Harakiri z tym seppuku

Rozważania o jedności lewicy i związanych z tym koniecznych, trudnych kompromisach są naturalne, ale jednak mają swoje granice.

Wyznaczała je zawsze określona sytuacja polityczna i stan-potencjał partii, natomiast siła SLD, o czym od lat wiadomo, jest niestety bardzo słaba, możliwości ograniczone, a przyszłość mglista. Nie wchodząc w analizę popełnionych błędów, bo już inni to nie raz czynili, powszechna rada wyrażała konieczność zakończenia wojny, a przynajmniej rywalizacji i zjednoczenie wszystkich lewicowych sił. Sukces w ostatnich parlamentarnych wyborach potwierdził skuteczność takich działań, acz formalnie nie zakończył procesu jednoczenia.
„Sepuku” to tytuł wypowiedzi Jacka Uczkiewicza na łamach „Dziennika-Trybuna” (20.11.2019), która powstała na podstawie obserwacji z obrad Rady Wojewódzkiej SLD we Wrocławiu. Już sam ten fakt ogranicza uogólnianie sytuacji na cały kraj, ale mimo to warto przyglądnąć się różnym kwestiom przez autora i uczestników spotkania podniesionych.

Przekształcenia SLD,

związane z łączeniem się z „Wiosną” są po to – relacjonuje autor wypowiedź sekretarza Generalnego SLD na tym spotkaniu – „aby za cztery łata, lub wcześniej, rządzić lub współrządzić krajem”. Skądinąd słuszny cel nie wydaje się Uczkiewiczowi wystarczająco przedstawiony w dokumencie KW SLD „Polska jutra”, gdyż „Dokument ten nie wyczerpuje… znamion programu partii pretendującej do rządzenia, a więc do wzięcia odpowiedzialności za państwo.” Znałem bardzo obszerny program pewnej wielkiej partii, który nie ustrzegł jej od klęski, nie znam tego opracowania, ale wiem, że nigdy nie narodził się jakikolwiek program, który nie miałby wad, a nadto zadowolił wszystkich. Natomiast jasny cel, osiągnięty m. in. przez jednoczenie się, trafia do każdego.

„Polityka kierownictwa SLD

jest bezrefleksyjną kontynuacją doktryny Aleksandra Kwaśniewskiego…który jeszcze w 1991 r. stwierdził, że SdRP nie potrzebuje być partią wartości ale „musi nauczyć się wygrywać wybory”. Abstrahując od Kwaśniewskiego, jedno jest pewne, że zarzucanie SLD, bądź przyszłej partyjnej strukturze braku wartości to co najmniej gruba przesada, nadto SLD z różnych powodów od dawna nie wygrał żadnych wyborów.

„Obecna sytuacja Sojuszu

jest efektem – pisze dalej autor – wieloletniego, konsekwentnego działania Włodzimierza Czarzastego, z determinacją zmierzającego do zamknięcia karty pod tytułem SLD. To wszystko dzieje się w 30-tą rocznicę utworzenia Socjaldemokracji Rzeczy-pospolitej Polskiej. Od samego początku wewnątrz tej partii obecny był wątek ucieczki od przeszłości. Pamiętamy wiele prób rozbicia SdRP, skłócenia, likwidacji. Częściowo udało się to przez przekształcenie SdRP w SLD. Dzisiaj świadkami jesteśmy aktu ostatniego – wywabiania SLD z mapy politycznej. Początkowo rolę wywabiacza, miała pełnić Platforma Obywatelska. Gdy ten projekt nie wypalił, znalazł się „na szczęście” pod ręką nowy, dosyć przypadkowy rozcieńczalnik w postaci „Wiosny” Biedronia.”
Obecna sytuacja Sojuszu, który zresztą nigdy nie uciekał od przeszłości, po raz pierwszy, po latach, wydaje się bardziej klarowna, gdyż zamkniecie karty SLD, a otwarcie nowej lewicowej formuły daje nadzieję na przyszłość. I będzie to niewątpliwie nie wina, a zasługa Czarzastego, jakby go zresztą nie oceniać.

Przykład przeobrażenia SdRP w SLD,

które w swoim czasie odniosło ogromny sukces wyborczy, potwierdza jedynie słuszność obecnie podjętych poszukiwań. Przywoływanie w tym kontekście PO jest bezpodstawne, bo chodziło o wspólny anypisowski front całej opozycji, a nadto Czarzasty nie okazał się Nowacką. Natomiast nazywanie „Wiosny” przypadkowym rozpuszczalnikiem SLD tylko wyraża opinię autora o tej partii i stosunek do tak trudnego jednoczenia lewicowych sił. SLD nie potrzeba zresztą żadnego rozpuszczalnika, bo jak będzie po staremu to sam się na stałe wywabi z politycznej mapy.

Liczne uwagi

wyraża także autor w sprawach podziału odpowiedzialności i stanowisk: „SLD sprowadził do roli techniczno-organizacyjnej…wyzbył się firmowania pracami nad programem wyborczym”, „Na najważniejszą…funkcję polityczną szefa klubu parlamentarnego desygnuje się nie szefa największej partii koalicyjnej, ale przedstawiciela „Wiosny”, „Prezydium Klubu „Lewica”. W jego 10-osobowym składzie nie znalazł się nikt z SdRP-owskim pochodzeniem. Za burtą znaleźli się tak doświadczeni parlamentarzyści jak Marek Dyduch czy Tadeusz Tomaszewski”, „Już tylko wisienką na torcie, jest ostentacyjne wręcz pokazywanie się w mediach Przewodniczącego Czarzastego wyłącznie w otoczeniu ludzi, którzy z SdRP się nie kojarzą…a przed „frakcją” SLD trudne czasy.”
A na samym końcu to idzie o stołki, czy też o ludzi, którzy sprawnie wypełniać będą swoje obowiązki ? Warto przy tej okazji przypomnieć, że po zjednoczeniu PPR i PPS, jakie by ono nie było, przez całe liczne lata obowiązywał szczególny parytet: I sekretarz KC PZPR z PPR – premier z PPS, jak I sekretarz KW PZPR z PPS to II sekretarz (organizacyjny) z PPR, i na odwrót. Uczkiewicz w innym miejscu chwali się legitymacją SdRP nr 001 – ja też taką miałem, co prawda z wyższym numerem, ale nie znaczy to abym miał płakać za brakiem byłych działaczy byłej partii w tworzonych nowych strukturach. Dyduch raz jest przez autora krytykowany, ale jak trzeba, to okazuje się niezbędny. SLD zniknie ale nie za sprawą wieku i „nieprawego” pochodzenia jego aktywu jak chce autor, ale dlatego, że wyczerpał – elegancko mówiąc – swoje możliwości.

„Zanosi się więc na nową partię

– kontynuuje Jacek Uczkiewicz – której deklaracja ideowo-programowa jest nieznana i nie jest przedmiotem konsultacji, partii, na którą reakcja zarówno członków SLD jak i „Wiosny” jest nierozpoznana. Tymczasem wrocławskie powyborcze doświadczenia współpracy SLD z „Wiosną” niewiele mają wspólnego r z atmosferą miłości roztaczaną w mediach przez szefów tych partii w Warszawie.”

Przyznać należy,

że w tych słowach jest wiele racji, ale mimo wszystko nie te kwestie są najważniejsze. To prawda również, że „Czarzasty prowadzi SLD w nieznane” ale lepsze to niż uwiąd starczo-wyborczy tego politycznego ugrupowania, bowiem nie ma dziś żadnej innej alternatywy dla Sojuszu. O tym powinien wiedzieć autor tych rozlicznych wątpliwości, choćby z racji swojego wieloletniego, także politycznego, doświadczenia. Przeczytałem ten tekst bardzo nim zawiedziony, gdyż oczekiwałem nie tyle zjednoczeniowego huraoptymizmu, co rozważań, może nawet propozycji, na temat przełamania nadzwyczaj skomplikowanych procesów zbliżania, często wręcz wrogich sobie ruchów lewicowych w Polsce. Poza krytyką kierowaną nostalgią za przeszłością, która niczego na przyszłość nie buduje, nie odnalazłem w nim niestety lepszego niż proponowany, środka na długoletnią i śmiertelną chorobę SLD.

Jest wiele pytań,

dużo ważniejszych, które nie padły na wrocławskim spotkaniu, a które i sam sobie zadaję. I najmniej mi idzie o to, czy nowe ugrupowanie, o czym wspominali jego uczestnicy, będzie swoim członkom wręczać partyjne legitymacje, gdyż pomimo jej braku zawsze wiedziałem na kogo mam głosować. Niejasna jest przede wszystkim sytuacja „Razem”, nikt nigdy nie wytłumaczył dlaczego to trójprzymierze sprowadza się jedynie do partii z dwoma tylko partnerami. Jest to szczególnie ważne w kontekście powszechnej opinii o wyjątkowej postaci jaką jest Adrian Zandberg, ale dotyczy również, acz może to nie najważniejsze, podziału środków finansowych. Jaką rolę spełniać ma Robert Biedroń, też niewątpliwie postać charyzmatyczna. Jaki jest plan, jaki pomysł na dalsze rozszerzanie lewicy, na takie ugrupowania jak Inicjatywa Polska, ruchy kobiece, Zieloni. Wreszcie, jak zamierza lewica układać się, i gdzie są tego układu granice, z demokratycznymi partiami i siłami we wspólnym froncie przeciw PiS. I jeszcze szereg innych.

