Psy afgańskiej wojny

11 września 2021 r. ma się formalnie zakończyć najdłuższa wojna w historii Ameryki – po niemal 20 latach agresji na Afganistan USA wycofają oficjalnie resztki swego interwencyjnego kontyngentu z jednego z najbiedniejszych krajów świata. Jastrzębie z NATO jawnie krytykują decyzję Joe Bidena mającą zamknąć – formalnie – obecność wojskową Ameryki pod Hindukuszem. Szef Paktu Pólnocnego, Jens Stoltenberg wyraził sąd, że przedwczesne w jego mniemaniu wycofanie oddziałów z Afganistanu przekształci kraj w platformę międzynarodowego terroryzmu. Oznacza, zdaniem Stoltenberga, powrót do czasów sprzed ataku Al-Kaidy na WTC w 2001 roku.

Wraz z końcem tej interwencji wychodzi na jaw coraz więcej danych, do tej pory funkcjonujących półoficjalnie w przestrzeni publicznej, świadczących o haniebnym, ludobójczym, absolutnie niecywilizowanym charakterze tej wojny. W tym wypadku pokrywano odór i hańbę lukrem wyższości kultury, wartości, zasad jakoby właściwych Zachodowi. A także potrzebą zaprowadzenia demokracji i wolności pod Hindukuszem. Zmowa milczenia wokół prawdziwych intencji już jednak opadła. W szlachetne intencje interwentów wierzą już tylko najbardziej naiwni. A prokuratorka Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze, pochodząca z Gambii Fatou Bensouda prowadzi postępowanie w sprawie masowych zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości, jakie popełniano nagminnie podczas wojny w Afganistanie. Podejrzani to żołnierze amerykańscy, sojusznicy Ameryki w Afganistanie, afgańscy uczestnicy tej wojny: siły rządowe i talibowie.
W tej sprawie powraca także problem tajnych więzień CIA i tortur tam stosowanych. Czyli Polska też będzie miała problem z tą kompromitującą sprawą, która u nas, wewnątrz kraju, została w zasadzie „zamieciona pod dywan”.
Trzeba dodać w tym miejscu, że Europejski Trybunał Praw Człowieka ze Strasburga odrzucił odwołanie Polski od wcześniejszego wyroku, w którym nasz kraj uznano za podmiot łamiący Europejską Konwencję Praw Człowieka w sprawie więzień CIA. Przyznano rację Palestyńczykowi Abu Zubajdzie i Saudyjczykowi Abd ar-Rahimowi an-Nasziriemu, którzy twierdzili, iż w latach 2002-2003 zostali – za przyzwoleniem polskich władz – osadzeni przez CIA w tajnym więzieniu w Polsce, gdzie Amerykanie ich torturowali. Obu zasądzono stosowne odszkodowania z tego tytułu.
Dziś organizacje praw człowieka mówią o przełomie: mają być zbadane kompleksowo działania i zachowania żołnierzy USA, Afganistanu oraz talibów. Haski MTK przyjrzy się także Polakom szkolącym afgańskich wojskowych i policjantów. Powróci nie tylko sprawa więzień, ale też wydarzenia w Nangar Khel: sprawa, którą polski Sąd Najwyższy uznał za „źle wykonany rozkaz”, nie zbrodnię wojenną.
Zmowa milczenia wobec rzeczywistości wojny w Afganistanie padła także pod wpływem informacji ujawnionych w mediach australijskich na temat „wyczynów” ich komandosów walczących w Afganistanie. Wyłania się z nich obraz żądnych krwi psychopatów mordujących bez żadnych zahamowań. Żołnierze z elitarnej jednostki zamordowali z zimną krwią w czasie służby w Afganistanie co najmniej 39 afgańskich cywilów. Specjalny raport opisuje, jak komandosi zatrzymali dwóch 14-letnich chłopców, uznali ich za sympatyków talibów, po czym zamordowali – poderżnęli im gardła. Ciała wrzucono do pobliskiej rzeki. W innym przypadku żołnierz bez żadnych emocji i w obecności swojego dowódcy zabił serią z automatu przypadkowo zatrzymanego mężczyznę. Odnotowano liczne przypadki obcinania palców u rąk zabitym Afgańczykom i traktowanie tych makabrycznych trofeów jak wojennego fetyszu. „Elitarna jednostka” dorobiła się nawet procesu „inicjacji wojennej”. Polegać miała ona na tym, iż nowoprzybyli żołnierze brali udział w masakrowaniu przypadkowych cywilów, po czym podrzucali broń w takim miejscu, by wina spadła na talibów.
Skala zbrodni wojennych popełnionych przez australijskie siły zbrojne jest o wiele szersza. Nawet 3000 żołnierzy i weteranów może utracić odznaczenia przyznane za służbę w Afganistanie.
Z kolei klasycznym przypadkiem niczym nieuzasadnionego uwięzienia, który znalazł się na biurku prokuratorki Bensoudy jest przypadek taksówkarza z Karaczi, Ahmeda Rabbaniego, który najpierw przebywał w tzw. „Mrocznym Więzieniu” w Kabulu, gdzie był brutalnie torturowany bez postawienia jakichkolwiek zarzutów i procesu, a następnie trafił do Guantanamo. Stracił wolność w 2002 r. Amerykanie uważają cały czas, że Rabbani to Hasan Ghul, były szef Al-Kaidy w Pakistanie.
I właśnie takie epizody wszystkich „humanitarnych interwencji”, mających nieść demokrację, wolność, liberalizm poglądów i wzrost stopy życiowej ludności skutecznie deprecjonują wszystkie te wzniosłe wartości. A zdarzają się one wszędzie, gdzie lądują wojska zachodnie. Na tym bazują różnego rodzaju prawicowi fanatycy i religijni fundamentaliści. Niewiele za to zostało z wielkiej idei uniwersalnych praw człowieka. Niestety.

Ponura rocznica

18 lat temu, 20 marca, rozpoczęła się agresja koalicji państw pod przewodnictwem USA na Irak. Polska, rządzona wtedy przez rząd mieniący się lewicowym, ochoczo wzięła udział w tej awanturze u boku rydwanu światowego hegemona. Na koncie SLD zawsze pozostanie ta haniebna decyzja, choć gwoli sprawiedliwości wypada odnotować, że ktokolwiek by wtedy nie rządził, zapewne postąpiłby tak samo. Tak bardzo nasi politycy byli i są zaślepieni amerykanizmem i serwilizmem.

Inwazja na Irak została zorganizowana przy pomocy kilkunastomiesięcznej agresji medialnej przygotowującej światową opinię publiczną do wojny. Niezależne, ponoć wolne media i ich funkcjonariusze – zwani przez przypadek tylko dziennikarzami – bezkrytycznie powielali to, co przedstawiała administracja amerykańska prezydenta Busha jr,. stając się tym samym jedną z aktywnych stron tej neokolonialnej awantury. Za atakiem na Irak lobbował m.in. ówczesny wiceprezydent Dick Cheney (w latach prezydentury Busha seniora sekretarz obrony), z rodziny ściśle związanej z naftowym gigantem światowym Halliburton Company. Sami Bushowie także zajmowali uprzywilejowaną pozycje na firmamencie przemysłu naftowego w USA. Najbardziej zyskały na obaleniu Saddama Husajna, wchodząc aktywnie na irackie tereny roponośne, naftowe firmy z USA, Halliburton Company w pierwszej kolejności.
O agresji na suwerenny kraj zdecydowano wbrew wszelkim międzynarodowym prawom. Rada Bezpieczeństwa ONZ z jesieni 2002 r. w rezolucji nr 1441 dawała Irakowi 30 dni na ostateczne przedstawienie dowodów zniszczenia broni masowego rażenia i dopuszczenie inspektorów ONZ do wszystkich obiektów na terenie Iraku. Prowadzona intensywnie z racji rosnącej presji Amerykanów międzynarodowa inspekcja absolutnie nie potwierdziła obecności tego typu broni na terenie Iraku. Sekretarz Generalny ONZ Kofi Annan potwierdzał swym autorytetem te ustalenia, sprzeciwiając się akcji zbrojnej. Trzech stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ: Chiny, Rosja i Francja podkreślało, że art. 42 Karty ONZ wyraźnie zabrania militarnego naruszenia granic suwerennego państwa bez osobnej rezolucji Rady Bezpieczeństwa. Przeciwko planowanemu atakowi na Irak wypowiedziała się większość członków Rady Bezpieczeństwa – trzech z pięciu stałych (z których każdy ma prawo weta) oraz 7 z 10 członków niestałych.
Z czasem okazało się, iż oskarżenia Iraku o posiadanie broni masowego rażenia i groźba przekazania jej międzynarodówce terrorystycznej (o co oskarżali Jankesi Saddama) są pospolitym kłamstwem. Chodziło tylko o to, żeby zdobyć uznanie i akceptację dla inwazji. Medialna ściema z bronią masowego rażenia jakoby posiadaną przez Irak, którą ochoczo powtarzali także polscy dziennikarze, niebezpiecznie przypomina mi prowokację gliwicką, której ofiarą padł nasz kraj w 1939 roku. Nie wstyd wam, polscy publicyści? Chyba nie, bo nie widziałem, żeby ktokolwiek za dezinformację czy chociaż za pochopne przepisywanie po Amerykanach przeprosił.
Działania wojenne Stanów Zjednoczonych zostały oficjalnie nazwane operacją Wyzwolenie Iraku (potem: Wolność Iraku). Tymczasem 21 października 2006 r. prestiżowy brytyjski magazyn medyczny „The Lancet” podał, ile mogło paść ofiar po stronie irackiej tylko między marcem 2003 a czerwcem 2006 i poraził czytelników liczbą 655 tys. osób, w większości cywilów. Taka to „wolność”, „liberalna demokracja” i „jakość życia człowieka” przybyła nad Eufrat nad obcych bagnetach. Tak, Saddam Husajn również popełniał zbrodnie – lecz czyż po jego obaleniu nie miało być lepiej? Zresztą nie zapominajmy, że jego niedemokratyczne rządy bardzo długo Amerykanom nie przeszkadzały. Obalono go, bo przestał być potrzebny.
Przez pewien czas, tuż po samej agresji i do momentu instalacji rządzących w Bagdadzie marionetek amerykańskich, władzę nad krajem sprawowali de facto gubernatorzy mianowani przez Waszyngton. Jednym z nich został były polski premier lewicowego rządu RP Marek Belka. Eufemistycznie tę posadę nazywano przewodniczącym Międzynarodowego Zespołu Konsultacyjnego ds. Iraku. Była to jedyna, nagroda podarowana przez hegemona Polsce w podzięce za uczestnictwo w całej brudnej eskapadzie. O nigdy niespełnionych korzyściach gospodarczych, jakie mieliśmy w nagrodę pozyskać, którymi już ekscytowali się polscy pismacy… przez litość nie wspomnę. Nie mogę za to pominąć dalszych losów „przewodniczącego zespołu”. Dziś Marek Belka, eurodeputowany z listy lewicy do PE, prominentny członek frakcji S&D nawołuje głośno do kolejnych sankcji wobec Rosji w związku z aneksją Krymu. Chciałoby się w perspektywie jego udziału w podboju i zniszczeniu Iraku, podporządkowaniu tego państwa amerykańskim interesom zawołać; „panie europośle, może ciszej nad tą trumną ?”. Nie kto inny jak jeden z filarów myśli europejskiej, do których korzeni antycznych tak lubimy się odwoływać, nieśmiertelny Sokrates miał mówić „zacznij od siebie”, kiedy chcesz oceniać innych.
Niewiele osób z tzw. „świecznika” miało wówczas odwagę sprzeciwiać się jawnie i głośno tej hucpie, działaniom wbrew żywotnym interesom Polski. Gdy o „sojuszniczych zobowiązaniach” i przyszłych korzyściach rozprawiali prezydent Kwaśniewski czy premier Miler, głos rozsądku drukowały jedynie tygodniki ”Przegląd” i „NIE” czy miesięcznik „Dziś”. Personalnie krytykowali tę decyzję prof. Ludwik Stomma, Andrzej Walicki, Bronisław Łagowski, arabiści polscy jak Janusz Danecki czy Marek Dziekan. Ich głos tonął jednak w proamerykańskim, wojennym pohukiwaniu głównego nurtu. Dziś nad owym epizodem dziejów III RP się milczy – ci, którzy z taką ochotą rozbierali daleki kraj, nie są dziś chętni, by przeprosić i przyznać się do błędu politycznego. Tłumaczenia Aleksandra Kwaśniewskiego, że Amerykanie nas oszukali (a bo to nas pierwszych?!), nic nie wyjaśniają i nie zmywają irackiej hańby.
Filozof i myśliciel, prof. Uniwersytetu Wrocławskiego, Adam Chmielewski w eseju Polskie zjawy polityczne daje w kontekście tej ponurej rocznicy celną opinię, która dokładnie opisuje degenerację i jedną z przyczyn marginalizacji lewicy w Polsce. Jego zdaniem Polska rządzona przez SLD „….W celu pozyskania uznania i aprobaty ze strony administracji amerykańskiej (…) postanowiła przyłączyć się do koalicji chętnych do udziału w agresji na Irak, choć decyzja ta zantagonizowała Polskę z jej partnerami w UE, którzy w zdecydowanej większości uchylili się od udziału w tej kłamliwie uzasadnianej wojnie. (…) Sojusz Lewicy Demokratycznej zapłacił polityczną cenę za neoliberalną politykę i za nieprzemyślany udział w interwencji w Iraku”.
Patrząc na poczynania aktualnych liderów polskiej lewicy refleksji nad tą smutną sprawą nie widać. Aleksander Kwaśniewski to dziś jeden z idoli sejmowej Lewicy. Szkoda, bo uczciwa pamięć o irackiej hańbie mogłaby być lakmusowym papierkiem, iż przynajmniej w głowach owych, mieniących się lewicą, polityków coś się zmienia.

