Syryjski zapalnik

Na zdjęciu widać różne wozy pancerne oraz flagi – syryjską, rosyjskie i amerykańską – to źle, czy dobrze, że są tak blisko siebie? Akurat w tej sytuacji niezbyt dobrze. Fotografię wykonano w miejscowości Chirbat Amu koło Hasaki, w północno-wschodniej części Syrii, kurdyjskiej Rożawie. Doszło tam do strzelaniny między Amerykanami a mieszkańcami miasteczka.

Wozy pancerne US Army są niemile widziane w tej okolicy. Jacyś młodzi zaczęli rzucać w nie kamieniami, Amerykanie otworzyli ogień i zabili miejscowego 14-latka. Pojechali potem w kierunku punktu punktu kontrolnego armii syryjskiej, a tam zaczęli zbierać się ludzie, już z bronią. Znowu doszło do strzelaniny.
Syryjczycy wezwali rosyjską żandarmerię, która pilnuje niedalekiej granicy z Turcją. Rosjanie szybko przyjechali próbując załagodzić sytuację. W końcu Amerykanie zaczęli odwrót do bazy pod osłoną granatów dymnych, gonieni przez mieszkańców. Amerykańscy żołnierze wezwali wówczas lotnictwo, które zrzuciło trzy bomby na Chirbat Amu. O mało nie doszło do bezpośredniego starcia rosyjsko-amerykańskiego. Ten rodzaj incydentów zdarza się coraz częściej i każdy może być zapalnikiem czegoś większego.
Po drugiej, północno zachodniej stronie kraju sytuacja w Idlibie, prowincji zarządzanej przez Al-Kaidę i atakowanej przez syryjskie wojsko, jest coraz więcej wojska tureckiego, które chce obronić tamtejszych dżihadystów, w porozumieniu ze Stanami Zjednoczonymi. Dochodzi już do bezpośrednich, krwawych walk syryjsko-tureckich, co stawia Rosję w trudnej sytuacji: ma walczyć przeciw armii NATO? Rosyjskie samoloty na razie tylko oddalają tureckie lotnictwo od frontu, ale w każdej chwili może dojść do bardzo niebezpiecznego spięcia.
W środku tego geopolitycznego galimatiasu pozostaje masa cywilów po obu stronach frontu. Turcy już dawno zamknęli granicę przed uchodźcami z Idlibu, otwierają ją tylko, by wysłać tam swoje wojsko i broń dla Al-Kaidy. W regionie jest już ok. 700 tys. ludzi (wg. ONZ), którzy uciekli z domów przed walkami. Norweska organizacja humanitarna NRC, która pozostaje na miejscu, błaga wszystkich o przerwanie ognia. Uchodźcy – w tym kobiety i dzieci – śpią w samochodach lub częściej na polach, a jest zimno i mokro. Brakuje żywności, koców, materacy, wszystkiego. Przestały działać szpitale, nie ma lekarzy.
Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że trwająca już dziewięć lat wojna zmierza ku końcowi. To nic, że cześć kraju okupują Amerykanie, część Izraelczycy, część Turcy i część dżihadyści. Pokonanie tych ostatnich w Idlibie zdawało się kwestią czasu, miało przynieść jakiś oddech zmordowanemu krajowi. I nagle znowu wszystko staje na ostrzu noża, bo Amerykanie chcą chronić tych, którzy mieli obalić syryjski rząd, choć właściwie nimi gardzą. W interesie izraelskim leży chaos w Syrii, więc Turcja ma zielone światło Waszyngtonu. Syria znowu zamienia się w globalny zapalnik, co znaczy, że nie tylko tamtejsi cywile mogą cierpieć. Lepiej, by zapalnik nie zadziałał, powodując wybuch.

Krótka historia jednego długiego życia

Spotkaliśmy się w kawiarni na rogu Grochowskiej i Rycerskiej na poznańskim Grunwaldzie. Miejsce, w którym zamierzaliśmy porozmawiać z Hieronimem Andrzejewskim, dziewięćdziesięciotrzyletnim, sędziwym działaczem poznańskiej lewicy, znajdowało się w niewielkim oddaleniu od mieszkania naszego rozmówcy.

Wspólnie z Bogdanem Zastawnym, mym druhem z ZMS, zabiegaliśmy o zgodę na rozmowę w nadziei uczynienia jej treści jednym z rozdziałów trzeciej już książki wspomnieniowej spisanej rękami członków i przyjaciół wielkopolskiej organizacji ZMS. Z naszym interlokutorem znaliśmy się od dawna.
Spotkając się na zebraniach organizowanych przez poznańską Radę Miejską SLD – jesteśmy członkami tej partii – nie mieliśmy jakoś dotąd okazji, aby porozmawiać o przebogatej historii, którą zapisał swą nadzwyczaj żywotną działalnością w powojennym ruchu młodzieżowym i robotniczym, aktywnością w PZPR, oraz kolejarską pasją zawodową, w ZNTK.
Natura rzeczy
Czuliśmy się ponaglani przez czas: 93 lata życia, które ma za sobą, nie naznaczyły jakiś nadzwyczajnych, stosownych do wieku, rzucających się w oczy ograniczeń w zachowaniu i fizycznej postawie naszego bohatera. Dolegliwością poważną pozostaje osłabienie wzroku. Natura, zachowując niemal młodzieńczą sprawność Jego zasobnej pamięci, okazała łaskawość. Przez kilka godzin wsłuchiwaliśmy w historię życia kogoś, kto urodził się na kilkanaście lat przed wybuchem II wojny, przeżył mroki niemieckiej okupacji, po wojnie wykazał zdumiewającą pracowitość, którą godził z pasją polityczną i społeczną.
Historię swego życia przekazywał nam głosem zaledwie nieco spowolnionym i przyciszonym, przerywanym nie częstymi chwilami zastanowienia się nad jakimś detalem. Nie krył zgorzknienia bezrozumną mściwością prawicowej władzy, która ludzi Jego – naszego – pokroju chce pozbawić honoru oraz prawa do życiowej satysfakcji. Ucieszył się, że zamierzamy, to co przeżył, utrwalić w spisanym słowie, i przechować na lepsze czasy.
Kilka dni później odwiedziłem Hieronima Andrzejewskiego w Jego niewielkim mieszkaniu, w nieco postarzałym nieźle utrzymanym budynku spółdzielczym na ulicy Cześnikowskiej. Już od samego progu rzuciła się mi w oczy skromność materii, pośród której zamieszkuje.
Nieco archaiczna faktura oraz kolorystyka wypełnienia lokum kreowały klimat swoistej kapsuły czasu: uwięzienia – miałem takie wrażenie – gdzieś pośród lat siedemdziesiątych minionego wieku. Przy kuchennym stole, gdzie przysiedliśmy, odczytałem na głos – wzrok ma słaby – tekst naszej rozmowy. Wnosząc kilka niewielkich poprawek, zaakceptował treść.
Z każdą chwilą konwersacji, którą wiedliśmy, intuicja podsuwały mi poczucie sączenia się i obecności bolesnego rozdarcia pomiędzy rzucającą się w oczy skromnością tego człowieka, godnym naśladowania i szacunku wypełnieniem Jego życia, a zakusami politycznych nikczemników, skazujących całą pamięć, jaką posiadł – wszystko co niegdyś zawodowo i społecznie czynił – na poniewierkę i zapomnienie.
Trzymam się nadziei, że pomimo właściwej demokracji wielości poglądów i opinii, nic nie jest w stanie tej pamięci zszargać: żadne zawirowania zmiennego biegu polityki oraz knowania szubrawców piszących od nowa polską historię. Niniejszy zapis znaków życia Hieronima Andrzejewskiego, skromny, ściśnięty do ośmiu – dziewięciu stron maszynopisu, więc w sposób oczywisty niepełny – naszkicowany zaledwie – poczytuję sobie za zaszczyt.
Moje przedwojnie
Urodziłem się w podpoznańskim Luboniu w pamiętnym roku zamachu majowego Piłsudskiego – 1926. Większość mego rocznika zdążyła już opuścić ten świat. Niezliczona część odeszła za przyczyną okrucieństw sześcioletniej wojny i okupacji, później skutkiem bezlitosnych decyzji matki natury.
W przedwojennej, najmłodszej odsłonie życia nie potrafiłem wyobrazić, jak potoczy się moja przyszłość. Marzenia i plany nie zdołały jeszcze nabrać wyraźnych konturów. Nasza rodzina – mama i czworo dzieci – zadawalała się skromnym pokojem z kuchnią. W domu nigdy nie się przelewało. Na lepsze lokum nie było nas stać.
Nawet ciotka, u której przez pewien czas zamieszkiwaliśmy, nie należała do bezinteresownych – życie było ciężkie. Nasze skromne menu wspomagaliśmy zdrowym, tłustym mlekiem od kozy, którą mama trzymała przy domu. Wiedziała, że w odróżnieniu od mleka krowiego, kozie nie toleruje prątków gruźlicy, co było dodatkowym atutem, przemawiającym na korzyść jego picia. Zresztą innej opcji wtedy, zwłaszcza potem w dobie okupacji, nie było.
Zanim wybuchła wojna zdołałem ukończyć sześć lat obowiązkowej nauki w podstawówce. Uczyłem się dobrze. Szkoła, jak się potem okazało i o czym nie zdołałem się już w porę dowiedzieć, dała mi skierowanie do gimnazjum, do którego można były uczęszczać po sześcioletniej nauce w szkole podstawowej.
Dobrze zapowiadającą się przyszłość – nobilitującą naukę w gimnazjum, na koszt państwa – przerwała wojna.
Wojna i okupacja
Miałem trzynaście lat kiedy wybuchła ta okropna wojna. Obrazy i wrażenia, które wyniosłem z owego, ciągnącego się sześć długich lat okresu, najchętniej wymazałbym z pamięci. Jest to jednak niemożliwe.
Ciągle uwierają. W wieku lat trzynastu i pół zacząłem pracować w firmie budowlanej należącej przed wojną do polskiego właściciela Urbaniaka. Siedziba firmy znajdował się na drodze Dębińskiej – jeszcze stoi willa, w której się mieściła. Po zajęciu Poznania przez Wermacht została przejęta przez władze niemieckie. Do pracy został mnie niemiecki Arbeitsamt w lutym 1940 roku. Podobnie jak inni pracujący Polacy otrzymywałem skromne wynagrodzenie za dwunasto godzinną codzienną harówkę – w niedzielę pracowaliśmy osiem godzin.
Robota była ponad siły dziecka, którym byłem. Skutkiem nadmiernego wysiłku często leciała mi krew z nosa. Początkowo wykonywaliśmy prace w budynku obecnego Urzędu Miasta na placu Kolegiackim.
Obiekt dostosowywaliśmy do wymogów nowych, niemieckich władz Poznania. Należało odpowiednio przerobić wszystkie pokoje – zrywaliśmy zużyte linoleum, kładąc potem parkiet; rozbieraliśmy stare piece kaflowe, stawiając w ich miejsca nowe.
W budynku urzędował przez pewien czas Arthur Greiser, przed tym, zanim przeniósł swoją siedzibę do Zamku. Jedną z mych ostatnich okupacyjnych robót była budowa domów mieszkalnych na ulicy Marcelińskiej, potem, przez pół roku, aż do wyzwolenia, na Cytadeli przy różnych pracach budowlanych na strzelnicach, na których testowano broń strzelecką produkowaną przez poznański „DWM” – „Deutsche Waffen und Munitionsfabriken A.G”.
Przy Każdym wejściu na teren poznańskiej twierdzy uprzedzano nas, że wolno nam patrzeć wyłącznie przed siebie. Z uwagi na wojskowy charakter obiektu, rozglądanie się było kategorycznie zabronione – ciekawość mogła skończyć się śmiercią. W grudniu 1944 roku byłem mimowolnym świadkiem przyjazdu na Cytadelę Gauleitera, Arthura Greisera, który przybył – jak się później dowiedziałem – odebrać gotowość twierdzy do obrony przed zbliżającymi się wojskami radzieckimi. O wizycie dowiedzieliśmy się od pilnujących nas Niemców.
Kazali nam na ten czas wejść do podziemi, gdyż jako Polacy nie byliśmy godni oglądania hitlerowskiego dostojnika. Sprawa potoczyła się w moim przypadku zaskakująco inaczej: nadzorujący nas polski kierownik, żyjący w znakomitej komitywie z ważnym niemieckim urzędnikiem z DWN, polecił mi wybić sęki w ścianie swego służbowego pomieszczenia.
Dzięki tej operacji dane było kilkuosobowej grupie Polaków, łącznie ze wspomnianym kierownikiem, obserwować oficerów SS oraz samego Greisera, zapoznających się z walorami obronnymi poznańskiej twierdzy.
Mroźny styczeń
U progu wojny, o czym już wspomniałem, miałam trzynaście lat, kiedy wojenny koszmar dobiegał końca lat dziewiętnaście. Któregoś dnia mroźnego stycznia 1945 roku zauważyłem w Luboniu pierwszych Rosjan, atakujących pozycje niemieckie. Z bezpiecznego miejsca i odległości obserwowałem nieosłoniętych żołnierzy, biegnących do ataku na wprost, padających od kul dobrze ukrytych za domami Niemców. I to była śmierć prawdziwa, nie ta, jaką oglądamy na filmach wojennych.
Nieopodal ujrzałem dwie umundurowane kobiety – żołnierki – mocujące się z kablem telefonicznym, który w widocznym trudzie oraz pośpiechu rozwijały z podwieszonego na plecach bębna. Wiedziony impulsem niesienia pomocy podbiegłem do nich.
Ich czarne, grube i twarde od mrozu oraz wojennego brudu palce nie radziły sobie z zapętleniem drutów. Szybko i sprawnie udało mi się im pomóc. Miałem niejaki kłopot z dogadaniem się, gdyż nie znałem rosyjskiego. Zrozumiałem, że zamierzają biec w kierunku pola, które rozpościerało się za trzecią, widoczną nieopodal chałupą, za którą byli okopani Niemcy.
Wokół latały kule, bieg w tym kierunku oznaczał pewną śmierć. Gestykulując, udało mi się je przekonać, że mają pochylić się i biec za mną ku nieodległej skarpie opadającej w kierunku Warty. W akcie męskiej solidarności zarzuciłem na plecy ciężki bęben ze zwojem drutu.
Skryci za naturalną osłoną parliśmy troje do przodu. Udało nam się wkrótce dotrzeć do sporej kępy krzaków, w której w mrozie i śniegu ukryty był ruski obserwator – zwiadowca, niecierpliwie oczekujący na dostawę przedmiotu naszej mordęgi. Żołnierki szybko wyjaśniły mu moją „bohaterską” rolę, poczynioną w akcie udrożnienia wojennej komunikacji. Nie zapomnę, jak mnie wyściskały.
Ściemniało się. Pośród zimnego mroku wracałem biegiem do rodziny, do domu, u progu którego niespodziewanie natknąłem się na żołnierza z pepeszą. Zatrzymał mnie, pytając co tu robię. Odpowiedziałem, że mieszkam – tu jest moja rodzina, mój dom. Zrozumiał, przepuścił machnięciem ręki, pokazując, że matka poszła w kierunku fabryki.
Pojąłem, że mama oraz bracia podążyli do sąsiadki mieszkającej w przyfabrycznej kamienicy. Pobiegłem. Szczęśliwie zastałem wszystkich, w tym zapłakaną mamę przekonaną, że pewnie zginąłem. Zostałem zaskoczony obecnością kogoś jeszcze, mianowicie radzieckiego żołnierza, pichcącego na piecu kolację, której ponętna woń, za sprawą sześcioletniej okupacyjnej mizerii, pozostawała dla mnie odległym wspomnieniem. Okazało się, że sąsiedni pokój zajmują radzieccy pułkownicy, zaś trudzący się przy kuchennym piecu żołnierz jest ich kucharzem, przygotowującym wieczorny posiłek.
Mama wyjaśniła oficerom kim jestem. Przyjacielskim gestem zaprosili nas do stołu, na którym wylądował spory półmisek z wonnym mięsiwem, na widok którego zbaraniałem, gdyż czegoś takiego nie widziałem i nie jadłem od lat. Wygłodzony, zostałem na wstępie poddany nieznanej mi żołnierskiej ceremonii, polegającej na wypiciu przed posiłkiem szklanki wódki.
Nie sposób było odmówić. Alkohol okazał się być zmarzniętym spirytusem. Temperatura trunku złagodziła trud przełknięcia. Wygłodzony i niezaprawiony w boju żołądek zareagował niemal natychmiast.
Jak szybko wypiłem, tak szybko padłem, bez skosztowania dania mięsnego. Dowiedziałem się potem, że położono mnie do łóżka, a radziecki lekarz towarzyszący oficerskiej gromadzie nie stwierdził nic poważnego, poza typowo alkoholową reakcją młodego i wygłodzonego organizmu.
Za przyzwoleniem oficerów doceniających mą bohaterską postawę, odbiłem to sobie na następny dzień: mnie oraz resztę domowników zaproszono do wypasionego stołu. Do naszego domu zdołaliśmy powrócić dopiero po pięciodniowym pobycie w piwnicy u sąsiadki, właściwie bez wyżywienia – wokół trwały walki.
Tu należy wyjaśnić, że posuwający się ku Poznaniowi od południa odcinek frontu zatrzymał się na parę dni w Luboniu. Piechota, która jako pierwsza, po sforsowaniu Warty przedarła się w tę okolicę i umocniła w tutejszych budynkach fabrycznych, oczekiwała na posiłki, zwłaszcza na wsparcie czołgów.
Wracaliśmy w domowe pielesze korzystając z chwili względnego spokoju. Ku naszemu zdziwieniu stwierdziliśmy, że stacjonuje w nim młody radziecki oficer z kilkoma innymi żołnierzami, znający, jak trafnie wywnioskowała mama po leżącej na stole książce, język niemiecki.
Wojak, zaskoczony językiem, w którym mama zwróciła się do niego – nie znaliśmy rosyjskiego – poprosił, aby przygotowała ciepłą zupę. Oświadczył, że przez pięć dni posilali się wyłącznie zmarzniętym chlebem. Nasze zdziwienie żołnierską prośbą było ogromne.
Pytanie brzmiało, z czego upichcić ciepłą strawę. Wprawdzie w domu było trochę marchwi i pory, na zupę za mało. Na odpowiedź nie był trzeba długo czekać: i oto po chwili zjawił się na stole przytargany z zewnątrz, zamarznięty na kość ogromny indyk, do ugotowania którego, z uwagi na wielkość ptaka, należało zastosować kocioł do prania. Po ugotowaniu wojacy zaprosili nas do wspólnego, ponętnie pachnącego posiłku.
Jakież było nasze zdziwienie, kiedy oficer zdecydowanym ruchem oderwał ociekające indyczym rosołem wielkie indycze nogi, podał mi oraz siostrze, część piersi wręczył młodszemu bratu.
Mama skonfundowana żołnierskim gestem podniosła krzyk, abyśmy nie jedli, tłumacząc oficerowi – po niemiecku – że dorodne kawały mięsa należą się im, umęczonym sołdatom, my zaś zadowolimy się gorącą zupą, która i tak będzie dla nas prawdziwą ucztą.
Nigdy nie zapomnę słów oficera wyjaśniającego ten zaskakujący gest: my też mamy rodziny oraz dzieci, zostawiliśmy je w domu. Zastanawiamy się nieustannie, co się z nimi dzieje: czy żyją, czy są zdrowi, czy mają co jeść. Jesteśmy zadowoleni, że możemy podzielić się z wami – nie naszymi dziećmi; czyż nie jest to tak jakbyśmy częstowali swoje dzieci ? Ciepły i pachnący rosół z indyka, z makaronem sporządzonym z kostki sprasowanego produktu dobytego z żołnierskich zapasów, to dla nas i tak wielki rarytas.
Uczty tej nie zapomnę do końca życia. Co dziwne, po nasyceniu żołądka indyczą nogą, dopiero poczułem głód. I to był mój początek powrotu do normalności. Doświadczenie, o którym wyżej, wpoiło we mnie szacunek do Rosjan.
Zapamiętałem żołnierzy, których poznałem, oraz obserwowałem jak atakowali Niemców, padali i umierali na moich oczach, jako żywy fragment narodu, który nas ocalił i wyzwolił od koszmaru niemieckiej okupacji. Jestem już stary, nie potrafię zrozumieć, jak można we współczesnej mi Polsce z tak bezrozumną łatwością pomiatać ich pamięcią.
Po wojnie
Miałem wrodzoną pasję działania. Chcąc włączyć się w Luboniu do stanowienia powojennego porządku, zamierzałem, w pierwszym odruchu, dołączyć do szeregów milicji. Zamysł ten szybko mi wyperswadowano, tłumacząc odmowę brakiem obejścia z bronią, a czasu na szkolenie nie ma.


