Turcja ratuje terrorystów

6 maja 2019 r armia syryjska, wspierana przez rosyjskie lotnictwo i operatorów z Sił Specjalnych Operacji (SSO), rozpoczęła ograniczoną ofensywę w północnej prowincji Hama. Armii syryjskiej udało się osiągnąć sukcesy, przełamać główny pas obrony, jednak dalszy marsz ku prowincji Idlib zatrzymały naciski Turcji na Rosję. Moskwa w imię geopolitycznych interesów wpłynęła na Damaszek i wynegocjowano 48 godzinny rozejm.
Na pierwszy rzut oka działania bojowe na północy prowincji Hama wyglądały na mało intensywne w porównaniu z operacją wyzwolenia Wschodniej Guty, deblokady Deir Ez-Zor czy bitwy o Aleppo. Jednak majowa operacja ofensywna w Hamie stała się rodzajem testu lakmusowego, który pokazał jakościowy wzrost syryjskiej armii arabskiej (SAA) w porównaniu z początkowym etapem wojny w Syrii.
Obiektywnie rzecz ujmując , na początku wojny w Syrii armia rządowa nie była w najlepszej formie. Oddziały miały poważne problemy z dowodzeniem i współdziałaniem między jednostkami. Armia często nie mogła skutecznie przeciwdziałać operacjom zbrojnej opozycji czy licznych grup terrorystycznych. Pododdziały rządowe często rzucano do pośpiesznie i źle przygotowanych ataków, co prowadziło do dużych strat w ich personelu i sprzęcie. Współdziałanie między różnymi rodzajami wojsk było bardzo słabe. Nagrania wideo, publikowane przez zbrojną opozycję wspieraną z zewnątrz, na których widać unicestwianie syryjskich czołgów przeciwpancernymi pociskami kierowanymi (PPK) stały się jednym z symboli tej wojny. Pod wieloma względami nieudane operacje armii syryjskiej w pierwszym etapie działań wojennych, przypominały kompromitujące, nieudolne działania armii rosyjskiej na początku pierwszej wojny czeczeńskiej. Jednak po rozpoczęciu rosyjskiej interwencji militarnej w Syrii sytuacja zaczęła się radykalnie zmieniać. Rosyjscy doradcy wojskowi powoli, ale konsekwentnie podnosili poziom skuteczności walki armii prezydenta Asada. Stopniowo ustalono zasady dowodzenia i współdziałania między różnymi oddziałami i rodzajami wojsk. Syryjscy oficerowie zostali przeszkoleni przez Rosjan w zakresie nowych technik taktycznych opartych na doświadczeniu współczesnej armii rosyjskiej. W rezultacie, począwszy od jesieni 2015 r., każda nowa operacja bojowa armii syryjskiej okazywała się bardziej skuteczna niż poprzednia. Trwało konsekwentne szkolenie prowadzone w brutalnych warunkach działań bojowych. Ceną niedociągnięć i błędów były żołnierskie istnienia i zniszczony sprzęt wojskowy.
W 2015 r. armia syryjska rozpoczęła operację zaczepną w północno-wschodniej prowincji Hama mającą wyjść ku granicom z prowincją Idlib. Jednak po utracie dużej liczby pojazdów opancerzonych została zmuszona do zatrzymania ofensywy. W ogniu dostarczonych przez zewnętrznych graczy, przede wszystkim USA, Turcję i Zjednoczone Emiraty Arabskie, amerykańskich przeciwpancernych pocisków kierowanych BGM-71 TOW, unicestwieniu uległo blisko 80 syryjskich czołgów, pojazdów pancernych i innych maszyn wojskowych . „Krwawa łaźnia” jaką syryjskim pancerniakom urządzili rebelianci na 4 lata „zniechęciły” wojska rządowe do aktywności w tym terenie.
Jednak ostrzał i ataki na stanowiska armii rządowej przeprowadzane w 2019 przez bojowników z Idlib nie mogły pozostać bezkarne. Ponadto, co zapewne miało znaczenie kluczowe, uderzenia artylerii rakietowej i dronów należących do sił terrorystycznych na rosyjską bazę lotniczą Hmejmim groziły życiu żołnierzy i zniszczeniu drogiego sprzętu lotniczego Rosjan. Rosyjskie systemy przeciwlotnicze Pancyr-S i TOR, odpierały ataki zestrzeliwując niekierowane rakiety artyleryjskie systemu „Grad” czy też drony, jednak zawsze istniało ryzyko, że coś zawiedzie. W tych warunkach pod koniec kwietnia 2019 r armia syryjska rozpoczęła przygotowania do ofensywy w północnej części prowincji Hama. Jej celem było oczyszczenie z wojsk ugrupowań terrorystycznych Doliny Al-Gab, skąd przeprowadzali oni ataki na rosyjską bazę lotniczą w Hmejmim. 6 maja armia syryjska rozpoczęła operację ofensywną. Początek ataku poprzedzały liczne ataki artyleryjskie i powietrzne. Do Syrii wróciły rosyjskie samoloty szturmowe Su-25SM3 i wsparły ataki bombowych Su-34 i Su-24M2. W celu zniszczenia rebelianckich pozycji i rejonów umocnionych ogień prowadziła artyleria w tym ciężkie systemy artylerii BM-27 „Uragan” kalibru 220 mm , BM-30 „Smiercz” kalibru 300 mm, rakiety taktyczne 9K79 „Toczka” i rakietowe miotacze ognia TOS-1 „Sołncepiek”. Bojownicy, łącząc swoje najlepsze siły zarówno organizacji terrorystycznej Hayat Tahrir Asz Szam, jak i grupy tak zwanej „umiarkowanej opozycji” wspieranej przez USA, obiecywały zorganizować powtórzenie wydarzeń, które rozegrały się na tych obszarach w 2015 roku. Jednak teraz zostali skonfrontowani z armią zupełnie na innym poziomie. Syryjska armia rządowa (SAA) , zreorganizowana przez rosyjskich doradców wojskowych zaprawiona w bitwach o Aleppo, deblokadę Deir Ez-Zor i wyzwolenie Wschodniej Guty, była na jakościowo innym poziomie niż w 2015 roku. Rosyjscy doradcy dokładnie przestudiowali przyczyny syryjskiej porażki.
O świcie 6 maja ruszyła lądowa ofensywa armii syryjskiej. W jej szpicy szedł chyba najlepszy pododdział SAA „Siły Tygrysa”. W pierwszych godzinach operacji, zdobyto wzgórze Tel Otmy dominujące nad tym terenem, a następnie wioski Kabana, Shvash i Bana. Bojownicy próbowali przeciwdziałać atakowi SAA, ale ich opór nie zdał się na nic. Syryjska armia stosowała taktykę zasadniczo odmienną od tej z roku 2015 roku. Nie było już ataków samotnych mas pojazdów pancernych bez osłony sił piechoty. Pozycje obronne bojowników zostały dokładnie rozpoznane, w tym za pomocą rosyjskich bezzałogowych statków powietrznych (BSL) „Forpost”, po czym zdobyte dane zostały w sztabach przetworzone i przekazane do jednostek artylerii i lotnictwa. Następnie, artyleria i lotnictwo, w tym rosyjskie, niszczyły umocnienia i wykryte pozycje obronne terrorystów. Wzdłuż linii frontu i na tyłach bojowników działali komandosi rosyjskich Sił Specjalnych Operacji lokalizując dodatkowe cele do zniszczenia. Po takim „zmiękczeniu” odcinka obrony, do działania przystępowały grupy szturmowe, które zajmowały osady i dokonały ich oczyszczenia z resztek sił rebelianckich. Dopiero wówczas pojazdy opancerzone wkraczały na tereny zurbanizowane. Wcześniej wspierały one działania grup szturmowych ogniem bezpośrednim z bezpiecznej odległości, nie wchodząc w zasięg granatników przeciwpancernych. Artyleria ostrzeliwała obszary, w którym bojownicy mogli się koncentrować w celu kontrataku, a także ogniem zaporowym hamowała działania wroga. Syryjskie Siły Powietrzne i lotnictwo rosyjskie, bombardowały linie komunikacją bojowników, nie pozwoliły im tym samym na ściągnięcie operacyjnych rezerw mogących dokonywać kontrataków na odcinki przełamania. Po zajęciu jakiejś miejscowości, armia syryjska od razu fortyfikowała swoje pozycje, a artyleria ogniem nękającym ostrzeliwała potencjalne kierunki kontrataków, w razie konieczności stawiając ogień zaporowy na odcinku wykrytego ataku bojowników. Jeśli nieudany atak SAA w 2015 można porównać z początkowym etapem pierwszej wojny czeczeńskiej, to aktualnie armia syryjska działała skutecznie tak jak rosyjska armia federalna w drugiej wojnie czeczeńskiej czy w Gruzji podczas wojny pięciodniowej.
Pomimo to popołudniu i nocą 6 maja bojownicy podjęli próbę kontrataku, ale ostrzał syryjskiej artylerii stworzył swoistą kurtynę, w ogniu której załamały się ofensywne działania terrorystów. Ponadto, w okresie poprzedzającym rozpoczęcie majowej operacji, „Siły Tygrysa” otrzymały wystarczającą liczbę urządzeń noktowizyjnych, co znacząco wpłynęło na przebieg działań wojennych. Bojownicy dotychczas stosowali metodę nocnych kontruderzeń. Wyposażeni w wyśmienite urządzenia obserwacji nocnej produkcji krajów zachodnich kontratakowi po zmroku, wypierając wojska rządowe z pozycji krwawo przez nie zdobywanych w świetle dnia. Tym razem zostali niemile zaskoczeni i nie osiągnęli sukcesu. Nie bez znaczenia była obecność w szeregach syryjskich nowocześnie uzbrojonych i wyekwipowanych rosyjskich komandosów i snajperów SSO, którzy z bezpiecznej odległości , także nocą, eliminowali terrorystów. 7 maja upłynął w walkach pozycyjnych. Bojownicy swoim ulubionym sposobem, zaczęli ostrzeliwać pozycje armii syryjskiej z przeciwpancernych pocisków kierowanych (PPK). W odpowiedzi artyleria syryjska prowadziła ogień na ich pozycje. Co ciekawe oprócz nowoczesnych rosyjskich dział MSTA-B kalibru 152 mm, na froncie widać było pamiętające II Wojnę światową radzieckie armatohaubicę MŁ-20 wz. 1937 kalibru 152 mm. Pomimo braku szybkiego postępu atakujących, przebieg wydarzeń nie sprzyjał terrorystom. Pod kierownictwem rosyjskich wojskowych doradców, przy intensywnym wsparciu artylerii i lotnictwa w tym szturmowych L-39 „Albatros” i Su-22 powoli, ale konsekwentnie przełamywano obronę bojowników. „Setki rannych cywilów od ognia artylerii i uderzeń lotniczych” istnieją tylko w doniesieniach o medialnych źródeł lojalnych wobec bojowników i powielających je rusofobicznych zachodnich mediów głównego nurtu. W rzeczywistości, na tyłach bojowników gromadziło się wielu rannych, ale terrorystów, co wyraźnie nie przyczyniało się do trwałości ich obrony. Ponadto ciągła presja ogniowa Rosjan i Syryjczyków niekorzystnie wpływała na morale obrońców.
Rankiem 8 maja „Siły Tygrysa” generała Sukhejl al Hasana, rozpoczęły dalszą ofensywę i natychmiast zajęły miasto Kafr Nabuda. Bojownicy przeprowadzili szereg kontrataków, ale nie osiągnęli sukcesu. Pojazd zamachowca-samobójcy użyty przez terrorystów został zniszczony z systemu przeciwpancernego „Kornet” w drodze do celu. Bojownicy także używali tego typu broni, niszcząc jeden rządowy czołg T-72. Bitwa o Kafr Nabudu była pierwszym dużym sukcesem armii syryjskiej podczas operacji ofensywnej
9 maja siły armii syryjskiej kontynuowały ofensywę. Tego dnia zajęły miasto Qal’at al-Mudik. W wyniku negocjacji ze starszyzną mieszkańcy zmusili bojowników do opuszczenia miejscowości i została ona zajęta przez SAA bez walki. Artyleria i rosyjskie lotnictwo nadal działały paraliżując linie komunikacyjne terrorystów. Bojownicy zwiększyli intensywność ataków za pomocą systemów przeciwpancernych, niszcząc czołg T-62 i ciężarówkę KAMAZ. Jednakże straty te nie mogły znacząco wpłynąć na przebieg operacji. Ponadto artyleria armii syryjskiej dostając dane z rosyjskich dronów (BSL Forpost) „obrabiała” pozycje ogniowe bojowników. Znalezienie się obsług systemów przeciwpancernych pod „pressingiem” ognia artyleryjskiego znacznie zmniejszyło skuteczność ich działań. W pierwszej połowie dnia artyleria syryjska i bojowników prowadziły intensywne pojedynki ogniowe. Interweniowało dowództwo operacji. W rejon walk przybyli operatorzy rosyjskich sił specjalnych (SS)), którzy za pomocą radarów artyleryjskich namierzali położenie moździerzy i dział i wyrzutni bojowników. Następnie Rosjanie ogniem moździerzy 120 mm 2B11 „Sani” stłumili pozycje bojowników. Co było poza zasięgiem moździerzy zniszczyły niezawodne samoloty szturmowe Su-25 SM3, wyposażone w system ostrzegania i mylenia ręcznych rakiet przeciwlotniczych typu „Stinger” czy „Igła” Po południu bojownicy Hayat Tahrir Ash Sham, rzucili do kontrataku grupy samobójców i grupy szturmowych, nacierające na Kafr Nabubu. Jednak mimo, że bojownikom udało się dotrzeć do linii zabudowy, atak został odparty przez ostrzał ogniem wojsk syryjskich. Artyleria i rosyjskie lotnictwo nie pozwoliły bojownikom podciągnąć też dużych sił do miasta, zdolnych utrzymać osiągnięty sukces i pogłębić sukces pierwszej fazy kontrataku. Terroryści ponieśli straty i wycofali się. Wraz z siłami powietrznymi i artylerią, główny ciężar odpierania ataków bojowników, odegrała jednostki „Sił tygrysa”. Oddziały te wyrządziły znaczne straty atakującym bojownikom ogniem PPK „Kornet”. Dzielnie sprawili się żołnierze wyszkoleni przez Rosjan z V Ochotniczego Korpusu Szturmowego.
Nieudany kontratak znacząco pogorszył sytuację bojowników. Wymierne straty w ich najlepszych formacjach miały szkodliwy wpływ na morale terrorystów. 11 maja „Siły tygrysa”, maszerujące w awangardzie ofensywy, szybko zdobyły wioskę Al-Szaria, wkraczając w przestrzeń operacyjną w Dolinie Al-Gab. Bojownicy, stopniowo tracąc terytorium będące pod ich kontrolą, próbowali „odegrać się” na ludności cywilnej, prowadząc intensywny ostrzał z wyrzutni niekierowanych pocisków rakietowych miasta Sachalyabiya zamieszkałego przez chrześcijan. Wsparcie dla sił bojowników zaczęło jednak płynąć z kontrolowanej przez nich prowincji Idlib i kontrolowanego przez Turcję kantonu Afrin i zaczęły zmierzać w kierunku pozycji broniących się terrorystów.
13 maja, ściągając rezerwy, bojownicy Hayat Tahrir Ash Sham i tak zwana umiarkowana proamerykańska opozycja rozpoczęły silny kontratak w pobliżu wioski Hamamiyat. Ich celem było uderzenie w prawą flankę natarcia wojsk rządowych . Atak był wspierany przez relatywnie dużą grupę pancerną według standardów konfliktu, składających się z co najmniej czterech czołgów i kilku pojazdów bojowych piechoty BMP-1 i kilkunastu uzbrojonych pickupów.
Jednak intencje bojowników zostały natychmiast rozpoznane. Artyleria i samoloty Syryjczyków i Rosjan uderzyły wcześniej ukrytą technikę pancerną bojowników. Jeszcze w wiosce kontrolowanej przez bojowników Jabiya, rosyjski Su-24 zniszczył czołg T-72i. Atak terrorystów całkowicie się nie powiódł.
14 maja zostały opublikowane zdjęcia porażki atakującej grupy terrorystów. W sumie, według najskromniejszych szacunków, zniszczono rebeliantom 3 czołgi, 2 BWP i co najmniej 3 terenowe uzbrojone w działka 23 mm pick-upy. Zginęły dziesiątki terrorystów. Artyleria i lotnictwo dosłownie zmiotły atakujących. Po odparowaniu kontrataku bojownicy, przynajmniej tymczasowo, wstrzymali wszelkie próby przejęcia inicjatywy z CAA.
15-18 maja trwała operacja oczyszczenia Doliny Al-Gab. Jednostki syryjskiej artylerii i lotnictwo bombardowały wzgórza dominujące nad doliną, a w którym umocnili się powstańcy. Rosyjskie siły lotnicze zajmowały się przede wszystkim paraliżowaniem logistyki i linii komunikacyjnych wojsk organizacji terrorystycznych w prowincji Idlib, prowadzą tzw. misje izolacji pola bitwy. Podejmowano działania w celu opanowania szczytów dominujących w terenie, w tym manewrów je okrążających. Armia syryjska zachowywała inicjatywę, a jej przewaga w artylerii i pojazdach opancerzonych, wraz z możliwością wspierających ją nalotów lotniczych , sprawiały, że ​​kwestia czyszczenia Doliny Al-Gab było kwestią czasu.
Niestety dla wojskowych na pole bitwy wkroczyła geopolityka i 18 maja po spotkaniu wojskowych Rosji i Turcji na skutek bardzo silnych nacisków Ankary ogłoszono 48 godzinne zawieszenie broni.
Podsumowując, podczas operacji na północnym wschodzie prowincji Hama armia syryjska wykazała ogromny wzrost jakościowy swojego potencjału bojowego. Właściwe użycie artylerii i lotnictwa po prostu miażdżyło obronę wroga. Ugruntowano współdziałanie między oddziałami wojska pozwoliło na zajmowanie dominujących szczytów i osiedli bez ponoszenia dużych strat. Nowoczesne środki rozpoznania umożliwiały wykrywanie ruchu bojowników w czasie zbliżonym do rzeczywistego i uderzanie w ich wojska i sprzęt już podczas zbliżania się do linii frontu. Rosyjskim doradcom i specjalistom udało się podnieść armię syryjską do jakościowo nowego poziomu.
Osobno warto zastanowić się nad rolą działających wśród nacierających oddziałów rosyjskich. Specjalne grupy wyposażone w radary do walki kontrbateryjnej wykrywały i niszczyły pozycje artylerii i moździerzy bojowników, za pomocą własnych moździerzy, lub naprowadzały na nie ostrzał artyleryjski czy bombardowanie lotnicze. Rosyjscy operatorzy sił specjalnych (SSO) z karabinów snajperskich i systemów przeciwpancernych niszczyli najbardziej niebezpieczne punkty ogniowe terrorystów. Wkład rosyjskich sił specjalnych, działających w dolinie Al-Gab w rozerwanie obrony terrorystów, był niemały , chociaż często nie trafia do doniesień medialnych z powodu przestrzegania tajemnicy wojskowej. Być może kiedyś Rosjanie ujawnią, szczegóły pracy swoich doradców wojskowych i specjalistów opinii publicznej, póki co zakrywa je mrok cenzury wojennej.
Operacja na północnym wschodzie prowincji Hama stała się przykładem progresu w zakresie zdolności bojowej wojsk rządowych Syrii. Armia syryjska zreorganizowana i wyszkolona przez rosyjskich doradców i sprawdzona pod ich okiem w bitwach o Aleppo, Homs, Palmirę, Deir-Ez-Zor i Wschodnią Gutę, przeszła do porażek pierwszego etapu wojny, do serii zwycięstw nad siłami swoich licznych wrogów. Do wyzwolenia prowincji Idlib z rąk ugrupowań terrorystycznych droga wydaje się jednak daleka i to nie z przyczyn militarnych a powiązań i zależności geopolitycznych lokalnych i globalnych mocarstw rozgrywających na nieszczęsnej wojnie syryjskiej swoje interesy.

