Nie wszyscy chcą lewicowej koalicji

Z dr. Bartoszem Rydlińskim, politologiem i działaczem społecznym rozmawia Przemysław Prekiel (Przegląd Socjalistyczny).

Zwycięstwo PiS w wyborach do PE było sensacją czy raczej spodziewanym sukcesem?
Nie było niczym nadzwyczajnym, ponieważ śledząc ostatnie sondaże, które co prawda często się mylą, to jednak ich zdecydowana większość pokazywała, że PiS ma wyraźną przewagę. Oferta PiS dla wyborców okazała się po prostu bardziej konkretna , sprostała ich oczekiwaniom. Wzniosłe hasła anty-PiS oraz o wspaniałej Europie nie wystarczyło, żeby przebić „piątkę Kaczyńskiego”, która z kolei przełamała neoliberalną hegemonię w Polsce. Zwycięstwo PiS mnie absolutnie nie zaskoczyło, zaskoczył raczej dobry wynik Koalicji Europejskiej.

To były dla PiS najtrudniejsze wybory? W wyborach europejskich partia Jarosława Kaczyńskiego nigdy nie wygrała.
Zdecydowana większość komentatorów stwierdzała, że te wybory są dla PiS najtrudniejsze, bowiem do tej pory przy niskiej frekwencji bardziej zmotywowane do głosowania były większe miasta. PiS udowodnił, że te wybory można wygrać przy nadspodziewanie wysokiej frekwencji.

Skąd ta wysoka frekwencja? Wybory do PE nigdy dotąd nie cieszyły się większym zainteresowanie.
PiS potrafił zmobilizować swój twardy elektorat, narzucając przede wszystkim krajową narrację. W tej kampanii to ona zdominowała debatę publiczną, nie zaś tematyka europejska. Ta wysoka frekwencja sprzyjała nie tylko PiS, ale również Koalicji Europejskiej. Doszło do olbrzymiej polaryzacji polskiej sceny politycznej. Frekwencja na tzw. ścianie wschodniej była jednak wyższa niż w zachodniej Polsce, czyli bastionach PO, co przełożyło się na zwycięstwo PiS.

Zmierzamy w kierunku duopolu? Polska scena podzieli się na dwa obozy i nie będzie już miejsca na trzecią siłę?
Ten trzeci będzie miał niezwykle ciężko. Mamy z jednej strony silny blok prawicy skupiony wokół PiS. Drugą siłą jest ideologicznie enigmatyczna Koalicja Europejska, która mimo wszystko, tak uważam, się utrzyma.

To dość zaskakując teza. Z PSL dochodzą głosy, że ludowcy chcą budować własną koalicję i podkreślić własną tożsamość.
Oceniając na chłodno wyniki tych wyborów, należy stwierdzić i to potwierdzają również politycy PO, że wyniki Koalicji Europejskiej na poziomie ponad 30 proc. nie jest wynikiem złym. Warto zauważyć, że jest to trzeci wynik w skali europejskiej. Pierwszy ma węgierski Fidesz, drugi PiS a trzeci właśnie Koalicja Europejska. PSL gra swoje to znaczy, chce podnieść stawkę a rozmowach koalicyjnych. Największy odpływ elektoratu PSL nie nastąpił przy wyborach europejskich, tylko przy wyborach samorządowych. I to jest dla ludowców olbrzymi problem. Jeśli PSL skręciłby teraz za bardzo w prawo, w kierunku PiS, będzie to oznaczało niechybną śmierć tej partii, tak jak skończyły się sojusze Samoobrony i LPR.

Co na to wyborcy SLD?
Dla wyborców Sojuszu obecny duopol w dużej mierze może być korzystny. Naturalnym przeciwnikiem jest PiS, gdyż o SLD Jarosław Kaczyński wielokrotnie wypowiadał się z pogardą, również o wyborach tej partii. Podział na blok PiS i anty-PiS chwilo upraszcza wyborcy SLD ogląd politycznego świata. Chciałbym jednak zaznaczyć, że PO przez lata było równie wrogie dla Sojuszu. W końcu to neoliberalna partia, walczącą o tanie państwo, walcząca ze światem pracy, prowadząc dość agresywną antylewicową politykę historyczną. To politycy PO złamali kampanię wyborczą Włodzimierza Cimoszewicza w 2005 roku. To Donald Tusk jako premier, odcinał subwencje dla tej partii.

Zatrzymajmy się zatem przy SLD. Co tej wynik oznacza dla partii Włodzimierza Czarzastego? Pięć mandatów to z pewnością sukces, ale czy Sojusz nie był do niego zmuszony? Pamiętamy konferencję prasową Grzegorza Schetyny u boku którego wystąpiło byłych trzech premierów z SLD.
Zagranie Grzegorza Schetyny z byłymi premierami i podpisanie deklaracji europejskiej było pewną potwarzą dla Sojuszu. Pokazywało to również nieprawdopodobny brak lojalności ze strony polityków SLD wobec własnej formacji. Jednak później Włodzimierz Czarzasty, wiedząc, jak znaczone ma karty, rozegrał genialnie tego pokera. Dzięki temu zagraniu SLD wprowadziło do grupy socjalistycznej w PE więcej posłów, niż ta partia miała w poprzedniej kadencji.

Wyborczo był to z pewnością sukces. Ale czy Sojusz nie zatracił na swojej podmiotowości i tożsamości?
Z pewnością dla SLD będzie teraz ciężko wyjść z tej koalicji, jest bowiem za mało czasu na budowę jakiejś nowej formacji czy koalicji. To jest też pytanie ile pragmatyki ile ideowości i czy da się to dziś w ogóle połączyć. Partia polityczna powinna dążyć do powiększenie swojego stanu posiadania, ale nie za wszelką cenę.

Lider SLD mówił, że będzie starać się reaktywować Koalicję Europejską na wybory parlamentarne. PSL już zapowiedział budowę własnego projektu pod nazwą „Koalicja Polska”. Czy nie ma szansy na lewicową koalicję z SLD, Razem, Wiosną, Unią Pracy i PPS?
Przypuszcza, że nie po to Krzysztof Gawkowski, Paulina Piechna-Więckiewicz czy Grzegorz Pietruczuk opuszczali SLD, żeby teraz być z Sojuszem na jednej liście. Uważam także, że jest za późno na budowę takiej lewicowej kolacji a poza tym, nie wszyscy jej chcą. Politycy SLD bardzo dobrze pamiętają, czym skończyła się budowa takiej koalicji w 2015 roku. Relacja na linii Czarzasty-Schetyna są na tyle poprawne, że dość naturalna wydaje się koalicja PO i SLD. Obu liderów cechuje pewna doza pragmatyzmu i zdolności organizacyjnych. Elektoraty tych dwu partii nie wykluczają się, ponadto w tych wyborach będzie więcej mandatów do podziału. Dla Włodzimierza Czarzastego najistotniejszym zadaniem jest dopełnienie celu, jaki obrał sobie obejmując funkcję przewodniczącego SLD. Czyli powrotu tej partii do Sejmu. A czy to będzie w jakiejś koalicji czy nie , to nie ma większego znaczenia. To będzie jego olbrzymi sukces w najtrudniejszych dla SLD czasach. Życzyłbym sobie, żeby reprezentacja lewicowych posłanek i posłów w przyszłym Sejmie była jak największa, mówię tutaj zarówno o SLD, Partii Razem czy Wiośnie. W niemieckim Bundestagu są trzy partie lewicowe i nikt nie postuluje, aby się połączyły.

Kilka miesięcy przed wyborami do PE Włodzimierz Czarzasty mówił, iż Grzegorz Schetyna nie ma zdolności koalicyjnej. To znaczy, że w polskiej polityce wszystko jest możliwe?
Absolutnie wszystko. Pamiętamy niedawno strategiczny sojusz SLD i PiS w mediach publicznych czy wspólne podtrzymywanie wet prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Nie wyobrażam sobie jednak koalicji rządzącej PiS-SLD. Tymczasowy związek z rozsądku pomiędzy SLD i PO w ramach Koalicji Europejskiej jest oczywiście dla części lewicowych wyborców ciężki do strawienia, ale jest nieporównywalnie łatwiejszy do zaakceptowania niż układ z PiS.

Jak te wybory wyglądają w kontekście europejskim? Szefowa SPD, po słabym wyniku wyborczym swojej partii, podała się do dymisji.
Wynik na poziomie 15 proc. dla SPD to najsłabszy wynik tej partii w historii. Są jednak promyki nadziei jak socjaldemokraci w Hiszpanii, Portugalii, Szwecji, Danii, Finlandii. To są przykłady, że można przełamać hegemonię prawicy. Pytanie o przyszłość SPD jest niejako pytaniem o przyszłość SLD. Jeżeli SPD po raz kolejny współrządzi z partią chadecką, płacąc jednocześnie olbrzymią polityczną cenę tego układu i nie jest w stanie choćby trochę wykazać się politycznym radykalizmem to można postawić taką tezę, że ja, jako politolog zajmujący się lewicą, będę niebawem historykiem socjaldemokracji, gdyż ten ważny polityczny ruch może najzwyczajniej w świecie przestać istnieć. SPD popełniła błąd w 2013 roku, kiedy to miała możliwość współrządzenia z Die Linke i Zielonymi, ale wybrała wielką koalicję.

