Cyfryzacja niczym wsie potiomkinowskie

Podłączone ale faktycznie nie uruchomione – czy tak będzie wyglądać realizacja PiS-owskiego programu dostarczania szybkiego internetu do szkół?
W jednym z poprzednich wydań Trybuny przestawiliśmy stan informatyzacji polskich szkół na początku bieżącego roku szkolnego. W świetle enuncjacji osób za to odpowiedzialnych, przedstawiał się on raczej pozytywnie.
Szefowie i nadzorcy Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej na niedawnej konferencji prasowej opowiadali o sukcesach programu komputeryzacji szkół, stworzonego w 2017 r., który – mimo początkowych przejściowych trudności – realizowany jest prawidłowo i zapewni, że od września do końca tego roku ponad 4000 kolejnych szkół zostanie podłączonych do szybkiego internetu. „Jesteśmy zadowoleni z procesu cyfryzacji szkolnictwa” – mówił minister Marek Zagórski. Rzeczywistość naturalnie wygląda inaczej.
Szefowie OSE sprytnie wybrali termin swego spotkania z mediami, tak by choć o parę dni uprzedzić raport Najwyższej Izby Kontroli z realizacji programu cyfryzacji szkół w ramach Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej. I mieli rację, bo ustalenia kontroli NIK wyraźnie różnią się od pełnych samozadowolenia opowieści osób odpowiedzialnych za OSE.
Jak ustaliła NIK, program OSE jest realizowany z opóźnieniami i z niepełną skutecznością. W 2016 r. ponad 40 proc. szkół korzystało z dostępu do Internetu o niskiej przepustowości, zaledwie do 10 Mb/s. Tak wolne łącza utrudniały lub wręcz uniemożliwiały korzystanie z cyfrowych narzędzi edukacyjnych. Aby uczniowie i nauczyciele mieli swobodny dostęp do materiałów multimedialnych (scenariuszy zajęć, filmów, prezentacji, gier edukacyjnych) przepustowość powinna być co najmniej 10 razy większa (przynajmniej 100 Mb/s). I tym właśnie miała się zająć Ogólnopolska Sieć Edukacyjna. Koszty budowy i utrzymania OSE oszacowano na blisko 1,3 mld zł (do 2027 r.).
Cel OSE to zapewnienie szkołom do końca 2020 r. dostępu do szybkiego, bezpłatnego i bezpiecznego Internetu. Zgodnie z założeniami – realizowanymi pod hasłem „100 Mega na 100-lecie” – program ma pozwolić na wyrównanie szans edukacyjnych, wspomagać proces kształcenia, podnieść kompetencje cyfrowe uczniów i nauczycieli. Od początku jednak robiono to ślamazarnie.
„Podłączanie kolejnych szkół do OSE przebiega z opóźnieniami. Z pierwotnych planów podłączenia 1 500 lokalizacji w 2018 roku, 12 700 lokalizacji w 2019 roku i 19 500 lokalizacji w 2020 roku niewiele zostało” – stwierdza NIK. W 2018 r. przyłączono do OSE 366 szkół w 328 miejscach (czyli lokalizacjach). Do końca sierpnia 2019 r. usługi OSE zostały uruchomione w 2 575 miejscach. Stanowiło to zaledwie 20 proc. przyłączeń zaplanowanych do końca 2019 roku.
Na przełomie 2018 i 2019 operator OSE – Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa – wdrożył plan naprawczy. W wyniku reformy oświaty i likwidacji gimnazjów zmniejszyła się także liczba szkół (z ponad 30 tys. do ok. 23 tys.) co powinno pomóc w sprawniejszej realizacji programu. „Jednak nawet to nie wpłynęło na znaczący postęp prac” – zauważa NIK. W 2019 r. tempo przyłączania szkół do sieci OSE wprawdzie nieco przyspieszyło – nie na tyle jednak, aby wyeliminować ryzyko niepodłączenia wszystkich zaplanowanych szkół do OSE na koniec bieżącego roku.
Według danych zamieszczonych na stronie ose.gov.pl, do 13 stycznia 2020 r. Ogólnopolska Sieć Edukacyjna została doprowadzona do 5 779 szkół, czyli objęła 25 proc. szkół wstępnie planowanych do podłączenia na koniec 2020 r. Minister Cyfryzacji wskazał zaś w swoim stanowisku z 15 kwietnia 2020 r., że do 9 kwietnia br. do OSE było podłączonych 12 627 szkół. Tyle, że samo podłączenie jeszcze nie oznacza faktycznego uruchomienia!
NIK wykryła, że nie wszystkie szkoły wyposażone w urządzenia OSE miały uruchomione usługi OSE. Część z nich wciąż oczekiwała na udostępnienie szybkiego łącza do Internetu przez operatorów telekomunikacyjnych. Oznacza to, że cała sieć OSE zaczyna nieco przypominać pozorne wsie potiomkinowskie. W rezultacie opóźnienia – w sierpniu 2019 r. – „były tak znaczące, że nie mogły pozostać bez wpływu na całość projektu i termin jego