Oj nie lubi promotor „Sepuku”

Czarzastego, który „postanowił dokończyć ten proces agonii SLD, a przez to i jego poprzedniczki SdRP. Nie będę zdziwiony, gdy ten okres oceniony zostanie przez historyków jako okres „autodekomunizacji” polskiej lewicy.” Jak już sięgamy w przeszłość, to jeszcze była Fiszbacha Polska Unia Socjaldemokratyczna i, trochę wcześniej, Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, a na poważnie to swoimi wywodami autor proponuje całej polskiej lewicy zbiorowe harakiri.

Co gryzie Roberta B.? Ważny tunajt

Bardzo nie lubię, jak ktoś mówi o rzeczach, które zna ze słyszenia, z drugiej ręki, a gdy się go łapie na półprawdach i konfabulowaniu, twierdzi, że przecież jest zgoła inaczej, niż faktycznie jest. Wszak, jak mówi, to wie, a jak wie, to jakże mógłby rzecz przemilczeć. Czasami jednak, a nawet dość często, lepiej zawrzeć dziób, żeby nie usłyszeć o samym sobie: dobrze mówi, tylko ciekawe o czym.

Mój znajomy opowiadał mi o swoim koledze, policjancie, który pracował w drogówce, w sekcji autostradowej. Patrolował ekspresówki i drogi szybkiego ruchu. Zrezygnował z roboty po jednej nocy. I poranku. Poprosił o przeniesienie. Za dużo zobaczył i nie dało się tego odzobaczyć. Peregrynacje długołykendowe. Rodzina. Ona, on, dwójka dzieci. Bliskie spotkanie z TiR-em. Masakra. Nikt się nie uratował. Wyciągnie ciał, szczątki na drodze. Myślał, że widział już najgorsze. Nazajutrz, prokurator poprosił go, żeby asystował mu w dokładnych oględzinach pojazdu, albo raczej tego, co z niego zostało. Po nocy można było coś przeoczyć. No i rzeczywiście. Coś jeszcze było. Pod siedzeniem pasażera. Dwumiesięczny noworodek.
Robert Biedroń w Parlamencie Europejskim, podczas debaty na temat sytuacji LGBT w Polsce, powiedział, że są w naszym kraju miejsca użyteczności publicznej, do których on, przez wzgląd na swoją orientację seksualną, wejść nie może. Chwilę po tych słowach Jaki Patryk poprosił go, żeby wskazał sklep, hotel, restaurację, która nie obsługuje w Polsce homoseksualistów. Zrobiłbym dokładnie to samo, gdybym był Jakim Patrykiem i usłyszałbym podobne słowa. Sam też zacząłem się zastanawiać, gdzie w Polsce wypraszają ludzi z lokali, tylko dlatego, że ten i tamten jest przedstawicielem seksualnej mniejszości. Inna sprawa, jak można by to zweryfikować. Ustawić jakiś specjalny czujnik przed drzwiami? Albo jakieś bramki, jak na lotnisku. Albo może po uważaniu, na gębę. Ten wygląda-nie wejdzie. Tamta z twarzy porządna katoliczka-może wejść. Oczywiście, coś tam Robert Biedroń na szybko wystukał w komórce; padło na właściciela knajpy na krakowskim Rynku, który nakleił na drzwi wejściowe naklejkę o „zakazie pedałowania” czy „anty-LGBT”, co to ją znalazł w periodyku Sakiewicza. Jego lokal, może sobie naklejać co chce. Ale nikogo z lokalu nie wyprasza ani nie zabrania doń wejścia, przez uwagę na seksualność klienteli. Innemi słowy: porażka. Miało wyjść, że w kraju nad Wisłą robi się polowania na czarownice i przeciwtęczowe ghetta „nu fir strejt”, a wyszło, że ta Polska nie taka jeszcze ostatnia, bo nawet gej może z drugim gejem wejść do sklepu po bułki i oliwki, albo nawet zjeść na mieście stek przy piątku.
Robert Biedroń mówił o rzeczach nieprawdziwych. Nie jest na szczęście u nas jeszcze tak tragicznie, że mniejszości seksualne są rugowane z przestrzeni publicznej i zabrania się im podstawowych praw, jak zakupy w sklepie albo pokój w hotelu. Nie widział Biedroń ani sklepów, ani restauracji, ani hoteli, gdzie nie obsługuje się osób LGBT, bo i widzieć nie mógł. Po co więc Robert Biedroń wygadywał swoje dyrdymały? Raczej nie z troski o prawdziwe problemy osób dyskryminowanych ze względu na płeć oraz własną orientację. Podobnymi przykładami bowiem, wyrządza więcej krzywdy niż pożytku dla sprawy, bo kto poważny w świecie, poważnie potraktuje lidera nowoczesnej, odbudowującej się, polskiej lewicy, posiłkującego się półprawdami i wyssanymi z palca diabłami, których, tak jak 500 eurowego banknotu, nikt jeszcze nie widział.
Swoją drogą, nie bagatelizując problemu, który, moim zdaniem, nad Wisłą rzeczywiście występuje, Robert Biedroń budujący w Parlamencie Europejskim swoją pozycję i nazwisko jako bojownik o prawa osób LGBT, to jednak trochę zbyt trywialny i za płytki pomysł na polityka, aspirującego do najwyższych stanowisk państwowych. Wystawianie własnego partnera w wyborach parlamentarnych, jako lidera listy w województwie, też nijak się ma do przyzwoitości oraz transparentności, którym lewica chce w Polsce przywrócić właściwe znaczenia, po joint venture PO-PSL-u i folwarku PiS-u, gdzie rządzić może „chuj, ale swój”. Czym różni się takie robienie polityki, od personalno-klanowej polityki Korwina, wypełniającego najbliższą rodziną listy wyborcze. Ma to w słownikach swoją nazwę.
Tak czy inaczej, szczęśliwy jestem, że Robert Biedroń gadał w PE bzdury, bo gdyby miało być tak jak twierdził, to rzeczywiście spałbym dużo gorzej, bo nie znałbym dnia ani godziny, kiedy załomotaliby kolbami nocą i wywieźli do Berezy Kartuskiej za szkalowanie Polski i Polaków na łamach.
Jarek Ważny

Sepuku

Jesteśmy świadkami osobliwego wydarzenia. Partia polityczna, uważająca się za lewicową, popełnia otóż publicznie zbiorowe samobójstwo i to niemal nazajutrz po ogłoszeniu swojego triumfu w wyborach parlamentarnych. Jest to moment osobliwy, historyczny, godny uwagi i odnotowania. A nade wszystko godny analizy i wniosków.

