Trójkąt utajniony

W Polsce dzieją się niezwykle ważne wydarzenia, które nie znajdują jednak swego należytego odzwierciedlenia w krajowych mediach.

W zeszłym tygodniu polskie media żyły rządową wojną propagandową z Konwencją Stambulską oraz nowymi ogniskami koronowirusa. Owe batalie skutecznie „przykryły” wydarzenia niezwykle ważne dla relacji polsko- ukraińskich. W Warszawie obyło się uroczyste otwarcie nowej siedziby Ambasady Ukrainy w Polsce. Z udziałem ministrów spraw zagranicznych Ukrainy i Polski Dmytra Kuleby i Jacka Czaputowicza.

„Przeszedłem korytarzami budynku i taką właśnie chcemy widzieć Ukrainę w świecie: wygodną, nowoczesną, elegancką, zręczną i napełnioną sensem. Jestem przekonany, że ten budynek symbolizuje Ukrainę, którą chcemy zbudować”, powiedział wtedy minister Kuleba korespondentowi portalu Ukrinform.

W czasie otwarcia przemawiał też pan minister Czaputowicz. Uznał, że nowy budynek ambasady to „dobry symbol zakorzenienia Ukraińców w polskim społeczeństwie”. Ocenił, że ich obecność jest „bardzo ważna dla polskiej gospodarki”. Ponieważ jest ich coraz więcej, to potrzebują lepszej opieki konsularnej. Otwarcie nowego budynku ambasady i konsulatu ułatwi Ukraińcom życie w Polsce.

Pan minister zadeklarował, że „Polska konsekwentnie wspiera suwerenność i niezależność Ukrainy w granicach wyznaczonych przez prawo międzynarodowe”. Będzie nadal wspierać Kijów na drodze do UE i NATO.Przypomniał też, że wizyta ministra Kuleby i otwarcie ukraińskiej placówki przypadają na ważną rocznicę – Stulecia porozumienia Piłsudskiego z Petlurą. „To są historyczne ramy, na których możemy budować naszą obecną współpracę między naszymi krajami i naszymi społeczeństwami”, zadeklarował.

Trójkąt Lubelski

Otwarcie nowej ambasady Ukrainy zbiegło się z narodzeniem nowego formatu sąsiedzkiej współpracy. Jego narodziny ogłosili ministrowie spraw zagranicznych Ukrainy Dmytro Kuleba, Litwy Linas Linkevicius, i Polski pan Jacek Czaputowicz. Uczynili to w Lublinie, pod pomnikiem Unii Lubelskiej. Co miało wskazywać historyczne korzenie przyszłej współpracy.
Polski minister wyjaśnił, że Trójkąt Lubelski nie będzie sformalizowaną instytucją, ale nieformalną platformą dla regularnych spotkań, wymiany informacji i współpracy. Zacznie się ona od stworzenia nowych stanowisk „oficerów łącznikowych” w resortach spraw zagranicznych trzech krajów oraz regularnych trójstronnych konsultacji na szczeblu ministrów i dyrektorów departamentów. „Być może współpraca ta rozszerzy się także na inne instytucje”, przewidywał pan minister Czaputowicz.

Dzięki nowemu Trójkątowi trzy sąsiedzkie kraje będą rozwijać cele Partnerstwa Wschodniego, skutecznie zwalczać pandemię koronawirusa, wspierać europejskie i euroatlantyckie aspiracje Ukrainy, współpracę w ramach Inicjatywy Trójmorza. A także „LitPolUkrbrig, którą uznano za udaną formę wojskowej współpracy na wschodniej flance NATO”. Kolejne trójstronne spotkanie ma odbyć się w Kijowie. Jednym z jego głównych tematów będzie wspólna walka z rosyjską dezinformacją i reinterpretacją historii. Jest to bardzo ważne w kontekście konfliktu w Donbasie, który wygasł tylko pozornie, przypomniał pan minister Czaputowicz.

