Hiszpania po wyborach

Hiszpańskie wybory parlamentarne zapiszą się jako jedna ciekawszych rozgrywek politycznych w 2019 roku. Ta batalia nie znalazła swojego finału w niedzielę, kiedy najwięcej głosów zdobyła Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza (PSOE), czyli dawna lewica, a obecnie zaledwie socjalliberalna partia elit. Mimo znakomitego wyniku i totalnej klęski głównego rywala – Partii Ludowej, przed premierem Pedro Sánchezem najtrudniejsze zadanie wciąż do wykonania. Nie wiadomo z kim PSOE zbuduje koalicję. Kluczowy etap gry dopiero się rozpoczyna.

Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza wygrała ze sporą przewagą nad przeciwnikami. Na stronie dziennika „El Pais” można znaleźć mapkę ukazującą zwycięzców w poszczególnych okręgach wyborczych. Niemal cały kraj, łącznie z Wyspami Kanaryjskimi i archipelagiem Balearów został pokolorowany na czerwono. Na PSOE zagłosowało 28,70 proc. obywateli, którzy poszli do urn. To prawie 7,5 miliona głosów. Trzy miliony więcej niż Partia Ludowa. Dwa miliony więcej niż w sama otrzymała w roku 2016.
Pedro Sánchez w czerwcu ubiegłego roku wykorzystał słabość przeciwnika. A właściwie – moment, w którym proces wewnętrznego rozkładu Partii Ludowej osiągnął poziom krytyczny. Sąd Najwyższy uznał wtedy, że formacja premiera Mariano Rajoya korzystała z łapówek otrzymywanych za zdobywanie publicznych kontraktów dla kilku przedsiębiorców. Tzw. „afera Gurtela” stała się symbolem korupcyjnej zgnilizny państwa hiszpańskiego i drastycznie obniżyła poziom zaufania do rządu. To nie było jednak tak, że Sánchez dopadł i wypunktował w narożniku odwiecznego rywala. Pomogła mu w tym Partia Podemos, zgłaszając wotum nieufności, które zostało przyjęte przez parlament głosami lewicy i regionalistów. Dysponując zaledwie 85 fotelami przez niemal rok PSOE rządziła krajem w ramach gabinetu mniejszościowego. Na tyle sprawnie, że obywatele postanowili dać mu mandat na kolejne cztery lata. Ale pamiętać trzeba, że drogę do władzy utorowała mu odważna inicjatywa Podemos.
W niedzielę lewicowa Hiszpanią zagłosowała, aby zatrzymać prawicę. Zarówno tą, z którą walczy od lat 80 – Partią Ludową, jaki i nową: agresywną i ksenofobiczną. Po raz pierwszy od czasów upadku dyktatury Franco, w kraju pojawiła się siła skrajnie prawicowa – VOX. Podczas kampanii szczuła na imigrantów, atakowała feministki i Unię Europejską. Największe poparcie zdobyła wśród elektoratu zamożnego, oraz w rejonie Almerii, gdzie pracuje mnóstwo słabo opłacanych robotników napływowych. Propaganda Abascala szczuje na nich miejscowych. Poza tym regionem skrajna prawica nie zdobyła jednak zaufania robotników. Lewica natomiast ostrzegała swoich wyborców przed VOX, co okazało się mocnym impulsem mobilizacyjnym.
– Sánchez dostał w tych wyborach głosy, które nie należą do niego – tłumaczy Angelina Kussy antropolożka, badaczka i doktorantka na Uniwersytecie Autonomicznym w Barcelonie. Angelina jest aktywistką komisji międzynarodowej Barcelona en Comú, czyli ugrupowania, które sprawuje władzę w stolicy Katalonii. Barcelona en Comu to platforma municypalistyczna, należąca do oddolnego, progresywnego ruchu globalnego, który dąży do oddania większej władzy miastom w odpowiedzi na fiasko polityk państw narodowych i w odpowiedzi na neoliberalizm, i skrajną prawicę.
Kussy podkreśla, że Sánchez wygrał, bo udało mu się przekonać społeczeństwo, że warto poprzeć silniejszego.
– Część wyborców Podemos zagłosowało na PSOE w obliczu zagrożenia ze strony partii VOX. Ciekawą sprawą jest to, że rodziny przy urnach wyborczych dogadywały się, kto zagłosuje na PSOE, a kto na Podemos, żeby „rozłożyć trochę głosy w obrębie rodziny” – wyjaśnia Kussy.