Uczestniczyłem niedawno – trochę z przypadku – w obradach dolnośląskiej Rady Wojewódzkiej SLD. Członkowie RW, przewodniczący rad powiatowych wysłuchali informacji Sekretarza Generalnego SLD o przygotowaniach partii do przekształcenia się w nowy byt polityczny. Determinanty tego przekształcenia są dla kierownictwa SLD dwa: przeprowadzić je w ten sposób, aby nie stracić budżetowej dotacji, jaką SLD uzyskał z racji wyniku wyborczego oraz tak, aby nowa partia powstała z przekształconego w ten sposób Sojuszu była do zaakceptowania przez partię Biedronia „Wiosna”. Na pytanie „po co?” odpowiedz jest jedna, powtarzana od jakiegoś czasu jak mantra przez kierownictwo SLD i nowo wybranych posłów: „po to, aby za cztery lata, lub wcześniej, rządzić lub współrządzić krajem”. Przyznam, że oczekiwałem uzasadnienia w rodzaju: „chcemy rządzić, aby realizować nasz program, naszą, lewicową wizję państwa, społeczeństwa i gospodarki”.
Tymczasem dokument KW SLD „Polska jutra” jest, jak zaznaczają to sami autorzy, zbiorem postulatów. Trzeba powiedzieć postulatów z reguły słusznych i oczekiwanych, ale w sumie doraźnych. Są to postulaty na dziś i jutro. Autorzy w żaden sposób nie udowadniają, że potrafią myśleć strategicznie, że potrafią nie tylko trafnie zidentyfikować zagrożenia i wyzwania jakie stają przed Polską i Polakami, ale i znaleźć na nie skuteczne remedium. Ani słowem autorzy nie zająknęli się na kluczowy temat: „Polska w świecie jutra, Polska na arenie międzynarodowej”. Dokument ten nie wyczerpuje więc znamion programu partii pretendującej do rządzenia, a więc do wzięcia odpowiedzialności za państwo. Żądza rządzenia jest jednak przeogromna i hasło „będziemy rządzić” ma w zamyśle autorów być najwyraźniej główną atrakcją nowej partii.
Polityka kierownictwa SLD jest bezrefleksyjną kontynuacją doktryny Aleksandra Kwaśniewskiego, przewodniczącego SdRP, który jeszcze w 1991 r. stwierdził, że SdRP nie potrzebuje być partią wartości ale „musi nauczyć się wygrywać wybory”. Wydawać by się mogło, że po tylu kolejnych wyborczych doświadczeniach SdRP a później SLD jednoznacznie wskazujących, że hołdowanie zasadom wyborczego pragmatyzmu prowadzi wprawdzie do chwilowych sukcesów, po których następują jednak bardzo bolesne i co raz boleśniejsze upadki, zwycięży w SLD opcja szukania siły politycznej w trwałym politycznym zapleczu związanym z atrakcyjną dla tego zaplecza wizją przyszłości społeczeństwa i państwa. Nic z tego. Sprawy idą w odwrotnym kierunku. Kultywowanie przez lata dojutrkowego pragmatyzmu doprowadziło do chemicznego wyprania SLD z poszukiwań koncepcyjnych, z wewnętrznej, permanentnej a nie doraźnej dyskusji programowej.
Tragiczne skutki tej polityki dały o sobie znać w całej pełni na wspomnianym zebraniu dolnośląskiej Rady Wojewódzkiej SLD. Zebranemu aktywowi przedstawiono następujący scenariusz. SLD zmieni swój statut, w tym swoją nazwę (co jeszcze w tym statucie – nie wiadomo) tak, aby możliwe dla „Wiosny” stało się dołączenie do tego nowego bytu politycznego. Ustalono już, że w nowej partii będzie dwóch współprzewodniczących i podobną strukturę zalecono na szczeblach niższych. Okazało się, że z nazwą nowej partii jest pewien kłopot, gdyż nazwa „Lewica” zostało już przez kogoś zastrzeżone, ale, jak powiedział obecny i prawdopodobnie przyszły Sekretarz Generalny, „jakoś sobie z tym poradzimy”. Charakterystyczna była odpowiedz Sekretarza Generalnego na pytanie „co z członkostwem i legitymacjami SLD”. Zdaniem M.Kulaska zostanie zachowana ciągłość członkostwa, nie będzie potrzeby formalnego wstępowania do nowej partii. A legitymacje? – a po co nam nowe legitymacje? – po co wydawać pieniądze na drukowanie kolejnych plastików? – pytał retorycznie sekretarz generalny SLD. Bez echa pozostało wystąpienie jednego z działaczy sygnalizującemu, że należy liczyć się z odejściami z partii – mimo tego, że wsparł go komentarz z sali „ – już odchodzą”.
Zanosi się więc na nową partię, której deklaracja ideowo-programowa jest nieznana i nie jest przedmiotem konsultacji, partii, na którą reakcja zarówno członków SLD jak i „Wiosny” jest nierozpoznana. Tymczasem wrocławskie powyborcze doświadczenia współpracy SLD z „Wiosną” niewiele mają wspólnego z atmosferą miłości roztaczaną w mediach przez szefów tych partii w Warszawie.
Zanosi się również na to, że członkostwo w nowej partii nie będzie ewidencjonowane. Partię tworzyć więc będzie jakoś tam uformowany aktyw, działający w chmurze mniej lub bardziej zidentyfikowanych partyzantów. Mówiąc krótko tworzony jest nowy byt polityczny, nad którym unosi się chmara poważnych znaków zapytania.
Największym dramatem dolnośląskiego zebrania rady wojewódzkiej SLD było moim zdaniem wystąpienie jej przewodniczącego – dzisiaj już posła na Sejm. Marek Dyduch dziękując po wielokroć aktywowi SLD za kampanię wyborczą stwierdził w pewnym momencie coś takiego: „Musimy dokonać przekształcenia partii, wpuścić młodych i oddać im władzę. Czas nam na polityczną emeryturę. Ja sam zamierzam zrezygnować z funkcji przewodniczącego rady wojewódzkiej”. To wystąpienie zasługuje na szerszy komentarz.
Na całym świecie wiek 60 lat jest dla polityka wiekiem złotym, wiekiem jego pełnej dojrzałości i odpowiedzialności. Oczywiście polityk może czuć się wewnętrznie wypalony ideowo i programowo. Ale wypalony polityk zazwyczaj po cichu usuwa się z życia politycznego, a nie czyni ze swojej ideowej i programowej impotencji przepustki do uczestniczenia w tym życiu. A już z pewnością nie powinien swoją niemocą zarażać innych i ciągnąć ich za sobą. Dyduch najpierw podziękował za kampanię wyborczą aby w kolejnych słowach powiedzieć ni mniej ni więcej tylko „spadajmy, pora na nas”. Zapewne nie zdawał sobie sprawy, że takie działanie to odbieranie praw ludziom z racji ich wieku, to ageism w czystej postaci – dyskryminacja, która z zasady obca powinna być demokratycznej partii lewicowej.
Rzecz jednak w tym, że poseł Dyduch kreśląc „świetlaną” przyszłość partii nie świecił własnym światłem. Dokładnie takie same opinie i hasła słyszę od kilku ładnych lat z ust Przewodniczącego SLD Włodzimierz Czarzastego. Po raz pierwszy usłyszałem dosłownie te same sformułowania ponad 3 lata temu, też we Wrocławiu, kiedy to Czarzasty zapowiadał odmłodzenie partii i konieczność uwolnienia jej z balastu „starego aktywu”. Obecna sytuacja Sojuszu jest efektem wieloletniego, konsekwentnego działania Włodzimierza Czarzastego, z determinacją zmierzającego do zamknięcia karty pod tytułem SLD. To wszystko dzieje się w 30-tą rocznicę utworzenia Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej. Od samego początku wewnątrz tej partii obecny był wątek ucieczki od przeszłości. Pamiętamy wiele prób rozbicia SdRP, skłócenia, likwidacji. Częściowo udało się to przez przekształcenie SdRP w SLD. Dzisiaj świadkami jesteśmy aktu ostatniego – wywabiania SLD z mapy politycznej. Początkowo rolę wywabiacza, miała pełnić Platforma Obywatelska. Gdy ten projekt nie wypalił, znalazł się „na szczęście” pod ręką nowy, dosyć przypadkowy rozcieńczalnik w postaci „Wiosny” Biedronia.
W minionej kampanii wyborczej Czarzasty rolę SLD sprowadził do roli techniczno – organizacyjnej. SLD wyzbył się firmowania pracami nad programem wyborczym „Lewicy” przekazując je „Wiośnie”. Co dzieje się po wyborach? Na najważniejszą, najbardziej eksponowaną funkcję polityczną szefa klubu parlamentarnego desygnuje się nie szefa największej partii koalicyjnej, ale przedstawiciela „Wiosny”.

Przewodniczący klubu parlamentarnego to na scenie politycznej osoba dużo bardziej znacząca niż wicemarszałek Sejmu. Ten bowiem, z racji funkcji w Prezydium Sejmu ma z urzędu stępione ostrze polemiki politycznej. Nie koniec na tym.
Znamiennie ukształtowano Prezydium Klubu „Lewica”. W jego 10-osobowym składzie nie znalazł się nikt z SdRP-owskim pochodzeniem. Za burtą znaleźli się tak doświadczeni parlamentarzyści jak Marek Dyduch czy Tadeusz Tomaszewski.
To hasło łączenia młodości z doświadczeniem w realu. Już tylko wisienką na torcie jest ostentacyjne wręcz pokazywanie się w mediach Przewodniczącego Czarzastego wyłącznie w otoczeniu ludzi, którzy z SdRP się nie kojarzą. SLD oddało przywództwo polityczne w klubie parlamentarnym a przed „frakcją” SLD trudne czasy.
Jej jedność wystawiana będzie na próbę z jednej strony przez proces „przekształceniowy” SLD a z drugiej przez jasną, lewicowo bardzo wartościową postawę Zandberga, polityka o charyzmie zdecydowanie górującej zarówno nad Czarzastym jak i Śmieszkiem czy Gawkowskim.
SLD zniknie – to rzecz przesądzona. Nie mogę jednak zgodzić się z tezą, że dzieje się tak za sprawą wieku i „nieprawego” pochodzenia jego aktywu.
Dzieje się tak, gdyż od wielu kadencji kierownictwa SLD nie były w stanie wypracować formuły nowoczesnej partii lewicowej, nie potrafiły zaszczepić młodym Polakom lewicowych idei, skupiając się na politycznym, doraźnym pragmatyzmie.
Włodzimierz Czarzasty postanowił dokończyć ten proces agonii SLD, a przez to i jego poprzedniczki SdRP. Nie będę zdziwiony, gdy ten okres oceniony zostanie przez historyków jako okres „autodekomunizacji” polskiej lewicy. Zasługujący może na jakiś medal „Za zasługi w dekomunizacji”, lub „Za zasługi w walce z postkomunizmem”?
Dokonując przekształceń SLD nie idzie, jak 30 lat temu PZPR do konkretnego celu, konkretnej wizji nowej partii.
Czarzasty prowadzi SLD w nieznane. Ważne jest, że kapsuła z wąską, starannie dobraną załogą na minimum cztery lata zapewniła sobie polityczną egzystencję. Dla ludzi mojego pokroju, zwłaszcza dla tych z legitymacją SdRP nr 001 sytuacja jest jednak trudna.
Czy godzić się z upokarzającą rolą członka partii „drugiego sortu”, rolą zbędnego balastu, czy też honorowo samemu opuścić tą łódź? Póki co członkom SLD dedykuję wstępniak do noworocznego wydania „TAMY”, gazety wrocławskiej SdRP z grudnia 1991r:

