Skazany na dyktę czy na nadzieję?

„Z dna” Piotra Jastrzębskiego

Życie, życie jest nowelą,
Raz przyjazną a raz wrogą,
Czasem chcesz się pożalić,
Ale nie masz do kogo.

O prawdziwości słów piosenki z repertuaru Ryszarda Rynkowskiego na własnej skórze przekonał się Piotr Jastrzębski – dziennikarz i felietonista obecnie współpracujący z „Dziennikiem Trybuna”. Jego obycie ze słowem pisanym zaowocowało między innymi laurem Lubelskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz wyróżnieniami na zawodowej niwie, a szczęścia na prywatnym gruncie dopełniał dom z bali budowany bez kredytu, kochająca żona i dzieci jak również Tajga i Małpa – uwielbiane psy, potęgując w mężczyźnie złudne przeświadczenie, że dobra passa może trwać wiecznie.
To, iż „będąc szczęśliwym jest się poniekąd dzieckiem” zrozumiał w latach 1999 – 2000 zaraziwszy się wirusem wojny, kiedy to korespondował z kilkoma redakcjami skupiającymi uwagę wokół konfliktu bałkańskiego. Oglądany naocznie jawił mu się przeciwstawnie do telewizyjnego przekazu znanego przeciętnym odbiorcom i zaowocował publikacją pisaną na cztery ręce wraz z Vladanem Stamenkovićem zatytułowaną „Humanitarna wojna” (2001 r.), jednak to z książką „Z dna” opublikowaną w 2017 roku nakładem Wydawnictwa ARW DK MEDIA POLAND Sp. z o. o., przyszło mi rozpocząć przygodę z twórczością autora zamykającego na niewiele ponad stu sześćdziesięciu stronach pewien etap życia widzianego z perspektywy alkoholika, narkomana i niedoszłego samobójcy, który z rozbrajającą szczerością wyznaje: „(…) moim nałogiem pierwotnym jest alkohol. To on mnie pierwszy zachwycił, uwiódł, porwał i rozkochał tworząc piękne wizje, zupełnie jak robi to namiętna kochanka. Narkotyki (…) stały się zamiennikiem, substytutem pierwszej miłości. Co nie znaczy, że też ich nie pokochałem”.
Przeciwnie – pokochał miłością bezmierną, która co rusz odwzajemniała mu się wystawaniem pod sklepem i zaczepianiem przechodniów, kradzieżami i szukaniem butelek oraz złomu, jak również organizowaniem akcji z towarzyszami niedoli: Damianem, Rybakiem, Główką, Markiem, Magikiem, Felkiem i Dźwignią, w pełni świadomymi, że „miło jest delektować się stanem posiadania czegokolwiek”, choćby nawet pokrytego pleśnią chleba znalezionego na śmietniku i odgrzewanego na patelni, który wybornie smakuje, kiedy głód pokarmowy nie mniejszy jest niż alkoholowo-narkotyczny.
To sytuacje nie do pojęcia dla przeciętnego Kowalskiego, ale Jastrzębski ponad wszelką wątpliwość wykazuje z wykorzystaniem pięknej polszczyzny, iż „koszmarna reguła absurdu determinuje naszą rzeczywistość”, nierzadko spętaną ołowianym łańcuchem zdarzeń, które niczym śnieżne kule spadające z wielkiej góry, przygniatają bez uprzedzenia i wbrew woli, zabijając po drodze wszelkie plany, marzenia i nadzieje na lepsze jutro, ustępując miejsca długom, dragom, denaturatowi oraz depresji spychającym człowieka w czeluści mroku – na dno, skąd „widać wszystkich, ale mało kto je dostrzega”, wszak – zdaniem autora – „pod grubą warstwą pudru chowa się prawdziwa ohyda życia”, a „życie to ułuda, zarówno to trzeźwe, jak i narkomańsko – pijackie. Tyle, że trzeźwe skuteczniej mami”.
Czy właśnie dlatego dziś czterdziestoośmioletni Piotr podejmował – na szczęście nieudane – próby samobójcze? Być może, gdyż w szponach nałogu tkwił przez dwadzieścia pięć lat, a mimo to – co warto podkreślić – upływ czasu nie zabił w nim otwartości i wrażliwości. Na kartach książki poszukuje bowiem odpowiedzi na pytanie o sens i kolory świata, podświadomie wyczuwając, że życie na przekór czasom i ludziom wbrew, potrafi zaskoczyć i ofiarować antidotum na ból duszy. Trzeba tylko chcieć go dostrzec, tak jak uczyniła opisana przez niego tańcząca para staruszków oraz Sarna i Waldik – dwoje zakochanych żuli. Wszyscy oni „na chwilę stają się (…) szczęśliwi. Na moment zapominają”, bo dobrze wiedzą, że „jeśli trwasz w koszmarze, to każda zmiana jest wybawieniem”, przy czym są świadomi, iż „większość ludzi tkwi w błędnym przekonaniu, że to właśnie nałóg prowadzi na dno. Owszem, czasem tak właśnie jest. Jednak nie zawsze. Czasami to właśnie dno prowadzi do nałogu”, albo – jak w przypadku opowiadającego niniejszą historię – także do poszukiwania prawdy o ludziach i o sobie samym. Tę znaleźć najtrudniej, ponieważ żeby chociaż móc próbować, trzeba było wytrzeźwieć…
Wszystko to sprawia, że niniejszą książkę niełatwo jest przyswoić, a jeszcze trudniej o niej pisać, gdyż podczas lektury pojawiają się momenty skutkujące zupełnym rozbiciem i chaosem myśli, które krążą gdzieś wokół szeroko pojętego człowieczeństwa i normalności.
Trudno też oprzeć się wrażeniu, że Piotr Jastrzębski dokonał aktu samooczyszczenia się. To swoiste katharsis – czego zapewne nie planował – dotyka także czytelnika, potrafiącego teraz, jak chyba nigdy wcześniej, docenić choćby ciepłe łóżko i mieć świadomość – o czym często zdaje się zapominać, że nic nie jest dane raz na zawsze, toteż należy dołożyć wszelkich starań, by każdego dnia cieszyć się takim życiem, jakim ono jest.
Owa refleksja wybrzmiewa ze zdwojoną mocą po przeczytaniu epilogu. Autor kreśli w nim niezwykle wymowny list do alkoholu i narkotyków, które za doświadczone chwile pozornej radości wystawiły mu słony rachunek, co z kolei może stanowić przyczynek do postawienia pytań sobie, które mogłyby brzmieć następująco: na jakie nałogi ja jako człowiek, jestem podatny i czy na tę chwilę jestem od nich wolny, a jeśli nie, to czy zdolny, by się od nich uwolnić?
Spojrzę w lustro pytając wciąż: kogo widzisz? I odpowiem: widzę siebie – szczęśliwą kobietę, a może przeciwnie – zalęknioną dziewczynkę o kobiecych rysach?
A teraz wyjdę na ulicę, popatrzę na ludzi i znów zapytam: czy potrafisz zresetować ustawienia wewnętrznego lustra dostrzegając człowieka w każdym mijanym przechodniu? Milczę. Czy to znaczy, że nie potrafię?
Zmuszony więc jestem pójść o krok dalej i postawić ostatnie – fundamentalne pytanie: czy aby na pewno wolny jestem od nałogu egoizmu, który jest jedną z największych bolączek współczesnego świata?
A Ty po której stronie lustra stoisz? Kogo widzisz? Przyjrzyj się sobie z uwagą, wszak życie masz tylko jedno. Nie zmarnuj go i przeżyj jak najpiękniej i najlepiej potrafisz, pamiętając, że istnieje nadzieja na lepsze jutro. Nadzieja, która jest piękna właśnie dlatego, że zawsze umiera ostatnia.
Zainteresowanych książką odsyłam na stronę Wydawnictwa ARW DK MEDIA POLAND Sp. z o. o http://dkmedia.pl/sklep/?37%2Cz-dna&fbclid=IwAR2Aykw5-bagRHXEIi1OFjW1dYLrlwWUEmbiAOyCBLCJtHMxcifV4ekhPjc

Piotr Jastrzębski – „Z dna”, DK Media, Warszawa 2017, str. 160, ISBN 978-83-943859-8-9.

Iwona Niezgoda – inicjatorka niezależnego plebiscytu na polską Książkę Roku „Brakująca Litera”, prowadząca bloga „Góralka Czyta”.

Księga Wyjścia (9)

Ballada transcendentalna

Tym razem może mniej z fizyki, ale oczywiście bez magii się nie obejdzie. Bo jakże trzeźwieć odrzucając wyobraźnię i fantazję. Ważne, by odpowiednio je ukierunkować. Zresztą nie da się pisać o Kazimierzu Dolnym – magicznym miejscu, pomijając ten jego atrybut. Ale po kolei…

Gdy alkoholik ci coś ukradnie i zapytasz o ów przedmiot, wzruszy ramionami i powie, że nic o tym nie wie. Natomiast jeśli narkoman coś ci podwędzi, to oprócz tego, że się wyprze, pomoże ci szukać, wmawiając że z pewnością gdzieś zapodziałeś. To prawda stara jak świat, ale wciąż się
na to nabieram.
Mam nie lada problem z zaufaniem. Nie chodzi o to, że jestem nieufny, wręcz przeciwnie – nie mylić z naiwnością. U większości ludzi na zaufanie trzeba zapracować, w moim przypadku rzecz ma się zgoła odwrotnie. Każdy z poznanych, polubionych i nieodstręczających osób, które poznaję dostaje z góry praktycznie nieograniczony kredyt zaufania. I naprawdę musi się napocić, by je stracić. Z kilkoma wyjątkami, ale o nich później. Teraz dokończę wątek „zaufania na dzień dobry” i jak je stracić, bo jak już napisałem wcale nie trzeba robić nic, by mieć go do woli. Trochę jak w piosence Bułata Okudżawy:
Pierwsze kłamstwo, myślisz, ech zażartował ktoś.
Drugie kłamstwo – gorzki śmiech, śmiechu nigdy dość.
A to trzecie, gdy już przejdzie przez twój próg,
Głębiej rani cię niż na wojnie wróg.
Ktoś mi powiedział, że wśród narkomanów nie ma przyjaciół, trudno było mi w to uwierzyć i mimo wszystko nawiązywałem relacje. Schemat był dokładnie taki jak w piosence Okudżawy, pewnie dalej bym znosił drobne kłamstwa i próby wyłudzenia drobnych kwot, gdyby nie podniesiony głos z pretensją i jakimś żądaniem. Nie usprawiedliwia tego, że ten ktoś był naćpany, może dlatego nie dostał w zęby. Są rzeczy, których organicznie nie znoszę: krzyk, agresja i niezasłużone oskarżenia. To kasuje nie tylko przyjaźń, ale wszelkie relacje. I nie chcę mieć z kimś takim nic wspólnego.
Z pewnością każdy z Was drodzy czytelnicy spotkał się z ludźmi, którzy ledwo poznani mówili jacy to są słowni, jak dadzą sobie za przyjaciół obciąć rękę, nigdy nie oszukują, zawsze rozliczają się z powierzonej kasy, a lojalność to ich drugie imię. Oczywiście nie zdradzają tajemnic, a wszystko co powiesz zatrzymują dla siebie. Sztandarowym zwrotem jest „ja ci to załatwię”. Oczywiście z tego załatwienia nic nie wychodzi, a to co powiesz w tajemnicy jeszcze tego samego dnia zna całe miasto. Przerabiałem to zarówno na detoxie, jak i w normalnym, miejskim życiu.
Tacy ludzie są zwykle bardzo wylewni i co chwilę podkreślają, że temu lub tamtemu coś załatwili, a jeśli faktycznie w czymś już raz pomogli, to będą co chwilę pytać – pamiętasz, nie było problemu – nawet jeśli tylko poczęstowali papierosem. Gdy spotykam takich ludzi, to zwykle „biorę nogi za pas”, to znaczy zbywam ich i bez podania przyczyny zrywam znajomość. To o nich pisałem kiedyś w wierszu „nie znoszę kiedy ktoś się zbliża, by szeptem mnie uderzyć w twarz”. Oni zazwyczaj mówią szeptem, maksymalnie zbliżając się do naszej twarzy, co jest o tyle nieprzyjemne, że zazwyczaj mają bardzo nieświeży oddech. Poza tym, ten szept jest podejrzanie konfidencjonalny, tak jakby bali się, że ktoś usłyszy i zdementuje ten złoty pomnik na cokole cnót.
W poradni substytucyjnej – co było zaskoczeniem – dostałem specjalną legitymację (fot), która upoważnia mnie do legalnego posiadania określonych tam medykamentów. Zapewne niejeden diler chętnie kupiłby ode mnie ten świstek, ale jak wspomniałem zamierzam trzeźwieć, nie kombinować.
Nie ma nic gorszego dla nałogowca jak święta. Zwłaszcza w małym mieście i mam na myśli nałogowca, którego dochody są tak niskie, że nie stać go na to, by zrobić zapasy. To tylko trzy dni, ale wierzcie mi, jeśli ktoś jest uzależniony od opiatów typu Kodeina, Morfina, Metadon czy Heroina – ciężko to zniesie. Jeszcze gorzej z benzodiazepinami typu Clonazepam, Relanium i tysiące innych dostępnych na rynku. Ci biedacy, jeśli nie mają zapasu, to przeżyją koszmar, a jeśli święta potrwałyby tydzień, to po siedmiu dniach, ten sam żywy, pełen energii człowiek byłby nie do poznania.
Najgorzej jest ostatniego dnia, bo pierwsze dwa dni są jeszcze w miarę znośne, ale w lany poniedziałek już znaczna część moich znajomych nie będzie w stanie podnieść się z łóżka, we wtorek będzie to w ogóle niemożliwe – pozostanie liczyć, że ktoś za znajomych pomoże, przynosząc coś do domu. Wówczas też zwykła porcja nie wystarczy, trzeba władować w siebie dwa trzy razy tyle co zwykle.
Pomijając jednak świąteczne problemy nałogowców, wrócę do głównego tematu, czyli „księgi wyjścia”. Zacząłem od stabilizacji, czyli jak już pisałem, zrobiłem rewolucję w mieszkaniu, co sprawiło, że czuję się jakbym kupił nowe, ponownie zacząłem handlować sztuką w Kazimierzu Dolnym. W 2001 roku wynająłem niewielki lokal u zbiegu ulic Lubelskiej i Krzywe Koło – niektórzy mówią „Magiczne Krzywe Koło”. Tych galerii miałem jeszcze kilka, niemniej ta utrzymywała się do końca. Pomimo wysokich kazimierskich czynszów i gdy ponownie poczułem zew drogi, z innych zrezygnowałem, a tę galerię przejął ojciec.
Ocalił ją, a jego atrakcyjność sprawiła, że wielokrotnie filmowcy użyczali go, by zrobić zdjęcia do jakiegoś filmu. Tak więc galeria była już żydowskim sklepikiem, miejscem gdzie kilka lat przed śmiercią Stanisław Mikulski w mundurze niemieckiego oficera przechadzał się, by następnie wsiąść do samochodu. W tym czasie poproszono mnie o zamknięcie i oklejono wszystko co kojarzyło się ze współczesnością odpowiednimi plakatami. A kilka lat temu galeria za sprawą filmowców-magików stała się gabinetem weterynaryjnym do jakiegoś serialu z Piotrem Fronczewskim i Mateuszem Damięckim. To oczywiście wiązało się z pewnymi przeróbkami. Ekipa filmowa zajęła się wszystkim, łącznie z montażem i demontażem. Atrakcyjnych budynków jest w tym miasteczku cała masa, podobnie jak i galerii – kiedyś liczyłem i wyszło mi, że około setki.
Produkcja filmu polega na tym, że – podobnie jak w sandomierskim „Ojcu Mateuszu” – na miejscu nagrywa się jedynie niezbędne ujęcia, a cała reszta powstaje w Warszawie. Nakręcili więc na zapas ten gabinet, który ponoć do tej pory im służy. Nie wiem, bo nie oglądam telewizji.
Zawsze to jednak jakaś niezapomniana przygoda. I pomimo mojej ponad półrocznej pracy w TVP, zupełnie inna w reżyserii, charakterze i całej tej otoczce. Przez jakiś czas byłem współautorem cyklu filmów dokumentalnych, mam więc porównanie. Przy dokumencie musieliśmy się wyrobić w kilku, a przy serialu trudno policzyć ilość zaangażowanych osób. Inny budżet, inny pr oducent i inne nazwiska. Z pewnością oglądalność filmów dokumentalnych o czyścicielach kamienic cieszy się mniejszym zainteresowaniem, niż telenowela z weterynarzem w tle.
Wróciłem więc do dawnego zajęcia. I jak na razie dobrze mi z tym. Zająłem się też zdrowiem, a zwłaszcza nadrabiam zaległości stomatologiczne. Po ostatniej wizycie u pani stomatolog, mimo że minął tydzień, wciąż skręcam się z bólu. W pewnym momencie był tak ogromny, że musiałem pójść do szpitala, gdzie dali mi zastrzyk. A inna dentystka podjęła się ambitnego zadania rekonstrukcji mojego uzębienia. Efekt barwnego życia, które wcale nie było kolorowe.
Wracając jednak do magii, Kazimierz Dolny ma to do siebie, że jest ona wyczuwalna na każdym kroku. Począwszy od Cyganek na Rynku (gdybym napisał Romki, dostałbym od nich po łbie), próbowałem kiedyś je uświadomić, ale skończyło się na tym, że jedna z nich powiedziała: „Ja jestem Cyganka i jestem z tego dumna”. Cóż mogłem odpowiedzieć.
W trakcie pisania tego felietonu, przypomniało mi się, że napisaliśmy kiedyś ze Zbyszkiem Nitą magiczno-surrealistyczno-abstrakcyjny dramat pt. „Delirium w Kazimierzu”. Ponieważ powstał z pominięciem wydawnictwa, nie ma ISBN. Ot, napisaliśmy, drukarnia wydrukowała i nie bardzo wiedzieliśmy co z tym zrobić, nazwaliśmy to więc wyrób książkopodobny. Zalega więc kilkaset egzemplarzy, których chętnie się pozbędziemy za cenę „co łaska” plus koszt wysyłki. Kontakt przez telefon, redakcję, fb lub maila.
A oto fragment, który jest jednocześnie wstępem:
„Tutaj się wszystko zaczyna i kończy. W Kazimierzu Dolnym. Świat, wszechświat, czarne dziury, historia, teraźniejszość i to co wkrótce się wydarzy. Wszystko dzieje się tu i teraz. W sobotę. Udowadnia to ponad wszelką wątpliwość, i pomimo negatywnej opinii garstki radykalnych historyków, niniejszy apokryf*.
Zaczęło się, gdy na kazimierskim rynku nie było jeszcze studni, w Kazimierzu nie było rynku, między Górą Trzech Krzyży a Wisłą nie było Kazimierza. Góry Trzech Krzyży też nie było, bo chrześcijaństwa nikt jeszcze nie wymyślił. Zamiast Wisły stało puste koryto, w którym zawiązywała się miejscowa koalicja.
W sadzie za Kamienicą Celejowską siedziała dziewczyna i płakała wniebogłosy. Przechodzący nieopodal, znany wszystkim mieszkaniec Dołów Hipolit Pyton, ulitował się nad nieszczęsną. Podszedł do niej i powiedział: Nie płacz Ewka, masz jabola…**
Gdy tylko światowe agencje podały tę informację do publicznej wiadomości, a następnie potwierdziła to CNN, nie zważając na czyhające niebezpieczeństwa***, postanowiliśmy
przyjechać”.
„* Apokryf – tekst niepewnego pochodzenia, wątpliwej autentyczności. Dotyczy utworów o fałszywym pochodzeniu.
** Jabol – Dawny napój owocowy, wytwarzany przez tubylców z miejscowych produktów w nieodległych Kluczkowicach – obecnie nazywany bączkiem, mózgojebem itp. Wśród samic tego gatunku panowało przekonanie, że udział w produkcji tej cieczy mają siły nieczyste. Podejrzenie to potwierdzała duża zawartość siarki. Wyniki dostępne w centrum…
*** Niebezpieczeństwa – Marskość wątroby, ciężka i przewlekła choroba psychiczna, narażenie życia lub zdrowia z powodu niezrozumienia treści przez prawdziwego patriotę. Utknięcie w Kazimierzu na zawsze”.
Do przeczytania za tydzień

