Vo Nguyen Giap – Napoleon Indochin

Choć nie ukończył żadnej akademii wojskowej, generał Vo Nguyen Giap-wybitny polityk i jeden z bohaterów drogi do niepodległości Wietnamu – który walczył skutecznie kolejno z Japończykami, Francuzami i Amerykanami-był i jest powszechnie uważany za jednego z największych strategów XX stulecia, a nawet wszechczasów. Był bez wątpienia geniuszem wojny partyzanckiej.

Podobnie jak w przypadku Ho Chi Minha wiele informacji, zwłaszcza z okresu jego młodości, nie jest potwierdzonych. Urodził się w sierpniu 1911 r. (niektóre źródła francuskie podają rok 1912), w rodzinie średnio zamożnych chłopów, w An Xa w prowincji Quang Binh w centralnej części Annamu, wchodzącego w skład ówczesnych francuskich Indochin. Był to czas rodzącego się nacjonalizmu wietnamskiego, który zwalczały służby kolonialne. Zaangażowany w tę działalność, m.in. za organizację strajków studenckich Vo został skazany w 1930 r. na 3 lata więzienia, ale po pewnym czasie zmniejszono mu karę i odsiedział tylko kilka miesięcy. Uczył się w starej stolicy cesarskiej Hue, a następnie – historii i francuskiego (władał tym językiem biegle)-w Hanoi, w liceum Thanh Long znanym z tendencji antykolonialnych., gdzie kilkanaście lat wcześniej nauki pobierał także Ho Chi Minh. W 1934 r. zrobił tam licencjat. W 1937r., w epoce frontów ludowych, wstąpił do nielegalnie działającej partii komunistycznej. Już w szkole Giap znany był z zainteresowania problemami wojskowości, strategii i taktyki prowadzenia akcji militarnych oraz dokonań takich teoretyków i dowódców, jak Napoleon Bonaparte oraz chiński autor pierwszego w świecie podręcznika sztuki wojennej, popularnego zwłaszcza w Azji, Sun Zi-z V w. p.n.e. Z tej przyczyny już w liceum nazywano go „generałem” albo „Napoleonem”.
W maju 1940 r. w towarzystwie Pham van Donga-jednego ze współtwórców Rewolucyjnej Ligi na rzecz Niepodległości Wietnamu (Viet Minh) oraz przyszłego premiera kraju, który miał pełnić tę funkcję przez 32 lata, a więc dłużej aniżeli Józef Cyrankiewicz w Polsce-udał się do Chin, gdzie po raz pierwszy spotkał się z Ho Chi Minhem. W tym czasie relacje sił rewolucyjnych obu państw były wyjątkowo bliskie. Wietnamczycy, zarówno w walce z Francuzami, jak i Japończykami wykorzystywali chińskie doświadczenia walki partyzanckiej Mao Zedonga oraz pracy politycznej z chłopstwem. Rok wcześniej Vo poślubił Minh Thai-działaczkę ze swojej rodzinnej prowincji Quang Binh, której po powrocie z Chin w 1943 r. nigdy miał już nie zobaczyć. Torturowana, zmarła w więzieniu, podobnie jak kilka najbliższych mu osób, w tym syn, ojciec i dwie siostry Nigdy jednak nie wypowiadał się w duchu konieczności zemszczenia się na Francuzach.
W pierwszej połowie lat 40. sytuacja w Indochinach była niezwykle skomplikowana. Na tym obszarze ścierały się interesy wielkich mocarstw Azji, Europy i Ameryki Północnej. Wystarczy powiedzieć, że 28 lipca 1941 r. armia japońska zajęła cały obszar Indochin Francuskich, ale aż do 9 marca 1945 r. (do kapitulacji Japonii; formalnie nastąpiła ona 2 września tegoż roku) funkcje administracyjne nadal sprawowała francuska administracja kolonialna związana z rządem Vichy. Również 2 września 1945 r. na hanojskim placu Bai Dinh, po tzw. Rewolucji Sierpniowej, Ho Chi Minh proklamował niepodległość Demokratycznej Republiki Wietnamu w obecności oficerów wywiadu amerykańskiego OSS! Żołnierzami Viet Minhu dowodził gen. Giap Wkrótce coraz częściej dochodziło do starć francusko-wietnamskich. Nieco wcześniej 1 sierpnia 1945r. podczas konferencji w Poczdamie Wielka Trójka postanowiła dokonać tymczasowego podziału Wietnamu wzdłuż 16 równoleżnika na strefy okupacyjne: północną pod tymczasowym zarządem chińskich sił okupacyjnych oraz południową pod tymczasowym zarządem brytyjskim. Coraz większe znaczenie dla rozwoju sytuacji w całych Indochinach miały wydarzenia w Chinach gdzie w konflikcie sił komunistycznych z Kuomintangiem szala zwycięstwa przechylała się coraz bardziej na stronę tych pierwszych. Z tego względu wkrótce priorytetem polityki USA w Indochinach stało się wyeliminowanie wpływów komunistycznych z tego regionu, szczególnie z Wietnamu. Amerykański sekretarz stanu George C. Marshall uznał oficjalnie za kluczową wspólnotę interesów Francji i Stanów Zjednoczonych w procesie powstrzymywania komunizmu.
Zwycięski przełom pod Dien Bien Phu
W tym czasie zacieśniła się współpraca Vo Nguyen Giapa z Ho Chi Minhem. Z ich wspólnej inicjatywy powstała np. w maju 1946r. Liga na rzecz Zjednoczenia Wietnamu (Lin Viet).Stopniowo Vo stawał się nr 2 w strukturach Viet Minhu. Przewodniczył np. dwóm konferencjom w Dalat z Francuzami w 1946 r. Ale przełomem w tej materii miały okazać się walki z wojskami francuskimi. Po incydentach w Hajfongu i Hanoi doszło do wybuchu tzw. I wojny indochińskiej w grudniu tegoż roku. Oddziałami partyzanckimi Wietnamskiej Armii Ludowej już oficjalnie od grudnia 1944 r. dowodził gen. Vo. Mawiał on wtedy często tak: ”Wojna partyzancka to wojna szerokich mas w kraju gospodarczo zacofanym przeciwko świetnie wyposażonej i dobrze wyszkolonej armii agresora. Każdy mieszkaniec jest żołnierzem, każda wioska-fortecą”.
W następnych latach walki Giap wraz z Ho Chi Minhem, przy uwzględnieniu doświadczeń chińskich, wypracowywali i udoskonalali strategię wojny partyzanckiej, która najpierw doprowadziła do klęski Francuzów, a w następnych latach zapewniła zwycięstwo w wojnie ze Stanami Zjednoczonymi oraz siłami południowego Wietnamu. Najogólniej mówiąc sprowadzała się ona do trzyetapowego planu walki o niepodległość. W pierwszym chodziło o działania mające na celu zdobycie jak największego poparcia społecznego dla finalnego celu, m.in. poprzez naukę lokalnych języków i integrację z miejscową ludnością choćby w ramach wspólnej pracy. Przykładowo już w 1941 r. Vo zawarł sojusz z Chu Van Tanem-lokalnym przywódcą partyzantki ludu Tho, jednej z mniejszości w północno-wschodnim Wietnamie. W etapie drugim oddziały partyzanckie miały atakować poszczególne (zwłaszcza odosobnione) posterunki wojskowe, a w trzecim- łączyć się w większe jednostki przejmujące kontrolę nad danym obszarem oraz zachęcające daną społeczność do wspólnej realizacji celów rewolucji.
Gen. Giap w tym czasie łączył obowiązki dowódcy oddziałów partyzanckich oraz sił bezpieczeństwa i policji. Ponadto odpowiadał też za funkcjonowanie lokalnych mediów. W walkach z Francuzami-w nawiązaniu do zarysowanego planu-siły Viet Minhu odnosiły sukcesy, ale w operacjach prowadzonych głównie w niewielkiej skali. Unikały zaś otwartych starć. Historycy i analitycy wietnamscy przyznawali sami, ze „dopóki udawało się unikać otwartych starć dopóty byli stroną przeważającą”. Ale w 1950 r. Vo, korzystając już z wojskowego wsparcia Chin, postanowił otwarcie stawić czoła armii francuskiej w dolinie Rzeki Czerwonej, niedaleko Hanoi. Była to nieudana operacja z dużymi stratami sił rewolucyjnych. W tej sytuacji Vo Nguyen Giap wycofał swoje oddziały w góry i do dżungli, postanawiając trzymać się działań w ramach dwóch pierwszych faz swojego planu. W związku z tym w swych publicznych wystąpieniach zaczął akcentować, iż zwycięstwo może nastąpić dopiero po wielu latach zaciekłych starć, że nie należy szarżować, a generalnie (choć to brzmi okrutnie) iż Wietnamczycy mogą sobie pozwolić na większe straty aniżeli kolonizatorzy. Ten wątek po wielu latach miał powrócić w wojnie z Amerykanami i ich miejscowymi sojusznikami.
Historycy wojskowości są zgodni co do tego, że Francuzi przez długi czas usiłowali doprowadzić do otwartego starcia z oddziałami partyzanckimi, licząc na swoją przewagę techniczną na płaskim terenie. Ponad 300 km na północny zachód, od Hanoi, w dolinie Dien Bien Phu, niedaleko granicy z Laosem, gdzie zachowały się jeszcze fortyfikacje japońskie, doszło do bitwy trwającej aż 170 dni-od 20 listopada 1953 r. do 7 maja 1954r.Początkowo wydawało się, iż to wojska gen. Christiana de Castries dysponujące działami, lekkimi czołgami, a nawet samolotami zrzucającymi napalm, wezmą górę, ale po pewnym czasie okazało się, iż to Francuzi znaleźli się w pułapce. Gen. Vo skoncentrował aż ok. 70 tys. partyzantów, mających 20 działek przeciwlotniczych oraz ok. 100 karabinów maszynowych (uzbrojenie pochodziło głównie z Chin, a pomagali też chińscy doradcy wojskowi).Tysiące Wietnamczyków, używając rowerów, przewiozło tony sprzętu i amunicji na okoliczne wzgórza, co umożliwiło kilkumiesięczne oblężenie. Natomiast oddziały francuskie w porze monsunowej miały ogromne kłopoty z zaopatrzeniem i znajdowały się pod ostrzałem z zamaskowanych stanowisk artyleryjskich. Ponadto Wietnamczycy wypracowali niezwykle skuteczną technikę wykopywania podziemnych tuneli i okopów, z czym wiele lat później nie mogli sobie zupełnie poradzić również Amerykanie.7 maja doszło do kapitulacji ponad 11 tys. żołnierzy francuskich, z których połowa była ranna. Straty po stronie wietnamskiej były kilkakrotnie większe. Mimo to gen. Giap mógł uznać za osiągnięty w dużym stopniu cel trzeciej fazy swego planu strategicznego.
Zwycięstwo pod Dien Bien Phu miało wielkie znaczenie symboliczne oraz psychologiczne. Po raz pierwszy armia państwa kolonialnego poniosła klęskę w spektakularny sposób. Francuski historyk Jean-Pierre Roux napisał nawet, iż „była to jedyna porażka wojsk europejskich w całych dziejach procesu dekolonizacji”. Bez wątpienia był to też ważny impuls dla szeregu innych ruchów narodowowyzwoleńczych w Azji i Afryce. Wystarczy podać przykład ośmioletniej wojny w Algierii (1954-1962), także z Francuzami, która doprowadziła do niepodległości tego państwa przy półtoramilionowych ofiarach.
Dosłownie następnego dnia po sukcesie pod Dien Bien Phu 8 maja 1954 r.rozpoczęła się konferencja w Genewie z udziałem Francji, Demokratycznej Republiki Wietnamu, Chin, Republiki Wietnamu oraz USA, które wtedy jeszcze występowały tylko w charakterze obserwatora. Ostatecznie po ponad dwóch miesiącach obrad osiągnięto porozumienie w sprawie zawieszenia broni oraz tymczasowego podziału Wietnamu wzdłuż linii 17 równoleżnika na komunistyczną północ (Demokratyczną Republikę Wietnamu) oraz niekomunistyczne Południe (Republikę Wietnamu).Francja opuszczała Indochiny-ostatnie jednostki francuskie ewakuowano w 1956r.W tzw. międzyczasie miano dokonać też relokacji ok. miliona uchodźców z Wietnamu Północnego do Republiki Wietnamu.
Nad Sekwaną okresowo wraca się do tej symbolicznej klęski Francji. Dwukrotnie-prezydent Mitterand w 1993 r. i premier Edouard Philippe w 2018 r.- przedstawiciele najwyższych władz kraju Marianny- odwiedzali to miejsce, co zresztą w niektórych środowiskach budziło kontrowersje. Nie ulega zaś wątpliwości, iż ta bitwa stała się początkiem legendy Vo Nguyen Giapa, także w skali międzynarodowej.
Sukcesu oddziałów Giapa w walce z Francuzami nie umniejszała pomoc udzielana przez Chiny partyzantce komunistycznej na południu Wietnamu, tzw. VietCongowi. Wprost przeciwnie. Władze w Pekinie od 1950 r. regularnie wysyłały do Viet Minhu zarówno doradców wojskowych, jak i administracyjnych. Później także uzbrojenie. W bardzo szybkim tempie cały konflikt wietnamski się umiędzynarodawiał. Ustępujący prezydent Stanów Zjednoczonych Dwight Eisenhower wskazywał na kryzys laotański jako najpoważniejsze źródło kryzysu indochińskiego. Jego następca prezydent John F. Kennedy w maju 1961 r. zgodził się na wysłanie kolejnych 400 żołnierzy amerykańskich oraz 100 doradców wojskowych. Ta liczba rosła lawinowo szczególnie od marca 1965r., gdy lądowanie żołnierzy USA w Da Nang oznaczało początek oficjalnej interwencji zbrojnej USA w Wietnamie Południowym. W szczytowym momencie stan liczebny wojsk USA wynosił w kwietniu 1968 r. aż 546 tys .Miały też one wsparcie ze strony niedużych kontyngentów wojskowych z Australii, Nowej Zelandii, Korei Płd., Filipin i Tajlandii. Ale polityka „wietnamizacji” prowadzona przez Nixona, m.in. tworzenia systemu strategicznych wiosek, nie okazywała się przełomem. Z drugiej strony istotne znaczenie miała pomoc udzielana przez Chińską Armię Ludowo-Wyzwoleńczą. Według niektórych danych w latach 1964-1970 wysłała ona do Wietnamu nawet 30 tys. żołnierzy. O tym zaangażowaniu niejednokrotnie mówił Vo Nguyen Giap. Pomoc radziecka, nie tak duża, przyszła później.
Dawid i Goliat
Na temat wojny w Wietnamie, czy szerzej w całych Indochinach, istnieje ogromna literatura w wielu językach. Warto m.in. wspomnieć, iż jesienią 1965 r. w dolinie Ia Drang doszło do pierwszej bezpośredniej i otwartej walki z Amerykanami, a każda ze stron ogłosiła zwycięstwo. Gen. Vo w swoich pamiętnikach analizował szczegółowo lekcje z niej płynące, podobnie jak przebieg rozpoczętej w końcu stycznia 1968r. największej w historii tej wojny ofensywy Tet, w której VietCong zaatakował 141 celów na obszarze całego Wietnamu Południowego. Był to jeden z najważniejszych momentów tzw. drugiej wojny indochińskiej. Ale ani walki wokół Khe Sanh ani tzw. ofensywa wielkanocna w 1972 r. nie doprowadziły do jednoznacznego rozstrzygnięcia militarnego .Wciąż nie dochodziło do urzeczywistnienia się trzeciej fazy planu Vo mimo, iż wojska amerykańskie w końcu czerwca 1970r. opuściły Kambodżę po ciężkich walkach między armią Wietnamu południowego a VietCongiem i jednostkami północnowietnamskimi. Po raz pierwszy ujawniono pewne różnice w wietnamskim kierownictwie odnośnie do dalszej strategii działań, co prawdopodobnie było efektem nowej sytuacji powstałej po śmierci Ho Chi Minha we wrześniu 1969 r.
W styczniu 1973 r. USA i Wietnam Północny wznowiły rokowania i szybko podpisano traktaty paryskie, które miały położyć kres amerykańskiej interwencji w Wietnamie. Po dwóch miesiącach ostatnia regularna jednostka wojsk Stanów Zjednoczonych opuściła Wietnam Płd. Delegacjom obu państw przewodniczyli: Henry Kissinger-specjalny doradca prezydenta ds. bezpieczeństwa oraz Le Duc Tho-dyplomata i członek kierownictwa Partii Pracujących (od 1976r.) Komunistycznej Partii Wietnamu. Im obu Storting (parlament norweski) w końcu tegoż roku, w dowód uznania, przyznał pokojową Nagrodę Nobla. Wietnamczyk Nagrody nie przyjął argumentując, iż proces nie został jeszcze sfinalizowany, zaś Amerykanie naruszają zasady rozejmu. W sierpniu 1974 r. prezydent Nixon podał się do dymisji, a w kwietniu 1975 r. Czerwoni Khmerzy wkroczyli do Phnom Penh, kończąc nominalnie wojnę w Kambodży. Ostatniego dnia kwietnia doszło do ewakuacji helikopterami ambasady USA, a także zajęcia Sajgonu przez siły Viet Congu i Wietnamu Północnego. Oznaczało to z jednej strony koniec II wojny indochińskiej, a z drugiej finał najdłuższego konfliktu powojennego świata (1945-1975).Straty amerykańskie to 59 tys żołnierzy, a dodać do tego jeszcze trzeba ok. 5 tys. żołnierzy sojuszniczych. Strat wietnamskich ludzkich i materialnych nie da się ocenić. Były one ogromne.
Vo Nguyen Giap nie uczestniczył bezpośrednio w ostatniej fazie wojny, ale wykorzystywano opracowane przezeń plany taktyczne i strategiczne. Wcześniej wrócił do Hanoi, został ministrem obrony i wicepremierem. Pozostawał też długie lata członkiem Biura Politycznego KC KP Wietnamu. Już po zwycięstwie pod Dien Bien Phu, stał się człowiekiem-legendą, a potem był także symbolem zwycięstwa nad Amerykanami, którzy przegrali tylko tę jedną wojnę w swej historii. Sam używał w tym kontekście porównania do biblijnej przypowieści o Dawidzie i Goliacie-tak plastycznie przedstawionej na płótnie Michelangelo Merisi di Caravaggio. W swej książce „People’s War, People’s Army:The VietCong Insurrection” pisał tak: ”Żołnierze amerykańscy byli dzielni, ale sama odwaga to nie wszystko. Dawid zdołał zabić Goliata, gdyż rozejrzał się i uznał, że jeśli będzie walczył jego sposobem-na miecze, to zostanie zabity. Ale jeśli podniesie skałę i umieści ją w procy będzie mógł trafić Goliata w głowę, powalić go i zabić. Dawid wykorzystał więc swój umysł w trakcie walki z Goliatem. My Wietnamczycy właśnie tak postępowaliśmy w zmaganiach z Amerykanami”.
Nazywany niekiedy „Czerwonym Napoleonem” i uważany za bohatera narodowego Wietnamu gen. Giap zmarł 4 października 2013 r.w wieku 102 lat w Centralnym Szpitalu Wojskowym nr 108 w Hanoi, w którym przebywał od 2009 r. Był jednym z ojców zjednoczenia tego kraju w 1976 r.Nota bene obawa przed „drugim Wietnamem” w sporym stopniu wpływała na politykę Stanów Zjednoczonych. W sędziwym wieku spotykał się jeszcze z czołowymi politykami światowymi np. z jednej strony z byłym sekretarzem obrony USA Robertem McNamarą, a z drugiej-z Fidelem Castro. Pozostawił po sobie m.in. książki i pamiętniki np. „How we won the war” („Jak wygraliśmy wojnę”), wykorzystywane do dziś w akademiach wojskowych. Analizował w nich m.in. liczne kampanie militarne, w których
uczestniczył i którymi na ogół dowodził, np. w I wojnie indochińskiej (1946-54), szczególnie gdy chodzi o Lang Son (1950), Hoa Binh (1951-52), Dien Bien Phu (1953-54), Ofensywę Tet (1968), Ofensywę Wielkanocną (1972) i finalną Kampanię Ho Chi Minha. Wydano też „Cytaty Vo”, z których przytoczę tylko jeden: ”Wprowadzaj w błąd przeciwnika. Nie ujawniaj mu swoich zamiarów. Czasem to co wygląda na zwycięstwo w rzeczywistości nim nie jest, zaś porażka nie jest porażką. Czy jesteś w ataku, kontrataku, czy stosujesz taktykę obronną, idea ofensywy powinna pozostać główną, aby zawsze wykazywać się inicjatywą.”
Uroczystości pogrzebowe trwały dwie doby (12-13 X) i uczestniczyły w nich setki tysięcy osób. Zgodnie z życzeniem generał został pochowany na małej wyspie Yen, u wybrzeży jego rodzimej prowincji Quang Binh.Od tego czasu to miejsce stało się celem licznych pielgrzymek politycznych.

