Trybunał prezesa Jarosława Kaczyńskiego

Szef KRRiT ośmieszył się, wzywając by nazwiska Julii Przyłębskiej nie łączono z Trybunałem Konstytucyjnym. Mimowolnie, w ten sposob przypomniał jednak, kto w istocie stoi za wyrokami obecnego TK.
Przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Witold Kołodziejski wezwał, by media (chodzi mu zwłaszcza o TVN) przestały używać sformułowania „Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej”. Pan przewodniczący wprawdzie nie raczy zauważyć szczucia i nachalnej jednostronnej propagandy uprawianej w PiS-owskiej telewizji „publicznej”, ale jego uczucia rani tak bolesny problem, jak dodawanie do TK nazwiska pani Przyłębskiej przez niektóre media.
Wzruszająca jest ta troska pana przewodniczącego o stosowanie właściwego nazewnictwa instytucji, która według niego jest po prostu Trybunałem Konstytucyjnym. Można też oczywiście zrozumieć, że łączenie nazwiska pani Przyłębskiej z nazwą „Trybunał Konstytucyjny” uznaje on za uwłaczające dla samego Trybunału. To jednak odważna ocena, panie przewodniczący!.
Rzowijając swą myśl, pan przewodniczący Kołodziejski oświadczył, iż używanie terminologii „Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej” jest niewłaściwe, gdyż „tego rodzaju, niezgodne z prawdą informacje, wprowadzają odbiorców w błąd i utrwalają nie tylko nieprawdziwe przekonanie o indywidualnej, spersonifikowanej decyzji prezes Trybunału Julii Przyłębskiej, lecz przede wszystkim krytykę wyroku Trybunału Konstytucyjnego, dokonywaną przez część społeczeństwa kierując ją, w sposób zindywidualizowany, do konkretnej osoby uczestniczącej w podejmowaniu rozstrzygnięcia”.
Przekładając te słowa na ludzki język, wydaje się, iż panu przewodniczącemu Kołodziejskiemu chodzi o to, że „część społeczeństwa” może uważać, że to pani Przyłębska jest w jakiś sposób odpowiedzialna za orzeczenia wydawane przez Trybunał Konstytucyjny – a przecież, jego zdaniem, na pewno tak nie jest. Co więcej, pan przewodniczący Kołodziejski stwierdził, iż uznawanie odpowiedzialności pani Przyłębskiej za orzeczenia TK „może stanowić element nękania, zastraszenia, a nawet mowy nienawiści”. Tu również wypada się zgodzić z panem przewodniczącym Kołodziejskim: w istocie, orzeczenia obecnego Trybunału Konstytucyjnego mogą skłaniać do nękania i zastraszania oraz dobrze służą wywoływaniu uczuć nienawiści.
Pan przewodniczący Kołodziejski uważa, że poprzez używanie terminologii „”Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej”, odbiorcy otrzymują „nieprawdziwe informacje” dotyczące konstytucyjnego organu państwa jakim jest TK.
A przecież rozdział VIII Konstytucji RP wskazuje, że Trybunał Konstytucyjny jest władzą odrębną i niezależną od innych władz, zaś wszyscy sędziowie Trybunału Konstytucyjnego w sprawowaniu swojego urzędu są niezawiśli i podlegają tylko Konstytucji – mówi, całkiem serio, pan przewodniczący Kołodziejski. I dodaje, że nagminne używanie nazwiska, kieruje uwagę odbiorców na osobę prezes Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej, dając tym samym nieprawdziwe wskazanie, iż to nie konstytucyjny organ rozpatrywał sprawę i wydawał orzeczenie.
Szef KRRiT wezwał zatem zaprzestania używania określenia „Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej”. Na jego wezwanie odpowiedział Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar, który poradził przewodniczącemu Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, żeby wycofał się z tego wezwania. Bodnar podkreślił też, że „z niedowierzaniem” przyjął informację o wezwaniu ze strony przewodniczącego Kołodziejskiego.
Rzecznik Praw Obywatelskich przypomniał przewodniczącemu KRRiT, że zgodnie z art. 213 ust. 1 Konstytucji RP Krajowa Rada stoi m.in. na straży wolności słowa, zaś według ustawy o radiofonii i telewizji, KRRiT stoi na straży wolności słowa w radiu i telewizji, samodzielności dostawców usług medialnych i interesów odbiorców oraz zapewnia otwarty i pluralistyczny charakter radiofonii i telewizji.
– Przypomnienie to jest konieczne, ponieważ komunikat Rady zaprzecza podstawowym zadaniom, które powinna pełnić. Problem jest istotny z uwagi na naruszenie podstawowych wartości ustroju RP, tj. art. 14 Konstytucji, który zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu, oraz art. 54 Konstytucji, gwarantującego każdemu wolność wypowiedzi oraz rozpowszechniania informacji – oświadczył rzecznik Adam Bodnar.
Według RPO, nazwa Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej „niezależnie od pejoratywnych konotacji i ewentualnego krytycznego ładunku” (dodajmy – czego RPO delikatnie już nie powiedział – że całkowicie uzasadnionych), nie tylko mieści się w pełni w granicach swobody informacyjnej środków masowego przekazu, ale również jest stwierdzeniem zgodnym z prawdą.
Sędzia TK Julia Przyłębska uważa się przecież za Prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Poza tym, w sprawie ustawy aborcyjnej (a w tym kontekście media najczęściej używały ostatnio kwestionowanego określenia) była przewodniczącą składu, który wydał rozstrzygnięcie o niekonstytucyjności jednej z trzech przesłanek dopuszczających aborcję – zauważył RPO. Z tego też względu odżegnywanie się od imienia i nazwiska pani Julii Przyłębskiej byłoby niezgodne z faktami. Co więcej, mogłoby zostać odebrane jako niezgodna z faktami próba publicznego pozbawienia wpływu sędzi na treść wydanego rozstrzygnięcia – ocenił Adam Bodnar.
Zdaniem Rzecznika Praw Obywatelskich, w tej sytuacji wezwanie skierowane przez przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji „nie tylko narusza podstawowe zadania tego organu, lecz może stanowić próbę wywołania tzw. efektu mrożącego, to jest niedopuszczalnego wpływania na sposób formułowania przekazu przez media”. – A to co jest sprzeczne nie tylko z Konstytucją, lecz również z art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka – zaznaczył RPO.
Adama Bodnar dodał także, że wezwanie ze strony przewodniczącego Witolda Kołodziejskiego „może też być odczytywane jako aspiracja do dokonywania prewencyjnej kontroli środków społecznego przekazu, czego wyraźnie zabrania art. 54 ust. 2 Konstytucji”. Ten przepis stanowi, że „cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane”, przy czym „ustawa może wprowadzić obowiązek uprzedniego uzyskania koncesji na prowadzenie stacji radiowej lub telewizyjnej”.
Bodnar przypomniał też, że nikomu jakoś nie przeszkadza używanie sformułowań „rząd Mateusza Morawieckiego” – co jest powszechnie stosowanym stwierdzeniem, całkowicie zgodnym z prawdą i w żadnym stopniu nie umniejszającym roli i funkcji konstytucyjnych organów państwa”.
Jak widać, między przewodniczącym KRRiT Witoldem Kołodziejskim, a RPO Adamem Bodnarem istnieje różnica zdań nie do pogodzenia. W tej sytuacji wydaje się, że najlepiej używać określenia: „Trybunał Konstytucyjny Jarosława Kaczyńskiego”. Ma ono tę zaletę, że jest chyba najbardziej zbliżone do coraz bardziej otaczającej nas rzeczywistości.

