Lewica nie będzie przystawką

Piotr Kusznieruk, przewodniczący Nowej Lewicy w województwie podlaskim, tłumaczy, dlaczego zjednoczenie Nowej Lewicy i Wiosny jako dwóch równorzędnych sił to optymalne rozwiązanie.

Lider podlaskiej Nowej Lewicy skomentował ostatni konflikt w partii na łamach białostockiej „Gazety Wyborczej”.

Przypomnijmy, że na posiedzeniu zarządu Nowej Lewicy w ostatnią sobotę zapadły ostatecznie decyzje o utworzeniu dwóch i tylko dwóch frakcji w partii. Będą to struktury odpowiadające dawnym formacjom: SLD i Wiośnie. W takiej postaci partia uda się na kongres zjednoczeniowy, finałowo zaplanowany na 9 października.

Przed i podczas zarządu przewodniczący Włodzimierz Czarzasty zawiesił w prawach członka kilkoro działaczy, w tym posłów Lewicy. Emocje wokół konfliktu w partii nie gasną.

Umów trzeba dotrzymywać…

Przewodniczący podlaskich struktur Nowej Lewicy nie ma wątpliwości: już za późno na dyskusje o tym, czy i na jakich zasadach Wiosna połączy się z Nową Lewicą. To już było omawiane i zostało ustalone. – Kluczowym elementem jest dotrzymanie słowa wobec Wiosny. Umów trzeba dotrzymywać. Dzisiaj ważniejsza jest ta integracja niż indywidualne ambicje pewnej grupy osób – powiedział Piotr Kusznieruk w rozmowie z „GW”. – Dogadaliśmy się, że Wiosna ma mieć autonomię, integralność w ramach tego połączenia, a to, że będą dwie frakcje i po dwóch przewodniczących, także w regionach, zostało zapisane w naszym statucie. Taka strategia rozwoju naszej partii została określona w 2019 r. – doprecyzował.Dodał przy tym, że pomysł mnożenia liczby frakcji i tworzenia np. pięciu wewnętrznych grup uważa za kuriozalny. – W kraju i regionach po pięciu przewodniczących? To jakiś absurd – mówi działacz.

… a Wiosna jest cenna

Piotr Kusznieruk uważa również, że wartość rozwiązanej Wiosny jest dużo wyższa, niż wskazywałyby na to mało liczebne struktury w terenie. Przypomina, że Wiośnie udało się zaangażować do polityki nowe twarze, młodych ludzi, że ci nowi aktywiści to uczestnicy protestów w sprawach LGBT i równości kobiet i mężczyzn.

– Jeśli Wiosna zostanie „wystrzelona w powietrze” przez nieuczciwe działania, to Lewica będzie musiała pójść do tych wyborów jako przystawka PO. Bo w Wiośnie jest energia – mówi Kusznieruk.

A dzisiejsze różnice w światopoglądzie i podejściu do polityki między doświadczonymi działaczami dawnego SLD i tą energetyczną młodzieżą? Są do przezwyciężenia, mówi przewodniczący Nowej Lewicy na Podlasiu. Jest przekonany, że za 2-3 lata frakcje partii zżyją się ze sobą.

Są podstawy, by w to uwierzyć – wszak cel politycy z obu formacji mają jeden, a koalicja zawarta w 2019 r. przyniosła socjaldemokratom i progresywistom upragniony powrót do parlamentu.

Nie spaść do roli przystawki

Piotr Kusznieruk obawia się, że bez Wiosny i jej elektoratu znaczenie Nowej Lewicy mogłoby raptownie zmaleć. Nawet do tego stopnia, że samodzielny start w wyborach nie miałby sensu. A skutki byłyby opłakane. – Jeśli Wiosna zostanie „wystrzelona w powietrze” przez nieuczciwe działania, to Lewica będzie musiała pójść do tych wyborów jako przystawka PO – prognozuje polityk. A taki scenariusz w jego przekonaniu jest niepożądany. Socjaldemokraci powinni iś do wyborów samodzielnie, nie jako część koalicji, w której ich program rozmyje się.

Dlatego Piotr Kusznieruk, chociaż zaznacza, że od konfliktu w partii trzyma się z daleka, chce jednak, by przewodniczącym Nowej Lewicy do kongresu w październiku był Włodzimierz Czarzasty, współtwórca koalicji z Wiosną i Razem.

Co dalej z Nową Lewicą?

Zarząd Nowej Lewicy podjął w sobotę uchwałę o powołaniu dwóch frakcji – Sojuszu Lewicy Demokratycznej i frakcji Wiosna; utrzymał również w mocy decyzje zawieszające kilku członków partii – powiedział w sobotę lider Nowej Lewicy Włodzimierz Czarzasty. Zarząd podjął decyzję praktycznie jednomyślnie – przy jednym głosie wstrzymującym się.

„Zarząd w sposób ostateczny podjął uchwałę o powołaniu dwóch frakcji – Sojuszu Lewicy Demokratycznej i frakcji Wiosna, co kończy dyskusję w sprawie tego, jak będzie wyglądała sprawa dotycząca kongresu zjednoczeniowego 9 października. Dwie frakcje – frakcja Wiosna i frakcja SLD”

– powiedział Czarzasty po sobotnim posiedzeniu zarządu Nowej Lewicy.

„Dopełniliśmy obietnicy zobowiązania wobec naszego partnera, jakim jest partia Wiosna”

– zaznaczył.

Podkreślił, że w głosowaniu, tylko jedna osoba powstrzymała się od głosu, wszyscy inni byli „za”. „Kończy to w sposób definitywny dyskusję w tej sprawie. My nie oszukujemy, jak dajemy słowo, to tak być powinno” – zaznaczył.

