Konwencja przed Trybunał

Mateusz Morawiecki zapewnił na konferencji prasowej, że jego rząd potrafi walczyć z przemocą domową lepiej, niż autorzy konwencji stambulskiej.

Należy bowiem w ramach tej walki wdrażać praktyczne rozwiązania, a nie kierować się względami ideologicznymi – pouczał premier, po czym przypomniał o ustawie antyprzemocowej, jaką z inicjatywy jego rządu przyjęto wiosną tego roku. To faktycznie ustawa potrzebna, natychmiastowo izolująca sprawcę przemocy od ofiar, i dlatego zdobyła także głosy klubu Lewicy. Innymi gestami – jak redukowanie dofinansowania dla organizacji broniących bitych kobiet – Morawiecki jednakże już się nie pochwalił.

Wspomniał za to – a jakże – o tym, że poprzednicy w sprawie kobiet robili niewiele oraz dodał, że dzięki PiS kobiety i dzieci otrzymują „środki do życia” i uzyskują zabezpieczenie przed przemocą ekonomiczną – zapewne chodziło o 500+.

A co z samą konwencją stambulską i głośnymi zapowiedziami jej wypowiedzenia? Tu ma się wypowiedzieć

Trybunał Konstytucyjny

– Sprawy tak wielkiej wagi należy rozpatrywać w ramach przejrzystej i prawomocnej procedury – oświadczył Morawiecki.

Podczas swojej konferencji prasowej w czwartek 30 lipca premier na pozór unikał ostrego języka, jakim w odniesieniu do konwencji posługiwali się ludzie Ziobry. Nie było oskarżeń o „genderowski bełkot”, „marksistowskie niszczenie rodziny” i nic podobnego. Niemniej…

– – Konwencja stambulska – pojawia się wiele głosów, że niewłaściwie definiuje źródła przemocy wobec kobiet i nie dostarcza narzędzi do walki z nią. To bardzo poważne wątpliwości. Jako rząd podzielamy częściowo obawy Polaków i mamy prawo sądzić, że może być niezgodna z Konstytucją w zakresie wolności poglądów i wychowywania dzieci zgodnie z własnym sumieniem – oznajmił szef rządu.

I z kamienną twarzą zapewnił, że w jego przekonaniu dokonana przez trybunał ocena konstytucyjności konwencji zamknie spór, który jej dotyczy.

Lewica była przeciw

Trudno spodziewać się, że takie postawienie sprawy – przy takim składzie Trybunału Konstytucyjnego – uspokoi aktywistki broniące praw kobiet czy parlamentarzystki sejmowej Lewicy. Nawet jeśli temat konwencji stambulskiej pojawił się z inspiracji Zbigniewa Ziobry, a nie samego prezesa, i miał być demonstracją radykalizmu ministra sprawiedliwości, rządowi zaś wcale nie zależało na kolejnym starciu z organizacjami kobiecymi.

Działaczki Lewicy we wtorek poprosiły minister Marlenę Maląg, która jako pierwsza napomknęła o możliwości i zamiarach wypowiedzenia konwencji, o spotkanie. Proponowały merytoryczną rozmowę i rozwianie stereotypów, którymi kierował się Zbigniew Ziobro, twierdząc, że konwencja to ideologiczny dokument.

– W w imieniu klubu parlamentarnego Lewicy składamy dzisiaj prośbę do minister pracy, rodziny i polityki społecznej Marleny Maląg o spotkanie, na którym klub Lewicy wytłumaczy pani minister, dlaczego ta konwencja jest tak istotna w polskim porządku prawnym, dlaczego musi pozostać i być cały czas przez rząd implementowana, i wdrażana do naszego prawa – mówiła wicemarszałkini Senatu Gabriela Morawska-Stanecka.

Zgoda na przemoc?

Organizacje kobiece głośno wyrażały obawę, że wypowiedzenie konwencji będzie oznaczało dalsze zmiany w prawie, ograniczając ściganie sprawców przemocy domowej, której ofiarami w Polsce w przytłaczającej większości są kobiety. Morawiecki usiłował rozwiewać te obawy. Twierdził, że sam jest zwolennikiem surowego karania ludzi, którzy tej przemocy się dopuszczają. Ale czy ktokolwiek poza najtwardszym elektoratem mu wierzy?

Dezubekizacji ciąg dalszy

Każdy obiektywny obserwator polskiego życia publicznego doskonale widzi jak w naszym kraju, dotkniętym od kilku miesięcy korono wirusem, coraz szybciej narasta potężny kryzys gospodarczy i społeczny. Tysiące firm stoi na skraju bankructwa, milionom ludzi zagraża bezrobocie, całe warstwy i regiony pogrążają się w biedzie, a ceny, inflacja oraz frustracja społeczeństwa dopiero nabierają rozpędu.

Zagrożona PiS-owska ekipa z właściwym sobie cynizmem i obłudą nieustannie rozgłasza w TVP jak to ona samotnie, bohatersko i z poświęceniem walczy z zarazą, zaś opozycja jedynie sypie jej piasek w szprychy. Krzykliwa propaganda i fałszywa troska o zdrowie społeczeństwa (jej symbolem mogą być malowane cieniami oczy ministra Szumowskiego – dowód jego rzekomego przepracowania), mają zatrzeć niewygodną prawdę, że epidemia jest tylko jedną z przyczyn nadciągającej zapaści. Drugim, jeszcze ważniejszym jej źródłem jest prowadzona od prawie 5 lat skrajnie populistyczna i całkowicie woluntarystyczna polityka rządu Zjednoczonej (wokół koryta) Prawicy, marnotrawiącej dla przyziemnych korzyści politycznych wszelkie oszczędności,zapasy i rezerwy państwa – kryzys wybuchłby i tak, zaś korono wirus jedynie go przyspieszył i zintensyfikował.

Nadzwyczajna skala zbliżającego się załamania sprawia, że ogromna krzywda jaką 3,5 roku temu, przy pomocy ustawy „dezubekizacyjnej”, PiS wyrządziło kilkudziesięciu tysiącom niewinnych Polaków, przestaje robić wrażenie. Można nawet ocenić, że poza samym środowiskiem represjonowanych, świadomych do jak wielu nieszczęść i tragedii doprowadzili rządzący, mało kto już o nich pamięta. Opinia społeczna wie, że gdzieś tam toczą się jakieś sprawy sądowe, problemem zajmują się prawnicy, trybunały, więc temat nie jest wart większego zainteresowania.

Wrażenie takie nie jest słuszne, bowiem problem ma mało wspólnego z sądami, sprawiedliwością i prawem, zaś bardzo dużo z czystą polityką (w tym wypadku z brudną). To właśnie polityka powoduje, że desperacko walcząca o zachowanie władzy PiS-owska ekipa tematu represjonowanych z pewnością nie spuści z oka. Dowodem jest postępowanie „osobistego odkrycia towarzyskiego” prezesa Kaczyńskiego, czyli przewodniczącej Trybunału Konstytucyjnego, mgr Julii Przyłębskiej.

Pani Przyłębska przez ponad dwa lata(!) nie raczyła nawet w przybliżeniu podać kiedy TK rozpozna konstytucyjność ustawy (przez bardzo wielu wybitnych prawników ocenionej jako szokujący bubel legislacyjny), ale wreszcie, stojąc wobec zagrożenia, że skargi na rażącą przewlekłość mogą dotrzeć do TSUE, raczyła wyznaczyć termin rozprawy na 17 marca br. W krótkim czasie odwoła go i wskazała jako nową datę 21 kwiecień, następnie zmieniła ją na 19 maj, zaś aktualnie obowiązującym terminem jest 2 czerwiec.

Dla wszystkich realnie myślących osób decyzja jaką podejmie opanowany przez PiS Trybunał jest od dawna oczywista – wydany wyrok stwierdzi, że ustawa represyjna jest całkowicie i bezwzględnie zgodna z Konstytucją. Można być pewnym, że dla pani Przyłębskiej, pani Pawłowicz, pana Piotrowicza i pozostałych dublerów takie bzdurne reguły prawne jak: nie stosowanie odpowiedzialności zbiorowej, nie karanie osób bez wyroku, nie działanie prawa wstecz, zakaz powtórnego karanie już raz ukaranych, kwestia zaufania do państwa, oraz szereg dalszych cywilizowanych zasad, nie będą miały jakiejkolwiek znaczenia wobec sztandarowego stwierdzenia: „służyli totalitarnemu państwu”. Nasze środowisko nie ma w tej kwestii złudzeń, ale oczekuje wyroku bowiem otworzy on wreszcie drogę do trybunałów europejskich, gdzie szansę na sprawiedliwość i uczciwość są znacząco większe, chociaż też nie przesadnie.

Trzeba tu zauważyć, że kolejne odwoływanie rozpraw nie zostało spowodowane epidemią, (odbywały się w tym czasie inne posiedzenia), natomiast jego przyczyną jest wyłącznie kalendarz wyborów prezydenckich. Otóż prezes Kaczyński bardzo nie chce, aby wyrok powyższy został ogłoszony przed rozstrzygnięciem wyborów, bowiem mógłby znacząco osłabić wcale niewygórowane szanse prezydenta Dudy.

Sprawa jest prosta: bardzo wielu ludzi w Polsce doskonale pamięta, iż ugrupowanie PiS już kilkukrotnie przymierzało się do objęcia analogicznymi represjami dalszych środowisk funkcjonujących w PRL, w tym żołnierzy LWP, funkcjonariuszy MO, działaczy organizacji politycznych, także prokuratorów, sędziów, dziennikarzy, a prawdopodobnie i innych grup zawodowych, uczciwie pracujących w tamtej Polsce. PiS ma wielką ochotę na dalszą dezubekizację, więc zaplanowane orzeczenie TK jest mu niezbędne, aby czynić swe podłości rzekomo zgodnie z prawem.