Komendantem PW – „Przysposobienia Wojskowego” na Luboń był starszy sierżant zawodowy wojska polskiego. Wczesno powojennym dziełem komendanta było zorganizowanie w Luboniu trzech hufców tej organizacji. Poprosiłem go o przyjęcie, skutkiem czego zostałem skierowany do hufca w Luboniu.
Dzięki szkoleniowym sukcesom mego zespołu, oraz osobiście mym, zostałem zauważony przez komendanta. Zaczęto mnie stawiać jako przykład osiągania wzorowych wyników szkolenia. Przy najbliższej okazji pożaliłem się – wyznałem mu, że „nie mam szkoły”, a bardzo chciałby się uczyć – jak wcześniej wspomniałem ukończyłem przed wojną sześcioletnią podstawówkę.
Mój protektor uświadomił mi, że w Poznaniu działa towarzystwo „OMTUR „ – „Organizacja Młodzieżowa Towarzystwa Uniwersytetów Robotniczych”, której korzenie sięgają Polski przedwojennej: zostało założone na obszarze II RP po I wojnie światowej. Moją szansą było ukończenia przedwojennej podstawówki, w której nauka trwał sześć lat, jako sfinalizowania nauki na powojennym poziomie siedmiu klas.
Powojenna mizeria
Dzięki staraniom mego lubońskiego opiekuna znalazłem się w poznańskiej siedzibie OMTUR-u, gdzie otrzymałem propozycję wyjazdu do Warszawy na trzymiesięczne szkolenie dla młodych ludzi. Wyjaśniono mi również, że wyjazd jest równoznaczny z urlopowaniem z hufca, a mama będzie otrzymywała pieniądze na utrzymanie jej oraz młodszego rodzeństwa.
W warunkach powojennej mizerii sprawa ta była niezwykle ważna. Zgodziłem się podjąć wyzwanie. Z przedwojennej nauki zapamiętałem wiszącą w szkole fotografię, znajdującego się w Warszawie … pierwszego w Polsce „drapacza chmur” (Prudential).
Marzyłem wtedy sobie, że kiedy dorosnę, zaoszczędzę pieniądze po to, aby pojechać do stolicy i na własne oczy zobaczyć belweder, zamek królewski oraz nasz, polski „drapacz chmur”.
Kiedy krótko po wojnie, latem 1945 roku, znalazłem się w Warszawie, uległem bolesnemu rozczarowaniu. Budynki stanowiące przedmiot mego dziecięcego marzenia o nasyceniu oczu ich widokiem stały, poza Belwederem, w ruinie. To co z nich ostało znaczyło zaledwie pogruchotany ślad niegdysiejszego znaczenia i świetności.
Bezkres ruin
W niczym nie różniło się od bezkresu ruin stolicy. Dało się zauważyć znaki postępującej z wolna odbudowy. Zrządzeniem szczęśliwego losu znalazłem się w innym świecie, różniącym się o trzysta sześćdziesiąt stopni od tego, który dotąd znałem. Powoli zacząłem rozumieć, że otwiera się przede mną szansa być kimś, bez presji biedy i potworności niedawnej okupacji.
Szkolenie zapamiętałem jak nadzwyczaj interesujące i pożyteczne. Mieliśmy np. kilka spotkań z premierem Osóbką – Morawskim, który naświetlił nam perspektywy, jakie otwiera przed młodzieżą nowa Polska. Opowiadał także szczegółowo o kierunkach odbudowy kraju oraz jego gospodarki.
Wyjaśnił nam, ludziom młodym, czym jest socjalizm, czym kapitalizm, co w tamtych warunkach głęboko zapadało w pamięci i przenikało z wolna do dojrzewającej świadomości.
Nie ulega wątpliwości, że szkolenie miało zasadniczo charakter polityczny. Z tego co mówił premier zapamiętałem: „socjalizm pracuje dla ludzi, zaś kapitalizm żyje z ludzi”. Zostaliśmy również bardzo ciepło przyjęci w Belwederze przez Bieruta oraz przez obecnego tam marszałka Rokossowskiego.
Zapamiętałem świetną polszczyznę marszałka, czym byłem zdziwiony, gdyż wiedziałem, że jest oficerem radzieckim. Tu muszę gwoli wyjaśnienia coś dodać: otóż podejmując próby wartościowania polskiej wersji socjalizmu, należy na przykład i zwłaszcza pamiętać, że powojenna Polska była jedynym krajem w „rodzinie demoludów”, który, pomimo wczesno powojennych prób, w tym stosowania przymusu, finalnie nie skolektywizował w pełni rolnictwa.
Pozostawiono ponad połowę areału rolnego w rękach prywatnych gospodarzy. Były też inne ważne różnice. Myślę, że chociażby ten przykład oznacza, że nie byliśmy bez reszty zniewolonym klonem Związku Radzieckiego, jak wielu dzisiaj maniacko twierdzi. Pomimo mroków i powikłań kilkuletniej epoki stalinizmu, osiągaliśmy ważne sukcesy; po 1956 roku podążaliśmy zasadniczo własną, polską drogą.
Tak oto, jako człowiek bardzo młody, nie w pełni wyedukowany, pewnie niekiedy naiwny, lecz nade wszystko ideowy, dojrzewałem do lewicowości – w niedalekiej przyszłości jako członek ZMP oraz, krótko po 1948 roku PZPR.
Ze szkolenia w Warszawie powróciliśmy ze szczerym zamiarem organizowania w Luboniu komórki OMTUR-u. Polityczna edukacja w stolicy utwardziła w nas wolę działania; nauczyło sposobów realizowania zadań i osiągania celów. Było to ważne, gdyż wielu młodych oczekiwało pokierowania nimi, również naświetlenia i uświadomienia ścieżki przyuczania do zawodu. Luboń nie był wielkim miastem, miał jednak nadzwyczaj spory potencjał gospodarczy – trzy duże fabryki, co stanowiło to swego rodzaju wyjątek w skali nie tylko województwa. Przedwojenne lubońskie „Ziemniaki”, oraz pozostałe fabryki, miały czerwone zabarwienie.
Należy tu dodać, że w międzywojennym Luboniu oraz okolicznych wsiach panoszyło się niewyobrażalne bezrobocie. Z dzieciństwa dobrze zapamiętałem tłumy bezrobotnych oblegające luboński zakład w czasie sezonu skupu i przeróbki ziemniaków.
Roboty nie starczało dla wszystkich – pierwszeństwo mieli fortunni posiadacze odpowiedniego zaświadczenia od proboszcza, o czym donośnie komunikowano podczas naboru.
Wydeptana świetlica
Krótko po wojnie udało mi się wydeptać ścieżkę do otwarcia na terenie zakładu pierwszej w Luboniu świetlicy, która umożliwiła nam organizację zebrań oraz szkoleń młodzieży.
W „Ziemniakach” tętniło życie polityczne; działała PPR oraz ZWM. Dziewczyna mianowana na świetlicową należała do PPS. Wkrótce wyraziła wolę wstąpienia do OMTUR. Skutek mych zabiegów był taki, że podczas pierwszego, założycielskiego zebrania koła organizacji sala okazała się być za mała.
Zacząłem czynić starania o przyciągnięcie młodzieży z pozostałych fabryk. Rozrastaliśmy się w szybkim tempie, z miesiąca na miesiąc, skupiając młodzież z Lubonia, Żabikowa oraz Lasku. Udało się wygospodarować i ożywić kilka kolejnych świetlic – w „Ziemniakach” był już nam za ciasno. W Puszczykowie założyłem koło funkcjonujące na bazie prywatnego lokalu, w domu należącym do właściciela, członka PPS. Założyłem również koło OMTUR w Mosinie.
W tym samym czasie pracowałem w wielu miejscach na kolei, między innymi przy telefonizowaniu oraz naprawie i modernizowaniu torów linii kolejowej w kierunku Poznania. Pracami kierował wiekowy, przedwojenny toromistrz. Jest swoistą ciekawostką, że w kwietniu 1945 roku kolejowe związki zawodowe ogłosiły krótkotrwały strajk. Kością niezgody okazał się być rozdział paczek z UNRY, które niekiedy otrzymywaliśmy w miejsce poborów; te z lepszą zawartością, jakoś dziwnie, trafiały do lepiej posadowionych w zarządzie kolei. Szybko zrobiono z tym porządek; poleciały głowy. Paczek odtąd nie dzieliła dyrekcja, ale związek zawodowy, co w powszechnym mniemaniu pracowników było rozwiązaniem sprawiedliwym.
OMTUR istniał i działał do zjednoczenia wcześniej działających w Polsce związków młodzieży, które nastąpiło w lipcu 1948 roku podczas zjazdu zjednoczeniowego we Wrocławiu. Zostałem wybrany delegatem na ten zjazd. Tego samego roku ożeniłem się. Skutkiem rozmaitych perturbacji mieszkaniowych – o lokum było ciężko – zamieszkałem z żoną w 1948 roku w Puszczykowie, w domu należącym do wybitnego, przedwojennego fachowca i rzeczoznawcy od kotłów parowych. Jak na osobę decyzją administracyjną dokwaterowaną z żoną do jego własności, przyjął mnie i zaakceptował jako sąsiada w sposób zaskakująco ciepły. Przeprowadzka do Puszczykowa skomplikowała godzenie obowiązków pracowniczych – pracowałem na kolei, w późniejszym ZNTK – z pełnieniem w sposób efektywny społecznej funkcji szefa ZMP w Luboniu. Poprosiłem o zwolnienie z obowiązków. Miałem już wtedy godnych następców. W 1949 roku objąłem społeczną funkcję przewodniczącego Zarządu Powiatowego Związku Młodzieży Polskiej w Poznaniu. W tym czasie wstąpiłem do PZPR. Funkcje przewodniczącego ZMP na Powiecie Poznańskim piastowałem nieco ponad rok, po czym, z uwagi na nawał odpowiedzialnych obowiązków w pracy na kolei, nie byłem w stanie dalej jej realizować. Dodam, że wcześniej podjąłem edukację z zamiarem zdobycia tytułu technika, i zdania matury, na kursach organizowanych przez OMTUR. Moje przywiązanie do „konkretnej roboty” spowodowało, że nie przyjąłem propozycji awansu: zamierzano skierować mnie na stanowisko wiążące się z tzw. pracę papierkową – chciano powierzyć nobilitującą w tym czasie posadę dyżurnego ruchu. Ten rodzaj roboty mi nie leżał. Pociągała mnie praca na warsztacie, konkretna i bliska ludzi.
Po negocjacjach z Naczelnikiem zostałem skierowany do w rozdzielni narzędzi Kolei (ZNTK), gdzie szybko awansowałem na stanowisko kierownika, które zamieniono wkrótce na tytuł mistrza.
Wewnętrzne decyzje kadrowe
Co ciekawe, awans ziścił się skutkiem rekomendacji mego bezpośredniego szefa, przyzwoitego człowieka, działacza przedwojennej endecji. Dreszcze mnie przeszły, kiedy zakomunikowano, że mam przejąć stanowisko starego przedwojennego fachowca od narzędzi, pana Kramskiego, który z uwagi na podeszły wiek winien dawno przejść na emeryturę.
Polityka w tamtym czasie – zaraz po wojnie – odzwierciedlała się w również w wewnętrznych decyzjach kadrowych. Np. z funkcji kierowniczych nie odwoływano przedwojennych fachowców, którzy przed wojną specjalnie nie przeszkadzali we włączaniu się robotników do organizacji pochodów pierwszomajowych.
Zarówno narzędziownia jak i kotlarnia były uznawane za ogniwa kluczowe. Tylko te dwa działy dostawały dodatki. Już od czasów przedwojennych narzędziownie postrzegano jako … „dział inteligencki”.
Szybko wrosłem w powierzone mi obowiązki, zostałem zaakceptowany i polubiony przez podległych mi pracowników. Uczyłem się od nich pracy.
Tak jak potrafiłem zabiegałem o doskonalenie kwalifikacji; z opóźnieniem, bo dopiero w drugiej połowie lat pięćdziesiątych, zdołałem ukończyć Technikum Kolejowe.
Dodam, że wcześniej nauki nie udało się mi sfinalizować, ponieważ na ostatni rok tego cyklu nauczania w OMTUR zgłosiło się za mało chętnych. Zamieszkałem w Poznaniu.
Kolej modernizowała się: rozpoczęto stopniowe przestawianie się z parowozów na lokomotywy spalinowe, potem na trakcję elektryczną. Władze w Warszawie uznały, że pierwszy zakład naprawczy „spalinówek” zostanie uruchomiony w Poznaniu. To była całkowicie nowa jakość, za którą musiałem podążyć. W ZNTK pojawił się nowoczesny oddział obróbki cieplnej.
Zostałem mianowany na w nim na stanowisko starszego mistrza. Nowość ta bardzo mnie pociągała, stawiała nowe wyzwania. Przejście na emeryturę, które nastąpiło z początkiem lat osiemdziesiątych, otwarło mi możliwości szerszego udziału w działalności politycznej i społecznej.
Tuż przed zakończeniem pracy zawodowej zostałem wybrany w ZNTK delegatem na dziewiąty Zjazd PZPR, na którym otrzymałem nominację na członka Komitetu Centralnego.
Wydarzenie to wpisywało się w mej ojczyźnie w gorący czas kryzysu gospodarczego: osłabiania kraju wzbierającymi w siłę strajkami oraz restrykcjami Zachodu ustanowionymi w odpowiedzi na stan wojenny. Odczuwało się sączenie fundamentalnych przemian.
Klimat nieuchronności
Rosło społeczne niezadowolenie. Coraz wyraźniej dawała o sobie znać postępująca erozja siły Partii. Wszystko to tworzyło klimat nieuchronności zmian, których postaci oraz rozmiarów nie dało się jeszcze w tamtym czasie przewidzieć.
W partyjnej robocie pomagała mi działać i przetrwać głęboka wiara w ideały socjalizmu, utwardzająca drogę, na którą wstąpiłem zaraz po wojnie, i od której nigdy radykalnie się nie oddaliłem. Zahartowałem się. Status członka Komitetu Centralnego PZPR, więc kogoś z tzw. góry władzy, narzucał mi cały szereg obowiązków.
Status ów, który dzierżyłem przez cztery lata, nie był łatwym, ani lukratywny, jakby co niektórzy skłonni byli sądzić. Jeżdżąc nieustannie pomiędzy Poznaniem a Warszawą uczestniczyłem w pracach kilku partyjnych komisji, których najbliższą była mi komisja historyczna. Przywiązanie do historii osadziło się we mnie głęboko i cały czas daje o sobie znać.
Byłem zaangażowanym współtwórcą i poniekąd współgospodarzem Sali Tradycji Ruchu Młodzieżowego w Poznaniu, której zbiory gościły przez całe lata w poznańskim Zamku. Usunięte potem na fali mściwego i bezmyślnego odwetu nowej władzy, nie uległy pełnemu rozproszeniu, ani zapomnieniu. Pewna, niemała część, ocalała. Znalazła dobrych opiekunów, co ogromnie mnie cieszy i syci nadzieją na stare lata.
Kiedy w pierwszej dekadzie lat dwutysięcznych Mieczysław Rakowski wydawał swój znakomity miesięcznik „dziś, przegląd społeczny”, bezmyślnie bojkotowany przez „RUCH”, jeździłem po wielokroć do Warszawy, do siedziby redakcji miesięcznika, skąd targałem do Poznania pełną walizkę zakupionych – po „cenie hurtowej” – egzemplarzy tego mądrego wydawnictwa.
Miałem komplet wiernych i zaciekawionych odbiorców miesięcznika. Z upływem lat oraz zmian w polityce dawne postacie politycznej aktywności oddalały się ode mnie z wolna. Działam jednak nadal: uczestniczę w pracach Rady Miejskiej Sojuszu Lewicy Demokratycznej w Poznaniu.
Nie była w stanie zniszczyć mnie wojna i niemiecka okupacja – codzienna dwunastogodzinna harówa na budowach pod nadzorem niemieckich panów. Zahartowałem się w powojennej pracy na kolei – w ZNTK w Poznaniu, oraz w społecznej robocie: w związkach młodzieży, potem w działalności partyjnej, którą realizowałem wedle najlepszej wiedzy i woli.
Zawsze z ludźmi i blisko ludzi. Ufano mi, a ja tego zaufania nigdy nie zawiodłem.
Zgorzknienie dopadło mnie dopiero na starość. Nie potrafię zrozumieć i zaakceptować niszczącej siły dobywanej z przysłowiowego dna polskiego piekła, która próbuje deprecjonować pamięć ludzi mego ideowego pokroju i politycznego wyboru. Wiara Polaków w czynione przez rządzącą prawicę polityczne i historyczne gusła zasmuca.
Pomimo bliskości ludzi przyjaznych nęka mnie uczucie osamotnienia. Staram się zachować cień nadziei na przyszłą odmianę. Czy dożyję, to inna sprawa