Poinformował ponadto, że zarząd Nowej Lewicy utrzymał w mocy jego wcześniejsze decyzje zawieszające członków partii. „Działania te są zgodne z procedurami partii, poddałem swoje decyzje pod weryfikację zarządu. Temat uważam za zakończony” – oświadczył.

Czarzasty zawiesił w sobotę sześciu posłów: Tomasza Trelę, Karolinę Pawliczak, Wiesława Szczepańskiego, Wiesława Buża, Jacka Czerniaka i Bogusława Wontora. W południe rozpoczęło się posiedzenie zarządu ugrupowania.

Koniec Wiosny

Zapowiadane od dawna połączenie SLD i Wiosny coraz bliżej. W piątek 11 czerwca partia Roberta Biedronia ogłosiła samorozwiązanie.

Zaczynali jako fioletowi progresywiści, unikający słowa „lewica”, którzy swoją zupełnie nową jakością i stylem mieli przełamać duopol PiS-PO Gdy okazało się, że to nie takie proste, dołączyli do lewicowej koalicji i odtąd słyszeliśmy od ich lidera przy każdej okazji: „lewica zwycięża, gdy jest zjednoczona, a przegrywa, gdy jest podzielona”.

Faktycznie posłowie i posłanki Wiosny są dziś częścią klubu Lewicy, a niektórzy wręcz wyróżniają się swoją pracą w jego ramach. Z drugiej strony właśnie z Wiosny pochodziły obie posłanki, które z klubu w trakcie kadencji odeszły.

11 czerwca Zgromadzenie Ogólne członków Wiosny przyjęło decyzję o samorozwiązaniu. Dyskutowano też o tym, co będzie wyróżniało aktywistów tej partii, gdy zostaną już członkami Nowej Lewicy, na czym będzie polegała tożsamość „wiosennej” frakcji. Zjednoczenie ma bowiem zagwarantować Wiośnie współprzewodniczącego partii i współlidera jej struktur w każdym województwie. Dwaj współprzewodniczący partii zostaną wybrani na kongresie, który odbędzie się po pandemii.

Chociaż o zjednoczeniu mówiono od dawna, część uczestników Zgromadzenia Ogólnego wcale nie chciała likwidacji Wiosny. Smutek po decyzji podjętej przez większość zebranych wyraził na Twitterze śląski poseł Maciej Kopiec. Sekretarz generalny Wiosny Krzysztof Gawkowski demonstrował w mediach większy optymizm. Jego zdaniem „coś się kończy, coś się zaczyna”.

Do zjednoczenia jeden krok

Mianem nowej lewicy określano ruch antywojenny, antyrasistowski, afirmujący wolność jednostki i rzucający wyzwanie tradycyjnym marksistom i socjaldemokratom, kojarzony z Herbertem Marcuse’em, buntem 1968 r. i protestami przeciwko wojnie wietnamskiej. W Polsce i już w XXI w., mieliśmy Nową Lewicę Piotra Ikonowicza, partię socjalistyczną, ideowo odważną, ale nieodnoszącą większych sukcesów. Czym będzie najnowsza Nowa Lewica?

Na razie to po prostu Sojusz Lewicy Demokratycznej po rebrandingu. Sąd zezwolił na zmianę nazwy i statutu, a partia, zgodnie z zapowiedzią, zmianę przeprowadziła. Pozostało więc stare kierownictwo z Włodzimierzem Czarzastym na czele, socjaldemokratyczna orientacja ideowa również pozostaje bez zmian. Nie całkiem nowe są również plany zjednoczenia z Wiosną Roberta Biedronia, bo pierwszy raz mówiono o nich krótko po udanych wyborach parlamentarnych w 2019 r. Przeszkodziły właśnie problemy ze statutem, a potem koronawirus, za sprawą którego udało się przeprowadzić tylko kilka z planowanych szesnastu regionalnych kongresów lewicy.

Teraz Nowa Lewica jest ostrożna i zapowiada tylko jeden – zjednoczeniowy, latem tego roku, może po lecie, gdyby Covid-19 nie odpuszczał. Po kongresie również wyborcy dowiedzą się, jak po zjednoczeniu będzie prezentował się partyjny program.

Dwie frakcje

Od czasu, gdy pierwszy raz wspomniano o możliwości jednoczenia Wiosny i SLD, sporo się na scenie politycznej zmieniło. Nad partią Roberta Biedronia przestał unosić się urok nowości, sam Biedroń przepadł z kretesem w wyborach prezydenckich, a Wiosna i SLD odnotowywane są w sondażach wyłącznie razem, nomen omen, wspólnie z trzecim sejmowym sojusznikiem – Lewicą Razem właśnie. Jeśli jednak do zjednoczenia socjaldemokratów z „partią progresywną”, która do lewicowości zaczęła przyznawać się później, ostatecznie dojdzie, Nowa Lewica i Wiosna dostaną po 50 proc. miejsc w zarządzie struktury, będą mieć po jednym przewodniczącym, a partia z zasady będzie dzieliła się na te dwie frakcje. Podobno dyskusja wewnętrzna i różnorodność pomaga wykuwać świetne propozycje programowe i nie omijać oczekiwań żadnego segmentu wyborców. Oby w tym wypadku to się sprawdziło, a nie skończyło na walkach pod dywanem o wpływy i kształt organizacji.

