O wołyński kartofel

Może ja jestem zbyt prosto strugany jak na ten świat. Na pewno jestem. Prymitywny. Niewiele rozumiejący z jego zawiłości. Być może. Wiem jednak, że rzeczy świat tworzące i władane przez ludzi, są z natury swej proste, tylko ludzie niepotrzebnie nadają im większy sens, którego w nich nie ma. I że to ludzie nadmiernie swoimi niepotrzebnymi czynami świat komplikują.

Dajmy na to taka szabla; miecz, kindżał, karabela, czy jak tam ją jeszcze zwą. Miała służyć do rozpłatywania przeciwnika. Generalnie do obrony albo ataku. Człowiek jednak przed laty był gnuśny i nudziło mu się. Zaczął więc szablę ozdabiać, rzeźbić rękojeść, inkrustować pochwę drogimi kamieniami, żeby się odróżnić od sąsiada, co miał u siebie proste żelastwo dla ludu. Z czasem nosił więc szabelkę już tylko od niedzieli, przypiętą u pasa, żeby straszyć chamstwo na polu albo zadawać szyku na hulankach u sąsiadów za miedzą. Nie dobywał jej jednak w ogóle, bo i nie było okazji. Poza tym po pijanemu to i wzrok gorszy i trudniej utrafić.

Wczoraj, nowy amerykański prezydent wywołał dyplomatyczny kryzys na linii tureckiej. Uznał był bowiem masakrę Ormian z 1915 r. za ludobójstwo. Turcy się oburzyli, co było do przewidzenia. Przecież to, że wycięli setki ludzi w czambuł, to żadne ludobójstwo! To polityka, na dodatek historyczna, i co taka Ameryka może o tym wiedzieć, jak jest tak daleko. Poza tym, po ponad stu latach, to już zupełnie inaczej się liczy, więc dajmy spokój wyciąganiu starych trupów z dołów z wapnem.

Czekam więc teraz i ja, kiedy na powrót wyciągnie się nasze trupy. Na początku z Wołynia, a zaraz potem z Katynia. Nieboszczycy przeważnie mało mówią, więc znajdą się adwokaci wśród żyjących; pierwszym będzie Paweł Kukiz, drugim prezydent Duda. I nie powiem, w tym akurat aspekcie mają rację; na Wołyniu było ludobójstwo, i czy ktoś zadekretuje to uchwałą sejmową, czy nawet zmusi prezydenta Ukrainy do przeprosin, to ofiar nie wskrzesi. Żeby jeszcze żądać od Ukraińców płatnego zadośćuczynienia, ale z czego; oni sami najchętniej wzięliby od nas.

Tak samo z Katyniem; już słyszę trąby jerychońskie odgrywające hejnał do zdjęcia czapek, kiedy w orszaku zwycięskim wraca do kraju prezydent Duda, bo Putin się pokajał i przeprosił za masakrę polskich oficerów. Inna rzecz, że nigdy się to nie stanie, ale nawet gdyby, to co by to zmieniło? Ofiary enkawudzistów lepiej by się poczuły? Rodziny miałyby po tym pustym geście pełniejsze portfele i żołądki? Aaaa, no tak, honor. Polska duma. Prawda historyczna. A mawiał jeden koleś sądząc innego: a cóż to jest prawda?

No właśnie. Cóż nam ta prawda da? Na moje proste, chłopskie, chamskie oko nic. Albo prawie nic. Na drugie oko z kolei, dać nam może więcej ucywilizowanie kontaktów z putinowską Rosją.

Odejście od polityki Kaczyńskich, aby za wschodem widzieć tylko dybiącego na nas wroga, który pragnie naszych ziem, kobiet i złóż naturalnych. To mu zupełnie niepotrzebne, bo ma dość własnych u siebie. Niepotrzebna mu też wojna z zachodem, przed którą obaj Kaczyńscy (a dziś jeden), truchleli. Niedawna historia pokazała, że odkopywanie trupów i machanie szabelką kompletnie nic nie daje, poza wymiernymi stratami. Należy więc z Rosją zwyczajnie się dogadać, podobnie jak z Niemcami, Francją i starą Unią, i nie tyle być ciągłym rzecznikiem przegranej sprawy, tj. zabiegania o wciąganie Ukrainy za uszy do zachodnich struktur, co dbać o swoje. O nas samych.
Bo po to ludzie wybrali na prezydenta i do Sejmu; żeby dbać o nas w pierwszym rzędzie, a jak się nakarmi swoich, można pomyśleć o innych. Taka smutna prosta, chłopska prawda. Tak jak to, że dzieci w kulturach dawnych jadły na końcu, bo najpierw należało wyżywić cieślę, woja, krawca. I choć czasy się zmieniły, to polityka w swym rdzeniu ani na jotę. Kiedy ludzie mają czym zapchać żołądek, trzeba dawać im tani gaz i ropę, a przedsiębiorcom rynki zbytu, bo honorem jeszcze nikt się nie wyżywił, a zginęło zań parę armii. Ukraina ma dziś Zelenskiego, polityka, który sam potrafi zatroszczyć się o własny naród, lepiej niż Duda o swój.

Pozwólmy mu działać. Naturalnie, kibicujmy i nie przeszkadzajmy, ale nie pchajmy się na siłę na ukraińskiego adwokata. Nawet ślepy by dostrzegł, że to nic nam nie daje. Bo jakby miało dać, to już by się coś z tego urodziło. A tak, rodzi się dalej brukiew i ziemniaki na wołyńskich stepach, dorodne, bo czarnoziem polską pije krew. I co? Ano nic Ani nie potrafimy zarobić na tych kartoflach, ani nawet napędzić zeń zacieru. A gdyby tak, zamiast bić się o kartofel wołyński, począć sprzedawać własne, mazowieckie i wielkopolskie, do Rosji?

Nie to że się na tym znam, bo się nie znam, ale tak sobie, po prostu dumam. Czy zamiast wywijać szabelką, wzbudzając w Europie i na wschodzie pusty śmiech, nie zacząć po prostu, metodycznie, bić się o swoje na giełdach towarowych, poprzez miękką dyplomację. Wyrzucają Czesi dyplomatów rosyjskich, a niech tam, ich rzecz. Nie widzę powodów, żeby wobec czeskich zatargów wykazywać się fałszywie pojętą solidarnością. Ja raczej stawiałbym na to, żeby tak ułożyć się z Putinem, żeby ten nie wysadzał naszych fabryk i elektrowni, to i nie będzie potrzeby wyrzucania jednych od drugich.

Złośliwy powie, że Putin zawsze będzie jątrzył. Tyć prawda. Ale chyba lepiej dobrze żyć z tyranem, gdy się jest ledwie chłystkiem, niż ciągle pluć mu pod buty, zwłaszcza że między nami a Rosjanami nie ma, do ciężkiej cholery, ani zwady, ani mentalnej różnicy. tu kryć, jesteśmy do siebie podobni, choć może Kaczyński chce inaczej. Mamy podobne, słowiańskie dusze i naturalnym jest, że możemy żyć w zgodzie; robić ze sobą interesy, a nie ciągle się wadzić i czekać dnia, kto uderzy pierwszy. Tak to widzę, ale może się mylę, może się nie znam, może to Polak faulował…

Polacy i Ukraińcy nauczyli się żyć razem

– Kobietom na Ukrainie żyje się podobnie jak w Polsce. Jest jedna różnica – Cerkiew nie wpływa na ustawodawstwo i politykę tak jak Kościół w Polsce – mówi Ałła Pechenieva, Ukrainka mieszkająca na Śląsku, w rozmowie z Julią Anną Lauer.

JULIA ANNA LAUER: Jak to się stało, że mieszkasz teraz w Polsce?

AŁŁA PECHENIEVA: W wieku 15 lat dostałam się do szkoły w Człuchowie w województwie pomorskim. Po jej ukończeniu zostałam w Polsce, poszłam na studia prawnicze na Uniwersytecie Śląskim, do teraz tam studiuję.

Jak trafiłaś do polskiej szkoły? Czy była to jakaś wymiana?

Nasze miasto ma podpisaną umowę z Człuchowem, nasze miasta współpracują, dzieci z Ukrainy jeżdżą do Polski. Niektóre przedszkola wysyłają sobie pocztówki lub pozdrowienia.

Czy przed przyjazdem do Polski uczyłaś się polskiego?

Nie miałam możliwości nauki polskiego w szkole, ale korzystałam z korepetycji, zanim wyjechałam do polskiej szkoły. Myślę, że bez tego byłoby mi trudno. W Człuchowie mieliśmy całą klasę Ukraińców i Ukrainek.

Czy w szkole zostaliście miło przyjęci?

Bywało niestety różnie, choć z czasem troszkę lepiej. Pomagało to, że była nas cała klasa. Nie mieliśmy nauki religii, ale za to mieliśmy dodatkowe lekcje polskiego. Poza tym program nauczania się nie różnił. Mieszkaliśmy w bursie szkolnej, która jest de facto odpowiednikiem internatu. Były tam też polskie dzieci, warunki były takie same. A komunikacja? Rozpoznawano mój wschodni akcent, ale nie miałam z tej przyczyny jakichś nieprzyjemnych sytuacji.

Wiem, że systemy edukacji w Polsce i na Ukrainie się różnią. Mogłabyś opisać, jak tam wygląda system szkolnictwa?

Kiedy ja chodziłam do szkoły było 9 lat obowiązkowej nauki – 4 lata szkoły podstawowej oraz 5 średniej. Później były jeszcze dwa dodatkowe lata, po których szło się na studia. Więc na Ukrainie na studia idzie się wcześniej niż w Polsce – nie w wieku 18-19 lat, ale mając lat siedemnaście.