Problemem prezesa jest to, że wyrok potwierdzający, iż nawet za jeden dzień „służenia totalitarnemu państwu” można zostać pozbawionym emerytury i renty i otrzymać jedynie głodowy zasiłek socjalny, mógłby dzisiaj skłonić wielu Polaków zaczynających kariery zawodowe w PRL do chwili refleksji. Mogliby zacząć zastanawiać się, że swą solidną pracą także wzmacniali Polski Ludowej, czyli jej służyli, więc teraz PiS z pewnością im tego nie daruje. Na przykład górnicy, którzy w ogromnym trudzie przez całe dziesięciolecia podtrzymywali chwiejną socjalistyczną gospodarkę, a w dodatku są formacją mundurową. Albo nauczyciele, którzy latami kształcili miliony młodych Polaków zgodnie z programami nauczania opracowanymi ówczesne władze.

Gwoli sprawiedliwości warto dodać, że rzeczywiście zdarzali się w tamtych czasach nauczyciele wyjątkowo gorliwi, wkładający dużo wysiłku w utrwalenie młodzieży wartości obowiązujących w Polsce Ludowej. Na przykład wiele osób studiujących w latach 70 tych w Białymstoku, na Fili Uniwersytetu Warszawskiego, doskonale pamięta młodego doktora prawa konstytucyjnego, który przyjeżdżał na zajęcia z Warszawy. Otóż ten młody wykładowca, oprócz wpajania im, że konstytucja jest aktem absolutnie niepodważalnym, wymagał także opanowania na pamięć dokładnie całej konstytucji PRL i jakiekolwiek potknięcia w tej mierze skutkowały bezwzględnym oblaniem egzaminu – nie zaliczało go w pierwszym terminie z reguły 2/3 zdających. Nikt się temu specjalnie nie dziwił, bowiem młody naukowiec także w swej pracy doktorskiej powoływał się na dzieła Lenina. Podobnych osób było więcej, ale by uspokoić pedagogów z PRL-owskim rodowodem można dodać, że ten młody doktor nazywał się Jarosław Kaczyński, więc represje nauczycielom raczej nie grożą.

Jednak pozostali ludzie, którzy z premedytacją uczciwie pracowali w Polsce przed 1990 rokiem, nie mogą spać spokojnie. Jeżeli wygra prezydent Duda i działacze PiS uzyskają dzięki temu gwarancję bezkarności na kolejne lata (Duda może ich ułaskawiać nawet nie czekając na wyroki sądów), to temat jak najszerszej dekomunizacji – sztandarowe hasło PiS – z pewnością wróci z niezwykłą siłą. Wielu więc Polaków może pewnego ranka z zaskoczeniem dowiedzieć się, że o trzeciej w nocy PiS-owska większość w sejmie uchwaliła, a prezydent Duda już podpisał, iż oni także służyli „totalitarnemu państwu”, więc sprawiedliwość społeczna wymaga, by od teraz żyli w nędzy już do końca swoich dni. Narastający kryzys, w tym zapaść finansowa w jakiej pogrąża się Polska, czynią ten scenariusz coraz bardziej prawdopodobnym.

Jeżeli ktoś nadal ma wątpliwości jacy ludzie rządzą dzisiaj Polską, niech zastanowi się nad jeszcze kilkoma faktami. Otóż zagorzali pisowscy antykomuniści miesiąc temu z niezwykłym samozachwytem przechwalali się przed całym narodem, że pierwszy komunista świata, prezydent Chin, łaskawie zgodził się na rozmowę telefoniczną z A. Dudą. Następnie urządzili propagandową hecę, z udziałem samego premiera Morawieckiego, aby przywitać samolot ze środkami medycznymi, które Chińczycy sprzedali Polsce. Jak widać dla celów propagandowych nawet chiński komunista może okazać się wspaniałym człowiekiem. Za to z pewnością nie usłyszycie z ust premiera, że desperacką walkę z korona wirusem polscy lekarze prowadzą w szpitalach i przychodniach, które w 97 % były wybudowane w czasach PRL. Nie dowiecie się także, że znacząco niższa śmiertelność epidemii w Polsce, w porównaniu z krajami Europy Zachodniej, nie jest wcale zasługą genialnych PiS-owskich władz, lecz tego, że w czasach Polski Ludowej wprowadzono obowiązkowe szczepienia przeciwgruźlicze całego społeczeństwa. Dzięki temu nasza odporność na choroby płuc jest znacząco wyższa niż krajach Zachodu, a zjawisko to występuje także w pozostałych byłych krajach socjalistycznych Wschodniej Europy. Wiedzą już o tym naukowcy w wielu instytutach medycznych, ale można być pewnym, że TVP za żadną cenę nie poinformuje Polaków, że tysiące z nich zawdzięcza dzisiaj swe życie tylko polityce zdrowotnej Polski Ludowej.

PiS uderza w demokrację i praworządność

Trybunał Konstytucyjny, działając jak część aparatu władzy Prawa i Sprawiedliwości, bezprawnie zdecydował o tym, co wolno i czego nie wolno czynić Sądowi Najwyższemu.

Pod propagandową przykrywką zmagań z koronawirusem, ekipa z Prawa i Sprawiedliwości dokonała kolejnego zamachu na demokrację i praworządność w Polsce. Uderzenia dokonał Trybunał Konstytucyjny, przejęty przez nominatów z PiS. Można by powiedzieć, że Trybunal Konstytucyjny spełnia oczekiwania PiS-owskiej władzy – ale trafniejsze byłoby stwierdzenie, iż TK dziś po prostu sam jest jednym z organów PiS-owskiej władzy.
Tak więc, Trybunał Konstytucyjny, działając jako część władzy PiS, uznał w tym tygodniu, że to oczywiście władza PiS ma prawo zatwierdzać lub odrzucać rozstrzygnięcia Sądu Najwyższego. Innymi słowy – że to partia powinna w Polsce decydować o wyrokach, a nie jakieś niby niezależne sądy (Sąd Najwyższy jeszcze nie został w pełni przejęty przez Prawo i Sprawiedliwość, więc wciąż może wpływać na to, że wyroki polskich sądów nie zawsze będą zgodne z oczekiwaniami obecnej ekipy).
Trybunał Konstytucyjny w swym orzeczeniu stwierdził, że niezgodna z Konstytucją i prawem międzynarodowym jest uchwała Sądu Najwyższego stanowiąca, iż wyroki wydawane z udziałem sędziów, w których powoływaniu uczestniczyła obecna Krajowa Rada Sądownictwa, mogą być podważone w kolejnej instancji.
To orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego jest epokowe. Uznawanie, iż rozstrzygnięcia Sądu Najwyższego mogą być bezprawne i nie obowiązujące, stanowi bowiem krok milowy do wyjścia Polski z Unii Europejskiej, gdzie nie ma miejsca dla państw, w których nie panują rządy prawa. Najpierw zaś, za sprawą obecnego orzeczenia TK nastąpi bardzo znaczne zmniejszenie pomocy, otrzymywanej przez Polskę od UE – co znacznie ułatwi PiS-owi przekonywanie ludzi, że Unia nie jest nam do niczego potrzebna.

Wrogowie wolności

Sąd Najwyższy w styczniu tego roku (działając w rozszerzonym składzie, z sędziami trzech izb SN) przyjął uchwałę, że wyroki wydawane przez sądy z udziałem sędziów, w których powoływaniu uczestniczyła obecna Krajowa Rada Sądownictwa (czyli przejęta przez PiS), mogą być podważone w kolejnej instancji – z powodu zarzutu niewłaściwej lub sprzecznej z prawem obsady składu orzekającego tych sądów.
Ta styczniowa uchwała Sądu Najwyższego stanowiła realizację wcześniejszego orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Oba te najwyższe i w Unii, i w Polsce organy wymiaru sprawiedliwości uznały bowiem, że istnieje niebezpieczeństwo, iż sędzia powołany z udziałem Krajowej Rady Sądownictwa obsadzonej przez obecną ekipę rządzącą, może nie być niezawisły w swoich decyzjach. To zaś może także – choć nie musi – oznaczać, że wyda wyrok taki, jakiego sobie życzy obecna ekipa rządząca, a nie wyrok, który będzie sprawiedliwy.
Jest to sprzeczne z istotą sądownictwa, które, jak stwierdza polska Konstytucja, jest władzą odrębną i niezależną od innych władz, a sędziowie są niezawiśli (art. 173 i 177 Konstytucji).
O tym, że sędziowie są niezawiśli i bezstronni stanowi również Karta Praw Podstawowych Unii Europejskiej, do przestrzegania której zobowiązała się Polska.
Tak więc, Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej oraz Sąd Najwyższy bronią polskiej Konstytucji oraz unijnych i po prostu ogólnoludzkich praw podstawowych – natomiast ekipa rządząca Prawa i Sprawiedliwości łamie Konstytucję i wszystkie te prawa.
Ci którzy łamią Konstytucję i prawo, łamią zaś także praworządność i demokrację – i w ten sposób pozbawiają Polaków wolności, czyniąc ich sobie podległymi. PiS-owskim prominentom warto zasugerować, że należy nieco mitygować totalitarne zapędy. Niech nie zapominają o osiemnastowiecznej, ale wciąż żywej zasadzie: „Nie ma wolności dla wrogów wolności”.