Odnaleźć wyborców

Walki wewnętrzne odebrałyby bowiem główny sens całej operacji – stworzenie jednej, dobrze zorganizowanej i zdeterminowanej siły, gotowej odpowiadać na coraz bardziej palące zapotrzebowanie na uczciwą lewicę. Robert Biedroń nieustannie powtarza, że lewica wygrywa zjednoczona, a podzielona przegrywa. A wiele w tym racji, chociaż o ewentualnym sukcesie polskich socjaldemokratów zdecyduje nie tylko utworzenie wspólnej struktury. Trzeba będzie również przekonać do siebie wyborców, przełamując fałszywe pojęcie o lewicowości. Mówić do tych, którym wszelki „socjal” kojarzy się tylko z PiS-em i splótł się z konserwatywną polityką społeczną i tych, którzy deklarując lewicowość chwalą równocześnie obniżki podatków czy cięcie wszelkich wydatków publicznych. I znaleźć formy ekspresji, które pozwolą sprawić, by lewicowy skręt młodzieży nie był fenomenem na chwilę i by nie sprowadził się do buntu obyczajowego, intensywnego wyrażania swojej nieoczywistej tożsamości. To ważne i to bardzo w duchu nowej lewicy, tej od Marcuse’a, ale wyłącznie na tych kwestiach lewica nie stanie się w Polsce partią masową, jaką kiedyś już była.

Więcej nadziei niż obaw

Dwie sale, obok siebie, w jednym centrum konferencyjnym.

W jednej osoby w wieku dojrzałym, a miedzy nimi młodzi, ale nieliczni. W drugiej młodzi, a miedzy nimi trochę starszych.
Ci pierwsi, z twarzami ogorzałymi od polityki, posłowie i byli parlamentarzyści, prezydenci miast i byli ministrowie. Ale raczej tacy, którzy już szczyt kariery politycznej mają za sobą. W drugiej sali młodzi, którym wiosenny optymizm nie do końca się udał, a na dalszą drogę zapału jakoś już nie starcza.
Pierwsi od lat mają około 5 procent poparcia u wyborców, drudzy mieli poparcie chwilowe, ale rozpłynęło się jak kamfora.
Do starszych przemawia Adrian Zandberg. Krótkie wystąpienie spotyka się z akceptacją, starsi podają Zandbergowi ręce i robią focie. Jest inaczej niż jeszcze niedawno temu.Te dwie grupy mają stworzyć nową partię. W sali ze starszymi co poniektórzy z nostalgią bronią dorobku partii i nazwy, ale ten dorobek nie stwarza nadziei na przyszłość. W polityce pamięć wyborców jest krótka.
Z sali z młodymi co i rusz dochodzą okrzyki euforii. Jeżeli to radość z nadchodzącego nowego to niech tak będzie. W tym czasie starsi mozolą się nad nowym statutem partii. Co będzie jak sąd taki statut odrzuci? Wtedy pozostaniemy przy starym statucie i będziemy nadal nazywać się SLD, ale to chyba nie jest dobry projekt na przyszłość.
W obu salach unosi się także duch niepewności. Jak to będzie kiedy doświadczeni spotkają się z młodymi, gorącymi głowami. Innego wyjścia nie ma. Partia stara i partia młoda osobno nie odnotowują wysokiego poparcia. Połączone razem jak najbardziej. Przy współpracy z partią Razem lewica ostatnio odnotowuje 19 procent poparcia. Nawet jak się niektórym w partiach połączenie nie podobało to podoba się wyborcom. To, rosnące poparcie pokazuje, że sojusz musi być.
Starsi w końcu, po paru godzinach, głosują nad projektem nowego statutu.
Konwencje się kończą i dają początek nowemu. W holu starsi i młodzi jedzą wigilijne pierogi z kapustą i popijają cienkim barszczykiem. Widać, że w partyjnych kasach raczej skromnie. Oczywiście pewności, że nowa partia odniesie sukces nie ma, ale jest nadzieja. Osobne trwanie partii starszych z nielicznymi młodymi i partii młodych z rozpadającymi się strukturami nadziei na sukcesy w polityce nie dawały żadnych.
Ale SLD mi szkoda. Samymi wspomnieniami żyć można, ale w polityce niewiele to daje. Mówię to ja, który swoje przeżył, ale ciągle spoglądam w przyszłość, choć wzrok już nie ten.

 

Zjednoczona lewica musi być odważna

Dla jednej socjaldemokratycznej lewicy (brytyjskiej) pewien historyczny etap się skończył. Dla innej (polskiej) właśnie się zaczyna, wraz z uruchomieniem procesu łączenia SLD i Wiosny, z wyborami prezydenckimi w perspektywie. Walkę, ideowe poszukiwania, trudne położenie pierwszych w Polsce opisywano i komentowano niezwykle szeroko. Czy drudzy wyciągnęli wnioski?

W brytyjskich wyborach poległo polityczne centrum. Na czasy kryzysu i niepewności ludzie szukali tego, kto da proste, wyraziste, jednoznaczne odpowiedzi. Dziś sami aktywiści Partii Pracy przyznają, że niuansowanie przekazu w sprawie Brexitu nie przyniosło partii pożytku, nawet jeśli merytorycznie było uzasadnione. Skrzydło socjalistyczne przekonuje też, że nawet jeśli jego program nie pozwolił zwyciężyć w ostatnich wyborach, to odejście od szkodliwej „trzeciej drogi” kilka lat temu w ogóle dało laburzystom szansę przetrwania. Inaczej dawno by się rozpłynęli, jak niejedna stara i szacowna partia na kontynencie, gdzie tyleż socjalizmu w nazwach, ile neoliberalizmu w działaniu.

A gdzie jest prosty i wyrazisty przekaz Nowej Lewicy? Z tych strzępów, które dotarły do mediów, najwięcej programowego konkretu było tym razem u Roberta Biedronia. I ta jedyna deklaracja ideowa, a nie organizacyjno-techniczna, brzmiała: „Chcemy tworzyć silną, centrolewicową, progresywną, postępową, europejską, otwartą partię”. Znowu centrum, znowu zostawianie sobie furtki odwrotu, wiecznie ta europejskość, pod którą każdy może sobie podstawić to, co mu się wydaje. Prawica, gdy chce naprawdę przyciągać elektorat, nie bawi się w podobne subtelności. Polska socjaldemokracja też zdawała się to rozumieć jeszcze na konwencji w sierpniu, gdy Włodzimierz Czarzasty piętnował wielki kapitał.

