Ważne zwycięstwo

Rzeszowskie pielęgniarki z Klinicznego Szpitala Wojewódzkiego nr 2 wygrały walkę o swoje, naruszane bezwstydnie, prawa pracownicze.
Przywrócono do pracy zwolnione z naruszeniem prawa działaczki związkowe, które nie były niczym innym jak tylko próbą zastraszenia dzielnych kobiet, wycofano pozew sądowy przeciwko pielęgniarce, która odważnie opowiedziała o fatalnej sytuacji w placówce. Dyrektor, którego metody rozwiązywania sporów polegały przede wszystkim na eskalowaniu konfliktu, zrezygnował z pracy. Zwycięstwo.

Czemu ono jest tak istotne?

Ponieważ jest to niezwykłe wydarzenie na tle dramatycznej bierności polskich pracowników najemnych. Od lat polskie społeczeństwo jest ofiarą zbrodniczego eksperymentu na świecie pracy. Setki tysięcy ludzi wyrzuconych na bruk bez żadnego zabezpieczenia. Tysiące z nich popełniło samobójstwa, zmarło w różnych dramatycznych okolicznościach. Ogromna liczba nigdy nie podniosła się z dna upokarzającego wykluczenia, przekazując kolejnym pokoleniom wyuczoną bezradność. Ci, którym udało się utrzymać na powierzchni, musieli przyzwyczaić się do nowego towarzysza życia – mdlącego strachu, że byle co może spowodować, że znajdą się znowu na dnie. Dodawali sobie wartości, ujmując jej innym. Że sami sobie winni, że są leniwi, że piją. Dziś za główną przyczynę bezrobocia większość pytanych uważa lenistwo tych, którzy pozostają bez pracy. Mistrzowski ruch kapitalizmu – doprowadzić ludzi do pozycji szmaty i wmówić im, że to ich wina.

A warto zauważyć, że w takiej samej sytuacji lud we Francji, w Chile i w innych krajach wychodził na ulice milionowymi tłumami. Polska klasa pracująca została tak skutecznie przemielona młynami neoliberalnej ideologii, że nie jest w stanie skutecznie zorganizować solidarnego zrywu, przed którym władza będzie musiała się cofnąć. Owszem, pojawiają się ogniska protestu, ale przegrywają, a każda porażka pozostawia blizny w mentalności protestujących. Przykład nauczycieli jest najbardziej jaskrawy.
Nie przeceniam zwycięstwa rzeszowskich pielęgniarek. Chce jednak wierzyć, że pokazały drogę, którą pójdą następni, dla których obrona ich godności będzie warta ryzyka i wyrzeczeń. A następnym krokiem (też chcę w to wierzyć) będzie strajk solidarnościowy, gdy pracownicy zrozumieją, że neoliberalne państwo stosuje wobec nich metodę salami – odkrawania plasterek po plasterku kolejnych źródeł protestu i pacyfikowania ich. A potem wyłonią ze swych szeregów ludzi, którzy naprawdę będą reprezentować ich interesy i nie będą tchórzliwie bajać o tym, co można w danej sytuacji politycznej, a o czym w żadnej sytuacji nie wolno nawet marzyć. Wtedy będzie szansa na zmianę.

Pielęgniarki nie odpuszczą

Tysiące pielęgniarek, hasła antymobbingowe i wezwania do dialogu zamiast zastraszania. Czy da się jeszcze uspokoić sytuację w Klinicznym Szpitalu Wojewódzkim nr 2 w Rzeszowie, gdzie dyrektor wręczył zwolnienia dyscyplinarne dwóm liderkom pielęgniarskiego związku zawodowego?

Napięcie w rzeszowskim szpitalu wojewódzkim narastało od zeszłego roku. Najpierw dyrektor placówki Krzysztof Bałata stwierdził, że pielęgniarek jest za dużo i uznał za stosowne nie przedłużać umów na czas określony około 200 z nich. Kiedy związki zawodowe zaprotestowały, dyrekcja, zwolniła dwie działaczki związkowe – przewodniczącą i wiceprzewodniczącą Zakładowej Organizacji Związkowej Związku Pielęgniarek Operacyjnych i Anestezjologicznych, i to dyscyplinarnie.