Księga Wyjścia (6)

Ballada niekończącej się drogi

Proces trzeźwienia jest długi i wie o tym każdy. No może prawie każdy, bo są jeszcze ludzie, którzy nie wiedzą, że nałóg to choroba I są również tacy – spotkałem się z takimi przypadkami – którzy znając decyzję Światowej Organizacji Zdrowia, że nałóg to choroba ciężka, śmiertelna i nieuleczalna, decyzję tę kwestionują. Ale w kraju, gdzie alkohol traktowany jest jak lekarstwo na wszystko, trudno przeforsować do powszechnej świadomości ten fakt.

Może dlatego jest spora grupa, która nie przyjmuje tego do wiadomości. Bo jak wiadomo, każdy z nas swoje wie. Zwłaszcza na „podblokowej” ławce i nie będzie jakieś WHO mówiło, co jest chorobą, bo co jak co, ale jako społeczeństwo w dwóch dziedzinach jesteśmy nie do przebicia – medycyna i podejrzliwość. Siedzi więc kilku znawców z taką przypadłością wszechwiedzy i zawsze zgadzając się ze sobą – wiedzą swoje. Wiedzą, że najgorszy jest ból „w sobie”, a gdy strzeli w kolanie to do „szeptuchy”, a nie do lekarza; do lekarza to wtedy jak w mostku piecze. Oni na tej ławce doskonale wiedzą, że nie wolno ufać żadnym światowym agencjom, a już WHO w szczególności bo – co zasłyszałem i powtarzam: „wiadomo kto tam rządzi”. Mężczyźni byli w tym wieku, że mogli być wśród tych, którzy w 1968 krzyczeli „na Madagaskar” do odjeżdżających z Dworca Gdańskiego Polaków.
Ludzie chorzy na podejrzliwość są olbrzymią grupą, zwłaszcza w Polsce. Zastanawiam się czy gdyby zjawisko to – w przybliżonej jak w Polsce skali – występowało na świecie, to faktycznie powinno stać się jednostką chorobową. I to całkiem poważnie. Potrafi skutecznie popsuć człowiekowi jakość życia i z pewnością bywa powodem różnych schorzeń psychosomatycznych.
Żeby była jasność, nie piszę o manii czy paranoi, tylko powszechnej na każdym kroku podejrzliwości i nieufności. Ile razy mówiąc komuś, że znajomy wpadnie w czymś pomóc, albo coś załatwi – słyszeliście pytanie: „Ile za to chce? Nic? To na pewno później będzie czegoś chciał”. Nauczyliśmy się żyć w przekonaniu, że każdy na coś czyha, a bezinteresowność to frajerstwo.
Zostawmy jednak podejrzliwych znawców i wróćmy do tematu trzeźwienia i Czytelników, którzy wiedzą, że piszę o chorobie, na którą sam cierpię. Zacząłem pisać o tym, że trzeźwienie jest procesem długim, bardzo długim, a tak naprawdę nieskończenie długim. Trzeźwienie to proces, który nie ma końca. Wymaga ciągłej pracy nad sobą. I już nie tylko chodzi mi o zachowania czy tak zwane nałogowe myślenie. To akurat można przepracować i do pewnego stopnia jest odwracalne. Owszem, wymaga czasu, niekiedy nawet lat i tytanicznej pracy, ale jest to możliwe.
Niespełna trzy lata temu przeszedłem kolejną w swoim życiu terapię, okazała się najskuteczniejszą z dotychczasowych, a mimo wszystko dwukrotnie zapiłem i raz nażarłem się prochów co zakończyło się toksykologią i detoksem. Ale o książkowych etapach wychodzenia napiszę trochę niżej, gdy za chwilę zweryfikuję to z moimi doświadczeniami.
Nie pierwszy raz przechodzę tę drogę i mimo że miałem niekiedy dosyć długie – nawet wieloletnie, okresy abstynencji, a nawet świadomego trzeźwienia, to jeszcze nigdy nie udało mi się przejść jej do końca. Po prostu nie wpadłem dotychczas, że ona najzwyczajniej w świecie końca nie ma. Można odbudować reputację, zdobyć na nowo zaufanie, tam gdzie się da można naprawić szkody czy odbudować rozwalone relacje z bliskimi. To jest możliwe, ale nie należy przyjmować tego jako pewnik. Czasami lepiej coś zostawić, niż chcąc na siłę naprawiać, popsuć do reszty. Pewnych rzeczy zapomnieć się nie da, wyrządzonych krzywd czy wypowiedzianych słów. My nałogowcy, chcąc trzeźwieć, musimy nauczyć się z tym żyć – nawet jeśli boli. I to chyba jedna z najgorszych konsekwencji. Jak nie najgorsza.
Czasami bardzo trudno rozstrzygnąć, co możemy jeszcze nareperować albo odbudować, a czego lepiej już nie ruszać. To wymaga pewnej mądrości, intuicji i wyczucia. Chyba, że olewamy wszystko co za nami, palimy mosty i zaczynamy życie na nowo. Tylko który już raz?
Zaczynając trzeźwieć, zaczynamy zupełnie inaczej patrzeć na świat, jednak problemem większości nałogowców jest to, że świat nie odwdzięcza się tym samym. Wciąż widzą jedynie ćpuna czy alkoholika, nawet jeśli mamy już jakiś tam staż tego niepicia. Musi upłynąć bardzo dużo wody w Wiśle, by otoczenie dostrzegło normalnego człowieka. To akurat jest możliwe i wykonalne. Łącznie z odbudowaniem zaufania bliskich. Ale jak wszędzie i tu jest haczyk – paragraf 22 nałogowca.
Oczywiście – w zależności od stopnia uzależnienia – wymaga to pracy. Jeśli wcześniej wiecznie się spóźnialiśmy, to teraz za wszelką cenę bądźmy punktualni. Jak to w życiu bywa, nawet przy najsurowszej samodyscyplinie, kiedyś w końcu to spóźnienie nastąpi. Autobus, pociąg, taksówka – wszystko może mieć awarię. Gdy minie ustalona godzina to czekający pomyślą, że znowu ich oszukaliśmy, nadużyliśmy zaufania, bo z pewnością gdzieś zachlaliśmy. Wściekli na siebie, że byli tak głupi, że dali się nabrać, że zaufali, szykują się do wyjścia – gdy zziajani wbiegamy na miejsce spotkania, próbując tłumaczyć awarią czy opóźnieniem pociągu. Oczywiście widać, że jesteśmy trzeźwi, a wytłumaczenie wiarygodne, bo prawdziwe. Potraficie wyobrazić sobie co działo się w głowach tych ludzi?
Po kilku latach i to minie, ale wyobraźmy sobie sytuację, gdy jadąc gdzieś mamy wypadek, nieprzytomnego zabierają do szpitala, brak kontaktu z rodziną i zanim pracownik placówki odnajdzie dokument, numer telefonu i powiadomi bliskich, minie ze dwa trzy dni. Jak sądzicie, co rodzina pomyśli gdy już pierwszej nocy nie wróciliśmy do domu? Poszedł pić, to oczywiste. Kolejne noce tylko to potwierdzą. A telefon ze szpitala przyjmą z ulgą i trwogą jednocześnie.
Największym błędem wracających do normalnego świata jest to, że chcą i naprawiają wszystko. Rzucają się w godzenie z ludźmi, których obrazili, przypominają sobie każdą wyrządzoną szkodę, wszystko skrupulatnie spisują i pukają do drzwi, za którymi jest ktoś, kto nie ma zamiaru ich oglądać – niezależnie czy przyszli się kłócić czy przepraszać. To zjawisko równie groźne, bo w końcu przerasta, powoduje frustracje i jest czymś w rodzaju skrajnej abstynencji. Znałem takich ludzi i właśnie oni najczęściej wracali do nałogu. Wracali, a nie zaliczali nawroty, czyli mieli wpadki – to ogromna różnica.
Niespecjalnie zależy mi na opinii i może dlatego łatwo było mi to napisać. Nie jestem też fanatycznym zwolennikiem naprawiania na siłę szkód. To wszystko może człowieka przerosnąć. Dlatego jak pisałem wcześniej, niektóre rzeczy po prostu trzeba olać.
Ludzie nie wytrzymują też tego, że mimo codziennego trudu, włożonej pracy, permanentnej walki z samym sobą, wszyscy traktują ich wciąż jak czynnych nałogowców. Z mrugnięciem okiem pytają – jak zdrówko? Że niby wiadomo o co chodzi, inni z grobową miną – jakby stali na zwłokami – pytają jak długo nie pijesz i jak się z tym czujesz? itp. – są przy tym żenująco zatroskani.
Przykłady można mnożyć i jeśli nie machniemy ręką i zwyczajnie nie zaczniemy tego olewać, to przyjdzie taki moment, że opadną ręce, w głowie pojawi się pytanie: po co to wszystko, po co być trzeźwym, po jaką cholerę się męczę jeśli nic się nie zmieniło? Wcześniej byłem osiedlową atrakcją, a teraz lokalną ciekawostką. Ot i cała metamorfoza. I nogi same poprowadzą do najbliższego sklepu lub dilera. Zwykła pseudo-żartobliwa uwaga sąsiada spowodowała nawrót. Sąsiad myślał, że jest zabawny, nałogowiec, że złośliwy. A błyskawiczny cykl skojarzeń, na wewnętrznej ścianie mózgu – jak obraz z kinowego projektora w 3D – wyświetlił butelkę ulubionego trunku. To wszystko trwało ułamek sekundy. I nogi poniosły…
Tu jest pułapka. Na pewnym etapie uzależnienia alkohol czy narkotyki wcale nie przynoszą ulgi, to po prostu inny rodzaj cierpienia, świadome wejście do świata koszmaru i nie po to, żeby się znieczulić – bo w tej najgorszej fazie uzależnienia alkohol czy inna substancja, która większości sprawia frajdę – nałogowca tylko przytłacza, potęgując koszmar.
Pojawia się więc pytanie: jeśli uzależniony nie czuje już żadnej przyjemności, nie odczuwa ulgi, to dlaczego przerywa trzeźwienie lub abstynencję. Te pojęcia nie zawsze są synonimem, trzeźwienie to oczywiście również abstynencja, ale sama abstynencja nie zawsze jest trzeźwieniem. Wracając do pytania – dlaczego? Skrajny rodzaj masochizmu? Jeśli uda się komuś znaleźć odpowiedź na to pytanie, powinien dostać jakąś wyjątkową nagrodę. Na przykład – z noblowską pompą – Order Uśmiechu – od jakiegoś czasu nagroda Nobla przestała nobilitować, a zaczęła kompromitować. Być może nadejdzie jeszcze czas, że ludzie będą odmawiać jej przyjęcia. A Order Uśmiechu jest jak najbardziej adekwatny, bo chyba nic na świecie nie byłoby w stanie spowodować tylu uśmiechów jednocześnie. Znając bowiem odpowiedź, leczenie byłoby o wiele łatwiejsze i nieporównywalnie skuteczniejsze.
Z pewnością jednym z powodów jest przystosowanie do własnej opinii. Jeśli już widzą w nas alkoholików, mimo że od miesięcy nie pijemy, to przynajmniej niech mówią i myślą prawdę. Ludzie nienawidzą gdy inni mówią na ich temat kłamstwa. To śmiała interpretacja, ale nie można jej wykluczyć
Jest jednak w życiu każdego narkomana czy alkoholika moment, gdy naprawdę czuje się szczęśliwy. Przerabiałem to wielokrotnie, więc doskonale wiem o czym piszę. Trzeba się wcześniej trochę namordować, ale warto. Podejmując decyzję o zmianie dotychczasowego życia, o odstawieniu zażywanych substancji najlepiej zgłosić się z tym do szpitala, gdzie w miarę łagodnie przeprowadzą przez cały ten proces odwirowania, czyli złagodzą zespół odstawienny – kace, głody itp. I jeśli wciąż trzymamy się decyzji o dalszym trzeźwieniu, to przychodzi etap szczęścia – fachowcy nazywają to „miodowy miesiąc”. Wszystko wtedy cieszy, raduje i naprawdę jesteśmy szczęśliwi. Zalewa nas wtedy dopamina, która działa jak narkotyk – niewidzialna tabletka szczęścia, która działa. Niestety, po trzech, czterech, pięciu tygodniach – u każdego chyba inaczej – szlag to wszystko trafia.
Pozbawiony chemicznej ochrony neuronów czy receptorów mózg staje się bezbronny. Przy długoletnim uzależnieniu, mózg przestał sam się chronić, bo zażywane substancje robiły to za niego. Po „miodowym miesiącu” boleśnie zderzamy się ze światem. Z obnażonym i pozbawionym ochrony mózgiem musimy się jakoś skonfrontować z rzeczywistością. Pozornie jesteśmy już trzeźwi, ale mózg płata różne figle: a to szukamy sensu życia, a to wpadamy w chandrę, stres i kompletnie rozwaleni nie radzimy sobie z emocjami. Pojawia się zupełnie irracjonalne poczucie krzywdy, a każda czynność zakończona niepowodzeniem kończy się projekcją butelki w mózgu. Tej samej o której pisałem wcześniej, ale zakładam, że już mamy na tyle świadomości, że potrafimy się temu oprzeć… Nie wszyscy – tylko jedna czwarta z nas na tym etapie nie wraca do nałogu.
Ten stan trwa około trzech miesięcy i specjaliści nazywają go „fazą muru”.
Po tych trzech miesiącach przychodzi „faza przystosowania”. Stopniowo wraca lepsze samopoczucie i zaczynamy wreszcie w sposób realny patrzeć na rzeczywistość. Zaczynamy stabilizować i układać sobie życie.
Po roku do dwóch rozpoczyna się prawdziwe trzeźwienie. Czyli zaczynając terapię teraz, dopiero za dwa lata zaczniemy trzeźwieć. Podobno wszystko wokół się układa i wzrasta wiara w siebie. Można już w zasadzie funkcjonować, podejmując nawet trudne decyzje czy skomplikowane zadania życiowe.
Tak to wygląda książkowo. A u mnie w praktyce? Cholera wie. Tak naprawdę, nie wiem od kiedy liczyć. Jedno jest pewne, gdyby nie moja ostatnia terapia sprzed blisko czterech lat, to gdy po raz pierwszy zapiłem – kilka miesięcy temu – nie rozmawialibyśmy o zapiciu, lecz o ciągu, bo nie przerwałbym po czterech czy pięciu dniach, ale miesiącach. A jeśli pracowałem nad sobą i trzeźwiałem przez pozostały ten czas, to według akademickich teorii nie powinienem próbować popełnić samobójstwa. Podobno nawroty wpisane są w tą chorobę – z czasem są one rzadsze. Być może, ale wiem, że podczas jednego „niegroźnego” i „wpisanego” w proces trzeźwienia nawrotu, potrafię narozrabiać więcej niż wcześniej gdy miesiącami chlałem.