Krezusi pojednania

Kwestia odszkodowań za niewolniczą pracę w III Rzeszy i zniszczenia wojenne nie jest wbrew pozorom białą plamą. Wiele się wokół tej sprawy działo – głównie w tym zakresie, żeby odszkodowań nie było a roszczenia zbyć byle czym. Co nie znaczy, żeby hasło „polsko-niemieckie pojednanie” nie przynosiło wymiernych korzyści. Wszakże niekoniecznie przede wszystkim stopniu ofiarom nazizmu.

W Sejmie na kolejne swe posiedzenie zebrał się „Parlamentarny Zespół do oszacowania wysokości odszkodowań należnych Polsce od Niemiec za szkody wyrządzone podczas drugiej wojny światowej”. Zespół powstał w 2017 roku. Przewodniczy mu poseł Prawa i Sprawiedliwości Arkadiusz Mularczyk, adwokat. Do zespołu należy 25 posłów i 2 senatorów – wszyscy z PiS.
O marnych kompetencjach w podjętym przez nich temacie może świadczyć fakt, że albo nie wiedzieli, bądź świadomie pominęli wyniki prac grona poznańskich naukowców – historyków i ekonomistów – z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. W 1947 roku pod kierownictwem profesora Alfonsa Klafkowskiego sporządzili dla Biura Odszkodowań Wojennych przy Prezydium Rady Ministrów ekspertyzę szacującą straty państwa polskiego spowodowane przez wojnę i okupację. Wedle tej ekspertyzy straty wyniosły 258 miliardów przedwojennych złotych, stanowiących równowartość 50 miliardów dolarów, które w przeliczeniu na wartość z 2004 roku wyniosłyby 650-700 miliardów dolarów. Dezyderaty zgłoszone przez poznańskich naukowców zawierały postulaty odszkodowawcze dla państwa polskiego. Nie obejmowały one roszczeń cywilno-prawnych obywateli polskich. Wysokość tych roszczeń także sięgała miliardów, tym razem marek.
Zatem to, czym zajmować się chce zespół posła Mularczyka, byłoby spóźnione o 74 lata. Czy posłowie są tego świadomi? Czy też chcą stworzyć pozory, że dopiero rządy PiS zaangażowały się w obronę interesów Polski i Polaków? Szacunek strat dla państwa polskiego został już przecież sporządzony! Czyżby mieli wątpliwości co do kompetencji uznanych naukowców poznańskich?
Co się zaś tyczy roszczeń cywilno-prawnych, to zajmuję się tym od 1963 roku. Jest to temat opisany w wydanej 2014 mojej książce „Zapomniani ludzie ze znakiem >P<”. Wspomniałem w niej o moich staraniach o dostęp do informacji, ile takich roszczeń jest. Była bowiem taka instytucja rządu federalnego RFN, która się nimi zajmowała.
Miałem bardzo utrudniony dostęp do znajdującej się w Kolonii „Entschädigungsbehörde”. Po moim telefonicznym zgłoszeniu prośby o możliwość uzyskania informacji usłyszałem, że polskich dziennikarzy urząd nie przyjmuje. Dopiero wstawiennictwo Klausa von Bismarcka, „Intendenta” (dyrektora i naczelnego redaktora Westdeutscher Rundfunk), który, jak wiedziałem, był przyjaźnie nastawiony wobec Polski, zostałem przyjęty przez pana Lothara Niesera, szefa tej placówki. Owszem, przyznał, do jego urzędu napłynęło bardzo dużo listów od Polaków, jednakże nie może ich próśb rozpatrywać, albowiem zabrania mu tego konstytucja. Jak to? – zapytałem, – przecież obywatelom przymuszonym do pracy dla Niemiec z krajów takich jak Francja, rząd federalny przyznał setki milionów marek. Dysponowałem bowiem danymi na ten temat. Owszem, odpowiedział pan Niesert (miał chyba ponad 50 lat), ale z krajami zachodnimi RFN utrzymuje stosunki dyplomatyczne. Z Polską nie. – Czy chodzi o „doktrynę Hallsteina” – zapytałem. Unikał odpowiedzi. Przyjęta przez Bundestag w 1955 roku doktryna ta, jak się chyba dziś już nie pamięta, domagała się od innych państw uznania RFN jako jedynego reprezentanta Niemiec, Polska zaś uznawała NRD i to przekreśla możliwość porozumienia w jakiejkolwiek sprawie – mówił pan Niesert. Dodał, że w czasie wojny wszyscy przecież musieli pracować.
Reprezentowane przez niego stanowisko rządu federalnego ocenione zostało w 1969 roku przez rząd polski następująco: „Istniejące w Republice Federalnej Niemiec prawo dotyczące odszkodowań dla ofiar narodowego socjalizmu zawiera przepisy dyskryminujące obywateli pewnych państw, w tym Polski”. W ślad za przemówieniem Władysława Gomułki z 17 maja tego roku, w którym proponował rozmowy na temat układu między Polską i RFN, wystosowany w tym samym roku list Władysława Gomułki do Willy Brandta, który stanął na czele utworzonego w październiku rządu SPD-FDP nie zawierał wszakże żadnej wzmianki o odszkodowaniach. Priorytetem jeszcze przez długi czas pozostawało polskie żądanie uznania przez RFN polskiej granicy zachodniej. Z Bonn dała się słyszeć nieoficjalna odpowiedź, że na to jest jeszcze za wcześnie. Wspomniana wyżej doktryna wraz postępem w polityce wschodniej RFN prowadzonej przez rząd Brandta stopniowo wygasała i została całkowicie zniesiona po zawarciu Układu między Polską i RFN w grudniu 1970 roku. W Układzie tym, przypomnijmy, RFN uznała polską granicę zachodnią. Stanowiło to podstawę normalizacji dwustronnych stosunków.
Atoli do załatwienia sprawy cywilno-prawnych roszczeń obywateli polskich – pracowników zmuszonych do niewolniczej pracy na rzecz III Rzeszy –

droga była jeszcze bardzo kręta i wyboista.