Solidarne wystąpienie

Tego było za wiele dla i tak fatalnie traktowanych pielęgniarek, które na darmo sygnalizowały dyrektorowi, że nowe cięcia personelu uniemożliwią normalne działanie placówki. 18 stycznia w Rzeszowie odbył się protest zorganizowany przez dwie organizacje związkowe, których działaczki zostały tak bezprawnie potraktowane. Na demonstrację przybyło ponad 2 tys. pielęgniarek i położnych z całego kraju. Byli obecni również miejscowi aktywiści Lewicy oraz posłanka Daria Gosek-Popiołek.

Oba związki wspólnie, jasno określiły swoje stanowisko.„Żaden związek zawodowy nie może przejść obojętnie obok problemów pracowników, obok niegodnych zachowań pracodawcy, obok niewłaściwego wynagradzania czy obok każdego, choćby najmniejszego problemu pracownika, który z nim zgłasza się do Nas. TO JEST ROLA ZWIĄZKÓW ZAWODOWYCH! Sami nie jesteście w stanie walczyć o wynagrodzenia, o poprawę warunków pracy, gdyż pracodawca nie będzie chciał z Wami na te sprawy rozmawiać” – czytamy w komunikacie podpisanym przez oba związki zawodowe.

Przyjadą do Warszawy

Przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych Krystyna Ptok sformułowała ostrzeżenie nie tylko pod adresem szpitala i jego nieodpowiedzialnego kierownictwa, ale też całego resortu zdrowia. Jeżeli konflikt w Rzeszowie nie zostanie rozwiązany zgodnie z oczekiwaniami działaczy i działaczek związkowych, to może zostać zerwane aktualne porozumienie pielęgniarek z ministrem zdrowia. Możliwa jest organizacja nowych protestów w Warszawie. Oczekiwania zaś są takie, że zwolnione działaczki zostaną przywrócone do pracy, a dyrektor wycofa pozew sądowy o zniesławienie przeciw działaczce OZZPiP Sylwii Rękas, od której domaga się także zapłacenia 20 tys. złotych na „cel społeczny”.

Formalnie zarówno sam dyrektor szpitala, jak i zarząd województwa podkarpackiego deklarują chęć do dialogu i rozwiązania sporu przy stole negocjacyjnym. W parze z deklaracjami o chęci rozmowy idzie jednak powtarzanie zarzutów pod adresem wyrzuconych z pracy liderek związkowych.

– Podkreślam, że spór został wywołany przez liderów dwóch związków wyłącznie w imię ich partykularnych interesów, bez poszanowania prawa i bez myślenia o szpitalu i jego pracownikach. Bronią posad, które utraciły w wyniku rażącego lekceważenia regulaminów pracy – pisze dyrektor Bałata w oświadczeniu wydanym przed manifestacją. Nie zamierza również wycofać pozwu przeciwko Rękas. W jego ocenie jeśli kobieta jest przekonana, że swoimi wypowiedziami nie zniesławiła szpitala i jego pracowników, powinna dowieść tego na sali sądowej.

To dlatego pielęgniarki podkreślają, że o żadnym konstruktywnym dialogu w Rzeszowie nie było dotąd mowy.

Znowu dyscyplinarki dla związkowców

Działalność dyrektora Klinicznego Szpitala Wojewódzkiego nr 1 w Rzeszowie Krzysztofa Bałaty doprowadziła do największego lokalnego konfliktu w polskiej służbie zdrowia w ostatnich miesiącach.

Kiedy dyrektor Bałata przejmował szpital dwa lata temu, placówka była zadłużona. Teraz ma ponoć nadwyżkę budżetową. Stan finansów nie przekłada się na podejście do personelu. Bałata rozpoczął urzędowanie od redukcji etatów. Uznał, iż pielęgniarek i położnych jest za dużo o 185-275 osób i zapowiedział, że umowy na czas nieokreślony nie będą przedłużane. Pielęgniarki alarmowały, że to dramatycznie zła decyzja, bo braki personelu i tak już zagrażały pacjentom. Głosy te zignorowano. Niedobory kadrowe menedżer zapełnia, zwiększając obciążenie pracą. Jak donosi „Duży Format”, Bałata „wydłużył niektórym pracownikom czas pracy, bez płacenia im dodatkowo”. Dyrektor stosuje też „rotacyjność” – jeśli na oddziale brakuje pielęgniarek, oddelegowuje się je z innego. „To największa zmora. Nie da się przeskakiwać między kardiochirurgią a rehabilitacją równie łatwo jak z działu warzyw na sery w hipermarkecie. Pielęgniarka ma specjalizację, podobnie jak lekarz. Dla nowych koleżanek bywa obciążeniem, bo nie wie, co ma robić. Złości pacjentów. Jako niepełnowartościowa nie dostaje nocnych dyżurów, jest więc stratna finansowo” – czytamy.

