Powstanie w śmietanie

„W” jak Warszawa i walka, „w” jak wypaczanie pamięci, „w” jak wynocha zdrowy rozsądku, wreszcie „w” jak wydymani na własne życzenie.

Sporo tego, a przecież historia zawsze ta sama, natomiast zmianom ulega narodowa mitologia, karykaturalnie zniekształcając dziejową optykę. W ujęciu patriotycznym tamto powstanie prawie wgniotło okupacyjne siły niemieckie w ziemię, o czym obecnie zaświadczają rozliczne defilady prawie zwycięstwa i wspomnienia co rok młodniejących prawie kombatantów, których kabaretowe portrety na potrzeby obowiązującego kursu polityki historycznej dziatwa może przyswajać np. dzięki serialowi „Czas honoru”.
Zaiste, honor to wielki, siłami niespełna 40 tys. młodziaków, z których jedynie około 5 tys. miało w rękach coś, co mogło pretendować do miana broni, wywołać u okupanta stan białej gorączki, dając okazję do wymordowania 150-200 tys. cywilów, wywózki 50 tys. do obozów zagłady i kolejnych 100-150 tys. na roboty przymusowe, a wszystko kosztem zaledwie 16-18 tys. zabitych i mniej więcej 20 tys. rannych powstańców. Oni walczyli nie o zwycięstwo, lecz o wolność.
Tylko czyją i jaką?
Restauracja II RP w połowie roku 1944, jako wynik „negocjacji” przywódców akowskiej ruchawki ze Stalinem była taką samą mrzonką, jak mityczna wolność w krótkim okresie jej chwiejnego trwania. Obraz międzywojennej Polski to prawdziwa sielanka. O tak, było do czego tęsknić.
Granice II RP tworzono w krwawym znoju do roku 1921. W skrócie wyglądało to tak: wojna polsko-ukraińska trwająca od listopada 1918 do września 1919 (to właśnie ten konflikt oraz późniejsze polskie represje wobec ludności ukraińskiej odbiły się bolesną czkawką na Wołyniu w latach 1943-1944), powstanie wielkopolskie na przełomie 1918 i 1919, zatarg o Śląsk Cieszyński z Czechami (styczeń-luty 1919), wojna polsko-bolszewicka (1919-1920), trzy powstania śląskie (sierpień 1919, sierpień 1920, maj-lipiec 1921), spór z Litwą o Wilno (w październiku 1920 na polecenie Piłsudskiego gen. Żeligowski urządza prowokację, będącą pretekstem do zajęcia przez armię polską należącego do Litwy miasta), niekorzystne dla Polski wyniki plebiscytów na Warmii i Mazurach. W październiku 1938, wykorzystując fatalną sytuację polityczną zagarnianej przez Hitlera Czechosłowacji, polskie wojsko zajęło Zaolzie, czym rząd polski chciał sobie powetować straty po starciu z roku 1919.
Konstytucja marcowa (17 marca 1921) tworzyła sytuację, w której sejm dominował nad władzą wykonawczą. Towarzysząca temu ordynacja proporcjonalna i polityczne swary doprowadziły do permanentnego braku sejmowej większości mogącej podtrzymać rząd. Efekt – od listopada 1918 do maja 1926 Polacy cieszyli się aż czternastoma gabinetami.