Na drodze do dyktatury

W łamaniu praworządności, demokracji i wolności przeszkadzają instytucje Unii Europejskiej – i właśnie chcąc się pozbyć tej przeszkody, liderzy Prawa i Sprawiedliwości dążą do wyprowadzenia naszego kraju z Unii.
PiS-owska ekipa już wkrótce po styczniowym orzeczeniu Sądu Najwyższego rozpoczęła kolejny atak na praworządność i demokrację. PiS-owska marszałek Sejmu stwierdziła – niezgodnie z prawdą – że w wyniku styczniowej uchwały SN nastąpił spór kompetencyjny pomiędzy Sądem Najwyższym i Sejmem. Wystąpiła wiec z wnioskiem o rozstrzygnięcie tego sporu do Trybunału Konstytucyjnego, przejętego już przez PiS. Prezes Rady Ministrów, działając z nią wspólnie i w porozumieniu, wystąpił zaś do TK o zbadanie konstytucyjności przepisów, na mocy których Sąd Najwyższy podjął swą uchwałę.
W rzeczywistości, nie ma i nie było żadnego sporu kompetencyjnego między Sejmem a Sądem Najwyższym, co stwierdził sam Sąd Najwyższy. Mimo to jednak Trybunał Konstytucyjny jeszcze w styczniu br. uznał, niezgodnie z prawem, że spór kompetencyjny istnieje, a do czasu jego rozstrzygnięcia wstrzymane zostaje wykonywanie wspomnianej uchwały Sądu Najwyższego, mówiącej iż wyroki wydane przez sąd z udziałem sędziów, w których powoływaniu uczestniczyła obecna Krajowa Rada Sądownictwa, mogą być podważone w kolejnej instancji z powodu zarzutu niewłaściwej lub sprzecznej z prawem obsady składu orzekającego. TK zakazał też Sądowi Najwyższemu podejmowania jakichkolwiek uchwał dotyczących Krajowej Rady Sądownictwa czy prawidłowości powołań sędziowskich.
Tak więc, TK działając jako część aparatu władzy Prawa i Sprawiedliwości, bezprawnie zdecydował o tym, co wolno i czego nie wolno czynić Sądowi Najwyższemu (formalnie przecież niezależnemu i niezawisłemu od innych wladz).
Teraz zaś Trybunał Konstytucyjny orzekł, że styczniowa uchwała Sądu Najwyższego, dotycząca sędziów powołanych z udziałem obecnej Krajowej Rady Sądownictwa, jest sprzeczna z Konstytucją i prawem międzynarodowym – a więc nie wolno jej stosować na zawsze.

Nam wszystko wolno

Może nieco dziwić, dlaczego Trybunał Konstytucyjny, będący przecież – choćby z nazwy – również sądem, tak chętnie podjął się roli organu PiS-owskiej władzy, opresyjnej wobec niezależnego i niezawisłego sądownictwa w Polsce.
To zdziwienie jednak mija, gdy uświadomimy sobie, że ekipa rządząca z Prawa i Sprawiedliwości odkomenderowała do TK swych oddanych ludzi, dobrze wiedzących, co mają robić, oraz w ogóle nie będących sędziami – czyli takich, którym obce mogą być zasady niezależności i niezawisłości sędziowskiej.
Wyrok Trybunału Konstytucyjnego mówiący o tym, iż styczniowa uchwała Sądu Najwyższego dotycząca sędziów powołanych z udziałem obecnej, PiS-owskiej Krajowej Rady Sądownictwa jest jakoby (jakoby – czyli zdaniem Trybunału, który nie miał uprawnień, by wydawać jakiekolwiek orzeczenie w tej sprawie) niezgodna z Konstytucją, odczytał oraz uzasadnił PiS-owski nominat Stanisław Piotrowicz.
W rzeczywistości „sędzia” Trybunału S. Piotrowicz nigdy wcześniej nie był sędzią – lecz prokuratorem, oskarżającym opozycjonistów w stanie wojennym, a także zasłużonym członkiem egzekutywy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w Prokuraturze Wojewódzkiej w Krośnie. Komunistyczny, partyjny prokurator oskarżający opozycjonistów w stanie wojennym, to widocznie według prominentów Prawa i Sprawiedliwości, dobry materiał na wykonawcę poleceń obecnej władzy.
Sędzią sprawozdawcą w tej sprawie była zaś Krystyna Pawłowicz, także skierowana do TK przez PiS. Wcześniej nie pracowała ona jako sędzia, a jej kariera również zaczęła się w komunistycznej Polsce, czyli w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. W tym „niesłusznym” ustroju działała ona w Socjalistycznym Związku Studentów Polskich. To poniekąd łączy ją z Julią Przyłębską, prezes PiS-owskiego Trybunału Konstytucyjnego, która także była działaczką Socjalistycznego Związku Studentów Polskich.
Wszystko to nie stanowi broń Boże żadnych pretensji wobec wszelkich wymienianych tutaj osób, a także wobec żadnych innych członków obecnego Trybunału Konstytucyjnego, robiących kariery „za komuny”. Przeciwnie, pokazuje jak świadomie ekipa z Prawa i Sprawiedliwości obsadza ważne stanowiska, troszcząc się o to, by byli na tych stanowiskach ludzie, dający rękojmię odgadywania i spełniania oczekiwań obecnej ekipy.
Prominenci Prawa i Sprawiedliwości doskonale przecież znają – i konsekwentnie stosują – zasadę Włodzimierza Lenina, że „Kadry decydują o wszystkim”. Oraz jego drugą zasadę, jeszcze ważniejszą: „Nasz kodeks moralny jest absolutnie nowy. (…) nam wszystko wolno”.

Wybory nie mogą być pułapką

– Wybory nie mogą sprzyjać rozprzestrzenianiu się zarazy. Nie mogą też służyć oswajaniu bezprawia, choćby na tej zasadzie, że odmawiając udziału w głosowaniu, oddajemy pole tym, którzy zyskają na nieobecności, bo przecież nie ma wymogu frekwencji – mówi prof. Ryszard Piotrowski, konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej zamroził działanie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Co się stanie, jeżeli Polska się nie dostosuje? O braku kompetencji TSUE i naruszeniu suwerenności mówił np. pan Kaleta.

RYSZARD PIOTROWSKI: Przede wszystkim jednak trzeba pamiętać, że w myśl Konstytucji jesteśmy przecież zobowiązani do respektowania umów międzynarodowych. Niewykonanie postanowienia TSUE będzie zatem oznaczało także naruszenie Konstytucji.

Rozstrzygnięcia TSUE są dla nas wiążące i uchybienie w ich wykonaniu pociąga za sobą konsekwencje przewidziane w prawie europejskim. Art. 260 Traktatu o Funkcjonowaniu UE stanowi, że jeżeli KE uzna, że państwo członkowskie nie podjęło środków zapewniających wykonanie wyroku TSUE, może ona wnieść sprawę do Trybunału. Komisja wskazuje wysokość ryczałtu lub okresowej kary pieniężnej do zapłacenia przez dane państwo, jaką uzna za odpowiednią do okoliczności.

Wiadomo, że kary są bardzo wysokie i dotkliwe.

Tu nie ma automatyzmu. Potrzebne jest osobne wystąpienie Komisji, która będzie brała pod uwagę dzisiejszą sytuację w Europie i w świecie. Nie sądzę jednak, aby ta wyjątkowa sytuacja zwolniła państwo członkowskie z respektowania prawa europejskiego.

Co dokładnie oznacza i czym skutkuje decyzja TSUE?

TSUE stwierdził, że Rzeczpospolita ma natychmiast i do czasu wydania przez Trybunał wyroku kończącego postępowanie w sprawie zawiesić przepisy wskazane w postanowieniu „w sprawach dyscyplinarnych sędziów” – m.in. przepis art. 3 ustawy o SN, z którego wynika, że w SN jest Izba Dyscyplinarna. Zawieszenie tego przepisu oznacza, że ta Izba nie może funkcjonować w strukturze Sądu Najwyższego w zakresie postępowań dyscyplinarnych, a sędziowie tej Izby powinni natychmiast powstrzymać się od jakichkolwiek czynności związanych z rozpoznawaniem spraw.
Nie jest jednak wykluczona i taka interpretacja, według której, skoro TSUE zawiesił stosowanie przepisu ustanawiającego Izbę Dyscyplinarną, to jej po prostu nie ma – do czasu wydania ostatecznego wyroku przez TSUE.Tymczasem Izba Dyscyplinarna skierowała do Trybunału Konstytucyjnego pytanie, czy prawo europejskie, w zakresie, w jakim skutkuje zobowiązaniem Polski do wykonywania środków tymczasowych, odnoszących się do kształtu ustroju i funkcjonowania konstytucyjnych organów władzy sądowniczej w Polsce, jest zgodne z Konstytucją RP. A więc wracamy do pytania o Konstytucję i jej przestrzeganie.

Pamiętajmy, że Prokurator Generalny skierował do Trybunału Konstytucyjnego wniosek, w którym domaga się stwierdzenia niezgodności z Konstytucją RP art. 267 Traktatu o Funkcjonowaniu UE rozumianego w ten sposób, że przepis ten uprawnia sąd krajowy do zadania pytania do TSUE w sytuacji, gdy rozstrzygnięcie TSUE nie odnosi się do sprawy rozpatrywanej przez sąd krajowy. Ponadto Trybunał Konstytucyjny miałby orzec, że w pewnych kwestiach – a mianowicie w sprawach dotyczących ustroju władzy sądowniczej i postępowania przed jej organami – TSUE nie może się wypowiadać, gdyż byłoby to niezgodne z Konstytucją RP. A zatem nie możemy wykonywać rozstrzygnięć TSUE w sprawach organizacji i funkcjonowania polskiej władzy sądowniczej.

Posłowie partii rządzącej zapowiadają, że tę sprawę też oddadzą do TK.
Rzecznik rządu poinformował, że premier zdecydował o skierowaniu wyroku TSUE w sprawie Izby Dyscyplinarnej do Trybunału Konstytucyjnego. Według rzecznika rząd nie może ingerować w działania Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego i dlatego kwestią tą musi się zająć Trybunał Konstytucyjny. Zdaniem rządu reforma wymiaru sprawiedliwości należy do wyłącznej kompetencji państw członkowskich.