Księga Wyjścia (3)

Ballada o znajomych Goździkowej i bardzo dziwnej godzinie czternastej

To już ostatni raz, gdy piszę o nałogach, postaram się już omijać ten temat, chyba, że będzie to konieczne w jakimś kontekście. Po pierwsze, chyba powoli staję się już nudny i pewnie zmęczyliśmy się nim już wszyscy, a po drugie złapałem się na tym, że zachowuję się jak anonimowy alkoholik, który niby nie pije, ale bez przerwy myśli o niepiciu. Z uzależnienia od wódki przeszedł w równie groźne uzależnienie od pustej butelki.
W tym felietonie zamknę ten temat i zajmę się pisaniem o życiu i procesie trzeźwienia.
Od kiedy pamiętam zajmuję się pisaniem. Zanim pojawiły się pierwsze komputery pisałem na maszynie, nigdy ręcznie. Ten sposób był zarezerwowany jedynie do robienia notatek, skrótowych zapisów z wywiadów, wykładów, konferencji etc. W szpitalu, na oddziale detoksykacji, nie można posiadać laptopów, tabletów, telefonów ani żadnej rzeczy, która do pisania jest. Wszystko zostaje w depozycie. Dlatego musiałem zmienić dotychczasowy system i narzędzia pracy i po raz pierwszy w życiu zacząłem pisać artykuły ręcznie. Przeżyłem szok, ponieważ technicznie wyglądało to tak, że mając mocno ograniczony czas i praktycznie żadnych luźnych notatek, musiałem przygotować i dopracować felieton od razu „na czysto” i przerzucić gotowy tekst na komputer. Potem umawiałem się z terapeutą i mogłem przepisywać w jego gabinecie. Ale nawet jeśli trafił się terapeuta, który nie ograniczał mi czasu pracy, to i tak panował tam ciągły ruch i harmider, wciąż ktoś o coś mnie pytał, czegoś ode mnie chciał. O jakiejkolwiek koncentracji mowy być nie mogło. Marzyłem, że gdy już wyjdę z detoksu, wrócę do domu, siądę do komputera i jak zawsze odpalę kompa, by dać się wchłonąć tworzeniu kolejnych zdań.
Na początku byłem mocno wkurzony tym ręcznym pisaniem. Potem stało się obojętne, zacząłem nawet przywykać, aż w końcu polubiłem. Na tyle, że gdy już w domu siadłem przed monitorem by napisać kolejny felieton, włączyłem sprzęt i na widok pustego ekranu nie potrafiłem nawet zacząć. Pomyślałem, że wcześniej, to znaczy w szpitalu, było jakoś fajniej. Odszedłem więc od komputera, wziąłem zeszyt, długopis i momentalnie napisałem kolejny artykuł. Teraz także przepisuję z notesu i sprawia mi to cholerną frajdę. Dopiero teraz doceniłem formę ręcznego pisania. Chociaż mój charakter pisma jest taki, że sam miewałem niegdyś kłopoty z jego rozczytaniem.
To normalna cecha u nawróconych mańkutów. Urodziłem się leworęczny i gdy tylko matka zorientowała się, że posługuję się „nieprzepisową” ręką, zaczęła przywiązywać mi ją do tułowia, bym stał się normalnym, praworęcznym, niewyróżniającym z tłumu młodzieńcem, który zrobi karierę, podpisując prawą ręką ważne dokumenty. Takie były czasy, że mańkutów traktowano jak odmieńców. Poza bójkami po lekcjach. Tam lewa ręka bardzo się przydawała.
Efekt tego jest taki, że wprawdzie piszę prawą ręką, ale manualnie lewa jest sprawniejsza. Karierę szlag trafił, bo półkule mózgowe mi się popieprzyły. Z tym niewyróżnianiem również nie wyszło i wciąż nie jestem stanie bez wahania odpowiedzieć, która strona to lewa, a która prawa. Zawsze muszę się chwilę zastanowić i spojrzeć na której ręce mam zegarek. Między innymi dlatego go noszę. Bywa, że gdy go nie mam, to mylę kierunki, nawet po zastanowieniu.
Miło było, ale się skończyło – wstęp mam na myśli, bo i tak już jest ciut przydługi, a tematów trochę się uzbierało. Nawet niekoniecznie tych dotyczących trzeźwienia, bardziej uzależnienia, ale do rzeczy.
„Zdrowa” część społeczeństwa i ta trochę mniej „zdrowa” – czyli alkoholicy – zazwyczaj pogardzają narkomanami. Alkoholik w naszej kulturze jest jak najbardziej akceptowalną jednostką. Owszem, z lekkim defektem, ale zaraz pojawią się głosy, no przecież każdy musi sobie czasami dziabnąć kielicha. Alkohol również społecznie usprawiedliwia agresję, wyrządzane krzywdy – bo przecież był dziabnięty i nikt już nie ma za złe wczorajszych wyczynów sąsiada. Może zweryfikuję trochę tę gradację uzależnień i uświadomię niektórym, że również mogą mieć problem. Zacznijmy od znajomych Goździkowej.
Pamiętacie tabletki z „krzyżykiem”, bardzo popularne wśród naszych babć, rodziców, wujków i cioć. Można było kupić je w każdym kiosku pamiętam jak jeszcze w latach osiemdziesiątych kupowałem w kiosku pod blokiem sąsiadce. Poprosiła mnie, bo głupio było jej po raz kolejny kupować, gdy już tego dnia ze dwa razy tam była.
Nasi dziadkowie i rodzice jedli je garściami (nie wszyscy, ale lek był bardzo popularny). Wynalezione jeszcze przed wojną przez polskiego farmaceutę, zawierały uzależniający i bardzo szkodliwy środek – Fenacetynę. Ludzie jedli je garściami, po kilka opakowań dziennie. Sprzedawano go wtedy pod nazwą „Kogutek”. Wynaleziony przez Adolfa Gąseckiego – nazywanego „polskim Noblem” stał się najpopularniejszym na rynku lekiem.
Gdy ci w głowie szumi wódka „Miro”,
masz ból głowy, zębów, grypę też,
przyjmij Kogutka, a wnet troski zginą,
więc po niego do apteki śpiesz.
Słynne są Kogutki Gąseckiego, zna je już wszędzie cały kraj.
Noś je wciąż przy sobie,
świetne są w chorobie,
proszek ten to życia raj.
Tak brzmiał fragment popularnej piosenki. Szeroka kampania reklamowa jawiła je jak cudowny środek na wszystko. „Szczęście, radość, humor w życiu i przede wszystkim zdrowie” – brzmiały reklamy w radiu, prasie i plakatach. Bardziej prawdziwe były słowa poety. Konstanty Ildefons Gałczyński, znany z wyjątkowej skłonności do uzależnień, w wierszu pt. „Muzie nóżki całuję” pisał:
„Kogutek” nie uleczy,
Przyjaciel nie pocieszy,
Uwierz mi.
Co pomoże?
A ja wiem: tu pomoże stary sen,
Stara bajda.
Po wojnie symbol kogucika zastąpił krzyżyk i ponownie rynek zalał on już nie tylko apteki, ale również zwykłe kioski ruchu czy sklepy spożywcze. Lek ten – ze względu na szkodliwość – został wycofany ze sprzedaży dopiero w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Nie ma lepszego klienta firmy farmaceutycznej jak nałogowiec, a że natura nie znosi próżni w miejsce ukrzyżowanego na dobre kogucika zstąpiła Goździkowa. Nikt nie prowadzi badań uzależnionych od tego leku, który poleca sąsiadka. Wiadomo natomiast, że Etopiryna przejęła rynek „tabletek z krzyżykiem”.
Ale OK. Dopóki nie determinuje to życia, nie wpływa na więzi rodzinne, to jest tylko i wyłącznie sprawą nałogowca, czy chce coś z tym zrobić, czy nie. Musi mieć jednak świadomość o tym w co się władował. I że fachowo nazywa się to lekomanią – eufemizm narkomanii. Przypomina mi to trochę nadużywanie słowa „artefakt”, zwłaszcza przez archeologów. Fajnie jest komplikować język branżowy, by postronni czuli się idiotami (nie dotyczy dziennikarzy starej szkoły). Artefakt to synonim zwykłego przedmiotu, jakiejś zrobionej przez człowieka rzeczy typu papier toaletowy. Ale znaleziony przez badaczy średniowieczny nocnik nie zostanie nazwany przedmiotem, tylko artefaktem. Niby to samo, a o ile lepiej brzmi. Podobnie jest z uzależnieniami.
Alkoholicy gardzą ćpunami sądząc, że są kimś lepszym, bo zażywają legalny narkotyk, jakim jest alkohol. Konsumenci Etopiryny gardzą jednymi i drugimi – drugimi bardziej. Lekarz wie lepiej, bo był na sympozjum finansowanym przez firmę farmaceutyczną, uwierzył i stracił prawo wykonywania zawodu. Przedwojenny nocnik wierzy, że jest lepszy od papieru toaletowego, którego nikt nie nazwie artefaktem, choć zgodnie z definicją tego słowa papier toaletowy jak najbardziej zasługuje na to zaszczytne określenie.
Wracając jednak do naszej Goździkowej, której imienia chyba nikt nie zna Poczytałem trochę fora internetowe i okazuje się, że jej sugestia jest bardzo skuteczna. Zrozpaczone rodziny piszą: – zwłaszcza dzieci i wnuki miłośników Etopiryny, dla których stała się ona zamiennikiem „tabletki z krzyżykiem” – że ich rodzice i dziadkowie kupują po kilka opakowań dziennie, wydając skromne emerytury i już nawet na czynsz nie wystarcza.
Jeśli nie możecie zasnąć, lekarz zapisze tabletki, które – jak twierdzi – nie uzależniają, takie na bazie Zoplikonu. Jest ich cała masa, więc nie będę wymieniał. Działają dokładnie na te same receptory w mózgu co benzodiazepiny. Faktycznie, nie uzależniają tak szybko jak relanium, ale jednak. Pisałem już kiedyś, że podczas jednej z terapii był ze mną lekarz psychiatra, który się od nich uzależnił, ordynator opowiadał mi o innym lekarzu, który również uwierzył przedstawicielom medycznym, wziął udział w konferencji, dostał laptopa albo markowy zegarek.
Podczas tej konferencji cała masa profesorów przekonywała, że lek ten nie uzależnia. Młody doktor wziął laptop lub zegarek, które hojnie przedstawiciele koncernu rozdawali, poznał nowych kolegów po fachu podczas wystawnej jakiejś kolacji w luksusowym hotelu i wrócił do swojej kliniki.
Skoro lek ten nie uzależnia, jak przekonywali profesorowie, a praca lekarza w klinice jest zmianowa, to by odespać nocną zmianę, lub przespać minimum pięć godzin przed kolejną nocką regulował to sobie właśnie Zoplikonem. Możliwość takiego regulowania w przypadku pracy zmianowej jest czymś bardzo cennym. Ponieważ jednak tolerancja na lek rosła, a jednak sen przed nocnym dyżurem był w jego mniemaniu ważny, zwiększał jego dawkę. Nie dało mu do myślenia gdy pojawiły się pierwsze kłopoty w pracy, a to zaspał, a to mimo tego, że wcześniej spał, to podczas dyżuru chodził nieprzytomny, nie pamiętał o czym rozmawiał z ordynatorem itp. W końcu łykał tabletki niezależnie od tego, czy miał spać czy też nie. I tak przestały działać, ale nie mógł się bez nich obyć. Gdy tracił prawo wykonywania zawodu, łykał już ich ponad czterysta w ciągu jednego dnia. Dobrze napisałem – czterysta, a nie czterdzieści. Zoplikon ma jedną zaletę, według producentów nie ma dawki śmiertelnej – pewnie dlatego wciąż żyje.
A przecież był mądrzejszy od Goździkowej i całej tej bandy degeneratów. Nie wiem, jak było z benzodiazepinami, które w jakimś stopniu zastąpiły mocno uzależniające barbiturany. Już chyba w Polsce jedynym barbituranem jest Luminal. Być może wtedy też różni profesorowie podczas prelekcji przekonywali, że benzodiazepiny nie uzależniają. Teraz opowiem Wam o głodzie przy odstawieniu benzodiazepin – Relanium, Clonazepamu i tysiąca innych.
Wielu nałogowców jest już tak zmęczonych braniem, piciem, zdobywaniem, że ma dość swojego uzależnienia i wręcz go nienawidzi. To, co kiedyś sprawiało radość, po jakimś czasie częstuje koszmarem. Jednak cholernie trudno skutecznie z tego wyjść. Niekiedy jest to niemożliwe.
Opowiem Wam, jak kiedyś próbowałem sam je odstawić. To najtrudniejszy do wyjścia lek – a właściwie narkotyk. Nawet z heroiny łatwiej wyjść. Z helupy można wyjść już po tygodniu, koszmar do pewnego momentu eskaluje, przychodzi punkt krytyczny i następnie każdego dnia jest lepiej.
Przy prochach jest inaczej. Koszmar ciągnie się tygodniami. To kumulacja lęków, zaburzenia synchronizacji, boli wszystko, nawet to, co nie ma prawa boleć. Bolą włosy, bolą kończyny, których nie ma i nigdy nie było, ból fantomowy wokół całego ciała. Potworny ból połączony ze skumulowanymi lękami zebranymi z całego życia. Receptory zostają pozbawione naturalnej ochrony, bo przez lata chronione były farmakologicznie. Tu nie ma punktu krytycznego, przesilenia, które by następnego dnia zaczęło poprawiać samopoczucie, dawać ulgę. To jest o tyle dziwne, że głód przechodzi nagle Po kilku tygodniach znika. Owszem, jeszcze przez jakiś czas da się odczuć skutki, ale w porównaniu z tym, co było wcześniej, są one prawie niezauważalne.
Pamiętam, jak któregoś z tych właśnie dni walki z prochami, leżałem zwinięty w takim koszmarze, czekałem wieczora, nie wiem dlaczego czekałem do tego wieczora, bo i tak zwykle występuje wtedy bezsenność. Wmówienie sobie czekania jest też pewną formą obrony przed tym cierpieniem. Uczepiłem się nadziei, że wieczór przyniesie ulgę. Z ogromnym trudem odwróciłem głowę, by zobaczyć która godzina. Zegar pokazywał czternastą,. Ponownie zaległem trzęsąc się z zimna i jednocześnie dusząc z gorąca – fenomen znany jedynie nałogowcom: jednoczesne odczuwanie przeraźliwego zimna i nieznośnego gorąca. I nie mam na myśli zimnych potów, to zupełnie inne uczucie. Leżałem więc czekając tego wieczora, minęły może dwie lub trzy godziny, gdy znowu odwróciłem się, by sprawdzić ile do tego wieczora jeszcze zostało. Ledwo udało mi się podnieść głowę, by spojrzeć na zegarek – wciąż była czternasta. Nie minęła nawet minuta. Trudno uwierzyć w taką pracę mózgu, w takie tempo. Byłem pewien, że minęło kilka godzin, a nie upłynęła nawet minuta. Benzodiazepiny to spowalniacze, pozbawiony ich mózg działał z prędkością światła. Tej farmakologicznej ochrony też go pozbawiłem. Jak długo trwała wtedy dla mnie doba dodając do tego bezsenność? Potraficie sobie to wyobrazić? Ten koszmar mija po dwóch, trzech, a czasami czterech tygodniach. Oczywiście, nie wytrwałem. W końcu kupiłem klony i życie wróciło do normy, a ja poczułem się normalnie i nawet obiad zjadłem, a zegarek nabrał normalnego tempa.
Gdyby słynni z wymyślnych tortur Japończycy mieli czas na uzależnienie jeńców, z pewnością tego rodzaju tortura znalazłaby się w ich szerokim wachlarzu sprawiania bólu. Kilka sekund, podczas których w głowie upływa kilka godzin skumulowanych lęków, rozważań, paraliżującego strachu i obsesyjnych myśli.
W poprzednim odcinku obiecałem, że zdradzę wreszcie, czym przekonałem ordynatora, że po wyjściu ze szpitala nie zalegnę w powolnej agonii, odliczając czas do kolejnego przyćpania. Znaczną część życia spędziłem w Kazimierzu Dolnym – to Mekka wszelkiej maści artystów, malarzy, rzeźbiarzy i twórców jakichkolwiek. Ponieważ urodziłem się i wychowywałem w Puławach, Kazimierz był moim drugim podwórkiem, tym bardziej, że ojciec jest malarzem i sprzedawał tam swoje prace. Trudno więc bywać w tym miasteczku i nie pomazać się farbą. Dosłownie i metaforycznie. Miejsce to zaraża sztuką, a gdy przestanie, to mieszkańcy wystawią czwarty krzyż na Górze Trzech Krzyży. Trzy pierwsze postawiono po epidemii cholery w 1708 roku. Czwarty upamiętniający epidemię sztuki jeszcze nie powstał.
Gdy siedziałem kiedyś na Rynku, zaczepił mnie jakiś turysta. Zapytał co symbolizują te krzyże, bo przyjechali grupą, a jemu nie chce się iść na górę żeby przeczytać. Żeby więc wyjść z twarzą przed znajomymi postanowił zapytać miejscowego o co w tym chodzi. To było kilkanaście lat temu, gdy jeszcze nie było smart fonów i nie mógł wyguglować. Internetu na zawołanie też nie było.
Odpowiedziałem mu, by jednak wszedł na górę i przeczytał, że są tam tabliczki i wszystkiego się dowie. Był bardzo nachalny, więc postanowiłem opowiedzieć mu historię Góry Trzech Krzyży.
Kupił po butelce piwa, siedliśmy na rynkowym murku naprzeciwko omawianej góry. Z poważną miną zacząłem od panującego niegdyś i bardzo powszechnego analfabetyzmu. W wiekach średnich niewielu poznało sztukę rozpoznawania liter, a ponieważ Kazimierz był bardzo ważnym miastem tranzytowym „bursztynowego szlaku”, na rynku urzędowali rejenci, kupcy, spedytorzy i cała masa handlowców. Spisywano tam wszelkie umowy. Jeśli kupiec zawierał umowę z drugim kupcem, czy wynajmowali spedytora, by Wisłą spławił towar do Warszawy lub Gdańska, wstępnie szczegóły omawiali w pobliskim wyszynku. Obaj jednak najczęściej byli niepiśmienni, więc po wstępnych ustaleniach szli do specjalnego kramu rejenta, który taką umowę im przygotowywał. Wymagała ona jednak podpisu stron, podpis miał określony wzorzec – trzech krzyżyków. To także niektórym, zwłaszcza tym, którzy pióro trzymali w ręku raz na kilka lat, sprawiało problem. Żeby ułatwić formalności i by nie dochodziło do nieporozumień włodarze grodu postanowili ustawić obowiązujący wzór w punkcie widocznym z każdego miejsca rynku, a właściwie prawie całego Kazimierza. Najbardziej widoczne było właśnie to wzgórze. Od tego czasu kupcy, rejenci i spedytorzy mieli ułatwione zadanie, nikt nie mógł się wyłgać, że podpis jest nieważny, bo krzyżyki
źle zakreślono.
– Oto historia Góry Trzech Krzyży – zakończyłem opowieść turyście, który uwierzył, bo szczerze mi podziękował częstując kolejną butelką piwa. A ja byłem zdumiony, że w tak szybkim tempie wymyśliłem tak absurdalną historyjkę i bez zająknięcia oraz błędów logicznych udało mi się dosyć ciekawie ją opowiedzieć, ku uciesze turysty, ale mojej znacznie większej. Zastanawiałem się nad miną jego towarzyszy gdy powtórzy im tę historię.
Wracając jednak do mojego zajęcia – postanowiłem robić to, co robiłem, gdy wróciłem z wojny w byłej Jugosławii. Zająłem się handlem sztuką. Wtedy było łatwiej, bo zaczynałem latem i mogłem rozstawić się z obrazami i rzeźbami na Dużym Rynku. W tamtych czasach obrazy sprzedawały się na tyle dobrze, że wynająłem lokal i otworzyłem galerię. Teraz prowadzi ją znacznie lepszy malarz ode mnie – czyli mój ojciec. Postanowiłem jednak pomóc mu w prowadzeniu galerii i jeździmy tam zamiennie. A ja obok komputera postawiłem sztalugi, by znowu zacząć malować. To jak z jazdą na rowerze. Tego się nie zapomina.

