Krótko o tym, jak pociesznie orzeka polski Trybunał, zwany Konstytucyjnym.

Polski, tzw. Trybunał Konstytucyjny kilka dni temu orzekł, że niektóre przepisy Traktatu o Unii Europejskiej nie są zgodne z polską Konstytucją.

Kuriozalne orzeczenie zostało wydalone po kilkukrotnym odraczaniu terminu rozstrzygnięcia w tej sprawie, o co wnioskował do TK premier RP. Mam dużą wyobraźnię, wieszczę więc, że dzień dzisiejszy ma szanse na marne przejście do historii jako data zapoczątkowania ścieżki wyprowadzania Polski z UE – Poleksitu. To co dzieje się w Polsce wokół kwestii praworządności, na co z niekorzyścią dla naszych władz reagują organa UE, w tym unijny Trybunał Sprawiedliwości, ilustruje, na co stać rządy Zjednoczonej Prawicy, z partią Jarosława Kaczyńskiego na czele; jak daleko można się posunąć w podważaniu europejskiego porządku prawnego, na który Polska dobrowolnie przystała wstępując do UE.

Będzie to niewątpliwie miało dalszy, niekorzystny dla nas ciąg, ponieważ w łonie UE nasila się determinacja do przywołania władz Polski do porządku; do wpasowania się naszego kraju w unijne – europejskie – wzorce i standardy pod rygorem bolesnych cięć należnych nam europejskich środków i dotacji, co akurat zdaje się materializować. Trudno nie być zdumionym oczywistym, spodziewanym zresztą, matactwem prawnym klepniętym przez ów pożal się boże trybunał. Daje się przy okazji zauważyć, że od niedawna ważni funkcjonariusze siły rządzącej ślą sygnały, iż Polska świetnie sobie poradzi bez Unii Europejskiej, bez jej miliardowych dotacji – tak u nas jest byczo w gospodarce ! Kto wie, może Polska bez Unii będzie rosła i rozkwitała piękniej niż z Unią. A co !! Ręce i spodnie opadają na takie dictum. Wychodzi na to, że to nie Polska winna się podporządkować standardom zjednoczonej Europy, lecz to Europa winna uznać polską, anty unijną osobliwość polityczną i powinna odwalić się od kaczej demokracji. Zresztą nasi władcy z Unii wcale wyjść nie chcą – nie są politycznymi samobójcami – wolą z niej nieustająco wychodzić, ku uciesze gawiedzi. Sprawa ma swoją temperaturę, na co Bruksela musi zareagować. Chodzi również o to, aby doprowadzić do sytuacji, w której Europejczycy będą mieli nas dosyć i wyproszą Najjaśniejszą RP z Unii, na co coraz bardziej wydaje się zanosić. Nawet jeśli nie tak od razu, ani w ogóle nie wyproszą, będą nas punktować tak, jak punktuje się słabego boksera na politycznym ringu, spychać do narożnika i marginalizować.

Ośmieszać w oczach Europy i świata nas nie muszą, gdyż o to już sami skutecznie zadbaliśmy.

O genezie powstania projektu ustawy Kongresu Świeckości

O jawności przychodów kościołów i związków wyznaniowych oraz o likwidacji ich przywilejów finansowych.

Żyjemy w głęboko podzielonym społeczeństwie, które sposób widzenia rzeczywistości wywodzi z historycznie przeciwstawnych koncepcji ideowych. Religijna wizja świata, przywiązanie do ustalonej hierarchii społecznej i tradycyjnie ukształtowanych ról społecznych zderza się ze światopoglądem racjonalistycznym, naukowym i humanistycznym, wykluczającym kształtowanie stosunków społecznych  i zasad funkcjonowania  państwa na podstawie reguł i rytuałów wyznania katolickiego. Różni nas wiele spraw takich jak np.: rozumienie niepodległości i definiowanie ojczyzny i narodu, postrzeganie suwerenności naszego kraju i jego pozycji w Europie i na świecie, brak akceptacji dla roszczeń Kościoła zarówno ekonomicznych jak i odnoszących się do kształtowania wyobraźni, moralności i edukacji  społeczeństwa jak i konfesyjnie zdefiniowanego system wartości narzucanego całemu społeczeństwu wbrew różnicom światopoglądowym. Wobec tych i wielu innych różnic tylko państwo świeckie przestrzegające zasady separacji od wszelkich instytucji religijnych i wspólnot, państwo nie zaangażowane religijnie stwarza możliwość bezkonfliktowego współistnienia ludzi reprezentujących różne, często sprzeczne poglądy, postawy, opcje polityczne i przekonania, a także style i sposoby życia. Ustanowienie demokratycznego, świeckiego państwa prawnego wymaga jednak akceptacji dla  stopniowego wprowadzania rozwiązań prawnych, które w efekcie mają przywrócić zaburzoną równowagę pomiędzy konstytucyjnie zagwarantowaną sferą autonomii i niezależności zarówno państwa jak i kościołów i innych związków wyznaniowych – każdego w swoim zakresie. Zagwarantowana konstytucyjnie autonomia i wzajemna niezależność oznaczać powinna przede wszystkim, że wspólnoty wyznaniowe powinny rozwijać się przede wszystkim przy wykorzystaniu własnego potencjału organizacyjnego, materialnego i intelektualnego, a nie korzystając ze stałego wsparcia organizacji państwowej. Żeby jednak powstały warunki do przyjęcia odpowiednich regulacji prawnych realizujących rzeczywistą samodzielność i niezależność wspólnot wyznaniowych należy zerwać z utrzymywaniem niejawności gospodarki finansowej kościołów i związków wyznaniowych nawet wobec praktykujących wiernych, zlikwidować szarą strefę obrotu gospodarczego, którą taka sytuacja powoduje oraz zlikwidować te jednostronnie przyznane przez państwo przywileje, które w pierwszym rzędzie pozostają poza regulacją art.22 ust.2 konkordatu, a wiec dotyczących sytuacji finansowej instytucji i dóbr kościelnych, a po wypowiedzeniu tego postanowienia także innych przywilejów przysparzających dochodów i majątku kościołom i innym związkom wyznaniowym.         

Decydując się na podjęcie próby zorganizowania obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej Kongres Świeckości przeprowadził wiele dyskusji, spotkań z różnymi środowiskami, konsultacji z prawnikami i legislatorami, przeanalizowane zostało orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego dotyczące relacji kościołów i związków wyznaniowych z państwem i przy pełnej świadomości trudności i problemów jakie stwarza poruszana problematyka i niepewny skutek kampanii zbierania 100 tys. podpisów wymaganych dla przyjęcia projektu obywatelskiego przeprowadzona została cała wymagana prawem procedura.  

Proponowany projekt ustawy został osadzony w konstytucyjnym uregulowaniu stosunków pomiędzy państwem, a kościołami i związkami wyznaniowymi na zasadzie ich wzajemnej autonomii i niezależności każdego w swoim zakresie (Art.25 ust 3 Konstytucji RP). Rozgraniczając sferę religijną od sfery podlegającej wyłącznej kompetencji władzy państwowej prawo przyznaje państwu zdolność do kształtowania powinności wszystkich podmiotów funkcjonujących na jego terytorium.
Powinności te mogą dotyczyć zarówno obowiązków informacyjnych jak i regulować zakres udzielanych korzyści, ulg, zwolnień i innych przywilejów. Nie może jednak odbywać się to w sposób dowolny, lecz zgodnie z zasadami jawności, równości podmiotów wobec prawa czy bezstronności władz publicznych w sprawach światopoglądowych (wyznaniowych).

W tym stanie rzeczy projektowana ustawa ingerowała głównie w zakres przywilejów, który nie jest związany z ich statutową tj. kultową działalnością, a raczej dotyczy coraz częściej podejmowanej przez tzw. kościelne osoby prawne działalności zarobkowej, gospodarczej, inwestycyjnej.

Działalność taka obudowana przywilejami w zakresie chociażby nabywania nieruchomości prowadzi do naruszenia równości w działalności deweloperskiej, sprzyja tworzeniu biznesowych układów przedstawicieli kościołów z przedsiębiorcami i politykami – sitw operujących skrycie w niejawnej sferze finansów kościoła.   