Toteż minister Marian Orzechowski 7 maja 1987 r. mówił w Sejmie: „Posługując się argumentami nie do przyjęcia w świetle uznanych norm prawa międzynarodowego oraz zwykłej sprawiedliwości i moralności ludzkiej, RFN odmówiła zadośćuczynienia polskim ofiarom III Rzeszy”. Nie bez racji Krzysztof Skubiszewski, minister spraw zagranicznych w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, powiedział 7 czerwcu 1991 w Sejmie: „Odszkodowania dla Polski nie mogły być gorzej postawione niż miało to miejsce po II wojnie światowej. Ale to się stało. Upływ czasu oraz inne czynniki spowodowały, że dochodzenie do odszkodowań stało się trudne albo wręcz niemożliwe. Wszakże zmiany, jakie się dokonały lub dokonują w stosunkach polsko-niemieckich muszą i tu znaleźć swój wyraz. Odszkodowania dla więźniów hitlerowskich obozów koncentracyjnych i dla robotników niewolniczych nie sprowadzają się tylko do kwestii prawnych. Jest to przede wszystkim problem natury moralnej i humanitarnej, konieczność spełnienia podstawowych wymogów sprawiedliwości. Jego rozwiązanie jest jedną z przesłanek porozumienia i pojednania między Polakami i Niemcami”.
Odtąd słowo pojednanie będzie funkcjonować przez wiele lat, a właściwie funkcjonuje do naszych czasów. Co więcej, ono zostało swoistą instytucją. W następstwie podpisanego 17 czerwca 1991 r. porozumienia została stworzona
„Fundacja Polsko-Niemieckie Pojednanie” (FPNP).
Rząd niemiecki wyposażył ją sumą 500 milionów marek w celu udzielenia ofiarom III Rzeszy pomocy humanitarnej. W ścisłym rozumieniu niemieckiej strony nie było to odszkodowanie. Wypłaty pieniędzy rozpoczęto we wrześniu 1992 roku. Choć jak stwierdzała potem niemiecka Fundacja „Erinnerungen, Zusammenarbeit und Zukunft” (EVZ), większość „obdarowanych” wzięłaby jakiekolwiek pieniądze. Jak napisał w swej książce „Die Entschaedigung von NS-Zwangsarbeiter am Anfang des 21 Jahrhunderts” niemiecki autor Constantin Goschler, otrzymane z fundacji kwoty stanowiły faktycznie jałmużnę rzuconą proszalnym dziadkom.
I tak właśnie było. Np. członkowie wrocławskiego „Klubu Ludzi ze Znakiem >P< (byłem jego założycielem – po tym, jak jako dziennikarz „Gazety Robotniczej” przeprowadziłem wśród byłych robotników przymusowych ankietę, napisałem na jej podstawie tekst i zorganizowałem zebranie, na którym około 300 uczestników ankiety utworzyło Klub) za wiele lat pracy niewolniczej dostali w dwóch ratach od 2 do 5 tysięcy zł. Ci, którzy pracowali u bauerów, nie dostali ani grosza.
Fundacji zajmujących się odszkodowaniami było kilka. Prócz wyżej wymienionych była jeszcze wymuszona od koncernów przez kanclerza Gerharda Schrödera (SPD)

„Inicjatywa Przemysłu Niemieckiego”.

Schröder, chcąc uniknąć skandalu i bojkotu niemieckich towarów w USA, a także obawiając się infamii, doprowadził do zebrania uzgodnionej między zastępcą sekretarza stanu Samuelem Eisenstadtem i adwokatami dbającymi o polskie interesy (Kongres Polonii Amerykańskiej) i akceptowanej przez rząd Schrödera sumy 10 miliardów marek. Na sumę tę miały łożyć wielkie niemieckie koncerny i firmy: Alianz, Bayer, BASF, Degusa, BMW, Daimler-Chrysler, VW, Dresdner Bank, Deutsche Bank, Thyssen-Krup, Siemens. Przedstawiciele tych koncernów uznali, że należy się sprzeciwić zbiorowym skargom przed sądami w USA i pozbawić podstaw oskarżenia szkodzące wizerunkowi naszego kraju i jego gospodarki. Rzecznik Inicjatywy podkreślił, że „dość tego, nie pójdziemy dalej ani o centymetr”. A jednak pierwotnie zaproponowaną sumę (najpierw 4, a następnie 6 miliardów) podnieśli do 10 miliardów. Niemniej 267 przedsiębiorstw zatrudniających w czasie wojny robotników przymusowych odmówiło przystąpienia do Inicjatywy, co nawet w Niemczech wywołało oburzenie.
Podarujmy sobie relacje o szczegółach. Ważne jest, że rozdzielnictwem tej sumy między poszczególne podmioty zaangażowane w „pojednanie” zajmował się Deutsche Bank, zarabiający na procentach i wedle uznania uruchomiający transfer pieniędzy po niekorzystnym kursie.
W Polsce złożono 590 685 podań od żyjących jeszcze robotników przymusowych albo ich rodzin, z których około 485 tysięcy zostało „zweryfikowanych”. W tym miejscu trzeba zwrócić uwagę na dwie związane ze staraniami o otrzymanie pieniędzy okoliczności. Po pierwsze: już na etapie składania podań „polscy petenci” byli

zobowiązani do podpisania dokumentu,

że wnosząc o wypłatę pieniędzy, zobowiązują się do tego, że w przyszłości nie będą mieli roszczeń do państwa niemieckiego. Po drugie (i gorsze): zgodnie z porozumieniem negocjatorów (sekretarz stanu w niemieckim Auswärtiges Amt Kastrup z niemieckiej, a szef Urzędu Rady Ministrów Żabiński z polskiej strony) na temat odszkodowań, a porozumienie to odwoływało się do układu polsko-niemieckiego z 1991 roku, polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych oświadczyło, „że rząd nie czynił i czynić nie będzie w przyszłości żadnych dalszych starań w sprawie odszkodowań dla polskich ofiar narodowego socjalizmu”. (O tym oświadczeniu było w Polsce cicho-sza, ujawnił ten fakt Michael G. Esch, autor rozdziału w czterotomowej dokumentacji wydanej przez EVZ). Oświadczenie to uznano za obowiązujące przez gabinet Jerzego Buzka (1997-2001).
Przytoczmy w tym miejscu wyliczenia niemieckiego ekonomisty Thomasa Kuczyńskiego. W „Zeitschrift fuer Sozialgeschichte” napisał, że państwo niemieckie i gospodarka niemiecka winne są robotnikom przymusowym 180 miliardów marek. Biorąc pod uwagę najniższe taryfy płacowe w przemyśle niemieckim, mnożąc 80-godzinny tydzień pracy i wielkość liczby robotników przymusowych, doszedł do wyniku, że w sumie przepracowali 210 milionów lat. Wysokość niezapłaconej pracy wynosiła 16 miliardów marek, a biorąc pod uwagę dynamikę wzrostu płac i siły nabywczej pieniądza, Kuczyński doszedł do 180 miliardów marek. W opracowaniu autorstwa Herberta Schula z Uniwersytetu Frankfurckiego, który swój tekst opublikował w „Blätter für deutsche und internationale Politik” czytamy nader słuszną i oryginalną co do znaczenia niewolników pracy w Rzeszy ocenę. Zdaniem autora „gospodarcze odnowienie zachodnich Niemiec nastąpiłoby znacznie wolniej, gdyby nie wkład robotników przymusowych w czasie wojny”. Dalej stwierdza, że nadwyżka czerpana z dumpingu płacowego i z dodatkowych obciążeń została po wojnie inwestowana w gospodarkę niemiecką, tak że majątek brutto w zachodnich Niemczech w połowie 1948 roku przewyższał mimo zniszczeń wojennych, demontażu i restytucji poziom z roku 1935 o 14 procent. Takie widzenie roli niewolników pracy i ich znaczenia dla gospodarki III Rzeszy nie jest w dyskusjach zarówno w RFN, jak i w Polsce brane pod uwagę.
W RFN – choć rząd Schrödera z wiadomych powodów ustawił się pozytywnie wobec problemów odszkodowań, tamtejsza biurokracja traktowała Polaków jako petentów, zaś polska biurokracja procedury odszkodowawcze uważała za dojną krowę. Pochodzących z „Solidarności” polityków, którzy zajmowali ważne stanowiska, w „Życiu Warszawy” nazwano
„krezusami pojednania”.
Elektronik Krzysztof Zabiński (rocznik1953) działacz związkowy, w Sejmie kontraktowym z ramienia Komitetu Obywatelskiego i następnie poseł Koalicji Liberalno-Demokratycznej odznaczony w 2011 Oficerskim Krzyżem PR za wybitne zasługi w demokratycznej transformacji, zajmujący w Urzędzie Rady Ministrów wysokie stanowisko, wyznaczył na prezesa „Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie” Bronisława Wilka. Był on także z zawodu elektronikiem. Również działał w „Solidarności”. I on został posłem w Sejmie kontraktowym. W latach 1991-1994 prezes fundacji aresztowany pod zarzutem malwersacji. Pieniądze fundacji ulokował w Megabanku, z którego znajomi prezesa zaciągali kredyty na swoje interesy w różnych przedsiębiorstwach. W niedługim czasie firmy upadły, a pieniądze przepadły. Bronisław Wilk „za niesłuszne aresztowanie” pobrał potem 40 tysięcy złotych tytułem zadośćuczynienia. Zawdzięczał to cichej pomocy kolegów z „Solidarności”. Byli to:
Wiesław Walendziak, najpierw prezes państwowej telewizji, gdzie kolegów z Niezależnego Związku Studentów (ZNS) umieścił na kierowniczych stanowiskach („pampersi”), następnie szef Urzędu Rady Ministrów i potem zajął się własnym biznesem;
Jan Kranz (rocznik 1948) w latach 1990-1995 podsekretarz w MSZ reprezentujący Polskę w przełomowych rozmowach w Bonn, Berlinie i w Waszyngtonie, od 2001 roku ambasador w Berlinie, odznaczony Orderem Zasługi RFN;
Jacek Turczyński (1966), prawnik, poseł ZCHN, w latach 1998-2000 prezes fundacji, wraz czterema członkami zarządu fundacji aresztowany za nieprawnie pobrane pieniądze;
Jan Parys (1950), wiceprezes fundacji, dawniej minister obrony w gabinecie Jana Olszewskiego, wezwany przez sąd do oddania pieniędzy, nie zrobił tego – bez żadnych konsekwencji;
Jerzy Marek Nowakowski czuwający nad całością polskich poczynań związanych z odszkodowaniami, w latach podsekretarz stanu w gabinecie Jerzego Buzka, następnie ambasador w różnych krajach.
Można powiedzieć, że tworzyli oni

swoisty prawicowy kartel.

Pozostaje jeszcze do podkreślenia, że powstałe dla przeprowadzenia wypłat struktury biurokratyczne zatrudniały w warszawskiej centrali 300 etatowych pracowników. Byli oni nadzorowani przez przysłanych z Berlina „kontrolerów” mających zapobiec powtórce afery Wilka. Nadzorczy ci liczyli niewiele ponad 20 lat i w kwestiach odszkodowawczych nie mieli kompetencji. Ich zadaniem było, jak żądali Niemcy, zapewnienie pewności prawnej (Rechtssicherheit). Dbali o to, by w przyszłości polskie roszczenia nie były możliwe.
No cóż, niech zespół posła Mularczyka szacuje…

Wojna, pamięć i rozwaga My, socjaliści

II wojna światowa i jej skutki coraz bardziej zacierają się w polskiej pamięci.