Księga Wyjścia (2)

Ballada w sam raz na początek nowej serii

Są rzeczy, do których nigdy nie przywiązywałem wielkiej wagi. Z pewnością należą do nich pieniądze. Chociaż to cecha występująca również sporadycznie w „zdrowym” społeczeństwie, to charakteryzuje ona głównie nałogowców. Typowe ćpuńskie „jakoś to będzie” jest w tym środowisku czymś zupełnie normalnym. Człowiek uzależniony jest w stanie ogarnąć jako tako świat do momentu, w którym przygrzeje lub osiągnie swoją fazę. Dopiero wtedy zaczyna planować, a raczej kombinować, co dalej, bo faza niebawem się skończy, trzeba więc wymyślić sposób zdobycia czegoś, co pozwoli dalej być w błogim świecie. No ale wiadomo „jakoś to będzie”.
Dla mocno zdesperowanego nałogowca brak pieniędzy nie jest problemem. Wystarczy wyskoczyć do najbliższej perfumerii, by zwędzić flaszkę markowych perfum, które z miejsca kupi pierwszy lepszy taksówkarz. Dalej niż do najbliższego strzału wyobraźnia przeciętnego narkomana nie wybiega. Są oczywiście wyjątki – to tacy, których uzależnienie już tak zmęczyło, że starają się za wszelką cenę uciec od niego myślami. Zwykle są to ucieczki w twórczość jakąkolwiek, może to być muzyka, rysunek, poezja, proza, ale również ogród czy kwiatki doniczkowe. Chociaż do końca uciec się nie da, ale próbować można. Z pewnością pomoże to podczas terapii i świadomego trzeźwienia.
Bywają dni, wprawdzie rzadko, ale jednak, gdy na rynku nie ma na towaru. W momencie krytycznym, czyli na głodzie, byłoby to tragedią, ale od czego są apteki? W razie posuchy na bajzlu, można kupić dragi u sympatycznej pani magister w najbliższej aptece. I to bez recepty. Wtedy ponownie przychodzi spokój i wraca stara dobra maksyma „jakoś to będzie”.
Ostatnio dużym powodzeniem cieszy się fentanyl – substancja sto razy silniejsza od morfiny (!). To na jej bazie produkuje się plastry przeciwbólowe dla chorych na raka. Ponieważ jednak jedno prawidłowe użycie przez chorego na nowotwór pacjenta, pochłania jedynie trzydzieści procent fentanylu, narkomani wzięli się na sposób i przegrzebują śmietniki w okolicach szpitali i hospicjów, by wygrzebać zużyte plastry i wyrzucone plastry. Te pozostałe siedemdziesiąt procent to prawdziwy skarb.
Zeskrobują fentanyl z noszonego przez kogoś plastra. Narkotyk ten jest cholernie silny, a wygrzebany ze śmietnika, to nie trzeba za niego płacić. Świadomość, że ktoś nosił to na przepoconym ciele nikomu nie przeszkadza. Jeśli narkoman chce przygrzać dożylnie i zabraknie mu wody do rozcieńczenia, bez wahania nabierze w strzykawkę wodę z kałuży, którą następnie wbija sobie w odnalezioną żyłę. Widziałem takie przypadki.
Nawet chwilowy brak kasy nie powoduje jakiejś głębszej refleksji, żeby zweryfikować myślenie „jakoś to będzie”. Zresztą, nie tyle o pieniądze tu chodzi, lecz towar. Cóż da największy nawet majątek, jeśli nie ma na rynku towaru, a apteki zamknięte. Pieniądze nałogowcowi potrzebne są jedynie na kupno tego co akurat zażywa, więc same w sobie wartości nie mają, są jedynie narzędziem do zdobycia narkotyku. Ale działa to również w drugą stronę. Człowiek uzależniony, nawet jeśli zostanie pozostawiony bez grosza, w zupełnie obcym mieście prędzej czy później – raczej prędzej – zorganizuje sobie towar lub alkohol. Tego fenomenu jeszcze nikt nie potrafił wytłumaczyć.
Wielokrotnie pytacie mnie ile dostaję za felieton w „DT”. Gdy odpowiadam prawdę, mam wrażenie, że nie wierzycie. Miałem nawet na detoksie sytuację, że Marta – bohaterka jednego z felietonów – zażądała ode mnie 300 złotych twierdząc, że dostałem za felieton o niej sześć stów.
Otóż nie dostaję za te artykuły ani grosza. Po pierwsze to ja zaproponowałem redakcji współprace, a po drugie żeby zarobić w „DT” jakieś pieniądze, trzeba zaangażować się w pracę redakcyjną – a ja tylko piszę felietony. Owszem, kilkanaście lat temu dostawałbym całkiem niezłą wierszówkę, ale czasy się zmieniły.
Będąc jeszcze w Anglii zadzwoniłem do red. nacz. Piotra Gadzinowskiego i zaproponowałem mu swoje felietony. Ucieszył się, ale uprzedził, że nie mają budżetu na wierszówki. Znamy się od lat, pracowaliśmy razem w tygodniku „NIE” – szczerze uprzedził mnie, że nie stać ich na wierszówki dla publicystów, zaproponowałem więc, że będę pisał nieodpłatnie. Pisanie to mój nałóg, mogę go więc uprawiać bez pieniędzy. Bez pieniędzy, ale w świetnym towarzystwie, wśród ludzi, których lubię i cenię – zarówno Piotrka Gadzinowskiego jak i Grześka Walińskiego, wiedziałem, że nie będą ingerować w moje teksty, dlatego ucieszyło mnie, że doszliśmy do porozumienia.
Obecnie coraz więcej gazet przestaje płacić autorom, wyjątkiem są prawicowe, wysokonakładowe i dotowane w różny sposób przez państwo periodyki i niektóre portale internetowe. Poza tym prasa papierowa biedą stoi. W porównaniu ze złotą dekadą lat dziewięćdziesiątych, gdzie pisaniem zarabialiśmy krocie, przyszedł czas posuchy, a żyła złota nagle się urwała.
Nie wiem czy jest to wina Internetu, czy tekstów, których czasem jakość jest niżej poziomu, zarówno warsztatowego jak i merytorycznego, a często – aż wstyd przyznać – ortograficznego. Jeśli przypadkiem wpadnie mi w ręce jakakolwiek gazeta, z przerażeniem czytam teksty, które – pomijając wartość merytoryczną – bo nie jestem w stanie zweryfikować, czy opisane zdarzenie miało miejsce – wszystkie informacje pisane są jednakowo, pewnego rodzaju kalką. Czasami różni je jedynie ilość błędów ortograficznych i nazwiska wymienionych lokalnych polityków, czym przypominają raporty policyjne, z których niejednokrotnie mieliśmy ubaw.
Współczesne dziennikarstwo prasowe opiera się na kombinacji kilkudziesięciu słów, które wystarczy dopasować do jakiegoś wydarzenia.
Pozostaje mieć nadzieję, że to zjawisko przejściowe. Nie wyobrażam sobie również dobrego reportażu czytanego na monitorze, podobnie jak nie mogłem przywyknąć do czytania książek na kindlu. Ale to przez sentyment do papierowych wydań.
Jestem pewien, że żaden portal internetowy nie jest w stanie zagrozić naprawdę dobremu reportażowi gazetowemu – bo w kwestii newsów nawet nie warto się ścigać – sieć zawsze wyprzedzi papier. Dlatego siłą prasy drukowanej są właśnie reportaże, felietony i wszystko co można nazwać publicystyką, czyli teksty ponadczasowe o wysokim poziomie literacko poznawczym.
Pozytywem tej nędzy finansowej jest to, że oczyści rynek z autorów, którzy przyszli do tego zawodu dla kasy – która jak już wspomniałem w latach dziewięćdziesiątych była całkiem spora – już pomału się wykruszają i zostają pasjonaci, ludzie, którzy bez pisania nie potrafią żyć. A czytelnik mając więc do wyboru marnej jakości tekst, którego źródłem są wpisy w socjal mediach, czy post napisany przez człowieka, który nie potrafi zweryfikować informacji, nie ma warsztatu, ani specjalnego pojęcia o pisaniu i ortografii z perfekcyjnie przygotowanym przez zawodowców tekstem prasowym – prędzej czy później ponownie sięgnie po papierowe wydania i ponownie, jak jeszcze kilkanaście lat temu, w pociągach czy autobusach zobaczymy ludzi wertujących z wypiekami na twarzy kolejne strony ich ulubionych gazet. Żeby prasa papierowa nie umarła śmiercią naturalną potrzebni są profesjonalni pasjonaci, którzy zamiast pytania: ile dostanę za ten artykuł? Zapytali: na kiedy mam przysłać tekst? Oczywiście, z czegoś trzeba żyć i to, że znalazłem jedną pozytywną cechę nie oznacza, że jestem zwolennikiem pisania za darmo.
Zwróćcie uwagę jak długo można pisać, o tym że nie biorę z „Trybuny” kasy. A mógłbym skwitować to jednym zdaniem, zamiast poświęcać temu większość miejsca na stronie. Wydało mi się to jednak o tyle ważne, że musiałem o tym napisać.
Ale do rzeczy, czyli wątku głównego, dorosłego niemowlęcia – czyli nałogowca, który wychodząc z detoksu opuścił bańkę ochronną zupełnie jak noworodek łono matki.
Gdy tylko jako tako uporałem się z urządzeniem na nowo mieszkania, wciąż jednak wydawało się obce. Przyszedł moment by zadać sobie pytanie – co dalej? Zanim dojdę do moich ustaleń z ordynatorem, opiszę kilka wspomnień, które miały wpływ na obrany teraz kierunek.
Moim priorytetem jest oczywiście wydanie kolejnej książki, poskładanie setek, jak nie tysięcy notatek. Od ostatniej terapii, poprzednim żmudnym wychodzeniu z dna, przez pracę w Anglii, pierwsze zapicie we Francji i powrót do kraju. Czyli mozolny proces trzeźwienia zakończony fiaskiem. Tym razem piszę, by już więcej wpadki się nie zdarzały.
Ustaliliśmy z lekarzem, że książka to zbyt duże przedsięwzięcie i żebym zaczął od drobnych kroków, małych sukcesów. O książce oczywiście nie zapominając, wiem z doświadczenia jakie to ogromne wyzwanie. Pomijając już stronę techniczną – czyli poskładanie i segregację wszelkich notatek, uzupełnienie ich i połączenie w logiczny ciąg, potem korekta, projekt okładki, zdobycie kasy na wydanie no i znalezienie wydawcy, kwestie formalne itp. A to naprawdę nie jest łatwe.
Skupiając się jedynie na książce byłoby to zajęcie pasjonujące, pochłaniające w całości, ale na zasadzie zrywów. Kilka dni pracy po dwadzieścia godzin i potem kilka dni gapienia się w sufit w oczekiwaniu na odpowiedź, propozycje czy projekty. Potem kolejny zryw, wybór okładki, korekty, umowa i znowu kilkutygodniowy zastój w oczekiwaniu na pierwszy egzemplarz.
Według ordynatora warunki idealne, bym wpadł w kolejny ciąg, zwłaszcza ten okres oczekiwania i niepewności. Z hardkorowej 20-godzinnej pracy, wyhamowanie do dwutygodniowego „nic”.
Musiałem wymyślić coś innego. Powrót do zawodu również odpada. Po pierwsze rynek pracy dla dziennikarzy skończył się kilka lat temu i co chwilę nawiedzają redakcje mniej lub bardziej znani, szukający zajęcia, dziennikarze i publicyści. Skończyły się już etaty w redakcjach, jedyne na co można liczyć to ryczałt i wierszówkę – czyli honorarium autorskie za napisany artykuł. Ale jedynie w niektórych redakcjach, a tak się składa, że z różnych przyczyn do tych drzwi nie zapukam. Zresztą z każdym rokiem te kwot są niższe. Poza tymi, które przejęły wszelkie ogłoszenia państwowe z „Wyborczej”, te redakcje mają kasę i to niezłą.
Jeśli podobnie jak ja, nie jestem w stanie pokonać odrazy do pisania we wspomnianych periodykach, część moich znajomych zdecydowała się pisać za darmo, nie tylko po to, by ich głos został usłyszany. Ale jeśli ktoś ma to we krwi i nie podchodzi do tego cynicznie, to bez pisania nie może już żyć.
Mógłbym oczywiście zaangażować się w pracę ściśle redakcyjną w „DT” – to pewnie wiązałoby się z jakimś wynagrodzeniem, ale utrudniłoby pisanie felietonów – a to jest dla mnie ważniejsze. Zarówno ja, jak i część czytelników zdążyliśmy się do nich przyzwyczaić. Okazuje się, że teksty te dostarczają nie tylko rozrywkę, ale pomagają, wspierają tych, którzy podobnie jak ja, starają się wyrwać z błędnego koła uzależnień.
Dostaję sporo wiadomości na moją prywatną skrzynkę Fb – dużo w nich ciepła i wdzięczności. Niektórym otwiera to oczy, że nie są sami z tym problemem. Nie mogę więc zrezygnować, ale też nie będę silił się na analizę nałogów i nie zamierzam skupić się jedynie na nich. Zamiast zastanawiać się jak żyć, zacznijmy żyć. Tak po prostu, żyć.
Długo zajęło mi znalezienie zajęcia, które spełniłoby terapeutyczne kryteria zalecone przez ordynatora.
Usiłowałem przypomnieć sobie co w swoim życiu robiłem. Przeleciało mi przez głowę wszystko, łącznie z domem kultury, w którym byłem instruktorem, przez budowę domów i układanie dachówki w Szwecji. Przypomniałem sobie, że już raz byłem w podobnej sytuacji. Po powrocie z wojny w byłej Jugosławii przestałem pisać. Wszystkie krajowe tematy, wszelkie rewelacje, wydawały mi się miałkie, banalne i niewarte pisania. Po tym co widziałem w Serbii i Kosowie, żaden temat nie był w stanie mnie porwać na tyle, by chociaż z grubsza o nim napisać. Zresztą nie potrafię pisać z „grubsza” i na odczepnego. Do pisania wróciłem dopiero po dziesięciu latach. Jeśli nie czuję tematu, zwyczajnie się za niego nie zabieram. Jestem reporterem i najlepiej czuję się w reportażu wcieleniowym. To styl „nowego dziennikarstwa” – promowanego przez Ryszarda Kapuścińskieego, by mieszać formy. Tak naprawdę, większość moich felietonów można zakwalifikować jako reportaże i w tej narracji chciałbym pozostać pisząc kolejny cykl. Tu nie tyle umysł co emocje i wrażenia są autorem tekstów. Oczywiście istnieje wtedy ryzyko popełnienia jakiegoś drobnego błędu – choćby w liczbie uczestników tej czy innej imprezy, ale właśnie nowoczesne dziennikarstwo polega na oddaniu ducha, charakteru opisywanego zdarzenia. Niekoniecznie najważniejsze jest, żeby pytać organizatorów o dokładną liczbę uczestników. Błędy te są jednak marginalne i nie mają wpływu na sens, klimat i atmosferę – czego nie odda suchy tekst. Dlatego według mnie są bardziej prawdziwe, bo zabierają czytelnika w opisywane miejsce. Nie tylko autor, ale czytelnik poznaje empirycznie atmosferę zdarzenia.
Chyba rozpisałem się o technice i kulisach pracy, która jest jak na razie poza moim zasięgiem. Oprócz „Dziennika Trybuna” z którym łączy mnie sentyment („Trybuna” była pierwszą redakcją, z którą zacząłem współpracować), a tak się złożyło, że obecny zespół składa się w większości z moich znajomych i przyjaciół.
No i wciąż nie napisałem czym wypełnię sobie czas, czym przekonałem ordynatora. Zrobię to już w kolejnym odcinku.