Kiedy pracownice zbuntowały się przeciwko takim porządkom, dyrektor dyscyplinarnie zwolnił najbardziej aktywne działaczki związkowe – przewodniczącą Zakładowej Organizacji Związkowej Związku Pielęgniarek Operacyjnych i Anestezjologicznych Katarzynę Ciurę oraz jej zastępczynię Joannę Buź.

– W ramach działalności związkowej pojechały do głównego inspektora PIP. Dyrektor Bałata uznał, że dopuściły się ciężkiego naruszenia podstawowych obowiązków pracowniczych – wyjaśnia Ewa Wronikowska, pełnomocniczka pielęgniarskich związków zawodowych.

Zdaniem pracownic to działanie odwetowe. Pielęgniarki alarmują, że dyrektor chce zniechęcić personel do walki o lepsze warunki pracy. Zamierzają protestować. W najbliższych dniach pod placówką odbędzie się demonstracja.

„W opinii Zarządu Związku, Dyrektor KSW Nr 2 w Rzeszowie działa z góry podjętym, ukierunkowanym zamiarem nieuprawnionego ograniczenia niezależności Związku Pielęgniarek Operacyjnych i Anestezjologicznych. Stosując politykę zastraszania działaczy związkowych, prowadzoną od momentu objęcia funkcji dyrektora KSW nr 2 w Rzeszowie, Dyrektor wypełnia znamiona czynu karalnego (art. 35 ust. 1 pkt 2 ustawy o związkach zawodowych), utrudniając wykonywanie działalności związkowej prowadzonej zgodnie z przepisami ustawy o związkach zawodowych i dyskryminuje – wbrew zakazowi, o którym mowa w art. 3 ust. 1 ustawy o związkach zawodowych – działaczy ZOZ ZPOA z powodu wykonywania przez nich funkcji związkowej” – czytamy w piśmie związków pielęgniarskich z Rzeszowa.

Czy znany, kurdyjski przywódca umrze w więzieniu?

Czy życie jednego z liderów tureckich Kurdów, uwięzionego Selahattina Demirtaşa, jest zagrożone? Jego siostra i prawniczka Aygul Demirtaş zamieściła alarmujące wpisy w mediach społecznościowych.

Były współlider Ludowej Partii Demokratycznej (HDP) odbywa wyrok czterech lat i ośmiu miesięcy pozbawienia wolności za „propagandę terrorystyczną”. Jest ponadto oskarżony jeszcze w innych sprawach, m.in. o terroryzm, grozi mu kara dożywocia (formalnie 142 lat więzienia). W ocenie obrońców praw człowieka nie ma żadnych wątpliwości, że Demirtaş, były deputowany tureckiego parlamentu, nie jest żadnym terrorystą i jest prześladowany przez reżim Recepa Tayyipa Erdogana za występowanie w obronie społeczności kurdyjskiej drogą parlamentarną, z socjaldemokratycznych pozycji.
Dziś alarmujące wpisy na temat Demirtaşa zamieściła na Twitterze jego siostra i prawniczka, Aygul Demirtaş. Kobieta napisała, że polityk stracił przytomność w celi w miniony wtorek, od dawna cierpi z powodu bólów w klatce piersiowej i kłopotów z oddychaniem. Pierwszej pomocy miał udzielić mu współosadzony, również były parlamentarzysta HDP Abdullah Zeydan; władzom więziennym prawniczka zarzuciła, że nie zareagowały na potencjalnie śmiertelnie groźną sytuację.
Dopiero po wpisie Aygul Demirtaş jej brat trafił do szpitala, o czym poinformowała prokuratura w Edirne. W jej oficjalnym stanowisku czytamy, że na wniosek osadzonego władze więzienne wezwały karetkę i sprowadziły lekarza, a następnie zapewniły Demirtaşowi transport do szpitala. Trudno nie zauważyć związku między publikacją prawniczki a nagłym oświadczeniem kierownictwa więzienia, które wcześniej niemal przez cały tydzień nie reagowało na zły stan zdrowia Demirtaşa. Aygul Demirtaş twierdzi tymczasem, że jej brat powinien znaleźć się pod opieką kardiologów, neurologów i gastroenterologów.
Selahattin Demirtaş był jednym z przywódców demokratycznej kurdyjskiej opozycji wobec rządów Recepa Tayyipa Erdogana. Aresztowany został jeszcze w 2016 r., gdy tureckie władze ponownie zaostrzyły politykę represji wobec tej grupy.