Iracka młodzież krzyczy: mamy dość!

O tym, dlaczego Irak po 2003 r. nie tylko nie zbudował demokracji, ale w dodatku systematycznie osuwał się w spiralę korupcji i przemocy, jak w zniszczonym kolejnymi konfliktami państwie rodzi się społeczeństwo obywatelskie i dlaczego trwające od jesieni protesty uliczne ciągle nie mają przywódców z Tomaszem Rydelkiem, analitykiem zajmującym się Bliskim Wschodem, autorem bloga „Puls Lewantu” i publicystą miesięcznika „Układ Sił” rozmawia Małgorzata Kulbaczewska-Figat (strajk.eu).

Na początku 2020 r. uwaga całego świata zwróciła się na Irak. Zabójstwo gen. Ghasema Solejmaniego wstrząsnęło Bliskim Wschodem, posypały się pytania: czy grozi nam wojna? Na razie konflikt regionalny nie wybuchł, ale przecież takie wydarzenie nie pozostaje bez konsekwencji. Jakie one będą?
Tak naprawdę jest zbyt wcześnie, by je oceniać. Zarysowują się jednak pewne tendencje, które warto obserwować. Przede wszystkim należy pamiętać, że obok Solejmaniego zginął także Abu Mahdi al-Muhandis – blisko powiązany z Iranem wiceszef Sił Mobilizacji Ludowej (PMU), który zwłaszcza w ostatnim czasie wielokrotnie występował w obronie niezależności PMU od rządu w Bagdadzie. Jeśli Solejmani pełnił rolę irańskiego „namiestnika” w Iraku, to Muhandis był de facto jednym z liderów stronnictwa pro-irańskiego w Iraku, człowiekiem z wewnątrz, który bardzo ułatwiał Irańczykom penetrację irackiej sceny politycznej, gospodarki i sektora bezpieczeństwa. Ich śmierć pokazała ogromne podziały, jakie występują w irackim społeczeństwie co do stosunków z Iranem.
Po amerykańskim ataku iracki parlament podjął decyzję o zobowiązaniu rządu do wyrzucenia z Iraku Amerykanów. Nie zdecydował się na podobne wystąpienie pod adresem Iranu.
Tyle, że podczas tego parlamentarnego głosowania politycy z partii sunnicich i kurdyjskich zbojkotowali obrady. A nawet i szyiccy politycy nie stanowili monolitu, który jednoznacznie odpowiedziałby się po stronie Iranu. Przykładowo członkowie Sojuszu Zwycięstwa, na którego czele stoi były premier Hajdar al-Abadi w większości nie poparli rezolucji. Podobnie mieli zachować się ich koledzy z Państwa Prawa – koledzy, bo SZ i PP to dwie frakcje jednej partii Zew Islamu. Do tej pory nie jest zresztą jasne, czy rezolucja w sprawie wyrzucenia Amerykanów z Iraku, została podjęta w obecności wymaganego kworum. Niektóre relacje sugerują, że doszło do fałszerstwa ze strony Fatahu.
Zabójstwo Solejmaniego i Muhandisa zaprowadziło ogromny ferment wśród irackich elit politycznych, stworzyło realną szansę na wybuch wewnętrznych walk. Obaj zabici tworzyli duet, który zapewniał ścisłą koordynację działań między Iranem a proirańskimi frakcjami PMU. Spory między proirańskimi formacjami łagodził Muhandis. Gdy jego i Solejmaniego zabrakło, poszczególne grupy PMU zaczęły – jak się wydaje – kłaść nacisk na większą niezależność. Przykładowo Kata’ib Hezbollah zaczął grozić, że jeśli rząd nie wyrzuci Amerykanów z Iraku, to oni zrobią to siłą. Taka samowolka nie jest wcale na rękę Teheranowi, gdyż Waszyngton nie rozróżnia działań milicji na te oddolne i te inspirowane z góry. Wszystkie ich działania zostaną uznane za akty agresji ze strony Iranu.
Tak było zresztą w przypadku ataku na ambasadę USA w Bagdadzie, gdzie znaczną część napastników stanowiły osoby powiązane z Kata’ib Hezbollah, ale odwet został wzięty na Iranie. Dlatego priorytetem nowego dowódcy sił al-Kuds, gen. Esmaila Ghaaniego, będzie odzyskanie kontroli nad irackimi milicjami. Jedno koncyliacyjne spotkanie przywódców PMU już się w Iranie odbyło.
Walki wewnętrzne teraz mogłyby okazać się dla irackiej elity zabójcze. Podziały w jej łonie to jedno, a druga sprawa to ludowa rewolta przeciwko całej klasie politycznej, która trwa od jesieni. Uczestnicy ulicznych protestów nie popierają żadnej parlamentarnej frakcji, tylko żądają, by odeszli wszyscy politycy, bo wszyscy są jednakowo skorumpowani i skompromitowani.

Dlatego po pierwszym szoku w irackiej elicie politycznej nastąpiła konsolidacja. Muktada as-Sadr, który kilka tygodni wcześniej odmówił udziału w formacji nowego rządu, spotkał się ostatnio z Hadim Amirim, przywódcą pro-irańskiego Fatahu i następcą Muhandisa na stanowisku zastępcy szefa PMU. Według niepotwierdzonych informacji obaj mają pracować nad tym, aby utrzymać na stanowisku premiera Adila Abd al-Mahdiego. Tego samego, który podał się do dymisji po masakrach protestujących, do których doszło pod koniec listopada 2019 roku. Protestujący go nienawidzą, ale wybór innego kandydata okazał się praktycznie niemożliwy. Gdy Fatah zaproponował oskarżanego o korupcję gubernatora Basry Asada Ajdaniego, prezydent Salih zagroził podaniem się do dymisji.
Ostatecznie nowym premierem został Muhammad Allawi, który oficjalnie został wskazany przez prezydenta Saliha, ale nieoficjalnie wskazuje się, że być może nominacja Allawiego była inspirowana przez Muktadę as-Sadra. To on błyskawicznie udzielił poparcia Allawiemu i kazał swoim stronnikom „przywrócić porządek”, co w praktyce doprowadziło do ataków ze strony Sadrystów na protestujących.
Kim są ludzie, którzy uczestniczą w protestach w Iraku? Co ich napędza, by ciągle protestować, chociaż są rozpędzani siłą, zatrzymywani, masakrowani?
Uczestnikami są przede wszystkim osoby młode, poniżej 30. roku życia, które nie pamiętają czasów Saddama lub zachowały z tego okresu tylko małe strzępki wspomnień. To właśnie te osoby uważają się za najbardziej pokrzywdzone kryzysem gospodarczym, jaki wybuchł w Iraku w 2015 r., gdy ceny ropy na światowych rynkach załamały się. Po zabójstwie Solejmaniego protesty na chwilę osłabły, ale 10 stycznia wybuchły na nowo. Zresztą większa część demonstrantów ucieszyła się z tej śmierci – wcześniej oskarżali bowiem PMU, sterowane przez Muhandisa i Irańczyków, o atakowanie protestów. Z drugiej strony inni protestujący zachowali dużo więcej wstrzemięźliwości i nie chcieli komentować całej sytuacji, chociaż gdybym miał szacować proporcje między tymi grupami, to zaryzykowałbym, że pierwszych było jednak nieco więcej.

Jesienią, gdy media światowe zaczęły szerzej pisać o tych protestach, niezmiennie określano je przymiotnikiem „spontaniczne”, akcentowano brak przywódców. Czy po kilku miesiącach walki wyłonili się choćby lokalni liderzy?
W wielu miastach pojawiają się lokalne komitety, które próbują sterować protestami, jednak ich autorytet nie jest duży. W ten sposób ich działalność ogranicza się przede wszystkim do organizacji zaopatrzenia w żywność, transportu i leków. Członkami komitetów często zostają byli wojskowi czy lokalni aktywiści. Swój autorytet protestującym próbował narzucić Muktada as-Sadr, ale bezskutecznie, podobnie jak Iracka Partia Komunistyczna (sojusznicy Sadrystów).
Brak liderów wynika zresztą nie tyle z podziałów między protestującymi, lecz z kwestii dużo bardziej pragmatycznej. Otóż siły bezpieczeństwa i – najprawdopodobniej – członkowie PMU porywali i zastraszali lokalnych aktywistów cieszących się szacunkiem ze strony demonstrantów. Dlatego ci zaczęli rezygnować z powoływania komitetów, uznając że mogą być one zbyt łatwym celem dla sił bezpieczeństwa. W ten sposób aparat represji de facto doprowadził do zachowania oddolnego i zdecentralizowanego charakteru ruchu protestacyjnego.
Sojusz Sadrystów i komunistów wygrał poprzednie irackie wybory parlamentarne. Aspirował do reprezentowania właśnie klas niższych, bezrobotnych, wykluczonych. Dlaczego teraz autorytet as-Sadra już nie działa?
Sadr zdaje się nie liczyć już w ogóle ze zdaniem protestujących. 24 stycznia 2020 r. Sadryści zorganizowali tzw. Marsz Miliona. Do udziału w nim wezwano wszystkich Irakijczyków, jednak protestująca od listopada młodzież odrzuciła „zaproszenie”, stwierdzając, że Sadr chce podstępem przejąć kontrolę nad ruchem protestacyjnym. Ten bojkot doprowadził do tego, że Sadr rozkazał swoim ludziom wycofać się m.in. z placu Tahrir w Bagdadzie, który stanowi centrum rewolucji. To bardzo poważny ruch, bo dotychczas to właśnie głównie Sadryści odpowiadali za obronę protestów. Zastanawiam się nawet, czy tego ruchu nie można odczytywać jako zachęty dla sił bezpieczeństwa do pacyfikacji protestów.
Jak daleko trzeba się cofnąć w przeszłość, by zrozumieć przyczyny obecnego kryzysu w Iraku – do wojny 2003 r. i obalenia Saddama Husajna, czy może jeszcze dalej?
Dla zrozumienia problemów gospodarczych Iraku wystarczy cofnąć się do momentu obalenia Saddama Husajna. Jednak obecne protesty chcą nie tylko uzdrowienia sytuacji gospodarczej w kraju, ale także politycznej. I tu już powstaje wyzwanie dla badaczy, bo sama wojna 2003 r. nie tłumaczy patologicznej skali przemocy w życiu tego nękanego wyznaniowymi podziałami państwa. Ona była już wcześniej i to na skalę niespotykaną chyba w żadnym innym państwie arabskim.
Said K. Aburish w swojej biografii Saddama Husajna próbował wytłumaczyć brutalność irackiej sceny politycznej sięgając aż do czasów starożytnych, do polityki władców Babilonii, Asyrii. Osobiście wydaje mi się, że byłyby to zbyt daleko idące rozważania. Moim zdaniem, kluczem do zrozumienia współczesnego Iraku są lata, gdy ziemie te wchodziły w skład Imperium Osmańskiego oraz atmosfera, w jakiej w jakiej kształtowało się Królestwo Iraku po I wojnie światowej.