Retrospekcje terroru

Federalna Demokratyczna Republika Etiopii, państwo położone we wschodniej części Afryki, z racji samego położenia od lat narażone było na konflikty zewnętrzne i wewnętrzne. Z jednej strony graniczy z Sudanem, w którym nie tak dawno doszło do secesji południowej części kraju, a z drugiej z Somalią, w której niekończący się konflikt militarny trwa nieprzerwanie od 1991 roku. Uhonorowanie premiera Etiopii – Abiya Ahmeda – pokojową nagrodą Nobla sprzed trzech lat miało charakter symboliczny. Społeczność międzynarodowa miała nadzieję, że chociaż Etiopia, dawna Abisynia, udanie przeszła proces demokratyzacji. Ostatnie miesiące udowodniły, że były to nadzieje złudne.

4 listopada 2020 roku media obiegła wiadomość, że Tigrajski Front Ludowy Front Wyzwolenia (TPLF) zaatakował bazy wojskowe etiopskiej armii w Mekelle – stolicy północnego regionu kraju. Tigrajska partyzantka, założona 18 lutego 1975 roku, odwoływała się w przeszłości do idei panafrykańskiego socjalizmu. Jednak jej „walka o wyzwolenie narodowe i społeczne” szybko przerodziła się w najzwyklejszy nacjonalizm, separatyzm. TPLF porzuciło marksizm-leninizm i skupiło się na sprawie niezależności Tigraju. Teoretycznie wojna trwała tylko kilka tygodni, tak przynajmniej ogłosił prezydent Ahmed. W praktyce walki trwają nadal; ani nie wygasły przyczyny konfliktu, ani nie zakończył się koszmar niezaangażowanej w niego cywilnej ludności.
Tigraj to północna prowincja Etiopii, w większości zamieszkana przez chrześcijan, wiernych ortodoksyjnego Kościoła Etiopii. Nieliczne mniejszości religijne to lokalny odłam islamu (Jeberti) i rdzenne wierzenia. Co ważne z perspektywy znaczenia tigrajskiego nacjonalizmu – mieszkańcy tych terenów wykształcili swój własny język. Tigrinia używana jest właśnie w Tigraju oraz sąsiadującej z nim Erytrei. Powinowactwo językowe nie spowodowało jednak, że rząd w Asmarze przychylnie patrzy na sprawę niepodległości Tigraju. Bojąc się wzrostu znaczenia podobnych ruchów wyzwoleńczych na swoim terenie rząd Erytrei oficjalnie wspiera armię Etiopii i to angażując do walki z partyzantką dużo więcej żołnierzy niż rząd etiopski. Asmara zaangażowała 400 tys. żołnierzy – rząd Abiya Ahmeda zaledwie 140 tys. Trzecim uczestnikiem konfliktu są lokalne władze etiopskiego regionu Amhara, którego prezydent – Agegnehu Teshager – jest znacznie bardziej przychylny administracji w Addis Addebie niż władze Tigraju, a do tego powstańcy z TPLF zaatakowali niektóre pozycje należące do Amhary. Konflikt w Etiopii to już więc nie lokalny bunt i nie drobna rewolta. To wojna domowa.
Wybory, bojkot, zwycięstwo
Patrząc na historię kontynentu afrykańskiego bardzo łatwo można zauważyć, że konflikty militarne wybuchały z trzech powodów. Albo prowokowały je światowe mocarstwa, aby zwiększyć swoje wpływy, albo chociaż po to, by ograniczyć znaczenie swoich wrogów. Inny scenariusz to konflikty plemienne, wynikające ze sporów, do których doprowadzili jeszcze kolonialiści, dzieląc Afrykę ołówkiem i linijką.
Po zakończeniu wojny domowej w Etiopii w roku 1991 kraj stał się jednopartyjną dyktaturą. Rząd tworzył Etiopski Ludowo-Rewolucyjny Front Demokratyczny (EPRDF), którego bardzo ważną częścią był także Tigrajski Ludowy Front Wyzwolenia. EPRDF w czasach wojny domowej był największą partią komunistyczną – co ciekawe, z silnymi inspiracjami albańskim hodżyzmem – w kraju. Gdy jednak doszło do rozbrojenia, komuniści porzucili wiarę w marksistowską filozofię polityczną. Zabrakło też finansowania ze Związku Radzieckiego; kraj – chcąc nie chcąc – poszedł własną drogą. Jako główna ideologia polityczna pojawił się zenawizm – lokalna odmiana etnicznego federalizmu. Forsowana przez Melesa Zenawiego, wieloletniego premiera i Tigrajczyka z pochodzenia doktryna miała na celu stworzenie unitarnego, silnego państwa, które jednocześnie szanuje regionalizmy oraz rozwiązuje problemy mniejszości. W latach 90., gdy różne kraje afrykańskie stawały w obliczu konieczności przewartościowania sojuszy czy podejmowały próby demokratyzacji, Etiopia zdawała się zaskakująco dobrze przyjmować kierunek rozwoju w stronę afrykańskiej formy demokracji liberalnej.
Niestety tak jak w przypadku Jugosławii, kiedy to po śmierci Josipa Tito, kraje federacyjne rozpoczęły pomiędzy sobą krwawe konflikty, ideologia zenawizmu przegrała z plemiennymi i etnicznymi antagonizmami, gdy tylko zabrakło Zenawiego. Po jego śmierci w 2021 r. nie było na etiopskiej scenie politycznej człowieka, który byłby zdolny podtrzymać dziedzictwo federalizmu. Układy partyjne naturalnie zaczęły się zmieniać, TPLF, który miał w jego osobie dyskretną podporę zaczął być spychany na dalszy plan, a na horyzoncie politycznym wyrosły nowe ugrupowania. 1 grudnia 2019 roku Abiy Ahmed położył kres postkomunistycznemu Etiopskiemu Ludowo-Rewolucyjnemu Frontowi Demokratycznemu i powołał do życia Partię Postępu (PB). W jej skład weszły głównie lokalne partie reprezentujące interes mniejszości etnicznych i plemion. Jedyną partią, która odmówiła połączenia się z innymi w big-tent etiopskiego premiera był właśnie Tigrajski Ludowy Front Wyzwolenia. Rządzący zarówno regionem Tigraj, jak i TPLF Debretsion Gebremichael wszedł na kurs kolizyjny względem administracji rządowej. Tigrajczycy przekonują, że pod rządami Ahmeda padają ofiarami najzwyklejszej dyskryminacji – przemocy policyjnej, utrudniania przedstawicielom tej grupy etnicznej obejmowania stanowisk w administracji państwowej czy nawet uniemożliwiania im latania samolotami należącymi do krajowych Etiopian Airlines. To wszystko sprzyjało rozwojowi poparcia dla idei oderwania się od Etiopii i powołania własnego, niewielkiego, ale własnego państwa.
W 2020 roku, podczas lokalnych wyborów na prezydenta regionu Tigraj. Z racji wielu malwersacji w procesie zgłaszania kandydatów i braku zgody Addis Addeby na organizację głosowania wystartował w nim praktycznie tylko Gebremichael zdobywając ponad 98 proc. głosów przy frekwencji na poziomie 97 proc.. Największe formacje opozycyjne, w tym lewicowe ugrupowanie Arena Tigraj dla Demokracji i Suwerenności oraz przychylna Ahmedowi Tigrajska Partia Demokratyczna, na jego zawołanie, zdecydowały się zbojkotować wybory. Władze centralne nie uznały też wyników tigrajskiego głosowania. Abiy Ahmed mianował tymczasową głową regionalnej administracji Mulu Negę Kahsaya.
W Tigraju zaistniała faktyczna dwuwładza. Gebremichael de facto zarządza tylko terenami, które kontrolują wojska powstańcze. Mulu Nega, choć powinien kontrolować cały region Tigraju, w rzeczywistości nie zawsze panuje nawet nad sytuacją na terenach zajmowanych przez wojska rządowe.
Czyja wojna
Kto bardziej zawinił w tym konflikcie? Trudno oceniać; faktem jest, że to Tigrajski Ludowy Front Wyzwolenia jako pierwszy użył siły. Ataku na bazy wojskowe rządu Etiopii nie można usprawiedliwić zemstą za nieuznanie legalnie wybranego przez Tigrajczyków Debretsiona Gebremichaela. I choć w teorii to cały spór obraca się pomiędzy powstańcami, a administracją centralną, to jest jeszcze jeden ważny gracz, który nie bez powodu zaangażował się w ten konflikt. Kiedy 14 listopada tigrajscy separatyści wystrzelili serię pocisków w stronę stolicy Erytrei, od razu było wiadome, że rząd w Asmarze nie puści tego płazem. Tigrajczycy regularnie ostrzeliwali od tego czasu terytorium Erytrei oraz Amharę – etiopski region położony na zachód od Tigraju. Wojska erytrejskie, jak już wskazano, w odpowiedzi aktywnie wspierają rząd w Addis Abebie.
Ale konflikt wewnętrzny, osłabiający Etiopię, aktywnie obserwują także inne państwa, w tym Zjednoczone Emiraty Arabskie oraz Sudan Południowy i Północny, który zalewany jest wręcz przez kolejnych uchodźców uciekających z terenów objętych działaniami wojennymi. Rząd w Abu Dhabi półoficjalnie wspiera Etiopię, czego dowodem może być zorganizowany przez Arabów atak dronów wojskowych z końca zeszłego roku. Wysłane z bazy w Assab (Erytrea) maszyny, jak ustaliła europejska organizacja EEPA, były produkcji chińskiej, co tylko pokazuje, z jak wielowektorowym konfliktem mamy do czynienia.
Pod koniec 2020 roku doszło do pierwszych starć pomiędzy Etiopią a Sudanem. państwa te systematycznie poprawiały swoje relacje od 2007 roku, ale konflikt tigrajski doprowadził do kolejnego w historii kryzysu. W związku z potężną falą imigracji do Sudanu Północnego i Południowego, ten pierwszy podniósł roszczenia wobec kawałka terenu, o którym obie strony zdały się już dawno zapomnieć. Chodzi o granicę pomiędzy Sudanem Północnym a Etiopią w regionie Abu Tyour. Oba państwa wysłały swoje oddziały do ochrony kontrolowanych terenów, co szybko przerodziło się w wymianę ognia. Mówi się o 5 ofiarach tego subkonfliktu, ale przecież jego znaczenie jest znacznie większe niż wydawałoby się na podstawie tej statystyki.
Back to Tigray
Znacznie bardziej krwawo przedstawia się bilans wojny pomiędzy Tigrajskim Ludowym Frontem Wyzwolenia a rządem Etiopii. Siły wojskowe kontrolowane przez Abiya Ahmeda oraz prezydenta Erytrei – Isaiasa Afwerkiego – nie liczą ofiar na bieżąco. Jeśli wierzyć raportom separatystów, to stracili oni ponad 100 000 żołnierzy, aczkolwiek żadna z organizacji międzynarodowych badających tę sprawę nie uznaje powyższych informacji za prawdziwe.
Tigrajczycy, choć aktualnie są w defensywie, stracili znacznie mniej ludzi od strony rządowej – i to akurat jest pewne. Z tym, że podawana przez liderów TPLF liczba 550 osób jest zdecydowanie zaniżona i odpowiada liczbie zabitych tylko na przestrzeni siedmiu dni listopada (4-11). W ostrzałach i atakach bombowych życie stracili także uczestnicy międzynarodowych akcji humanitarnych (oficjalne dane to 5 zabitych), a także przedstawiciele Organizacji Narodów Zjednoczonych (co najmniej 3 zabitych).
Dokładna liczba zabitych lub rannych cywili jest niemożliwa do oszacowania. W terenie brakuje obserwatorów, bezstronnych dziennikarzy, korespondentów, którzy mieliby możliwość relacjonować rozwój wypadków. W związku z aktywnymi działaniami wojennymi trudno także wskazać jak wygląda na tym terenie sprawa związana z pandemią koronawirusa. Szpitale nie przyjmują nowych zakażonych i często borykają się z przerwami w dostawach prądu. Na ten moment mówi się o nawet 20 000 zaginionych bez wieści, co jest liczbą jednocześnie przerażającą, jak i marginalną – jeśli spojrzy się na to, z jaką skalą czystek etnicznych i migracji mamy do czynienia, bo co najmniej 2 500 000 mieszkańców Tigraju, Amhary oraz innych regionów położonych w okolicy zostało zmuszonych do opuszczenia swojego miejsca zamieszkania. Akcje ratunkowe ONZ, a przede wszystkim wysoki komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw uchodźców nie radzą sobie z dostarczaniem pomocy mieszkańcom, bez względu na to, czy zmuszeni są działać w realiach pandemicznych, czy nie. Coraz częściej pojawiają się głosy o klęskach głodu w kolejnych regionach dotkniętych konfliktem.
Nie radzą sobie także państwa sąsiedzkie. Sudan Południowy, Sudan Północny, Erytrea, wciągnięte w tę wojnę niby przypadkowo, również wiele tracą. Zaangażowanie militarne wymaga bardzo dużych środków pieniężnych, które w czasach globalnego kryzysu gospodarczego spowodowanego pandemią COVID-19 są trudne do pozyskania. Tym bardziej dla państw, które i tak nigdy nie należały do zamożnych. Najgorzej sytuacja wygląda w Sudanie Południowym, który w tym roku obchodzić będzie zaledwie pierwsze dziesięciolecie swojej państwowości. Fala imigracji, z jaką musi się mierzyć całkowicie wykracza poza możliwości tego kraju w zakresie udzielenia najbardziej podstawowej pomocy.
Wojna wygrana, wojna przegrana
Rząd Etiopii kierowany przez Abiya Ahmeda ogłosił swoje zwycięstwo w konflikcie z Tigrajskim Ludowym Frontem Wyzwolenia już na końcu listopada 2020 roku. Jest to oczywiście zagranie czysto propagandowe, które ma wybielić etiopski rząd w oczach światowej opinii publicznej. Ahmed jest wszak laureatem pokojowej nagrody Nobla z 2019 roku, a otrzymał ją za… stworzenie z Etiopii sprawnie działającej demokracji, respektującej prawa człowieka i prowadzącej pokojową politykę względem swoich sąsiadów. W rzeczywistości starcia wciąż trwają, zasięg partyzanckich walk nawet rośnie. Debretsion Gebremichael zaprzecza stale pogłoskom, że morale partyzantów opadło, a TPLF wycofuje się z działań wojennych. – Wciąż walczymy. Ci ludzie nie mają szans nas pokonać. Jesteśmy niezniszczalni – przekonywał.
Największymi przegranymi w konflikcie są, jak zwykle zresztą, mieszkańcy terenów objętych wojną. Nie wszystkim udało się uciec do Erytrei czy Sudanu Południowego. Tracili życie z rąk jednej i drugiej strony, padając ofiarą masowych morderstw, których pełna skala nie jest nawet znana. Poniżej tylko kilka przykładów:
– Adigrat – 18 listopada 2020 etiopska armia zamordowała 59 osób w ich własnych domach,
– Idaga Hamus – zaraz po zajęciu miasta przez wojska Ahmeda żołnierze dopuścili się morderstwa na 24 cywilach. Przez następne tygodnie w różnego rodzaju masowych egzekucjach zginęło od kilkunastu do kilkudziesięciu tigrajskich cywili w różnym wieku,
– Hagere Selam – w ciągu dwóch dni (4-5 grudnia) połączone siły etiopskie i erytrejskie zamordowały co najmniej 60 cywili w czasie przejmowania miasta.
– Addi Qoylo – kolejne 30 Tigrajczyków poniosło śmierć z rąk etiopskich sił zbrojnych, w ramach zemsty za przegraną bitwę z TPLF 14 grudnia 2020 roku,
– Hitsats – w mieście tym doszło do masakry na mieszkańcach obozu dla uchodźców w Hitsats, będącego schronieniem dla blisko 100 000 Erytrejczyków. Po wymianie strzałów z obu stron śmierć poniósło 40 cywili oraz przynajmniej kilku bojowników Tigrajskiego Ludowego Frontu Wyzwolenia
– Humera – kolejny masowy mord na Tigrajczykach zorganizowany przez etiopsko-erytrejski sojusz militarny. ONZ uznało tę masakrę za czystki etniczne zorganizowane przez władze centralne. Zginęły w nich co najmniej 92 osoby
– Maryam Ts’iyon – największa dotychczas zbrodnia wojenna, jakiej dopuściły się siły antytigrajskie podczas trwającego konfliktu. Według różnych źródeł zginęło w niej około 800 osób, z czego co najmniej 750 ukrywających się w Kościele Matki Boskiej z Syjonu w mieście Aksum.
Czy tak musiało być? Czy musiała wybuchnąć wojna, która zabiera etiopskiej młodzieży szanse na spokojne dzieciństwo, a dorosłym, którzy wstąpili czy też zostali wcieleni do partyzantki lub armii – życie? Wydawało się, że Etiopia ma szanse takiego scenariusza uniknąć. Nie czas jednak na teoretyzowanie, co stać się mogło, ale nie nastąpiło. Przerażającym faktem jest, że w strategicznym regionie Rogu Afryki doszło do kolejnego krwawego konfliktu etnicznego, którego nikt nie jest w stanie realnie powstrzymać, ani tym bardziej zlikwidować jego przyczyn. Zwłaszcza w dobie pandemii, gdy tzw. społeczność międzynarodowa ma znacznie poważniejsze problemy.