To może powinna to być przestroga również dla SLD, żeby nie wchodzić w sojusz z PO.
Czym innym jest koalicja wyborcza i czym innym koalicja powyborcza. Potrafię jednak wyobrazić sobie taką powyborczą koalicję między PO a SLD. To byłby dla Sojuszu, dziś partii z politycznej drugiej ligi, niebywały sukces. Z partii pozaparlamentarnej wejść do rządu. Pytanie jednak, jakie byłyby koszty dla partii. Jeśli spojrzymy na program niemieckiej chadecji to nie ma w nim neoliberalnych postulatów, kulturowo ta partia poszła również bardzo na lewo. W sprawach ekonomicznych życzyłbym sobie, aby PO brała przykład ze swojej siostrzanej partii z Niemiec, która akceptuje progresję podatkową, nie zwalcza związków zawodowych. Innymi słowy SLD mogłoby rozważać udział w koalicji z PO wyłącznie pod warunkiem swoistej „germanizacji” Platformy. Ale jest to dzisiaj bardzo mało prawdopodobny scenariusz.

Jesienne wybory będą najważniejsze po 1989 roku?
Nie sądzę. Najważniejsze moim zdaniem były wybory w 1995 roku, kiedy to Aleksander Kwaśniewski pokonał legendę solidarności i prezydenta Lecha Wałęsę. To był niebywały przełom. Podobnie jak wybory parlamentarne w 1993 roku, kiedy to cztery lata po Okrągłym Stole, lewica wygrała demokratyczne wybory.

„Bardzo dobra wiadomość”

Krótka opowieść o tym, dlaczego czasem lepiej trzymać buzię zamkniętą na kłódkę.

Naprawdę, pan Biedroń tak powiedział:
– Mam dziś bardzo dobrą wiadomość! Zapraszam do stworzenia postępowej koalicji politycznej… Zapraszam Sojusz Lewicy Demokratycznej – coś tam, coś tam – Polską Partię Socjalistyczną, Zielonych, partię Razem, wszystkich tych, którzy chcieliby połączyć siły do współpracy, do tego żebyśmy razem usiedli do stołu i zaczęli rozmawiać o nowej sile, wszystkich tych, którzy chcieliby budować jedną, wielką, zjednoczoną opozycję, siłę, przymierze dla przyszłości postępowej Polski…
– Ha ha ha ha!
Co to się działo, co się działo!
Świata pół ze śmiechu się skręcało… Chciałoby się sparafrazować mistrza Młynarskiego.
Tak, tak, tak, tak – to ten sam Biedroń, który całkiem niedawno mówił:
– Byłem pół życia w SLD, wiem, jak wygląda praca w strukturach, znam ludzi. To partia wielu post-pezetpeerowców i karierowiczów w fatalnym wydaniu. SLD stało się partią obciachu bardziej niż PiS, ale wynika to przede wszystkim z faktu, że partia nie ma ludziom wiele do zaoferowania…
Tak mówił! W stosunku do SLD nawet nie udawał grzecznego – walił na odlew, między oczy, w zęby:
– Myślałem, że dinozaury wyginęły! PE to nie dom spokojnej starości! Leśne dziadki na płatnych wczasach. Mówię nie! Skończmy z dziadostwem w polskiej polityce…
To na Twitterze. Taki był! Ale już nie jest. Zastanawiam się co się stało, jakiegoż to cudu jesteśmy świadkami? Może to te diabelskie szóstki? Najpewniej tak! To dzięki nim pan Biedroń, mimo, że zapowiadał wynik dwucyfrowy, uzyskał trzycyfrowy – 6.06 proc! Dzięki szósteczkom dwa „Wiosenne” małżeństwa – jego oraz partnerki jego zastępcy, ulokowały swych przedstawicieli w ławach PE. Oni już jakoś się wyżywią, ale co z resztą? Jak sobie poradzi?…
Dla reszty zostają wybory krajowe. Tylko, że w pojedynkę słabnąca „Wiosna” nie da rady. Mówiąc po cichu, między nami – do sejmowych wyborów może nie przetrwać w ogóle. Chyba, że udałoby się ją jakimś cudem podczepić do większego statku… Na przykład do M/S Koalicja Europejska. Wtedy pozostali działacze mieliby szansę zacumować w porcie przy Wiejskiej. Przynajmniej niektórzy. Co prawda byliby tylko posłami na kraj, a nie na eksport, ale dobre i to…
Ot i cała tajemnica przeistoczenia się SLD z ropuchy w piękną księżniczkę, wartą progresywnego grzechu z „trzecią siłą polityczną w Polsce”… To też pan Biedroń – „progresywna trzecia siła”…
Gdy to wszystko mówił, miny otaczających go pań nie były przesadnie naznaczone szczęściem. Miny pani europosłanki Sylwii Spurek w ogóle nie było widać, bo pilnowała się, by w oko kamery nie wejść i zza placów pana Biedronia się nie wychylić.
Droga pani Sylwio! Naprawdę nie ma się czego wstydzić. 25 tys. głosów mniej od Leszka Millera, to żaden wstyd. Więksi z nim przegrywali, a przecież nie takie głupoty jak pani wygadywali.
O, niech pani popatrzy na pana Zandberga! Ten kompletnie się nie wstydzi, choć cała siła polityczna, której jest liderem, uzyskała zaledwie 1,24 proc. głosów. I to mimo, że występowali Razem! Pan Zandberg osobiście uzbierał 17108 głosów, Miller prawie pięć razy tyle.
1,27 proc. poparcia, to znacznie gorzej niż pan Biedroń, bo to grozi całkowitym odcięciem od państwowej kasy i zwykłą codzienną robotą. Bez kamer, bez wywiadów, bez tego całego obrzydliwego, ale tak pożądanego przez polityków blichtru… Pan Zandberg też więc w końcu poszedł po rozum do głowy. Jeszcze niedawno, jedna z jego bardzo ważnych członkiń (innych zresztą poza bardzo ważnymi tam nie ma) ostentacyjnie, publicznie, odmówiła Czarzastemu podania ręki. Minęło trochę miesięcy, a lider Razem mówi, że są otwarci na rozmowy z nim… Wystarczyło, że dostali jeden procent z haczykiem i już są otwarci! Co to znaczy magia cyfr?!
Co tam zastępczyni – sam pan Adrian nosząc głowę tak wysoko, że prawie dotykał czubka Pałacu Kultury, mówił… Co ja gadam „mówił”?! On przecież nie mówi, on wygłasza, objawia wręcz, prawdy absolutne, bezdyskusyjne:
– Resztki tej formacji (SLD – MB) nie zaprzątają szczególnie naszej uwagi. Oczywiście to, że przez lata pod słowem „lewica” funkcjonowała w Polsce partia pełna skorumpowanych aparatczyków, w dodatku wdzięcząca się do biznesu i mająca w nosie pracowników, będzie jeszcze długo utrudniało nam przekonywanie ludzi do lewicy. Polacy tyle razy zawiedli się na politykach, że dziś największe wyzwanie dla Razem to udowodnić, że gdy mówimy o sprawiedliwości społecznej i demokracji, to jesteśmy wiarygodni…
Można powiedzieć – udało się! Na początek udało się przekonać partię Razem. A ostatnio, w drodze eksperymentu wyborczego, udało się precyzyjnie określić zakres przekonania wyborców – 1,24 procenta!
Dwóch liderów. Jeden piękny, elokwentny, zabawny, porywający, miły, radosny, drugi zabójczo przystojny, poważny, wielki, silny, wyniosły, magnetyzujący…
Dwa różne charaktery, dwie różne drogi… A obie prowadzą do Canossy. Co oznacza, że warto czasem powściągnąć jęzor, schować nieco ambicje do kieszeni, by coś zyskać, ale nie warto robić z siebie przy okazji idioty.

