Wirtualne inwestycje Morawieckiego

PiS nie potrafi zrealizować nawet swoich, najgłupszych obietnic.

Morawiecki zanim został premierem, był wicepremierem. Specjalizował wtedy w opowiadaniu bajek. Choćby tej o „Strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju”. Dzięki niej mieliśmy, za 2 biliony złotych, w ciągu paru lat przegonić Niemcy. No i mieć „Luxtorpedę 2.0”.
Potem było o milionie polskich samochodów na prąd. Był chrzest stępki w nieistniejącej stoczni. No i mrzonki o kolejach wielkich prędkości. Nie brakło bajań o rowerowych autostradach i innowacyjności polskiej myśli technicznej.

Kto da więcej niż ja

Po tym jak Morawiecki został premierem nic się nie zmieniło. Ba pojawił się nawet nowy zestaw bajań, określany przez miłą Morawieckiemu część mediów jako „piątka Morawieckiego”. Acz gwoli sprawiedliwości jedną z obietnic zrealizował. Rodzice uczniów dostali po 300 zł na wyprawkę szkolną.
Dlaczego akurat to się udało? Bo nie wymagało fachowców, logistyki, negocjacji, procedur i tego wszystkiego, co składa się na zrealizowanie czegokolwiek, co nie jest prostym rozsyłaniem pieniędzy.
Każde działanie PiS zakładające stworzenie czegoś materialnego, zawodzi. Najlepszym przykładem jest klęska „Mieszkania plus” opisywana tyle razy, że nie ma sensu powtarzać tego po raz enty.
Dokładnie tak samo wygląda realizacja innych „rewolucjonizujących życie Polaków” inwestycji PiS.

Mierzeja

Przekopanie Mierzei Wiślanej to oczko w głowie PiS. Trują o tym od lat. Natomiast od chwili, gdy objęli władzę, na plaży pojawili się już chyba wszyscy prominentni politycy tej partii wbijający palik, czy wykopujący łopatą piasek.
Od dłuższego czasu obowiązuje narracja według której przekop ma być gotowy w 2022 r. I kosztować 880 mln zł. Aby się to udało powinien być realizowany harmonogram. Ten zakładał, że decyzja środowiskowa powinna być wydana w pierwszym półroczu 2018 r. Tymczasem Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Olsztynie podpisał ją 5 grudnia 2018 r. To na jej podstawie zrobiono na Mierzei jedną jedyną konkretną rzecz – wykoszono pas lasu.
Kolejnym etapem przekopywania się miało być uruchomienie przetargu w drugim półroczu tamtego roku. No i uruchomiono. Nawet 3 razy. Efekt jest taki, że za chwilę skończy się połowa tego roku, a wykonawcy nie ma. Za parę dni ma dojść do kolejnego otwarcia kopert z ofertami. I pewnie znów się nie uda. Niezadowoleni z rozstrzygnięć pewnie znów procedurę przetargową oprotestują twierdząc, że jest niejasna i utrudniaj uczciwą konkurencję. Po czym ogłosi się piąty przetarg.
Istnieje też możliwość, że do przetargu nie stanie żadna firma. Wydumane przez PiS 880 mln zł, to bowiem stanowczo za mało. Przecież – państwowy przecież – Urząd Morski w Gdyni wyliczył koszt przekopu i drogi wodnej na 1,3 mld. zł. Zaznaczając przy tym, że ta kwota nie uwzględnia budowy kanału bocznego do planowanej wyspy powstałej z toru wodnego na Zalewie Wiślanym.
Gdyby jednak podliczyć to wszystko do kupy, to wyszłoby, że 2 miliardy zł na budowę przekopu, wyspy i toru wodnego nie wystarczą. Nie wspominając o setkach milionów niezbędnych do zbudowania zupełnie nowego portu w Elblągu.
O bezsensie całego przedsięwzięcia i tak najlepiej świadczy wyliczenie mówiące, że gdyby port w Elblągu przeładowywał 10 razy tyle co teraz, a stawka przeładunkowa wzrosłaby w nim dwukrotnie, to nawet przy kosztach rzędu 880 mln zł, inwestycja zwróciłaby się po 450 latach. Tymczasem koszty te będą niemal trzykroć większe. I to tylko po to, żeby wozić towary morzem do Gdańska, gdy przejazd tam ciężarówką z Elbląga zajmuje niecałą godzinę.
Co prawda Jarosław Sellin 2 lata temu zapowiadał, że przekop sam się sfinansuje. Bo pod piaskiem na Mierzei jest w cholerę bursztynu. Takiego wartego prawie miliard złotych.
Urząd Morski w Gdyni wydał na badania geologiczne 400 tys. zł. Wyszło z nich, że bursztyn owszem jest, ale do pozyskania nadaje się jedynie taki za pół mln zł. Zaś pozyskiwanie to będzie kosztowało 385 tysięcy.
Jeśli to wszystko dodać, to wychodzi, że bursztyn z Mierzei nie umniejszy kosztów, a wręcz przeciwnie. Będzie kosztował polskiego podatnika prawie 300 tys zł dodatkowo.
W tym ekonomicznym kontekście, robienie PiS zarzutu, z nieprzekopywania Mierzei, byłoby bez sensu. Należy zatem trzymać kciuki, za to, żeby ogłoszono przetarg piąty, szósty, siódmy…. I liczyć, że w międzyczasie na miejscu wycinki lasu wyrosną nowe drzewa.

