Niepokojący urok smartfonów

Z jednej strony, nauczyciele w Polsce widzą wartość technologii cyfrowych, ale potrzebują praktycznej wiedzy, by pokazać uczniom ich użycie. Z drugiej strony, jak wskazuje Instytut Badań Edukacyjnych, uczniowie przyzwyczajeni do smartfona pod ręką, reagują agresją na próby odebrania urządzenia lecz służy im ono głównie do celów rozrywkowych.
W ciągu ostatnich kilkunastu lat smartfony weszły do codziennego życia, na stałe zmieniając pejzaż społeczny. Szacuje się, że smartfon posiada ponad trzy czwarte Polek i Polaków powyżej 15. roku życia, przy czym wśród osób poniżej 44. roku życia odsetek ten rośnie do ponad 90 proc.
Gruntowna ewolucja smartfona trwa już od dekady. Stał się on powszechnym urządzeniem, bez którego trudno wyobrazić sobie codzienne funkcjonowanie. Już dawno przestał pełnić funkcję jedynie komunikacyjną. Ma różnorodne zastosowania zarówno w sferze zawodowej jak i prywatnej, w edukacji czy rozrywce.
Ten trend dotyczy także dzieci i młodzieży. Smartfony stały się podstawowym elementem wyposażenia uczniów i uczennic, co wiąże się z szeregiem wyzwań, szans i ryzyk. Jednocześnie jednak społeczności szkolne powoli adaptują się do tej zmiany. Uczniowie nisko oceniają swoje kompetencje cyfrowe, a smartfon służy im głównie do celów rozrywkowych.
Smartfon obecny jest niemal w każdym obszarze naszego życia, ale raczej z wyjątkiem szkoły. Większość dzieci i młodzieży w wieku 9-17 lat codziennie korzysta ze swojego smartfona, ale trudno im raczej przypomnieć sobie jakieś ciekawe lekcje, prowadzone z użyciem tego urządzenia. W związku z pandemią w poprzednim roku szkolnym wprowadzono lekcje zdalne, przy których smartfony były przydatne – ale też trudno mówić, by takie lekcje były interesujące.
Szkoły mają obowiązek ustalenia warunków korzystania z telefonów komórkowych, zapisując je w statucie . W praktyce jednak połowie badanych uczniów zasady te nie są znane. Brakuje też klarownych wytycznych co do stanowiska poszczególnych szkół wobec uczniowskich smartfonów.
Jaką rolę smartfony odgrywają w edukacji? Czy można w efektywny sposób wykorzystywać je na lekcjach? Jak wprowadzić i egzekwować jasne zasady korzystania z nich w szkołach? Jakiego wsparcia mogłyby potrzebować placówki edukacyjne? Odpowiedzi m.in. na te pytania poszukują uczestnicy projektu Instytutu Badań Edukacyjnych zatytułowanego “Smartfony w szkole. Ustalamy reguły gry” .
Jak wskazuje IBE, edukacja szkolna z wielu względów wciąż jest ,,odporna” na nowe technologie, a jeśli te już się pojawiają, to stanowią jedynie dodatek w procesie uczenia się, niżeli główną oś, wokół której ten proces się odbywa. Szkoła nie stwarza dzieciom okazji do korzystania ze smartfona w celach poznawczych – jako narzędzia dostępu do zasobów edukacyjnych, źródła wiedzy, narzędzia do porównywania wiadomości, krytycznego namysłu nad nimi, uczenia się języków obcych, współpracy z uczniami i nauczycielem.
Średni wiek rozpoczęcia systematycznego korzystania z internetu wynosi w Polsce 9 lat i 7 miesięcy, ale rozpoczęcie nieregularnego korzystania z internetu w smartfonach rozpoczyna się zazwyczaj już między 4 a 5 rokiem życia. W przypadku dzieci w wieku od 6 miesięcy do 6,5 lat: 79 proc. czasem ogląda filmy, a 62 proc. czasem gra na smartfonach lub tabletach.
Fakt, że do szkół trafiają osoby, które mają już częściowo wyrobione nawyki korzystania ze smartfonów, jest dodatkowym wyzwaniem, z którym mierzą się nauczyciele. 82 proc. dzieci w wieku 9–17 lat codziennie korzysta ze smartfona, łącząc się z internetem. Internetu mobilnego nastolatki używają pierwszy raz średnio już 30 minut po obudzeniu. 44 proc. nastolatków czuje się niekomfortowo, gdy nie ma stałego dostępu do informacji za pomocą sieci mobilnej.
Badani najbardziej dotkliwie odczuwali brak możliwości sprawdzania, co dzieje się w ich społecznym świecie, brak możliwości skontaktowania się bliskimi, rodziną, przyjaciółmi. Odpowiedzi na pytanie o kontekst korzystania ze smartfona pokazują, że respondenci najczęściej korzystają z niego, gdy się nudzą (86,1 proc.), są sami (72,0 proc.), czekają na kogoś lub coś (70,3 proc.) lub korzystają z komunikacji publicznej (52,6 proc.).
Uczniowie i uczennice rzadko korzystają za to ze smartfonów na lekcjach, ponieważ te urządzenia nie przyjęły się jeszcze jako narzędzia służące nauce. W połowie szkół technologii cyfrowych w ogóle nie stosuje się jako pomocy dydaktycznej, a w drugiej połowie zazwyczaj obsługiwane są przez nauczyciela, a nie przez uczniów – najczęściej służą do wyświetlania prezentacji multimedialnych.
Obecnie smartfony na lekcjach mają przede wszystkim zastosowanie techniczne – jako kalkulator, tłumacz oraz notatnik (zdjęcie tablicy zamiast zapisywania) oraz pojedyncze zastosowania merytoryczne (np. na niemieckim czy angielskim).
W przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii, Francji, Australii czy niektórych stanów USA, w Polsce zasady korzystania ze smartfonów w szkołach nie są odgórnie uregulowane, tylko pozostają w gestii każdej placówki. Prawo oświatowe nakłada na szkołę obowiązek ustalenia reguł dotyczących korzystania z telefonów komórkowych i innych urządzeń elektronicznych na terenie szkoły. Na tej podstawie 60 proc. szkół w Polsce zdecydowało się na całkowity zakaz korzystania z telefonów komórkowych przez uczniów.
Jak jednak pokazują obserwacje Instytutu Badań Edukacyjnych, uczniowie w naszym kraju, przyzwyczajeni do smartfona pod ręką, reagują agresją na próby odebrania urządzenia. Brak konsekwencji ze strony nauczycielek i nauczycieli w stosowaniu zakazów to jedna z przyczyn, dla których uczniowie często uważają wdrożenie takich zakazów za fikcję.
Nie ulega wątpliwości, że regularne korzystanie ze smartfona może nieść ze sobą konsekwencje zdrowotne: co piąty nastolatek deklarował, że odczuwa bóle w nadgarstku; ponad co trzeci cierpi na bóle głowy i pogorszenie wzroku; co trzeci też odczuwa zmęczenie spowodowane używaniem smartfona. Należy pamiętać, że nie sama technologia jest problemem, ale powszechne przyzwolenie na zbyt intensywne korzystanie z niej i fakt, że maksymalizowanie intensywności użytkowania urządzeń lub aplikacji jest jednym z głównych priorytetów, którymi kierują się ich projektanci i producenci.
Tymczasem, wraz z bardzo intensywnym korzystaniem ze smartfonów pojawia się obniżona sprawność funkcji poznawczych, czyli takich jak zdolność koncentracji, planowania, przeskakiwania między zadaniami. Obniża się także poziom empatii. Badania sugerują, że negatywnie wpływa to na sprawność w wykonywaniu zadań zarówno na samym smartfonie, spowalniając je o 400 proc. jak i poza nim, szczególnie w przypadku zadań wymagających skupienia.
Wiele badań wskazuje na negatywne skutki zbyt częstego spędzania czasu w mediach społecznościowych, zwłaszcza w przypadku dziewcząt. Tymczasem współczesne media społecznościowe i internet w ogóle stają się areną manipulacji i walki światopoglądowej. Szczególnie ważne jest zatem prowadzenie stosownej edukacji medialnej, której celem jest nauczenie krytycznego myślenia oraz biegłości w korzystaniu z bogactwa informacji, zróżnicowanych ze względu na formę i treść – uważa IBE.
Generalnie, smartfon w szkole nie wydaje się taki groźny, jak go malują (na przykład we Francji). Uczniowie lubią lekcje, na których kreatywnie korzysta się ze smartfonów, i znają podstawowe zagrożenia związane z technologiami mobilnymi. Wbrew ogólnemu wyobrażeniu akceptują szkolne obostrzenia związane z ich używaniem, choć mają problem z ich konsekwentnym przestrzeganiem.
Uczniowie zdają także sobie sprawę z zagrożeń, które niosą ze sobą technologie mobilne – szczególnie z możliwości uzależnienia. Widzą, że niegdysiejszy entuzjazm zaczyna ustępować rozsądnej ostrożności. Dostrzegają również, że zagrożenia nie dotyczą każdego w tym samym stopniu. Duża część rozmówców i rozmówczyń deklarowała, że korzysta z telefonu zbyt dużo, ale nie czuje się uzależniona. Umiała za to wskazać osoby ze swojego otoczenia, które podejrzewa o uzależnienie. Młodzież wskazuje, że nawet rozrywkowe korzystanie ze smartfona może być ważnym źródłem zarówno nowej wiedzy, jak i nowych umiejętności
Z kolei nauczyciele, wprawdzie dostrzegają wartość nowych technologii, ale potrzebują wsparcia i praktycznej wiedzy, by pokazać uczniom ich użycie. Obraz wyzwań stojących przed szkołą w związku ze zmianami technologicznymi wykracza poza smartfony i reguły ich używania w szkole. Nie pomogą tu najlepiej nawet skonstruowane regulaminu używania smartfonów w szkole.
Warto zauważyć, że w Polsce stale rosną oczekiwania rodziców względem dostępności nauczycielek i nauczycieli rosną – normą stają się już m.in. wieczorne telefony od rodziców lub intensywna komunikacja na Librusie. W efekcie w pracy nauczycieli zatarciu ulega granica między czasem pracy i czasem wolnym, komunikacja z wykorzystaniem coraz liczniejszych kanałów staje się proporcjonalnie bardziej złożonym wyzwaniem i potencjalnie dezorganizuje pracę. Nauczycielki i nauczyciele tracą przy tym część narzędzi kontroli i budowania autorytetu, jakie posiadali wcześniej
Społeczność nauczycielska podkreśla, że kwestia smartfonów spleciona jest z wieloma innymi czynnikami, m.in. z pozycją czy autorytetem nauczyciela w społeczności szkolnej oraz z integracją tej społeczności. Co ważne, nauczycielki i nauczyciele wierzą w swoje możliwości w poradzeniu sobie z kłopotliwą obecnością smartfonów w szkole, o ile zostanie im zapewniona odpowiednia autonomia i wynikający z niej autorytet. – Nauczyciele wskazywali technologie mobilne jako wsparcie w codziennej pracy. Takie rozwiązania jak platforma do komunikacji między nauczycielami, system obiegu szkolnych dokumentów czy udział uczniów w tworzeniu wizerunku szkoły w sieci to przykłady najbardziej pożądanych rozwiązań – mówi dr Agnieszka Koterwas, ekspertka z Instytutu Badań Edukacyjnych.
Smartfony w pewnym zakresie są problemem szkolnego życia, ale nie jest to największa bolączka polskiej szkoły. Realne i trwałe zminimalizowanie tego problemu wymaga rozwiązań nakierowanych na źródła nieumiejętności szkoły w integrowaniu społeczności wokół niej skupionej (uczniów, nauczycieli, rodziców). A także zapewniających wsparcie nauczycielom w korzystaniu z nowych technologii.