Deficyt idei Ważny tunajt

Nie wiem czy Rafał Trzaskowski naprawdę wciągał koks z Michałem Dziębą w Brukseli czy tylko udawał, tak jak nie wiem czy Lech Kaczyński naprawdę pił wódkę z Kiszczakiem, czy wylewał za kołnierz. Prawdę mówiąc, niewiele mnie to obchodzi, a w zasadzie nic. Obchodzi mnie za to fakt, że prezydent mojego miasta ma odwagę zdobyć się na gest na który jego poprzedniczce nie starczyło trzech kadencji. Zastanawiam się tylko, ile w tym prawdziwej idei a ile oportunizmu.
Rozchodzi się oczywiście o Paradę Równości, która przeszła ulicami Warszawy w ubiegłą sobotę. Kiedy piszę te słowa, jestem w Wodzisławiu Śląskim i szykuję się do koncertu z okazji dni miasta. Zamierzam przywdziać dziś na scenę koszulkę z orłem w koronie na tęczowym tle. Pochwaliłem się tym już w intenecie i niektórzy straszą mnie prokuratorem, ale chyba zaryzykuję. Tak czy inaczej, Rafał Trzaskowski, jako pierwszy prezydent stolicy wziął udział w Paradzie Równości, której ongiś Lech Kaczyński zupełnie zakazał, a której Hanna Gronkiewicz-Waltz skutecznie unikała, tak jak unika się zaproszenia na imprezę do ciotki, którą się co prawda toleruje, ale tylko do pewnego stopnia.
Tego, że Rafał Trzaskowski jest w swych poglądach dużo bardziej progresywny niż prezydent Gronkiewicz nie wiedziałem i w sumie nie wiem nadal, bo obydwoje wywodzą się ze środowiska najbardziej ideowo nijakiego, czyli z PO. O ile na sztandarach PiS-u z powodzeniem można wypisać walkę z korupcją (wolicjonalną), katolicyzm (opcjonalny) i konserwatyzm (bez znaczenia), to sztandar Platformy jest kompletnie pustą płachtą, na której kiedyś ktoś napisał 3×15, ale zaraz szybko zmazał, bo nie do końca był pewien, czy to o to chodzi. Innymi słowy, tak jak HGW deklarowała przywiązanie do wiary katolickiej i kierowanie się w życiu nauką katechizmu, tak i Rafał Trzaskowski może mówić, że jest za związkami partnerskimi i rozdziałem Kościoła od państwa, ale obydwoje, przez fakt zasiadania w tej samej organizacji, są jak na razie równie wiarygodni. Niechaj więc Państwa nie zdziwi mój daleko posunięty sceptycyzm względem gestu prezydenta Warszawy, który oczywiście pochwalam, ale który wcale nie przybliża mnie mentalnie do niego jako mojego prezydenta, bo bardziej pamiętam jego i radnych PO wycofywanie się rakiem z obniżki bonifikat za użytkowanie wieczyste, niż udział w Marszu Równości. Mimo że sam na niego głosowałem, choć zamknąłem na ten czas oczy, a po wyjściu z lokalu przepłukałem usta wódką. Jak mawia Waldemar Pawlak-przebaczać, ale nie zapominać, a jedna jaskółka nie czyni wiadomo czego.
No właśnie, a propos Wiosny i wiarygodności. Trzecia siła polityczna w Polsce z 6 procentami? Dajcie spokój. W Belgii piwo w knajpie ma więcej. Cieszy jednakowoż fakt, że Robert Biedroń dostrzegł potrzebę budowy wspólnego frontu partii lewicowych. Jeśli jednak jego zamiary są równie wiarygodne co zapewniania o zrzeczeniu się mandatu do Europarlamentu, to na miejscu Adriana Zandberga nie brałbym zbyt dużego kredytu na kampanię, bo po wyborach nie bardzo będzie z czego spłacić. Owszem, Biedroń tłumaczył się, że powiedział że „niewykluczone” że się zrzeknie i zrobi to, jeśli się dostanie do polskiego Sejmu No ale jak, Szanowni Państwo, nazwać takie bajdurzenie, jeśli nie zwykłym oportunizmem właśnie. Jak mi się uda, to oddam (choć oczywiście nie ma pewności), a jak nie, to sobie zachowam, mimo że wcześniej mówiłem coś innego. Z kim wobec tego budować tę lewicową wiarygodność? Co wypisać na czerwonych sztandarach? Jakie idee, skoro najpopularniejszy obecnie lewicowy polityk w Polsce ma kłopoty z wiarygodnością własną. Dołóż do tego jeszcze rozkręcającą się aferę mobbingową w szeregach własnej partii, która, swoją drogą, w sferze idei właśnie, do złudzenia przypomina mi Platformę i Nowoczesną. Niby coś tam jest, ale na dobrą sprawę, nie wiadomo na jakim to wszystko zbudowane fundamencie. A nie trzeba być murarzem-zbrojarzem żeby wiedzieć, że bez fundamentu, za nic długo nie postoi i rozleci się szybko w proch. Może więc najwyższa pora stawiać fundament, żeby nie powiedzieć „bazę” -silną, twardą i mocną. Z klarownym światopoglądowym horyzontem, a nie rozmyty na tęczowo czy różowo domek z kart. Andrzej Lepper i jego Samoobrona mieli kiedyś przynajmniej na tyle jaj, że za hymn obrali sobie pieśń „Gdy naród do boju wystąpił z orężem”. Może warto odkurzyć dawne śpiewniki i dzieła zebrane. Mam wrażenie, że to wcale nie musi być jeszcze demode.

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW. Występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Bigos tygodniowy

Marzy mi się, żeby PSL wystartowało samodzielnie i samodzielnie zostało pod progiem. I żeby w rezultacie diabli wzięli w końcu tę partię, tego „Chjenopiasta”, ni to ludową, ni to inną, trochę demokratyczną, a trochę klerykalną, a zawsze ideowo obrotową, jak bożek Światowid, tych Pawlaków rozmaitych. Bo po co toto istnieje, takie „ni pies ni wydra, coś na kształt świdra?

Ruchy społeczne zajmujące się ważnymi sprawami społecznymi nie mają szczęścia do samorzutnie wyłonionych liderów. Okazują się ludźmi lichymi, a co najmniej niepoważnymi. Najpierw Mateusz Kijowski swoimi przecherstwami ukatrupił powołany przez siebie w trybie ekspresowym KOD, a teraz wygląda na to, że Marek Lisiński, założyciel i były już szef Fundacji „Nie lękajcie się” walczącej z pedofilią kleru, poszedł w jego ślady. Jeśli potwierdzi się, że był szantażystą, krętaczem i wyłudzaczem, to kler i jego obrońcy zyskają potężny oręż i pretekst do podawania w wątpliwość wszelkich oskarżeń o pedofilię. Kler i tak do tej pory był w tej sprawie odporny na naciski, a co dopiero po demaskacji Lisińskiego. Teraz utwardzą swoje stanowisko, znów zhardzieją. W tej sytuacji realizacja mojego marzenia (i tak wygórowanego), by zobaczyć jakiegoś biskupa w kajdanach i czerwonym kombinezonie, bardzo się oddala.

Postulat odebrania Klepackiej prawa do olimpijskiego reprezentowania Polski jest jak najbardziej uzasadniony. Idea olimpijska wiąże się z bardzo jasnymi wartościami, które wykluczają n.p. dyskryminację kogokolwiek ze względu na rasę, wyznanie czy orientację seksualną. Sportsmenką w dowolnej dziedzinie ona może sobie być, ale nie reprezentantką olimpijską, bo do tego nie dorosła. Dorosła najwyżej do członkostwa PiS względnie Konfederacji.

Podobno – według słów Sławomira Neumanna – grubo ponad półtora (nie półtorej) wyborców Koalicji Europejskiej nie poszło 26 maja do urn. Róbta tak dalej, drodzy wyborcy.

Po Marszu Równości w Gdańsku, po którym kleroprawolstwo zagotowało się z oburzenia, bo podobno była to parodia procesji bożocielnej (lubię – nie procesje, ale parodie), z rysunkiem waginy w miejsce tzw. „Najświętszego Sakramentu” (jeszcze bardziej lubię – nie „najświętszy sakrament”, ale waginy). Niestety zabawę popsuła mi nieco prezydentka Gdańska pani Ola Dulkiewicz, która z poślizgiem wyraziła dezaprobatę dla tego, w czym uczestniczyła, wywnętrzając się ze swojej wiary. Na Rany Chrystusa, na Boga Żywego w Trójcy Świętej Jedynego – politycy, rzygać się chce na te wasze wywnętrzenia religijne. A wierzcie sobie w co chcecie, w krasnoludki, Potwora Spaghetti czy Dziewicę Niepokalaną, tylko nie zawracajcie mi tym gitary. Problemy kółka różańcowego mnie nie interesują. Tak pokrzepione kleroprawolstwo kontratakuje i próbuje uczestników marszu uderzyć osławionym artykułem 196 k.k. dotyczącym tzw. „obrazy uczuć religijnych”.

Rzeczona prezydentka Dulkiewicz próbowała w Gdańsku przywitać się z premierem MM, ale ochrona ja przyblokowała. Ochrona ma swoje obowiązki, ale MM zachował się jak buc.

Profesor Radosław Markowski zwrócił uwagę w TOK FM, że od czasu 500 plus i innych transferów pieniężnych wzrosła liczba wypadków drogowych po pijaku i liczba wczesnych zgonów.

Będzie rekonstrukcja rządu. Peda-Gog z Torunia Nalaskowski produkujący się jako kleroprawolski publicysta na MEN rekomendował ciasną dewotkę Barbarę Nowak, kuratorkę małopolską. Jednak podobno zamiast ideologicznej fanatyczki MEN obejmie nieznany szary biurokrata szkolnego terroru, Dariusz Piontkowski.

Podobno – według Cenckiewicza – ksiądz Józef Tischner był w latach 1983-1990 kontaktem operacyjnym i konsultantem IV Departamentu MSW. Jeśli okaże się to prawdą, to miło mi będzie powitać księdza Tischnera w roli budowniczego Polski Ludowej. Teraz czekam na jakieś rewelacje dotyczące znanego i cenionego poety, dramaturga i aktora rapsodycznego „Andrzeja Jawienia”…

„Dałbym sobie łeb uciąć, że średnia inteligencji wyborców PiS jest niższa od średniej inteligencji wyborców KE. Wiesz to ty i wiem to ja. I co? Może nie wolno o tym mówić?” – napisał Jan Hartman. Jego zdaniem „możliwość krytykowania wyborców PiS za to, na kogo zdecydowali się zagłosować, jest czymś koniecznym. Jeżeli nie można ich krytykować, to oznacza, że traktuje się ich jak dzieci”. Hartman przekonuje, że to on tak naprawdę okazuje szacunek zwolennikom PiS, gdy pisze o„głupim i zdemoralizowanym narodzie, przekupionym przez reżim i obojętnym na korupcję, nepotyzm i niszczenie państwa”, a nie politycy i dziennikarze opowiadający o szacunku dla drugiego człowieka. „Niemoralni wyborcy dokonali niemoralnego, lecz legalnego wyboru, który musimy uznać” – napisał Hartman. Przyznał, że nie każdy wyborca PiS musi być niemoralną, przekupną jednostką, dodał jednak, że to właśnie wśród zwolenników Prawa i Sprawiedliwości „przeważają pozbawieni i cnót politycznych, i wiedzy, i rozumu”. Jego zdaniem PiS wygrało wybory, gdyż jest partią, która odwołuje się do „niższych warstw społecznych, które odznaczają się nie tylko „niższym kapitałem kulturowym”, lecz również „niższym kapitałem moralnym”, a więc odwołuje się nie tylko do ludzi kulturalnych, lecz także do chamów i prostaków”. Hartman dodaje, że „cham i prostak” głosujący na PiS jest potomkiem chłopa pańszczyźnianego, przez co nie do końca jest winien swym odruchom. „Tylko ta prawda nie czyni z niego mniejszego chama ani mniejszego prostaka”. Jego zdaniem statystycznie „głupiec, szowinista i notoryczny egoista” częściej głosuje na PiS niż na Koalicję Europejską czy Wiosnę. Aby Polska stała się krajem nowoczesnym, musi wykształcić się nowe pokolenie, w którym „hołota” będzie stanowić mniejszość”. To wszystko bardzo, może nawet zbyt brutalnie wyrażone, ale wolę to od nagłego, koniunkturalnego polubienia ludu przez część „lemingowa” z „warszawki”. Tylko czekać, jak zaczną cytować Miłosza („Który skrzywdziłeś człowieka prostego…”).