Amerykańska wojna w Somalii po pół wieku się kończy… czy na pewno?

Korzenie wojny w Somalii sięgają czasów zimnej wojny. Ta się skończyła, więc Amerykanie nazywają swoje zaangażowanie w tym kraju „wojną z terroryzmem”. W grudniu 2020 roku administracja Trumpa ogłosiła decyzję o wycofaniu wojsk i spotkała się z ostrą krytyką mediów pro-interwencjonistycznych. W końcu chodzi o utrzymanie geopolitycznej przewagi w Rogu Afryki.

Między innymi magazyn Foreign Affairs wezwał administrację Bidena do „ponownego zaangażowania” się w walkę z bojówkami asz-Szabab, które stały się głównym ogniskiem oporu po dekadach zagranicznej ingerencji w tym afrykańskim kraju. Wymieniona jako organizacja terrorystyczna przez Departament Stanu w 2008 roku, asz-Szabab (z arabskiego: Młodzież) jest częścią szerszej koalicji walczącej o niepodległość regionu, obok narodowych sił bezpieczeństwa i niektórych frakcji wchodzących w skład somalijskiego rządu. Czy zresztą warto w ogóle mówić o ponownym angażowaniu się, skoro wycofanie wojsk amerykańskich z Somalii to zaledwie przesunięcia amerykańskich sił do innych części Afryki Wschodniej? Rzecznik AFRICOM, płk Chris Karns, przyznał, że „ograniczona obecność sił zbrojnych nadal będzie miała miejsce”. Wcale też nie skończyły się amerykańskie ataki powietrzne na cele w Somalii. Ich częstotliwość jest większa niż wcześniej i to w zasadzie rozwiewa ostatnie złudzenia, jakoby Stany Zjednoczone miały zamiar naprawdę zostawić ten kraj w spokoju.
Zimnowojenny początek
Federalna Republika Somalii jest jednym z czterech krajów położonych w regionie określanym mianem Rogu Afryki, który od XIX wieku stanowi ważną arterię światowego handlu. Położone jest tam źródło rzeki Nil, blisko jest też do bliskowschodnich pól naftowych oraz szlaków handlowych Oceanu Indyjskiego, nie dziwi więc, że Róg Afryki od dawna był celem kolonialnych potęg Wielkiej Brytanii i Francji, a także faszystowskich Włoch w czasie II wojny światowej.
Amerykańskie zaangażowanie przyszło dużo później. Kiedyw latach 60. Somalijczycy uzyskali niepodległość, a Somaliland Brytyjski i Somaliland Włoski znalazły się pod jedną flagą, arbitralne wytyczenie granic terytorialnych sprawiło, że znaczna część etnicznych Somalijczyków została rozproszona na obrzeżach nowego kraju. Wpływy w nowym kraju chciał mieć i Związek Radziecki, i jego wielki rywal. Somalijsko-radziecki układ zbrojeniowy z 1963 roku dał przewagę Moskwie, a jeszcze większą kontrolę nad tym afrykańskim krajem Sowieci zdawali się zyskiwać po wojskowym zamachu stanu w 1969 r., dokonanym przez skrajnie lewicowych nacjonalistów pod wodzą generała Siada Barre. W odpowiedzi USA udzieliły znacznej pomocy wojskowej sąsiedniej Etiopii, co doprowadziło do regularnych starć zbrojnych między obiema stronami. Jednak i w Etiopii interesy amerykańskie szły źle – w 1975 r. wspierany przez Amerykanów cesarz Hajle Sellasje został obalony, władzę w wyniku zamachu stanu przejął Derg – rada lewicowych, marksistowskich oficerów. Ona również porozumiała się ze Związkiem Radzieckim, co sprawiło, iż Amerykanie zaczęli… udzielać pomocy wojskowej i ekonomicznej socjalistycznemu rządowi Barre w Somalii. Wojna o Ogaden pomiędzy Etiopią a Somalią, rozpoczęta przez Barre w 1977 roku, doprowadziła do ostatecznego zerwania stosunków między Somalią a Związkiem Radzieckim. ZSRR zawarła układ z Fidelem Castro, aby sprowadzić 5 000 kubańskich żołnierzy w celu wsparcia Etiopii, co doprowadziło do klęski armii Saida Barre i przyczyniło się do końca odprężenia w relacjach pomiędzy USA a Związkiem Radzieckim pod koniec lat 70.
W 1979 roku inwazja Związku Radzieckiego na Afganistan stała się punktem wyjścia dla Operacji Cyklon – programu CIA zainicjowanego przez prezydenta Jimmy’ego Cartera, mającego na celu finansowanie afgańskich grup oporu, mudżahedinów. Ta najdłużej trwająca tajna operacja w historii USA przez lata pochłonęła ponad 20 miliardów dolarów na uzbrojenie i szkolenie tych grup. Mudżahedini nie pozwolili ZSRR opanować Afganistanu, ale Amerykanie stworzyli, jak pisał The Guardian, Frankensteina, rozbudzili fundamentalizm islamski. A on współtworzy dziś tak oblicze Bliskiego Wschodu i polityki USA wobec niego, jak i oblicze Somalii.
Przebój kasowy
Dzięki Hollywood wielu Amerykanów słyszało o jednej z największych porażek Stanów Zjednoczonych w Somalii od czasu, gdy po upadku Związku Radzieckiego Waszyngton podwoił wysiłki, by narzucić swoją władzę w tym regionie. Jednak film Helikopter w ogniu, historia o tym, jak 18 amerykańskich żołnierzy zostało zestrzelonych z nieba przez somalijskich watażków, nie mówi całej prawdy.
W ramach operacji Przywrócić Nadzieję, administracja George’a H.W. Busha i ONZ, oficjalnie w ramach misji humanitarnej, wysłały do Somalii 30 tys. belgijskich żołnierzy w celu stworzenia „bezpiecznego środowiska dla ostatecznego politycznego pojednania” w następstwie wywołanego wojną głodu, który pochłonął życie setek tysięcy ludzi. Misja szybko przekształciła się w operację wojskową, która z kolei doprowadziła do wybuchu powstania somalijskich watażków; oddziały „pokojowe” zaczęły prześladować lokalnych przywódców klanowych i zaostrzać napięcia. Następca Busha, Bill Clinton, rozszerzył „misję” i eskalował konflikt, tak, że ten przerodził się w wojnę domową w pełnym tego słowa rozumieniu.
Generał Mohamed Farah Aideed, popularny przywódca opozycji i przewodniczący Zjednoczonego Kongresu Somalijskiego, stał się szczególnym celem amerykańskich interwentów. Umożliwili oni rywalizującym watażkom zajęcie miast kontrolowanych przez sojuszników generała i nakazali jego aresztowanie. Akcja ta uczyniła z sił pokojowych ONZ wspólnego wroga Somalijczyków. Ludzie Aideeda ruszyli do kontrataku i zmusili siły „pokojowe” do wycofania się. W odpowiedzi Clinton wysłał amerykańskich żołnierzy, aby schwytali Aideeda i jego oficerów. Właśnie tę haniebną operację, która doprowadziła do śmierci 18 żołnierzy amerykańskich i setek Somalijczyków, misję typu „zlokalizuj i porwij” mającą na celu schwytanie dwóch oficerów Aideeda w stolicy kraju, Mogadiszu, pokazuje wspomniany film.
W operacji wzięło udział łącznie 160 żołnierzy, 19 samolotów i 12 pojazdów. Miejscowa milicja wciągnęła najeźdźców w 18-godzinną wymianę ognia i zestrzeliła dwa amerykańskie helikoptery Black Hawk, a międzynarodowe serwisy informacyjne przedstawiały obrazy martwych amerykańskich żołnierzy wleczonych po ulicach. W obliczu takiego publicznego upokorzenia, Clinton przerwał misję i wycofał siły amerykańskie w marcu 1994 roku.
Amerykanie jednak nie odeszli na dobre. Działali, nie ujawniając się. W 2001 r. Stany Zjednoczone rozpoczęły w Somalii szeroko zakrojone działania w szpiegowskie. Połączone Dowództwo Operacji Specjalnych Pentagonu (JSOC) przejęło inicjatywę w operacjach nadzoru, rozpoznania i przechwytywania, które trwały do 2016 roku i doprowadziły do zabicia setek bojowników asz-Szabab, głównego celu operacji. W 2011 r. prezydent Obama zaczął rozmieszczać w regionie drony, które stały się podstawą imperialnych wojen Ameryki, dodając do ogromnego inwentarza bomb i pocisków kolejną broń zabijającą tysiące niewinnych cywilów bez jakiejkolwiek odpowiedzialności.
Krwawe dziedzictwo
Można postawić tezę, że to, co nazwano wojną domową w Somalii, było jedynie nieustanną kampanią obcych państw, mającą na celu kontrolowanie obszaru o kluczowym znaczeniu dla funkcjonowania ich globalnych interesów handlowych. Wykorzystywanie takich czy innych nastrojów, jakie ich agenci mogą wywołać w społeczeństwie? Rzucanie pieniędzy i broni w ręce tej czy innej frakcji? Wszystko to tylko środki służące temu celowi. To samo dotyczy uzasadnień ideologicznych. Amerykanie mogli przez dziesiątki lat wspierać zdeklarowanego socjalistę Saida Barre, gdy widzieli w tym sens. Na tej samej zasadzie mogą teraz niszczyć „islamskich terrorystów”, bojówki, które swojego czasu sami tworzyli.
22 stycznia, ledwie tydzień po oficjalnym wycofaniu amerykańskich wojsk, 189 bojowników asz-Szabab zostało zmasakrowanych przez wspierane przez USA Ugandyjskie Ludowe Siły Obrony (UPDF). Uderzenie było skoordynowane z misją Unii Afrykańskiej w Somalii (AMISOM), która współpracuje z agentami CIA działającymi” w ramach programu antyterrorystycznego w Somalii. Joe Biden mógł obiecywać w kampanii „zakończenie wiecznych wojen”. Nowa administracja USA raczej nie zmodyfikuje swojej polityki wobec Somalii. Niektórzy już wzywają do tego, aby prezydent cofnął decyzję Trumpa o wycofaniu wojsk, co dodatkowo ujawnia, że wycofanie nie jest niczym więcej niż polityczną sztuczką. Nawet arcyneokonserwatywni politycy z American Enterprise Institute rozumieją, że położono wystarczające podwaliny, aby kontynuować krwawe dziedzictwo USA… nawet bez stałego kontyngentu marines.

Oryginalny tekst ukazał się na stronie MintPressNews. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Jak to na Kaukazie cz.II

Wyjechaliśmy z Erewania o świcie. Pięćset kilometrów krętymi, górskimi drogami i wschód słońca na Kaukazie. Trudno o piękniejszy widok niż poranek w jego promieniach. Ta sama okolica zmieniała się diametralnie w zależności od światła, padających promieni słońca, lub ich braku. Zakochałem się w górach wiele lat temu, czułem się więc jak w raju, fotografowałem wszystko, nie przypuszczając, że za zakrętem będzie jeszcze ciekawiej. Zatrzymywaliśmy się dosyć często, kierowca był bardzo cierpliwy. Tym sposobem zużyłem baterie z dwóch telefonów i jeszcze cały zapas prądu z powerbanka, gdzieś w połowie drogi do Stepanakertu – stolicy Republiki Arcacha (Górski Karabach). Na szczęście jeden z kolegów miał zapasowy, którym mogłem podładować bezużyteczne aparaty.