Gdy brak kontaktu

Trzeba skutecznie dotrzeć do tych, którzy wypadli z systemu.
Wystartowała ogólnopolska akcja #sprawdzobecnosc. Jej celem jest dotarcie do młodzieży, z którą od dawna nie ma kontaktu, lub przestała być aktywna na swoich profilach społecznościowych. Akcja #sprawdzobecnosc jest odpowiedzią na problem postępującej izolacji wśród młodych, którzy od marca uczestniczą w zdalnym systemie nauczania.
Szacuje się, że kilkanaście tysięcy uczniów mogło wypaść z systemu zdalnego nauczania. Czasem powodem jest brak sprzętu, ale czasem trudne sytuacje rodzinne, samotność, depresja.

-Chcemy, aby akcja #sprawdzobecnosc skłaniała do refleksji i zainteresowania się osobami z naszego otocznia, z którymi od dawna nie mieliśmy żadnego kontaktu – mówi Emilia Gromadowska, prezes fundacji EFC organizującej tę akcję.

sprawdzobecnosc to akcja, w której udział może wziąć każdy. Jest ona adresowana przede wszystkim do młodzieży. Organizatorzy instruują: należy przejrzeć swoją listę znajomych oraz zadzwonić, napisać lub nagrać wiadomość i przesłać ją do osoby, której od dawna się nie widziało – czyli nawiązać kontakt. W tym celu potrzebne są trzy kroki, które powinien wykonać młody człowiek pragnący nawiązać kontakt w ramach tej akcji:

  1. Rozejrzyj się. Pomyśl, z kim ze swojej klasy, grupy przyjaciół, znajomych na TikToku, Facebooku czy Instagramie od dawna nie miałeś kontaktu.
  2. Sprawdź obecność. Jeżeli zauważysz czyjąś nieobecność – po prostu zadzwoń, napisz, zainteresuj się. Bądź uważny! Za tą nieobecnością może się kryć zwykła potrzeba oderwania się na chwilę od rutyny i codziennych zajęć. Być może jednak ktoś czuje się samotny. Może się też zdarzyć, że potrzebuje Twojego wsparcia.
  3. Udostępnij akcję. Przekaż informację o akcji dalej – wykorzystaj do tego media społecznościowe, w których jesteś. Udostępnij symbol akcji, dodaj #sprawdzobecnosc i link oraz wyznacz kolejną osobę do tego zadania. -W czasie pandemii dostaliśmy dziesiątki sygnałów alarmujących o braku kontaktu z uczniami. Akcja #sprawdzobecnosc to odpowiedź na ten dopiero niedawno zauważony problem – dodaje psycholog Anna Mazek, koordynatorka akcji.
    Problemem w zdalnym nauczaniu są naturalnie zaniedbania w informatyzacji kraju – i Polaków. To właśnie ze względu na brak sprzętu, wielu uczniów mieszkających z dala od większych ośrodków miejskich nie może uczestniczyć w lekcjach, a nauczyciele prowadzić zajęć on-line.
    Dzisiaj wiadomo jednak, że sam sprzęt nie rozwiązuje problemu izolacji uczniów, tych którzy od początku kwarantanny nie uczestniczą w e-lekcjach. Z danych Związku Nauczycielstwa Polskiego wynika, że co trzeci uczeń w Polsce zgłasza utrudnienia związane z nauką zdalną.
    W samej Warszawie ok. 600. uczniów w ogóle nie pojawiło się na zajęciach. W całej Polsce takich uczniów z pewnością są tysiące. Ale brak komputera czy dostępu do szybkiego internetu to tylko jedna strona problemu.
    W niektórych domach panuje trudna sytuacja rodzinna. Dzisiaj, w czasie epidemii, trudno jest się zorientować, czy ktoś potrzebuje pomocy, a nauczyciele alarmują, że nie wiadomo, co się dzieje z częścią uczniów. Odpowiedzią może być właśnie taka akcja jak #sprawdzobecnosc, która daje szansę na kontakt z młodzieżą w ich naturalnym środowisku – mediach społecznościowych.

Zabawa, prawa i pieniądze

Zdarza się, że uczniowie zmuszani są do zapłacenia obowiązkowej opłaty „na studniówkę”, mimo, że nie mają zamiaru na nią iść.