Z Banderą czy bez

Zgodny ton deklaracji wspólnej polityki historycznej ukrył istniejące, nadal nierozwiązane konflikty między politykami historycznymi. W polskim mediach wspomniano jedynie o problemie polskiej szkoły w Mościskach, której grozić może ukrainizacja programu nauczania. O czym media ukraińskie nie informowały. Poinformowały za to, że minister Kuleba uzależnił zgodę na dalsze polskie prace poszukiwawczo- ekshumacyjne na Ukrainie od odnowienia przez stronę polską pomnika-cmentarza żołnierzy UPA, poległych w walce z Armią Czerwoną, na podkarpackiej górze Monastyrz. Pomnik zdewastowali w 2016 r. nieznani sprawcy.

Minister Kuleba

„zwrócił uwagę na znaczenie postawy szacunku wobec pochowanych w Polsce ukraińskich wojskowych”, szczególnie do grobów żołnierzy Ukraińskiej Republiki Ludowej, którzy byli polskimi sojusznikami podczas wojny z bolszewikami w 1920 roku. Przypomniał, że strona polska niejednokrotnie twierdziła, że każdy ma prawo do godnego pochówku na terytorium Polski, niezależnie od pochodzenia czy przynależności do ugrupowań wojskowych lub politycznych. O tym stanowisku ukraińskiego ministra polskie media głównego nurtu nie poinformowały.

Do czasu wyborów parlamentarnych i prezydenckich politycy PiS i związane z nimi media starały się nagłaśniać wszelkie przejawy ukraińskiego gloryfikowania UPA i Bandery. Sam pan prezes Jarosław Kaczyński skierował do ukraińskiego prezydenta Petra Poroszenki przestrogę, że „Ukraina z Banderą do Europy nie wejdzie”. Elity PiS wielokrotnie też okazywały swą niechęć do samego Poroszenki i jego współpracowników. Uważały, że zatrudniają oni jako zagranicznych ekspertów jedynie ludzi związanych z PO: Sławomira Nowaka, Marcina Święcickiego, Balcerowicza nawet. Kiedy ekipa prezydenta Zełenskiego zaczęła rozliczać poprzedników, i przy okazji także znienawidzonego przez elity PiS, zatrudnionego tam Nowaka, wówczas sympatie wobec obecnego ukraińskiego prezydenta od razu w PiS wzrosły.

Do czasu wyborów elity i media PiS cynicznie wykorzystywały środowiska kresowiaków. Wspierały pamięć o rzezi wołyńskiej, krytykowały ukraińskich nacjonalistów gloryfikujących UPA i Banderę. Walczyły o wpływy w tych środowiskach z politykami Kukiz15, Konfederacji i organizacjami zrzeszającymi kombatantów Ludowego Wojska Polskiego. Chodziło tylko o głosy środowisk kresowych i kombatanckich. W tym roku uroczystości upamiętniających akty ludobójstwa na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej nie było. Co ze zdumieniem odnotowały media związane z Konfederacją i środowiskami kombatanckimi. Oficjalnym powodem zaniechania był koronawirus. Ale wiewiórki w Warszawie ćwierkają, że elity PiS postanowiły zresetować relacje z ekipą prezydenta Zełenskiego. Przewartościować politykę historyczną.

„Chcielibyśmy, aby wznowiła prace komisja historyczna, odpowiednie resorty. Musimy też prowadzić badania, oceniać naszą historię, zwłaszcza te trudne, tragiczne jej epizody, tak aby nie była ona przeszkodą do dzisiejszej współpracy między naszymi państwami i społeczeństwami – powiedział pan minister Czaputowicz. Podkreślił też, że polska mniejszość na Ukrainie, jak i ukraińska mniejszość w Polsce spełniają „bardzo ważną rolę w relacjach obu państw”. Powiedział, że „historii nie możemy zmienić” i dlatego oba kraje powinny działać tak, żeby „nasze dwa narody w przyszłości miały wyłącznie dobre strony”.

Zaś minister Kułeba zadeklarował, że Polska i Ukraina są bliskimi partnerami i przyjaciółmi, których łączy „rozumienie europejskich i światowych procesów”. Wyraził wdzięczność za „konsekwentne wsparcie, którego Polska udziela Ukrainie w UE i w NATO”. Zapowiedział stworzenia międzynarodowe grupy zajmującej się problemem deokupacji Krymu. Polska mogłaby być jednym z jej liderów. Co mile łachocze mocarstwowe ego elit PiS, leczy ich międzynarodowe kompleksy.