Wszystkie podmioty uczestniczące w obrocie gospodarczym powinny mieć równe warunki prowadzenia inwestycji. Proponowana ustawa, nakładając obowiązek informacyjny o łącznych osiąganych przychodach przez jednostki organizacyjne kościołów, związków wyznaniowe i kościelne osoby prawne oraz poprzez nakaz ujawniania przez inne podmioty jak np. instytucje państwowe, spółki Skarbu Państwa, przedsiębiorstwa państwowe uczynionych na rzecz kościelnych osób prawnych przysporzeń majątkowych w formie m. in. darowizn, transakcji nie ekwiwalentnych, ulg i upustów w cenach sprzedaży ma na celu wzmocnienie transparentności życia publicznego. W efekcie w znacznym stopniu przyczyniłoby się to do ograniczenia powstawania patologicznych, oligarchicznych powiązań świata biznesu, polityki i kościoła.

W przeciwieństwie do złożonego w sejmie RP rządowego projektu ustawy o jawności życia publicznego, który niedopuszczalnie ingeruje w prawo do prywatności obywateli i ich autonomię informacyjną poprzez nakaz wyjawiania całego majątku także osobom nie pełniącym żadnej funkcji publicznych projekt ustawy o jawności przychodów i likwidacji przywilejów, nie ingerując w wolności religijne i prawo do swobodnego dysponowania przez wiernych swoimi środkami pieniężnymi na rzecz instytucji wyznaniowych, sprzeciwia się pozostawieniu przepływów pieniężnych dyskrecjonalnemu uznaniu kościołów i związków wyznaniowych.

Koncepcja autonomii i niezależności państwa i kościołów oraz związków wyznaniowych zgodnie z jej brzmieniem zawartym w art.1 konkordatu, a także art.25 Konstytucji RP oznacza niekompetencję państwa jedynie w s p r a w a c h  r e l i g i j n y c h oraz prawo kościołów do tworzenia norm prawnych regulujących ich sprawy wewnętrzne, a także niekompetencje kościołów i związków wyznaniowych w sprawach świeckich oraz niezależność od prawa kościelnego systemu prawnego obowiązującego w państwie.

Wyżej opisana zasada powinna oznaczać w praktyce całkowitą organizacyjną i funkcjonalną odrębność organów i instytucji kościołów i związków wyznaniowych od państwa władnego kształtować także i ich powinne zachowanie w wypadku podjęcia aktywności w sferze świeckiej jak np. poprzez działalność gospodarczą.

Niedopuszczalne jest zatem rozszerzanie uprawnień kościołów i związków wyznaniowych na sprawy leżące poza wykonywaniem funkcji religijnych.  Oznacza to nie więcej niż prawo do ogólnie pojmowanej wolności religijnej jako przestrzeni, w której następuje swobodna realizacja prawa człowieka do praktyk religijnych z jednej strony, a z drugiej do kształtowania postaw i zachowań wiernych według wskazań religijnych przez instytucje religijne. Uprawnienia przysługujące instytucjom religijnym w ich sferze autonomii to prawo do nauczania, ale nie koniecznie w państwowym systemie oświaty, wyrażania oceny moralnej z punktu widzenia własnej doktryny wiary, ale nie połajanek polityków i władzy publicznej, udział wiernych w kształtowaniu systemu instytucjonalno -prawnego w kraju, ale bez podporządkowania go regułom i rytuałom wyznaniowym. Sfera religijna jest wyznaczona zakresem praw człowieka do wolności wyznawania i uzewnętrzniania religii (wolność indywidualna) i wolnością swobodnej działalności instytucji religijnych (wolność kolektywna) i wobec tego w żadnym razie nie można tolerować sytuacji, w której kościoły i związki wyznaniowe samodzielnie interpretują zakres spraw religijnych ustalając granice niezależności według swoich potrzeb i uznania.

Niestety wobec braku wymaganej liczby 100 tys. podpisów obywatelska inicjatywa legislacyjna nie odniosła pożądanego rezultatu, a projekt ustawy został przekazany posłom lewicy. Ostatecznie został on wniesiony do sejmu RP przez Roberta Biedronia w ostatnich dniach kampanii wyborczej. Do dzisiaj nie może się jednak doczekać chociażby nadania numeru druku sejmowego, co ułatwiłoby podjecie nad projektem dyskusji, która mogłaby ujawnić aktualny stopień poparcia wśród polityków dla koncepcji rozdziału Kościoła od państwa.

Antykonstytucyjna ustawa i antykonstytucyjny trybunał

Trybunał Przyłębski po raz kolejny popisał się nie tylko dyspozycyjnością wobec ośrodków władzy ale też ignorancją prawną. Takie wnioski szewc Fabisiak wyciąga z wyroku wyżej wymienionej struktury zgodnie z którym ustawa pozwalająca na obniżenie policyjnej renty inwalidzkiej jest zgodna z Konstytucją.

Pytanie co do zgodności ustawy z Konstytucją zadał Trybunałowi Sąd Okręgowy w Krakowie. Dlatego też organ udający coś co ma taką samą jak on nazwę badał zgodność zapisów tej ustawy z konkretnymi artykułami Konstytucji wymienionymi przez krakowski sąd. Chodziło tu o Art. 2 i Art. 67 ust 1. Gdyby normalny a nie uzurpatorski trybunał wczytał się w treść tychże artykułów to bez szczegółowej analizy natychmiast uwaliłby rzeczoną ustawę.

Zacznijmy od drugiego z tych konstytucyjnych zapisów. Otóż Art. 67 ust 1 stwierdza wyraźnie, iż „obywatel ma prawo do zabezpieczenia społecznego w razie niezdolności do pracy ze względu na chorobę lub inwalidztwo oraz po osiągnięciu wieku emerytalnego”. A skoro się jest obywatelem to takiemu obywatelowi należą się takie same prawa jak innym obywatelom I tylko taka może być jedyna słuszna zarówno z prawnego, jak i czysto ludzkiego punktu widzenia interpretacja – zwraca uwagę szewc Fabisiak.

Aby się o tym przekonać warto przeczytać Art. 2 Konstytucji RP zgodnie z którym „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.” To, że segregacja inwalidów na politycznie słusznych i niesłusznych jest rażąco sprzeczna z wyżej wymienionym artykułem jest oczywista dla każdego człowieka umiejącego wyciągać wnioski z tego, co sam przeczytał. Szewc Fabisiak domniemywa, że sędziowie Trybunału Przyłębskiego nie są na tyle durni, żeby nie potrafili zrozumieć tego, co czytają. Jednakże rżną niedouczonych głupków tylko po to by zachować się zgodnie z politycznymi oczekiwaniami władzy bynajmniej nie sądowniczej. Jedynie dwóch sędziów Leon Kieres i Piotr Pszczółkowski złożyło sprzeciw zgłaszając zdanie odrębne. Jednakże – zauważa szewc Fabisiak – dwóch sprawiedliwych i poważnie traktujących swoje sędziowskie obowiązki to za mało aby uniemożliwić temu pozostałemu towarzystwu wydawanie niekonstytucyjnych wyroków. To, że wydawane są takie niekonstytucyjne wyroki jest konsekwencją tego, że sam wydający je organ jest niekonstytucyjny. Jest w tym jakaś logika, która jednak nie tylko prowadzi do absurdu, lecz także podważa podstawy praw obywatelskich – uważa szewc Fabisiak.

Przy okazji warto też zajrzeć do Art. 31 ust. 3 Konstytucji w którym czytamy, iż „ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie i tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób”. Z treści tego zapisu wynikałoby, że zarówno autorzy ustawy, jak i trybunalscy sędziowie uważają, że niektórzy inwalidzi przygotowują jakiś zamach stanu, organizują burdy uliczne, wycinają drzewostan, paradują nago po ulicach bądź zamykają jakieś osoby w swoich piwnicach. Szewc Fabisiak jakoś nie przypomina sobie aby o tego rodzaju inwalidzkich poczynaniach informowała prasa czy telewizja. A niechybnie by z wielkim hukiem to nagłośniła, gdyby zdarzył się choćby jeden tego typu odosobniony przypadek.

