Dezubekizacja w Strasburgu

Żyjemy w państwie, w którym rządząca od prawie 6 lat Polska Zjednoczona Prawica zafundowała całemu społeczeństwu takie ilości kłamstw, podłości, cynizmu i brutalnej propagandy, że nawet drastyczne szykanowanie poszczególnych grup społecznych oraz niezależnych osób (np. sędziowie Tuleja i Juszczyszyn) przestaje robić specjalne wrażenie.

Tylko w takim świetle można zrozumieć dlaczego samobójcza śmierć co najmniej 60 Polaków, głęboko skrzywdzonych wyjątkowo ohydnym aktem, jakim jest ustawa dezubekizacyjna, nie wywołuje żadnych większych reperkusji w życiu publicznym. W każdym normalnie demokratycznym kraju byłby to wielki skandal, bulwersujący temat podnoszony przez publicystów, badaczy społecznych, humanistów, polityków – w Polsce „nad tymi trumnami panuje głęboka cisza”. Jest wręcz upokarzające, że dzięki PiS-owskim rządom nasze społeczeństwo osiągnęło aż taki stan bezduszności.

Sprawa ma zresztą szerszy wymiar, gdyż temat samobójstw jest niezwykle niewygodny dla polskich prawicowych polityków. Mało kto wie, że w tej dziedzinie znajdujemy się obecnie w ścisłej światowej czołówce (przodujemy także w śmiertelności z powodu covid-19, ale to inny problem). W wyniku samobójstw umiera rocznie grubo ponad 5000 (!) naszych obywateli, a przecież zgodnie z propagandą sukcesu pisowskiej TVP żyjemy w kraju pełnej szczęśliwości, rządzonym przez wspaniałych, zatroskanych o ludzi przywódców. Warto więc zauważyć, że w PRL, która podobno była okropnie totalitarnym reżimem, popełniano rocznie nie więcej niż 3000 samobójstw. Właśnie za ten rzekomy totalitaryzm w 2016 r. PiS zbiorowo skazał na głodową wegetację prawie 50 tysięcy byłych, z reguły szeregowych funkcjonariuszy tamtej Polski. Wobec tego pojawia się pytanie, jakie kary powinny ponieść dzisiaj rządzący, jeżeli ich panowanie skutkuje prawie dwukrotnie większą ilością samobójczych zgonów. Natomiast przy tej skali problemu łatwiej zrozumieć, że 60 dodatkowych tragicznych aktów nie robi na nich żadnego wrażenia, aczkolwiek za te konkretnie śmierci ponoszą oni bezpośrednią odpowiedzialność.

Dramat zafundowany na starość tysiącom ludzi, którzy nigdy nie popełnili żadnego przestępstwa, powoli zaczyna się obracać przeciwko jego autorom. Zastosowana przez Zjednoczoną Prawicę taktyka permanentnego odwlekania ich spraw sądowych, była skuteczna przez trzy i pół roku, w czym główne zasługi położył Trybunał Konstytucyjny pani prezes Przyłębskiej. Chodziło im m in. o uniemożliwianie poszkodowanym udania się do sądów europejskich, jako że trybunały te z reguły nie podejmują spraw, o ile nie wykorzystano w całości krajowej drogi prawnej. Jednak granice tolerancji środowiska sędziowskiego zostały już chyba przekroczone.

Oto Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, który wcześniej konsekwentnie odmawiał zajęcia się problemem, obecnie przyjął do rozpoznania 23 skargi dotyczące rażącej przewlekłości postępowań sądowych, złożone przez osoby represjonowane. Jednocześnie zadał polskiemu rządowi stosowne pytania, na które musi on udzielić odpowiedzi do 12 maja br. Prawdopodobnie PiS-owskie władze będą się zasłaniały rzekomą obstrukcją ze strony polskich sędziów, ale w ten sposób mogą się tylko ośmieszyć. Międzynarodowy świat prawniczy dobrze orientuje się jaka jest u nas sytuacja, a ponadto oczywistą normą Unii Europejskiej jest, że to władze państwa muszą zadbać o stworzenie właściwych warunków funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości, w tym zapewnić odpowiednią ilość etatów, środków materialnych, itp., które umożliwią rzetelne sądzenie z zachowaniem przyzwoitych terminów.

Jest więc wielce prawdopodobne, że pierwszych 23 dezubekizowanych otrzyma wkrótce od PiS-owskiego rządu całkiem przyzwoitą gratyfikację pieniężną za okres prawie czteroletniego oczekiwania na sprawiedliwość. Dalsze konsekwencje wydają się też oczywiste – analogiczne skargi do ETPCz napisze wówczas ogromna większość, jak nie wszyscy, z prawie 25 tysięcy represjonowanych znajdujących się w analogicznej sytuacji. Trudno to wyliczać, ale nie jest wykluczone, że Polska Zjednoczona Prawica będzie musiała stworzyć odrębny fundusz na pokrycie tych odszkodowań, może nawet zbliżony do kwoty, jaką udało jej się ukraść represjonowanym przy pomocy ustawy dezubekizacyjnej.

Należy przy tym pamiętać, że jest to bardzo prawdopodobny, ale tylko dodatkowy koszt radosnej zabawy PiS-u w Sali Kolumnowej w grudniu 2016 r. Chodzi o to, że ogromna większość sędziów polskich, mimo stosowania wobec nich brutalnych szykan przez ekipę ministra Ziobry, nie ulękła się, nie zbrukała swego honoru i uczciwie ocenia zaistniałą sytuację. Dzięki nim część procesów z powództwa represjonowanych osób wreszcie się rozpoczęła i w całym kraju zapadło już kilkaset wyroków I instancji przywracających świadczenia. Sporządzone do nich uzasadnienia dokładnie obnażają żałosny poziom prawny ustawy dezubekizacyjnej, jej niekonstytucyjność, niesprawiedliwość, amoralność. Dzięki temu odbyły się także pierwsze rozprawy apelacyjne i są już osoby, które otrzymały swe prawdziwe emerytury i renty, z wyrównaniem za cały okres represji. Oczywiście PiS może dłużej upierać się przy swej podłości, ale wówczas kumulujące się kwoty oddawanych świadczeń i procenty od nich będą po prostu jeszcze większe. I pozostanie tylko żal, że tak wiele koleżanek i kolegów nie mogło doczekać nie tyle zwrotu pieniędzy, ale czci i godności, które im tak nikczemnie próbowano zabrać.

Oczywiście zdarzają się także, na szczęście nieliczne, przypadki sędzin i sędziów, którzy usilnie chcą się podlizać obecnej władzy, więc wydają wyroki zgodne z jej oczekiwaniami. Powtarzają przy tym bezmyślnie argumenty o rzekomym służeniu jakiemuś totalitarnemu państwu, gdy stojący przed nimi ludzie nigdy nie złamali żadnego prawa, ani karnego, ani ogólnoludzkiego, ani jakiegokolwiek innego. Ci rzekomo wykształceni prawnicy nie zdają sobie sprawy, że jeżeli ktokolwiek z represjonowanych zasłużył na karę, to powinien być postawiony przed izbą karną i tam skazany, a nie przed cywilnymi sądami pracy. Warto więc takim pisowskim sędziom, pełniącym zastępczą rolę kata, uświadomić, że zbliża się już czas, gdy rządy Zjednoczonej Prawicy okażą się tylko żałosnym „okresem błędów i wypaczeń” w historii demokratycznej Polski – ciekawe jak wówczas spojrzą oni w oczy swym kolegom, którzy nigdy nie zniżyli się do tak haniebnej służby.

A to, że rządy Polskiej Zjednoczonej Prawicy powoli, ale systematycznie gniją i ich koniec jest nieuchronny, widzą już wszyscy obiektywni obserwatorzy. Zdają sobie z tego sprawę także politycy tej formacji i wykazują coraz większą łapczywość oraz wręcz „obajtkowe” tempo w zawłaszczaniu majątku narodowego, gdyż czasu nie zostało im zbyt wiele. Ta pazerność i jednoczesne rozglądanie się za tzw „szalupami ratunkowymi” przywołuje na pamięć dawną anegdotę z czasów carskiej Rosji. Otóż spytano w niej prostego ruskiego „mużyka”, co by zrobił gdyby został carem – on podrapał się w głowę i odparł: „Ukradłby sto rubli i uciekł”. PiS -owcy właśnie zaczynają się rozglądać, gdzie można będzie uciec.