Teraz gospodarka

Polska gospodarka potrzebuje i będzie potrzebować pracowników z Ukrainy. Zwłaszcza kiedy napłyną pieniądze z Unii Europejskiej przeznaczone na inwestycje. Kiedy ruszy program inwestycji w infrastrukturę komunikacyjną. Zapotrzebowania to widzą też Ukraińcy. W 2019 roku to oni kupowali najwięcej mieszkań w Polsce. Wyprzedzając Niemców i Chińczyków. Polskie firmy chciałyby więcej zarabiać na Ukrainie. Nie tylko one, konkurencja jest tam wielka. Ale zarabianie w czasach wojen o historię bywa dodatkowo utrudnione.

Zatem kalkulacja elit PiS jest prosta. Zmieniamy akcenty polityki historycznej wobec Ukrainy. Od teraz akcentujemy sojusz antyradziecki Piłsudskiego i Petlury, a spory o UPA wyciszamy. Pozostawiamy je historykom. Zresztą na razie cały ten reset polsko- ukraiński czynimy po cichu. Bez propagandowych fanfar. Nie wspominamy o nim, podobnie jak o obietnicach niezłomnej, antybanderowskiej postawy złożonych środowiskom kresowym i kombatantom.

Do najbliższych wyborów parlamentarnych pozostały trzy lata. W tym czasie część niezadowolonych wyborców z niespełnionych obietnic opuści ten ziemski padół. Biologia i pandemia też elitom PiS pomoże.

Kompleks Putina

Władimir Władimirowicz Putin nie musi prowadzić polityki, która nam się podoba. Jest tylko (albo aż) rosyjskim „mężem stanu”.