Podobno prawdziwą konwencję, z pompą i rozmachem, Nowa Lewica dopiero zorganizuje. To dobrze, będzie okazja przypomnieć i rozwinąć naprawdę niezłekampanijne propozycje.
Tylko szkoda, że tak późno!

Szkoda też, że wyborcy ciągle nie znają nazwiska wspólnej socjaldemokratycznej kandydata/kandydatki na prezydenta. Jeśli poznają ją grubo po świętach, potencjalny elektorat zdąży już dowiedzieć się ze wszystkich możliwych źródeł, że głosować ma na Małgorzatę Kidawę-Błońską, bo kobieta, bo rozsądna, bo prowadzi dialog i szuka platform porozumienia, bo jest poważna, a nie radykalna, jak nie przymierzając Adrian Zandberg i jego partyjne koleżanki.

Tak, dziś Zandberga pełno we wszystkich mediach liberalnych, a niektóre snują nawet rozważania pt. czy lider niepopularnej partii może być przywódcą opozycji, ale wszystko do czasu. Wyrażenie „radykalizm partii Razem”, które wkrótce przerodzi się, dla uproszczenia, w „[groźny] radykalizm lewicy” zaczyna już stawać się zbitką na miarę innych starych idiomów tego obozu, jak „likwidacja przywilejów emerytalnych”. Histeryczne wezwania, by głosować na konserwatystkę, by ratować się przed tymi „radykałami”, dopiero się zaczną. Przypomnijmy: szczytem wywrotowości rzekomych „radykałów” jest mówienie o Skandynawii i państwie dobrobytu ze sprawnym transportem, dobrą szkołą i przyzwoitą służbą zdrowia. Co nie przeszkadza liberalnym mediom budować absurdalnych „zestawień skrajności”, gdzie nazwiska polityków Lewicy stoją obok wolnorynkowo-konserwatywnych szaleńców z Konfederacji.

Gratulacje za zjednoczenie – zgarnięte. Sondaże – niezłe. Czekamy na ciąg dalszy. Nie tylko zapewnienia, że współpraca będzie trwała, ale też nieustanne pokazywanie, że to współpraca odważna. Samo „Lewica zawsze wygrywa wybory, kiedy idzie zjednoczona” to za mało.

Historyczny moment dla lewicy

Lewica zawsze wygrywała idąc zjednoczona i przegrywała idąc podzielona. Krajowa Konwencja SLD podjęła decyzję o zmianie statutu Sojuszu, która umożliwi połączenie sił Sojuszu Lewicy Demokratycznej oraz Wiosny. Partia Wiosna podczas swojej konwencji również podjęła decyzję o integracji lewicy. Nowa Lewica będzie kontynuować współpracę z Partią Razem, wspólnie zostanie wskazana kandydatka lub kandydat na prezydenta RP oraz utrzymamy zostanie wspólny klub parlamentarny.

Włodzimierz Czarzasty podczas konferencji prasowej powiedział:

Krajowa Konwencja SLD po konsultacjach w województwach, podjęła decyzję o zmianie statutu Sojuszu, która umożliwi połączenie sił SLD i partii Wiosna. Głosowało 127 delegatek i delegatów, za oddano 109 głosów, przeciwko było 10 osób, a 8 wstrzymało się od głosu. W związku z tym kończy się powoli rozdział pod tytułem SLD oraz partia Wiosna.
Nad nami nie krąży żaden, trzeci nieobecny. Jest tu z nami Dorota Olko, rano wysłuchaliśmy Adriana Zandberga. Wspólnie idziemy w jednym kierunku. Z Partią Razem stanowimy jeden klub, wystawimy jedną lub jednego kandydata na prezydenta i w tej sprawie z nikim się nie ścigamy. Proszę nie dawać żadnym negatywnych interpretacji, ponieważ one byłyby dla nas krzywdzące.
Klub parlamentarny zmieni nazwę na Nowa Lewica Razem.

Natomiast Robert Biedroń podczas konferencji prasowej stwierdził:

Lewica zawsze wygrywa wybory, kiedy idzie zjednoczona. Lewica zawsze odnosi sukcesy, kiedy idzie we wspólnocie. Lewica ponosi klęski, kiedy idzie podzielona. Odrobiliśmy wielką lekcję w ostatnich wyborach do polskiego parlamentu. Przypomnę, iż jeszcze kilka tygodni temu polskiej lewicy nie było w parlamencie i byliśmy jedynym takim krajem w Europie. Dzisiaj nie tylko lewica wróciła do polskiej polityki, nie tylko jest w polskim parlamencie, ale milionom Polek i Polaków daje nadzieję, że polityka może wyglądać inaczej. Cieszę się z i gratuluję Sojuszowi Lewicy Demokratycznej decyzji, która została podjęta z tak silnym mandatem na dzisiejszej konwencji.

Wiosna dzisiaj także podejmowała ważne decyzje, podczas porannej Rady Krajowej jednogłośnie podjęliśmy uchwałę intencyjną, o chęci jednoczenia lewicy i chęci współpracy z SLD. Dzisiaj obradowała również konwencja Wiosny, ponad 300 delegatek i delegatów Wiosny podjęło decyzję o tym, iż chcemy współpracować na lewicy. Chcemy tworzyć silną, centrolewicową, progresywną, postępową, europejską, otwartą partię, która będzie się nazywała – Nowa Lewica.

To początek konsolidacji wszystkich sił lewicowych oraz postępowych w polskiej polityce, ale to dopiero początek. Przed nami wybory prezydenckie i po nowym roku przedstawimy kandydatkę lub kandydata, który powalczy i z dobrym wynikiem będzie reprezentował polską lewicę. Przed nami wybory parlamentarne i samorządowe, do których już dziś się przygotowujemy budując mosty oraz niszcząc wszystkie mury, które do tej pory nas dzieliły.