Noworoczna przypowieść o odrzutowcach, Ewangelii i socjalizmie.
Jakże doskonałym urządzeniem jest nowoczesny odrzutowiec pasażerski. Jest on najszybszym i najbezpieczniejszym środkiem masowej komunikacji. Nie tylko z racji swojej wspaniałej konstrukcji, silnikom, komputerom, ale również dzięki lotniskom, urządzeniom radiolokacyjnym, naziemnej i satelitarnej kontroli lotów, dzięki całemu systemowi w którym współpracuje najnowocześniejszy sprzęt z dziesiątkami tysięcy wykwalifikowanych ludzi. Co to ma wspólnego z Ewangelią i socjalizmem? W Ewangelii zawarte są nauki Jezusa, ten zaś, jak wiadomo, nauczał przez analogie.
Jak to więc było z tymi odrzutowcami? Przecież nie od razu stały się one tak doskonałe. Początki dzisiejszych samolotów to nieporadne konstrukcje maniaków opętanych bezbożną ideą zbudowania latających maszyn cięższych od powietrza. Budowali swoje pokraczne urządzenia, rujnowali się majątkowo, ginęli. Narażali się na śmiech i drwiny maluczkich, którzy ich działania uznawali za poważenie się na prawa naturalne i boskie.
Realny socjalizm był też taką nieporadną próbą poważenia się na naturalne – wydawało się niewzruszalne, boskie wręcz prawa ekonomiczne. Nie wiem, czy bardziej odpowiada on tej śmiesznej konstrukcji, w której pilot machał drewnianymi skrzydłami naśladując lot kaczki, czy wielopłatom napędzanym siłą mięśni, którym nie dane było zaznać swobodnego lotu. Najpewniej były czymś na kształt owej machiny uwiecznionej na archiwalnych filmach, która wzbiła się w powietrze, przeleciała kilkadziesiąt metrów i rozbiła się w drobny mak.
Jedno jest oczywiste. Bez tych konstruktorów-szaleńców, bez ich wiary w słuszność swojego rozumowania, bez ich śmiesznych dzisiaj konstrukcji, bez ich ofiar – nie było by współczesnego lotnictwa. Tak samo bez realnego socjalizmu, bez PRL-u, nie będzie na świecie ustroju społecznej sprawiedliwości. A przecież taki ustrój będzie. Nowy, lepszy samolot wzbije się w przestworza! Nieprawdaż?
A więc do dzieła – konstruktorzy idealiści, naiwniacy, marzyciele. Nasza jest przyszłość!

 

Wiosna bez Spurek

Sylwia Spurek nie jest już członkinią Wiosny. Wybrana w ostatnich wyborach deputowana do Europarlamentu poinformowała o swoim odejściu. Jako pretekst wykorzystała nadchodzące wchłonięcie jej partii przez Sojusz Lewicy Demokratycznej. Będzie teraz niezależną europosłanką w ramach Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów.

Na odejście Spurek z Wiosny zanosiło się już od kilku miesięcy. W środowisku Roberta Biedronia mówiło się, że partia była dla polityczki trampoliną do europarlamentu. Teraz pojawiła się idealna okazja do rzucenia legitymacją, bo Wiosna znajduje się o krok od sfinalizowania fuzji z SLD. O tym, że Robert Biedroń „jest właściwie zdecydowany” mówił przewodniczący Sojuszu Włodzimierz Czarzasty.
– Ja bym chciał połączyć SLD i Wiosnę. Takie jest moje zdanie, mało tego, od czterech dni takie jest zdanie zarządu SLD, który w tej sprawie jednomyślnie podjął decyzję. W kilku sprawach podjął decyzję, ale co do konsolidacji podjął jednomyślną decyzję. Również podjął decyzję o tym, że będzie wspólny kandydat Lewicy, co kończy dyskusję, czy będzie jeden kandydat na prezydenta w Polsce, czy będzie ich kilku – mówił w Radio ZET.
Praktycznie przesądzone jest również powstanie wspólnego klubu parlamentarnego złożonego z posłów i posłanek obydwu partii. Nadal nie wiadomo natomiast, czy będzie w nim również sześcioro przedstawicieli Lewicy Razem. Jak dowiedział się Portal Strajk, sprawa jest ciągle przedmiotem negocjacji, chociaż ich wyniku można się raczej w tym tygodniu spodziewać.
Spurek zręcznie wykorzystała nadarzającą się okazję. „To nie jest Wiosna, do której wstępowałam, ale będę pamiętała tę, do której wstąpiłam. Jest tam wiele osób, które cenię i liczę na współpracę z nimi” – napisała na Twitterze, informując, że to koniec jej członkostwa w ugrupowaniu. – To miała być progresywna, niezależna programowo, nowa partia polityczna – tłumaczyła w rozmowie z Polsat News.
Odejście Spurek oznacza, że Wiosna będzie mieć tylko dwóch przedstawicieli w PE – Łukasza Kohuta i Roberta Biedronia.
Czy europosłanka pozostanie teraz bez politycznego zaplecza? Sylwia Spurek na razie nie chce mówić o swojej przyszłości, jak również nie precyzuje powodów rozstania. Szansą na kolejną afiliację może okazać się rozpad bądź rebranding Platformy Obywatelskiej, w której koncepcje i polityczną potencje przestali już wierzyć nawet członkowie kierownictwa.
Sylwia Spurek jest doktorem nauk prawnych, legislatorką, działaczką na rzecz praw człowieka, prozwierzęcą aktywistką i działaczką feministyczną. Była zastępczynią Rzecznika Praw Obywatelskich, a jej kampania europarlamentarna była jedną z najbardziej profesjonalnych i żywych akcji wyborczych w 2019 roku.
Co ciekawe, swojej przyszłości w Wiośnie nie widzi również partner życiowy Sylwii Spurek. Marcin Anaszewicz, do niedawna główny doradca i architekt partii Biedronia, w sierpniu oświadczył, że nie zamierza startować z list SLD do Sejmu, a sojusz z partiami lewicy jest niezgodny z jego wartościami.

Zieloni w KO

Rada Krajowa Partii Zieloni zdecydowała o wejściu Zielonych w skład Koalicji Obywatelskiej i wspólnym starcie w wyborach do Sejmu i Senatu.

Według porozumienia z Koalicją Obywatelską listę KO w województwie lubuskim będzie otwierał Tomasz Aniśko, lider Zielonych w Ośnie Lubuskim, doktor nauk przyrodniczych i architekt krajobrazu, działacz lokalnych stowarzyszeń przyrodniczych oraz promujących współpracę polsko-niemiecką. W Ośnie Lubuskim Zieloni zdobyli najlepszy wynik w wyborach samorządowych w 2018 r., otrzymując 22 proc. głosów. Współrzewodnicząca partii Małgorzata Tracz wystartuje z drugiego miejsca we Wrocławiu, a sekretarzyni generalna Miłosława Stępień – z „dwójki” w Koninie. Kandydaci i kandydatki Zielonych znajdą się też w czołowych dziesiątkach na listach w Warszawie, Łodzi, Radomiu i Płocku
W ramach porozumienia z KO najważniejsze postulaty programowe Zielonych, takie jak odpowiedź na katastrofę klimatyczną, odejście od węgla czy walka ze smogiem, mają znaleźć się w programie KO.
Wraz z podjęciem decyzji o dołączeniu do Koalicji Obywatelskiej, Zieloni zakończyli rozmowy z blokiem lewicowym, który tworzą Sojusz Lewicy Demokratycznej, Wiosna i Lewica Razem.
Tym razem nie udało nam się uzyskać porozumienia z lewicą. Mimo to życzymy naszym lewicowym przyjaciołom i przyjaciółkom powodzenia w nadchodzących wyborach. Na pewno nieraz jeszcze się spotkamy we wspólnym działaniu oraz – mamy nadzieję – w Sejmie. Dla nas przeciwnik jest jasny – to PiS oraz cały obóz Zjednoczonej Prawicy – ale na pewno nie jest nim lewica – stwierdziła Małgorzata Tracz.
Z kolei w ostatnich wyborach samorządowych, jesienią 2018 r., Zieloni wystawili listy wyborcze do sejmików w całym kraju. Wchodzili też w lokalne koalicje, m.in. w Warszawie, gdzie wspólnie z partią Razem, Inicjatywą Polską i Wolnym Miastem Warszawa popierali kandydaturę Jana Śpiewaka na prezydenta stolicy.

Białystok po ośmiu dniach

W niedzielę w Białymstoku odbył się protest przeciwko nienawiści. Organizatorami wiecu były partie bloku lewicowego  – Sojusz Lewicy Demokratycznej, Razem i Wiosna. Tym razem nie doszło od aktów przemocy, jak w poprzednią sobotę podczas pierwszego Marszu Równości zorganizowanego w stolicy Podlasia.