Kato-Polakom ku pamięci

Cała narodowo – prawicowo – katolicka Polska święci wielki triumf. Organ zwany Trybunałem Konstytucyjnym, własnoręcznie sklecony przez Prezesa PiS, w dniu 22.10.2020 oficjalnie wyrzucił na śmietnik zgniły kompromis aborcyjny, jaki obowiązywał w Polsce przez ponad ćwierć wieku.

W radosnej euforii działacze PIS, Konfederacji, ONR, Ordo Iuris, i szeregu innych organizacji „pro life” ogłosili, że jest to chwila historyczna. Otóż w dniu tym staliśmy się wzorcowym krajem katolickim i uczyniliśmy milowy krok na drodze budowy wielkiej, bogatej i dumnej Polski. Sprawa jest przesądzona, albowiem biskupi nadzwyczaj ochoczo przyjęli złożony akt wiernopoddańczy, podziękowali i obiecali szczególną opiekę nad naszą ojczyzną.

Podobno historia jest nauczycielką życia, więc zwrot „szczególna opieka hierarchii katolickiej” powinien wzbudzać wyłącznie ciarki, ale do tego potrzebna jest chociaż minimalna znajomość historii. Wszystko niestety wskazuje, że polska prawica nawet z dziejów własnego narodu zna jedynie trzy strony (Chrzest Polski, Grunwald, oraz żołnierzy wyklętych). Proponuję więc, by poznała jeszcze kilka akapitów.

Najpotężniejsze mocarstwo starożytności, wielkie Cesarstwo Rzymskie, w początkach IV wieku zezwoliło na legalne funkcjonowanie chrześcijaństwa. W krótkim czasie biskupi wytępili wszelkie inne religie, a następnie podporządkowali sobie każdą dziedzinę życia imperium, łącznie z polityką. W efekcie po półtora wieku Cesarstwo zniknęło z dziejowej sceny, ale za to kościół wzmocnił się wprost nadzwyczajnie.

W XVI wieku Hiszpania była najpotężniejszym krajem europejskim. Pierwsza odkryła, podbiła i zagarnęła Amerykę oraz inne kolonie, więc statki wypakowane tonami złota, srebrem, korzeniami, niewolnikami, wpływały przede wszystkim do jej portów. Tyle, że królowie Hiszpanii sami się nazwali „katolickimi”, a władzę nad krajem oddali w ręce bezwzględnej i sadystycznej inkwizycji. Po dwóch wiekach Hiszpania była już tylko zubożałym państewkiem drugiej kategorii, ale za to w Watykanie nawet kandelabry zaczęto odlewać ze szczerego złota. Co ciekawe inny kraj, Anglia, właśnie w XVI wieku zerwał całkowicie z katolicyzmem i wkrótce zbudował, trwające aż do XX wieku, największe imperium na świecie.

Polska w XVI wieku była najpotężniejszym mocarstwem Europy środkowo – wschodniej. Pod rządami ostatnich Jagiellonów słynęła z tolerancji, a większość jej senatu stanowili protestanci. Jednak wkrótce królem został prawdziwy katolik i absolutny dewot Zygmunt III Waza. Dzięki niemu w początkach XVII wieku skończyła się tolerancja, a wszelkie sprawy państwowe oddano w gestię katolickiego kleru, jezuitów, dominikanów, etc. Po niecałych dwóch wiekach bezbronna, wyeksploatowana i zacofana Polska zniknęła z mapy Europy. Warto dodać, że czasie Powstania Kościuszkowskiego, ostatniego zrywu dla ratowania kraju, lud Warszawy zdołał ukarać kilku sprzedawczyków i zdrajców szczególnie zasłużonych dla upadku ojczyzny – wśród innych wybitnie szubrawych łotrów powieszono także biskupa Józefa Kossakowskiego oraz biskupa Ignacego Massalskiego. Na ocalenie Polski było jednak już za późno.

Przykładów „szczególnej opieki kościoła katolickiego” można podać znacznie więcej, ale wystarczy zauważyć, że wśród dzisiejszych mocarstw światowych nie ma ani jednego, które pozwoliłoby Watykanowi lub jego urzędnikom na jakikolwiek wpływ na swą politykę – n. p. członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ to: protestanckie USA i Wielka Brytania, prawosławna Rosja, komunistyczne Chiny oraz Francja, która pilnuje swej świeckości jak źrenicy oka. Natomiast państwa w których ewidentny jest wpływ kościoła katolickiego na ich rządy to m. in. Filipiny, Angola, Gabon, Kongo, Kolumbia i Meksyk. Teraz do tego klubu zapisała się także Polska.

Szansa, że polska prawica zdoła przyswoić sobie powyższe lekcje nie jest duża, ale cuda się zdarzają.

Natomiast warto powiedzieć kilka słów także o meritum sprawy, czyli o zagadnieniu aborcji. Urzędnicy kościelni nazwali go walką o życie nienarodzonego dziecka, którym to hasłem z miejsca zamykają usta wszystkim zwolennikom praw kobiet i dopuszczalności przerywania ciąży. Problem jest w tym, że nazwanie zarodka, czy też embrionu, dzieckiem, jest niezwykle skutecznym (biedne, niewinne, bezbronne dzieciątko – czy może być coś bardziej rozczulającego?), ale tylko propagandowym kłamstwem. Równie dobrze można żołędzie nazywać młodymi dębami albo kurze jajka sprzedawać jako młode kurczaki. Oczywiście takie argumenty z miejsca będą odrzucone, bowiem zgodnie z przekonaniami kościoła ludzie są wyjątkowymi stworzeniami boskimi, gdyż zostali wyposażeni w duszę (nie ma pewności, czy mają ją działacze lewicowi i LGBT, ale to inny problem), Wszystko więc sprowadza się do pytania, w którym momencie biologiczny organizm otrzymuje tę duszę do swej dyspozycji i staje się człowiekiem. Pomińmy szczegóły sporów toczących się na ten temat od starożytności i przypomnijmy tylko, że nieomylny w takich sprawach Watykan w drugiej połowie XIX wieku oznajmił, iż dusza pojawia się w embrionie w 5 miesiącu ciąży. To by mogło zamknąć temat, ale od tego czasu nauka poczyniła znaczne postępy, więc Pan Bóg także się zreflektował. Zgodnie z nową doktryną duszę ludzka otrzymują dwie komórki (jajowa i plemnik) natychmiast po połączeniu się.

Właśnie tak powstała zygota jest przez kler, narodową prawicę, a także przez prezes TK panią Przyłębską nazywana nienarodzonym dzieckiem. Natomiast kobiety, które własną krwią karmią i hołubią te komórki, są traktowane przez nich wyłącznie jako inkubatory. Takich drugorzędnych istot nikt nie zamierzał pytać o zdanie, toteż ogromne zdziwienie wywołał fakt, że inkubatory zbuntowały się, masowo wyszły na ulice i klną jak szewcy. Może się więc zdarzyć, że rządzący będą musieli pospiesznie wyciągać ze śmietnika zgniły kompromis aborcyjny, aby wkrótce nie znaleźć się obok niego.

Prawicowa paranoja

Pseudotrybunał konstytucyjny (pisać małą literą) orzekł, że cechy letalne płodu nie kwalifikują go do aborcji, powołał się przy tym na interpretację profesora Zolla z 1997 roku.

Wtedy był on przewodniczącym trybunału i orzekł, że życie ludzkie zaczyna się od poczęcia. Dzisiaj konserwatywny profesor Zoll występuje przeciwko PiS-owi. Wtedy spełnił rolę pożytecznego idioty. Taką samą rolę i z takimi samymi poglądami pełnił profesor Rzepliński. Dzisiaj też antypisowiec. Teraz PiS ich już nie chce, ale posłużył się ich interpretacją podejmując decyzję o całkowitym zakazie aborcji.