Żyjące dziś aktywnie już trzecie pokolenie zna tę wojnę z przekazów rodzinnych i historii szkolnej. Odbudowany, szczególnie przez drugie pokolenie kraj, wielki postęp na miarę możliwości i rozwój cywilizacyjny Polski w okresie PRL, nie stanowią świadectwa o ogromie zniszczeń i tragedii okresu 1939-1945. Oficjalna narracja historyczna przeinacza i przemilcza fakty tamtego okresu, nagina i wypacza ówczesną rzeczywistość do potrzeb bieżącej polityki, głównie globalnej, ale również wewnętrznej. Polityka ta, jak widać od dłuższego czasu, nie wynika z polskich interesów.
Za kilka miesięcy obchodzić będziemy 80 rocznicę wybuchu II wojny światowej. Czy się to komuś podoba, czy nie, wojna ta wybuchła 1 września 1939 roku napadem na Polskę. Rozpoczęła ją III Rzesza Niemiecka rządzona przez Hitlera. Sprawcami tragedii Polski i Polaków byli Niemcy i ich sojusznicy z państw tzw. Osi. Okupacja Polski przez III Rzeszę trwała do 1945 roku. Wszystko, co stało się wówczas na ziemiach polskich jest jej dziełem. Zginęło w tej wojnie z rąk niemieckich ponad 6 milionów obywateli polskich. Polska została wyzwolona w 1945 roku przez Armię Czerwoną z udziałem I i II Armii Wojska Polskiego, oraz największego w Europie ruchu oporu, w którym znaczący udział miały siły lewicy socjalistycznej. Obydwie armie – radziecka i polska doszły do Berlina. Tam zawisły dwie flagi zwycięzców – biało-czerwona i czerwona. Niezależnie, na froncie południowym i zachodnim walczyły armie innych państw koalicji antyhitlerowskiej, były na tych frontach
również oddziały polskie.

Przypomnienie tych faktów

wydaje się konieczne ze względu na panującą w Polsce od dłuższego czasu dezorientację historyczną. Dodatkowo należy przypomnieć, jak wyglądał skład państw przynależnych do obydwu walczących stron, bo o tym prawie wszyscy zapomnieli. Brutalna propaganda z kilku ośrodków krajowych i międzynarodowych kreuje sprawców tej wojny na bohaterów, a ofiary są w niezrozumiały sposób ubierane są w szaty sprawców. Aż dziwi, że na taką sytuację przystały również niektóre kręgi polityczne w Polsce.
Przypomnijmy, że w koalicji z III Rzeszą były wówczas następujące główne państwa: Włochy i Japonia, a także z Europy: Węgry, Rumunia, Słowacja, Bułgaria, Jugosławia, Finlandia, Chorwacja, Francja Vichy. Ponadto Polacy doznali cierpień i strat ze strony oddziałów SS utworzonych przez Litwinów, Łotyszy, Estończyków, Ukraińców i Rosjan (Własowa). W koalicji antyhitlerowskiej były główne państwa: ZSRR, Polska, USA, W. Brytania oraz Australia, Belgia, Chiny, Dania, Francja, Grecja, Holandia, Indie, Kanada, Luksemburg, Norwegia, Nowa Zelandia, RPA i szereg państw mniejszych.

Minione 80 lat

zmieniło europejski i globalny pejzaż sojuszy, niemniej nie do końca, a wydaje się, że historyczna rzetelność i pamięć dla ofiar wojny wymaga po prostu uczciwego spojrzenia na fakty.
Przywołując dzień 1 września 1939 roku o tych faktach należy pamiętać. Trwające dziś porównywanie agresji niemieckiej z agresją radziecką z 17 września 1939 roku budzi wątpliwości historyków, inny był bowiem jej charakter i inne motywy. Również inne konsekwencje historyczne, militarne i polityczne.
Konsekwencją wydarzeń II wojny światowej i tragicznych losów Polski i Polaków było przesunięcie Polski na zachód, na stare ziemie piastowskie i ustalenie naszej wschodniej granicy wzdłuż linii Curzona z lipca 1920 roku (propozycja ministra spraw zagranicznych W. Brytanii).
Polska przygotowuje się dziś do obchodów 80 rocznicy wybuchu II wojny światowej. W przestrzeni publicznej pojawiają się informacje dotyczące charakteru tych obchodów i gości (reprezentantów państw), do których skierowane zostały zaproszenia. Dwa co najmniej problemy budzą zapytania i wątpliwości: po pierwsze, dlaczego nie skierowano takiego zaproszenia do prezydenta Federacji Rosyjskiej, która jest następcą prawnym ZSRR, jednego ze zwycięzców tej wojny oraz drugie, dlaczego Polska, najbardziej pokrzywdzony w II wojnie światowej kraj i naród, będzie świętować tę rocznicę głównie w gronie historycznych przeciwników, a nie byłych sojuszników z koalicji antyhitlerowskiej. Można odnieść wrażenie, że interesy bieżące polskich elit rządzących dość mocno rozmijają się z postrzeganiem głównych wydarzeń naszej historii przez naród.

Każda polska rodzina

ma w swej pamięci ofiary, jakie poniosła podczas wojennej pożogi lat 1939-1945. W okresie Polski Ludowej pamięć ta stanowiła o kształcie polityki państwowej w dziedzinie wychowania, edukacji i tradycji. W okresie transformacji tradycja ta zaczęła zanikać, zrozumiałe – upływ czasu, coraz mniej świadków wydarzeń i tragedii.
Ale to nie jest podstawowy powód – polityka państwowa elit posierpniowych ulega stałej degeneracji, jest efektem zgniłych kompromisów i wątpliwych sojuszy. Powinna ona być polityką kształtowaną przez wszystkie siły polityczne różnych orientacji, a nie przez jedną opcję prawicową wyrażającą kompleksy i resentymenty umarłej już tradycji postszlacheckiej.
Należę do pokolenia, które dojrzałą edukację historyczną rozpoczynało już po 1956 roku, kiedy ówczesne harcerstwo było nośnikiem tradycji patriotycznej opartej o mit Powstania Warszawskiego. Jestem dziś do tej tradycji przywiązany i każdy fałsz historyczny, a takich jest coraz więcej w polityce państwowej, razi mnie i wywołuje opór.
Uważam, że polska lewica, szczególnie jej patriotyczna część nawiązująca do tradycji PPS, powinna się temu czynnie przeciwstawić.

Psy wojny nigdy nie zasypiają

Gdy widzę głupie pyski Adriana, Błaszczaka i Maciera ubranych we wdzianka moro i paradujących po koszarach i poligonach, to przypominają mi się durni CK austro-węgierscy generałowie, lejtnanci i feldkuraci z „Przygód dobrego wojaka Szwejka” Jaroslava Haška. A czasem snuje mi się koszmarne, psychopatyczne marzenie, że napada na Polskę Rosja, kładzie nas na łopatki w ciągu doby, a Adrian, Błaszczak i Macier wieją z kraju w tych swoich mundurkach moro, robiąc w spodnie przed specnazem.

Żarcik. Nikomu tego nie życzę. Byłaby to jednak godzina prawdy o rzeczywistej wartości ich defilad i dętych przemówień. Ręczę, że te „psy wojny” czmychałyby jak zestrachane kundelki ( mieliśmy już okazję widzieć w telewizji, jak Adrian zadrżał i schylił głowę w momencie wystrzału artyleryjskiego). Twarzą w twarz przeciw specnazowi stanęliby tylko najgodniejsi szacunku oficerowie i żołnierze, dla których, choć nie cierpię militaryzmu, zawsze mam szacunek.
O wojnie jak wiadomo najprzyjemniej gada się przy herbacie i ciastku. „Słodko i zaszczytnie jest umierać za ojczyznę” – tak brzmi najgłupsze zdanie rzymskiego poety Horacego. Także grecki retor Demostenes chwalił wojnę. Nie wszystko w pogańskim antyku było mądre. Wojna to także ulubione zajęcie chrześcijan i katolików. Ksiądz Piotr Skarga chwalił wojnę, ojciec Innocenty Bocheński (wśród chwalców wojny jest nadreprezentacja klechów). Byli wręcz jej apologetami, a kapelani do dziś kropią kropidłem armaty i czołgi. Znamienne tylko, że żaden z wymienionych mądrali nie zdechł w męczarniach na polu bitwy. O wojnie można by bez końca. Gdy byłem durnym szczeniakiem w latach 60-tych w PRL, na ulicach polskich miast w wielu miejscach widniało hasło „Nigdy więcej wojny”. Wydawało mi się dziwne, bo przecież wojna oglądana w kinie czy w telewizji, była taka atrakcyjna („Stawka większa niż życie”, „Czterej pancerni i pies”, „Działa Nawarony”) i taka zabawna („Kierunek Berlin” i rozmaite komedie wojenne w rodzaju „Gdzie jest generał”). Nie znałem wtedy ani „Ognia” Henri Barbusse’a, ani „Podróży do kresu nocy” Ferdynanda Celine. A nawet gdybym znał, to i tak niczego bym szczeniackim rozumkiem nie pojął. Dlatego gdy dziś widzę młodziutkich „terytorialsów” Macierewicza, może nawet jeszcze prawiczków, ale już przyuczanych do strzelania z patyków i rzucania kamieniami z braku granatów, to mi się nóż w kieszeni otwiera.
„Oblicza wojny” Magdaleny M. Baran, to lekko (w sensie stylu narracji) i atrakcyjnie napisana rzecz wojnie, a raczej o tym, jak w historii, tradycji, religii, sztuce wojnę postrzegano i się postrzega. Jak zmieniały się interpretacje fenomenu wojny. „Po drugiej wojnie światowej często można było usłyszeć zaklęcia: „Nigdy więcej wojny”. Dziś nadzieja zawarta w tym haśle zanika. Coraz więcej jest oznak tego, że stoimy w obliczu nowych wojen: klasycznych, domowych, zimnych i gorących, hybrydowych, ekonomicznych, informacyjnych terrorystycznych”. I właśnie rozmaitym definicjom, ujęciom i aspektom wojen poświęciła autorka swoją książkę, opisując w kolejnych rozdziałach „oblicza dzisiejszej wojny”, „wojnę sprawiedliwą” jako „oksymoron”, „sakralizację wojny” czyli „wojny święte” czy „sprawiedliwe” na przestrzeni dziejów, a także o „dehumanizacji” wojny, polegającej na postępowaniu procesu narastania jej depersonalizacji, wynikającej m.in. z postępu technologicznego, co po raz pierwszy w wielkiej skali zaznaczyło się w Wielkiej Wojnie 1914-1918, coraz bardziej wyłączającego „czynnik ludzki” na rzecz wojennego przemysłu śmierci. O wojnie pisali wielcy myśliciele, których autorka obicie przywołuje, od Heraklita, przez Tukidydesa („Wojna peloponeska”), Juliusza Cezara („O wojnie galijskiej”), Hugo Grotiusa, Thomasa Hobbesa, Emmanuela Kanta po Rafała Lemkina czy Michaela Walzera. Pisali też o niej wielcy poeci: od Homera w „Iliadzie”, poprzez nieznanego pierwotnego twórcę „Pieśni o Rolandzie”, Williama Szekspira (głównie „Kroniki”, a także „Makbet” czy „Juliusz Cezar”, z którego pochodzi słynna fraza o „psach wojny”), a także niezliczone zastępy piewców wojen w wiekach średnich i nowożytnych (prawie każdy kraj czy nacja miały swój koronny poemat o jakimś sławnej wiktorii bitewnej, n.p. polska „Wojna chocimska” Wacława Potockiego ) po „Wojnę i pokój” Lwa Tołstoja, narodziny literatury i sztuki antywojennej, od sławnych malowideł – „Okropności wojny” Francisco Goi po „Guernikę” Picassa czy antywojenną prozę Remarque’a („Na Zachodzie bez zmian”), Barbusse’a („Ogień”), Celine’a („Powrót do kresu nocy”), czy Izaaka Babla a także naszego Andrzeja Struga („Żółty Krzyż”) czy antywojenne kino (n.p. „Towarzysze broni” Jean Renoira). Jednak antywojenna fala w sztuce pozostała na marginesie odbioru, bo do naszych czasów wzięcie ma kino (głównie amerykańskie) pokazujące wojnę jako ekscytującą przygodę, a gatunek komedii wojennej nadal cieszy się wielką popularnością („Złoto dla zuchwałych”), podobnie jak bajkowe fantazje na motywach wojennych („Gwiezdne wojny”). Niezmienną też popularnością cieszy się drwina z wojny i wojskowych obyczajów (nawet o tak starej metryce jak „Przygody dobrego wojaka Szwejka”) czy „CK Dezerterzy” w filmie. Przykładem dwuznacznego stosunku do wojny jest sławny film Francisa Forda Coppoli „Czas Apokalipsy”. Z jednej strony ma on rysy antywojenne, z drugiej jednak wyczuwa się w nim fascynację „okrutnym pięknem” wojny, co wyraża się w jej niemal perwersyjnej estetyzacji (n.p. scena nalotu śmigłowców amerykańskich na wietnamską wieś przy akompaniamencie „Walkirii” Wagnera).
Temat wojny jest zatem w sztuce niezwykle bogaty i rozległy, można by rzec, że obok miłości i zbrodni należy do najczęstszych motywów w literaturze i innych sztukach, a też jest, jak widać, bardzo inspirujący artystycznie. Zajmuje też nauki społeczne i humanistyczne. Jednak kluczowy, a może najciekawszy w świetnej książce Magdaleny M. Baran jest przedostatni rozdział zatytułowany „Słodko i zaszczytnie… – rzecz o mitologizacji wojny”. „Co, gdy ojczyzna to już nie przedmiot miłości, nie przedmiot wyznania patriotycznej wiary, ale nacjonalistyczny potwór z upodobaniem tropiący najdrobniejsze przejawy inności, polujący na odmienność, i w imię ochrony wykrzywionego w lustrze obrazu wspólnoty narodowej mordujący, wzniecający konflikty, prowadzący swój naród w ramiona wewnętrznej lub zewnętrznej wojny” – napisała autorka. To właśnie ten „nacjonalistyczny potwór” zawłaszczył sławną frazę z pieśni Horacego, czyli z czasów w końcu przednacjonalistycznych: „dulce et decorum est pro patria mori”, (przerabiając ją także na inne frazy, a to „Gott mit uns”, a to „Bóg, Honor, Ojczyzna”). Towarzyszyło temu pojawienie się ludzi wprost głoszących pochwałę wojny, takich jak teoretyk wojny Carl von Clausewitz, czy literaturze, Ernst Jűnger. Kiedy dziś widzimy i słyszymy o militaryzacji umysłów młodych ludzi w Polsce przez macierewiczową formację OTK, to marzy mi się, aby ktoś dotarł do nich, upojonych jak to wielu młodych ludzi narkotykiem, jakim była perspektywa wojennej „przygody” (podobny przypadek z roku 1914 we Francji opisał kanadyjski historyk Modris Eksteins w kapitalnym „Święcie wiosny”), chciałbym, żeby ktoś dotarł do nich z takim oto fragmentem mini powieści Jeana Echenoz „1914”: „Odłamki posiekały ordynansa kapitana na sześć kawałków, łącznikowi odcięły głowę (…) poszatkowały rozmaitych żołnierzy pod rozmaitymi kątami i przecięły wzdłuż ciało wywiadowcy (…) Jak na tablicy anatomicznej zobaczył przekrój wszystkich jego narządów, od mózgu po miednicę (…) wymiotując ze strachu i wstrętu na własne buty, tkwiące po kostki w błocie”. I jeszcze taki oto fragment wiersza Wilfreda Owena: „nie opowiadałbyś, przyjacielu, z tym zapałem wzniosłym, dzieciakom, co chwały desperacko żądne starego Kłamstwa, jak to Dulce et Decorum Est pro patria mori”. Książkę kończy rozdział „Lepszy czas pokoju”, ale to już zupełnie inny temat.