Co się wtedy stało?
Osmanowie oparli swoją władzę o lokalnych sunnitów, powierzając im stanowiska w administracji, sądownictwie czy wojsku – jednocześnie alienując szyitów. Król Fajsal I, który objął tron Królestwa Iraku w 1921 r. starał odwrócić się ten trend i zbudować nić porozumienia między sunnitami, szyitami i Kurdami, lecz bezskutecznie. Podobną porażkę poniósł reżim baasistowski.
Porażka we wciągnięciu szyitów do życia politycznego kraju sprawiła, że szyicka opozycja skupiała się przede wszystkim wokół przywódców religijnych. Przedstawiciele rodzin Hakim czy Sadr, przewodzący opozycji przeciwko Saddamowi Husajnowi na południu Iraku, byli szanowanymi duchownymi. To wyjaśnia, dlaczego, gdy w 1979 r. wybuchła irańska rewolucja, szyicka opozycja w Iraku nawiązała tak bliskie relacje ze swoimi współwyznawcami w Iranie. To z kolei zaowocowało irańskim wsparciem dla szyickich milicji walczących z „amerykańskimi okupantami” po 2003 r.
Czy tego historycznego dziedzictwa nie da się przezwyciężyć? Dlaczego system, jaki powstał w Iraku po 2003 r., powtarza najgorsze błędy poprzedników – nadal stosuje przemoc, konserwuje podziały wyznaniowe i etniczne, a do tego zwyczajnie ignoruje nędzę, w jakiej żyją obywatele?
System polityczny, jaki powstał po obaleniu Saddama Husajna, był w dużej mierze wytworem środowisk emigranckich, które opuściły Irak w latach 70. czy 80. i wróciły do kraju dopiero po 2003 r. Każdy z dotychczasowych premierów Iraku przebywał co najmniej 20 lat na politycznej emigracji. Po tych 20-30 latach ci ludzie byli całkowicie oderwani od problemów, które targały Irakiem. Stąd wzięły się różne patologiczne pomysły. System muhassasa taifa (rozdział stanowisk wg podziałów religijno-etnicznych) został wymyślony właśnie przez emigrantów politycznych w 1992 r.
A korupcja na tak horrendalną skalę? Przecież nowe elity polityczne miały budować demokrację.
Myślę, że tak ogromna skala korupcji ma swoje korzenie właśnie w tym, że Irak nigdy nie wykształcił wspólnej tożsamości narodowej. Solidarność społeczna nie kształtuje się tam na poziomie narodu, lecz raczej poszczególnych grup etniczno-religijnych, partii politycznych, czy rodzin. W konsekwencji każda z tych grup dba przede wszystkim o swój własny interes. Na szczęście zaczyna się to powoli zmieniać, czego żywym dowodem są protesty na południu Iraku.
Były premier Hajdar al-Abadi, sprawujący to stanowisko od września 2014 r. do października 2018 r., zapowiadał walkę z korupcją, ale na zapowiedziach się skończyło. Dlaczego?
Problem premiera Abadiego polegał na tym, że najbardziej skorumpowana osobą w państwie był jego poprzednik, a jednocześnie kolega z partii Zew Islamu – Nuri al-Maliki. Gdyby ludzie Abadiego ujawnili skalę korupcji Malikiego, to oznaczałoby to koniec Zewu Islamu, który stanowił przecież nie tylko zaplecze polityczne Malikiego, ale także Abadiego. Poza tym Maliki miał i ma wielu sojuszników, którzy skorzystali na jego defraudacjach i nie pozwoliliby skazać Malikiego w obawie, że ich czekałby taki sam los.
Do tego trzeba pamiętać, że rządy Abadiego przypadły na okres walki z Państwem Islamskim, do którego sukcesów rękę przyłożył zresztą sam Maliki prowadząc politykę represji wobec ludności sunnickiej. Otwarcie nowego frontu antykorupcyjnego w takiej atmosferze było niezwykle trudne. W rezultacie reformistyczne zapędy Abadiego całkowicie wyhamowały.
Teraz wojna z Państwem Islamskim jest oficjalnie skończona, kalifat odszedł do historii. Faktem jest jednak również to, że nie wszyscy jego bojownicy zginęli czy dostali się do niewoli, a religijny ekstremizm nie został wypleniony.
Na pierwsze sukcesy IS złożyło się kilka różnych czynników. Całkowicie błędna, represyjna polityka premiera Nuriego al-Malikiego wpisała się w ogólny kurs marginalizacji ludności sunnickiej po 2003 r. Debasyfikacja przeprowadzona po 2003 r. nie była sama w sobie złym pomysłem, ale wykonano go fatalnie. Większość członków partii Baas stanowili szyici, jednak to właśnie sunnici (jako częściej zajmujący wyższe stanowiska w strukturach państwowych) padli głównymi ofiarami. W efekcie np. z armii usunięto wielu zdolnych oficerów, którzy pozbawieni perspektyw zaczęli się radykalizować – część z nich dołączyła potem do IS, znacznie zwiększając zdolności operacyjne grupy. W tym samym czasie regularna iracka armia raziła niekompetencją.
Państwo Islamskie nadal jest aktywne w wielu prowincjach Iraku, zwłaszcza w okolicach Kirkuku czy na pustyni, przy granicy z Syrią. W związku ze wzmożoną obecnością sił bezpieczeństwa na tych terenach jego możliwości działania są mocno ograniczone – zwłaszcza, że armia, PMU oraz ISOF przeprowadzają cyklicznie operacje antyterrorystyczne na terenach, gdzie zostanie zauważona obecność IS. Ale to nie bitność oddziałów samozwańczego kalifatu stanowiła o zagrożeniu, lecz głoszona przez tę grupę ideologia. By tę ideologię faktycznie wykorzenić, jest tylko jeden sposób: odbudowa kraju w duchu demokratycznym i z poszanowaniem wszystkich grup etniczno-religijnych, tak żeby nikt nie czuł się już w Iraku alienowany.
Czy do władz irackich to choćby w ograniczonym stopniu dociera? A może przeważa postawa, że protesty da się przeczekać i można będzie dalej utrzymywać status quo, korzystne tylko dla wąskiej grupy?
Irackie władze nie radzą sobie nie tylko z odbudową. Nie rozwiązują też szeregu problemów lokalnych, które będą powoli dawać coraz bardziej gorzkie owoce. Południe kraju nadal jest niestabilne i nie chce zaakceptować szerokich wpływów milicji powołanych do walki z kalifatem. Do tego pozostaje pogrążone w kryzysie gospodarczym, który jest ignorowany przez rządzących.
Północ? Póki co jest „stabilna”, ale tylko dlatego, że mamy tam zwiększoną obecność sił bezpieczeństwa – znowu w znacznej mierze szyickich milicji, które zakładają swoje kwatery np. w sunnickich prowincji Anbar czy Niniwa. Może i jakoś zwiększają bezpieczeństwo na tych terenach, ale równocześnie na wielką skalę zajmują się przemytem przez syryjską granicę czy handlem narkotykami z Iranu (te od kilku lat zalewają iracki rynek), ściąganiem haraczy czy innymi szemranymi interesami. Tak nie da się utrzymać porządku na terenach sunnickich, prędzej czy później mieszkańcy znowu zaczną protestować przeciwko rządowi, tak jak w czasach Malikiego. I nie można wykluczyć, że protesty znowu zakończą się zbrojnym powstaniem i przelewem krwi.
Jeśli w czymś widzę światełko w tunelu dla Iraku, to w osłabieniu Iranu, którego władze muszą teraz skupić się na tym, by samemu przetrwać amerykańskie sankcje i wewnętrzne niepokoje. Polityka zagraniczna Teheranu, zakładająca tworzenie transnacjonalnego sojuszu szyitów, w Iraku dodawała paliwa zabójczym antagonizmom etniczno-religijnym uniemożliwiającym myślenie w kategoriach całego społeczeństwa. Sami członkowie irańskiego wywiadu (vide tzw. The Iran Cables ujawnione przez The Intercept) przyznawali, że taki kurs alienował grupy sunnickie i kurdyjskie, wobec których podejmowano zaledwie działania o drugorzędnym charakterze. I koło się zamykało…
… gdyż faworyzowani szyici uderzali w sunnitów, a ci w końcu sięgali po broń, słuchali ekstremistycznych kaznodziejów.
I tu wraz ze śmiercią Solejmaniego może faktycznie nastąpić zmiana. Skrzętnie ukrywanym faktem jest to, że gdy w 2014 r. Państwo Islamskie zajęło Mosul, Teheran był bliski odwołania go ze stanowiska dowódcy Sił al-Kuds. Członkowie irańskiego wywiadu zarzucali mu bowiem, że gdyby nie skupił się wyłącznie na kontaktach z szyickimi ugrupowaniami, nie doszłoby do całkowitej alienacji sunnitów i ich radykalizacji, a w konsekwencji sukcesów IS, które było przecież dla szyitów śmiertelnie groźne.
Gdzie w tej całej układance wpływy i działania tych, którzy obalili Saddama Husajna – Amerykanów?
To, że Iran tak łatwo spenetrował Irak w dużym stopniu nie wynikało z tego, że Irańczycy byli aż tak „sprytni”, lecz z faktu, że Amerykanie od momentu oficjalnego wycofania się z Iraku w 2011 r. przestali realnie interesować się tym, co dzieje się na irackiej scenie politycznej. Skupili się przede wszystkim na pomocy wojskowej w walce z Kalifatem. Regularne kontakty utrzymywali z irackimi Kurdami, relacje z rządem centralnym zaniedbali. W 2018 r. prezydent Trump – odwiedzając bazę Al Assad demonstracyjnie ominął Bagdad. Tak samo zrobił też Mike Pence, kiedy w listopadzie 2019 r. odwiedził Kurdystan.
Irackie protesty doprowadziły kraj na rozdroże. Wybór, jaki zostanie dokonany, może zdeterminować losy Iraku na najbliższe dziesięciolecia. Amerykanie powinni lepiej niż inne nacje zdawać sobie z tego sprawę i dlatego mam nadzieję, że zrewidują swoją politykę, może nawet zaangażują się w dialog z raczkującym społeczeństwem obywatelskim.
Jest jakaś szansa, że te protesty nie zostaną rozpędzone, ale osiągną jakiś trwały sukces?
Mam taką nadzieję. Gdyby młodemu ruchowi protestacyjnemu udało się obalić dotychczasowy „porządek” polityczny, Irak miałby w końcu szansę szybkiego rozwoju gospodarczego i społecznego.