Już sama ta antyinwalidzka ustawa zawiera w swej treści umieszczony tam prawdopodobnie świadomie błąd merytoryczny. Otóż mówi się tam o osobach „pełniących służbę na rzecz totalitarnego państwa”. Szewc Fabisiak zwraca uwagę na to, że zanim koś posłuży się jakimś terminem, to powinien najpierw poznać jego znaczenie. Określenie państwo totalitarne odnosi się bowiem do takiego państwa w którym wszystkie organizacje i struktury podporządkowane są władzy. Każdy mający nawet mglistą wiedzę historyczną łatwo dojdzie do wniosku, że totalitarny charakter miał stalinowski Związek Radziecki, gdzie Cerkiew Prawosławna była podporządkowana władzy, która mogła swobodnie decydować jakie obiekty religijne wyburzać czy też przeznaczać na magazyny zbożowe oraz Albania w czasach panowania Envera Hoxhy, gdzie religia została całkowicie wyrugowana z życia publicznego. Gdyby takim samym państwem była Polska Ludowa, to wszelkie struktury kościelne byłyby podległe władzy państwowej bez jakiejkolwiek samodzielności. Szewc Fabisiak, podobnie jak wielu innych starszych oraz młodszych od niego osób, doskonale pamięta, że w kościołach regularnie odbywały się msze, praktykujący katolicy chodzili bez przeszkód na pielgrzymki do Częstochowy a święta Bożego Narodzenia w radio i telewizji puszczano kolędy. Przez pewien czas wprowadzono naukę religii w szkołach a w okresie dyktatury stanu wojennego nadawane były przez radio msze. Przez lata w Sejmie działało, co prawda nieliczne ale jednak, koło poselskie Znak, które niejednokrotnie zachowywało się jak opozycja. Jak choćby poseł Stanisław Stomma składając interpelację po wydarzeniach z marca 1968 r. czy też głosując przeciwko wpisaniu do Konstytucji zapisu o przyjaźni ze Związkiem Radzieckim. Jeżeli ktoś tak rozumie totalitaryzm, to tylko wypada pogratulować mu daru spostrzegawczości – sarkastycznie zauważa szewc Fabisiak. Natomiast bardziej zbliżone do systemu totalitarnego są ustawy o których była mowa jak też służalcze wyroki pewnego trybunału.

Dezubekizacja w Strasburgu

Żyjemy w państwie, w którym rządząca od prawie 6 lat Polska Zjednoczona Prawica zafundowała całemu społeczeństwu takie ilości kłamstw, podłości, cynizmu i brutalnej propagandy, że nawet drastyczne szykanowanie poszczególnych grup społecznych oraz niezależnych osób (np. sędziowie Tuleja i Juszczyszyn) przestaje robić specjalne wrażenie.

Tylko w takim świetle można zrozumieć dlaczego samobójcza śmierć co najmniej 60 Polaków, głęboko skrzywdzonych wyjątkowo ohydnym aktem, jakim jest ustawa dezubekizacyjna, nie wywołuje żadnych większych reperkusji w życiu publicznym. W każdym normalnie demokratycznym kraju byłby to wielki skandal, bulwersujący temat podnoszony przez publicystów, badaczy społecznych, humanistów, polityków – w Polsce „nad tymi trumnami panuje głęboka cisza”. Jest wręcz upokarzające, że dzięki PiS-owskim rządom nasze społeczeństwo osiągnęło aż taki stan bezduszności.

Sprawa ma zresztą szerszy wymiar, gdyż temat samobójstw jest niezwykle niewygodny dla polskich prawicowych polityków. Mało kto wie, że w tej dziedzinie znajdujemy się obecnie w ścisłej światowej czołówce (przodujemy także w śmiertelności z powodu covid-19, ale to inny problem). W wyniku samobójstw umiera rocznie grubo ponad 5000 (!) naszych obywateli, a przecież zgodnie z propagandą sukcesu pisowskiej TVP żyjemy w kraju pełnej szczęśliwości, rządzonym przez wspaniałych, zatroskanych o ludzi przywódców. Warto więc zauważyć, że w PRL, która podobno była okropnie totalitarnym reżimem, popełniano rocznie nie więcej niż 3000 samobójstw. Właśnie za ten rzekomy totalitaryzm w 2016 r. PiS zbiorowo skazał na głodową wegetację prawie 50 tysięcy byłych, z reguły szeregowych funkcjonariuszy tamtej Polski. Wobec tego pojawia się pytanie, jakie kary powinny ponieść dzisiaj rządzący, jeżeli ich panowanie skutkuje prawie dwukrotnie większą ilością samobójczych zgonów. Natomiast przy tej skali problemu łatwiej zrozumieć, że 60 dodatkowych tragicznych aktów nie robi na nich żadnego wrażenia, aczkolwiek za te konkretnie śmierci ponoszą oni bezpośrednią odpowiedzialność.

Dramat zafundowany na starość tysiącom ludzi, którzy nigdy nie popełnili żadnego przestępstwa, powoli zaczyna się obracać przeciwko jego autorom. Zastosowana przez Zjednoczoną Prawicę taktyka permanentnego odwlekania ich spraw sądowych, była skuteczna przez trzy i pół roku, w czym główne zasługi położył Trybunał Konstytucyjny pani prezes Przyłębskiej. Chodziło im m in. o uniemożliwianie poszkodowanym udania się do sądów europejskich, jako że trybunały te z reguły nie podejmują spraw, o ile nie wykorzystano w całości krajowej drogi prawnej. Jednak granice tolerancji środowiska sędziowskiego zostały już chyba przekroczone.

Oto Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, który wcześniej konsekwentnie odmawiał zajęcia się problemem, obecnie przyjął do rozpoznania 23 skargi dotyczące rażącej przewlekłości postępowań sądowych, złożone przez osoby represjonowane. Jednocześnie zadał polskiemu rządowi stosowne pytania, na które musi on udzielić odpowiedzi do 12 maja br. Prawdopodobnie PiS-owskie władze będą się zasłaniały rzekomą obstrukcją ze strony polskich sędziów, ale w ten sposób mogą się tylko ośmieszyć. Międzynarodowy świat prawniczy dobrze orientuje się jaka jest u nas sytuacja, a ponadto oczywistą normą Unii Europejskiej jest, że to władze państwa muszą zadbać o stworzenie właściwych warunków funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości, w tym zapewnić odpowiednią ilość etatów, środków materialnych, itp., które umożliwią rzetelne sądzenie z zachowaniem przyzwoitych terminów.

Jest więc wielce prawdopodobne, że pierwszych 23 dezubekizowanych otrzyma wkrótce od PiS-owskiego rządu całkiem przyzwoitą gratyfikację pieniężną za okres prawie czteroletniego oczekiwania na sprawiedliwość. Dalsze konsekwencje wydają się też oczywiste – analogiczne skargi do ETPCz napisze wówczas ogromna większość, jak nie wszyscy, z prawie 25 tysięcy represjonowanych znajdujących się w analogicznej sytuacji. Trudno to wyliczać, ale nie jest wykluczone, że Polska Zjednoczona Prawica będzie musiała stworzyć odrębny fundusz na pokrycie tych odszkodowań, może nawet zbliżony do kwoty, jaką udało jej się ukraść represjonowanym przy pomocy ustawy dezubekizacyjnej.

Należy przy tym pamiętać, że jest to bardzo prawdopodobny, ale tylko dodatkowy koszt radosnej zabawy PiS-u w Sali Kolumnowej w grudniu 2016 r. Chodzi o to, że ogromna większość sędziów polskich, mimo stosowania wobec nich brutalnych szykan przez ekipę ministra Ziobry, nie ulękła się, nie zbrukała swego honoru i uczciwie ocenia zaistniałą sytuację. Dzięki nim część procesów z powództwa represjonowanych osób wreszcie się rozpoczęła i w całym kraju zapadło już kilkaset wyroków I instancji przywracających świadczenia. Sporządzone do nich uzasadnienia dokładnie obnażają żałosny poziom prawny ustawy dezubekizacyjnej, jej niekonstytucyjność, niesprawiedliwość, amoralność. Dzięki temu odbyły się także pierwsze rozprawy apelacyjne i są już osoby, które otrzymały swe prawdziwe emerytury i renty, z wyrównaniem za cały okres represji. Oczywiście PiS może dłużej upierać się przy swej podłości, ale wówczas kumulujące się kwoty oddawanych świadczeń i procenty od nich będą po prostu jeszcze większe. I pozostanie tylko żal, że tak wiele koleżanek i kolegów nie mogło doczekać nie tyle zwrotu pieniędzy, ale czci i godności, które im tak nikczemnie próbowano zabrać.

