Pamiętamy o naszej historii i cenimy pokój

W tym roku mija 75. rocznica zwycięstwa Chin w drugiej wojnie przeciwko Japonii (1931-1945) i ostatecznego zwycięstwa nad faszyzmem. Zakończona 75 lat temu wojna była walką całej ludzkości, była również walką sprawiedliwości z prześladowaniami, światłości z mrokiem oraz wolności z niewolnictwem.

W tej wielkiej, decydującej o wszystkim wojnie naród chiński wraz z narodami świata, dzięki niezłomnej determinacji i odwadze, całkowicie pokonał faszyzm i odniósł ogromne zwycięstwo. Przewodniczący Xi Jinping wskazuje, że „w historii współczesnej to wielkie zwycięstwo stanowiło dla narodu chińskiego punkt zwrotny kierujący Chiny od głębokiego kryzysu do wielkiego odrodzenia, było ono również ważną częścią światowych działań w wygranej wojnie z faszyzmem. To zwycięstwo należy do narodu chińskiego i wszystkich narodów świata.”
Tego okresu w historii nie zapomnimy nigdy, był to czas, gdy naród chiński miał swój historyczny wkład w zwycięstwo nad faszyzmem. II Wojna Światowa zapisała się na kartach historii jako najmroczniejszy i najtragiczniejszy jej rozdział. Dla rozwoju ludzkości oznaczała ona kataklizm na ogromną skalę i aż do dnia dzisiejszego uznaje się ją za konflikt militarny, który pochłonął najwięcej ofiar i przyniósł najwięcej zniszczeń. Chiny, będąc głównym frontem globalnej walki z faszyzmem na Dalekim Wchodzie, toczyły walkę z Japonią przez 14 długich lat. Ofiara narodu była niewyobrażalna, życie oddało wtedy 35 mln osób. W czasie wojny Chińczycy z poświęceniem i odwagą przeciwstawiali się najeźdźcy, by ostatecznie odeprzeć główną armię japońskiego militaryzmu. Działania te wspierały aliantów i były skoordynowane z ich wojenną strategią, odpowiadały strategicznym operacjom podejmowanym na polu walki w Europie i na wodach Pacyfiku. Stanowiły one niezaprzeczalny wkład w odniesienie światowego zwycięstwa nad faszyzmem. Naród chiński nigdy nie zapomni drogocennego wsparcia udzielonego nam przez kochające pokój i sprawiedliwość kraje oraz narody. Polscy bohaterowie gen. Witold Urbanowicz i ppłk Włodzimierz Szymankiewicz walczyli z wrogiem w Chinach, a lekarze dr Wolf Jungerman, dr Stanisław Flato w czasie wojny nie zważając na własne bezpieczeństwo ruszyli do Chin, by nieść pomoc rannym i poszkodowanym. Niezliczona liczba Chińczyków do dziś pamięta o ich bohaterskich czynach. Wielka przyjaźń, nawiązana między Chińczykami a Polakami w czasie II wojny światowej trwa nieprzerwanie i jest wspólnym skarbem naszych krajów.