Teraz prace nieco przyspieszyły, wciąż jednak przebiegają wolniej niż planowano. Opóźnienia przy tego typu przedsięwzięciach się wprawdzie zdarzają. „Jednak w tym wypadku są na tyle duże, że nawet pomimo przyspieszenia – wciąż istnieje ryzyko niepodłączenia usług OSE do wszystkich zainteresowanych szkół do końca 2020 r.” – podkreśla NIK.
Jest kilka podstawowych przyczyn tych opóźnień. NIK wymienia między innymi to, że NASK zbyt późno dostrzegła niektóre zagrożenia i nie zawsze wystarczająco szybko i odpowiednio na nie reagowała np. takie jak niewystarczające zainteresowanie szkół przyłączeniem do OSE czy fluktuację kadr. Sprawnej realizacji prac nie sprzyjała rotacja pracowników NASK odpowiedzialnych za realizację OSE. W pierwszych dwóch latach (2017 i 2018) stan zatrudnienia był niedoszacowany. W realizację trzeba było zaangażować więcej pracowników niż zaplanowano. Z kolei planu zatrudnienia na rok 2019 (190 etatów) nie wypełniono nawet w połowie. Nie bez znaczenia dla tempa prac był też brak całościowego harmonogramu dla programu OSE, który ułatwiałby bieżące nadzorowanie zaawansowania programu.
W dodatku odpowiedzialny za projekt OSE Minister Cyfryzacji nie zadbał o to, by została sporządzona kompletna, jednolita dokumentacja inicjująca prace nad OSE. Minister nie zapewnił też sobie niezależnej oceny prawidłowości przygotowanej przez NASK koncepcji wykonania tej sieci oraz weryfikacji kosztorysu prac. „Tym samym, Minister Cyfryzacji nie wiedział, czy zaproponowany przez NASK sposób prac nad OSE i szacowane koszty są właściwe” – podkreśla NIK. Tak więc, szef resortu cyfryzacji przyjął wszystko na wiarę – bo wiara ma duże znaczenie w funkcjonowaniu PiS-owskiej administracji.
Błędy kryją się też w samych założeniach programu OSE. Jak wskazuje NIK, oferowane przez NASK warunki korzystania z Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej nie są dla szkół wystarczająco korzystne. NASK nie zagwarantował szkołom przede wszystkim należytego poziomu dostępności sieci.
Regularny, stały i bezpieczny dostęp do internetu jest podstawą wdrażania i rozwijania edukacji cyfrowej w szkołach. Tymczasem w podpisywanych umowach zapewniano dostępność sieci na poziomie 96 proc. w skali miesięcznej. W ocenie NIK, tak niskie wartości dostępności sieci OSE to zdecydowanie za mało, aby zapewnić możliwość nieprzerwanego, cyklicznego prowadzenia zajęć dydaktycznych, bez obaw o dostęp do kolejnych zaplanowanych materiałów czy choćby korzystania z elektronicznego dziennika.
96 proc. dostępności w skali miesięcznej oznacza bowiem, że sieć może być niedostępna przez 28 godzin i 48 minut w ciągu miesiąca, czyli ponad siedem godzin w każdym tygodniu. W niesprzyjających okolicznościach szkoła mogłaby więc zostać pozbawiona dostępu do sieci przez cały jeden dzień roboczy w każdym tygodniu.
W ocenie NIK zbyt długi jest także – przyjęty w umowach ze szkołami – czas na usunięcie przez NASK zarejestrowanych awarii OSE: aż 28 godzin roboczych, liczonych od 8.00 do 17.00. Zgodnie z zapisami umów usunięcie awarii może więc zająć nawet trzy dni robocze. Takie sytuacje mogłyby zupełnie zdezorganizować pracę uczniów i nauczycieli.
I niestety już dezorganizują, bo czasowe problemy w działaniu sieci OSE występowały dotychczas niemal w połowie badanych szkół (45 proc.), a w części (17 proc.) dostarczana prędkość internetu była niższa od zamówionej.
Tymczasem problemy w działaniu sieci OSE, nawet jeśli są niewielkie, często bardzo mocno utrudniają sprawne prowadzenie lekcji. W efekcie aż 41 proc. kontrolowanych szkół – już tych podłączonych do OSE – utrzymywało i opłacało równocześnie dodatkowe, komercyjne łącza internetowe.
To oczywiście podważa cały sens wyrzucania państwowych miliardów na nieskuteczną, Ogólnopolską Sieć (czy raczej siateczkę) Edukacyjną. Dyrektorzy, którzy zdecydowali się na utrzymywanie zapasowego łącza komercyjnego wyjaśniali, że nieprzerwany dostęp do Internetu jest dla szkoły bardzo istotny, między innymi dlatego, że nauczyciele posługują się elektronicznym dziennikiem lekcyjnym. Wskazywali także, że na łączności internetowej bazuje praca księgowości i sekretariatów.
Nie wiadomo, czy Ogólnopolska Sieć Edukacyjna rzeczywiście do końca roku podłączy ponad 4 tysiące szkół do szybkiego internetu. Ale nawet jak podłączy, będzie to w niemałej mierze działanie pozorne. Przezorni dyrektorzy, tak jak dotychczas powinni więc zadbać o dodatkowy, skuteczny dostęp do sieci dla swoich szkół.