Nie daliśmy władzy prawa do bezprawia

– Wybraliśmy ten rząd, ale nie daliśmy mu legitymacji do łamania konstytucji, bądź tych wartości, które są zawarte w traktatach unijnych. Praworządność, demokracja, niezależność sądów, niezawisłość sędziów. Te wartości musi respektować każda władza. – mówi prof. Marek Chmaj, prawnik-konstytucjonalista, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Nieuznawana przez Sąd Najwyższy i TSUE Izba Dyscyplinarna nie zgodziła się na doprowadzenie sędziego Igora Tulei siłą na przesłuchanie w prokuraturze. Przypomnijmy, że sędzia Igor Tuleya ma ponosić odpowiedzialność za upublicznienie postanowienia w sprawie obrad w Sali Kolumnowej. To właśnie wówczas doszło do naruszenia konstytucji, ustawy o wykonywaniu mandatu i Regulaminu Sejmu. W jakim świetle stawia to sprawę sędziego Tulei?

PROF. MAREK CHMAJ: Sędzia, zgodnie z konstytucją, jest niezawisły, a sąd niezależny. Niezawisły sędzia weryfikował kwestie obrad Sali Kolumnowej i podzielił te wątpliwości, które miało środowisko konstytucjonalistów. Przeniesienie obrad uniemożliwiło części posłom wzięcie udziału w posiedzeniu i głosowaniach, a ponadto naruszono art. 61 konstytucji, bo zabrakło transmisji.

Wracając do sprawy sędziego Tulei, to sędzia sprawując swój mandat upublicznił postanowienie wydane podczas czynności orzeczniczych. Tuleya miał takie prawo, a ściganie sędziego za działalność orzeczniczą przypomina najgorsze czasy minione, do których byśmy nie chcieli wracać.

To polityczna sprawa; sędzia zadziałał wbrew władzy, ale zgodnie z literą prawa, a władza go za to ściga. To standardy białoruskie?

Białoruskie, tureckie. To standardy, które na pewno nie przystoją w państwie demokratycznym opartym na prawie.

Ściganie jakiegokolwiek sędziego za działalność orzeczniczą jest prostym odwetem na kimś, kto ośmielił się wyrokować inaczej, niż życzy sobie decydent polityczny. Ponadto chodzi o efekt mrożący i pokazanie innym sędziom, że za orzeczenia mogą być pociągnięci do odpowiedzialności. I jeden, i drugi efekt może stosować władza w państwie totalitarnym, ale nigdy w państwie demokratycznym. Sędzia po to ma immunitet i zagwarantowaną konstytucyjnie niezawisłość, aby orzekać zgodnie z literą prawa i własnym sumieniem.

Pikanterii tej sprawie dodaje fakt, że członek Izby Dyscyplinarnej, który jednoosobowo podejmuje decyzje w sprawie Igora Tulei, to były prokurator Roch, który zasłynął tym, że pozwolił CBA przesłuchiwać kobietę na porodówce, za co potem Polska płaciła ogromne odszkodowania, bo nad sprawą pochylił się Europejski Trybunał Praw Człowieka.

To pokazuje, że tzw. dobra zmiana w wymiarze sprawiedliwości niesie za sobą przejmowanie kolejnych organów przez osoby powiązane z politykami i obsadzanie nominatami stanowisk w wymiarze sprawiedliwości nie służy niezależności sądów. Jeżeli nie ma niezależności sądów, to obywatel zawsze przegra w sporze z państwem.

Czy takie zachowanie, którego dopuścił się prok. Roch, nie powinno go dyskwalifikować z zawodów prawnych?

Oczywiście, że tego typu działalność prokuratora musi być oceniana przez innych, ale niezależnych prokuratorów i wtedy będzie wiadomo, czy doszło do deliktu dyscyplinarnego, czy nie. Odszkodowanie, które zapłaciliśmy za działania pana Rocha, wskazuje jednak, że naruszono prawo. Tutaj mamy do czynienia z pewnym poczuciem bezkarności, bo prokuratura została podporządkowana ministrowi sprawiedliwości, a ten nie dość, że obsadził niemal wszystkie stanowiska funkcyjne swoimi ludźmi, to jeszcze bardzo często steruje postępowaniami np. za pośrednictwem Prokuratury Krajowej.

Jak to wpłynie na postrzeganie Polski w kwestii praworządności i powiązania funduszy unijnych z tą kwestią?

Procedury UE w tej kwestii zostały albo już uruchomione, albo niedługo będą, i powiązanie wypłaty środków z przestrzeganiem przez dane państwo prawa i praworządności podważone być nie może. Na tym rozwiązaniu z całą pewnością stracimy my, być może także Węgry. Stracimy nie dlatego, że obywatele RP źle postępują, tylko dlatego, że Sejm oraz niektóre organy władzy wykonawczej naruszają podstawowe standardy praworządności, które są absolutnie niezbędne w państwie demokratycznym.

Pozwolę się nie zgodzić z panem, bo to my sami wybraliśmy sobie ten rząd, i to dwukrotnie, zatem chciałoby się powiedzieć: sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało.

Owszem, wybraliśmy ten rząd, ale nie daliśmy mu legitymacji do łamania konstytucji, bądź tych wartości, które są zawarte w traktatach unijnych. Mówimy tu o wartościach takich jak praworządność, demokracja, niezależność sądów, niezawisłość sędziów. Te wartości musi respektować każda władza. My obywatele w części poparliśmy ten rząd, wybraliśmy posłów określonej proweniencji, ale nie daliśmy im uprawnień do łamania konstytucji i traktatów unijnych.

Premier Morawiecki domaga się zbadania zgodności z konstytucją trzech przepisów Traktatu i UE. Co będzie oznaczało orzeczenie, co zmieni i czy Polska nie będzie musiała wypełniać międzynarodowych zobowiązań, jeżeli TK Przyłębskiej orzeknie po myśli rządu?

Tu mamy do czynienia z ruchem, który ma charakter propagandowy. Premier pokazuje swojemu elektoratowi, że polska konstytucja, bardzo często zresztą przez ten obóz rządzący łamana, jest ważniejsza niż przepisy prawa unijnego, zaś jakiekolwiek ingerencje organów Unii w to, co się dzieje w Polsce, są niezgodne z polską konstytucją, w związku z tym nielegalne.

Tak naprawdę ten potencjalny wyrok TK nie będzie miał jednak żadnego znaczenia, bo nie zmieni traktatów unijnych ani kompetencji organów Unii. Jedynie może służyć niektórym organom RP do tego, aby nie stosować rozstrzygnięć organów UE, mam na myśli głównie wyroki TSUE. Tylko że tu mamy prostą sytuację; jeżeli nie będziemy stosować się do wyroków TSUE, to nałożona zostanie na Polskę kara, pewnie kilkadziesiąt tysięcy euro dziennie.

Czyli to, co orzeknie TK Juli Przyłębskiej, nie będzie miało większego znaczenia, a Polskę i tak będą obowiązywały traktaty UE?

Oczywiście, co więcej, podporządkowaliśmy się także traktatowo orzecznictwu TSUE, a Trybunał Sprawiedliwości ma odpowiednie mechanizmy, aby każde państwo członkowskie zmusić do respektowania jego wyroków.

Obecny Trybunał Konstytucyjny pozostawia wiele do życzenia, niektórzy mówią nawet, że jest nielegalny, a jednak jego decyzje wchodzą w życie i zmieniają rzeczywistość. Jak pan to wytłumaczy?

Po pierwsze, nie cały Trybunał jest nielegalny, tylko 3 sędziów tzw. dublerów. Zatem każde orzeczenie, które zapada z udziałem chociaż jednego z nich, jest nieistniejące. Niestety, nawet wtedy jest ono publikowane w dzienniku ustaw i niesie za sobą pewne skutki, mimo że nie powinny one istnieć. W ten sposób pogłębia się tylko chaos w systemie prawnym i pogłębia się brak zaufania do państwa i tworzonego przez niego prawa.