Niestety, nasz trybunał jest w stanie, który nie pozwala traktować jego rozstrzygnięć jako przekonywających, mówiąc delikatnie, ponieważ istnieje istotne i znaczące powiązanie pomiędzy większością parlamentarną a trybunałem i są to powiązania o charakterze personalno-politycznym.Tego rodzaju powiązania zawsze w jakimś stopniu istniały, ale nigdy nie przybierało to postaci tak daleko idącej zbieżności orzecznictwa Trybunału z oczekiwaniami większości parlamentarnej. Z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy powiedzieć, że jeśli będzie taka potrzeba polityczna, to trybunał potwierdzi oczekiwania większości. To nie oznacza rozwiązania problemu na poziomie europejskim. Dodam jeszcze, że prowadzenie tego sporu z TSUE nie wzmocni naszej suwerenności. Przypomnę tylko, że suwerenność to rządy prawa i niezależność władzy sądowniczej. Kiedy rządzący naruszają Konstytucję i ograniczają niezależność władzy sądowniczej oraz niezawisłość sędziów, to podważają też naszą suwerenność.

W zaledwie 4 godziny rządząca większość przeprowadziła zmiany wyborcze – wybory tylko korespondencyjnie, marszałek może zmienić termin. Jak pan ocenia ten plan?

Ten projekt jest niezgodny z konstytucją i to nie tylko dlatego, że przeszedł jak burza przez Sejm. Prawo wyborcze powinno być tworzone w taki sposób, aby zasługiwało na zaufanie wyborców, a więc zmiany nie mogą sprzyjać tylko jednej drużynie. Ustawa wprowadza zmiany w kodeksie wyborczym – taki projekt powinien być dostarczony posłom na 30 dni przed pierwszym czytaniem.

Istotne zmiany w prawie wyborczym mogą być dokonywane nie później, niż na 6 miesięcy przed rozpoczęciem nowych procedur wyborczych. Oczywiście, obiektywne okoliczności pozwalałyby odstąpić od tej reguły, ale – powtarzam – muszą być obiektywne, przekonujące i zaakceptowane przez wszystkie ugrupowania, także opozycyjne. Zarzutów co do tej ustawy jest więcej.

Niektórzy mówią o nawet o zamachu stanu. Podziela pan tę opinię?

Unikam używania tak wielkich słów, bo one się jeszcze przydadzą. Do tej ustawy bardziej właściwe wydaje się określenie „usługa pocztowa” wobec władzy, zastosowane zresztą – chyba przypadkowo – przez ustawodawcę. To zamach na prawa wyborcze obywateli, które mają podstawowe znaczenie w ustroju demokratycznym. Obywatele zostają wyzuci ze swojego prawa do dokonania wyboru prezydenta w taki sposób, jak określono to w Konstytucji. I to podstępnie wyzuci, bo w majestacie Rzeczypospolitej. Głosowanie zawsze odbywało się w lokalu wyborczym. Tak stanowi konstytucja, używając właśnie pojęcia „głosowanie”, które ma odległą tradycję, sięgającą I Rzeczypospolitej, i wynikające z tej tradycji utrwalone znaczenie.

Są też wątpliwości co do tajności tego głosowania, oczywiste w formule głosowania poza lokalem wyborczym. Istnieją też poważne wątpliwości co do powszechności. Ustawa mówi, że poczta ma „doręczyć” pakiet bezpośrednio do oddawczej skrzynki pocztowej wyborcy. Skrzynka pocztowa nie ma rąk… zatem to orwellowska stylistyka, którą się operuje w tej ustawie.

Swego rodzaju orwellizacja naszego życia objawia się również w tym, że wybory mają się odbywać teraz, w czasie epidemii, który jest tożsamy ze stanem klęski żywiołowej, czyli stanem nadzwyczajnym, w którym to nie wolno organizować wyborów. Rząd mówi – to jest nienadzwyczajny stan nadzwyczajny, nazywa się stanem epidemii, chociaż idzie dalej w niektórych kwestiach, niż to, na co pozwala ustawa o stanie klęski żywiołowej.

To istna magia słów, która pozwala na zmianę prawa wyborczego w tym czasie. Co więcej, niektórzy politycy i eksperci uważają, że można zmieniać konstytucję w tym czasie. To są rzeczy niebywałe!

Czy wobec tego pan weźmie udział w tych wyborach?

To dobre pytanie, dlatego że w pierwotnej wersji ustawy zapisano, że kto ukrywa kartę do głosowania (np. nie odda karty do głosowania, bo nie uczestniczy w głosowaniu, a kartę zatrzyma), podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech. Teraz mamy sformułowanie, że kto kradnie kartę do głosowania, podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech. Rozumiem, że to dotyczy sytuacji, kiedy ktoś wyciąga ze skrzynek podawczych karty, aby potem np. je oferować jako „kolekcjonerskie” czy mieć na pamiątkę.
Pamiętajmy, że w kodeksie karnym mamy również przepis, który stanowi, że kto ukrywa dokumenty wyborcze, podlega karze pozbawienia wolności. Jeżeli teraz obywatel mówi, że nie weźmie udziału w takich wyborach, bo to nie są w ogóle wybory, ale ma pakiet z kartą, oświadczeniem itp., to może mieć problem. Pamiętajmy, że powstanie baza danych, która będzie się składała z informacji dotyczących osób, które odesłały oświadczenie o osobistym i tajnym głosowaniu. Nie jest jasna sytuacja wyborcy, którego pakiet zaginie albo zawieruszy się gdzieś koperta z kartą do głosowania i oświadczeniem. Problem ukrywania dokumentów wyborczych uregulowany w KK pojawia się w zupełnie nowym kontekście, bo ten przepis miał swój sens wtedy, kiedy wyborca chciał wynieść kartę do głosowania z lokalu wyborczego. Teraz być może od rozsądku sądu będzie zależało, co z tym zrobić.

Reasumując, miejmy nadzieję, że nowe wybory jednak się nie odbędą i to nas uwolni od dylematu „głosować czy nie”. Prawo wyborcze nie powinno być pułapką dla obywateli. W państwie demokratycznym udział w głosowaniu nie może narażać na niebezpieczeństwo utraty zdrowia. W żadnym stopniu wybory nie mogą sprzyjać rozprzestrzenianiu się zarazy. Nie mogą też służyć oswajaniu bezprawia, choćby na tej zasadzie, że odmawiając udziału w głosowaniu, oddajemy pole tym, którzy zyskają na nieobecności, bo przecież nie ma wymogu frekwencji…

Decyzję w sprawie udziału w tego rodzaju wyborach podejmę, kiedy stanie się ona aktualna. Na razie mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Chciałbym wziąć udział w wyborach, ale nie w takich.

Po co nam/wam wolność? Ważny tunajt

Ja opowiadam się za miłością. I za wolnością. Nigdy nie lubiłem i nie lubię, kiedy ktoś mi coś każe albo mnie za coś karze, gdy rozkazu nie posłucham. Czupurny jestem i najeżony. Jeśli już się do czegoś przekonam, to to musi potrwać. Uleżeć się. Wtedy potrafię powiedzieć-nie miałem racji. Ale żeby cokolwiek coś na rozkaz albo od pod rygorem, to nie ze mną.