Niesamowity, potężny i bezkresny masyw, przypominający czasami Bieszczady, ale takie na sterydach, a czasem Tatry, też na sterydach. Wszystko w nieporównywalnie większej skali.
Chociaż zdjęcie nie odda realnie potęgi i piękna tego co widzą oczy, co czuje serce, to jednak jest coś takiego, że trudno minąć jakiś fragment nie robiąc mu zdjęcia.
Góry mają tę cechę, że są bardzo zmienne. Zależy to od światła, pogody, pory dnia, roku. Zmieniają się w ciągu kilku sekund. To zjawisko poznałem już wcześniej, ale na tam jest to znacznie wyraźniejsze, większe, podobnie jak cały Kaukaz. Ta sama przestrzeń, góra czy klasztor w ciągu kilku, kilkunastu minut zmieniały się nie do poznania. Totalna metamorfoza. Od barw, przez cienie. Coś co było szare, zaczyna lśnić jak złoto, śnieg na szczytach kontrastuje z czerwienią niższych warstw, promienie wybiórczo liżące wybrane skały, by za chwilę zmienić górę. W dolinach widać zarysy wijących się jak wstążki dróg. Nie do opisania i chyba nie do sfotografowania.
Arcach
Bardzo trudno jechać, gdy za oknem roztacza się widok, który zatyka dech, wydaje się tak piękny, wyjątkowy, że trudno wyobrazić sobie coś bardziej niesamowitego, ale to coś „bardziej niesamowite” pojawia się za kolejnym zakrętem. Jak dziecko, chciałem uchwycić wszystko, im wyżej, tym zimniej i baterie zaczynały odmawiać posłuszeństwa, ale chwila rozgrzewki w samochodzie i znowu działały. Niestety, musieliśmy jechać. Normalnie zajęłoby to koło ośmiu godzin, ale w tych warunkach straciłem rachubę. W pewnym momencie zakryłem już nawet oczy, żeby spokojnie przejechać bez proszenia kierowcy, by się na chwilę zatrzymał. Musieliśmy przecież jeszcze dotrzeć na miejsce. Po przekroczeniu kolejnego punktu kontrolnego, ktoś z naszej grupy powiedział, że jesteśmy już w Górskim Karabachu. Po drodze ślady niedawnych walk, rozbite wozy pancerne, rozrzucone na poboczu skrzynki z amunicją, szczątki wszelkiego rodzaju sprzętu wojennego. Od amunicji, po fragmenty pojazdów. I znowu ta ochota sfotografowania wszystkiego. Odcinek drogi między Armenią, a Republiką Arcachu, był obstawiony przez rosyjski kontyngent pokojowy. Co kilka kilometrów solidne zasieki – ustawione jak pachołki na placu manewrowym nauki jazy – wymuszały ostrożną jazdę zygzakiem, tak by powoli zbliżyć się do kolejnego punktu kontrolnego. O skuteczności tego rodzaju zapory przekonałem się łażąc i szukając miejsc, porzuconych wraków, śladów ostatniej wojny – zawadziłem lekko nogawką i rozerwałem spodnie.
Do Stepanakertu dotarliśmy późnym popołudniem. Zostawiliśmy rzeczy w niewielkim hotelu i wyruszyliśmy w poszukiwaniu ludzi, którzy mieli opowiedzieć nam o swoim życiu na tej beczce z prochem.
Tuż obok naszego hotelu mieszkała rodzina, uchodźcy z przejętego przez Azerów miasta. Usiedliśmy w hotelowej restauracji, trzy kobiety i jeden mężczyzna. Rozmowę zaczęła Elmine Aajrapetian, matka dziesięciorga dzieci, uciekinierka z Mardekertu – ze łzami w oczach opowiadała jak uciekła do Erewania. Głos jej się łamał gdy zaczęła mówić o nalotach dronów, popłynęły łzy, wtedy zaczął mówić jej mąż – Gamlet Batalian, były pracownik kopalni karbidu – „straciliśmy dom, teraz mieszkamy w trzynaście osób, a był moment, że w szesnaście. Państwo daje nam trochę ponad dwieście dolarów zapomogi”. Dzieci jeszcze nie chodzą do szkoły, trauma została, rodzice wciąż się boją się, że przyjdą Azerowie, albo Turcy. Nie mogą przeboleć pozostawionego domu, straconego dorobku. Opowiadając to Gamlet nerwowo się porusza, bezsilna wściekłość aż z niego kipi. Na pytanie czy musiało do tego dojść, odpowiada jednoznacznie, że nie. Winą obarcza przywódcę Armenii: „Nikol Paszinian mógł temu zapobiec, nie zrobił nic”. Chwali natomiast nowego prezydenta Republiki Arcachu – Arajika Harutiuniana: „jest waleczny i odważny, walczył o nasz kraj. On się nie podda” – dodaje zdecydowanym głosem. Na pytanie o Azerów omal nie wybucha, to dzicy ludzie, pytamy czy wszyscy? Czy nie poznał nikogo dobrego, przecież kiedyś byli sąsiadami. „Nie” odpowiada jednoznacznie „to zwierzęta” dodała jego żona. Przemawiała przez nich rozpacz, co rozumiałem, chciałem jednak też porozmawiać z kimś, po drugiej stronie granicy. Przecież to niemożliwe, wszędzie są ludzie dobrzy i ludzie źli. Gorycz i żal, przesłania pokrzywdzonym część świata i pozostawia jedynie te czarno-białe wrażenia.
„Na początku nie zdawaliśmy sobie z tego spawy” – wtrąca jedna z kobiet, mieszkanka Stepanakertu. „Myśleliśmy, że to jakieś fajerwerki, gdy dotarło do nas, że to rakiety, uciekliśmy do piwnicy”. Zapraszają nas do siebie, chcą byśmy zobaczyli jak teraz mieszkają – (fot).
Rzecznik prasowy
Nazajutrz rano umówione spotkania, pierwszy urząd, to rzecznik prasowy i doradca prezydenta Wagram Pogosjan. To właśnie on ogłosił ostatnią wojnę. Mimo szczerej sympatii, nie skrywał żalu, podobnie jak sierżant Garik – o którym pisałem w poprzedniej części – oskarżył przede wszystkim Turcję. Minister Pogosjan był wyraźnie oburzony brakiem międzynarodowej reakcji, zwłaszcza postawą państw członkowskich NATO. „Wszyscy doskonale wiedzieli, że po drugiej stronie walczą tureckie bojówki, syryjscy bojownicy, a kraj bombardują natowskie rakiety wprost z tureckich magazynów. Jeśli pozostali członkowie Paktu Północnoatlantyckiego milczą, to również ponoszą winę”. Dodał jeszcze, że dokładnie to samo może wydarzyć się również w Europie”. W tym momencie ponownie przypomniałem sobie Jugosławię i Kosovo, pomyślałem, że faktycznie, niemal identyczna już się wydarzyła.
Przed budynkiem ormiańskiego kościoła spotkałem grupę żołnierzy, naprawdę trudno było nie odnieść wrażenia, że w tym kraju wszyscy są bardzo serdeczni. Porozmawialiśmy chwilę, wyjeżdżali w teren. Trochę smutku, trochę uśmiechu, życzyliśmy sobie szczęścia, wspólny selfik i pobiegłem do budynku szukając pozostałej czwórki z naszej grupy.
Mieliśmy tam kolejne umówione spotkanie. Proboszcz ormiańskiej katedry w Suszy, mieście zajętym przez Azerów. Znowu przypomniała mi się rozmowa z popem w Kosovskiej Mitrovicy. Cerkiew znajdowała się po albańskiej stronie miasta, schroniło się tam kilkanaście rodzin. Ponieważ było wiele ataków, mury otoczyły wojska KFOR i ONZ, broniąc zabytku i przebywających tam ludzi.
Proboszcz Andreas z Suszy – dawnej stolicy Republiki Aracachu, zadziwił mnie swoją skromnością, zupełnie inny obraz duchownego niż w Polsce. Również dał do zrozumienia, że jest rozgoryczony postawą Europy i wierzy w to, że zarówno on, jak i jego parafianie powrócą do swojego miasta. Największe wrażenie zrobiła na mnie jednak cisza, milczenie gdy staliśmy w środku świątyni i dawny proboszcz katedry Suszy, cierpliwie uczył mnie zapalać i układać świeczki intencyjne.
Pomiędzy spotkaniami wpadaliśmy do przypadkowych kawiarni. Nawet i tu nie obyło się bez toastów.
Wieczorem kolejny rozmówca – Artak Beglaryan – Rzecznik Praw Obywatelskich, Ombudsman? Trudno jednoznacznie określić jego stanowisko. Ma tak szeroki zakres obowiązków, że jego stanowisko nie ma chyba w języku polskim stosownego odpowiednika. Zajmuje się pomocą humanitarną i dokumentacją zbrodni. Posiada zbiór dokumentów, w tym filmów które nawet dla miłośników horrorów byłyby nie do obejrzenia.
Usiedliśmy w rzędzie naprzeciwko, uderzył mnie jego wyraz twarzy. A raczej jego brak. Twarz bez mimiki, sztywna, nieruchoma jakby nie było tam człowieka, po chwili zorientowałem się, że jest niewidomy. Dopiero później, już po naszym wyjściu, dowiedziałem się że sam jest ofiarą miny, która okaleczyła i oszpeciła mu twarz, pozbawiając możliwości wyrazu. Po krótkiej rozmowie, gdzie ponownie przewinął się temat Suszy i problem uchodźców, Artak Beglaryan nie potrafił jeszcze precyzyjnie określić liczby ofiar ostatniego konfliktu, było już późno, na zewnątrz ciemno. jeden z jego współpracowników włączył nam wspomniane zapisy filmowe. Po ich obejrzeniu trudno mi było nawet trafić do wyjścia. To jak uderzenie pałką.
Chcieliśmy też porozmawiać z tymi, którzy się tu urodzili, przeżyli wszystkie konflikty i pogromy tej wiecznej wojny, która trwa już znacznie dłużej niż słynna, francusko – angielska „wojna stuletnia”. Oczywiście jeśli uwzględnimy w tym obecność Turcji.
Byłem bardzo ciekaw jak żyją w cieniu ciągłych walk, ataków, jak sobie radzą, jak wychowują dzieci, czy jest szansa na pokój i pojednanie tych od lat zwaśnionych stron, ale żeby do tego dojść, trzeba ustalić właśnie kim są te zwaśnione strony. Czy to w ogóle możliwe?
Oczywiście nikt taki już nie żyje, ale udało nam się odwiedzić pewnego człowieka – Artur Farsijan emerytowany policjant, wielokrotnie odznaczany żołnierz, w Instytucie Języków Obcych ukończył filologię angielską. W kolejnych wojnach, starciach i potyczkach, zginał jego szwagier, opowiadał o ranach jakie odnieśli wszyscy mieszkańcy. Jego synowie zwozili z frontu sterty trupów, też napatrzyli się na śmierć mówi i zawiesza wzrok.
Bazar
Pomiędzy zburzonymi, a ocalałymi budynkami, działa sobie w najlepsze bazar. Moje rozerwane spodnie domagały się wreszcie zaszycia, bo taśma klejąca słabo trzymała na mrozie. A w zasadzie nie trzymała. Poszedłem kupić igłę i nici, żeby jeszcze zaszyć, następnego dnia mieliśmy już jechać do Erewania, tam do muzeum Genocydu i wieczny ogień.
Poszukiwania zacząłem z brzegu, tam sprzedawca powiedział, że tu na tym bazarku – naprawdę był niewielki, nic takiego nie dostanę. Odebrał mi trochę nadziei, ale jeszcze tam buszowałem, licząc, że może jednak się myli. Obszedłem wszystko, gdzie mogli tego typu rzeczy sprzedawać, o mało nie kupiłem nowych spodni, ale nie mieli mojego rozmiaru, wszystkie za małe. Zrezygnowany wracałem, gdy zawołał mnie sprzedawca, ten którego zaczepiłem na początku. Machał ręką, że jest że ktoś ma i że mogę kupić – krzyczał trochę chaotycznie, ale zrozumiałem. Wszedłem we wskazane miejsce, a na stoliku leżały już przygotowane dla mnie igły i nici. Jestem pewien, że nie tylko ja szukałem, że po pierwszym pytaniu sprzedawcy zaangażowali się, żeby pomóc znaleźć mi ten zestaw.
Pożegnanie nad jeziorem Sevan
O trzeciej w nocy samolot. Pożegnanie wyjątkowe, nad jeziorem Sevan, jednym z najwyżej położonych jezior na świecie – największym w całym Kaukazie. Okolica przepiękna, ale i niebezpieczna, tylko sześć kilometrów do granicy z Azerbejdżanem. Czas się pożegnać, ale poza nostalgią, smutkiem, nadzieją – niczym się nie różni ten nasz ostatni wspólny posiłek od kilku innych. Tutaj jest zupełnie inna kultura jedzenia, można nic nie mieć w ustach cały dzień, ale gdy już wszystko załatwione, wszystko zrobione, można usiąść do stołu. To nie jest jednak zwyczajne siadanie do „żarcia”, to cała ceremonia.
Tutaj są biesiady. Zawsze. Jedliśmy i rozmawiamy, trwa to bardzo długo, godzinę, dwie ile trzeba. W restauracji – przy innych stolikach, zauważyłem to samo – obsługa pilnowała, żeby cały czas wszystko było na stole. Najważniejszym punktem były toasty. Każdy jakiś wznosił, to dosyć poważne, trochę może pompatyczne, ale i ceremonialne przemówienie. Tym razem klimat temu sprzyjał, wszyscy skupieni słuchali z uwagą. Oczywiście na stojąco, nikt nie przerywał. Gdy przemowa dobiegła końca, inni przytakiwali i stukali tym, co akurat piją. Mógł to być sok lub kawa – naprawdę nie musiał alkoholem. Trudno wstać po takiej jedzenio-rozmowie. Tym razem było trochę smutniej, bo się rozstawaliśmy, a naprawę zdążyliśmy się zżyć i szczerze polubić.
Szkoda, ale mam nadzieję na rychłe spotkanie. Kilka zdjęć zrobionych na skraju jednego z „trzech mórz” Armenii, najwyżej położonego jeziora na świecie (jednego z najwyżej 1916 metrów nad poziomem morza. Miejsce piękne, chociaż nieprawdopodobnie zimno. Potem do stanicy jednego z kapitanów, który pracował na tym jeziorze. Kominek zdążył nagrzać pomieszczenie, kapitan grał na pianinie. To też było niesamowite. Tak wyglądał codzienny posiłek, ale pożegnanie jest wyjątkowe. Naprawdę, aż się łza w oku kręci. Potrafią skurczybyki zrobić klimat. Z drugiej strony musieli nauczyć się żyć w górach, żyć nie tylko jedzeniem, ale też jakaś kulturą.
Kulturą prostą i przez to piękną. W toastach nie ma prostactwa, rozmawialiśmy o wszystkim, nie zawsze się zgadzając, ale jakie to ma znaczenie jeśli wciąż się lubimy?
Chciałbym tu kiedyś jeszcze wrócić. Obiecałem sobie, że już nie będę używał nazwy Górski Karabach, ale Republika Arcacha. Niech zapadnie w pamięć. Po drodze kupiłem sobie dwie plastikowe bransoletki z napisem Armenia. Niebieską i czerwoną, nosiłem czerwoną, ale została w Afryce na nadgarstku żołnierza, który tak jak oni walczy o sprawę beznadziejną.
Wojna bez sensu
Zarówno w Armenii jak i w Arcachu spotkałem się jedynie z sympatią. Są gościnni, dbają o innostrańców, gdy dostawaliśmy wizy nie wbijali pieczątek w paszporcie, tylko przypinali spinaczem biurowym do jednej z kartek, tak by można było wyjąć i pojechać do Azerbejdżanu. Pieczątka mogłaby narobić tam trochę kłopotów. Walczą o skrawek „kamieni” tego Południowego Kaukazu i naprawdę potężnych gór karabaskich. Tu w zasadzie nie ma nic, żadnych złóż, dobrej ziemi, jakiś specjalnych bogactw czy zasobów – o co wojna? Co tu takiego jest? Ot, kilka monastyrów, cerkwi i lokalnej kultury. Wojna bez sensu (jak każda, tylko ta również nie wynika z zachłanności), tu nie ma o co się bić, za co umierać, czego bronić, o co walczyć. O krajobraz? Azerzy mają taki sam – irracjonalny pełen nienawiści konflikt. Ta kumulująca w mieszkańcach wściekłość – nienawiść, przejdzie na kolejne pokolenia.
Jeśli przyjmiemy, że głównym agresorem i podżegaczem jest Turcja, to walki i pogromy trwają już od XIX, a nawet XVI wieku. Najlepiej udokumentowanego i zaraz po Holokauście, największego ludobójstwa dopuścili się Turcy w 1915 roku. Inicjatorem Genocydu był Talaat Pasza, zamordowano wtedy półtora miliona Ormian. To jednak nie był początek, w tym rejonie wrzało „od zawsze”.
W 1890 roku, blisko trzy miliony Ormian mieszkało w podbitej przez Turków Armenii Zachodniej. Korzystając z osłabienia Imperium Osmańskiego i rosyjskich planów przejęcia Konstantynopola, zażądali autonomii. W odpowiedzi, chcąc zastraszyć Ormian, sułtan Abdulhamid II zachęcał Kurdów do mordowania Ormian, założył nawet kurdyjskie bojówki konne. Do tego doszły sankcje, wysokie podatki i cała masa restrykcji administracyjnych. Doszło wówczas do wybuchu ormiańskich powstań, krwawo tłumionych przez wojska tureckie.
Według współczesnych szacunków pomiędzy 1894, a 1896 rokiem zamordowano trzysta tysięcy Ormian. Stąd wątpliwości, czy podobnie jak niegdyś Kurdami, teraz Turcja nie posługuje się Azerami kontynuując politykę eksterminacji Ormian?
Być może uda mi się jednak odwiedzić drugą stronę granicy i tam zapytać, czemu tak zajadle walczą o ten właśnie fragment Kaukazu.
Ormianie, to ludzie z własną kulturą, a ich historia sięga czasów starożytnego Rzymu. Cilicia – tak nazywał się nie tylko statek nad jeziorem Sevan, ale to też dawna nazwa państwa zwanego również Mała Armenią. Piraci Cilicyjscy byli postrachem mórz, a zwłaszcza Morza Czarnego i Śródziemnego, chociaż pływali też po Atlantyku. Kiedyś porwali dla okupu samego Juliusza Cezara, gdy ten był jeszcze młodzieńcem. Zaraz po wypłaceni okupu i uwolnieniu wziął jednak krwawy odwet.
Bardzo chciałem porozmawiać z kimś z drugiej strony granicy, niestety, było to teraz niemożliwe. Reportaż pokazuje więc jedną stronę konfliktu. I dziwną rolę oraz irracjonalną nienawiść Turków do tych właśnie ludzi. Dlaczego?
Gdy pytałem ludzi, a naprawdę rozmawiałem z wieloma, mówili, że Azerzy są gorsi od zwierząt – gdy mówiłem, że nie wszyscy, że wszędzie są ludzie dobrzy i ludzie źli, że tak po prostu jest, zawsze trafią się zwyrodnialcy – kategorycznie odrzucali ten argument. Dla nich azerskie pochodzenie czyni człowieka kimś gorszym od diabła,a od diabła gorsze jest tylko pochodzenie tureckie.
Rozumiem ich, każdy stracił kogoś bliskiego, każdy w jakimś stopniu odczuł ciężar tej nieustającej wojny. Niektórzy zginęli w sposób okropny, nieludzki. Jak na każdej wojnie, działy się tu rzeczy straszne, od zwykłych walk, przez miny pułapki, aż po tortury, ucinanie głów, pastwienie się nad ludźmi, a w tle słychać gromki śmiech w reakcji na zachowanie pełzającego człowieka, okrutnie już okaleczonego. Zanim dokończyli dzieła, jeszcze mieli ubaw, jeszcze „pobawili” się swoją ofiarą, czyli człowiekiem – cywilem, żołnierzem, nieważne – który (chciałbym w to wierzyć) był już nieświadomy tego, co się wokół i z nim dzieje.
Wojna – to raj i plac zabaw dla sadystów. Zwykle zamożniejsze strony konfliktu, „zatrudniają” najemników (wbrew pozorom są różni najemnicy. Są tacy, którzy mają zasady, pilnują niepisanego kodeksu), tu natomiast przelała się fala ludzi – sadystów, jakich dotychczas nie widziałem. Ani Mudżahedini, ani UCK nie mieli w sobie tyle okrucieństwa, żądzy krwi, chęci pastwienia się nad ofiarą na tak ogromną skalę.
Smutne, ale tak to wygląda z tej strony granicy. Jak zobaczyć tę drugą? – tego nie wiem, ale będę w jakiś sposób próbował. Nie wiem jeszcze jak, ale w końcu znajdę jakiś sposób. Zaraz wyjazd do Erewania, zresztą dzisiaj kończy mi się akredytacja Republiki Arcachu. A ja mam znowu ten sam problem, wyjeżdżam do bezpiecznej Europy, a ludzie których poznałem i polubiłem – muszą zostać. Jeszcze nie wiedziałem, że niebawem znajdę się w samym środku Afryki, z innymi i równie groźnymi problemami.
Z takich miejsc nigdy nie powraca się cało, zawsze zostaje jakaś blizna na psychice.