Kołomyjce stanowisk kres położył chwilowo zamach majowy Piłsudskiego, który jednakowoż odmówił wcześniej kandydowania na prezydenta. Wybrany prezydentem 9 grudnia 1922 Narutowicz został zamordowany kilka dni później w trakcie trwającej przeciw niemu kampanii Narodowej Demokracji (sic!). Do przełomu 1924 i 1925 przez kraj przetacza się fala strajków robotniczych. Szaleje hiperinflacja. W starciach z policją i wojskiem w Krakowie (listopad 1923) ginie 18 cywilów i 14 żołnierzy. W związku z coraz gorszą sytuacją ekonomiczną kraju w 1925 upada gabinet Grabskiego, a niedługo po nim Skrzyńskiego. Potem prawicowy rząd Witosa zostaje obalony przez Piłsudskiego. Bilans walk na ulicach Warszawy, trwających od 12 do 15 maja, to niemal 400 zabitych i około 1000 rannych.
1 maja 1926 Zgromadzenie Narodowe wybiera Piłsudskiego prezydentem. Jednak ten odmawia, woląc pociągać za sznurki zza kulis. Prezydentem zostaje wskazany przez niego Mościcki, będący w istocie jedynie marionetką. Po trwających cztery lata przepychankach, PPS, PSL Wyzwolenie, PSL Piast, Stronnictwo Chłopskie, NPR i Chrześcijańska Demokracja tworzą partyjny blok nazwany Centrolewem, którego głównym celem jest zwalczanie dyktatorskich ambicji sanacji. Piłsudski podejmuje decyzję o przedterminowym rozwiązaniu sejmu, a w nocy z 9 na 10 września 1930 przywódcy Centrolewu zostają aresztowani i osadzeni w twierdzy brzeskiej.
Od tej chwili (po wyborach wygranych w listopadzie 1930 przez wspierany przez rząd Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem) aż do śmierci marszałka w 1935, trwają tzw. rządy pułkowników. Rządzili twardą ręką — ciała ofiar tamtego okresu odnaleźli później przypadkowo hitlerowcy, którzy tak jak polscy pułkownicy uznali Las Kabacki za dogodne miejsce egzekucji i grzebania martwych opozycjonistów.
Od 1934 do 1939 w Berezie Kartuskiej działał obóz koncentracyjny przeznaczony wyłącznie dla przeciwników rządów sanacyjnych. Choć nie tak rozległy i działający na mniejszą skalę niż późniejsze obozy hitlerowskie, to jednak i jego więźniowie nie mogli narzekać na brak atrakcji. Bicie i poniżanie były tam normą. Opornych politycznie tłuczono drewnianymi pałkami m.in. w stopy, rozciągając torturowanych na tzw. koziołku; wylewano na nich pomyje w nieogrzewanych celach, zrzucano ze schodów ze związanymi z tyłu rękami itp. Na terenie obozu funkcjonował „karcer”, w istocie głęboki dół wypełniony fekaliami, w którym niektórzy więźniowie spędzali niekiedy nawet trzy dni. Z relacji świadków wynika, iż pewnej listopadowej nocy zamarzło tam co najmniej dwóch skazańców.
Oficjalna liczba zabitych w Berezie to jedynie 17 osób. Ilu ich było naprawdę? Zapewne nigdy się nie dowiemy. Przez obóz przeszło wedle szacunków polskich historyków od 3 do 4 tys. ludzi. Wielu z nich wyszło stamtąd jako złamane psychicznie kaleki, którym opozycyjna działalność polityczna na dobre z głów wywietrzała.
Choć II RP podpisała w Wersalu tzw. traktat mniejszościowy (18 czerwca 1918), gwarantujący mniejszościom narodowym w Polsce prawo do zakładania szkół uczących w językach narodowych, oraz dofinansowanie rządowe dla tego typu placówek publicznych, to faktycznie zapisy te pozostały martwe. Konstytucja marcowa w szumnie brzmiących słowach zrównywała wobec prawa wszystkich obywateli Polski, mimo to sejm nigdy nie uchwalił przepisów wykonawczych umożliwiających praktyczną realizację górnolotnych deklaracji dotyczących praw mniejszości do tworzenia organów samorządowych.