Cały ranek, kiedy tak leżałem sobie w łóżku bez celu, rozmyślałem o wolności na kanwie przypadków drukarza z Łodzi i kasjera z Ikei. Czy to dobrze, że TK uznał za niekonstytucyjne karanie kogoś za odmowę druku plakatów LGBT, albo czy właściwym jest bojkot szwedzkich mebli za wywalanie człowieka z pracy za to, że nie chce być częścią tęczowej społeczności, a na dodatek ma czelność cytować Pismo Święte w internecie. I doszedłem do wniosku, że to dobrze i właściwe. Bo ja opowiadam się za wolnością. A ona ani lewicowa ani prawicowa nie jest. Ona po prostu jest. Albo jej nie ma.
Sam wspieram działania na rzecz społeczności LGBT, bo uważam, że to potrzebne. Godne i sprawiedliwe. Ale nie będę się zgadzał w ciemno na wszystko, co mi ta czy inna społeczność chce narzucić jako moje, bo dużo bardziej sobie cenie własne zdanie. M.in. dlatego nigdy nie zapisałem się i nie zapiszę do żadnej partii, bo nie mógłbym bronić tez z którymi się nie zgadzam, tylko dlatego, że to tezy partyjne i jeden czy drugi starszy pan w krawacie mówi, że to dobre, choć ja czuję, że jest zupełnie odwrotnie. Dlatego uważam, że jeśli się szacunku i tolerancji chce dla siebie, to winno się ją mieć i dla innych. I nie narzucać swojego zdania przymusem – czy to firmowym czy państwowym – tylko przekonywać argumentem. Nie chcesz nosić tęczowej koszulki w naszej firmie? Hmmm, niby masz do tego prawo, ale tak naprawdę to nie masz. Won na bruk za seksizm. Jak w „Rejsie”: „Przepraszam, czy można? Można. Tzn. nie można.” Nie chcesz wydrukować plakatów dla homoseksualistów? Won na bruk. I to ma być wolność?
W świetle tych dwóch spraw toczy się w mediach dyskusja głównie na niwie światopoglądowej. Media prawe spychają ją do narożnika lewackiej propagandy versus klauzuli sumienia, a media lewe do równości i tolerancji. Ale ja w tym widzę doskonały fundament do dyskusji o wolności właśnie, na którym jak dotąd nikt jeszcze nie zaczął nic stawiać, więc może ja pierwszy zacznę.
Jak ktoś jest właścicielem interesu, za przeproszeniem małego, albo działającego na wielką skalę, to może z nim robić co chce, w ramach obowiązującego prawa. Rozprzedać, zbankrutować, zarabiać na nim, rozwijać etc. Jestem sobie drukarzem. Mam firmę, zatrudniam ludzi, płacę podatki. Nie chcę drukować plakatów dla ONR-u. Uważam, że przykładam rękę do złej sprawy, a pieniędzy od nich mi nie potrzeba. Odmawiam. I chcę mieć prawo odmówić. Tak jak tamten ma mieć prawo odmówić druku dla LGBT. I to jest wolność. Bo jak jednym wolno odmawiać, a drugim już nie, to to jest wolność Kalego.
Jest duża firma. Zatrudnia ludzi na 5 kontynentach. W swoim regulaminie ma wpisane poszanowanie dla inności we wszystkich językach świata. Najmując się doń do pracy nie podpisywałem lojalki, że będę musiał swoim strojem, zachowaniem czy osobą, uczestniczyć w promowaniu wartości szarych, burych czy pstrokatych, tylko dlatego, że kierownik mi tak każe, pod groźbą nagany lub utraty stanowiska. A tak się właśnie dzieje. Najmuję się do firmy z czystą kartą światopoglądową, a wychodzi na to, że muszę podbijać na zakładzie kartę tęczową, a na to się nie umawiałem. I firma wyrzuca mnie za to z roboty. To, Szanowni Państwo, jest już ch.j, a nie wolność.
Ja opowiadam się za wolnością taką, żeby człowiek nie był przez pracownika zmuszany do robienia rzeczy, których nie chce. I to również w aptece. Jeśli nie chcesz czegoś robić, bo kłuci się to z twoim sumieniem, poproś kolegę, żeby wydał pigułki dzień bo, jeśli z jego się akurat nie kłóci. Masz prywatną aptekę, za którą zapłaciłeś swoimi ciężko zarobionymi pieniędzmi i nie chcesz sprzedawać prezerwatyw? Twoja sprawa. Nie sprzedawaj, a Państwu nic do tego. I to jest wolność właśnie. Bo dziś wolności żadnymi krzyżami się już nie mierzy, tylko twoja albo moją wolną wolą. A tą możesz oczywiście powiesić na krzyżu, ale wcale nie musisz.
W jednym wypadku wolność, czy to sumienia czy wyboru, musi być schowana do kieszeni. Kiedy coś jest państwowe, albo na państwowym się zasadza. Tu wszystko musi być dla wszystkich. Nikomu nie wolno odmawiać ani traktować lepiej czy gorzej. Egalitaryzm pełen. A jak masz swoje, nie łamiesz prawa, nie krzywdzisz innych, nie przymuszasz wbrew woli, to wara urzędom i urzędnikom od tego, jak swoje pożytkujesz. I tyle. Bo ja jestem za wolnością.

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Lojalka Prezydenta RP

Na wczorajszym spotkaniu prezydenta Dudy z mieszkańcami Leżajska Duda po raz kolejny, ale tym razem w najbardziej gwałtowny sposób zaatakował Unię Europejską i zakwestionował celowość członkostwa Polski w tej organizacji. Niestety, słowa Dudy brzmią dla mnie bardziej szczerze niż fałszywe proeuropejskie deklaracje Kaczyńskiego czy Morawieckiego. Dlaczego jednak dochodzi do takich rozbieżności w wypowiedziach liderów prawicy?
Rządząca PiS ma dylemat. Z jednej strony bardzo wyraźne proeuropejska orientacja społeczeństwa, z drugiej wola (zapewne hierarchów) przebudowy Unii Europejskiej według wizji integrystów watykańskich, z trzeciej zaś zwyczajne interesy gospodarcze.
Nie wydaje mi się, aby doktor praw Andrzej Duda wykrzykując w Leżajsku, że Unia Europejska, to „jakaś wyimaginowana wspólnota, z której dla nas nic nie wynika” nie zdawał sobie sprawy co dla Polski oznacza brak ceł w kontaktach z podstawowym polskim partnerem gospodarczym, co oznacza swobodny przepływ kapitałów i ludzi. Doskonale świadomy jest tych uwarunkowań. Jeżeli nie – to powinien być natychmiast usunięty ze stanowiska z uwagi na stan zdrowia.
Dlaczego więc Duda decyduje się na rozniecanie antyunijnych nastrojów? Po części dlatego, że wypowiedzi jego zgodne są z zasadniczą linią strategii PiS, szpachlowanej tylko zdawkowymi deklaracjami Kaczyńskiego i Morawieckiego. Ale chyba jest jeden jeszcze powód. Wypowiedzi prezydenta RP, nie ważne, w stolicy czy w Leżajsku, pilnie analizowane są w ambasadach różnych państw w Warszawie. Potem idą do rządów notatki, analizy, wnioski. Nie przez przypadek zapewne wrogie Unii pokrzykiwania Dudy mają miejsce przed zapowiedzianą i jakże upragnioną przez niego wizytą w Białym Domu. W Leżajsku Duda przygotowywał klimat swojego spotkania z Trumpem demonstrując swoją antyreuropejskość i składając Trumpowi deklarację lojalności w jego krucjacie przeciwko Unii.
– Panie Prezydencie Trump! Prezydent Duda melduje się na rozkaz, gotowy do wykonania kolejnego zadania w sprawie Unii Europejskiej i nie tylko! – taka będzie zapewne atmosfera wasalskiego spotkania w Waszyngtonie.
I nie jest to pierwszy krok PiS w tym kierunku. Leżajski popis Dudy jest kontynuacją pisowskiej idei „Trójmorza” antyunijnej inicjatywy, o patronat nad którą PiS poprosił Trumpa nazajutrz niemal po objęciu przez niego urzędu Prezydenta Stanów Zjednoczonych. (wpis: „Szczyt zaszczycony” z 17. Sierpnia 2017 r.).
Działania Prezydenta RP Andrzeja Dudy konsekwentnie godzą w podstawowe interesy Polski, podważają polską rację stanu. Spisane będą czyny i rozmowy. A potem Trybunał.

 

Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Gmyzy i klerykalne szlampy

Księża pedofile poza rejestrem pedofilskim i odebranie sprawy prokuratorowi prowadzącemu śledztwo w sprawie Cezarego Gmyza, który znieważył Pierwszą Prezes Sądu Najwyższego – oto państwo PiS, a to tylko okruchy z wielkiej piramidy.

 

Dlatego wszyscy, którzy przyczynią się do tego, że opozycja pójdzie do wyborów rozbita są po prostu głupcami i samobójcami.

 

Tablica z „solidarnościowej” wazeliny

Niektórzy dyktatorzy bywają skromni. Stalin na przykład nosił kurtkę bez orderów i dystynkcji, podczas gdy jego generałowie i marszałkowie uginali się pod kiściami medali. Jarosław Kaczyński, któremu rzecz jasna daleko do Generalissimusa, zabronił eksponowania jego wybitnej roli w strajku w Stoczni Gdańskiej w 1988 roku. A może nie o skromność chodziło?
Na tablicy, którą chciała zainstalować stoczniowa „Solidarność” stać miało, że bracia Kaczyńscy „przebywali w czasie strajku w stoczni”. Przebywali? To brzmi nader dwuznacznie, bo co to znaczy „przebywali”? I co robili? Po co, dlaczego, w jakim celu, kto za tym stał? W każdym razie do śmieszności było o pół kroku, ale ktoś przytomnie doniósł Prezesowi i mimo, że słowo „przebywali” zamieniono na „brali udział w strajku”, ten zaoponował i tablicy nie będzie. Stoczniowa „Solidarność” to w tym przypadku niejaki Karol Guzikiewicz, wyjątkowo wręcz obrzydliwy i katastrofalnie ograniczony umysłowo osobnik.

 

To jest dopiero nadzwyczajna kasta

W rejestrze szczególnie niebezpiecznych pedofili Ministerstwo Sprawiedliwości, czyli w tym przypadku konkretnie Ziobro i Jaki, nie pomieściło klechów. Który to już przykład (PiS nie jest tu niestety wyjątkiem) robienia „świętych krów” z przedstawicieli tej „nadzwyczajnej kasty”, funkcjonariuszy pasożytniczej organizacji, którą w końcu, po znoszeniu przez stulecia ohydnej, wielopostaciowej opresji, pogonili precz Irlandczycy. To, że w Polsce podobne pogonienie dotąd się nie dokonało oznacza hańbę domową.

 

Gmyz pod ochroną

Jednak skromność w formie nie oznacza braku dyktatorskich praktyk. Korespondent TVPiS w Berlinie Cezary Gmyz nazwał profesor Małgorzatę Gersdorf niemiecką obelgą „szlampa” (polskie odpowiedniki to „zdzira”, „szmata”) . Jedynie prezes Kurski dla picu „ukarał” go upomnieniem czy naganą, ale jako jego przełożony po prawdzie nie bardzo mógł się od tego wywinąć. Jednak po stronie PiS nie znalazł się nikt inny, kto by złożył przeprosiny, a poza tym nie wymusił na Gmyzie przeprosin Pierwszej Prezes.
Nie zdobył się na to także Kaczyński, znany galant damski i całuśnik rączek, a przy tym poniekąd kolega z podwórka Małgorzaty Gersdorf. Za to prokuratorowi Piotrowi Skibie z Prokuratury Rejonowej Warszawa Śródmieście-Północ, który z urzędu wszczął śledztwo w sprawie znieważenia I Prezes Sądu Najwyższego (jako konstytucyjnego organu władzy państwowej), zabrano sprawę, a jego samego przeniesiono do Prokuratury Rejonowej w Grodzisku Mazowieckim. Mamy tu wzorcowy przykład, w jaki sposób działa prokuratura znajdująca się niepodzielnie w rękach dysponenta politycznego.