Budujemy mosty

„Polska jest podzielona przez piękne polskie rzeki (…), ale one często (…) jednocześnie powodują pewien rozziew, pewien rozdźwięk między poszczególnymi regionami. Jest co najmniej osiem, dziesięć mostów, których bardzo brakuje” – opowiadał 2 lata temu w Przysusze Morawiecki.
Rok temu z 9 liczba mostów skoczyła do 22. Nazwano to rządowym projektem „Mosty dla regionów” i zadeklarowano na ich zbudowanie 2,3 mld zł.
Euforia w wielu nadrzecznych miejscowościach w Polsce zgasła gdy okazało się, że „samorządy będą mogły otrzymać dofinansowanie na pokrycie aż 80 proc. wydatków kwalifikowalnych danej inwestycji. Pozostałe 20 proc. wartości zadania to wymagany wkład własny, który jednostki samorządu terytorialnego muszą zapewnić w swoim budżecie”.
Samorządy skalkulowały, że gdyby most kosztował 200-300 mln zł, to gmina musiałaby znaleźć na jego budowę 40-60 mln zł. Ale to jeszcze i tak nic, bo według programu rządowego drogi dojazdowe do takiej przeprawy musiałaby wybudować gmina. I to w 100 proc. na własny koszt. Ten zaś to, kolejne 30 mln zł.
Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że cena mostów w rządowym programie przewyższałaby to, co jest dla gmin niezbędne. Nowe most miałyby mieć paramerty spełniające standardy wojskowe. Czyli musiałyby udźwignąć kolumnę czołgów i mieć konstrukcję, która nie zawaliłaby się od bomby.
Mimo wszystko chętni do budowy mostów się znaleźli. Do Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju wpłynęło 75 wniosków. Na ich przygotowanie poszło już z publicznych pieniędzy ponad 86 mln zł. Ale dzięki temu wiadomo, że gdyby miały być budowane wszystkie przeprawy, to rząd musiałby wysupłać nie 2,3 mld zł, ale grubo ponad 4 miliardy.
Kiedy miałyby być rozpatrzone wnioski nikt nie wie. Mówi się o lipcu. Potem będą znane procedury czyli decyzje środowiskowe i oczywiście przetargi. Te skończą się tak jak wszystkie związane z budowlanką. Brakiem chętnych za takie jak w budżecie inwestycji, pieniądze.
A potem wszyscy o rządowym programie zapomną.
Jedynymi wygranymi zostaną Kazimierz Dolny i Janowiec. Bo to te miasta wspominał w przemówieniu Morawiecki, jako przykładach miejsc, które jego program ma połączyć mostami. Oba bowiem miasta, po przeczytaniu zasad koncepcji rządu, nawet złotówki nie poświęciły by starać się w nim uczestniczyć.