Magdalena M. Baran – „Oblicza wojny”, Wydawnictwo Arbitror, Warszawa 2019, str. 203, ISBN 978-83-66095-03-8

Chiny zawiniły, Rosję obwinili, Europa zapłaci

Prezydent USA Donald Trump ogłosił zerwanie traktatu INF zakazującego budowy i rozmieszczania rakiet średniego zasięg. Zawartego jeszcze w 1987 roku przez USA i Związek Radziecki. Porozumienie zakładało całkowitą likwidację odpalanych z lądu nuklearnych i konwencjonalnych rakiet i pocisków manewrujących o zasięgu od 500 do 5500 kilometrów.
Poprzedni spór zaczął się w 1975 roku, kiedy ZSRR rozpoczął rozmieszczanie w Europie nowego typu rakiet średniego zasięgu Pionier (SS-20). Miały one zastąpić przestarzałe systemy rakiet R-12 Dźwina (SS-4) i SS-5. Ale taka modernizacja zachwiała równowagę strategiczna z państwami Europy zachodniej.
NATO odpowiedziało rozmieszczaniem w Europie amerykańskich pocisków manewrujących BGM-109G i rakiet balistycznych MGM-31 Pershing. To doprowadziło do kolejnego wyścigu zbrojeń i eskalacji „zimnej wojny” w Europie pomiędzy państwami NATO i ówczesnego Układu Warszawskiego. Aby zapobiec dalszej kosztownej i niepotrzebnej eskalacji, obie strony rozpoczęły w 1980 rok w Genewie negocjacje o wycofania tej broni z Europy.
Po wieloletnim serialu spotkań w 1986 nastąpił przełom. W czasie szczytu amerykańsko- radzieckiego w Reykjaviku prezydent Reagan i gensek Gorbaczow zgodzili się na wzajemne wycofanie broni średniego i pośredniego zasięgu oraz ustalili limit głowic jądrowych, które mogły być instalowane na innych pociskach tego typu.
Rok później w Waszyngtonie USA i ZSRR podpisały ten traktat. Widmo wojny obu mocarstw w Europie przestało straszyć.

Dobry, choć martwy

Przez trzydzieści lat Europejczycy odzwyczaili się od wojennego zagrożenia, od wojen mocarstw na swym terenie. A po upadku ZSRR i rozszerzeniu Unii Europejskiej nastał w tym regionie przynajmniej dwudziestoletni okres wzrostu gospodarczego i cywilizacyjnego.
Tamto wzbogacenie się europejskich społeczeństw możliwe było też dzięki ograniczonym wydatkom na zbrojenia w tych państwach i późniejszej integracji z państwami z za „żelazną kurtyny”. A także dzięki wzmożonej kooperacji gospodarczej zachodniej Europy z Rosją. O czym dzisiaj, zwłaszcza w Polsce, zapomina się.
Z biegiem lat zawarty w Waszyngtonie traktat stawał się martwy. Nie tylko dlatego, że obaj sygnatariusze, czyli USA i Rosja, dziedzicząca go w spadku po ZSRR, obchodziły jego zapisy.
USA intensywnie rozwijały produkcję dalekosiężnych dronów, które okazywały się bardziej skuteczne w wojnach lokalnych niż tradycyjne rakiety średniego zasięgu.
Rosjanie unowocześniali i modyfikowali rakiety odpalane z okrętów, które formalnie nie podlegały ograniczeniom traktatowym, ale stanowiły siłę odstraszającą.
Taki właśnie rosyjski, zmodyfikowany pocisk 9M723 posłużył prezydentowi USA Trumpowi jako pretekst do wypowiedzenia traktatu INF.
Jednak, jak zgodnie podkreślają eksperci, to nie te rakiety znacząco zagroziły hegemonistycznej pozycji USA. Trump zerwał stary, martwy traktat z Rosją, aby zmusić Chiny do negocjacji czegoś nowego.
Rozpoczynając swą prezydenturę Donald Trump zapowiadał przegląd starych traktatów zawartych przez USA. Zerwanie „z iluzją traktatów”, które uzna za nieprzestrzegane albo efektywne dla interesów USA.
I właśnie za taki traktat uznał INF. Nie dlatego, że jego naruszanie ze strony Rosji rujnowało bezpieczeństwo USA. Przewaga militarna USA nad Rosją jest tak wielka, że nie zagrażają jej rakiety 9M723. Prezydent Trump chce zerwać ten traktat ze względu na wojnę polityczno-gospodarczą jaka rozpoczął z Chinami.
Podpisany w 1987 roku traktat INF nie obowiązuje Chin. Bo wtedy Chińska Republika Ludowa traktowana była jako biedne, zacofane technologicznie państwo „trzeciego świata”.
Ale w ciągu trzydziestu lat Chiny wyrosły na światową potęgę. Są dziś uznawane za drugą potęgę gospodarczą świata.
Jednocześnie Chiny konsekwentnie budowały i unowocześniały swe siły militarne. Robiły to „po chińsku”, czyli bez eksponowania swych atutów. Zajęta konfliktami na Bliskim Wschodzie, walką z terroryzmem islamskim, czy hybrydowymi wojnami na Ukrainie, atlantycka opinia publiczna nie interesowała się chińskimi zbrojeniami.
W państwach NATO wspominano o pierwszym chińskim lotniskowcu, ale nie zwracano uwagi na nowe chińskie rakiety średniego zasięgu. Zakazane w USA i Rosji, ale legalne w Chinach. Nie wspominano o stale rosnących tam budżetowych wydatkach na rozwój chińskiej marynarki wojennej, sił działających w cyberprzestrzeni i w sferze kosmosu.
Okazjonalnie wspominano też o chińskiej, konsekwentnej ekspansji na Morzu Południowo- Chińskim. O jednostronnym rozszerzeniu przez Chiny strefy swych wód terytorialnych. O przejmowaniu spornych archipelagów wysp Spratly i Paracelskich.
Co oznacza też przejęcie kontroli nad szlakami żeglugowymi w tamtym regionie. Nad handlem produktami „fabryk świata” z Chin i państw ASEAN.

Koniec lotniskowców

Jeszcze niedawno USA mogły panować nad szlakami handlowymi, czyli gospodarką, całego świata. Bo dysponowały dominującymi eskadrami lotniskowców. W razie konfliktu regionalnego USA wysyłało swe lotniskowce, osłaniane okrętami wsparcia, i otwierało parasol ochronny nad swymi sojusznikami. Parasol, który potrafił też skutecznie zaatakować.
Tak bywało w czasie wojen w Korei, Wietnamie. W czasie napięć Chiny – Taiwan, pomiędzy obu państwami koreańskimi. Teraz chińskie rakiety średniego zasięgu są w stanie zniszczyć taki parasol. Tym samym USA straciła swą przewagę w tym regionie.
Zatem zerwanie przez prezydenta Trumpa układu ograniczającego USA w produkcji i rozmieszczaniu rakiet średniego zasięgu to przede wszystkim straszak wobec Chin. Bo przecież od teraz amerykańskie rakiety mogą być zainstalowane na Tajwanie, w Republice Korei, czy w antychińskim dzisiaj Wietnamie.
Wizja amerykańskich rakiet w sojuszniczych państwach Azji Południowo- Wschodniej ma skłonić Chiny do ustępstw w amerykańsko- chińskiej wojnie gospodarczej.

Europejska peryferia

Prezydent Donald Trump wielokrotnie wykazywał swą niechęć do integracji europejskiej. Krytykował europejskie państwa NATO za ograniczanie wydatków na zbrojenie. Przestrzegał, że USA nie będzie bronić europejskich sojuszników, jeśli oni sami się nie dozbroją.
Wypowiadając traktat INF prezydent Trump wciągnął cały świat w stan „bez traktatowy”. W nowy wyścig zbrojeń. Wielce kosztowny dla wszystkich.
Zapewne liczy na to, że tak przyciśnięte Chiny, i Rosja też, spasują w tej pokerowej rozgrywce. Zasiądą z nim do negocjacji. Aby podpisać zaproponowany im nowy traktat.
Bogaty prezydent bogatego państwa może sobie pozwolić na takie biznesowe zagrywki. Ale co stanie się w naszej Europie zanim wielcy tego świata siądą do stołu?
Jakie koszty poniesiemy kiedy oni nie podpiszą nowych porozumień?
Zaczynając taką rozgrywkę prezydent Trump pokazał, że interesy jego europejskich sojuszników są dla niego drugorzędne. To zrozumiałe dla przywódcy deklarujący dogmat „Ameryka wpierw”.
Ale czy Polska chce takiego wyścigu zbrojeń? I czy stać ją na to?
Polityka rządu PiS konsekwentnie doprowadziła do osłabienia więzi z państwami Unii Europejskiej. Polska przestała wspierać Europejską Politykę Bezpieczeństwa i Obrony/CSDP/. Demonstracyjnie zerwała kontrakty zbrojeniowe z francuskim Airbusem na rzecz mglistych, ale amerykańskich ofert.
Rząd PiS- u zademonstrował kilka wiernopoddaństwa aktow wobec ekipy prezydenta Trumpa. Kreując się na najwierniejszego sojusznika USA na wschodniej flance NATO.
Symbolem tej polityki stało się zbieganie, za wszelką cenę, o stałą amerykańską bazę wojskową. Nazwaną lizusowsko przez polskich polityków „Fort Trump”. Obecność amerykańskich wojsk na polski mogło sprzyjać wzrostowi bezpieczeństwa polskiego w czasie istnienia traktatu INF. Nawet nie w pełni przestrzeganego. Ale brak takiego traktatu i eskalacja nowej „zimnej wojny” sprawiają, że ten wymarzony „Fort Trump” już nie będzie w stanie zapewnić bezpieczeństwa Polsce w razie konfliktu z Rosją. Przeciwnie wzmocni rolę Polski jako pierwszorzędnego celu w razie każdego konfliktu Rosja – USA. Jako pierwszorzędnego, choć peryferyjnego sojusznika.
Elity PiS wielokrotnie deklarowały sojusz z Urbanowskimi Węgrami. Stawiając Węgry jako wzór suwerennej polityki międzynarodowej państwa Europy Środkowo- Wschodniej.
Tymczasem Węgry deklarują swą neutralność w wojnie gospodarczej pomiędzy USA i Chinami. Nie zrywają więzi gospodarczych z Pekinem. Podobnie traktują swą współprace gospodarczą z Rosją. W sferze militarnej ogłosiły właśnie, że zakupią helikoptery we Francji, czołgi w Niemczech, a samoloty od Szwecji.
I pomimo twego zachowują swe członkowstwo w NATO. I są szanowanym przez USA sojusznikiem w Europie.