Oczywiście zdarzają się także, na szczęście nieliczne, przypadki sędzin i sędziów, którzy usilnie chcą się podlizać obecnej władzy, więc wydają wyroki zgodne z jej oczekiwaniami. Powtarzają przy tym bezmyślnie argumenty o rzekomym służeniu jakiemuś totalitarnemu państwu, gdy stojący przed nimi ludzie nigdy nie złamali żadnego prawa, ani karnego, ani ogólnoludzkiego, ani jakiegokolwiek innego. Ci rzekomo wykształceni prawnicy nie zdają sobie sprawy, że jeżeli ktokolwiek z represjonowanych zasłużył na karę, to powinien być postawiony przed izbą karną i tam skazany, a nie przed cywilnymi sądami pracy. Warto więc takim pisowskim sędziom, pełniącym zastępczą rolę kata, uświadomić, że zbliża się już czas, gdy rządy Zjednoczonej Prawicy okażą się tylko żałosnym „okresem błędów i wypaczeń” w historii demokratycznej Polski – ciekawe jak wówczas spojrzą oni w oczy swym kolegom, którzy nigdy nie zniżyli się do tak haniebnej służby.

A to, że rządy Polskiej Zjednoczonej Prawicy powoli, ale systematycznie gniją i ich koniec jest nieuchronny, widzą już wszyscy obiektywni obserwatorzy. Zdają sobie z tego sprawę także politycy tej formacji i wykazują coraz większą łapczywość oraz wręcz „obajtkowe” tempo w zawłaszczaniu majątku narodowego, gdyż czasu nie zostało im zbyt wiele. Ta pazerność i jednoczesne rozglądanie się za tzw „szalupami ratunkowymi” przywołuje na pamięć dawną anegdotę z czasów carskiej Rosji. Otóż spytano w niej prostego ruskiego „mużyka”, co by zrobił gdyby został carem – on podrapał się w głowę i odparł: „Ukradłby sto rubli i uciekł”. PiS -owcy właśnie zaczynają się rozglądać, gdzie można będzie uciec.

Nie daliśmy władzy prawa do bezprawia

– Wybraliśmy ten rząd, ale nie daliśmy mu legitymacji do łamania konstytucji, bądź tych wartości, które są zawarte w traktatach unijnych. Praworządność, demokracja, niezależność sądów, niezawisłość sędziów. Te wartości musi respektować każda władza. – mówi prof. Marek Chmaj, prawnik-konstytucjonalista, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Nieuznawana przez Sąd Najwyższy i TSUE Izba Dyscyplinarna nie zgodziła się na doprowadzenie sędziego Igora Tulei siłą na przesłuchanie w prokuraturze. Przypomnijmy, że sędzia Igor Tuleya ma ponosić odpowiedzialność za upublicznienie postanowienia w sprawie obrad w Sali Kolumnowej. To właśnie wówczas doszło do naruszenia konstytucji, ustawy o wykonywaniu mandatu i Regulaminu Sejmu. W jakim świetle stawia to sprawę sędziego Tulei?

PROF. MAREK CHMAJ: Sędzia, zgodnie z konstytucją, jest niezawisły, a sąd niezależny. Niezawisły sędzia weryfikował kwestie obrad Sali Kolumnowej i podzielił te wątpliwości, które miało środowisko konstytucjonalistów. Przeniesienie obrad uniemożliwiło części posłom wzięcie udziału w posiedzeniu i głosowaniach, a ponadto naruszono art. 61 konstytucji, bo zabrakło transmisji.

Wracając do sprawy sędziego Tulei, to sędzia sprawując swój mandat upublicznił postanowienie wydane podczas czynności orzeczniczych. Tuleya miał takie prawo, a ściganie sędziego za działalność orzeczniczą przypomina najgorsze czasy minione, do których byśmy nie chcieli wracać.

To polityczna sprawa; sędzia zadziałał wbrew władzy, ale zgodnie z literą prawa, a władza go za to ściga. To standardy białoruskie?

Białoruskie, tureckie. To standardy, które na pewno nie przystoją w państwie demokratycznym opartym na prawie.

Ściganie jakiegokolwiek sędziego za działalność orzeczniczą jest prostym odwetem na kimś, kto ośmielił się wyrokować inaczej, niż życzy sobie decydent polityczny. Ponadto chodzi o efekt mrożący i pokazanie innym sędziom, że za orzeczenia mogą być pociągnięci do odpowiedzialności. I jeden, i drugi efekt może stosować władza w państwie totalitarnym, ale nigdy w państwie demokratycznym. Sędzia po to ma immunitet i zagwarantowaną konstytucyjnie niezawisłość, aby orzekać zgodnie z literą prawa i własnym sumieniem.

Pikanterii tej sprawie dodaje fakt, że członek Izby Dyscyplinarnej, który jednoosobowo podejmuje decyzje w sprawie Igora Tulei, to były prokurator Roch, który zasłynął tym, że pozwolił CBA przesłuchiwać kobietę na porodówce, za co potem Polska płaciła ogromne odszkodowania, bo nad sprawą pochylił się Europejski Trybunał Praw Człowieka.

To pokazuje, że tzw. dobra zmiana w wymiarze sprawiedliwości niesie za sobą przejmowanie kolejnych organów przez osoby powiązane z politykami i obsadzanie nominatami stanowisk w wymiarze sprawiedliwości nie służy niezależności sądów. Jeżeli nie ma niezależności sądów, to obywatel zawsze przegra w sporze z państwem.

Czy takie zachowanie, którego dopuścił się prok. Roch, nie powinno go dyskwalifikować z zawodów prawnych?

Oczywiście, że tego typu działalność prokuratora musi być oceniana przez innych, ale niezależnych prokuratorów i wtedy będzie wiadomo, czy doszło do deliktu dyscyplinarnego, czy nie. Odszkodowanie, które zapłaciliśmy za działania pana Rocha, wskazuje jednak, że naruszono prawo. Tutaj mamy do czynienia z pewnym poczuciem bezkarności, bo prokuratura została podporządkowana ministrowi sprawiedliwości, a ten nie dość, że obsadził niemal wszystkie stanowiska funkcyjne swoimi ludźmi, to jeszcze bardzo często steruje postępowaniami np. za pośrednictwem Prokuratury Krajowej.

Jak to wpłynie na postrzeganie Polski w kwestii praworządności i powiązania funduszy unijnych z tą kwestią?

Procedury UE w tej kwestii zostały albo już uruchomione, albo niedługo będą, i powiązanie wypłaty środków z przestrzeganiem przez dane państwo prawa i praworządności podważone być nie może. Na tym rozwiązaniu z całą pewnością stracimy my, być może także Węgry. Stracimy nie dlatego, że obywatele RP źle postępują, tylko dlatego, że Sejm oraz niektóre organy władzy wykonawczej naruszają podstawowe standardy praworządności, które są absolutnie niezbędne w państwie demokratycznym.

Pozwolę się nie zgodzić z panem, bo to my sami wybraliśmy sobie ten rząd, i to dwukrotnie, zatem chciałoby się powiedzieć: sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało.

Owszem, wybraliśmy ten rząd, ale nie daliśmy mu legitymacji do łamania konstytucji, bądź tych wartości, które są zawarte w traktatach unijnych. Mówimy tu o wartościach takich jak praworządność, demokracja, niezależność sądów, niezawisłość sędziów. Te wartości musi respektować każda władza. My obywatele w części poparliśmy ten rząd, wybraliśmy posłów określonej proweniencji, ale nie daliśmy im uprawnień do łamania konstytucji i traktatów unijnych.

Premier Morawiecki domaga się zbadania zgodności z konstytucją trzech przepisów Traktatu i UE. Co będzie oznaczało orzeczenie, co zmieni i czy Polska nie będzie musiała wypełniać międzynarodowych zobowiązań, jeżeli TK Przyłębskiej orzeknie po myśli rządu?