Wciąż za mało szybkiego internetu

Nie jest wykluczone, że jeszcze we wrześniu zajdzie konieczność powrotu do zdalnego nauczania z powodu nasilenia się pandemii.

Rząd obiecuje, że w okresie od września do końca grudnia tego roku w prawie 4 tysiącach polskich szkół zostanie zainstalowany szybki, bezpieczny i bezpłatny internet. Wychodzi na to, że do takiego internetu będzie podłączanych po 1000 szkół miesięcznie.
Szybki internet dociera do szkół w ramach Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej – czyli programu publicznej sieci telekomunikacyjnej, dającej placówkom oświatowym należyty dostęp do sieci. Nadzoruje go minister cyfryzacji Marek Zagórski, zaś operatorem OSE jest Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa, która obecnie działa jako instytut badawczy i rejestr domen internetowych.

– Ogólnopolska Sieć Edukacyjna to kluczowy projekt z punktu widzenia modernizacji polskiej szkoły. Kiedy startowaliśmy, czyli we wrześniu 2017 r., tylko 10 proc. polskich szkół miało dostęp do szybkiego internetu. Do końca tego roku – zgodnie z planem – wszystkie szkoły z umowami będą miały dostęp do sieci – zapewnia minister Marek Zagórski.
A te umowy – na doprowadzenie internetu o odpowiednio wysokich parametrach – do tej pory z OSE podpisało 18,5 tysiąca szkół. Jak podaje resort cyfryzacji, dotychczas, w ciągu trzech lat 14,7 tysiąca placówek zostało już podłączonych do Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej – czyli po około 5 tys. rocznie. Teraz, wedle obietnic ministra cyfryzacji, szybki,bezpieczny i bezpłatny internet ma dotrzeć do prawie 4 tys. szkół w ciągu czterech miesięcy. Konieczne więc będzie wyraźne przyśpieszenie tempa wykonywanych prac, które w tym roku nie były tak dynamiczne jak w poprzednich latach.
Jak wyjaśnia dyrektor NASK dr. Kamil Sitarski, w okresie pandemii zaistniało wiele przeszkód w przyłączaniu szkół do OSE. – Część z tych przeszkód wiązała się z utrudnieniami w pracy szkół czy samorządów, a część z funkcjonowaniem operatorów telekomunikacyjnych. W okresie do marca do czerwca 2020 aż o 60 proc. spadły możliwości podłączeń szkół. Ale w niedługim czasie udało nam się powrócić do pierwotnego harmonogramu i już od sierpnia realizujemy podłączenia zgodnie z planem – powiedział dyrektor NASK.
OSE to nie tylko szybki, bezpłatny i bezpieczny internet w szkołach. To także sprzęt komputerowy, z którego mogą korzystać uczniowie i nauczyciele.