Wyjdą, nie wyjdą?

Ogłoszone przez prezydenta USA wycofanie wojsk z Syrii to najprawdopodobniej blef. Kolejna szopka – tym razem noworoczna. Amerykańskie „jastrzębie” nie opuszczą Bliskiego Wschodu, nawet po sromotnej klęsce. Przegrany konflikt będą ciągnąć bez końca pod dowolnym pozorem. Interes ekonomiczny i polityczny klasy rządzącej USA zbyt ściśle zrósł się z przemysłem wojennym i kulturą globalnej dominacji.

 

19 grudnia prezydent Donald Trump zapowiedział wycofanie wojsk amerykańskich z Syrii, o czym większość mediów donosiła w tonie mniej lub bardziej autentycznego szoku. Pilni obserwatorzy polityki Trumpa nie powinni czuć się zdziwieni, ponieważ obietnica “sprowadzenia amerykańskich chłopców do domu” była jedną z jego flagowych obietnic, złożonych podczas kampanii wyborczej w 2016 r. Powszechne zaskoczenie może wynikać z przekonania, że obecność US Army w Syrii jest albo “stanem naturalnym”, którego nikt nie będzie kwestionował, albo jest nieodwołalna ze względu na amerykański “interes narodowy” lub “politykę bezpieczeństwa”, pod którą podpisuje się cała klasa polityczna Stanów Zjednoczonych. Fakt, że wojska lądowe USA przebywają na terytorium Syrii wbrew prawu międzynarodowemu, wymawiając się “wojną z terroryzmem”, nigdy nie miał dla polityków w USA szczególnego znaczenia. A amerykański ekscepcjonalizm? Owszem, ten jest w pewnym sensie stanem dla nich naturalnym.

Trump jednak definitywnie zmierza do spełnienia swoich zapowiedzi wyborczych i traktuje to pryncypialnie, chociaż czas pokaże, czy jego “osiągnięcia” nie będą wyłącznie efemeryczne. Realizacja głośnych obietnic będzie dla jego elektoratu probierzem jego wiarygodności w “walce z elitami”, a to jego główne paliwo polityczne. Obiecał “usiąść przy jednym stole z Kim Dzong Unem” – usiadł. Obiecał odgrodzić USA murem od imigrantów z południa i zmierza do tego “po trupach”, nawet za cenę finansowego paraliżu administracji. Teatralne wywracanie zastanego porządku przynosi jednak mizerne skutki. Dobrze to widać w polityce zagranicznej. Antagonizowanie NATO i Unii Europejskiej robi wrażenie, ale nie zanosi się na żadne konsekwencje. Wojna taryfowa z Chinami nie ma prawa zakończyć się jakąkolwiek korzyścią gospodarczą. Po szczycie w Helsinkach prezydent chciał zapraszać Putina do USA – przyboczni mu to jednak wyperswadowali. Taktyką Trumpa jest wywoływanie zamieszania. Nauczył się też, że jeżeli zmuszony jest się wycofać z wcześniejszej decyzji, zawsze można to na Twitterze przedstawić jako kolejny sukces.

 

„Nigdy nie mówiłem, że to będzie jutro”

Sprawa wyjścia z Syrii sygnalizowana była przez Trumpa przez cały 2018 r. Ostateczną decyzję ogłosił 19 grudnia, uzasadniając to twierdzeniem, że Państwo Islamskie – zgodnie z planem – zostało pokonane, nie ma zatem powodu, by “amerykańscy chłopcy” nadal się narażali. Jest to oczywiście bezczelna manipulacja, bo fakt, że IS zostało prawie całkowicie wyparte z Syrii, jest w lwiej części osiągnięciem koalicji sił rządowych, Rosji i Iranu, a poza nimi – Kurdów, przez USA jedynie dozbrajanych. Postanowienie Trumpa należało traktować zupełnie poważnie, ponieważ w jego konsekwencji dymisję ze stanowiska sekretarza obrony złożył James Mattis, publikując list otwarty, w którym oględnie dał do zrozumienia, że opuszcza urząd, bo polityka prezydenta stanowi w jego mniemaniu akt nielojalności wobec sojuszników. Mattis jednocześnie streścił w liście swoją doktrynę w pełni wyrażającą neokonserwatywną agendę, która od czasu ataku na Irak w 2003 r. w pełni określała rolę Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie – tak za prezydentury G.W. Busha, jak i Baracka Obamy. W tym sensie można uznać, że jego rozstanie z Trumpem, wieńczące już wcześniej tlący się spór, jest wyrazem próby odejścia obecnego prezydenta od polityki, na której opiera się funkcjonalna jedność całego amerykańskiego establishmentu.

Iście rozbrajająca wydaje się łatwość, z jaką wszystkie liberalne media w USA stanęły po stronie Mattisa. Przypomnijmy, że chodzi o byłego generała, któremu dorobiono przezwisko “wściekły pies”, który lata temu doprowadził do rzezi irackiej Faludży, twierdził, że “zabijanie może być niezłą zabawą” i zawsze uchodził za bezwzględnego “jastrzębia”, dążącego do zapewnienia Waszyngtonowi dominacji nad światem dzięki sile militarnej (zresztą dał temu wyraz w swoim piśmie do Trumpa). Człowiek ten w narracji NYT, WP, CNN, MSNBC momentalnie przedzierzgnął się w “jedyny głos rozsądku” w ekipie Trumpa, fachowca i patriotę drżącego o “bezpieczeństwo kraju” i “stabilność regionu”. Radio CBS określiło go nawet mianem “kogoś w rodzaju Demokraty”, przyjmując za dobrą monetę wcześniejszą „obelgę” Trumpa.

Na prezydenta spadła miażdżąca krytyka nie tylko ze strony Demokratów, ale i Republikanów. Nie oszczędziła mu jej również zaskoczona generalicja. Część najwyższych kadr wojskowych pogniewała się co prawda również na Jamesa Mattisa, za to, że swojej rezygnacji nie konsultował z nimi, chociaż ogółem generałowie uznali decyzję o “natychmiastowym” wycofaniu się z Syrii za niedopuszczalny akt głupoty politycznej. Trump szybko zdał sobie sprawę, że może trwale zepsuć sobie relacje z dowództwem. To była oczywista krótkowzroczność. Drużyna Trumpa na czele z Johnem Boltonem nie przestanie prawdopodobnie dążyć do wojny z Iranem, dlatego tak czy inaczej będą musieli zachować gotowość w regionie, a odpuszczenie Syrii wydawało się w tych okolicznościach strzałem w stopę.

Załagodzeniu konfliktowej sytuacji zaradzić miała najpewniej niespodziewana wizyta Trumpa w amerykańskiej bazie lotniczej w Iraku podczas świąt Bożego Narodzenia. Prezydent zaskoczył wszystkich, pojawiając się tam ni stąd ni zowąd i pozując do selfie z żołnierzami. Wygłosił do nich płomienną mowę zapewniając ich, że Amerykanie “nie są już przegrywami”, że pokonali IS i że – co najważniejsze – z Iraku nie będzie żadnego wycofania. Nadal nie jest pewne, czy rząd Iraku został w ogóle powiadomiony o przyjeździe Trumpa, a ten nawet nie znalazł czasu na spotkanie z premierem Mahdim. Zostało to bardzo źle przyjęte, wzmogły się i tak wysokie antyamerykańskie nastroje: to skandal, zamach na suwerenność, USA nie chcą uznać, że amerykańska okupacja ich kraju się zakończyła. Cóż, chyba jednak do niej daleko, zwłaszcza, że dzień wcześniej irackie media poinformowały, że Amerykanie uruchomili dwie nowe bazy wojskowe w pobliżu granicy z Syrią.

Następne dni przyniosły kolejne zwroty. Znany republikański senator Lindsey Graham, były wojskowy i lobbysta sektora zbrojeniowego, pochwalił Trumpa za wizytę w Iraku i oświadczył, że zamierza się spotkać z prezydentem, aby odwieść go od planów porzucenia bliskowschodnich sojuszników, zwłaszcza syryjskich Kurdów. Do spotkania rzeczywiście doszło 30 grudnia, a po jego zakończeniu Graham zapewniał media, że prezydent zmienił zdanie i na razie pełnego wycofania wojsk nie będzie, bo trzeba dokończyć walkę z IS. Wyjście się odbędzie, ale stopniowo, bez pośpiechu.

Ostatniego dnia 2018 r. Donald Trump opublikował serię tweetów, w których nadal pysznił się “swoimi osiągnięciami” w walce dżihadystami. Tym razem przyjął jednak bardziej zachowawczą narrację, twierdząc: “ISIS w większości zostało pokonane. Powoli wysyłamy żołnierzy do domów, do ich rodzin, a jednocześnie walczymy z resztami ISIS”. Trump zaczął więc stopniowo wycofywać się, ale nie z Syrii, a z własnej decyzji, tradycyjnie już odwracając kota ogonem, by odtrąbić w ten sposób kolejne „zwycięstwo”. 2 stycznia wyznał już otwarcie, że plan powrotu żołnierzy nie ma żadnych “ram czasowych”. 4 stycznia potwierdził to Departament Stanu. “Nigdy nie mówiłem, że to będzie jutro” – wykręcał się POTUS. Skończyło się więc “szopką noworoczną”. Niewykluczone, że Mattis ewakuował się w ogóle niepotrzebnie.

 

Deep State

Prezydent zdaje sobie oczywiście sprawę z niechęci amerykańskiego społeczeństwa do przedłużających się interwencji USA na Bliskim Wschodzie, a doskonale potrafi grać pod publiczkę – stąd „zawrót głowy od sukcesów”. Możliwe, że cała zagrywka od początku była blagą, ponieważ podana przez niego liczba 2000 żołnierzy, którzy mieli wrócić do domów w ramach “pełnego wyjścia z Syrii”, zdaje się nie odpowiadać rzeczywistości. W samej Rakce, którą Amerykanie odbili z rąk IS, dokonując zbrodni wojennych na cywilach, znajduje się oficjalnie ponad 500 żołnierzy. Washington Post ustalił zaś, że realna ich liczba może sięgać nawet 4000! Oznacza to, że Trump będzie mógł wycofywać się z Syrii praktycznie w nieskończoność, tak jak Obama z Iraku.
Tak właśnie działa “deep state”, czyli konglomerat grup interesu “wrośniętych” w ciągu dekad w aparat państwowy, funkcjonujących nawet poza pozorami demokratycznej kontroli. Należą do nich oczywiście CIA i “kompleks wojskowo-przemysłowy”, dla których skompromitowane marzenia o militarnej hegemonii globalnej i świecie jednobiegunowym pozostają niezmiennie racją bytu. Wątpliwe, by Trump realnie myślał o ich pokonaniu. Po pierwsze, żaden z niego “antyimperialista”. Jego zapowiedzi z 2016 r., że ograniczy interwencje zagraniczne, należy skonfrontować z jego parciem ku wojnie z Iranem, groźbami wobec Wenezueli i obsesją na punkcie Amerykańskiej supremacji. Trump chce przede wszystkim samodzielnie określać swoje cele i swoich wrogów.
Po drugie, wszelkie jego “antyimperialistyczne” gesty pozostają tylko gestami, łącznie z zapowiedziami normalizacji stosunków z Koreą Płn po szczycie w Singapurze w czerwcu 2018 r. Wielkie media lubią głosić, że denuklearyzacja nie postępuje, bo Kim Dzong Un zdradził USA, a Trump okazał się naiwniakiem. Prawda jest taka, że czerwcowa deklaracja zakładała obustronne ustępstwa, a USA nie zamierzają ich traktować poważnie, dlatego porozumienie utkwiło w martwym punkcie. Sekretarz stanu Mike Pompeo ostentacyjnie lekceważy Pjongjang. Po Singapurze Trump rozpromieniał chwilową glorią “gołąbka pokoju”, a teraz wraca zwyczajowa agenda neokonserwatywna.