Flaczki Tygodnia

„W mediach będziemy słyszeć, że na lewicy jedna partia zwasalizowała drugą. Nie dajcie sobie tego wmówić”, przestrzegał Robert Biedroń swoich „Wiośniaków” podczas sobotniej Konwencji.

”Robert Biedroń udanie zakończył nieudany projekt polityczny, jakim okazała się Wiosna. Już na etapie budowania list wyborczych okazał się świetnym negocjatorem, który ułożył je tak, by do Sejmu weszły prawie wszystkie osoby, na których liderowi nowej formacji zależało. To z kolei dało mu większą siłę w rozmowach o klubie Lewicy i połączeniu z SLD.
Biedroń zyskał więc wszystko co chciał, poza tym, że: nie zbudował własnej siły politycznej, nie zrealizował swoich przywódczych ambicji i nie wniósł na polską lewicę nowej jakości, chyba, że na bardzo krótko.
Nie jest to historia na lewicy ani nowa, ani szczególnie dramatyczna. Różne ideowe mniejsze partie próbowały przez ostatnie 30 lat zabawy z tygrysem, którym była socjaldemokratyczno-liberalna formacja z korzeniami w PRL. PPS, Unia Pracy, Unia Lewicy, Ruch Palikota, SdPL… W sobotę dołączyła do nich Wiosna. Kilkadziesiąt osób zyskało możliwość kontynuowania kariery, czy choćby tylko zatrudnienia w polityce, spora grupa ma mandaty poselskie, co przecież nie jest – także z politycznego punktu widzenia – do pogardzenia”, tak napisała w „Rzeczpospolitej” Zuzanna Dąbrowska. Jedna z mądrzejszych polskich publicystek. I ta lewicy przychylna.

Konwencje debatujące o zjednoczeniu obu partii w jednym odbywały się domu. W sąsiadujących salach hotelu „Sungate”, którego współwłaścicielami są teraz polscy Wietnamczycy. SLD obradowało po cichu, jakby „wadzić nie chciało nikomu”. Wiosna przeciwnie, przy drzwiach otwartych. Na głośno „najdziksze wyprawiała swawole”. Medialne rzecz jasna.

Dzięki temu badacze polskiej sceny politycznej mieli znakomite pole do obserwacji. Oto w warunkach laboratoryjnych, spotkały się dwie odmienne stylowo kultury polityczne. Śmigająca Wiosna i stateczne SLD. Formacje różne pokoleniowo, fryzurowo, językowo, garniturowo. Ale wyznające ten sam program polityczny. Choć często akcentujący silniej jego poszczególne punkty.

„Nowa Lewica” ruszy zaraz po nowym roku. Będzie partią nowego typu. Bacznie obserwowaną przez media. Bo na szczeblu centralnym kierować nią będzie dwójka przewodniczących. Jeden z SLD, drugi w Wiosny. Podobnie będzie na szczeblu wojewódzkim. Niżej taka zasada nie będzie już wymagana. Do tej pory tylko polscy Zieloni praktykowali podwójne kierownictwo.

Ciężar działalności politycznej Nowej lewicy zapewne przeniesie się do frakcji politycznych. Frakcje mają wedle statutu odzwierciedlać „różne nurty ideowe w partii” i działać „na rzecz ich promocji w jedności programowej”.
Czyli z nowym rokiem będziemy mieli Nową Lewicę wielo nurtową, o wielu liderskich twarzach. Twór polityczny pluralistyczny wymagający od swych członków przynajmniej minimum lojalności. No i minimum zwyczajnego polubienia się.
Czy takie polityczne „małżeństwo z rozsądku”, zaaranżowane i wymuszone nawet przez lewicowych Wyborców utrzyma się?

Tu intuicja podpowiada ”Flaczkom” umiarkowany optymizm. Nowa Lewica pozostanie partią opozycyjną. Związkiem partii „po przejściach i z przeszłością” z formacją entuzjastów potrzebujących organizacyjnego i finansowego wsparcia.
Miejsca na lewicową, opozycyjną działalność jest w Polsce pod dostatkiem. Wystarczy dla Nowej Lewicy i dla Partii Razem, która pozostanie w dotychczasowym klubie parlamentarnym pod nazwą „Nowa Lewica Razem”.
I pieniędzy z dotacji państwowej wywalczonej przez wszystkich kandydatów zjednoczonego, lewicowego komitetu wyborczego też wystarczyć powinno. Zatem jeśli liderzy lewicy nie zachorują na dziecięcą chorobę medialnej najważności, nową Lewica ma wielką polityczną przestrzeń przed sobą.

Oczywiście w SLD i we Wiośnie są grupy partyjnych patriotów, które optują za pozostawieniem dotychczasowych nazw i symboli. Więcej ich w SLD, bo to partia z dłuższą przeszłością. I ci partyjni patrioci uważają, że nie trzeba się unifikować, bo idąc osobno też można przekroczyć próg wyborczy. Też mieć klub, czy choćby koło parlamentarne. Małe, ciasne, ale własne.

Jednak ostatnie wybory parlamentarne niezbicie pokazały, że dobry wynik lewicy został osiągnięty jedynie dzięki premii za jedność. Lewicowy wyborcy tak dość już mieli tych niezrozumiałych dla nich podziałów, dziecięcych sporów między liderami, że dopiero tej zjednoczonej Lewicy dali swój polityczny kredyt.