Księga Wyjścia (1)

Wraz z opuszczeniem szpitala zakończyłem cykl „Korespondencji z piekła”. Dziękuję za okazane mi wsparcie, komentarze utwierdzały mnie w tym, że to, co robię ma sens. I to podwójny Po pierwsze – ponownie rozpocząłem syzyfową drogę trzeźwienia, a po drugie – świadomość, że te felietony są czytane dodawała mi sił i determinacji. W dużej mierze dzięki temu udało mi się przetrwać na detoksie ponad dwa miesiące. To, że kończę ten cykl nie oznacza, że przestanę pisać. Piekło w przedniej serii felietonów wcale nie określało detoksu – a przynajmniej nie tylko. Prawdziwe piekło to uzależnienie, z niego nie da się wyjść, ale można wychodzić, chociaż to droga bez końca, ważne by nie zawrócić. Może w tym tkwi sekret trzeźwienia?
Zapraszam więc do kolejnego cyklu – „Księga wyjścia” – jeśli dotychczas Was nie zanudziłem, to może przejdziecie się ze mną? Razem będziemy wychodzić zaczynając tę drogę od zera, chociaż mam nadzieję, że uda się coś odbudować. Ale muszę przygotować się na to, że po raz setny zaczynam życie od nowa.
Pokonać kolejne wyzwanie, wyjść na prostą i poradzić sobie z pokusami odświeżonego abstynenta. Po raz enty przyjdzie mi stoczyć walkę, która za każdym razem jest trudniejsza. I którą zawsze przegrywałem, nawet, jeśli kilka lat udawało się wytrwać, to i tak przychodził moment, w którym nałóg zwyciężał.

Cały piątkowy poranek spędziłem na pakowaniu i załatwianiu wszelkich formalności związanych ze szpitalnym wypisem. Cały czas jednak towarzyszył mi lęk wyjścia. Na oddziale byłem pod ochroną. Teraz przyjdzie mi się zmierzyć ze zwykłym życiem i wszystkimi jego zagrożeniami. Oczywiście, większość czytelników wzruszy ramionami, bo przecież „zwykłe” życie to codzienność. W przypadku nałogowca wygląda to trochę inaczej. To jakbym dopiero się urodził i od razu wskoczył w problemy dnia codziennego, pomijając okres niemowlęcy, dziecięcy czy dojrzewania. Fakt, potrafię już chodzić i mówić, ale w wielu przypadkach terapia byłaby skuteczniejsza, gdybym i tego musiał nauczyć się na nowo.

Są dwie możliwości po wyjściu z detoksu – dojrzewanie w systemie eksternistycznym, lub syndrom spuszczonego ze smyczy psa, czyli powrót do świata, w którym nałogowiec czuje się najlepiej i który już zna, choć tak naprawdę ten świat nie istnieje. W drugim przypadku wszystko działa jak trzeba dopóki są pieniądze. Gdy zaczyna ich brakować, zaczynają się kłopoty. Najpierw delikatne skręty, – bo początkowo ktoś czymś poratuje. Potem jest gorzej i zazwyczaj kończy się na drobnych kradzieżach, by zdobyć pięćdziesiąt złotych na ćwiartkę heroiny. Największą popularnością cieszą się markowe perfumy, łatwo ukraść i jeszcze łatwiej sprzedać. Widziałem na detoksie jak niektórzy trenowali tricki i wymyślali nowe patenty kradzieży. Niektóre naprawdę sprytne.

Już nie pierwszy raz leżałem na tym detoksie. Wcześniej jednak z radością opuszczałem oddział, tym razem było odwrotnie. Mógłbym wprawdzie jeszcze ten pobyt przedłużyć, ale wiedziałem, że i tak prędzej czy później przyjdzie ten dzień, gdy będę musiał zderzyć się z rzeczywistością. W szpitalu niby też funkcjonuje podziemie, ale jest sporadyczne i słabo zorganizowane. Ze względu na częste kontrole, przerzuty są rzadkością, a jedyne co można kupić to Clonazepam czyli popularne „klony” i czasami – od wielkiego dzwonu i za horrendalną cenę – Metadon. Zresztą klony też osiągają tam bajońskie ceny. Jeśli już komuś uda się przemycić, to zwykle trzyma je dla siebie. Najwięcej chyba przemycił R. o którym pisałem w ostatnim odcinku „Korespondencji z piekła”. Znaleziono przy nim prawie sześćdziesiąt tabletek, ale ile zdążył wydać na Metadon dla małolaty – trudno oszacować Pewnie drugie tyle.

Pozałatwiałem wszelkie formalności, ordynator zaproponował mi, bym w razie potrzeby przyjeżdżał na suchy detoks, czyli jeśli zaczną się objawy, które już potrafię rozpoznawać, bym położył się na kilka dni. Trochę mnie to uspokoiło, ale i tak musiałem opuścić tę bańkę ochronną.

Pożegnałem się ze wszystkimi i w drogę. Musiałem jeszcze pojechać do centrum po Suboxon. Jest on wydawany w specjalnym punkcie dla tych, którzy zakwalifikowali się na program. Wydają tam również Metadon. Niedaleko punktu funkcjonuje największy bajzel – pierwsza pokusa. Można kupić tam wszystko, z heroiną włącznie, albo przede wszystkim.

To jednak jedyne miejsce w którym mogłem odebrać Suboxon. Załapałem się na program i nie zamierzam z niego rezygnować. W punkcie wydano mi dwutygodniową rację leku. W poczekalni spotkałem kilku znajomych, którzy odbierali Metadon.

Początkowo również chciałem wejść na program metadonowy, jednak lekarz przekonał mnie, że w moim przypadku Suboxon (utronorfina) będzie lepszy.

Nie każdemu ten lek odpowiada. Metadon, dopóki organizm nie przywyknie, daje fajnego kopa, można go bezkarnie mieszać z innymi narkotykami, a co najważniejsze, cieszy się ogromnym popytem na czarnym rynku. To doskonały narkotyk dla tych, którzy nigdy nie brali heroiny, dlatego handel tą substancją kwitnie, zwłaszcza w Warszawie.

Niektórzy celowo starają się załapać na program, nie by zastąpić fentanyl, heroinę, morfinę czy inne opiaty, ale by nim handlować. A zarobione pieniądze wydać na narkotyk właściwy, głównie na helupę (heroina).

Suboxon nie jest psychoaktywny, można po nim nawet legalnie prowadzić samochód. Niweluje skręta i nie toleruje innych narkotyków. Działa trochę jak wszywka dla alkoholika. Zażycie jakiegokolwiek narkotyku przy jednoczesnym stosowaniu Suboxonu od razu powoduje mega skręta. I to nie do zaleczenia. Głód narkotykowy w najgorszej jego postaci. Mimo, że sam jest zaliczany do opiatów, to jego zadaniem jest jedynie zapchanie receptorów pozostawiając umysł i ciało w pełnej trzeźwości.

Pomijając zyski z handlu Metadonem, nie każdemu odpowiada uczucie organicznej trzeźwości. Dlatego właśnie ta substancja, a nie Suboxon cieszy się większym powodzeniem.
Żeby jednak być sprawiedliwym, muszę dopisać, że niewielu uczestników programu zajmuje się handlem. Chyba, że w takim celu udało im się na program wkręcić. Większości uzależnionych dawki, które dostają wystarczają praktycznie na styk.

Gdy już odebrałem swoją porcję leku, poczłapałem na autobus, by dojechać wreszcie do domu. Do strachu przed rzeczywistością doszedł teraz lęk o to by nie zgubić, nie zapodziać gdzieś Suboxonu. Byłbym w czarnej dupie, drugi raz nie wydadzą. Są to środki ściśle reglamentowane, a przez ponad dwa miesiące pobytu w szpitalu zdążyłem już tak się nim nasączyć, że jego brak spowodowałby katastrofę – fizyczną, psychiczną z napadami padaczki włącznie. Prawdziwe piekło. Nie będę teraz opisywał skutków gwałtownego odstawienia, zostawię to na kolejny felieton.

Gdy dotarłem wreszcie do pod drzwi, lekko drżącą ręką usiłowałem trafić w zamek. W końcu się udało. Mieszkanie przywitało mnie przerażającą pustką. Meble, ściany, książki, telewizor – niby znajome, a jakże obce. Zlew pełen brudnych naczyń, których „zapomniałem” pozmywać, gdy popełniałem samobójstwo i zabierali mnie do szpitala. Po takim czasie nadają się już jedynie do wyrzucenia. Specjalnie się tym nie zmartwiłem, usiłowałem odnaleźć się w nowym – starym miejscu.

Mieszkam tu od siedmiu lat, a mieszkanie wydało mi się obce. Raz jeszcze ogarnąłem wzrokiem wnętrze. Jeszcze te zdjęcia na ścianach zbyt wiele przypominają, a te wspomnienia bolą. Powinienem jak najszybciej je zdjąć, ale to przerasta moje siły. I nie chodzi o siłę fizyczną. Wiem, że nie mogą już tam wisieć, ale zdjąć nie potrafię.

Dobrą godzinę spędziłem w fotelu, gapiąc się na obce mi moje mieszkanie. W końcu zacząłem rozpakowywać szpitalne manele i zacząłem się na nowo urządzać. Na nowo i na full trzeźwo. Jako tako uporządkowałem to, co dało się uporządkować Część naczyń postanowiłem odzyskać zalewając Domestosem. I wtedy dopadł mnie pomysł, by dodać sobie energii kodeiną.

Myśl ta eskalowała w systemie geometrycznym i jak robak drenowała mózg w każdą stronę. Wystarczyłoby jedynie wyskoczyć do apteki, a potem zadzwonić do znajomego, który sprzedaje klony. Czułem się w nieswoim świecie i koniecznie chciałem wejść w miejsca mi znane – czyli w narkotyczną fazę.

To było tak cholernie silne i tak w zasięgu ręki, tak łatwe do zdobycia. Impuls z mózgu już zainfekował ciało i ono też zaczęło domagać się narkotyku. Rozsadzały mnie emocje, uczucia, których chciałem się pozbyć, a narkotyk świetnie by sobie z tym poradził.

Pewnie – nawet nie pewnie ale na pewno – wyszedłbym do tej apteki zaprzepaszczając cały pobyt na detoksie, ale na moje szczęście przed wyjściem ze szpitala zażyłem swoją porcję Suboxonu. Po raz pierwszy odetchnąłem z ulgą, gdy przypomniałem sobie o tym że jestem na Butronorfinie, wszelka ochota zniknęła równie szybko jak się pojawiła. Już nie musiałem prowadzić walki sam ze sobą, walki z góry przegranej. Cały trud walki i codziennych zmagań zrzuciłem na farmakologię. Byłem wdzięczny lekarzowi, że namówił mnie na Suboxon, bo przy Metadonie mógłbym bezkarnie ćpać co tylko bym chciał.

Ponieważ umówiłem się z ordynatorem, że wypuści mnie z oddziału dopiero gdy przedstawię mu rozkład dnia i plan na najbliższą przyszłość, oczywiście wywiązałem się z umowy. A Wam drodzy czytelnicy zdradzę te plany w kolejnym odcinku „Księgi wyjścia”.

Korespondencja z Piekła (5)

Poemat o miłości

 

Mógłby doktor dać na święta trzydziestkę Metadonu więcej – powiedział do mnie jeden z pacjentów, o wyglądzie wielkoluda, pod którym, aż skrzypnęło krzesło w momencie, gdy siadał. Początkowo myślałem, że to żart, ale jego mimika i intonacja temu przeczyły. Cholera, on to mówi serio – dotarło do mnie po chwili. Matka zawsze kupuje jakąś lepszą wódkę z tej okazji, jakiegoś Pana Tadeusza, albo droższą i pozwala pić ile chcę, a ja chciałbym tu tylko trzydzieści mililitrów więcej Metadonu – mówi zasępiony.