Prezes Nawacki nie dopuszcza do orzekania sędziego Juszczyszyna, mimo że Sąd Rejonowy w Bydgoszczy przywrócił go do pracy. Kto ma rację w tym sporze?

Oczywiście rację ma sędzia Juszczyszyn, ponieważ ma orzeczenie niezależnego sądu, które przywraca go do orzekania. Po drugiej stronie sporu mamy funkcjonariusza nominowanego przez Zbigniewa Ziobrę na prezesa sądu bez opinii Zgromadzenia Ogólnego Sądu. Dodatkowo funkcjonariusza, który również dostał nominację do KRS i został wybrany do niej niezgodnie z prawem, i to w dwójnasób – raz, gdy zrobił to Sejm, drugi raz, gdy sędzia Nawacki nie miał wystarczającej liczby podpisów. Mamy zatem tu spór nie tyle między dwoma sędziami, co między niezawisłym sędzią a takim, który przymiotu niezależności się zrzekł.

Czyli nie zgadza się pan z sędzią Nawackim, że doszło do sporu kompetencyjnego między ID a sądem w Bydgoszczy?

Sądzę, że żaden przyzwoity prawnik nie jest w stanie się zgodzić z sędzią Nawackim.

Jedna z czytelniczek zwróciła się z pytaniem: jaki mamy ustrój polityczny w Polsce, skoro ugrupowanie (stowarzyszenie, a teraz już partia polityczna), które w danej kadencji nie brało udziału w wyborach, może mieć w sejmie koło poselskie i wpływać na stanowienie prawa? Czy to znaczy, że każdy, kto rzuci kasą i sprawną retoryką, może przejąć władzę polityczną w kraju?

Pamiętajmy, że mandat parlamentarzysty jest wolny. Poseł czy senator jest reprezentantem nie tylko swoich wyborców, ale całego narodu, nie obowiązują go żadne instrukcje i nie może być odwołany ze składu Sejmu czy Senatu. My jako elektorat nie mamy żadnego wpływu na zmianę barw partyjnych po wyborach i na zmianę klubu. Parlamentarzysta powinien kierować się dobrem ogółu w swojej działalności, co wynika zresztą z przyrzeczenia parlamentarnego.

Polska nie jest już państwem praworządnym

Działalność ministrów i polityków, którzy kwestionują orzeczenia niezależnych sądów, to ustrojowe chuligaństwo. Okazują rażące lekceważenie dla porządku prawnego – mówi prof. Mikołaj Małecki z Katedry Prawa Karnego UJ w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co)

JUSTYNA KOĆ: Czy w Polsce rządzi prawo, czy „Prawo i Sprawiedliwość”? Jaka jest kondycja praworządności w Polsce?

MIKOŁAJ MAŁECKI: Niestety Polska nie jest już państwem praworządnym. Rządzący mentalnie tkwią poza Unią Europejską, znajdują się w autorytaryzmie i do niego dążą. Unia Europejska to wspólnota wartości: solidarności, praworządności, niedyskryminacji, trójpodziału władzy. Wszystkie te wartości są systematycznie niszczone przez władzę polityczną w Polsce. A czas epidemii pokazał, jak nieudolna jest to władza, gdy trzeba podejmować decyzje ważne dla bezpieczeństwa Polaków.

Politycy PiS, ministrowie, łącznie z ministrem sprawiedliwości, decydują o tym, jakie wyroki uznają, a jakie nie. Jakie to rodzi konsekwencje? Czy ja jako zwykły obywatel też mogę nie uznać wyroku albo mandatu?

Jest w Kodeksie karnym coś takiego jak występek o charakterze chuligańskim. Polega on między innymi na tym, że sprawca okazuje rażące lekceważenie dla porządku prawnego. Działalność ministrów i polityków, którzy kwestionują orzeczenia niezależnych sądów, to takie właśnie ustrojowe chuligaństwo. Okazują rażące lekceważenie dla porządku prawnego.

Minister czy polityk jest zobowiązany, by działać na podstawie i w granicach prawa. Jest zobowiązany, by respektować niezależność władzy sądowniczej i z nią współdziałać. Najbardziej smutne jest to, że mówimy o orzeczeniach zmierzających do naprawienia sytuacji w Polsce. Kwestionowanie tych orzeczeń to pogłębianie chaosu.

Jednocześnie część prawników nie uznaje orzeczeń np. Izby dyscyplinarnej SN. Żyjemy w dwóch światach prawnych?

Nie ma żadnego dualizmu prawnego. Jeśli do mojego domu wchodzi złodziej, to nie ma tutaj pola do negocjacji, że mamy jakieś dwa światy prawne: ja uważam, że złodziej robi coś złego, a złodziej uważa, że ma prawo mnie okraść. To absurd. Po prostu z jednej strony jest prawo, a z drugiej jest bezprawie. Po której stronie stoi prawo, to jest jednoznaczne.

Weźmy Izbę Dyscyplinarną, która represjonuje sędziów, np. sędziego Juszczyszyna za to, że chciał po prostu stosować prawo. Mamy orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, mamy orzeczenia Naczelnego Sądu Administracyjnego, mamy uchwałę połączonych Izb Sądu Najwyższego i orzeczenia innych sądów – w ich świetle Izba Dyscyplinarna oczywiście nie jest sądem, nie spełnia warunków sądu opisanych w konstytucji, jej pisma nie mają wiążącej mocy prawnej. Politycy i ministrowie mają po prostu respektować te orzeczenia.

Trybunał Konstytucyjny jako listek figowy władzy i sposób na obchodzenie prawa, konstytucji, orzeczeń TSUE?

Aktualnie nie można już mówić na serio o Trybunale Konstytucyjnym. To nie jest „Trybunał”, jaki opisuje polska konstytucja – nie jest to organ niezależny i bezstronny. Działalność tego organu nie ma też nic wspólnego z „konstytucyjnością”, a więc działaniem zgodnie z prawem i niezawisłym rozstrzyganiu o zgodności aktów prawnych z konstytucją.

Przypominam, że w pracach tak zwanego Trybunału wciąż biorą udział osoby, które nie są sędziami w rozumieniu konstytucyjnym – zostały wybrane na miejsce już wcześniej obsadzone.

A jaka jest ranga tego organu, udowodnili sami politycy, gdy odmawiali publikacji werdyktu o zaostrzeniu prawa aborcyjnego. Okazuje się, że można dowolnie publikować lub nie publikować wyroków, bo ten Trybunał nie ma najmniejszego znaczenia. Liczy się korzyść polityczna jednej formacji i jej mają być podporządkowane działania pozostałych władz.

TK znowu przesunął termin orzeczenia w sprawie RPO, dlaczego?

Nie wiem, dlaczego termin został przesunięty, ale oczywiście po raz kolejny dowodzi to, że tak zwany Trybunał nie zajmuje się rozstrzyganiem problemów prawnych, tylko rozstrzyganiem problemów w sprawowaniu władzy określonej partii. Takie wielokrotne przekładanie terminu rodzi obiektywne podejrzenia, że ma miejsce jakieś wyczekiwanie na dogodny moment, próba dopasowania się do aktualnej sytuacji politycznej.

Marszałek Sejmu ogłosiła z kolei kolejny już wybór RPO. PiS ma nowego kandydata – posła Wróblewskiego. Jak ocenia pan tę kandydaturę?

Nie ma wątpliwości, że tu nie chodzi o wybór Rzecznika Praw Obywatelskich, tylko o wybór Pomocnika Reżimu. Władza polityczna nie chce zgodzić się na niezależnego, bezstronnego rzecznika, bo gdyby tak było, już dawno powinien zostać osiągnięty kompromis i zostałby dokonany wybór osoby cieszącej się społecznym zaufaniem.