Zresztą, co zauważa redaktor Zuzanna Dąbrowska, „prawdę mówiąc SLD się zmieniło i to samo z siebie. Trudne czasy poza parlamentem nie sprzyjają budowaniu partyjnej biurokracji/…/ Samo SLD także zrobiło dobry interes, nowy szyld brzmi nieźle, zdejmuje z agendy dawne grzechy formacji, która odeszła ze sceny na pewien czas, po długim okresie rządzenia. Symbolicznie zamyka wszelkie reminiscencje afery Rywina, czy ciemne sprawki niegdysiejszych baronów. Teraz będzie Nowa Lewica i niech ktoś z politycznych konkurentów pierwszy rzuci kamieniem, jeśli o takim politycznym rebrandingu nie marzył.”
I dodaje. „Razem stanęło życzliwie z boku, jako partia, która nie chce jednak podzielić losu oranżady w proszku. I tak długo, jak długo stosunki między teraz już tylko dwoma lewicowymi podmiotami będą poprawne, tak długo wszyscy będą otrzymywać premię za współpracę. Być może już w maju, jeśli uda im się wyjść z impasu i zgłosić solidnego prezydenckiego kandydata”.

Co prawda lewicowa kandydatka na prezydenta RP miała być na najbliższe święta, ale przed wielkanocnymi zjednoczona lewica zdąży na pewno.
Jeśli zaś wierzyć sondażowi przeprowadzonemu dla portalu wPolityce.pl., to choć na PiS chce głosować nadal 40 procent respondentów, a Koalicję Obywatelską wskazało 22 procent badanych, a na koalicję SLD, Wiosny i Razem Lewica już 19 procent. Notowania jednoczącej się Lewicy wzrosły tam o 3 procent.

Zatem szykujcie weselisko, skoro lud lewicowy tak chce.

Harakiri z tym seppuku

Rozważania o jedności lewicy i związanych z tym koniecznych, trudnych kompromisach są naturalne, ale jednak mają swoje granice.

Wyznaczała je zawsze określona sytuacja polityczna i stan-potencjał partii, natomiast siła SLD, o czym od lat wiadomo, jest niestety bardzo słaba, możliwości ograniczone, a przyszłość mglista. Nie wchodząc w analizę popełnionych błędów, bo już inni to nie raz czynili, powszechna rada wyrażała konieczność zakończenia wojny, a przynajmniej rywalizacji i zjednoczenie wszystkich lewicowych sił. Sukces w ostatnich parlamentarnych wyborach potwierdził skuteczność takich działań, acz formalnie nie zakończył procesu jednoczenia.
„Sepuku” to tytuł wypowiedzi Jacka Uczkiewicza na łamach „Dziennika-Trybuna” (20.11.2019), która powstała na podstawie obserwacji z obrad Rady Wojewódzkiej SLD we Wrocławiu. Już sam ten fakt ogranicza uogólnianie sytuacji na cały kraj, ale mimo to warto przyglądnąć się różnym kwestiom przez autora i uczestników spotkania podniesionych.

Przekształcenia SLD,

związane z łączeniem się z „Wiosną” są po to – relacjonuje autor wypowiedź sekretarza Generalnego SLD na tym spotkaniu – „aby za cztery łata, lub wcześniej, rządzić lub współrządzić krajem”. Skądinąd słuszny cel nie wydaje się Uczkiewiczowi wystarczająco przedstawiony w dokumencie KW SLD „Polska jutra”, gdyż „Dokument ten nie wyczerpuje… znamion programu partii pretendującej do rządzenia, a więc do wzięcia odpowiedzialności za państwo.” Znałem bardzo obszerny program pewnej wielkiej partii, który nie ustrzegł jej od klęski, nie znam tego opracowania, ale wiem, że nigdy nie narodził się jakikolwiek program, który nie miałby wad, a nadto zadowolił wszystkich. Natomiast jasny cel, osiągnięty m. in. przez jednoczenie się, trafia do każdego.

„Polityka kierownictwa SLD

jest bezrefleksyjną kontynuacją doktryny Aleksandra Kwaśniewskiego…który jeszcze w 1991 r. stwierdził, że SdRP nie potrzebuje być partią wartości ale „musi nauczyć się wygrywać wybory”. Abstrahując od Kwaśniewskiego, jedno jest pewne, że zarzucanie SLD, bądź przyszłej partyjnej strukturze braku wartości to co najmniej gruba przesada, nadto SLD z różnych powodów od dawna nie wygrał żadnych wyborów.

„Obecna sytuacja Sojuszu

jest efektem – pisze dalej autor – wieloletniego, konsekwentnego działania Włodzimierza Czarzastego, z determinacją zmierzającego do zamknięcia karty pod tytułem SLD. To wszystko dzieje się w 30-tą rocznicę utworzenia Socjaldemokracji Rzeczy-pospolitej Polskiej. Od samego początku wewnątrz tej partii obecny był wątek ucieczki od przeszłości. Pamiętamy wiele prób rozbicia SdRP, skłócenia, likwidacji. Częściowo udało się to przez przekształcenie SdRP w SLD. Dzisiaj świadkami jesteśmy aktu ostatniego – wywabiania SLD z mapy politycznej. Początkowo rolę wywabiacza, miała pełnić Platforma Obywatelska. Gdy ten projekt nie wypalił, znalazł się „na szczęście” pod ręką nowy, dosyć przypadkowy rozcieńczalnik w postaci „Wiosny” Biedronia.”
Obecna sytuacja Sojuszu, który zresztą nigdy nie uciekał od przeszłości, po raz pierwszy, po latach, wydaje się bardziej klarowna, gdyż zamkniecie karty SLD, a otwarcie nowej lewicowej formuły daje nadzieję na przyszłość. I będzie to niewątpliwie nie wina, a zasługa Czarzastego, jakby go zresztą nie oceniać.