Przecież to lekarstwo, a leków raczej nie rozdaje się w prezencie, a na pewno nie na tym oddziale. Na bajzlu jedynie, jeśli diler ma taką fantazje, to może kopsnąć ci centa helupy (heroina) więcej. Poza tym i tak dostajesz 160 ml dziennie, chodzisz półprzytomny, zasypiasz na krześle i normalnie jesteś naćpany. Nawet przy twoich dwóch metrach i 150 kg to olbrzymia ilość. Wcale się nie zdziwię, jeśli lekarz będzie pomału zmniejszał dawkę. Z sadystyczną dokładnością wytłumaczyłem mu całkiem możliwa przyszłość. – Nie, nie zmniejszy, przecież jestem na programie – odpowiedział. – Tak, ale właśnie po to raz w roku metadonowi kładą się na oddział, żeby lekarz mógł ocenić działanie poprzednio zapisanej dawki. Jeśli uzna, że chodzisz naćpany, to ci zmniejszy. To lek, a nie napój rekreacyjny – nie odpuszczałem, chociaż jego zasępiona mina lekko mnie przyhamowała i postanowiłem delikatnie zmienić temat. – Wyobraź sobie tych, którzy Metadonu nie piją? To, co, powinni domagać się trzech Clonazepamów więcej? Albo ja, biorę jedynie jeden Suboxon ósemkę i to rano? Fajnie byłoby dostać też wieczorem. Prawda? – zapytałem. – Niby tak – odpowiedział. – Ale co mu szkodzi ta trzydziestka – dodał olbrzym, powoli podnosząc się z krzesła. Widać było wyraźnie, że wciąż nie może się pogodzić ze swoją dawką. Lepiej bym się poczuł – dodał wychodząc, dziwnie długo akcentując pierwszą sylabę słowa „poczuł” – tak jakby chciał wziąć mnie na litość, chociaż nie mam żadnej mocy sprawczej, by tę dawkę mu zwiększyć. – Wydaje mi się, że ciągłym chodzeniem do doktora i domaganiem się tej trzydziestki tylko pogorszysz swoją sytuację, bo gdy podejdziesz do niego naćpany, to może ją zmniejszyć. – To nie naćpanie, dają mi też Haloperidol – powiedział znowu dziwnie akcentując pierwszą sylabę ostatniego słowa. – Co? – nie mogłem uwierzyć. Haloperidol, to lek, który daje się agresywnym pacjentom, lek, który paraliżuje ciało, pozostawiając mózg w pełnej świadomości. A przecież olbrzym normalnie funkcjonuje. To nie że być Haloperidol – upierałem się przy swoim. Widziałem pacjentów, którzy padali na posadzkę po jednym zastrzyku. – Stosuje się go wobec osób agresywnych – wciąż nie mogłem uwierzyć. – No właśnie – (teraz akcent padł na „łaś), dlatego jestem taki spokojny. Pójdę już, powiedział, ale po tej trzydziestce poczułbym się lepiej.

– Tu akurat masz rację, z pewnością poczułbyś się jak w niebie – zdążyłem jeszcze powiedzieć nim wyszedł z sali.

Mnie to już nie dotyczy, przechodzę na program i będę brał jedynie Suboxon, czyli Butronorfinę. Poza tym nie dostaje żadnych innych leków. Prawdopodobnie będę na to skazany już na całe życie. Prawdopodobnie, bo jak będzie? Czas pokaże. Mam już jednak dość wiecznego szarpania się z nałogami, ciągłych powrotów na jakieś odtrucia czy detoksy, kolejnych terapii, po których jakiś czas utrzymuję trzeźwość, by znienacka rozwalić wszystko. Dosłownie i w przenośni.

Detoks dla narkomanów to specyficzny oddział, często mylony z leczeniem uzależnień czy nawet terapią. Pacjenci zresztą sami chętnie utwierdzają bliskich w tym przekonaniu. Rodzina zwykle im wierzy, a odwirowany pacjent z lekko podreperowanym zdrowiem i wypisem w ręku zasuwa do najbliższego dilera.

Jeżeli jest to osiemnasto-, dziewiętnastoletni dzieciak – to rodzice natychmiast wysyłają cały stos donosów do dyrekcji szpitala, w których domagają się wyciągnięcia konsekwencji wobec ordynatora. Bo przecież miał wyleczyć ich dziecko z narkotyków. Nikt im tego nigdy nie obiecywał, ale takie jest właśnie powszechne myślenie. Nawet nie zadali sobie trudu, by zapytać na czym ten detoks polega. Ale powaga kompleksu szpitalnych budynków tworzy w głowach pewną imaginację z pogranicza magii i medycyny, przed którą nie sposób nie poczuć respektu.

Drodzy rodzice, opiekunowie oraz nieświadomi pacjenci. Detoks nie jest terapią, to jedynie pierwszy krok. Detoks leczy tak zwany zespół abstynencyjny, czyli zwykły, narkomański głód lub heroinowego skręta, czasami też alkoholowego kaca, chociaż dla alkoholików jest osobny oddział, to mimo wszystko czasami tu trafiają. Nic więcej. Ale leczy to, z czym uzależniony sam nigdy sobie nie poradzi. Owszem słyszałem różne historie o kozakach, którzy samodzielnie się wyzerowali. Jednak po przekroczeniu tej cienkiej, niewidzialnej linii samemu dokonać tego się nie da. Jest to niemożliwe. Sam też wielokrotnie próbowałem. A to zmniejszałem dawki, chcąc dojść do zera, a to radykalnie z dnia na dzień odstawiałem. Rezultat jest taki, że co kilka lat ląduje w tym szpitalu, gdzie jakimś cudem przywracają mnie do życia. Nałogowiec nie ma silnej woli, w tej chorobie coś takiego nie istnieje. Im wcześniej to zrozumiemy, tym lepiej. Na ten oddział zgłaszają się ludzie uzależnieni od wszystkich substancji. Od alkoholu po heroinę. Niektórzy z tzw. uzależnieniem krzyżowym bądź mieszanym – czyli od kilku środków jednocześnie. Zgłaszają się w różnym stanie i nie będzie przesadą, jeśli napisze, że doktor Andrzej Kaciuba ratuje życie porównywalnej liczbie niedoszłych umrzyków, co przeciętny OIOM w dużym mieście. Potwierdzi to zresztą prawie każdy narkoman, który tutaj przebywał. Dopiero po detoksie, czyli oczyszczeniu, odwirowaniu – można myśleć o jakiejś terapii.

Wybór w Polsce jest skromny i najczęściej odsyłają do różnych anonimowych klubów, które według stereotypu, jako jedyne zajmują się leczeniem. Niektórzy przypomną sobie, że istnieje coś takiego jak MONAR, ale są też specjalne przychodnie NFZ, oddziały przyszpitalne z wysoko wykwalifikowanym personelem, które pod kontrolą lekarza zajmują się leczeniem. Dochodzę pomału do wniosku, że każdego można wyleczyć, musi jedynie trafić w odpowiednie dla siebie miejsce. Kilka lat temu, pewna terapeutka z MONARU uznała, że jestem opętany i załatwi mi egzorcyzmy – to nie jest żart, są też tacy terapeuci. Dlatego proponuję przejść tę koszmarną drogę poprzez państwowe placówki. Chociaż to syzyfowa praca, ale wystarczy wmówić Syzyfowi, że celem jego życia jest samo toczenie kamienia, a nie wtoczenie na górę i życie nabiera sensu. Jak zwykle wymądrzam się, a sam nie mam już siły pchać tego kamienia. Nie mam jednak wyjścia. I zrobić coś muszę.

 

Iza

Nie da się nie zwrócić na nią uwagi. Wyjątkowo piękna i zgrabna dwudziestodziewięciolatka. Jest stałą pacjentką tego oddziału. Zapytałem ją, co tutaj robi. Przecież musi być świadoma swojej urody. Wykorzystując ten atrybut mogłaby brać najlepsze narkotyki na pokładzie luksusowego jachtu gdzieś w okolicach Lazurowego Wybrzeża. Kieruje mną miłość – odpowiedziała – po prostu kocham Marcina. Ich związek już dawno mnie fascynował, znam Marcina od dziecka, ma 45 lat. Widywałem, więc ich również poza szpitalem. Marcin także jest uzależniony, też bierze Metadon, ale nałóg trwale odcisnął swoje piętno na jego wyglądzie. Iza, szesnaście lat młodsza, od dziesięciu lat uzależniona jest od heroiny, cztery lata na programie metadonowym, a mimo wszystko narkotyki nie narobiły specjalnych szkód w jej wyglądzie. Kilka dni temu Marcin zadzwonił na detoks i powiedział, że zginęła mu jedna buteleczka Metadonu – to dzienna porcja. Iza bez wahania zadzwoniła do punktu, w którym jest on wydawany, że chce mu oddać swoją porcję, której nie weźmie w szpitalu. Oczywiście z przyczyn moralno-formalno-prawnych było to niemożliwe. Stawała jednak na głowie, by w jakiś sposób stąd – z oddziału – zdobyć mu ten Metadon.

Jego brak, to dla heroinisty katorga, niewyobrażalne cierpienie – tym bardziej, że Iza bierze go od czterech lat.

Ten związek zaintrygował nie tylko mnie. Pewna studentka postanowiła napisać o nich pracę magisterską. Gdy ją obroniła zaprosiła oboje na wystawny obiad.

Marcin odwiedzał Izę na detoksie. W dniu, gdy się go spodziewała, wyczekiwała w oknie. A gdy już się pojawił, nawet w wypełnionej świetlicy, wydawali się być sami.

Zapytałem kiedyś Izę, czy jest szczęśliwa, bo ma taką aurę jakby była? – Czy można być szczęśliwym mając HIV i HCV? – zapytałem. Nie zarazili się od siebie, ot zwyczajnie używali w większej grupie jednej strzykawki.

– Można – odpowiedziała pewnie i spod stanika wyjęła zdjęcie Marcina – zawsze je ze sobą noszę powiedziała. – Jeśli Marcin umrze wcześniej niż ja, to ogolę głowę i pojadę do aśramu dla wdów. Jestem szczęśliwa, bo mam miłość – dodała.

O Marcinie mówi mąż, chociaż w myśl polskiego prawa małżeństwem nie są, wzięli ślub hinduistyczny, a swój związek oddali Krisznie.

Iza, podobnie jak Gacek opuściła już oddział. Oboje z Marcinem wyrazili zgodę na publikację ich prawdziwych imion. Mam jednak wątpliwości, czy je zmienić czy też nie. W pięćdziesięciotysięcznym mieście nietrudno domyślić się, o kim jest ta opowieść. Z drugiej strony, chciałbym utrwalić to uczucie w jego oryginalnej formie, a jakakolwiek ingerencja naruszy tę magiczną przestrzeń. Są szczęśliwi, a wielu ludzi tego szczęścia im zazdrości. Publikując prawdziwe imiona, naraziłbym ich na taką właśnie zawiść. Cóż, mam dylemat? A Ty drogi czytelniku – nie masz pewności czy imiona są prawdziwe czy też nie.

Korespondencja z Piekła (3)

Poemat o dzieciaku

 

