Wojna i środowisko

6 listopada został ogłoszony świętem przez Zgromadzenie Ogólne ONZ w 2001 roku. Ma ono zwrócić uwagę na to, że przyroda zawsze pada ofiarą konfliktów i wojen, odbudowa zniszczonych zasobów często trwa jeszcze przez wiele lat po ustaniu działań wojennych.

 

Tak naprawdę rewolucja przemysłowa i I wojna światowa zapoczątkowała proces dewastacji środowiska na ogromną skalę podczas działań zbrojnych. Kolejną przyrodniczą katastrofą nowożytnych czasów okazały się bombardowania Hiroszimy i Nagasaki, kiedy ziemia została skażona radioaktywnymi izotopami. W morzach, min. w Morzu Barentsa i Karskim do dziś jeszcze zalegają nuklearne odpady. W Kongu wykarczowano połacie lasów pod obozowiska dla powojennych uchodźców.

Erik Solheim, dyrektor wykonawczy Programu Środowiskowego Organizacji Narodów Zjednoczonych, na konferencji prasowej w związku z dzisiejszym świętem wydał oświadczenie. Czytamy w nim:

„Prawie 1,5 miliarda ludzi na całym świecie – ponad 20 procent ludności na ziemi, żyje na terenach objętych konfliktami zbrojnymi: z ich powodu cierpi życie na całej planecie, zagrożone jest istnienie zbyt wielu gatunków, byśmy mogli patrzeć na to bezczynnie. Przez ostatnie dekady wojny w Kolumbii, Iraku czy Afganistanie doprowadziły do nieodwracalnych zniszczeń środowiska naturalnego. W samym Afganistanie na niektórych obszarach deforestacja sięgnęła 95 procent zasobów drzew”.

Sekretarz zwrócił uwagę na zatrucie powietrza poczynione w Iraku w 2017 przez Państwo Islamskie, przypomniał o dewastacji lasów w Kongu i Sudanie Południowym, a także o topniejącej populacji słoni w Afryce Centralnej, zniszczeniu infrastruktury rzecznej w Gazie oraz Jemenie, wykarczowaniu terenów zamieszkiwanych przez goryle górskie w Rwandzie.
W Programie Środowiskowym ONZ znalazły się rezolucje z 2016 i 2017 roku, w ramach których opracowano plany monitorowania zniszczeń i odtwarzania dziedzictwa przyrodniczego na terenach powojennych do 2030 roku. W celu ochrony zdewastowanego środowiska agenda podjęła współpracę z licznymi rządami i biznesowymi podmiotami.

Lewica i militaryzacja umysłów

Wojna, zanim wybuchnie naprawdę, musi zagościć w ludzkich głowach. Ludzie muszą się z nią oswoić.

 

Winna się stać normalną sprawą między ludźmi, że – mimo grozy ludobójstwa, masowych zabójstw, tortur, ran i dramatów (małych i dużych) – może być piękna i godna apologii. I towarzyszyć jej winna wzniosła śmierć: za ojczyznę, hymn i flagę, za wiarę religijną, za honor, za nasze wartości i cywilizację, za zyski tzw. „dobrodziejów pracobiorców” (właścicieli kapitału). Za to wszystko co jest wytworem naszego języka, rozumu, kultury. Jak jest wojna przedstawiana od lat w filmowych obrazach ? Czym karmią odbiorców gry komputerowe? A zabawki dla dzieci? A przestrzeń publiczna przesiąknięta agresją? A wreszcie stosunki interpersonalne oparte o rywalizacje, konkurencję, popularny „wyścig szczurów”, gdzie propagowanym przez neoliberalizm vel turbo-kapitalizm modelowym rozwiązaniem jest likwidacja albo wchłonięcie konkurenta.

A jak i co na te tematy mówią politycy nieprawicowi? Czy ktoś z nich odniósł się do naszej obecności w NATO, charakteru i współczesnej roli tego aliansu jako do czegoś podlegającego dyskusji ? Czy ktoś wyraził sprzeciw wobec agresywnego i irracjonalnego pomysłu – ze wszystkimi skutkami i kosztami – stałej bazy wojsk USA w naszym kraju, prezentowanego przez neoliberalną i nacjo-szowinistyczną prawicę? Czy ktoś z nich stwierdził wyraźnie, że nastawienie promilitarystyczne, poparte kultem śmierci, polskim mitomaństwem i ideą Polski jako „wiecznej ofiary” zdradzonej przez wszystkich jest niebezpieczne? Że te fantazmaty zatruwają świadomość młodych pokoleń i stają się nie tylko kulą u nogi naszego rozwoju, ale i elementem sprzyjającym naszej zagładzie w jądrowej pożodze? Czy któryś choćby rozłożył na czynniki pierwsze i skrytykował pomysł strzelnicy w każdym powiecie czyli miejsca, gdzie będzie się szkolić dzieci i młodzież do zabijania innych ludzi.

Nienawistnej i agresywnej narracji, retorycznemu uwielbieniu przemocy wobec każdego INNEGO (komuniści i postkomuniści, członkowie mniejszości – seksualnych, narodowych, religijnych, kulturowych) towarzyszy zawsze militaryzacja umysłów i realnej rzeczywistości. Bo przecież trzeba się bronić, trzeba walczyć, trzeba polec godnie za „Najjaśniejszego Pana i jego rodzinę” (jak mawiał dobry wojak Szwejk).

Lewica w Polsce – jeśli chce rzeczywiście zasłużyć na takie miano – niech zacznie mówić językiem lewicowym w przedmiocie wojennego szaleństwa, jakie opanowało szerokie kręgi mainstreamu europejskiego. Niech zapowie, iż w razie dojścia do władzy będzie dążyć do zmniejszenia napięcia w stosunkach europejskich, bo konflikt zbrojny może nas wszystkich bez wyjątku zmieść z powierzchni Ziemi. Czy nikogo z tzw. polskiej lewicy nie stać dziś na pomysł à la Adam Rapacki (z roku 1957) odnośnie stopniowo postępującego rozbrojenia na linii Wschód – Zachód? Polska lewica niech przestanie zachowywać się, mówić i reprezentować (de facto tak to w ciągu ostatnich dwóch – trzech dekad wygląda) interesy amerykańskich „jastrzębi”, którzy z kolei są lobbystami tamtejszego „kompleksu militarno-przemysłowego”, do którego współcześnie dochodzi jeszcze Wall Street. Tak zdefiniował te zagrożenia nie żaden komuch czy lewak, ale ustępujący z urzędu po dwóch kadencjach, prezydent USA Dwight Eisenhower.

W tak uprawianej polityce mają swe źródła zwycięstwa kreatur jak Trump i Bolsonaro czy wyroki sądów tłumaczących swastykę jako hinduski symbol szczęścia. Stąd jawią się liczne symbole „White Power” na tzw. Marszu Niepodległości w Warszawie, bezkarne nazistowskie pozdrowienia tłumaczone jako zamawianie pięciu piw, t-shirt z napisem „Auschiwtzland” na torsie lokalnej polityczki z Włoch. Faszyzacja przestrzeni publicznej idzie zawsze w parze z militaryzacją umysłów oraz obłaskawieniem wojny, przemocy, agresji w retoryce i postawach.