Artykuł 210 konstytucji wymaga, by rzecznik był niezawisły i niezależny od innych organów. Musi być więc to osoba, która nie jest uwikłana politycznie. Ma budzić zaufanie, że nie będzie na usługach władzy, lecz spełni funkcję kontrolną i będzie broniła obywateli przede wszystkim przed rządem i instytucjami państwa. Niezdolność rządzących do kompromisu oznacza, że celem jest wybór kogoś wygodnego z punktu widzenia interesów reżimu, a nie obywateli.

Czy widzi pan szanse na kompromis w sprawie wyboru RPO?

Dla dobra wszystkich obywateli taki kompromis powinien zostać wypracowany. Wszystko wskazuje jednak na to, że władza chce przejąć kolejną instytucję, która może być dla niej niewygodna.

Sędziowie dezubekizacji

Trybunał Konstytucyjny pani prezes Przyłębskiej już od dawna wyglądał bardzo mizernie, ale jego dzisiejszy obraz jest wręcz żałosny. Przyczyniła się do tego zwłaszcza haniebna decyzja o całkowitym zakazie aborcji, która obnażyła go jako potulnego wykonawcę biskupich poleceń, dyktowanych mu za pośrednictwem prezesa PiS. Jednak odebranie kobietom resztek wolności i potraktowanie ich jak żywe inkubatory, to tylko jedna sprawa.

Bardziej uważni obserwatorzy poczynań TK widzą również inny doskwierający mu problem. Otóż od ponad trzech lat(!) instytucja ta przeżywa prawdziwą mękę twórczą, gdyż nie jest w stanie wydać jakiegokolwiek orzeczenia o tzw ustawie dezubekizacyjnej. Rozprawy na ten temat były już wielokrotnie zawieszane, przesuwane, przekładane, odwoływane, kończone i znów zaczynane – obraz wręcz koszmarnej niemocy i bezradności. W tej sytuacji naturalnym odruchem jest współczucie i chęć wspomożenia prezes Trybunału, która, bądź co bądź, także jest kobietą. Należy więc podpowiedzieć pani Przyłębskiej, że może już dać sobie spokój i więcej nie zadręczać się problemem dezubekizacji, gdyż wyrok w tej sprawie zapadł dawno temu i obowiązuje od ponad 11 lat.

Po pierwszej, tzw „Tuskowej” ustawie represyjnej z 2008 r. Trybunał Konstytucyjny R P zajmował się tym samym tematem i w dniu 24.02.2010 r wydał orzeczenie. Uznano w nim, używając dosyć mętnych argumentów i bardzo mocno naciągając prawo, że obniżenie świadczeń za lata pracy w PRL było jednak dopuszczalne (mimo, że ustawa sejmu III RP z 1994 r. potwierdzała je i zapewniała). Natomiast całkowicie jednoznacznie i bez niedomówień Trybunał wypowiedział się w kwestii osób pozytywnie zweryfikowanych i kontynuujących pracę w polskich służbach po 1990 r. Oto dwa stosowne cytaty z wyroku:

Str 82, punkt 10.4.2 … Każdy funkcjonariusz organów bezpieczeństwa Polski Ludowej, który został zatrudniony w nowo tworzonych służbach policji bezpieczeństwa, ma w pełni gwarantowane, równe prawa z powołanymi do tych służb po raz pierwszy od połowy 1990 r., w tym równe prawa do korzystania z uprzywilejowanych zasad zaopatrzenia emerytalnego. …

Str 87, punkt 11.4. … Służba w organach suwerennej Polski po roku 1990 także traktowana jest jednakowo, bez względu na to, czy dany funkcjonariusz uprzednio pełnił służbę w organach bezpieczeństwa Polski Ludowej, czy też nie. …

Dzisiejsze zgryzoty pani prezes wynikają prawdopodobnie z faktu, że po prostu nie zna wcześniejszych orzeczeń organu, którym kieruje, ale też nie wymagajmy od niej za wiele. Należy tu jednak zaznaczyć, że nieznajomość prawa nie usprawiedliwia, oraz że decyzje Trybunału Konstytucyjnego nie podlegają apelacjom, a jedynym organem, który może je ewentualnie uchylić jest Trybunał Sprawiedliwości UE. Zgodnie z tymi zasadami we wszystkich procesach osób represjonowanych polskie sądy powinny kierować się powyższym orzeczeniem i rozstrzygać je bez zbędnej zwłoki. Jak można wobec tego zrozumieć, że od prawie 3,5 roku w sądach zalega ponad 25 tys. spraw dotyczących w ogromnej większości funkcjonariuszy, którzy w 1990 r. przeszli pozytywną weryfikację, a ich wina polega wyłącznie na tym, że byli bardzo naiwni, uwierzyli gwarancjom władz III RP i zgodzili się kontynuować pracę w jej służbach.

Wstydliwe dla polskiego sądownictwa wieloletnie przeciąganie procesów dotyczących z reguły ludzi starych, schorowanych i zniedołężniałych jest związane z faktem, że także sędziowie wykazali się naiwnością i bardzo długo wierzyli, że pani prezes Przyłębska wypowie się o ustawie zgodnie z zasadami prawa i w przyzwoitym terminie. Dopiero niedawno większość z nich zorientowała się jaki poziom jurysdykcji prezentuje dzisiejszy Trybunał Konstytucyjny i rozpoczęła samodzielne procedowanie spraw. Dzięki temu zapadło już kilkaset rzetelnych wyroków, zgodnych z Konstytucją RP i prawem międzynarodowym oraz orzeczeniem Sądu Najwyższego, iż karać (odbierać świadczenia) można tylko za indywidualne czyny przestępcze. Wydawałoby się, że taka zwykła przyzwoitość powinna być oczywistą normą w państwie UE, ale niestety nie jest. Dyktatorskie zapędy PiS-u powodują, że w dzisiejszej Polsce wydanie uczciwego wyroku wymaga odwagi cywilnej i wysokiego poczucia sędziowskiej etyki. Nie jest to wcale łatwe, gdy całym wymiarem sprawiedliwości rządzi wyjątkowo amoralna ekipa ministra Ziobry, która zrobi wszystko, aby nie dopuścić do obnażenia przed sądami podłości i niesprawiedliwości ustawy dezubekizacyjnej. Sędziom, którzy w tych okolicznościach zdołali ocalić godność swego zawodu, należą się słowa najwyższego szacunku i uznania.

Nie wszystkim bowiem to się udało. Brutalne naciski ministra i represje wobec niezależnych prawników oraz przywileje i nagrody spotykające wyłącznie uległych sobie „miękiszonów”, sprawiły, że pojawiła się też grupka sędziów, których poziom moralny zbliża się do poziomu ministerialnego. To oni są dzisiaj awansowani na kierownicze stanowiska, jakich nigdy by nie osiągnęli w normalnych warunkach. Teraz więc z całych sił okazują wdzięczność panom z Polskiej Zjednoczonej Prawicy i wydają wyroki zgodnie z ich politycznym zapotrzebowaniem. Niektórzy z nich, z resztkami przyzwoitości, po prostu nadal przedłużają wieloletnie zawieszenia spraw, uzasadniając to żenującym już oczekiwaniem na wyrok pani Przyłębskiej. Są jednak też tacy, którzy nie mają nawet takich zahamowań i orzekają, że III RP słusznie postąpiła oszukując, kłamiąc, nie dotrzymując umów i nie płacąc za służbę oraz poświęcenie zdrowia i życia dla jej dobra. Znany jest przypadek, gdy jedna z takich sędzin jako dowód służenia totalitarnemu państwu uznała fakt, iż represjonowany (do czego sam się przyznał) należał niegdyś do PZPR. Przynależność partyjna jest jedynie wyrazem czyichś poglądów politycznych, i jest wręcz haniebne, że właśnie za poglądy, a nie za przestępcze czyny, są dzisiaj karani niewinni ludzie. Zdarzyły się także negatywne wyroki uzasadniane argumentami, ze ktoś przeszedł szkolenie w zakresie pracy operacyjnej, że pobierał za nią dodatek, albo że był wyróżniany i premiowany, że awansował … – wydaje się wręcz nieprawdopodobne, ale dla PiS-owskich sędziów są to dzisiaj dowody rzekomej zbrodniczej działalności w czasach PRL.