Nie powstały też szkoły dla mniejszości, finansowane ze środków państwowych. Działające oficjalnie bojówki endeckie dopuszczały się aktów przemocy wobec Żydów, Białorusinów i Ukraińców. Na uczelniach funkcjonowało tzw. getto ławkowe – studentom pochodzenia żydowskiego nie wolno było usiąść na zajęciach, a złamanie zakazu groziło pobiciem. Przekonał się o tym m.in. prof. Tadeusz Kotarbiński, zaatakowany przez endeków za to, iż zaoferował swoje krzesło zmuszonej do słuchania wykładu na stojąco żydowskiej studentce. Potem przez wiele lat musiał korzystać z ochrony.
Wspierana przez armię polską brutalna akcja kolonizacyjna na Kresach Wschodnich doprowadziła do tego, iż Polacy byli przez tubylców znienawidzeni, tych w istocie sprowadzono bowiem do roli obywateli drugiej kategorii. Osiedlaniu Polaków towarzyszyły pacyfikacje wsi, zabójstwa i gwałty, wysadzanie cerkwi dynamitem.
Dla przedstawicieli mniejszości awans społeczny w Polsce okresu międzywojnia był zablokowany. Nie mieli dostępu do posad państwowych. Byli marginalizowani, traktowani jak problem, z którym zajęty sobą rząd polski po prostu nie miał czasu się ostatecznie uporać. Z tego kłopotu wybawiła go dopiero niemiecka okupacja.
Skłócona niemal ze wszystkimi sąsiadami, Polska osuwała się w otchłań niepodległościowego delirium, opierając swą politykę zagraniczną na iluzorycznych sojuszach z Francją i Wielką Brytanią.
Dzisiejsza propaganda roztacza przed młodymi Polakami wizję II RP jako legendarnej krainy miodem i mlekiem płynącej, gdzie ludziom żyło się szczęśliwie i dostatnio, królowały zaś społeczna równość, pluralizm polityczny i tolerancja. Ów raj odebrali nam podstępni agresorzy, w których roli Polacy rzekomo nigdy wcześniej nie występowali.
Opowieści o warszawskim zrywie to już jeno szemranie wyschłego strumyka. Czy w zbolałej głowie kilkunastolatka, zmuszonego patrzeć, jak rozgrzani wódką Ukraińcy w mundurach SS robią z cnoty jego dzielnej koleżanki-łączniczki jesień średniowiecza, zaświtała myśl: „Po co nam to było?” Czy gdy mu już tę głowę użynali dla zabawy bagnetem, myślał o wolnej Polsce? Czy animatorzy tego szaleństwa zastanawiali się, ilu takich żółtodziobów nie wróci już do swych zrozpaczonych matek? Dziś nikogo to już nie obchodzi.
Dopóki siedzieli okrakiem na barykadzie, świeciło słonko, a nad głową powiewał biało-czerwony sztandar, mogli przenosić góry.
Potem przyszło się zmierzyć z rzeczywistością, a ta zawsze boleśnie weryfikuje nacjonalistyczną megalomanię. Nie było pięknej i dobrej Rzeczpospolitej, nie było wyśnionego zwycięstwa. Zakłamywanie historii poprzez gloryfikację niegdysiejszych klęsk czyni nas narodem wyjątkowym, ale na pewno nie godnym szacunku i naśladowania.
Zważywszy rozmiary tragedii, syreny powinny wyć nie przez minutę, ale bez przerwy przez 63 dni.