Czy po ukończeniu polskiego liceum myślałaś o tym, żeby wrócić na Ukrainę?

Raczej nie miałam takiej możliwości, nie mogłabym dostać się na wymarzone studia z polską maturą. Poza tym już nieco zadomowiłam się w Polsce, dobrze zdałam maturę i mogłam studiować prawo w Katowicach, więc postanowiłam skorzystać z tej szansy. Wiem, że dla Polaków to duży wyczyn, żeby za pierwszym podejściem dostać się na stacjonarne studia prawnicze. I tak studiuję, chociaż na początku łatwo nie było. Nie dlatego, że nauka jest po polsku, ale dlatego, że język prawniczy, specjalistyczny, jest dodatkowym wyzwaniem. Na początku wielu rzeczy nie byłam w stanie zapamiętać, zrozumieć. Zapadły mi w pamięć kolokwia – trudne, bo wykładowcy chcieli, żeby takie były.

Większość moich klasowych kolegów i koleżanek też poszła na studia, jednak byli też tacy, którzy odpadli po drodze i nie ukończyli szkoły. Niektórzy wrócili na Ukrainę, ale była to mniejsza część naszej licealnej klasy.

Kilka lat temu o Ukrainie i Ukraińcach mówiło się w Polsce bardzo wiele. Jak myślisz, czemu się to zmieniło?

Dużo się na ten temat pisało w prasie czy mówiło w telewizji. Myślę, że Polacy już przyzwyczaili się do tego, że są „otoczeni” przez sąsiadów zza wschodniej granicy. Chyba nauczyliśmy się ze sobą żyć, a temat nie jest już medialnie głośny poza pojedynczymi przypadkami.

Właściwie bardzo szybko wyjechałaś z domu, byłaś jeszcze dzieckiem. Jak często mogłaś spotkać się ze swoją rodziną?

Najczęściej na święta i w wakacje, było to dla mnie ciężkie, więc teraz, w pandemii, gdy postanowiłam wrócić na Ukrainę, skoro nauka odbywa się zdalnie, cieszę się, że mogę spróbować nadrobić te lata z rodziną i spędzić razem nieco więcej czasu niż zazwyczaj, kiedy ja mieszkałam w Polsce, a moja rodzina na Ukrainie. Droga do domu jest w moim przypadku długa. Gdy lecę samolotem – sam lot trwa 2 godziny, po czym jeszcze muszę dojechać do domu, to kolejne sześć. Gdy jadę autobusem, zajmuje mi to około 20 godzin. I tak już zostanie – moja mama bardzo mnie wspiera, odwiedza, ale nie chce wyjeżdżać z Ukrainy.

Co zaskoczyło Cię w Polsce?

Chciałabym powiedzieć parę słów o protestach kobiet – uczestniczyłam w nich gdy jeszcze byłam w Polsce. Tam, gdzie ja demonstrowałam, policja raczej chroniła niż atakowała protestujących. Na Ukrainie jest niestety inaczej. Pamiętam Majdan – miałam wtedy 14 lat, więc nie uczestniczyłam w protestach, ale śledziłam je w mediach, głównie w telewizji. Policja była wobec protestujących bardzo brutalna i agresywna – mówiąc szczerze chciałabym tego nie pamiętać.

Jak żyje się młodym kobietom na Ukrainie?

Myślę, że podobnie jak w Polsce. Jest jedna różnica – Cerkiew nie wpływa na ustawodawstwo i politykę tak jak Kościół w Polsce. Aborcja jest na Ukrainie legalna i dostępna, czego w Polsce już niestety nie ma.

Jak oceniasz – czy Ukraina politycznie zmierza do stabilizacji?

Ukraina jest podzielona – pomiędzy Europą a strefą wpływów wschodnich. Wiem, że były próby wejścia do Unii jeszcze w 2013 r., ale wycofano się z tego ze względu na agresję Rosji. Ukraina jest ciągle pod silnym wpływem Rosji, co szkodzi bardzo stabilizacji państwa. Wojna nadal trwa, ale coraz mniej mówi się o niej w telewizji czy po prostu w rozmowach ludzi w domach czy na ulicy. Jesteśmy chyba odrobinę już zmęczeni tematem, nawet jeśli kilka lat temu był to szok. W moim otoczeniu nikt nie spodziewał się aneksji Krymu, myśleliśmy, że wojna w naszym kraju nigdy się już nie powtórzy. Stało się inaczej i to było bardzo poruszające przeżycie.

Jakie są Twoje plany na przyszłość? Domyślam się, że chcesz nadal mieszkać w Polsce.

Tak, z całą pewnością tu zostanę! A co będę robić? Chciałabym studiować dziennikarstwo, ale mogę też pójść drogą prawniczą – mogłabym zostać radcą prawnym lub adwokatką, na karierę sędzi czy prokuratora nie mam co liczyć z wiadomych względów. W Polsce wiele rzeczy mi się podoba. Jestem weganką, w polskich supermarketach można znaleźć wiele wegańskich produktów i wegańskich restauracji. Komunikacja miejska działa dużo lepiej niż w moich rodzinnych stronach.

Czy odczułaś to, ze kultura śląska jest inna niż w innych regionach Polski?

Udało mi się usłyszeć kilka razy język śląski, jest dla mnie ciekawy, ale zupełnie niezrozumiały. Sam region bardzo mi się podoba, ludzie są bardzo mili.

Jak na Ukrainie są odbierane protesty na Białorusi?

Na Ukrainie – tak jak w Polsce – były organizowane wiece solidarnościowe. Na mnie wrażenie zrobiły kobiety, które stanęły na czele protestów. Myślę, że scenariusz może być podobny do tego ukraińskiego z 2014 r. Mam nadzieję, że Białoruś będzie się rozwijać i będzie niezależna.

Inwestycje czy okazje?

Inwestować w kryzysie? Za granicą? Dlaczego nie? To jedna z możliwych strategii biznesowych, zakładająca że trzeba być gotowym na wzrost gospodarczy, który kiedyś przyjdzie. Nie bez znaczenia jest też wyobrażenie, że w kryzysie łatwiej się targować i kupić taniej. Jak to wyobrażenie sprawdza się w przypadku Ukrainy?

Przewodniczący Rady Narodowego Banku Ukrainy (NBU) napisał niedawno na Facebooku, że „w 2020 roku napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych do Ukrainy został prawie zatrzymany”. Analizując przepływy walutowe i porównując je z 2019 rokiem, Danyłyszyn doszedł do wniosku, że w ciągu 11 miesięcy 2020 r. nastąpił odpływ bezpośrednich inwestycji na poziomie ok. 200 mln USD. Zdaniem Danyłyszyna przyczyną jest nie tylko epidemia COVID-19 ( spowodowała ok. 5, 5 proc. spadku PKB), ale też niewystarczający postęp we wdrażaniu reform strukturalnych w gospodarce.

Władze Ukrainy starają się zachęcać inwestorów zagranicznych. Przygotowały projekty ustaw wspierających inwestorów krajowych i zagranicznych, stawiają na dyplomację ekonomiczną i promują swój kraj, rozpoczęły transparentną prywatyzację firm państwowych, powoli ale jednak otwierają rynek ziemi rolnej. Szczególne zachęty władze Ukrainy przygotowały dla inwestorów i specjalistów sektora IT, co stanowi realną konkurencję dla tego sektora w Polsce. Te dobre chęci ekipy prezydenta Wołodymyra Zełenskiego korygowane są opiniami tych, którzy Ukrainę już poznali i wiedzą, że zmiany nie wystarczy zadekretować. Szeroki echem odbiła się wypowiedź Ambasador Niemiec w Ukrainie Anke Feldgusen, która wskazała, że aby przyciągnąć niemieckich inwestorów do Ukrainy nie są potrzebne „nianie”, ale niezależny system sądowniczy.

Tę niezależność najczęściej odnosi się do wpływów ukraińskich oligarchów, którzy kontrolują około 80 proc. PKB tego kraju i choć sami nie są w Radzie Najwyższej, tworzą „swoje” grupy deputowanych. Niezależność sądów ostatnio oceniana jest też niezależnością od… Rosji. Jesienią 2020 r. Sąd Konstytucyjny Ukrainy zablokował procedury antykorupcyjne, wywołując tym wewnętrzny kryzys polityczny i międzynarodowy kryzys wizerunkowy. „The Economist” mocno komentował: „Działacze mówią, że to zagrożenie wywołała Rosja”. Trudno bagatelizować ten „rosyjski ślad”. Dziennikarze śledczy dotarli do dokumentów świadczących o tym, że zawieszony już- za sprawą zdecydowanych działań prezydenta Zełenskiego- przewodniczący Sadu Najwyższego kupił atrakcyjną nieruchomość na… okupowanym przez Rosję Krymie.

Według danych Państwowej Służby Statystyki Ukrainy, na dzień 1 lipca 2019 r. poziom polskich inwestycji zagranicznych w gospodarkę Ukrainy wynosił 659,0 mln USD, co stanowiło 2 proc. wszystkich zagranicznych inwestycji w gospodarkę naszego sąsiada. Ostatnio w Polsce można zaobserwować zwiększone zainteresowanie inwestycyjnym potencjałem Ukrainy. Ekspert bankowy Sławomir Horbaczewski, pisał w lipcu 2020 r. na łamach „Rzeczypospolitej”: „Inwestujmy na Ukrainie. To dobry czas: tamtejsze firmy wypatrują naszego kapitału i same nas zapraszają.”