Pamiętamy o naszej historii i cenimy pokój

W tym roku mija 75. rocznica zwycięstwa Chin w drugiej wojnie przeciwko Japonii (1931-1945) i ostatecznego zwycięstwa nad faszyzmem. Zakończona 75 lat temu wojna była walką całej ludzkości, była również walką sprawiedliwości z prześladowaniami, światłości z mrokiem oraz wolności z niewolnictwem.

W tej wielkiej, decydującej o wszystkim wojnie naród chiński wraz z narodami świata, dzięki niezłomnej determinacji i odwadze, całkowicie pokonał faszyzm i odniósł ogromne zwycięstwo. Przewodniczący Xi Jinping wskazuje, że „w historii współczesnej to wielkie zwycięstwo stanowiło dla narodu chińskiego punkt zwrotny kierujący Chiny od głębokiego kryzysu do wielkiego odrodzenia, było ono również ważną częścią światowych działań w wygranej wojnie z faszyzmem. To zwycięstwo należy do narodu chińskiego i wszystkich narodów świata.”
Tego okresu w historii nie zapomnimy nigdy, był to czas, gdy naród chiński miał swój historyczny wkład w zwycięstwo nad faszyzmem. II Wojna Światowa zapisała się na kartach historii jako najmroczniejszy i najtragiczniejszy jej rozdział. Dla rozwoju ludzkości oznaczała ona kataklizm na ogromną skalę i aż do dnia dzisiejszego uznaje się ją za konflikt militarny, który pochłonął najwięcej ofiar i przyniósł najwięcej zniszczeń. Chiny, będąc głównym frontem globalnej walki z faszyzmem na Dalekim Wchodzie, toczyły walkę z Japonią przez 14 długich lat. Ofiara narodu była niewyobrażalna, życie oddało wtedy 35 mln osób. W czasie wojny Chińczycy z poświęceniem i odwagą przeciwstawiali się najeźdźcy, by ostatecznie odeprzeć główną armię japońskiego militaryzmu. Działania te wspierały aliantów i były skoordynowane z ich wojenną strategią, odpowiadały strategicznym operacjom podejmowanym na polu walki w Europie i na wodach Pacyfiku. Stanowiły one niezaprzeczalny wkład w odniesienie światowego zwycięstwa nad faszyzmem. Naród chiński nigdy nie zapomni drogocennego wsparcia udzielonego nam przez kochające pokój i sprawiedliwość kraje oraz narody. Polscy bohaterowie gen. Witold Urbanowicz i ppłk Włodzimierz Szymankiewicz walczyli z wrogiem w Chinach, a lekarze dr Wolf Jungerman, dr Stanisław Flato w czasie wojny nie zważając na własne bezpieczeństwo ruszyli do Chin, by nieść pomoc rannym i poszkodowanym. Niezliczona liczba Chińczyków do dziś pamięta o ich bohaterskich czynach. Wielka przyjaźń, nawiązana między Chińczykami a Polakami w czasie II wojny światowej trwa nieprzerwanie i jest wspólnym skarbem naszych krajów.
Zawsze będziemy trzymać się obranej ścieżki – dla Chin jest to ścieżka pokojowego rozwoju. Ludzie, którzy doświadczyli wojny, jeszcze bardziej rozumieją, jaką wartość ma pokój. Jak powiedział prezydent Xi Jinping na upamiętniającym powyższe wydarzenia spotkaniu: „Od XIX wieku przez ponad 100 lat naród chiński cierpiał z powodu agresji, poniżenia i grabieży ze strony obcych mocarstw, jednak nie przejął on logiki rabowania na prawach silniejszego, ale z jeszcze większą determinacją stanął w obronie pokoju.” Te dwa zwycięstwa – Chin w drugiej wojnie przeciwko Japonii i świata w wojnie z faszyzmem, stały się dla nas bezcenną inspiracją do niezachwianego podążania ścieżką pokojowego rozwoju. Ludzkość potrzebuje pokoju, tak jak człowiek potrzebuje powietrza do życia, a natura światła słonecznego do wzrostu. Naród chiński doskonale zna wartość pokoju, a jego determinacja i dążenia do ochrony tegoż pokoju w żadnym wypadku nie zostaną zachwiane. W ustawie zasadniczej, jaką jest Konstytucja ChRL, zawarliśmy koncepcję utrzymywania pokojowego rozwoju. Chiny podążają ścieżką pokojowego rozwoju i nie jest to przejściowa polityka, a tym bardziej nie jest to retoryka dyplomatyczna. Jest to uroczysta obietnica wynikająca ze słuszności postępu i pokoju na świecie.
Należy aktywnie podążać za nurtem obecnych czasów i krzewić ducha pokoju, rozwoju, współpracy i wspólnych wygranych. By nie dopuścić do powtórzenia się tragicznego scenariusza II Wojny Światowej, po jej zakończeniu poszczególne państwa powołały do życia Organizację Narodów Zjednoczonych (ONZ), której postawiono za cel rozwiązywanie konfliktów poprzez dialog, sporów poprzez mediacje, a przede wszystkim poprzez konsensus osiągany przez znaczącą większość państw. Pandemia COVID-19 po raz kolejny jasno uświadomiła nam, że stając w obliczu różnego rodzaju globalnych wyzwań, społeczność międzynarodowa jest zmuszona do wzmocnienia współpracy i wspólnej ochrony systemu międzynarodowego, którego osią jest ONZ oraz ładu globalnego, którego podstawą jest prawo międzynarodowe. Od wielu lat Chiny i Polska czynią wysiłki na rzecz rozwoju wszechstronnego partnerstwa strategicznego i pogłębiania pragmatycznej współpracy w każdej dziedzinie. Widać to szczególnie po wybuchu epidemii. Oba kraje ramię w ramię stawiają czoła chorobie i razem przezwyciężają trudności. Oba państwa wspierają multilateralizm i inicjują współpracę międzynarodową, czym dają światu pozytywną energię, która pomoże zapewnić mu pokój i stabilność.
Dzisiaj, po 75 latach, ludzkość w swej historii znów stanęła na rozstaju dróg. Po raz kolejny pojawiają się przed nami pytania: wybrać współpracę, czy konflikt? Otwarcie, czy zamknięcie gospodarki i społeczeństw? Wspólne korzyści, czy gry o sumie zerowej? Chiny, będąc ogromnym i odpowiedzialnym państwem, podążają z nurtem epoki, stawiając na rozwój. Stanowczo stajemy po właściwej stronie historii i wraz ze wszystkimi państwami na świecie, a w tym z Polską, łączymy siły, by stawić czoła przeciwnościom, rozszerzyć globalną współpracę i działać na rzecz stworzenia wspólnoty ludzkości, którą łączy ta sama przyszłość. Razem zbudujmy piękniejszy świat!

Słabnie siła militarna naszego kraju

W wyniku rządów Prawa i Sprawiedliwości jesteśmy coraz niżej na liście państw zdolnych do skutecznego prowadzenia akcji bojowych.
Światowy Indeks Siły Militarnej (Global Fire Power Index GFP) publikowany jest przez niezależną organizację – ale nie bardzo wiadomo, przez jaką, bo brak o niej dokładnych danych na stronie internetowej. Tym niemniej ten ranking jest corocznie aktualizowany już od 2006 r. i obejmuje obecnie 138 potęg (większych i mniejszych) wojskowych. Mottem raportu jest wypowiedź Bertranda Russela: „ Wojna nie decyduje o tym, kto ma rację – tylko kto został”.
Według autorów, ranking Global Fire Power opiera się na potencjalnej zdolności każdego kraju do prowadzenia wojny na lądzie, morzu i w powietrzu toczonej konwencjonalnymi środkami (bez użycia broni nuklearnej). Wyniki badań obejmują wartości związane z siłą roboczą, wyposażeniem armii, zasobami naturalnymi, finansami, logistyką i geografią.
Sam indeks bazuje na 50 indywidualnych czynnikach monitorujących. Wartość idealna indeksu to 0,0000; im jest mniejsza jego wartość tym silniejsza jest teoretyczna zdolność bojowa kraju za pomocą środków konwencjonalnych. Indeks i pełny raport można znaleźć na stronie www.globalfirepower.com
Pierwsze miejsce w światowym rankingu siły militarnej zajmują Stany Zjednoczone – z wartością indeksu na poziomie 0,0606. A potem kolejno: Rosja, Chiny, Indie i Japonia.
Polska zajmuje 21. miejsce z wartością indeksu wynoszącą 0,3397. W 2016 r. Polska zajmowała 18 miejsce. Spadliśmy więc o trzy pozycje.
Wśród członków NATO (27 państw) Polska zajmuje ósme miejsce; przed Kanadą a po Niemczech i Hiszpanii. Za nami są pozostali nowi członkowie Paktu Północno Atlantyckiego. Ostatni w rankingu członek NATO to Czarnogóra z Indeksem 2,9941. W rankingu NATO nie są uwzględnione Islandia (bez stałej armii) i Luksemburg.
W Unii Europejskiej, liczonej jeszcze z Wielką Brytanią, Polska zajmuje szóstą pozycję; po Hiszpanii a przed Szwecją. Pierwsze miejsce w UE zajmuje Francja (0,1702), Niemcy są na czwartym miejscu. W rankingu UE nie są uwzględniane Cypr Luksemburg i Malta.
Indeks Siły Militarnej 2020

  1. USA 0,0606
  2. Rosja 0,0681
  3. Chiny 0,0951
  4. Indie 0,0953 5. Japonia 0,1501 19. Australia 0,3225 20. Hiszpania 0,3388 21. Polska 0,3397 22. Wietnam 0,3559 23. Tajlandia 0,3571

Jeśli chodzi o uzbrojenie armii to w dziedzinie samolotów i śmigłowców bojowych prym wiodą USA – mają ich 13.264. Rosja ma 4.163 samoloty i śmigłowce, Chiny – 3.210. Polska armia posiada ich 457 i zajmuje 29 miejsce w ogólnym rankingu; po Indonezji i przed Syrią. Jeśli chodzi o liczę lotnisk – Polsce przypada 45 miejsce.
Pod względem liczby czołgów pierwsze miejsce ma Rosja – 12.050, a po niej są USA – 6.289 i Korea Północna – 6.045. Polska armia posiada 1.069 czołgów i zajmuje 20 pozycję w rankingu; po Kubie i przed Arabią Saudyjską. W zakresie potencjału i jakości dróg oraz linii kolejowych Polska zajęła 15 miejsce.
Jeśli chodzi o wyrzutnie rakietowe to pierwsze miejsce zajmuje Rosja – 3.860, a po niej Chiny i Korea Północna. Na piątym miejscu – USA. Polska zajmuje 18 miejsce; po Etiopii i przed Nikaraguą.
Pod względem siły marynarki wojennej i łodzi podwodnych, pierwsze miejsce zajmuje Korea Północna (984 jednostki), a po niej Chiny, Rosja i USA. Polska w tej dziedzinie zajmuje 29 miejsce; po Wielkiej Brytanii a przed Niemcami. W ilości portów morskich i terminali Polska zajmuje 66 miejsce.
W zakresie wielkości budżetów obronnych na pierwszym miejscu są Stany Zjednoczone – 750 miliardów dolarów, a po nich Chiny – 237 mld dol. Rosja wydaje na te cele 48 mld dol. i zajmuje ósme miejsce. Polska według tego rankingu ma 22 miejsce; po Holandii i przed Afganistanem.

Izrael, by zawrzeć pokój, potrzebuje odważnego przywództwa

Od ustanowienia Izraela w 1948 r. do dnia dzisiejszego przywódcy Izraela pokazali, że nie są w stanie i nie chcą zawrzeć pokoju z Narodem Palestyńskim, unikając jakichkolwiek umów międzynarodowych, nie przestrzegając międzynarodowych decyzji ustanawiających ugodę lub uruchamiając zaciekłe wojny przeciwko Narodowi Palestyńskiemu.