Jednym z najbardziej znanych symboli sądowych zbrodni stalinowskich jest osoba Stefana Michnika, który w latach pięćdziesiątych wydawał wyroki śmierci na członków antykomunistycznego podziemia. On sam przyznał później, że kierował się nie regułami prawa, ale zapotrzebowaniem politycznym rządzącej wówczas partii. Za swe czyny jest nadal, po ponad pół wieku, ścigany przez państwo polskie, które m. in. wydało na niego międzynarodowy nakaz aresztowania. Wydawałoby się, że przykład ten powinien być wystarczającym memento dla całego świata prawniczego, ale jak widać przyziemne korzyści okazują się czasami ważniejsze niż przyzwoitość i nauki historii. Koleżanki i koledzy sędziego Stefana Michnika, którzy dzisiaj wiernie go naśladują i kierują się w orzekaniu dokładnie takimi samymi przesłankami jak on, muszą tylko mieć świadomość, że ich nazwisk także nikt nie zapomni, nawet po upływie kolejnego półwiecza.

IPN – Zasłużony Obrońca Dezubekizacji

W lutym 2021 r. mamy okazję świętować niecodzienną rocznicę, wręcz rzadkość w jakimkolwiek państwie określanym jako praworządne i demokratyczne. Oto mija trzecia rocznica od dnia, gdy Trybunał Konstytucyjny pani Przyłębskiej rozpoczął swą pracę nad konstytucyjnością ustawy powszechnie zwanej „dezubekizacyjną”.

Zważywszy, że jedną z podstawowych zasad prawa jest czynienie sprawiedliwości bez żadnej zwłoki, to oczywiste się staje, że przez minione 36 miesięcy pani prezes z pewnością zmuszała cały swój Trybunał do bardzo intensywnej pracy. W tym czasie musiała wiele razy odkładać terminy poszczególnych posiedzeń, przekładać rozprawy i odwoływać sesje, ale w końcu kilka z nich się odbyło i we wrześniu 2020 r. ogłosiła nawet, że proces wreszcie się zakończył. Pozostało już tylko ogłoszenie wyroku. Okazało się jednak, że pani Przyłębska nie jest w stanie odczytać jakiegokolwiek nawet odrobinę uczciwego orzeczenia (za jakim podobno opowiada się większość sędziów), wobec czego zamierza całą procedurę rozpoznawania ustawy rozpocząć na nowo. Oznacza to, że kilkadziesiąt tysięcy starych, niewinnie skrzywdzonych ludzi będzie musiało czekać na sprawiedliwość co najmniej następne trzy lata. Gdyby jednak pani prezes nadal nie znalazła w TK większości dla kłamstw, to z pewnością ogłosi kolejną trzyletnią rundę. Trzeba ją jednak zrozumieć, bo wcale nie jest proste zmuszenie wszystkich sędziów, by zapomnieli o kilku fundamentalnych regułach, oczywistych w cywilizowanym świecie, mówiących m. in. o nie działaniu prawa wstecz, o nie stosowaniu odpowiedzialności zbiorowej, o powadze rzeczy osądzonych, o zakazie stosowania zemsty politycznej, o wątpliwościach rozstrzyganych na korzyść, o domniemaniu niewinności, itp. To dlatego pani Przyłębska musi sięgać po kruczki proceduralne, w stosowaniu których jest ograniczona w zasadzie jedynie swoim sumieniem. A z tym sumieniem? – no cóż, „koń jaki jest, każdy widzi”.

Dalej więc formalnie obowiązują w Polsce przepisy, które stwierdzają, że państwo miało prawo kłamać, oszukiwać i cynicznie wykorzystywać swoich obywateli. Według nich słuszne było składanie represjonowanym fałszywych obietnic i podpisywanie z nimi umów, że mają służyć nie liczącej się z czasem, a także narażając życie i zdrowie. Dzisiaj PiS-owska władza nie ma najmniejszego zamiaru wywiązywać się z przyjętych zobowiązań. Odmawia nawet, co jest szczególnie bulwersujące, wypłacenia rekompensat, gdy funkcjonariusze tracili życie, stojąc na straży bezpieczeństwa państwa, walcząc z bandytami, ścigając przestępców itp. To, na co ta wielkoduszna władzą się zdobyła, to zasiłki socjalne, na granicy minimum biologicznego. Każdy przedsiębiorca, który tak potraktowałby zatrudnionego przez siebie pracownika, trafiłby do więzienia i płaciłby horrendalne odszkodowania, ale dzisiejsi właściciele Polski głośno szczycą się, że tak sprytnie oszukali i wykorzystali łatwowiernych ludzi. I jeszcze w dodatku nazywają to wymierzaniem sprawiedliwości dziejowej.

To wszystko dzieje się w Unii Europejskiej. która ma na swych sztandarach największymi literami zapisane hasło praworządność i grozi, że będzie karała każde państwo członkowskie, które jej nie przestrzega. Pozostaje pytanie czy instytucje UE nie widzą jak szokująco brutalnie są łamane prawa osób represjonowanych, osób które są także jej obywatelami? Czy Bruksela nie zdaje sobie sprawy, jak cynicznie, całymi latami uniemożliwia się starym, skrzywdzonym ludziom uzyskanie zwykłej sprawiedliwości? A może mają rację różni anty-uniści, że UE to bezduszna, doszczętnie zbiurokratyzowana instytucja, mająca swe piękne hasła jedynie na pokaz, dokładnie tak samo jak Polska Zjednoczona Prawica?

Politycy PiS doskonale wiedzą, jak ohydnych czynów się dopuścili i dlatego usilnie starają się przykrywać je kłamliwymi opowieściami o rzekomych masowych zbrodniach służb PRL oraz równie kłamliwymi argumentami o odbieraniu mitycznych przywilejów. Jest wprost szokujące, iż nikt nie zauważa, że praw emerytalnych i rentowych wszystkim represjonowanym dzisiaj funkcjonariuszom nie nadała żadna komunistyczna dyktatura jakimś tajnym dekretem. Prawa te uchwalił w 1994 r. w pełni demokratycznie wybrany Sejm Rzeczpospolitej Polskiej, państwa wówczas już od pięciu lat całkowicie i bez zastrzeżeń niepodległego i samorządnego. Może więc wystarczy tych kłamliwych bzdur o bezprawnych komunistycznych przywilejach!

Na front zawziętej walki o utrwalenie dezubekizacyjnych kłamstw PiS wysłał nie tylko Trybunał Konstytucyjny i swą „szczujnie” TVP, ale także Instytut Pamięci Narodowej. Wielu ludzi w Polsce, naiwnie wierzących natrętnej antypeerelowskiej propagandzie, oczekiwało, że na żądanie sądów IPN zasypie je materiałami o zbrodniach popełnionych przez tamte służby. Teraz nie ma jak się do tego przyznać, ale wyszedł z tego potężny blamaż. Dzisiaj IPN w pismach do sądów oświadcza, że on jedynie miał formalnie wskazać miejsca zatrudnienia poszczególnych funkcjonariuszy i żadnych materiałów o ich przestępstwach nie ma obowiązku dostarczać. Jest to oczywiste matactwo, gdyż jeżeli IPN ma takie materiały, to musi je przekazać sądom, albo sam powinien wszczynać stosowne śledztwa.

Aby przykryć żałosny brak argumentów na poparcie rozdętej do niebywałych rozmiarów czarnej propagandy o służbach PRL, IPN wysilił się na własny komentarz skierowany do sędziów. Nie bardzo wiadomo w jakim charakterze przedstawia im swą opinię na ten temat (Instytut nie jest stroną procesu), ale jest to stek ogólników na poziomie „młodego agitatora” dla mało zorientowanych słuchaczy. Głównym argumentem jest tam rzekomy całościowy komunistyczny system zniewolenia społeczeństwa funkcjonujący w tamtej Polsce. Autor dokumentu nawet nie wysila się (może nie wie?) aby dostrzec, że na Polskę Ludową składały się co najmniej dwa bardzo mocno różniące się okresy, których cezurą był rok 1956. Rozciąganie opinii, która może być trafna co do czasów „stalinowskich”, na całość PRL, jest zwykłym, ordynarnym fałszem.