Po otrząśnięciu się z szoku po ogłoszeniu wyników wyborów, prawicowe media przystąpiły do realizacji programu redukcji szkód. Mizerny wynik reakcyjnych ugrupowań oznaczał koniec marzeń o zakończeniu rządów lewicy. Pojawił się jednak pomysł na umniejszenie skali jej zwycięstwa. W poniedziałek rano związany z prawicą dziennik „La Vanguardia” ogłosił, że Pedro Sánchez rozważa zawarcie koalicji z centroprawicową partią Ciudadanos (Obywatele), która zajęła trzecie miejsce w niedzielnej elekcji z wynikiem 15,84 proc. głosów, co przełoży się na 57 miejsc w Kortezach.
Obywatele pojawili się na hiszpańskiej scenie politycznej w 2014 roku. Wystartowali, z sowitym zastrzykiem kasy od bankowego kapitału, jako typowa partia liberalna, wskazująca na konieczność moralnej sanacji systemu partyjnego, co miało przekonać do niej zmęczonych korupcyjnymi skandalami wyborców Partii Ludowej oraz poszukującego nowej namiętności centrowego segmentu elektoratu PSOE. Plan się powiódł, bo Ciudadanos zyskali pozycję poważnej siły, cieszącej się poparciem kilkunastu, w porywach nawet 20 proc. głosujących. W ostatnich kilkunastu miesiącach partia skręciła w prawo ufając, że wyborcy nie będą mieć problemu z tym, że ich ugrupowanie jest jednocześnie liberalne, ale też ma cechy skrajnej prawicy. Przeliczyli się. W niedzielę część zgorszonych mieszczan przerzuciła swoją sympatie na PSOE.
Wizję koalicji PSOE-Ciudadanos można być uznać za bolesne majaki madryckiej oligarchii, gdyby nie postawa lidera PSOE, premiera Pedro Sáncheza. Zdaniem Macieja Szlindera, aktywisty Red Renta Basica i członka zarządu Partii Razem, przywódca hiszpańskich socjaliberałów rozważa nawiązanie współpracy z Obywatelami jako jedną z opcji. – To jest najgorszy wariant z możliwych, ale daje Sánchezowi większość. I on mógłby to chcieć zrobić. Ale byłoby to trudne do zaakceptowania nie tylko dla wyborców PSOE, ale także dla wyborców Ciudadanos. Dla nich PSOE jest partią, która rozmawia z komunistami i separatystami – wskazuje.
Nieco bardziej sceptyczna jest Angelina Kussy. Aktywistka zwraca uwagę na wartości, które pomogły Sánchezowi zwyciężyć wewnątrzpartyjną konkurencję. Obecny premier pokonał w walce o przywództwo Susanne Diaz,
– Ta polityczka reprezentowała typowo establishmentową, kacykistyczną, neoliberalną linię. Sánchez wygrał, bo był nową twarzą, kojarzoną z inaczej pojmowaną lewicowością – świeżą, bardziej socjalną. To jest właśnie oparcie Sáncheza w jego własnej partii – tłumaczy działaczka, sugerując, że premier ma zbyt dużo do stracenia.
Zdaniem Kussy o koalicji z Ciudadanos nie chcą słyszeć członkowie PSOE. Na wiecach wyborczych jasno dawali do zrozumienia, kogo widzą jako swoich sojuszników. Skandowali „Sí se puede” (tak, możesz), zachęcając swojego lidera do zbliżenia z Unidos Podemos. Jeśli chodzi o alians z centroprawicą, ich zdanie było równie jednoznaczne: „Con Riviera no” (Z Rivierą nie) Dla Sáncheza koalicja z Ciudandanos oznaczałaby frontalne wystąpienie przeciwko woli większości swoich wyborców, a także partyjnych towarzyszy. Według naszej komentatorki, takie rozwiązanie, choć dawałoby mu stabilną większość w Kortezach (180 foteli), a zatem umożliwiałoby prowadzenie polityki bez każdorazowego pytania o zgodę regionalistów czy socjaldemokratów z Podemos, byłoby jednak podeptaniem ideałów, a tego elektorat by mu nie wybaczył. – Jeśli Sanchez podejmie takie ryzyko, to jego wyborcy mogą w kolejnych wyborach zagłosować na Podemos – zauważa Angelina Kussy.