W październiku 2020, podczas wizyty prezydenta Dudy w Ukrainie, PGNiG zawarło umowę o zachowaniu poufności z ukraińskim Funduszem Mienia Państwowego, która ma umożliwić spółce ewentualny udział w procesie prywatyzacji ukraińskiego sektora energetycznego. Już wtedy pojawiały się pytania, o co w tym chodzi, jakie są „zakusy” PGNiG, gdyż duże państwowe firmy energetyczne w Ukrainie nie są przeznaczone do prywatyzacji. Być może nie warto już tego dociekać, gdyż znający Ukrainę prezes PGNiG Jerzy Kwieciński podał się do dymisji. Ponoć jego wizja rozwoju spółki kolidowała ze „strategią Obajtka”.

Pod koniec 2020 roku Paweł Musiałek i Michał Wojtyło z Klubu Jagiellońskiego napisali, że „polskie firmy stoją przed szansą. W związku z prywatyzacją państwowego majątku na Ukrainie otwierają się dla nich nowe możliwości zagranicznej ekspansji”. Eksperci konserwatywnego think- tanku argumentowali, że ekspansja zagraniczna jest konieczna z powodów ekonomicznych – daje możliwość uzyskania wyższej stopy zwrotu z kapitału. Ma też kontekst geopolityczny: „Ukraina to strategiczny partner Polski, którego europeizacja i rozwój gospodarczy leżą w żywotnym interesie naszego kraju. Kijów ma wszelkie atuty, aby stać się polem doświadczeń dla polskiego biznesu i cennym polityczno-gospodarczym partnerem.” Głos ekspercki, z Krakowa, ze środowiska kojarzonego z wicepremierem Jarosławem Gowinem, który aktualnie odpowiada za gospodarkę, zasługuje na uwagę.

Mało tego- na początku 2021 roku światło dzienne ujrzał raport PwC, wytworzony we współpracy z PFR TFI, zatytułowany „W poszukiwaniu okazji inwestycyjnych”. PFR TFI jest wehikułem inwestycyjnym Polskiego Funduszu Rozwoju, instytucji jak najbardziej rządowej i rzeczywiście aktywnej w polskiej gospodarce. W raporcie czytamy, że nowymi, obiecującymi kierunkami ekspansji polskich firm w zakresie bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ) w okresie postpandemicznym mogą być Indie, Malezja, Rumunia, Chile i Tajlandia. Ukraina znajduje się na 15. miejscu w tym rankingu, między Litwą i Portugalią. Raport wyróżnia też rynki atrakcyjne od strony zdobywania nowych klientów (zwiększenia sprzedaży) oraz zmniejszenia kosztów w łańcuchach dostaw. W pierwszym przypadku wskazano kolejno: Indie, Malezję, Tajlandię, Koreę Płd. I Turcję. W sytuacji zmniejszenia kosztów w łańcuchach dostaw (zmniejszania kosztów) w czołówce są: Maroko, Ukraina, Białoruś, Bułgaria, Rumunia. Informację o Ukrainie zamieszczoną w raporcie zatytułowano „Coraz bliższy partner UE”. W konkluzji informacji wskazano, że „Ukraina cechuje się niepewną sytuacją polityczną ze względu na toczący się od 2014 roku konflikt z Rosją, ale ze względu na wprowadzane reformy gospodarcze może stać się w przyszłości atrakcyjnym kierunkiem inwestycji dla polskich przedsiębiorstw.”

Te zachęcające opinie na temat Ukrainy pojawiły się ciekawym czasie. Jest on trudny gospodarczo, ale obiecujący politycznie. Na początku lutego przyjedzie do Polski Wicepremier, Minister ds. Reintegracji Tymczasowo Okupowanych Terytoriów Ukrainy Ołeksij Reznikow. Jest on, razem z J. Gowinem, współprzewodniczącym Ukraińsko-Polskiej Komisji Międzyrządowej ds. Współpracy Gospodarczej. Komisja w pełnym składzie nie zbierała się od maja 2017 roku! Spotykały się robocze grupy tematyczne, podejmowały głównie sprawy trudne, interwencyjne, jak choćby zezwoleń transportowych dla ukraińskich firm przewozowych. Być może nadszedł czas nowego otwarcia? Strona ukraińska zabiega o wzmocnienia współpracy przemysłowej, pamiętając o potrzebie reindustrializacji swej gospodarki. Może to będzie polem dla inwestorów z Polski?

Ukraińska gospodarka potrzebuje inwestycji. W raporcie o stanie reform, przygotowanym niedawno na zlecenie Gabinetu Ministrów Ukrainy wykazano, że Ukraina zdecydowanie przegrywa wyścig o przyciąganie inwestycji zagranicznych. Nad Dnieprem wynoszą one 59 USD na mieszkańca, a w krajach Europy Centralnej– 477 USD. Trzeba też pamiętać, że najwięksi zagraniczni inwestorzy w Ukrainie to… de facto Ukraińcy, reinwestujący swoje zyski poprzez Cypr, Holandię czy Wielką Brytanię. Dyrektor Wykonawczy UkraineInvest Serhii Tsivkach poinformował właśnie, że wartość skumulowanych bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ) w Ukrainie wynosi 49 mld USD. Tu warto przypomnieć, że według Narodowego Banku Polskiego wartość zobowiązań z tytułu BIZ w Polsce, pod koniec 2019 r. wyniosła ponad 237 mld USD.

Prezydenci obu krajów łączą się

Prezydent RP ostatnio nie wykazuje aktywności nawet słownej w sprawach krajowych nawet tak ważnych jak wirusowa pandemia. Za to ochoczo wypowiada się na temat, co by nie było teoretycznego, projektu Trójmorza oraz zbiera zagraniczne pochwały pod swoim adresem. Brylując w ostatnich dniach w Tallinie a przedtem w Kijowie prezydent Duda najwyraźniej pewniej się czuje na mocnym i przyjaznym niż na grząskim krajowym gruncie – wnioskuje szewc Fabisiak.

W ubiegłym tygodniu Andrzej Duda przebywał na Ukrainie, gdzie od tamtejszego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego mógł wysłuchać wiele krzepiących słów rewanżując mu się tym samym. Podczas wspólnej konferencji po zakończeniu dwustronnych rozmów obydwaj prezydenci wychwalali się nawzajem ciesząc się z tego, że mają identyczne antyrosyjskie stanowisko wobec Krymu, wojny w Donbasie czy też gazociągu Nord Stream 2. Zbieżność stanowisk choćby w kwestii Krymu nie jest tu niczym zaskakującym. Jednak powtarzana w kółko argumentacja też nie po raz pierwszy cechuje się logicznymi sprzecznościami – twierdzi szewc Fabisiak. Duda i Zełenskyj we wspólnym oświadczeniu podkreślili poszanowanie przez oba państwa prawa międzynarodowego. Skoro tak, to obydwa państwa powinny uszanować przyłączenie Krymu do Rosji. Było ono co prawda niezgodne z prawem ukraińskim, ale za to zgodne z mającym wyższość nad krajowym prawem międzynarodowym. Jeśli ktoś ma w tej materii jakieś wątpliwości, to niech się przyjrzy przypadkowi Kosowa – radzi szewc Fabisiak. Niepodległość Kosowa została bowiem prawnie usankcjonowana decyzją haskiego Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości. Serbia co prawda oficjalnie nie uznaje państwowości Kosowa jednak utrzymuje stosunki z władzami w Prisztinie a nawet podpisuje z nimi porozumienia jak to miało niedawno miejsce w Waszyngtonie. Natomiast Ukraina idzie w zaparte mając świadomość słownego wsparcia ze strony antyrosyjsko nastawionej Europy i Polski przede wszystkim. Porównanie stosunku Serbii do Kosowa i Ukrainy wobec Krymu wskazuje na to, że nie wszyscy zrozumieli prosty fakt, iż w polityce często ważniejsze są realia niż pryncypia – wnioskuje szewc Fabisiak. Prezydenci mówili też o prawie obywateli do decydowania o swej przyszłości w wyniku demokratycznych wyborów. A przecież takiego właśnie wyboru dokonali mieszkańcy Krymu w wyniku referendum. W kontekście Krymu zastanawiająca jest wypowiedź Andrzeja Dudy cytowana przez agencję prasową Interfax – Ukraina. Otóż, jak się wyraził, niedopuszczalne są jakiekolwiek zmiany granic po II Wojnie Światowej bez względu na narody i ich prawo do samostanowienia. Tym samym za niedopuszczalną uznał niepodległość Ukrainy uzyskaną w wyniku niedopuszczalnych zmian granic o innych równie niedopuszczalnych faktach na terenie Europy nie wspominając.

Z kolei podczas odbywającego się w Odessie polsko-ukraińskiego forum dotyczącego perspektywy współpracy w dziedzinie transportu i energetyki pojawiły się, ponieważ inaczej być nie mogło, wątki rosyjskiego gazu, którego nie chce ani Polska ani Ukrainą ale brać go muszą. W ogniu krytyki znalazł się oczywiście podbałtycki Gazociąg Północny. Prezydent Zełenskyj podziękował prezydentowi Dudzie za jego konsekwentne stanowisko w odniesieniu do budowy owego gazociągu oraz monopolu rosyjskiego Gazpromu na europejskim rynku. Słowa te mają raczej symboliczne znaczenie wzmacniając jedynie poczucie samozadowolenia obydwu panów. Polska bowiem nie ma realnego wpływu na to kto i po co będzie ciągnął tę rurę pod Bałtykiem. Tu decyduje układ między Rosją i Niemcami a Polska i Ukraina mogą jedynie wyrażać swoje „zdecydowane” stanowisko. Z kolei jeśli ukraiński prezydent mówi o rosyjskim monopolu w dostawie gazu do Europy, to wynikałoby, że nikt z jego otoczenia nie poinformował go, że Polska sprowadza coraz mniej rosyjskiego gazu, funduje sobie gazoport do przyjmowania gazu skroplonego z USA a na dodatek wchodzi tu w układy z będącą na indeksie Białorusią, która też poszukuje alternatywnych źródeł energii – zauważa szewc Fabisiak.