Ogłaszając manifestację liderzy partii lewicowych – Włodzimierz Czarzasty, Robert Biedroń i Adam Zandberg napisali: „Chcemy wspólnie zaprotestować przeciwko przemocy, dyskryminacji i homofobii w przestrzeni publicznej oraz okazać solidarność z mieszkańcami miasta i ofiarami nienawiści”. „Mówimy jednym głosem: nie ma naszej zgody na przemoc i dyskryminację ze względu na orientację seksualną (czy z jakiegokolwiek innego powodu). Polska jest naszym wspólnym domem. Każda oraz każdy z nas ma prawo czuć się tu bezpiecznie” – zapowiedzieli organizatorzy wydarzenia.
Uczestnicy manifestacji demonstrowali pod hasłami „Polska dla wszystkich”, „Polska przeciw przemocy”, „Stop nienawiści”, Miłość nie wyklucza”, nieśli flagi tęczowe i flagi Unii Europejskiej. Na obrzeżach zgromadzenia gromadziły się grupki kontrmanifestantów, ale do aktów agresji nie dochodziło – nie powtórzyły się sceny, które osiem dni temu wstrząsnęły świadomością Polaków. Wówczas dochodziło do bezpośrednich ataków na uczestników marszu, lżenia ich, obrzucania jajkami, butelkami i innymi przedmiotami. Sobotni marsz odbywała się pod hasłem „Białystok domem dla wszystkich”. W świetle brutalnych ataków na jugo uczestników hasło to wydało się ponurą ironią, jakby rozbijający marsz kibole chcieli mu tym bardziej zadać kłam. W następstwie tych wydarzeń policja zidentyfikowała 112 osób i prowadzone są 84 postępowania.
„W pierwotnym założeniu manifestacja miała odbywać się również jako marsz, jednak organizatorzy nie dostali na to zgody” mówi przewodniczący podlaskich struktur SLD Piotr Kusznieruk, który specjalnie dla „Dziennika Trybuna” relacjonował przebieg odbywającej się na białostockim pl. Piłsudskiego demonstracji. Zwracał także uwagę, że spokojny przebieg niedzielnej manifestacji to również efekt reakcji mieszkańców Białegostoku, którzy poczuli, że skandaliczne wydarzenia – w których skądinąd brało udział wielu przyjezdnych, którzy specjalnie pojawili się w mieście aby blokować marsz – w konsekwencji są wyjątkowo szkodliwe dla wizerunku miasta w całej Polsce a nawet za granicą. Bo świadomość, że nazwa Białegostoku stała się znana w jednoznacznie negatywnym kontekście stała się czymś oczywistym. Poza protestem przeciw przemocy i dyskryminacji, taki był też cel zorganizowania niedzielnego wiecu – aby choć w części zatrzeć fatalne wrażenie jakie wywołały burdy i homofobiczna agresja.
Na wiecu występowali liderzy partii-organizatorek. „Nigdy nie myślałem, że będę skandował solidarność naszą bronią – powiedział mówił szef SLD Włodzimierz Czarzasty. – Nie będziemy nigdy tolerowali tego, że ktoś wiesza zdjęcia posłów, że dzieli Polskę na sorty, że idzie obok faszystów i mówi, że ich nie widzi”. Z kolei Adrian Zandberg z Razem mówił: „Wolność to życie bez strachu, to możliwość wyjścia na ulicę za rękę z tym, kogo się kocha. (…) Wierzę, że większość Polek i Polaków, po tym, co zobaczyła w zeszłym tygodniu, będzie solidarna z ofiarami przemocy. Kiedy biją, jest tylko jeden wybór – albo się jest po stronie bijących albo bitych. Innego wyboru nie ma”. Robert Biedroń dzielił się natomiast swoimi wspomnieniami, aby wykazać, że zmiana jest możliwa, że do akceptacji odmienności można dojść.
Dzień wcześniej, 27 lipca, przeciwko przemocy protestowały metropolie: Warszawa, Katowice, Szczecin i Wrocław. O „strefę wolną od nienawiści” zaapelowały również mniejsze miejscowości w całej Polsce: demonstracje odbyły się w Pile, Białowieży, Węgorzewie, Zgorzelcu, Wałbrzychu czy Gryficach.
Stołeczny wiec rozpoczęło przemówienie Ewy Hołuszko – działaczki „Solidarności” i osoby transpłciowej, która tydzień temu w Białymstoku była na czele zaatakowanego przez nacjonalistów i kiboli marszu.
– Spotkały się dwie Polski. Jedna to ta europejska, dążąca do wolności. Druga to ta pseudochrześcijańska, która chce nas cofnąć o dziesiątki lat – tak kobieta mówiła o wydarzeniach w stolicy Podlasia. Kolejne przemawiające osoby, które również uczestniczyły w tamtym marszu, mówiły o agresji i strachu, ale również o tym, że to politycy zawiedli, przeliczając poparcie społeczności LGBT na procenty poparcia i ignorując jej postulaty. Pisarka Sylwia Chutnik ostrzegała, że jeśli przemoc nacjonalistycznych bojówek będzie nadal tolerowana, to jej poziom będzie tylko rosnąć i dojdzie do prawdziwej tragedii.
Za to, że sprawy związków partnerskich nie zostały dotąd uregulowane prawnie, przepraszała reprezentantka SLD Anna-Maria Żukowska. „Chcę i marzę o tym, by w Marszach Równości nie trzeba już było chodzić po to, by walczyć o równe prawa, tylko po to, by podczas nich po prostu radośnie celebrować równość” – powiedziała, zaś Adrian Zandberg z Razem, przypominając o zniszczeniach, jakich faszyści dokonali w Warszawie, apelował o udział w jutrzejszym lewicowym marszu przeciw przemocy w Białymstoku oraz w marszu równości w Płocku 10 sierpnia.
Około 200 osób zebrało się na proteście w Katowicach, pod hasłami „Kożdy inkszy, wszyscy równi” oraz „Wolność, równość, tolerancja” Blisko tysiąc osób zgromadził marsz pod kurię archidiecezjalną we Wrocławiu. Podobnie jak w Warszawie, i tam w tłumie widoczne były flagi Razem, Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, Wiosny, sztandary tęczowe.
W niedzielę 28 lipca w Białymstoku lewicowi działacze wspólnie zaprotestowali przeciwko przemocy w przestrzeni publicznej oraz okazali solidarność z ofiarami nienawiści.

Nareszcie

Po raz pierwszy od wielu lat polska lewica pójdzie do wyborów parlamentarnych w jednym bloku.

Możecie zapytać, szanowni Czytelnicy i szanowne Czytelniczki: dlaczego tak późno? Od poprzedniej – nieudanej – próby jednoczenia lewicy w 2015 roku upłynęły cztery lata. Tymczasem nowy projekt powstaje zaledwie na trzy miesiące przed wyborami. Stało się tak, gdyż każde z ugrupowań nowej koalicji wybrało w przeszłości inną polityczną drogę. Decyzja o połączeniu sił mogła zapaść dopiero wtedy, gdy każda z tych trzech dróg okazała się ślepą uliczką.
Trzy drogi lewicy
Partia Razem od początku istnienia postawiła na samodzielność. Uważając, że najcenniejszym jej walorem będzie brak bagażu doświadczeń z przeszłości, szczególnie tych negatywnych. Nie wierzono, że można współpracować z politykami i polityczkami starszego pokolenia, z ludźmi lewicy czasów PRL-u. Złośliwi nazywali partię Zandberga partią „Osobno”. Ostatnie wybory europejskie dramatycznie zweryfikowały drogę polityczną partii Razem. Mimo że w eurowyborach Razem wystartowało w koalicji o nazwie Lewica Razem, wynik wyborczy całej koalicji nie przekroczył 2 procent.
Robert Biedroń, tworząc w lutym tego roku partię Wiosna, „śnił o potędze”. Pamiętamy, jak w przedwyborczych wystąpieniach meblował przyszły rząd. Widząc siebie w roli premiera. Wybory europejskie sprowadziły Biedronia na ziemię. Uzyskane 6 procent poparcia i trzech przedstawicieli Wiosny w Parlamencie Europejskim to oczywiście bardzo dobry rezultat. Biorąc pod uwagę zaledwie trzymiesięczny staż Wiosny na scenie politycznej. Ale zdecydowanie za mało, by Polską rządzić.
Sojusz Lewicy Demokratycznej postawił z kolei na zjednoczenie całej opozycji. Mając świadomość, że tylko w ten sposób można stworzyć siłę polityczną zdolną do stawienia czoła rządzącemu Prawu i Sprawiedliwości. Zresztą wynik wyborów do Parlamentu Europejskiego potwierdził słuszność tej koncepcji. Sam Sojusz osiągnął bardzo dobry rezultat, uzyskując 5 mandatów. Ale również wynik całej Koalicji Europejskiej – mimo że słabszy od wyniku PiS-u – sugerował sensowność kontynuowania drogi jednoczenia demokratycznej opozycji. Niestety dla liderów PSL i PO ważniejsze okazały się wewnątrzpartyjne rozgrywki niż dążenie do odebrania władzy Jarosławowi Kaczyńskiemu. Szkoda.
Lepiej późno niż wcale – zakończmy ten temat. Najważniejsze, że czekanie w przedwyborczym przedpokoju wreszcie się skończyło.

Koniec „dobrej zmiany”

Nie liczmy na to, że wspólny start lewicy spotka się z aplauzem politycznej konkurencji. Silna lewica może odbierać głosy Prawu i Sprawiedliwości. Tak! Zwłaszcza wśród tych grup wyborców, do których szeroki strumień transferów finansowych nie był kierowany. A więc ludzi starszych, emerytów i rencistów. Poza rzuconym ochłapem trzynastej emerytury, w ich życiu niewiele się zmieniło. A w wielu wypadkach – wobec rosnących cen żywności – sytuacja osób i rodzin najsłabszych ekonomicznie pogorszyła się.
Dane opublikowane niedawno przez GUS szokują. Po kilku latach systematycznych spadków, w 2018 roku wzrósł w Polsce poziom ubóstwa. I to we wszystkich grupach społeczno-ekonomicznych: pracowników, rolników, przedsiębiorców, emerytów i rencistów. Poziom skrajnego ubóstwa, określanego mianem minimum egzystencji, wzrósł w ciągu ostatniego roku aż o 25 proc. Równie wysoki poziom skrajnego ubóstwa GUS notował ostatni raz dziesięć lat temu, w 2009 roku. Czas rzekomych sukcesów „dobrej zmiany” dobiega końca.
Nie liczmy również na przychylność Koalicji Obywatelskiej. Którą Adrian Zandberg słusznie określił jako koalicję Grzegorza ze Schetyną. Szef PO postawił sobie za zadanie nie pokonanie Jarosława Kaczyńskiego, ale pokonanie i zdominowanie swoich niedawnych koalicjantów z Koalicji Europejskiej. Będzie najpewniej przekonywał o rzekomo straconych głosach wyborców, którzy chcieliby głosować na PSL lub na koalicję lewicową. Wykorzystując przy okazji obecność Barbary Nowackiej do tworzenia złudnego wrażenia, że interesy lewicy reprezentuje On.
Tak więc w nadchodzącej kampanii wyborczej lewica będzie musiała zmierzyć się z atakami nie tylko Prawa i Sprawiedliwości. Niestety, pewnie również ze strony Koalicji Europejskiej. Partie POPiS-u nie zaakceptują powstania trzeciej siły, mogącej w przyszłości zagrozić prawicowemu duopolowi. A jak zachowa się w tej sytuacji „czwarta władza”? Czyli media.