Gdy w 1993 r. istniała możliwość osiągnięcia porozumienia między oboma narodami, pod patronem wielu państw, podczas Porozumień z Oslo przywódcy Izraela robili wszystko by „opróżnić” porozumienia z treści zamiast przekształcić je w pokojowe porozumienie, które ustanowiłoby państwo palestyńskie ok. 20% historycznej Palestyny. Jednakże przywódcom izraelskim, zwłaszcza przywódcom prawicowym, udało się ominąć to porozumienie, zasiedlając kolonialnych osadników na okupowanych terytoriach i przemieszczając osadników i wojsko ze Strefy Gazy na Zachodni Brzeg bez porozumienia z Autonomią Palestyńską. Po Porozumieniach z Oslo nastąpiły tylko symboliczne ustępstwa, które prowadziłyby do ostatecznego rozwiązania.
Palestyńczycy zgodzili się na podpisanie Porozumień z Oslo w celu ustanowienia ich „pokrojonego i warunkowego” państwa, ale izraelskie przywództwo Partii Pracy i Likudu nie starały się doprowadzić swoim zachowaniem do historycznego pokoju z Narodem Palestyńskim.
Icchak Rabin został zabity w 1995 r. uprzednio oczerniany z różnych stron politycznych w Izraelu o zawstydzanie syjonistycznych i biblijnych wizji rabinicznych. Był to precedens niespotykany w historii współczesnego Izraela, w którym militarny syjonistyczny symbol został zamordowany z powodu podpisania porozumienia pokojowego z Jaserem Arafatem, przywódcą Narodu Palestyńskiego. Wraz ze śmiercią Rabina prawicowe ekstremistyczne nurty wraz z nurtami religijnymi zaczęły promować kulturę rasizmu, nienawiści i zniszczenia pokoju. Od śmierci Rabina „Izrael” był kierowany przez tego rodzaju przywódców. Kraj stał się bardziej brutalny, ekstremistyczny, rasistowski i oddalony od pokoju. Od 1995 roku do dziś „Izrael” atakuje ludność palestyńską wszędzie, gdzie się znajduje, atakuje także naszych arabskich sąsiadów w Libanie, Syrii, Sudanie i innych miejscach, czego nie można uzasadnić lękiem i fobią zagrożenia.
„Izrael” jest jednym z najsilniejszych militarnie państw na świecie, a prowadzona przez niego agresywna polityka jest wyrazem niezdolności do zawarcia pokoju w wyniku wcześniejszej wizji, w której użycie siły jest najlepszym sposobem zniewolenia i kontroli. Wszyscy wiemy, że ta koncepcja jest błędna ze wszystkich względów – historycznych, humanitarnych czy religijnych. Niestety, „Izrael” nie jest w stanie zaoferować sprawiedliwego porozumienia z palestyńskimi sąsiadami.
Izraelskie przywództwo przeszło głębokie przemiany na poziomie jednostek i politycznych wizji i planów na przyszłość. „Izrael” jest świadkiem spadku poziomu przywództwa, charyzmy i odwagi w podejmowaniu odważnych, kluczowych decyzji, które przyniosą pokój i przekształciłby „Izrael” w państwo, które wiedzie normalne życie, nie opierając się na wojnach i eksportowaniu kryzysów oraz nie rządzi innymi narodami siłą. Świat nie jest przyzwyczajony do takich obrazów – wręcz jest to nieakceptowalne.
To przywództwo, które szybko zniszczyło Porozumienia z Oslo i ich cele poprzez zniszczenie rozwiązania dwupaństwowego, teraz z całą mocą dąży do wdrożenia tak zwanego planu „pokoju dla dobrobytu” lub tak zwanej „plan stulecia” opracowanej przez „Izrael” i obecną administrację amerykańską. To nasuwa pytanie czy „Izrael” pragnie zawrzeć pokój ze Stanami czy z Palestyną? Plan zawiera wyłącznie nakazy dla Palestyny, a nie ma nic, co dałoby nadzieję na lepszą przyszłość. Strony izraelska i amerykańska usunęły ważne punkty ze stołu negocjacyjnego takie jak: Jerozolima, uchodźcy, granice, punkty graniczne. Najważniejszą rzeczą w tym planie jest to, że jest on zgodny z syjonistycznym i ekstremistycznym poglądem, który widzi w ustanowieniu prawdziwego państwa palestyńskiego zagrożenie egzystencjalne (dla Izraela), a ten plan daje (Izraelowi) prawo do ziemi i prawo do monopolizacji bezpieczeństwa oraz konfiskaty wszystkich podstawowych praw Narodu Palestyńskiego. Mimo że ten plan jest prawdziwą receptą na przedłużenie konfliktu i silną przyczyną kontynuacji przemocy i niestabilności, skrajnie prawicowe i religijne ekstremistyczne przywództwo izraelskie, religijnie i narodowe, wierzy, że może je wdrożyć za pomocą siły okupacji lub wybrać z umowy to, co chce i wykluczyć to, czego nie chce metodą siły.
Moim zdaniem (Izrael) tym stanowiskiem zaoferował Palestyńczykom, światu arabskiemu i społeczności międzynarodowej najgorsze, co można zaoferować. Zabił wszelkie możliwości procesu politycznego, anulował międzynarodowe i dwustronne umowy i traktaty, naruszył i nadal narusza prawo międzynarodowe oraz konfiskuje podstawowe prawa narodu, który walczył o wolność od ponad stu lat.
Palestyńczycy przez ćwierć wieku cierpliwie obserwowali pogwałcenie przez (Izrael) Porozumień z Oslo, ale wciąż z nadzieją, że w końcu zapanuje pokój i ustanowią własne państwa. Stara-nowa „plan stulecia” nic nie oferuje Palestyńczykom, a raczej obiecuje im grupę gett , które nie różnią się bardzo od gett z II wojny światowej i są czymś gorszym niż rasistowski reżim, który obowiązywał w RPA.
Palestyńskie przywództwo, pod kierownictwem prezydenta Mahmouda Abbasa, i cały Naród Palestyński odrzucił tak krzywdzącą umowę i będzie walczyć z tymi planami wszystkimi możliwymi sposobami.
Przywódcy „Izraela”, którym się zmniejsza poziom odwagi i mądrej wizji w celu zapewnienia lepszej przyszłości dla „Izraela”, postrzegają „plan stulecia” (lub jak ją też nazwano „okazję do umocnienia pokoju” , podczas gdy większość krajów na świecie postrzega ją jako naruszenie prawa międzynarodowego i czyn jednostronny). Uważamy, że Europa jest zdolna do odegrania aktywnej roli i przejęcia inicjatywy. Polska, jako kraj, który zawsze wspiera rozwiązanie dwupaństwowe i odmawia użycia siły, w połączeniu ze swoją pozycją w Europie i na świecie, może odgrywać bardzo ważną rolę w respektowaniu umów i rezolucji międzynarodowych i promowaniu kultury współpracy i dzielenia się. Żyjemy w świecie, w którym żaden kraj nie może żyć w separacji czy według swojej logiki i ekspansjonistycznego pragnienia.
W Palestynie wierzymy, że osiągnięcie porozumienia ugodowego jest możliwe. Pokój, który gwarantowałby nasze prawa podstawowe, polityczne i kulturalne na palestyńskiej ziemi, poprzez prawdziwe negocjacje pod nadzorem „kwartetu” i innych krajów, które przyjmują międzynarodowe decyzje związane z konfliktem na podstawie rezolucji. Wierzę, że Polska, ze względu na swoje położenie, dziedzictwo i doświadczenie, jest ważnym członkiem społeczności międzynarodowej i może przyczynić się do wspierania i zachęcania do tego procesu, co z pewnością nie będzie łatwe. Polska może również zachęcać do wspierania osób z umiarkowanymi poglądami, którzy obecnie są tylko cieniem w społeczeństwie izraelskim przyćmieni przez liderów, którzy są mniej odważni i pragną osobistego sukcesu.

Państwo, które się korporacjom nie kłania

Zimna wojna ideologiczna Zachodu z Chinami.