Powołuje się na tamten werdykt Trybunału i że obecnie trybunał nie mógł podjąć innej decyzji. No i że ta Konstytucja jest lewicowa, więc czego się czepiacie. PiS nadal robi z obywateli idiotów, a spora grupa mu ślepo wierzy.

Poseł Kowalski, gwiazda ziobrystów od dawna pluje antykomunistycznym jadem na otoczenie niczym oszalała kobra. Oto w radiu stwierdził, że aborcja to wymysł komunistów. Jeżeli tak, to cała Europa za wyjątkiem Polski i Malty to komuniści. Komunistą jest premier Johnson i premier Orban. U niego nawet zezwolono na związki partnerskie. Półkomunistą był Lech Kaczyński. Warto by było, aby poseł Kowalski, przed chlapaniem jakiejś głupoty na antenie puknął się najpierw w czoło. Chyba jednak to nie ma sensu. Nic to nie da. Na prawicy ludzi, których myślenie zdradza objawy politycznej paranoi nie brakuje. Niestety ktoś ich wybiera i tutaj zaczyna się problem.

Zamach trwa!

Zaledwie kilka dni temu Trybuna opublikowała mój felietonik pt. Zamach. Leitmotivem tego wysiłku mego sklerotycznego umysłu było ostrzeżenie, że wkraczamy, jako naród i państwo, w etap zamachów na nasze prawa obywatelskie, sygnalizujący bóle porodowe dyktatury.

Widocznie mam zadatki na intratną posadę jasnowidza, bo doczekaliśmy się orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, stwierdzającego, że jeden z zapisów ustawy regulującej dopuszczalność aborcji jest niezgodny z Konstytucją. To taki przepis, który dopuszczał aborcję na wniosek kobiety, w przypadku stwierdzenia nieuleczalnej wady spodziewanego płodu.
Zamach na prawa kobiet
Orzeczenie to spowodowało nagły, jakby przez władze kraju niespodziewany, wybuch niezadowolenia społecznego, w tym zwłaszcza kobiet. Rozpoczęły się manifestacje protestu, które, jak sądzę, mogą być długotrwałe i niebezpieczne.
Na tym tle mam, do miłościwie panującej partii, rządu i ich zaplecza prawnego, pięć pretensji:

Po pierwsze – o to, że grupa posłów PISu wpadła na idiotyczny pomysł przerwania kontynuacji nienajlepszych, ale względnie spokojne tolerowanych „kompromisowych” przepisów, regulujących dopuszczalność aborcji, funkcjonujących od ok. 30 lat. I że z pytaniem w tej sprawie zgłosiła się do Trybunału Konstytucyjnego, który, zdaniem wielu autorytetów prawniczych, jest obecnie upartyjniony i częściowo powołany niezgodnie z prawem.

Po drugie, – że tenże Trybunał zdecydował się na rozpatrzenie tej sprawy szybciej, niż normalnie, i w okresie ograniczania zgromadzeń wywołanego pandemią CONVID 19. Podjął taką decyzję zapewne na towarzyskich spotkaniach Pani Prezes Trybunału z Prezesem Partii Rządzącej, jedząc wystawne obiadki. Zarzucam rządowi RP, że na to pozwolił, narażając zdrowie i życie obywateli.

Po trzecie, – że tenże Trybunał stosuje wyłącznie najszerszą interpretację „życia człowieka”, mimo, że w prawie międzynarodowym i w prawie wielu państw, przyjmuje się częściej początek życia „od narodzenia człowieka”, a nie „od poczęcia”, które zresztą nie jest pojęciem jednoznacznym. Zawsze nasuwało wątpliwość, czy wobec tego żywy plemnik ludzki też może już być uznany za chronionego prawem człowieka, tym bardziej, że zapewne jeszcze w cym stuleciu dojdziemy do sytuacji, w której będzie możliwe nie tylko sztuczne zapłodnienie, ale także przynajmniej wstępne rozwijanie płodu w tworzonych przez ludzi urządzeniach. Oczywiście upraszczam, – ale przypominam, że konstytucja RP (Art. 38) mówi ochronie życia „człowieka”. Reszta – Panowie Prawnicy – jest tylko waszą interpretacją. I domyślam się, że przy tym wysiłku macie w głębokim poważaniu dorobek światowej filozofii. A Kartezjusz powiedział przecież „Cogito ergo sum” . czyli „Myślę, więc jestem”. Eo ipso – nie myślę, to mnie nie ma. Mogę się założyć, że embrion nie myśli.
Prawne sankcjonowanie tortur
Po czwarte – zarzucam Partii Rządzącej, Rządowi i Trybunałowi Konstytucyjnemu, że Interpretuje rozszerzająco jedne postanowienia Konstytucji, a jednocześnie stara się pomijać inne. W Art. 40 jest wyraźny zakaz stosowania tortur. Pytanie – czy nie jest świadomie przez państwo zadawaną torturą zmuszanie kobiet do wielomiesięcznego noszenia niechcianej i nienaprawialnie uszkodzonej ciąży tylko po to, aby potem zorganizować jej pogrzeb?
Po piąte – zarzucam rządowi, że pozwala na doprowadzanie do sytuacji, w której niemające innego wyjścia kobiety, będą na znacznie większą skalę wybierały turystykę aborcyjną. Dochodzą do mnie informacje, że wyspecjalizowane kliniki aborcyjne w Czechach, Słowacji, Niemczech a nawet w Kaliningradzie, na Białorusi i Ukrainie, po informacji o decyzji TK, już szykują specjalne akcje reklamowe kierowane do Polski. Zapewne obniżą ceny, szerzej niż dotychczas zorganizują transport „tam i z powrotem”, kupią lepsze antybiotyki rozdawane po zabiegu. Polki będą jeździć i płacić. To pomoże tym klinikom w poprawie ich sytuacji finansowej nadwątlonej przez pandemię. A w naszych szpitalach ją pogorszy. A przy okazji – nie wiem, czy rządzący zdają sobie sprawę, że jesteśmy bez wyjątku otoczeni przez państwa, w których aborcja jest legalna. My jesteśmy średniowiecznym wyjątkiem.
Może się jednak okazać, że straty wynikające z tego ostatniego punktu, to tzw. „małe piwo” w stosunku do strat, które może wywołać niezadowolenie, a nawet wściekłość kobiet i związanych z nimi mężczyzn. Jeden dzień blokad komunikacyjnych i spowodowanych przez nie kosztów interwencji policji, może być bardziej uciążliwy dla budżetu, niż straty w placówkach medycznych.
Trzeba zupełnie nie mieć wyobraźni i otrzymywać tylko nieudolne analizy nastrojów społecznych, aby podejmować takie decyzje w ogóle, a zwłaszcza w obecnej sytuacji. Rządy i tworzące je partie bez wyobraźni utrzymują się dłużej tylko w warunkach dyktatury. A większość nas do niej nie dąży.

Referendum albo martwe płody

Muszę przyznać, że nie zgadzam się z opiniami licznych komentatorów, że Jarosław Kaczyński zwariował albo – co gorsza, choć objawy są identyczne – stracił instynkt polityczny. Po pierwsze bowiem nigdy jakiegoś nadzwyczajnego wyczucia nie posiadał. Owo złudzenie wynika z marności jego konkurentów, nędzy opozycji; na jej tle bowiem nawet on może się wydać mężem stanu i Wernyhorą. Po drugie, w chaosie, ale mając zapewnioną większość sejmową, usłużne media, służby i cały aparat państwa (a też nadal nieudolną opozycję) można rządzić smacznie i zdrowo, choćby cały dotychczasowy świat właśnie się walił. A wali się przez wirusa.