Grillowanie

Tak zwane „grillowanie” członków tworzącej się koalicji już się rozpoczęło. TVN24 postanowiło sprawdzić, co Adrian Zandberg w przeszłości mówił o SLD. Za chwilę inna stacja przypomni wypowiedź Roberta Biedronia o „leśnych dziadkach”. Z archiwów dziennikarze wygrzebią barwny obrazek, na którym Marcelina Zawisza z partii Razem nie chce podać ręki przewodniczącemu SLD. I tak dalej. W dzisiejszych czasach mediów elektronicznych i internetu – tak jak w przyrodzie – nic nie ginie. A stara zasada „dziel i rządź” nie straciła na aktualności. Mając świadomość, że lewica może podbierać elektorat głosujący dotychczas na PiS, szczególną determinacją w dzieleniu lewicowych koalicjantów wykaże się telewizja Kurskiego. Tak przewiduję.
Nie dać się sprowokować. Mówić jednym, wspólnym głosem. To możliwe. Choć faktycznie w przeszłości różnie bywało. Ale któż z nas, z ręką na sercu, może zapewnić. Że nigdy nie powiedział paru słów za dużo. W rodzinie. W pracy. I w polityce – również. Najlepszą odpowiedzią dla szukających różnic wśród lewicowych koalicjantów będzie wspólny program.

Senyszyn i Zandberg

Byłem w ubiegłym tygodniu, wraz z Maciejem Koniecznym z partii Razem, gościem programu Polsat News. Prowadzący zadał pytanie: jak wyobrażamy sobie obecność w jednej koalicji Joanny Senyszyn i Adriana Zandberga. Zadziwiające pytanie. Bo gdy popatrzymy nie na PESEL polityczki SLD i polityka Razem (o ageizmie czyli dyskryminacji ze względu na wiek pisałem niedawno na łamach Trybuny), a na poglądy polityczne – to ich obecność we wspólnej koalicji jest czymś oczywistym. W sprawach świeckiego państwa, w walce o prawa kobiet – Senyszyn, Zandberg i Biedroń mówią jednym głosem. Zresztą nie tylko w tych sprawach.
Najsilniejszą stroną i spoiwem powstającej koalicji lewicowej jest zgodność programów tworzących ją partii. Nawet propagandzistom Kurskiego trudno będzie wbić klin i próbować rozbijać koalicję, wynajdując różnice w programach koalicjantów. Zarówno jeśli chodzi o problematykę społeczną, jak i światopoglądową.
Osobiście kamień spadł mi z serca. Kibicowałem wielkiej koalicji „wszystkich ze wszystkimi”. Widząc w niej optymalną konfigurację umożliwiającą odsunięcie PiS-u od władzy. Ale jednocześnie zżymałem się na myśl, że lewica będzie musiała uzgadniać wspólny program z liberalną i antypracowniczą Platformą Obywatelską i z klerykalnym Polskim Stronnictwem Ludowym.

Pięć czy osiem

Pierwszym problemem, z którym zderzy się nowa koalicja, będzie formuła startu. Wybór pomiędzy sercem i rozumem – jak w dawnej reklamie. Serce podpowiada, by do wyborów poszła szeroka koalicja polskiej lewicy. A wszyscy jej uczestnicy pojawili się na listach wyborczych z wysoko niesionymi sztandarami własnych partii. Głęboko przy tym wierząc, że 8‑procentowy próg wyborczy nie okaże się przeszkodą. Bo sondaże dają…
W 2015 roku sondaże też były obiecujące. Politycy i polityczki Sojuszu Lewicy Demokratycznej szczególnie dobrze zapamiętali tamte przegrane przez lewicę wybory. Co prawda teraz sytuacja jest inna. Nie będzie, tak jak wówczas, dwóch list wyborczych lewicy. Ale rozum podpowiada, że 5-procentowy próg wyborczy z pewnością byłby bezpieczniejszym rozwiązaniem. Wówczas kandydaci koalicji musieliby startować z listy wyborczej jednej z partii wchodzącej w skład koalicji.
Decyzja o formule startu zostanie wkrótce podjęta wspólnie przez koalicjantów.

Jedynki, dwójki, trójki

Druga rafa, to oczywiście listy wyborcze. Startując osobno, każda partia ma komplet miejsc „dla swoich”. Jedynek. Dwójek. Trójek. Takie partykularne myślenie zwyciężyło w Polskim Stronnictwie Ludowym i w Platformie Obywatelskiej. I stało się jednym w ważniejszych powodów rozpadu Koalicji Europejskiej. W przypadku PSL-u to patrzenie na wybory wyłącznie pod kątem interesu własnej partii może zakończyć się wyeliminowaniem ludowców z polityki sejmowej. Ale to ich problem.
Myślę, że wszyscy politycy i polityczki koalicji lewicowej mają tę świadomość. Że po zadeklarowanym w ubiegły czwartek przez trzech liderów zamiarze wspólnego startu – nie ma odwrotu. Klamka zapadła. I jednym z kolejnych kroków tworzenia koalicji będzie podział miejsc na wspólnej liście wyborczej. Zresztą zarówno Biedroń, Zandberg jak i Czarzasty nie mają złudzeń – samodzielny start każdego z ugrupowań byłby wyłącznie walką o przekroczenie progu wyborczego.

Trzech tenorów

Pisałem nie tak dawno o „lewarowaniu lewicy”. Przewidując, że wspólny start SLD z partią Grzegorza Schetyny może okazać się dla lewicy korzystny. Pomagając w odbudowaniu pozycji tejże lewicy na scenie politycznej. Wobec rozpadu Koalicji Europejskiej, ten plan oczywiście spalił na panewce. Co pozostało?
Pamiętam jak po rozpadzie AWS-u, w objazd po kraju ruszyło „trzech tenorów” prawicy: Tusk, Olechowski i Płażyński. Mało kto przypuszczał, że to był początek rządzącej później przez osiem lat Platformy Obywatelskiej. Trudno dzisiaj przewidywać, jak potoczą się losy lewicowej koalicji zawiązanej przez Czarzastego, Zandberga i Biedronia (trochę brakuje w tym towarzystwie żeńskiego „sopranu”). Bo powstanie wspólnej reprezentacji, to dopiero pierwszy kamień milowy nowej polskiej lewicy.

Kamienie milowe

Drugim kamieniem milowym będzie powrót posłanek i posłów lewicy do Sejmu – po czteroletniej absencji. Kolejnym – wspólny klub parlamentarny. By koalicja nie okazała się wyłącznie trampoliną na Wiejską dla polityków i polityczek poszczególnych partii.
A potem? Myślę, że ciąg dalszy nastąpi… Jednoczenia lewicy.

Głos lewicy

Czerwony długopis

Czesław Cyrul dzieli się anegdotką na Facebooku:
Bawiąc gdzieś w Polsce nagle potrzebny mi był długopis piszący na czerwono. W końcu, w małym miasteczku, pani w saloniku prasowym, wskazała mi jedyną w mieście księgarnię. Tam może pan dostanie. W saloniku królowała lokalna i kościelna prasa. Udało mi się kupić ostatni egzemplarz Wyborczej. Rzeczypospolitej pani nie zamawia. Leżał stos Gazety Warszawskiej. Tę pani musi zamawiać, choć nie ma na nią chętnych.
W księgarni dwie panie, w wieku balzakowskim, zaproponowały mi podpisanie listy, która ma zablokować zboczeńców z LGBT. Trzeba im zabronić nauczania seksu dzieci w przedszkolach. Owszem mogę podpisać taki protest, ale proszę mi pokazać dokument, który zezwala tym zboczeńcom na owo nauczanie. Panie okazały się bezradne. Nie były w stanie powiedzieć o co naprawdę idzie. Młoda dziewczyna także zdecydowanie odmówiła podpisu.
A pan w jakiej sprawie, odezwał się zestresowany młody człowiek za ladą. Ja po czerwony długopis. Aha. Chrząknęły panie znacząco. Tak, tak szanowne panie, czerwony to ulubiony kolor księży. Każdy by chciał nosić czerwone, kardynalskie szaty. A paniom te podpisy to kto kazał zbierać? Czy aby nie ktoś marzący o czerwonych szatach? Panie zdecydowały się opuścić pospiesznie księgarnię.
Ale im pan dał do wiwatu, odezwał się wystraszony sprzedawca. To czołowe aktywistki naszej parafii. Nikt z tutejszych im nie stanie na drodze. Może pan tych czerwonych długopisów weźmie więcej, bo jakoś nie schodzą i w końcu wyschną. Ale ja tylko jeden chciałem. 1 złoty 60 groszy poproszę.