Pisałem już o tym w kilku swych felietonach, więc nie chcę się powtarzać, ale warto przytoczyć jeden przykład. Klasycznym kłamstwem nagminnie powtarzanym przez prawicowych polityków, dziennikarzy, publicystów jest stwierdzenie, że „stan wojenny był wojną wypowiedzianą przez komunistów społeczeństwu polskiemu”. Prawdą natomiast jest taka, że stan wojenny był aktem, który popierała zdecydowana większość Polaków. Badania socjologiczne dokonane w połowie lat dziewięćdziesiątych, a więc w czasach III RP(!), wskazały, że jego wprowadzenie nadal uważało za słuszne aż ok. 55 procent naszych obywateli, zaś przeciwne zdanie miało ok. 25 procent! Tych danych teraz nigdzie się nie przytacza, skrywa, lub próbuje fałszywie interpretować, ale już nic tego nie zmieni. To złożoność ówczesnych problemów politycznych, warunki gospodarcze i nasilające się nurty konfrontacyjne doprowadziły do dramatu stanu wojennego, zresztą pewnie nieuniknionego w ówczesnej sytuacji geopolitycznej. Tak czy inaczej, okazuje się, że była to „wojna wypowiedziana społeczeństwu polskiemu”, popierana przez jego zdecydowaną większość.

Przykłady tak uprawianej propagandy można przytaczać wręcz w nieskończoność. Nie chodzi mi o wybielane PRL, bo nie był to dobry system, ale też z pewnością po 1956 r. nie był to system zbrodniczego zniewolenia społeczeństwa, jak odmalowuje to IPN. Można dyskutować o wielu aspektach i złożoności tamtych lat, ale do tego trzeba mieć wiedzę i umieć dostrzegać przeróżne odcienie i kolory, a nie używać jedynie czerni lub bieli i to z zastosowaniem pamiętnej zasady prezesa Kaczyńskiego: „nikt nam nie wmówi, iż białe jest białe, a czarne jest czarne”.

Państwo parszywieje

Prezydent Duda zaproponował proste rozwiązanie dla opornych Ziobrze prokuratorów – przecież mogą pracować gdzie indziej, prywatnie, zostać notariuszami itp.

Kilka lat temu prezydent Komorowski także proponował młodemu człowiekowi zmianę zawodu lub wzięcie kredytu. Może w pałacu prezydenckim mieszka jakiś zły duch, który podpowiada jego lokatorom takie idiotyczne odpowiedzi. Niestety wypowiedź obecnego prezydenta ma głębszy sens. Podpowiada prezydent, że prokuratorów można usunąć jak sami nie zechcą odejść i nawet w odległych miejscach od swoich rodzin będą uparcie trwać na stanowiskach prokuratorskich. To samo może grozić sędziom. To nic, że ich kształcenie kosztowało państwo miliony. Kilka lat temu zlikwidowano wymogi względem służb administracji państwowej. Ostatnio tak zmieniono prawo, że ambasadorem może zostać obywatel bez wykształcenia i znajomości języków, ale swój.

Dlaczego nie ma być podobnie w wymiarze sprawiedliwości? W miejsce wygonionych sędziów czy prokuratorów da się swoich, zaufanych piotrowiczów. Sporządzi im się na kartce papieru, ale by nie było za dużo napisane, zasady postępowania na danym stanowisku, kartkę zafoliuje się, by się nie rwała i nie brudziła. Wtedy wystarczy na dłużej. Tak właśnie sposób sparszywiał Trybunał Konstytucyjny i inne organy wymiaru sprawiedliwości. Po wojnie praktyki szybkich awansów były usprawiedliwione, bo hitlerowcy wymordowali polską inteligencję, a Rosjanie swoje zrobili w Katyniu. Teraz wykształconych kadr w kraju nie brakuje. Jednak wykształceni ludzie są kulą u nogi tej władzy, bo samodzielnie myślą. Dlatego zafoliowana kartka z instrukcją i posłuszny, niekoniecznie myślący wykonawca jest ulubieńcem tej władzy.

Ziobro jest przeciw, ale jednak za

Zbigniew Ziobro zadeklarował pozostanie w rządzie, a jednocześnie zapowiedział, że będzie walczył z ustaleniami szczytu Unii Europejskiej.

Od rana 12 grudnia trwało posiedzenie zarządu partii Solidarnej Polski, który obradował, jak odnieść się do wynegocjowanego przez rząd Polski i Węgier porozumienia z Unia Europejską w sprawie powiązania budżetu z przestrzeganiem praworządności w krajach członkowski. Ziobro poinformował, że został złożony wniosek o wyjście jego ugrupowania z koalicji i że został on odrzucony głosami 12 : 8, co oznacza pozostanie Solidarnej Polski w rządzie, a Zbigniewa Ziobry na stanowisku ministra sprawiedliwości i prokuratura generalnego. Jednocześnie Ziobro nie pozostawił suchej nitki na porozumieniu. Używał sformułowań, które do tej pory były przez niego i jego akolitów używane – suwerenność, narzucanie rozwiązania, utrata niezależności, są sprawy bezcenne ważniejsze niż których nie da się mierzyć ilością pieniędzy itd. Podkreślił, że Solidarna Polska uznaje porozumienie za błąd.

Otwarcie zapowiedział również, że jako minister sprawiedliwości będzie walczył o jego uchylenie poprzez zwrócenie się zarówno do Trybunału Konstytucyjnego, jak i trybunału w Luksemburgu, by ciała te sprawdziły, czy porozumienie to nie jest sprzeczne z europejskimi traktatami i czy jest zgodne z polska konstytucją. Partia Ziobry, zgodnie z jego zapowiedzią, będzie głosować przeciwko ustaleniom szczytu. Ziobro przedstawił apokaliptyczny scenariusz: jak przekonywał, ustalenia szczytu oznaczają, że Bruksela jest w stanie narzucać swe rozwiązania polskiej władzy na każdym poziomie: samorządowym, ministerialnym, rządowym i prezydenckim, a w ostateczności może obalić nieposłuszny Unii rząd. Twierdził, że jest to krok w kierunku europejskiego państwa federacyjnego kosztem państw narodowych.

Mimo tej miażdżącej krytyki, SP pozostanie w rządzie. Ziobro objaśniał to tym, że wyjście jego ugrupowania z rządu oznacza wcześniejsze wybory parlamentarne, a więc ryzyko utraty władzy i niemożności dokończenia założonych celów politycznych.

Sprzeciw wobec represjonowania KPP

Stanowisko w sprawie dalszego ograniczania polskiej demokracji

Z niedowierzaniem przyjęliśmy wiadomość, że minister sprawiedliwości – prokurator generalny zamierza wystąpić do Trybunału Konstytucyjnego o delegalizację działającej w naszym kraju Komunistycznej Partii Polski. Sprawa ta ma wymiar zarówno krajowy, jak i międzynarodowy. Uderza po raz kolejny, w podstawy opartej o Konstytucję, demokracji.

Polacy mają prawo zrzeszania się w dozwolonych prawem organizacjach i partiach politycznych, które zachowują zgodność intencji programowych i działania z zasadami Konstytucji. Komunistyczna Partia Polski działa w naszym kraju legalnie. Mimo czynionych w ostatnich latach kilkakrotnych prób ograniczenia jej statusu, niezawisłe sądy oddalały skargi i wnioski o delegalizację, kierowane przez skrajne, prawicowe środowiska.

Analizując status programowy KPP w Polsce zachodzi pytanie, czy jest ona kontynuatorką tradycji komunizmu typu stalinowskiego, czy też idealistycznej wersji komunizmu naukowego opartego o zasady sprawiedliwości społecznej, które wyznawała przed II wojną światową działająca w Polsce KPP. Nie ulega wątpliwości, że program i praktyka działającej obecnie KPP sytuuje ją jako kontynuatorkę polskiej tradycji lewicowej, która została potępiona przez Stalina w latach 30. XX wieku, a jej członków dotknęły brutalne represje. Do tego kręgu zaliczane są partie komunistyczne działające w krajach Unii Europejskiej, mające również swoich przedstawicieli w Parlamencie Europejskim.