Hub

Powstanie gigantycznego lotniska Morawiecki też ogłosił w 2017 roku w Przysusze. Podał nawet termin od kiedy ma zacząć przyjmować i odprawiać samoloty. Znaczy rok 2027.
Centralny Port Komunikacyjny umyślono umieścić 40 km na zachód od Warszawy. Założono, ze ma od mieć przepustowość kilku lotnisk Chopina, czyli 100 mln pasażerów rocznie.
Kosztorys opiewał na 35 mld zł. Z tego 16-19 mld zł miał kosztować sam port lotniczy, 8-9 mld zł nowa linia kolejowa Warszawa-Łódź oraz łącznik do Centralnej Magistrali Kolejowej, natomiast pozostałe 7 mld zł miały pochłonąć inwestycje drogowe. Parę miesięcy temu podano, że do tego należy doliczyć jeszcze 40 mld zł, bo trzeba wyremontować bądź wybudować 1300 km linii kolejowych.
Prace ruszyły z kopyta. Przez 2 lata udało się nawet rządowi przeprowadzić przez Sejm specjalną ustawę w sprawie hubu lotniczo-samochodowo-kolejowego.
Lokalnym samorządowcom też się udało. Przeprowadzili w gminie Baranów, gdzie ma powstać „komunikacyjne serce Polski”, referendum. I okazało się, że „nie” dla CPK powiedziało niemal 83 proc. głosujących. Nie dotarł do nich argument rządu, że położenie geograficzne Baranowa sprzyja inwestycji. Wszak miejscowość jest usytuowana „na przecięciu tras między najważniejszymi metropoliami takimi, jak Los Angeles – Tel Awiw, Wiedeń – Tokio, Szanghaj – Paryż czy Nowy York – Teheran. Centralny Port Komunikacyjny dzięki swojemu położeniu będzie mógł oferować wygodne połączenia na Daleki Wschód i do Ameryki Północnej”.
Dla rządu wynik referendum nie znaczył nic. CPK miało bowiem swoje własne harmonogramy. I właśnie okazuje się, że one biorą w łeb. Do końca roku założono bowiem, że cała potrzebna pod lotnisko ziemia będzie w rękach spółki CPK. To zaś oznacza, że co się uda wykupić po dobroci, państwo powinno wykupić, a z reszty – właścicieli wywłaszczyć.
Tymczasem nie kupiono nawet morgi. Zarząd CPK tłumaczy się teraz, że „żeby przystąpić do negocjacji dotyczących pozyskiwania nieruchomości, musimy znać bardzo precyzyjnie obszar inwestycji, co stanie się po opracowaniu planu generalnego CPK”. Dzięki czemu wiemy, że coś co ma hulać już za 8 lat, nie ma nawet sensownego planu. I mieć nie będzie, bo „w tym roku spółka planuje zlecić przygotowanie planu generalnego”. To zaś z kolei oznacza, że żaden wykup ziemi nie ruszy.
W lutym miała rozpocząć dyskusje o wykupie rada społeczna złożona z delegatów 3 gmin na terenie których powstać ma inwestycja. Do dziś dwie z nich jeszcze nikogo nawet nie delegowały. Co wcale nie jest dziwne, bo przeznaczone pod lotnisko ziemie są urodzajne nadzwyczaj i miejscowi na ich sprzedaż się nie godzą.
To wszystko jednak nie przeszkadzało przedstawicielom rządu popisywać się podczas Europejskiego Kongresu Ekonomicznego w Katowicach wizualizacją hubu. Demonstrowano na prawo i lewo jako pewnik, zrobione na komputerze obrazki.
Doszło do obciachu, po którym wiceminister infrastruktury Mikołaj Wild musiał się tłumaczyć, że zaprezentowana wizualizacja to jedynie wstępny szkic, który może ulec zmianie.
Jeszcze śmieszniej było kilka dni temu na Forum Ekonomicznym w Krynicy.
– Spółka Centralny Port Komunikacyjny zbiera uwagi do założeń koncepcyjnych Portu Lotniczego Solidarność – powiedział Mikołaj Wild.
Czyli robi coś, co powinno być przeprowadzone przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji.
Obok Baranowa, w Wiskitkach, jeszcze 10 lat temu stały w polu ruiny wiaduktów z budowanej tam za Gierka autostrady z zachodu Europy na olimpiadę w Moskwie. Dróg do tych wiaduktów nigdy nie wybudowano. Dokładnie to samo spotka – zdaniem miejscowych – pisowskie megalotnisko.

Transportowe fantasmagorie rządu PiS

Żałosna i śmieszna gigantomania nie może ukryć porażającej indolencji oraz niemożności obecnej ekipy.

Centralny Port Komunikacyjny im. Solidarności… Olbrzymi węzeł transportowy usytuowany między Łodzią w Warszawą – z lotniskiem pięć razy większym niż Lotnisko Chopina, 4 pasami startowymi, spięty z resztą Polski autostradami i szybkimi pociągami. Dojazd z największych miast Polski nie dłuższy niż 2,5 godziny. Koszt – 3,5 mld. zł., wydanych w ciągu 10 lat. Docelowo lotnisko ma być zdolne do obsługi 100 mln pasażerów rocznie…
7 listopada 2017 r. ten fantastyczny plan przyjęty został przez Rady Ministrów. 2 czerwca 2018 specjalną ustawę podpisał prezydent Andrzej Duda. „Port Solidarności” ma być otwarty w 2027 r.