Klauzula prawicowego sumienia

Tymoteusz Kochan o głośnej sprawie IKEI:
Prawica walczy o klauzulę sumienia dla wszystkich, a jednocześnie zwalcza Ikeę, kiedy ta nie chce zatrudniać człowieka wzywającego do mordowania osób o innej orientacji w oparciu o zabobon i groźny fundamentalizm.
Hipokryzja sięga zenitu bo celem rządu jest stworzenie prawicowej dyktatury i nazwanie jej wolnością! Klauzula sumienia jest przecież domyślnie tylko dla katolickich ultrasów i narodowców, a wszyscy inni mają szanować wiarę i poglądy, które nawołują do likwidacji czerwonych, tęczowych i uchodźców.
Z drugiej strony reszta ma spokojnie akceptować fakt, że istnieje grono osób wzywających do eksterminacji innych i uznać te poglądy za dozwolone i chronione przez święte państwo. Brzmi jak program Wolność+.
Sam przy najbliższej okazji zamierzam – i namawiam do tego innych – do skorzystania z klauzuli sumienia przy kontakcie z prawicowymi fundamentalistami. Odmawiać, nie świadczyć usług i niech robią narodowe sklepy, salon z meblami wolnymi od LGBTQ, uniwersytety wzywające do mordowania uchodźców i narodowego Twittera i Facebooka.

Jesień Wiosny na jesieni

Publicysta Remigiusz Okraska o najnowszych decyzjach Roberta Biedronia:
„Władze Wiosny upoważniły lidera partii Roberta Biedronia do rozmów z Koalicją Europejską o wspólnym starcie w wyborach parlamentarnych – poinformował Biedroń”.
Mam nadzieję, że pan Schetyna zażąda miliona złotych za jedynkę na liście dla Śmiszka, schowania Biedronia i nieeksponowania nazwy partii. I że jesienią będzie po Wiośnie, tej kiepskiej ustawce kiepskich ludzi w kiepskim celu wedle kiepskiego pomysłu kiepskich macherów.
PS. Gdyby nie powstanie Wiosny na chwilę, wciąż prawdopodobnie mielibyśmy niezależną lewicę z poparciem >3 proc..

Nie wszyscy chcą lewicowej koalicji

Z dr. Bartoszem Rydlińskim, politologiem i działaczem społecznym rozmawia Przemysław Prekiel (Przegląd Socjalistyczny).

Zwycięstwo PiS w wyborach do PE było sensacją czy raczej spodziewanym sukcesem?
Nie było niczym nadzwyczajnym, ponieważ śledząc ostatnie sondaże, które co prawda często się mylą, to jednak ich zdecydowana większość pokazywała, że PiS ma wyraźną przewagę. Oferta PiS dla wyborców okazała się po prostu bardziej konkretna , sprostała ich oczekiwaniom. Wzniosłe hasła anty-PiS oraz o wspaniałej Europie nie wystarczyło, żeby przebić „piątkę Kaczyńskiego”, która z kolei przełamała neoliberalną hegemonię w Polsce. Zwycięstwo PiS mnie absolutnie nie zaskoczyło, zaskoczył raczej dobry wynik Koalicji Europejskiej.

To były dla PiS najtrudniejsze wybory? W wyborach europejskich partia Jarosława Kaczyńskiego nigdy nie wygrała.
Zdecydowana większość komentatorów stwierdzała, że te wybory są dla PiS najtrudniejsze, bowiem do tej pory przy niskiej frekwencji bardziej zmotywowane do głosowania były większe miasta. PiS udowodnił, że te wybory można wygrać przy nadspodziewanie wysokiej frekwencji.

Skąd ta wysoka frekwencja? Wybory do PE nigdy dotąd nie cieszyły się większym zainteresowanie.
PiS potrafił zmobilizować swój twardy elektorat, narzucając przede wszystkim krajową narrację. W tej kampanii to ona zdominowała debatę publiczną, nie zaś tematyka europejska. Ta wysoka frekwencja sprzyjała nie tylko PiS, ale również Koalicji Europejskiej. Doszło do olbrzymiej polaryzacji polskiej sceny politycznej. Frekwencja na tzw. ścianie wschodniej była jednak wyższa niż w zachodniej Polsce, czyli bastionach PO, co przełożyło się na zwycięstwo PiS.

Zmierzamy w kierunku duopolu? Polska scena podzieli się na dwa obozy i nie będzie już miejsca na trzecią siłę?
Ten trzeci będzie miał niezwykle ciężko. Mamy z jednej strony silny blok prawicy skupiony wokół PiS. Drugą siłą jest ideologicznie enigmatyczna Koalicja Europejska, która mimo wszystko, tak uważam, się utrzyma.

To dość zaskakując teza. Z PSL dochodzą głosy, że ludowcy chcą budować własną koalicję i podkreślić własną tożsamość.
Oceniając na chłodno wyniki tych wyborów, należy stwierdzić i to potwierdzają również politycy PO, że wyniki Koalicji Europejskiej na poziomie ponad 30 proc. nie jest wynikiem złym. Warto zauważyć, że jest to trzeci wynik w skali europejskiej. Pierwszy ma węgierski Fidesz, drugi PiS a trzeci właśnie Koalicja Europejska. PSL gra swoje to znaczy, chce podnieść stawkę a rozmowach koalicyjnych. Największy odpływ elektoratu PSL nie nastąpił przy wyborach europejskich, tylko przy wyborach samorządowych. I to jest dla ludowców olbrzymi problem. Jeśli PSL skręciłby teraz za bardzo w prawo, w kierunku PiS, będzie to oznaczało niechybną śmierć tej partii, tak jak skończyły się sojusze Samoobrony i LPR.

Co na to wyborcy SLD?
Dla wyborców Sojuszu obecny duopol w dużej mierze może być korzystny. Naturalnym przeciwnikiem jest PiS, gdyż o SLD Jarosław Kaczyński wielokrotnie wypowiadał się z pogardą, również o wyborach tej partii. Podział na blok PiS i anty-PiS chwilo upraszcza wyborcy SLD ogląd politycznego świata. Chciałbym jednak zaznaczyć, że PO przez lata było równie wrogie dla Sojuszu. W końcu to neoliberalna partia, walczącą o tanie państwo, walcząca ze światem pracy, prowadząc dość agresywną antylewicową politykę historyczną. To politycy PO złamali kampanię wyborczą Włodzimierza Cimoszewicza w 2005 roku. To Donald Tusk jako premier, odcinał subwencje dla tej partii.

Zatrzymajmy się zatem przy SLD. Co tej wynik oznacza dla partii Włodzimierza Czarzastego? Pięć mandatów to z pewnością sukces, ale czy Sojusz nie był do niego zmuszony? Pamiętamy konferencję prasową Grzegorza Schetyny u boku którego wystąpiło byłych trzech premierów z SLD.
Zagranie Grzegorza Schetyny z byłymi premierami i podpisanie deklaracji europejskiej było pewną potwarzą dla Sojuszu. Pokazywało to również nieprawdopodobny brak lojalności ze strony polityków SLD wobec własnej formacji. Jednak później Włodzimierz Czarzasty, wiedząc, jak znaczone ma karty, rozegrał genialnie tego pokera. Dzięki temu zagraniu SLD wprowadziło do grupy socjalistycznej w PE więcej posłów, niż ta partia miała w poprzedniej kadencji.

Wyborczo był to z pewnością sukces. Ale czy Sojusz nie zatracił na swojej podmiotowości i tożsamości?
Z pewnością dla SLD będzie teraz ciężko wyjść z tej koalicji, jest bowiem za mało czasu na budowę jakiejś nowej formacji czy koalicji. To jest też pytanie ile pragmatyki ile ideowości i czy da się to dziś w ogóle połączyć. Partia polityczna powinna dążyć do powiększenie swojego stanu posiadania, ale nie za wszelką cenę.

Lider SLD mówił, że będzie starać się reaktywować Koalicję Europejską na wybory parlamentarne. PSL już zapowiedział budowę własnego projektu pod nazwą „Koalicja Polska”. Czy nie ma szansy na lewicową koalicję z SLD, Razem, Wiosną, Unią Pracy i PPS?
Przypuszcza, że nie po to Krzysztof Gawkowski, Paulina Piechna-Więckiewicz czy Grzegorz Pietruczuk opuszczali SLD, żeby teraz być z Sojuszem na jednej liście. Uważam także, że jest za późno na budowę takiej lewicowej kolacji a poza tym, nie wszyscy jej chcą. Politycy SLD bardzo dobrze pamiętają, czym skończyła się budowa takiej koalicji w 2015 roku. Relacja na linii Czarzasty-Schetyna są na tyle poprawne, że dość naturalna wydaje się koalicja PO i SLD. Obu liderów cechuje pewna doza pragmatyzmu i zdolności organizacyjnych. Elektoraty tych dwu partii nie wykluczają się, ponadto w tych wyborach będzie więcej mandatów do podziału. Dla Włodzimierza Czarzastego najistotniejszym zadaniem jest dopełnienie celu, jaki obrał sobie obejmując funkcję przewodniczącego SLD. Czyli powrotu tej partii do Sejmu. A czy to będzie w jakiejś koalicji czy nie , to nie ma większego znaczenia. To będzie jego olbrzymi sukces w najtrudniejszych dla SLD czasach. Życzyłbym sobie, żeby reprezentacja lewicowych posłanek i posłów w przyszłym Sejmie była jak największa, mówię tutaj zarówno o SLD, Partii Razem czy Wiośnie. W niemieckim Bundestagu są trzy partie lewicowe i nikt nie postuluje, aby się połączyły.