 

Rozmodlony Szczecin

W Szczecinie dzieją się niesamowite rzeczy, które są odbiciem tego, co dzieje się w całym kraju. Kościół + Państwo = Mafia.

W stolicy woj. zachodniopomorskiego tylko 24 proc. ludzi chodzi co niedzielę na katolicką mszę świętą, a mimo to władza hojnym gestem ciągle rozdaje ziemię Kościołowi na kolejne świątynie, które świecą pustkami i wcale nie są potrzebne. Ostatnio decyzją władz miejskich dano Kościołowi bez żadnego przetargu, za 0,3 proc. wartości (!), olbrzymią działkę na kolejny przybytek. Kościół jest w posiadaniu pieniędzy niewyobrażalnych dla przeciętnego obywatela i mógłby sobie tę działkę kupić, ale po prostu ją dostaje, dlaczego? Za walkę z tęczową zarazą?
Mieszkańcy pisali petycję, protestowali i protestują dalej…

Ale władze są na to głuche. Nie ma placów zabaw, nie ma domów kultury, nie ma boisk, ale za to na malutkim fragmencie ziemi jest szansa na największe zagęszczenie kościołów w całej Polsce.
Hierarchowie zdają się nie rozumieć, że kościoły nie mają właściwości automatycznego promieniowania. W okolicy nie wzrośnie wiara katolicka, choćby księża upchali po 30 obiektów sakralnych w dzielnicy.

Ciekawe rzeczy dzieją się też w lokalnej służbie zdrowia. W szpitalu wojewódzkim upycha się oddziały rehabilitacyjne i rehabilitację dzienną do coraz mniejszych pomieszczeń, a jednocześnie na gruntach przekazanych Kościołowi za 0, 1 proc. wartości katolicka instytucja robi sobie własny szpital rehabilitacyjny, gdzie w każdej sali wiszą oczywiście krzyże. A do tego zbija się tam jeszcze majątek świadcząc PŁATNE usługi medyczne, co jest po prostu absolutnie amoralne biorąc pod uwagę fakt, jak wiele miasto dopłaciło do tej „chrześcijańskiej” inwestycji.

I tak to się kręci. Kościół to firma, której wszyscy boją się sprzeciwić. A zamiast religii chodzi już głównie o handelek…