Na glinianych nogach

Po koniec kwietnia tego roku, na dwa tygodnie przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, pan premier Morawiecki opowiadał słuchaczom Radia Maryja, że Centralny Port Komunikacyjny może być biznesowym i komunikacyjnym sercem Polski. CPK kojarzył mu się też chyba z kołem rowerowym, bo uciekł się do takiej metafory: „Centralny Port Komunikacyjny i dziesięć szprych, czyli arterii kolejowych odchodzących od tego Centralnego Portu Komunikacyjnego”…
No i właśnie z tymi „szprychami” jest kłopot. Dowiadujemy się oto („Puls Biznesu”), że w sprawozdaniu ze swej działalności PKP Intercity zamieściły katalog zagrożeń dla stabilnego funkcjonowania spółki. Zaskoczeniem na tej liście jest ryzyko, jakie dla firmy PKP Intercity niosą plany budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego.
PKP Intercity obawiają się, że będą musiały kupić nowe pociągi oraz wykosztować się na modernizację infrastruktury kolejowej, gdyż wedle zapowiedzi mają to być połączenia superszybkie. Są to przedsięwzięcia „przekraczające możliwości PKP Intercity”, napisano.
To oznacza ni mniej, ni więcej, że pierwszy po porcie lotniczym filar, na którym zbudowana jest cała konstrukcja tego nowoczesnego hubu komunikacyjnego, jeszcze nie powstał, a już się chwieje. Obawy zgłoszone publicznie przez PKP Intercity każą też wątpić w całość prezentowanych opinii publicznej wyliczeń. Wskazują bowiem, że rząd ogranicza się być może tylko do kosztów budowy samego lotniska, a ono, bez tak reklamowanej i obiecywanej nowoczesnej infrastruktury kolejowo-drogowej, będzie wiecznie deficytowym molochem.

Stępka, której nie było

Przenieśmy się na północ Polski, konkretnie do Stoczni Szczecińskiej. 23 czerwca 2017 r. na pochylni „Wulkan” oglądaliśmy uroczystość przybicia stępki pod budowę nowego promu dla Polskiej Żeglugi Bałtyckiej.
– Przyjechaliśmy tutaj, mówił ówczesny wicepremier i minister finansów, Mateusz Morawiecki – żeby dać z powrotem nadzieję na rozwój Stoczni Szczecińskiej i dać konkretne zamówienia, stworzyć popyt na statki. Może też na okręty, które będą tutaj budowane. Jest to dla nas kluczowa część całej wielkiej strategii reindustrializacji Polski, polskiej gospodarki.
Występujący zaś w imieniu premier Beaty Szydło minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej Marek Gróbarczyk, dodawał: – Konsekwentnie realizujemy rządowy plan odbudowy przemysłu stoczniowego, który stanowić ma koło zamachowe dla całej polskiej gospodarki…
Goście wyjechali, stępka rdzewiała. Potem okazało się, że to nie żadna stępka, tylko element wzięty z nieodległej fabryki morskich elektrowni wiatrowych. To „coś” nie tylko, że nie było żadnym elementem promu, ale promu nawet z dużej odległości nie oglądało. Potem na wierzch wychodziły inne zawstydzające fakty – nie było projektu, nie było pieniędzy, nie było fachowców, a przede wszystkim takie promy w Chinach, Tajlandii, czy w Korei robi się taśmowo i za pół ceny…
Po dwóch latach, kiedy prom powinien być wodowany, dając początek reaktywacji polskiego przemysłu stoczniowego, na pustym placu w stoczni szczecińskiej znów pojawił się pan Marek Gróbarczyk – ciągle minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej. Oznajmił, że prom ma pewne opóźnienie (dwa lata!), ale mimo wszystko będzie budowany, tyle, że wedle gotowego projektu kupionego na rynku. Podobno dogrywane są szczegóły wynikające z praw autorskich.
Być może tak, być może nie. Nauczyliśmy się nieufnie podchodzić do takich zapewnień. CPK i nowoczesne, polskie promy morskie, to, jak się okazuje, może projekcja marzeń w oprawie propagandy sukcesu. W przypadku lotniska na 100 mln. (sic!) podróżnych, to może i lepiej. Gigantomania na etapie planów jest co najwyżej śmieszna. Ale promów żal…