Życie na detoksie wróciło do normy. Znowu zaczął się czas awantur o wszystko, ale głównie o wyimaginowane kradzieże, każdy podejrzewa każdego o kradzież wszystkiego, nawet tego czego nie ma i nigdy nie było. Eskalacja nieporozumień sięgnęła zenitu, doszło nawet do poważnego pobicia, agresor oczywiście od razu wyleciał, ofiara prawdopodobnie ocaliła zęby. Choć nie wiem, czy wszystkie. Podzieliło to również pensjonariuszy. Jedni stanęli w obronie bijącego, inni bitego. Nie szukam jednak sensacji, więc nie będę plotkował o tym wydarzeniu, ale do tematu jeszcze wrócę, ponieważ ściśle dotyczy on tego tekstu.
Kolejnym bardzo ważnym elementem oddziałowego życia, są różnego rodzaju dile, te osadzone w miejscowych realiach, jak i olbrzymie biznesy zaplanowane zaraz po wyjściu z oddziału. Lokalne – oddziałowe interesy są zwykle niewielkie, ale bywają dochodowe. Polegają głównie na wymianie papierosów za wartościowe przedmioty od pacjentów, którym akurat szlugi się skończyły, lub dopiero przyjechali na oddział i w roztargnieniu lub z braku pieniędzy nie mogli ich kupić.
Mając papierosy i clonazepam, który jest jeszcze cenniejszy, można zrobić tutaj majątek. Majątek na miarę krezusa detoksu. Dzieje się tak na każdym detoksie w Polsce. Większość pacjentów wcale nie przychodzi tutaj, by przestać ćpać, chodzi im głównie o wejście na program metadonowy, lub trochę odpocząć i się odwirować przed kolejnym ciągiem. W tej grupie jest jednak jakiś procent, który autentycznie chce się wyleczyć. I właśnie dla tych kilku procent warto prowadzić takie oddziały. Personel robi wszystko, by udaremnić handel pozornym pacjentom (pozorny pacjent to taki który przyszedł tu, by wejść na program i generalnie ma w dupie leczenie), których celem jest nie dać się złapać. Te zawody zawsze kończą się remisem, a przyłapany pacjent od razu zostaje wyrzucony z oddziału.
Clonazepam to lek stosunkowo tani. W w aptece opakowanie kosztuje jakieś dziesięć złotych, a jeśli kupowany jest z ryczałtową zniżką, wtedy cena wynosi jakieś 4 złote. Na oddziale przebitka może wynieść nawet tysiąc procent. Bywa że na detoksie sprzedają po 25 złotych za tabletkę, czyli 750 złotych za opakowanie. Gdy cena jest tak wysoka oznacza, że jest mało towaru. Normalnie sprzedają jednego klona, za paczkę papierosów. To też świetny interes.
O ile te małe detoksowe interesy zwykle się udają , o ile nie dojdzie do wpadki, to te wielkie interesy planowane po wyjściu ze szpitala kończą się co najwyżej kilkudniowym wspólnym ćpaniem. I ewentualnie wyrwaniem kartki z zeszytu w celu zrobienia biznesplanu. Po kilku dniach narkotykowego ciągu na kartce która miała posłużyć rozpoczęciu „pewnego” biznesu, drżące ręce rysują plan trasy do najbliższego aśramu. Każdy narkoman przynajmniej raz w życiu musi „poważnie” zaplanować życie w aśramie, podobnie jak muzułmanin musi odwiedzić Mekkę.
Ale – jak w każdej minispołeczności – niepodzielną królową wszystkiego jest plotka. Przy wyobraźni i fantazji narkomanów, najdrobniejsza nawet pierdoła rośnie do gigantycznych rozmiarów. Mija więc czas na oskarżeniach o kradzieże, dochodzeniach i obgadywaniu każdego, kogo akurat nie ma w pobliżu. Czasami pojawiają się nowi pacjenci, czasami odchodzą. Jedni planowo, inni na własne żądanie. Nie wytrzymują bez ćpania i zwykle ten właśnie argument podają. Jeszcze inni wylatują.
Zdeklarowany narkoman ma ten komfort, że nie zawsze musi udawać czy oszukiwać. Bo, że z oddziału wyciąga ich narkotykowy głód, jest dla wszystkich oczywiste.
Rozmawiałem z wieloma pacjentami, zgodzili się na opublikowanie ich historii, pod własnym imieniem i bez zmian uniemożliwiających identyfikację. Rozumiem starych ćpunów jak Gacek, który jest pokoleniem punkrocka, mniej więcej w moim wieku, serdeczny i koleżeński. Poznalem go wiele lat temu, podczas pierwszego mojego pobytu tutaj. Ale zdziwiło mnie że zgodę wyraził również dziewiętnastoletni Arek – chłopak z dobrego domu, mówiący biegle w trzech językach, który maturę zdawał po hiszpańsku.
Każda historia jest inna, ale każda fascynuje. Na oddziale leży dziewiętnaścioro pacjentów, wciaż dochodzą nowi Nieważne więc jak długo zostanę na oddziale, pewne jest to, że tematów nie zabraknie.
Dziewiętnastolatkowie na wózkach inwalidzkich! Siedemnastoletnie dzieciaki z parkinsonizmem – choroba o tyle gorsza od Parkinsona, że kompletnie nieuleczalna. Albo wcale nie mówią, albo usiłują coś wybełkotać, mają nieskoordynowane ruchy, zachowują się jak sparaliżowani. Ci którzy próbują poruszać się o własnych siłach, łapią się ścian by pokonać kilka kroków. To wcale nie efekt zażywania dopalaczy, ale jednego z najłatwiej dostępnych narkotyków, popularnego leku na katar, który można kupić w każdej aptece bez recepty. Przy dodaniu odrobiny octu i nadmanganianu potasu, wyjdzie narkotyk, który swym działaniem przypomina kokainę połączoną z amfetaminą. Jego zażycie daje wrażenie sprawczości, czujemy że złapaliśmy boga za nogi, a świat leży u naszych stóp. Tych samych stóp, które po kilkunastu miesiącach nie są w stanie pokonać kilku kroków i muszą wspomagać się wózkiem inwalidzkim. Zrobienie tego narkotyku wymaga jednak pewnej wiedzy. Wiem – w dobie internetu to żaden problem. Są też jednak bezreceptowe leki narkotyczne, które nie wymagają żadnych chemicznych przeróbek. Gotowe do spożycia od razu po kupieniu, nawet pod apteką.
Czasy szkolnych dilerów już dawno przeszły do lamusa, a najlepszym dostawcą narkotyków jest sympatyczna pani magister z pobliskiej apteki. Jeśli już zna klienta, sprzeda mu dowolną liczbę opakowań. Nie muszę wspierać się tu żadnymi relacjami narkomanów, ponieważ sam tak kupowałem.
Ludzie podniecają się, gdy w transporcie bananów policja czy celnicy znajdą kilkadziesiąt kilogramów kokainy. Każdy udaremniony przemyt jest szeroko głoszonym sukcesem, każdy rozbity gang zajmuje czołówki stacji telewizyjnych i prasowych jedynek. Waga i ilość wszystkich nielegalnie sprzedawanych narkotyków, to niewielka część twardych, a nawet najtwardszych narkotyków sprzedawanych legalnie w polskich aptekach. Bez recepty oczywiście. Jestem pewien, że „legalna” sprzedaż lekarstw, które pozornie mają leczyć kaszel czy katar jest wielokrotnie wyższa niż cały czarny rynek narkotyków. Bez problemu można kupić morfinę czy speeda, którego działanie jest równie wystrzałowe? Pozwala to sądzić, że właściwości lecznicze są najmniej istotnym punktem produkcji.
Po co więc zwalczać tzw. bossów narkotycznego podziemia, skoro prawdziwy problem leży zupełnie gdzie indziej. To nie dilerzy narkotykowi sa źródłem największego zagrożenia narkomanią wśród młodzieży, ale koncerny farmaceutyczne i apteki. Dlaczego więc państwo chroni koncerny farmaceutyczne, wybijając im konkurencję? Jestem pewien, że firma Unia, produkująca Thiocodin zbankrutowałaby, gdyby lek ten był na receptę. Oczywiście, kodeina, która w organizmie metabolizuje się w morfinę, nie ma wpływu na to, że młodzież – i nie tylko – żre to garściami’. Z róbcie drodzy czytelnicy pewien eksperyment, w słoneczny , letni dzień, postójcie chwilę pod apteką i zwróćcie uwagę jak wielu ludzi kupuje te tabletki na kaszel, mimo, że będzie to środek upalnego lata. Bez trudu znajdziecie blistry i opakowania po tym leku poniewierają się w okołolicealnych koszach. Ale nie tylko tzw. gimbaza go kupuje. Gdy jeszcze sam jadłem Thiocodin i łaziłem po niego od apteki do apteki, regularne spotykałem staruszkę, która kupowała dokładnie to samo co ja, czyli bardzo silny narkotyk dostępny bez recepty.
Ministerstwo Zdrowia pozoruje jakieś działania, ograniczając możliwość zakupu do jednego opakowania. Producent Thiocodinu wyszedł jednak temu naprzeciw i produkował opakowania zawierające nie dziesięć – jak poprzednio – tabletek, a po dwadzieścia.
Po jakimś czasie ktoś z resortu zdrowia zorientował się jednak, że firma bez problemu ominęła zakaz sprzedaży więcej niż jednego opakowania, zwiększając pudełka i pakując w nich dwa razy więcej tabletek niż poprzednio. Znowu pomajstrowali coś w przepisach i teraz koncern farmaceutyczny Unia pakuje nie dziesięć, ale i nie dwadzieścia tabletek. Znaleziono kompromis – pakować można 16 sztuk, zmniejszając jednocześnie drugi składnik leku – sulfogwajakol – który narkomanowi nie jest do niczego potrzebny. Specjalnej szkody też nie wyrządza, ale po cholerę inwestować w środek na kaszel w leku, którego na kaszel prawie nikt nie używa. Zatem, w jednej tabletce Thiocodinu jest 15 mg kodeiny. Opakowanie zawierające 16 sztuk zawiera 180 mg. Trzy takie opakowania dają ponad pół grama bardzo silnego narkotyku, który organizm, przerabia na czyściutką morfinę.
Wprawdzie kolejny przepis nakłada na apteki zakaz sprzedaży więcej niż jednej paczki, ale ponieważ żyjemy w kraju lombardów i aptek, to wystarczy przejść kilkadziesiąt metrów, by kupić nie trzy, a pięć opakowań. A to do już prawie gram kodeiny. Nie mówiąc o tym, że osiedlowe apteki często takich dylematów nie mają, a sympatyczna pani magister sprzeda nawet dziesięć opakowań znajomemu klientowi. Musi jedynie dziesięć razy nabić na kasę osobny paragon.
Kodeinę zawiera także przeciwbólowy lek o nazwie Antidol. Zawarta w nim duża dawka paracetamolu skutecznie odstrasza, bo przy zjedzeniu 40 tabletek, w której każda zawiera 500 mg paracetamolu, konsekwencje mogą być nieprzyjemne. Oczywiście, jest sposób by oddzielić jedno od drugiego, ale wymaga to powrotu do domu i kilkunastu minut cierpliwości. A tej narkoman nigdy nie ma, a Thiocodin można połknąć zaraz po kupieniu, nawet pod apteką, jeśli tylko będzie czym popić.
Thiocodin odkrył też wspomniany Arek, zafascynowany amerykańskim rapem, miał zaledwie szesnaście lat gdy po raz pierwszy sięgnął po ten narkotyk. Podobnie jak ja, opracował sobie listę aptek, by zbyt często nie kupować w tych samych punktach. No chyba, że u osiedlowej pani magister, ale tam cena jest zwykle ciut wyższa. Igor potrzebował już dziesięć, jedenaście opakowań dziennie. Więc skrupulatnie liczył każdą złotówkę Wychodził wtedy z domu dwie godziny przed planowanymi zajęciami i robił rundę po mieście, kupując po jednym opakowaniu.
Po roku, już gdy był w liceum, uznał, że Thiocodin jest jednak za słaby. Chciał mocniejszych wrażeń. Wsiadł w pociąg i pojechał do Warszawy szukać heroiny. Wysiadł na dworcu i swoim wyglądem zadbanego młodzieńca, dziecinną buźką i markowym ubraniem uzbierał 250 złotych. Wystarczyło na gram heroiny. Odnalezienie miejsca, gdzie można ją kupić, nie sprawiło mu już większego problemu. Był tak żądny wrażeń, ze nie miał oporów by samemu podać sobie w żyłę. Siedział w stolicy dwa dni ciągle ćpając kupiony towar.
W końcu szkoła zorientowała się w jego problemie, kilka dni przed studniówką został z niej wyrzucony. Dzięki staraniom rodziców podszedł do matury w prywatnym liceum. Zdał ją celująco, w dodatku zdawał egzamin po hiszpańsku. To jeden z trzech języków, które zna.
Teraz ma dziewiętnaście lat, nie ma planów ani pomysłu na życie. To właśnie on został dzisiaj ciężko pobity w jednej z sal, sprawca został wprawdzie usunięty, ale to nie koniec szykan. Pozostali pacjenci wyrzucili jego rzeczy z pokoju informując, że ma stamtąd wypierdalać. Próbowaliśmy zrobić wraz z terapeutą jakąś roszadę, by przynajmniej w nocy czuł się bezpieczny. Był tak zastraszony, że bał się nawet zbliżyć do swojej sali. W końcu udało się umieścić największego z pacjentów na łóżku wyrzuconego agresora, dodało to chłopakowi otuchy i przyhamowało chęć zemsty pozostałych pacjentów.
Arek już drugi raz przyjechał się odtruć od heroiny, tym razem wszedł na program metadonowy. To znaczy, nie wiem czy wszedł, bo z tego co mówił, planował wyjechać z detoksu następnego dnia rano. Jak będzie, czas pokaże.
Arek to typowy dzieciak klasy średniej, przekonany że wszystko mu się należy Sytuację pogarszają również jego rodzice, spełniając wszelkie jego zachcianki. Nawet podczas matury matka dyskretnie podawała mu niewielkie ilości narkotyku. Uległa szantażowi, że bez tego nie zda matury.
P.S. Arek na własną prośbę opuścił oddział. Czarno widzę jego przyszłość.

Korespondencja z Piekła (2)

Poemat o narkomanie

 

Na detoksie dni są do siebie bliźniaczo podobne. Brak pasji, książki czy zajęcia powoduje przygnębienie i wydłuża czas do skali, której nawet Einstein nie przewidział w swojej teorii księżycowego arbuza. Wszechobecna nuda powoduje duży popyt na wszelkiego rodzaju dragi, ale najchętniej kupowany jest tu clonazepam. Pomimo moich nałogów, nie pamiętam bym kiedykolwiek w życiu się nudził. Nawet zamknięty w pustym i dźwiękoszczelnym pomieszczeniu, uciekam w swój autystyczny świat neurotycznej wyobraźni. Udało mi się do perfekcji opanować tę umiejętność i powiem szczerze, że ułatwia ona życie jak jasna cholera.

Tym razem rzuciłem się również w wir pisania, co powoduje, że czas zasuwa z prędkością światła. Albo arbuza w zależności, do której teorii Einsteina się odwołamy.
Poznałem już wszystkich pacjentów i z większością udało się nawet nawiązać zachowawczo koleżeńskie relacje. Zaskoczył mnie jeden chłopak z Warszawy. Facet mniej więcej w moim wieku. Poznałem go, gdy stał pod gabinetem zabiegowym i zwijał się z bólu trzymając za szczękę. Domyśliłem się, że dokucza mu potworny ból zęba. Na pierwszy rzut oka widać było, że okropnie cierpiał.
Zrobiło mi się go żal. Tak po ludzku. Gabinet zamknięty, pielęgniarka wyszła na obchód, a chłop ledwo stoi. Miałem jeszcze paczkę „Mocnych”, pożyczonych od doktora Kaciuby. Przy dużym bólu wiele to nie pomoże, ale jest szansa, ze przynajmniej w jakimś stopniu złagodzi, przytępi cierpienie, a może nawet przyniesie chwilową ulgę.

Zobaczyłem błysk w jego oczach, gdy tylko wyjąłem kieszeni paczkę i zaproponowałem, by się poczęstował.

Gdy następnego dnia ponownie zobaczyłem go w podobnej pozycji pod zabiegowym, znowu wyjąłem „Mocne” i tym razem dałem mu wszystkie, które mi zostały. Nie było to więcej jak pół paczki. Trochę żal, ale takiemu palaczowi jak ja, zawsze żal oddawać szlugi, zwłaszcza, że więcej nie miałem i byłem przekonany, że w żaden sposób ich już nie odzyskam. Ale faceta naprawdę skręcało, inaczej jednak nie potrafiłem mu pomóc.

Jakież było moje zdziwienie, gdy następnego dnia kolega z sali powiedział mi, że tamten mnie szukał. Po chwili przyszedł ponownie, a w ręku trzymał dużą – 100 gramową – paczkę tytoniu (niezorientowanym napiszę, że z tego można zrobić jakieś 150 papierosów). Zaczęła mi wracać wiara w ludzi i honor starych narkomanów.
Zbliża się siedemnasta, za chwile rozdzwonią się telefony. Znowu zadałem sobie pytanie, czy zadzwoni ktoś do mnie?

Wczoraj mogłem pozałatwiać najbardziej palące potrzeby, na jakiś czas dostałem swój telefon z depozytu. To też element terapii, ponieważ wciąż piszę i publikuję, muszę utrzymywać kontakt z redakcjami, udało mi się więc wynegocjować komórkę na kilka godzin.

Przywykłem już nieco do oddziału i zauważyłem sporo różnic między tym, co jest teraz, a tym, co było kilka lat temu. Z cała pewnością jest znacznie mniejszy handel prochami, narkotykami, czy dopalaczami. Ostatnio, jak tu leżałem, wystarczyło wejść do pierwszej lepszej sali, by kupić clonazepam, amfetaminę, metadon czy nawet dopalacze.

Co kilka dni są zebrania, podczas których pacjenci i terapeuci omawiają bieżące sprawy oddziału. Chyba z braku pomysłu, dominantą tych spotkań są „kradzieże” – cudzysłów zamierzony, ale zaraz wyjaśnię dlaczego. Od kiedy jestem, każde zebranie jest niemalże identyczne, głównym tematem są wspomniane wcześniej kradzieże, które według pacjentów stały się już plagą. Rzecz dotyczy Snickersa, jakiegoś wafelka, kilku landrynek, a najcenniejszym skradzionym przedmiotem była Coca-Cola. Do czasu jednak.

Dzisiaj zwołano zebranie, ponieważ jedna z dziewczyn zgłosiła terapeutom, że ktoś ukradł jej pierścionek. Był dla niej bardzo cenny i – choć zrobiony był ze zwykłej blachy – miał dla niej dużą wartość sentymentalną.

Oczywiście, zebranie przeszło hucznie, każdy przekrzykiwał się pomysłami, jak i gdzie szukać zaginionego przedmiotu. Zaproponowałem nawet by zadzwonić do mieszkania tej dziewczyny i dopytać bliskich, czy przypadkiem nie został on w domu. Dziewczyna jednak była pewna, że miała go tutaj, choć nigdy nie nosiła, trzymała w specjalnej szkatułce.

Po godzinie przekrzykiwania, sporów i pomysłów rozwiązania tej kwestii, doszliśmy do wniosku, że wspólnie z terapeutką i poszkodowaną przeszukamy jej rzeczy, a jeśli trzeba to nawet całą salę. Dziewczyna próbowała się wycofać, umniejszając sentymentalną wartość tej blaszanej biżuterii stwierdziła, że tak naprawdę na tym pierścionku aż tak jej nie zależy, chciała jedynie, by skończyły się na oddziale kradzieże.

Terapeutka jednak była zdeterminowana, a i reszta pacjentów miała już dość słuchania o kradzieżach cukierków, czy kilku paluszków, zamiast omawiać poważniejsze sprawy. Takie, jak choćby coraz częstsze odejścia pacjentów. Dzisiaj rano odszedł na własną prośbę warszawiak, który dał mi wspomniany wcześniej tytoń. Spotkania powinny służyć rozwiązywaniu spraw pacjentów, przekonywaniu, by zostali, ale zostały zdominowane ciągłym wałkowaniem wyimaginowanych kradzieży.

Wracając jednak do afery z pierścionkiem: wybrana komisja udała się do jej do sali, by pomóc dziewczynie odszukać zaginioną pamiątkę. Jakież było zdziwienie, gdy terapeutka otworzyła jej kosmetyczkę, zamiast pierścionka wyleciał z niej clonazepam. Psychika niektórych ludzi naprawdę mnie zaskakuje, wątpię by zrobiła to z głupoty. Mówiąc na zebraniach o kradzieżach, zapomniani przez świat pacjenci, usiłują zwrócić na siebie uwagę. I to jest istota tych wszystkich złodziejskich zmyśleń. Pamiętacie film „Dwunastu Gniewnych Ludzi”? Tam, emeryci występowali przed sądem jako świadkowie w sprawach, o których nie mieli pojęcia. Ważniejsze było dla nich to, by chociaż na chwilę zwrócić na siebie uwagę, niezależnie, że mogą tym skazać na śmierć niewinnego człowieka.

Historia ta idealnie pasuje do teorii, znanej w nauce jako „Brzytwa Hanlona”: nie należy doszukiwać się złej woli tam, gdzie wytłumaczeniem może być zwykła głupota
Pamiętam, jak podczas jednego moich pobytów, jeden z pacjentów przemycił 20 gramów dopalaczy. Ukrył je w kuli, którą podpierał zwichniętą nogę. Towar był tak mocny, że przez kilka dni cały oddział chodził naspidowany. Setka tej substancji działa mocniej, niż gram amfetaminy.

Perfidne Uzależnienie.

Opiszę teraz historię z innego oddziału, nie pamiętam dokładnie, z jakiego to było detoksu, czy ośrodka, ale nie jest to w tym momencie istotne.

Leżał na oddziale chłopak, był bardzo głęboko uzależniony od heroiny, dodatkowo podwójnie trafiony (oznacza to, że miał zarówno HIV jak i HCV). Był na wykończeniu i pewnie zdawał sobie sprawę ze swojej sytuacji.

Zgodnie z normami stereotypowego myślenia, sam sobie był winien. Ten przypadek odbiega jednak od schematu wciąganego chętnie na swoje flagi rzez prawicową Mozie. Jeśli jednak chociaż jeden człowiek p przeczytaniu tej historii, spojrzy cieplejszym okiem na narkomana, to warto ją opisać.

Chłopak – nazwijmy go Janek, mieszka w Warszawie. Od urodzenia w tej samej kamienicy. Od dziecka przyjaźnił się z Krzyśkiem. Chodzili razem do przedszkola, podstawówki i szkoły średniej.
W dorosłe życie weszli pod koniec lat osiemdziesiątych.

Pomimo tego, że się rozeszli, pozakładali własne rodziny i wybrali różne drogi życiowe, młodzieńcza przyjaźń przetrwała.

Janek zauważył, że z przyjacielem dzieje się coś niedobrego, ale tamten zapewniał, to wina przemęczenia, że ma anemię, lekką depresję i przy okazji wymyślił tysiąc niespecjalnie groźnych schorzeń, ale jest pod opieką lekarzy i nawet jeden z nich sprowadził mu marihuanę medyczną. Marihuana medyczna, to nic innego jak zwykła marihuana, ale nazwali ja medyczną, by palący gówniarz był przekonany, że jest lepszy od żula pijącego alpagę pod sklepem. Jako Polacy uwielbimy eufemizmy, a hipokryzja jest wartością nadrzędną.