Czego nie może darować chińskiemu społeczeństwu Zachód: jego wielkie korporacje, państwo amerykańskie pod przywództwem prezydenta Trumpa, neoliberalni ekonomiści katedralni i bankowi, piewcy liberalnej demokracji?
Trwa swoisty bój trzech modeli społecznych różniących się rolą państwa w gospodarce i sposobami harmonizowania konfliktów społecznych. To państwa UE starające się połączyć efektywną gospodarką z resztówką państwa socjalnego. Dalej, państwo amerykańskie na usługach korporacji z sektora finansowego, zbrojeniowego, wydobywczego i teleinformacyjnego oraz autonomiczne państwo chińskie budujące społeczną gospodarkę rynkową.
Państwo chińskie ma na Zachodzie złą prasę. Autorytarne, nie ma respektu dla „zdrowych” zasad polityki gospodarczej, kontroluje internet, nie szanuje praw własności intelektualnej, „wyhodowało” koronawirusa, buduje Afrykanom autorstrady i hydroelektrownie podczas gdy Zachód organizuje im konferencje na temat rozwoju.
W skali historycznej jest fenomenem. Powtórzyło za życia jednego pokolenia osiągnięcia narodu japońskiego. Ten w drugiej połowie XIX w. skopiował osiągnięcia techniczne i instytucjonalne Europejczyków, każąc wątpić w ich wyjątkowość. Państwo ludu Han w ciągu ostatnich trzech dekad stworzyło system udanej symbiozy z mechanizmem rynkowym, wykorzystało postęp techniczny w teleinformatyce i transporcie morskim, połączyło go z wolnym handlem, by zbudować szybko rosnącą gospodarkę.
Fenomen państwa chińskiego polega na tym, że nie jest kontrolowane w wyniku demokratycznych wyborów jak na Zachodzie. Odnawia przywództwo podobnie jak Kościół Katolicki, a więc poprzez wybór w wąskim gronie swoich funkcjonariuszy, w tym przypadku działaczy partii nominalnie komunistycznej. Grono to wybiera kandydata, który w swojej dotychczasowej karierze wykazał się osiągnięciami rokującymi nadzieję skutecznego rozwiązywania wyzwań stojących przed wspólnotą.
Ostatnio stosunkowo szybko uporało się z epidemią koronawirusa w ludnej metropolii, jaką jest 11. milionowe Wuhan. Rząd, współdziałając z organami władzy lokalnej i z wolontariatem, wdrożył system zaopatrzenia w artykuły pierwszej potrzeby, tym samym zapewnił izolację konieczną do zastopowania pochodu wirusa. Konieczne okazało się z jednej strony ograniczanie swobody przemieszczania się, nakaz kwarantanny, z drugiej zaś – wykorzystanie internetu, sztucznej inteligencji do rozpoznawania potencjalnie zarażonych osób. Pomogły wielkie chińskie korporacje handlu internetowego oraz stworzony system dostawy bez kontaktu z kurierem. Środki te okazały się na tyle skuteczne, że już 90 proc. dużych firm wznowiło produkcję i chińska lokomotywa wzrostu po krótkim zwolnieniu tempa pędzi dalej.
Co różni chińskie państwo od standardów zachodnich?
Po pierwsze, państwo zachowuje względną autonomię wobec krajowego biznesu. Jest też poza zasięgiem global governance pod egidą USA: nie krępują je ani mechanizm zadłużenia, ani gwarancje bezpieczeństwa militarnego ze strony amerykańskiego patrona. Państwo Hanów wykorzystało wcześniejsze doświadczenia Japonii, Korei Pd., Tajwanu, doświadczenia ze strategicznym kierowaniem procesem modernizacji gospodarki i kontrolą napływającego kapitału z Zachodu. Stulecie penetracji chińskiej gospodarki przez zachodnie firmy i państwa nauczyło ostrożności. Zignorowało tym samym przykazania płynące z Waszyngtonu, dotyczące minimalnego państwa, deregulacji sektora finansowego, prywatyzacji sektora publicznego. Poszło drogą racjonalnego autorytaryzmu (P. Nolan).
Do wysokiej akumulacji dodało odpowiednią politykę makroekonomiczną: brak wymienialności juana, kontrolę inwestycji zagranicznego kapitału przez tworzenie stref specjalnych i spółek z udziałem kapitału chińskiego, ograniczało napływ kapitału portfelowego.
Tę chińską skuteczną politykę gospodarczą miał sparaliżować transpacyficzny traktat (TPP). Byłyby one zmuszone do udziału w gospodarce światowej na warunkach stworzonych przez USA, a więc z wykorzystaniem wielostronnych organizacji jednostronnych na użytek korporacji (BŚ, MWF, WTO); musiałyby też udostępnić swoje oszczędności sektorowi finansowemu Zachodu. Tutaj przyjacielem Chin okazał się sam prezydent Trump, odmawiając jego podpisania. W tej sytuacji neoliberalna globalizacja dalej umożliwia szybki wzrost chińskiego PKB.
Chiny zatem poszły inną drogą niż dawne społeczeństwa realnego socjalizmu w Europie. Te się wpisały w realia ukształtowane w interesie wielkich korporacji, oddały im sektor bankowy, rynek wewnętrzny, pozbawiły się przemysłu, zbudowanego wysiłkiem wielu pokoleń. Muszą się w tej sytuacji zadowolić statusem dostarczycieli taniej pracy montażowej, usług dla korporacyjnego biznesu w Mordorze, a ich „małe misie”, biedafirmy – komponentów dla światowych kolosów.
Po drugie, publiczne to nie bezpańskie
Chińskie państwo postawiło pod znakiem zapytania konwencjonalne mądrości o związkach własności i przedsiębiorczości. Mężowie uczeni reprezentujący teorię wyboru publicznego i szkołę austriacką w ekonomiii, popularyzowanej w Polsce przez korwinistów, „młodzieńczych” wolnorynkowców (R. Gwiazdowski, A. Sadowski, T. Wróblewskiego) i młodych konfederatów (A. Dziambor, S. Mentzen) wiążą przedsiębiorczość z własnością prywatną. Dlatego wydawało się niemożliwe połączenie konkurencyjnej gospodarki rynkowej z własnością wspólną czy społeczną. A jednak!
We współczesnym korporacyjnym kapitalizmie nie działają samotne wilki biznesu i minifirmy. Działają natomiast wielkie organizacyjne kolosy, o złożonej strukturze własności, stosunkach pracy i piętrowym zarządzaniu. Wokół nich kręci się chmara inwestorów, pożyczkodawców, spekulantów. W ich otoczeniu znajdujemy banki, fundusze inwestycyjne, emerytalne.
To wielka machina obracania kapitałem pieniężnym, produktami finansowymi, kredytami, długami. Operatorami tej maszynerii są profesjonaliści, tacy sami jak ci, którzy zarządzają publicznymi firmami czy bankami. Nie operują oni własnymi aktywami, np. na rynku amerykańskim stanowią oni około 80 proc. funkcjonariuszy tych instytucji, podaje Jacek Tittenbrun, w książce „Gospodarka w społeczeństwie”. Ponadto informacje, które kształtują ich decyzje dostarczają rynki towarowe, które na dodatek są niekompletne. Nie wyceniają ani dóbr przyrody (woda, utrata ziemi ornej, zanieczyszczone oceany), a także ignorują potrzeby przyszłych pokoleń.
Rodzaj własności ma tu niewielkie znaczenie. Tutaj bowiem dominują zawodowi zarządcy, którzy rzadko płacą za swe błędy, jak podczas kryzysu 2007/8. W tej sytuacji miarą skuteczności wyboru celów i strategii ich realizacji firm publicznych mogą być intersubiektywnie mierzalne preferencje społeczne, jak jakość życia czy zdrowia oraz konieczność finansowania ze środków publicznych służb, które je zapewniają. Osiągnięcia chińskiego państwa może pokwitować według zasady po czynach ich poznacie blisko 800 mln Chińczyków, którzy wyszli ze skrajnego ubóstwa. To głównie ich siłę roboczą eksploatują miejscowe i zagraniczne firmy, przy czym udział chiński w produkcji np. iPhone Apple’a wynosi 3,8 proc. wartości dodanej, amerykańskiego zleceniodawcy zaś 28,5 proc..
Po trzecie, indywidualizm jest fenomenem cywilizacji zachodniej
Sprzęga się on z szeroko rozumianymi wolnościami, które hołubią Amerykanie, a praktykują Europejczycy. W autodefinicji Zachodu demokracja i prawa człowieka stanowią najdonioślejszą jego zdobycz. Kapitalizm powstał jakoby po to, by mogła zatriumfować wolność jednostki, w praktyce sprowadzona do wyboru jednej z istniejących na „rynku” partii (pluralizm).
W tej koncepcji demokracja to przestrzeń wolnych wyborów, dokonywanych przez upodmiotowione jednostki, kierujące się własnymi interesami. Są one równe przed innymi, prawem i instytucjami. Państwo to tylko strażnik wolności jednostki i autonomii sfery prywatnej.
Kult jednostki, jaki się rozwinął w myśli liberalnej, wyrósł na podłożu chrześcijańskiej koncepcji człowieka. Jest jej subtelnym zeświecczeniem. W antropologii religijnej jednostce przysługuje godność, skoro jako obraz stwórcy, obdarzona jest łaskami teologicznymi (miłości do Boga, nadziei zbawienia). Filozofowie Oświecenia w miejsce Boga i Pisma wstawili Rozum, „zamienili łaskę bożą na cnoty obywatelskie”, pisze Terry Eagleton w książce „Kultura a śmierć Boga”. Nowej wierze w potencjał samorealizacji jednostki najlepiej służą i obywatelska równość, i prawa polityczne, i autonomia decyzji moralnych. Z tą różnicą, że swoje powołanie spełnia jednostka na ziemskim padole.
Tymczasem w społeczeństwie harmonii społecznej, ukształtowanym na etyce Konfucjusza, jednostka jest najpierw członkiem wielkiej rodziny, rodu, prowincji; od państwa zaś oczekuje sprawnego rozwiązywania problemów utrudniających życie. Pod tym względem państwo chińskie nie zawodzi. Chińskie PKB w 2016 wyniosło 11,2 bln dol., amerykańskich (według parytetu siły nabywczej 18,56 bln dol.). Spożycie wewnętrzne stanowi już 43,4 proc. PKB, inwestycje zaś 49 proc.. Chiny wydają na badania rozwojowe 2,3 proc. PKB (sciencemag.org/news/2018/10/surging-rd-spending-china-narrows-gap-united-states).
Posiadają też ogromne rezerwy walutowe, szacowane obecnie na ponad 3,3 biliona dolarów, w tym 40 proc. w amerykańskich papierach wartościowych. Tempo wzrostu w roku 2018 wyniosło 6,6 proc., rentowność (zyski) firm wyniosła 20 proc.. Może dlatego ani na demokrację liberalną, ani na indywidualne wolności nie ma parcia. Jest za to poparcie dla sprawujących władzę.
Wynosi ono stale według amerykańskiej Agencji PEW około 80 proc.. Nie zmienia to faktu, że obecnie tzw. wartości azjatyckie zastępuje „wiara w pieniądz”. Pojawiły się indywidualistyczne strategie dorabiania się, dążenia do bogactwa materialnego i luksusu, który zapewniają duże dochody. W relacjach międzyludzkich nastał czas bezlitosnej konkurencji, w następstwie – obojętność na wspólne cele
Po czwarte, kolejne światowe imperium czy tworzenie funkcjonalnej formy przywództwa światowego?
W historii powszechnej dominujące gospodarczo społeczeństwa wykorzystywały swoje państwa, by kształtować ład międzynarodowy najlepiej obsługujący potrzeby ich elit
ekonomicznych.
Chiny jak wszystkie dotychczasowi liderzy akumulacji kapitału (w kolejności Wenecja, Genua, Niderlandy, Anglia, USA) tworzy szerokie zaplecze dla swoich firm: rynki zbytu, zaopatrzenia w surowce i energię. Jeśli utrzyma autonomię wobec biznesu, być może, zrealizuje na stulecie powstania ChRL, przypadające w r. 2049, wielkie chińskie marzenie o społeczeństwie umiarkowanego dobrobytu dla wszystkich: Wielki Renesans Narodu Chińskiego. Wówczas bardziej sprawiedliwie niż obecnie podzieli dochód narodowy. Obecnie współczynnik Giniego wynosi 0,5, co świadczy o dużej rozpiętości dochodów i majątków.
Przed Chinami stoi wiele problemów: starzenie się społeczeństwa i związany z tym ubytek siły roboczej i wzrost współczynnika obciążenia demograficznego, nie zanikająca korupcja, deficyt ziemi ornej, krytyczny bilans wodny, handel i dostawy paliw przez Cieśninę Malakka, rozłączenie z braćmi z Tajwanu, amerykańskie lotniskowce na Morzu Południowochińskim, brak ubezpieczeń społecznych, eksploatacja siły roboczej jak w XIX w. kapitalizmie manufaktur i pierwszych fabryk.
Mając duże nadwyżki, państwo chińskie buduje infrastrukturę odtwarzającą dawne Jedwabne Szlaki, by znów połączyć krańce Euroazji; to samo robi w Afryce, częściowo w Ameryce Południowej – wszędzie szuka minerałów, ropy naftowej, ziemi ornej, przy okazji zastępuje firmy europejskie i amerykańskie.
Chciałyby zamienić swoje nadwyżki w amerykańskich obligacjach, stanowiące około 40 proc. całości, na aktywa produkcyjne, zwłaszcza firm posiadających nowoczesne technologie, w tym europejskie. Przypomina krajom centrum czasy eksportu ich kapitałów w okresie wychodzenia europejskich liderów przedsiębiorczości z wielkiej depresji lat 1973-1886, a po II wojnie światowej ekspansję USA.
Stąd łatwe skojarzenie z imperializmem i strach przed pułapką Tukidydesa, a więc wojny o ład światowy, dostosowany do potrzeb rodzimego kapitału. Analogie widzą głównie geopolitycy i geoekonomiści.
Patrzą oni na dzieje jako zmagania narodów o wielką przestrzeń, a to o Heartland Eurazji, a to o Rimland oceanów, niebawem o opanowanie kosmosu. W tej perspektywie obecny ład, zwany neoliberalną globalizacją, stworzyły Stany Zjednoczone w okresie, kiedy dominowała ich gospodarka.
Służy on amerykańskim korporacjom z sektora zbrojeniowego, wydobywczego finansowego i teleinformatycznego. Uczyniły one ze Stanów Globalnego Minotaura, przerabiającego, zdaniem Yanisa Veroufakisa, nadwyżkę światową na amerykańskie obligacje. Chiny mają inną wizję. Chcą tworzyć system wspólnej odpowiedzialności za sprawy światowe. To ład wielobiegunowy, zachowujący odrębność cywilizacji lokalnych, w którym znajdzie się system zaopatrzenia swojej gospodarki w deficytowe surowce i rynki zbytu, ale bez baz wojskowych, bez uznawania, jak USA, jakichś obszarów za „strefy żywotnych interesów” (Bliski Wschód, a wcześniej Ameryka Łacińska).
Świat będzie inny, ale czy gorszy?
Jeśli weźmiemy pod uwagę społeczeństwo, które powstało za oceanem, jego stosunek do eksploatacji surowców, poziom zużycia energii, ogromne zróżnicowanie dochodów i majątków, nihilistyczny stosunek do ochrony klimatu, poziom zbrojeń, rozwijanie nowoczesnych technologii dzięki Pentagonowi, a więc zawsze potencjalnie o zastosowaniach militarnych – wszystko to skłania do porzucenia amerykańskiej perspektywy oglądu Chin.
Także UE powinna szukać własnej drogi do wzajemnie korzystnego kształtowania gospodarczej i politycznej przestrzeni w Eurazji i usytuowania w niej Rosji. Europa ma konkurencyjny kompleks przemysłowy, który stworzyły w Europie Centralnej Niemcy, choć jest uzależniona od chińskich firm i taniej pracy Chinek i Chińczyków.
Tylko wartość niemieckiego eksportu samochodów do Chin sięga 1,4 biliona dolarów, a w nim znajdują się podzespoły produkowane w Polsce, podaje Grzegorz Kołodko w książce, „Czy Chiny zbawią świat?”. W dalszym ciągu gospodarka Europy, podobnie jak w Chinach, stoi przemysłem, przetwarza atomy, a nie bity. Te są ważne tylko tam, gdzie liczy się informacja. UE stoi przed koniecznością własnej oceny Chin, własnego bezpieczeństwa militarnego i energetycznego.
To samo zadanie czeka polskie elity rządzące – obecnie narodowo-prawicowe. Określają one i strategię narodową, i urabiają w tej materii opinię publiczną, żerując na rzadko kontrolowanych rozumem emocjach, głównie wobec Rosji.
W tej chwili obsługuje ona interesy amerykańskiego szeryfa, i na jego życzenie przecina szlak kolejowy przez Azję do Europy, jeśli nawet pominiemy brak infrastruktury do transportu intermodalnego, łączącego kolej i TIR-y. Nawet transport środków do walki z COVID-19 dla Niemiec dojechał koleją z Chin tylko do Kaliningradu, a dalej – statkami do Rostocku. Teraz chcą uczynić terytorium polski przedpolem możliwych konfliktów z udziałem broni atomowej, które rodzi rywalizacja USA i Rosji.
Polska myśl strategiczna nie może wydostać się z matni międzywojennych rojeń o mocarstwowości i fantasmagorii Międzymorza. Nie ma zamiaru wrócić znad Dzikich Pól do Weimaru. W okresie przedwyborczym warto o tym pamiętać, tym bardziej, że prezydent jest zwierzchnikiem sił zbrojnych.

Powojenne szanse dla Polski

Potomność powinna sądzić ludzi i rządy, tylko w świetle czasów i okoliczności, w jakich przyszło im działać.
Napoleon Bonaparte
Polakom można postawić piątkę za brawurę. Natomiast wielu polskich polityków – jak wykazały nasze dzieje-zasłużyło na dwójkę z historii i z geografii. Płaciliśmy za to nieraz najwyższą cenę.
gen. Wojciech Jaruzelski