Choć większość uczniów i uczennic z radością wyczekuje studniówki, to wielu młodym ludziom ta pierwsza „dorosła” impreza już kojarzy się z przymusem i łamaniem ich praw. Lista studniówkowych grzechów szkół jest niestety długa:
Koszty studniówki nieoczekiwanie rosną, wpłaty nie są zwracane w przypadku wycofania się („bo nie”). Szkoła często oczekuje, że zostaną zaproszeni wszyscy nauczyciele, a nie tylko ci uczący rocznik (co oczywiście powoduje wzrost kosztów, których nauczyciele nie ponoszą). Zdarza się, że uczniowie zmuszani są do zapłacenia obowiązkowej opłaty „na studniówkę”, na którą nie mają zamiaru iść (tłumaczenie: to na ciasta/wodę/obiady/kwiaty dla nauczycieli podczas matur, nawet 120 zł). Nauczyciele wyznaczają, z kim można pójść, a z kim nie (z osobą tej samej płci – nie wolno, z osobą poniżej 16 lat – nie wolno). Uczniowie zapraszający osoby towarzyszące, zobowiązani są podać najpóźniej na 14 dni przed Studniówką wychowawcom dane osobowe z dokumentów tożsamości zapraszanych osób towarzyszących tj. imię i nazwisko, data urodzenia (to się nadaje od razu do zgłoszenia do Inspektora Ochrony Danych Osobowych).
Bezprawne regulaminy
Dyrektorzy powielają hulające w internecie bezprawne „regulaminy studniówek”, czyniąc z ich podpisania warunek uczestniczenia w studniówce. Ustalają w nich zasadę, że nie wolno opuścić budynku studniówki – kto wyjdzie się przewietrzyć (lub na papierosa, o zgrozo! – A przecież mówimy o dorosłych osobach) – nie ma prawa powrotu (choć zapłacił za imprezę 600 zł).
W czasie studniówki obowiązuje zakaz picia alkoholu i stosowania używek. Jakim prawem goście zabraniają dorosłym organizatorom pić alkohol na ich własnej imprezie? Jeśli ma być studniówka w szkole to zakaz podawania i spożywania w niej alkoholu wynika wtedy z przepisów ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Na prywatnej imprezie nie wolno szkole wydawać zakazów, do których nie ma podstawy prawnej.
Niektóre szkoły przyznały sobie prawo do stawiania minusów z zachowania uczniowi czy uczennicy za to, że jej osoba towarzysząca została przyłapana na paleniu papierosów lub piciu alkoholu. Niejednokrotnie należy podać prywatnym osobom (komitetowi organizacyjnemu) dane osobowe, w tym czasem nawet PESEL, osoby towarzyszącej. To nie jednostkowe przypadki, lecz coraz popularniejsze praktyki. Wystarczy wpisać: „regulamin studniówki” w wyszukiwarkę albo wejść na grupy, w których uczniowie i uczennice szukają rad. Szkoły to instytucje publiczne, uczniowie mają za sobą kilka lat nauki o praworządności i społeczeństwie ale w wielu szkołach to wszystko jakby było teorią, a nie praktyką. „Gospodarze” studniówki w zgłaszanych mi przypadkach nie wiedzą nawet, do kogo trafiają te pieniądze, co właściwie za nie zostanie kupione, nie mają żadnego wpływu na ich własny – w teorii – bal. Wszystko jest zadecydowane ponad ich głowami, przez dorosłych – dyrekcję i komitet złożony z rodziców. Młodzi mają zapłacić, przyjść i zachowywać się według narzuconych przez dorosłych, często bezprawnych zasad. A rodzice często nie chcą dopytywać, z troski aby żeby dziecko nie miało problemów – lepiej zapłaćmy i miejmy spokój. Trudniej przełknąć tę metodę w przypadku mniej zamożnych rodzin, ale skoro inni milczą, to nie będziemy nadstawiać głowy – cóż, będziemy oszczędzać, byle dziecko nie poczuło się gorsze. Gotówkę daje się do ręki skarbnikowi klasowemu, wpłaca na komitet rodzicielski. W niektórych szkołach to wychowawca zbiera pieniądze i pilnuje terminowości wpłat, pogania zwlekających, w innych – uczniowie wpłacają w sekretariacie (z jakiego tytułu? To jest niezgodne z prawem). I pytają kolegów i koleżanek na grupie facebookowej, czy naprawdę muszą płacić za napoje dla nauczycieli i obiady dla nich w trakcie matur, czy można nie wpłacić na „obowiązkowe” kwiaty. Uczniowie w większości tych przypadków nie zobaczą faktur, umów, nie dowiedzą się, za co konkretnie zapłacili.
A koszty? Przykłady z tego roku: 150 zł za siebie, 150 za osobę towarzyszącą, 120 „na kwiaty, matury, nauczycieli” – wychodzi średnio 420 zł – 600 zł (para) i ok. 300 zł (singiel).
Święto uczniów
Cofnijmy się w czasie. Dawno, dawno temu studniówka, czyli impreza na 100 dni przed maturą, to był pierwszy „dorosły” własny bal, organizowany w szkole, przez uczniów i uczennice. Miało to edukacyjny i oświatowy sens i cel – młodzież samodzielnie organizowała uroczystą zabawę w szkole: sama wyłaniała spośród siebie komitet organizacyjny, sama rozdzielała zadania, wyłaniała chętnych do organizacji programu artystycznego, dekorowała salę szkolną, dogadywała się, kto organizuje napoje, ustalała, czy jest zrzutka, na co, po ile, piekła ciasta, robiła sałatki, organizowała muzykę. Brała na siebie odpowiedzialność. Udział rodziców to w najwyższym razie upieczenie tortu.
Żadnych regulaminów, bo są po prostu zasady, które się zna i respektuje, które się przegadało na przestrzeni lat w normalnym życiu, przy okazji, przy obiadach, zasłyszało dyskusje ciotek i wujków przy rodzinnej imprezie, które się nabyło w trakcie uczestniczenia w życiu rodziny i społeczności albo pogadankach w szkole, więc tworzenie regulaminu o tym, że należy mieć „strój podnoszący rangę imprezy”, było nie do pojęcia
Tak rozumiana studniówka mieściła się w zadaniach szkoły. Było wzięcie jakiegoś ciężaru odpowiedzialności przez młodzież, była samoorganizacja, współpraca. Oczywiście pewnie był i nielegalny alkohol, ukryty podczas dekorowania sali za kotarami, choć pewnie nie w takiej ilości jak dziś. A sam bal był zwieńczeniem pewnej wspólnej pracy, pomysłów, wysiłku. Nauczyciele byli „gośćmi” – piszę w cudzysłowie, ponieważ de facto byli u siebie, w szkole, a uczniowie – czuli się „gospodarzami”. Studniówka nigdy nie była i nie jest imprezą obowiązkową. Była i jest świętem uczniów i uczennic, kończących szkołę. Jest zwyczajem, niestety coraz częściej wypaczanym, a wiele szkół w to święto wtłacza przymus – zauważa sieć Watchdog. Staje się bezrefleksyjnie i bezsensownie reprodukowaną imprezą, a z tradycją łączy ją często już tylko nazwa.
Jak to w wielu szkołach wygląda dziś? Coraz rzadziej (bywa, że z braku większej sali) studniówki odbywają się w szkole, coraz rzadziej młodzież te studniówki organizuje. Szkolne bale masowo „wyszły” ze szkół, odbywają się w hotelach, restauracjach, ośrodkach wczasowych. Organizacją zajmuje się zazwyczaj komitet złożony z rodziców, czasem nawet z nauczycieli, albo rada rodziców (naruszając przepisy o zadaniach rady rodziców, określone w prawie oświatowym, art. 84), a postanowienia dotyczące miejsca, menu, wymagają często akceptacji dyrektora. Organizacja tego młodzieżowego balu jest w wielu szkołach tak daleko odsunięta od uczniów, że ich rola jest sprowadzona do zapłacenia kilku stów oraz podporządkowania się absurdalnemu i łamiącemu prawo regulaminowi – i w ten sposób odhaczana jest wyprana z sensu „tradycja”. Często młodzi nawet nie podpisują tego regulaminu – to rodzice dorosłego człowieka mają złożyć swój podpis pod zestawem zasad, ograniczających jego prawa i wolności, co jest niegodne z prawem: od 18 roku życia mamy pełnię czynności prawnych, a rodzice już nie są naszymi ustawowymi przedstawicielami (art. 11 kodeksu cywilnego).
Słowa „studniówka” nie znajdziemy w żadnej ustawie ani rozporządzeniu. W oficjalnym systemie oświaty takie wydarzenie nie istnieje. Jest to zwyczaj, tradycja – tak jak tradycją u polskich katolików jest np. 12 potraw na wigilijnym stole – i chyba nikomu nie przyszłoby do głowy tworzenie regulaminu Wigilii albo prawne regulowanie dawania prezentów, przymuszanie do śpiewanie kolęd oraz tworzenia systemu kar za zjedzenie plastra szynki na śniadanie 24 grudnia. Nie tworzymy też regulaminu wesela, nakazu białej sukni i kar za skandaliczne upicie się do nieprzytomności. Zwyczaju i norm kulturowych nie obwarowuje się przymusem, nakazami, zakazami i karami.
To nie zajęcia szkolne
Studniówka nie jest zajęciem dydaktycznym, wyjściem grupowym, wycieczką, a opinia prawna o tym, że studniówka jest imprezą szkolną (co w efekcie rodziłoby skutki prawne), jest pomyłką. Opinia ta opiera się na błędnym rozumieniu paragrafu 2. rozporządzenia ministra w sprawie bezpieczeństwa i higieny w publicznych i niepublicznych szkołach i placówkach, który brzmi: „Dyrektor zapewnia bezpieczne i higieniczne warunki pobytu w szkole lub placówce, a także bezpieczne i higieniczne warunki uczestnictwa w zajęciach organizowanych przez szkołę lub placówkę poza obiektami należącymi do tych jednostek”.
To, czym są zajęcia szkolne, określają ustawy – a każdy podmiot władzy publicznej jest zobowiązany działać na podstawie i w granicach prawa (art. 7 Konstytucji), nie na podstawie zwyczaju, tradycji, tego, co się wydaje albo na podstawie „bo zawsze tak było”, tylko że się po drodze wypaczyło – wskazuje Watchdog. Wszystkie zajęcia, realizowane przez szkołę, służą realizacji celów oświatowych, wpisanych w ustawy (ustawa o systemie oświaty, prawo oświatowe) lub realizacji podstawy programowej, określonej w rozporządzeniu. Także te zajęcia, odbywające się poza szkołą, a określone w paragrafie 2. wspomnianego wyżej rozporządzenia w sprawie bezpieczeństwa i higieny.
Studniówka tymczasem żadnego celu oświatowego ani żadnej podstawy programowej nie realizuje. Nawet tańczenia poloneza w stroju wieczorowym nie podciągniemy do podstawy programowej WF-u. Studniówka nie stwarza również warunków do rozwoju zainteresowań i uzdolnień uczniów – nie może być zatem uznana za zajęcie, do realizacji którego powołana jest szkoła. Studniówka nie jest dla nikogo wydarzeniem obowiązkowym. Ani dla uczniów, ani dla nauczycieli. Jest imprezą prywatną, środowiskową, składkową. W związku z tym nie można nikogo zmusić do zapłacenia za studniówkę, na którą nie ma zamiaru iść, zaś składkowicze powinni mieć wpływ i wgląd w to, co ile kosztuje i na co idą ich pieniądze, ustalić zakres dóbr, za które płacą.
To tak jak w grupie znajomych: dajmy na to 10 osób wyprawia razem urodziny. I umawiają się: po ile się składamy, co za to kupujemy, po ile osób zapraszamy, jak drogiego DJ-a bierzemy. Jak Marek kupuje składniki do pieczenia ciasta – to pokazuje reszcie rachunek ze sklepu. Jak Kaśka załatwia lokal – to pokazuje reszcie umowę, którą zawarła jako osoba prywatna, „na siebie”.
Te 10 osób w tym przykładzie – to maturzyści. A goście – to nauczyciele. Brakiem kultury byłoby na takiej imprezie urodzinowej, gdyby goście narzucali, jak się mają gospodarze ubrać i zachowywać, prawda? I zakazywali dorosłym osobom wypić alkohol na ich imprezie, czyż nie? A już szczytem absurdu byłoby tworzenie przez gości regulaminu zachowania się gospodarzy podczas imprezy z obowiązkiem podpisania go przez gospodarzy, bo jak nie – to nie masz wstępu na Twoje urodziny.
Pomysł, aby regulować każdy najmniejszy aspekt życia społecznego, jest wypaczaniem tego życia.
Biorąc na siebie organizację studniówki, zastanówmy się – rodzice, nauczyciele, dyrektorki – czy nie odbieramy młodym ludziom dorosłości, możliwości wpływu, wzięcia odpowiedzialności, decydowania, czy tworząc absurdalne regulaminy, nie spychamy ich do roli zwierzątek, mających karnie zapłacić, nie pytać, ładnie ubrać się, grzecznie bawić? Albo zupełnie inaczej – czy nie rozpuszczamy ich, przekładając organizację na barki rodziców?
Co można zrobić? Zastanowić się, czego chcemy. Popracować nad motywacją. Uczniowie mogą zrobić zebranie jeszcze w trzeciej klasie, bo od przyszłego roku studniówka będzie w czwartej klasie, i ustalić, czy chcemy studniówki – bo jeśli tak, to wszystkie ręce na pokład, i MY to organizujemy – i mamy z tego fun. Dorośli niech służą radą i wsparciem, ale nie wyręczają i nie obsługują.