Krzysztof Mieszkowski w dyskusji z Jolantą Wiśniewską z PiS powiedział, że nie widzi nic niestosownego w tym, że wizerunki Matki Boskiej przylepiano na tojtojach. „Tam też przychodzą ludzie z problemami”. I to
jakimi czasami!

Jest mi tak nieprzyjemnie, tak bardzo nieprzyjemnie, ale muszę wyrazić uznanie i podziękować tym, którzy przyczynili się do uratowania przed zagładą stada krów z Deszczna. Podobno walnie przyczynił się do tego Jarosław Kaczyński, który nakazał Ardanowskiemu zmienić pierwotną decyzję.

Kościół nas zastrasza

Projekt „Świeckie Państwo” – działacze solidaryzują się z ofiarami nagonki
na domniemanych „wrogów Kościoła”, czują się zaszczuwani.

Informacja z konferencji prasowej Komitetu i osób wspierających, ul. Wiejska (pod Pomnikiem Armii Krajowej), środa, 8 maja.
Obywatelska Inicjatywa Ustawodawcza „Świeckie Państwo” zawiązała się w styczniu tego roku, a 19 marca została zarejestrowana przez Sejm – dzięki czemu mogła rozpocząć zbiórkę podpisów. Byliśmy zaniepokojeni wszechobecnymi w prasie doniesieniami o puchnącym majątku Kościoła oraz niektórych księży, finansowymi i prawnymi przywilejami Kościoła, takimi jak m.in. prawo zakupu ziemi rolnej czy prawo do nieograniczonych bonifikat ze Skarbu Państwa przy zakupie nieruchomości, a także skalą przysporzeń majątkowych na rzecz Kościoła dokonywaną przez państwo polskie. Stworzyliśmy więc projekt ustawy, która – gdyby przeszła – wymuszałaby jawność przychodów Kościoła i likwidowałaby niezasadne przywileje finansowe. Te same zapisy miałyby zastosowanie wobec innych związków wyznaniowych. Nasz projekt opiera się na znanej zasadzie „ufaj, ale sprawdzaj”. Uważamy, że uczciwy przejrzystości się nie boi, a obywatelom należy się rzetelna informacja o tym, co realnie dzieje się z majątkiem Kościoła.
Odzew jest spory. Dotychczas zebraliśmy kilkadziesiąt tysięcy podpisów. Niestety wykonywanie inicjatywy zaczyna wiązać się z coraz większymi trudnościami i osobistym ryzykiem dla zaangażowanych działaczy.
W reakcji na słowa Leszka Jażdżewskiego o tym, że „Kościół katolicki w Polsce, obciążony niewyjaśnionymi skandalami pedofilskimi, opętany walką o pieniądze i o wpływy stracił moralny mandat do tego, żeby sprawować funkcję sumienia narodu” Jarosław Kaczyński, prezes rządzącej partii i polska szara eminencja zapowiada, że „Kto podnosi rękę na Kościół, go chce zniszczyć, ten podnosi rękę na Polskę”…
Policja wchodzi o 6 rano do mieszkania działaczki, aresztuje ją i zajmuje sprzęt elektroniczny, uznając, że domalowanie tęczy w aureoli Matki Boskiej Częstochowskiej spełnia znamiona art. 196 Kk o publicznym znieważeniu przedmiotu czci religijnej i obrażeniu tym samym uczuć religijnych (zagrożone karą więzienia do lat dwóch).
Wykonując naszą inicjatywę, w oczywisty sposób wchodzimy na grunt podatny na podobne, nie mieszczące się w potocznej wyobraźni interpretacje. Czy kiedy staramy się uatrakcyjnić zbiórkę, na przykład żartobliwe nawiązując do najnowszych „afer” znanych z gazet, narażamy się na podobne potraktowanie, jakiego doznała Elżbieta Podleśna? Czy w wyobraźni rządzących wciąż jeszcze korzystamy z zapisanych w Konstytucji obywatelskich praw czy już „podnosimy rękę na Kościół”? Zaczynamy się bać osób nagrywających nasze działania telefonami.
Co gorsza, przy całej społecznej przychylności radykalnie zwiększyła się też liczba aktów agresji na zbierających. Bywamy wyzywani i popychani, przeszkadza nam się zbierać podpisy. Wiemy, że w wytwarzanym przez władze klimacie przyzwolenia nastroje te będą eskalować.
Przypomnijmy, że nieposiadanie wyznania oraz publiczne głoszenie swoich poglądów, podobnie jak wolność sztuki, to prawa gwarantowane przez Konstytucję.
Warto też rozprawić się z pewnym mitem. Polskie społeczeństwo nie jest już w swojej większości katolickie, a systematycznie laicyzuje się.
• Badania Pew Research Center z 2018 r. pokazało, że Polska jest światowym liderem w spadku religijności ludzi młodych – „Religia jest „bardzo ważna” dla 40 proc. starszych i zaledwie dla 16 proc. młodych. To generacyjny spadek o 23 punkty procentowe.
• Rok do roku o kilka tysięcy spada liczba bierzmowań – w 2017 r. było to tylko 288,9 tysięcy, o 3 proc. mniej niż w roku 2016.
• Spada odsetek osób uczęszczających na niedzielne msze. To już tylko 38,3 proc. zobowiązanych (tj. osób po pierwszej komunii św.i nie obłożnie chorych), przy czym statystyczny wzrost uczestnictwa w ostatnim roku wynika z urealnienia podstawy – liczebności parafii przez odjęcie osób, które wyemigrowały. (Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego SAC) W praktyce więc do kościoła chodzą mniej więcej co czwarty Polak i Polka.
• Dramatycznie spada zaufanie do Kościoła jako instytucji publicznej. W 2008 r. wyniosło rekordowe 81 proc., następnie zaczęło spadać. W 2016 r. wynosiło już tylko 70 proc., w 2017 r. – 61 proc., a w 2018 r. – 54 proc. (CBOS).
Obywatelski Komitet Inicjatywy Ustawodawczej projektu ustawy o jawności przychodów kościołów i związków wyznaniowych oraz o likwidacji ich przywilejów finansowych
W Komitecie znaleźli się m.in. Marta Lempart (Ogólnopolski Strajk Kobiet), Paulina Piechna-Więckiewicz (Wiosna), prof. Joanna Senyszyn (SLD), Ryszard Kalisz, Magdalena Gałkiewicz (Zieloni, kandydatka KE do Parlamentu Europejskiego w okręgu łódzkim), Marcelina Zawisza (Razem), Krzysztof Pieczyński (aktor, stow. Polska Laicka). Pełnomocniczką Komitetu jest Bożena Przyłuska (Kongres Świeckości).

Kontakt:
Bożena Przyłuska, pełnomocniczka Komitetu, tel. +48 501 122 419
Agata Czarnacka, media,
tel. +48 698 686 784

Nie tak szybko

Media żywią się wszystkim, co sensacyjne, czekają na każdy krwisty kąsek, który spadnie ze stołu. Są jak rekiny. A wokół Roberta Biedronia rozlało się ostatnio sporo krwi.