 

Młody Morawiecki

A tymczasem Młody Morawiecki (MM) znów wykazuje się właściwą mu wyobraźnią i gdy kolejne grupy zawodowe zaczynają upominać się o podwyżki, znów wymachuje plikami banknotów, które rekordowo wpływają do budżetu. Wróciły one też do „Wiadomości” TVPiS i znów na ekranie furczą harmonijki banknotów lub migają foliowane paczki banknotów. Sam tego chciałeś Mateuszu Dyndało. A swoją drogą: znamienne, że PiS chętnie rozdaje socjal w taki sposób, by mu się to politycznie opłacało, ale już do podwyższania dochodów z pracy już tak się nie kwapi. Rozsądny socjal zawsze jest potrzebny, ale to praca jest źródłem dobrobytu. Jednak wiadomo dlaczego PiS serwując właśnie kolejne powszechne świadczenie w postaci wyprawkowego 300 plus tak postępuje. Właśnie po to, by mieć na takie wydatki.
Bo wydatki socjalne to w ogromnym stopniu kupowanie sobie wyborczego poparcia, a podwyższanie płac, to w ogromnym stopniu karmienie wrogów. Dlatego Młody Morawiecki nie chciał spotkać się z delegacją Związku Zawodowego Policjantów i miga się od spotkania z delegacją OPZZ. Nawiasem mówiąc to pierwszy premier, który odmawia spotkania z tą centralą związkową, bo nawet Szydło tak nie stawiała sprawy. „Pragmatyczny” rzekomo Morawiecki okazuje się najbardziej dogmatycznym politycznie i „antykomunistycznym” z dotychczasowych premierów prawolskich, bo przecież OPZZ to jak wiadomo „komuna”.

 

Krycha kontra gejowskie gniazdko

Na posiedzeniu tzw. Krajowej Rady Sądownictwa Krystyna Pawłowicz zdemaskowała gejowskie gniazdko w kręgu pisowskich kandydatów do Sądu Najwyższego. Pawłowicz, cokolwiek złego o niej powiedzieć, to typ tzw. szczerej baby, która mówi to, co myśli, co w sercu to na języku, więc źle pomyślała i źle powiedziała o doktorze Kamilu Zaradkiewiczu, kandydacie na sędziego SN, człowiekowi noszącemu w sobie jakiś silny „gen Judasza”. Najpierw latami służył prezesowi Andrzejowi Rzeplińskiemu w Trybunale Konstytucyjnym, a potem go zdradził dla PiS. Swego czasu dowodził, że z polskiej Konstytucji nie można wywieść zakazu maleństw jednopłciowych i partnerskich, a kilka dni temu, pod naciskiem Ziobry wyparł się tego jak przed chińskim sądem ludowym.
„Na potrzeby tego głosowania pan Zaradkiewicz wszystko powie i wszystko podpisze” – odparowała Ziobrze harda Horpyna polskiej polityki i choć nie sposób podzielić jej homofobicznych poglądów, to za tę odrobinę szczerości należy się jej całus (Jurek Owsiak: „Pani Krystyno, nich pani popróbuje seksu”).

 

Dzielenie skóry

A tymczasem rozkręca się dzielenie skóry na żywym grizzli. „Gazeta Polskiej Codziennie” sugeruje, że w przyszłym Sejmiku województwa zachodniopomorskiego może dojść do koalicji miedzy PiS a SLD, po temu pierwszemu zabraknie mandatów do samodzielnych rządów. Nie ma co mówić hop, zanim się nie przeskoczy, sondaże to tylko sondaże, ale pozostaje mieć nadzieję, że pomorskiemu SLD nawet do głowy nie przyjdzie wejście w taki układ.
SLD już omal nie umarł na amen z powodu zbyt silnego romansu z neoliberalizmem w latach 2001-2005. Drugiej śmierci SLD, tym razem z powodu romansu z prawicowym autorytaryzmem o klerofaszystowskim kolorycie już bym nie chciał obserwować.

 

Postulat na początek roku szkolnego

I na koniec, w związku z tym, że rozpoczął się rok szkolny – uwaga na temat ciężkiego losu polskich dzieci. Otóż w jednym z tytułów prasowych napisano, że Polska należy do tych krajów, w których początek roku szkolnego ma formę uroczystą, z fanfarami i werblami, dętymi, obłudnymi przemówieniami oraz galowymi strojami.
W Europie Zachodniej podobnego rytualizmu się nie uprawia, a Polska znajduje się z tego punktu widzenia w grupie krajów wschodnich, z Węgrami oraz krajami poradzieckimi, z Turkmenistanem włącznie. Jest nawet zauważalna prawidłowość – im bardziej na wschód, tym większa skłonność do wybujałego rytualizmu.
Pamiętam, że jednym z powodów dla których w dzieciństwie i młodości szkolnej nie lubiłem socjalizmu była głównie owa drażniąca obrzędowość w szkole i na uczelni, do której gorącą nienawiść od zawsze mam we krwi. Jeśli więc lewica wróci kiedyś do władzy, powinna zlikwidować te szumne początki i końce roku szkolnego. „Dość wiecowania. Czas wrócić do codziennej pracy” – jak wzywał kiedyś towarzysz „Wiesław”, a poza tym wszelka uroczysta obłuda, której młodzież w skrytości ducha nienawidzi, zawsze kieruje ją, prędzej czy później, przeciw Systemowi.

Prawo Newtona a sprawa polska

„Dzisiaj w zasadzie można uchwalić, że prawo Newtona w Polsce przestaje działać – mówi nam prof. Klaus Bachmann, historyk, politolog, publicysta, profesor nauk społecznych w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Sędziowie Sądu Najwyższego wysłali zapytanie do Trybunału Sprawiedliwości UE i do czasu odpowiedzi wstrzymali niektóre przepisy ustawy, czym zablokowali czystki. Rządząca większość już określiła to mianem rokoszu i bezprawnego działania. Co to oznacza?

PROF. KLAUS BACHMANN: To jest kolejna eskalacja sporu prawnego. Na szczęście niemal cała eskalacja konfliktu w Polsce odbywa się na płaszczyźnie prawnej, a nie na ulicy. Z punktu widzenia sędziów SN ma to jednak też taką wadę, że staje się coraz bardziej niezrozumiałe dla publiczności (a, sądząc po zamieszaniu wokół pani prezes Gersdorf, nawet dla obozu władzy) i przez to demobilizuje obywateli. Im bardziej zawiły staje się ten spór, tym łatwiej jest machać ręką na to i mówić „ach, tam na górze się tylko kłócą” zamiast postrzegać to jako spór o zachowanie demokracji w Polsce. Ta eskalacja skupia też cały spór na osobie pani prezes Gersdorf, tak jak widzieliśmy to już 2 lata temu na przykładzie prezesa TK, Andrzeja Rzeplińskiego. To działa trochę jak samospełniająca się przepowiednia: PiS atakuje sędziów jako politycznie stronniczą, skorumpowaną elitę, sędziowie, jeśli się bronią, potwierdzają tę narrację, stając się stroną w politycznym konflikcie (choć ich naturalną pozycją jest być neutralnym arbitrem takich sporów). Jeśli się nie bronią, to się poddają i zostaną usunięci.Tak czy owak, jako sędziowie przegrywają.

 

Według Pawła Muchy, wiceszefa Kancelarii Prezydenta, w polskim systemie prawnym nie występuje zawieszenie stosowania przepisów ustawy. Możemy zatem się spodziewać, że prezydent będzie dalej prowadził działania mające zmieniać sędziów SN. Jak to zostanie odebrane w Brukseli?

Cały obecny obóz rządzący ma olbrzymi problem ze zrozumieniem prawa europejskiego, co wynika z prostego faktu, że praktycznie wszyscy, którzy się na tym znają, albo już dawno opuścili PiS, albo zostali usunięci z partii, rządu, Pałacu Prezydenckiego. Tym sobie tłumaczę, że raz po raz przedstawiciele rządu, prezydenta i większości sejmowej w swoich wypowiedziach w Polsce zaprzeczają temu, co twierdzą w raportach słanych do Komisji Europejskiej i do Trybunału Sprawiedliwości UE. Jak można tam napisać, że reforma odpowiada standardom UE, że nic nie zagraża praworządności w Polsce, że nie ma nacisków na sędziów i że sądownictwo w Polsce jest niezawisłe, jeśli w tym samym czasie przedstawiciele prezydenta i KRS odrzucają decyzję SN, grożą sędziom SN postępowaniem dyscyplinarnym, a organizacje finansowane przez rząd prowadzą kampanię propagandową przeciwko sędziom?

 

Pojawiają się głosy, że KE na takie lekceważenie prawa może zareagować ostrzej niż zazwyczaj. Pytanie, co może zrobić oprócz prowadzenia „dialogu” z rządem.

KE niewiele może, a to, co mogła zrobić, zrobiła – pozwała Polskę przed TSUE za ustawy sądownicze. To pierwszy taki przypadek, że TSUE ma ocenić system polityczny kraju członkowskiego. TSUE sam prosił o taki pozew w odpowiedzi na zapytanie prejudycjalne dotyczące Portugalii na początku roku. Można się dziwić, że KE robiła to tak późno, ale trzeba sobie zdać sprawę, że nie wszystkie instytucje na tym świecie pracują na tak wysokich obrotach jak posłowie PiS. Za to ich decyzje potem mają ręce i nogi, czego nie można powiedzieć o parlamencie, który nieustannie poprawia swoje błędy w kolejnych nowelizacjach.

 

Mówi się, że jak rząd PiS nie zaakceptuje decyzji TSUE i będzie podważać prawo europejskie, to będzie to oznaczać wyjście z UE. Czy Polexit ocenia pan jako realny scenariusz?