Partia wojny My, socjaliści

Partia wojny to groźne zjawisko. To głównie stan umysłu, który rozprzestrzenia się we współczesnym świecie, często jako wspólnota emocjonalna obrony przed zagrożeniami, wrogami realnymi lub wyimaginowanymi, zjawiskami, które można przypisać „obcym” lub konkretnym ludziom, układom, państwom czy porozumieniom międzynarodowym. To stan, który dotyczy nie tylko jednostek, ale całych grup społecznych, również państw. Dotyczy to również Polski. Jeśli uczestnikami „partii wojny” jest grupa kiboli, która chce dać po mordzie kolegom z sąsiedniego klubu piłkarskiego, to w zasadzie nie ma to znaczenia. Groźnie zaczyna wyglądać to zjawisko, jeśli przekracza ten stan granice miasta, województwa, czy kraju, a jeszcze groźniej, gdy nabiera charakteru polityki państwowej.
Szczególne znaczenie mają tutaj teoretyczne założenia, ale również praktyka działania wielu państw, które zakładają od ponad 30 lat, w myśl wskazań doktryny neoliberalnej, że wszystko jest towarem, wszystko daje się kupić, sprzedać, na wszystkim można zarobić. Od wieków wiadomo, że najlepiej zarabia się na sprzedaży broni i na wojnie. O ile wcześniej proceder wojenny nie cieszył się dobrą sławą i był potępiany ze względów moralnych, choćby przez kościoły różnych wyznań, o tyle współcześnie neoliberalny nakaz konkurencji i zysku dopuszcza również moralne przyzwolenie dla walki, zabijania i wojny. Dziś wielkie mocarstwa, aby mieć czyste oblicze i moralne prawo głoszenia pokoju tworzą prywatne armie, które walcząc, nie ponoszą odpowiedzialności za śmierć i zniszczenia całych obszarów globu. Mimo upływu prawie 30 lat, świat nie otrząsnął się po okresie „zimnej wojny”. Wyrosło już następne pokolenie naśladowców tych, którzy po II wojnie światowej marzyli o zniszczeniu przeciwnika w skali globalnej, również lokalnej i krajowej. Mimo, że pokolenie „zimnej wojny” odeszło w niesławie, to świat po 1989 roku nie znalazł się na torach prowadzących do porozumienia i pojednania. Akt Końcowy KBWE z 1974 roku funkcjonował i funkcjonuje nadal, ale w ograniczonym zakresie. Inne porozumienia międzynarodowe są honorowane wybiórczo lub zrywane. Pokój jako wartość nadrzędna stał się dobrem coraz mniej oczekiwanym. Do wojny spieszy się dziś niektórym politykom, niektórym generałom i naiwnej, oszukiwanej młodzieży, która szuka przygody wierząc, że wojna to gra komputerowa, w której każdy może kupić sobie nowe życie. Przykre jest to, że w nurcie tym znalazła się również Polska. Od kilkunastu lat, kiedy posmakowaliśmy pustynnego życia w Iraku i Afganistanie, co nie przyniosło, jak wiadomo, nic pozytywnego dla narodu i państwa, dalej brniemy w propagandę wojenną, opinia publiczna jest zmanipulowana poprzez wydumane, nierzeczywiste niebezpieczeństwa. Trwa poszukiwanie na siłę wroga i przygotowywanie teatru wojennego. Celował w tym szczególnie poprzedni minister obrony, któremu nie udało się co prawda wywołać żadnej wojny ani nawet zmienić nazwy ministerstwa na ministerstwo wojny, ale Akademię Sztuki Wojennej powołał. Wojna, jak wiadomo, jest narzędziem polityki. Polityka Polski w dziedzinie bezpieczeństwa jest w opłakanym stanie. Brak jest jasnej, sformułowanej w ramach konsensusu, definicji interesu narodowego, następuje samoograniczenie państwa w kreowaniu polityki bezpieczeństwa w regionie i przenoszenie odpowiedzialności za nie na sojuszników i partnerów z NATO. Mamy do czynienia z polityką kreowania sztucznych zagrożeń. Widać wyraźnie, że kolejne postsolidarnościowe ekipy brną w mitologię historyczną. Następuje degeneracja polskiej, państwowej myśli politycznej. Widać wyraźny brak jej styku z rzeczywistością. Problem wojny i pokoju nie dotyczy wyłącznie konkurujących ze sobą państw, ma on również współcześnie wymiar klasowy. Ostatnio premier Morawiecki stwierdził w imieniu polskiej prawicy, którą reprezentuje, że podziwia tych europejskich przywódców, którzy po thatcherowsku są w stanie przekonać świat pracy, że lepiej już nie będzie i „obniżyć poziom oczekiwań” pracowników – bo to kapitałowi ma być coraz lepiej, a nie im. Następnym krokiem jest tylko wojna. Morawiecki myśli dokładnie tak samo, jak myślała europejska elita i burżuazja przed wybuchem I wojny światowej. Polska Partia Socjalistyczna była i jest przeciw wojnie i polityce wojennej. Ma w swym dorobku w ciągu ponad 125 lat udział w wyzwalaniu kraju, wielkie bohaterstwo i myśl polityczną w czasie wojen obronnych w XX wieku. Krytycznie podchodzi jednak dziś do tego obszaru polityki, który jest efektem działań „partii wojny”. PPS uważa, że cała lewica polska powinna stanąć po stronie kreowania wartości pokojowych, realizowania polityki wychowania dla pokoju.
Polskie inicjatywy pokojowe w połowie XX wieku czyniły świat lepszym. Trzeba wrócić do tej polityki – zagłada nie jest alternatywą dla rozwoju. Nie dajmy się zmanipulować przez „partię wojny”, która jest nad wyraz aktywna w Polsce.

Rakiety obronią Syrię?

Kulisy izraelskiego nalotu na Syrię i zestrzelenia Ił-20 oraz ich konsekwencje.

 

W ostatnich tygodniach doszło do znamiennych wydarzeń, które będą miały daleko idące konsekwencje dla sytuacji militarnej na Bliskim Wschodzie. Konflikt syryjski wchodzi w nową fazę, a ofiarami rywalizacji Iranu i Izraela stało się 15 rosyjskich lotników. Rosjanie odpowiedzieli wstrzemięźliwie, ale stanowczo, de facto przejmując odpowiedzialność za OPL Syrii.

 

Kto zestrzelił, a kto zawinił tragedii rosyjskiego IŁ-20

18 września przedstawiciel rosyjskiego Sztabu Generalnego generał Igor Konaszenkow na specjalnej konferencji prasowej poinformował: „17 września o godzinie 22.00 cztery izraelskie samoloty F-16 atakując zrzuciły kierowane bomby GBU-39 na cele syryjskie w pobliżu miasta Latakia. Podejście do celów zostało przeprowadzone na niewielkiej wysokości nad Morzem Śródziemnym. Jednocześnie izraelskie samoloty celowo stworzyły niebezpieczną sytuację dla okrętów nawodnych i samolotów na tym obszarze. Bombardowanie przeprowadzono w pobliżu francuskiej fregaty „Auvergne” oraz w bezpośrednim sąsiedztwie samolotu Ił-20 rosyjskiego lotnictwa wojskowego, który schodził do lądowania. Lecąc pod radarową osłoną rosyjskiego samolotu izraelscy piloci podprowadzili go pod ostrzał syryjskiej obrony powietrznej. W rezultacie Ił-20, którego skuteczna powierzchnia odbijająca fale radarowe jest o rząd wielkości większa niż F-16, został zestrzelony przez syryjski pocisk rakietowy S-200. Izraelskie środki kontroli powietrznej i piloci F-16 nie mogli nie widzieć rosyjskiego samolotu, ponieważ przybył on tu i schodził do lądowania z wysokości 5 km. Niemniej jednak celowo przeprowadzili tę prowokację”.
Dowództwa rosyjskiej grupy wojsk w Syrii nie ostrzeżono o planowanej operacji. Powiadomienie „gorącą linią” otrzymano mniej niż minutę przed atakiem, co uniemożliwiło wyprowadzenie rosyjskiego czterosilnikowego samolotu rozpoznawczego do strefy bezpiecznej.
Izraelczycy stanowczo zaprzeczyli twierdzeniom Rosjan. Premier Izraela Benjamin Natanjahu dzwonił do prezydenta Putina, prosząc, aby izraelski dowódca lotnictwa mógł przedstawić zebrane dowody i argumenty, potwierdzające wyłączną winę Syryjczyków, którzy feralny samolot zestrzelili.
21 września w Moskwie doszło do spotkania dowódcy Sił Powietrznych Izraela generała Amikama Norkina i oficerów mu towarzyszących z dowódcą WWS generałem Siergiejem Surowikinem i wysokiej rangi oficerami rosyjskimi. Rozmowy były trudne. W ocenie rosyjskiej, strona izraelska ponosi odpowiedzialność za śmierć 15 rosyjskich pilotów i operatorów będących na zestrzelonym samolocie Ił-20. Izraelczycy winą obarczają „reżim Assada , Iran i Hezbollah”. Przekazali też 40 stronicowy dokument z ich dochodzenia. Generał Surowikin podkreślił , że Izraelczycy złamali umowę z 2015 roku o zasadach i „regułach gry” w regionie. Poinformowali 1 minutę przed atakiem Rosjan, więc nie było możliwości wycofania rosyjskich samolotów z obszaru walki. Poinformował Izraelczyków, że wojskowi rosyjscy prowadzą swoje śledztwo i podtrzymują dotychczasowe stanowisko. Na izraelskie wywody o winie Iranu i fakcie, że samolot rosyjski trafiła przecież syryjska, a nie izraelska rakieta, odpowiedź Rosjan była stanowcza. „Gdyby nie atak lotniczy Izraela na suwerenne terytorium Syrii do tragedii by nie doszło”.
Izraelczycy wychodzili z założenia, że zakłócenia elektroniczne stosowane od lat wobec OPL Syrii oraz pewna względność danych radiolokacyjnych rejestrujących tylko samoloty pozwolą im wybronić swoje racje. Przeliczyli się. Rosjanie w bazie Chmejmim mają system S-400 „Triumf” i stację radiolokacyjną 91H6E. Radar ten pozwala nie tylko śledzić cele lotnicze, ale w odległości do 230 km, śledzi również cele balistyczne o prędkości do 4300 m/s i zakłócić się go po prostu nie da.
23 września generał Konaszenkow poprowadził kolejną konferencję prasową, pokazując druzgocące dowody winy Izraelczyków. Przypomniał, ze izraelskie ostrzeżenie pojawiło się minutę przed atakiem izraelskich samolotów na Syrię, czym Izrael bezpośrednio naruszył umowę Rosja – Izrael z 2015 r. Izrael nie ostrzegł, gdzie dokładnie uderzy. Ministerstwo Obrony Federacji Rosyjskiej ma zapis rozmowy izraelskiego oficera, mówiącego po rosyjsku o ataku w północnej Syrii, a zaatakowano w zachodniej. Nie zgłoszono, gdzie znajdują się izraelskie F-16. Rosjanin zaprezentował szczegółowe zrzuty z ekranu rosyjskiego radaru, minuta po minucie pokazując co się działo 17 września. Samoloty izraelskie znajdowały się w obszarze manewrowania i pokryły się schodzącym do lądowania zwiadowczym IL-20. Obalone zostały kłamstwa Izraela, że samoloty po ataku wróciły do bazy, kiedy Syryjczycy odpalali rakietę S-200. Wprost przeciwnie po pierwszym ataku, samoloty Izraela krążyły, stawiając zakłócenia radiolokacyjne idealnie zasłaniając się lądującym rosyjskim samolotem. O 22.40 jeden z F-16 odłączył się ze strefy dyżurowania i zmierzał ku Syrii tuż za lądującym Ił-20, wówczas Syryjczycy sądząc, że to drugi atak, odpalili rakietę przeciwlotniczą S-200. Rakieta systemu S-200 typu 5 21 ma głowicę samonaprowadzającą się w końcowym etapie na cel. Minuta po minucie, Rosjanie pokazali, jak wystrzelona syryjska rakieta w kierunku F-16, nagle ostro zmienia kierunek i naprowadza się na „większy cel” – na Ił-20. Pilot F-16 świadomie „osłonił się” rosyjskim samolotem. Izraelczycy dokładnie wiedzieli, że Syria i Rosja mają odrębne systemy „swój-obcy” i perfidnie zrobili wszystko, aby do tej tragedii doszło.
24 września minister obrony FR generał armii Siergiej Szojgu oznajmił, że wykonując polecenie głównodowodzącego – prezydenta Rosji Władimira Putina – wojskom syryjskim w ciągu dwóch tygodni zostanie przekazany system przeciwlotniczy S-300. Po drugie – punkty dowodzenia syryjskiej obrony przeciwlotniczej uzupełnią rosyjskie systemy automatycznej identyfikacji i kontroli sytuacji w powietrzu, obsługiwane przez Rosjan. Po trzecie – nad akwenem Morza Śródziemnego Rosjanie stale będą zagłuszać sygnały radiowe i łączność satelitarną, w tym nawigację satelitarną samolotom dokonującym naloty na terytorium Syrii.
Do Syrii Rosjanie drogą powietrzną dostarczyli systemy walki radiowo elektronicznej „Krasucha-4” i „Zritel” Tak najprościej mówiąc, w odległości od 50 km do 200 km od wybrzeża, zgodnie z tym co zapowiedział minister obrony Rosji, Rosjanie mogą stłumić/zakłócić nawigację satelitarną samolotów i rakiet manewrujących, radary pokładowe i radiolokacyjne sterowanie bezpilotowcami (BSL). Czyli mówiąc kolokwialnie mogą „ogłupić” każdy statek powietrzny wokół Syrii i nad Morzem Śródziemnym przylegającym do Syrii. Rosjanie intruzów nie będą zestrzeliwać. Oni uczynią ich bezbronnymi i sami „spadną”. Jednak podstawowym ruchem jaki zbulwersował Izrael, USA i Francję, było dostarczenie systemy przeciwlotniczego dalekiego zasięgu S-300, który Syryjczycy zakupili jeszcze w 2010 roku, a którego jednak na prośbę Izraela Rosja Syrii nie dostarczyła. Spekulowano ile dywizjonów i jakiego typu systemy S-300 trafią do Syrii.