Skoro udająca silną władza PiS-u nie radzi sobie z kryzysem pandemicznym ukazującym marny stan naszego państwa, to wybiera wojny i dzieli społeczeństwo. A jeśli wprowadza lockdown jakiejś branży – jak ostatnio gastronomicznej – to dopiero po jakimś czasie wprowadza, zwykle niewystarczające, programy ratunkowe i zasiłki. Tak, aby hołota, drżąca o swój byt, tym bardziej cieszyła się z tych marnych ochłapów. A ewentualne protesty skupiły uwagę mediów i odbiorców. Trudno mi więc uwierzyć, że w sprawie aborcji rządzący mają jakąś inną kalkulację niż tę cyniczną.

Wczoraj oczy otworzył mi bystry, choć prawicowy, obserwator polskiego życia politycznego Jan Rokita. Napisał on w Teologii Politycznej, że po czwartkowym wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który dotyczył aborcji chorych płodów, powinniśmy pomyśleć o „nowym kompromisie”. Ustawodawca więc w drodze dyskusji powinien tak skonstruować prawo, aby rozdzielić aborcję płodu, który może żyć poza ciałem matki (np. jako ciężko niepełnosprawna osoba), a takim, który po przyjściu na świat przeżyje zaledwie kilka godzin, bo np. urodzi się bez mózgu – co z pewnością wpływa na wyobraźnię każdego i każdej i – jak widać – również Rokity. Chodzi więc o takie przesunięcie dyskusji o aborcji, żebyśmy nie rozmawiali już o prawach kobiet, lecz rozstrząsali pojedyncze medyczne przypadki w oparciu o katolickie dogmaty. Tyle nam się władza cofnie.

Jeszcze wczoraj byłem pewien, że opozycja liberalna, też przecież konserwatywna, chętnie by na taką dyskusję przystała. Dziś już jednak, na fali potężnych protestów, ustami Barbary Nowackiej zapowiedziała nie tylko nowe ustawy (co wczoraj zapowiedziała również Lewica), ale i referendum. Kosiniak-Kamysz zaś zaapelował do premiera o niepublikowanie wyroku TK i rozwiązanie sprawy w – tak jest! – referendum. Lewica jak zwykle pozostała z tyłu, licząc chyba na to, że jakimś cudem okaże się, iż właśnie posiadła większość sejmową.

Na szeroko pojętej lewicy pokutuje pogląd, że praw człowieka się nie głosuje. Szkoda, że jest dokładnie na odwrót. Prawa LGBT+, do aborcji czy te związanych ze świeckim państwem w Polsce nie istnieją właśnie dlatego, że tak zdecydowano w parlamentarnych głosowaniach. Sejm zaś od wielu lat nie odzwierciedla poglądów Polaków w tych kwestiach (którzy są znacznie bardziej postępowi niż posłowie i senatorowie). Jeśli więc ktoś nie chce liberalizującego prawo do aborcji obywatelskiego referendum, musi być gotowy na dyskusję o martwych i żywych płodach. Ewentualnie poczekać na wygraną dzisiejszej opozycji. Pamiętamy przecież jak jest progresywna…

Trybunał Konstytucyjny w roli marionetki rządzących

Firmy zażądają odszkodowań za bezprawny lockdown. Ponieważ Jarosław Kaczyński nakazał wybory w czasie pandemii, nie wprowadzono stanu klęski żywiołowej, ograniczającego wysokość tych odszkodowań. PiS uciekając przed odpowiedzialnością skierował więc do TK wniosek o stwierdzenie niezgodności z Konstytucją, obowiązującego od lat przepisu kodeksu cywilnego umożliwiającego takie roszczenia.