Tu mamy do czynienia z ruchem, który ma charakter propagandowy. Premier pokazuje swojemu elektoratowi, że polska konstytucja, bardzo często zresztą przez ten obóz rządzący łamana, jest ważniejsza niż przepisy prawa unijnego, zaś jakiekolwiek ingerencje organów Unii w to, co się dzieje w Polsce, są niezgodne z polską konstytucją, w związku z tym nielegalne.

Tak naprawdę ten potencjalny wyrok TK nie będzie miał jednak żadnego znaczenia, bo nie zmieni traktatów unijnych ani kompetencji organów Unii. Jedynie może służyć niektórym organom RP do tego, aby nie stosować rozstrzygnięć organów UE, mam na myśli głównie wyroki TSUE. Tylko że tu mamy prostą sytuację; jeżeli nie będziemy stosować się do wyroków TSUE, to nałożona zostanie na Polskę kara, pewnie kilkadziesiąt tysięcy euro dziennie.

Czyli to, co orzeknie TK Juli Przyłębskiej, nie będzie miało większego znaczenia, a Polskę i tak będą obowiązywały traktaty UE?

Oczywiście, co więcej, podporządkowaliśmy się także traktatowo orzecznictwu TSUE, a Trybunał Sprawiedliwości ma odpowiednie mechanizmy, aby każde państwo członkowskie zmusić do respektowania jego wyroków.

Obecny Trybunał Konstytucyjny pozostawia wiele do życzenia, niektórzy mówią nawet, że jest nielegalny, a jednak jego decyzje wchodzą w życie i zmieniają rzeczywistość. Jak pan to wytłumaczy?

Po pierwsze, nie cały Trybunał jest nielegalny, tylko 3 sędziów tzw. dublerów. Zatem każde orzeczenie, które zapada z udziałem chociaż jednego z nich, jest nieistniejące. Niestety, nawet wtedy jest ono publikowane w dzienniku ustaw i niesie za sobą pewne skutki, mimo że nie powinny one istnieć. W ten sposób pogłębia się tylko chaos w systemie prawnym i pogłębia się brak zaufania do państwa i tworzonego przez niego prawa.

Prezes Nawacki nie dopuszcza do orzekania sędziego Juszczyszyna, mimo że Sąd Rejonowy w Bydgoszczy przywrócił go do pracy. Kto ma rację w tym sporze?

Oczywiście rację ma sędzia Juszczyszyn, ponieważ ma orzeczenie niezależnego sądu, które przywraca go do orzekania. Po drugiej stronie sporu mamy funkcjonariusza nominowanego przez Zbigniewa Ziobrę na prezesa sądu bez opinii Zgromadzenia Ogólnego Sądu. Dodatkowo funkcjonariusza, który również dostał nominację do KRS i został wybrany do niej niezgodnie z prawem, i to w dwójnasób – raz, gdy zrobił to Sejm, drugi raz, gdy sędzia Nawacki nie miał wystarczającej liczby podpisów. Mamy zatem tu spór nie tyle między dwoma sędziami, co między niezawisłym sędzią a takim, który przymiotu niezależności się zrzekł.

Czyli nie zgadza się pan z sędzią Nawackim, że doszło do sporu kompetencyjnego między ID a sądem w Bydgoszczy?

Sądzę, że żaden przyzwoity prawnik nie jest w stanie się zgodzić z sędzią Nawackim.

Jedna z czytelniczek zwróciła się z pytaniem: jaki mamy ustrój polityczny w Polsce, skoro ugrupowanie (stowarzyszenie, a teraz już partia polityczna), które w danej kadencji nie brało udziału w wyborach, może mieć w sejmie koło poselskie i wpływać na stanowienie prawa? Czy to znaczy, że każdy, kto rzuci kasą i sprawną retoryką, może przejąć władzę polityczną w kraju?

Pamiętajmy, że mandat parlamentarzysty jest wolny. Poseł czy senator jest reprezentantem nie tylko swoich wyborców, ale całego narodu, nie obowiązują go żadne instrukcje i nie może być odwołany ze składu Sejmu czy Senatu. My jako elektorat nie mamy żadnego wpływu na zmianę barw partyjnych po wyborach i na zmianę klubu. Parlamentarzysta powinien kierować się dobrem ogółu w swojej działalności, co wynika zresztą z przyrzeczenia parlamentarnego.

Polska nie jest już państwem praworządnym

Działalność ministrów i polityków, którzy kwestionują orzeczenia niezależnych sądów, to ustrojowe chuligaństwo. Okazują rażące lekceważenie dla porządku prawnego – mówi prof. Mikołaj Małecki z Katedry Prawa Karnego UJ w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co)

JUSTYNA KOĆ: Czy w Polsce rządzi prawo, czy „Prawo i Sprawiedliwość”? Jaka jest kondycja praworządności w Polsce?

MIKOŁAJ MAŁECKI: Niestety Polska nie jest już państwem praworządnym. Rządzący mentalnie tkwią poza Unią Europejską, znajdują się w autorytaryzmie i do niego dążą. Unia Europejska to wspólnota wartości: solidarności, praworządności, niedyskryminacji, trójpodziału władzy. Wszystkie te wartości są systematycznie niszczone przez władzę polityczną w Polsce. A czas epidemii pokazał, jak nieudolna jest to władza, gdy trzeba podejmować decyzje ważne dla bezpieczeństwa Polaków.

Politycy PiS, ministrowie, łącznie z ministrem sprawiedliwości, decydują o tym, jakie wyroki uznają, a jakie nie. Jakie to rodzi konsekwencje? Czy ja jako zwykły obywatel też mogę nie uznać wyroku albo mandatu?

Jest w Kodeksie karnym coś takiego jak występek o charakterze chuligańskim. Polega on między innymi na tym, że sprawca okazuje rażące lekceważenie dla porządku prawnego. Działalność ministrów i polityków, którzy kwestionują orzeczenia niezależnych sądów, to takie właśnie ustrojowe chuligaństwo. Okazują rażące lekceważenie dla porządku prawnego.

Minister czy polityk jest zobowiązany, by działać na podstawie i w granicach prawa. Jest zobowiązany, by respektować niezależność władzy sądowniczej i z nią współdziałać. Najbardziej smutne jest to, że mówimy o orzeczeniach zmierzających do naprawienia sytuacji w Polsce. Kwestionowanie tych orzeczeń to pogłębianie chaosu.

Jednocześnie część prawników nie uznaje orzeczeń np. Izby dyscyplinarnej SN. Żyjemy w dwóch światach prawnych?

Nie ma żadnego dualizmu prawnego. Jeśli do mojego domu wchodzi złodziej, to nie ma tutaj pola do negocjacji, że mamy jakieś dwa światy prawne: ja uważam, że złodziej robi coś złego, a złodziej uważa, że ma prawo mnie okraść. To absurd. Po prostu z jednej strony jest prawo, a z drugiej jest bezprawie. Po której stronie stoi prawo, to jest jednoznaczne.

Weźmy Izbę Dyscyplinarną, która represjonuje sędziów, np. sędziego Juszczyszyna za to, że chciał po prostu stosować prawo. Mamy orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, mamy orzeczenia Naczelnego Sądu Administracyjnego, mamy uchwałę połączonych Izb Sądu Najwyższego i orzeczenia innych sądów – w ich świetle Izba Dyscyplinarna oczywiście nie jest sądem, nie spełnia warunków sądu opisanych w konstytucji, jej pisma nie mają wiążącej mocy prawnej. Politycy i ministrowie mają po prostu respektować te orzeczenia.

Trybunał Konstytucyjny jako listek figowy władzy i sposób na obchodzenie prawa, konstytucji, orzeczeń TSUE?

Aktualnie nie można już mówić na serio o Trybunale Konstytucyjnym. To nie jest „Trybunał”, jaki opisuje polska konstytucja – nie jest to organ niezależny i bezstronny. Działalność tego organu nie ma też nic wspólnego z „konstytucyjnością”, a więc działaniem zgodnie z prawem i niezawisłym rozstrzyganiu o zgodności aktów prawnych z konstytucją.