 

Z wielkiej chmury mały deszcz

Od dnia 25 września rozpoczął się „most powietrzny”. W bazie lotniczej Chmejmim zaczęły lądować samoloty transportowe Ił-76M i najcięższe samoloty transportowe świata, będące w linii, An-124 „Rusłan”. Nad górzystą Latakią, gdzie leży baza, zaobserwowano nawet mające za sobą wiele lat służby, czterosilnikowe turbośmigłowe transportowce strategiczne An-22 „Antiej” .
Na podstawie danych Flightradar wiadomo, że rosyjskie transportowce startowały z lotniska Floty Północnej na Półwyspie Kole – Olenja – w okolicach Murmańska, z międzylądowaniem na zatankowanie w Mozdoku (Czeczenia) i nad Morzem Kaspijskim, Iranem i Irakiem leciały do Syrii, do bazy Chmejmim. Samoloty An-124 „Rusłan” po dolocie w obszar przestrzeni powietrznej Syrii, były eskortowane przez 8 myśliwców Su-30SM i Su-35S, na wypadek prób ich przechwycenia przez lotnictwo Izraela. To na ich pokładach, z racji gabarytów, transportowano samobieżne wyrzutnie systemu S-300 i stacje radiolokacyjne. A więc kluczowe, najcenniejsze elementy systemu. Dziennie potrafiło lądować do 6 samolotów IŁ-76M. Z Moskwy wojskowe samoloty pasażerskie IŁ-62M i Tu-154M dostarczyły zaś żołnierzy i oficerów, (według mediów społecznościowych), z 202 przeciwlotniczej brygady rakietowej należącej do Zachodniego Okręgu Wojskowego. Do czasu przeszkolenia syryjskich przeciwlotników dyżury na dostarczonym sprzęcie będą pełnić bowiem Rosjanie z w/w brygady. Z informacji dostępnych w Internecie wynika, że jest to wyróżniająca się pod względem wyszkolenia jednostka należąca do OPL aglomeracji Moskwy.
Pośrednio sytuacja taka rodzi ewidentne komplikacje dla strony izraelskiej. Wszelkie próby zniszczenia elementów systemu S-300 należącego do Syrii, co zapowiada Izrael, skutkować będzie zabiciem rosyjskich żołnierzy.
To co obserwujemy do złudzenia przypomina sytuację z roku 1983, gdy ZSRR pod przykryciem manewrów „Kaukaz-2”, skierował do Syrii 8000 żołnierzy, w tym 3 pułki rakiet przeciwlotniczych S-200, jednostki radiotechniczne, zabezpieczenia oraz pułk walki radiowo-elektronicznej. Wojska radzieckie de facto utworzyły wówczas „parasol przeciwlotniczy” nad Syrią . Okres ich służby był w regionie niezwykle burzliwy. W sąsiednim Libanie ścierały się wojska Izraela i armia Syrii, a później interweniowała w Libanie armia USA. W grudniu 1983 podczas odpierania nalotów 3 i 6 skrzydła amerykańskiego lotnictwa pokładowego, z lotniskowców 6 US Navy na wojska syryjskie w Libanie, wojskowi radzieccy zestrzelili kilka szturmowych samolotów A-6 i A-7. Były to pierwsze straty USAF od czasów wojny w Wietnamie. Radzieccy przeciwlotnicy twierdzili, że w okresie służby zestrzelili jeszcze 3 samoloty myśliwskie F-14 „Tomcat” i jeden samolot wczesnego ostrzegania Grumman E-2C „Hawkeye” oraz 38 amerykańskich bezpilotowców.
2 października na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa FR minister obrony generał Siergiej Szojgu poinformował prezydenta Putina, że zakończono dostawę do Syrii systemu S-300. Z udostępnionych zdjęć, informacji generała Siergieja Szojgu i reportażu w rosyjskiej TV, wynika, że Rosjanie dostarczyli Syryjczykom drogą powietrzną wprawdzie przeszło 49 pojazdów, tj. pełne wyposażenie dywizjonu sytemu S-300, lecz tylko z czterema czterokontenerowymi wyrzutniami startowymi. Czyli póki co, możliwości ogniowe ma dywizjon ograniczone do jednej baterii. Według niepotwierdzonych informacji, sprzęt pochodzi z rezerw rosyjskiego MON przypisanych 531 gwardyjskiemu pułkowi rakiet przeciwlotniczych z Aleksandrowska (okolice Murmańska, Półwysep Kola). 8 września pojawiła się informacja w serwisie TASS, jakoby Rosjanie dostarczyli Syryjczykom 3 dywizjony, każdy z 8 wyrzutniami i po 100 rakiet na dywizjon. W mojej ocenie to informacja dalece nieprawdziwa.

 