Ostatnie kontakty obu prezydentów nie wniosły żadnej nowej jakości w stosunkach polsko-ukraińskich. Potwierdziły jedynie to, że ku własnej satysfakcji panowie prezydenci po raz kolejny wyrazili swoje werbalne poparcie co do kwestii ważnych z punktu widzenia władz ich krajów. I tak Duda wyraził zainteresowanie współpracą z Ukrainą w ramach międzynarodowej platformy deokupacji Krymu nie precyzując jakąż to platformę miał na myśli. Z kolei Zełenskyj odwzajemnił mu się deklaracją współpracy na odcinku projektów Via Carpatia i Via Baltica w ramach Inicjatywy Trójmorza. Konkretne efekty może natomiast przynieść wspomniane dwustronne forum w Odessie o czym szerzej pisze Dariusz Szymczycha w poniedziałkowym wydaniu Trybuny. Jednak, zdaniem szewc Fabisiaka, do tego nie byłaby potrzebna ceremonialna obecność prezydentów.

Obietnice i różnice

Bilans wizyty Prezydenta Dudy w Ukrainie jest pozytywny, choć o przełomie i nowej jakości relacji bilateralnych nie można jeszcze mówić. To trzeba wypracować, w codziennym trudzie przedsiębiorców, Polsko- Ukraińskiej Izby Gospodarczej i innych organizacji, grupujących polski biznes w Ukrainie i ukraiński biznes w Polsce.

Liczymy na wsparcie administracji obu państw, zwłaszcza celników oraz instytucji bankowo- ubezpieczeniowych. Oczekujemy, że wreszcie spotka się ( po trzech latach…) Polsko- Ukraińska Komisja Rządowa ds. Współpracy Gospodarczej. W tym miejscu wypada podziękować Prezydentowi Wołodymyrowi Zełenskiemu, że w wystąpieniu na forum infrastrukturalnym w Odessie docenił działalność naszych organizacji, zaś Polsko- Ukraińską Izbę Gospodarczą wymienił na pierwszym miejscu.
Jakie ustalenia biznesowe zapadły w obecności prezydentów Polski i Ukrainy?

PGNiG poinformowało, że we współpracy z amerykańską firmą Energy Resources of Ukrainie rozpocznie poszukiwania gazu ziemnego na zachód od Lwowa, na obszarze łączącym się z eksploatowanym po polskiej stronie polem gazowym „Przemyśl”. To obiecujący biznesowo projekt, o którym PGNIG i ERU rozmawiają już z korporacjami ubezpieczeniowymi z Polski i USA.

PGNiG podpisało też umowę o zachowaniu poufności z ukraińskim Funduszem Mienia Państwowego, która umożliwi spółce ewentualny udział w procesie prywatyzacji ukraińskiego sektora energetycznego. Słowo „ewentualny” wymienione w oficjalnym komunikacie ma swoje znaczenie. Otóż kluczowe dla Ukrainy przedsiębiorstwa z sektora energii, według złożonego w Radzie Najwyższej projektu ustawy, mają być wyłączone z prywatyzacji. Zaś te firmy energetyczne, które już podlegają prywatyzacji, z reguły nie są duże i mają kiepski standing finansowy. Pewnie dlatego zaliczono je do tzw. małej prywatyzacji, w której wartość firmy nie przekracza 250 mln hrywien. W tym zasobie PGNiG-wi raczej trudno będzie znaleźć jakąś „perłę”.

Port w Gdańsku podpisał moratorium o współpracy z Administracją Portów Morskich Ukrainy. Otwiera to ciekawą perspektywę biznesową dla portów obu krajów, którą wzmocni drogowy korytarz transportowy Gdańsk- Odessa. Możliwe będzie prowadzenie przewozów intermodalnych, wykorzystujących różne środki transportu. Towar będzie można „przerzucić” z portu w Odessie, korytarzem drogowym w Ukrainie do polskich lądowych terminali przeładunkowych na granicy, i dalej przez port w Gdańsku do Skandynawii i Wielkiej Brytanii. Ukraińscy eksperci wyliczyli, że towary na trasie Odessa- Gdańsk zamiast 18 dni drogą morską, będzie można dostarczyć ciężarówką w ciągu 18 godzin. Ta trasa lądowa ma tylko 1570 km długości, podczas gdy żegluga przez Cieśninę Gibraltarską wymaga pokonania 8000 km. Ukraińscy urzędnicy twierdzą, że już trwają pracę naprawcze i inwestycje na 60 proc. gdańsko-odesskiej GO Highway. W ten sposób powstaje projekt, który wpisuje się w koncepcję Trójmorza, promowaną przez Polskę i Chorwację od 2015 roku. Eksperci naszej Izby na wielu konferencjach wskazywali, że Trójmorze- jako koncepcja współpracy regionalnej i gospodarczej- nie rozwinie się bez udziału dużych i ważnych krajów spoza Unii Europejskiej. Takimi graczami pomiędzy Adriatykiem, Bałtykiem i Morzem Czarnym są przecież Ukraina i Turcja.

I na tym protokół zbieżności można zamykać. W trakcie rozmów minister infrastruktury Ukrainy podkreślił potrzebę zapewnienia ukraińskim przewoźnikom drogowym wystarczającej liczby zezwoleń z RP na wykonywanie międzynarodowych przewozów drogowych. Strona ukraińska oczekuje, że limit polskich zezwoleń nie powinien być mniejszy niż 200 000 rocznie. Tymczasem do tej pory Polska ograniczała tę pulę- maksymalnie- do 160 000. Ukraińskie ciężarówki jechały więc dłuższymi trasami do Zachodniej Europy, przez Słowację a nawet poprzez Litwę i dalej promami morskimi do Niemiec. Ukraina dość często krytykowana jest za protekcjonizm, polegający na ograniczeniach importowych dla towarów, znajdujących ukraińską „konkurencję”. A czym, jeśli nie protekcjonizmem wobec polskich firm, jest ograniczanie swobody przewozów z Ukrainy?
Prezydenci zajęli się też polityką historyczną. Politycy Polski i Ukrainy mają tu na „sumieniu” brak właściwej empatii wobec partnerów, spierają się o sposoby upamiętnienia, oczekują zadośćuczynienia za niszczenie miejsc pamięci. W wystąpieniach podczas wizyty słychać było „godnościowe” podejście obu prezydentów, ale nie było w tym konfrontacji. To już jakiś postęp.

Wizyta prezydenta Dudy nie była hitem politycznego sezonu w Ukrainie. W ostatnich tygodniach prezydent Zełenski był bardzo aktywny na arenie międzynarodowej. Złożył wizytę na Słowacji. Uczestniczył w bardzo ważnym szczycie Ukraina- Unia Europejska. Był w Londynie, skąd przywiózł przyrzeczenie 1,25 mld funtów pożyczki na zakup kilku nowoczesnych kutrów rakietowych. Już po spotkaniu z prezydentem Dudą, Zełenski wybrał się do Turcji, która staje się strategicznym, gospodarczym partnerem Ukrainy. Nie jesteśmy już jedynym pomostem Ukrainy do Unii i biznesowego świata. Pamiętając o tym, trzeba jednak docenić wizytę prezydenta Polski w Ukrainię. Współpraca gospodarcza potrzebuje lepszego klimatu politycznego.

Ukraina czyli stereotypy i zaskoczenia

W pierwszej połowie października prezydent Duda odwiedzi Ukrainę. To dobra zapowiedź, choć żałować trzeba że do tego czasu nie odbędzie się posiedzenie Ukraińsko-Polskiej Międzyrządowej Komisji Współpracy Gospodarczej. Ba, może się okazać, że do czasu tej politycznej wizyty nie będzie ustalona data tego gospodarczego posiedzenia.

Obwiniać za to można tzw. czynniki obiektywne, a dokładniej dynamikę polityczną obu krajów, której źródła są dość subiektywne. W Polsce toczy się spór wokół rekonstrukcji rządu. W Ukrainie mnożą się spekulacje o możliwych dymisjach w Gabinecie Ministrów przed wyborami samorządowymi. Wietrzenie „na górze” miałoby pomóc kandydatom Sługi Narodu, startującym w wyborach „na dole”. Czy taki manewr się uda- zobaczymy już 25 października.

Grupa Socjologiczna Rating zbadała opinie obywateli o sytuacji gospodarczej Ukrainy w czasie kryzysu pandemicznego. 63 proc. Ukraińców uważa, że w ciągu ostatnich sześciu miesięcy sytuacja gospodarcza kraju pogorszyła się, zaś 43 proc. badanych spodziewa się najgorszego w przyszłości. Tylko 7 proc. uważa, że sytuacja poprawiła się. Powyższe wyniki nie zaskakują, dziwi co innego. Duża grupa, bo 57 proc. respondentów sądzi, że główną przyczyną kryzysu gospodarczego jest niekompetencja władz i tylko 26 proc. badanych za kryzys obwinia koronawirus.

Zmiany rządu nie poprawiają ratingów partii rządzącej. Rząd Ołeksija Honczaruka pracował od końca sierpnia 2019 roku do marca 2020 roku, kiedy zastąpił go gabinet Denysa Szmyhala. Dziś sondażowe poparcie dla Sługi Narodu wynosi od 22 do 30 proc., rok temu ta partia wygrywała wybory mając 44 proc. głosów. Patron Sługi Narodu- Wołodymyr Zełenski w kwietniu 2019 roku wygrywał wybory prezydenckie zdobywając c w II turze 72 proc. głosów. Dziś sondaże pokazują spadek poparcia nawet do 32 proc.