Polskość jako nienormalność

Pociągi uporczywie spóźniające się nawet latem, nieuleczalna dewocja i klerykalizm nawet na zarobkowej emigracji, archaiczny nacjonalizm, reakcyjny lud, masochistyczna ucieczka od demokracji, wolności i Europy w kraju hasła „za wolność naszą i waszą” oraz niegdysiejszych nałogowych słuchaczy Radia Wolna Europa, samobójczy azymut na euroexit. Kraj, którego rząd jako jedyny głosuje przeciw własnemu realnemu kandydatowi na szefa Rady Europejskiej (1:27) i którego nowy „europejski i światowy”, „technokratyczny” premier-finansista z bankowym rodowodem deklaruje w pierwszych godzinach po nominacji, że chce rechrystianizować Europę i przeciwdziałać laicyzacji Polski. I w którym taki lewicowy, racjonalny, lewicowy, zdroworozsądkowy polityk jak Jerzy Szmajdziński poleciał, niczym Piłat w credo, z kleropisostwem na ich polityczną imprezę, by zginąć razem z nimi pod Smoleńskiem bezsensowną śmiercią. I to ma być normalny kraj?

Śmieszny i żałosny teatr polskości

Jednym z ulubionych motywów wykorzystywanych przez propagandę PiS przy grillowaniu Donalda Tuska jest jego głośna już dziś wypowiedź w ankiecie katolickiego miesięcznika „Znak” w 1987, dotyczącej stosunku do polskości. Nie on pierwszy dostrzegł dokuczliwą polską nienormalność, nie jego to monopol na tego rodzaju refleksję, ale skoro to akurat jego wypowiedź budzi na prawicy takie wzburzenie, zatrzymajmy się przy niej. Ponieważ to tylko jedno zdanie wyrwane z obszernego kontekstu, sięgnijmy do źródła i poznajmy w końcu tę inkryminowaną wypowiedź. Brzmiała ona w całości tak:
„Polskość jako zadany temat…Wydawałoby się: tylko usiąść i pisać. A tu pustka, tylko gdzieś w oddali przetaczają się husarie i ułani, powstańcy i marszałkowie, majaczą Dzikie Pola i Jasna Góra, dziejowe misje, polskie miesiące, zwycięstwa i klęski. Zwycięstwa?
Jak wyzwolić się z tych stereotypów, które towarzyszą nam niemal od urodzenia, wzmacniane literaturą, historią, powszechnymi resentymentami? Co pozostanie z polskości, gdy odejmiemy od niej cały ten wzniosło-ponuro-śmieszny teatr niespełnionych marzeń i nieuzasadnionych rojeń? Polskość to nienormalność – takie skojarzenie narzuca mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu. Polskość wywołuje u mnie niezmiennie odruch buntu: historia, geografia, pech dziejowy i Bóg co jeszcze wie, wrzuciły na moje barki brzemię, którego nie mam specjalnej ochoty dźwigać, a zrzucić nie potrafię (nie chcę mimo wszystko?), wypaliły znamię i każą je z dumą obnosić. Więc staję się nienormalny, wypełniony do granic polskością, i tam gdzie inni mówią człowiek, ja mówię Polak; gdzie inni mówią kultura, cywilizacja i pieniądz, ja krzyczę Bóg, Honor i Ojczyzna (wszystko koniecznie dużą literą); kiedy inni budują, kochają się i umierają, my walczymy, powstajemy i giniemy. I tylko w krótkich chwilach rozważamy nasz narodowy etos odrobinę krytyczniej, czytamy Brzozowskiego i Gombrowicza, stajemy się normalniejsi. Jest jakiś tragiczny rozziew w polskości – między wyobrażeniem a spełnieniem, planem a realizacją. Jest ona etosem pechowców, etosem przegranych i zarazem niepogodzonych ze swą przegraną. Wolność jest w nim wartością najwyższą (…) porywa się na czyny wielkie z mizernym zwykle skutkiem. Polskość w rzeczy samej jest nieadekwatną do ponurej rzeczywistości projekcją naszych zbiorowych kompleksów. Piękniejsza od Polski jest ucieczka od Polski tej na ziemi, konkretnej, przegranej, brudnej i biednej. I dlatego tak często nas ogłupia, zaślepia i prowadzi w krainę mitu. Sama jest mitem. Tak, polskość kojarzy się z przegraną, z pechem, z nawałnicami. I trudno, by było inaczej. Czym jest nasze życie? – pisał Andrzej Bobkowski w „Szkicach Piórkiem” (ile w nich trafnych uwag o polskości!). – Nawijaniem na kawałki tekturki krótkich kawałków nitki bez możności powiązania ich ze sobą. Gdzie mam szukać metryki urodzenia mojego dziadka? Gdzie odnaleźć ślad prababki? Do czego przyczepić cofającą się wstecz myśl? Do niczego – do opowiadań, prawie do legend tego kraju, który wynajął sobie w Europie pokój przechodni i przez dziesięć wieków usiłuje urządzić się w nim z wszelkimi wygodami i ze złudzeniem pokoju z osobnym wejściem, wyczerpując całą swą energię w kłótniach i walkach z przechodzącymi. Jak myśleć o urządzeniu tego pokoju ładnymi meblami, bibelotami, serwantkami, gdy ciągle błocą podłogę, rozbijają i obtłukują przedmioty? To nie jest życie, to ciągła tymczasowość życia motyla i dlatego w charakterze naszym jest może tyle cech przypominających tego owada. Jakim cudem mamy być mrówkami?… Gdy spisuję te luźne uwagi, czuję w każdym momencie, że coś umyka, że z wielkim trudem formułuję nawet banalne myśli. Refleksja zniekształcona jest nastrojem, emocją, a i te są zmienne. Bo choć polskość wywołuje skojarzenia kreślone przez historię, jest ona przecież dzianiem się, jest niepewnym spojrzeniem w przyszłość. I szarpię się między goryczą i wzruszeniem, dumą i zażenowaniem. Wtedy sądzę – tak po polsku, patetycznie – że polskość, niezależnie od uciążliwego dziedzictwa i tragicznych skojarzeń, pozostaje naszym wspólnym świadomym wyborem”.