– W ramach naszej wspólnej inicjatywy- #OSEWyzwanie – 764 szkoły z całej Polski otrzymały mobilne pracownie komputerowe, czyli po 16 laptopów. Gdy ze względu na pandemię szkoły podjęły nauczanie zdalne, laptopy mogły być używane również w domach przez tych uczniów, którym brakowało sprzętu do nauki – powiedział szef NASK.

Niebawem do szkół dotrze z OSE kolejne 40 tysięcy szkolnych zestawów multimedialnych, czyli tablety z dostępem do internetu – obiecuje minister cyfryzacji Marek Zagórski.
Łącznie z OSE oraz z programów #ZdalnaSzkoła i #ZdalnaSzkoła plus do szkół trafił lub, wedle obietnic ministra wkrótce trafi, sprzęt o wartości około 400 mln zł
Ponadto, jak zapewnił minister Zagórski, dla wszystkich nauczycieli i uczniów dostępne są online materiały edukacyjne, które mogą przydać się podczas zdalnej edukacji.

– Już w marcu przygotowaliśmy portal GOV.pl/zdalnelekcje https://www.gov.pl/web/zdalnelekcje . Do czerwca skorzystało z niego 2,6 mln osób, które wygenerowały 67 mln odsłon. Opublikowaliśmy tam 3580 propozycji lekcji i 18660 materiałów edukacyjnych. W razie potrzeby – materiały na wrzesień są już gotowe – dodaje minister cyfryzacji, który przewiduje, że być może jeszcze we wrześniu zajdzie konieczność powrotu do nauczania zdalnego z powodu nasilenia się pandemii w Polsce.

Zapraszamy wszystkie szkoły, które do tej pory tego nie zrobiły, aby dołączyły do programu Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej. Nadal można to zrobić – apelują szefowie ministerstwa cyfryzacji i NASK.
Apel jest istotny, bo w Polsce działa około 23 tys. szkół, z których prawie 8 tys. rozpoczęło tegoroczny rok szkolny bez odpowiedniego dostępu do internetu.

Matematyka przekleństwem narodów

A przynajmniej, w większości tej ich części, która jeszcze musi chodzić do szkoły.

Dlaczego rodzice posyłają dzieci na dodatkowe lekcje matematyki? Otóż, z ogólnopolskiego badania wynika, że wcale nie dlatego, iż trafiło im się nieudane potomstwo, które do trzech nie umie zliczyć więc z rachunków zbiera najgorsze możliwe oceny.
Z raportu pt. „Matematyka po godzinach” przygotowanego przez międzynarodowy program edukacji matematycznej Mathriders, można wyciągnąć wnioski, że z dodatkowych lekcji matematyki korzystają głównie ci uczniowie, którzy nie mają problemów z ocenami z tego przedmiotu.
To nie może dziwić, bo ta większość uczniów, która sobie nie radzi z matematyką, szuka korepetycji pozaszkolnych, za które trzeba drogo płacić.