Polacy nie gęsi?

Już Henryk Sienkiewicz namawiał, by Polacy uczyli się przede wszystkim języka angielskiego.
Pod rządami PiS nasze szkoły mają z tym jednak spore kłopoty.

Bez znajomości języka angielskiego nie można dziś funkcjonować w świecie i z sukcesami uczestniczyć w rozwoju gospodarczym. Potwierdzają to nawet Francuzi.
– Na całym świecie angielski pozostaje docelowym językiem dla biznesu i jest kluczowy, jeśli chodzi o pełne wykorzystywanie zasobów edukacyjnych, czy możliwości, które daje internet – mówi ekspertka Sylwia Rogalska.
Dlatego też znajomość języka angielskiego na świecie jest coraz powszechniejsza, a spośród tych państw, które nie były kiedyś koloniami brytyjskimi, najbieglej posługują się nim mieszkańcy krajów europejskich.

Unia służy nauce języków

Jak wynika z największego na świecie międzynarodowego rankingu (w którym przeanalizowana została znajomość języka angielskiego wśród osób nie będących jego rodzimymi użytkownikami), Polacy awansowali w stosunku do ubiegłego roku o 2 pozycje i zajęli 11. miejsce, wyprzedzając takie kraje, jak Portugalia, Belgia, Francja, Hiszpania czy Japonia. Na pierwszym miejscu znaleźli się Holendrzy.
Ranking jest prowadzony przez firmę Education First i opiera się na wynikach, jednakowego dla całego świata, testu z języka angielskiego. Objęto nim ponad 2 miliony dorosłych ze 100 krajów. Razem z rankingiem prowadzony jest indeks biegłości językowej dla szkół, badający nabywanie znajomości języków przez uczniów szkół średnich i wyższych z 43 krajów.
W pierwszej dziesiątce rankingu jest aż 8 państw członkowskich Unii Europejskiej. Pozostałe dwa to Singapur i Republika Południowej Afryki, w których angielski jest jednym z języków urzędowych. Umiejętności językowe w Europie nie są jednak na równym poziomie. Większość krajów nie należących do UE wyraźnie ustępuje pod względem biegłości w posługiwaniu się angielskim.

Wielki chiński skok

Jeżeli chodzi o postępy w posługiwaniu się tym językiem, to największy na świecie skok zanotowały Chiny, które po raz pierwszy w historii przeszły z niskiego – do umiarkowanego poziomu biegłości posługiwania się językiem angielskim. Nadal jednak oczywiście ustępują pod tym względem takim państwom jak Singapur, Filipiny czy Malezja.
Znaczący wzrost znajomości angielskiego nastąpił także w Ameryce Łacińskiej. Aż 12 z 18 krajów tego regionu poprawiło swoje umiejętności językowe w latach 2017-2018.
Polska cały czas plasuje się wśród państw o najwyższym stopniu zaawansowania języka angielskiego na świecie. W porównaniu do zeszłorocznego rankingu EF, udało nam się awansować o dwie pozycje.
Najlepszy wynik osiągnęliśmy w 2014 roku, kiedy to znaleźliśmy się na bardzo wysokim, szóstym miejscu.

Rząd PiS nie lubi angielskiego

Niestety, polityka edukacyjna prowadzona przez rząd Prawa i Sprawiedliwości spowodowała załamanie w nauczaniu języka angielskiego.
Kolejne lata władzy PiS doprowadziły do spadku Polaków w rankingu znajomości angielskiego z zaszczytnego szóstego miejsca, aż na 13 w 2018 r. I stało się to w kraju, gdzie nie było żadnej katastrofy ekonomicznej, lecz jakoby następuje rozwój cywilizacyjny i rozwijają się relacje ze światem!
To o tyle ewenement, że w ogromnej większości państw świata poprawiały się w ostatnich latach kompetencje językowe. Jednak nie w Polsce rządzonej przez PiS. Wzrost o dwa miejsca od ubiegłego roku nie nastąpił zaś dzięki polityce edukacyjnej obecnej ekipy – lecz mimo niej.
O tym, że w polskich szkołach kuleje nauczanie angielskiego, świadczy też badanie przeprowadzone przez firmę Angloville, z którego wynika, że tylko niespełna połowa polskich uczniów potrafi swobodnie komunikować się w języku angielskim.
„Tylko” – gdyż uczy się go aż 95 proc. dzieci w polskich szkołach. Drobną pociechą może być natomiast to, że wypadliśmy nieco lepiej w porównaniu z Czechami oraz Słowacją (po około 40 proc.).

Trudna nauka mówienia

Okazuje się, że sposoby prowadzenia zajęć z angielskiego nie zmieniają się od dziesięcioleci. Nadal są to tradycyjne lekcje, podczas których nauczyciele kładą nacisk głównie na gramatykę, czytanie ze zrozumieniem oraz pisanie. Cały czas natomiast praktyczne wykorzystanie języka jest na dalszym planie.
Konsekwencją braku pozytywnych zmian w systemie szkolnictwa jest niska ocena uczniów, wystawiana przez nich zajęciom z języka angielskiego (tylko 2,9 pkt. w pięciostopniowej skali).
Dlaczego w polskiej szkole trudno nauczyć się rozmawiania w języku angielskim?
Uczniowie podkreślają, że brakuje im bezpośrednich spotkań z anglojęzycznym lektorem (wskazuje na to 79 proc. ankietowanych),swobodnych konwersacji (74 proc.) a także pracy w małych grupach (54 proc.).
– Skoro uczniowie wyrażają potrzebę bardziej interaktywnych zajęć i dostrzegają rolę bezpośredniego kontaktu z native speakerami, należy szukać nowych i atrakcyjniejszych dla dzieci metod nauczania tego języka. Takich, które zbliżą ich do naturalnych „angielskich” warunków. Warto zanurzać się w języku, tzn. tworzyć warunki nauki przynajmniej zbliżone do tych funkcjonujących w anglojęzycznych krajach. Dobrym początkiem może być chociażby zmiana języka w telefonie z polskiego na angielski. W końcu to w telefonach obecna młodzież spędza najwięcej czasu – mówi ekspert Michał Kelles-Krauz.

Nie inwestujemy w przyszłość

Problemy związane z nauczaniem języka w polskich szkołach, od lat przyczyniają się do rosnącej popularności pozaszkolnych zajęć językowych, z których korzysta już 71 proc. uczniów. Młodzież coraz chętniej wykorzystuje do nauki także media społecznościowe.
Warto zwrócić uwagę, że polscy rodzice raczej słabo stymulują swe potomstwo w kierunku opanowania angielskiego. Oni również uważają, że nauczanie tego języka w szkołach raczej szwankuje – ale jednocześnie, jak pokazuje ankieta, aż 70 proc. dorosłych nie angażuje się w naukę własnych pociech.
Niestety, środki otrzymywane z programu Rodzina 500 plus, na razie raczej nie są inwestowane przez rodziców w przyszłość edukacyjną ich dzieci. Są konsumowane – i trudno się temu dziwić, bo przecież bardzo podobnie wygląda wykorzystanie środków unijnych przez władze samorządowe. Tacy po prostu jesteśmy.