Przeżywamy dni 75 rocznicy zakończenia II wojny światowej w Europie. Media na swój sposób dywagują nad datami, 8 maja i 9 maja. Dlaczego w PRL wtedy tak „świętowano” , a teraz inaczej wg polityki historycznej, proszę się nie mylić. Fakt pozostaje faktem – gdy przedstawiciel hitlerowskiej Rzeszy podpisywał akt bezwarunkowej kapitulacji o godz. 23.30, w Europie był jeszcze 8 maja. Biorąc 2-godzinne przesunięcie czasowe – w Moskwie był już 9 maja. Obowiązująca wiele lat w III RP polityka historyczna, obchody Dnia Zwycięstwa 8 maja, obrzydza jako„dowód” braku suwerenności. Ważne jest, że władze pamiętały o Dniu Chwały dla Oręża Polskiego, dla Polski i złożono wieńce na Grobie Nieznanego Żołnierza. Grób, to Miejsce uosabia wieczną pamięć o żołnierzach, powstańcach, partyzantach walczących na wszystkich frontach. Przegląd, nr19 z br. pisze o „Największym froncie w dziejach świata” – chwała i uznanie! Zachęcam Państwa do przeczytania.
Jaka Polska
Pytanie to pojawiło się już jesienią 1939 r., po utracie przez Polskę niepodległości, na skutek tragicznego Września. Nie dziwcie się Państwo. Było aktualne podczas okupacji hitlerowskiej, dla rządu londyńskiego i wielu polityków. Jego istota, sens sprowadzała się do wyobrażenia sobie powojennego obszaru kształtu terytorialnego i ustroju politycznego. Tu szczegół – często można spotkać ocenę, że Wielka Brytania (Churchill) i rząd londyński byli zdania, iż Polska powinna „sięgać” po Odrę. Otóż, sprawę tego „sięgania” podniósł nie kto inny tylko Stalin w rozmowie z gen. Sikorskim – grudzień 1941. Po powrocie do Londynu – co oczywiste – zdał relacje członkom rządu i Churchillowi. Później była jego argumentem wobec kwestii Kresów Wschodnich (są archiwalia, oparta na nich książka „Stalinizm”…prof. E. Duraczyńskiego). Sprawa tej granicy jest zapisana w deklaracji programowej PPR, 1943 r. Podobnie było z ustrojem politycznym. Ale „decydent był inny”. Polska była terytorialnie i politycznie kształtowana – podkreślam – nie przez Polaków, ale przez Wielką Trójkę w Teheranie (1943), w Jałcie i Poczdamie 1945! To zdanie może zbulwersować niektórych spośród Państwa, zapewne część historyków. Czy rząd londyński miał wpływ, był słuchany, mógł być inny ustrój a przynajmniej bardziej demokratyczny – szansa była! Nie dziwcie się Państwo Czytelnicy. Skrótowo powiedzieć można tak – rząd londyński, czy to kierowany przez gen. Władysława Sikorskiego, Stanisława Mikołajczyka czy Tomasza Arciszewskiego był przeciwny, wrogi ZSRR, choć utrzymywał stosunki dyplomatyczne, zerwane po ujawnieniu Katynia w 1943 r. (Churchill gen. Sikorskiemu mówił – „Wiemy, że bolszewicy są zdolni do okrucieństwa. Ale martwcie się o żyjących, a nie o martwych”). Jego stosunek do ZSRR był pierwszą przeszkodą, niekiedy wręcz barierą.
O czym była mowa w Moskwie.
Generał Władysław Sikorski, po pomyślnym dla nas-Polaków, podpisaniu w Londynie z Iwanem Majskim (ambasador ZSRR w W. Brytanii) umowy, wybrał się do Moskwy. Owe porozumienie m.in. obejmowało unieważnienie przez ZSRR„paktu Ribbentrop – Mołotow” z 23.08.1939 i układu z Niemcami z 28.09.1939; zwolnienie Polaków z obozów, więzień, miejsc zesłania; przywrócenie polsko – radzieckich stosunków dyplomatycznych. Ponadto, podpisano wojskową konwencję o organizacji w ZSRR armii polskiej („Armia Andersa”) oraz deklarację sojuszu ZSRR z Polską w walce z Niemcami.
Od czasu podpisania tej umowy, 30 lipca 1941 r. w stosunkach polsko-radzieckich zmieniło się wiele na korzyść Polaków. Generał Sikorski chciał to zobaczyć i osobiście omówić ze Stalinem kilka ważnych spraw, m.in. sygnalizowanych przez ambasadora Kota. Podczas rozmów na Kremlu, Stalin przekonywał Gościa, że gdy Wojsko Polskie przystąpi do walki, „stworzy klimat zaufania po obydwu stronach”. Na propozycję Generała by Armię Andersa przenieść do Iranu-jak pisze prof. E. Duraczyński, poirytowanym tonem oświadczył – „Jestem człowiekiem doświadczonym i starym. Wiem, że jak do Persji wyjedziecie, to już tutaj nie wrócicie. Widzę, że Anglia ma dużo roboty i potrzebuje polskich żołnierzy”. Podczas tej rozmowy i bankietu wyraził pogląd, że „powinniśmy ustalić nasze granice sami”, i „przed konferencją pokojową”. Generał replikował, że granica ustalona traktatem ryskim z 1921 r. „nie może być kwestionowana, że chciałby jeszcze wrócić do tej kwestii”. Stalin zgodził się i „wysunął pomysł oparcia zachodniej granicy RP na linii Odry”, tego nie omawiano. Na bankiecie, po podpisaniu deklaracji polsko-radzieckiej (Sikorski nie zgodził się na układ), Stalin wrócił do kwestii granic, „chodzi o >czut-czut<”, niewielkie zmiany, jak pisze Olgierd Terlecki (Generał Sikorski, Kraków 1981) Powiedział do Premiera – „bądźcie spokojni, nie skrzywdzimy was”. Komentarz Eugeniusza Guza do tej rozmowy sugeruje możliwość zachowania Lwowa oraz innego niż linia Curzona przebiegu granicy wschodniej i powrotu rządu do Warszawy, czym skłania do poważnej refleksji. Czytelnikom mającym skromną wiedzę, warto powiedzieć otwarcie, że historycy wypowiadają się oszczędnie. Bo przecież, gdyby Armia Andersa walczyła na Wschodzie, polityczne zwierzchnictwo sprawowałby rząd londyński oraz Wódz Naczelny gen. Sikorski, a wojenne, czyli strategiczno-operacyjne, ZSRR. Nie powstałaby Armia Berlinga, to oczywiste. Inaczej też ułożyłyby się stosunki z polską lewicą w ZSRR i okupowanym kraju. Czy można było zaufać Stalinowi – nikt z historyków nie podjął ryzyka pozytywnej odpowiedzi! Gdyby gen. Sikorski zaryzykował – historia może opisywałaby go jako opatrznościowego męża, nawet stawiając wyżej od Piłsudskiego! Dlaczego? Kluczowa odpowiedź mieści się w terytorialnym kształcie i powojennym ustroju Polski. Może granica wschodnia przebiegałaby wg traktatu ryskiego? A co z zachodnią, czy byłaby z 1939, czy 1945 r.? Czego my byśmy oczekiwali – wiadomo! To wymagało w 1941-1942 r.od rządu wyobraźni i zabiegów o prawne gwarancji Anglii i USA, nawet ich odrębny traktat ze Stalinem w sprawie Polski. Czy był możliwy – szanse były. Pamiętajmy, że w grudniu 1941 r. niemieckie dywizje były 40 km od Moskwy, zbliżały się do Leningradu, Stalingradu i Kaukazu, liczył się każdy żołnierz. Nie jest ciekawostką a faktem, że Stalin osobiście rozdzielał ciężkie karabiny maszynowe na najważniejsze fronty. Oba państwa – Anglia i USA – autentycznie nie chciały upadku ZSRR pod ciosami wojsk Hitlera. Ale wtedy Anglia miała inne kalkulacje wobec Armii Andersa, szło jej o ochronę brytyjskich kolonii, na wypadek upadku ZSRR. Czy polskie pokłady nienawiści, wrogości do Rosjan były do pokonania, czy gen. Sikorski na Zachodzie byłby zrozumiany? On sam chyba nie był skłonny do takiego ryzyka, choć słusznie uważany jest za realistę wśród londyńczyków. Wiemy jak potoczyły się losy wojny i Polski dalej.
Kresy Wschodnie
Faktycznie symbolizuje je„linia Curzona”. Była linią demarkacyjną między wojskami polskimi a Armią Czerwoną z lipca 1920 r., jaką uznali uczestnicy konferencji w Spa. Tu zwracam Państwu uwagę – kto pamięta, żeby mówiono o niej gdy obchodziliśmy 100. lecie odzyskania niepodległości 2 lata temu? Przecież ją Zachód ustalił, Churchill i Stalin uznawali za obowiązującą! Ciekawe, kto w tym roku, za 2,5 miesiąca będzie pamiętał, gdy będziemy świętować 100. lecie Bitwy Warszawskiej! Wskazana w nocie dyplomatycznej Szefa MSZ W. Brytanii, lorda Georga Curzona, do Szefa MSZ ZSRR (RFSRR), Gieorgija Cziczerina. „Linia” ta, była wcześniej, tj. 8 grudnia 1919 r. wskazana przez mocarstwa sprzymierzone w ich „deklaracji” w sprawie tymczasowej granicy wschodniej Polski. Właśnie ten szczegół – deklarację państw zachodnich które już w 1919 r. ją wskazały. Z czym Polska nie chciała się pogodzić. Lord Curzon nie był jej autorem, a pracownicy ministerstwa, wśród nich Polak Ludwik Namierowski, któremu przypisuje się to autorstwo. Linia przebiegała od Grodna, przez Jałówkę, Niemirów, Brześć, Dorohusk, Hrubieszów, Kryłów, do Rawy Ruskiej, Przemyśla i dalej do Karpat. Była kilka razy modyfikowana przez polityków. Warto spojrzeć na poniższą mapę choćby jeszcze z jednego powodu-jaki kształt terytorialny miałaby dzisiejsza Polska bez Ziem Zachodnich – pomyślcie Państwo!
„Londyńczycy”
Proszę sięgnąć po książkę Eugeniusza Guza „Londyński rodowód PRL”. Autor był wielokrotnie postponowany za sam tytuł – londyński rodowód! To ciężka obraza prawicy, by przypisywać jej jakąkolwiek odpowiedzialność za powojenne rządy w Polsce. Ta książka od Czytelnika wymaga wyobraźni, zachęcam. Jej przesłanie-gdyby rząd londyński, jego krajowi przedstawiciele, różne polityczne partie chciały się „dogadać” ze sobą! – podkreślam-skład „rządu lubelskiego” pozwalał uniknąć a przynajmniej osłabić skalę stalinizacji w Polsce, lata 1947-1953, nawet do 1956. Bierut i Gomułka-tak! czynili takie starania, oczywiście z myślą o przewadze w rządzie swoich zwolenników, obawiali się partyzantki, bratobójczej walki, a stąd i „pomocy” NKWD. Stalin i Churchill, podejmowali mediację, nie uzyskali wzniesienia się naszych polityków z różnych orientacji ponad często słuszne urazy i waśnie, które wtedy należało odłożyć na inny czas. Potrzebny był rozum i wyobraźnia o przyszłości Polski, nie karabin. Czy „londyńczycy” mieli? – oto przykłady:
– 14 października 1944 r., (czyli po upadku Powstania Warszawskiego, za którego wybuch ten rząd odpowiada, co od lat się przemilcza w sierpniu każdego roku), Winston Churchill (wkurzony) podczas rozmowy z premierem Stanisławem Mikołajczykiem m.in. mówi – „Nie jesteście żadnym rządem, jeżeli nie możecie podjąć żadnej decyzji. Jesteście warchołami, którzy chcą zburzyć Europę. Odwołam się teraz do innych Polaków, zwłaszcza, że rząd lubelski może funkcjonować doskonale. On będzie rządem. Pana argumenty to tylko zbrodniczy pomysł wywołania rozłamu między sojusznikami za pomocą waszego liberum veto. Jeżeli chcecie pobić Rosję, zostawiamy to wam. Mam wrażenie, że jestem w domu obłąkanych. Nie wiem, czy rząd brytyjski będzie was nadal uznawał”. Wybaczcie Państwo wprost banalne pytania – czy premier nie wiedział, że terytorialnie Polska leży między Rosją i Niemcami i którędy Armia Radziecka będzie szła na Berlin?; czy jeszcze wtedy liczył że Wielka Brytania i USA zapewnią temu rządowi „władanie” w Polsce; czy nie mógł pojąć, że trzeba się dogadać z „rządem lubelskim”. Tu taka ciekawostka. W sierpniu 1944 Stanisław Mikołajczyk był w Moskwie, rozmawiał ze Stalinem, który namawiał go na funkcję premiera w rządzie lubelskim – tak! Oczywiście, trzeba mieć świadomość, że jego zgoda wywołałaby wściekłość – jak dziś mówimy – „betonu” wśród swoich w Londynie i trudno przewidzieć ich reakcje. Ale wtedy jeszcze Churchill i Roosvelt popierali Mikołajczyka – była więc nić szansy, nadziei na „inny skład” rządu lubelskiego, wciąż pamiętając o miejscu i roli osób bliskich ideowo Moskwie. Po Jałcie, Stanisław Grabski opublikował apel-„dogadajmy się z Moskwą … bo to daje nam jedyną szansę po pierwsze, na Ziemie Zachodnie, po drugie – na przetrwanie państwa”. Oświadczył – „jadę do Warszawy, gdyż tylko tam jeszcze dla Polski da się coś zrobić”. Nawiasem wspomnę, iż był on i Mikołajczyk – członkami delegacji rządu na Konferencję w Poczdamie. Z USA do Polski przyjechał prof. Oskar Lange, ks. Orleański, inni
– 21 lutego 1945 (czyli 2 tygodnie po Jałcie) Winston Churchill podczas rozmowy z gen. Władysławem Andersem m.in. kilkakrotnie podkreśla, że Wielka Brytania nigdy nie gwarantowała wschodnich granic Polski (szło o Kresy Wschodnie, które USA i Anglia oddały ZSRR-moje GZ). Oświadcza, że sprawę granic ostatecznie załatwi konferencja pokojowa. Wraca do rozmowy z 26 sierpnia 1944 r. i mówi o odszkodowaniach dla Polski w ziemiach na zachodzie po Odrę i Nysę. Zaś Anders występuje przeciwko tworzeniu nowego rządu w Polsce, opartym na komitecie lubelskim – jak mówi – „składającym się wyłącznie z obywateli sowieckich i kilku zdrajców, idących na pasku Moskwy, z dołączeniem dla pozoru paru działaczy polskich przebywających za granicą”. Na zakończenie rozmowy Churchill mówi, że Wielka Brytania uzna tylko rząd składający się z przedstawicieli wszystkich kierunków politycznych. Zachęcam do przeczytania pamiętnika Andersa-„Bez ostatniego rozdziału”, pozwoli na zrozumienie ówczesnej rzeczywistości, skali wyobraźni i odpowiedzialności za Polskę po wojnie;
– Tomasz Arciszewski, premier rządu, m.in. oświadczył: „Nie chcemy rozszerzać granicy na zachód tak, aby wchłaniać 8 do 10 milionów Niemców. Nie chcemy Wrocławia ani Szczecina.” (opublikowane równolegle w „Sunday Times” oraz londyńskim „Dzienniku Polskim i Dzienniku Żołnierza” 1945). Wstyd konkludować – jaki kształt terytorialny miałaby Polska bez Ziem Odzyskanych? Tego w 1945 r. też nie potrafili sobie wyobrazić i zrozumieć? Tu należałoby obszernie przedstawić „Memoriał” Iwana Majskiego ze stycznia 1944 r., który złożył Mokotowowi, gdzie m.in. sugeruje, by „powojenną Polskę ostrożnie kształtować, jako kraj możliwie niewielkich rozmiarów” – proszę, pomyślcie Państwo Czytelnicy;
Profesor Andrzej Werblan („Polska Ludowa, Wyd. Iskry 2017) przypomina rozmowę Władysława Gomułki z Kazimierzem Bagińskim z SL-u (Stronnictwo Ludowe, moje, GZ) – „Armia Czerwona lada dzień tu przyjdzie, trzeba będzie tu jakoś władzę zorganizować. Porozummy się. My jesteśmy dla nich wiarygodni. Razem z nami wy staniecie się też wiarygodni. Nie – odpowiedział Bagiński, my powitamy Armię Czerwoną z rozwiniętymi zielonymi sztandarami i sami się z nimi dogadamy, bez waszej pomocy”. Gomułka zanotował – „pozostało mi tylko życzyć powodzenia” – serdecznie zachęcam Państwa do przeczytania tej książki. Jej Autorzy – profesorowie: Werblan i Modzelewski są Świadkami Historii! Proszę, pomyślcie – gdyby powstał rząd złożony z przedstawicieli PSL, SL, PPS i oczywiście PPR z pozycją wpływową! z „koncesjonowaną demokracją”, przyjazny ZSRR, moglibyśmy uniknąć pierwszych trudnych wewnętrznie lat lub dużo łagodniej je przeżyć. Czy nie wynikają z tego na dziś, w 2020 r. sensowne wnioski, nauki?…
Refleksja…
W tym miejscu proszę Państwa o wybaczenie – pisząc ten tekst nie mogę powstrzymać się od pytań i ocen, po wysłuchaniu kolejnej „samopromocji prezydenckiej” Pana Kosiniaka – Kamysza. Mówi, że Polski nie wolno dziś oddać walkowerem, że obserwujemy arogancję władzy, która wydaje różne nakazy i sama je łamie. Że jako prezydent podniesie wydatki na ochronę zdrowia, bo Polacy powinni być leczeni na wysokim poziomie, że służba zdrowia powinna godnie zarabiać i podobne banały. Nie mogę tego strawić-dziwicie się Państwo? Czy wydatki na służbę zdrowia, poziom zarobków lekarzy zależą od prezydenta, czy od rządu i parlamentu? Tyle już chyba kandydat na prezydenta powinien wiedzieć! Co z tego, że napisze „swoją ustawę”, którą odrzuci Sejm? Gdzie Pan Kosiniak był przed 2016 r., kto, jaka opcja polityczna razem z PO przez 8 lat sprawowała władzę, co robiło PSL? Nie wiadomo było wtedy jaki jest stan kształcenia przyszłych kadr medycznych, jakie są potrzeby, ile lat trwa kształcenie specjalisty – lekarza? Kto ma leczyć na „wysokim poziomie”, specjaliści szkoleni na wiejskich festynach PSL? Czy Pan Kosiniak nie widział jak postępuje władza od 2016 r., przed wyborami w październiku 2019-dlaczego razem ze Schetyną rozbił opozycję, nie chcąc iść do wyborów w jednym bloku z Lewicą? Miliony Polaków, ja też – nie muszę wiedzieć na czym polega liczenie głosów metodą d’Hondta, ale Pan Kosiniak powinien – pisałem w tekście „Przyszły prezydent”, DT, 22-24 listopada 2019. Jeden duży blok opozycji wobec władzy zmieniłby układ głosów w Sejmie. Przepraszam wszystkich przyjaciół, profesorów! (nie wymieniam nazwisk), ale powstrzymać żalu nie potrafię, za traktowanie jak durnia, Polaków – jak „ciemny lud”, potrzebny Panu Kosiniakowi do wybrania na najwyższy urząd. Czy nie potrafi liczyć, myśleć i przewidywać nawet na kilka miesięcy? Z ogromnym uproszczeniem, pominięciem wielu szczegółów i uwarunkowań pytam – obecne „zabiegi” PSL i PO nie są podobne do „mądrości” niektórych wyżej cytowanych polityków? Dostrzegł to SMS – owy badacz: „błędy lekarzy leżą w grobie, błędy nauczycieli – siedzą w Sejmie”.
Odpowiedzialność „londyńczyków”
Ktoś może się zdziwić – dlaczego oczekuję zrozumienia sytuacji od „londyńczyków”, a nie oceniam surowo zwolenników ZSRR, czyli głównie PPR i PPS. To proste, „rząd lubelski” był u siebie, w kraju, Wielka Trójka przesądziła, że Polska będzie w strefie ZSRR. Kwestia ta sprowadzała się do pytania – jaka ta Polska będzie ustrojowo, ile demokracji, na co „Londyn” mógł mieć wpływ przez kilku doświadczonych polityków, porozumienie i współpracę. Ale przez stawianie różnych warunków, kuglarskie machinacje stracili wpływ. O co poszło? Trzy główne sprawy – Kresy, pisałem wyżej, przyjęcie Konstytucji z 1921 r. jako podstawy prawa ( upierali się przy sanacyjnej, z 1935) oraz reforma rolna – ziemia dla chłopów. Tu ciekawostka – kardynał August Hlond w 1933 r. powołał Radę Społeczną, która w założeniu przyjęła potrzebę reformy rolnej, parcelacji wielkich majątków. Ziemiaństwo wywołało histerię – „czerwony biskup chce odebrać ziemię”! Endecja nazwała go robociarzem, z pochodzenia był Ślązakiem. Tłumaczył – że tych problemów społecznych nie da się rozwiązać, dając jałmużnę. Radził – „Kościół niech odda swoje ziemie i skupi się na pracy duszpasterskiej. Nie chcecie? przyjdzie chwila, że będziecie musieli” – prorocze myśli. Warto zainteresować się tą postacią, rozpoczął się proces jego beatyfikacji.
Wracam do głównego wątku. „Londyńczycy” nie mogli pojąć dwóch rzeczy: że USA i Anglia nie wezmą Polski pod „swoją opiekę”. 6 marca 1946 r. Churchill przemawiając w Fulton ogłosił „żelazną kurtynę”, oddzielił Polskę i inne kraje od Zachodu – podkreślam. Zrobił to świadomie we własnym, Anglii i Zachodu interesie, nie Stalin! Zachód nas nie chciał – wreszcie to trzeba pojąć. Że podziemie dla nich nie wywalczy władzy i „wolności”. Dlaczego mamili nadzieją na III wojnę?… Brak im było wyobraźni, czy piramidalna głupota. Doszła do tego „praca” propagandy z Moskwy i Zachodu – mówiono: Polacy wracający do kraju to szpiedzy, zdrajcy. Efekt – powojenna stalinizacja, morderstwa „zbrodniczych band podziemia” (o tym napiszę wkrótce).
Ku pamięci…
Nie należy zapominać, że Polska podczas ostatniej wojny była zniszczona w 38 proc. . Straty, jakie ponieśliśmy, były proporcjonalnie 47 razy większe, niż w Wielkiej Brytanii i 25 razy przekraczały zniszczenia wojenne Francji. Kraj został zniszczony i wykrwawiony, a na dodatek wyjałowiony w dużej mierze z warstwy inteligenckiej. W Polsce zostało zaledwie kilkanaście tysięcy osób z wyższym wykształceniem. W 1939 r. na 10 tys. mieszkańców mieliśmy prawie trzy razy mniej studentów, niż Anglia. Mieliśmy 25-30 proc. analfabetów, Anglia wówczas nie znała tego zjawiska. Żaden inny kraj nie znalazł się w podobnej sytuacji.
Polska leczyła wojenne rany. Odbudowę kraju rozpoczęliśmy w sytuacji nie tylko zdziesiątkowanych kadr fachowych, lecz również z ludźmi, którzy jakże często nie umieli czytać ani pisać. Kilof i kielnia, a często i gołe ręce – to była wówczas główna technologia. Zadania były istotnie wielkie i wzniosłe. Odbudować kraj. Podnieść z ruin najważniejszy symbol – Warszawę, która padła ofiarą straszliwych zniszczeń, zagospodarować Ziemie Odzyskane na zachodzie kraju, przyjąć miliony Polaków repatriowanych z dawnych kresów wschodnich… W tamtych czasach, o czym niektórzy teraz nie pamiętają, każdy dom, każdy most, każdy pomnik, każdy kilometr torów kolejowych stanowił – po odbudowaniu – źródło autentycznej dumy.
Zastanówcie się Państwo-jesteśmy przed wyborami prezydenckimi. Kto „zasłużył na dwójkę z historii i z geografii” – jak mówił Generał Nie dajmy się wprowadzić w błąd! Dziś i jutro-najważniejsza będzie gospodarka, finanse. Tylko taki praktyk-prezydent, znany w Polsce i Europie jest nam bardzo potrzebny.