Kolejnym przykładem z minionego roku jest dyskusja nad budżetem zbrojeniowym. Jeszcze w grudniu prezydent się oburzał, że USA wydadzą w tym roku 716 mld USD na “obronność”. “To obłęd!” – uniósł się Trump. Zapowiedział, że do 2020 r. wydatki te spadną do 700 mld. Towarzyszyła temu wręcz deklaracja rozbrojenia: “Prezydent Xi, ja i prezydent Putin zaczniemy rozmowiać o tym, jak sensownie powstrzymać wielki i niekontrolowany wyścig zbrojeń”. Efekt? Kilka dni później po spotkaniu Trumpa z senacką komisją ds. sił zbrojnych Biały Dom ogłosił, że w 2020 r. wydatki zbrojeniowe wzrosną do rekordowego poziomu 750 mld USD!

Amerykanie nie wyjdą z Syrii ani z Iraku niezależnie od tego, ile jeszcze wolt wykona sam Trump, bo to nie on trzyma wojenny ster. Sam fakt, że w ogóle nie było mowy o wstrzymaniu działań lotnictwa, wiele świadczy. To ono stanowiło główną siłę USA i gdyby nie ta siła, nie powiódł by się szturm na Rakkę. Bez uwzględnienia lotnictwa, operującego głównie właśnie w oparciu o bazy w Iraku, mówienie o wycofaniu się z Syrii było pozbawione sensu.

Paradoksalnie, “wojna na górze” toczona między Trumpem a establishmentem ukształtowanym za Obamy, sprzyja tylko konsolidacji środowiska “neoconów”, którzy z przekonaniem zaczęli sposobić się do marszu na Teheran – wymarzony cel samej Hillary Clinton. Nikt już nie wierzy, że USA są w Syrii, żeby “krzewić” tam demokrację. W 2009 r. kiedy Clinton kierowała Departamentem Stanu, najbardziej wpływowy waszyngtoński think tank Brookings Institution opublikował raport pt. “Which Path to Persia” (Którędy do Persji). Stwierdzano tam jednoznacznie, że aby obalić rząd w Iranie, Amerykanie muszą się pozbyć z Syrii Baszszara al-Asada.

Co najmniej od 2007 r. trwała współpraca USA, Arabii Saudyjskiej i Izraela przy zbrojeniu w Syrii islamskich ekstremistów powiązanych z Al-Kaidą – ustalił to wówczas dziennikarz New Yorkera. Nic dziwnego, że bardzo szybko po wybuchu “rewolucji” przeciwko al-Asadowi okazało się, że “demokratyczni rebelianci” składają się prawie wyłącznie z dżihadystów. W 2016 r. przestało być wyłącznie tajemnicą poliszynela, że CIA z Arabią Saudyjską de facto przygotowało wojskowe zaplecze rebelii – przyznał to w końcu New York Times, a senator John McCain potwierdził, że Amerykanie przyczynili się do powstania IS.

 

Wojna bez końca

W obecnym układzie Amerykanie nie mają szans na poważne zagrożenie Iranowi. Przede wszystkim przegrali starcie w regionie – nie usunęli i nie usuną al-Asada z Damaszku. Iran znalazł się w koalicji zwycięzców, choć o podziale łupów jeszcze nie zdecydowano. Swoim miotaniem się od ściany do ściany Trump rzeczywiście nadwyrężył zaufanie sojuszników w regionie. Przede wszystkim Kurdów, którzy przekonali się, że są traktowani instrumentalnie i po raz kolejny zdecydowali się na współpracę ze swoim “śmiertelnym wrogiem”, Armią Syryjską. Prezydent Turcji Erdogan już myślał, że dostał od Trumpa Kurdów “na talerzu”. Niektóre media początkowo donosiły, że początkowa zapowiedź Trumpa była własnie ukłonem wobec Turcji. Amerykanie faktycznie dokonali przegrupowań na północy Turcji korzystnych dla Erdogana. Lecz teraz i tak będzie on miał powody do dalszego zbliżenia z Rosją i Iranem.

Jakby tego było mało, rząd Iraku właśnie oświadczył, że nie będzie uznawał amerykańskich sankcji wobec Iranu i zapowiedział zbliżenie z Teheranem, a Irakijczycy coraz głośniej dają do zrozumienia, że nie życzą sobie dłużej baz USA. Zjednoczone Emiraty Arabskie zapowiedziały ponowne otwarcie ambasady w Damaszku. Układ na planszy geopolitycznej jest dla waszyngtońskiego imperializmu coraz mniej korzystny.

Nie ma jednak jasnej odpowiedzi na pytanie, dlaczego Amerykanie, mimo że nieustannie przegrywają militarnie i politycznie, uparcie stosują strategię z Iraku i Afganistanu? Metoda frontalnego uderzenia, po którym następuje niekończąca się wojna partyzancka, nigdy nie przyniosła zamierzonego efektu w postaci trwałej instalacji posłusznego im rządu. To powieść się nigdy nie mogło – śmierć, zniszczenie, cierpienie i regres cywilizacyjny na terenach “wyzwalanych” przez USA, nigdy pozwoliły im przysposobić sobie żadnej bazy społecznej. Nie udało się to nawet z szyitami, których uwolnili od Saddama Husajna. Taktyka tworzenia ludobójczych sił, takich jak IS, które potem się zwalcza, żeby uzasadnić swoją obecność w regionie, to szczyt politycznej aberracji i syndrom konającego imperium, które potrafiąc jedynie siać spustoszenie, uniemożliwia sobie samemu osiągnięcie pośród tego chaosu nawet typowo ideologicznych celów, skrojonych pod opinię publiczną. Lata prowokowania wojen na Bliskim Wschodzie pod hasłem “wojny z terroryzmem” doprowadziły do niespotykanej w dziejach erupcji terroru.

Można starać się wyjaśnić tę niszczycielską manię jako sztukę dla sztuki, lepiej jednak jako sztukę dla zysku. Wojna jest trwale wpisana w interes amerykańskiej klasy rządzącej. Wydatki na “obronność” liczone w setkach miliardów dolarów mówią same za siebie. Również sam kapitalizm wojenny niweczy imperialną strategię USA. Biznes zbrojeniowy inwestujący w najbardziej zyskowne rodzaje najnowocześniejszego sprzętu które mają odstraszać Rosję i Chiny oraz zmiatać rządy mniejszych państw za jednorazowym, chirurgicznym uderzeniem, nie jest w stanie przygotować armii pozbawionej zaplecza społecznego do prowadzenia przewlekłej wojny partyzanckiej, wymagającej zupełnie innej taktyki. Celem imperializmu jako najwyższego stadium kapitalizmu jest wyłącznie niszczenie. A potem się zobaczy.

Wojna polsko-ukraińsko-rosyjska

Nie będzie sojuszu antykomunistów ukraińsko-polskich. A zapowiadało się tak zachęcająco. Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej pod przewodem Wołodymyra Wiatrowycza rozpoczął po 2014 roku masowy pogrom radzieckiej przeszłości.

 

Jak pochwalił się prezes ukraińskiego IPN w polskim, prorządowym tygodniku „Sieci” od 2014 roku na Ukrainie zmieniono nazwy 987 miast i wiosek. Na niekomunistyczne. Nowych, zwykle antyradzieckich patronów, otrzymało 52 tysiące placów i ulic. Położonych na całej Ukrainie, poza terenami pozostającymi poza kontrolą rządu. Obalono też ponad 2,5 tysiąca komunistycznych pomników. Wśród nich ponad 1,5 tysięcy pomników Lenina. Takimi sukcesami nie może pochwalić się polski IPN, chociaż corocznie ma przynajmniej dwudziestokrotnie większy budżet niż ukraiński.
Jeszcze dwa lata temu wydawało się, że zapowiadany na rzeszowskim Forum Polsko – Ukraińskim, wielki antyradziecki i antyrosyjski sojusz dwóch antykomunistycznych IPN – ów, będzie tryskał braterską współpracą.
Nic z tego. Polscy i ukraińscy antykomuniści pokłócili się śmiertelnie o sztandarowego antykomunistę. O Stefana Banderę. Kiedyś obywatela państwa polskiego ukraińskiej narodowości.
Dla patriotycznych Ukraińców z kijowskiego IPN Stefan Bandera jest jednym z ojców ukraińskiego, niepodległego państwa. Obecnego państwa. A także Ukraińskiej Powstańczej Armii, która dzielnie walczyła z Armią Czerwoną.
Dla polskiego IPN Stefan Bandera jest ukraińskim, antypolskim nacjonalistą i ojcem ideowym ludobójstwa Polaków na Wołyniu.
W rzeczywistości Stefan Bandera w czasie swego bujnego życia zdążył być i tym i tym.
I gdyby nie sympatia starego Marszałka Józefa Piłsudskiego do młodego terrorysty Stefana Bandery, to pewnie nie mielibyśmy się dzisiaj o kogo kłócić.
Ale pomny swej terrorystycznej młodości Piłsudski w 1936 roku wystarał się o zmianę wyroku polskiego sądu. Zamiast kary śmierci dostał Bandera dożywotnie więzienie. Z polskiego wiezienia zbiegł we wrześniu 1939 roku. Wojnę ukraińsko-polską z lat 1943-48 przesiedział w niemieckim więzieniu i potem na emigracji.
I chociaż po 1945 roku dochodziło do braterstwa broni między UPA i tak zwanymi „żołnierzami wyklętymi”, do wspólnej walki z wojskiem polskim, MO i UB, to dla polskich antykomunistów z IPN, Stefan Bandera i UPA to przede wszystkim antypolscy ludobójcy.
I przeciwko pozytywnemu ich upamiętnianiu na początku tego roku Sejm RP przyjął nowelizację ustawy o IPN. Słynną na całym świecie. Wyjątkowy bubel legislacyjny, który doprowadził do dyplomatycznej wojny izraelsko-polskiej oraz fali krytyki polskiego rządu w przez proizraelską administrację USA.
Rząd polski wojnę z Izraelem przegrał. Znowelizował nowelizację pod dyktando władz żydowskich. Ale antyukraińskie zapisy w nowelizacji pozostawił.
To wielce oburzyło Ukraińców, bo rząd PiS pokazał im, że traktuje ich gorzej niż Żydów. Co dla ukraińskiego patrioty zwyczajnym daniem „po pysku” jest.
Dumni Ukraińcy nie nadstawili drugiego policzka. Zabronili polskiemu IPN-owi tropić „komunistyczne zbrodnie” na terenie obecnej Ukrainy. Ponieważ polski IPN nie może zastosować podobnych retorsji, to teraz wisi na pańskiej łasce prezesa Wiatrowycza.
A ten wyraźnie zadeklarował w tygodniku „Sieci”: „Mówię jasno: do czasu zmiany ustawy o IPN w wątku ukraińskim taka współpraca w ogóle nie jest możliwa”.
Zapewne takie stanowisko ukraińskich władz wpływa na odpływ poparcia dla Ukrainy ze strony władz polskich. Zwłaszcza prawicowych, PiS-owskich komentatorów i doradców politycznych.
W czasie ostatniego konfliktu ukraińsko-rosyjskiego o kontrolę nad przesmykiem kerczeńskim, polski MSZ wydał szybkie, tradycyjnie antyrosyjskie stanowisko.
Za to w prawicowych, wpierających PiS, mediach pojawiły się liczne sugestie, że ten spór może też być ukraińską prowokacją.
Jan Maria Rokita, niedawny prominentny, prawicowy polityk, niedoszły „premier z Krakowa”, przypomniał na łamach „Sieci”, że strona ukraińska wcześniej również dopuszczała się bezprawnych zatrzymań rosyjskich statków handlowych. I rekomendował polskim władzom aby nie popierały bezmyślnie i bezgranicznie polityki rządu w Kijowie.
Poparcia dla polityki Kijowa i prezydenta Poroszenki udzieliły polskie, związane z liberalną opozycją, media. Zwłaszcza telewizja TVN, w której prezydent Ukrainy wystąpił udzielając obszernego wywiadu. Wywiad był bez krytycznych pytań ze strony dziennikarzy zwykle krytycznej stacji. Zrobiony przez nich „na kolanach”. Pachniał zleceniem od amerykańskich właścicieli stacji.
Inaczej było w narodowo-katolickiej TVP, bezkrytycznie popierającej rząd PiS. Tam prezentowano nieufność i wstrzemięźliwość wobec polityki prezydenta Poroszenki wraz z tradycyjnie serwowaną tam dawką antyputinizmu i PiS-owskiej rusofobii.
I tak znów okazało się, że na wojnie rosyjsko-ukraińskiej rząd PiS walczy po obu stronach. Walczy z Rosją. I teraz z Ukrainą też.