Albert Riviera, przewodniczący Obywateli podczas kampanii wyborczej wielokrotnie oskarżał PSOE o uległość względem ugrupowań separatystycznych. W jego ustach przedłużenie panowania Sáncheza miało oznaczać zagrożenie dla jedności Hiszpanii. Deklarował, że nie ma ochoty na romans z lewicą.
Angelina Kussy nie wierzy jednak w takie zapewnienia. – Wcześniej ślubował przed swoimi wyborcami, że nie będzie paktował z Partią Ludową. I bardzo szybko zmienił zdanie – wskazuje. W objęcia Sáncheza można go popchnąć trudna sytuacja, w jakiej znalazła się hiszpańska prawica. Perspektywa utworzenia koalicyjnego rządu jest niemożliwa. Trzy partie prawicy (PP, Vox i Ciudadanos wspólnie mogą liczyć jedynie na 148 mandatów, dlatego też perspektywa powstania koalicji prawicowo-lewicowej, z perspektywy Obywateli jest jedyną możliwością na utrzymanie się przy władzy.
Dr Judyta Wachowska z Zakładu Literatury Hiszpańskiej i Iberoamerykańskiej UAM wskazuje na inny, bardzo silny czynnik mogący przybliżyć połączenie umiarkowanych sił lewicy i prawicy. – Jest ogromna presja wielkiego kapitału na rozpoczęcie rozmów koalicyjnych pomiędzy PSOE a Ciudadanos – zauważa. Jej zdaniem, większość wyborców partii Sancheza to nie lewica prosocjalna i propracownicza. – Postępowe hasła, głoszone wcześniej przez socjalistów zostały przejęte i mocno rozwinięte przez Podemos. Zmiana przywódcy partii na Sáncheza była bardziej zmianą wizerunkową, możliwe, że teraz zobaczymy stare PSOE – mówi Wachowska, której zdaniem sojusz PSOE z Obywatelami jest dla partyjnego establishmentu oraz dla hiszpańskiej klasy średniej reprezentującej interesy ekonomiczne bardzo wygodny. To byłby kurs idący na hasła „stabilizacji i umiarkowania”, które pojawiły się już w powyborczy poniedziałek rano – tłumaczy Wachowska.
A może premier Sánchez spełni życzenie członków Hiszpańskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej i zawiąże historyczną koalicje z młodszą siostrą z lewicy – formacją Unidas Podemos (do której należy także Zjednoczona Lewica – Izquierda Unida – Alberta Garzóna)?
Dr Jacek Drozda, specjalista od polityki iberyjskiej wskazuje, że taki wariant mógłby na dłuższy czas zatrzymać pochód radykalizującej się hiszpańskiej prawicy, ale niewiele zmieni jeśli chodzi o politykę państwa hiszpańskiego. Drozda nie ma dobrego zdania o kondycji tamtejszej lewicy – i starej i nowej. – Wzmocniona PSOE, której rychły upadek wieszczyli do niedawna apologeci „fioletowej lewicy” spod znaku Podemos, to wzmocnione elity hiszpańskiej burżuazji – wskazuje.
Drozda powątpiewa również w możliwość wpływu partii Pablo Iglesiasa na politykę koalicyjnego rządu. – Nie wydaje mi się, aby w jej obecnym kształcie Podemos była w stanie skierować ewentualny przyszły rząd bardziej na lewo. Jedynymi realnymi siłami postępu w sferze socjalnej i na płaszczyźnie demokratyzacji życia publicznego w państwie hiszpańskim są dziś siły regionalne, dla których Sánchez i Iglesias mają jedną propozycję: podporządkowanie się madryckiemu autorytarnemu centralizmowi – stwierdza, zaznaczając, że Iglesias i spółka nie mają pomysłu ani chęci stawienia czoła głównym patologiom systemu. – Radykalne podniesienie pensji minimalnej nie rozwiązuje problemu wciąż wysokiego bezrobocia, mafijnych układów na rynku nieruchomości, baniek spekulacyjnych,korupcji politycznej oraz przemocy policyjnej. A z tymi problemami będzie musiał zmierzyć się nowy rząd – zaznacza.