Przypominam, że w pracach tak zwanego Trybunału wciąż biorą udział osoby, które nie są sędziami w rozumieniu konstytucyjnym – zostały wybrane na miejsce już wcześniej obsadzone.

A jaka jest ranga tego organu, udowodnili sami politycy, gdy odmawiali publikacji werdyktu o zaostrzeniu prawa aborcyjnego. Okazuje się, że można dowolnie publikować lub nie publikować wyroków, bo ten Trybunał nie ma najmniejszego znaczenia. Liczy się korzyść polityczna jednej formacji i jej mają być podporządkowane działania pozostałych władz.

TK znowu przesunął termin orzeczenia w sprawie RPO, dlaczego?

Nie wiem, dlaczego termin został przesunięty, ale oczywiście po raz kolejny dowodzi to, że tak zwany Trybunał nie zajmuje się rozstrzyganiem problemów prawnych, tylko rozstrzyganiem problemów w sprawowaniu władzy określonej partii. Takie wielokrotne przekładanie terminu rodzi obiektywne podejrzenia, że ma miejsce jakieś wyczekiwanie na dogodny moment, próba dopasowania się do aktualnej sytuacji politycznej.

Marszałek Sejmu ogłosiła z kolei kolejny już wybór RPO. PiS ma nowego kandydata – posła Wróblewskiego. Jak ocenia pan tę kandydaturę?

Nie ma wątpliwości, że tu nie chodzi o wybór Rzecznika Praw Obywatelskich, tylko o wybór Pomocnika Reżimu. Władza polityczna nie chce zgodzić się na niezależnego, bezstronnego rzecznika, bo gdyby tak było, już dawno powinien zostać osiągnięty kompromis i zostałby dokonany wybór osoby cieszącej się społecznym zaufaniem.

Artykuł 210 konstytucji wymaga, by rzecznik był niezawisły i niezależny od innych organów. Musi być więc to osoba, która nie jest uwikłana politycznie. Ma budzić zaufanie, że nie będzie na usługach władzy, lecz spełni funkcję kontrolną i będzie broniła obywateli przede wszystkim przed rządem i instytucjami państwa. Niezdolność rządzących do kompromisu oznacza, że celem jest wybór kogoś wygodnego z punktu widzenia interesów reżimu, a nie obywateli.

Czy widzi pan szanse na kompromis w sprawie wyboru RPO?

Dla dobra wszystkich obywateli taki kompromis powinien zostać wypracowany. Wszystko wskazuje jednak na to, że władza chce przejąć kolejną instytucję, która może być dla niej niewygodna.

Sędziowie dezubekizacji

Trybunał Konstytucyjny pani prezes Przyłębskiej już od dawna wyglądał bardzo mizernie, ale jego dzisiejszy obraz jest wręcz żałosny. Przyczyniła się do tego zwłaszcza haniebna decyzja o całkowitym zakazie aborcji, która obnażyła go jako potulnego wykonawcę biskupich poleceń, dyktowanych mu za pośrednictwem prezesa PiS. Jednak odebranie kobietom resztek wolności i potraktowanie ich jak żywe inkubatory, to tylko jedna sprawa.

Bardziej uważni obserwatorzy poczynań TK widzą również inny doskwierający mu problem. Otóż od ponad trzech lat(!) instytucja ta przeżywa prawdziwą mękę twórczą, gdyż nie jest w stanie wydać jakiegokolwiek orzeczenia o tzw ustawie dezubekizacyjnej. Rozprawy na ten temat były już wielokrotnie zawieszane, przesuwane, przekładane, odwoływane, kończone i znów zaczynane – obraz wręcz koszmarnej niemocy i bezradności. W tej sytuacji naturalnym odruchem jest współczucie i chęć wspomożenia prezes Trybunału, która, bądź co bądź, także jest kobietą. Należy więc podpowiedzieć pani Przyłębskiej, że może już dać sobie spokój i więcej nie zadręczać się problemem dezubekizacji, gdyż wyrok w tej sprawie zapadł dawno temu i obowiązuje od ponad 11 lat.

Po pierwszej, tzw „Tuskowej” ustawie represyjnej z 2008 r. Trybunał Konstytucyjny R P zajmował się tym samym tematem i w dniu 24.02.2010 r wydał orzeczenie. Uznano w nim, używając dosyć mętnych argumentów i bardzo mocno naciągając prawo, że obniżenie świadczeń za lata pracy w PRL było jednak dopuszczalne (mimo, że ustawa sejmu III RP z 1994 r. potwierdzała je i zapewniała). Natomiast całkowicie jednoznacznie i bez niedomówień Trybunał wypowiedział się w kwestii osób pozytywnie zweryfikowanych i kontynuujących pracę w polskich służbach po 1990 r. Oto dwa stosowne cytaty z wyroku:

Str 82, punkt 10.4.2 … Każdy funkcjonariusz organów bezpieczeństwa Polski Ludowej, który został zatrudniony w nowo tworzonych służbach policji bezpieczeństwa, ma w pełni gwarantowane, równe prawa z powołanymi do tych służb po raz pierwszy od połowy 1990 r., w tym równe prawa do korzystania z uprzywilejowanych zasad zaopatrzenia emerytalnego. …

Str 87, punkt 11.4. … Służba w organach suwerennej Polski po roku 1990 także traktowana jest jednakowo, bez względu na to, czy dany funkcjonariusz uprzednio pełnił służbę w organach bezpieczeństwa Polski Ludowej, czy też nie. …

Dzisiejsze zgryzoty pani prezes wynikają prawdopodobnie z faktu, że po prostu nie zna wcześniejszych orzeczeń organu, którym kieruje, ale też nie wymagajmy od niej za wiele. Należy tu jednak zaznaczyć, że nieznajomość prawa nie usprawiedliwia, oraz że decyzje Trybunału Konstytucyjnego nie podlegają apelacjom, a jedynym organem, który może je ewentualnie uchylić jest Trybunał Sprawiedliwości UE. Zgodnie z tymi zasadami we wszystkich procesach osób represjonowanych polskie sądy powinny kierować się powyższym orzeczeniem i rozstrzygać je bez zbędnej zwłoki. Jak można wobec tego zrozumieć, że od prawie 3,5 roku w sądach zalega ponad 25 tys. spraw dotyczących w ogromnej większości funkcjonariuszy, którzy w 1990 r. przeszli pozytywną weryfikację, a ich wina polega wyłącznie na tym, że byli bardzo naiwni, uwierzyli gwarancjom władz III RP i zgodzili się kontynuować pracę w jej służbach.

Wstydliwe dla polskiego sądownictwa wieloletnie przeciąganie procesów dotyczących z reguły ludzi starych, schorowanych i zniedołężniałych jest związane z faktem, że także sędziowie wykazali się naiwnością i bardzo długo wierzyli, że pani prezes Przyłębska wypowie się o ustawie zgodnie z zasadami prawa i w przyzwoitym terminie. Dopiero niedawno większość z nich zorientowała się jaki poziom jurysdykcji prezentuje dzisiejszy Trybunał Konstytucyjny i rozpoczęła samodzielne procedowanie spraw. Dzięki temu zapadło już kilkaset rzetelnych wyroków, zgodnych z Konstytucją RP i prawem międzynarodowym oraz orzeczeniem Sądu Najwyższego, iż karać (odbierać świadczenia) można tylko za indywidualne czyny przestępcze. Wydawałoby się, że taka zwykła przyzwoitość powinna być oczywistą normą w państwie UE, ale niestety nie jest. Dyktatorskie zapędy PiS-u powodują, że w dzisiejszej Polsce wydanie uczciwego wyroku wymaga odwagi cywilnej i wysokiego poczucia sędziowskiej etyki. Nie jest to wcale łatwe, gdy całym wymiarem sprawiedliwości rządzi wyjątkowo amoralna ekipa ministra Ziobry, która zrobi wszystko, aby nie dopuścić do obnażenia przed sądami podłości i niesprawiedliwości ustawy dezubekizacyjnej. Sędziom, którzy w tych okolicznościach zdołali ocalić godność swego zawodu, należą się słowa najwyższego szacunku i uznania.

