przemieszczenia się np. z gminy do gminy albo z dzielnicy do dzielnicy, ruch może się odbywać tylko za specjalnym pozwoleniem. Może zostać ograniczona wolność prowadzenia działalności gospodarczej lub nakaz określonej działalności gospodarczej. Zajęcie rzeczy ruchomych, pojazdów, maszyn itp.

Niektórzy publicyści proponują, aby wprowadzić jednorazową poprawkę do konstytucji, tak aby móc zmienić datę wyborów bez potrzeby wprowadzania stanu nadzwyczajnego. Obawiają się, że PiS nie zrezygnuje szybko ze specjalnych uprawnień.

Jak pan ocenia ten pomysł?

Po to mamy konstytucję, która wprowadza stany nadzwyczajne, aby w sytuacjach szczególnych zagrożeń je wprowadzać. Ustawodawca przewidział możliwość ograniczania konstytucyjnych praw. Natomiast nowelizacja konstytucji obecnie musiałaby się odbywać zgodnie z procedurą określoną w art. 235. To są konkretne terminy, trzeba wnieść projekt, następnie musi być uchwalona ustawa w Sejmie większością 2/3, potem w terminie nie dłuższym niż 60 dni przez Senat, gdzie musiałaby być bezwzględna większość głosów za. Hipotetycznie to jest do zrobienia, ale uważam, że zmiana konstytucji pod presją nie jest dobrym rozwiązaniem.

Stan klęski żywiołowej można wprowadzić nawet na tydzień, a w wyniku wprowadzenia jej nawet w kilku gminach już wybory prezydenckie nie mogłyby się odbyć w planowanym terminie. Potem mamy 90 dni, aby można było normalnie prowadzić kampanię.

Pana zdaniem wybory należy przełożyć?

– Sytuacja z dnia na dzień staje się coraz gorsza. Musimy sobie uświadomić, że chorych z wirusem będzie przybywać. Jak w takiej sytuacji prowadzić nie tylko kampanię wyborczą – to już dziś jest prawie niemożliwe – a potem jak przygotować wybory? Przecież muszą zostać wyznaczone komisje wyborcze w każdym lokalu. Proszę pamiętać, że PiS podwoił liczbę członków komisji wyborczych, bo jedna komisja przeprowadza wybory, a druga liczy. Członkowie komisji musieliby być cały czas w lokalach wyborczych, mieliby styczność z tysiącami ludzi, którym trzeba by było sprawdzić personalia, następnie wydać kartę do głosowania i podać długopis.

Co z tymi, którzy przechodziliby kwarantannę w domach? Co z tymi, którzy przyjdą do lokalu i się zarażą? Nie można zagwarantować, bo to technicznie niemożliwe, aby lokal wyborczy był odkażany co kilka minut. Problemów jest bardzo dużo, a odpowiedzialność za to, że wybory będą odbywać się w tym terminie, spoczywać będzie na prezydencie i Radzie Ministrów.

A może wybory korespondencyjne?

To też wymagałoby zmiany ustawy. Poza tym wybory korespondencyjne mogą uzupełniać wybory tradycyjne, a nie je zastępować. Lokale wyborcze powinny być czynne.

Rząd powinien podjąć szybko tę decyzję?

Ma jeszcze chwilę do namysłu, ale pamiętajmy, że kampania wyborcza w zasadzie już się nie toczy. Kandydaci mają nawet problem z zebraniem 100 tys. podpisów, bo ludzie boją się podchodzić, aby złożyć podpis. Zatem stan nadzwyczajny powinno się wprowadzić w poczuciu odpowiedzialności za kraj niezwłocznie.

W Chile wciąż stan wyjątkowy

Drugi dzień stanu wyjątkowego w Chile, wprowadzonego w celu stłumienia niezadowolenia społecznego, jakie wybuchło po ogłoszeniu – już wycofanego — podwyższenia cen biletów, przebiegł pod znakiem licznych aktów przemocy ze strony wojska i policji.