Polska szkoła według Lewicy

Więcej nauki języka angielskiego zamiast religii, nowoczesna edukacja o zdrowiu i szkoła, która uczy współpracy, zamiast zachęcać do wyścigu szczurów.

W Kielcach politycy i polityczki Lewicy przypomnieli nakreśloną już na konwencji wyborczej wizję lepszej oświaty.
Fundamentalny postulat wypowiedziała Alicja Lisiak, działaczka Razem. Stwierdziła, że Lewica chce, by szkoła była równym startem dla wszystkich dzieci i młodzieży, żeby uczyła przede wszystkim współpracować, a nie rywalizować.
Paulina Piechna-Więckiewicz z Wiosny, która startuje do Sejmu w świętokrzyskiem z drugiego miejsca, zwróciła uwagę na ogrom dodatkowych problemów, jakie przyniosła polskiej oświacie całkowicie nieudana, szkodliwa „reforma” oświaty wprowadzona przez byłą już minister Annę Zalewską. Mówiła o przeciążonych szkołach i lekcjach trwających do późnego wieczora, a także wskazała, na jakich polach polska szkoła – po deformie i przed nią – nie dorastała do wyzwań współczesności. Wskazała, że pod rządami Lewicy uczniowie będą mogli m.in. w szerszym zakresie uczyć się programowania czy zagadnień bezpieczeństwa w internecie. Wątek ten kontynuowała Iwona Wielgus (czwarte miejsce na liście Lewicy). Zapowiedziała wprowadzenie do szkół nauki o zdrowiu i seksualności – przedmiotu, podczas którego uczennice i uczniowie dowiedzą się od specjalistów, m.in. lekarzy, co dzieje się z ich ciałem w okresie dojrzewania.
Powrócił również postulat świeckiej szkoły – bez lekcji religii. Alicja Lisiak podkreśliła, że już teraz łamane są zalecenia, by lekcje te organizować na początku lub na końcu dnia w szkole, biorąc pod uwagę fakt, iż nie każdy musi na nie chodzić. Lewica zastąpi obowiązkowy kurs religii dodatkowymi godzinami języka angielskiego – zapowiedziano, podkreślając, że nic nie stoi na przeszkodzie, by katechezę organizować w niedzielę w kościołach.
Przeciwko chaosowi w oświacie, jaki wywołała Anna Zalewska, Lewica protestowała również przed gmachem Ministerstwa Edukacji Narodowej. Młodzi aktywiści i aktywistki wystąpili w latarkach-czołówkach, by zaakcentować, że w „zreformowanych” szkołach nie da się organizować zajęć inaczej, niż na pierwszą i drugą zmianę.
– Na reformę edukacji wydano setki milionów złotych z budżetu państwa, jak i z budżetu samorządów. Mogliśmy te pieniądze wykorzystać na remonty budynków, obiady dla uczniów czy podwyżki dla nauczycieli, tymczasem mamy chaos i bałagan w szkołach – mówiła natomiast Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, która kandyduje do Sejmu z ostatniego miejsca na wrocławskiej liście Lewicy. Zapewniła, że jej polityczna formacja zawsze będzie po stronie uczniów i nauczycieli.

Polskich nauczycieli odarto z godności

– Chaos, chaos i jeszcze raz chaos – mówi o sytuacji w polskiej szkole Artur Sierawski, nauczyciel historii i współorganizator „Światełka dla nauczycieli” w rozmowie z Michałem Ruszczykiem (wiadomo.co).

Strajk nauczycieli oficjalnie jest zawieszony. Jakie są nastroje wśród nauczycieli? Czy jest wśród nich wola do kontynuowania strajku we wrześniu?
ARTUR SIERAWSKI: Tak, oficjalnie zawieszony. To, że trwają wakacje, nie oznacza, iż nauczyciele nie rozmawiają o proteście. Na nauczycielskich grupach dyskusja wrze. Nauczyciele chcą walczyć o swoje, chcą pokazać, jak ważny zawód wykonują, chcą zawalczyć o godność zawodu nauczyciela. Bo właśnie Poczynania rządu przed i podczas strajku były nastawione na upokorzenie nauczycieli. Dziś wola walki wśród nauczycieli jest silna.
Poczynania rządu przed i podczas strajku były nastawione na upokorzenie nauczycieli. Dziś wola walki wśród nauczycieli jest silna.
Rząd, kiedy zawieszano strajk na czas matur, obiecywał w ramach tzw. okrągłego stołu poprawę sytuacji nauczycieli. Czy po wyborach europejskich i zmianie ministra rząd zrobił coś dla wywiązania się ze swoich deklaracji i wcielił w życie niektóre postulaty?
Ja nie czuję, że moja sytuacja się poprawiła. Wręcz przeciwnie. Od września czeka mnie ARMAGEDON w szkole średniej. Na wcielenie obietnic wciąż czekamy…

W te wakacje do szkół ruszył tzw. podwójny rocznik. Jak przebiegał proces rekrutacji i co było największym problemem?
Czy proces rekrutacji na tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego został definitywnie zakończony w całym kraju?

Tak, obecnie problemy związane z reformą edukacji przeniosły się na szkoły średnie. Wielu uczniów w pierwszej rekrutacji nie dostało się do żadnej szkoły! Takie rzeczy nie miały do tej pory miejsca.
Wielu uczniów w pierwszej rekrutacji nie dostało się do żadnej szkoły! Takie rzeczy nie miały do tej pory miejsca.
Wielu uczniów z dobrymi wynikami nie dostało się do szkół, gdzie rok wcześniej dostaliby się bez problemu. Szkoły nie są z gumy. Nie są w stanie pomieścić dwa razy tyle uczniów, co rok wcześniej. Rodzice i uczniowie byli zdezorientowani. Dla wielu to były dramaty, kiedy uczeń dowiadywał się, że nie dostał się do żadnej szkoły. Rekrutacja trwała niemal całe wakacje, ruchy związane ze zmiana szkół cały czas trwają… W wielu szkołach jeszcze na kilka dni przed pierwszym dzwonkiem trwają remonty, żeby pomieścić uczniów. Już słyszymy, że kantorki, pomieszczenia gospodarcze przerabiane są na sale lekcyjne.

W wielu szkołach brakuje nauczycieli. Samorządowcy robią, co mogą, ale ich możliwości są ograniczone. Niektóre samorządy apelują do uczelni wyższych, by zachęcały studentów z uprawnieniami pedagogicznymi do podjęcia zawodu nauczyciela. Jak wielu nauczycieli odeszło z zawodu? I czy apele o podjęcie pracy w szkole spotkały się z jakimś odzewem?

Wcale mnie to nie dziwi! Szczególnie po strajku i po tym, jak potraktował nas rząd oraz partia rządząca. Codziennie przez czas trwania strajku byliśmy obrzucani inwektywami, próbowano nas zdyskredytować, poniżyć, oczernić… odarto nas z naszej godności, godności polskiego nauczyciela…
Codziennie przez czas trwania strajku byliśmy obrzucani inwektywami, próbowano nas zdyskredytować, poniżyć, oczernić… odarto nas z naszej godności, godności polskiego nauczyciela…
Nie dziwi mnie fakt, że młodzi ludzie nie chcą pracować w szkole. Bo co? Mają pracować za 1800-1900 zł na rękę, za to wynająć mieszkanie i się utrzymać? Wielu moich koleżanek, które pracują od lat w szkole, nie stać na wynajęcie mieszkania i wynajmują pokoje! To jest chore, że dyplomowany nauczyciel z wieloletnim stażem nie posiada zdolności kredytowej na zakup mieszkania, gdyż tak mało zarabia! Widząc, jak wiele ofert pracy dla nauczycieli jest w bankach, nasze środowisko posłuchało rad w stylu „jak się wam nie podoba – to zmieńcie pracę”. Faktycznie, nauczyciele zmieniają pracę, a efekty już są widoczne. Ale rząd nie robi nic, by tę sytuację zmienić…

Co według pana będzie największym problemem dla uczniów i nauczycieli w nadchodzącym roku szkolnym?