Władza w Ukrainie szybko traci zaufanie. Pewnie wpływają na to post- sowieckie przyzwyczajenia wyborców, którzy uważają, że władza może wszystko, ale nie chce albo nie potrafi. Z drugiej strony, ekipa Sługi Narodu jest niedoświadczona i niecierpliwa, jak wyborcy. Do tego okazała się podatna na wpływy oligarchów.

Ale wracajmy do relacji dwustronnych. O jakich sprawach mogliby dyskutować prezydenci Polski i Ukrainy, gdyby poprosili o sugestię społeczność biznesową?

Recesja w Ukrainie (spadek PKB 11, 4 proc. w II kwartale 2020 ) i w Polsce ( PKB minus 8,9 proc.) rzutuje na współpracę gospodarczą naszych państw. W sytuacji kryzysowej nie ma inwestycji, maleje wymiana handlowa. Według danych za okres styczeń- maj 2020 roku wartość obrotów handlu zagranicznego Polski z Ukrainą wyniosła 3,192 mld USD przy naszym dodatnim saldzie wynoszącym 988 mln USD. Rok temu obroty były wyższe i wyniosły 3, 554 mld USD zaś saldo dodatnie Polski wyniosła 882 mln USD. Prywatni przedsiębiorcy robią co mogą, bo walczą o swoje towary i pieniądze. Firmy państwowe mogłyby aktywniej poszukiwać biznesów z naszym ukraińskim partnerem.

Po pierwsze, wskazana jest współpraca w sektorze zbrojeniowym, który w Ukrainie się rozwija, bo jest potrzebny dla bezpieczeństwa tego państwa. Ukraińcy mają tu dużo ciekawych projektów, stawiają na współpracę międzynarodową, my też mamy swoje potrzeby sprzętowe. Po drugie, rezerwy współpracy Polski i Ukrainy tkwią w transporcie i logistyce. Ukraina aktywnie poszukuje inwestorów, czego wyrazem są umowy koncesyjne z zagranicznymi inwestorami branżowymi na rozbudowę i prowadzenie jej portów morskich. Polskie porty z coraz większym zainteresowaniem patrzą na możliwość transferu towarów do/z Morza Czarnego. W tej branży potrzebna jest interwencja czynników państwowych.

Po trzecie, można zwiększyć współpracę w sektorze energii. Tu zauważalna jest aktywność PGNiG, które stara się o udział w dostarczeniu amerykańskiego gazu do Ukrainy i zamierza podjąć poszukiwania gazu w Ukrainie. Nieracjonalne jest jednak podejście obu stron do mostu energetycznego. Ochrona interesów oligarchów ukraińskich miesza się tutaj z teorią suwerenności „prądowej” Polski. I tak, według czynników rządowych, nie planujemy importu energii elektrycznej linią Chmielnicki- Rzeszów, ale dzień w dzień płynie do nas z Litwy prąd z „rosyjską wkładką”. Przydałoby się restart tego projektu, ocena jego wykonalności i zgodności z umową stowarzyszeniową Ukrainy z UE. Temat to iście „prezydencki”. Po czwarte, przeglądu i zaplanowania wymagają sprawy rynku pracy. Trzeba przyznać, że po szoku, wywołanym pierwszymi restrykcjami sanitarnymi, polskie władze przyjęły pragmatyczne stanowisko. Ukraińcy dość szybko mogli wrócić do pracy w Polsce, wprowadzono proste reguły sanitarne. Działanie interwencyjne trzeba jednak zastąpić systemowym. Czy nie jest już pora na porozumienie międzyrządowe o współpracy w dziedzinie rynku pracy, w tym o ochronie praw migrantów zarobkowych z Ukrainy w Polsce? Tym bardziej, że mamy konkurencję, choćby czeską. Warto przy tym pamiętać o Polakach pracujących w Ukrainie, jest ich przecież niemało. Zarzuty wobec Sławomira Nowaka wywołały w ukraińskich mediach sporo zadowolenia i przyniosły komentarze nieprzychylne ekspertom z Polski. Polscy specjaliści nie zasłużyli na to, by traktować ich jako parawan dla korupcji i niekompetencji kadr ukraińskich. Powinien powstać raport o polskiej pomocy eksperckiej dla Ukrainy. Warto pokazać, ilu polskich specjalistów, niejednokrotnie pracujących dla międzynarodowych korporacji, pomaga w rozwoju gospodarczym Ukrainy.

Czy w tym kryzysowym krajobrazie Ukraina może zaskoczyć pozytywnie? Ciągle tak. Ukraińska branża IT, ze wsparciem ministra cyfryzacji, jako pierwsza zaprosiła do siebie białoruskie firmy i specjalistów, którym Łukaszenko odciął dostęp do Internetu. Polska zdobyła się na ten krok trzy tygodnie później. Prezydent Zełenski nieustannie motywuje rząd do wprowadzenia większych zachęt dla firm i specjalistów wysokich technologii i branży kreatywnej. Eksperci z StartupBlink piszą, że „ukraiński ekosystem startupów jest naprawdę inspirujący. Kraj ten od kilku lat przeżywa trudności gospodarcze, ale nadal udaje mu się stworzyć technologię skalowalną i globalną. Przyjazny ekosystem dał impuls takim globalnym startupom jak Ajax, Competera, Grammarly, MacPaw, People.ai, Preply, Petcube. Głównym powodem sukcesu Ukrainy jest wysoka jakość ich twórców, których firmy zagraniczne poszukują zarówno do pracy zdalnej, jak i w lokalnych centrach rozwoju. Chociaż- według zachodnich standardów- koszty życia na Ukrainie są bardzo niskie i zagraniczni zleceniodawcy płacą bardzo dobrze, to wielu twórców rezygnuje z tej łatwej gotówki, decydując się na budowę własnego startupu. Jeśli ta mentalność się utrzyma, Ukraina jest na drodze do jeszcze większych sukcesów”.
Zwróćmy uwagę, że w rankingu państw przyjaznych startupom Polska jest na 27 miejscu ( spadek o 7 pozycji), zaś Ukraina na 29 miejscu ( awans o 2 pozycje). Kijów zajął 32 miejsce ( awans o 2 pozycje) w światowym rankingu miast przyjaznych dla startupów. Warszawa zajęła 79 miejsce ( spadek o 19 pozycji). Polski sektor innowacyjny naprawdę może obawiać się ukraińskiej konkurencji.

Ekonomiści prognozują w przyszłym roku odbicie gospodarcze: w Ukrainie wzrost PKB ma wynieść 4,0- 4, 6 proc., w Polsce 4,5 proc. BGK i KUKE zapowiadają nowe instrumenty wsparcia dla polskich inwestorów i eksporterów. Jeśli polityka historyczna nie przyćmi polityki gospodarczej mamy szanse na poprawę dwustronnej współpracy.

Dariusz Szymczycha

Autor jest członkiem Rady Polsko- Ukraińskiej Izby Gospodarczej

Ni ma jak Lwów

W tym przypadku to nie tylko słowa znanej piosenki, ale krytyczne dopełnienie do ważnej publikacji.

Dzieje Lwowa i jego znaczenie widziane z ukraińskiej strony przez prof. Jarosława Hrycaka („Ale Historia” – „Lwów, Lwiw, Lemberg” stanowiący fragment książki Beaty Janowskiej „Wędrówki przez czas. Nieoczywiste rozmowy o dziejach Europy”, 8.06.2020) obnaża niejako nasze polskie mity i wyobrażenia o tym mieście, jego historii i panujących w nim narodowościowych stosunkach. Nie ma wątpliwości, że wyidealizowany świat Galicji i II Rzeczpospolitej, a wiec i tamten lwowski czas, w rzeczywistości daleki był od szczęśliwości dla zamieszkałych tam Ukraińców i Żydów. Tego nie wiemy, nie dostrzegamy bądź omijamy szerokim łukiem widząc przede wszystkim to miasto od wieków polskie, w czasach zaborów stanowiące siedzibę Namiestnictwa całej Galicji, później Semper fidelis tibi Poloniae, a w międzywojniu będące drugim po Warszawie ośrodkiem intelektualnym, naukowym i kulturalnym Rzeczpospolitej.

„Istnieje niezbyt przyjemny dla Ukrainy nurt w historiografii polskiej – mówi Janowska – według którego cywilizacja w Galicji zaczyna się wraz z Polakami i katolicyzmem. Wokół tego regionu narastają wzajemnie wykluczające się mity narodowe. Zawsze jest polska i ukraińska wersja wydarzeń i pytanie, co z tym zrobić.”

Najlepiej – to wypróbowana metoda – pisać prawdę i nie tworzyć kolejnych mitów. Niestety prof. Hrycak w zaprezentowanych wywodach, poza wieloma bardzo cennymi opiniami i analizami nie ustrzegł się swoich narodowych preferencji, co zresztą jest o tyle tylko zrozumiałe, że i nasze są czasem im podobne.

Polski i ukraiński piemont

Piemont to region w północno-zachodnich Włoszech stanowiący ośrodek ruchu risorgimento, który doprowadził do powstania w 1860 r. zjednoczonych Włoch. Tej symbolicznej nazwy użył prawdopodobnie jako jeden z pierwszych w ubiegłych latach osiemdziesiątych prof. Józef Buszko z Uniwersytetu Jagiellońskiego zastanawiając się czy Galicja w okresie 1859-1918 była polskim piemontem.

Ukraiński profesor postawił tezę, że tak dla Polaków jak i Ukraińców był takim piemontem właśnie Lwow, w którym rodziły się idee i działania na rzecz wolnej i zjednoczonej Polski i Ukrainy. Oznacza to równe znaczenie tego miasta dla obu narodowości, a więc i równie ważne przywiązanie do niego, a być może wynikające z tego prawa.