Dziesiątki tysięcy nowych uchodźców

Bitwa o wyzwolenie Idlibu – północno-zachodniej prowincji kraju okupowanej przez Al-Kaidę i inne ugrupowania dżihadystów – powoduje koleją falę uchodźczą cywilów. ONZ alarmuje, że to zapowiedź nowej katastrofy humanitarnej.

Syryjczycy i wspomagający ich Rosjanie próbują zabezpieczyć Aleppo, które stało się celem artylerii dżihadystów i ich rakiet. Bojownicy Hajat Tahrir al-Szam (tj. syryjskiej Al-Kaidy) oprócz miasta atakują też od zachodu autostradę łączącą je z Damaszkiem. Wspomagają ich oddziały Państwa Islamskiego, ciągle obecne w Idlibie i inne ugrupowania radykalnego dżihadu. Prawdopodobnie syryjskie siły rządowe planują kontrofensywę w tym rejonie, bo w ruch poszła ich artyleria i – prawdopodobnie – rosyjskie wsparcie lotnicze.
Tak, czy inaczej, z rejonu bitwy masowo uciekają cywile. Według ONZ, w dniach od 15 do 19 stycznia w kierunku granicy tureckiej przemieściło się prawie 40 tys. uchodźców. Tymczasem przygraniczne obozy są już dawno pełne, a pomoc medyczna i żywnościowa daleko niewystarczająca. Jest zima, lekkie namioty, w których cieśnią się ludzie z dziećmi są regularnie zalewane przez deszcze. Turcja nie pozwala tym uchodźcom przekroczyć granicy.
ONZ wyraziła „głęboką troskę” w związku z ponowieniem ruchu uchodźczego i apeluje do krajów, które wcześniej finansowały i zbroiły Al-Kaidę (Francja, Wielka Brytania, USA, Izrael i Arabia Saudyjska) o pomoc humanitarną cywilom, którzy znaleźli się pod jej władzą. Rząd syryjski, który odbił już ok. 70 proc. kraju z rąk różnych okupantów, jest zdeterminowany odbić też Idlib, co zapowiada niestety ciąg dalszy działań wojennych i w konsekwencji pogorszenie bardzo kruchej sytuacji zwykłych ludzi w tym regionie.

Wojna krwawa i zapomniana

Wiele osób na świecie ma jeszcze powody, by z optymizmem wchodzić w 2020 r. Jemeńczycy do nich nie należą – nie mają żadnej nadziei, że nowy rok zakończy prawie pięcioletnią wojnę z Arabią Saudyjską. Wsparcie Zachodu dla bogatego w ropę królestwa wciąż napływa, szczególnie ze Stanów Zjednoczonych.