Porozumienie Socjalistów zdecydowanie protestuje przeciw praktykom dyskryminacji politycznej w Polsce. Kreowanie przez różne siły polityczne swoich wizji rozwoju, w tym również alternatywnych rozwiązań ustrojowych, nie może być powodem do represji politycznych, jeśli nie narusza zasad zawartych w Konstytucji.

Dla wielu ugrupowań prawicowych w Polsce antykomunizm jest jednym z narzędzi walki politycznej. Ne tej fali wypacza się historię, szczególnie wiele ewidentnych sukcesów Polski Ludowej. Trwa sojusz prawicy i środowisk klerykalnych w narzucanie sprzecznego z logiką naukową i postępem cywilizacyjnym modelu wychowawczego. Straszenie społeczeństwa komunizmem stało się normą działania prawicowej władzy.

W historii polskich ugrupowań lewicowych były różnice zdań pomiędzy środowiskami socjalistycznymi a komunistami. Dotyczy to szczególnie okresu przed II wojną światową. Dziś też różnimy się ideowo i politycznie. Jednak dziś, w dobie zagrożenia podstawowych wartości demokratycznych, cała lewica musi być razem.

Warszawa 9 grudnia 2020 roku

Trybunał prezesa Jarosława Kaczyńskiego

Szef KRRiT ośmieszył się, wzywając by nazwiska Julii Przyłębskiej nie łączono z Trybunałem Konstytucyjnym. Mimowolnie, w ten sposob przypomniał jednak, kto w istocie stoi za wyrokami obecnego TK.
Przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Witold Kołodziejski wezwał, by media (chodzi mu zwłaszcza o TVN) przestały używać sformułowania „Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej”. Pan przewodniczący wprawdzie nie raczy zauważyć szczucia i nachalnej jednostronnej propagandy uprawianej w PiS-owskiej telewizji „publicznej”, ale jego uczucia rani tak bolesny problem, jak dodawanie do TK nazwiska pani Przyłębskiej przez niektóre media.
Wzruszająca jest ta troska pana przewodniczącego o stosowanie właściwego nazewnictwa instytucji, która według niego jest po prostu Trybunałem Konstytucyjnym. Można też oczywiście zrozumieć, że łączenie nazwiska pani Przyłębskiej z nazwą „Trybunał Konstytucyjny” uznaje on za uwłaczające dla samego Trybunału. To jednak odważna ocena, panie przewodniczący!.
Rzowijając swą myśl, pan przewodniczący Kołodziejski oświadczył, iż używanie terminologii „Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej” jest niewłaściwe, gdyż „tego rodzaju, niezgodne z prawdą informacje, wprowadzają odbiorców w błąd i utrwalają nie tylko nieprawdziwe przekonanie o indywidualnej, spersonifikowanej decyzji prezes Trybunału Julii Przyłębskiej, lecz przede wszystkim krytykę wyroku Trybunału Konstytucyjnego, dokonywaną przez część społeczeństwa kierując ją, w sposób zindywidualizowany, do konkretnej osoby uczestniczącej w podejmowaniu rozstrzygnięcia”.
Przekładając te słowa na ludzki język, wydaje się, iż panu przewodniczącemu Kołodziejskiemu chodzi o to, że „część społeczeństwa” może uważać, że to pani Przyłębska jest w jakiś sposób odpowiedzialna za orzeczenia wydawane przez Trybunał Konstytucyjny – a przecież, jego zdaniem, na pewno tak nie jest. Co więcej, pan przewodniczący Kołodziejski stwierdził, iż uznawanie odpowiedzialności pani Przyłębskiej za orzeczenia TK „może stanowić element nękania, zastraszenia, a nawet mowy nienawiści”. Tu również wypada się zgodzić z panem przewodniczącym Kołodziejskim: w istocie, orzeczenia obecnego Trybunału Konstytucyjnego mogą skłaniać do nękania i zastraszania oraz dobrze służą wywoływaniu uczuć nienawiści.
Pan przewodniczący Kołodziejski uważa, że poprzez używanie terminologii „”Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej”, odbiorcy otrzymują „nieprawdziwe informacje” dotyczące konstytucyjnego organu państwa jakim jest TK.
A przecież rozdział VIII Konstytucji RP wskazuje, że Trybunał Konstytucyjny jest władzą odrębną i niezależną od innych władz, zaś wszyscy sędziowie Trybunału Konstytucyjnego w sprawowaniu swojego urzędu są niezawiśli i podlegają tylko Konstytucji – mówi, całkiem serio, pan przewodniczący Kołodziejski. I dodaje, że nagminne używanie nazwiska, kieruje uwagę odbiorców na osobę prezes Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej, dając tym samym nieprawdziwe wskazanie, iż to nie konstytucyjny organ rozpatrywał sprawę i wydawał orzeczenie.
Szef KRRiT wezwał zatem zaprzestania używania określenia „Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej”. Na jego wezwanie odpowiedział Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar, który poradził przewodniczącemu Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, żeby wycofał się z tego wezwania. Bodnar podkreślił też, że „z niedowierzaniem” przyjął informację o wezwaniu ze strony przewodniczącego Kołodziejskiego.
Rzecznik Praw Obywatelskich przypomniał przewodniczącemu KRRiT, że zgodnie z art. 213 ust. 1 Konstytucji RP Krajowa Rada stoi m.in. na straży wolności słowa, zaś według ustawy o radiofonii i telewizji, KRRiT stoi na straży wolności słowa w radiu i telewizji, samodzielności dostawców usług medialnych i interesów odbiorców oraz zapewnia otwarty i pluralistyczny charakter radiofonii i telewizji.
– Przypomnienie to jest konieczne, ponieważ komunikat Rady zaprzecza podstawowym zadaniom, które powinna pełnić. Problem jest istotny z uwagi na naruszenie podstawowych wartości ustroju RP, tj. art. 14 Konstytucji, który zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu, oraz art. 54 Konstytucji, gwarantującego każdemu wolność wypowiedzi oraz rozpowszechniania informacji – oświadczył rzecznik Adam Bodnar.
Według RPO, nazwa Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej „niezależnie od pejoratywnych konotacji i ewentualnego krytycznego ładunku” (dodajmy – czego RPO delikatnie już nie powiedział – że całkowicie uzasadnionych), nie tylko mieści się w pełni w granicach swobody informacyjnej środków masowego przekazu, ale również jest stwierdzeniem zgodnym z prawdą.
Sędzia TK Julia Przyłębska uważa się przecież za Prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Poza tym, w sprawie ustawy aborcyjnej (a w tym kontekście media najczęściej używały ostatnio kwestionowanego określenia) była przewodniczącą składu, który wydał rozstrzygnięcie o niekonstytucyjności jednej z trzech przesłanek dopuszczających aborcję – zauważył RPO. Z tego też względu odżegnywanie się od imienia i nazwiska pani Julii Przyłębskiej byłoby niezgodne z faktami. Co więcej, mogłoby zostać odebrane jako niezgodna z faktami próba publicznego pozbawienia wpływu sędzi na treść wydanego rozstrzygnięcia – ocenił Adam Bodnar.
Zdaniem Rzecznika Praw Obywatelskich, w tej sytuacji wezwanie skierowane przez przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji „nie tylko narusza podstawowe zadania tego organu, lecz może stanowić próbę wywołania tzw. efektu mrożącego, to jest niedopuszczalnego wpływania na sposób formułowania przekazu przez media”. – A to co jest sprzeczne nie tylko z Konstytucją, lecz również z art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka – zaznaczył RPO.
Adama Bodnar dodał także, że wezwanie ze strony przewodniczącego Witolda Kołodziejskiego „może też być odczytywane jako aspiracja do dokonywania prewencyjnej kontroli środków społecznego przekazu, czego wyraźnie zabrania art. 54 ust. 2 Konstytucji”. Ten przepis stanowi, że „cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane”, przy czym „ustawa może wprowadzić obowiązek uprzedniego uzyskania koncesji na prowadzenie stacji radiowej lub telewizyjnej”.
Bodnar przypomniał też, że nikomu jakoś nie przeszkadza używanie sformułowań „rząd Mateusza Morawieckiego” – co jest powszechnie stosowanym stwierdzeniem, całkowicie zgodnym z prawdą i w żadnym stopniu nie umniejszającym roli i funkcji konstytucyjnych organów państwa”.
Jak widać, między przewodniczącym KRRiT Witoldem Kołodziejskim, a RPO Adamem Bodnarem istnieje różnica zdań nie do pogodzenia. W tej sytuacji wydaje się, że najlepiej używać określenia: „Trybunał Konstytucyjny Jarosława Kaczyńskiego”. Ma ono tę zaletę, że jest chyba najbardziej zbliżone do coraz bardziej otaczającej nas rzeczywistości.