Nie wszystkim bowiem to się udało. Brutalne naciski ministra i represje wobec niezależnych prawników oraz przywileje i nagrody spotykające wyłącznie uległych sobie „miękiszonów”, sprawiły, że pojawiła się też grupka sędziów, których poziom moralny zbliża się do poziomu ministerialnego. To oni są dzisiaj awansowani na kierownicze stanowiska, jakich nigdy by nie osiągnęli w normalnych warunkach. Teraz więc z całych sił okazują wdzięczność panom z Polskiej Zjednoczonej Prawicy i wydają wyroki zgodnie z ich politycznym zapotrzebowaniem. Niektórzy z nich, z resztkami przyzwoitości, po prostu nadal przedłużają wieloletnie zawieszenia spraw, uzasadniając to żenującym już oczekiwaniem na wyrok pani Przyłębskiej. Są jednak też tacy, którzy nie mają nawet takich zahamowań i orzekają, że III RP słusznie postąpiła oszukując, kłamiąc, nie dotrzymując umów i nie płacąc za służbę oraz poświęcenie zdrowia i życia dla jej dobra. Znany jest przypadek, gdy jedna z takich sędzin jako dowód służenia totalitarnemu państwu uznała fakt, iż represjonowany (do czego sam się przyznał) należał niegdyś do PZPR. Przynależność partyjna jest jedynie wyrazem czyichś poglądów politycznych, i jest wręcz haniebne, że właśnie za poglądy, a nie za przestępcze czyny, są dzisiaj karani niewinni ludzie. Zdarzyły się także negatywne wyroki uzasadniane argumentami, ze ktoś przeszedł szkolenie w zakresie pracy operacyjnej, że pobierał za nią dodatek, albo że był wyróżniany i premiowany, że awansował … – wydaje się wręcz nieprawdopodobne, ale dla PiS-owskich sędziów są to dzisiaj dowody rzekomej zbrodniczej działalności w czasach PRL.

Jednym z najbardziej znanych symboli sądowych zbrodni stalinowskich jest osoba Stefana Michnika, który w latach pięćdziesiątych wydawał wyroki śmierci na członków antykomunistycznego podziemia. On sam przyznał później, że kierował się nie regułami prawa, ale zapotrzebowaniem politycznym rządzącej wówczas partii. Za swe czyny jest nadal, po ponad pół wieku, ścigany przez państwo polskie, które m. in. wydało na niego międzynarodowy nakaz aresztowania. Wydawałoby się, że przykład ten powinien być wystarczającym memento dla całego świata prawniczego, ale jak widać przyziemne korzyści okazują się czasami ważniejsze niż przyzwoitość i nauki historii. Koleżanki i koledzy sędziego Stefana Michnika, którzy dzisiaj wiernie go naśladują i kierują się w orzekaniu dokładnie takimi samymi przesłankami jak on, muszą tylko mieć świadomość, że ich nazwisk także nikt nie zapomni, nawet po upływie kolejnego półwiecza.

IPN – Zasłużony Obrońca Dezubekizacji

W lutym 2021 r. mamy okazję świętować niecodzienną rocznicę, wręcz rzadkość w jakimkolwiek państwie określanym jako praworządne i demokratyczne. Oto mija trzecia rocznica od dnia, gdy Trybunał Konstytucyjny pani Przyłębskiej rozpoczął swą pracę nad konstytucyjnością ustawy powszechnie zwanej „dezubekizacyjną”.

Zważywszy, że jedną z podstawowych zasad prawa jest czynienie sprawiedliwości bez żadnej zwłoki, to oczywiste się staje, że przez minione 36 miesięcy pani prezes z pewnością zmuszała cały swój Trybunał do bardzo intensywnej pracy. W tym czasie musiała wiele razy odkładać terminy poszczególnych posiedzeń, przekładać rozprawy i odwoływać sesje, ale w końcu kilka z nich się odbyło i we wrześniu 2020 r. ogłosiła nawet, że proces wreszcie się zakończył. Pozostało już tylko ogłoszenie wyroku. Okazało się jednak, że pani Przyłębska nie jest w stanie odczytać jakiegokolwiek nawet odrobinę uczciwego orzeczenia (za jakim podobno opowiada się większość sędziów), wobec czego zamierza całą procedurę rozpoznawania ustawy rozpocząć na nowo. Oznacza to, że kilkadziesiąt tysięcy starych, niewinnie skrzywdzonych ludzi będzie musiało czekać na sprawiedliwość co najmniej następne trzy lata. Gdyby jednak pani prezes nadal nie znalazła w TK większości dla kłamstw, to z pewnością ogłosi kolejną trzyletnią rundę. Trzeba ją jednak zrozumieć, bo wcale nie jest proste zmuszenie wszystkich sędziów, by zapomnieli o kilku fundamentalnych regułach, oczywistych w cywilizowanym świecie, mówiących m. in. o nie działaniu prawa wstecz, o nie stosowaniu odpowiedzialności zbiorowej, o powadze rzeczy osądzonych, o zakazie stosowania zemsty politycznej, o wątpliwościach rozstrzyganych na korzyść, o domniemaniu niewinności, itp. To dlatego pani Przyłębska musi sięgać po kruczki proceduralne, w stosowaniu których jest ograniczona w zasadzie jedynie swoim sumieniem. A z tym sumieniem? – no cóż, „koń jaki jest, każdy widzi”.

Dalej więc formalnie obowiązują w Polsce przepisy, które stwierdzają, że państwo miało prawo kłamać, oszukiwać i cynicznie wykorzystywać swoich obywateli. Według nich słuszne było składanie represjonowanym fałszywych obietnic i podpisywanie z nimi umów, że mają służyć nie liczącej się z czasem, a także narażając życie i zdrowie. Dzisiaj PiS-owska władza nie ma najmniejszego zamiaru wywiązywać się z przyjętych zobowiązań. Odmawia nawet, co jest szczególnie bulwersujące, wypłacenia rekompensat, gdy funkcjonariusze tracili życie, stojąc na straży bezpieczeństwa państwa, walcząc z bandytami, ścigając przestępców itp. To, na co ta wielkoduszna władzą się zdobyła, to zasiłki socjalne, na granicy minimum biologicznego. Każdy przedsiębiorca, który tak potraktowałby zatrudnionego przez siebie pracownika, trafiłby do więzienia i płaciłby horrendalne odszkodowania, ale dzisiejsi właściciele Polski głośno szczycą się, że tak sprytnie oszukali i wykorzystali łatwowiernych ludzi. I jeszcze w dodatku nazywają to wymierzaniem sprawiedliwości dziejowej.

To wszystko dzieje się w Unii Europejskiej. która ma na swych sztandarach największymi literami zapisane hasło praworządność i grozi, że będzie karała każde państwo członkowskie, które jej nie przestrzega. Pozostaje pytanie czy instytucje UE nie widzą jak szokująco brutalnie są łamane prawa osób represjonowanych, osób które są także jej obywatelami? Czy Bruksela nie zdaje sobie sprawy, jak cynicznie, całymi latami uniemożliwia się starym, skrzywdzonym ludziom uzyskanie zwykłej sprawiedliwości? A może mają rację różni anty-uniści, że UE to bezduszna, doszczętnie zbiurokratyzowana instytucja, mająca swe piękne hasła jedynie na pokaz, dokładnie tak samo jak Polska Zjednoczona Prawica?

Politycy PiS doskonale wiedzą, jak ohydnych czynów się dopuścili i dlatego usilnie starają się przykrywać je kłamliwymi opowieściami o rzekomych masowych zbrodniach służb PRL oraz równie kłamliwymi argumentami o odbieraniu mitycznych przywilejów. Jest wprost szokujące, iż nikt nie zauważa, że praw emerytalnych i rentowych wszystkim represjonowanym dzisiaj funkcjonariuszom nie nadała żadna komunistyczna dyktatura jakimś tajnym dekretem. Prawa te uchwalił w 1994 r. w pełni demokratycznie wybrany Sejm Rzeczpospolitej Polskiej, państwa wówczas już od pięciu lat całkowicie i bez zastrzeżeń niepodległego i samorządnego. Może więc wystarczy tych kłamliwych bzdur o bezprawnych komunistycznych przywilejach!