Lepiej pomagać zdolnym

Dlaczego ci słabi z liczenia nie szukają pomocy w szkole?
Otóż dlatego, że nauczyciele, jak każdy, nie lubią męczyć się z głąbami, natomiast znacznie chętniej pracują z uczniami zdolnymi i kreatywnymi, którym nie trzeba niczego wbijać do głowy, lecz tylko pozwalać im na rozwijanie swych zdolności. I do tego właśnie służą szkolne zajęcia pozalekcyjne.
Ważna jest też kwestia pieniędzy. Dodatkowe lekcje szkolne, prowadzone np. w postaci kółek przedmiotowych, są z założenia bezpłatne.
Tymczasem zaś, ciągnięcie matematycznych matołków za uszy powinno przynieść wymierny efekt w postaci lepszych ocen, bo inaczej rodzice będą mieli za złe. W przypadku lepszych uczniów, którzy i tak mają dobre stopnie, nie trzeba się o to martwić.
Zrozumiałe więc, że nauczyciele nie palą się do darmowej harówki na matematycznym ugorze z młodzieżą, która zbiera lufy. Zawsze wtedy pojawiałyby się podejrzenia o korupcję, zwłaszcza, gdyby prowadzili zajęcia wyrównawcze z uczniami ze swoich klas. Natomiast zajęcia dodatkowe dla zdolnych, pogłębiające wiedzę, można mieć ze swymi uczniami i nikomu to nie przeszkadza.

Kiepsko uczą matematyki

Rodzice mają generalnie kiepską opinię o nauczaniu matematyki w polskich szkołach.
Aż 82% badanych rodziców stwierdziło, że problemem szkolnym jest „nauka bez zrozumienia”, 68% badanych wskazało natomiast na brak odpowiedniego podejścia do ucznia na lekcjach matematyki w szkole.
Rodzice mają rację, bo gdy trzech czy czterech uczniów na dwudziestu kilku zbiera złe stopnie z matmy, może to oznaczać, że oni są kiepscy. Jeśli złe oceny dostaje zaś piętnastu czy dwudziestu – a tak się często zdarza – to znaczy to, iż nauczyciele matematyki są do niczego i należy ich zmienić. Problem w tym, że nie bardzo jest na kogo.
Najczęściej rodzice decydują się posłać dzieci na dodatkowe zajęcia z matematyki, ponieważ uważają – i słusznie – że matematyka pozytywnie wpływa na zdolność logicznego myślenia, rozwija kreatywność, poprawia koncentrację u dzieci, pomaga w znalezieniu popłatnej pracy.
I w ogóle, im więcej ludzi dobrych z matematyki w danym państwie, tym lepszy jest generalnie stan gospodarki tegoż państwa (choć nie zawsze).
Trzeba więc uznać za dobry objaw, że dodatkowe zajęcia pozalekcyjne z matematyki cieszą się coraz większą popularnością.

Potem im przechodzi

Podobno statystycznie ponad połowa dzieci w wieku od 5 do 6 lat jest uzdolnionych matematycznie – jednakże system nauczania matematyki w polskich szkołach sprawia, że potencjał zdolniejszych dzieci jest często zabijany.
– Przez wiele lat dodatkowe zajęcia z matematyki kojarzone były z korepetycjami dla tych, którzy tego przedmiotu nie lubią i nie potrafią. Obecnie, wybór dodatkowych zajęć z matematyki jest szeroki. Są lekcje dla dzieci uzdolnionych i miłośników tego przedmiotu – mówi ekspertka Małgorzata Grymuza.
Zgodnie z wynikami raportu, sporządzonego na podstawie ankiet przeprowadzonych wśród rodziców dzieci przedszkolnych i wczesnoszkolnych, 76% z nich przed rozpoczęciem dodatkowych zajęć lubiło matematykę, a jedynie 24% uczęszczających tam uczniów było innego zdania.
Odkrywanie potencjału matematycznego dziecka i dążenie do jego wykorzystania pozytywnie wpływa też na postępy w nauce. Zauważało to 73% ankietowanych rodziców.