Jedna pomyłka i…

„Biada politykowi, którego racje przystąpienia do wojny nie zdają się tak pewne przy jej zakończeniu, jak przy jej początku” – te słowa Bismarcka przypomniał Norman Podhoretz. Amerykański publicysta, ideolog neokonserwatyzmu w drugiej połowie XX wieku. Przypomniał we wstępie do swej książki „Dlaczego byliśmy w Wietnamie”. Napisanej w 1982 roku.

Siedem lat wcześniej, w nocy 29 kwietnia 1975 ambasada USA w Sajgonie przypominała rozgrzaną puszkę sardynek. Tysiąc stłoczonych Wietnamczyków, wymieszanych z personelem ambasady Republiki Korei i ostatnimi Amerykanami nadzorującymi ewakuację czekało na ewakuację.
Śpieszyli się wszyscy. Bali się wkraczających oddziałów północnowietnamskich i gniewu tysięcy Wietnamczyków pozostawionych za murami placówki. Wymachującymi paszportami z amerykańskimi wizami. Wtedy ich czarnorynkowa cena, dla wielu cena życia, wzrosła do pięciu tysięcy USD.
Rankiem, o godzinie 4.42, ambasador USA Graham Martin wsiadł do helikoptera. Wśród oczekujących tam Wietnamczyków wybuchła panika. Dostrzegli, że wahadłowo kursujące śmigłowce preferują białych uciekinierów. Zrozpaczeni Wietnamczycy próbowali przerwać, chroniący lądowisko, kordon marines. W żywiołowej, chaotycznej strzelaninie zginęło dwóch amerykańskich żołnierzy. Ostatnich poległych w tej wojnie.
O godzinie 7.53 ostatni amerykański helikopter opuścił Wietnam Południowy.
Trzy godziny później pierwszy północnowietnamski czołg wyłamał bramę pałacu prezydenckim w Sajgonie. Obrony nie było. Generał Duong Van Mionh, ostatni prezydent Republiki Wietnamu, miał już przygotowany akt przekazania swej władzy. Ale zdobywcy zlekceważyli go, zażądali bezwarunkowej kapitulacji. Na frontonie pałacu zawiesili sztandar rewolucyjnego rządu południowego Wietnamu.
Atak był tak szybki, że ekipy zachodnich telewizji nie zdążyły go sfilmować. Dlatego na prośbę delegacji akredytowanych mediów, jeszcze tego samego dnia, dzielni żołnierze Ho Chi Minha powtórzyli finał wyzwolenia Sajgonu. Aby przygotowane już kamery dobrze uchwyciły i uwieczniły ten historyczny moment.
Tak zakończyła się najkosztowniejsza z najgłupszych wojen jakie USA toczyły. Wojny, która nie musiała wybuchnąć.
Spokojni Amerykanie
Trzydzieści lat wcześniej nie było ekip telewizyjnych w Wietnamie. Świadkowie zapamiętali, że przyjechał na plac Ba Dinh w Hanoi francuskim samochodem, eskortowany przez gwardię rowerzystów. Półmilionowy, zebrany tam tłum ujrzał go na prowizorycznej trybunie. W otoczeniu ministrów powołanej wtedy Demokratycznej Republiki Wietnamu oraz grona amerykańskich oficerów.
„Wszyscy ludzie zostali stworzeni jako równi sobie. Stwórca obdarzył ich niepodważalnymi prawami do życia, prawem do wolności oraz prawem do poszukiwania szczęścia” – odczytał inwokację do napisanej przez siebie Deklaracji Niepodległości Wietnamu. Kopi Deklaracji Niepodległości USA.
Czynił tak nieprzypadkowo. Za plecami miał Archimedesa Patti, majora amerykańskiego wywiadu. Szefa delegacji armii Stanów Zjednoczonych. Armii, która uzbroiła defilujących przed trybuną partyzantów nacjonalistycznego Viet Minhu. Armii, której samoloty przelatywały nad placem i trybuną oddając zebranym przyjacielskie pozdrowienia. Zwłaszcza jej sojusznikowi Ho Chi Minhowi, liderowi Viet Minhu, proklamującemu wtedy, 2 września 1945 roku, powstanie Demokratycznej Republiki Wietnamu i przyszłą niepodległość całego kraju.
Proklamującemu na wyrost, bo władza Ho Chi Minha długo się w Hanoi nie utrzymała. Tydzień później wkroczyły tam oddziały nacjonalistów z Republiki Chińskiej, niechętnej niepodległemu Wietnamowi.
Chińczycy zajęli północne tereny Wietnamu, bo miesiąc wcześniej, podczas konferencji poczdamskiej, ówcześni przywódcy USA, ZSRR i Wielkiej Brytanii, podzielili świat na sfery swych wpływów.
Tam też zadecydowano o przyszłości Wietnam. Byłą kolonię francuską, okupowaną od 1940 przez Japończyków, podzielono arbitralnie na dwie strefy. Północne tereny dostały w zarządzanie sojusznicze Chiny, rządzone wtedy przez nacjonalistę Czang Kai – szeka. Południe kraju przypadło Wielkiej Brytanii usadowionej w niedalekiej Birmie.
Ponieważ Londyn potrzebował poparcia Francji dla brytyjskiej polityki w Niemczech, to oddał „swoje” południe Wietnamu generałowi de Gaulle. Ponieważ Czang Kai – szek ciągle potrzebował pieniędzy na wojnę domową z chińskimi komunistami, to odsprzedał przydzieloną mu północ Wietnamu, Francuzom.
Ku zadowoleniu Ho Chi Minha, który wolał mieć za przeciwnika dalekiego, europejskiego okupanta niż wielkiego, azjatyckiego sąsiada. Wietnam zmagał się z chińskimi dominacjami i okupacjami przez przynajmniej tysiąc lat. Z francuską ekspansją kolonialną tylko od stu.
Uzbrojona przez Amerykanów, bitna wietnamska partyzantka przyjęła Francuzów wrogo. Na tradycyjnie wojowniczej Północy kraju po kilku miesiącach walk Francuzi kontrolowali jedynie miasta i najważniejsze szlaki komunikacyjne. Na pozostałych terenach toczyła się nieustanna wojna partyzancka. Na tradycyjnie biznesowym Południu, Francuzi wskrzesili przeszłość. W 1949 roku powołali tam marionetkowy rząd z powszechnie nieszanowanym cesarzem Bao Daiem. Playboyem, bohaterem towarzyskich kronik w bulwarowych gazetach.
Po ośmiu latach wyczerpującej wojny doborowa armia francuska przegrała z mistrzowską partyzantką Viet Minhu. Jej klęskę pieczętuje bitwa w dolinie Dien Bien Phu. Stała się ona wzorem dla antykolonialnych partyzantek na całym świecie.
Po Dein Bien Phu Francuzi myśleli o jednym. Jak honorowo wycofać się z azjatyckich Indochin. Z Wietnamu, ale też ze zbuntowanych Laosu i Kambodży. Spróbować ocalić dla Francji śródziemnomorskie kolonie, zachować zamorską Algierię. Dlatego podczas międzynarodowej konferencji pokojowej w Genewie w 1954 roku Francuzi godzili się na przedkładane im propozycje pokoju. Wydało się, że Wietnam już wtedy zostanie zjednoczony.
Jednak pozostałe delegacje miały już inne cele. Wielka Brytania chciała zachować podział Wietnamu. Liczyła, że tak osłabiony nie będzie wzorem dla jej kolonii i azjatyckich sojuszników. Amerykanie, przestraszeni wojną koreańską i narastającą popularnością komunistycznej ideologii w Azji, postanowili tam zastopować widmo komunizmu. Nie mieli wtedy jeszcze pomysłu jak to uczynić. Osłabiony śmiercią Stalina Związek Radziecki grał dalej rolę mocarstwa, ale w czasie negocjacji scedował azjatyckie rozgrywki na wtedy jeszcze sojusznicze Chiny.
Dzięki temu komunistyczny Pekin ograł wszystkich wracając do zasad cesarskiej polityki w tym regionie. Wsparł niekomunistyczne rządy w odzyskujących niepodległość Kambodży i Laosie by przywrócić tam swe dawne wpływy. Wsparł ideę utrzymania dwóch konkurencyjnych państw na terenie Wietnamu graniczących na linii 17 równoleżnika. By zachować rolę przyszłego arbitra.
Wspólną wolą konferencji zjednoczenie Wietnamu nastąpić miało dopiero po przeprowadzeniu wolnych wyborów w obu prowincjach. Wyznaczono ich ostateczny termin. Lipiec 1956 roku.
Aktywność chińska zmobilizowała Stany Zjednoczone. Amerykanie postanowili zablokować wolne wybory, bo prognozy były jednoznaczne. Niezwykle popularny Ho Chi Minh i jego nacjonalistyczny Viet Minh wygrałby je zdecydowania na Północy. I również na Południu, choć z gorszym wynikiem.
Od jesieni 1954 roku Amerykanie zajmują miejsce ustępujących Francuzów na wietnamskim Południu. Współtworzą tam Republikę Wietnamu. Alternatywną wobec północnej, coraz bardziej „socjalistycznej” Demokratycznej Republiki Wietnamu. Szukają też wietnamskiego lidera, alternatywnego wobec Ho Chi Minha. Swego niedawnego sojusznika w wojnie z Japończykami.
Tragedia pomyłek
Stawiają na niepodległościowego działacza, wietnamskiego katolika Ngo Dinh Diema. Powszechnie wtedy poważanego. Warto przypomnieć, że w 1945 roku Ho Chi Minh tworząc pierwszy rząd niepodległego Wietnamu zaproponował w nim udział Ngo Din Diemowi. Ale ten odmówił i wyjechał do USA gdzie nawiązał wiele korzystnych kontaktów.
W 1954 roku Ngo Dinh Diem nie odmówił. Został premierem pro amerykańskiego Wietnamu. Dzięki pomocy USA ożywił gospodarkę wietnamską. Obalił archaicznego cesarza, ubrał Wietnam w republikańskie, demokratyczne szaty. Podczas swej wizyty w USA w 1957 amerykańskie media uznały go za „jedną z największych postaci XX wieku”. Atrakcyjnego prozachodniego demokraty z wietnamską twarzą.
Niestety premier Ngo Dinh miał do użytku wewnętrznego drugą twarz. Katolickiego, nepotycznego inkwizytora. Choć za granicą deklarował przywiązanie do demokracji, to u siebie surowo zwalczał każdą opozycję polityczną. Dodatkowo rozniecił konflikty z silnymi na Północy sektami religijnymi i początkowo sprzyjającymi mu buddystami.
Swą liczną, pazerną rodziną obsadził najważniejsze stanowiska w państwie. Od ministra – szefa policji po kardynała wietnamskiego kościoła katolickiego. Wtedy w Sajgonie żartowano, że przed braćmi Ngo Dinh nie ma ucieczki. Kontrolują wszystko co jest na ziemi, i jeszcze dodatkowo niebo.
W listopadzie 1966 roku wspierany przez wywiad USA pucz południowo wietnamskich wojskowych obalił rząd Ngo Dinh Diema. Znienawidzonego premiera i jego brata, szefa policji Ngo Dinh Nhu, wietnamscy żołnierze odnaleźli w katolickim kościele w chińskiej dzielnicy Cholon stołecznego Sajgonu. Zabili ich bez wahania. Na wieść o tym mieszkańcy Sajgonu szaleli z radości.
Krótka była ta radość, bo był to początek późniejszych, kolejnych klik wojskowych. Miały one wspólne cechy. Gigantyczny ciąg do korupcji oraz brak woli walki z miejscowymi partyzantami i armią Północy. Amerykanie uporczywie prowadzili tę, z góry skazaną na przegraną, wojnę. Nie pomogły setki tysięcy ich żołnierzy zaangażowanych w walki. Nie pomogła „wietnamizacja” wojny, czyli opłacanie armii Południa aby walczyła z partyzantką i wojskiem Północy.
Wojna wietnamska kosztowała USA ponad 60 tysięcy zabity, 313 tysięcy rannych, w tym ponad 150 tysięcy inwalidów. Wietnam Południowy stracił prawie 300 tysięcy zabitych żołnierzy. Straty Wietnamu Północnego, sumując żołnierzy, partyzantów i cywilów, szacuje się nawet na ponad milion zabitych.
Znów w sojuszu
„Cieszymy się, że znów jesteście” – takimi transparentami witano Amerykanów w Hanoi i Ho Chi Minh City, czyli dawnym Sajgonie. w 1995 roku. Kiedy między nawiązano stosunki dyplomatyczne i zniesiono amerykańskie embarga.
Wietnam po wprowadzeniu prorynkowych reform „doi moi” stał się kolejnym gospodarczym „azjatyckim tygrysem”. Światowym liderem w produkcji kawy, ryżu, przypraw. Atrakcyjnym miejscem dla inwestycji przemysłowych. Przede wszystkim japońskich, południowokoreańskich, singapurskich, ale też amerykańskich i europejskich. Dwadzieścia pięć lat po nawiązaniu stosunków dyplomatycznych Wietnam jest nadal ważnym sojusznikiem USA w regionie Pacyfiku. Jednym z filarów tworzonej tam przez Waszyngton antychińskiej polityki.
Dlatego liczne amerykańskie delegacje państwowe składające wieńce w hanojskim mauzoleum Ho Chi Minha. A wielu amerykańskich historyków i publicystów skłania się ku tezie, że to Ho Chi Minh mógł być tym „azjatyckim Tito”. Autentycznym przywódcą narodu, zachowującym niezależność polityczną od Moskwy i Pekinu. Strategicznym sojusznikiem Waszyngtonu.
Jeden zły personalny wybór doprowadził do wieloletniej, wyniszczającej wojny. Zakończonej ostatecznie w 1976 roku zjednoczeniem oby państw wietnamskich. A przecież gdyby w 1954 roku Amerykanie nie odrzucili możliwości współpracy z „komunistą” Ho Chi Minhem, to nie musieliby się angażować w niepotrzebną wojnę. Nie popełnili by tych potwornych zbrodni, za które wstydził się Normam Podhoretz.
Nie musieliby też uciekać z Wietnamu pozostawiając swych sojuszników na niełasce zwycięzców. Wracać tam teraz z zaproszeniem do strategicznej, anty chińskiej gry.

Tacy azjatyccy Polacy

75 rocznica powstania Demokratycznej Republiki Wietnamu.
70 rocznica nawiązania stosunków polsko – wietnamskich.

Historie Wietnamu i Polski mają wiele niespodziewanych podobieństw. Polska uchodzi za bastion europejskiej kultury na wschodniej rubieży Europy. Wietnam uważany jest za jeden z najbardziej zeuropeizowanych państw azjatyckich. Kultura polska wyrasta z cywilizacji zachodnioeuropejskiej, ale wymieszała ją ze wschodnimi wpływami. Jesteśmy wschodnią twarzą Zachodu, a Warszawa nieraz bywała Paryżem Wschodu.