W Trybunale Konstytucyjnym pojawiły się dwa wnioski dotyczące zbadania zgodności art. 417 kodeksu cywilnego z Konstytucją RP. Pierwszy wniosek, którego wnioskodawcą był premier, wpłynął 28 sierpnia 2020 r., drugi wniosek złożyła marszałek Sejmu 16 września 2020 r., a sprawy – ze względu na tożsamy przedmiot – połączono.
W założeniu wnioski te mają na celu uniemożliwić przedsiębiorcom dochodzenie odszkodowań za okres tzw. gospodarczego zamknięcia (lockdownu) – podkreśla Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Rozporządzenia, na mocy których dochodziło do zawieszania wolności działalności gospodarczej, mogą być niezgodne z art. 22, 31 ust. 3 i 92 ust. 1 Konstytucji RP. Zdaniem FOR, wniosek skierowany do Trybunału Konstytucyjnego to próba uniknięcia odpowiedzialności za popełniony przez rząd błąd, polegający na niewprowadzeniu stanu klęski żywiołowej.
Jak słusznie w swoim stanowisku z czerwca zaznaczył Rzecznik Praw Obywatelskich, rząd świadomie zrezygnował z wprowadzenia stanu klęski żywiołowej. Formalnym warunkiem dopuszczalności ograniczenia wolności i praw człowieka jest zapisanie ich w ustawie. Rozporządzenia to tylko akty wykonawcze o charakterze technicznym.
Kluczowy w sprawie pozostaje również fakt, iż upoważnienia ustawowe wynikające z ustawy o chorobach zakaźnych zezwalają jedynie na czasowe ograniczenie działalności gospodarczej, nie pozwalają zaś na przyjęcie zastosowanego w rozporządzeniach zakazywania prowadzenia działalności gospodarczej. Omawiane rozporządzenia wprowadziły nie tylko – co było dopuszczalne – ograniczenia określonych rodzajów działalności gospodarczej, ale też zakazy poszczególnych rodzajów działalności. W rezultacie nastąpiło wkroczenie w istotę wolności działalności gospodarczej.
Może więc dojść do prób dochodzenia odszkodowań przez poszkodowanych przedsiębiorców na zasadach ogólnych kodeksu cywilnego. Nie ma bowiem możliwości wykorzystania ustawy o wyrównywaniu strat majątkowych wynikających z ograniczenia wolności i praw w czasie stanu nadzwyczajnego (bo nie wprowadzono stanu klęski żywiołowej). Ustawa ta w założeniu ma na celu zapobiegać nieograniczonym roszczeniom odszkodowawczym. Stan nadzwyczajny ogranicza skalę odszkodowań.
Zgodnie z art. 2 ust. 2 tej ustawy, odszkodowania obejmują jedynie wyrównanie straty majątkowej, ale bez korzyści, które poszkodowany mógłby odnieść, gdyby szkoda nie powstała. Ustawa wyłącza również możliwość równoczesnego dochodzenia odszkodowań od Skarbu Państwa na zasadach ogólnych kodeksu cywilnego. Wprowadzenie stanu klęski żywiołowej doprowadziłoby do ograniczenia skali ewentualnych odszkodowań – których wysokość może być dziś wyższa, w związku z faktem dochodzenia swoich praw przez przedsiębiorców na podstawie kodeksu cywilnego.
W związku z pandemią doszło do wprowadzenia znaczących ograniczeń w zakresie prawa do prowadzenia działalności gospodarczej drogą rozporządzenia. Fakt ten pozostaje kluczowy dla podmiotów, które będą domagały się odszkodowań z tytułu poniesionych strat. Rozporządzeniem nie można bowiem ograniczać konstytucyjnych praw i wolności. Można tego dokonać w drodze ustawy (art. 31 ust. 3 Konstytucji RP). Niewprowadzenie stanu klęski żywiołowej naraża podatników na wyższe koszty odszkodowań za ograniczenie wolności gospodarcze.
Konkretne ograniczenia dotyczące zamrożenia określonych gałęzi gospodarki zapadały na podstawie rozporządzeń. W sposób oczywisty oznacza to ingerencję w prawa i wolności obywatelskie – co zgodnie z Konstytucją może nastąpić jedynie w drodze ustawy. Pojawiła się więc obawa leżąca u podstaw wniosków premiera oraz marszałek Sejmu skierowanych do Trybunału Konstytucyjnego.
Mając świadomość praw, które przysługują obywatelom w przypadku niewprowadzenia stanu klęski żywiołowej, premier oraz marszałek Sejmu skierowali do Trybunału Konstytucyjnego wnioski o zbadanie zgodności z Konstytucją art. 417 kodeksu cywilnego, celem zablokowania możliwości dochodzenia odszkodowań od Skarbu Państwa.
Art. 417 § 1 kodeksu cywilnego określa odpowiedzialność odszkodowawczą karbu Państwa za legislacyjne bezprawie. Zgodnie z treścią tego przepisu: jeżeli szkoda została wyrządzona przez wydanie aktu normatywnego, jej naprawienia można żądać po stwierdzeniu we właściwym postępowaniu niezgodności tego aktu z Konstytucją, ratyfikowaną umową międzynarodową lub ustawą.
Dotychczas takim postępowaniem byłoby standardowe skierowanie pytania do Trybunału Konstytucyjnego (umożliwia to art. 193 Konstytucji RP). W chwili obecnej Trybunał Konstytucyjny nie daje jednak rękojmi dokonania rzetelnej i niepolitycznej oceny konstytucyjności ustaw. W związku z tym to na sędziach sądów powszechnych coraz częściej spoczywa odpowiedzialność za dokonanie wykładni przepisów i kwestii ich stosowania w razie sprzeczności z ustawą zasadniczą – uważa FOR.
Należy w tym miejscu zaznaczyć, iż rozproszona kontrola konstytucyjności to nie wymysł ostatnich lat, ale funkcjonujący mechanizm. Jak stwierdziła prof. Ewa Łętowska, „polską Konstytucję sądy mogą stosować bezpośrednio. Sądy (a nie tylko Trybunał Konstytucyjny) mogą więc odmówić zastosowania ustawy, która w ich przekonaniu jest niekonstytucyjna. Inna sprawa, czy polskie sądy umieją i chcą z tej możliwości korzystać. Ale potencjał rozproszonej kontroli konstytucyjności istnieje”.
Choć faktycznym motywem niewprowadzenia na początku pandemii stanu klęski żywiołowej wydaje się dążenie rządzących do organizacji wyborów, to często uzasadniali swoją decyzję ewentualnymi odszkodowaniami. Dla przykładu, według Jarosława Gowina, polskie społeczeństwo stałoby się wtedy społeczeństwem bankrutów. Może się jednak okazać, że to niewprowadzenie stanu klęski żywiołowej doprowadzi do wypłaty odszkodowań, których wysokość będzie wyższa niż ta wynikająca z ustawy o wyrównywaniu strat majątkowych wynikających z ograniczenia w czasie stanu nadzwyczajnego wolności i praw.
Decyzje rządzących z początków pandemii naraziły podatników na konieczność poniesienia kosztów odszkodowań. Aby uniknąć kolejnych, wygenerowanych przez samych siebie problemów, rządzący postanowili dążyć do stwierdzenia niezgodności z Konstytucją przepisów, służących dotychczas dochodzeniu odszkodowań za bezprawie legislacyjne.
Zlekceważenie konstytucyjnych rozwiązań kryzysowych doprowadziło do powstania niebezpiecznej, precedensowej sytuacji, w której prawo jest wykorzystywane niczym narzędzie do rozmontowania umowy społecznej istniejącej pomiędzy państwem a przedsiębiorcami. Niewprowadzenie stanu klęski żywiołowej pozostaje grzechem głównym rządzących. Naraża Skarb Państwa – a więc podatników – na dużo wyższe odszkodowania niż te, które otrzymaliby w ramach ustawy o wyrównywaniu strat majątkowych wynikających z ograniczenia, w czasie stanu nadzwyczajnego, wolności i praw człowieka i obywatela.
Próba fortelu rządzących, polegająca na skierowaniu wniosku do Trybunału Konstytucyjnego celem całkowitego uniknięcia wypłacenia odszkodowań, to nic innego jak zamknięcie tysiącom obywateli prawa do sądu. Tego rodzaju działanie, podejmowane przez rządzących, polegające na szukaniu ratunku dla własnych, bezprawnych posunięć, miało miejsce przy okazji innych kontrowersyjnych spraw.
To do Trybunału Konstytucyjnego trafiło zapytanie o zgodność zgromadzeń cyklicznych (dyskryminujących innego rodzaju zgromadzenia) z ustawą zasadniczą. To Trybunał ma rozstrzygnąć, czy RPO (pomimo istniejącej ku temu podstawie ustawowej) może pełnić swoją rolę do czasu wyboru następcy.
To również Trybunał, którym kieruje znajoma i „odkrycie towarzyskie” przewodniczącego partii rządzącej, zadecydował bezprawnie o uchyleniu mocy uchwały trzech izb Sądu Najwyższego, która mówiła o nienależytej obsadzie składów sędziowskich, jeśli znajduje się w nich osoba wyłoniona przez aktualną KRS.
Po raz kolejny rządzący działają według tego samego schematu, instrumentalnie wykorzystując stojący po ich stronie od czasu skutecznego przejęcia tej instytucji Trybunał Konstytucyjny. TK, niegdyś służący społeczeństwu poprzez badanie zgodności poczynań władzy z Konstytucją, dziś pozostaje de facto marionetką rządzących.

Czekając na wyrok

Ogłoszenie wyroku w sprawie tzw. ustawy dezubekizacyjnej zostało przełożone po raz kolejny. Spektakl „sprawiedliwości według PiS” robi się coraz bardziej niesmaczny, bo tej jesieni to już trzecie przeniesienie terminu, a media coraz głośniej komentują, że nie o sprawy merytoryczne tu chodzi.

Julia Przyłębska najwyraźniej nie ma po prostu pewności, czy inni sędziowie, w tym tacy z tytułami naukowymi, przyklepią „konstytucyjność” ustawy wprowadzającej odpowiedzialność zbiorową, zwłaszcza po tym, gdy Sąd Najwyższy jasno stwierdził, że takie stawianie sprawy jest niedopuszczalne. Według przecieków publikowanych przez „Gazetę Wyborczą” nawet zastępca Przyłębskiej Mariusz Muszyński jest w tej sprawie przeciwko niej. Chciałby podobno złagodzić przepisy…

Inni sędziowie, którzy nie zamierzają udawać, że z dezubekizacją jest wszystko w porządku, to według przecieków Jarosław Wyrembak, Piotr Pszczółkowski i Leon Kieres.

Mundurowi bez złudzeń

– Widać że prezes TK nie ma pewności, czy inni sędziowie zagłosują tak jak ona, stąd decyzja o odwołaniu orzeczenia. Boimy się, że kolejne terminy, o ile je wyznaczy, też będzie odwoływać. Tak więc w najbliższej przyszłości orzeczenia się nie doczekamy. A dopóki nie zakończy się krajowe postępowanie sądowe, nie możemy skierować sprawy do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu i tam domagać się sprawiedliwości – skomentował całą sytuację w rozmowie z „GW” Zdzisław Czarnecki, szef Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych RP.