PiS oburza się na „myślozbrodnię”

Tymczasem, zamiast cieszyć się z wyjątkowości i nienormalności pozycji Polski, o którą tak walczy gdzie tylko może, PiS oburza się na słowa Tuska i robi z nich pałkę na niego i jego rzekome „wynarodowienie”. A przecież nie da się w tej wypowiedzi znaleźć najmniejszego akcentu wrogości do własnego kraju, lecz tylko gorycz. Jak na przypisany mu lekceważący wizerunek mało skomplikowanego chłopaka z gdańskiego podwórka i „haratacza w gałę”, Tusk jawi się w tej wypowiedzi jako człowiek nie pozbawiony skłonności do głębszej refleksji i do namysłu nad sprawami fundamentalnymi, a nazwisk myślicieli krytycznych w stosunku do polskości, Brzozowskiego, Gombrowicza i Bobkowskiego też mu wtedy przecież nie przygotował premierowski asystent od researchu. Zamiast więc podpisać się w imię mesjanistycznej pychy pod tuskowymi wynurzeniami, PiS traktuje tę wypowiedź jak dowód jego „myślozbrodni”.

Trafna diagnoza

„Piękniejsza od Polski jest ucieczka od Polski tej na ziemi, konkretnej, przegranej, brudnej i biednej. I dlatego tak często nas ogłupia, zaślepia i prowadzi w krainę mitu” – napisał Tusk w zacytowanej wypowiedzi ankietowej. A czyż nie ma racji? Przecież tej Polsce to właśnie PiS podsunął wyborcom, niczym dealer narkotyków, stary, mesjanistyczny krzepiący mit o wspaniałej Polsce, której misją jest naprawienie niemoralnej Europy.
Spóźniające się pociągi i inne rozkosze życia w Polsce
A przecież wystarczy krótkie zebranie myśli, by sobie uświadomić jak nienormalna jest ta Polska, której chwałę pompuje PiS w swojej propagandzie. Ot choćby pierwszy z brzegu fenomen: niepokonywalny przez nikogo problem masowo spóźniających się pociągów. Czy wokół mroźna i śnieżna zima, czy ciepła wiosna i lato lub pogodna jesień, pociągi w Polsce spóźniają się tak samo często i nie są to bynajmniej spóźnienia pięciominutowe, lecz na ogół sięgają kilkudziesięciu minut, godziny czy kilku godzin. I nie chodzi o to, że „sorry, taki mamy klimat”, jak stwierdziła kiedyś PO-wska minister Bieńkowska, odnosząc się do pamiętnych spóźnień kolejowych podczas ataku zimy. W każdym kraju może się zdarzyć w sytuacji ekstremalnej, ale przecież ileż razy każdy z nas doświadczył ponadgodzinnych, a bywało że i wielogodzinnych spóźnień pociągów w łagodnej temperaturze powyżej 20 stopni, gdy mróz nie skręcał szyn, słoneczko uśmiechało się z nieba i nawet najmniejszy powiew wietrzyku nie mógł zdmuchnąć lokomotywy z toru. I czy kraj, który od niepamiętnych czasów nie może rozwiązać tego problemu, można nazwać normalnym?