Co dostarczono i jakie ma możliwości – fakty i mity

Media światowe, w tym nawet specjalizujące się w zagadnieniach militarnych pełne są przekłamanych informacji, map i danych. Wynika to z braku wiedzy specjalistycznej domorosłych strategów uprawiających „radosną twórczość” na bazie bezkrytycznego przepisywania danych z Internetu.
Co zatem dostarczono? Wbrew „hurra propagandzie”, nie są to najnowsze S-300WM „Antiej”-2500, lecz starsza wersja o niższych możliwościach bojowych i osiągach technicznych. Przekazano bowiem Syryjczykom S-300PM2. „Mózgiem” dywizjonu jest automatyczny punkt dowodzenia 54K6E2, pozwalający na jednoczesny ostrzał 36 celów połączony z naprowadzaniem na nie 72 rakiet przeciwlotniczych. Maksymalna ilość wykrywanych celów – do 300 obiektów, a liczba śledzonych celów – do 100. „Oczami dywizjonu” jest radiolokator wykrywania celów lotniczych 64Н6Е2. To w pełni automatyczny, trójwspółrzędny radar wykrywania, z dwukierunkową fazowaną anteną w paśmie S. Zapewnia centrum dowodzenia systemu wysokiej jakości informacje o obiektach lotniczych w promieniu 300 km. Ta informacja za pośrednictwem wbudowanych kanałów komunikacji jest używana przez każdy element systemu obrony powietrznej. Ponadto w dywizjonie jest kilka radarów 30N6E2 służących do podświetlania i naprowadzenia celów. Zapewniają one wyszukiwanie, wykrywanie, automatyczne śledzenie celów, wykonują wszystkie operacje związane z przygotowaniem i wystrzeleniem pocisków przeciwlotniczych, a także oceniają wyniki tego strzelania. Wreszcie dywizjon może posiadać do 12 kontenerowych wyrzutni pionowego startu 5P85S. Po 4 kontenery w wyrzutni, co daje razem 48 rakiet w dywizjonie. Dywizjon wyposażony jest w rakiety 48 6 2 o zasięgu 195 km, zdolnych razić cele lotnicze i taktyczne rakiety balistyczne w odległości do 40 km na wysokości do 27 000 m.
Laicy zatem rysują na mapach okręgi o średnicy 200 km i wmawiają czytelnikom, że to strefy zabezpieczone przez dywizjon S-300. Nic bardziej złudnego. Zasięg wykrycia celu przez radar ogranicza tzw. horyzont radiolokacyjny i rzeźba terenu, a także wysokość na jakiej leci samolot. Izraelscy piloci są świetnie wyszkoleni i obserwując sposób w jaki dotychczas bombardowali Syrię, dolot do celu będą prowadzili na średniej i niskiej wysokości, rzędu 100 m. Przy takiej wysokości lotu, zasięg wykrycia celu systemu S-300PM2 spada z 300 km, do 67 km, a przy 50 metrach do 55 km. Do tego pole radiolokacyjne w górach ma „ślepe pola”, więc samoloty Izraela lecące Doliną Bekaa nad Libanem zbliżą się jeszcze bardziej do wyrzutni. Izraelczycy bombardują za pomocą bomb szybujących GBU-39 mających zasięg do 110 km, z zasady jednak zrzucają bomby z odległości 70-80 km od celu. Samoloty atakują pod osłoną silnych zakłóceń na skrajnie małych wysokościach, silnie manewrując i odchodząc ku bazom bo zrzucie. Co istotne, Izraelczycy atakując cele w Syrii, co do zasady nie wlatują w przestrzeń powietrzną Syrii, a dokonują zrzutu bomb lub wypuszczenia rakiet manewrujących z przestrzeni powietrznej Libanu lub z nad wód międzynarodowych Morza Śródziemnego. Tym samym dowodzący obroną podejmował będzie trudne decyzje polityczne, czy może ostrzelać statki powietrzne Izraela w międzynarodowej przestrzeni powietrznej. No, ale zostawmy ten problem natury politycznej, aspekt techniczny jak widać ogranicza efektywną przestrzeń OPL systemy S-300 do 50-60 km od pozycji dywizjonu.
Jak zwiększyć zasięg wykrycia? Kluczem jest wysokość na jakiej jest radar. Optymalne są samoloty wczesnego wykrywania typu AWACS. Rosjanie silnie odstają w tym zakresie od sił USA i NATO posiadających słynne Boeing E-3 „Sentry”. Wprawdzie WWS przebazowały do Chmejmim swojego A-50M, okresowo bazują nawet dwa, jednak i tak nie są wstanie pełnić dyżuru całodobowego. Co zatem można? Prawdopodobnie w dostarczony sprzęt będzie wyposażony pechowy 44 dywizjon należący do 39 przeciwlotniczego pułku rakietowego z Masjaf. Pozycje owego dywizjonu wyposażonego dziś w leciwe systemy S-200WE, rakietą którego zestrzelono feralny rosyjski Ił-20, są dobrze ufortyfikowane i posiadają rozbudowaną infrastrukturę dla pojazdów i urządzeń systemów przeciwlotniczych. Co istotne, pozycje dywizjonu znajdują się w nadmorskich górach na wysokości 1200 m npm. W takich warunkach średni zasięg stacji radiolokacyjnej systemu wynosi od 200 do 300 km, bez uwzględnienia rzeźby terenu i horyzontu radiolokacyjnego. Uwzględniając metody ataku i doświadczenie izraelskich pilotów latających na małych wysokościach (około 100 m), horyzont radiolokacyjny, a więc możliwość ich wykrycia skraca się do 160 km. Przy 50 metrach jest to 148 km. Czyli już całkiem wystarczająco. Biorąc pod uwagę, że Izraelczycy atakują lecąc przez Dolinę Bekaa, a tędy następuje gros nalotów, oraz obszar górzysty, to zasięg wykrywania celów na małej wysokości z tego kierunku , dywizjonu S-300PM2 spada do ok. 60 km. Czy zatem syryjski S-300 jest bezbronny wobec izraelskich nalotów? Nie. Będzie osłaniany przez rakietowo-artyleryjskie systemy przeciwlotnicze krótkiego zasięgu „Pancyr”-S, zdolne wykrywać i zestrzeliwać rakiety przeciwlotnicze i bomby.
Trzeba jednak popatrzyć całościowo, na to co zrobili Rosjanie. Otóż oprócz owego dywizjonu S-300PM2, jakie mają po przeszkoleniu obsadzić Syryjczycy, do Syrii przerzucono zautomatyzowane punkty dowodzenia OPL, oraz najnowsze systemy walki radiowo-elektronicznej „Zritiel” i „Krasucha-4”. Rosjanie, nie chcąc oddawać kodów systemu swój-obcy, sami przejęli ciężar dowodzenia i stworzyli zintegrowaną zautomatyzowaną OPL Syrii. Wpięte w nią będą jednostki syryjskie wyposażone w ok. 20 systemów przeciwlotniczych średniego zasięgu „Buk-M2”, 36 rakietowo-artyleryjskich systemów przeciwlotniczych krótkiego zasięgu „Pancyr”-S1/S2, 25 systemów krótkiego zasięgu „Tor”M2U i ok. 15 systemów białoruskich rakiet S-124 „Peczora”-2M. Oprócz tego, wracamy do Latakii, należeć do tej zintegrowanej OPL będzie rosyjski dywizjon wyposażony w system S-400 „Triumf” bazy lotniczej Chmejmim oraz dywizjon rosyjski w bazie morskiej Tartus wyposażony w najnowocześniejszą wersję S-300WM „Antiej”-2500. Mobilny system „Antiej”-2500 to zupełnie nowa generacja pocisków przeciwlotniczych i systemów obronnych (Przeciwlotniczych i przeciwrakietowych). Przeznaczony jest, według założeń producenta, dla obrony ważnych państwowych, wojskowych i przemysłowych obiektów, grup wojsk i portów przed atakiem balistycznym i aerodynamicznym z powietrza. „Antiej”-2500 to jedyny na świecie uniwersalny środek obrony przeciwrakietowej i obrony powietrznej, który może skutecznie radzić sobie z pociskami balistycznymi o zasięgu do 2500 km, a także z wszystkimi rodzajami celów aerodynamicznych i aerobalisticznych. W systemie S-300WM zastosowano nowy pocisk ziemia-powietrze o znacznie wyższym zasięgu, wysokości rażonych celów i wytrzymałości na przeciążenia (aż do 30 jednostek) i mający o połowę krótszy czasu przygotowania do użycia bojowego. Wykorzystywane są lepsze narzędzia obliczeniowe i zainstalowane systemy komputerowe. Te i inne ulepszenia pozwoliły w porównaniu z S-300W zwiększyć zasięg systemu ognia (do 400 km), zwiększono też zakres przedziałów prędkości rażonych celów z 3000 do 4500 m/s, zwiększono zasięg możliwości rażenia rakiet balistycznych i obniżono czas reakcji systemu. Pełna automatyzacja operacji bojowych, wysoka niezawodność operacyjna, wykorzystanie nowoczesnych metod wyszukiwania i rozwiązywania problemów determinuje minimalną liczbę niezbędnych obliczeń. Pojazdy kompleksu są w stanie prowadzić szybki marsz po nierównym terenie i mogą zajmować pozycje ogniowe bez jakiegokolwiek wcześniejszego przygotowania terenu (z marszu). Mamy zatem w Latakii, czyli tam gdzie znajdują się bazy rosyjskie, morska i lotnicza, wielowarstwową nowoczesną obronę przeciwlotniczą w skład której wejdzie syryjski dywizjon S-300PM2. Pytaniem otwartym pozostaje czy dywizjon zostanie rozbudowany o kolejne baterie wyrzutni, ma wszak tylko 4 z możliwych 12. To broń szalenie kosztowna. Za 8 pułków S-400 Triumf Indie właśnie zapłaciły Rosji 5,4 miliarda dolarów. Kwestia druga to pytanie, czy ów dywizjon zostanie przesunięty kiedykolwiek do osłony bombardowanej wielokrotnie stolicy i obiektów wokół Damaszku. W ocenie specjalistów do osłony trójkąta głównych miast Syrii : Damaszku, Homs i Hamy potrzeba kolejnego dywizjonu S-300, a najlepiej dwóch. Sądząc po aktywności „Syria Express” oraz kontynuowanych nocnych lotach do Chmejmim An-124, Rosjanie dokompletują dywizjon.
Gwoli wyjaśnienia laikom, w celu stworzenia całościowej (strefowej, nie obiektowej) obrony przeciwlotniczej Syrii, potrzeba od 6-8 pułków systemów przeciwlotniczych dalekiego zasięgu typu S-300. Pułk składa się z 3-4 dywizjonów. Dywizjon z 2-4 baterii. Bateria z 2-4 wyrzutni. Maksymalnie w dywizjonie jest 12 wyrzutni, każda z 4 kontenerami pionowego startu co daje siłę ognia 48 rakiet. Tymczasem do Syrii z Rosji dostarczono wyposażenie dywizjonu i 4 wyrzutnie, co daje „salwę” 16 rakiet.
Niedawno potężny rosyjski konwój pojazdów, który wyruszył z ciężkim sprzętem do Deir ez-Zor w pobliże terenów Syrii zagarniętych przez USA, też pietruszki nie wiezie. Rosjanie sukcesywnie i konsekwentnie budują pełny system OPL zabezpieczający kontrolowane przez rząd w Damaszku obszary Syrii tak przed „wycieczkami” pilotów Izraela jak i zachodnich „partniorów”. Na „pomoc” Izraelowi podążyły USA, decyzją prezydenta Trumpa przekazując lotnictwu Izraela z rezerw USAF dodatkowe ultranowoczesne samoloty F-35 „Lightning” II. Sytuacja jak widać jest dynamiczna.