Zawsze będziemy trzymać się obranej ścieżki – dla Chin jest to ścieżka pokojowego rozwoju. Ludzie, którzy doświadczyli wojny, jeszcze bardziej rozumieją, jaką wartość ma pokój. Jak powiedział prezydent Xi Jinping na upamiętniającym powyższe wydarzenia spotkaniu: „Od XIX wieku przez ponad 100 lat naród chiński cierpiał z powodu agresji, poniżenia i grabieży ze strony obcych mocarstw, jednak nie przejął on logiki rabowania na prawach silniejszego, ale z jeszcze większą determinacją stanął w obronie pokoju.” Te dwa zwycięstwa – Chin w drugiej wojnie przeciwko Japonii i świata w wojnie z faszyzmem, stały się dla nas bezcenną inspiracją do niezachwianego podążania ścieżką pokojowego rozwoju. Ludzkość potrzebuje pokoju, tak jak człowiek potrzebuje powietrza do życia, a natura światła słonecznego do wzrostu. Naród chiński doskonale zna wartość pokoju, a jego determinacja i dążenia do ochrony tegoż pokoju w żadnym wypadku nie zostaną zachwiane. W ustawie zasadniczej, jaką jest Konstytucja ChRL, zawarliśmy koncepcję utrzymywania pokojowego rozwoju. Chiny podążają ścieżką pokojowego rozwoju i nie jest to przejściowa polityka, a tym bardziej nie jest to retoryka dyplomatyczna. Jest to uroczysta obietnica wynikająca ze słuszności postępu i pokoju na świecie.
Należy aktywnie podążać za nurtem obecnych czasów i krzewić ducha pokoju, rozwoju, współpracy i wspólnych wygranych. By nie dopuścić do powtórzenia się tragicznego scenariusza II Wojny Światowej, po jej zakończeniu poszczególne państwa powołały do życia Organizację Narodów Zjednoczonych (ONZ), której postawiono za cel rozwiązywanie konfliktów poprzez dialog, sporów poprzez mediacje, a przede wszystkim poprzez konsensus osiągany przez znaczącą większość państw. Pandemia COVID-19 po raz kolejny jasno uświadomiła nam, że stając w obliczu różnego rodzaju globalnych wyzwań, społeczność międzynarodowa jest zmuszona do wzmocnienia współpracy i wspólnej ochrony systemu międzynarodowego, którego osią jest ONZ oraz ładu globalnego, którego podstawą jest prawo międzynarodowe. Od wielu lat Chiny i Polska czynią wysiłki na rzecz rozwoju wszechstronnego partnerstwa strategicznego i pogłębiania pragmatycznej współpracy w każdej dziedzinie. Widać to szczególnie po wybuchu epidemii. Oba kraje ramię w ramię stawiają czoła chorobie i razem przezwyciężają trudności. Oba państwa wspierają multilateralizm i inicjują współpracę międzynarodową, czym dają światu pozytywną energię, która pomoże zapewnić mu pokój i stabilność.
Dzisiaj, po 75 latach, ludzkość w swej historii znów stanęła na rozstaju dróg. Po raz kolejny pojawiają się przed nami pytania: wybrać współpracę, czy konflikt? Otwarcie, czy zamknięcie gospodarki i społeczeństw? Wspólne korzyści, czy gry o sumie zerowej? Chiny, będąc ogromnym i odpowiedzialnym państwem, podążają z nurtem epoki, stawiając na rozwój. Stanowczo stajemy po właściwej stronie historii i wraz ze wszystkimi państwami na świecie, a w tym z Polską, łączymy siły, by stawić czoła przeciwnościom, rozszerzyć globalną współpracę i działać na rzecz stworzenia wspólnoty ludzkości, którą łączy ta sama przyszłość. Razem zbudujmy piękniejszy świat!