Kato-Polakom ku pamięci

Cała narodowo – prawicowo – katolicka Polska święci wielki triumf. Organ zwany Trybunałem Konstytucyjnym, własnoręcznie sklecony przez Prezesa PiS, w dniu 22.10.2020 oficjalnie wyrzucił na śmietnik zgniły kompromis aborcyjny, jaki obowiązywał w Polsce przez ponad ćwierć wieku.

W radosnej euforii działacze PIS, Konfederacji, ONR, Ordo Iuris, i szeregu innych organizacji „pro life” ogłosili, że jest to chwila historyczna. Otóż w dniu tym staliśmy się wzorcowym krajem katolickim i uczyniliśmy milowy krok na drodze budowy wielkiej, bogatej i dumnej Polski. Sprawa jest przesądzona, albowiem biskupi nadzwyczaj ochoczo przyjęli złożony akt wiernopoddańczy, podziękowali i obiecali szczególną opiekę nad naszą ojczyzną.

Podobno historia jest nauczycielką życia, więc zwrot „szczególna opieka hierarchii katolickiej” powinien wzbudzać wyłącznie ciarki, ale do tego potrzebna jest chociaż minimalna znajomość historii. Wszystko niestety wskazuje, że polska prawica nawet z dziejów własnego narodu zna jedynie trzy strony (Chrzest Polski, Grunwald, oraz żołnierzy wyklętych). Proponuję więc, by poznała jeszcze kilka akapitów.

Najpotężniejsze mocarstwo starożytności, wielkie Cesarstwo Rzymskie, w początkach IV wieku zezwoliło na legalne funkcjonowanie chrześcijaństwa. W krótkim czasie biskupi wytępili wszelkie inne religie, a następnie podporządkowali sobie każdą dziedzinę życia imperium, łącznie z polityką. W efekcie po półtora wieku Cesarstwo zniknęło z dziejowej sceny, ale za to kościół wzmocnił się wprost nadzwyczajnie.

W XVI wieku Hiszpania była najpotężniejszym krajem europejskim. Pierwsza odkryła, podbiła i zagarnęła Amerykę oraz inne kolonie, więc statki wypakowane tonami złota, srebrem, korzeniami, niewolnikami, wpływały przede wszystkim do jej portów. Tyle, że królowie Hiszpanii sami się nazwali „katolickimi”, a władzę nad krajem oddali w ręce bezwzględnej i sadystycznej inkwizycji. Po dwóch wiekach Hiszpania była już tylko zubożałym państewkiem drugiej kategorii, ale za to w Watykanie nawet kandelabry zaczęto odlewać ze szczerego złota. Co ciekawe inny kraj, Anglia, właśnie w XVI wieku zerwał całkowicie z katolicyzmem i wkrótce zbudował, trwające aż do XX wieku, największe imperium na świecie.

Polska w XVI wieku była najpotężniejszym mocarstwem Europy środkowo – wschodniej. Pod rządami ostatnich Jagiellonów słynęła z tolerancji, a większość jej senatu stanowili protestanci. Jednak wkrótce królem został prawdziwy katolik i absolutny dewot Zygmunt III Waza. Dzięki niemu w początkach XVII wieku skończyła się tolerancja, a wszelkie sprawy państwowe oddano w gestię katolickiego kleru, jezuitów, dominikanów, etc. Po niecałych dwóch wiekach bezbronna, wyeksploatowana i zacofana Polska zniknęła z mapy Europy. Warto dodać, że czasie Powstania Kościuszkowskiego, ostatniego zrywu dla ratowania kraju, lud Warszawy zdołał ukarać kilku sprzedawczyków i zdrajców szczególnie zasłużonych dla upadku ojczyzny – wśród innych wybitnie szubrawych łotrów powieszono także biskupa Józefa Kossakowskiego oraz biskupa Ignacego Massalskiego. Na ocalenie Polski było jednak już za późno.

Przykładów „szczególnej opieki kościoła katolickiego” można podać znacznie więcej, ale wystarczy zauważyć, że wśród dzisiejszych mocarstw światowych nie ma ani jednego, które pozwoliłoby Watykanowi lub jego urzędnikom na jakikolwiek wpływ na swą politykę – n. p. członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ to: protestanckie USA i Wielka Brytania, prawosławna Rosja, komunistyczne Chiny oraz Francja, która pilnuje swej świeckości jak źrenicy oka. Natomiast państwa w których ewidentny jest wpływ kościoła katolickiego na ich rządy to m. in. Filipiny, Angola, Gabon, Kongo, Kolumbia i Meksyk. Teraz do tego klubu zapisała się także Polska.

Szansa, że polska prawica zdoła przyswoić sobie powyższe lekcje nie jest duża, ale cuda się zdarzają.

Natomiast warto powiedzieć kilka słów także o meritum sprawy, czyli o zagadnieniu aborcji. Urzędnicy kościelni nazwali go walką o życie nienarodzonego dziecka, którym to hasłem z miejsca zamykają usta wszystkim zwolennikom praw kobiet i dopuszczalności przerywania ciąży. Problem jest w tym, że nazwanie zarodka, czy też embrionu, dzieckiem, jest niezwykle skutecznym (biedne, niewinne, bezbronne dzieciątko – czy może być coś bardziej rozczulającego?), ale tylko propagandowym kłamstwem. Równie dobrze można żołędzie nazywać młodymi dębami albo kurze jajka sprzedawać jako młode kurczaki. Oczywiście takie argumenty z miejsca będą odrzucone, bowiem zgodnie z przekonaniami kościoła ludzie są wyjątkowymi stworzeniami boskimi, gdyż zostali wyposażeni w duszę (nie ma pewności, czy mają ją działacze lewicowi i LGBT, ale to inny problem), Wszystko więc sprowadza się do pytania, w którym momencie biologiczny organizm otrzymuje tę duszę do swej dyspozycji i staje się człowiekiem. Pomińmy szczegóły sporów toczących się na ten temat od starożytności i przypomnijmy tylko, że nieomylny w takich sprawach Watykan w drugiej połowie XIX wieku oznajmił, iż dusza pojawia się w embrionie w 5 miesiącu ciąży. To by mogło zamknąć temat, ale od tego czasu nauka poczyniła znaczne postępy, więc Pan Bóg także się zreflektował. Zgodnie z nową doktryną duszę ludzka otrzymują dwie komórki (jajowa i plemnik) natychmiast po połączeniu się.

Właśnie tak powstała zygota jest przez kler, narodową prawicę, a także przez prezes TK panią Przyłębską nazywana nienarodzonym dzieckiem. Natomiast kobiety, które własną krwią karmią i hołubią te komórki, są traktowane przez nich wyłącznie jako inkubatory. Takich drugorzędnych istot nikt nie zamierzał pytać o zdanie, toteż ogromne zdziwienie wywołał fakt, że inkubatory zbuntowały się, masowo wyszły na ulice i klną jak szewcy. Może się więc zdarzyć, że rządzący będą musieli pospiesznie wyciągać ze śmietnika zgniły kompromis aborcyjny, aby wkrótce nie znaleźć się obok niego.