Nie mieli szans

Powstanie warszawskie trwało 63 dni. Oddajemy hołd powstańcom Warszawy, którym z jednej strony przyświecał heroizm, patriotyzm i gotowość do poświęceń, a z drugiej strony głupota polityczna naszych przywódców.

 

Generałowie Tadeusz Bór-Komorowski, Leopold Okulicki, Tadeusz Pełczyński, Antoni Chruściel i pułkownik Rzepecki, zamiast bronić Warszawy i jej mieszkańców, doprowadzili miasto do zagłady, Było to samobójstwem. Wywołanie powstania było ciężką zbrodnią.
Depesze gen. Sosnowskiego z Londynu dotyczące sprzeciwu powstania nie dotarły. Tu zakrawa na zdradę dowódców powstania. Generał Sosnkowski dał Okulickiemu zadanie ratować biologiczną substancję narodu przez powstrzymanie wybuchu powstania. Okulicki złamał rozkazy naczelnego wodza, plamiąc mundur i honor oficera Wojska Polskiego. To Okulicki wysunął projekt walki o Warszawę. Powstanie Warszawskie „zawdzięczamy” generałowi Okulickiemu. Jak pisze Piotr Zychowicz w książce „Obłęd 44” w rozstrzygających dniach poprzedzających decyzję o wywołaniu Powstania warszawskiego gen. Okulicki niemal cały czas był na rauszu. Gen. Okulicki przeciwko niemieckim czołgom i samolotom rzucił kwiat polskiej młodzieży z butelkami z benzyną. Wszystko wskazuje na to, jak pisze autor ksiązki, że Okulicki, Pełczyński i Rzepecki zawarli za plecami Komorowskiego tajne porozumienie. Zawiązali spisek, którego celem było wywołanie powstania w Warszawie . Ta sprawa jest pomijana przez historyków, którzy oparli swoje kariery na wychwalaniu decyzji, która doprowadziła do rzezi Warszawy.
Podjęcie decyzji o wszczęciu Powstania warszawskiego było jedną z najtragiczniejszych decyzji w historii Polski. Jej skutkiem było zburzenie stolicy państwa, śmierć 200 tysięcy ludzi, eksterminowanie elity narodu.
Powstanie warszawskie oparte było, jak pisze autor wspomnianej książki, na absurdalnej koncepcji politycznej i wojskowej. Zostało przeprowadzone według fatalnego planu i bez środków do walki. Samo wyznaczenie godziny „ W” na piątą godzinę po południu było katastrofalną decyzją. Żołnierze AK wytrwali pod morderczym ogniem nieprzyjaciela 63 dni i to może być dla nas powodem do dumy. Ludziom tym należy się najwyższe uznanie i pamięć nasza oraz przyszłych pokoleń. Powstanie Warszawskie tak naprawdę nie trwało 63 dni, lecz kilkaset minut. Tyle, ile zajął pierwszy zakończony krwawą łaźnią szturm. Potem AK już po prostu starała się tylko przetrwać.
Już 1 sierpnia w nocy depesza Komendy Głównej mówiła o klęsce Powstania. Jak wspomniał, obecny wówczas w Londynie, generał Marian Kukiel „Anglicy na wiadomość o powstaniu po prostu zdębieli”. Powstanie Warszawskie było najtragiczniejszym błędem , jaki popełnili Polacy w swych najnowszych dziejach. Co należało zrobić? Oczywiście to, co się robi, gdy przegrywa się bitwę – kapitulować.
Gen. Bór-Komorowski powinien wystąpić do Niemców o pertraktacje kapitulacyjne nie na przełomie września i października 1944 roku, ale już 2 sierpnia. Niestety, ani kapitulacja wycofanie wojska z miasta dla wysokich rangą oficerów AK nie wchodziły w grę. Cały czas liczyli przecież na pomoc wytęsknionych, wyglądanych sowietów. Po klęsce 1 sierpnia jeszcze przez trzy dni Armia Krajowa mogła prowadzić działania zaczepne.
Autor książki przypomina również o braku odpowiedzialności oficerów Armii Krajowej, którzy pozwolili dzieciom walczyć. Miejscem polskich dzieci było boisko sportowe, a nie powstańcze barykady. W jednym tylko obozie dla jeńców wojennych po wojnie znalazło się 550 powstańców poniżej 18-go roku życia, w tym 49 poniżej 15-go. Wszystkie dzieci , które tak lekkomyślnie zmarnowano w Powstaniu Warszawskim, były potrzebne Ojczyźnie po wojnie.
Uczestnik powstania Jan Ciechanowski pisał: „Leży tam pokotem kwiat warszawskiej młodzieży, kwiat Armii Krajowej, leży batalion za batalionem, kompania za kompanią, pluton za plutonem, leżą tamci, których dzisiaj tak nam brakuje”. Bezsensowna, męczeńska śmierć najwspanialszych, najbardziej patriotycznych naszych dzieci jest plamą na honorze AK.
Konsekwencją wybuchu Powstania Warszawskiego było wydanie przez Hitlera rozkazu zrównania polskiej stolicy z ziemią i wymordowanie jej mieszkańców.
1 sierpnia 1944 roku rozpoczęła się droga krzyżowa miliona Polaków , która do dzisiaj jest starannie przemilczana przez piewców Powstania Warszawskiego. Cywilni mieszkańcy stolicy byli największym , obok oficerów rozstrzelanych w Katyniu, męczennikami polskiej historii. Ci cywile – choć pomijani w rocznicowych przemówieniach – byli nie mniejszymi bohaterami od żołnierzy AK.
Premier III RP podczas uroczystości 74. rocznicy Powstania Warszawskiego powiedział: „ Nie byłoby nas dzisiaj bez Powstania”. To jest wielkie kłamstwo. Powstańcy nie mieli żadnych szans wypędzenia okupanta hitlerowskiego z Warszawy. Wiemy, że politycy „dobrej zmiany” wstydzą się powiedzieć prawdę, że żołnierz radziecki i żołnierz polski wypędzili okupanta nie tylko z Warszawy, ale też i z Polski – dlatego tu jesteśmy na tej uroczystości, bo kominy krematoriów przestały dymić.
Powstańcom należy się wielka cześć i chwała, którzy przez nieudolność i zdradę niektórych dowódców ginęli nie osiągając niczego.

Bombowe liczby

Znane powiedzenie pewnego niesławnego marszałka, że „śmierć jednostki to tragedia a milion zabitych to tylko statystyka” miało zapewne sugerować, że nasza wyobraźnia ma pewne ograniczenia. Policzenie sobie do miliona, gdybyśmy chcieli liczyć na głos co sekundę (od pewnego momentu byłoby trudno się w niej zmieścić, ale dajmy na to) zajęłoby nam prawie 12 dni, więc w zasadzie to się da ogarnąć. Schody zaczynają się późnej: gdybyśmy chcieli wyobrazić sobie wielkość miliarda i liczyli bez przerwy w ten sam sposób, musielibyśmy stracić na to niemal 32 lata. A bilion, czyli tysiąc miliardów, policzcie sami, sięga już daleko poza science-fiction.

 

Porażka wyobraźni wobec wielkich liczb sięga nawet takich potęg statystycznych, jak Stany Zjednoczone, więc nie ma co popadać w kompleksy. W tym roku tamtejsi księgowi rządowi policzyli, że w latach 1998-2016 z kont Pentagonu (amerykańskiego ministerstwa wojny) zniknęło w tajemniczych okolicznościach 21 bilionów dolarów. Są nierozliczone, po prostu rozpłynęły się w powietrzu, jak wynik naszej wyobraźni, kiedy spróbujemy sobie przedstawić, co kryje się za krótką informacją „21 bilionów”. Co do kompleksów, należałoby tych pieniędzy szukać w amerykańskim kompleksie militarno-przemysłowym, ale bezradność wyobraźni sprawiła, że realistycznie postanowiono ich po prostu nie szukać. My ludzie mamy w końcu do dyspozycji coś tak wspaniałego, jak machnięcie ręką.
Są zresztą statystyki, które wyobraźnia może z grubsza objąć. Znany dziennikarz śledczy i publicysta David DeGraw dokopał się do dokumentów CIA, z których wynika, że skuteczność amerykańskich bombardowań dronowych wynosi dwa procent. Taka jest proporcja zabitych przez bombę osób, w które ta bomba celowała. Małe liczby też potrafią zrobić wrażenie. Dla otrzeźwienia zwróćmy więc chłodno uwagę, że 98 proc. ofiar to ci, którzy byli po prostu w pobliżu eksplozji. Część to powiedzmy znajomi królika, a reszta to starcy, kobiety, dzieci, przechodnie. Wielu z nich zostaje rozerwanych na sto kawałków. To się nazywa uderzenie chirurgiczne. Wyobraźmy sobie wizytę u lekarza, który w 98 wypadkach na sto zamiast wycisnąć pryszcza na czole, odcina nam głowę piłą ogrodową.