„SuperExpress”, który napisał o tym, że lider Wiosny dwadzieścia lat temu miał postawione zarzuty za znęcanie się nad matką nie kryje, że cała sprawa z wyciągnięciem tej informacji na światło dzienne była inspirowana politycznie. Nie kryje nawet, że to robota konkretnego środowiska skupionego wokół konkretnej partii (PO). Najwyraźniej naczelni opozycjoniści IV RP zapomnieli już, jakim oburzeniem pałali, gdy ich ówczesnemu szefowi wyciągano legendarnego dziadka z Wehrmachtu.
Mam wobec „Biedroń Przemocowiec Gate” ambiwalentne uczucia. Nie dziwi mnie, że człowiekowi, który aspiruje do pełnienia funkcji publicznych, zadaje się trudne pytania. Taki, jak się to mówi, lajf: właściciel sklepu spożywczego nie musi legitymować się krystalicznym życiorysem, ale poseł, wybraniec narodu – już powinien. Skoro potępiamy czyny radnego Piaseckiego i uważamy, że nie powinien pełnić funkcji publicznych, to Biedroń powinien być mierzony tą samą miarką.
A jednak sytuacja nie jest tożsama i pomimo wielu oczywistych zastrzeżeń co do programu partii Biedronia, pomimo tego, że nie jest on „moim wyborem” politycznym, w tej konkretnej sprawie będę go bronić.
Założyciel Wiosny nie jest w polityce „świeżakiem”, choć na takiego się kreuje. Trudno oprzeć się wrażeniu, że sensacyjne nagłówki pt. „Pobił matkę?”, w dodatku dotyczące sprawy, która już dawno została wyjaśniona i zamknięta na etapie postępowania sądowego, nie ukazują się dziś przypadkiem. Obserwujemy typową śmierdzącą kampanijną sztuczkę. Na Niesiołowskiego haki trzymano w kieszeni przez długie miesiące, tu najwyraźniej jest podobnie.
Media robią bardzo ryzykowną rzecz, stawiając Biedronia w roli naczelnego oprawcy. Bo tym jest właśnie wyrwanie z kontekstu sprawy, którą dwadzieścia lat temu założyła mu matka. Tu absolutnie nie powinno się tego kontekstu lekceważyć. A kontekst był taki, że zarówno matka, rodzeństwo Biedronia, jak i on sam, przez lata byli ofiarami przemocy, a przy okazji – co bezpośrednio wynika z ich wypowiedzi – osobami współuzależnionymi, zastraszonymi, długotrwale funkcjonującymi w kryzysie. „Kiedy człowiek jest ofiarą przemocy, często nie wie, po której stronie stanąć” – mówi Biedroń i ja mu wierzę. Bo tak to właśnie działa. „Ofiara przemocy” kojarzy nam się ze skuloną postacią łkającą w kącie. Ofiara przemocy miewa mętlik w głowie. Szuka ujścia dla ekstremalnych emocji. Bywa, że znajduje się pod czyimś szkodliwym wpływem, jest manipulowana. Zdarza się, że powiela wzorce, od których tak bardzo chce uciec. Matka Biedronia nie kryje, że cała rodzina latami żyła w piekle. Dlatego ostatecznie wycofała swoje oskarżenia.
Warunkowe umorzenie kary oznacza uznanie winy. Więc tak, do aktu przemocy dojść musiało, nie da się oszukać rzeczywistości. Ale warunkowe umorzenie oznacza również szereg okoliczności szczególnych, istotnych na tyle, aby nie skazywać. W mojej pracy kuratora miałam do czynienia z podopiecznymi „po warunkowym”. Zazwyczaj oznaczało to, że do popełnienia przestępstwa skłaniały ich bieda, uwikłanie w krąg przemocy, głęboki kryzys emocjonalny. Dziś jednak zdaje się, że oboje, zarówno matka, jak i syn, przepracowali swoje traumy. Wyjaśnienia złożoności tej tragicznej sytuacji próżno szukać w plotkarskich notkach. Dlatego myślę, że pisząc o tej sprawie, należy zachować szczególną ostrożność i powstrzymać się od kategorycznych osądów.
To nie jest w żadnym wypadku usprawiedliwianie przekazywania przemocy dalej. To próba zrozumienia, dania szansy na wyplątanie się z obciążającej przeszłości. Mnie osobiście wyjaśnienia Biedronia przekonują. I myślę, że w konfrontacji z mediami słusznie stawia na ucieczkę do przodu poprzez szczerość i przypominanie kontekstu sprawy. Rozumiem też poniekąd jego słuszny żal o to, że akurat teraz postawiono go w ohydnej sytuacji, w której będzie „spalony”, cokolwiek nie zrobi: nawet jeśli otrzepie się z przysłowiowego gówna za pomocą racjonalnych argumentów, to jednak zawsze coś się przyklei.

„N” Biedronia

Miała być Nowa polityka. Są Niejasności finansowe. Nepotyzm. I Niepewność jutra…

Za 3-4 tygodnie, po zakończeniu objazdu Polski, może się okazać, że nasze poparcie skoczy jeszcze wyżej i wyprzedzimy Platformę” – cieszył się na początku lutego Krzysztof Gawkowski, jeden z najbliższych współpracowników Roberta Biedronia. A sam przyszły premier uspokajał szefa PO. „Widziałbym Schetynę w roli wicepremiera i szefa MSWiA” – mówił Biedroń w rozmowie z „Super Expresem”.
Obaj panowie z pewnością dobrze znają starotestamentową Księgę Przypowieści Salomona. „Pycha chodzi przed upadkiem, a wyniosłość ducha przed ruiną” – przekonywał mędrzec sprzed dwóch tysięcy lat. Tylko mało kto wierzy, że to o nim.

Sondaże

Hanna Gronkiewicz-Waltz już przymierzała się do fotela prezydenckiego, gdy na początku 1995 roku pierwsze sondaże sięgały dwudziestu procent. Na jesieni były już tylko łzy z wyniku 2,76 proc. Na kilkanaście procent wyceniano Europę+, twór powstały przed poprzednimi wyborami europejskimi. Na początku. Bo skończyło się na 3,58 proc. Również obecna gwiazda TVP Info, Magdalena Ogórek, którą w wyborach prezydenckich poparło 2,38 procent wyborców, liczyła na dużo więcej. Bo pierwsze sondaże dawały jej koło dziesięciu procent. Ale na czele rankingu dołujących polityków z pewnością plasuje się Mateusz Kijowski. W maju 2016 roku, w sondażu TNS Polska, zapomniana już dawno koalicja KOD-u, z wynikiem 38 proc. wygrywała z PiS-em.
Co jest przyczyną takiego ostrego zjazdu sondażowego w ciągu kilku lub kilkunastu tygodni? Jak w przypadku partii Biedronia. I innych polityków – zapowiadających start. I liczących na powalający wynik. Nie można całej winy zrzucać na nierzetelnie wykonane sondaże. To przede wszystkim wina polityków. Rozbudzających duże oczekiwania. Emocje. Nadzieje. A następnie w szybkim tempie sprowadzających potencjalnych wyborców na ziemię. Rozczarowanie Wiosną przyszło w tempie ekspresowym.
Od rekordowego sondażu Kantar Millward Brown, dającego Wiośnie Biedronia 14 proc., nie minęły jeszcze 2 miesiące. Parę dni temu IBRiS podał wyniki sondażu zrobionego w dwóch okręgach wyborczych do Parlamentu Europejskiego. W okręgu warszawskim Biedroń dostał 6,4 proc. Na Pomorzu – 5,3 proc.

Kasa

Lutowa konwencja Wiosny zauroczyła wielu. Doskonale zorganizowana. Dorównująca rozmachem największym partiom. I najbogatszym. Dlatego chwilę po jej zakończeniu nie mogło nie pojawić się pytanie: kto za to zapłacił? Zresztą Robert Biedroń, którego zachowania w wielu momentach przypominają Janusza Palikota, musiał się tego pytania spodziewać.
Pamiętam z jakim medialnym hukiem Palikot sprzedawał w 2010 roku swoją Cessnę. A po sprzedaży samolotu zapowiedział: „670 tysięcy – wszystko na partię”. Koniec końców nie ma znaczenia, czy rzeczywiście te pieniądze na potrzeby partii wydał. Z pewnością uprzedził pytania o źródła jej finansowania.
Biedroń był zaskoczony finansową dociekliwością dziennikarzy. Mało kogo przekonały twierdzenia, że złoty interes zrobiła Katarzyna Uberhan – wielkopolska koordynatorka Wiosny. Której spółka prowadzi w internecie skleproberta.pl – z koszulkami, kubkami i torbami na zakupy. Przyparci do muru działacze Wiosny zdecydowali się na umieszczenie w Internecie wyciągu z konta partii. Pokazując przy okazji „Kozakiewicza gest” wszystkim ciekawskim źródeł finansowania partii Biedronia. Bo bankowy wyciąg zawiera wyłącznie obciążenia konta, a nie wpływy na konto. To że wynajęcie Torwaru i sypiące się na głowy konfetti kosztuje – i tak wszyscy wiedzieli. A odpowiedzi o źródła finansowania partii nie dostali. I RODO nie ma tu nic do rzeczy, bo zgodnie z ustawą o partiach politycznych, finanse partyjne są w 100-procentach jawne.

Fundacja

Przeglądająca wyciągi bankowe dziennikarka „Polityki” Anna Dąbrowska znalazła w nich kilka niejasności. Opisując je w artykule „Pieniądze Wiosny. Kilka spraw do wyjaśnienia”, zwróciła uwagę na przepływy pieniędzy pomiędzy partią Wiosna i Instytutem Myśli Demokratycznej.
Instytut Myśli Demokratycznej jest fundacją ustanowioną przez Roberta Biedronia. To ta fundacja zorganizowała pierwszą konwencję Wiosny i ją sfinansowała. Później partia zwróciła jej za to pieniądze. W sumie Anna Dąbrowska doliczyła się 132 tys. zł przelanych z konta partii na konto fundacji.
Dlaczego fundacja Biedronia, będąca jego zapleczem eksperckim, wywołała takie zainteresowanie mediów? Odpowiedzią są różnice w finansowym traktowaniu stowarzyszeń i fundacji oraz partii politycznych. Finanse partii politycznych mogą być zasilane darowiznami wyłącznie osób fizycznych znanych z imienia i nazwiska. To ograniczenie nie obowiązuje stowarzyszeń i fundacji. Tam darczyńcy mogą pozostawać anonimowi. A pieniądze mogą wpłacać również osoby prawne, czyli na przykład firmy. To dlatego każda fundacja, w której pojawiają się nazwiska ważnych polityków, budzi emocje. I wątpliwości co do finansowej transparentności.