Zimna wojna

Na Polskę spadły dwie katastrofy. Zaraza i rządy PiS. Złe rządy PiS czynią życie w czasach zarazy jeszcze bardziej nieznośnym.
Pandemia obnażyła niekompetencje elit PiS i brak ich zdolności do zarządzania. Rządy PiS zamiast osłabiać skutki pandemii stale generowały konflikty zastępcze i decyzyjny chaos. Dodatkowo kaczyści, jak wszyscy sekciarze, nie ufają ludziom spoza swojego kręgu. Nie potrafią im zaufać, ani z nimi współpracować.
Nie potrafią współdziałać nie tylko z opozycją parlamentarną i innymi krytycznymi środowiskami. Rząd PiS nie konsultuje swoich działań ze związkami zawodowymi, korporacyjnymi samorządami, organizacjami zrzeszającymi przedsiębiorców. Nie działa Radia Dialogu Społecznego.
Wspólnota kaczystowska zbudowana jest na fundamencie konserwatywnej kontrrewolucji anty oświeceniowej. Prymacie religii nad nauką. Rugowania naukowego, technokratycznego, świeckiego stylu myślenia na rzecz tworzenia duchowej, narodowo- katolickiej wspólnoty. Jeden naród, jedna wiara, jeden Naczelnik Państwa Polskiego. Na naukowy styl myślenia nie ma miejsca w tej triadzie.
Taka wspólnota skutecznie potrafi walczyć z „ideologią LGBT”, „neo marksistowskim genderem”, „POstkomunizmem” i innymi wykreowanymi przez kaczystów zagrożeniami. Ale już nie jest w stanie efektywnie walczyć z realnymi katastrofami. A taką jest teraz pandemia. Do tego potrzeba jest ekspercka wiedza, poszanowanie nauki, wszystko to, czym programowo „anty elitarne” elity PiS gardzą. Z czym ciągle walczą.
Dodatkowo dotychczasowa walka kaczystowskich elit z korona wirusem podporządkowana była walce z opozycją parlamentarną i nieustającej kampanii wyborczej. Przez cały rok 2020 kaczystowskie media kreowały zakłamany obraz rzeczywistości. Ogłaszały kolejne zwycięstwa władzy nad pandemią, wygaszanie zarazy. Być może wielu kaczystów naprawdę uwierzyło w przekazy Jacka Kurskiego i latem 2020 roku nie dopuszczało możliwości kolejnych fal pandemii. By tak uśpieni umysłowo pogrążyć się w słodkim nieróbstwie, albo skupiać na rozkradania budżetu państwa polskiego.
Głowa zepsuta
Niegdyś Polacy pocieszali się, że są co prawda skłóconym narodem, ale w obliczu zewnętrznego zagrożenia, najazdu obcych potrafią się zjednoczyć. Wznieść się ponad osobiste urazy i interesy. Jeśli tak kiedyś rzeczywiście było, to dziś elity PiS jedynie dowodzą, że niewiele z tamtych Polaków mają.
Od pół roku codziennie w Polsce umiera kilkuset zarażonych obywateli. Codziennie wymiera w Polsce jedna polska wieś. A pomimo to na szczycie PiSowskiej władzy trwa nieprzerwana, brutalna walka o pieniądze i władzę.
Rządząca nami Zjednoczona Prawica rozpadała się na podstępnie, intrygujące frakcje. Obiecywana od lata zeszłego roku „rekonstrukcja”, czyli reforma, rządu premiera Mazowieckiego jeszcze nie nastąpiła.
Zamiast tego mamy patologiczny model rządu, którego wicepremier jest politycznym szefem premiera. Można się było pośmiać z takiego kuriozum, po powołaniu pana pr4ezesa na pana wicepremiera, ale w czasach tak poważnej zarazy tak dysfunkcyjnie skonstruowany rząd, to istny „śmiech z pogrzebów”.
Nie dziwmy się, że nadal nie ma w Polsce długofalowego, spójnego programu szczepień, ani otwierania gospodarki. Skoro pan prezes Kaczyński ciągnie w swoją stronę, pan wicepremier Gowin w drugą, pan prezydent w trzecią, pan minister sprawiedliwości tylko knuje i intryguje, a pan premier ciągle znika z fontu walki z pandemią. W atmosferze plotek o jego rychle spodziewanej dymisji.
Nie dziwmy się, że pani posłanka Emilewicz łamie prawo, kłamie publicznie i pozostaje bezkarna, a pan poseł Giżyński wykorzystuje jedynie lukę prawną w dziurawym systemie szczepień i zostaje za to gromko, przykładnie ukarany.
Okazuje się, że i wśród kaczystów też są swoi i obcy. Ludzie i ludziska. Doświadczyła tego też właśnie słabnica pańska Ewa Stankiewicz, reżyserka filmu „Stan zagrożenia”. Filmu o katastrofie smoleńskiej. Propagującego teorię zamachu na prezydencki samolot i strącenie go w wyniku wybuchu spec bomby.
Ów film miał być zaprezentowany w telewizji Jacka Kurskiego, w TVP, ale jego premierę nagle odwołano. „Przegrała wolność słowa-zwyciężyły naciski polityczne”, zadeklarowała Ewa Stankiewicz w prorządowym tygodniku „Sieci”.
Nie dopowiedziała któż to „naciskał”, a lizusowski tygodnik też nie nalega na to. Plotki dochodzące z salonu PiS sugerują, że to robota pana Antoniego Macierewicza, albo i nawet samego pana prezesa Kaczyńskiego.
PiS zbudował swą popularność na micie smoleńskim i kłamstwie o tym wypadku lotniczym. Film Ewy Stankiewicz ponoć tak artystycznie kondensuje to kłamstwo, że nawet ten „ciemny lud” może przestać w je wierzyć. A skoro przestanie wierzyć w „ruski zamach”, to i może zwątpić też w sukces Centralnego Szpitala Narodowego i skuteczność Wielkiego Narodowego Programu Szczepień.
Zwłaszcza, że w ostatnim tygodniu opozycja parlamentarna celnie wypunktowała złe przygotowanie Wielkiego Narodowego Programu Szczepień. Zaproponowała swoje, lepsze rozwiązania.
Przypomniała też, że władzą PiS niezadbana o wcześniejsze zabezpieczenie odpowiedniej ilości szczepionek. I zwalanie teraz winny za to na producentów i inne państwa Unii Europejskiej jest działaniem ratunkowym i szczeniackim. Skoro ze szesnastu wcześniejszych, wspólnych unijnych posiedzeń dotyczących programu unijnych szczepień, polska delegacja olała aż jedenaście. Elity PiS nie uznały za konieczne pofatygować się na te narady.
Wojna z kobietami
Dlatego teraz aby przykryć propagandowo ten organizacyjny chaos władza postanowiła rozpalić nowy konflikt. Ideologiczny. Wojnę religijną, bo na tym polu czuje się najsilniejsza. Walkę z wymyśloną przez siebie „cywilizacją śmierci”.
Władza pana prezesa Kaczyńskiego wie, że publikacja nieludzkiego wyroku niekonstytucyjnego Trybunału Konstytucyjnego doprowadzi do masowych, długotrwałych protestów polskich kobiet. Co nie przyniesie chluby i wzrostu popularności tej władzy.
Ale przeniesie ciężar i emocje debat publicznych z fatalnie organizowanego programu szczepień na starcie rządowej „cywilizacji życia” z opozycyjną „cywilizacją śmierci”.
Dzięki temu zmobilizuje kaczystowskie media, usłużny tej władzy kościół kat. oraz kontrolowany przez kaczystów prokuraturę i policję do propagandowego zwycięstwa nad „neo marksistowskim feminizmem”.
Do zrzucenia odpowiedzialności za kaczystowską nieudolność i niekompetencję na strajkujące Polki. Do mobilizacji i skupienia kaczystowskiej wspólnoty polityczno- religijnej.
Zapowiada się długa, zimna wojna polsko- kaczystowska. Głęboki podział polskiego społeczeństwa, który nie zniknie po utracie władzy przez kaczystów.
Zwłaszcza jeśli policja dostanie rozkaz aby tym razem zapomniała o „profesjonalnych standardach” zdefiniowanych niedawno przez pana prezydenta Dudę.
W zeszłym roku zmarło w Polsce 478 658 osób. Najwięcej od czasu II wojny światowej. Jednocześnie urodziło się w Polsce 360 000 dzieci. Najmniej od 16 lat. Takie są skutki kaczystowskiej polityki „ochrony życia”. Wzmacniania „substancji narodowej Polaków.”
I będzie się rodziło jeszcze mniej Polaków, bo groźba kryzysu gospodarczego, drożyzny, i teraz przymusu rodzenia martwych płodów, na pewno zniechęci polskie kobiety do posiadania dzieci.
Takie też będą skutki zimnej, politycznej wojny psychopatycznych kaczystów z obywatelami naszego kraju.