Przykład przeobrażenia SdRP w SLD,

które w swoim czasie odniosło ogromny sukces wyborczy, potwierdza jedynie słuszność obecnie podjętych poszukiwań. Przywoływanie w tym kontekście PO jest bezpodstawne, bo chodziło o wspólny anypisowski front całej opozycji, a nadto Czarzasty nie okazał się Nowacką. Natomiast nazywanie „Wiosny” przypadkowym rozpuszczalnikiem SLD tylko wyraża opinię autora o tej partii i stosunek do tak trudnego jednoczenia lewicowych sił. SLD nie potrzeba zresztą żadnego rozpuszczalnika, bo jak będzie po staremu to sam się na stałe wywabi z politycznej mapy.

Liczne uwagi

wyraża także autor w sprawach podziału odpowiedzialności i stanowisk: „SLD sprowadził do roli techniczno-organizacyjnej…wyzbył się firmowania pracami nad programem wyborczym”, „Na najważniejszą…funkcję polityczną szefa klubu parlamentarnego desygnuje się nie szefa największej partii koalicyjnej, ale przedstawiciela „Wiosny”, „Prezydium Klubu „Lewica”. W jego 10-osobowym składzie nie znalazł się nikt z SdRP-owskim pochodzeniem. Za burtą znaleźli się tak doświadczeni parlamentarzyści jak Marek Dyduch czy Tadeusz Tomaszewski”, „Już tylko wisienką na torcie, jest ostentacyjne wręcz pokazywanie się w mediach Przewodniczącego Czarzastego wyłącznie w otoczeniu ludzi, którzy z SdRP się nie kojarzą…a przed „frakcją” SLD trudne czasy.”
A na samym końcu to idzie o stołki, czy też o ludzi, którzy sprawnie wypełniać będą swoje obowiązki ? Warto przy tej okazji przypomnieć, że po zjednoczeniu PPR i PPS, jakie by ono nie było, przez całe liczne lata obowiązywał szczególny parytet: I sekretarz KC PZPR z PPR – premier z PPS, jak I sekretarz KW PZPR z PPS to II sekretarz (organizacyjny) z PPR, i na odwrót. Uczkiewicz w innym miejscu chwali się legitymacją SdRP nr 001 – ja też taką miałem, co prawda z wyższym numerem, ale nie znaczy to abym miał płakać za brakiem byłych działaczy byłej partii w tworzonych nowych strukturach. Dyduch raz jest przez autora krytykowany, ale jak trzeba, to okazuje się niezbędny. SLD zniknie ale nie za sprawą wieku i „nieprawego” pochodzenia jego aktywu jak chce autor, ale dlatego, że wyczerpał – elegancko mówiąc – swoje możliwości.

„Zanosi się więc na nową partię

– kontynuuje Jacek Uczkiewicz – której deklaracja ideowo-programowa jest nieznana i nie jest przedmiotem konsultacji, partii, na którą reakcja zarówno członków SLD jak i „Wiosny” jest nierozpoznana. Tymczasem wrocławskie powyborcze doświadczenia współpracy SLD z „Wiosną” niewiele mają wspólnego r z atmosferą miłości roztaczaną w mediach przez szefów tych partii w Warszawie.”

Przyznać należy,

że w tych słowach jest wiele racji, ale mimo wszystko nie te kwestie są najważniejsze. To prawda również, że „Czarzasty prowadzi SLD w nieznane” ale lepsze to niż uwiąd starczo-wyborczy tego politycznego ugrupowania, bowiem nie ma dziś żadnej innej alternatywy dla Sojuszu. O tym powinien wiedzieć autor tych rozlicznych wątpliwości, choćby z racji swojego wieloletniego, także politycznego, doświadczenia. Przeczytałem ten tekst bardzo nim zawiedziony, gdyż oczekiwałem nie tyle zjednoczeniowego huraoptymizmu, co rozważań, może nawet propozycji, na temat przełamania nadzwyczaj skomplikowanych procesów zbliżania, często wręcz wrogich sobie ruchów lewicowych w Polsce. Poza krytyką kierowaną nostalgią za przeszłością, która niczego na przyszłość nie buduje, nie odnalazłem w nim niestety lepszego niż proponowany, środka na długoletnią i śmiertelną chorobę SLD.

Jest wiele pytań,

dużo ważniejszych, które nie padły na wrocławskim spotkaniu, a które i sam sobie zadaję. I najmniej mi idzie o to, czy nowe ugrupowanie, o czym wspominali jego uczestnicy, będzie swoim członkom wręczać partyjne legitymacje, gdyż pomimo jej braku zawsze wiedziałem na kogo mam głosować. Niejasna jest przede wszystkim sytuacja „Razem”, nikt nigdy nie wytłumaczył dlaczego to trójprzymierze sprowadza się jedynie do partii z dwoma tylko partnerami. Jest to szczególnie ważne w kontekście powszechnej opinii o wyjątkowej postaci jaką jest Adrian Zandberg, ale dotyczy również, acz może to nie najważniejsze, podziału środków finansowych. Jaką rolę spełniać ma Robert Biedroń, też niewątpliwie postać charyzmatyczna. Jaki jest plan, jaki pomysł na dalsze rozszerzanie lewicy, na takie ugrupowania jak Inicjatywa Polska, ruchy kobiece, Zieloni. Wreszcie, jak zamierza lewica układać się, i gdzie są tego układu granice, z demokratycznymi partiami i siłami we wspólnym froncie przeciw PiS. I jeszcze szereg innych.

Oj nie lubi promotor „Sepuku”

Czarzastego, który „postanowił dokończyć ten proces agonii SLD, a przez to i jego poprzedniczki SdRP. Nie będę zdziwiony, gdy ten okres oceniony zostanie przez historyków jako okres „autodekomunizacji” polskiej lewicy.” Jak już sięgamy w przeszłość, to jeszcze była Fiszbacha Polska Unia Socjaldemokratyczna i, trochę wcześniej, Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, a na poważnie to swoimi wywodami autor proponuje całej polskiej lewicy zbiorowe harakiri.