Tradycyjna, oryginalna kultura wietnamska przez tysiąclecia adoptowała chińskie wzorce. Do dziś konfucjańskie wpływy znajdziemy w codziennym życiu, obyczajowości wietnamskiej. Od XIX wieku, wraz z zachodnią kolonizacją, pojawiły się tam francuskie techniczne i kulturowe nowinki. XX wieczna amerykańska kolonizacja na południu kraju też zostawiła swe ślady. Obecne i żywe do dziś. Zwłaszcza, że w czasach nieskrywanej rywalizacji Chiny- USA, Wietnam znów jest cennym sojusznikiem dla Waszyngtonu.
Najlepszym przykładem wietnamskiej różnorodności kulturowej jest język i pismo tego kraju. Język kinh, czyli wietnamski, to dziś język rodzimy dla ponad osiemdziesięciu procent obywateli Wietnamu. Pozostali mówią językami 53 mniejszości narodowych, etnicznych i ludów sąsiednich państw. Oczywiście wszyscy oni posługują się też językiem wietnamskim, dzięki powszechnej i bezpłatnej oświacie w tym kraju.
Dzisiaj trudno sobie wyobrazić, że jeszcze sto lat temu, na początku XX wieku, językiem urzędowym, czyli językiem administracji państwowej, szkolnictwa, filozofii i państwowej literatury był wietnamski język chiński. Zwany han.
Ówczesne wietnamskie elity pisały używając chińskich znaków. Używając języka chińskiego wymieszanego z wietnamskim. Chiński był wtedy językiem ludzi wykształconych. Podobnie jak łacina w dawnej Polsce. Ale choć często chiński ideogram znaczył w Wietnamie to samo co w Chinach, to był już inaczej tam wymawiany. Do dzisiaj wiele wietnamskich słów, przede wszystkim ze sfery dawnej techniki i kultury, ma swe źródła w języku chińskim. Podobnie brzmienia.
Na wzór chiński tworzono też administrację państwa wietnamskiego. Aby trafić do niej trzeba było zdać coroczne państwowe egzaminy. Pisząc eseje na zadany temat w języku han. Formalnie były one dostępne dla kandydatów ze wszystkich warstw społecznych. Stanowiły fundament ówczesnej merytokracji.
Egzaminy te, jak i konfucjański system administracji. Zniósł dopiero w 1918 roku rządzący Wietnamem francuski gubernator. Kiedy rząd w Paryżu zaczął tworzyć z Wietnamu, Laosu i Kambodży swe terytorium zamorskie, francuskie „Indochiny”.
Jednocześnie przez przynajmniej tysiąc lat obok urzędowego pisma han istniało alternatywne pismo nom. Powstałe też na bazie chińskich ideogramów, ale zapisywano nimi teksty w języku wietnamskim. Najstarszy dokument pisany w nom pochodzi z XIV wieku. Nom od początku miało narodowy charakter i zwykle było w opozycji do zagranicznych wpływów kulturalnych i rządzącej biurokracji.
Nom było pismem ludowych inteligentów, kontestujących artystów, twórców wędrownych ludowych teatrów.
W XVIII wieku podczas narodowego powstania ruchu Tay Son po raz pierwszy zastąpiono nim urzędowy język han. W XIX wieku język nom uważany był przez kolaborujący z Francuzami wietnamski dwór cesarski za język „wywrotowych idei”. Dlatego zakazywano go, nieskutecznie zresztą. W Wietnamie, podobnie jak w Polsce, władza ma ograniczone możliwości stosowania skutecznych, nieakceptowanych przez społeczeństwo zakazów.
Ale nie tamto „wywrotowe” pismo obowiązuje w dzisiejszym, niepodległym Wietnamie. W 1651 roku francuski jezuita Aleksander de Rhodes stworzył dla ludowego, wietnamskiego języka, pismo oparte na alfabecie łacińskim. Na literach, a nie znakach- ideogramach. Zwane quoc ngu. Ponad dwieście lat używane było jedynie przez niewielką społeczność katolickich misjonarzy i żarliwych wietnamskich katolików. Było pismem dla swoich, wspólnoty wtajemniczonych.
Kiedy w 1918 roku francuska administracja zaczęła zmieniać wietnamskie wasalne państwo w swą zamorską prowincję to wówczas zaczęła też upowszechniać quo ngu jako mowy język urzędowy. Ale z marnym skutkiem. Bo osiadły w Hue dwór marionetkowych, wietnamskich cesarzy preferował tradycyjny han. Podobnie jak dotychczasowa wietnamska administracja, która bojkotowała narzucony przez kolonizatorów alfabet. Również patriotyczna wietnamska inteligencja skupiona w narodowowyzwoleńczych organizacjach uważała quoc ngu za język wrogi, bo proponowany przez kolonizatora.
Ale niebawem wygrał, jak to zwykle w Wietnamie i Polsce bywa, patriotyczny pragmatyzm. Szybko ci antyfrancuscy wietnamscy inteligenci zaczęli wspierać upowszechnianie pisma opartego na europejskim alfabecie.
Aby móc pisać i czytać w han i nom trzeba było wykuć na pamięć przynajmniej kilka tysięcy ideogramów. To wymagało kilku lat intensywnej nauki. Za to opartego na alfabecie łacińskim quoc ngu można nauczyć się już po pół roku, kilku miesiącach nawet. Co dawało szansę na szybsze likwidowanie w Wietnamie analfabetyzmu, upowszechnianie oświaty na wsiach.
Łatwiej też było tłumaczyć zachodnią, zwłaszcza techniczną, literaturę na taki zapis języka. W efekcie kooperacji francuskich kolonizatorów i antyfrancuskich patriotów dzisiejsze wietnamskie pismo, i język też, przypomina stację pośrednią. Leżącą pomiędzy dominującymi w Azji kulturami wywodzącymi się z chińskich znaków i cywilizacją łacińskich liter. Taka też jest wietnamska kultura. Między Azją i Europą.
Słodko- kwaśny smak kolonizacji
Francuzi okupowali Wietnam do 1954 roku. Z przerwą w latach 1940- 1946, kiedy kolaborujący z hitlerowskimi Niemcami francuski rząd Vichy uległ imperialnej Japonii i przekazał jej Wietnam. Japończycy wpierw próbowali pozyskać wietnamską sympatię hasłami „Azja dla Azjatów”. Ale już w 1942 roku zapomnieli o azjatyckim braterstwie. Wojna z USA rujnowała ich gospodarkę. Dlatego Wietnam traktowali gorzej niż Francuzi, wyciskając z niego wszelką żywność i każde surowce. Stąd krótkie panowanie japońskie stało się tam synonimem głodu i rabunkowej gospodarki.
Po klęsce Japonii w 1945 roku zachodnie mocarstwa pozwoliły chińskiej, sojuszniczej armii Czang Kaj- Szeka zająć północ Wietnamu ze stolicą w Hanoi, a na południe kraju, do Sajgonu powrócili Francuzi. Twórca niepodległego Wietnamu Ho Chi Minh, współpracujący w latach wojny z Amerykanami, robił wtedy wszystko, aby chińską okupację Hanoi zastąpić ponowną francuską. Wolał walkę z zamorskim wrogiem niż rosnącym w siłę imperialnym sąsiadem.
I rzeczywiście Francuzi wycofali się po ośmiu latach wojny z najskuteczniejszą partyzantką na świecie. Symbolicznym końcem francuskiego panowania była kapitulacja bazy wojskowej Dien Bien Phu okrążonej przez partyzantkę Vieth Minhu. Zdobytej pomimo bohaterstwa oporu francuskich żołnierzy i Legii Cudzoziemskiej.
Z szeregów Legii do partyzantów wietnamskich zbiegł wtedy polski legionista Stefan Kubiak. Został bohaterem wietnamskiej partyzantki.
Klęska pod Dien Bien Phu zainspirowała Frantza Fanona, algierskiego antykolonialnego bojownika, do napisania manifestu „Wyklęty lud ziemi”. Biblii afrykańskich i azjatyckich działaczy niepodległościowych. Wzywającej do wyzwalania się kolejnych zachodnich kolonii. Utrata Wietnamu w 1954 roku była początkiem końca systemu francuskich kolonii.
Dzisiaj francuskie panowanie w Wietnamie traktowane jest podobnie jak krzyżackie na terenach polskich. Francuzi też pozostawili świetne architektonicznie budowle. Budynki administracji, teatry, szkoły, dworce kolejowe. W Hanoi nadal jest most zaprojektowany przez twórcę paryskiej wieży, inżyniera Eiffla. No i jeszcze prześliczne wille kolonizatorów.
Gmachy te bywały po odzyskaniu przez Wietnam w 1976 roku pełnej niepodległości zaniedbane, bo uważano je za skażone piętnem kolonialnym. Dzisiaj są już pieczołowicie restaurowane, niekiedy za francuskie fundusze pomocowe. Poprzedni prezydent stołecznego Hanoi, absolwent wydziału architektury Politechniki Krakowskiej, Nguyen The Thao przeprowadził kompleksową rewitalizacją „francuskich kwartałów”, kolejnej atrakcji tego wspaniałego miasta.
Po Francuzach pozostały też w Wietnamie plantacje kawy. Dzisiaj Wietnam jest drugim producentem tego ziarna na świecie. I jedynym krajem w Azji Południowo- Wschodniej gdzie kawę pije się powszechnie, nie tylko w hipsterskich lokalach.
Wietnamczycy mają też swój wkład do kultury picia kawy. To oni wynaleźli słynny „filtr”, czyli najprostszy ekspres do parzenia tego trunku.
Poranna kawa z filtra daje kopa jak najlepsza turecka, a jest dodatkowo bardziej smaczna. Równie smaczna bywa tam kawa mrożona. Nawet kawę z mlekiem, której zwykle nie lubię, w Wietnamie da się wypić. Zwłaszcza do świeżych, powszechnych tam bagietek. Smakujących jak francuskie.
Najpiękniejszym symbolem dzisiejszego Wietnamu są wszechobecne kobiety ubrane w przecudne, kolorowe, jedwabne, przypominające motyle skrzydła, suknie Ao Dai. Obiekty westchnień mężczyzn z całego świata.
Nie wszyscy Wietnamczycy lubią pamiętać, że w tym symbolu wietnamskości też tkwi dyskretny, zapomniany wkład tradycyjnej francuskiej elegancji. Przerobionej na wietnamski szarm. Bo Wietnamczycy to tacy azjatyccy Polacy.

Czy to już III Wojna Światowa?

Nieszczęśliwy Nowy Rok: jeszcze nie tak dawno życzyliśmy sobie „Szczęśliwego Nowego Roku 2020” („Happy New Year 2020”). W powszechnej euforii szampańsko – globalnej mało kto przewidywał wówczas, że będzie to rok wyjątkowo nieszczęśliwy. Zaledwie miesiąc później gruchnęła dramatyczna wieść: nadchodzi piorunująca pandemia koronawirusa [1] – z kolejnymi epicentrami zarazy (Chiny, Włochy, Hiszpania, USA…), z setkami tysięcy zarażonych, z dziesiątkami tysięcy ofiar i z nielicznymi uzdrowieńcami.

Oto nowa kategoria globalizacji – tym razem koronawirusowej, obejmującej już prawie wszystkie kraje świata. Dobrze wiem, co to znaczy – przeżyłem bowiem już w XXI wieku dwie wielkie epidemie na placówkach RP w Chinach (w Pekinie: SARS = Severe Acute Respiratory Syndrom, ostra niewydolność dróg oddechowych i w Szanghaju – ptasia grypa.).
Nigdy nie zapomnę widoku pustych sklepów, środków transportu i opustoszałych ulic owych wielkich miast (Pekin – 15 mln a Szanghaj – 30 mln mieszkańców). W wyniku SARS-a zmarły wówczas 774 osoby w prawie 30 krajach. O 774 za dużo! Ale z powodu gruźlicy na świecie umiera corocznie 1,6 mln ludzi, czyli około 4.000 codziennie.
Strach ma wielkie oczy
Tym razem jednak może być znacznie gorzej i groźniej. Koronawirus jest i długo będzie tematem nr 1 w polityce, w mediach i w rozmowach zwykłych obywateli. Nic dziwnego – strach ma wielkie oczy. Na szczęście mało jest przykładów paniki i bezradności (może z wyjątkiem Jordanii). Liczne są natomiast przypadki solidaryzmu społecznego i pomocy dla potrzebujących. Prawie wszystkim „fachowcom” zdaje się, że są znawcami tej problematyki.
Tymczasem, świat i jego włodarze, nawet ONZ i UE, zlekceważyli ostrzeżenia głoszone przez specjalistów od dawien dawna. Sam pisałem o zagrożeniu biotechnologicznym jeszcze w listopadzie 2000 r. (!) [2]. Tym razem, pragnę powołać się, przede wszystkim, na wielkie autorytety w tej dziedzinie – na uczonych z Uniwersytetu Stanford w Kalifornii. Oto prof. Mark Shwartz opublikował, dnia 11.01.2001 r., znamienny artykuł w renomowanym „Stanford Report” [3].
Prognoza dla świata
W opracowaniu tym zawarta jest, m.in., analiza dociekań i wniosków wynikających z badań prof. Stevena Blocka, znanego biologa z tegoż Stanfordu. Interesuje się on głównie czarna ospą, wąglikami i koronowirusami. Prognoza dla świata wynikająca z jego badań jest przerażająca: „wojny biologiczne stanowią wielkie zagrożenie dla ludzkości w XXI wieku i w kolejnych stuleciach”; wojny z zastosowaniem również innych wirusów, np. czarnej ospy czy wąglika, niekoniecznie koronowirusa.
Można tylko domniemywać i spekulować, czy obecna pandemia nie jest jedynie „próbą generalną” dla zbadania reakcji władz, społeczeństw i… terrorystów? Teoretycznie, nie można wykluczyć takiej ewentualności. St. Block potwierdza, że np. czarna ospa została wyeliminowana w przyrodzie; ale USA i ZSRR zachowały pewne zasoby tego wirusa w stanie zamrożenia. Profesor ocenia, iż około tuzina państw nadal realizuje aktywnie programy tworzenia broni biologicznej i środków jej przenoszenia oraz ostrzega przed proliferacją broni biologicznych, przed dostępem terrorystów do nich oraz przed tzw. „black biology” („czarną biologią”).
Polega ona na wytwarzaniu genetycznie zmodyfikowanych (zmutowanych) odmian wirusów celem produkowania nowych broni biologicznych, np. w celach terrorystycznych.
Badacz postuluje także udoskonalenie kontroli w tej dziedzinie, dostępność niezbędnego sprzętu, np., celem wykrywania obecności wirusów w środowisku naturalnym i weryfikacji w dziedzinie biotechnologii tak dynamicznie rozwijającej się w XXI wieku. Dosadnie brzmią ostrzeżenia St. Blocka: „the time to act is now before disaster strikes…” (“trzeba działać teraz zanim nieszczęście nadejdzie”) oraz „we should not have to wait for the biological equivalent of Hiroshima to rally our defenses…” („nie powinniśmy czekać na biologiczny odpowiednik Hiroszimy, żeby umacniać naszą obronność…”).
Stwierdzenia te w ustach człowieka, który wie, co i o czym mówi, nie wymagają dodatkowych komentarzy.
Sprawcy pandemii
Czyja to wina?: Wielu zastanawia się obecnie nad przyczynami, nad mechanizmami i nad sprawcami tragicznej pandemii? Nie podejmuję się jednoznacznego rozstrzygania tej kwestii – bowiem za wcześnie na to; ponadto, nie znam się na medycynie i na wirusologii; analizuję natomiast polityczne, strategiczne, ekonomiczne, społeczne i międzynarodowe konsekwencje (bezpośrednie i długofalowe) szalejącej pandemii.
Główne kryteria i oceny alternatywne w tej mierze mogą być następujące (choć nie jedyne); pandemia wybuchła: – przez przypadek bądź w wyniku działania celowego; – jej siły sprawcze mogą znajdować się na Zachodzie bądź na Wschodzie [4]; – wielkiemu kapitałowi zachodniemu (szczególnie z USA) zależy na osłabieniu Chin i na zahamowaniu „China’s Rise”, zaś Chiny pragną nie dopuścić do ponownej dominacji, unilateralizmu i hegemonizmu USA w świecie [5];