TSUE ma narzędzia, które pozwalają na to, aby skłonić kraj członkowski do respektowania jego decyzji. Inna sprawa, czy respektowanie lub nierespektowanie decyzji TSUE cokolwiek zmienia w Polsce – bo sędziów raz wysłanych na emeryturę przecież nie sposób ściągnąć z powrotem. Nie mówiąc o podważeniu wstecz wyroków wydanych przez nieprawidłowo wybranych lub mianowanych sędziów. Tego żaden zagraniczny trybunał dla nas nie załatwi, mogę sobie jedynie wyobrazić, że np. nakazuje Polsce spełnienie pewnych zasad, nakłada np. kary za każdy dzień niespełnienia tych zasad i czeka, aż polski rząd naprawi swoją reformę tak, aby odpowiadała tym standardom, natomiast zostawia to polskim instytucjom, jak te standardy spełnić. To byłby duży kłopot dla PiS, bo rząd, prezydent i posłowie musieliby się dogadać z opozycją na zmiany konstytucji i uregulowanie kwestii TK, SN, KRS w taki sposób, aby reforma była zgodna z konstytucją i z prawem UE. Natomiast nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak miałoby wyglądać „nierespektowanie prawa UE” w tym zakresie. Wiem, że w obozie rządzącym toczą się dyskusje o tym, jak zmienić porządek prawny w Polsce tak, aby konstytucja i polskie ustawy były nadrzędne nad prawem UE i prawem międzynarodowym, ale nawet jak to się uda zapisać np. w wyroku TK, to i tak obowiązuje to tylko w Polsce i Polskę – wobec innych krajów, wobec UE jest to kompletnie nieskuteczne ani nie działa to wstecz. Równie dobrze można uchwalić, że prawo Newtona w Polsce przestaje działać.

 

Unia ma dużo więcej własnych problemów niż tylko łamiącą wartości unijne Polskę. Czy Bruksela będzie mieć determinację, aby walczyć z rządem polskim o wartości, a może czeka nas los kraju na marginesie Europy, czarnej owcy?

Czarną owcą już jesteśmy.
Cała debata o UE w zachodniej Europie wróciła do stanu sprzed rozszerzenia, kiedy jego przeciwnicy argumentowali, że kraje, które chcą przystąpić, są na to niegotowe, nieobliczalne, zablokują procesy decyzyjne na szczeblu europejskim, będą wszystko blokować. Teraz faktycznie tak jest, wystarczy spojrzeć na olbrzymią listę naruszeń prawa europejskiego, którą wobec Polski nagromadziła KE, albo na te, które już przekazała do TSUE. Wiele z nich pochodzi jeszcze z kadencji PO-PSL, ale PiS potrzebował tylko 2,5 roku, aby je dramatycznie zwiększyć i dodać wiele politycznie bardzo kontrowersyjnych i dla funkcjonowania państwa i UE istotnych kwestii. Państwa członkowskie zostawiają to KE i TSUE i liczą na to, że one sobie z tym radzą, ale prędzej czy później to do nich wróci. Podam przykład: jeśli jeden sąd po drugim w UE odmówi ekstradycji podejrzanych do Polski i – o czym przedstawiciele obozu rządzącego też mówią już publicznie – lojalne wobec polskiego rządu polskie sądy przestaną przekazywać przestępców do innych krajów UE – to każdy rząd UE stanie przed decyzją, czy nie wprowadzić ponownie (jak w latach 90.) kontroli osobowych na granicach z Polską, aby złapać tych przestępców, którzy chcą uciec do Polski, i tych, którzy chcą przyjechać do innych krajów, aby tam popełnić przestępstwa licząc na to, że sądy nie przekażą ich z powrotem do Polski. Na wprowadzeniu kontroli granicznych traciliby spedytorzy w Niemczech, ale jednocześnie też kilkaset tysięcy Polaków, którzy codziennie muszą przekraczać granicę, aby dotrzeć do pracy w Niemczech. Warto o tym pamiętać, jak się dyskutuje o dalszej eskalacji.

 

Jak w tym kontekście traktować zgodę kanclerz Merkel na plan Macrona, aby zacieśniać kraje strefy euro pozostawiając resztę członków na obrzeżach?

Nie było jeszcze takiej decyzji UE, która arbitralnie wykluczyłaby jeden albo kilka krajów z jakiegoś kręgu integracji. Zawsze zasada jest taka, że kto chce i spełnia wymogi, może uczestniczyć. W Unii Walutowej jest tak samo i plan Macrona tego nie zmienia. Na mocy traktatu akcesyjnego Polska ma obowiązek, a nie tylko prawo, aby przystąpić do Unii Walutowej i przyjąć euro, więc choćby z tego powodu nie można powiedzieć, że to ją skazuje na obrzeża. Jeśli jest coś, co skazuje jakiś kraj na peryferie, to są to decyzje jego własnego rządu, jeśli ten prowadzi taką politykę, która uniemożliwia spełnienia wymogów – na przykład nabiera nadmiernie dużo długów i winduje deficyt budżetowy, jak na przykład rząd Węgier. Ale to jest decyzja Węgier. Polska mogłaby przystąpić do strefy euro, ale rząd tego nie chce. Mógłby wtedy też wpłacać do budżetu strefy euro (i pewnie, jako jeden z biedniejszych członków, korzystałby nawet z transferów z tego budżetu), ale wszyscy wiemy, że z tym rządem Polska tam nie będzie. Bo przy negocjacjach o przystąpieniu z KE i Radą raz po raz rząd słyszałby pytanie, co rząd polski zamierza zrobić, aby gwarantować konieczną do funkcjonowania strefy euro praworządność, niezawisłość sądów, prawa obywatelskie i niezależność instytucji kontrolujących rząd, jak na przykład TK i SN.

 

Panie profesorze, nie tylko Polska ma do czynienia z populistycznym rządem, a kryzys demokracji liberalnej widać także w krajach Europy Zachodniej. Czym to grozi?

Obawiam się, że to grozi zastąpieniem demokracji przedstawicielskiej, w której elity polityczne za pomocą odpowiednich instytucji kontrolują się wzajemnie, dbając o to, aby żadna instytucja, żaden rząd, prezydent, parlament nie zdobywały za dużo władzy, którą może wykorzystać, aby prześladować przeciwników, poszczególnych obywateli albo nadużywać swoich praw, aby się wzbogacić kosztem innych. Zastąpi to demokracja bezpośrednia, w którym rząd albo prezydent mają taką przewagę nad innymi instytucjami, że nikt nie może ich kontrolować. Formalnie zrobi to wtedy „naród” poprzez referenda, ale de facto to referenda i wybory służą rządowi albo prezydentowi tylko do tego, aby manipulować ludźmi tak, aby przedłużyć kadencję i unieszkodliwić instytucje powołane do jego kontroli.
To taka wodzowska demokracja, w której ludziom będzie się wydawać, że mają wpływ na politykę, głosując w referendum albo w wyborach, kiedy de facto o terminie, brzmieniu pytań, organizacji i liczeniu głosów decydować będzie wąska grupa ludzi.

 

Czy wobec postawy Trumpa, który widzi w Europie raczej konkurenta niż sojusznika, polska polityka zagraniczna powinna podjąć jakieś kroki? Zakładając, że jest w stanie prowadzić politykę zagraniczną zgodną z racją stanu.

W tej chwili polityka wewnętrzna tak dominuje nad polityką zagraniczną, że jest to chyba niemożliwe.

 

Zatem dlaczego liberalna demokracja, po ponad 70 latach pokoju w Europie, przestaje już być tak atrakcyjna?

Myślę, że wpływa na to kilka czynników: emocjonalizacja polityki dzięki masowym, elektronicznym mediom i Internetowi, coraz wyższe oczekiwania (zwłaszcza w bogatych społeczeństwach) wobec polityki w ogóle, w czasie, kiedy polityka może mniej niż kiedyś, ale politycy się do tego nie przyznają. To rozczarowuje dużo ludzi. No i paradoksalny fakt, żenie żyje już prawie nikt z tych, którzy doświadczyli wojny, i coraz mniej ludzi jest wśród nas, którzy pamiętają życie w systemach totalitarnych. I tu mam na myśli nazizm, faszyzm i stalinizm, nie późny PRL, który dla wielu starszych ludzi i moich rówieśników w Polsce tak często jest punktem odniesienia. Ale to nie był porządek totalitarny, to był taki absurdalny system, z którego dziś możemy się śmiać, nic, co szczególnie odstrasza, tym bardziej, że przecież to upadło bez rozlewu krwi. Dla wielu młodszych demokracja sama w sobie nie jest wartością wartą obrony, bo oni pamiętają tylko Polskę demokratyczną i brak prześladowań, nie mają tej świadomości, że może być inaczej, albo że to, co dotąd mieli, może być zagrożone tylko dlatego, że pani Gersdorf kłóci się z panem prezydentem…

Po stronie Trybunału

Łódź, Warszawa oraz Bydgoszcz – to miasta, których radni uchwalili, że ich władze będą uwzględniać orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego niezależnie od tego, czy zostaną one opublikowane przez rząd. Podobną decyzję ogłosił we wtorek Sąd Najwyższy. Jednocześnie rośnie grupa prawników, którzy w sporze między TK a rządem PiS opowiadają się po stronie sędziów Trybunału.