Vo Nguyen Giap – Napoleon Indochin

Choć nie ukończył żadnej akademii wojskowej, generał Vo Nguyen Giap-wybitny polityk i jeden z bohaterów drogi do niepodległości Wietnamu – który walczył skutecznie kolejno z Japończykami, Francuzami i Amerykanami-był i jest powszechnie uważany za jednego z największych strategów XX stulecia, a nawet wszechczasów. Był bez wątpienia geniuszem wojny partyzanckiej.

Podobnie jak w przypadku Ho Chi Minha wiele informacji, zwłaszcza z okresu jego młodości, nie jest potwierdzonych. Urodził się w sierpniu 1911 r. (niektóre źródła francuskie podają rok 1912), w rodzinie średnio zamożnych chłopów, w An Xa w prowincji Quang Binh w centralnej części Annamu, wchodzącego w skład ówczesnych francuskich Indochin. Był to czas rodzącego się nacjonalizmu wietnamskiego, który zwalczały służby kolonialne. Zaangażowany w tę działalność, m.in. za organizację strajków studenckich Vo został skazany w 1930 r. na 3 lata więzienia, ale po pewnym czasie zmniejszono mu karę i odsiedział tylko kilka miesięcy. Uczył się w starej stolicy cesarskiej Hue, a następnie – historii i francuskiego (władał tym językiem biegle)-w Hanoi, w liceum Thanh Long znanym z tendencji antykolonialnych., gdzie kilkanaście lat wcześniej nauki pobierał także Ho Chi Minh. W 1934 r. zrobił tam licencjat. W 1937r., w epoce frontów ludowych, wstąpił do nielegalnie działającej partii komunistycznej. Już w szkole Giap znany był z zainteresowania problemami wojskowości, strategii i taktyki prowadzenia akcji militarnych oraz dokonań takich teoretyków i dowódców, jak Napoleon Bonaparte oraz chiński autor pierwszego w świecie podręcznika sztuki wojennej, popularnego zwłaszcza w Azji, Sun Zi-z V w. p.n.e. Z tej przyczyny już w liceum nazywano go „generałem” albo „Napoleonem”.
W maju 1940 r. w towarzystwie Pham van Donga-jednego ze współtwórców Rewolucyjnej Ligi na rzecz Niepodległości Wietnamu (Viet Minh) oraz przyszłego premiera kraju, który miał pełnić tę funkcję przez 32 lata, a więc dłużej aniżeli Józef Cyrankiewicz w Polsce-udał się do Chin, gdzie po raz pierwszy spotkał się z Ho Chi Minhem. W tym czasie relacje sił rewolucyjnych obu państw były wyjątkowo bliskie. Wietnamczycy, zarówno w walce z Francuzami, jak i Japończykami wykorzystywali chińskie doświadczenia walki partyzanckiej Mao Zedonga oraz pracy politycznej z chłopstwem. Rok wcześniej Vo poślubił Minh Thai-działaczkę ze swojej rodzinnej prowincji Quang Binh, której po powrocie z Chin w 1943 r. nigdy miał już nie zobaczyć. Torturowana, zmarła w więzieniu, podobnie jak kilka najbliższych mu osób, w tym syn, ojciec i dwie siostry Nigdy jednak nie wypowiadał się w duchu konieczności zemszczenia się na Francuzach.
W pierwszej połowie lat 40. sytuacja w Indochinach była niezwykle skomplikowana. Na tym obszarze ścierały się interesy wielkich mocarstw Azji, Europy i Ameryki Północnej. Wystarczy powiedzieć, że 28 lipca 1941 r. armia japońska zajęła cały obszar Indochin Francuskich, ale aż do 9 marca 1945 r. (do kapitulacji Japonii; formalnie nastąpiła ona 2 września tegoż roku) funkcje administracyjne nadal sprawowała francuska administracja kolonialna związana z rządem Vichy. Również 2 września 1945 r. na hanojskim placu Bai Dinh, po tzw. Rewolucji Sierpniowej, Ho Chi Minh proklamował niepodległość Demokratycznej Republiki Wietnamu w obecności oficerów wywiadu amerykańskiego OSS! Żołnierzami Viet Minhu dowodził gen. Giap Wkrótce coraz częściej dochodziło do starć francusko-wietnamskich. Nieco wcześniej 1 sierpnia 1945r. podczas konferencji w Poczdamie Wielka Trójka postanowiła dokonać tymczasowego podziału Wietnamu wzdłuż 16 równoleżnika na strefy okupacyjne: północną pod tymczasowym zarządem chińskich sił okupacyjnych oraz południową pod tymczasowym zarządem brytyjskim. Coraz większe znaczenie dla rozwoju sytuacji w całych Indochinach miały wydarzenia w Chinach gdzie w konflikcie sił komunistycznych z Kuomintangiem szala zwycięstwa przechylała się coraz bardziej na stronę tych pierwszych. Z tego względu wkrótce priorytetem polityki USA w Indochinach stało się wyeliminowanie wpływów komunistycznych z tego regionu, szczególnie z Wietnamu. Amerykański sekretarz stanu George C. Marshall uznał oficjalnie za kluczową wspólnotę interesów Francji i Stanów Zjednoczonych w procesie powstrzymywania komunizmu.
Zwycięski przełom pod Dien Bien Phu
W tym czasie zacieśniła się współpraca Vo Nguyen Giapa z Ho Chi Minhem. Z ich wspólnej inicjatywy powstała np. w maju 1946r. Liga na rzecz Zjednoczenia Wietnamu (Lin Viet).Stopniowo Vo stawał się nr 2 w strukturach Viet Minhu. Przewodniczył np. dwóm konferencjom w Dalat z Francuzami w 1946 r. Ale przełomem w tej materii miały okazać się walki z wojskami francuskimi. Po incydentach w Hajfongu i Hanoi doszło do wybuchu tzw. I wojny indochińskiej w grudniu tegoż roku. Oddziałami partyzanckimi Wietnamskiej Armii Ludowej już oficjalnie od grudnia 1944 r. dowodził gen. Vo. Mawiał on wtedy często tak: ”Wojna partyzancka to wojna szerokich mas w kraju gospodarczo zacofanym przeciwko świetnie wyposażonej i dobrze wyszkolonej armii agresora. Każdy mieszkaniec jest żołnierzem, każda wioska-fortecą”.
W następnych latach walki Giap wraz z Ho Chi Minhem, przy uwzględnieniu doświadczeń chińskich, wypracowywali i udoskonalali strategię wojny partyzanckiej, która najpierw doprowadziła do klęski Francuzów, a w następnych latach zapewniła zwycięstwo w wojnie ze Stanami Zjednoczonymi oraz siłami południowego Wietnamu. Najogólniej mówiąc sprowadzała się ona do trzyetapowego planu walki o niepodległość. W pierwszym chodziło o działania mające na celu zdobycie jak największego poparcia społecznego dla finalnego celu, m.in. poprzez naukę lokalnych języków i integrację z miejscową ludnością choćby w ramach wspólnej pracy. Przykładowo już w 1941 r. Vo zawarł sojusz z Chu Van Tanem-lokalnym przywódcą partyzantki ludu Tho, jednej z mniejszości w północno-wschodnim Wietnamie. W etapie drugim oddziały partyzanckie miały atakować poszczególne (zwłaszcza odosobnione) posterunki wojskowe, a w trzecim- łączyć się w większe jednostki przejmujące kontrolę nad danym obszarem oraz zachęcające daną społeczność do wspólnej realizacji celów rewolucji.
Gen. Giap w tym czasie łączył obowiązki dowódcy oddziałów partyzanckich oraz sił bezpieczeństwa i policji. Ponadto odpowiadał też za funkcjonowanie lokalnych mediów. W walkach z Francuzami-w nawiązaniu do zarysowanego planu-siły Viet Minhu odnosiły sukcesy, ale w operacjach prowadzonych głównie w niewielkiej skali. Unikały zaś otwartych starć. Historycy i analitycy wietnamscy przyznawali sami, ze „dopóki udawało się unikać otwartych starć dopóty byli stroną przeważającą”. Ale w 1950 r. Vo, korzystając już z wojskowego wsparcia Chin, postanowił otwarcie stawić czoła armii francuskiej w dolinie Rzeki Czerwonej, niedaleko Hanoi. Była to nieudana operacja z dużymi stratami sił rewolucyjnych. W tej sytuacji Vo Nguyen Giap wycofał swoje oddziały w góry i do dżungli, postanawiając trzymać się działań w ramach dwóch pierwszych faz swojego planu. W związku z tym w swych publicznych wystąpieniach zaczął akcentować, iż zwycięstwo może nastąpić dopiero po wielu latach zaciekłych starć, że nie należy szarżować, a generalnie (choć to brzmi okrutnie) iż Wietnamczycy mogą sobie pozwolić na większe straty aniżeli kolonizatorzy. Ten wątek po wielu latach miał powrócić w wojnie z Amerykanami i ich miejscowymi sojusznikami.
Historycy wojskowości są zgodni co do tego, że Francuzi przez długi czas usiłowali doprowadzić do otwartego starcia z oddziałami partyzanckimi, licząc na swoją przewagę techniczną na płaskim terenie. Ponad 300 km na północny zachód, od Hanoi, w dolinie Dien Bien Phu, niedaleko granicy z Laosem, gdzie zachowały się jeszcze fortyfikacje japońskie, doszło do bitwy trwającej aż 170 dni-od 20 listopada 1953 r. do 7 maja 1954r.Początkowo wydawało się, iż to wojska gen. Christiana de Castries dysponujące działami, lekkimi czołgami, a nawet samolotami zrzucającymi napalm, wezmą górę, ale po pewnym czasie okazało się, iż to Francuzi znaleźli się w pułapce. Gen. Vo skoncentrował aż ok. 70 tys. partyzantów, mających 20 działek przeciwlotniczych oraz ok. 100 karabinów maszynowych (uzbrojenie pochodziło głównie z Chin, a pomagali też chińscy doradcy wojskowi).Tysiące Wietnamczyków, używając rowerów, przewiozło tony sprzętu i amunicji na okoliczne wzgórza, co umożliwiło kilkumiesięczne oblężenie. Natomiast oddziały francuskie w porze monsunowej miały ogromne kłopoty z zaopatrzeniem i znajdowały się pod ostrzałem z zamaskowanych stanowisk artyleryjskich. Ponadto Wietnamczycy wypracowali niezwykle skuteczną technikę wykopywania podziemnych tuneli i okopów, z czym wiele lat później nie mogli sobie zupełnie poradzić również Amerykanie.7 maja doszło do kapitulacji ponad 11 tys. żołnierzy francuskich, z których połowa była ranna. Straty po stronie wietnamskiej były kilkakrotnie większe. Mimo to gen. Giap mógł uznać za osiągnięty w dużym stopniu cel trzeciej fazy swego planu strategicznego.
Zwycięstwo pod Dien Bien Phu miało wielkie znaczenie symboliczne oraz psychologiczne. Po raz pierwszy armia państwa kolonialnego poniosła klęskę w spektakularny sposób. Francuski historyk Jean-Pierre Roux napisał nawet, iż „była to jedyna porażka wojsk europejskich w całych dziejach procesu dekolonizacji”. Bez wątpienia był to też ważny impuls dla szeregu innych ruchów narodowowyzwoleńczych w Azji i Afryce. Wystarczy podać przykład ośmioletniej wojny w Algierii (1954-1962), także z Francuzami, która doprowadziła do niepodległości tego państwa przy półtoramilionowych ofiarach.
Dosłownie następnego dnia po sukcesie pod Dien Bien Phu 8 maja 1954 r.rozpoczęła się konferencja w Genewie z udziałem Francji, Demokratycznej Republiki Wietnamu, Chin, Republiki Wietnamu oraz USA, które wtedy jeszcze występowały tylko w charakterze obserwatora. Ostatecznie po ponad dwóch miesiącach obrad osiągnięto porozumienie w sprawie zawieszenia broni oraz tymczasowego podziału Wietnamu wzdłuż linii 17 równoleżnika na komunistyczną północ (Demokratyczną Republikę Wietnamu) oraz niekomunistyczne Południe (Republikę Wietnamu).Francja opuszczała Indochiny-ostatnie jednostki francuskie ewakuowano w 1956r.W tzw. międzyczasie miano dokonać też relokacji ok. miliona uchodźców z Wietnamu Północnego do Republiki Wietnamu.
Nad Sekwaną okresowo wraca się do tej symbolicznej klęski Francji. Dwukrotnie-prezydent Mitterand w 1993 r. i premier Edouard Philippe w 2018 r.- przedstawiciele najwyższych władz kraju Marianny- odwiedzali to miejsce, co zresztą w niektórych środowiskach budziło kontrowersje. Nie ulega zaś wątpliwości, iż ta bitwa stała się początkiem legendy Vo Nguyen Giapa, także w skali międzynarodowej.
Sukcesu oddziałów Giapa w walce z Francuzami nie umniejszała pomoc udzielana przez Chiny partyzantce komunistycznej na południu Wietnamu, tzw. VietCongowi. Wprost przeciwnie. Władze w Pekinie od 1950 r. regularnie wysyłały do Viet Minhu zarówno doradców wojskowych, jak i administracyjnych. Później także uzbrojenie. W bardzo szybkim tempie cały konflikt wietnamski się umiędzynarodawiał. Ustępujący prezydent Stanów Zjednoczonych Dwight Eisenhower wskazywał na kryzys laotański jako najpoważniejsze źródło kryzysu indochińskiego. Jego następca prezydent John F. Kennedy w maju 1961 r. zgodził się na wysłanie kolejnych 400 żołnierzy amerykańskich oraz 100 doradców wojskowych. Ta liczba rosła lawinowo szczególnie od marca 1965r., gdy lądowanie żołnierzy USA w Da Nang oznaczało początek oficjalnej interwencji zbrojnej USA w Wietnamie Południowym. W szczytowym momencie stan liczebny wojsk USA wynosił w kwietniu 1968 r. aż 546 tys .Miały też one wsparcie ze strony niedużych kontyngentów wojskowych z Australii, Nowej Zelandii, Korei Płd., Filipin i Tajlandii. Ale polityka „wietnamizacji” prowadzona przez Nixona, m.in. tworzenia systemu strategicznych wiosek, nie okazywała się przełomem. Z drugiej strony istotne znaczenie miała pomoc udzielana przez Chińską Armię Ludowo-Wyzwoleńczą. Według niektórych danych w latach 1964-1970 wysłała ona do Wietnamu nawet 30 tys. żołnierzy. O tym zaangażowaniu niejednokrotnie mówił Vo Nguyen Giap. Pomoc radziecka, nie tak duża, przyszła później.
Dawid i Goliat
Na temat wojny w Wietnamie, czy szerzej w całych Indochinach, istnieje ogromna literatura w wielu językach. Warto m.in. wspomnieć, iż jesienią 1965 r. w dolinie Ia Drang doszło do pierwszej bezpośredniej i otwartej walki z Amerykanami, a każda ze stron ogłosiła zwycięstwo. Gen. Vo w swoich pamiętnikach analizował szczegółowo lekcje z niej płynące, podobnie jak przebieg rozpoczętej w końcu stycznia 1968r. największej w historii tej wojny ofensywy Tet, w której VietCong zaatakował 141 celów na obszarze całego Wietnamu Południowego. Był to jeden z najważniejszych momentów tzw. drugiej wojny indochińskiej. Ale ani walki wokół Khe Sanh ani tzw. ofensywa wielkanocna w 1972 r. nie doprowadziły do jednoznacznego rozstrzygnięcia militarnego .Wciąż nie dochodziło do urzeczywistnienia się trzeciej fazy planu Vo mimo, iż wojska amerykańskie w końcu czerwca 1970r. opuściły Kambodżę po ciężkich walkach między armią Wietnamu południowego a VietCongiem i jednostkami północnowietnamskimi. Po raz pierwszy ujawniono pewne różnice w wietnamskim kierownictwie odnośnie do dalszej strategii działań, co prawdopodobnie było efektem nowej sytuacji powstałej po śmierci Ho Chi Minha we wrześniu 1969 r.
W styczniu 1973 r. USA i Wietnam Północny wznowiły rokowania i szybko podpisano traktaty paryskie, które miały położyć kres amerykańskiej interwencji w Wietnamie. Po dwóch miesiącach ostatnia regularna jednostka wojsk Stanów Zjednoczonych opuściła Wietnam Płd. Delegacjom obu państw przewodniczyli: Henry Kissinger-specjalny doradca prezydenta ds. bezpieczeństwa oraz Le Duc Tho-dyplomata i członek kierownictwa Partii Pracujących (od 1976r.) Komunistycznej Partii Wietnamu. Im obu Storting (parlament norweski) w końcu tegoż roku, w dowód uznania, przyznał pokojową Nagrodę Nobla. Wietnamczyk Nagrody nie przyjął argumentując, iż proces nie został jeszcze sfinalizowany, zaś Amerykanie naruszają zasady rozejmu. W sierpniu 1974 r. prezydent Nixon podał się do dymisji, a w kwietniu 1975 r. Czerwoni Khmerzy wkroczyli do Phnom Penh, kończąc nominalnie wojnę w Kambodży. Ostatniego dnia kwietnia doszło do ewakuacji helikopterami ambasady USA, a także zajęcia Sajgonu przez siły Viet Congu i Wietnamu Północnego. Oznaczało to z jednej strony koniec II wojny indochińskiej, a z drugiej finał najdłuższego konfliktu powojennego świata (1945-1975).Straty amerykańskie to 59 tys żołnierzy, a dodać do tego jeszcze trzeba ok. 5 tys. żołnierzy sojuszniczych. Strat wietnamskich ludzkich i materialnych nie da się ocenić. Były one ogromne.
Vo Nguyen Giap nie uczestniczył bezpośrednio w ostatniej fazie wojny, ale wykorzystywano opracowane przezeń plany taktyczne i strategiczne. Wcześniej wrócił do Hanoi, został ministrem obrony i wicepremierem. Pozostawał też długie lata członkiem Biura Politycznego KC KP Wietnamu. Już po zwycięstwie pod Dien Bien Phu, stał się człowiekiem-legendą, a potem był także symbolem zwycięstwa nad Amerykanami, którzy przegrali tylko tę jedną wojnę w swej historii. Sam używał w tym kontekście porównania do biblijnej przypowieści o Dawidzie i Goliacie-tak plastycznie przedstawionej na płótnie Michelangelo Merisi di Caravaggio. W swej książce „People’s War, People’s Army:The VietCong Insurrection” pisał tak: ”Żołnierze amerykańscy byli dzielni, ale sama odwaga to nie wszystko. Dawid zdołał zabić Goliata, gdyż rozejrzał się i uznał, że jeśli będzie walczył jego sposobem-na miecze, to zostanie zabity. Ale jeśli podniesie skałę i umieści ją w procy będzie mógł trafić Goliata w głowę, powalić go i zabić. Dawid wykorzystał więc swój umysł w trakcie walki z Goliatem. My Wietnamczycy właśnie tak postępowaliśmy w zmaganiach z Amerykanami”.
Nazywany niekiedy „Czerwonym Napoleonem” i uważany za bohatera narodowego Wietnamu gen. Giap zmarł 4 października 2013 r.w wieku 102 lat w Centralnym Szpitalu Wojskowym nr 108 w Hanoi, w którym przebywał od 2009 r. Był jednym z ojców zjednoczenia tego kraju w 1976 r.Nota bene obawa przed „drugim Wietnamem” w sporym stopniu wpływała na politykę Stanów Zjednoczonych. W sędziwym wieku spotykał się jeszcze z czołowymi politykami światowymi np. z jednej strony z byłym sekretarzem obrony USA Robertem McNamarą, a z drugiej-z Fidelem Castro. Pozostawił po sobie m.in. książki i pamiętniki np. „How we won the war” („Jak wygraliśmy wojnę”), wykorzystywane do dziś w akademiach wojskowych. Analizował w nich m.in. liczne kampanie militarne, w których
uczestniczył i którymi na ogół dowodził, np. w I wojnie indochińskiej (1946-54), szczególnie gdy chodzi o Lang Son (1950), Hoa Binh (1951-52), Dien Bien Phu (1953-54), Ofensywę Tet (1968), Ofensywę Wielkanocną (1972) i finalną Kampanię Ho Chi Minha. Wydano też „Cytaty Vo”, z których przytoczę tylko jeden: ”Wprowadzaj w błąd przeciwnika. Nie ujawniaj mu swoich zamiarów. Czasem to co wygląda na zwycięstwo w rzeczywistości nim nie jest, zaś porażka nie jest porażką. Czy jesteś w ataku, kontrataku, czy stosujesz taktykę obronną, idea ofensywy powinna pozostać główną, aby zawsze wykazywać się inicjatywą.”
Uroczystości pogrzebowe trwały dwie doby (12-13 X) i uczestniczyły w nich setki tysięcy osób. Zgodnie z życzeniem generał został pochowany na małej wyspie Yen, u wybrzeży jego rodzimej prowincji Quang Binh.Od tego czasu to miejsce stało się celem licznych pielgrzymek politycznych.