Słabnie siła militarna naszego kraju

W wyniku rządów Prawa i Sprawiedliwości jesteśmy coraz niżej na liście państw zdolnych do skutecznego prowadzenia akcji bojowych.
Światowy Indeks Siły Militarnej (Global Fire Power Index GFP) publikowany jest przez niezależną organizację – ale nie bardzo wiadomo, przez jaką, bo brak o niej dokładnych danych na stronie internetowej. Tym niemniej ten ranking jest corocznie aktualizowany już od 2006 r. i obejmuje obecnie 138 potęg (większych i mniejszych) wojskowych. Mottem raportu jest wypowiedź Bertranda Russela: „ Wojna nie decyduje o tym, kto ma rację – tylko kto został”.
Według autorów, ranking Global Fire Power opiera się na potencjalnej zdolności każdego kraju do prowadzenia wojny na lądzie, morzu i w powietrzu toczonej konwencjonalnymi środkami (bez użycia broni nuklearnej). Wyniki badań obejmują wartości związane z siłą roboczą, wyposażeniem armii, zasobami naturalnymi, finansami, logistyką i geografią.
Sam indeks bazuje na 50 indywidualnych czynnikach monitorujących. Wartość idealna indeksu to 0,0000; im jest mniejsza jego wartość tym silniejsza jest teoretyczna zdolność bojowa kraju za pomocą środków konwencjonalnych. Indeks i pełny raport można znaleźć na stronie www.globalfirepower.com
Pierwsze miejsce w światowym rankingu siły militarnej zajmują Stany Zjednoczone – z wartością indeksu na poziomie 0,0606. A potem kolejno: Rosja, Chiny, Indie i Japonia.
Polska zajmuje 21. miejsce z wartością indeksu wynoszącą 0,3397. W 2016 r. Polska zajmowała 18 miejsce. Spadliśmy więc o trzy pozycje.
Wśród członków NATO (27 państw) Polska zajmuje ósme miejsce; przed Kanadą a po Niemczech i Hiszpanii. Za nami są pozostali nowi członkowie Paktu Północno Atlantyckiego. Ostatni w rankingu członek NATO to Czarnogóra z Indeksem 2,9941. W rankingu NATO nie są uwzględnione Islandia (bez stałej armii) i Luksemburg.
W Unii Europejskiej, liczonej jeszcze z Wielką Brytanią, Polska zajmuje szóstą pozycję; po Hiszpanii a przed Szwecją. Pierwsze miejsce w UE zajmuje Francja (0,1702), Niemcy są na czwartym miejscu. W rankingu UE nie są uwzględniane Cypr Luksemburg i Malta.
Indeks Siły Militarnej 2020

  1. USA 0,0606
  2. Rosja 0,0681
  3. Chiny 0,0951
  4. Indie 0,0953 5. Japonia 0,1501 19. Australia 0,3225 20. Hiszpania 0,3388 21. Polska 0,3397 22. Wietnam 0,3559 23. Tajlandia 0,3571

Jeśli chodzi o uzbrojenie armii to w dziedzinie samolotów i śmigłowców bojowych prym wiodą USA – mają ich 13.264. Rosja ma 4.163 samoloty i śmigłowce, Chiny – 3.210. Polska armia posiada ich 457 i zajmuje 29 miejsce w ogólnym rankingu; po Indonezji i przed Syrią. Jeśli chodzi o liczę lotnisk – Polsce przypada 45 miejsce.
Pod względem liczby czołgów pierwsze miejsce ma Rosja – 12.050, a po niej są USA – 6.289 i Korea Północna – 6.045. Polska armia posiada 1.069 czołgów i zajmuje 20 pozycję w rankingu; po Kubie i przed Arabią Saudyjską. W zakresie potencjału i jakości dróg oraz linii kolejowych Polska zajęła 15 miejsce.
Jeśli chodzi o wyrzutnie rakietowe to pierwsze miejsce zajmuje Rosja – 3.860, a po niej Chiny i Korea Północna. Na piątym miejscu – USA. Polska zajmuje 18 miejsce; po Etiopii i przed Nikaraguą.
Pod względem siły marynarki wojennej i łodzi podwodnych, pierwsze miejsce zajmuje Korea Północna (984 jednostki), a po niej Chiny, Rosja i USA. Polska w tej dziedzinie zajmuje 29 miejsce; po Wielkiej Brytanii a przed Niemcami. W ilości portów morskich i terminali Polska zajmuje 66 miejsce.
W zakresie wielkości budżetów obronnych na pierwszym miejscu są Stany Zjednoczone – 750 miliardów dolarów, a po nich Chiny – 237 mld dol. Rosja wydaje na te cele 48 mld dol. i zajmuje ósme miejsce. Polska według tego rankingu ma 22 miejsce; po Holandii i przed Afganistanem.

Izrael, by zawrzeć pokój, potrzebuje odważnego przywództwa

Od ustanowienia Izraela w 1948 r. do dnia dzisiejszego przywódcy Izraela pokazali, że nie są w stanie i nie chcą zawrzeć pokoju z Narodem Palestyńskim, unikając jakichkolwiek umów międzynarodowych, nie przestrzegając międzynarodowych decyzji ustanawiających ugodę lub uruchamiając zaciekłe wojny przeciwko Narodowi Palestyńskiemu.