Przypomnijmy, że jako pierwsi decyzję o uznawaniu orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego podjęli radni miejscy Łodzi. Była to inicjatywa Macieja Rakowskiego z SLD. – Tylko z pozoru jest to kwestia, która nie dotyczy łódzkiego samorządu. Trwający od końca 2015 roku polityczny konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego może się w poważny sposób przełożyć na życie łodzian. Istnieje spore ryzyko, iż wkrótce w Polsce powstaną dwa systemy prawne: jedne instytucje będą uznawały wyroki Trybunału, a inne nie. Część sądów zadeklarowała, że będzie respektować wyroki, nawet jeśli nie zostały opublikowane w dzienniku. Może to dotyczyć kolejnych ustaw, na przykład tej o ziemi rolnej. Administracje mogą podejmować różne decyzje – mówił podczas wczorajszej konferencji prasowej radny klubu SLD, prawnik i wykładowca akademicki. Miasta po stronie TK Następnego dnia, 21 kwietnia, podobną decyzję podjęli radni Warszawy, powołując się na art. 190 ust. 1 konstytucji. Decyzja w tej sprawie zapadła głosami radnych PO, przeciwni byli radni PiS. Z inicjatywą takiej uchwały wystąpiła przewodnicząca Rady Warszawy Ewa Malinowska Grupińska (PO). W uchwale stwierdzono, iż trwający od kilku miesięcy konflikt wokół Trybunału godzi w podstawowe zasady ustrojowe demokratycznego państwa prawa i podważa zasadę pewności prawa, a niepublikowanie orzeczeń „pogłębia chaos prawny”. Kolejnym miastem, którego radni postanowili podporządkowywać decyzje władz miasta orzeczeniom TK bez względu na to, czy zostaną one opublikowane, jest Bydgosz. Decyzja w tej sprawie zapadła 22 kwietnia. – Władze Bydgoszczy zamierzają respektować wszystkie orzeczenia TK. Utożsamiamy się z działaniami Łodzi i Warszawy – stwierdził Michał Sztybel, doradca prezydenta Rafała Bruskiego. W jego ocenie, władza nie powinna była dopuścić do obecnego chaosu prawnego. – Konstytucja mówi jasno, że orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego mają moc powszechnie obowiązującą i są ostateczne. Każda jednostka, która działa w oparciu o przepisy prawa, musi mieć poczucie, że to prawo jest jasne, czytelne i stabilne i takie samo dla wszystkich. Nie może być mowy o podwójnym porządku prawnym, jeśli chcemy uchodzić za państwo prawa – ocenił. Podjęcie podobnych decyzji rozważają radni wielu innych miast. Jak informują, temat jest obecnie poddany pod dyskusje. Samorządowcy z PiS są przeciwni takim rozstrzygnięciom. Wielu z nich uważa, że władze samorządowe nie mają kompetencji, aby oceniać, jakie prawo będą stosować. Prawnicy po stronie TK We wtorek Zgromadzenie Ogólne Sądu Najwyższego podjęło uchwałę, zgodnie z którą Sąd Najwyższy będzie stosował orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego nawet jeśli nie będą one publikowane przez rząd. O takiej decyzji SN poinformował prof. Adam Strzembosz, były pierwszy prezes Sądu Najwyższego. Uchwała ma na celu „zapewnienie jednolitości orzecznictwa sądów”. „Niepublikowany wyrok Trybunału Konstytucyjnego, stwierdzający niezgodność z Konstytucją określonego przepisu uchyla domniemanie jego zgodności z Konstytucją z chwilą ogłoszenia wyroku przez Trybunał w toku postępowania” – uzasadnili sędziowie swoją uchwałę. Wcześniej podobne decyzje podejmowały rady wydziałów prawa na wielu uczelniach. Specjaliści od prawa konstytucyjnego są zgodni co do tego, że orzeczenia Trybunału powinny być włączone do porządku prawnego niezależnie od tego, czy zostaną one opublikowane. Takie samo stanowisko ogłosiły też samorządy zawodowe zrzeszające różne zawody prawnicze. Prawnicy wyrażają również podobne opinie odnośnie zaprzysiężenia przez prezydenta, Andrzeja Dudę sędziów TK wybranych przez PiS na mocy (?) znowelizowanej w grudniu przez rządzącą większość ustawy o Trybunale oraz odmowy zaprzysiężenia trójki sędziów wybranych przez Sejm poprzedniej kadencji. Przypomnijmy, że grudniowa nowelizacja stawy o TK została oceniona przez sędziów sądu konstytucyjnego jako niezgodna z konstytucją. I właśnie tego orzeczenia od ponad miesiąca nie chce opublikować rząd PiS. Większość środowiska prawniczego uważa, iż decyzje prezydenta w tej sprawie są niezgodne z ustawą zasadniczą. Problemy związane z zamieszaniem wokół funkcjonowania Trybunału były omawiane podczas specjalnej konferencji, zorganizowanej z okazji 19.rocznicy uchwalenia Konstytucji RP. W konferencji – zorganizowanej przez Centrum im. Daszyńskiego, Fundację „Amicus Europae” i Fundację Bronisława Komorowskiego, uczestniczyli: byli prezydenci Aleksander Kwaśniewski i Bronisław Komorowski, były szef MSZ, Włodzimierz Cimoszewicz a także byli prezesi Trybunału – prof. Jerzy Stępień, prof. Andrzej Zoll oraz była Rzecznik Praw Obywatelskich, prof. Ewa Łętowska. Uczestnicy konferencji byli zgodni co do tego, iż publikacja orzeczeń TK przez rząd ma charakter techniczny, podobnie jak zaprzysiężenie przez prezydenta wybranych przez Sejm sędziów TK. Odmowa takiej publikacji czy zaprzysiężenie sędziów nie unieważnia tych decyzji – przekonywali – bowiem władza wykonawcza, czyli Rada Ministrów i Prezydent, nie mają uprawnień, by w taki sposób wpływać na ważność decyzji podjętych przez Sejm. Zablokowane śledztwo Tymczasem narasta opór społeczny wobec decyzji rządu Beaty Szydło o nieopublikowaniu orzeczenia Trybunału, który w marcu stwierdził, że uchwalona w grudniu 2015 r. ustawa nowelizująca zasady funkcjonowania TK jest niezgodna z konstytucją. Przeciwko takiej decyzji od kilku tygodni protestuje opozycja – głównie na demonstracjach w wielu miastach Polski, bowiem w Sejmie, wobec dominacji PiS, pozostaje ona bezradna. Dotąd na niczym spełzły też próby doprowadzenia do kompromisu w tej sprawie, mimo iż politycy PiS oraz prezydent Andrzej Duda zapowiadali, że będą dążyli do rozwiązania pata, jaki powstał w związku z działalnością Trybunału. Zdaniem opozycji, rządzącym nie zależy na takim kompromisie a podejmowane w tej sprawie działania są pozorne. Sprawa nieopublikowania orzeczenia TK trafiła do prokuratury – na wniosek ponad 2 tys. obywateli, które ją zgłosiły. Za pośrednictwem Internetu przesyłano zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa niedopełnienia obowiązków przez Premier Szydło. Śledztwo wszczął prokurator Tomasz Nowicki, na co otrzymał zgodę przełożonego, Józefa Gacka – naczelnika wydziału śledczego praskiej Prokuratury Okręgowej. Nie spodobało się to kierownictwu Prokuratury, którą według nowej ustawy, ręcznie steruje minister Ziobro. Nowickiego przeniesiono, a jego naczelnik w proteście sam zrezygnował ze stanowiska. W związku z decyzją ministra Zbiory, który pełni jednocześnie funkcję Prokuratora Generalnego, stowarzyszenie „Akcja Demokracja” zorganizowało kampanię pisania do prokuratorów listów z podziękowaniami za ich odwagę. „Przekażmy im je jako wyraz naszego wsparcia i solidarności” – apelują organizatorzy kampanii. Listy można wysyłać za pośrednictwem internetowej strony „Akcji Demokracja”.

Trybunał jako zawada

We wtorek w godzinach wieczornych do Marszałka Sejmu wpłynął PiS-owski projekt ustawy o zmianie ustawy o Trybunale Konstytucyjnym. Ustawa ma mieć charakter „naprawczy”. Jej sprawozdawcą jest były PRL-owski prokurator poseł Piotrowicz, który zasłynął stwierdzeniem, że Trybunał jest ostatnim bastionem postkomunizmu.

PiS chce przenieść siedzibę Trybunału Konstytucyjnego poza stolicę, najlepiej do Polski Wschodniej. Przypomnę tylko, że sąd konstytucyjny poza stolicę, do Petersburga, wyprowadził W. Putin. Na Słowacji siedzibę sądu konstytucyjnego poza stolicą, w Koszycach, ustanowił inny kryształowy demokrata W. Mečiar. Z jednej strony dekoncentracja urzędów publicznych zasługuje na poparcie. Z drugiej, trudno nie zauważyć, że w tym konkretnym kontekście chodzi o zdeprecjonowanie pozycji Trybunału.

Projekt PiS wprowadza również zasadę, że Trybunał Konstytucyjny podejmuje uchwały większością 2/3 głosów, w obecności co najmniej 13 sędziów Trybunału, w tym prezesa lub wiceprezesa TK. Istnieje poważne niebezpieczeństwo paraliżu Trybunału wobec braku kworum.

Przywodzi to na myśl marny koniec pierwszego świecie sądu konstytucyjnego – w Republice Austrii. Sąd powstał w 1920 roku. W 1933 stał się obiektem ataku tzw. austrofaszystów kanclerza Engelberta Dollfussa (na zdjęciu). W 1933 roku został sparaliżowany na skutek postawy prawicowych sędziów i permanentnych problemów z zebraniem kworum. W 1934 został zlikwidowany.

Lewica ma z Trybunałem Konstytucyjnym długą listę rachunków krzywd (aborcja, klauzula sumienia). Żadna dłoń ich nie przekreśli. Jednak historia pokazuje, że Trybunał jest zaporą przed siłami, które chcą dokonać konserwatywnej rewolucji. Bo wbrew temu co insynuowała premier Szydło, Trybunał raczej nie będzie blokował „500 zł na dziecko”, lecz próby „odzyskiwania” przez prawicę kolejnych instytucji państwa.

Politycy PiS czasami mówią, że Trybunał ma być „zaporą” przed dobrą zmianą. 93 lata temu pisano raczej o „zawadzie”. Sens był ten sam. A skutek taki, że jutro będziemy palić znicze pod Zachętą.