W normalnych warunkach najsensowniejszym oczywistym byłoby zawiązanie koalicji partii lewicowych – PSOE, Unidos Podemos i Republikańskiej Lewicy Katalonii (ERC). Podziały polityczne w Hiszpanii nie przebiegają jednak wyłącznie na linii lewica-prawica, ale również według kryterium podejścia do formy państwa. ERC jest formacją opowiadającą się za niepodległością swojego regionu. Jej politycy niesieni mocą społecznego poparcia, nie kwapią się do wstępowania w sojusz z twardą broniącą unitarnego modelu PSOE, czy nawet UP, której liderzy deklarują co prawda poparcie dla referendum niepodległościowego w Katalonii, jednak dla mieszkańców tego regionu nie są wiarygodną siłą polityczną, na co wskazuje Alfons Gregori i Gomis, Katalończyk mieszkający w Polsce oraz pracownik UAM. – Mając do wyboru poparcie dla lewicy, która może objąć władzę na poziomie krajowym, a poparciem dla lewicy katalońskiej, dążącej do stworzenia własnego państwa, Katalończycy wybrali to drugie – tłumaczy. Gomis jest zdania, że nie ma praktycznie żadnych szans na wejście ERC do rządu.
Inne rozwiązanie – koalicja PSOE, Unidos Podemos i tych ugrupowań regionalnych, które nie chcą rozbijać państwa. Szanse na to, że Sánchez zawrze sztamę z umiarkowanymi politykami z Katalonii, Kraju Basków, Nawarry, Walencji, Kantabrii oraz Wysp Kanaryjskich są jednak bardzo niewielkie. – To jest zlepek bardzo różnych formacji, trudno byłoby utrzymać nad nimi kontrolę. Sánchezowi opłacałoby się już bardziej zawiązać koalicję tylko z Podemos, a potem szukać poparcia wśród regionalistów przy poszczególnych głosowaniach – mówi Maciej Szlinder.
Co zatem jest obecnie najbardziej prawdopodobną możliwością? Utworzenie rządu mniejszościowego. Pedro Sánchez dzień po ogłoszeniu wyników wyborów oświadczył zresztą, że jego formacja jest gotowa do sformowania gabinetu złożonego wyłącznie z własnych polityków. Zostało to odebrane jako pokaz siły i gra na osłabienie pozycji negocjacyjnej potencjalnych koalicjantów, jednak w ostatecznym rozrachunku może okazać się najwygodniejszym rozwiązaniem dla PSOE. Największą zaletą takiego posunięcia byłoby utrzymanie wizerunkowej spójności, dla której największym zagrożeniem jest alians z katalońskimi separatystami, ale także, ze wspomnianych wyżej powodów – z Obywatelami. Rząd mniejszościowy, paradoksalnie, stawia PSOE na najbardziej podmiotowej pozycji z możliwych. Nie muszą dzielić się władzą.
– To będzie straszne świństwo – mówi Kussy. – Sanchez zyska możliwość zmuszania Podemos i ugrupowań regionalnych do popierania konkretnych ustaw pod szantażem powrotu prawicy lub nadejścia skrajnej prawicy w przypadku niewyrażenia poparcia dla jego pomysłów – wskazuje.
Lider PSOE jest doskonałym lawirantem. Mając w Kortezach jedynie 85 deputowanych rządził Hiszpanią przez ostatnich 10 miesięcy. W tym czasie jego formacja stała się liderem sondaży, a niektóre posunięcia władzy wzbudziły powszechne uznanie społeczne. – PSOE za Sáncheza jest kameleonem. Kiedy trzeba uchwalić budżet to partia zgadza się na postulat Podemos i podwyższa płacę minimalną. W momencie, gdy takiej presji nie ma, to PSOE spełnia życzenia Banku Santander – opowiada Angelina Kussy.
Decyzja o składzie nowego rządu nie zapadnie w najbliższych dniach. Sánchez poczeka do 25 maja, kiedy w Hiszpanii odbędą się wybory do europarlamentu, połączone z wyborami władz miejskich. Liderowi PSOE marzy się kolejne wielkie zwycięstwo, psychologiczne stłamszenie rywali, kolejna klęska Partii Ludowej i zwiększenie legitymizacji społecznej. Na wybory czeka również bardziej radykalna lewica, która liczy na potwierdzenie supremacji w dużych miastach: Madrycie, a także w stolicy Katalonii gdzie szykuje się przedłużenie panowania platformy Barcelona en Comú.