Wojna i środowisko

6 listopada został ogłoszony świętem przez Zgromadzenie Ogólne ONZ w 2001 roku. Ma ono zwrócić uwagę na to, że przyroda zawsze pada ofiarą konfliktów i wojen, odbudowa zniszczonych zasobów często trwa jeszcze przez wiele lat po ustaniu działań wojennych.

 

Tak naprawdę rewolucja przemysłowa i I wojna światowa zapoczątkowała proces dewastacji środowiska na ogromną skalę podczas działań zbrojnych. Kolejną przyrodniczą katastrofą nowożytnych czasów okazały się bombardowania Hiroszimy i Nagasaki, kiedy ziemia została skażona radioaktywnymi izotopami. W morzach, min. w Morzu Barentsa i Karskim do dziś jeszcze zalegają nuklearne odpady. W Kongu wykarczowano połacie lasów pod obozowiska dla powojennych uchodźców.

Erik Solheim, dyrektor wykonawczy Programu Środowiskowego Organizacji Narodów Zjednoczonych, na konferencji prasowej w związku z dzisiejszym świętem wydał oświadczenie. Czytamy w nim:

„Prawie 1,5 miliarda ludzi na całym świecie – ponad 20 procent ludności na ziemi, żyje na terenach objętych konfliktami zbrojnymi: z ich powodu cierpi życie na całej planecie, zagrożone jest istnienie zbyt wielu gatunków, byśmy mogli patrzeć na to bezczynnie. Przez ostatnie dekady wojny w Kolumbii, Iraku czy Afganistanie doprowadziły do nieodwracalnych zniszczeń środowiska naturalnego. W samym Afganistanie na niektórych obszarach deforestacja sięgnęła 95 procent zasobów drzew”.

Sekretarz zwrócił uwagę na zatrucie powietrza poczynione w Iraku w 2017 przez Państwo Islamskie, przypomniał o dewastacji lasów w Kongu i Sudanie Południowym, a także o topniejącej populacji słoni w Afryce Centralnej, zniszczeniu infrastruktury rzecznej w Gazie oraz Jemenie, wykarczowaniu terenów zamieszkiwanych przez goryle górskie w Rwandzie.
W Programie Środowiskowym ONZ znalazły się rezolucje z 2016 i 2017 roku, w ramach których opracowano plany monitorowania zniszczeń i odtwarzania dziedzictwa przyrodniczego na terenach powojennych do 2030 roku. W celu ochrony zdewastowanego środowiska agenda podjęła współpracę z licznymi rządami i biznesowymi podmiotami.

Lewica i militaryzacja umysłów

Wojna, zanim wybuchnie naprawdę, musi zagościć w ludzkich głowach. Ludzie muszą się z nią oswoić.

 

Winna się stać normalną sprawą między ludźmi, że – mimo grozy ludobójstwa, masowych zabójstw, tortur, ran i dramatów (małych i dużych) – może być piękna i godna apologii. I towarzyszyć jej winna wzniosła śmierć: za ojczyznę, hymn i flagę, za wiarę religijną, za honor, za nasze wartości i cywilizację, za zyski tzw. „dobrodziejów pracobiorców” (właścicieli kapitału). Za to wszystko co jest wytworem naszego języka, rozumu, kultury. Jak jest wojna przedstawiana od lat w filmowych obrazach ? Czym karmią odbiorców gry komputerowe? A zabawki dla dzieci? A przestrzeń publiczna przesiąknięta agresją? A wreszcie stosunki interpersonalne oparte o rywalizacje, konkurencję, popularny „wyścig szczurów”, gdzie propagowanym przez neoliberalizm vel turbo-kapitalizm modelowym rozwiązaniem jest likwidacja albo wchłonięcie konkurenta.

A jak i co na te tematy mówią politycy nieprawicowi? Czy ktoś z nich odniósł się do naszej obecności w NATO, charakteru i współczesnej roli tego aliansu jako do czegoś podlegającego dyskusji ? Czy ktoś wyraził sprzeciw wobec agresywnego i irracjonalnego pomysłu – ze wszystkimi skutkami i kosztami – stałej bazy wojsk USA w naszym kraju, prezentowanego przez neoliberalną i nacjo-szowinistyczną prawicę? Czy ktoś z nich stwierdził wyraźnie, że nastawienie promilitarystyczne, poparte kultem śmierci, polskim mitomaństwem i ideą Polski jako „wiecznej ofiary” zdradzonej przez wszystkich jest niebezpieczne? Że te fantazmaty zatruwają świadomość młodych pokoleń i stają się nie tylko kulą u nogi naszego rozwoju, ale i elementem sprzyjającym naszej zagładzie w jądrowej pożodze? Czy któryś choćby rozłożył na czynniki pierwsze i skrytykował pomysł strzelnicy w każdym powiecie czyli miejsca, gdzie będzie się szkolić dzieci i młodzież do zabijania innych ludzi.

Nienawistnej i agresywnej narracji, retorycznemu uwielbieniu przemocy wobec każdego INNEGO (komuniści i postkomuniści, członkowie mniejszości – seksualnych, narodowych, religijnych, kulturowych) towarzyszy zawsze militaryzacja umysłów i realnej rzeczywistości. Bo przecież trzeba się bronić, trzeba walczyć, trzeba polec godnie za „Najjaśniejszego Pana i jego rodzinę” (jak mawiał dobry wojak Szwejk).

Lewica w Polsce – jeśli chce rzeczywiście zasłużyć na takie miano – niech zacznie mówić językiem lewicowym w przedmiocie wojennego szaleństwa, jakie opanowało szerokie kręgi mainstreamu europejskiego. Niech zapowie, iż w razie dojścia do władzy będzie dążyć do zmniejszenia napięcia w stosunkach europejskich, bo konflikt zbrojny może nas wszystkich bez wyjątku zmieść z powierzchni Ziemi. Czy nikogo z tzw. polskiej lewicy nie stać dziś na pomysł à la Adam Rapacki (z roku 1957) odnośnie stopniowo postępującego rozbrojenia na linii Wschód – Zachód? Polska lewica niech przestanie zachowywać się, mówić i reprezentować (de facto tak to w ciągu ostatnich dwóch – trzech dekad wygląda) interesy amerykańskich „jastrzębi”, którzy z kolei są lobbystami tamtejszego „kompleksu militarno-przemysłowego”, do którego współcześnie dochodzi jeszcze Wall Street. Tak zdefiniował te zagrożenia nie żaden komuch czy lewak, ale ustępujący z urzędu po dwóch kadencjach, prezydent USA Dwight Eisenhower.

W tak uprawianej polityce mają swe źródła zwycięstwa kreatur jak Trump i Bolsonaro czy wyroki sądów tłumaczących swastykę jako hinduski symbol szczęścia. Stąd jawią się liczne symbole „White Power” na tzw. Marszu Niepodległości w Warszawie, bezkarne nazistowskie pozdrowienia tłumaczone jako zamawianie pięciu piw, t-shirt z napisem „Auschiwtzland” na torsie lokalnej polityczki z Włoch. Faszyzacja przestrzeni publicznej idzie zawsze w parze z militaryzacją umysłów oraz obłaskawieniem wojny, przemocy, agresji w retoryce i postawach.

Partia wojny My, socjaliści

Partia wojny to groźne zjawisko. To głównie stan umysłu, który rozprzestrzenia się we współczesnym świecie, często jako wspólnota emocjonalna obrony przed zagrożeniami, wrogami realnymi lub wyimaginowanymi, zjawiskami, które można przypisać „obcym” lub konkretnym ludziom, układom, państwom czy porozumieniom międzynarodowym. To stan, który dotyczy nie tylko jednostek, ale całych grup społecznych, również państw. Dotyczy to również Polski. Jeśli uczestnikami „partii wojny” jest grupa kiboli, która chce dać po mordzie kolegom z sąsiedniego klubu piłkarskiego, to w zasadzie nie ma to znaczenia. Groźnie zaczyna wyglądać to zjawisko, jeśli przekracza ten stan granice miasta, województwa, czy kraju, a jeszcze groźniej, gdy nabiera charakteru polityki państwowej.
Szczególne znaczenie mają tutaj teoretyczne założenia, ale również praktyka działania wielu państw, które zakładają od ponad 30 lat, w myśl wskazań doktryny neoliberalnej, że wszystko jest towarem, wszystko daje się kupić, sprzedać, na wszystkim można zarobić. Od wieków wiadomo, że najlepiej zarabia się na sprzedaży broni i na wojnie. O ile wcześniej proceder wojenny nie cieszył się dobrą sławą i był potępiany ze względów moralnych, choćby przez kościoły różnych wyznań, o tyle współcześnie neoliberalny nakaz konkurencji i zysku dopuszcza również moralne przyzwolenie dla walki, zabijania i wojny. Dziś wielkie mocarstwa, aby mieć czyste oblicze i moralne prawo głoszenia pokoju tworzą prywatne armie, które walcząc, nie ponoszą odpowiedzialności za śmierć i zniszczenia całych obszarów globu. Mimo upływu prawie 30 lat, świat nie otrząsnął się po okresie „zimnej wojny”. Wyrosło już następne pokolenie naśladowców tych, którzy po II wojnie światowej marzyli o zniszczeniu przeciwnika w skali globalnej, również lokalnej i krajowej. Mimo, że pokolenie „zimnej wojny” odeszło w niesławie, to świat po 1989 roku nie znalazł się na torach prowadzących do porozumienia i pojednania. Akt Końcowy KBWE z 1974 roku funkcjonował i funkcjonuje nadal, ale w ograniczonym zakresie. Inne porozumienia międzynarodowe są honorowane wybiórczo lub zrywane. Pokój jako wartość nadrzędna stał się dobrem coraz mniej oczekiwanym. Do wojny spieszy się dziś niektórym politykom, niektórym generałom i naiwnej, oszukiwanej młodzieży, która szuka przygody wierząc, że wojna to gra komputerowa, w której każdy może kupić sobie nowe życie. Przykre jest to, że w nurcie tym znalazła się również Polska. Od kilkunastu lat, kiedy posmakowaliśmy pustynnego życia w Iraku i Afganistanie, co nie przyniosło, jak wiadomo, nic pozytywnego dla narodu i państwa, dalej brniemy w propagandę wojenną, opinia publiczna jest zmanipulowana poprzez wydumane, nierzeczywiste niebezpieczeństwa. Trwa poszukiwanie na siłę wroga i przygotowywanie teatru wojennego. Celował w tym szczególnie poprzedni minister obrony, któremu nie udało się co prawda wywołać żadnej wojny ani nawet zmienić nazwy ministerstwa na ministerstwo wojny, ale Akademię Sztuki Wojennej powołał. Wojna, jak wiadomo, jest narzędziem polityki. Polityka Polski w dziedzinie bezpieczeństwa jest w opłakanym stanie. Brak jest jasnej, sformułowanej w ramach konsensusu, definicji interesu narodowego, następuje samoograniczenie państwa w kreowaniu polityki bezpieczeństwa w regionie i przenoszenie odpowiedzialności za nie na sojuszników i partnerów z NATO. Mamy do czynienia z polityką kreowania sztucznych zagrożeń. Widać wyraźnie, że kolejne postsolidarnościowe ekipy brną w mitologię historyczną. Następuje degeneracja polskiej, państwowej myśli politycznej. Widać wyraźny brak jej styku z rzeczywistością. Problem wojny i pokoju nie dotyczy wyłącznie konkurujących ze sobą państw, ma on również współcześnie wymiar klasowy. Ostatnio premier Morawiecki stwierdził w imieniu polskiej prawicy, którą reprezentuje, że podziwia tych europejskich przywódców, którzy po thatcherowsku są w stanie przekonać świat pracy, że lepiej już nie będzie i „obniżyć poziom oczekiwań” pracowników – bo to kapitałowi ma być coraz lepiej, a nie im. Następnym krokiem jest tylko wojna. Morawiecki myśli dokładnie tak samo, jak myślała europejska elita i burżuazja przed wybuchem I wojny światowej. Polska Partia Socjalistyczna była i jest przeciw wojnie i polityce wojennej. Ma w swym dorobku w ciągu ponad 125 lat udział w wyzwalaniu kraju, wielkie bohaterstwo i myśl polityczną w czasie wojen obronnych w XX wieku. Krytycznie podchodzi jednak dziś do tego obszaru polityki, który jest efektem działań „partii wojny”. PPS uważa, że cała lewica polska powinna stanąć po stronie kreowania wartości pokojowych, realizowania polityki wychowania dla pokoju.
Polskie inicjatywy pokojowe w połowie XX wieku czyniły świat lepszym. Trzeba wrócić do tej polityki – zagłada nie jest alternatywą dla rozwoju. Nie dajmy się zmanipulować przez „partię wojny”, która jest nad wyraz aktywna w Polsce.