Oglądanie polskich dzienników telewizyjnych i czytanie gazet staje się nudne. Slogany zastępowane są sloganami, wszyscy prześcigają się w deklaracjach miłości do USA i przyjaźni z Ukrainą, A przyczyną wszystkich „ukraińskich nieszczęść”, wrogiem Europy i wcielonym szatanem jest niejaki Putin – skądinąd Prezydent Rosyjskiej Federacji.
Ukraina – nasza miłość
Na zielonej Ukrainie – albo „dzikich polach” jak pisał Sienkiewicz i jak rzeczywiście nazywano Ukrainę w XVI i XVII wieku – różnie bywało. Rozrabialiśmy tam w sienkiewiczowskich czasach „ogniem i mieczem”, ale także na początku XX wieku. Nie byliśmy (i nie jesteśmy poza Kijowem) ulubieńcami „ludu”. Ukraińskie jednostki walczące po stronie Niemiec i rekrutowane (bez przymusu!) na zachodniej Ukrainie źle zapisały się w naszej pamięci, a jeszcze gorzej w pamięci Słowaków. W przedłużającej się wojnie partyzanckiej na południowym wschodzie Polski jednostki Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) wykazywały się nie tylko bezwzględnością, ale i nadgorliwością.
Ale to było. Od 70 lat żyjemy w spokoju i przynajmniej deklaratywnej przyjaźni, tak samo, jak z Niemcami. Wprawdzie Ukraina dopiero od 26 lat stała się odrębnym i politycznie suwerennym państwem, ale i poprzednio z Ukrainą, jako częścią ZSRR, nasze stosunki układały się względnie poprawnie.
Po tragicznych wydarzeniach na Majdanie, zaczęliśmy deklarować nie tylko utrzymywanie i „pogłębianie” poprawnych stosunków, ale niemal uwielbienie. Kilkunastu naszych polityków w sweterkach albo przyciasnych płaszczykach wdrapywało się na trybunę kijowskiego Majdanu, wygłaszało płomienne zapewnienia poparcia i z zachwytem wysłuchiwało okrzyków „sława Ukrainie” – starszemu pokoleniu wychowanemu na wschodzie Polski kojarzących się (niestety) ze zwyczajowymi pozdrowieniami oddziałów Bandery. A kto, jak kto, ale Stepan Bandera i jego zwolennicy przyjaciółmi Polski nie byli. Co zresztą nie zmienia faktu, że miał wielkie zasługi w walce o niepodległość Ukrainy i nadal jest tam postacią kultową.
Źródła miłości
Skąd ten przypływ uczuć? Wystarczy ze zrozumieniem spojrzeć na mapę Europy, aby zobaczyć, że Ukraina jest ogniwem pierścienia otaczającego od wschodu i południa Rosję, do której „zwyczajowo” nie mamy zaufania. Jest buforem stwarzającym Polsce (i niektórym innym krajom) iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa. Dopóki jest neutralna, to wszyscy, łącznie z Rosją, są gotowi jej nie „ruszać”, a nawet jej pomagać. Ale określone siły na Ukrainie wspomagane nie tylko okrzykami naszego zachwytu nad patriotyzmem Majdanu, postanowiły utrzymać kurs zachodni, dążąc do jej „zjednoczenia z Europą” przez wejście w skład Unii, a nawet NATO. To oczywiście wzbudziło wzmożoną sympatię naszych elit i – odwrotnie – niepokój Rosji. Bo czym innym dla niej jest Ukraina, jako element względnie neutralnego pierścienia, a czym innym ta sama Ukraina, jako istotne ogniwo otaczających ją „sił obronnych” Europy. Zdziwienie, że „oni” tak myślą może być tylko dowodem naiwności.
Reakcja odrzuconego kochanka
Rosja, przez stulecia językowo i kulturowo zjednoczona zwłaszcza ze wschodnią Ukrainą, zareagowała tak, jak odrzucony kochanek, albo zdradzany mąż. Zaczęła wspomagać siły odśrodkowe, dążąc do destabilizacji politycznej na Ukrainie, pogorszenia jej sytuacji ekonomicznej, odrywania od niej takich „kawałków”, w których nie ma zachodniego entuzjazmu i społeczeństwo identyfikuje się z Rosją. Bezpowrotnie (moim zdaniem) oderwała Krym i stara się doprowadzić, do tego, aby kilka innych południowo-wschodnich regionów Ukrainy „wybiło się” na międzynarodowo uznaną niepodległość, utrzymując z nią silne stosunki przyjaźni.
Gwałtowny wzrost sympatii do Ukrainy widoczny po Majdanie, w następnych latach nieco się „zmodyfikował”. Są nieporozumienia dotyczące właśnie kultu Bandery i UPA, narastających w niektórych zachodnich regionach wpływów raczej antypolskiej skrajnej prawicy, opieki nad cmentarzami, a nawet posągów lwów na cmentarzu Orląt. Wzrasta niepewność dotycząca dalszej drogi Ukrainy, walczącej z wewnętrznymi problemami gospodarczymi i korupcją, zaskakującej wyborem ostatniego prezydenta.
My w Polsce z reguły nie uznajemy obiektywnych procesów społeczno – politycznych. U nas wszystko musi być spersonalizowane, albo łączyć się ze „spiskowymi teoriami dziejów”, lub z wiarą w boskie działanie. Dla przeciętnego Polaka Solidarność zaczęła się od tego, że Wałęsa przeskoczył przez płot. A gdyby nie przeskoczył, tylko spokojnie wszedł przez bramę, to nie było by Solidarności? Nasze samoloty nie mogą się rozbijać z obiektywnych przyczyn, tylko w wyniku „zamachów”. A odparcie bolszewików w 1920r. to nie wynik strategii sztabu Piłsudskiego, tylko cudu.