Kilka miesięcy przed wyborami do PE Włodzimierz Czarzasty mówił, iż Grzegorz Schetyna nie ma zdolności koalicyjnej. To znaczy, że w polskiej polityce wszystko jest możliwe?
Absolutnie wszystko. Pamiętamy niedawno strategiczny sojusz SLD i PiS w mediach publicznych czy wspólne podtrzymywanie wet prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Nie wyobrażam sobie jednak koalicji rządzącej PiS-SLD. Tymczasowy związek z rozsądku pomiędzy SLD i PO w ramach Koalicji Europejskiej jest oczywiście dla części lewicowych wyborców ciężki do strawienia, ale jest nieporównywalnie łatwiejszy do zaakceptowania niż układ z PiS.

Jak te wybory wyglądają w kontekście europejskim? Szefowa SPD, po słabym wyniku wyborczym swojej partii, podała się do dymisji.
Wynik na poziomie 15 proc. dla SPD to najsłabszy wynik tej partii w historii. Są jednak promyki nadziei jak socjaldemokraci w Hiszpanii, Portugalii, Szwecji, Danii, Finlandii. To są przykłady, że można przełamać hegemonię prawicy. Pytanie o przyszłość SPD jest niejako pytaniem o przyszłość SLD. Jeżeli SPD po raz kolejny współrządzi z partią chadecką, płacąc jednocześnie olbrzymią polityczną cenę tego układu i nie jest w stanie choćby trochę wykazać się politycznym radykalizmem to można postawić taką tezę, że ja, jako politolog zajmujący się lewicą, będę niebawem historykiem socjaldemokracji, gdyż ten ważny polityczny ruch może najzwyczajniej w świecie przestać istnieć. SPD popełniła błąd w 2013 roku, kiedy to miała możliwość współrządzenia z Die Linke i Zielonymi, ale wybrała wielką koalicję.

To może powinna to być przestroga również dla SLD, żeby nie wchodzić w sojusz z PO.
Czym innym jest koalicja wyborcza i czym innym koalicja powyborcza. Potrafię jednak wyobrazić sobie taką powyborczą koalicję między PO a SLD. To byłby dla Sojuszu, dziś partii z politycznej drugiej ligi, niebywały sukces. Z partii pozaparlamentarnej wejść do rządu. Pytanie jednak, jakie byłyby koszty dla partii. Jeśli spojrzymy na program niemieckiej chadecji to nie ma w nim neoliberalnych postulatów, kulturowo ta partia poszła również bardzo na lewo. W sprawach ekonomicznych życzyłbym sobie, aby PO brała przykład ze swojej siostrzanej partii z Niemiec, która akceptuje progresję podatkową, nie zwalcza związków zawodowych. Innymi słowy SLD mogłoby rozważać udział w koalicji z PO wyłącznie pod warunkiem swoistej „germanizacji” Platformy. Ale jest to dzisiaj bardzo mało prawdopodobny scenariusz.

Jesienne wybory będą najważniejsze po 1989 roku?
Nie sądzę. Najważniejsze moim zdaniem były wybory w 1995 roku, kiedy to Aleksander Kwaśniewski pokonał legendę solidarności i prezydenta Lecha Wałęsę. To był niebywały przełom. Podobnie jak wybory parlamentarne w 1993 roku, kiedy to cztery lata po Okrągłym Stole, lewica wygrała demokratyczne wybory.

„Bardzo dobra wiadomość”

Krótka opowieść o tym, dlaczego czasem lepiej trzymać buzię zamkniętą na kłódkę.

Naprawdę, pan Biedroń tak powiedział:
– Mam dziś bardzo dobrą wiadomość! Zapraszam do stworzenia postępowej koalicji politycznej… Zapraszam Sojusz Lewicy Demokratycznej – coś tam, coś tam – Polską Partię Socjalistyczną, Zielonych, partię Razem, wszystkich tych, którzy chcieliby połączyć siły do współpracy, do tego żebyśmy razem usiedli do stołu i zaczęli rozmawiać o nowej sile, wszystkich tych, którzy chcieliby budować jedną, wielką, zjednoczoną opozycję, siłę, przymierze dla przyszłości postępowej Polski…
– Ha ha ha ha!
Co to się działo, co się działo!
Świata pół ze śmiechu się skręcało… Chciałoby się sparafrazować mistrza Młynarskiego.
Tak, tak, tak, tak – to ten sam Biedroń, który całkiem niedawno mówił:
– Byłem pół życia w SLD, wiem, jak wygląda praca w strukturach, znam ludzi. To partia wielu post-pezetpeerowców i karierowiczów w fatalnym wydaniu. SLD stało się partią obciachu bardziej niż PiS, ale wynika to przede wszystkim z faktu, że partia nie ma ludziom wiele do zaoferowania…
Tak mówił! W stosunku do SLD nawet nie udawał grzecznego – walił na odlew, między oczy, w zęby:
– Myślałem, że dinozaury wyginęły! PE to nie dom spokojnej starości! Leśne dziadki na płatnych wczasach. Mówię nie! Skończmy z dziadostwem w polskiej polityce…
To na Twitterze. Taki był! Ale już nie jest. Zastanawiam się co się stało, jakiegoż to cudu jesteśmy świadkami? Może to te diabelskie szóstki? Najpewniej tak! To dzięki nim pan Biedroń, mimo, że zapowiadał wynik dwucyfrowy, uzyskał trzycyfrowy – 6.06 proc! Dzięki szósteczkom dwa „Wiosenne” małżeństwa – jego oraz partnerki jego zastępcy, ulokowały swych przedstawicieli w ławach PE. Oni już jakoś się wyżywią, ale co z resztą? Jak sobie poradzi?…
Dla reszty zostają wybory krajowe. Tylko, że w pojedynkę słabnąca „Wiosna” nie da rady. Mówiąc po cichu, między nami – do sejmowych wyborów może nie przetrwać w ogóle. Chyba, że udałoby się ją jakimś cudem podczepić do większego statku… Na przykład do M/S Koalicja Europejska. Wtedy pozostali działacze mieliby szansę zacumować w porcie przy Wiejskiej. Przynajmniej niektórzy. Co prawda byliby tylko posłami na kraj, a nie na eksport, ale dobre i to…
Ot i cała tajemnica przeistoczenia się SLD z ropuchy w piękną księżniczkę, wartą progresywnego grzechu z „trzecią siłą polityczną w Polsce”… To też pan Biedroń – „progresywna trzecia siła”…
Gdy to wszystko mówił, miny otaczających go pań nie były przesadnie naznaczone szczęściem. Miny pani europosłanki Sylwii Spurek w ogóle nie było widać, bo pilnowała się, by w oko kamery nie wejść i zza placów pana Biedronia się nie wychylić.
Droga pani Sylwio! Naprawdę nie ma się czego wstydzić. 25 tys. głosów mniej od Leszka Millera, to żaden wstyd. Więksi z nim przegrywali, a przecież nie takie głupoty jak pani wygadywali.
O, niech pani popatrzy na pana Zandberga! Ten kompletnie się nie wstydzi, choć cała siła polityczna, której jest liderem, uzyskała zaledwie 1,24 proc. głosów. I to mimo, że występowali Razem! Pan Zandberg osobiście uzbierał 17108 głosów, Miller prawie pięć razy tyle.
1,27 proc. poparcia, to znacznie gorzej niż pan Biedroń, bo to grozi całkowitym odcięciem od państwowej kasy i zwykłą codzienną robotą. Bez kamer, bez wywiadów, bez tego całego obrzydliwego, ale tak pożądanego przez polityków blichtru… Pan Zandberg też więc w końcu poszedł po rozum do głowy. Jeszcze niedawno, jedna z jego bardzo ważnych członkiń (innych zresztą poza bardzo ważnymi tam nie ma) ostentacyjnie, publicznie, odmówiła Czarzastemu podania ręki. Minęło trochę miesięcy, a lider Razem mówi, że są otwarci na rozmowy z nim… Wystarczyło, że dostali jeden procent z haczykiem i już są otwarci! Co to znaczy magia cyfr?!
Co tam zastępczyni – sam pan Adrian nosząc głowę tak wysoko, że prawie dotykał czubka Pałacu Kultury, mówił… Co ja gadam „mówił”?! On przecież nie mówi, on wygłasza, objawia wręcz, prawdy absolutne, bezdyskusyjne:
– Resztki tej formacji (SLD – MB) nie zaprzątają szczególnie naszej uwagi. Oczywiście to, że przez lata pod słowem „lewica” funkcjonowała w Polsce partia pełna skorumpowanych aparatczyków, w dodatku wdzięcząca się do biznesu i mająca w nosie pracowników, będzie jeszcze długo utrudniało nam przekonywanie ludzi do lewicy. Polacy tyle razy zawiedli się na politykach, że dziś największe wyzwanie dla Razem to udowodnić, że gdy mówimy o sprawiedliwości społecznej i demokracji, to jesteśmy wiarygodni…
Można powiedzieć – udało się! Na początek udało się przekonać partię Razem. A ostatnio, w drodze eksperymentu wyborczego, udało się precyzyjnie określić zakres przekonania wyborców – 1,24 procenta!
Dwóch liderów. Jeden piękny, elokwentny, zabawny, porywający, miły, radosny, drugi zabójczo przystojny, poważny, wielki, silny, wyniosły, magnetyzujący…
Dwa różne charaktery, dwie różne drogi… A obie prowadzą do Canossy. Co oznacza, że warto czasem powściągnąć jęzor, schować nieco ambicje do kieszeni, by coś zyskać, ale nie warto robić z siebie przy okazji idioty.