– Nikt nie nadpływa – powiedział 55-letni Jasir, stojąc nad brzegiem wody w porcie Hudajdy pierwszego ranka 2020 r., obserwując horyzont w poszukiwaniu długo oczekiwanych statków. Jasir pracuje w porcie od młodości. Dziś jest ojcem ośmiorga dzieci i jednym z prawie 3400 pracowników portu, którzy stracili środki do życia z powodu narzuconej przez Arabię ​​Saudyjską blokady, która rozpoczęła się w sierpniu 2015 r. Wtedy naloty koalicji saudyjskiej zniszczyły dźwigi i magazyny portu, powodując kryzys humanitarny obejmujący tysiące rodzin z prowincji, którym na początku 2020 roku towarzyszy frustracja i wszechogarniająca nędza. – Nikt o nas nie dba, nic nie daje nam powodów do optymizmu w roku 2020 – mówi Jasir.
– Żyjemy w trudnym środowisku. Nie mamy domu ani też źródła dochodów. Warunki są nie do zniesienia – powiedział rybak, któremu uniemożliwiono połowy z powodu obecności saudyjskich sił morskich, stacjonujących w Jemenie. Warunki w Jemenie pogarszają się z dnia na dzień, a wraz z nimi spada, jeśli w ogóle jeszcze istnieje, morale ludzi z dużych miast. Niedobór energii elektrycznej i paliw, brak żywności, gwałtowny wzrost bezrobocia i ekstremalne zanieczyszczenie wody zbierają swoje żniwo.
Taka jest Hudajda w 2020 r. Woda, urządzenia sanitarne i sektor opieki zdrowotnej znacznie ucierpiały w mieście z powodu uszkodzeń infrastruktury, spowodowanych tysiącami nalotów, oraz trwającej blokady. W rezultacie epidemie, w tym cholery, wciąż nawiedzają miasto, zabierając wraz z sobą najwięcej ofiar w historii. Nadmorskie miasto jest przedmiotem umowy międzynarodowej zapośredniczonej przez ONZ, podpisanej w grudniu 2018 r., która miała rozpocząć proces przywracania pokoju chociaż tutaj, na skalę lokalną, ale porozumienie to zostało w dużej mierze zignorowane przez koalicję pod przewodnictwem Arabii Saudyjskiej. Przeprowadziła ona kolejną brutalną operację wojskową przeciwko mieszkańcom miasta. Los Hudajdy pod wieloma względami pokazuje, co czeka resztę Jemenu w nadchodzącym roku. Mimo wspomnianej umowy, zatwierdzonej w ONZ, portowe miasto pozostaje najbardziej niebezpiecznym obszarem w kraju. Trzy tygodnie temu wojskowa przemoc uderzyła w nową dzielnicę w południowej części miasta. Została ona poddana atakowi z powietrzna, oraz ostrzałowi artyleryjskiemu przez finansowaną przez Saudów bojówkę Giants Brigade. Padły dziesiątki zabitych i rannych cywilów, wezbrała nowa fala miejskich uchodźców.
14 stycznia Rada Bezpieczeństwa ONZ przedłużyła o kolejne 7 miesięcy mandat swojej specjalnej misji, która ma czuwać nad wdrażaniem porozumienia dotyczącego Hudajdy. Z daleka, bez przyjrzenia się sytuacji w terenie, mogłoby to nawet wyglądać obiecująco…
Pomimo ostrzeżeń, że oblężenie miasta pogrąży Jemen w jeszcze głębszym niż dotąd kryzysie humanitarnym, ponieważ około 70-80 procent towarów Jemenu przepływa przez port Hudajdy, koalicja pod przewodnictwem Arabii Saudyjskiej, według relacji wojskowych Huti, zwiększyła swoją obecność wojskową w południowej Hodeidzie na początku grudnia. Nowe rozmieszczenie wojsk wskazuje, że walki w prowincji prawdopodobnie będą kontynuowane do 2020 roku. W wyniku zajęcia statków przewożących olej napędowy i ropę naftową przez flotę Arabii Saudyjskiej miasto już jest na granicy katastrofy humanitarnej. Statki te mają wszystkie wymagane dokumenty, ale nie są w stanie dotrzeć do portu, aby wyładować swoje towary. Ilu Jemeńczyków zostaje przez to bez paliwa potrzebnego do zasilania generatorów, które zasilają szpitale i stacje uzdatniania wody? Nikt nawet nie podejmuje się liczenia.
Saudyjska blokada kraju, który już wcześniej był jednym z najbiedniejszych regionów na ziemi, od 2015 r. ściśle kontroluje wszelkie aspekty życia w Jemenie, poważnie ograniczając przepływ pomocy, a także ludzi. Ten brak swobody przemieszczania się wpływa na prawo Jemeńczyków do korzystania z podstawowych standardów praw człowieka, w tym prawa do poszukiwania leczenia za granicą. Co więcej epidemie chorób takich jak błonica, cholera, gorączka denga i malaria, ogarnęły Jemen w niespotykany dotąd sposób, co jednocześnie utrudnia stawienie im czoła. Jest mało prawdopodobne, aby władze jemeńskie były w stanie poradzić sobie z epidemiami w 2020 r., ponieważ w poprzednich latach organizacje międzynarodowe nie były w stanie zapewnić niezbędnych leków i środków medycznych do ich zwalczania.
– Gdy [wojna] wkracza w piąty rok, Jemen jest miejscem najszybciej rozwijającej się epidemii choler w historii medycyny. W kraju pojawiła się także świńska grypa, wścieklizna, błonica i odra. W międzyczasie setki Jemeńczyków zmarło od ostatniego wybuchu grypy H1N1, a 1600 innych podejrzewa się o zarażenie się tą chorobą – mówi Mansur, lekarz pracujący w szpitalu miejskim w Hodeidzie.
Co gorsza, Jemen jest też miejscem największej klęski głodu na świecie. ONZ stwierdziło, że rekordowe 22,2 miliona Jemeńczyków pilnie potrzebuje jedzenia, w tym mieści się 8,4 miliona osób, którym w bliskiej perspektywie zagraża silne niedożywienie. Według globalnych ustaleń kraj cierpi z powodu największego głodu od ponad 100 lat.
To właśnie Jemen w 2020 roku. Brudna wojna i brutalne oblężenie zapomnianych ludzi, żyjących w nieludzkich warunkach. W tym kraju nie ma życia. Kto nie zginie na wojnie ani nie padnie ofiarą epidemii, umrze z desperacji zrodzonej przez nędzę.
Stany Zjednoczone nadal mają w głębokim poważaniu cierpienia Jemenu, pomimo tego że Organizacja Narodów Zjednoczonych nazywa je najgorszym kryzysem humanitarnym na świecie. W tym zakresie również nic się szczególnego nie zmieni. Jemeńczycy, którzy z nami rozmawiali, doskonale rozumieli, że nikt nie położy kresu ich cierpieniom, dopóki Stany Zjednoczone będą nadal wspierać koalicję pod przywództwem Arabii Saudyjskiej. Z kolei amerykańscy obywatele nie zamierzają wywierać na Trumpa nacisku, by zmienił kurs względem Bliskiego Wschodu.
W 2019 r. Kongres USA zatwierdził projekt ustawy zawieszającej amerykańskie poparcie dla koalicji pod przywództwem Arabii Saudyjskiej. Niedługo potem prezydent Donald Trump zawetował ustawę, pomimo wysiłków na rzecz wprowadzenia jej w życie. A jeśli wskazówką w sprawach polityki zagranicznej ma być budżet Pentagonu na 2020 r., to sprawa jest brutalnie oczywista: Stany Zjednoczone nie zrezygnują z zaangażowania w wojnę w Jemenie. Dalej będą kierować do Saudów ogromne wsparcie wojskowe.
W ubiegłym roku wydawało się, że wysiłki zmierzające do zakończenia pięcioletniej wojny w Jemenie nabrały pewnego tempa. Z dzisiejszej perspektywy dobrze widać, jak drobne były to kroki. Działania, które obejmowały wycofanie sił przez Zjednoczone Emiraty Arabskie i zwolnienie niewielkiej liczby więźniów, w rzeczywistości dotyczyły tylko napięć, które powstały natychmiast po pokonaniu przez Huti trzech brygad koalicji saudyjskiej w Najran w sierpniu i atakach na saudyjskie zakłady naftowe we wrześniu.
Fadil Abbas Dzahaf, jemeński analityk z Sany, powiedział nam:
– W ciągu ostatnich kilku lat wielu próbowało przedstawiać wysiłki pokojowe jako pozytywne. Rozmija się to jednak z realiami panującymi w terenie i odzwierciedla brak zrozumienia strategicznych ambicji koalicji pod przewodnictwem Arabii Saudyjskiej. Jego komentarze odzwierciedlają frustrację wielu Jemeńczyków. Kiedyś i oni mieli nadzieję na efekty „procesów pokojowych”. Widzieli jednak, jak jeden proces za drugim kończy się fiaskiem i teraz już rozumieją: saudyjska koalicja po prostu nie ma woli pokojowego rozwiązania. Chociaż między Huti a Arabią Saudyjską toczą się pośrednie rozmowy, Rijad wydaje się prowadzić politykę chronienia się przed skutkami wojny, zamiast dążyć do jej zakończenia. Negocjacje nawet w drobnych sprawach, często kończą się ślepym zaułkiem. Liczne rozmowy pomiędzy Huti i Saudów zakończyły się niepowodzeniem, w tym negocjacje pokojowe prowadzone przez ONZ w Szwajcarii w zeszłym roku. Tak samo na niczym spełzło 108 dni negocjacji w Kuwejcie w 2016 r. i oddzielne rozmowy w tym samym roku w Dhahran.
Arabia Saudyjska politycznie i militarnie utknęła w Jemenie, nie osiągnęła żadnego z celów w niszczycielskiej wojnie, którą rozpoczęła przeciwko swojemu południowemu sąsiadowi w 2015 r. Przywódcy Arabii Saudyjskiej obiecali decydujące zwycięstwo w ciągu kilku tygodni, najwyżej dwóch miesięcy.
W ostatnich miesiącach zapomniany przez media światowe konflikt znowu zaczął zyskiwać smutną dynamikę. W grudniu doszło do kolejnego ataku Arabii Saudyjskiej na tętniący życiem rynek w Saddzie. Zginęło lub zostało rannych co najmniej 80 osób. Atak, według przedstawicieli Huti, stanowi dowód na to, że Saudowie nie będą dążyć do pokoju.
Ze swojej strony armia jemeńska sprzymierzona z Huti wznowiła ataki rakietami balistycznymi na Arabię Saudyjską, wystrzeliwując pocisk balistyczny skierowany na sztab 19. brygady straży granicznej, znajdujący się w południowym mieście Najran. Atak ten miał miejsce w odwecie za nalot Arabii Saudyjskiej na rynek ar-Raku w Munabbih znajdujący się w górzystej północno-zachodniej prowincji Sadaa. W wyniku tego ataku zginęło 17 cywilów, w tym 12 etiopskich imigrantów. Według ONZ był to już trzeci, okupiony śmiercią cywilów, atak na miasto w Arabii Saudyjskiej w ciągu nieco ponad miesiąca. Co więcej Huti ogłosili, że są w pełni przygotowani do uderzenia w dziewięć strategicznych celów położonych głęboko na terytorium krajów koalicji, z których sześć znajduje się w Arabii Saudyjskiej, a pozostałe w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. – Uważamy, że ataki na Arabię ​​Saudyjską są jedyną nadzieją, by uczynić 2020 rok innym, zatrzymać wojnę i znieść blokadę naszego kraju – powiedział Dżahaf.
Generał brygady Jahja Sari, rzecznik jemeńskich sił zbrojnych, ogłosił, że rok 2020 będzie rokiem obrony powietrznej; i że siły jemeńskie będą pracować nad rozwojem przemysłu wojskowego i zwiększeniem jego możliwości odstraszających. Nie był gołosłowny: krótko po tym oświadczeniu jemeńska obrona powietrzna zestrzeliła cztery drony koalicji, w tym wyprodukowanego w Chinach drona wyposażonego w technologię stealth, który został zestrzelony podczas misji zwiadowczej w rejonie al-Tina w rejonie Hajran. Miało to miejsce zaledwie kilka godzin po zestrzeleniu tureckiego drona Vestel Karayel pociskiem kierowanym. W poniedziałek został zestrzelony dron szpiegowski kierowany przez Arabię ​​Saudyjską, który leciał nad okręgiem Razih w północno-zachodniej prowincji kraju Saada. Tego samego dnia drona zestrzelono nad umęczoną Hudajdą.
Nawet wobec tak oczywistych objawów eskalacji, szef ONZ ds. pomocy humanitarnej stwierdził w grudniu, że sytuacja w Jemenie wskazuje na to, że… jest możliwe ustanowienie trwałego pokoju w 2020 r. Jak widać ONZ nie bierze pod uwagę głęboko zakorzenionych motywów i problemów strukturalnych kierujących koalicją pod przywództwem Arabii Saudyjskiej. Nawet jeśli w rozpoczętym już roku faktycznie pojawią się nowe inicjatywy, nie osiągną one wiele, dopóki Jemeńczycy nie będą mogli ostatecznie decydować o swoim losie. Wojna w Jemenie w 2020 r. raczej eskaluje. Więcej cywilów straci życie, więcej ludzi zostanie przesiedlonych, rozprzestrzenianie się epidemii będzie trwało bez końca, więcej miast, szpitali i szkół zostanie zniszczonych, a miliony bezradnych rodzin pozostaną bez środków do życia.

Marzenia o potędze

Siła militarna w stosunkach międzynarodowych zawsze była najważniejsza. Nie da się jednak utrzymać władzy bez uzasadnienia moralno-etycznego. Stąd odkąd plemiona, miasta czy państwa rywalizowały między sobą, swoje podboje usprawiedliwiały jakiegoś rodzaju wyższą koniecznością – obroną ludności przed tyranami, podniesieniem poziomu cywilizacyjnego, niesieniem pokoju, względnie ustanowieniem „właściwej” formy religii lub rządów. W tle zawsze są jednak interesy.

Bo jak są pieniądze, to jest armia i instrumenty umożliwiające powiększanie wpływów. Dlatego sąsiedzi prowadzili między sobą walki, dlatego powstawały wielkie organizmy polityczne. Zmieniaj się tylko metody i teatry działań.
Na przykładzie europejskim już w antyku wynaleziono formę mocarstwa opartego na współpracy i uzależnieniu formalnie odrębnych państw-miast. Bo czymże innym były znane nam dzisiaj Ateny czy Sparta? To przecież dominujące państewka utworzonych przez siebie Ateńskiego Związku Morskiego i Związku Peloponeskiego. Z kolei Imperium Rzymskie rozszerzało bezwzględnie granice, aż rozpadło się od środka. W efekcie mamy dziś wzory greckiej demokracji oraz uniwersalistyczne zasady rzymskie.
W strategiach władców europejskich długo dominował wzór rzymski, który regularnie przerzedzał krew kontynentu. Dopiero XX wiek przyniósł renesans demokracji – rozumianej oczywiście jako instrument porządkowania ładu światowego oraz utrwalenia strategii wielkich mocarstw. Bo ktoś przecież ten ład musiał ustanowić i go pilnować. Powstało więc ONZ z formalnie równym członkostwem, ale już z elitarną Radą Bezpieczeństwa, która ma decydujące znaczenie i której członkowie swoje wojska mają rozstawione na całym globie. Największe mocarstwa jednak od tego budowały swoje strefy wpływów tworząc umowny Wschód i Zachód, też przecież na zasadzie związków formalnie niezależnych państw, nikt jednak nie miał wątpliwości, że w NATO decydują USA, a w WNP – ZSRR. W tym żelaznym uścisku wyrosły z czasem i pomocą tych mocarstw także państwa silne ekonomicznie, niektóre z czasem też militarnie, które z kolei zaczęły tworzyć swoje strefy wpływów, co uwidoczniło się szczególnie na przełomie XX i XXI wieku.
Wracając do Europy, na obrzeżach NATO powstawały Wspólnota Europejska, EWWiS i Euratom, mające działać w gospodarce, na początku związując ręce samodzielności poszczególnych państwa zachodnioeuropejskich w produkcji towarów mogących mieć znaczenie militarne. Na bazie tych pozytywnych doświadczeń we współpracy zrodził się duch europejski skutkujący zapoczątkowaniem współpracy politycznej i utworzeniem Unii Europejskiej.
Jej twórcy doszli do wniosku, że samodzielnie nie są w stanie na żadnym polu rywalizować z potęgami gospodarczymi, ludnościowymi i militarnymi, więc zaryzykowali ten krok, a następnie także wspólną walutę, by odzyskać znaczenie na świecie. W tym celu wzięli pod uwagę ryzyko konieczności walki o interesy w ramach tej organizacji, budowanie sieci powiązań, by mieć jak największy wpływ na decyzje UE w sposób nieformalny. Dziś UE jest znaczącym graczem w światowej polityce i gospodarce, ma na tych polach cenny kapitał, który jest wciąż rozwojowy. Dzisiaj obserwujemy jednak jej podział na trzon sprowadzający się do najbardziej efektywnie zarządzanych państw, znajdujących się w strefie wspólnej waluty Euro oraz na obrzeża, nie rozumiejące znaków czasu lub nie chcące ich zrozumieć, wybierając drogę odrębną, szukając nisz między gigantami. W takiej pozycji stawia się od kilku lat Polska.
Rządowi PiS wydaje się, że możemy być mocarstwem regionalnym, skupiającym wokół siebie Europę Środkowo-Wschodnią – słynne Międzymorze. Nie widzę jednak żadnej strategii ani działań w tym kierunku – wskaźniki wymiany handlowej nie mają się o równać do tych ze wskaźnikami z Niemcami, Francja, Wielką Brytanią, czy Holandią. Innych miękkich instrumentów, jak wymiany kulturowej czy popularyzacji tych kierunków tez nie widzę. Zasadne zatem wydaje się pytanie: czy nasz własny rząd zwyczajnie nie ściemnia. Czy po prostu jest taki nieudolny, a może śni mu się wizja zbyt odległa czasowo, że po nim pozostaniemy odizolowani w rozumieniu geopolitycznym?
Mam nadzieję, że analitycy rządowi mają to wszystko rozrysowane w szczegółach i nakłonią decydentów do działania w myśl zasady, że polityka to sztuka osiągania tego, co możliwe, a nie wydumane. Obawiam się jednak, że w ferworze walki wewnętrznej o przychylność elektoratu karmionego od lat mitem bogoojczyźnianym taki zwrot okaże się zbyt trudny do wykonania. Dlatego potrzeba jest widoczna zmiana. Pierwszym jej symptomem mogą stać się wybory nowego Prezydenta RP, które dadzą poważny sygnał poparcia dla wizji Polski w ramach trudnej układanki pogłębionej Unii Europejskiej, ale tej właśnie Unii, która ma wpływ i znaczenie na świecie.