  • neoliberałowie i neomalthusianiści zachodni nie panują nad światem i dążą do zmniejszenia (o połowę?) jego ludności; zaś mocarstwa BRICS z sojusznikami zmierzają do lepszej wspólnej przyszłości dla wszystkich obywateli oraz do zlikwidowania anomalii i dysproporcji spowodowanych przez neoliberalizm; – Zachód nie ma programu rozwoju i założeń ideologicznych dla świata a Wschód dysponuje nimi oraz oferuje je innym na zasadach partnerstwa i dobrowolności;
  • Wschód buduje innowacyjną przyszłość świata w pokoju i w bezpieczeństwie, podczas gdy Zachód upiera się przy swej starej wojennogennej (siłowej) metodologii w polityce, ewentualnie z zastosowaniem niektórych nowych elementów, np. patogenów. – USA nie zawahały się przed użyciem bomb atomowych przeciwko Japonii, tak i teraz mogłyby zastosować bomby biologiczne przeciwko wszystkim (także i samym sobie – polityka samobójcza).
    Co więcej, gdyby rzeczywiście okazało się, że USA wypuściły wirusa ze współczesnej „puszki Pandory”, to byłby to dowód ich bezsilności, rozpaczy i niewiary, że będą mogły jeszcze odzyskać panowanie nad światem w systemie jednobiegunowym. To jest nierealny American Dream (amerykańskie marzenie).
    Brak efektywnych rozwiązań
    Nowoczesne zbrojenia: nasilające się napięcie międzynarodowe i brak efektywnych rozwiązań krajowych, regionalnych i globalnych potęgują intensywny wyścig zbrojeń, w którym broń biologiczna może odgrywać coraz większą rolę. Jak zwykle, wojsko korzysta w pierwszym rzędzie i w masowej skali z najnowszych zdobyczy i odkryć naukowo – technicznych.
    Podam jedynie kilka najciekawszych przykładów:
  • drony emitujące zabójcze mikrofale i skomputeryzowane (ze sztuczną inteligencją), które same podejmują i wykonują decyzje na polu walki,
  • drony UAV (Unmanned Aerial Vehicles, Predator i Global Hawk) służące do „polowania” na ludzi, do zwiadu itp.; za ich pośrednictwem the US Central Command na Florydzie dowodzi działaniami bojowymi w Afganistanie (11.300 km dalej),
  • dron M19 Reaper o zasięgu globalnym, może latać przez 36 godzin bez przerwy i przewozić bomby o ciężarze do 250 kg oraz rakiety powietrze-ziemia i powietrze-powietrze,
  • automaty elektryczne DREAD (tzw. centryfugi) wystrzeliwujące 12.000 pocisków na minutę lecących do celu z szybkością około 2.439 m/sek. (bez huku i ognia),
  • działa elektromagnetyczne wystrzeliwujące pociski z szybkością siedmiokrotnie większą od prędkości dźwięku,
  • karabin elektromagnetyczny (mikrofalowy) rażący naskórek i powodujący piekielny ból (ale nie zabijający),
  • karabiny i działa laserowe niszczące system nerwowy człowieka i innych istot żywych,
  • laserowa broń antyrakietowa umieszczana na samolotach bojowych, ew. na satelitach i na okrętach wojennych, tzw. FEL (= Free Electron Laser),
  • termo baryczne bomby głębinowe BLU 118/B do niszczenia skrytek i bunkrów podziemnych (armia radziecka stosowała je w Afganistanie, w latach 80-tych XX wieku),
  • MOP (Massive Ordnance Penetrator) przebija ściany żelbetonowe o grubości do 18,5 m i wybucha na głębokości 61 m (z myślą o irańskich ośrodkach nuklearnych),
  • bezzałogowy myśliwiec US Air Force X-47B całkowicie zmienia charakter wojny w powietrzu, – myśliwiec V-22 Osprey może startować jak śmigłowiec i latać jak samolot,
  • hipersoniczny Falcon HTV-2, samolot ślizgacz o pięciokrotnej szybkości dźwięku, może przewozić głowice nuklearne i biologiczne na odległość kilku tysięcy kilometrów. To nowy etap w lotniczym wyścigu zbrojeń;
  • YAL-1 Airborne Laser Testbed samolot z głowicą laserową o wielkiej mocy do zestrzeliwania w locie rakiet taktycznych (tzw. pola walki) przeciwnika,
  • okręty wojenne nowej generacji z działami laserowymi niszczącymi cele (obiekty) przeciwnika w czasie 30 sekund.
    Poza tym jest wiele unikalnych nowości w robotyzacji, w wojnie hybrydowej, szczególnie cyberwars (np. ataki izraelskich hakerów wojskowych na irańskie instalacje wzbogacania uranu w Buszer, co zmniejszyło ich wydajność o 20 proc.), w dziedzinie kosmicznej i in.
    Postęp jest więc ogromny w wojskowości. Zachodzi pytanie; co robić ze starymi broniami konwencjonalnymi, na które wydano biliony dolarów?
    Postęp masowej zagłady
    Z natury rzeczy, postęp dotyczy także broni masowej zagłady – nuklearnych, chemicznych i biologicznych. Nowoczesne założenia strategiczne poszczególnych armii przewidują prowadzenie równoległych (równoczesnych) działań bojowych na szczeblu strategicznym, operacyjnym i taktycznym, przez co można lepiej „sparaliżować” przeciwnika.
    Wnioski z historii: broń biologiczna (w skrócie BB), nawet w swych najbardziej prymitywnych postaciach, była stosowana od zarania dziejów.
    Jako pierwsi używali jej łucznicy Scytów (w VII i VI wieku p.n.e.) – plemion koczowniczych na terenach obecnej Ukrainy. Moczyli oni ostrza strzał we krwi i w moczu przeciwników oraz w ich rozkładających się trupach. Katapultami przerzucano te trupy poprzez mury fortec strony przeciwnej.
    Później, plemiona pierwotne Afryki czy Amazonii zatruwały ostrza swych strzał i dzid znanymi sobie truciznami. Pamiętna jest „czarna śmierć” (dżuma) w Europie, przywleczona tu z Azji Środkowej (w 1347 r.) statkami kupców genueńskich. Z jej powodu życie straciło prawie 100 mln obywateli (od 450 mln do 350 mln).
    Zasadniczy postęp w zakresie BB datuje się natomiast od rozwoju mikrobiologii w końcu XIX wieku za przyczyną badań Louisa Pasteura, Roberta Kocha i in. W minionym stuleciu ponad 500 mln ludzi zmarło na świecie wskutek chorób zakaźnych, a kilkadziesiąt tysięcy Chińczyków zostało zamordowanych przy pomocy BB przez Japończyków podczas II wojny światowej.
    Najgroźniejszymi wirusami w BB jest ich 8 odmian na czele z ebolą, marburgiem i hantą (50% ogółu zgonów). Zapewne i koronawirus zajmie czołowe miejsce w tej klasyfikacji (oby nie!). Fachowcy powiadają, że broń biologiczna – to tyle, co „broń atomowa dla biednych”.
    Terroryzm biologiczny
    Wraz z tym, zwiększa się groźba terroryzmu biologicznego i eksperymentów biotechnologicznych mogących spowodować wytworzenie agresywnych nowych bakterii, wirusów i grzybic groźnych dla ludzi, roślin i zwierząt oraz – w sumie – dla życia na Ziemi.
    Z wiarygodnych źródeł wynika, że 16 krajów realizuje obecnie programy w zakresie BB, a mianowicie: Kanada, Chiny [6], Kuba, Francja, Niemcy, Iran, Irak, Japonia, Libia, Korea Płn., Rosja RPA, Syria, W. Brytania, USA oraz Tajwan.
    Jeśli zaś chodzi o Stany Zjednoczone, to tam niektórzy twierdzą, iż BB jest „niepraktyczna” (obosieczna?). Niemniej jednak w USA trwają prace nad BB, szczególnie w ich głównym ośrodku rozwojowym (Camp Detrick w stanie Maryland).
    Natomiast próby są przeprowadzane w bazie Pine Bluff w stanie Arkansas. Z dostępnych źródeł wynika, iż w okresie „zimnej wojny” USA i ZSRR posiadały tak znaczne arsenały BB, przy pomocy których można byłoby uśmiercić całą ludzkość na Ziemi. Richard Nixon, ówczesny Prezydent USA, wygłosił przemówienie (dnia 25.11.1969 r.), w którym proklamował zakończenie prac nad BB pod pretekstem, iż nie są one niezawodne oraz nakazał zniszczenie jej zapasów (arsenałów).
    Niezależnie od tego, w USA prowadzono nadal eksperymenty i produkowano 26 składników BB. Zarzucano temu mocarstwu stosowanie owej broni podczas wojny koreańskiej w 1952 r. oraz rozsiewano pogłoski, iż US Army użyła BB (szczególnie wirusów świńskiej grypy i gorączki dengue) przeciwko Kubie.
    Znane są także smutne doświadczenia dotyczące wybuchu epidemii eboli w Afryce oraz HIV/AIDS na świecie – z zamiarem tzw. depopulacji (zmniejszenia liczby) ludzkości.
    Kuriozalny stan rzeczy
    W konkluzji: póki co – mamy do czynienia na świecie z dość kuriozalnym stanem rzeczy w sferze militarnej: ni to pokój, ni wojna! Wprawdzie trup pada gęsto, ale krew się nie leje. Niemniej jednak, dotychczasowe skutki pandemii są już tragiczne i destrukcyjnie.
    Nade wszystko mam na względzie bezmiar nieszczęścia ludzkiego, szczególnie w tzw. epicentrach pandemii. Obok ofiar ludzkich najgorsze i najbardziej szkodliwe są olbrzymie straty materialne (ekonomiczne). Naprawa gospodarki światowej wymagać będzie, póki co, ponad 10 bln USD.
    Bardzo prawdopodobny jest także kolejny wielki kryzys gospodarczo – finansowy w świecie. Źle to wróży naszej cywilizacji i wręcz uniemożliwia rozwiązywanie jej wielkich problemów (klimat, środowisko, dysproporcje rozwojowe, woda, żywność, epidemie i wiele innych).
    Bezrobocie, głód, analfabetyzm
    Groźne mogą być także skutki społeczne pandemii i kryzysu (bezrobocie, głód, analfabetyzm, degradacja psychologiczna obywateli, inwazja biednego Południa na bogatą Północ itp. itd.).
    Pewne jest także, iż świat „obudzi się” bardzo odmieniony po pandemii i po kryzysie i – co ważniejsze – po totalnym krachu modelu neoliberalnego, który doprowadził ludzkość do wielkich nieszczęść. Niezbędna będzie także gruntowna przebudowa systemu globalnego, mechanizmów i zasad współpracy międzynarodowej.
    Ważny wniosek – to także demilitaryzacja naszej cywilizacji, szczególnie nierozprzestrzenianie i zniszczenie broni masowej zagłady: nuklearnych, chemicznych i biologicznych.
    Obecna pandemia, jako kolejna odmiana nieszczęsnej globalizacji neoliberalnej, nie osiągnęła jeszcze swego apogeum (kulminacji) i nie wiadomo, kiedy to nastąpi? Specjaliści nie wykluczają także ewentualności nawrotu zarazy. Oby tak się nie stało!

[1]. Koronawirus to gatunek wirusa z rodziny Coronavirinae zidentyfikowany w latach 60-tych XX wieku. Właściwości wiralne – kwas nukleinowy (RNA). Wywołuje ostre zakażenia dróg oddechowych prowadzące nierzadko do śmierci. Jest 7 gatunków koronawirusów „ludzkich”;
[2]. Por.: czasopismo „Dziś” nr 12 z końca 2000 r., opracowanie pt.: „Dylemat Ameryki”;
[3]. Vide: Mark Shwartz, „Biological Warfare Emerges as 21st Century Threat” (”Wojna biologiczna jawi się jako zagrożenie w XXI wieku”), „Stanford Report” z dnia 11.01.2001 r.;
[4]. W tej mierze istnieje tzw. podwójna alternatywa: sprawcą może być osoba z Zachodu lub ze Wschodu oraz cywil lub wojskowy;
[5]. Nic przeto dziwnego, że obie Strony obwiniają się nawzajem odpowiedzialnością za wywołanie pandemii i za jej skutki. Prawda jest jednak oczywista i logiczna: Chinom nijak nie zależało na zaszkodzeniu własnemu państwu i narodowi oraz całej zagranicy w czasie budowania Nowych Chin i Nowego Świata. Natomiast Stanom – chyba tak (szczególnie na osłabieniu Chin pod względem gospodarczym)! Władze i decydenci z USA nie przewidzieli wszakże, że mogą też zaszkodzić poważnie własnemu społeczeństwu i państwu. Ważne jednak, że Prezydenci ChRL i USA są w stałym kontakcie telefonicznym i starają się koordynować poczynania w walce z pandemią;
[6]. Chiny przystąpiły w 1952 roku do Konwencji o zakazie broni chemicznych i biologicznych (tzw. Geneva Protocol z 1925 r.) oraz oświadczyły, że nie produkują BB o ofensywnym zastosowaniu militarnym; ale media i ośrodki propagandy zachodniej atakują nadal ChRL w tym kontekście, w ramach wojny hybrydowej.

Syryjski zapalnik

Na zdjęciu widać różne wozy pancerne oraz flagi – syryjską, rosyjskie i amerykańską – to źle, czy dobrze, że są tak blisko siebie? Akurat w tej sytuacji niezbyt dobrze. Fotografię wykonano w miejscowości Chirbat Amu koło Hasaki, w północno-wschodniej części Syrii, kurdyjskiej Rożawie. Doszło tam do strzelaniny między Amerykanami a mieszkańcami miasteczka.

Wozy pancerne US Army są niemile widziane w tej okolicy. Jacyś młodzi zaczęli rzucać w nie kamieniami, Amerykanie otworzyli ogień i zabili miejscowego 14-latka. Pojechali potem w kierunku punktu punktu kontrolnego armii syryjskiej, a tam zaczęli zbierać się ludzie, już z bronią. Znowu doszło do strzelaniny.
Syryjczycy wezwali rosyjską żandarmerię, która pilnuje niedalekiej granicy z Turcją. Rosjanie szybko przyjechali próbując załagodzić sytuację. W końcu Amerykanie zaczęli odwrót do bazy pod osłoną granatów dymnych, gonieni przez mieszkańców. Amerykańscy żołnierze wezwali wówczas lotnictwo, które zrzuciło trzy bomby na Chirbat Amu. O mało nie doszło do bezpośredniego starcia rosyjsko-amerykańskiego. Ten rodzaj incydentów zdarza się coraz częściej i każdy może być zapalnikiem czegoś większego.
Po drugiej, północno zachodniej stronie kraju sytuacja w Idlibie, prowincji zarządzanej przez Al-Kaidę i atakowanej przez syryjskie wojsko, jest coraz więcej wojska tureckiego, które chce obronić tamtejszych dżihadystów, w porozumieniu ze Stanami Zjednoczonymi. Dochodzi już do bezpośrednich, krwawych walk syryjsko-tureckich, co stawia Rosję w trudnej sytuacji: ma walczyć przeciw armii NATO? Rosyjskie samoloty na razie tylko oddalają tureckie lotnictwo od frontu, ale w każdej chwili może dojść do bardzo niebezpiecznego spięcia.
W środku tego geopolitycznego galimatiasu pozostaje masa cywilów po obu stronach frontu. Turcy już dawno zamknęli granicę przed uchodźcami z Idlibu, otwierają ją tylko, by wysłać tam swoje wojsko i broń dla Al-Kaidy. W regionie jest już ok. 700 tys. ludzi (wg. ONZ), którzy uciekli z domów przed walkami. Norweska organizacja humanitarna NRC, która pozostaje na miejscu, błaga wszystkich o przerwanie ognia. Uchodźcy – w tym kobiety i dzieci – śpią w samochodach lub częściej na polach, a jest zimno i mokro. Brakuje żywności, koców, materacy, wszystkiego. Przestały działać szpitale, nie ma lekarzy.
Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że trwająca już dziewięć lat wojna zmierza ku końcowi. To nic, że cześć kraju okupują Amerykanie, część Izraelczycy, część Turcy i część dżihadyści. Pokonanie tych ostatnich w Idlibie zdawało się kwestią czasu, miało przynieść jakiś oddech zmordowanemu krajowi. I nagle znowu wszystko staje na ostrzu noża, bo Amerykanie chcą chronić tych, którzy mieli obalić syryjski rząd, choć właściwie nimi gardzą. W interesie izraelskim leży chaos w Syrii, więc Turcja ma zielone światło Waszyngtonu. Syria znowu zamienia się w globalny zapalnik, co znaczy, że nie tylko tamtejsi cywile mogą cierpieć. Lepiej, by zapalnik nie zadziałał, powodując wybuch.