Powyższa interpretacja jest z co najmniej dwóch powodów wadliwa.

Jeśli odwoływać się

do włoskiego Piemontu jako pewnego regionu, to jego odpowiednikiem był dla Polaków obszar Galicji od czasów autonomii. Dotyczyło to daleko idących swobód narodowych: polskiego licznego przedstawicielstwa w wielu państwowych, ale przede wszystkim w samorządowych instytucjach, kontynuowania narodowej tradycji, powszechnej nauki ojczystego języka i polskich dziejów, historycznych badań naukowych, różnych dzieł sztuki i poczynań kulturalnych, powstawania i rozwoju szeregu niepodległościowych stowarzyszeń i organizacji aż do powołania Legionów Polskich w 1914 roku. Istotnym elementem było także oddziaływanie przez całe lata tych wolnościowych idei na pozostałe zabory, wsparcie dla rodzących się tam ruchów społecznych i narodowych poczynań, pomoc niesiona na przykład styczniowym powstańcom.

Natomiast obszarem, który nazwać by można ukraińskim piemontem była Ukraina Zakarpacka (por. książkę Michała Jarneckiego i Piotra Kołakowskiego, „Ukraiński Piemont”) stanowiąca w okresie międzywojennym matecznik ukraińskich nacjonalistów, wykorzystujących status tej czechosłowackiej prowincji, cieszącej się szerokim zakresem swobód obywatelskich i położonej granicznie z Małopolską Wschodnią. W szczególnej sytuacji roku 1939 Zakarpacie nawet ogłosiło niepodległość, a 15 marca sejm Ukrainy Karpackiej uchwalił konstytucję nowego państwa – Karpato-Ukrainy.

Miastem – symbolicznym Piemontem

nie był Lwów ani dla Ukraińców ani dla Polaków. Zupełnie gdzieś indziej odnajdywali symbole piemonckiego sukcesu – zjednoczeniowych marzeń i poczynań na rzecz odrodzenia wolnej Polski i Ukrainy.

Lwów był niewątpliwie bardzo ważnym ośrodkiem kulturalno-politycznym Ukraińców w czasach zaborów i II Rzeczypospolitej, także centrum ukraińskiej konspiracji. Wiedzieć jednak należy, że mieszkało w nim zaledwie ok. 8 % ludności ukraińskiej wobec ponad 63 % Polaków, 25 % Żydów i jeszcze innych narodowości. Szeroko rozumiana infrastruktura miasta – szkolnictwo i wyższe uczelnie, biblioteki i instytucje kultury, prasa, wydawnictwa i drukarnie, stowarzyszenia, ale także struktury Kościoła Prawosławnego i Grekokatolickiego tworzyły korzystne możliwości dla przebudzenia ukraińskiej tożsamości. Odnajdywali je Ukraińcy we Lwowie tak pod austriacką jak i polską administracją, bo w Rosji i carskiej, i radzieckiej żadną miarą na samostijną Ukrainę liczyć nie mogli.

Nie zmienia to wszystko faktu, że jednak symbolem Ukrainy, w tym rozumieniu piemontem dla Ukraińców, nie był Lwów, a zawsze Kijów. Wynika to z wielowiekowej tradycji tego miasta, które w IX wieku stanowiło stolicą Rusi Kijowskiej i pomimo różnych późniejszych losów odzyskało swoją stołeczność: w 1918 roku w Ukraińskiej Republice Ludowej, a w 1934 roku w Ukraińskiej SRR. Kijów był zawsze liczącym się, ważnym i wielkim ośrodkiem politycznym i handlowym, również przemysłowym, ale także oświatowym, naukowym i kulturalnym. „W rzeczywistości – mówił dr Marian Mudry z Lwowskiego Uniwersytetu Narodowego im. Iwana Franko – ukraińskim Piemontem zawsze był Kijów. Wątpliwe, czy bez niego powstałoby współczesne państwo ukraińskie. W znaczeniu narodowym Lwów był, jest i będzie satelitą Kijowa.”
Natomiast jeśli szukać polskiego miasta-piemontu to był nim niewątpliwie Kraków. Pozornie przygraniczny tylko, forteczny i mniej liczący się ośrodek w CK Austrii, z uwagi na swoją historię i daleki zakres swobód obowiązujących w Galicji, stał się nadto mekką dla Polaków ze wszystkich zaborów, bowiem przywoływał czasy wielkiego i niepodległego państwa polskiego. Dość wspomnieć, że właśnie w Krakowie delegacje ze wszystkich ziem polskich, tłumnie uczestniczące w wielkiej patriotycznej manifestacji 15 lipca 1910 roku, z okazji odsłonięcia monumentu upamiętniającego pięćsetną rocznice grunwaldzkiej wiktorii, zaśpiewały „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród!”

Może bardziej sprawiedliwie

Prof. Hrycak przywołuje także polski antysemityzm, lwowskie pogromy z 1918 i 1932 roku oraz getto ławkowe na uczelniach. I tak rzeczywiście było, ale zapomina o ukraińskich dokonaniach nie tylko po wkroczeniu wojsk niemieckich do Lwowa 30 czerwca 1941 roku. Tego dnia „wieczorem o godzinie 20 we Lwowie członkowie banderowskiej frakcji OUN proklamowali niepodległość Ukrainy… Równocześnie rozlepiane odezwy obwieszczały ludności Lwowa zamiar OUN-B proklamowania Ukrajińskoj Samostijnoj Derżawy. >> Lachów, Żydów i komunistów niszcz bez litości, nie miej zmiłowania dla wrogów Ukraińskiej Rewolucji Narodowej<< — wzywały w tym czasie jawnie do mordów ulotki OUN… W trakcie pogromu milicja ukraińska utworzona przez OUN-B ściśle współpracowała z formacjami niemieckimi… W aresztowaniach Żydów dokonywanych w mieszkaniach uczestniczyła milicja ukraińska i bojówkarze ukraińscy złożeni z chłopów z okolicznych wsi, których Niemcy karmili i poili wódką, a następnie o godzinie 5 rano dali sygnał do rozpoczęcia pogromu – bicia i grabieży ludności żydowskiej” (Wikipedia). Od 30 czerwca do 3 lipca, w jednym z najstraszniejszych pogromów dokonanych w Europie od czasów średniowiecza, wśród około czterech tysięcy zabitych znalazło się także wiele kobiet i dzieci oraz prominentnych lwowskich Żydów. Jak pisze jeden z internautów: „Ciekawe, że Żydzi tak się bali polskiego antysemityzmu (niewątpliwego), nie licząc się z ukraińskim. To co sprawili im Ukraińcy po wkroczeniu Niemców przeraziło nawet nazistów.” Było inaczej Ukraiński profesor w swojej wypowiedzi, a propos nielicznej ukraińskiej społeczności we Lwowie, odwołuje się do badań innego, zachodnioeuropejskiego uczonego, który opisuje sytuację jak to lud zamieszkały wokół wielkiego miasta z czasem staje się jego przeważającymi mieszkańcami. Pozwalam sobie panu profesorowi przypomnieć, że ukraiński lud zamieszkiwały na ziemiach wokół Lwowa stał się jego dominującą społecznością nie na drodze wieloletnich procesów migracyjnych, a z powodu decyzji politycznych. Nota bene być może byłyby one odmienne gdyby ówczesny premier polskiego rządu emigracyjnego w Londynie Stanisław Mikołajczyk podjął w rozmowie z Józefem Stalinem latem 1944 roku, w miejsce twardej obrony wschodniego kształtu II RP, próbę negocjacji polskich, wschodnich granic. Wilno na pewno, jako historyczną stolicę Litwy, musielibyśmy opuścić, ale Lwów był w odmiennej sytuacji. Rodzi się pytanie po co pisać o dawnych, już rozstrzygniętych sprawach gdy nasza codzienność dostarcza dużo więcej atrakcyjnych tematów. Odpowiedź jest prosta, bo będziemy nadal żyli, my Polacy i oni Ukraińcy, w naszej splątanej historii, a chodzi o to aby jeszcze nie dokładać do niej iluzorycznych opinii i kolejnych mitów. A pani Beata Janowska mogłaby tę rozmowę z prof. Jarosławem Hryciakiem prowadzić nie koniecznie na kolanach.

Trójkąt utajniony

W Polsce dzieją się niezwykle ważne wydarzenia, które nie znajdują jednak swego należytego odzwierciedlenia w krajowych mediach.

W zeszłym tygodniu polskie media żyły rządową wojną propagandową z Konwencją Stambulską oraz nowymi ogniskami koronowirusa. Owe batalie skutecznie „przykryły” wydarzenia niezwykle ważne dla relacji polsko- ukraińskich. W Warszawie obyło się uroczyste otwarcie nowej siedziby Ambasady Ukrainy w Polsce. Z udziałem ministrów spraw zagranicznych Ukrainy i Polski Dmytra Kuleby i Jacka Czaputowicza.

„Przeszedłem korytarzami budynku i taką właśnie chcemy widzieć Ukrainę w świecie: wygodną, nowoczesną, elegancką, zręczną i napełnioną sensem. Jestem przekonany, że ten budynek symbolizuje Ukrainę, którą chcemy zbudować”, powiedział wtedy minister Kuleba korespondentowi portalu Ukrinform.

W czasie otwarcia przemawiał też pan minister Czaputowicz. Uznał, że nowy budynek ambasady to „dobry symbol zakorzenienia Ukraińców w polskim społeczeństwie”. Ocenił, że ich obecność jest „bardzo ważna dla polskiej gospodarki”. Ponieważ jest ich coraz więcej, to potrzebują lepszej opieki konsularnej. Otwarcie nowego budynku ambasady i konsulatu ułatwi Ukraińcom życie w Polsce.