Zanim się zniechęcą

Jak pokazują wyniki badania, dzieci bardzo lubią dodatkowe zajęcia i możliwość uczestnictwa w rozwiązywaniu matematycznych problemów i zagadnień. Potem, w miarę kontaktu z polskim systemem nauczania, skutecznie im to przechodzi.
W szlifowaniu matematycznych umiejętności najzdolniejszych uczniów pomocne mogą okazać się wszelkie materiały, które w przystępny i ciekawy sposób rozwijają umiejętności logicznego myślenia.
Na dodatkowych zajęciach dzieci i młodzież powinny również rozwijać motywację do nauki algebry, arytmetyki, a także geometrii. Wprowadzenie do matematycznego świata zagadek, ciekawostek, pojęć oraz mechanizmów może rozbudzić ciekawość naprawdę wielu uczniów.
Skutecznie sprzyjałaby temu nauka w małych grupach (od 4 do 8 osób).
Jak mówi Małgorzata Grymuza, nauka matematyki w małych grupach służy skupieniu na konkretnych zagadnieniach oraz interakcjom pomiędzy uczniami i nauczycielem. Buduje także poczucie własnej wartości i wiary we własne matematyczne umiejętności.
Zabawa, ruch oraz muzyka są ważnymi i chętnie wykorzystywanymi elementami w kształceniu matematyki. Badania wskazują, że kreatywne uczenie pomaga dzieciom w zrozumieniu zagadnień i osiągają one lepsze wyniki w szkole.
Nie dziwi więc wynik ankiety, że 90% rodziców posyłających dzieci na dodatkowe, rozwojowe zajęcia z matematyki (odbywające się w szkołach po lekcjach, właśnie w małych grupach) chętnie poleca je innym. Co jednak nie przekłada się na generalną poprawę nauczania tego przedmiotu w polskich szkołach.

Najważniejsza lekcja

Od tygodnia dzieci i młodzież w Polsce nie chodzą do szkoły. Przez ten czas nie dowiedziały się, jak obliczać iloczyn potęg o tej samej podstawie. Nie nauczyły się, czym się różnią organizmy samożywne od cudzożywnych. Nie zgłębiły charakterystyki pierwiastków o silnych właściwościach metalicznych. Nie zrobiły kilku dwutaktów i przewrotów w tył; nie próbowały przedrzeć się przez naszpikowany łaciną opis rzymskich łaźni na pierwszych stronach “Quo vadis”. Jak twierdzi rząd, stała im się krzywda, odebrano im prawo do nauki, wzięto je na zakładników, wykorzystano w grze politycznej.
Uczniowie oczywiście cieszą się z tego stanu rzeczy – niespodziewany tydzień przerwy nie wywołuje u małych czytelników Sienkiewicza żadnego żalu czy tęsknoty, szkoła jest dla ogromnej większości z nich przykrym obowiązkiem. Pewnie warto się zastanowić, czemu tak jest. Przede wszystkim jednak warto zauważyć, że strajkując nauczyciele przekazują swoim podopiecznym wiedzę i wartości, które nie zmieściły się w szkolnych programach.
Wielu z nich dzięki akcji strajkowej dowiedziało się, co to jest związek zawodowy. Uczniowie nauczyli się (a jest to, w 2019 roku, wiedza na tyle niszowa, że niemal tajemna), że pracownicy mogą się zrzeszyć, działać solidarnie i w porozumieniu i że mają wtedy wielką siłę. Na tyle dużą, że mogą zamknąć szkoły, które dla uczniów są przecież całym światem. Dowiedzieli się, co to jest strajk – że nie oznacza on oflagowania się, wyjścia na uliczny protest, zmiany obrazka na zdjęciu profilowym w mediach społecznościowych, ale odmowę pracy. Że wobec tego narzędzia walki, jeśli ludzie są ze sobą solidarni, system wciąż pozostaje bezbronny, nie da się nie traktować go poważnie. Przy okazji w mediach pojawiło się dawno nieużywane słowo “łamistrajk” – bycie łamistrajkiem jest tak samo złe, jak bycie skarżypytą. Uczniowie potwierdzili w ten sposób swoją intuicję, którą szkoła na co dzień wybija im z głowy: lojalność wobec zwierzchników zamiast wobec kolegów jest moralnie wstrętna. Strajkując, nauczyciele pokazują uczniom, że strategia posłuszeństwa, indywidualnego konformizmu i deklarowanej pokory wobec silniejszych nie jest wcale strategią najbardziej skuteczną. Że jeśli sam jesteś zbyt słaby, żeby walczyć o swoje, musisz dogadać się z innymi ludźmi w tej samej sytuacji i stworzyć wspólny front walki o godność – prawa bowiem zdobywa się w walce. To swoją drogą ważne słowo, będące tematem wielu szkolnych rozprawek – wreszcie dzieci dowiedzą się, że nie jest to wartość wyłącznie symboliczna, ale ściśle powiązana z tym, czy możesz w danym miesiącu zapłacić czynsz albo kupić nowe buty, kiedy w starych zrobi się dziura i że w walce o godną płacę nie ma niczego brudnego.
Jest to lekcja ważniejsza i bardziej potrzebna uczniom niż polski, angielski, przyroda i wuef. Nie tylko zresztą im – kiedy skończą szkołę, pójdą do pracy, będą naszymi kolegami i koleżankami. Być może dzięki temu, co się teraz dzieje w szkole, zamiast emocjonować się konkursem na pracownika miesiąca i podkładać nam świnie, żeby zyskać uznanie szefa, chętniej stworzą z nami komisję związkową, a słowo “strajk” będzie miało w ich głowie konkretne znaczenie, będą w stanie go sobie wyobrazić i zrozumieć jego potencjalną skuteczność.