SORry

O tym, jak bardzo dla władzy korzystne okazało się nadmuchanie tematu „strasznych LGBT dewiantów” okazuje się teraz, gdy cała Polska mówi o śmierci 39-latka w sosnowieckim szpitalu. Mężczyzna zmarł w kolejce, po 9 godzinach – jak twierdzi rodzina – z winy bezczynności personelu.
Do szpitala skierował go lekarz pierwszego kontaktu już wtedy podejrzewając zator w nodze, który mógł zagrażać życiu pacjenta.
Minister Szumowski milczy jak zaklęty. Głos zabrał – w najbardziej lakoniczny, jak się dało sposób – wiceminister zdrowia Krzysztof Król. Stwierdził w krótkich żołnierskich słowach, że „wiele emocjonalnych doniesień w tej sprawie jest nieprawdziwych” i że „na SOR każdy ma poczucie pilności swojego stanu”. Próbował trochę grać starym numerem z „tymi wszystkimi ludźmi, co przychodzą na SOR z gorączką i katarem”, ale w przypadku 39-latka sprawa miała się trochę inaczej, bo najpierw prawidłowo poszedł po poradę do swojego lekarza rodzinnego, więc stanęło na „no tak, analiza zdarzenia musi być tutaj bardzo szczegółowa”. Upierał się jednak, że „z pewnością nie było tak, że pacjent siedział na krześle 9 godzin bez pomocy”.
A teraz
czas na akcent osobisty. Dwa lata temu spędziłam na SOR dokładnie 9 godzin – i owszem, co jakieś dwie godziny ktoś pobierał mi krew i sprawdzał, czy żyję. Przywiozła mnie karetka z dwoma ratownikami w środku. Kiedy ratownicy zjawili się w moim mieszkaniu, sarkali, że „mam się więcej nie diagnozować przez internet” i że „to na pewno nie jest wyrostek”. Do karetki kazali mi schodzić na piechotę, bez wózka, bez pomocy, mimo bólu. Żartowali: i po co mi to było, i tak będę czekać w kolejce jak wszyscy. I cóż – mieli całkowitą rację. Pielęgniarka podstawiła mi wózek po 9 godzinach, kiedy już mdlałam, i zapewne czekałabym na korytarzu jeszcze dłużej, aż wszystkie procedury się przemielą, gdyby w międzyczasie nie zmienił się lekarz dyżurny. Bo ten nowy, świeży, względnie szybko złapał się za głowę i zarządził: „ludzie, na oddział i operować!”. Kiedy doszłam do siebie, napisałam skargę. Ale w odpowiedzi dostałam tylko wzruszenie ramionami – przecież w końcu otrzymała pani pomoc, żyje, oddycha, wyrostek wycięty, no więc o co ci, babo, właściwie chodzi? Generalnie o to, że ten konkretny zabieg nie jest w XXI wieku jakimś wielkim halo. A mimo to służba zdrowia nie dała rady ogarnąć tego banalnego tematu bez narażenia pacjenta na dodatkowe, niepotrzebne cierpienie, na poniżające traktowanie, bez wywoływania poczucia winy, że w ogóle przyszło mi do głowy wezwać pomoc. Ale fakt, daliście radę mnie ciachnąć na czas. 39-letniego Krzysztofa – nie.
SOR
nie może stawać się rosyjską ruletką dla każdego, kto nie otrzyma na wejściu mitycznej czerwonej opaski, która oznacza, że tylko minuty dzielą cię od przejścia na tamten świat. Osoba dokonująca wstępnej selekcji również nie jest Duchem Świętym. Nie wie, ile osób aktualnie wyczekuje pod drzwiami, nie jest też w stanie wyczytać ze szklanej kuli, po jakim czasie i jak drastycznie może pogorszyć się stan pacjenta z zielonym. Pan X może zacząć słabnąć po 2 godzinach, pan Y być może wytrzyma 8.
Naczelna Izba Lekarska twierdzi, że Ministerstwo Zdrowia, planując budżet na 2019 rok, wzięło pod uwagę wskaźnik PKB za 2017. A to oznacza 10 miliardów złotych mniej niż wynosiłby rzeczywisty limit wydatków – czyli 4,92 procent. Tak, SORy działają tak jak działają dlatego, że wszystko rozbija się o kasę. Że pracuje tam garstka ludzi, którzy podczas niekończących się dyżurów muszą się dwoić i troić. Angażować sto procent uwagi na oddziale, na SOR i na przykład na bloku operacyjnym. Nieczułość wobec pacjenta? Internauci już wiedzą: to ona zabiła Krzysztofa. Tylko że ona również, jak wszystko, ma swoje przyczyny.
Ma swoje korzenie w przepracowaniu, w niewyspaniu, w ciągłym lęku o jutro, w opijaniu się hektolitrami kawy, bo kiedy dyspozytor gdzieś kieruje, nie można powiedzieć „pierdolę, nie jadę”. Na końcu tego łańcucha są pacjenci. Tak, również ci z gorączką i katarem, którzy często nie mają innej szansy na uzyskanie pomocy ambulatoryjnej i zrobienie badań. W przychodni „na macankę” nie da się stwierdzić na pewno, czy mamy do czynienia z zapaleniem pęcherza czy kamicą nerkową. Takich ludzi też kieruje się na SORy, gdzie wkurzeni, przemęczeni, źle wynagradzani są wszyscy: od pani rozdającej opaski i mierzącej ciśnienie, przez pielęgniarkę biegająca pomiędzy 60 oczekującymi osobami aż po lekarza dyżurnego, który po wielu godzinach pracy bez przerwy już nie widzi na USG zapalenia wyrostka i najchętniej wysłałby delikwentkę z bolącym brzuchem na kopach do domu.
Zgadzam się, że żaden pacjent nie powinien ponosić z tego tytułu konsekwencji. Ale czas przestać się oszukiwać: dopóki system ochrony zdrowia będzie niedofinansowany leżał i kwiczał, a SOR będzie robił za sortownię odsiewającą pacjentów, dla których nie ma ambulatoryjnej alternatywy, pacjenci będą te konsekwencje ponosić. I będą umierać. Raz przez niedopatrzenie pani z opaską, raz przez to, że lekarz nie zmienił skrajnie przemęczonego kolegi na czas. Raz przez to, że chirurg akurat ciął kogoś innego na bloku.
Czekając
w środku nocy na USG gdzieś na fafnastym piętrze, zobaczyłam jednego z „moich” ratowników, tego bardziej niemiłego. Leżał na podłodze, żeby złapać chociaż 5 minut snu. Wszyscy jesteśmy ofiarami tego cholernego systemu.