Jakże to wszystko byłoby prostsze, a rządy lewicy – niezagrożone, gdyby nie napięcie w jednym regionie. – Problem Katalonii jest do rozwiązania – zapewnia Szlinder. – Pogłębienie autonomii, stworzenie niezależności regionu bez formalnej niepodległości, na wzór tego jak funkcjonuje Kraj Basków, który dysponuje m.in. niezależnym budżetem poskutkowałby spokojem społecznym i uspokojeniem atmosfery na kilka lat – wskazuje polityk Razem, dodając, że takie posunięcie wywołało by jednak jazgot prawicowych ugrupowań i mediów, a także sprzeciw ze strony tej części wyborców PSOE, dla których szczególnie ważna jest obrona jedności państwa.
Podobnego zdania jest Angelina Kussy. – Gdyby Sánchez podczas nadchodzącej kadencji zarządził referendum, to większość Katalończyków zagłosowałaby przeciw niepodległości – tłumaczy. Dlaczego? Jej zdaniem akceleratorem nastrojów separatystycznych są rządy prawicy – to wtedy obywatele Katalonii tracą chęć do bycia częścią Hiszpanii.
Główną przeszkodą do neutralizacji napięcia jest proces liderów i liderek katalońskich organizacji niepodległościowych, którym stawia się poważne zarzuty i grozi nawet 27-letnimi wyrokami. Dla wyborców z regionu sprawa ta jest rzeczą najważniejszą. To coś więcej niż polityka. – W Katalonii pamiętamy, że w Madrycie w więzieniu siedzą więźniowie polityczni. Słyszymy co hiszpańskie stacje mówią o tym procesie. Stykamy się z kłamstwem. Oni próbują nas upokorzyć, my walczymy o honor jako wspólnota, która została zaatakowana – tłumaczy Alfons Gregori i Gomis, dodając, że PSOE poparła represje nałożone przez Madryt na katalońską autonomię. – Niewiele się różni podejście Sáncheza do oskarżonych Katalończyków od podejścia Partii Ludowej. Gomis nie stawia jednak znaku równości pomiędzy PSOE, a UP. – Unidos Podemos to pierwsza ogólnokrajowa siła polityczna, która powiedziała jasno, że Katalończykom trzeba dać prawo do wyrażenia woli w referendum niepodległościowym. Pierwsza, która nie odmówiła nam tego demokratycznego prawa. Dla nas jest to bardzo ważne i Podemos zachowała tutaj sporo sympatii. A dlaczego nie zagłosowaliśmy na nią? Bo mamy swoje partie lewicowe – śmieje się Alfons.
Pedro Sánchez nie może tej szansy zmarnować. Jeśli jego rząd nie wyjdzie naprzeciw oczekiwaniom regionalistów i nie zbuduje stabilnego koalicyjnego gabinetu, wówczas w kolejnych wyborach możemy spodziewać się umocnienia pozycji VOX, która w regionalnym rządzie Andaluzji ma już 12 posłów. Dynamika przepływu elektoratu z Partii Ludowej i innych formacji do skrajnej prawicy jest bowiem niepokojąca. Jeśli jednak Sánchez zdecyduje się na alians z prawicą, wówczas, działając za pomocą odpowiednich instrumentów będzie mógł ją ostawić, odsuwając na wiele lat od władzy.
– To jest populistyczna polityka skierowana przeciwko równości społecznej i rasowej, to jest polityka wrogości wobec separatyzmu katalońskiego, wobec Europy, imigrantów, kobiet, LGBT+, NGO-sów, prawa o pamięci historycznej – ostrzega dr Judyta Wachowska, charakteryzując hiszpańską skrajną prawicę. Partia Abascala, który przez wiele długich lat był politykiem Partii Ludowej, promuje zamknięcie granic, łatwy dostęp do broni, polowania, walki byków i zakaz aborcji. Cały zestaw znany skądinąd z tutejszego podwórka. A on sam liczy na to, że wkrótce przejmie cały elektorat swojej byłej partii. – ostrzega dr Judyta Wachowska, charakteryzując hiszpańską skrajną prawicę.