Nacjonalizm i polexit

W czasach gdy w cywilizowanej Europie tradycyjny ideologiczny, generujący konflikty i wojny nacjonalizm dawno już został przeniesiony do lamusa historii i gdy zdawało się, że i Polska dołączyła do tego nurtu, doszła u nas do władzy formacja, która rozpętała szowinistyczny paroksyzm na skalę nieznaną od lat trzydziestych XX wieku. Kraj będący częścią Unii Europejskiej i czerpiący z tego członkostwa profity, z jakich Polska nie korzystała nigdy w swojej tysiącletniej historii, odnosi się dziś do swoich europejskich partnerów z Berlina, Brukseli czy Paryża jak do śmiertelnych wrogów, a do przyjaźnie do Polski odnoszących się Niemiec tak, jak Józef Beck do hitlerowskich Niemiec w buńczucznej mowie z 5 maja 1939. Czy kraj, którego rząd atakuje i odnosi się z pogardą do Unii, dzięki której tak bardzo dźwignął się cywilizacyjnie w ciągu minionych kilkunastu lat, jest normalny? Czy kraj, którego rząd uprawnione skargi polskich eurodeputowanych na jego represyjne praktyki nazywa „zdradą”, „Targowicą” i „donoszeniem” jest normalny? Czy jest normalny kraj, którego rząd dokonuje faktycznego polexitu, choć tylko silna i ścisła obecność w strukturach Europy może uchronić Polskę od geopolitycznej, śmiertelnie niebezpiecznej samotności?

Klerykalizm i religianctwo

Cywilizowana Europa już dawno, wzorem Francji, rozstała się religijnością typu fanatycznego, średniowiecznego, prozelickiego, upatrując w niej i w klerykalizmie źródeł nieustannej infekcji społecznej, postaw antydemokratycznych i wstecznictwa obyczajowo-kulturowego. Kościoły, w tym katolicki, działają w tych krajach swobodnie, ale w skali odpowiadającej normom państwa prawa, wolności i demokracji.
W Polsce Kościół katolicki jest superpaństwem w państwie, hegemonem korzystającym z ponadnormatywnych przywilejów z finansowymi na czele, wpływającym na politykę i szarogęszącym się ponad wszelkie reguły elementarnej przyzwoitości. Tymczasem popiera go tak wielu polskich obywateli nie tylko tu, nad Wisłą, ale i ci, którzy żyją na zarobkowej emigracji. Wydawałoby się, że wyjechawszy za granicę, uzyskali okazję, by korzystać z wolności od oddziaływania męczącego Kościoła kat. i jego proboszczów. Ale gdzie tam! I na „obczyźnie” wielu Polaków dobrowolnie poddaje się tej religijnej presji i nacjonalistycznym nastrojom. Na ulicach laickiego Paryża już nieraz można było zobaczyć groteskowo tam wyglądające proklerykalne i nacjonalistyczne demonstracje emigracyjnych „Klubów Gazety Polskiej”, a polskie parafie emigracyjne żyją jak pączki w maśle. Niezliczone przecherstwa, finansowe, polityczne i akty pedofilskie kleru nie wzbudziły w wielu Polakach postawy na tyle krytycznej, by „kichnąć na tę przeklętą budę”, jak mówił w „Potopie” pan Kuklinowski. Czy normalny jest kraj, w którym Polak-katolik jest nieuleczalny bez względu na wszystko, a lekcja Gombrowicza została zmarnowana?

Łagodny socjalizm i brak lewicy w parlamencie

Polska to kraj, w którym nawet rządy PRL-owskiej lewicy – na ogół, choć były okresy pod tym względem wyjątkowe – zamiast nade wszystko zabiegać o realizację idei socjalistycznych – w pierwszym rzędzie bacznie dbały o to, by nie narazić się Kościołowi kat. a praktyka pokątnego cokolwiek chodzenia do kościoła przez członków PZPR była traktowana jako rodzaj polskiego folkloru. Czy taki kraj można uznać za normalny? Znane jest powiedzenie o „najweselszym baraku w obozie” realnego socjalizmu. Chodziło w nim o to, że pod rządami PRL-owskiej lewicy Polska uniknęła wynaturzeń i poziomu represji, do jakich doszło w innych krajach tamtego obozu, choćby w NRD, Czechosłowacji i na Węgrzech, o ZSRR nie wspominając. Tymczasem w tamtych krajach (łącznie ze zjednoczonymi Niemcami) lewica jest w parlamencie, a w Polsce, kraju, w którym sprawowała władzę w sposób nieporównywalnie łagodniejszy, a po 1989 roku walnie przyczyniła się do rozwoju demokracji i do europejskiego akcesu kraju, jej nie ma. Czy taki kraj może być normalny?