W każdym razie, statystycznie, rozrywanie niewinnych na sto kawałków Amerykanie praktykują równo co 12 min. Kiedy tu sobie patrzymy w ekran, musiałoby coś się zdarzyć, żeby chciało nam się odwracać głowę równo co 12 minut, i tak przez resztę dnia i nocy. Na szczęście mamy do czynienia wyłącznie ze statystyką. US Army zrzuca 121 ciężkich bomb na dobę w różnych krajach, choć oficjalnie nie prowadzi w nich wojny, to daje te 12 minut. Tak jest za Trumpa. Wszyscy pamiętamy głupkowatego George’a Busha, ale to był dzieciak, jego wojskowi zrzucili raptem 70 tys. bomb na pięć krajów. Obama, ze swoim czarującym uśmiechem artysty, wyprzedził poprzednika o 30 tys. bomb i dwa kraje. Dzięki temu dołączył do ścisłego grona tych laureatów Pokojowej Nagrody Nobla, którzy zabili mnóstwo ludzi, tj. do Henry’ego Kissingera.

Wśród ostatnich trzech przywódców imperium amerykańskiego rekordzistą jest Trump, jeśli przyjąć, że kontroluje Pentagon. Pierwszy rok jego kadencji to nieco ponad 44 tys. eksplodujących ładunków, owe 121 na dobę. Aż pilotom i operatorom dżojstików zaczęło brakować bomb. Wyobraźmy sobie teraz brak bomb. W tak małą liczbę – domniemane zero – trudno nam uwierzyć. A świat bez bomb? Myślimy, że mogłyby uwierzyć weń najwyżej dzieci, jeśli nie zostaną rozerwane na sto kawałków. Nie marzymy już o tym, bo u nas bomby nie spadają, są poza wyobraźnią, chyba, że na ładnych filmach. Od ostatniego bombardowania w Polsce minęły niepojęte dwa miliardy sekund i jeszcze trochę.

Stefan Okrzeja, bojownik PPS My, socjaliści

Polska pamięta o wielkich socjalistach: bohaterach, którzy walczyli nie tylko o niepodległość, ale i o równość społeczną. Oto jeden z nich.

 

W dniu 21 lipca minęła 113 rocznica stracenia przez władze carskie na stokach Cytadeli Warszawskiej Stefana Okrzei. Szczególnie on wyróżniał się patriotyzmem i wolą walki na tle młodych bojowców PPS, którzy zaangażowali się w aktywne działania w Rewolucji 1905 roku. Mimo upływu czasu był przywoływany zawsze jako symbol wielkiego zaangażowania i poświęcenia dla spraw niepodległości Polski i sprawiedliwości społecznej, dwóch zasadniczych wytycznych programowych Polskiej Partii Socjalistycznej.
Stefan Aleksander Okrzeja ps. „Witold”, „Ernest” urodził się 3 kwietnia 1886 we wsi Dębe (mazowieckie), zm. 21 lipca 1905 w Warszawie. Był robotnikiem, członkiem PPS i Organizacji Bojowej PPS, aktywnym działaczem socjalistycznym.
Początek XX wieku był na ziemiach polskich, ale także na terenie całej Rosji bardzo niespokojny. Wybuch wojny rosyjsko-japońskiej w lutym 1904 roku stanowił swego rodzaju punkt zwrotny w życiu Stefana Okrzei, podobnie jak w działalności całej PPS. Przejawiał się on we wzmożonej aktywności wystąpień antycarskich, głównie w formie demonstracji robotniczych. Demonstracje te, organizowane przez rzutkiego działacza okręgowego PPS Bolesława Bergera, przeprowadzały w Warszawie dziesięcioosobowe „grupy techniczne”. Okrzeja był chorążym „grupy praskiej”. Jako chorąży grupy był praktycznie jej organizatorem i komendantem odpowiedzialnym za sztandar. Najbardziej głośny był udział Stefana Okrzei w historycznej demonstracji 13 listopada 1904 roku na placu Grzybowskim w Warszawie, demonstracji zorganizowanej przez PPS przeciwko wojnie rosyjsko-japońskiej i przymusowej mobilizacji rekrutów do armii carskiej. Demonstracja ta stanowiła historyczny chrzest bojowy PPS i była zaczątkiem działań rewolucyjnych nazwanych później Rewolucją 1905 roku.
Najważniejszą i ostatnią akcją bojową Stefana Okrzei był udział w głośnym zamachu na znienawidzonego przez ludność Warszawy oberpolicmajstra płk. barona Karla Nolkena.
Okrzeja, ujęty przez policję, trzy miesiące później, po zaleczeniu ran, 13 czerwca 1905 roku, stanął przed Wojskowym Sądem Okręgowym w Warszawie. Zapadł wyrok śmierci.

 

Wieszaj bracie! po cóż stoisz?
Polak śmierci się nie lęka.
Każdy widzi, że się boisz,
Bo drży ci katowska ręka.
Jam za wolność ciągle walczył,
Wiem, co polska konstytucja
I ostatni okrzyk wznoszę:
Niechaj żyje rewolucja!

 

Według relacji historyka z 21 lipca 1905 r. „Wyrok wykonano błyskawicznie, nie zawiadamiając o nim nikogo. Na plac egzekucji Okrzeja szedł spokojnie. Na stokach cytadeli, koło szubienicy czekały na niego władze forteczne, administracyjne i prokuratorskie. Kat był w masce. Okrzeja prosił, aby mu nie zawiązywano oczu i aby mu pozwolono założyć stryczek własnoręcznie. Wadliwie u góry przymocowany sznur z haka się oślizgnął, Okrzeja upadł i egzekucja rozpoczęła się powtórnie. Okrutnym zbiegiem okoliczności bohaterski ten męczennik grozę śmierci miał przeżywać dwa razy”. (St. A. Radek, Rewolucja w Warszawie 1904-1909. Warszawa 1938).
Była to, po 19 latach, od czasu stracenia czterech działaczy partii „Proletariat”, pierwsza egzekucja więźnia politycznego. Okrzeja ginąc wzorem proletariatczyków wzniósł okrzyk: „Niech żyje rewolucja! Precz z caratem!” Pochowany został w nieznanym miejscu. Prasa robotnicza różnych kierunków zamieściła nekrologi Okrzei i artykuły protestacyjne. Wyrok uznano za polityczne morderstwo. Wzywano do kontynuowania rewolucyjnej walki z caratem. CKR i WKR PPS wydały odezwy protestacyjne.
Na wniosek Komisji Odznaczeniowej PPS Stefan Okrzeja został odznaczony w 1930 roku pośmiertnie przez Prezydenta II RP Orderem Odrodzenia Polski III klasy „za wybitną, ofiarną pracę dla Niepodległości w szeregach Organizacji Bojowej PPS”. W tym samym roku nadano mu również odznaczenie wojskowe „Krzyż Niepodległości z Mieczami”.
Stefan Okrzeja to wielka postać zasłużona dla niepodległości Polski, dla Polskiej Partii Socjalistycznej. Znalazł się w gronie Wielskich Socjalistów upamiętniony w księdze „Wielcy Socjaliści”, wydanej w 2017 roku. Stosunek do tej postaci współcześnie bywa różny, mimo, że wszystkie wielkie encyklopedie zaliczyły Stefana Okrzeję do wielkich bohaterów narodowych.
Najbardziej oburzająca próba miała miejsce w Warszawie w 1998 r., kiedy prasa ujawniła, że diecezja praska podjęła starania o przemianowanie ulicy Stefana Okrzei na Pradze, ciągnącej się od Wybrzeża Szczecińskiego do Targowej, na ulicę kardynała Aleksandra Kakowskiego. Zdecydowanie zaprotestowały przeciwko tym zamiarom środowiska lewicowe. Na łamach „Trybuny” Janusz Lewicki stwierdzał: „Są pewne granice, których nikomu przekraczać nie wolno… zwłaszcza tych ulic, których patronami są polscy rewolucjoniści. Żołnierze niepodległościowego czynu, któremu towarzyszyły trupy poległych, szubienice i Sybir, wprowadzeni na trwałe do literatury polskiej przez tej miary pisarzy i poetów, jak Stefan Żeromski, Andrzej Strug, Julian Tuwim i Władysław Broniewski”.
Dziś po latach pojawia się cały czas aktualne pytanie, czy Polska pamięta o swoich wszystkich bohaterach, którzy oddali życie w imię niepodległości państwa, wolności obywateli, sprawiedliwości społecznej. Można odnieść wrażenie, po wielu przykładach, że III Rzeczypospolita wybiera swych bohaterów selektywnie, na miarę doktryn politycznych rządzących ekip, a nie na miarę rzeczywistych zasług dla państwa, narodu, wolności, demokracji i sprawiedliwości. Stefan Okrzeja jest tego przykładem. Należy on do grona Wielkich Polaków i Wielkich Socjalistów, o których zapominać nie wolno.

Drogi ku niepodległości

Prowadzili nas nimi przez czas zaborów, w zmartwychwstałym państwie, w okresie okupacji, wreszcie znowu w Polsce – nasi nauczyciele, profesorzy, wychowawcy.

 

11 listopada prawie wszystko odbędzie się, jak zwykle, czyli sporo maszerującego wojska, przemówienie prezydenta, składanie wieńców i tłum widzów. Tradycyjnie Święto Niepodległości sprowadzane jest od lat tylko do czynów i czasów walki zbrojnej, z pominięciem wszystkich pozostałych wysiłków Polaków na przestrzeni lat, którzy różnie, ale bardzo wymiernie, utrwalali marzenie o niepodległym państwie, a wyzwolony kraj odbudowywali i tworzyli bardziej dostatnim. Na honorowej trybunie i w pierwszym szeregu maszerujących zabraknie nauczycieli, którym należne są czołowe miejsca w paradzie niepodległości.