Twarda 18

Jest rzeczą normalną, że partie polityczne mają swoje think tanki, będące fundacjami lub stowarzyszeniami. W przypadku Sojuszu Lewicy Demokratycznej jest to Fundacja Centrum im. Ignacego Daszyńskiego. Jednak nikt z polityków pełniących w SLD funkcje kierownicze nie zasiada w jej władzach. Zupełnie inaczej jest w Instytucie Myśli Demokratycznej Roberta Biedronia i… w Prawie i Sprawiedliwości.
W radzie Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego, think tanku PiS-u, znajdujemy Jarosława Kaczyńskiego. To akurat niespecjalnie dziwi, biorąc pod uwagę profil fundacji. Ale w zarządzie Instytutu jest też Adam Lipiński – wiceprezes PiS. Znacznie dalej w powiązaniu działalności partyjnej z działalnością w fundacji poszedł Robert Biedroń. Będąc fundatorem Instytutu Myśli Demokratycznej jest jednocześnie pracownikiem swojej fundacji. „Jestem szefem Instytutu Myśli Demokratycznej i tam pracuję od wielu miesięcy i tyle zarabiam” – powiedział w wywiadzie dla gazeta.pl. Ile? Równo 8 tysięcy złotych miesięcznie.
W fundacji Biedronia spotkamy też inne kluczowe postacie Wiosny. Marcin Anaszewicz, wiceprezes Wiosny, jest równocześnie prezesem zarządu fundacji (tak przynajmniej wynika z zapisów w KRS-ie). Monika Gotlibowska, skarbniczka Wiosny, jest członkiem zarządu fundacji. Podobnie jak Krzysztof Śmiszek, członek Rady Krajowej Wiosny i dolnośląska „jedynka” do Parlamentu Europejskiego.
Czy jest coś nagannego w powiązaniach biznesowo-personalnych partii i fundacji? Tak. Jest. Takie było tło ostatniej awantury o Srebrną, spółkę będącą własnością Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego. I działkę przy Srebrnej 16, stanowiącą własność tej spółki. Zarzucano prezesowi Kaczyńskiemu, że planując wybudowanie przynoszących krociowe zyski wieżowców, zmierza do ominięcia ustawowych rygorów dotyczących finansowania partii politycznych.
Przy Twardej 18 w Warszawie, gdzie fundacja Biedronia wynajmuje swoją siedzibę, wieżowiec zbudowano już 15 lat temu. Więc w tym wypadku o żadnej deweloperce nie może być mowy. Zresztą nie sugeruję, że działania polityków i polityczek Wiosny oraz powiązanej z nimi fundacji naruszają przepisy prawa. To samo mówi Jarosław Kaczyński, twierdząc że cała „afera Srebrnej 16” jest wymysłem mediów. Ale to Biedroń stara się przekonać wyborców, że w przeciwieństwie do innych partii, Wiosna będzie działała transparentnie.

Statut

Jeden z byłych sympatyków Wiosny… Tak, partia Biedronia mimo krótkiego stażu ma już swoich byłych sympatyków. Otóż były sympatyk skarżył się, że publiczne deklaracje lidera nijak mają się do wewnętrznych standardów ugrupowania. Podobno aż do końca tego roku nikt z partyjnych funkcjonariuszy nie zamierza poddać się demokratycznej weryfikacji. Słowem: o obsadzie partyjnych stanowisk decyduje wyłącznie lider, a nie członkowie partii w demokratycznych wyborach.
Przyznam się, że nie do końca wierzę różnym byłym działaczom i sympatykom. Bo rzadko się zdarza, że mają dobre zdanie o swojej byłej organizacji. Dlatego sięgnąłem do statutu Wiosny. Sięgnąłem… Na oficjalnej stronie partii w Internecie nie ma statutu. Google też mi nie pomógł. Może nie umiem szukać?
Pełna fajerwerków strona internetowa Wiosny ma zakładkę „Dokumenty”. Tam powinien być statut. I apeluję do Roberta Biedronia, by się tam znalazł. Przecież nowa jakość w polityce nie polega chyba na utajnieniu statutu partii.

Nepotyzm

„To gdzie oni mają pracować” – oburzał się 10 lat temu wicepremier Pawlak, atakowany przez konkurentów politycznych za nepotyzm. Niestety tak jest, rodzinom ważnych polityków nie wszystko wolno.
Przepisy prawa są niekiedy dla członków rodzin bezlitosne. W jednostkach samorządu terytorialnego nie mogą pracować małżonkowie, jeśli istnieje między nimi bezpośrednia podległość służbowa. Podobnie jest na wyższych uczelniach i w służbie cywilnej. Gdzie dodatkowo zakaz zatrudniania rozciągnięto na innych członków rodziny. I nie ma znaczenia, jak kompetentnym, wykształconym i pracowitym pracownikiem byłaby żona, syn lub matka szefa.
Zostawmy do rozstrzygnięcia wyborcom, czy fakt nominowania przez Roberta Biedronia Krzysztofa Śmiszka, swojego partnera życiowego, na „jedynkę” w okręgu dolnośląsko-opolskim – to przejaw nepotyzmu. Ale z pewnością jest to absolutnie „nowa jakość” w polityce. Czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie, aby Leszek Miller, będąc szefem partii, dał wyborczą „jedynkę”, skądinąd bardzo sympatycznej, małżonce. Albo premier Ewa Kopacz zaproponowała posadę ministra zdrowia córce. Lekarce – więc mającej przygotowanie zawodowe. I nawet przywoływany przez niektórych przykład braci Kaczyńskich jest chybiony. Bo zanim Lech został prezydentem, a Jarosław premierem, obaj bracia wspólnie działali w polityce dobre kilkadziesiąt lat.

Epilog

Nazywają to „kiełbasą wyborczą”. Ale ta „kiełbasa” to nie tylko miliardy rzucane na „wyborczy rynek” przez Prawo i Sprawiedliwość. To również nadzieje – oferowane wyborcom przez polityków. Na zmianę. Na inną politykę. To obiecywał Donald Tusk w 2007 roku milionom młodych ludzi głosujących na Platformę Obywatelską. Później to samo robił Janusz Palikot. Inna miała być partia Ryszarda Petru. Wszyscy zawiedli swoich wyborców.
Najwyraźniej Robert Biedroń postanowił podążać ich śladem. Szkoda.

Polska i świat

Nie mam wątpliwości, że Europa wkroczyła w fazę nowego Świętego Przymierza chroniącego możnych przed demokratycznymi artykulacjami. Spójrzmy tylko na to, co się dzieje:
We Francji policja tydzień w tydzień brutalnie leje manifestujących, zakazuje się demonstracji, wyprowadza się wojsko na ulice – wszystko po to, by ochronić reformy korzystne dla bogaczy i niekorzystne dla większości społeczeństwa – a odpowiedzialny za to prezydent uchodzi za symbol europejskości,
W Wielkiej Brytanii premier jest głucha nie tylko na opinię publiczną, ale i na głosy Parlamentu, mającego być tejże opinii publicznej wyrazem – przedkłada ponad interes powszechny dobro własnej, fatalnie podzielonej partii i koalicji, a także własną, coraz bardziej zagrożoną posadę,
W Hiszpanii doszło do gorszącej kryminalizacji aspiracji Katalończyków do samostanowienia – z demonstracjami władze w Madrycie obeszły się bezwzględnie, a działaczom niepodległościowym postawiono zarzuty,
Niemcy ponownie weszły w samozwańczego centrum Europy, które lansuje wizję integracji, zgodnie z którą to co jest dobre dla niemieckiego kapitału, ma być dobre dla ludów Europy,
Włosi są na populistycznej wojnie ze zdesperowanymi uchodźcami, którym w bestialski sposób utrudniają przekraczanie Morza Śródziemnego,
Na Wschodzie Rosja na powrót stała się żandarmem, który poszerza swoją strefę wpływów, a Turcja robi za sojusznika Europy w powstrzymywaniu przepływów ludności i w walce z islamistami, odpłacając sobie przyzwoleniem Europy na dziesiątkowanie Kurdów,
A Polacy nie są już barometrem rewolucji w Europie, jakim byli w XIX wieku.
I w tych przerażających warunkach zamiast nowej Wiosny Ludów, dostajemy z lewej strony jakieś pastelowe, infantylne Wiosny i projekty dla kosmopolitycznych wykształciuchów…

Martwa czuję się świetnie

Głos członkini Razem.