Skąd się wzięła prawicowa ekstrema, w kraju, który ledwie 40 lat temu wyzwolił się z dyktatury prawicowego caudillo? Jacek Drozda uważa, że demony były obecne i oswajane. – Twierdzenie „w Hiszpanii po upadku Franco nie ma skrajnej prawicy” nigdy nie było prawdziwe, ponieważ przytulnym domem dla dziedziców hiszpańskiego faszyzmu były zarówno Partia Ludowa, jak i policja oraz wiele instytucji publicznych – zauważa analityk. – Wielki wzrost popularności powstałej w 2013 roku VOX jest owocem celowych ruchów obozu post-frankistowskiego, który musiał zreformować się po kompromitacji Mariano Rajoya i jego ekipy – wskazuje Drozda.

W Hiszpanii zdecydują kobiety?

W niedzielę Hiszpanie odnawiali swój parlament w atmosferze konfliktu damsko-męskiego, co może doprowadzić do impasu, tj. braku większości i ponownych wyborów.

Taki scenariusz, który uważa się za bardzo prawdopodobny, związany jest z niebywałymi postępami feminizmu w Hiszpanii i męską reakcją, w postaci pojawienia się skrajnie prawicowej partii Vox. Sprawy seksu i relacji damsko-męskich nieoczekiwanie zdominowały kampanię.
Trzy czwarte wyborców Vox to mężczyźni wkurzeni „feministyczną falą”. Manifestacje kobiece z 8 marca odbywały się nawet w małych wsiach, a w miastach były olbrzymie. Ok. 80 proc. Hiszpanów popierało strajki feministyczne w ciągu ostatnich dwóch lat. Premier Pedro Sanchez z PSOE mianował w tej sytuacji historyczny rząd, z 11 kobietami na 17 ministrów. Jest w zasadzie pewne, że PSOE wygra wybory, ale czy uda się stworzyć jej większościową koalicję wcale pewne nie jest, bo np. Podemos, dawni „oburzeni”, przeżywa degrengoladę z powodu wewnętrznych scysji. Tymczasem na prawicy Vox szedł jak burza. „Głosowanie testosteronu”, które lansuje, ma dać odpór „nierozsądnemu” ruchowi kobiecemu. W czasie przedwyborczej debaty telewizyjnej kandydatka Vox wyrażała jednoznaczny sprzeciw wobec projektu ustawy rządowej, która wymaga „jednoznacznej zgody” na seks, by brak takiej zgody nazwać agresją lub gwałtem.
Wzrost popularności Vox wywołał naśladownictwo na prawicy – do niedawna rządząca Partia Ludowa (PP) w 2014 r. zrezygnowała z wprowadzenia zakazu przerywania ciąży, a teraz na powrót usztywnia swe antyfeministyczne pozycje. Liberałowie z Ciudadanos mówią o dopuszczalności „liberalnego feminizmu”, ale chętnie weszliby do koalicji z Vox i PP.
Według badań sondażowych, aż 40 proc. kobiet nie wie na kogo zagłosuje. To w jaki sposób rozłożą się ich głosy zdecyduje o ostatecznym wyniku.

Głos epoki #metoo

„Głosem epoki #metoo” określił tę powieść tygodnik „Time”. Często pada też w jej kontekście określenie „nowe Opowieści Podręcznej”. Oficjalną polską premierę zaplanowano na 27 lutego. Książkę miałam okazję przeczytać wcześniej dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza. Mojej recenzji nie dam jednak rady zawrzeć w stu słowach.

Dlaczego w stu? Właśnie tyle w realiach tej powieści wolno odtąd dziennie wypowiadać kobietom. Decyzją amerykańskiego rządu, zmęczonego już panoszeniem się roszczeniowych feministek, kobietom najpierw odebrano głos, a później prawo do edukacji i pracy. Liczbę słów wypowiadanych każdego dnia mierzą specjalne liczniki – nie ukryje się nic.
Nawiązania do polityki Trumpa aż krzyczą z kart książki. „Na początku trochę ludzi zdołało się stąd wyrwać. Niektórzy przedostali się do Kanady, inni popłynęli na Kubę, do Meksyku albo na Karaiby. Wkrótce potem władze wprowadziły posterunki kontrolne, a mur wzdłuż granicy z Meksykiem był gotowy, więc exodus skończył się bardzo szybko.