Uczniowie będą się uczyć weganizmu

A to chyba rzecz jeszcze bardziej gorsząca od masturbacji!

Eksperci kampanii RoślinnieJemy i Fundacji Szkoła na Widelcu przygotowali scenariusz lekcji dedykowany uczniom klas I-III szkół podstawowych. W ramach zajęć dzieci dowiedzą się m.in. czym jest weganizm, a czym fleksitarianizm oraz dlaczego warto jeść dużo warzyw i owoców. Scenariusz trafi do ponad 1500 szkół w całej Polsce.
Materiały dla nauczycieli obejmują scenariusz lekcji, karty samodzielnej pracy dla dzieci oraz proste przepisy na roślinne przekąski, które można wykorzystać podczas warsztatów kulinarnych w szkolnej klasie. W trakcie lekcji dzieci będą uczone, ile warzyw i owoców powinno się spożywać w ciągu dnia, co to oznacza, że rośliny są zdrowe, czym różni się wegetarianizm od weganizmu i dlaczego ludzie na całym świecie coraz częściej nie jedzą mięsa w poniedziałki.
– Chcemy, żeby dzieci zrozumiały, dlaczego to właśnie rośliny powinny być podstawą dobrej diety, a także przekonały się, że warzywa można przyrządzić na wiele różnych sposobów, niekoniecznie w formie surówki, czy dodatku – tłumaczy Weronika Pochylska, koordynatorka kampanii RoślinnieJemy – W ramach zajęć nauczyciele wraz z uczniami mogą wspólnie przygotować proste i pyszne dania z warzywami w roli głównej, oraz w praktyczny sposób zapoznać się z ideą Roślinnych Poniedziałków – dodaje.
Tak zwane „Meatless Mondays” to akcja zapoczątkowana w Wielkiej Brytanii. Jej celem jest popularyzacja nie tyle całkowitego przejścia na weganizm, co zrezygnowania z produktów odzwierzęcych raz w tygodniu. Takie niezobowiązujące podejście do kuchni wegańskiej, określone jako fleksitarianizm, cieszy się coraz większym zainteresowaniem także w Polsce: według badania IBRiS z lutego 2018 r. prawie 60 proc. Polaków ogranicza spożycie mięsa.
Do udziału w Roślinnych Poniedziałkach zachęcane są jednak nie tylko osoby indywidualne, ale również restauracje – na ten moment na wprowadzenie całkowicie lub częściowo roślinnego menu w ten dzień tygodnia zdecydowało się ponad 300 miejsc. Teraz organizatorzy kampanii RoślinnieJemy razem z Fundacją Szkoła na Widelcu zamierzają zaszczepić ten trend w polskich szkołach. Co na to sami zainteresowani?
– Wydaje mi się, że jest to dobra inicjatywa, ponieważ przede wszystkim dzieci, które w przyszłości będą dorosłe, będą uczyć kolejne pokolenia – komentuje Mateusz Truszkiewicz, uczestnik programu Masterchef Junior i podopieczny Fundacji Szkoła na Widelcu – Dlatego warto od najmłodszych lat uczyć się kuchni roślinnej. To jest po prostu zdrowe i fajne, gdy się dobrze dobierze składniki – dodaje.