Turecki pokój

– Tureckie siły zbrojne oraz milicje przez nie wspierane, wykazują się pogardą w stosunku do życia ludności cywilnej podczas ofensywy w północno-wschodniej Syrii. Dokonują licznych naruszeń praw człowieka i zbrodni wojennych, takich jak masowe egzekucje, oraz ataki podczas których zginęli lub zostali ranni cywile – Amnesty International w opublikowanym dziś materiale prasowym potwierdza najgorsze obawy związane z ofensywą turecką w Rożawie.

Organizacja broniąca praw człowieka zgromadziła tylko między 12 a 16 października relacje siedemnastu osób, które znajdowały się w autonomicznym syryjskim Kurdystanie. Dziennikarze, lekarze i ratownicy medyczni, pracownicy organizacji humanitarnych oraz osoby, które uciekły z terenów ogarniętych walkami przedstawiły swoje świadectwa, które skonfrontowano z nagraniami video, raportami i relacjami publikowanymi na bieżąco w internecie. Efekt jest przerażający, jednak osoby, które interesują się tematyką kurdyjską i śledziły postępowanie Turków i opłacanych przez nich milicji w prowincji Afrin, podbitej w ubiegłym roku, nie są zdziwione.
Potwierdza się nie tylko brutalne zabójstwo liderki Partii Przyszłej Syrii, działaczki na rzecz równości i praw kobiet Hewrin Chalaf, zamordowanej 12 września przez bojówkarzy z fundamentalistycznej organizacji Ahrar asz-Szarkijja. Raport Amnesty International wskazuje, że od początku ofensywy życie straciło przynajmniej 218 cywilów, w tym osiemnaścioro dzieci. Czwórka z nich zginęła, gdy tureckie bomby spadły obok budynku szkoły w miejscowości Salhije, gdzie schroniła się okoliczna ludność. Pracownik Kurdyjskiego Czerwonego Półksiężyca pisał po zdarzeniu, że zwłoki czwórki dzieci uległy całkowitemu spaleniu. Nie było możliwe nawet określenie płci.
Kolejna wstrząsająca relacja pochodzi z miejscowości Kamiszli (lub Kamiszlo), która została zbombardowana – podobno „przypadkowo” – 10 października. Zniszczone zostały budynki mieszkalne, restauracje i piekarnie, a jedną z ofiar był jedenastolatek.
Wczoraj Syryjskie Siły Demokratyczne opuściły miasto Ras al-Ajn (Sere Kanije), o które toczyła się zacięta bitwa. Dowództwo SDF doszło do wniosku, że utrzymanie go jest niemożliwe. Międzynarodowy Czerwony Krzyż ostrzega przed nową katastrofą humanitarną: ze swoich domów w Rożawie wskutek działań Turcji może zostać wypędzonych 300 tys. ludzi.

Bandersnatch

Aktualnie przebywam na wczasach z rodziną na greckiej wyspie na K. Byłem tu już dwa lata temu i tak mi się spodobało, że postanowiłem przyjechać w to samo miejsce raz jeszcze. Nie znam lepszego niż greckie wina, lepszej oliwy i lepszej niż grecka kuchni i pogody; wszystko mi tu smakuje, wiatr od morza pozwala choć na chwilę schłodzić myśli pod czaszką. Żeby jednak zupełnie nie zapomnieć skąd jestem, bo w końcu z każdych wakacji kiedyś się wraca, zabrałem ze sobą ze starego kraju książkę o księdzu Jankowskim i dzięki temu jeszcze kompletnie nie odleciałem, choć to lektura iście kosmiczna. Powieść „Uzurpator” autorstwa św. pamięci Bożeny Aksamit i Piotra Głuchowskiego, to wstrząsająca opowieść o tym, jak ktoś z pozoru kompletnie nierokujący i bez charyzmy, potrafi dzięki uporowi oraz tzw. szczęśliwym zbiegom okoliczności, awansować w Polsce na głównego rozgrywającego czasów największych przemian. To również historia o człowieku zagubionym i do cna cynicznym, który umie uzależniać od siebie całe rzesze ludzi i wykorzystywać z premedytacją ich słabość. To w końcu rzecz o człowieku z Pomorza; zrodzonym w niemieckiej rodzinie, w której matka do końca życia mówiła w domu po niemiecku, dziadek miał przed wojną pięć sklepów w Wolnym Mieście, a ojciec zginął na froncie wschodnim. On sam jednak wolał ubierać się w sarmackie kontusze i obstalowywać sobie rodowe pierścienie z orzełkiem, bo to w nowej Polsce widział swoje jutro. To on karmił i ubierał Lecha Wałęsę i opozycję w czasach największego kryzysu. To w garniturze za jego pieniądze Lech Wałęsa podpisywał Porozumienia Sierpniowe w Sali BHP. Kiedy powoli zbieramy graty z plaży albo znad basenu i idziemy szykować się do kolacji, włączam tuż przed nią komputer, żeby przeczytać, co też podczas nieobecności w Polsce akuratnie mnie ominęło. Dziś zatrzymałem się dłużej nad informacją o tym, że wicepremier Piotr Gliński postanowił zmniejszyć o 3 mln złotych dotację dla Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku. Podobno nie oddaje ono prawdy historycznej o „Solidarności” i jej czasach i Ministerstwo nosi się z zamiarem powołania swojego „odpowiednika” na tamtym terenie – Instytutu Dziedzictwa Solidarności. Tak jak w przypadku Westerplatte. Jeśli historia którą zastajemy, obudowaną w ściany i wystawy za poprzedników, nie do końca nam odpowiada, zaczynamy pisać swoją własną historię za pomocą własnych ludzi i na własnych zasadach. Dziwi się pani prezydent Gdańska ideom rządowym, podług których mamy mieć dwie ścieżki tej samej historii, wyrażane w dwóch konkurencyjnych muzeach, ale mnie to w ogóle nie dziwi. Po niezbyt nawet uważnej lekturze powieści o księdzu Janowskim, nie sposób nie odnieść wrażenia, że ruch któremu nieformalnie przewodził i formalnie zupełnie go podtrzymywał materialnie i finansowo, to opowieść o co najmniej dwóch różnych wizjach tego samego dążenia; innymi słowy, z jednej matki rodzi się dwoje dzieci, które idą równoległą do pewnego momentu ścieżką. Później jedno wyrasta na spadkobiercę ojców i dziadów, drugie jest marginalizowane i podupada na zdrowiu Z czasem drugie, bardziej liche i pełne goryczy, powie, że to to pierwsze ukradło mu sukces, bo skumało się z komuną w Magdalence, i to ono powinno mieć, jako to prawdziwe i pominięte przy ustalaniu testamentu, jedyne prawa do nazwiska, ale los obszedł się z nim bardzo źle i dopiero teraz, kiedy dorosło i okrzepło, sięga po sprawiedliwość dziejową i może opowiedzieć potomnym, jak to naprawdę było. I rzeczywiście: ja chciałbym taką właśnie narrację zafundować na lekcjach historii młodym ludziom; aby dowiedzieli się, że wbrew temu co mogą dziś usłyszeć, „Solidarność” nigdy monolitem nie była i podzieliła się szybciej niż za Okrągłego Stołu. A że w związku z tym, wszyscy ci, którzy podpinają się pod jej spuściznę i twierdzą, że to ich racja jest najbliższa prawdy nigdy ze sobą nie będą w stanie się porozumieć, bo to by oznaczało, że jedna ze stron musiała by się zrzec dogmatu swojej nieomylności, musimy postawić dwa muzea „Solidarności”, żeby prosty człowiek mógł zapoznać się z dwiema wersjami-dziecka A i dziecka B. Musimy postawić dwa muzea II Wojny Światowej, żeby czasem nie było tak, że w jednym ktoś powie, że nie wszyscy Polacy byli Kolumbami rocznik 20, a Powstanie Warszawskie to nie najwspanialsza ostatnia pieśń patriotycznej Europy, tylko nieprzemyślana decyzja i rzeź, której można było ludziom oszczędzić. Żeby tak mówić, trzeba postawić alternatywne muzeum, bo władza obecna wie, jaka była prawda, a ta jak wiadomo, nie może być skalana choćby cieniem wątpliwości czy szarości. Nie dziwi więc mnie ta wielka władzy mobilizacja i zacięcie, żeby fundować dla narodu alternatywne zakończenia tej samej historii. Trochę jak w „Bandersnatchu” z serialu „Czarne Lustro”. Sami możemy sobie wybrać, którą ścieżką podąży nasz bohater. Szkopuł w tym, że ktoś mądry wyrysował kiedyś to algorytmiczne drzewko. Obejrzał wszystkie możliwe scenariusze i kombinacje i stwierdził…że w żadnym układzie nie będzie happy endu.

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Głos lewicy

Pamięć tak, propaganda nie

Tymoteusz Kochan komentuje na 1 sierpnia:
Powstanie Warszawskie to przede wszystkim hekatomba i straszna masakra ludności cywilnej. Na 200 tys. zabitych cywilów ginie 10 tys. powstańców. Nie była to ani decyzja demokratyczna, ani podjęta przy jakimkolwiek współudziale ludności cywilnej. Współcześnie porównywalne do tego byłyby chyba tylko wydarzenia np. w Syrii lub Iraku, gdzie zdarzało się, że kilkutysięczne oddziały Państwa Islamskiego brały często za zakładników całe, wielkie miasta…
Powstanie było militarną i strategiczną klęską.
Wykrwawiło stolicę, decyzja o jego organizacji była błędem, a w stosunku do samego miasta po prostu zbrodnią. Dziś Andrzej Duda powtarza znane kłamstwa, że dzięki temu Polska nie była Republiką Radziecką tylko Polską Rzeczpospolitą Ludową (choć z reguły prawica nie widzi przecież żadnej różnicy!)…
Tak naprawdę decyzje o tym zapadały już w 1943 roku, a decydujący wpływ miały na to: rozwiązanie polskiej partii komunistycznej, zawiązanie polskiego wojska i Armii Ludowej, czy starania polskich komunistów i socjalistów. Czechosłowacja np. nie miała masakry powstańczej i jakoś też nie stała się Republiką Radziecką…
Wszystkim należy się pamięć. Również Powstańcom, którzy najczęściej nie mieli żadnego wyboru… Ale propaganda sukcesu uprawiana na tej przerażającej masakrze, którą trudno nawet nazwać walką, to coś, czego prawica powinna się tylko wstydzić.

Nie estetyzujmy wojny

Na ten sam temat wypowiedział się Marcin Ilski z Fundacji Polska Myśląca:
Nie znoszę estetyzacji wojny. Za dużo osób rzeczywiście na niej cierpiało, nie dawało rady, robiło rzeczy, których robić nigdy nie planowało. Np. zabijało. Bo nie było innego wyjścia. Wyobrażam sobie, że po latach życia w strachu mogli odczuwać radość idąc do walki. Wyobrażam sobie, że z różnych powodów zachowali z tamtego okresu jakieś piękne wspomnienia. Przeżyli rzeź, a takie traumatyczne doświadczenie potrafi przestawić wajchę życia. Przeżyli, więc wybrali radość życia, to normalne, inaczej popełniliby samobójstwo, jak wielu innych.
Kochajmy ich, słuchajmy, póki możemy. Ale nie estetyzujmy wojny, nie róbmy o niej komiksów, gier, nie twórzmy wzorców zachowań, którymi mieliby się kierować ludzie, którzy mają szczęście żyć w czasach pokoju. Nie róbmy tego szczególnie dzieciom. Jest tyle pięknych historii, którymi można je uraczyć.

Na dywaniku prezesa z dumnie podniesioną głową

Tymczasem dziennikarz Piotr Jastrzębski relacjonuje, jak wygląda 1 sierpnia w mediach:
Oglądam tvn24, najpierw Tomasz Wołek, który stał się nagle obrońcą demokracji, a ja chciałbym zadać mu tylko jedno pytanie: jak smakowała mu herbatka u Pinocheta, gdy razem z innym obrońcą demokracji Michałem Kamińskim pojechali zawieźć mu ryngraf. A teraz Duda dziękuje między innymi aliantom, którzy podobno tak bardzo wsparli powstańców. Aha, mówił jeszcze, że Polacy to dumny naród który ma zawsze podniesioną głowę. Wyobraziłem go sobie na dywaniku prezesa z tą dumnie podniesioną głową.