O Partii Razem zrobiło się ostatnio głośniej niż zwykle. To znamienne – zwłaszcza, że dzieje się to w momencie, kiedy ogłasza się jej zgon.
Każdy ma teraz coś do powiedzenia. Mówią więc osoby, które były we władzach, ale już nie są – i teraz wiedzą lepiej. Mówią osoby, które były członkami i członkiniami, ale już nie są – i teraz tłumaczą sobie dlaczego. Mówią lewicowi publicyści, którzy na Razem głosowali a już nie zagłosują – i teraz ciężko im, Boże. Publicystki, które popierały a już nie popierają – i teraz mają okazję uzewnętrznić swoje Schadenfreunde. I w końcu ci, którzy niby Razem lubili, a już nie lubią – i teraz mogą przestać się z tym kryć – oni też mówią.
Chciałoby się powiedzieć, że zleciały się do padliny rozmaite sępy i chcą wydrzeć swój kęs, ale nie można. Bo wbrew nawoływaniom do samorozwiązania, Partia Razem jeszcze nie umarła. I ten cykl tekstów – na Krytyce Politycznej opatrzony ironicznym hasztagiem #CodziennieJedenTekstOPartiiRazem – bardziej niż sekcję zwłok przypomina wiwisekcję na pacjencie, któremu podano dużą dawkę Pavulonu. To, że Razem przechodzi ogromny egzystencjalny kryzys, nie podlega żadnej wątpliwości. Ale to, że bronić nie bardzo ma się jak – też.
A jednak się broni. Do lokalnych struktur wciąż napływają zgłoszenia.
W mediach, nie tylko lewicowych, Partii Razem – i o Partii Razem – jakby nieco więcej niż zwykle. I sondażowe słupki – o dziwo! – wzrosły: z 0,7 proc. do 1,7 proc. To nadal, rzecz jasna, wartość zdecydowanie zbyt niska, by móc się upajać sukcesem, ale przecież to skok o ponad 100 proc.
Ja członkinią Razem nadal jestem i na razie nigdzie się nie wybieram. Również dlatego, że w mojej ocenie zarówno wewnętrzne analizy sytuacji i jej przyczyn, jak i publicystyczne diagnozy – co dziwniejsze, również ta sformułowana przez Samolińską i Trzeciaka – niewłaściwie definiują oś sporu, do którego wewnątrz partii doszło.
Drażni mnie ustawienie tego sporu jako konfliktu między „radykałami” a „prawym skrzydłem partii”, bo jest to jego niesamowite spłaszczenie i osobiście nigdy go tak nie postrzegałam – pewnie również dlatego, że nie tacy radykalni ci razemowi radykałowie i nie tak znów bardzo prawicowe to prawe, fioletowe skrzydło. Ten spór zawsze zdawał mi się przebiegać wokół tego, jak różne grupy w Razem rozumieją swoje zaangażowanie; wokół tego, jak postrzegają rolę i funkcję organizacji, którą jest partia polityczna. I był to „grzech pierworodny”, którym obarczyły Razem zarówno moment jej powstania, doświadczenia – i ich brak – założycieli i rosnącej, członkowskiej bazy, okoliczności społeczne oraz – to chyba przede wszystkim – postawione przed Razem oczekiwania. Tymczasem spór o istotę działania partii politycznej nie musiał, a nawet nie powinien był w niej zaistnieć.
Partii politycznych jest w Polsce 86. O ilu z nich regularnie słyszymy? O pięciu? O sześciu? A ostatnio – o dwóch? No dobra, wraz z pojawieniem się Wiosny – trzech?
Wejście Razem
na polityczną scenę w 2015 roku było spektakularnym sukcesem. Grupa ludzi, która niesamowitym wysiłkiem, bez finansowego i organizacyjnego wsparcia rejestruje w całym kraju własne listy. Zandberg, który wchodzi do studia TVP cały na biało. Alizarynowy sztandar co prawda nie przekracza progu wyborczego, ale zdobywa subwencję i rozpoznawalność, o której 80 pozostałych partii w tym kraju może jedynie pomarzyć. Toż to niesłychane!
W ten sposób grupa świeżych, politycznych twarzy zdobywa w 2015 głos i możliwość dalszego działania. Zdobywa bazę członkowską, która się rozrasta i rekrutuje z osób, które najczęściej z polityką do tej pory nie miały nic wspólnego – nawet jeśli działały politycznie w ruchach miejskich, czy organizacjach pozarządowych (jak ja), to ich aktywizm pozostawał absolutnie bezpartyjny.
I tak oto Razem bierze na siebie ciężar oczekiwań: własnych, bo uwierzyło, że może, że powinno, że teraz właśnie nadszedł jego czas. Cudzych też: tych, które wyraża baza członkowska i tych, które wyrażają media, niebezpodstawnie postrzegane przez partię, w czasach postpolityki, jako swoje być albo nie być. Oczekiwania są nie tylko wysokie – są często sprzeczne. Reaguj na bieżąco, ale jednocześnie prowadź swoją politykę, ciągnij swoją opowieść tworząc stanowiska i programy. Buduj demokratycznie zarządzane struktury, ale nie trać na czasie przy podejmowaniu decyzji, bo sytuacja ciągłego podgryzania systemu na szczeblu krajowym wymaga szybkości reakcji. Pozostań wierny sobie, bądź tą trzecią drogą, nie ubrudź się, nie miziaj z liberałami i jednostkami skompromitowanymi (choć w obecnej rzeczywistości są oni absolutnie wszędzie) a jednocześnie zdobądź mandaty, w końcu po to jesteśmy tu wszyscy, by zdobyć wpływ na rzeczywistość, by zdobyć władzę.
Tak oto ta grupa postanowiła spróbować sprostać temu zadaniu i grać w politykę – jak równy z równym – z organizacjami nie tylko o nieporównywalnie większych zasobach i większym zapleczu.
Z organizacjami, które od trzydziestu lat, konsekwentnie, wychowują sobie kolejne pokolenia wyborców. I robią to bez pardonu: w kościołach, w szkołach, w tylko teoretycznie niezależnych mediach, w internecie i na ulicy. Z organizacjami, które tym wyborcom mają co dać: na przykład te 46 ton żywności, które ostatnio ukradli, jak twierdzi prokuratura, z PCK i rozdali potrzebującym, choć właśnie tam miały trafić i bez dokonanego przez nich czynu; na przykład poczucie wspólnoty, niechby i złudnej, oferowanej przez wspólne pielgrzymki, dożynki i koncerty z udziałem gwiazd śpiewających „Mury” Jacka Kaczmarskiego w zupełnie nieprzystającym do ich przesłania kontekście. I wreszcie z organizacjami, jak medialne imperium Tadeusza Rydzyka, czyli Rodzina Radia Maryja, która redemptoryście z Torunia przyniosła monopol na dostęp do dwóch milionów wyborców i rząd ich dusz – i to pomimo tego, że radio jako medium było technologicznym przeżytkiem już w momencie powstania jego niesławnej rozgłośni.
Można się oczywiście spierać,
czy Razem właściwie określiło swoją grupę docelowych wyborców, czy jest autentyczne w swoim przekazie, które ktoś złośliwy porównał kiedyś do szalejącej wśród elit początku XX wieku chłopomanii. Można. Ale po co, skoro sprawa jest tak naprawdę prosta: Razem nie znalazło środków, w tym przede wszystkim języka, z którym i do swojej lewicowej bańki, i do swojego wyimaginowanego elektoratu mogłoby trafić. Nie znaleźli go również Samolińska i Trzeciak. To, że wiedzą, jak czegoś nie robić nie przybliżyło ich do rozwiązania zagadki, jak coś zrobić należy. Zwłaszcza, że potencjał, nazwijmy go, rewolucyjny, pokłady społecznego gniewu i frustracji nie tkwią dziś przecież tylko i wyłącznie wśród pracowników Amazona, czy traktowanych jak popychadła pielęgniarek i listonoszy. One tkwią też – a może przede wszystkim – wśród wykształconego wielkomiejskiego prekariatu i często również wśród pracowników korporacji. Ich też frustruje bezosobowa orka wśród tabelek w Excelu. Coraz częściej szukają od niej wytchnienia i ucieczki w czymś większym od siebie. To nie w tradycyjnie rozumianych klasach społecznych tkwi więc klucz.
Klucz tkwi w stworzeniu nie tyle struktur, co kanałów komunikacji społecznej; na wypracowaniu sobie elektoratu, który jeszcze nie wie, że nim jest.
I być może w tym celu należy nauczyć się mówić różnymi językami; dać przyzwolenie na istnienie więcej niż jednej opowieści o świecie, nawet jeśli ostatecznie wszystkie one doprowadzą do jednakowych wniosków.
Przychodząc do Razem,
większość z nas – osób z pokoleń poniżej 40 czterdziestki – nie miało doświadczenia w funkcjonowaniu nie tylko w polityce, ale w ogóle w większej grupie i wspólnocie. Dorastaliśmy w czasach, kiedy domy kultury likwidowano; kluby sportowe traciły finansowanie; harcerstwo rozdzieliło się na organizację otwarcie religijną i taką, która tylko udaje, że religijna nie jest. Lata, kiedy żeśmy się kształtowali przypadły na czas, kiedy jedynym, powszechnie dostępnym, doświadczeniem wspólnotowym pozostawał katolicki kościół. Poza grupą najbardziej doświadczonych działaczy, tych, co przyszli z Młodych Socjalistów, czy z Zielonych, w Razem niejednokrotnie zdobywaliśmy nie tylko pierwsze doświadczenia polityczne, ale przede wszystkim – pierwsze szlify jako członkinie i członkowie większej grupy o dość spójnej, ale przecież nie jednakowej tożsamości. I pozostaliśmy często dziećmi swoich czasów – zwłaszcza, że przecież „wychowanie” nas na część czegoś większego od nas samych absolutnie nie jest zadaniem partii politycznej!
Czy subwencja, jaką w 2015 roku otrzymało Razem byłaby lepiej spożytkowana, gdyby posłużyła do założenia internetowej rozgłośni radiowej lub kanałów na YT? Do wydawania gazetek? Publikacji broszur sprzedawanych, czy rozdawanych przy kasach w Biedronce? Nie wiem. Czy nie lepiej byłoby ją wykorzystać do finansowania fundacji, która organizowałaby w szkolnych i gminnych bibliotekach darmowe warsztaty na istotny – doraźnie lub ogólnie – społeczny temat? Zajęcia z informatyki dla seniorów? Półkolonie dla dzieci? Nie wiem. Być może.
Wiem za to, że jeśli nie chce się robić postpolityki śladem Roberta Biedronia, to bez tego, o czym pisał Paweł Jaworski, się nie obejdzie: nie obejdzie się bez stworzenia ruchu społecznego, który posłuży do edukacji zarówno przyszłych członkiń i członków partii, jak i stworzenia dla niej silnej bazy społecznej. Bo partia jest emanacją interesów tej bazy i jako taka ma praktyczny i pragmatyczny cel: iść po władzę. Im szybciej, tym lepiej.
Zwłaszcza, że w przypadku partii lewicowej „iść po władzę” oznacza iść po sprawiedliwość społeczną, po wyższe podatki dla najlepiej zarabiających, po wyższe pensje dla nauczycielek i pielęgniarek, po równe prawa, dostęp do dobrej edukacji i opieki medycznej.
Po transport publiczny i przyjazne państwo służące interesom milionów obywateli, a nie kilku milionerom.
Żeby nie było: propozycję Biedronia dla Razem uważam za absolutnie haniebną. Jeśli jednak wziąć pod uwagę ryzyko utraty przez Razem subwencji, to czy nie warto było odbyć spokojną, szeroką dyskusję o tym wariancie, zamiast ubierać go w osobowy spór, konflikt wizji co do przyszłości partii i interesów? Czy nie warto było porozmawiać o tym, jak zabezpieczyć sobie skromne zasoby – niechby i przytulone do biura jednego europosła – których rękami byłoby można wykonać choć część tej ogromnej, oddolnej pracy, jaka jest do zrobienia? Pewnie było można, ale tak się nie stało. Trudno.
Jest jednak w interesie nas wszystkich, aby lewica w Polsce wyszła z zapaści i zaczęła działać jak najszybciej i jak najszerzej. Za co, skoro nie sfinansuje nas ani Watykan, ani Kreml, a internetowa zrzutka na druk wlepek o bohaterach lewicy udała się ostatnim rzutem na taśmę, tylko dzięki interwencji internetowego celebryty? Nie wiem. Wiem jednak, że jak to mawiają: najlepszy czas, aby posadzić drzewo był dwadzieścia lat temu. Drugi najlepszy moment to dziś. A ja nie widzę żadnej organizacji – żadnej poza Razem – która mógłby takie drzewo zasadzić i podlewać. Dlatego – pomóżcie, zamiast kontynuować wiwisekcję tego nieszczęsnego, wcale nie tak martwego pacjenta.