PPS z nauczycielami

10 stycznia br., Zarząd Główny Związku Nauczycielstwa Polskiego podjął uchwałę, którą de facto rozpoczął realizacje procedur związanych z wejściem w spór zbiorowy. Jest to odpowiedź związkowców na kolejne fiasko rozmów z minister edukacji. W konsekwencji coraz bardziej prawdopodobny jest strajk generalny w oświacie.

Dziś postawa nauczycieli każe nam uczciwie spojrzeć na problemy w oświacie. Nie powinniśmy traktować ich jedynie jako problemy nauczycieli. Jako Socjaliści uważamy, że Państwo powinno gwarantować młodym ludziom naukę na najwyższym możliwym poziomie. Tylko wtedy, będzie ono w stanie dobrze się rozwijać. Niestety, wydatki na oświatę w Polsce (w przeliczeniu na jednego ucznia) plasują nas znacznie poniżej średniej krajów UE. To ma swoje daleko idące konsekwencje.
We współczesnej Polsce rządzący przerzucają na rodziców największe koszty nauczania swych dzieci. Rodzice płacą za dodatkowe zajęcia, świetlice szkolne, wycieczki edukacyjne, składają się na doposażenie szkół itp. Dotyczy to nauki na każdym poziomie, również przedszkolnym, gdzie na przykład zajęcia dodatkowe są niestety również dodatkowo płatne. Już na tym poziomie nauczania, państwo kreuje podziały na bogatszych i biedniejszych, a co za tym idzie mających szansę wiedzieć więcej lub mniej (przy czym, szanse te nie wynikają z własnej woli czy możliwości dziecka). Naszym zdaniem, zdaniem Socjalistów, nauka szkolna powinna być w pełni gwarantowana przez Państwo, zatem obecna sytuacja jest niedopuszczalna.
Reformy oświaty nie przyniosły żadnej poprawy. Nieprzemyślane,źle przygotowywane, często w oparciu o ideologiczne przesłanki zmiany, doprowadziły do chaosu. Kolejni ministrowie udają, że wszystko jest w porządku. Przekonują, że sytuacja jest dobra, a nawet bardzo dobra.
Naszym zdaniem, w sytuacji gdy finanse państwa, zgodnie z zapewnieniami rządu, są w tak dobrej kondycji, nie ma powodów, aby nauczyciele nie mogli odczuć tej poprawy. Podwyżki, o które walczą, pozwolą uwierzyć, że rząd myśli o oświacie dojrzale. Nie można budować dobrego systemu kształcenia i wychowania  bez większych nakładów. Po 1989 roku pozycja nauczyciela była deprecjonowana przez koleje rządy. Dziś wreszcie pora to zmienić!
Polska Partia Socjalistyczna uważa, że dobrym początkiem będzie podniesienie pensji nauczycielom i pracownikom oświaty. Przecież rządzący tak pięknie tłumaczą, że zarobki w zarządach spółek skarbu państwa muszą być wysokie, muszą bowiem przyciągnąć do pracy profesjonalistów. Dziś PPS pyta, dlaczego  profesjonalistów w szkole można tak słabo opłacać?
Związek Nauczycielstwa Polskiego mówi o uporządkowaniu wielu kwestii w szkolnictwie, m. in. odbiurokratyzowaniu przedszkola i szkoły. Nauczyciele nie mają czasu na uczenie, wciąż wypełniają jakieś biurokratyczne zestawienia. To należny zmienić. Jednak jako Socjaliści przestrzegamy, zmiany po raz kolejny nie mogą być pozorowane i motywowane ideologicznie. Polska publiczna szkoła kolejnej takiej reformy może nie przetrwać. Nie skazujmy następnych pokoleń jedynie na prywatną edukację. Koniecznym jest dialog społeczny i wsłuchiwanie się w problemy, które nauczyciele zgłaszają. Opuszczanie sali negocjacyjnej niczego nie załatwia.
Polska Partia Socjalistyczna w pełni solidaryzuje się z nauczycielami. Popieramy strajk zapowiedziany przez Związek Nauczycielstwa Polskiego. Wraz ze związkowcami, domagamy się istotnych podwyżek płac dla pracowników oświaty i przywrócenia odpowiedniej rangi zawodowi nauczyciela.