Co gryzie Roberta B.? Ważny tunajt

Bardzo nie lubię, jak ktoś mówi o rzeczach, które zna ze słyszenia, z drugiej ręki, a gdy się go łapie na półprawdach i konfabulowaniu, twierdzi, że przecież jest zgoła inaczej, niż faktycznie jest. Wszak, jak mówi, to wie, a jak wie, to jakże mógłby rzecz przemilczeć. Czasami jednak, a nawet dość często, lepiej zawrzeć dziób, żeby nie usłyszeć o samym sobie: dobrze mówi, tylko ciekawe o czym.

Mój znajomy opowiadał mi o swoim koledze, policjancie, który pracował w drogówce, w sekcji autostradowej. Patrolował ekspresówki i drogi szybkiego ruchu. Zrezygnował z roboty po jednej nocy. I poranku. Poprosił o przeniesienie. Za dużo zobaczył i nie dało się tego odzobaczyć. Peregrynacje długołykendowe. Rodzina. Ona, on, dwójka dzieci. Bliskie spotkanie z TiR-em. Masakra. Nikt się nie uratował. Wyciągnie ciał, szczątki na drodze. Myślał, że widział już najgorsze. Nazajutrz, prokurator poprosił go, żeby asystował mu w dokładnych oględzinach pojazdu, albo raczej tego, co z niego zostało. Po nocy można było coś przeoczyć. No i rzeczywiście. Coś jeszcze było. Pod siedzeniem pasażera. Dwumiesięczny noworodek.
Robert Biedroń w Parlamencie Europejskim, podczas debaty na temat sytuacji LGBT w Polsce, powiedział, że są w naszym kraju miejsca użyteczności publicznej, do których on, przez wzgląd na swoją orientację seksualną, wejść nie może. Chwilę po tych słowach Jaki Patryk poprosił go, żeby wskazał sklep, hotel, restaurację, która nie obsługuje w Polsce homoseksualistów. Zrobiłbym dokładnie to samo, gdybym był Jakim Patrykiem i usłyszałbym podobne słowa. Sam też zacząłem się zastanawiać, gdzie w Polsce wypraszają ludzi z lokali, tylko dlatego, że ten i tamten jest przedstawicielem seksualnej mniejszości. Inna sprawa, jak można by to zweryfikować. Ustawić jakiś specjalny czujnik przed drzwiami? Albo jakieś bramki, jak na lotnisku. Albo może po uważaniu, na gębę. Ten wygląda-nie wejdzie. Tamta z twarzy porządna katoliczka-może wejść. Oczywiście, coś tam Robert Biedroń na szybko wystukał w komórce; padło na właściciela knajpy na krakowskim Rynku, który nakleił na drzwi wejściowe naklejkę o „zakazie pedałowania” czy „anty-LGBT”, co to ją znalazł w periodyku Sakiewicza. Jego lokal, może sobie naklejać co chce. Ale nikogo z lokalu nie wyprasza ani nie zabrania doń wejścia, przez uwagę na seksualność klienteli. Innemi słowy: porażka. Miało wyjść, że w kraju nad Wisłą robi się polowania na czarownice i przeciwtęczowe ghetta „nu fir strejt”, a wyszło, że ta Polska nie taka jeszcze ostatnia, bo nawet gej może z drugim gejem wejść do sklepu po bułki i oliwki, albo nawet zjeść na mieście stek przy piątku.
Robert Biedroń mówił o rzeczach nieprawdziwych. Nie jest na szczęście u nas jeszcze tak tragicznie, że mniejszości seksualne są rugowane z przestrzeni publicznej i zabrania się im podstawowych praw, jak zakupy w sklepie albo pokój w hotelu. Nie widział Biedroń ani sklepów, ani restauracji, ani hoteli, gdzie nie obsługuje się osób LGBT, bo i widzieć nie mógł. Po co więc Robert Biedroń wygadywał swoje dyrdymały? Raczej nie z troski o prawdziwe problemy osób dyskryminowanych ze względu na płeć oraz własną orientację. Podobnymi przykładami bowiem, wyrządza więcej krzywdy niż pożytku dla sprawy, bo kto poważny w świecie, poważnie potraktuje lidera nowoczesnej, odbudowującej się, polskiej lewicy, posiłkującego się półprawdami i wyssanymi z palca diabłami, których, tak jak 500 eurowego banknotu, nikt jeszcze nie widział.
Swoją drogą, nie bagatelizując problemu, który, moim zdaniem, nad Wisłą rzeczywiście występuje, Robert Biedroń budujący w Parlamencie Europejskim swoją pozycję i nazwisko jako bojownik o prawa osób LGBT, to jednak trochę zbyt trywialny i za płytki pomysł na polityka, aspirującego do najwyższych stanowisk państwowych. Wystawianie własnego partnera w wyborach parlamentarnych, jako lidera listy w województwie, też nijak się ma do przyzwoitości oraz transparentności, którym lewica chce w Polsce przywrócić właściwe znaczenia, po joint venture PO-PSL-u i folwarku PiS-u, gdzie rządzić może „chuj, ale swój”. Czym różni się takie robienie polityki, od personalno-klanowej polityki Korwina, wypełniającego najbliższą rodziną listy wyborcze. Ma to w słownikach swoją nazwę.
Tak czy inaczej, szczęśliwy jestem, że Robert Biedroń gadał w PE bzdury, bo gdyby miało być tak jak twierdził, to rzeczywiście spałbym dużo gorzej, bo nie znałbym dnia ani godziny, kiedy załomotaliby kolbami nocą i wywieźli do Berezy Kartuskiej za szkalowanie Polski i Polaków na łamach.
Jarek Ważny