 

Maria i Antoni

z odmiennych stron ówczesnych, podzielonych ziem polskich, podążali ku wymarzonej Polsce. Ona, urodzona na kowieńskiej Litwie z rodzinnego domu wyniosła wspomnienia o dziadku, który w Powstaniu Styczniowym walczył o Polskę, a z nauk rodziców i starszego rodzeństwa znajomość ojczystego języka, bowiem w szkole uczono tylko po rosyjsku. On, z Galicji, będącej w pewnej mierze substytutem Polski, swojego pierwszego patriotycznego czynu dokonał rozbijając kałamarz pełen atramentu o portret Najjaśniejszego Pana, a później kradnąc, stacjonującym podczas Wielkiej Wojny Kozakom, nieupilnowaną pikę.
Gdy wybuchła Polska i stała się realnością, przepojeni wielkimi nadziejami na przyszłość i szukając swego aktywnego miejsca w dorosłym życiu, odnaleźli je w przyszłym nauczycielskim zawodzie. Ona ukończyła naukę w Państwowym Seminarium Nauczycielskim Żeńskim im. Królowej Jadwigi w Wilnie, on, w byłym cesarsko-królewskim, Seminarium Nauczycielskim Męskim im. Jana Długosza w Starym Sączu. Pierwszą pracę podjęła na Wileńszczyźnie, on, nie znajdując zatrudnienia w Małopolsce, wyjechał w jej poszukiwaniu na Kresy Wschodnie.

 

Podstawowymi problemami

odrodzonego państwa, poza formalnym zjednoczeniem ziem polskich, była organizacja i ujednolicenie administracji, systemu prawa, finansów i podatków, a w równie ważnym stopniu oświaty. Wtedy w Polsce, wśród osób powyżej 10 lat 33% stanowili analfabeci, nauczaniem początkowym było objętych w województwach wschodnich tylko 35% dzieci, które na wsiach uczęszczały do szkół z jednym lub dwoma nauczycielami.

 

Żyli i pracowali

w niewyobrażalnie trudnych dziś do pojęcia warunkach: w chłopskiej izbie paliła się naftowa lampa, zimą woda zamarzała w stojącym w pomieszczeniu wiadrze, naukę odbywały połączone klasy w wynajętym od gospodarza pomieszczeniu – czasem bywała to tylko szkoła jednoklasowa. Zaniedbane i często zawszone dzieci przychodziły bez butów, wkoło bieda i nędza, widniejące nadal zniszczenia wojenne, niektórzy ludzie z braku domów mieszkali jeszcze w ziemiankach. Maria uczyła litewską, białoruską i polską dzieciarnię, u Antoniego w piątek do szkoły nie przychodziły dzieci Tatarów, w sobotę Żydów, a w niedzielę katolików i prawosławnych.
Należało przetrwać to wszystko co najgorsze z nadzieją na lepsze czasy, uczyć dzieci nie tylko czytać i pisać, ale i Polski tak dla nich czasem nieznanej, dalekiej, często obcej, bo wielu na pytanie „Kto ty jesteś ?” odpowiadało, że tutejszy. Należało zachować poważanie, godność, ale i moc przedstawiciela państwa polskiego, co na tych ziemiach oznaczało, że Antoni posiadał służbową broń, konieczną w czasach powojennego bandytyzmu i bezprawia, którą później polecono nosić schowaną. I należało także uczyć się i nadal doskonalić w zawodzie, by zdać praktyczny egzamin, potem otrzymać „Dekret ustalenia” na stałego nauczyciela publicznych szkół powszechnych. Ale nie tylko, bowiem w tamtym czasie nauczyciele uczyli się także nowopowstałej Polski na organizowanych, w okresie wakacji, licznych kursach dokształcających, połączonych ze zwiedzaniem historycznych miejsc, również polskiego wybrzeża i polskich Tatr.

 

W 1905 roku

powołano Związek Nauczycieli Ludowych, oczekujący od swoich członków „dokładania wszelkich starań, aby nauczać dzieci języka polskiego i w duchu polskim”. Zwołany w 1919 r. Ogólnopolski Zjazd Nauczycielski – w atmosferze demokratycznych reform tamtego czasu – opowiedział się za jednolitą i bezpłatną szkołą powszechną i wprowadzeniem 7-letniego obowiązku szkolnego. W 1930 powstał jednolity Związek Nauczycielstwa Polskiego, któremu już w tamtym okresie zarzucano lewicowość i krytycyzm ówczesnego stanu oświaty.

 

Radykalizacja

poglądów społecznych, ale i politycznych, następowała poprzez konfrontację z każdym kolejnym dniem. Kiedy na święta Maria przyjeżdżała do Wilna i szła na nabożeństwo, to doznania nauczycielskiej codzienności nakładały się na obecne w Katedrze bogactwo lejące się złotem i przepychem. I właśnie wtedy zaczęła rodzić się i umacniać refleksja o niesprawiedliwym świecie, o pięknych słowach i zaprzeczających im czynom. Antoni poglądy społeczne wyniósł z rodzinnego, kolejarskiego domu, bowiem liczni wokół należeli do Polskiej Partii Socjalistycznej, a robotnicze instytucje opieki i kultury były tam powszechne.
1 września po pierwszej lekcji, bo dopiero wtedy dotarła wiadomość, Maria powiedziała dzieciom, aby poszły do domu i nie wracały, bo rozpoczęła się wojna. Nastał czas zsyłek na Syberię, udziału w tajnym nauczaniu, współpracy z polskim ruchem oporu, wreszcie udziału Antoniego w akcji „Ostra Brama” w lipcu 1944 roku.

 

Straty osobowe

Polski w czasie II wojny światowej oszacowało ogółem na ok. 6 mln, zginęło 33% nauczycieli szkół niższego szczebla. Ginęli w działaniach wojennych, w obozach zagłady, w rezultacie pacyfikacji, egzekucji i likwidacji gett, w więzieniach, obozach, wskutek epidemii, wycieńczenia, złego obchodzenia, na skutek doznanych ran, okaleczeń, nadmiernej pracy. Walczyli wszędzie: we Wrześniu, na Zachodzie i Wschodzie, w podziemiu i powstaniach, prowadząc tajne konspiracyjne nauczanie.

 

Pociąg złożony z węglarek

– kolejny transport repatriacyjny – wlókł się niemiłosiernie wolno, a granicę przekroczył gdzieś przed Białymstokiem. Patrzyli oboje w zamyśleniu na wschód, ziemię, którą żegnali na zawsze, a jechali w nieznane, do nowej Polski i na nowe zachodnie ziemie.
W małym podsudeckim miasteczku Antoni został kierownikiem punktu etapowego Państwowego Urzędu Repatriacyjnego; wysiedlał Niemców, na których czekały transporty na kolejowej bocznicy, i osadzał na gospodarstwach i w mieszkaniach przybywających tu Polaków z za Buga i centralnej Polski. Nabyta w szkole znajomość niemieckiego, łącznie ze szwabachą, znalazła zastosowanie. Był działaczem miejscowej PPS i kierownikiem szkoły rolniczej, a Maria nauczycielką w szkole powszechnej. Uczyli nowej Polski, zdecydowanie bliższej ich poglądom na sprawiedliwy świat.

 

Poderżnięcie gardła

Antoniemu obiecywał, gdy wróci, wysiedlany Hans, a histeria rozpoczętej zimnej wojny, wraz z nadejściem czasu stalinizmu zaważyła na ich powrocie do rodzinnego miasta Antoniego. Maria uczyła tu rzesze analfabetów, a do końca swej zawodowej drogi, języka rosyjskiego, nabytego w carskiej szkole. On ukochanej historii, geografii i biologii. Pasja społecznika skierowała go do Towarzystwa Wiedzy Powszechnej, w którym organizował i wygłaszał dla okolicznych rolników pogadanki o najnowszych metodach gospodarowania i uprawy ziemi.
Już oboje na emeryturze, chętnie i często uczestniczyli w licznych imprezach organizowanych przez miejscowe ognisko ZNP, które skutecznie oparło się konkurencyjnej, nauczycielskiej Solidarności.

 

Pamięć,

szacunek, najgłębsze uznanie dla tysięcy nauczycieli – pionierów polskości na Kresach Wschodnich i Ziemiach Zachodnich, żołnierzy i wychowawców pokoleń, organizatorów życia społecznego i politycznego w dziejach naszego kraju – nie odnajdą się niestety w listopadowych obchodach niepodległości.

Zbrodnie w Rakce

Raport organizacji broniącej praw człowieka na temat skutków oblężenia syryjskiej Rakki w 2017 r. nie pozostawia wątpliwości: USA i koalicjanci mogą zostać oskarżeni o zbrodnie wojenne.

 

Międzynarodowa organizacja pozarządowa Amnesty International przeprowadziła dochodzenie terenowe wśród ruin syryjskiego miasta Ar-Rakka, niegdyś stolicy tzw. Państwa Islamskiego, z którego dżihadyści zostali w zeszłym roku wyparci przez koalicję USA, Wielkiej Brytanii, Francji i kurdyjskich Syryjskich Sił Demokratycznych. Miasto było oblegane od czerwca do października 2017 r. Krwawe starcia z wykorzystaniem amerykańskiego lotnictwa zakończyły się kapitulacją ISIS, a jego ocalałym bojownikom pozwolono opuścić Rakkę. AI opisała przerażający los mieszkańców podczas oblężenia miasta. Organizacja posłużyła się określeniem „rzeź cywilów”.