Tysiące Chilijczyków, pomimo ostrych represji i pokazu siły ze strony władzy, ponownie wyszło na ulice wielu miast. Protesty miały głównie charakter rozproszony, grupowano się w niemal każdej dzielnicy, by wspólnie stukać w garnki i patelnie. Inni uderzali w naczynia z balkonów i okien. Donośne rytmy “cacerolazo” – jak nazywa się ta forma protestu znana z czasów dyktatury Pinocheta — cały dzień unosiły się nad miastem.
W stolicy kraju Santiago nadal obowiązuje godzina policyjna – już od godz. 19. Jednak po jej przekroczeniu ulice wciąż były pełne demonstrujących ludzi. Pojawiły się już filmy, jak wojskowe patrole w środku nocy zatrzymują zbłąkane osoby, a następnie je poniżają, każąc np. wykonywać przysiady. Miały miejsca również zatrzymania osób i zabierania ich w nieznanym kierunku samochodami cywilnymi. W kraju, w którym w czasach dyktatury kilka tysięcy osób w podobny sposób „zniknęło”, takie zdarzenia przywodzą najgorsze skojarzenia. Na innym filmie widać jak żołnierz bije zatrzymaną osobę, każe uciekać a następnie zaczyna strzelać do niej z karabinu.
Dochodziło wczoraj również do konfrontacji ze służbami porządkowymi oraz wojskowymi. Zdarzało się, że manifestującym udało się wypierać z ulic uzbrojonych po zęby żołnierzy, chociaż ci strzelali nie tylko w powietrze, ale i w stronę protestujących. Na zgromadzeniach niesiono transparenty z hasłami “Jesteśmy zmęczeni”, “Chile się obudziło”, “To nie metro, to godność społeczeństwa” czy “Okradziono nas ze wszystkiego, także ze strachu”. W rzeczy samej nikt już nie postrzega społecznej rebelii jako bunt przeciwko podwyżkom cen biletów. Obecnie trwa bunt przeciwko ogromnym kosztom życia w niemal całkowicie sprywatyzowanym kraju, gdzie większość kapitału trzyma w rękach zaledwie kilka chilijskich rodzin. Przez lata powtarzano w medialnym dyskursie, że Chile jest najbogatszym, najszybciej rozwijającym się i najbardziej “europejskim” krajem kontynentu, ale pomijano jednocześnie, że ma również największy wskaźnik rozwarstwienia społecznego w Ameryce Południowej. To rozwarstwienie dało właśnie o sobie głośno znać.
We wspomnianym już La Sarena demonstranci obalili pomnik hiszpańskiego konkwistadora Francisco de Aguirre, biorącego udział w podboju terytoriów obecnego Chile w XVI wieku. Wcześniej na postumencie wypisano hasło “ludobójstwo”, przypominając los rdzennych mieszkańców kraju.
Rząd zdecydował o objęciu stanem wyjątkowym kolejnych miast. Strefy, do której wysyłane są wojskowe patrole, całe czas się rozszerzają, podobnie jak ogniska niepokojów społecznych. Również wczoraj odbywały się liczne zgromadzenia ludowe, na których dyskutowano strategie i bieżące kwestie związane z rewoltą. Dziesiątki organizacji feministycznych i społecznych wezwało w poniedziałek 21 października do podjęcia strajku generalnego. Na ten dzień planowana jest ogromna mobilizacja społeczna w samym centrum miasta. Sytuacja jest dynamiczna, ciągle napływają nowe informacje jednak już wiadomo że prace wstrzymali pracownicy kilkunastu portów w całym Chile. Jak powiedział jeden z portowców: “Jesteśmy przeciwko represjom, przeciwko temu co uczynił dyktator Sebastian Pinera. Jako pracownicy portowi, jak zawsze łączymy się ze wszystkimi konfliktami społecznymi. Naprzód ci, co walczą! Ani kroku wstecz!” Prawdopodobnie stanął też niektóre kopalnie – jak ta, w której pracują robotnicy pokazani na filmie niżej podczas głosowania nad strajkiem generalnym.
Wielu przedstawicieli rozrywki i kultury opowiedziało się jednoznacznie po stronie zbuntowanego społeczeństwa. Popularny bramkarz piłkarskiej reprezentacji Chile Claudio Bravo napisał na swoim Twitterze: “Sprzedali w prywatne ręce naszą wodę, gaz, emerytury, lekarstwa, drogi, lasy, miedź, solniska Atacamy, lodowce, transport […]. Nie chcemy Chile dla nielicznych. Chcemy Chile dla wszystkich. Dosyć!”. Natomiast Mon Leferte, obecnie jedna z najpopularniejszych na świecie piosenkarek chilijskich, wielokrotnie nagradzana przez przemysł rozrywkowy, na swoim profilu społecznościowym wezwała wojskowych i policjantów do zrzucenia mundurów i stanięcia po stronie ludu. “Wy też należycie do ludu. Składaliście przysięgę na sztandar i ojczyznę. Ale czym jest ojczyzna, jeśli nie ludem?” – napisała artystka.
Ogłoszony wczoraj późnym wieczorem przez ministra spraw wewnętrznych bilans trwających od kilku dni zamieszek to 7 ofiar śmiertelnych, 152 osoby zatrzymany za różnego rodzaju akty przemocy, 40 za rabunek, 70 za dokonywanie poważnych aktów przemocy. Panuje jednak powszechne przekonanie, że to jedynie oficjalne, zaniżone liczby. Dziś na blogu prowadzonym przez Polkę mieszkającą w Chile pojawił się następujący wpis: “Jedną z ofiar zamieszek w Santiago jest młody Polak, który zginął najpewniej od „przypadkowego wystrzału” (na razie nie udało mi się ustalić, z czyich rąk, ale najpewniej: wojska lub policji). Na razie nie ujawniam jego personaliów i dokładnych okoliczności całego zajścia, ale niestety informacja jest potwierdzona”. Na razie to jedyne źródło podające informację w tej sprawie.
Pięć osób zginęło w pożarze fabryki podpalonej przez pospolitych rabusiów, którzy grasują po mieście, korzystając z wszechobecnego chaosu. Ich celem są przede wszystkim wszelkie sklepy i centra handlowe, ale także prywatne domy. Mieszkańcy organizują oddolne komitety porządkowe, by chronić się m.in. przed taką działalnością bandyterki. Nie jest tajemnicą, że wśród takich band kręcą się również policjanci w cywilu dokonujący prowokacji, by następnie mieć pretekst do interwencji.
Media chilijskie, w znakomitej większości należące do prawicowych magnatów finansowych robią wiele, by ukazać w negatywnym świetle cały ruch protestu — skupiają się na rabunkowej działalności przestępców, na aktach wandalizmu czy przemocy społecznej jednocześnie świadomie pomijając brutalność służb mundurowych. Media społecznościowe jednak bez przerwy zalewane są filmami i zdjęciami ukazującymi przemoc policji i wojska oraz jej ofiary — postrzelonych, rannych, pobitych. Pod koniec dnia prezydent Pinera, w otoczeniu wojskowych ogłosił przed kamerami: “Jesteśmy na wojnie przeciwko potężnemu wrogowi”. Społeczeństwo chilijskie przytaknęło: jesteśmy na wojnie — przeciwko niesprawiedliwościom i nierównościom społecznym.