Na orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego czeka 40 tys. „zdezubekizowanych”, w tym 8 tys. sierot i wdów po funkcjonariuszach.

Co szykuje PiS?

Jako że postawy sędziów TK wobec ustawy raczej się nie zmienią, a wyrok Sądu Najwyższego, nakazujący indywidualnie badać sprawę każdego człowieka pozbawianego emerytury ma już pierwsze konsekwencje, spekuluje się o tym, że partia rządząca znowelizuje ustawę dezubekizacyjną.

Z „aktu dziejowej sprawiedliwości”, jak cynicznie PiS nazwał swoje „dzieło”, miałyby zostać wykreślone słowa o „służbie totalitarnemu państwu”. Wtedy wyrok Sądu Najwyższego straci swoje oparcie, PiS triumfalnie ogłosi, że obronił swoją dekomunizacyjną inicjatywę, a skarb państwa zaoszczędzi niebagatelne pieniądze. „Akt dziejowej sprawiedliwości” pozwolił zachować w kasie ok. 300 mln zł.

Bigos tygodniowy

Niedaleko od Kraśnika, bo w Lublinie, wykluł się jako polityk niejaki Czarnek Przemysław, który ma zostać ministrem edukacji i nauki w rządzie wicepremiera Kaczyńskiego. Gdyby nie to, że jegomość ów może dokonać w tych dziedzinach trudno odwracalnych lub nieodwracalnych szkód, należałoby przyjąć tę wiadomość nie z oburzeniem, lecz jako humorystyczny wręcz przypadek niebywałej, perwersyjnej wyobraźni twórcy tego pomysłu. To tak, jakby koniokrada uczynić dyrektorem stadniny koni albo wilka kierownikiem szkolnej świetlicy, do której uczęszczają Jasie i Małgosie. Tego nawet nie daje się obśmiać, bo już samo sformułowanie: „Przemysław Czarnek, minister edukacji i nauki” brzmi jak surrealistyczny dowcip. A może Jaro architektowi polskiego życia politycznego, właśnie o to chodziło? Wszak od ponad tygodnia komentatorzy różnych mediów, część opinii publicznej, zajmują się nie nadciągającą katastrofą zdrowotną w związku z rozwijającą się pandemią, nadciągającym kryzysem gospodarczym, a nominacją Przemka „prostego, miłego człowieka…”, któremu powierzono kierowanie resortem związanym z kształceniem młodych Polaków.


Zawsze lubię poczytać wywody braci bliźniaków, poruczników PiS Karnowskich. Ich teksty tchną niezwykłą, nawet jak na standardy publicystyki prawicowej, troską o los Zjednoczonej Prawicy, bezgraniczną, niemal synowską miłością do Jarosława Kaczyńskiego oraz niepokojem o dobro Kościoła katolickiego. Ich teksty najzabawniejsze są wtedy, gdy przyjmują formę proroctw, kasandrycznych przestróg, gdy są kontynuatorami księdza Piotra Skargi w swojej trwożnej trosce o Polskę, Prawicę, Kościół, o Tradycję i Wartości. Oto dwie próbki ich ostatnich przestróg i proroctw, znalezione na jednym z portali:
Porucznik Jacek Karnowski: „zapisać można wszystko, ale najważniejsza jest wola współpracy i wzajemna elementarna lojalność. Jeśli nie wynikająca z serca, to choćby z przekonania, że nowej prawicy długo nie będzie, że to szansa zdarzająca się raz na pokolenia, że innej większości w parlamencie nie ma, że bez uznawania bezdyskusyjnego przywództwa Jarosława Kaczyńskiego wszyscy będą jak ślepe kocięta”.
Porucznik Michał Karnowski: „co ważne to fakt, że kwestia podejścia do agresji środowisk LGBT zaczęła dzielić obóz, który do tej pory zachowywał dużą spójność. A że chodzi o kwestie mocno przeżywane, dotykające tożsamości, nakładające się na przekonanie, że czas działa przeciw prawicy, to i emocje są duże. Dziś jeszcze nie da się powiedzieć, że to była przyczyna, ale nie jest też tak, że sprawa ta nie miała znaczenia w doprowadzeniu do skoku napięcia w ostatnich dniach”.


Mam nieodparte przeczucie, że jedną z przyczyn dla których Polacy masowo nie noszą masek, a ich używanie generalnie jest praktyką uprawianą w zdecydowanej mniejszości, jest medialny przekaz, popularny w początkowej fazie pandemii, zgodnie z którym noszenie maski „chroni nie nas, ale innych”. Pomijając już to, że na zdrowy rozum maska chroni w dwie strony, także tego, kto ją nosi, to psychologiczny błąd przekazu, że chroni nie noszącego, ale innych, polega na tym, że nie uwzględnia się cech natury ludzkiej. Ludzie w swojej masie nie są altruistami, nie chcą się poświęcać dla innych, często innych ludzi po prostu nie lubią i myślą sobie tak: a w dupie mam chronienie innych, jeśli nie chroni mnie, to nie będę nosić męczącej maseczki. Niestety, przekaz altruistyczny, przez pół roku nieustannie powtarzany zdominował zbiorową świadomość, prawie nikt go nie korygował. Przynosi to od dawna konkretne, negatywne skutki, a aktualny przebieg pandemii w Polsce, pozwala na stwierdzenie, że będzie źle, bardzo źle. Brak miejsc w szpitalach, brak respiratorów, brak personelu medycznego, przy rosnącej liczbie chorych, w tym bardzo ciężko, to scenariusz na jesień/zimę 2020/2021.


Właśnie minęła 4 rocznica Czarnego Protestu kobiet, który wybuchł w reakcji na próbę wprowadzenia całkowitego zakazu aborcji z inicjatywy Ordo Iuris. I oto za kilkanaście dni kobiety i ci, którzy sprzyjają ich prawom, staną wobec kolejnej ciężkiej próby powstrzymania fundamentalistycznego zamiaru odebrania im ich, i tak ograniczonych, praw. Bowiem w dniu 22 października 2020r. tzw. Trybunał Konstytucyjny ma się zajmować wnioskiem posłów PiS, Konfederacji i PSL-Kukiz’15, dotyczącym wprowadzenia zakazu aborcji w wypadku choroby lub uszkodzenia płodu. Składowi TK orzekającym w tak istotnej dla kobiet sprawie ma przewodniczyć odkrycie towarzyskie Jaro, niejaka Julka P. Bigos tygodniowy czeka zatem, co wysmaży owo gremium, zasiadające w budynku przy ulicy Szucha w Warszawie.


A propos. Ordo Iuris to istna szarańcza, która obsiada ważne pozycje w strukturze obozu władzy i zaostrza jej fundamentalistyczny rys. Wyjątkowo bezczelny i butny młody człowiek w randze wiceministra Spraw Zagranicznych, który ostatnio na posiedzeniu Senatu nawymyślał senatorom opozycji, niejaki Jabłoński Paweł też wywodzi się z tej szemranej organizacji.


W minionym tygodniu Komisja Europejska przedstawiła raport o stanie praworządności w 27 krajach Unii Europejskiej. Wśród krajów, w których nie dzieje się najlepiej, a właściwie dzieje się źle jest Polska. Autorzy raportu zwrócili uwagę m.in. na zmarginalizowanie Trybunału Konstytucyjnego, upolitycznienie Sądu Najwyższego, przejęcie kontroli nad Krajową Radą Sądownictwa, zawłaszczenie mediów publicznych, wrogość wobec LGBT. Obraz Polski, jako państwa w którym są niszczone zasady praworządności, opisany w raporcie jest przygnębiający. I na razie tak naprawdę nie wiadomo, jakie skutki dla Polski, ów raport spowoduje. Bigos tygodniowy z przykrością odnotowuje, że dyskusje na ten temat w łonie Unii Europejskiej trwają, ale decyzji nadal brak.