Chaos, chaos i jeszcze raz chaos… Myślę, że największym problemem będą przepełnione szkoły. Już to widzimy. Wystarczy spojrzeć na plany lekcji, jakie uczniowie publikują na swoich profilach. Zaczynać lekcje będą o 13.30 a kończyć o 19.30!!! A gdzie czas na odpoczynek, sen, przygotowanie się do lekcji? Czy uczeń ma odrabiać lekcje po nocy albo wstawać o 6 rano i przygotować się do zajęć?
Wystarczy spojrzeć na plany lekcji, jakie uczniowie publikują na swoich profilach. Zaczynać lekcje będą o 13.30 a kończyć o 19.30!!! A gdzie czas na odpoczynek, sen, przygotowanie się do lekcji? Czy uczeń ma odrabiać lekcje po nocy albo wstawać o 6 rano i przygotować się do zajęć?
To będzie bardzo doskwierać uczniom. A jak uczeń kończący o 19.30 ma jeszcze godzinę drogi do domu? A pamiętajmy, że będą tu też uczniowie 8 klas, a śród nich słynne sześciolatki, które obecnie jako czternastolatki ukończyły ósmą klasę i poszły do liceum. I co, taki dzieciak ma wracać po nocy? To jeden z przykładów. Już słyszymy, że gdzieś pokój nauczycielski przerobiono na salę, a nauczyciele musieli przenieść się do piwnicy! Jak uczniowie mają się uczyć w klasie, gdzie będzie np. 36 uczniów? Jak w takiej klasie ma pracować nauczyciel? Gdzie czas na indywidualizację pracy? Rozwój ucznia? Przy odliczeniu z 45 minut czasu na czynności organizacyjne, np. sprawdzanie listy obecności, to zostaje jakieś 35 minut na lekcję, czyli mniej niż JEDNA minuta na ucznia? To jest chore!

Czy po zmianie ministra oświaty, pana zdaniem, sytuacja w oświacie się polepszyła?

Nie. I nic nie wskazuje, że będzie lepiej. Minister realizuje dawno założony plan polityczny. Wszystko jest świetnie, podwyżki są, nie ma problemów z podwójnym rocznikiem i czego w ogóle ci nauczyciele chcą? Samo to, że minister nie przyszedł na umówione spotkanie z samorządowcami, o czymś świadczy! To ma być pierwszy nauczyciel RP?
Samo to, że minister nie przyszedł na umówione spotkanie z samorządowcami, o czymś świadczy! To ma być pierwszy nauczyciel RP?
Niektórzy rodzice postanowili pozwać ministerstwo za nieudaną reformę oświaty, której efektem stał się rekrutacyjny armagedon. Czy jest szansa na to, że tym razem rodzice mocniej wesprą nauczycieli w ich walce?
I bardzo dobrze! To, co się działo podczas rekrutacji, to ewidentne łamanie postanowień Konstytucji RP o równym i wolnym dostępie do edukacji! Z tego, co zaobserwowałem podczas strajku – już wtedy to wsparcie my, nauczyciele, otrzymaliśmy. Rodzice przychodzili, wspierali, byli z nami! Chyba po raz pierwszy tysiące ludzi wychodziło na ulice w geście solidarność z nauczycielami. Tysiące ludzi na “Światełku” w Warszawie, Poznaniu czy Łodzi – to było właśnie wsparcie!

Jeśli nauczyciele wygrają spór z MEN, czy pomoże to tzw. straconemu pokoleniu – uczniom w wieku 14-16 lat, którzy za sprawą kumulacji roczników nie dostali się do wymarzonych szkół, co w perspektywie uniemożliwi im realizację swoich dalszych planów życiowych? Elbanowscy „ratowali maluchy”, jak uratować to pokolenie?

Wielu mówi, że już jest to stracony rocznik. Ciężko się z tym nie zgodzić. Ja uważam, że jest to młodzież skrzywdzona przez państwo polskie. Tu zawiedli dorośli, wprowadzając nieprzygotowaną i nieprzemyślaną reformę. Sprawy przed sądami będą trwać… Wiemy, jak opieszale działają polskie sądy… A młodzi ludzie już nie dostali się do wymarzonych szkół… Za chwilę rozpoczną rok szkolny w przypadkowej szkole… Kto im zwróci utraconą szansę? Kto i jak zrekompensuje straty? Kto im zadośćuczyni za stres, nerwy i przekreślone marzenia? Kto ma ratować?
Kto im zwróci utraconą szansę? Kto i jak zrekompensuje straty? Kto im zadośćuczyni za stres, nerwy i przekreślone marzenia? Kto ma ratować?
Dziś w tym trudnym czasie jak nigdy dotąd potrzeba sojuszu i współpracy pomiędzy nauczycielami, uczniami i rodzicami. To my, nauczyciele, łagodziliśmy skutki reformy w klasach siódmej i ósmej, a teraz musimy je łagodzić w szkołach średnich. Dostosowując i selekcjonując przeładowane podstawy programowe do możliwości uczniów…

Matematyka przekleństwem narodów

A przynajmniej, w większości tej ich części, która jeszcze musi chodzić do szkoły.

Dlaczego rodzice posyłają dzieci na dodatkowe lekcje matematyki? Otóż, z ogólnopolskiego badania wynika, że wcale nie dlatego, iż trafiło im się nieudane potomstwo, które do trzech nie umie zliczyć więc z rachunków zbiera najgorsze możliwe oceny.
Z raportu pt. „Matematyka po godzinach” przygotowanego przez międzynarodowy program edukacji matematycznej Mathriders, można wyciągnąć wnioski, że z dodatkowych lekcji matematyki korzystają głównie ci uczniowie, którzy nie mają problemów z ocenami z tego przedmiotu.
To nie może dziwić, bo ta większość uczniów, która sobie nie radzi z matematyką, szuka korepetycji pozaszkolnych, za które trzeba drogo płacić.

Lepiej pomagać zdolnym

Dlaczego ci słabi z liczenia nie szukają pomocy w szkole?
Otóż dlatego, że nauczyciele, jak każdy, nie lubią męczyć się z głąbami, natomiast znacznie chętniej pracują z uczniami zdolnymi i kreatywnymi, którym nie trzeba niczego wbijać do głowy, lecz tylko pozwalać im na rozwijanie swych zdolności. I do tego właśnie służą szkolne zajęcia pozalekcyjne.
Ważna jest też kwestia pieniędzy. Dodatkowe lekcje szkolne, prowadzone np. w postaci kółek przedmiotowych, są z założenia bezpłatne.
Tymczasem zaś, ciągnięcie matematycznych matołków za uszy powinno przynieść wymierny efekt w postaci lepszych ocen, bo inaczej rodzice będą mieli za złe. W przypadku lepszych uczniów, którzy i tak mają dobre stopnie, nie trzeba się o to martwić.
Zrozumiałe więc, że nauczyciele nie palą się do darmowej harówki na matematycznym ugorze z młodzieżą, która zbiera lufy. Zawsze wtedy pojawiałyby się podejrzenia o korupcję, zwłaszcza, gdyby prowadzili zajęcia wyrównawcze z uczniami ze swoich klas. Natomiast zajęcia dodatkowe dla zdolnych, pogłębiające wiedzę, można mieć ze swymi uczniami i nikomu to nie przeszkadza.

Kiepsko uczą matematyki

Rodzice mają generalnie kiepską opinię o nauczaniu matematyki w polskich szkołach.
Aż 82% badanych rodziców stwierdziło, że problemem szkolnym jest „nauka bez zrozumienia”, 68% badanych wskazało natomiast na brak odpowiedniego podejścia do ucznia na lekcjach matematyki w szkole.
Rodzice mają rację, bo gdy trzech czy czterech uczniów na dwudziestu kilku zbiera złe stopnie z matmy, może to oznaczać, że oni są kiepscy. Jeśli złe oceny dostaje zaś piętnastu czy dwudziestu – a tak się często zdarza – to znaczy to, iż nauczyciele matematyki są do niczego i należy ich zmienić. Problem w tym, że nie bardzo jest na kogo.
Najczęściej rodzice decydują się posłać dzieci na dodatkowe zajęcia z matematyki, ponieważ uważają – i słusznie – że matematyka pozytywnie wpływa na zdolność logicznego myślenia, rozwija kreatywność, poprawia koncentrację u dzieci, pomaga w znalezieniu popłatnej pracy.
I w ogóle, im więcej ludzi dobrych z matematyki w danym państwie, tym lepszy jest generalnie stan gospodarki tegoż państwa (choć nie zawsze).
Trzeba więc uznać za dobry objaw, że dodatkowe zajęcia pozalekcyjne z matematyki cieszą się coraz większą popularnością.

Potem im przechodzi

Podobno statystycznie ponad połowa dzieci w wieku od 5 do 6 lat jest uzdolnionych matematycznie – jednakże system nauczania matematyki w polskich szkołach sprawia, że potencjał zdolniejszych dzieci jest często zabijany.
– Przez wiele lat dodatkowe zajęcia z matematyki kojarzone były z korepetycjami dla tych, którzy tego przedmiotu nie lubią i nie potrafią. Obecnie, wybór dodatkowych zajęć z matematyki jest szeroki. Są lekcje dla dzieci uzdolnionych i miłośników tego przedmiotu – mówi ekspertka Małgorzata Grymuza.
Zgodnie z wynikami raportu, sporządzonego na podstawie ankiet przeprowadzonych wśród rodziców dzieci przedszkolnych i wczesnoszkolnych, 76% z nich przed rozpoczęciem dodatkowych zajęć lubiło matematykę, a jedynie 24% uczęszczających tam uczniów było innego zdania.
Odkrywanie potencjału matematycznego dziecka i dążenie do jego wykorzystania pozytywnie wpływa też na postępy w nauce. Zauważało to 73% ankietowanych rodziców.