Pan minister zadeklarował, że „Polska konsekwentnie wspiera suwerenność i niezależność Ukrainy w granicach wyznaczonych przez prawo międzynarodowe”. Będzie nadal wspierać Kijów na drodze do UE i NATO.Przypomniał też, że wizyta ministra Kuleby i otwarcie ukraińskiej placówki przypadają na ważną rocznicę – Stulecia porozumienia Piłsudskiego z Petlurą. „To są historyczne ramy, na których możemy budować naszą obecną współpracę między naszymi krajami i naszymi społeczeństwami”, zadeklarował.

Trójkąt Lubelski

Otwarcie nowej ambasady Ukrainy zbiegło się z narodzeniem nowego formatu sąsiedzkiej współpracy. Jego narodziny ogłosili ministrowie spraw zagranicznych Ukrainy Dmytro Kuleba, Litwy Linas Linkevicius, i Polski pan Jacek Czaputowicz. Uczynili to w Lublinie, pod pomnikiem Unii Lubelskiej. Co miało wskazywać historyczne korzenie przyszłej współpracy.
Polski minister wyjaśnił, że Trójkąt Lubelski nie będzie sformalizowaną instytucją, ale nieformalną platformą dla regularnych spotkań, wymiany informacji i współpracy. Zacznie się ona od stworzenia nowych stanowisk „oficerów łącznikowych” w resortach spraw zagranicznych trzech krajów oraz regularnych trójstronnych konsultacji na szczeblu ministrów i dyrektorów departamentów. „Być może współpraca ta rozszerzy się także na inne instytucje”, przewidywał pan minister Czaputowicz.

Dzięki nowemu Trójkątowi trzy sąsiedzkie kraje będą rozwijać cele Partnerstwa Wschodniego, skutecznie zwalczać pandemię koronawirusa, wspierać europejskie i euroatlantyckie aspiracje Ukrainy, współpracę w ramach Inicjatywy Trójmorza. A także „LitPolUkrbrig, którą uznano za udaną formę wojskowej współpracy na wschodniej flance NATO”. Kolejne trójstronne spotkanie ma odbyć się w Kijowie. Jednym z jego głównych tematów będzie wspólna walka z rosyjską dezinformacją i reinterpretacją historii. Jest to bardzo ważne w kontekście konfliktu w Donbasie, który wygasł tylko pozornie, przypomniał pan minister Czaputowicz.

Z Banderą czy bez

Zgodny ton deklaracji wspólnej polityki historycznej ukrył istniejące, nadal nierozwiązane konflikty między politykami historycznymi. W polskim mediach wspomniano jedynie o problemie polskiej szkoły w Mościskach, której grozić może ukrainizacja programu nauczania. O czym media ukraińskie nie informowały. Poinformowały za to, że minister Kuleba uzależnił zgodę na dalsze polskie prace poszukiwawczo- ekshumacyjne na Ukrainie od odnowienia przez stronę polską pomnika-cmentarza żołnierzy UPA, poległych w walce z Armią Czerwoną, na podkarpackiej górze Monastyrz. Pomnik zdewastowali w 2016 r. nieznani sprawcy.

Minister Kuleba

„zwrócił uwagę na znaczenie postawy szacunku wobec pochowanych w Polsce ukraińskich wojskowych”, szczególnie do grobów żołnierzy Ukraińskiej Republiki Ludowej, którzy byli polskimi sojusznikami podczas wojny z bolszewikami w 1920 roku. Przypomniał, że strona polska niejednokrotnie twierdziła, że każdy ma prawo do godnego pochówku na terytorium Polski, niezależnie od pochodzenia czy przynależności do ugrupowań wojskowych lub politycznych. O tym stanowisku ukraińskiego ministra polskie media głównego nurtu nie poinformowały.

Do czasu wyborów parlamentarnych i prezydenckich politycy PiS i związane z nimi media starały się nagłaśniać wszelkie przejawy ukraińskiego gloryfikowania UPA i Bandery. Sam pan prezes Jarosław Kaczyński skierował do ukraińskiego prezydenta Petra Poroszenki przestrogę, że „Ukraina z Banderą do Europy nie wejdzie”. Elity PiS wielokrotnie też okazywały swą niechęć do samego Poroszenki i jego współpracowników. Uważały, że zatrudniają oni jako zagranicznych ekspertów jedynie ludzi związanych z PO: Sławomira Nowaka, Marcina Święcickiego, Balcerowicza nawet. Kiedy ekipa prezydenta Zełenskiego zaczęła rozliczać poprzedników, i przy okazji także znienawidzonego przez elity PiS, zatrudnionego tam Nowaka, wówczas sympatie wobec obecnego ukraińskiego prezydenta od razu w PiS wzrosły.

Do czasu wyborów elity i media PiS cynicznie wykorzystywały środowiska kresowiaków. Wspierały pamięć o rzezi wołyńskiej, krytykowały ukraińskich nacjonalistów gloryfikujących UPA i Banderę. Walczyły o wpływy w tych środowiskach z politykami Kukiz15, Konfederacji i organizacjami zrzeszającymi kombatantów Ludowego Wojska Polskiego. Chodziło tylko o głosy środowisk kresowych i kombatanckich. W tym roku uroczystości upamiętniających akty ludobójstwa na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej nie było. Co ze zdumieniem odnotowały media związane z Konfederacją i środowiskami kombatanckimi. Oficjalnym powodem zaniechania był koronawirus. Ale wiewiórki w Warszawie ćwierkają, że elity PiS postanowiły zresetować relacje z ekipą prezydenta Zełenskiego. Przewartościować politykę historyczną.

„Chcielibyśmy, aby wznowiła prace komisja historyczna, odpowiednie resorty. Musimy też prowadzić badania, oceniać naszą historię, zwłaszcza te trudne, tragiczne jej epizody, tak aby nie była ona przeszkodą do dzisiejszej współpracy między naszymi państwami i społeczeństwami – powiedział pan minister Czaputowicz. Podkreślił też, że polska mniejszość na Ukrainie, jak i ukraińska mniejszość w Polsce spełniają „bardzo ważną rolę w relacjach obu państw”. Powiedział, że „historii nie możemy zmienić” i dlatego oba kraje powinny działać tak, żeby „nasze dwa narody w przyszłości miały wyłącznie dobre strony”.

Zaś minister Kułeba zadeklarował, że Polska i Ukraina są bliskimi partnerami i przyjaciółmi, których łączy „rozumienie europejskich i światowych procesów”. Wyraził wdzięczność za „konsekwentne wsparcie, którego Polska udziela Ukrainie w UE i w NATO”. Zapowiedział stworzenia międzynarodowe grupy zajmującej się problemem deokupacji Krymu. Polska mogłaby być jednym z jej liderów. Co mile łachocze mocarstwowe ego elit PiS, leczy ich międzynarodowe kompleksy.

Teraz gospodarka

Polska gospodarka potrzebuje i będzie potrzebować pracowników z Ukrainy. Zwłaszcza kiedy napłyną pieniądze z Unii Europejskiej przeznaczone na inwestycje. Kiedy ruszy program inwestycji w infrastrukturę komunikacyjną. Zapotrzebowania to widzą też Ukraińcy. W 2019 roku to oni kupowali najwięcej mieszkań w Polsce. Wyprzedzając Niemców i Chińczyków. Polskie firmy chciałyby więcej zarabiać na Ukrainie. Nie tylko one, konkurencja jest tam wielka. Ale zarabianie w czasach wojen o historię bywa dodatkowo utrudnione.

Zatem kalkulacja elit PiS jest prosta. Zmieniamy akcenty polityki historycznej wobec Ukrainy. Od teraz akcentujemy sojusz antyradziecki Piłsudskiego i Petlury, a spory o UPA wyciszamy. Pozostawiamy je historykom. Zresztą na razie cały ten reset polsko- ukraiński czynimy po cichu. Bez propagandowych fanfar. Nie wspominamy o nim, podobnie jak o obietnicach niezłomnej, antybanderowskiej postawy złożonych środowiskom kresowym i kombatantom.

Do najbliższych wyborów parlamentarnych pozostały trzy lata. W tym czasie część niezadowolonych wyborców z niespełnionych obietnic opuści ten ziemski padół. Biologia i pandemia też elitom PiS pomoże.

Kompleks Putina

Władimir Władimirowicz Putin nie musi prowadzić polityki, która nam się podoba. Jest tylko (albo aż) rosyjskim „mężem stanu”.