Pamiętamy o naszej historii i cenimy pokój

W tym roku mija 75. rocznica zwycięstwa Chin w drugiej wojnie przeciwko Japonii (1931-1945) i ostatecznego zwycięstwa nad faszyzmem. Zakończona 75 lat temu wojna była walką całej ludzkości, była również walką sprawiedliwości z prześladowaniami, światłości z mrokiem oraz wolności z niewolnictwem.

W tej wielkiej, decydującej o wszystkim wojnie naród chiński wraz z narodami świata, dzięki niezłomnej determinacji i odwadze, całkowicie pokonał faszyzm i odniósł ogromne zwycięstwo. Przewodniczący Xi Jinping wskazuje, że „w historii współczesnej to wielkie zwycięstwo stanowiło dla narodu chińskiego punkt zwrotny kierujący Chiny od głębokiego kryzysu do wielkiego odrodzenia, było ono również ważną częścią światowych działań w wygranej wojnie z faszyzmem. To zwycięstwo należy do narodu chińskiego i wszystkich narodów świata.”
Tego okresu w historii nie zapomnimy nigdy, był to czas, gdy naród chiński miał swój historyczny wkład w zwycięstwo nad faszyzmem. II Wojna Światowa zapisała się na kartach historii jako najmroczniejszy i najtragiczniejszy jej rozdział. Dla rozwoju ludzkości oznaczała ona kataklizm na ogromną skalę i aż do dnia dzisiejszego uznaje się ją za konflikt militarny, który pochłonął najwięcej ofiar i przyniósł najwięcej zniszczeń. Chiny, będąc głównym frontem globalnej walki z faszyzmem na Dalekim Wchodzie, toczyły walkę z Japonią przez 14 długich lat. Ofiara narodu była niewyobrażalna, życie oddało wtedy 35 mln osób. W czasie wojny Chińczycy z poświęceniem i odwagą przeciwstawiali się najeźdźcy, by ostatecznie odeprzeć główną armię japońskiego militaryzmu. Działania te wspierały aliantów i były skoordynowane z ich wojenną strategią, odpowiadały strategicznym operacjom podejmowanym na polu walki w Europie i na wodach Pacyfiku. Stanowiły one niezaprzeczalny wkład w odniesienie światowego zwycięstwa nad faszyzmem. Naród chiński nigdy nie zapomni drogocennego wsparcia udzielonego nam przez kochające pokój i sprawiedliwość kraje oraz narody. Polscy bohaterowie gen. Witold Urbanowicz i ppłk Włodzimierz Szymankiewicz walczyli z wrogiem w Chinach, a lekarze dr Wolf Jungerman, dr Stanisław Flato w czasie wojny nie zważając na własne bezpieczeństwo ruszyli do Chin, by nieść pomoc rannym i poszkodowanym. Niezliczona liczba Chińczyków do dziś pamięta o ich bohaterskich czynach. Wielka przyjaźń, nawiązana między Chińczykami a Polakami w czasie II wojny światowej trwa nieprzerwanie i jest wspólnym skarbem naszych krajów.
Zawsze będziemy trzymać się obranej ścieżki – dla Chin jest to ścieżka pokojowego rozwoju. Ludzie, którzy doświadczyli wojny, jeszcze bardziej rozumieją, jaką wartość ma pokój. Jak powiedział prezydent Xi Jinping na upamiętniającym powyższe wydarzenia spotkaniu: „Od XIX wieku przez ponad 100 lat naród chiński cierpiał z powodu agresji, poniżenia i grabieży ze strony obcych mocarstw, jednak nie przejął on logiki rabowania na prawach silniejszego, ale z jeszcze większą determinacją stanął w obronie pokoju.” Te dwa zwycięstwa – Chin w drugiej wojnie przeciwko Japonii i świata w wojnie z faszyzmem, stały się dla nas bezcenną inspiracją do niezachwianego podążania ścieżką pokojowego rozwoju. Ludzkość potrzebuje pokoju, tak jak człowiek potrzebuje powietrza do życia, a natura światła słonecznego do wzrostu. Naród chiński doskonale zna wartość pokoju, a jego determinacja i dążenia do ochrony tegoż pokoju w żadnym wypadku nie zostaną zachwiane. W ustawie zasadniczej, jaką jest Konstytucja ChRL, zawarliśmy koncepcję utrzymywania pokojowego rozwoju. Chiny podążają ścieżką pokojowego rozwoju i nie jest to przejściowa polityka, a tym bardziej nie jest to retoryka dyplomatyczna. Jest to uroczysta obietnica wynikająca ze słuszności postępu i pokoju na świecie.
Należy aktywnie podążać za nurtem obecnych czasów i krzewić ducha pokoju, rozwoju, współpracy i wspólnych wygranych. By nie dopuścić do powtórzenia się tragicznego scenariusza II Wojny Światowej, po jej zakończeniu poszczególne państwa powołały do życia Organizację Narodów Zjednoczonych (ONZ), której postawiono za cel rozwiązywanie konfliktów poprzez dialog, sporów poprzez mediacje, a przede wszystkim poprzez konsensus osiągany przez znaczącą większość państw. Pandemia COVID-19 po raz kolejny jasno uświadomiła nam, że stając w obliczu różnego rodzaju globalnych wyzwań, społeczność międzynarodowa jest zmuszona do wzmocnienia współpracy i wspólnej ochrony systemu międzynarodowego, którego osią jest ONZ oraz ładu globalnego, którego podstawą jest prawo międzynarodowe. Od wielu lat Chiny i Polska czynią wysiłki na rzecz rozwoju wszechstronnego partnerstwa strategicznego i pogłębiania pragmatycznej współpracy w każdej dziedzinie. Widać to szczególnie po wybuchu epidemii. Oba kraje ramię w ramię stawiają czoła chorobie i razem przezwyciężają trudności. Oba państwa wspierają multilateralizm i inicjują współpracę międzynarodową, czym dają światu pozytywną energię, która pomoże zapewnić mu pokój i stabilność.
Dzisiaj, po 75 latach, ludzkość w swej historii znów stanęła na rozstaju dróg. Po raz kolejny pojawiają się przed nami pytania: wybrać współpracę, czy konflikt? Otwarcie, czy zamknięcie gospodarki i społeczeństw? Wspólne korzyści, czy gry o sumie zerowej? Chiny, będąc ogromnym i odpowiedzialnym państwem, podążają z nurtem epoki, stawiając na rozwój. Stanowczo stajemy po właściwej stronie historii i wraz ze wszystkimi państwami na świecie, a w tym z Polską, łączymy siły, by stawić czoła przeciwnościom, rozszerzyć globalną współpracę i działać na rzecz stworzenia wspólnoty ludzkości, którą łączy ta sama przyszłość. Razem zbudujmy piękniejszy świat!