W buraczkach

Mniej poważne wspomnienia z Powstania Warszawskiego

Przed poprzednią rocznicą Warszawskiego Powstania pewna sympatyczna pani zadała mi pytanie – jak Powstanie wpłynęło na pańskie życie, co pan z niego szczególnie zapamiętał? Nie było wówczas warunków do udzielenia odpowiedzi, więc obiecałem, że odpowiem później.

Spóźniona odpowiedź

Jako względnie solidny sklerotyk wracam więc do tego tematu. Dlaczego dopiero po roku? Chyba dlatego – i jest to już wstępny element odpowiedzi, – że nie kultywuję specjalnie tego okresu mego życia. Staram się eliminować z pamięci sytuacje tragiczne, a eksponować pogodne i zabawne, bo – wbrew pozorom – i takich w „historycznych momentach” na ogół nie brakuje. I nie jest to z mojej strony ani zamiar ani objaw lekceważenia, tylko instynktowna, równoważąca reakcja, na śmiertelnie poważne i niemal zawsze smutne opowiadania o wszystkim, co dotyczy tego „niepodległościowego zrywu”. Zwłaszcza drażnią mnie górnolotne, okolicznościowe przemówienia naszych najwyższych notabli, których wtedy jeszcze na świecie nie było. Ale Powstanie jest kapitałem politycznym, więc muszą o nim dużo mówić, a nawet teatralnie pokrzykiwać.
Nota bene – jest to jedna z przyczyn, dla których od dawna zrezygnowałem z uczestnictwa w organizacjach kombatanckich, staram się nie chadzać na wspomnieniowe spotkania (zresztą już nie bardzo mam z kim!), nie znoszę ubierania berecików i podniecania młodzieży moją rzekomo bohaterską postawą.
To „bohaterstwo” też jest już pewnym podtematem odpowiedzi. Nie chcę powiedzieć – broń mnie Boże – że wśród żyjących jeszcze uczestników Powstania nie ma prawdziwych bohaterów, którzy robili coś nadzwyczajnego, albo wykonywali wyjątkowo trudne zadania. Ale wrodzona przekora przypomina mi spotkanie z oficerami łącznikowymi z Londynu, jakie w lipcu 1945 r. wraz z kilkudziesięciu kolegami, mieliśmy w Niemczech, już umundurowani i wspomagający II Armię Kanadyjską, która wyzwoliła nas z jenieckiego obozu.

Bohaterstwo, ostrożność i szczęście

Prowadzący spotkanie major powiedział wtedy – „Drodzy chłopcy – jesteście bohaterami i zrobimy wszystko abyście mogli rozpocząć nowe życie na zachodzie”. Jeden ze starszych kolegów, słynący wśród nas z inteligencji, dowcipu i cynizmu, odpowiedział wówczas – „Panie majorze – prawdziwi bohaterowie, nasi przyjaciele i koledzy, wyginęli w Powstaniu. Tutaj ma Pan do czynienia z gromadą ludzi bardzo ostrożnych, takich, którzy po prostu mieli szczęście, albo wręcz dekowników. O ile wiem, to większość z nas nie uważa się za bohaterów”.
Jeśli chodzi o mnie – to kolega miał rację. Przez całe Powstanie nie zrobiłem nic bohaterskiego. Byłem – upraszczając – czymś w rodzaju „łącznika dalekiego zasięgu”. Miałem satysfakcję, kiedy, zgodnie z rozkazem, udawało mi się dotrzeć do wyznaczonego miejsca. Miałem szczęście, bo udawało mi się często „przeskoczyć” przez ulice pod ostrzałem i niemające (albo jeszcze niemające) barykad. Chwaliłem się przed kolegami, że znajdowałem nowe przejścia między domami, albo przez łączące się piwnice. Miałem szczęście, że nie podtruli mnie skutecznie w kanałach, jak przechodziłem ze Śródmieścia na Starówkę i na Powiśle. Miałem w końcu szczęście, że niemiecki snajper strzelający z Ogrodu Saskiego, wprawdzie mnie trafił, jak przeskakiwałem Marszałkowską, ale przestrzelił mi tylko bluzę na przygarbionych plecach. Wśród kolegów panowało przekonanie, ze właśnie ta bluza daje „nietykalność”. Parokrotnie, niemal zmuszano mnie do jej pożyczania, przed bardziej niebezpiecznymi trasami.
Co zapamiętałem poza tymi „osiągnięciami”? Oczywiście – wizyty w piwnicznym szpitalu na Świętokrzyskiej, gdzie początkowo leżał mój ojciec (kpt. „Macedończyk”), trafiony kulą z karabinu maszynowego nurkującego Sztukasa. Leżał na materacu, rozłożonym na podłodze, w „pomieszczeniu oficerskim”. Był tam też pacjent, który niemal bez przerwy opowiadał „kawały”, czyli anegdoty, głównie warszawskie i żydowskie. Dzięki tym opowiastkom Ojciec, mimo bólu, był zawsze w niezłym humorze. Mnie się to też udzielało i wychodziłem z tego szpitala w pogodnym nastroju i z nadzieją, „że wszystko dobrze się skończy”.

Coś do zjedzenia

Dodatkowym, codziennym zajęciem było poszukiwanie czegoś konkretnego do zjedzenia, poza często dostępną, przesłodzoną zupą z ziaren pszenicy. Chleb jadłem rzadko. Piekły go jeszcze nieliczne piekarnie, w których mieli zapasy mąki. Nie było powszechnego systemu zaopatrzenia, bo też nie było niezbędnej dla jego funkcjonowania logistyki. Częściej jadałem w różny sposób przyrządzane kartoflanki, bo ludność cywilna miała spore zapasy ziemniaków. Częstowano nas tymi kartoflankami w piwnicach, przez które przechodziliśmy, indywidualnie wykoncypowanymi trasami dojścia do miejsc przeznaczenia.
W czasie całego Powstania tylko raz jadłem prawdziwy i smaczny, pełny obiad. Na Jasnej spotkałem Krysię – zaprzyjaźnioną koleżankę ze szkoły. Nie uczestniczyła czynnie w Powstaniu, bo opiekowała się matką i babcią, które po ucieczce z Woli mieszkały w miejscu pracy mamy – budynku Komunalnej Kasy Oszczędności, róg Złotej, Jasnej i Przeskok. Rodzina opiekująca się tym obiektem miała znaczne zapasy ziemniaków i buraków. Jej matka też z nich korzystała. Krysia zaprosiła mnie na obiad na następny dzień, zapowiadając z uśmiechem, że będzie „wyjątkowa wyżerka”. Poprosiłem o dwugodzinne „wolne, wyrwałem jakieś kwiatki z resztek balkonu rozbitego bombą domu na Sienkiewicza i poszedłem do budynku KKO.
Panie mieszkały w piwnicy, ale obiad zrobiły w jednym z urzędniczych pokoi na parterze. Na przystawkę podano połówki jajek z chrzanem, potem doskonale przyrządzoną kartoflankę. Po krótkiej przerwie babcia wniosła danie główne – na półmisku leżał zając! Nałożono mi spory kawałek ciemnego mięsa, ziemniaki i buraczki. Nie miałem wątpliwości – mięso smakowało jak zając. Zapytałem tylko, kto i jak dostarczył im zająca? Panie zaśmiały się głośno, a Krysia powiedziała, że to właściwie tajemnica, ale później mi powie.
Po obiedzie zostało mi jeszcze pół godziny „wolnego”, dostałem kubek zbożowej kawy i usiedliśmy z Krysią na schodkach, przed wejściem do budynku. Było cicho – tego dnia bombardowano nas rano, a potem był spokój. Krysia zapytała, czy smakował mi obiad. Jak entuzjastycznie potwierdziłem, szczególnie chwaląc zająca, powiedziała „to fajnie, ale to nie był zając, tylko kot!”. Zakrztusiłem się kawą, ale mój żołądek nie zareagował. Pomyślałem, że w końcu Chińczycy jedzą niemal wszystko, co się rusza. A kot – dachowiec, to właściwie dziczyzna.

Uśmiech przez łzy

Powstanie trwało dwa miesiące, ale z mego życiorysu wycięło prawie półtora roku. Największą część tego okresu zabrał pobyt w niewoli. To nie był dobry czas, ale i w nim zdarzały się momenty, w których rozbawienie było silniejsze od smutku i złości, w których uśmiech ukrywał łzy.
Pierwszym takim momentem był apel po przyjeździe do jenieckiego obozu XIB w Fallingbostel. To nie była represja. Rozumieliśmy, że musieli zrobić jakąś wstępną ewidencję. Ustawiono nas na wielkim placu i niemieccy oficerowie w towarzystwie kilku żołnierzy przechodzili powoli wzdłuż szeregów, notując imiona i nazwiska, stopnie wojskowe, daty urodzenia, zabierając legitymacje AK, wydane w czasie Powstania, scyzoryki i „fińskie” noże, a także wojskowe pasy lub szerokie pasy o podobnym wyglądzie. I to ostatnie żądanie stało się problemem wywołującym powszechna wesołość – zarówno naszą jak i ich. Pół biedy, jeśli ktoś nosił pas opasujący bluzę, kurtkę czy płaszcz. Ale jeśli ten pas utrzymywał spodnie – sytuacja robiła się tragiczna. Na ogół zbyt luźne spodnie opadały, trzeba było je podtrzymywać rękami, zajętymi przecież plecakami, walizeczkami i workami z „dobytkiem”. Ci mniej szczęśliwi z trudem potem dotarli do wyznaczonych baraków, wygrzebywali ze swoich bagaży zapasowe, normalne paski do spodni, – jeśli je mieli. Ci, co ich nie mieli, szukali sznurków i linek. Jeśli ich nie znaleźli, darli i wiązali na paski zabrane ręczniki, a nawet koszule. Ale złość mieszała się ze śmiechem, a obraz naszych chłopców, łącznie ze mną, paradujących przez dłuższy czas z opadającymi spodniami, został w mojej pamięci.
Dużo później zdarzyła się sytuacja, w której także rozbawienie zwyciężyło z obawą i niezadowoleniem. Wraz z kolegą uciekliśmy z podobozu pracy, mając nadzieję, że uda nam się przejść do Aliantów przez bliski już front. Nie daliśmy rady. Nie mieliśmy dobrej mapy, po trzech dniach byliśmy wykończeni spaniem w domkach w ogródkach działkowych, zmarznięci i głodni. W mieście Wuppertal odpoczęliśmy w słońcu na parkowej ławce i postanowiliśmy się poddać. Ale komu i jak? Uznaliśmy, że najlepiej policjantowi, regulującemu ruch na pobliskiej ulicy. Zdjęliśmy i wyrzuciliśmy do kosza na śmieci cywilne płaszcze, które przykrywały nasze mundury – wprawdzie belgijskie, otrzymane już w obozie, ale zupełnie podobne do polskich. Założyliśmy pomięte w kieszeniach furażerki i podeszliśmy do policjanta. W naszym szkolnym, chociaż nieco już podszlifowanym niemieckim, powiedzieliśmy, że uciekliśmy z obozu jenieckiego, ale rezygnujemy i prosimy o przekazanie nas najbliższej jednostce Wehrmachtu, czyli wojskowej.
Policjant stał jak posąg z ręką podniesioną dla regulowania ruchem W jego oczach i zastygłej ze zdumienia twarzy zobaczyłem zdziwienie połączone z przerażeniem. Być może, w hałasie ulicznym nie końca nas zrozumiał. Jak wszyscy Niemcy w Westfalii zdawał sobie sprawę, że coraz lepiej słyszalne, zbliżające się odgłosy pojedynków artyleryjskich oznaczają rychłe wejście aliantów. Przez chwilę był chyba przekonany, że jesteśmy już zwiadowcami nadchodzącej „wrogiej” armii i że to on ma się poddać. Nie mogliśmy się powstrzymać od szerokiego uśmiechu, a on w końcu zorientował się, że jesteśmy bez broni. Otrzeźwiał, ale muszę przyznać, że widocznie bardziej zrozumiał, zbliżającą się nieuchronnie „zamianę miejsc” i był wyjątkowo uprzejmy. Także w komisariacie, do którego nas zaprowadził, traktowano nas niemal jak oczekiwanych gości. Nic dziwnego – składaniu rutynowych zeznań towarzyszyło coraz silniejsze drganie szyb, reagujących na wybuchy artyleryjskich pocisków.
Jak piszę ten tekst, przypomina mi się coraz więcej powstańczych i postpowstańczych momentów, które wywoływały śmiech, osłabiały napięcie, ułatwiały przetrwanie. Ale teraz nie jest dobry czas na ich opisywanie. Aktualne władze mają ograniczone poczucie humoru i mogą to uznać za modne ostatnio „szarganie świętości”.

UWAGA! W artykułach obejmujących wspomnienia z okresu Powstania Warszawskiego i kilku lat powojennych, autor opiera się wyłącznie na własnej pamięci. Stąd też mogą występować pewne różnice w stosunku do informacji zawartych w dostępnej literaturze.