Zanim się zniechęcą

Jak pokazują wyniki badania, dzieci bardzo lubią dodatkowe zajęcia i możliwość uczestnictwa w rozwiązywaniu matematycznych problemów i zagadnień. Potem, w miarę kontaktu z polskim systemem nauczania, skutecznie im to przechodzi.
W szlifowaniu matematycznych umiejętności najzdolniejszych uczniów pomocne mogą okazać się wszelkie materiały, które w przystępny i ciekawy sposób rozwijają umiejętności logicznego myślenia.
Na dodatkowych zajęciach dzieci i młodzież powinny również rozwijać motywację do nauki algebry, arytmetyki, a także geometrii. Wprowadzenie do matematycznego świata zagadek, ciekawostek, pojęć oraz mechanizmów może rozbudzić ciekawość naprawdę wielu uczniów.
Skutecznie sprzyjałaby temu nauka w małych grupach (od 4 do 8 osób).
Jak mówi Małgorzata Grymuza, nauka matematyki w małych grupach służy skupieniu na konkretnych zagadnieniach oraz interakcjom pomiędzy uczniami i nauczycielem. Buduje także poczucie własnej wartości i wiary we własne matematyczne umiejętności.
Zabawa, ruch oraz muzyka są ważnymi i chętnie wykorzystywanymi elementami w kształceniu matematyki. Badania wskazują, że kreatywne uczenie pomaga dzieciom w zrozumieniu zagadnień i osiągają one lepsze wyniki w szkole.
Nie dziwi więc wynik ankiety, że 90% rodziców posyłających dzieci na dodatkowe, rozwojowe zajęcia z matematyki (odbywające się w szkołach po lekcjach, właśnie w małych grupach) chętnie poleca je innym. Co jednak nie przekłada się na generalną poprawę nauczania tego przedmiotu w polskich szkołach.

Nasze drogie pociechy

Dla rodziców dzieci w wieku szkolnym wrzesień to zawsze niebezpieczna pora.

 

Z początkiem roku szkolnego rodziców tradycyjnie czekają duże wydatki. To przede wszystkim zakup podręczników oraz uiszczenie różnych opłat związanych z edukacją dzieci.
Na największe koszty muszą przygotować się rodzice uczniów szkół ponadgimnazjalnych, którzy już nie otrzymują darmowych książek szkolnych.

 

Zasługa poprzedniej ekipy

Młodsze dzieci, które uczęszczają do szkół podstawowych, za sprawą rozwiązań wprowadzonych przez rząd PO, korzystają z bezpłatnych podręczników lub materiałów edukacyjnych przygotowanych przez szkoły.
Jednak mimo to, jak wynika z ustaleń Centrum Badania Opinii Społecznej, z roku na rok rodzice uczniów na tzw. wyprawkę wydają coraz więcej.
Według CBOS (badanie „Wydatki rodziców na edukację dzieci w roku szkolnym 2017/2018”) w ubiegłym roku wspomniana wyprawka kosztowała średnio 1003 zł.
W przeliczeniu na jedną pociechę rodzice wydali od 649 zł do 686 zł, na dwoje średnio 1270 zł, a na troje nawet 1730 zł. Generalnie jednak, im więcej dzieci w rodzinie, tym wychodzi to taniej na głowę.
Rok wcześniej rodzice musieli wydać na ten cel mniej, bo 588 zł na jednego ucznia. Warto jednak pamiętać, że to nie wszystkie wydatki. Do opłacenia są na przykład zajęcia dodatkowe, niby nieobowiązkowe, ale często potrzebne, na które w ubiegłym roku rodzice uczniów szkół wszystkich wydawali ponoć średnio 455 zł miesięcznie na głowę jednego ucznia. Taką przynajmniej kwotę podaje Związek Firm Pośrednictwa Finansowego, choć cyfry te wydają się bardzo zawyżone.
Nie zmienia to faktu, że wygospodarowanie niemałych sum na początku roku szkolnego może być tak dużych kwot z bieżących wpływów może być trudne. Warto więc dobrze podliczyć wszystkie koszty i robić zakupy w sposób przemyślany.

 

Wydatków nie ubywa

Nic niestety nie wskazuje na to, aby w tym sezonie wspomniane koszty były niższe. Istotną zmianą jest jednak to, że część potrzebnej kwoty można uzyskać dzięki świadczeniu z programu „Dobry start”, które wynosi 300 zł i obejmuje wszystkie uczące się dzieci, do ukończenia przez nie 20. roku życia. Ważne, by zrobić to nie później niż do 30 listopada, inaczej świadczenie przepada.
Jak jednak sfinansować resztę kosztu wyprawki, gdy dopiero co domowy budżet został nadwyrężony wakacyjnymi wyjazdami? Wydatki na ten cel można zmniejszyć dzięki kilku prostym sposobom, o których nie zawsze się jednak pamięta.
Oczywiste jest, że zanim wybierzemy się do sklepu po przybory i książki szkolne, robimy listę potrzebnych rzeczy. Podliczamy także, ile wydamy na zajęcia pozaszkolne dzieci – i jakiej kwoty nam po tym wszystkim brakuje. Być może znajdziemy ją w budżecie domowym, obcinając inne wydatki, które mogą poczekać.

 

Metodą „na wnuczka”

Skutecznym sposobem na poszukanie oszczędności może być zamówienie podręczników w większej ilości w hurtowni razem z innymi rodzicami, dzięki czemu powinniśmy uzyskać znaczący rabat.
Inna droga to odkupienie używanych egzemplarzy od starszych roczników – choć rzadko istnieje taka możliwość, bo wydawnictwa szkolne bardzo dbają o to, aby zachęcać nauczycieli do stosowania co roku innych podręczników.
Wreszcie, przed zrobieniem zakupów warto porównać ceny w Internecie i poszukać najtańszych książek także w sklepach w sieci.
W ostateczności, jeśli mimo to okaże się, że brakuje pieniędzy na wyprawkę, trzeba skorzystać z dodatkowych źródeł finansowania.
Zacząć należy od poszukania takich, które będą jak najmniej obciążające – czyli w praktyce od metody „na wnuczka”. Rzadko która babcia nie wyasygnuje bowiem zaskórniaka na zakupy szkolne jeśli zostanie poproszona.
Jeśli zaś ten sposób odpada, a nie mamy już wydatków do obcięcia, to pozostaje nam niestety karta kredytowa. Skorzystajmy z dostępnego limitu, pamiętając tylko, żeby spłacić zadłużenie w okresie bezodsetkowym. Nie poniesiemy wtedy dodatkowych kosztów.

Po stronie dziecka

Jakie są priorytety polityki prorodzinnej, proponowane przez Sojusz Lewicy Demokratycznej w programie na wybory samorządowe?

 

Dwa tygodnie temu przedstawiłem najważniejsze elementy „srebrnej rewolucji” – programu samorządowego SLD przygotowanego z myślą o seniorach. Dzisiaj kolej na najmłodszych. Wielu z nich od dwóch lat jest beneficjentami świadczeń rodzinnych 500+. Wydawane rokrocznie z budżetu państwa dwadzieścia kilka miliardów złotych stanowi realną pomoc rodzinom wychowującym dzieci. Zauważalnie zmniejszyła się skala ubóstwa, do niedawna jeszcze będąca wyrzutem sumienia Polski XXI wieku.
Ale 500 złotych na drugie i kolejne dzieci to za mało, aby uznać, że państwo zrealizowało swój obowiązek w prowadzeniu polityki prorodzinnej. Jakie zadania stawia lewica tym, którzy w najbliższych wyborach zostaną wybrani radnymi, wójtami, burmistrzami i prezydentami miast?

 

500 minus żłobek

„Zapewnienie opieki nad dziećmi w wieku do lat 3 musi być priorytetem dla każdej gminy. Dostępny dla każdego, bez względu na zamożność i stan cywilny, żłobek lub klub dziecięcy to szansa na szybki powrót rodziców na rynek pracy po urodzeniu dziecka i równy podział ról związanych z opieką nad nim” – to cytat z programu samorządowego SLD „Silny samorząd – demokratyczna Polska”.
Efektem ubocznym programu 500+ jest rezygnacja z pracy zawodowej wielu matek wychowujących dzieci. Ich kalkulacja jest prosta: otrzymane pieniądze ze świadczeń rodzinnych starczają od biedy na przeżycie. Zaś powrót do pracy, to częstokroć konieczność oddania dzieci do żłobka. Jeśli zabraknie miejsc w żłobku publicznym, to na żłobek prywatny nie starczy pieniędzy z 500+.
Oto pierwszy z brzegu cennik, znaleziony w sieci. „Zielony Domek” w Brześce niedaleko Piaseczna. Za 8 godzin pobytu malucha w wieku do 3 lat trzeba zapłacić miesięcznie 500 zł czesnego i ponad 200 zł za wyżywienie. Razem 700 zł za jedno dziecko, 1400 złotych za dwójkę! A to i tak nie jest najwyższa cena.
Cena za pobyt dziecka w żłobku niepublicznym w dużej mierze zależy od tego, czy otrzymuje on dotacje z kasy publicznej: programu rządowego „Maluch Plus” i pieniędzy samorządowych. Również ceny w żłobkach publicznych są zróżnicowane. Ale i tam koszt pobytu i wyżywienia nierzadko pochłania zasiłek 500+ w 100 procentach.