Na front zawziętej walki o utrwalenie dezubekizacyjnych kłamstw PiS wysłał nie tylko Trybunał Konstytucyjny i swą „szczujnie” TVP, ale także Instytut Pamięci Narodowej. Wielu ludzi w Polsce, naiwnie wierzących natrętnej antypeerelowskiej propagandzie, oczekiwało, że na żądanie sądów IPN zasypie je materiałami o zbrodniach popełnionych przez tamte służby. Teraz nie ma jak się do tego przyznać, ale wyszedł z tego potężny blamaż. Dzisiaj IPN w pismach do sądów oświadcza, że on jedynie miał formalnie wskazać miejsca zatrudnienia poszczególnych funkcjonariuszy i żadnych materiałów o ich przestępstwach nie ma obowiązku dostarczać. Jest to oczywiste matactwo, gdyż jeżeli IPN ma takie materiały, to musi je przekazać sądom, albo sam powinien wszczynać stosowne śledztwa.

Aby przykryć żałosny brak argumentów na poparcie rozdętej do niebywałych rozmiarów czarnej propagandy o służbach PRL, IPN wysilił się na własny komentarz skierowany do sędziów. Nie bardzo wiadomo w jakim charakterze przedstawia im swą opinię na ten temat (Instytut nie jest stroną procesu), ale jest to stek ogólników na poziomie „młodego agitatora” dla mało zorientowanych słuchaczy. Głównym argumentem jest tam rzekomy całościowy komunistyczny system zniewolenia społeczeństwa funkcjonujący w tamtej Polsce. Autor dokumentu nawet nie wysila się (może nie wie?) aby dostrzec, że na Polskę Ludową składały się co najmniej dwa bardzo mocno różniące się okresy, których cezurą był rok 1956. Rozciąganie opinii, która może być trafna co do czasów „stalinowskich”, na całość PRL, jest zwykłym, ordynarnym fałszem.

Pisałem już o tym w kilku swych felietonach, więc nie chcę się powtarzać, ale warto przytoczyć jeden przykład. Klasycznym kłamstwem nagminnie powtarzanym przez prawicowych polityków, dziennikarzy, publicystów jest stwierdzenie, że „stan wojenny był wojną wypowiedzianą przez komunistów społeczeństwu polskiemu”. Prawdą natomiast jest taka, że stan wojenny był aktem, który popierała zdecydowana większość Polaków. Badania socjologiczne dokonane w połowie lat dziewięćdziesiątych, a więc w czasach III RP(!), wskazały, że jego wprowadzenie nadal uważało za słuszne aż ok. 55 procent naszych obywateli, zaś przeciwne zdanie miało ok. 25 procent! Tych danych teraz nigdzie się nie przytacza, skrywa, lub próbuje fałszywie interpretować, ale już nic tego nie zmieni. To złożoność ówczesnych problemów politycznych, warunki gospodarcze i nasilające się nurty konfrontacyjne doprowadziły do dramatu stanu wojennego, zresztą pewnie nieuniknionego w ówczesnej sytuacji geopolitycznej. Tak czy inaczej, okazuje się, że była to „wojna wypowiedziana społeczeństwu polskiemu”, popierana przez jego zdecydowaną większość.

Przykłady tak uprawianej propagandy można przytaczać wręcz w nieskończoność. Nie chodzi mi o wybielane PRL, bo nie był to dobry system, ale też z pewnością po 1956 r. nie był to system zbrodniczego zniewolenia społeczeństwa, jak odmalowuje to IPN. Można dyskutować o wielu aspektach i złożoności tamtych lat, ale do tego trzeba mieć wiedzę i umieć dostrzegać przeróżne odcienie i kolory, a nie używać jedynie czerni lub bieli i to z zastosowaniem pamiętnej zasady prezesa Kaczyńskiego: „nikt nam nie wmówi, iż białe jest białe, a czarne jest czarne”.

Państwo parszywieje

Prezydent Duda zaproponował proste rozwiązanie dla opornych Ziobrze prokuratorów – przecież mogą pracować gdzie indziej, prywatnie, zostać notariuszami itp.

Kilka lat temu prezydent Komorowski także proponował młodemu człowiekowi zmianę zawodu lub wzięcie kredytu. Może w pałacu prezydenckim mieszka jakiś zły duch, który podpowiada jego lokatorom takie idiotyczne odpowiedzi. Niestety wypowiedź obecnego prezydenta ma głębszy sens. Podpowiada prezydent, że prokuratorów można usunąć jak sami nie zechcą odejść i nawet w odległych miejscach od swoich rodzin będą uparcie trwać na stanowiskach prokuratorskich. To samo może grozić sędziom. To nic, że ich kształcenie kosztowało państwo miliony. Kilka lat temu zlikwidowano wymogi względem służb administracji państwowej. Ostatnio tak zmieniono prawo, że ambasadorem może zostać obywatel bez wykształcenia i znajomości języków, ale swój.

Dlaczego nie ma być podobnie w wymiarze sprawiedliwości? W miejsce wygonionych sędziów czy prokuratorów da się swoich, zaufanych piotrowiczów. Sporządzi im się na kartce papieru, ale by nie było za dużo napisane, zasady postępowania na danym stanowisku, kartkę zafoliuje się, by się nie rwała i nie brudziła. Wtedy wystarczy na dłużej. Tak właśnie sposób sparszywiał Trybunał Konstytucyjny i inne organy wymiaru sprawiedliwości. Po wojnie praktyki szybkich awansów były usprawiedliwione, bo hitlerowcy wymordowali polską inteligencję, a Rosjanie swoje zrobili w Katyniu. Teraz wykształconych kadr w kraju nie brakuje. Jednak wykształceni ludzie są kulą u nogi tej władzy, bo samodzielnie myślą. Dlatego zafoliowana kartka z instrukcją i posłuszny, niekoniecznie myślący wykonawca jest ulubieńcem tej władzy.

Ziobro jest przeciw, ale jednak za

Zbigniew Ziobro zadeklarował pozostanie w rządzie, a jednocześnie zapowiedział, że będzie walczył z ustaleniami szczytu Unii Europejskiej.

Od rana 12 grudnia trwało posiedzenie zarządu partii Solidarnej Polski, który obradował, jak odnieść się do wynegocjowanego przez rząd Polski i Węgier porozumienia z Unia Europejską w sprawie powiązania budżetu z przestrzeganiem praworządności w krajach członkowski. Ziobro poinformował, że został złożony wniosek o wyjście jego ugrupowania z koalicji i że został on odrzucony głosami 12 : 8, co oznacza pozostanie Solidarnej Polski w rządzie, a Zbigniewa Ziobry na stanowisku ministra sprawiedliwości i prokuratura generalnego. Jednocześnie Ziobro nie pozostawił suchej nitki na porozumieniu. Używał sformułowań, które do tej pory były przez niego i jego akolitów używane – suwerenność, narzucanie rozwiązania, utrata niezależności, są sprawy bezcenne ważniejsze niż których nie da się mierzyć ilością pieniędzy itd. Podkreślił, że Solidarna Polska uznaje porozumienie za błąd.

Otwarcie zapowiedział również, że jako minister sprawiedliwości będzie walczył o jego uchylenie poprzez zwrócenie się zarówno do Trybunału Konstytucyjnego, jak i trybunału w Luksemburgu, by ciała te sprawdziły, czy porozumienie to nie jest sprzeczne z europejskimi traktatami i czy jest zgodne z polska konstytucją. Partia Ziobry, zgodnie z jego zapowiedzią, będzie głosować przeciwko ustaleniom szczytu. Ziobro przedstawił apokaliptyczny scenariusz: jak przekonywał, ustalenia szczytu oznaczają, że Bruksela jest w stanie narzucać swe rozwiązania polskiej władzy na każdym poziomie: samorządowym, ministerialnym, rządowym i prezydenckim, a w ostateczności może obalić nieposłuszny Unii rząd. Twierdził, że jest to krok w kierunku europejskiego państwa federacyjnego kosztem państw narodowych.

Mimo tej miażdżącej krytyki, SP pozostanie w rządzie. Ziobro objaśniał to tym, że wyjście jego ugrupowania z rządu oznacza wcześniejsze wybory parlamentarne, a więc ryzyko utraty władzy i niemożności dokończenia założonych celów politycznych.