Oglądanie polskich dzienników telewizyjnych i czytanie gazet staje się nudne. Slogany zastępowane są sloganami, wszyscy prześcigają się w deklaracjach miłości do USA i przyjaźni z Ukrainą, A przyczyną wszystkich „ukraińskich nieszczęść”, wrogiem Europy i wcielonym szatanem jest niejaki Putin – skądinąd Prezydent Rosyjskiej Federacji.
Ukraina – nasza miłość
Na zielonej Ukrainie – albo „dzikich polach” jak pisał Sienkiewicz i jak rzeczywiście nazywano Ukrainę w XVI i XVII wieku – różnie bywało. Rozrabialiśmy tam w sienkiewiczowskich czasach „ogniem i mieczem”, ale także na początku XX wieku. Nie byliśmy (i nie jesteśmy poza Kijowem) ulubieńcami „ludu”. Ukraińskie jednostki walczące po stronie Niemiec i rekrutowane (bez przymusu!) na zachodniej Ukrainie źle zapisały się w naszej pamięci, a jeszcze gorzej w pamięci Słowaków. W przedłużającej się wojnie partyzanckiej na południowym wschodzie Polski jednostki Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) wykazywały się nie tylko bezwzględnością, ale i nadgorliwością.
Ale to było. Od 70 lat żyjemy w spokoju i przynajmniej deklaratywnej przyjaźni, tak samo, jak z Niemcami. Wprawdzie Ukraina dopiero od 26 lat stała się odrębnym i politycznie suwerennym państwem, ale i poprzednio z Ukrainą, jako częścią ZSRR, nasze stosunki układały się względnie poprawnie.
Po tragicznych wydarzeniach na Majdanie, zaczęliśmy deklarować nie tylko utrzymywanie i „pogłębianie” poprawnych stosunków, ale niemal uwielbienie. Kilkunastu naszych polityków w sweterkach albo przyciasnych płaszczykach wdrapywało się na trybunę kijowskiego Majdanu, wygłaszało płomienne zapewnienia poparcia i z zachwytem wysłuchiwało okrzyków „sława Ukrainie” – starszemu pokoleniu wychowanemu na wschodzie Polski kojarzących się (niestety) ze zwyczajowymi pozdrowieniami oddziałów Bandery. A kto, jak kto, ale Stepan Bandera i jego zwolennicy przyjaciółmi Polski nie byli. Co zresztą nie zmienia faktu, że miał wielkie zasługi w walce o niepodległość Ukrainy i nadal jest tam postacią kultową.
Źródła miłości
Skąd ten przypływ uczuć? Wystarczy ze zrozumieniem spojrzeć na mapę Europy, aby zobaczyć, że Ukraina jest ogniwem pierścienia otaczającego od wschodu i południa Rosję, do której „zwyczajowo” nie mamy zaufania. Jest buforem stwarzającym Polsce (i niektórym innym krajom) iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa. Dopóki jest neutralna, to wszyscy, łącznie z Rosją, są gotowi jej nie „ruszać”, a nawet jej pomagać. Ale określone siły na Ukrainie wspomagane nie tylko okrzykami naszego zachwytu nad patriotyzmem Majdanu, postanowiły utrzymać kurs zachodni, dążąc do jej „zjednoczenia z Europą” przez wejście w skład Unii, a nawet NATO. To oczywiście wzbudziło wzmożoną sympatię naszych elit i – odwrotnie – niepokój Rosji. Bo czym innym dla niej jest Ukraina, jako element względnie neutralnego pierścienia, a czym innym ta sama Ukraina, jako istotne ogniwo otaczających ją „sił obronnych” Europy. Zdziwienie, że „oni” tak myślą może być tylko dowodem naiwności.
Reakcja odrzuconego kochanka
Rosja, przez stulecia językowo i kulturowo zjednoczona zwłaszcza ze wschodnią Ukrainą, zareagowała tak, jak odrzucony kochanek, albo zdradzany mąż. Zaczęła wspomagać siły odśrodkowe, dążąc do destabilizacji politycznej na Ukrainie, pogorszenia jej sytuacji ekonomicznej, odrywania od niej takich „kawałków”, w których nie ma zachodniego entuzjazmu i społeczeństwo identyfikuje się z Rosją. Bezpowrotnie (moim zdaniem) oderwała Krym i stara się doprowadzić, do tego, aby kilka innych południowo-wschodnich regionów Ukrainy „wybiło się” na międzynarodowo uznaną niepodległość, utrzymując z nią silne stosunki przyjaźni.
Gwałtowny wzrost sympatii do Ukrainy widoczny po Majdanie, w następnych latach nieco się „zmodyfikował”. Są nieporozumienia dotyczące właśnie kultu Bandery i UPA, narastających w niektórych zachodnich regionach wpływów raczej antypolskiej skrajnej prawicy, opieki nad cmentarzami, a nawet posągów lwów na cmentarzu Orląt. Wzrasta niepewność dotycząca dalszej drogi Ukrainy, walczącej z wewnętrznymi problemami gospodarczymi i korupcją, zaskakującej wyborem ostatniego prezydenta.
My w Polsce z reguły nie uznajemy obiektywnych procesów społeczno – politycznych. U nas wszystko musi być spersonalizowane, albo łączyć się ze „spiskowymi teoriami dziejów”, lub z wiarą w boskie działanie. Dla przeciętnego Polaka Solidarność zaczęła się od tego, że Wałęsa przeskoczył przez płot. A gdyby nie przeskoczył, tylko spokojnie wszedł przez bramę, to nie było by Solidarności? Nasze samoloty nie mogą się rozbijać z obiektywnych przyczyn, tylko w wyniku „zamachów”. A odparcie bolszewików w 1920r. to nie wynik strategii sztabu Piłsudskiego, tylko cudu.
„Putin winowat”
Nasi politycy i media świadomie lub podświadomie wpisują się w taki właśnie schemat myślenia i stwarzają idiotyczną atmosferę, że niemal całemu złu świata – a już na pewno kłopotom Ukrainy – winien jest jeden człowiek – właśnie Putin. W tej antyputinowskiej propagandzie popełniane są jednak dwa kardynalne błędy.
Pierwszy – polega na wmawianiu ludziom, że w tak ogromnym państwie, jakim jest Rosyjska Federacja i w warunkach XXI wieku, wszystko zależy od decyzji jednego człowieka. Coś mu się przyśniło, wstaje rano i wydaje polecenia np. aneksji Krymu. To oczywista bzdura. Nawet w tak totalitarnych i opartych na wewnętrznym terrorze formach rządzenia, jakie występowały za Hitlera, Mussoliniego, Stalina czy Franco – większość decyzji była przez dyktatorów konsultowana z najbliższym otoczeniem, i „wypracowywali” je ludzie zajmujący eksponowane stanowiska w państwowej lub partyjnej administracji i w wojsku. Prezydent Putin ma zapewne ogromny wpływ na kształtowanie rosyjskiej polityki, ale musi się liczyć z różnymi „grupami nacisku” i podlega ocenie społecznej opinii. I – niestety dla nas i stety dla niego – ma nadal ogromną wewnętrzną akceptację. Nikt u nas i w Europie nie ma takiej akceptacji – co może się nam nie podobać i czego niektórzy politycy i dziennikarze nie potrafią spokojnie strawić.
I drugi – Putin nie jest naszym prezydentem, ani prezydentem jakiegokolwiek kraju zachodniej Europy. Nie musi prowadzić polityki, która nam się podoba. Odpowiada przed rosyjskim społeczeństwem i – jak dotychczas – „robi mu dobrze”. Jasne, że było by lepiej, gdyby to co robi było przyjazne lub wręcz korzystne także dla nas i „zachodniego świata”, ale historia zna niewiele przypadków takiej powszechnie akceptowalnej polityki. Niemal zawsze to, co jest dobre dla jednego kraju, nie jest równie dobre, a nawet jest wręcz złe dla kilku innych.
Podzielony kraj
Problem ukraiński – jak każdy – w końcu się rozwiąże. To duży kraj, ale tak bardzo historycznie podzielony, że tak zwany „przeciętny Polak” nie zawsze zdaje sobie sprawę z głębokości i oddziaływania tych podziałów na poglądy i odczucia „przeciętnego Ukraińca”. Mimo to kraj, pod mądrym i konsekwentnym kierownictwem, może się jednak uspokoić i zjednoczyć. Ale mogę też sobie wyobrazić, że będzie to Ukraina nieco terytorialnie zmniejszona.. W końcu od Sudanu oderwało się Południe, Jugosławia rozpadła się na kilka państw, podzielili się nawet nasi bracia Czesi i Słowacy.
I – paradoksalnie – wszyscy mogą być usatysfakcjonowani. Zachód, – bo utrwali swoje wpływy na zachodniej Ukrainie i – być może – włączy ją po jakimś czasie do UE. Rosja, – bo nie dopuści do zamknięcia otaczającego pierścienia i ekonomicznie skorzysta z istniejącego i potencjalnego bogactwa wschodnich regionów Ukrainy. Polska, – bo będzie miała dwa bufory oddzielające od Rosji zamiast jednego.
A Ukraina? Jak zawsze w takich sytuacjach zainteresowany ma relatywnie mniej do powiedzenia w globalnych rozgrywkach. Ale zakładam, że też może być zadowolona, bo uniknie dalszego zaostrzania wewnętrznych konfliktów. A poza tym zachodnia będzie „wyciskała” znaczą pomoc z Unii a nawet z USA, a wschodnia będzie bogatsza, bo nie będzie utrzymywać zachodniej.
Konflikt ukraiński będzie się jednak rozwiązywał w wyniku procesów społeczno politycznych a nie tylko dlatego, że tak chce lub nie chce Prezydent Putin. Może pomagać lub przeszkadzać, ale nie wszystko może „załatwić” po swojej myśli. „Kompleks Putina” dręczący nasze elity i media zaczyna więc być śmieszny i – moim zdaniem – jest szkodliwy. Wytwarza w narodzie obawy, że jesteśmy bezpośrednio zagrożeni, że już „pachnie” III wojną. Sprzyja naszemu udziałowi w bezsensownym, szkodliwym tak samo dla Rosji jak i Europy, obrzucaniu się „sankcjami ekonomicznymi”.
Uspokójmy się. W dzisiejszym stanie techniki zniszczenia tylko szaleniec, albo otumaniony religijnie dżihadysta, może chcieć lokalnej, a tym bardziej globalnej, wojny. A Putin może być zły (jak dla kogo), wstrętny (ale podoba się wielu Paniom!), bezczelny (choć w Moskwie sprzedają m.in. koszulki z napisem, że jest wyjątkowo uprzejmy) – ale szaleńcem nie jest. Jest tylko (albo aż) rosyjskim „mężem stanu”, który nas nie kocha, (bo nie musi!) i może nam popsuć jeszcze trochę krwi. Ale to nie powód, abyśmy mówili o nim w dzień i w nocy, traktowali jak wariata albo – co gorsze – jak faceta jednoosobowo decydującego o naszej przyszłości.