 

Prywatyzacja dla najmłodszych

Ta „prywatyzacja” przeszła niezauważona. Prywatyzacja opieki nad najmłodszymi. Ile jest publicznych żłobków w 600-tysięcznym Wrocławiu? W którym urodziło się i mieszka ponad 20 tysięcy obywatelek i obywateli w wieku do 3 lat. Zaledwie 15. Słownie: 15 publicznych żłobków. Pozostałe to placówki niepubliczne. A i tak w końcowym rozrachunku we Wrocławiu brakuje niemal półtora tysiąca miejsc w żłobkach.
„SLD stoi na stanowisku, że należyta opieka nad najmłodszymi mieszkańcami naszego miasta nie powinna opierać się w tak dużym stopniu na placówkach niepublicznych. Konieczne jest znalezienie środków na budowę nowych placówek gminnych lub adaptację posiadanych przez gminę lokali oraz na prowadzenie żłobków publicznych” – napisali w swoim programie samorządowym działacze wrocławskiego SLD.
Żłobki mają być bezpłatne dla wszystkich dzieci! Rodziców decydujących się na pierwsze i kolejne dzieci nie musi interesować, z jakich programów rządowych i samorządowych zostanie sfinansowany pobyt ich syna lub córki w żłobku. Rachunek jest oczywisty. Pracujący rodzice – płacący podatki – pośrednio i tak sfinansują pobyt swoich dzieci w bezpłatnym żłobku.

 

Przedszkole za free

„Przedszkole to nie tylko szansa na godzenie przez rodziców obowiązków domowych i rodzinnych, ale przede wszystkim – na lepszą edukację dla każdego dziecka” – to kolejny cytat z programu samorządowego SLD. Można dyskutować o plusach i minusach pobytu najmłodszych w żłobkach. W przypadku przedszkoli sprawa jest bezdyskusyjna – pełnią one ważne funkcje edukacyjne.
Szkoda, że twórcom Konstytucji z 1997 roku nieco zabrakło wyobraźni, gdy pisali artykuł 70 – o bezpłatnej nauce w szkołach publicznych. Moim zdaniem, bezpłatna edukacja polskich dzieci powinna zaczynać się już w przedszkolu. I to prawo do bezpłatnej edukacji 4-letnich Polek i Polaków winno mieć gwarancje konstytucyjne.
Póki co, zapewnienie jak najlepszej oferty przedszkolnej spoczywa na barkach samorządowców. SLD postuluje, aby wszystkie przedszkola były bezpłatne. Oraz zlokalizowane w pobliżu miejsca zamieszkania rodziców. Niedopuszczalnym jest, aby najmłodsze dzieci, zamiast edukacji i zabawy, spędzały czas w ciasnym foteliku samochodu rodziców.

 

Bez ulgowego biletu

Uczeń zawsze kupował ulgowy. Bilet kolejowy. Autobusowy. Tramwajowy. Problem w tym, że kiedyś kosztowały one grosze. Dosłownie. Za ulgowy na tramwaj lub autobus płaciłem 20 groszy. Dzisiaj – przy porównywalnych zarobkach – ulgowe bilety są dziesięć razy droższe. Zdaniem SLD, komunikacja miejska powinna być bezpłatna – zarówno dla seniorów, jak i dla uczniów szkół podstawowych i średnich.
Częstochowa pokazała, że da się to zrobić. Prezydent Krzysztof Matyjaszczyk (SLD) w ubiegłym roku wprowadził pilotażowy program bezpłatnych przejazdów dla uczniów szkół podstawowych. „Chcemy sprawdzić, czy efekt, na którym nam zależy, czyli zmniejszenie się liczby samochodów na ulicach, zwiększenie się liczby użytkowników w naszych autobusach i tramwajach oraz poprawa sytuacji ekologicznej i bezpieczeństwa na drogach, zostanie osiągnięty” – argumentował prezydent.
Również radni wrocławscy jednogłośnie zadecydowali, że od 1 września tego roku dzieci i młodzież ucząca się do 21. roku życia będzie podróżowała po Wrocławiu za darmo. Podobne rozwiązanie wprowadzają gminy Górnego Śląska, Zagłębia i kilka kolejnych miast.

 

Dentysta w szkole

Inny pilotażowy program jest właśnie wdrażany we Wrocławiu. Z inicjatywy SLD powstają pierwsze gabinety dentystyczne w szkołach. Sojusz Lewicy Demokratycznej chciałby, aby tak było w każdej szkole w Polsce. „Każdy uczeń będzie objęty bezpłatną opieką dentystyczną, na którą będzie składać się zarówno profilaktyka stomatologiczna, jak i leczenie. Gabinet dentystyczny musi znajdować się w każdej szkole” – zapisano w programie samorządowym.
Ktoś powie, że to już było. Tak, w czasach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej każda szkoła miała gabinet stomatologiczny i lekarski. I do tych dobrych praktyk z przeszłości warto wrócić. Bo dane dotyczące zdrowia dzieci i młodzieży są zatrważające. Już ponad 80 proc. sześciolatków choruje na próchnicę zębów. U dwunastolatków ten odsetek wzrasta do 85 proc.. A u osiemnastolatków do 95 proc.!

 

Szkoły zawodowe

W czasach transformacji zaniedbano również inną sferę dobrze rozwiniętą i funkcjonującą w PRL. Szkolnictwo zawodowe. Obecnie jesteśmy w czołówce europejskiej, jeśli chodzi o ilość osób posiadających wyższe wykształcenie. Tymczasem coraz dotkliwszy jest brak fachowców. I to we wszystkich zawodach technicznych. Statystyka mówi sama za siebie. W roku szkolnym 1990/91 funkcjonowało blisko 3 tysiące szkół zawodowych. Do drugiej dekady XXI wieku dotrwała zaledwie co druga z nich.
„Będziemy wspierać szkoły branżowe i technika: tworzyć nowe placówki, a w istniejących – zapewniać atrakcyjne kierunki kształcenia i nowoczesne wyposażenie” – napisali autorzy programu samorządowego Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Decyzje młodych ludzi dotyczące wyboru zawodu nierzadko są wynikiem panującej mody, sugestii rówieśników lub nacisków rodziców. Nie zawsze ma to związek z rzeczywistym zapotrzebowaniem na specjalistów danej branży. Dlatego SLD proponuje wprowadzenie kompleksowego systemu doradztwa zawodowego. Pomagającego uczniom w wyborze ścieżki kształcenia i przyszłego zawodu.

 

Etyka w szkole

Hydraulików i budowlańców brakuje. Polska nie narzeka natomiast na brak… katechetów. Od lat liczba nauczycieli religii w szkołach utrzymuje się na poziomie około 30 tysięcy. Dla porównania, policjantów jest 98 tysięcy. Katecheci szkolni kosztują podatników 1,5 miliarda złotych rocznie.
W programie krajowym SLD zapisano postulat likwidacji nauki religii w szkołach i finansowania katechetów z pieniędzy podatników. Jednak samorządowcy nie mają w tej sprawie wiele do powiedzenia. Dlatego w programie dotyczącym wyborów samorządowych zapisano jedynie postulat udostępnienia w każdej szkole lekcji etyki, dla wszystkich zainteresowanych uczniów. Taki jest wymóg prawa. Niestety, nie wszystkie szkoły i władze samorządowe go respektują. Jedną z wymówek jest brak nauczycieli etyki. To nie może dziwić, skoro na 30 katechetów przypada zaledwie 1 (słownie: jeden) nauczyciel etyki.

 

Gminy dla młodych

W programie dla seniorów Sojusz Lewicy Demokratycznej postulował tworzenie rad seniorów, jako zespołów doradczych dla władz samorządowych. Ale zasad samorządności należy uczyć się już w szkole podstawowej. „Chcemy, by już uczniowie szkół podstawowych mieli swoją reprezentację w młodzieżowych radach gmin, z własnym budżetem, który pozwoli między innymi na organizację młodzieżowych akcji i imprez” – proponuje Sojusz Lewicy Demokratycznej w programie samorządowym.
Jedną z bolączek wyborów samorządowych jest bardzo niska frekwencja. W ostatnim dwudziestoleciu ani razu nie przekroczyła 50 proc. To oznacza, że ponad połowa mieszkańców systematycznie nie bierze udziału w wyborze swoich radnych, burmistrzów i prezydentów miast. Uczenie młodych ludzi aktywności obywatelskiej to również praca na rzecz przyszłych świadomych uczestników życia publicznego i politycznego.

 

Po stronie dziecka, po stronie rodzica

Gdyby z obszernego programu SLD, dotyczącego polityki prorodzinnej, chcieć zacytować tylko jedno – najważniejsze – zdanie? Brzmiałoby: „samorząd musi być partnerem rodzica w wychowaniu dziecka!”. Nic dodać. Nic ująć.