Jeszcze o tzw. Trybunale Konstytucyjnym…W tym tygodniu planowana jest również rozprawa dotycząca tzw. ustawy dezubekizacyjnej, na podstawie której znacząco obniżono emerytury i renty, byłym funkcjonariuszom policji, którzy choć jeden dzień służyli „w organach państwa totalitarnego”. Ustawa leżakuje w tzw. TK od 2018r., pomimo że dotyczy losów kilkudziesięciu tysięcy osób, w tym około 8 tysięcy wdów i dzieci, pobierających renty rodzinne. Wyrok w tej sprawie miał początkowo zostać ogłoszony 11 września 2020r., następnie termin został odroczony na 6 października 2020r. Bigos tygodniowy podejrzewa, że i ten termin nie przyniesie rozstrzygnięcia, bo przewodnicząca składowi niejaka Julka P. po prostu go po raz kolejny zmieni. Wróble na mieście ćwierkają, że w tzw. TK może zapaść wyrok stwierdzający niekonstytucyjność ustawy, co oznacza możliwość odwoływania się od niekorzystnych dla funkcjonariuszy i ich bliskich decyzji o obniżeniu świadczeń. Bigos tygodniowy cierpliwie będzie zatem czekał na rozstrzygnięcie tzw. TK.

Sąd Najwyższy przeciw „dezubekizacji”

Sąd Najwyższy nie pozostawił suchej nitki na jednym ze sztandarowych projektów PiS. Automatyczne obniżenie emerytur wszystkich pracowników służb PRL zostało porównane do praktyk odpowiedzialności zbiorowej, stosowanych przez państwa totalitarne. Teraz sądy mają rozpatrywać każdy przypadek indywidualnie.

– Państwo jest uprawnione do rozliczania się z reżimem. Jednak przed sądem powszechnym staje konkretny człowiek. Na tle ustawy dezubekizacyjnej powstał problem prawny, czy ustawodawca chce oceniać czyny jednostki, czy też chce odpowiedzialności zbiorowej – czytał uzasadnienie wyroku sędzia Józef Iwulski. – Należałeś do danej instytucji, to cię karzemy. Cześć świadczeń osoby pokrzywdzone nabyły już jednak w wolnej Polsce. Czy więc można je zrównywać z osobami, które działały w reżimie i łamały prawa człowieka? To nie jest zgodne z preambułą konstytucji. My nie możemy działać jak państwo totalitarne, które nie daje człowiekowi prawo do sprawiedliwego sądu.

Każda sprawa oceniana osobno

Sprawa tzw. dezubekizacji (pisaliśmy na łamach „Dziennika Trybuna”, dlaczego jest to określenie głęboko zwodnicze i ukierunkowane na budzenie negatywnych skojarzeń opinii publicznej) trafiła do Sądu Najwyższego w listopadzie 2019 r. Białostocki Sąd Apelacyjny zadał SN pytanie: czy jeśli emeryt mundurowy walczy o przywrócenie emerytury przed sądem, to z jakich przesłanek należy wychodzić, rozpatrując sprawę? Czy należy przyjąć wyłącznie kryterium ogólne, czyli „pełnienie służby na rzecz państwa totalitarnego”, czy też powinno się przyjmować, że każdą sprawę traktuje się indywidualnie?

Politycy PiS chcieli wariantu pierwszego – z bardzo nielicznymi wyjątkami np. dla funkcjonariuszy, którzy potrafili udowodnić, że po cichu wspierali opozycję czy Kościół. Ale Izba Pracy Sądu Najwyższego nie miał wątpliwości. Każdemu przypadkowi należy przyjrzeć się osobno i zdecydować, czy ta konkretna osoba, a nie abstrakcyjny „system”, łamała prawa i wolności człowieka. I to strona, która odpowiada za wypłatę świadczeń będzie musiała wykazać, dlaczego w przypadku konkretnego człowieka chce je odebrać.

Ustawa krwią pisana

Emeryci mundurowi mówili o ustawie jako o „pisanej krwią”. Niebezpodstawnie – za jej sprawą 39 tys. byłym pracownikom służb PRL obniżono emerytury i renty. Cięto nawet renty, które przysługiwały małżonkom i dzieciom funkcjonariuszy poległych na służbie. Nie robiono wyjątków dla nikogo – ani dla tych, którzy przepracowali na feralnym stanowisku bardzo krótki czas, ani dla tych, którzy pracowali np. w charakterze telefonistek, sekretarek czy kierowców. Jak zbrodniarzy potraktowano ludzi, których już raz pozytywnie zweryfikowano, dopuszczając do pracy w policji, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencji Wywiadu, Służbie Kontrwywiadu Wojskowego, Straży Granicznej czy Biurze Ochrony Rządu w III RP.

Poziom życia tysięcy ludzi, którzy pracowali niegdyś dla Polski – jedynej, jaka była – uległ drastycznemu pogorszeniu. Kilkadziesiąt osób popełniło samobójstwo.

Dramatycznie ucierpiała również wiarygodność państwa polskiego, które ustawą dezubekizacyjną jednym ruchem przekreśliło własne zobowiązania wobec konkretnej grupy ludzi. Zwracali na to od dawna uwagę politycy Lewicy.

– Skandal całej tej sytuacji polega na tym, że dzisiaj zabierze się jednej grupie społecznej prawa nabyte, jutro zabierze się sędziom, pojutrze prokuratorom, a popojutrze wszystkim tym, którzy są, według partii rządzącej, nielojalni, agresywni, walczący o rzeczy, które partia rządząca nie uważa za ważne. To jest zła droga – mówił ongiś wicemarszałek Sejmu, przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty..

Również rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar opowiadał się za indywidualnym badaniem postępowania każdego byłego funkcjonariusza.

Wskazówka dla innych sądów

W Trybunale Konstytucyjnym ustawa „dezubekizacyjna” leży od dwóch i pół roku. Tajemnicą poliszynela jest, dlaczego prezes TK Julia Przyłębska odkłada kolejne posiedzenia w tej sprawie. To, które miało odbyć się w ubiegły piątek, też zostało przeniesione – na październik.

Jeszcze w dniu ogłoszenia wyroku SN prokurator wnioskował o prokurator wniósł o odroczenie sprawy do czasu rozstrzygnięcia podobnej kwestii przez Trybunał Konstytucyjny. Wniosek został odrzucony.

– Z uwagi na autorytet Sądu Najwyższego, z uwagi na fakt, że sprawą zajmuje się skład 7-osobowy, należy spodziewać się, że inne sądy będą kierowały się wykładnią Sądu Najwyższego – stwierdził jeszcze przed ogłoszeniem wyroku Krzysztof Michałowski z zespołu prasowego Sądu Najwyższego.

W uzasadnieniu wyroku padły również inne ważne konstatacje. Choćby ta, że państwo demokratyczne ma prawo rozliczać się z niedemokratyczną przeszłością, ale droga ostrych rozliczeń i prób naprawiania krzywd po latach jest tylko jedną z możliwości. Ocenianie przeszłości, powiedział sędzia Bohdan Bieniek, „powoduje silne linie podziału od strony etycznej, społecznej, ideologicznej czy wręcz politycznej”. Powstaje uzasadniona wątpliwość, czy na gruncie samego tylko prawa można w ogóle takie wielkie historyczne spory rozstrzygać.