„Putin winowat”
Nasi politycy i media świadomie lub podświadomie wpisują się w taki właśnie schemat myślenia i stwarzają idiotyczną atmosferę, że niemal całemu złu świata – a już na pewno kłopotom Ukrainy – winien jest jeden człowiek – właśnie Putin. W tej antyputinowskiej propagandzie popełniane są jednak dwa kardynalne błędy.
Pierwszy – polega na wmawianiu ludziom, że w tak ogromnym państwie, jakim jest Rosyjska Federacja i w warunkach XXI wieku, wszystko zależy od decyzji jednego człowieka. Coś mu się przyśniło, wstaje rano i wydaje polecenia np. aneksji Krymu. To oczywista bzdura. Nawet w tak totalitarnych i opartych na wewnętrznym terrorze formach rządzenia, jakie występowały za Hitlera, Mussoliniego, Stalina czy Franco – większość decyzji była przez dyktatorów konsultowana z najbliższym otoczeniem, i „wypracowywali” je ludzie zajmujący eksponowane stanowiska w państwowej lub partyjnej administracji i w wojsku. Prezydent Putin ma zapewne ogromny wpływ na kształtowanie rosyjskiej polityki, ale musi się liczyć z różnymi „grupami nacisku” i podlega ocenie społecznej opinii. I – niestety dla nas i stety dla niego – ma nadal ogromną wewnętrzną akceptację. Nikt u nas i w Europie nie ma takiej akceptacji – co może się nam nie podobać i czego niektórzy politycy i dziennikarze nie potrafią spokojnie strawić.
I drugi – Putin nie jest naszym prezydentem, ani prezydentem jakiegokolwiek kraju zachodniej Europy. Nie musi prowadzić polityki, która nam się podoba. Odpowiada przed rosyjskim społeczeństwem i – jak dotychczas – „robi mu dobrze”. Jasne, że było by lepiej, gdyby to co robi było przyjazne lub wręcz korzystne także dla nas i „zachodniego świata”, ale historia zna niewiele przypadków takiej powszechnie akceptowalnej polityki. Niemal zawsze to, co jest dobre dla jednego kraju, nie jest równie dobre, a nawet jest wręcz złe dla kilku innych.
Podzielony kraj
Problem ukraiński – jak każdy – w końcu się rozwiąże. To duży kraj, ale tak bardzo historycznie podzielony, że tak zwany „przeciętny Polak” nie zawsze zdaje sobie sprawę z głębokości i oddziaływania tych podziałów na poglądy i odczucia „przeciętnego Ukraińca”. Mimo to kraj, pod mądrym i konsekwentnym kierownictwem, może się jednak uspokoić i zjednoczyć. Ale mogę też sobie wyobrazić, że będzie to Ukraina nieco terytorialnie zmniejszona.. W końcu od Sudanu oderwało się Południe, Jugosławia rozpadła się na kilka państw, podzielili się nawet nasi bracia Czesi i Słowacy.
I – paradoksalnie – wszyscy mogą być usatysfakcjonowani. Zachód, – bo utrwali swoje wpływy na zachodniej Ukrainie i – być może – włączy ją po jakimś czasie do UE. Rosja, – bo nie dopuści do zamknięcia otaczającego pierścienia i ekonomicznie skorzysta z istniejącego i potencjalnego bogactwa wschodnich regionów Ukrainy. Polska, – bo będzie miała dwa bufory oddzielające od Rosji zamiast jednego.
A Ukraina? Jak zawsze w takich sytuacjach zainteresowany ma relatywnie mniej do powiedzenia w globalnych rozgrywkach. Ale zakładam, że też może być zadowolona, bo uniknie dalszego zaostrzania wewnętrznych konfliktów. A poza tym zachodnia będzie „wyciskała” znaczą pomoc z Unii a nawet z USA, a wschodnia będzie bogatsza, bo nie będzie utrzymywać zachodniej.
Konflikt ukraiński będzie się jednak rozwiązywał w wyniku procesów społeczno politycznych a nie tylko dlatego, że tak chce lub nie chce Prezydent Putin. Może pomagać lub przeszkadzać, ale nie wszystko może „załatwić” po swojej myśli. „Kompleks Putina” dręczący nasze elity i media zaczyna więc być śmieszny i – moim zdaniem – jest szkodliwy. Wytwarza w narodzie obawy, że jesteśmy bezpośrednio zagrożeni, że już „pachnie” III wojną. Sprzyja naszemu udziałowi w bezsensownym, szkodliwym tak samo dla Rosji jak i Europy, obrzucaniu się „sankcjami ekonomicznymi”.
Uspokójmy się. W dzisiejszym stanie techniki zniszczenia tylko szaleniec, albo otumaniony religijnie dżihadysta, może chcieć lokalnej, a tym bardziej globalnej, wojny. A Putin może być zły (jak dla kogo), wstrętny (ale podoba się wielu Paniom!), bezczelny (choć w Moskwie sprzedają m.in. koszulki z napisem, że jest wyjątkowo uprzejmy) – ale szaleńcem nie jest. Jest tylko (albo aż) rosyjskim „mężem stanu”, który nas nie kocha, (bo nie musi!) i może nam popsuć jeszcze trochę krwi. Ale to nie powód, abyśmy mówili o nim w dzień i w nocy, traktowali jak wariata albo – co gorsze – jak faceta jednoosobowo decydującego o naszej przyszłości.