Wrócę jednak do głównego wątku, bo się pogubię

Janek z Krzysztofem spędzali wspólnie masę czasu. Chodzili czasem na piwo, czasami odwiedzali się w domu.

Janek poza alkoholem nigdy ani po żadne narkotyki czy prochy nigdy nie sięgał, nawet trawki nie próbował.

Krzysiek wręcz przeciwnie – nie mógł obejść się bez heroiny. Ponieważ jednak dobrze zarabiał, potrafił ukryć objawy nałogu. Wystarczy kokaina, dobre perfumy, odpowiednie kremy, krople atropinowe do oczu i był gotowy do pracy. I oczywiście do spotkania z przyjacielem.

Cały ten makijaż działał jednak powierzchownie. Wyniki w pracy Krzysztofa były coraz gorsze. Dostał jednak szansę na uporządkowanie swoich spraw i sam prezes zarządu zapewnił go, że praca będzie na niego czekać.

Jak było do przypuszczenia, najpierw wybrał z konta całą gotówkę, następnie zadzwonił do dilera. Przed Jankiem udawał, że wszystko gra, że pracuje i nawet spodziewa się awansu, ponieważ aplikował na stanowisko głównego inżyniera.

Ludzie tacy jak Janek są idealnym łupem dla narkomanów i alkoholików. Nie znają problemu, więc nie potrafią się nawet obronić. Z łatwością można ich sobie owinąć wokół palca.
Umówili się na wieczór i mieli omówić, co dalej z przyszłością Krzysztofa. Zjawił się punktualnie, zaniósł piwo do lodówki i wyciągnął dwa skręty, częstując Janka jednym. Zapewnił, że towar jest najlepszej jakości, przywieziony przez kolegę z Afganistanu.

Janek kompletnie się na tym nie znał, nigdy nie palił, nie wąchał nawet zapachu palonej konopi. Trochę się bał, ale przecież awans kolegi – co ja mówię – przyjaciela, należy oblać z pompą.
Po kilku zaciągnięciach poczuł się dziwnie, sądził że trawka działa inaczej, W końcu dopadły go torsje i pobiegł do toalety wymiotować. I tym razem pojawiło się ogromne zdumienie. Rzyganie sprawiało mu jednak ogromną przyjemność. Był szczęśliwy. Wymiotując do tej muszli, był siódmym niebie.

Krzysztof prawie codziennie zaczął odwiedzać Janka, za każdym razem przynosił „zioło”, co według Janka było zwykłą, bezpieczną „gandzią”. Trochę inaczej wyobrażał sobie jednak jej smak i kolor, ale był dyletantem w tym temacie i wiedział, że Krzysztof nie szprycuje go podejrzanymi dopalaczami.

Gdy, pewnego popołudnia przyszedł Krzysztof i powiedział, że tym razem nie ma towaru, Janek wpadł w rozpacz. Czuł się potwornie. Zalewały go jednocześnie fale zimna i gorąca. Zupełnie nie rozumiał, co się z nim dzieje, jeszcze nigdy tak źle się nie czuł. Wyglądało to na wyjątkowo ciężką grypę. Bo przecież niemożliwe, żeby gandzia tak go uzależniła. W ogóle możliwości uzależnienia nie brał pod uwagę.

Krzysztof doskonale wiedział, co się z nim dzieje. Możemy temu zaradzić – powiedział – ale musisz dać mi pieniądze. Ja jestem już spłukany. W kieszeni Janek miał kilkadziesiąt złotych. Drżącą ręką wyjął z kieszeni i podał banknoty przyjacielowi. Był pewien, że wystarczy ze sporym zapasem. Przecież trawka nie może być droga pomyślał.

Uśmiech Krzysztofa zamarł w cynicznym uśmiechu. – To ciut za mało, mój przyjacielu – powiedział pewnym siebie głosem. – Gram heroiny kosztuje ponad 200 złotych.

– Jak to heroiny?! – zdziwił się Janek. – Paliliśmy przecież zwykłą gandzię, nie znam się na tym, ale nawet jeśli był to hasz, to też chyba tyle nie kosztuje – powiedział zdezorientowany.

Głód jednak dokuczał mu coraz bardziej, zaczęły się początki skręta (skręt – zespół odstawienny u narkomanów uzależnionych od opiatów). Nigdy nie przypuszczał, że człowiek może znieść tego rodzaju ból.

Nie mogąc znieść tego, co się z nim dzieje, poszedł do najbliższego bankomatu wypłacić pieniądze. Krzysztof praktycznie zamieszkał u niego, to właśnie on zajął się zdobywaniem towaru. Za pieniądze Janka oczywiście. Przestali też bawić się w palenie, dożylnie efekt jest znacznie lepszy.

Gdy bankowe konto zaświeciło pustką, Janek wziął jeszcze kredyt – miał dobrą historię kredytową, nie było więc problemu. Gdy i te pieniądze się skończyły, zaczął zadłużać się w parabankach oferujących chwilówki. Miał już długi u wszystkich znajomych, dochody również się skończyły. Janek uprawiał wolny zawód, zarabiał bardzo dobrze, ale gdy nie pracował, nie miał żadnych dochodów. Z domu powoli znikały gromadzone latami sprzęty, wszystko zanosił do lombardów.

Kiedy w mieszkaniu nie było już nic do sprzedania, a firmy windykacyjne zaczęły upominać się o spłatę długów. Krzysztof nagle zniknął. Pojechał szukać drugiego Janka.

Na progu prohibicji

Pól roku temu rząd PiS wprowadził przepisy umożliwiające gminom wprowadzanie ograniczeń sprzedaży alkoholu. Czy czeka nas prohibicja?

 

Światowa Organizacja Zdrowia ostatni raz przyglądała się spożyciu alkoholu w 191 państwach świata kilka lat temu. W globalnej statystyce z lat 2010-15 Polska zajęła 21. miejsce – ze spożyciem alkoholu na poziomie 11,5 litra przez statystycznego Polaka. „Mistrzem świata” została Mołdawia, z wypijanymi rocznie 17,4 litrami czystego alkoholu na osobę. „Na pudle” znalazła się również Białoruś (17,1 litra) i Litwa (16,2 litra).
Ranking spożycia alkoholu zamykają kraje muzułmańskie: Arabia Saudyjska, Kuwejt, Libia i Pakistan. Obywatele tych państw wypijają rocznie od 0,1 do 0,2 litra czystego alkoholu. Czyli statystycznie jedną butelkę wódki na rok.

 

Myląca statystyka

Suche dane mówiące o rocznym spożyciu przez statystycznego Polaka 10 do 12 litrów czystego alkoholu etylowego mogą być mylące. Z badań Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych wynika, że zdecydowana większość rodaków – ponad 80 proc. – pije alkohol w sposób umiarkowany. Spożywając w sumie nie więcej niż 6 litrów alkoholu rocznie.
Picie alkoholu może stanowić zagrożenie dla 18 proc. pijących. Krzysztof Brzóska, prezes Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych podaje, że te 18 proc. wypija rocznie aż 70 proc. całego alkoholu sprzedawanego w Polsce. Prawie każdemu z tej grupy pijących zdarzyło się w ciągu ostatniego roku przynajmniej raz upić się.
Według standardów WHO systematyczne wypijanie 20 gramów czystego alkoholu przez kobiety oraz 40 gramów przez mężczyzn to picie ryzykowne i szkodliwe. Nie są ilości oszałamiające, bo oznaczają więcej niż jedno piwo wypijane dziennie przez kobietę lub dwa przez mężczyznę. Na pocieszenie można przytoczyć wyniki badania CBOS z 2010 roku. Aż 22 proc. rodaków zadeklarowało wówczas, że nigdy nie bierze alkoholu do ust.

 

C2H5OH

Etanol jest jeden. Chociaż trafia do naszych żołądków na wiele sposobów. I w różnych ilościach Ciekawe wnioski zawiera badanie „Modele picia napojów alkoholowych w Polsce”. Przeprowadził je CBOS, w lutym 2017 roku na zlecenie Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie. Producenci piwa mogą być zadowoleni z wyników tego badania.
W prawie 60 proc. przypadków przyczyną upicia się jest spożywanie wódki. Upijających się piwem jest dwa razy mniej. To zrozumiałe, spożycie piwa jest z reguły rozciągnięte w czasie. A jedna półlitrowa butelka piwa zawiera mniej alkoholu niż wypite raz za razem dwie „pięćdziesiątki”. Najrzadziej w stan upojenia wprowadza wino – przyznaje się do tego jedynie co ósmy Polak nadużywający alkoholu.
Pijący dużo, a więc ryzykownie i szkodliwie, wypijają też więcej wódki podczas jednej imprezy. Statystycznie jest to 195 gram czystego alkoholu, a więc ponad jedna półlitrowa butelka. W przypadku piwa jest to średnio 130 gramów czystego alkoholu. O jedną trzecią mniej.
Choć w ostatnim czasie wypijamy morze piwa rocznie. Kiedyś byliśmy w ogonie Europy. Dzisiaj, z 99 litrami piwa przypadającymi na głowę (i żołądek) statystycznego Polaka, plasujemy się w czołówce. Wyprzedzają nas tylko Niemcy i Brytyjczycy.

 

Za 500+

Specjaliści zajmujący się leczeniem uzależnień alarmują: od szeregu lat systematycznie rośnie spożycie alkoholu w Polsce. I zwiększa się liczba pacjentów ośrodków terapeutycznych. Tomasz Woźniak, lekarz psychiatra z Kliniki Uzależnień Medox, przypuszcza, że jedną z najważniejszych przyczyn jest rosnąca zamożność Polaków. I tym samym możliwość przeznaczania większej ilości pieniędzy na alkohol.
We wspomnianym badaniu CBOS-u z 2010 roku, respondenci podawali, że przeciętnie wydają na alkohol 50 złotych miesięcznie. Ile wydają dzisiaj? Nie znalazłem nowszych badań. Zaś Tomasz Woźniak w radiu TOK FM postawił mocno kontrowersyjną tezę: „teraz jest 500+, jest za co pić”. Nie chcę polemizować z panem doktorem, bo brak jest szerszych badań na temat wydatków z programu 500+. Jest natomiast okazja, by ze sfery statystyk spożycia alkoholu przejść do polityki.

 

Zakaz

Ostatniego października ubiegłego roku grupa posłanek i posłów Prawa i Sprawiedliwości złożyła w Sejmie poselski projekt nowelizacji ustawy o zmianie ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Posłowie i senatorowie szybko uporali się z problemem. I od początku tego roku samorządy mogą wprowadzać ograniczenia w sprzedaży alkoholu.
Po pierwsze: mogą wyznaczyć maksymalną na terenie gminy ilość punktów sprzedaży alkoholu. Zarówno sklepów, jak i barów i restauracji. Po drugie: mogą wprowadzić ograniczenia sprzedaży alkoholu między godziną 22:00 i 6:00 rano. Na terenie całej gminy lub na przykład w niektórych dzielnicach miasta.
Politycy PiS dali samorządowcom pół roku czasu na podjęcie uchwał regulujących sprzedaż alkoholu na swoim terenie. Ten termin mija za kilka tygodni – dokładnie 10 sierpnia. Tak przy okazji. Cóż za wspaniała zbieżność dat. Wszak sierpień to miesiąc od lat wyznaczany przez Kościół jako „miesiąc trzeźwości”. Może dlatego parlamentarzyści PiS-u tak spieszyli się z uchwaleniem ustawy. Rezygnując z szerszych konsultacji społecznych.

 

U progu prohibicji

Myślę, że jeszcze nie do wszystkich dotarło w jak potężny oręż uzbroili samorządy politycy Prawa i Sprawiedliwości. Wierzę, że w większości gmin zwycięży zdrowy rozsądek. I nowe zapisy ustawy nie będą przez samorządy nadużywane. Ale niestety, mogą zdarzyć się wyjątki. I co wtedy?
Kilka miesięcy temu Gazeta Wrocławska donosiła, że na wniosek Narodowej Rady Abstynentów Świeckich PiS wprowadził zakaz sprzedaży alkoholu we wszystkie soboty. Na szczęście był to tylko primaaprilisowy żart Gazety. Jednak można wyobrazić sobie sytuację, że gdzieś w Polsce radni „pójdą na całość” i ograniczą ilość sklepów posiadających zezwolenia na sprzedaż napojów alkoholowych na terenie gminy do… jednego. Dwóch. Lub trzech. Przed którymi od 6-tej rano do 22-giej będą ustawiały się kolejki. Nabijając kiesę paru lokalnym biznesmenom.
I będziemy mieli prawie „drugą Szwecję”. Gdzie istnieje Systembolaget. Państwowa sieć, mająca wyłączne prawo do sprzedaży alkoholu. Której sklepy otwarte są od poniedziałku do piątku od 10 do 20. W soboty do godziny 15-tej. I jest ich w całej Szwecji raptem 430. W milionowym Sztokholmie – 22. A spożycie? Mimo zakazów, Szwedzi znajdują sposoby, by wypijać rocznie prawie 9 litrów czystego alkoholu na osobę.

 

Nie tędy droga

Edukacja – tak. Wychowanie – tak. Zmiana sposobu spędzania wolnego czasu – tak. By w relacjach z wakacyjnych zagranicznych wojaży nie dominowała licytacja, w którym hotelu „all inclusive” dało się więcej wypić. No i propagowanie zdrowego trybu życia. Bo ten z alkoholem za pan brat z pewnością zdrowy nie jest.
Może jeszcze na dodatek mniej reklam alkoholu w telewizji. Mocnych trunków nie wolno reklamować. Ale reklam piwa emitowanych jest ponad 2,5 tysiąca godzin rocznie. Podobno w nowelizacji ustawy miały się znaleźć zapisy ograniczające telewizyjne reklamy alkoholu. Ale wypadły. No cóż. PiS ma słabość do… lobbystów.
Wprowadzanie zakazów, to droga najprostsza. Ale, niestety, droga donikąd.

 

Alkohol do konsumpcji

To moja osobista opinia. Człowieka nienależącego do elitarnego klubu 22 procent polskich abstynentów. Ale również nie mieszczącego się w gronie 18 procent rodaków konsumujących alkohol w sposób ryzykowny i szkodliwy. Jestem przeciwny zakazom. Niezależnie od tego, czy dotyczą zakazu aborcji dla kobiet. Zakazu handlu w niedzielę. Zakazu zaciągnięcia się skrętem z marihuany. Czy wyznaczania przez władzę, gdzie i kiedy można kupić puszkę piwa.
Wprowadzenie ograniczeń w dostępie do placówek handlujących alkoholem, to zielone światło dla szarej strefy. I mafii zajmującej się produkcją i dystrybucją nielegalnego alkoholu. Fortuny Ala Capone i jemu podobnych powstawały właśnie dzięki tym, którzy łudzili się, że walka z alkoholizmem będzie skuteczna dzięki zakazom.
Nad Wisłą też to przerabialiśmy w naszej polskiej mikroskali. Nocnych sklepów kiedyś nie było. Bez liku było za to melin. Doskonale prosperujących w każdym polskim mieście i miasteczku. Zakaz sprzedaży alkoholu obowiązywał aż do godziny 13-tej. A w restauracjach wódka podawana była „tylko do konsumpcji”. Co oznaczało konieczność zamawiania do każdej kolejnej kolejki, kolejnej porcji „koreczków”. Czy było „trzeźwiej”? Wątpię. Statystyki wszak podają, że w 1978 roku Polki i Polacy wypili 9,2 litra czystego alkoholu na osobę. Niespecjalnie mniej niż obecnie.

 

Piwny mundial

W najbliższy weekend dyskusja nad ograniczeniem sprzedaży alkoholu pójdzie w odstawkę. Liczyć się będzie tylko ilość goli strzelonych Kolumbijczykom. Warto więc przy okazji przytoczyć statystyki zamieszczone na stronie portalspożywczy.pl.
„Średnie ceny piwa w Polsce podczas tegorocznych Mistrzostw Świata w piłce nożnej będą o ok. 0,5 proc. niższe niż w trakcie poprzedniego Mundialu. Za średnie wynagrodzenia w naszym kraju polski konsument mógłby kupić o 338 butelek piwa więcej niż cztery lata temu” – wyliczają eksperci Banku BGŻ BNP Paribas.
Co więcej, w grupie H Mistrzostw Świata jesteśmy absolutnym liderem w spożyciu piwa. W Senegalu wypija się go zaledwie 1,6 litra na mieszkańca. Trzy butelki na rok! Japończycy wypijają 42 litry. A niedzielni rywale, Kolumbijczycy, 48 litrów. Gdzie im do naszych 99 litrów.
A więc: za zwycięstwo!