Flaczki tygodnia

To był tydzień uprawiania kultów. Wykreowanych mitów, nowych charyzmatyków i odkrywania starych zasług nowych bohaterów.

Najgłośniej obchodzono dzień ludobójców zwanych „żołnierzami wyklętymi”. W skrócie nazywanych „żetwusami”. Ponieważ obóz rządzący postanowił wesprzeć się w kampanii wyborczej zmarłymi „żetwusami”, to radykalna opozycja z „KOD” blokowała te kampanijne uroczystości. Znów okazało się, że mamy kolejne oficjalne święto, które nie da się wspólnie obchodzić. Nie da się go obchodzić ani na poważnie, ani na radośnie, zatem najlepiej obchodzić to święto szerokim łukiem. Bo inaczej to kolejny pretekst do kolejnej politycznej napierdalanki.

Przy okazji rządowej celebry święta „żetwusów” rządowa telewizja narodowo-katolicka pokazała kilku staruszków. Prezentując ich jako zasłużonych „żetwusów”. Wzbudziło to pewien dysonans, bo istnienie ich żywych sprzeczne jest z tworzoną przez obóz narodowo-katolicki legendą „żołnierzy wyklętych”. Według niej prawdziwi „żetwusy” to ci żołnierze polskiego państwa podziemnego, przede wszystkim z Narodowych Sił Zbrojnych, którzy po II wojnie światowej, w czasie „okupacji sowieckiej”, broni nie złożyli. Tylko dalej walczyli z „okupantami z NKWD, MO, UB, LWP”. W przeciwieństwie do setek tysięcy partyzantów AK, BCh, którzy poszli budować nową Polskę.
A lansowane teraz „żetwusy” uroczyście ślubowali, że broni nie złożą aż Polska nie wyzwoli się „z sowieckiej niewoli”. I prędzej zginą niż się wrogom poddadzą. I właśnie za taką bezkompromisowość dzisiejsza narodowo-katolicką posłuszna młodzież ma „żetwusów” kochać i szanować. Tak im dopomóż bóg.

Ale jak tu kochać tych, których bohaterstwo polegać miało na nieskładaniu broni i walce aż do ostatniego naboju, bo „żywych ich mieli nie brać”, skoro okazuje się, że jednak iluś tych niezłomnych jednak przeżyło. Pod „sowiecką okupacją” żyło i pogodnej starości dożyło. A przecież ci legendarni „żetwusy” do niewoli mieli się nie poddawać. A jeśli już przypadkiem do niej wpadli, to mieli tam zginąć zakatowani w „katowniach UB”. Aby ducha nie gasić.

A tu widzimy ich żywych, skoro wedle polityki historycznej PiS powinni być zakatowani. To czym taki żywy „żetwus”, który walczył do 1947, czasem 1948 roku lepszy jest od żywego żołnierza, AK który walczył do 1945 roku? Że przez te dwa, trzy lata zabił jeszcze kilkudziesięciu milicjantów, furmanów, Żydów?

Czwarty już rok mija od kiedy elity PiS dostały rządy w naszym kraju. Przejmując władze wiele obietnic poczyniły. Wśród nich były wielkie dzieła filmowe. Do nakręcenia. Pokazujące Polsce i światu wielkie czyny wielkich Polaków. W wielkim formacie i z wielkim, hollywoodzkim rozmachem. Wśród nich miały być rzecz jasna filmy o wspomnianych wyżej „zętwusach” z udziałem najlepszych amerykańskich aktorów. Publicyści narodowo-katoliccy związani z „Gazetą Polską”, tygodnikami „Do Rzeczy”, „sieci” proponowali nawet aby zatrudnić aktora Mela Gibsona do której z planowanych produkcji.
Ale prawie cztery lata minęły i możemy obejrzeć jednie dwa filmy o „żetwusach”. „Historię Roja” i „Wyklęty”. Możemy, ale oba, a zwłaszcza ten pierwszy, są tak kiepskie, ze nawet gimbaza za cenę zwolnienia z zajęć lekcyjnych nie chce na nie spojrzeć. Słowem znowu „żetwusy” poniosły klęskę. Tym razem repertuarową.

Dlaczego Mel Gibson nie zagrał innego „żetwusa”, znanego ludobójcę „Burego”?
Ano dlatego, że historie „żetwusów” nie nadają się na film w hollywoodzkim formacie. Takie filmy wymagają wielkich bitew, porządnej batalistyki, udziału wielkich armii. A jakąż to wielką bitwę stoczyli „żetwusy”?
Nawet zwielokrotnione komputerowo napady na posterunki MO, gorzelnie, sklepy GS-ów, prowincjonalne kasy PKO nie zrobią rozmachu. Można by spróbować nakręcić napad na Hrubieszów w 1946 roku. Ale wtedy narodowo -katolickie bojówki osiągnęły chwilowe zwycięstwo, bo współdziałały z bojówkami Ukraińskiej Powstańczej Armii. Czy uda się zrobić film o sojuszu NSZ z banderowcami w optyce polityki historycznej PiS?

Można by spróbować nakręcić ciekawy film o dramatach „żetwusów”, ale nie uda się to w państwie rządzonym przez pisowską politykę historyczna. Fakty są okrutne dla „żetwusów”. Zbrojne podziemie przegrało swą wojnę z Polską Ludową w latach czterdziestych zeszłego wieku. „Żetwusy” poniosły militarną i polityczną klęskę.
Dzisiaj PiS zakłamuje historię usiłując wmówić „ciemnemu ludowi”, że dzięki tradycji „żetwusów” powstała niepodległa Polska. To nieprawda, bo taka Polska powstała w efekcie obrad Okrągłego Stołu. A tam ani ówczesna strona „partyjno-rządowa”, ani opozycja „Solidarnościowa”, ani ówczesna reprezentacja kościoła katolickiego do „żetwusów” nie odwoływali się.

Zatem na razie pozostaje nam jeden tylko wybitny film o „żetwusach”. „Popiół i diament” nakręcony przez Andrzeja Wajdę w 1957 roku. Przez kinematografię Polski Ludowej.

Rodzi się nowy kult polityczny. Po zarejestrowaniu nowej partii politycznej „Wiosna” jej członkowie zaczęli jej lidera publicznie, wielce uniżenie tytułować „panem prezesem”. Flaczki pamiętają Roberta Biedronia jako zwykłego, fajnego chłopaka, działacza ruchów LGBT. Teraz są pouczane, że obowiązuje tytuł pan „prezes Biedroń”. Dobrze, że jeszcze nie pan premier.

Być może Robert jest „charyzmatycznym liderem”. Flaczki są jednak przepojone demokratycznymi wartościami i dostają nudności już na samo hasło „charyzmatyczny lider”. Zwłaszcza w ruchu politycznym obiecującym inny, lepszy styl uprawiania polityki. Flaczki razi też nowe zjawisko kiełkujące w „Wiośnie”. Otóż mąż „prezesa Biedronia”, pan Krzysztof Śmiszek został mianowany przez „prezesa Biedronia” jedynką na liście „Wiosny” do Parlamentu Europejskiego. Pani Sylwia Spurek świeżo mianowana ministerka od polityki społecznej w partii „prezesa Biedronia” jest nieformalną żoną pana doktora Marcina Anaszewicza, dyrektora Instytuty Myśli Demokratycznej partii „prezesa Biedronia”. Czy to jest już nepotyzm czy jeszcze tylko rodzina „prezesa Biedronia” ?

Okazało się, że Barbara Skrzypek, słynna od 1990 roku najbliższą sekretarka pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego, pełnomocniczka Instytutu Lecha Kaczyńskiego, to wychowanka PZPR. Pracowała jako sekretarka generała Michała Janiszewskiego, szefa gabinetu generała Wojciecha Jaruzelskiego. A także dla premiera Zbigniewa Messnera. Jakże ta PZPR była kadro twórcza.