– Nie możemy pozwolić, aby nasi obywatele, nasze rodziny, nasze matki i ojcowie opuszczali kraj – oświadczył prezydent w jednym z pierwszych przemówień”.
Jean McClellan, główna bohaterka, którą można uznać za alter ego autorki, również próbowała wyjechać. „Ale z czwórką dzieci – z których najmłodsze w najmniej odpowiednim momencie zaczęłoby podskakiwać w swoim foteliku i szczebiotać ‘Kanada!’ do strażników na granicy – nie mieliśmy szans”. Zresztą jej paszport i tak unieważniono.
Jean, tak jak Dalcher, większość życia spędziła w środowisku akademickim, jest lingwistką. A w zasadzie była. Potem wszystko się zmieniło. „Kiedyś rozmawialiśmy do późnej nocy. Kiedyś w weekendy leżeliśmy długo w łóżku i czytaliśmy gazety, odkładając domowe obowiązki na potem. Kiedyś miałam przyjaciółki. Chodziliśmy do klubu książki i do kawiarni na ploteczki, dyskutowaliśmy o polityce w barze przy kieliszku wina, a potem w piwnicy, kiedy stało się to dla nas odpowiednikiem czytania ‘Lolity’ w Teheranie”. Patrick mówił, że jesteśmy głosami, których nie da się stłumić. No cóż, to tyle w kwestii nieomylności Patricka”. Kiedy poznajemy Jean, dawne życie może tylko wspominać. Przez pierwsze miesiące od wprowadzenia zakazu usiłowała komunikować się z mężem, pisząc mu na lustrze wiadomości za pomocą szminki. Ale kiedy najmłodsza córka pewnego ranka zobaczyła przekaz, którego nie potrafiła odczytać i powiedziała „litery – niedobre”, a starszy syn zaczął wracać ze szkoły z mizoginistycznymi hasłami na ustach, rodzicom pozostało pisanie ukradkiem na skrawkach papieru i wkładanie ich do blaszanej puszki, a później palenie kartek.
„Prezydentowi towarzyszy na ekranie żona. (…) Pamiętam, że zanim wyszła za mąż, jej postać zdobiła strony ‘Vogue’a’i ‘Elle’, gdzie zawsze prezentowała skąpe stroje kąpielowe albo bieliznę, uśmiechając się, jakby chciała powiedzieć ‘No śmiało, dotknij mnie’. Teraz, kiedy patrzę na nią, jak stoi skromnie za plecami męża, jestem zszokowana jej przemianą. (…) Pierwsza dama już się nie uśmiecha i nie zakłada niczego, co sięga wyżej kolan albo odsłania więcej niż zagłębienie pod szyją. Zawsze nosi rękawy za łokieć, tak jak dzisiaj, a licznik na jej lewym nadgarstku harmonizuje z kolorem sukienki. Wygląda jak stara bransoletka, prezent od prababki. (…) Jednak błękitne oczy Anny Myers mówi całą prawdę – są nieobecne, bezbarwne i mają wyraz typowy dla kogoś, kto widzi świat w odcieniach szarości. (…) Wciąż wolno czytać Biblię, o ile jest to właściwa wersja”.
Pewnego dnia do drzwi domu Jean pukają mężczyźni. Z rządu. Z propozycją nie do odrzucenia. Okazuje się, że brat prezydenta uległ wypadkowi i doznał urazu mózgu. Trzeba od nowa nauczyć go… mówić. Bohaterka idzie na współpracę, bo nie bardzo ma inne wyjście. Ale przy okazji odkrywa, że system antykobiecej cenzury aż roi się od wyłomów, a ona ma w ręku potężną broń – językowy obraz świata.