Wbrew temu, co deklarowali amerykańscy politycy i dowódcy wojskowi, koalicja kontrolowana przez USA prowadziła walkę z islamistami wykazując się rażąco lekceważącym podejściem do życia zwykłych mieszkańców. W czasie oblężenia przedstawiciele Departamentu Obrony USA zapewniali, że koalicja prowadzi precyzyjne uderzenia pozwalające im skutecznie niszczyć oddziały ISIS przy minimalizacji ofiar cywilnych. Było zupełnie inaczej: bez wahania używano artylerii i lotnictwa w gęsto zamieszkałych dzielnicach. Wnioski raportu AI jednoznacznie temu przeczą, opierając się głównie na zeznaniach świadków. To potwierdzenie dramatycznych doniesień, jakie podawali obrońcy praw człowieka i część arabskich mediów (a na ich podstawie także nasz portal) już wcześniej.

Czy Hitler był lewakiem

Prawa strona polskiej sceny politycznej od zawsze próbowała oczernić lewicę w taki sposób by odstraszyć od marksizmu jak najwięcej osób. Nam, „lewakom” (używając prawicowej terminologii) zarzucano już odpowiedzialność za wszelkie zbrodnie tego świata.

 

Obecnie lewicę masowo obarcza się za całe zło tego świata. W przestrzeni króluje wręcz hasło „precz z komuną” i to pomimo tego, że nijak nie pasuje do omawianej sytuacji. Jest też pewna postać, którą prawica usilnie stara się przypisać do ideologii socjalistycznej. Mało tego! Chcą zeń uczynić kontynuatora myśli samego Karola Marksa i Fryderyka Engelsa. Tą osobą jest Adolf Hitler.
Jakkolwiek irracjonalnie to nie brzmi, to właśnie największy zbrodniarz globu, którym skrycie (bądź też nie) fascynują się skrajne środowiska narodowe, stał się persona non grata politycznego dyskursu. Żadna ze stron nie chce przyznać, że Adolf Hitler był zwolennikiem którejś z opcji politycznych. I nietrudno się temu dziwić. Mówimy w końcu o człowieku, który jest odpowiedzialny za śmierć milionów ludzi i zbrodnie dokonywane w imię pseudonaukowej teorii dowodzącej wyższości rasy aryjskiej nad pozostałymi. Wszystkim, którzy nie należeli do obozu aryjskiego, stale groziła śmierć. Na szczęście czasy II wojny światowej, a tym samym Adolfa Hitlera, nieodwracalnie już minęły. Mimo to jego postać nadal budzi wiele kontrowersji, rodzi spory i skłania ku dyskusji. Wokół lidera III Rzeszy urósł pewnego rodzaju kult, który sprawia, że 72 lata po jego śmierci, nadal jest on obecny w publicznej debacie.
Fakt ten nie mógł przejść obojętnie obok prawicowych polityków i ich sympatyków. Z tego powodu jesteśmy od pewnego czasu zalewani twierdzeniami o rzekomej „lewicowości” Hitlera i „socjalistyczności” programu NSDAP. To zjawisko stało się tak powszechne, że w części społeczeństwa powoli urzeczywistniło się już postrzeganie Hitlera jako socjalisty.
By zacząć rozważania na temat tego mitu należałoby wpierw rozważyć jego pochodzenie. Na szczęście nie trzeba daleko szukać. Korzenie i zarazem podstawy tego mitu znajdziemy w nazwie partii, której Adolf Hitler przewodził. Nationalsozialistische Deutsche Arbeitpartei, po polsku – Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników. W skrócie NSDAP. Na pierwszy rzut oka widzimy dwie, niepokojące frazy, które teoretycznie mogą świadczyć o socjalistycznym profilu tej organizacji. W nazwie występuje bowiem słowo „socjalistyczna” oraz „robotników”. Ta świadomość skłoniła wielu polskich, prawicowych działaczy do wynalezienia kolejnej „broni” przeciw lewicy. Tą „bronią” jest oczywiście postać Adolfa Hitlera: zbrodniarza, demagoga, dyktatora, a przy okazji „lewicowca-socjalisty”. Podporą tego argumentu miała też być czerwień na nazistowskiej fladze, która to właśnie miała oznaczać szeroko rozumiany socjalizm.
Niestety dla zwolenników kapitalizmu historyczne fakty mówią zupełnie co innego. Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników była socjalistyczna… Tylko z nazwy. Bo jak inaczej można nazwać twór polityczny który opowiadał się za uprzywilejowaniem jednych kosztem drugich? Hitler osiągnął mistrzostwo w sztuce populizmu i mistyfikacji – jako jedyny zdawał sobie sprawę z lewicowych nastrojów robotników, którzy w dwudziestoleciu międzywojennym mocno sympatyzowali z ideologią komunizmu. Sytuacja ta miała miejsce w całej Europie i w wielu zakątkach świata, lecz to właśnie w Niemczech powstała odpowiednia ideologia, która tę sytuację potrafiła wykorzystać i wyzyskać. Użycie słów „socjalistyczna” i „robotników” w nazwie założonej przez Hitlera partii miało na celu zwabienie elektoratu proletariackiego, czego konsekwencją było wygranie wyborów w 1933 roku. Cel ten został osiągnięty w całości i od tego momentu nastała najczarniejsza karta w historii ludzkości.
Pierwszym postanowieniem Hitlera, będącego już wtedy u władzy nazistowskich Niemiec, była delegalizacja partii komunistycznych, socjalistycznych oraz robotniczych. Ich działacze zostali zamknięci w więzieniach, a w późniejszym okresie istnienia III Rzeszy, zesłani do obozów. Dziwny krok jak na lidera partii rzekomo socjalistycznej.
To był jednak dopiero zwiastun tego co miało nastąpić już wkrótce. Po dojściu do władzy NSDAP zostały zlikwidowane związki zawodowe, obniżono pensje, a dzień pracy wydłużono. Wszystko w imię rozwoju potęgi nazistów. Wielu czołowych członków NSDAP, jak np. Hermann Goering czy Heinrich Himmler opowiadało się również za współpracą między kapitalistami, a partią nazistowską. Skończyło się to faktem, że wiele prywatnych przedsiębiorstw otwarcie finansowało partię Adolfa Hitlera, która bynajmniej nie zamierzała znieść prywatnej własności.
Sam Hitler wypowiadał się o własności prywatnej w sposób umiarkowanie pozytywny. Zaznaczał, że własność prywatna ma prawo bytu do momentu nie zaistnienia sprzeczności wobec interesu narodu. „Wódz” sam również odnosił się do nazwy swojej partii, tłumacząc, że wyraz „socjalizm” nie odnosi się do ideologii, a ma on oznaczać „poświęcenie się jednostki dla dobra narodu”. Każdy kto choć pobieżnie przestudiował dzieła Karola Marksa i Fryderyka Engelsa wie, że jest to interpretacja zupełnie obca zarówno dla klasyków marksizmu, jak i dla wszystkich późniejszych partii oraz organizacji o charakterze marksistowskim, które zawsze posiadały też internacjonalistyczny i wrogi rasizmowi/nacjonalizmowi charakter.
Przez cały okres działalności NSDAP cechowała się skrajnym antykomunizmem. Pogląd ten przybrał bardzo radykalną formę. Obok Żydów to właśnie komuniści byli najmocniej napiętnowani, szkalowani i stale oskarżani o niekorzystną sytuację Niemiec po I wojnie światowej. Dla wielu dzisiejszych prawicowców istotny jest również fakt zawarcia tymczasowego sojuszu między nazistowskimi Niemcami, a Związkiem Radzieckim. Osoby te zwykle wykazują znaczące braki w analizie wydarzeń historycznych i najwyraźniej nie zdają sobie sprawy z kruchości i „chwilowości” jaką odznaczał się tamten pakt. Obie strony, niebędące jeszcze gotowe na otwarty konflikt, postanowiły porozumieć się, a następnie przygotować na nadchodzącą bitwę. Bitwę, która jak się potem okazało miała kluczowy wpływ dla losów całej wojny.
Potrzebne jest stałe podkreślanie fałszywości prawicowych argumentów dotyczących przynależności politycznej Adolfa Hitlera. Mit o jego rzekomej lewicowości jest o tyle niebezpieczny, że bezpośrednio godzi w dobro klasy robotniczej i jej programu. Jeśli pozwolimy na rozprzestrzenienie się tego typu kłamstw to kto odda głos na ugrupowania polityczne będące w bliskiej korelacji z przywódcą nazistowskich Niemiec? To oczywiście pytanie retoryczne – a faktycznymi odpowiedzialnymi za hitleryzm pozostają oczywiście kapitaliści i rządzone przez nich europejskie mocarstwa. Ze smutkiem stwierdzam niestety, że już teraz niektórzy młodzi lewicowcy ulegają tej propagandzie. Propagandzie, która na wielu płaszczyznach dorównuje tej geobbelsowskiej. Obowiązkiem nas – socjalistów – jest przedstawienie faktów zgodnie z historią. Pozostaje też mieć nadzieję, że sama klasa pracująca dostrzeże te kłamstwa, a kapitalistyczni propagandziści odpowiedzą kiedyś za swoje zniesławienia.