Słabnie siła militarna naszego kraju

W wyniku rządów Prawa i Sprawiedliwości jesteśmy coraz niżej na liście państw zdolnych do skutecznego prowadzenia akcji bojowych.
Światowy Indeks Siły Militarnej (Global Fire Power Index GFP) publikowany jest przez niezależną organizację – ale nie bardzo wiadomo, przez jaką, bo brak o niej dokładnych danych na stronie internetowej. Tym niemniej ten ranking jest corocznie aktualizowany już od 2006 r. i obejmuje obecnie 138 potęg (większych i mniejszych) wojskowych. Mottem raportu jest wypowiedź Bertranda Russela: „ Wojna nie decyduje o tym, kto ma rację – tylko kto został”.
Według autorów, ranking Global Fire Power opiera się na potencjalnej zdolności każdego kraju do prowadzenia wojny na lądzie, morzu i w powietrzu toczonej konwencjonalnymi środkami (bez użycia broni nuklearnej). Wyniki badań obejmują wartości związane z siłą roboczą, wyposażeniem armii, zasobami naturalnymi, finansami, logistyką i geografią.
Sam indeks bazuje na 50 indywidualnych czynnikach monitorujących. Wartość idealna indeksu to 0,0000; im jest mniejsza jego wartość tym silniejsza jest teoretyczna zdolność bojowa kraju za pomocą środków konwencjonalnych. Indeks i pełny raport można znaleźć na stronie www.globalfirepower.com
Pierwsze miejsce w światowym rankingu siły militarnej zajmują Stany Zjednoczone – z wartością indeksu na poziomie 0,0606. A potem kolejno: Rosja, Chiny, Indie i Japonia.
Polska zajmuje 21. miejsce z wartością indeksu wynoszącą 0,3397. W 2016 r. Polska zajmowała 18 miejsce. Spadliśmy więc o trzy pozycje.
Wśród członków NATO (27 państw) Polska zajmuje ósme miejsce; przed Kanadą a po Niemczech i Hiszpanii. Za nami są pozostali nowi członkowie Paktu Północno Atlantyckiego. Ostatni w rankingu członek NATO to Czarnogóra z Indeksem 2,9941. W rankingu NATO nie są uwzględnione Islandia (bez stałej armii) i Luksemburg.
W Unii Europejskiej, liczonej jeszcze z Wielką Brytanią, Polska zajmuje szóstą pozycję; po Hiszpanii a przed Szwecją. Pierwsze miejsce w UE zajmuje Francja (0,1702), Niemcy są na czwartym miejscu. W rankingu UE nie są uwzględniane Cypr Luksemburg i Malta.
Indeks Siły Militarnej 2020

  1. USA 0,0606
  2. Rosja 0,0681
  3. Chiny 0,0951
  4. Indie 0,0953 5. Japonia 0,1501 19. Australia 0,3225 20. Hiszpania 0,3388 21. Polska 0,3397 22. Wietnam 0,3559 23. Tajlandia 0,3571

Jeśli chodzi o uzbrojenie armii to w dziedzinie samolotów i śmigłowców bojowych prym wiodą USA – mają ich 13.264. Rosja ma 4.163 samoloty i śmigłowce, Chiny – 3.210. Polska armia posiada ich 457 i zajmuje 29 miejsce w ogólnym rankingu; po Indonezji i przed Syrią. Jeśli chodzi o liczę lotnisk – Polsce przypada 45 miejsce.
Pod względem liczby czołgów pierwsze miejsce ma Rosja – 12.050, a po niej są USA – 6.289 i Korea Północna – 6.045. Polska armia posiada 1.069 czołgów i zajmuje 20 pozycję w rankingu; po Kubie i przed Arabią Saudyjską. W zakresie potencjału i jakości dróg oraz linii kolejowych Polska zajęła 15 miejsce.
Jeśli chodzi o wyrzutnie rakietowe to pierwsze miejsce zajmuje Rosja – 3.860, a po niej Chiny i Korea Północna. Na piątym miejscu – USA. Polska zajmuje 18 miejsce; po Etiopii i przed Nikaraguą.
Pod względem siły marynarki wojennej i łodzi podwodnych, pierwsze miejsce zajmuje Korea Północna (984 jednostki), a po niej Chiny, Rosja i USA. Polska w tej dziedzinie zajmuje 29 miejsce; po Wielkiej Brytanii a przed Niemcami. W ilości portów morskich i terminali Polska zajmuje 66 miejsce.
W zakresie wielkości budżetów obronnych na pierwszym miejscu są Stany Zjednoczone – 750 miliardów dolarów, a po nich Chiny – 237 mld dol. Rosja wydaje na te cele 48 mld dol. i zajmuje ósme miejsce. Polska według tego rankingu ma 22 miejsce; po Holandii i przed Afganistanem.

Izrael, by zawrzeć pokój, potrzebuje odważnego przywództwa

Od ustanowienia Izraela w 1948 r. do dnia dzisiejszego przywódcy Izraela pokazali, że nie są w stanie i nie chcą zawrzeć pokoju z Narodem Palestyńskim, unikając jakichkolwiek umów międzynarodowych, nie przestrzegając międzynarodowych decyzji ustanawiających ugodę lub uruchamiając zaciekłe wojny przeciwko Narodowi Palestyńskiemu.

Gdy w 1993 r. istniała możliwość osiągnięcia porozumienia między oboma narodami, pod patronem wielu państw, podczas Porozumień z Oslo przywódcy Izraela robili wszystko by „opróżnić” porozumienia z treści zamiast przekształcić je w pokojowe porozumienie, które ustanowiłoby państwo palestyńskie ok. 20% historycznej Palestyny. Jednakże przywódcom izraelskim, zwłaszcza przywódcom prawicowym, udało się ominąć to porozumienie, zasiedlając kolonialnych osadników na okupowanych terytoriach i przemieszczając osadników i wojsko ze Strefy Gazy na Zachodni Brzeg bez porozumienia z Autonomią Palestyńską. Po Porozumieniach z Oslo nastąpiły tylko symboliczne ustępstwa, które prowadziłyby do ostatecznego rozwiązania.
Palestyńczycy zgodzili się na podpisanie Porozumień z Oslo w celu ustanowienia ich „pokrojonego i warunkowego” państwa, ale izraelskie przywództwo Partii Pracy i Likudu nie starały się doprowadzić swoim zachowaniem do historycznego pokoju z Narodem Palestyńskim.
Icchak Rabin został zabity w 1995 r. uprzednio oczerniany z różnych stron politycznych w Izraelu o zawstydzanie syjonistycznych i biblijnych wizji rabinicznych. Był to precedens niespotykany w historii współczesnego Izraela, w którym militarny syjonistyczny symbol został zamordowany z powodu podpisania porozumienia pokojowego z Jaserem Arafatem, przywódcą Narodu Palestyńskiego. Wraz ze śmiercią Rabina prawicowe ekstremistyczne nurty wraz z nurtami religijnymi zaczęły promować kulturę rasizmu, nienawiści i zniszczenia pokoju. Od śmierci Rabina „Izrael” był kierowany przez tego rodzaju przywódców. Kraj stał się bardziej brutalny, ekstremistyczny, rasistowski i oddalony od pokoju. Od 1995 roku do dziś „Izrael” atakuje ludność palestyńską wszędzie, gdzie się znajduje, atakuje także naszych arabskich sąsiadów w Libanie, Syrii, Sudanie i innych miejscach, czego nie można uzasadnić lękiem i fobią zagrożenia.
„Izrael” jest jednym z najsilniejszych militarnie państw na świecie, a prowadzona przez niego agresywna polityka jest wyrazem niezdolności do zawarcia pokoju w wyniku wcześniejszej wizji, w której użycie siły jest najlepszym sposobem zniewolenia i kontroli. Wszyscy wiemy, że ta koncepcja jest błędna ze wszystkich względów – historycznych, humanitarnych czy religijnych. Niestety, „Izrael” nie jest w stanie zaoferować sprawiedliwego porozumienia z palestyńskimi sąsiadami.
Izraelskie przywództwo przeszło głębokie przemiany na poziomie jednostek i politycznych wizji i planów na przyszłość. „Izrael” jest świadkiem spadku poziomu przywództwa, charyzmy i odwagi w podejmowaniu odważnych, kluczowych decyzji, które przyniosą pokój i przekształciłby „Izrael” w państwo, które wiedzie normalne życie, nie opierając się na wojnach i eksportowaniu kryzysów oraz nie rządzi innymi narodami siłą. Świat nie jest przyzwyczajony do takich obrazów – wręcz jest to nieakceptowalne.
To przywództwo, które szybko zniszczyło Porozumienia z Oslo i ich cele poprzez zniszczenie rozwiązania dwupaństwowego, teraz z całą mocą dąży do wdrożenia tak zwanego planu „pokoju dla dobrobytu” lub tak zwanej „plan stulecia” opracowanej przez „Izrael” i obecną administrację amerykańską. To nasuwa pytanie czy „Izrael” pragnie zawrzeć pokój ze Stanami czy z Palestyną? Plan zawiera wyłącznie nakazy dla Palestyny, a nie ma nic, co dałoby nadzieję na lepszą przyszłość. Strony izraelska i amerykańska usunęły ważne punkty ze stołu negocjacyjnego takie jak: Jerozolima, uchodźcy, granice, punkty graniczne. Najważniejszą rzeczą w tym planie jest to, że jest on zgodny z syjonistycznym i ekstremistycznym poglądem, który widzi w ustanowieniu prawdziwego państwa palestyńskiego zagrożenie egzystencjalne (dla Izraela), a ten plan daje (Izraelowi) prawo do ziemi i prawo do monopolizacji bezpieczeństwa oraz konfiskaty wszystkich podstawowych praw Narodu Palestyńskiego. Mimo że ten plan jest prawdziwą receptą na przedłużenie konfliktu i silną przyczyną kontynuacji przemocy i niestabilności, skrajnie prawicowe i religijne ekstremistyczne przywództwo izraelskie, religijnie i narodowe, wierzy, że może je wdrożyć za pomocą siły okupacji lub wybrać z umowy to, co chce i wykluczyć to, czego nie chce metodą siły.
Moim zdaniem (Izrael) tym stanowiskiem zaoferował Palestyńczykom, światu arabskiemu i społeczności międzynarodowej najgorsze, co można zaoferować. Zabił wszelkie możliwości procesu politycznego, anulował międzynarodowe i dwustronne umowy i traktaty, naruszył i nadal narusza prawo międzynarodowe oraz konfiskuje podstawowe prawa narodu, który walczył o wolność od ponad stu lat.
Palestyńczycy przez ćwierć wieku cierpliwie obserwowali pogwałcenie przez (Izrael) Porozumień z Oslo, ale wciąż z nadzieją, że w końcu zapanuje pokój i ustanowią własne państwa. Stara-nowa „plan stulecia” nic nie oferuje Palestyńczykom, a raczej obiecuje im grupę gett , które nie różnią się bardzo od gett z II wojny światowej i są czymś gorszym niż rasistowski reżim, który obowiązywał w RPA.
Palestyńskie przywództwo, pod kierownictwem prezydenta Mahmouda Abbasa, i cały Naród Palestyński odrzucił tak krzywdzącą umowę i będzie walczyć z tymi planami wszystkimi możliwymi sposobami.
Przywódcy „Izraela”, którym się zmniejsza poziom odwagi i mądrej wizji w celu zapewnienia lepszej przyszłości dla „Izraela”, postrzegają „plan stulecia” (lub jak ją też nazwano „okazję do umocnienia pokoju” , podczas gdy większość krajów na świecie postrzega ją jako naruszenie prawa międzynarodowego i czyn jednostronny). Uważamy, że Europa jest zdolna do odegrania aktywnej roli i przejęcia inicjatywy. Polska, jako kraj, który zawsze wspiera rozwiązanie dwupaństwowe i odmawia użycia siły, w połączeniu ze swoją pozycją w Europie i na świecie, może odgrywać bardzo ważną rolę w respektowaniu umów i rezolucji międzynarodowych i promowaniu kultury współpracy i dzielenia się. Żyjemy w świecie, w którym żaden kraj nie może żyć w separacji czy według swojej logiki i ekspansjonistycznego pragnienia.
W Palestynie wierzymy, że osiągnięcie porozumienia ugodowego jest możliwe. Pokój, który gwarantowałby nasze prawa podstawowe, polityczne i kulturalne na palestyńskiej ziemi, poprzez prawdziwe negocjacje pod nadzorem „kwartetu” i innych krajów, które przyjmują międzynarodowe decyzje związane z konfliktem na podstawie rezolucji. Wierzę, że Polska, ze względu na swoje położenie, dziedzictwo i doświadczenie, jest ważnym członkiem społeczności międzynarodowej i może przyczynić się do wspierania i zachęcania do tego procesu, co z pewnością nie będzie łatwe. Polska może również zachęcać do wspierania osób z umiarkowanymi poglądami, którzy obecnie są tylko cieniem w społeczeństwie izraelskim przyćmieni przez liderów, którzy są mniej odważni i pragną osobistego sukcesu.