Christina Dalcher jest specjalistką od lingwistyki – jej obszary zainteresowań naukowych to fonetyka dialektów włoskich (szczególnie okolice Florencji) i brytyjskich. „Vox” jest jej pierwszą powieścią, do tej pory Dalcher pisywała krótsze formy. Jej opowiadania zgarniały nagrody m.in. w kategorii science fiction. Swoją pierwszą powieść sama autorka określa jako mix „Opowieści podręcznej” z „Żonami ze Stepford”, choć to zdecydowanie porównanie zbyt skromne. Nad kartami książki unosi się duch Orwella, za co w polskiej wersji językowej gratulacje zebrać powinien Radosław Madejski. W książce nie ma ani jednego zbędnego epitetu, ani jednego opisu, który irytowałby swoją rozwlekłością, co tylko wzmacnia atmosferę grozy i skłania do przerażającej refleksji, że rezygnacja z 16 tysięcy słów wypowiadanych przez człowieka każdego dnia stanowi torturę, której skutki porównywalne są ze skutkami długotrwałej izolacji.
Orwellowskie motywy powracają również w postaci wielebnego – Świątobliwego Carla, który dla konserwatystów jest „dostarczycielem wyborców”. Oplótł kamerami cały kraj i pilnuje nie tylko, aby kobiety trzymały się z daleka od słowa (mówionego, pisanego, miganego; te, które przekroczą dobowy limit, licznik na nadgarstku razi są prądem), pilnuje też rygoru moralności.
Maria Fredro-Boniecka w swojej recenzji dla „Vogue Polska” zarzuca Dalcher, że uciekła w „czytadło”, w nie dość pogłębiony sposób przedstawiając przekrój amerykańskiego społeczeństwa, dzieląc je na przykład tylko na chrześcijan i ateistów, oraz obracanie się wyłącznie w białym kręgu, bez włączenia wątków mniejszości etnicznych. Ja jednak uważam, że to zbyt wysokie wymagania stawiane fabułce, która została pomyślana i zrealizowana nie jako rozbudowana analiza socjologiczna, a książka „jednej sprawy”. Dalcher splotła ze sobą to, co ją porusza (mizoginia) i to, na czym się zna (nauka o języku). Dopychanie w akcję kolanem innych (niewątpliwie palących) problemów społecznych i próba udawania uniwersalnego lewicowego manifestu moim zdaniem nie wyszłaby temu projektowi na zdrowie. A tak mamy nieźle skrojone medyczne science-fiction, przypakowane ideologicznie w przesłanie „strzeżcie się tych, którzy powtarzają, że kobieta to wyłącznie matka, żona, siostra”.
Bohaterowie mogliby być bardziej rozbudowani, ich sylwetki bardziej wyraziste, mimo to jednak jestem w stanie wybaczyć pobieżność, kiedy to świat przedstawiony jest rzeczywistym bohaterem książki. Nikt raczej nie wnika w niuanse osobowości wiodącej postaci w antyutopiach, tu raczej chodzi o zrównoważenie indywidualnego rysu z cechami everymana. Według mnie autorka dokonała słusznego wyboru, stawiając na podkreślenie, że jej bohaterka myśli i reaguje podobnie jak reszta kobiet żyjących w ocenzurowanym świecie, bardziej niż na epatowanie jej intelektualnymi przymiotami czyniącymi ją wyjątkowym płatkiem śniegu.
Przyczepić się można i należy natomiast do rozwiązania fabuły. Akcja toczy się wartko, ale przed końcem odpala się piąty bieg i niektóre wątki ciągnięte przez całą książkę na przyzwoitym poziomie, rozwiązują się nagle, w dwóch zdaniach, zbyt prosto. Zwykle ma to związek albo ze zmęczeniem autora (i tu kłania się redakcja, która powinna zadbać o utrzymanie jednolitego tempa oraz poziomu rozwoju intrygi i na przykład zaproponować przeniesienie części z nich do drugiej części) albo goniącymi go terminami czy innymi formami nacisku wydawcy. Wolę jednak łudzić się, że książki o cenzurze cenzurze nie poddano.
Raz jeszcze – „Vox” nie jest traktatem filozoficznym. Ale spełnia swoją rolę jako powieść do poduszki czy do podróży, uwrażliwiająca na problem pozbawiania głosu i reprezentacji określonych grup społecznych. Świat rzecz jasna nie cofnie się w rozwoju do średniowiecza z dnia na dzień jednym dekretem. Ale warto podumać nad manipulowaniem informacją i kształtowaniem obrazu roli kobiety we współczesnym społeczeństwie, dostępem do stanowisk, karier, atrybutów sukcesu.

Christine Dalcher – „Vox”, przekład Radosław Madejski, wyd. Muza, Warszawa 2019, s. 416, ISBN 978-83-287-1141-9.