Dezubekizacja w wymiarze międzynarodowym

Zgodnie z lipcową zapowiedzią w dniu 18.08 br Trybunał Konstytucyjny kolejny raz zabrał się do debatowania nad konstytucyjnością ustawy z 16 grudnia 2016 r., określanej najczęściej jako „dezubekizacyjna”.

Przypomnijmy tylko, że aktem tym PiS obniżył do głodowego minimum emerytury i renty ok. 55 tysiącom byłych funkcjonariuszy, urzędników i pracowników oraz ich rodzinom tylko z tego powodu, że swe kariery zawodowe zaczęli jeszcze w PRL, w resortach określanych jako siłowe. W absolutnie przeważającej większości nikt z tak represjonowanych nigdy nie popełnił przestępstwa, nie złamał prawa, ani nawet nie dokonał żadnego czynu nagannego moralnie czy etycznie, ale fakt ten dla partii, która nazwała się cynicznie „Prawo i Sprawiedliwość”, nie miał najmniejszego znaczenie – liczył się tylko efekt polityczny.

Podobnie jak przy rozprawie lipcowej również tym razem przewodnicząca Trybunału mgr Przyłębska (która na swe pierwsze stanowisko sędziego została powołana w 1987 r. decyzją Rady Państwa PRL) nie odważyła się zaprosić nikogo, kto reprezentowałby tak wielką rzeszę ciężko skrzywdzonych ludzi – sytuacja w cywilizowanym świecie wręcz niewyobrażalna, ale całkowicie normalną w państwach totalitarnych. Wydaje się jednak, że tym razem niektórzy z sędziów TK sami dostrzegli szokującą niestosowność takiego procedowania. W efekcie kilku z nich zaczęło zadawanie grupie oskarżycieli (reprezentujących PiS-owski Sejm, PiS-owskie Ministerstwo Sprawiedliwości i PiS-owską Prokuraturę Krajową) szeregu niewygodnych dla nich pytań. Wielu represjonowanych, którzy mogli obserwować przebieg rozprawy w przekazie internetowym, zostało mocno zaskoczonych, że sędziowie ci dostrzegają przynajmniej niektóre rażące aspekty tak niewiarygodnego bubla prawnego, jakim jest wspomniana ustawa.

Postawiona kilka razy w niewygodnej sytuacji silna liczebnie reprezentacja oskarżycieli sięgnęła po argumenty całkowicie kłamliwe i obłudne (chyba taki jest już PiS-owski standard). Otóż stwierdzili oni, że ustawa wreszcie pozbawiła przywilejów emerytalnych objętych nią ludzi – niewiarygodne, że zmniejszenie obowiązującego od 2009 r. minimalnego przelicznika 0.7% za rok służby do absolutnego zera, oni nazywają odebraniem przywilejów! Innym kilkukrotnie powtarzanym argumentem było zdanie, że ustawa rzekomo wymierza sprawiedliwość dziejową. Okazało się więc, że w Rzeczpospolitej Polskiej, określonej jako konstytucyjne, demokratyczne państwo prawa, nie sądy, nie sędziowie, nie podczas uczciwych procesów, w których musi być sformułowany akt oskarżenia, a oskarżony ma prawo do obrony, lecz cyniczni politycy uznali się za uprawnionych do wymierzania sprawiedliwości wedle swego „widzi mi się”.

Niezbyt korzystny dla PiS-owskiej strony przebieg rozprawy spróbowała pod koniec poprawić mgr Przyłębska, gdy stwierdziła, że przecież przedmiotowych emerytur i rent wcale nie zabrano, a jedynie obniżono. Trzeba przyznać, że tak traktowana sprawiedliwość ma w państwach totalitarnych długie i ugruntowane tradycje – „mogliśmy zabrać wam wszystko, więc się cieszcie, że zostawiamy jakieś nędzne resztki”. Sugestia pani przewodniczącej wskazuje w jakim kierunku będzie zmierzała linia orzecznicza i dowodzi, że represjonowani, którzy chcieliby w ostatniej rozprawie dostrzec chociażby niewielką nadzieję na sprawiedliwość, powinni pozbyć się złudzeń. Sprawa jest bowiem ważna dla PiS nie tylko z uwagi na politykę krajową, ale niespodziewanie zyskała także istotny wymiar międzynarodowy.

Chodzi o to, że osobą, która z zapartym tchem śledzi losy „dezubekizacji” w Polsce i z całych sił trzyma kciuki za PiS, jest Aleksander Łukaszenka, sfałszowany prezydent Białorusi.

Sytuacja w tym kraju to najbardziej gorący temat ostatnich dni. Białoruś jako samodzielne państwo istnieje zaledwie od 30 lat, a jego społeczeństwo miało bardzo niewiele doświadczeń z autentyczną demokracją. Mimo to ewidentne sfałszowanie wyników wyborów prezydenckich przelało czarę goryczy ludzi, znanych z tego, że od wieków cierpliwie znosili rządy różnych despotów. Po prostu społeczeństwo powiedziało „dosyć” i wyszło na ulicę. Wydarzenia toczą się bardzo dynamicznie i żadne rozwiązanie nie jest przesądzone, ale tak wielkiej szansy na autentyczną wolność i demokrację Białorusini jeszcze nie mieli.

Narzędzia do rozwikłania niezwykle skomplikowanej sytuacji naszego wschodniego sąsiada znajdują się w Brukseli i w Waszyngtonie, a przede wszystkim w Moskwie, ale najważniejsze posiada Mińsk, a dokładniej mają je resorty zmilitaryzowane – milicja, wojsko, służby specjalne. Tylko na tych siłach reżym Łukaszenki opiera swe istnienie i dba wyłącznie o ich poparcie. Natomiast łatwo dostrzec, że zachowania poszczególnych formacji mundurowych są bardzo różne – od brutalnych pacyfikacji protestów, aż do bratania się z ludźmi manifestującymi na ulicach. Przyszłość Białorusi zależy dzisiaj od tego, jakie postawy wśród nich przeważą. Dobrze wiedzą o tym rozproszeni przywódcy demokratyczni i pojawiło się już sporo ich apeli, w których deklarują, że nikt z funkcjonariuszy i urzędników, kto nie popełnił przestępstwa, nie musi niczego się obawiać w przyszłej demokratycznej Białorusi, nowe państwo z pewnością potraktuje ich uczciwie, sprawiedliwie, życzliwie, nawet wybaczy …

Czy myśmy swego czasu nie słyszeli czegoś podobnego?

W niezwykle trudnej sytuacji Aleksandra Łukaszenki rządzący Polską politycy, którzy niedawno określali go jako „sympatycznego, ciepłego faceta”, wyciągają do niego swą przyjacielską dłoń. Polska „dezubekizacja” jest najlepszym prezentem, jaki mógł on sobie wymarzyć. To dzięki bratniej pomocy PiS-u „batiuszka” będzie mógł swym funkcjonariuszom, milicjantom, oficerom, żołnierzom, urzędnikom, przedstawić argumentację nie do odparcia: „Chcecie uwierzyć tym demokratom, no to popatrzcie sobie na Polskę i przyjrzyjcie się jak za kilkanaście, może trochę więcej lat, będziecie potraktowani. I nie ważne, czy popełniliście przestępstwo, czy zrobiliście cokolwiek złego – i tak zrobią z was nędzarzy”

Trudno w tej chwili przewidzieć, jak Łukaszenka odwdzięczy się kierownictwu PiS za poratowanie, ale kwiaty pani Przyłębskiej z pewnością się od niego należą.