Pielęgniarki chore z bezsilności

Najpierw pielęgniarki z Lublina zaczęły masowo odchodzić na przedłużające się L4. Teraz tę strategię zastosowały ich koleżanki z Biłgoraja. To najwyraźniej jedyny sposób, aby zmusić pracodawców do refleksji nad tym, że ich wynagrodzenia w tym regionie należą do najniższych w Polsce.

 

Lublinowi się udało: wywalczył 1000 zł podwyżki. Ale szpital udawał, że problemu nie widzi. Dopiero kiedy na zwolnienia poszło 20 procent załogi, dyrekcji zaświtało w głowie, że może chodzić o podwyżki.
Na spotkaniach z pracownikami pojawiały się głosy od pielęgniarek, że ich wynagrodzenia są za niskie i że chcą podwyżek. Nie dostałem jednak żadnego oficjalnego komunikatu dotyczącego np. proponowanych kwot – tłumaczył się w mediach dyrektor Tomasz Kwiatkowski.
Niedomyślni
Ale ze strony pielęgniarek wygląda to nieco inaczej:
– Ponad 130 pielęgniarek z biłgorajskiego szpitala ma 1700–1800 zł brutto zasadniczego wynagrodzenia i to są już kwoty po dodaniu tzw. zembalowego. Wcześniej było to nawet 1400 zł brutto. To jedne z najniższych zarobków pielęgniarek w woj. lubelskim – mówiła Maria Olszak-Winiarska, przewodnicząca Zarządu Regionu Lubelskiego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych.
Ale wypowiedzi dyrektora każą przypuszczać, że i tak o on uważa się tu za najbardziej pokrzywdzonego: – W związku z nieobecnością części pielęgniarek w pracy byliśmy zmuszeni do zamknięcia oddziału chorób wewnętrznych i przeniesienia pacjentów na inne oddziały, a także wstrzymania zabiegów planowych i pobytów diagnostycznych. Musimy się też posiłkować personelem z sąsiednich szpitali, a także z nocnej i świątecznej opieki. Jest to smutna sytuacja. Powiem szczerze, że widok pustych łóżek i szpitala jest jednym z najbardziej przykrych widoków dla lekarza.
Smutny widok
Bardzo smutnym widokiem dla wykwalifikowanego pracownika jest również przelew w wysokości 1700 zł, mogę się założyć.
– Wynagrodzenia są regulowane ustawą. Trudno mówić o jakichkolwiek podwyżkach, bo spółka jest w stanie upadłości i nie może zaciągać żadnych zobowiązań – oświadczył dyrektor. W poniedziałek 18 czerwca odbyło się spotkanie z udziałem przedstawicieli władz województwa, starosty i NFZ. Przekonywano pielęgniarki, że „działają na szkodę szpitala”. Był też syndyk zarządzający placówką.
Zapomnijcie o podwyżkach
– Proszę się uspokoić i wrócić do pacy wykonujemy kontrakt i to jest najlepsza droga do tego, żeby udało nam się szpital płynnie przeprowadzić przez ten trudny okres – apelował do pielęgniarek.
Starosta też nie widział nadziei na podwyżki: – To prosta droga do likwidacji szpitala, który jest przecież bardzo potrzebny w Biłgoraju. Zależy nam na tym, żeby on funkcjonował. Ale przy ograniczonej ilości oddziałów automatycznie ograniczamy ilość procedur, a co za tym idzie zmniejszają się środki z NFZ. Należy wykonywać więc jak najwięcej procedur, a do tego potrzebni są pracownicy.
Porozumienia nie ma. Pielęgniarki apelują ze swojej strony o racjonalizację płac. A dyrekcja czeka na uprawomocnienie się wyroku o upadłości. Wtedy, jak podaje lokalna prasa, zaistnieje szansa, że szpital zostanie przejęty np. przez starostwo powiatowe.