Gdy w 1993 r. istniała możliwość osiągnięcia porozumienia między oboma narodami, pod patronem wielu państw, podczas Porozumień z Oslo przywódcy Izraela robili wszystko by „opróżnić” porozumienia z treści zamiast przekształcić je w pokojowe porozumienie, które ustanowiłoby państwo palestyńskie ok. 20% historycznej Palestyny. Jednakże przywódcom izraelskim, zwłaszcza przywódcom prawicowym, udało się ominąć to porozumienie, zasiedlając kolonialnych osadników na okupowanych terytoriach i przemieszczając osadników i wojsko ze Strefy Gazy na Zachodni Brzeg bez porozumienia z Autonomią Palestyńską. Po Porozumieniach z Oslo nastąpiły tylko symboliczne ustępstwa, które prowadziłyby do ostatecznego rozwiązania.
Palestyńczycy zgodzili się na podpisanie Porozumień z Oslo w celu ustanowienia ich „pokrojonego i warunkowego” państwa, ale izraelskie przywództwo Partii Pracy i Likudu nie starały się doprowadzić swoim zachowaniem do historycznego pokoju z Narodem Palestyńskim.
Icchak Rabin został zabity w 1995 r. uprzednio oczerniany z różnych stron politycznych w Izraelu o zawstydzanie syjonistycznych i biblijnych wizji rabinicznych. Był to precedens niespotykany w historii współczesnego Izraela, w którym militarny syjonistyczny symbol został zamordowany z powodu podpisania porozumienia pokojowego z Jaserem Arafatem, przywódcą Narodu Palestyńskiego. Wraz ze śmiercią Rabina prawicowe ekstremistyczne nurty wraz z nurtami religijnymi zaczęły promować kulturę rasizmu, nienawiści i zniszczenia pokoju. Od śmierci Rabina „Izrael” był kierowany przez tego rodzaju przywódców. Kraj stał się bardziej brutalny, ekstremistyczny, rasistowski i oddalony od pokoju. Od 1995 roku do dziś „Izrael” atakuje ludność palestyńską wszędzie, gdzie się znajduje, atakuje także naszych arabskich sąsiadów w Libanie, Syrii, Sudanie i innych miejscach, czego nie można uzasadnić lękiem i fobią zagrożenia.
„Izrael” jest jednym z najsilniejszych militarnie państw na świecie, a prowadzona przez niego agresywna polityka jest wyrazem niezdolności do zawarcia pokoju w wyniku wcześniejszej wizji, w której użycie siły jest najlepszym sposobem zniewolenia i kontroli. Wszyscy wiemy, że ta koncepcja jest błędna ze wszystkich względów – historycznych, humanitarnych czy religijnych. Niestety, „Izrael” nie jest w stanie zaoferować sprawiedliwego porozumienia z palestyńskimi sąsiadami.
Izraelskie przywództwo przeszło głębokie przemiany na poziomie jednostek i politycznych wizji i planów na przyszłość. „Izrael” jest świadkiem spadku poziomu przywództwa, charyzmy i odwagi w podejmowaniu odważnych, kluczowych decyzji, które przyniosą pokój i przekształciłby „Izrael” w państwo, które wiedzie normalne życie, nie opierając się na wojnach i eksportowaniu kryzysów oraz nie rządzi innymi narodami siłą. Świat nie jest przyzwyczajony do takich obrazów – wręcz jest to nieakceptowalne.
To przywództwo, które szybko zniszczyło Porozumienia z Oslo i ich cele poprzez zniszczenie rozwiązania dwupaństwowego, teraz z całą mocą dąży do wdrożenia tak zwanego planu „pokoju dla dobrobytu” lub tak zwanej „plan stulecia” opracowanej przez „Izrael” i obecną administrację amerykańską. To nasuwa pytanie czy „Izrael” pragnie zawrzeć pokój ze Stanami czy z Palestyną? Plan zawiera wyłącznie nakazy dla Palestyny, a nie ma nic, co dałoby nadzieję na lepszą przyszłość. Strony izraelska i amerykańska usunęły ważne punkty ze stołu negocjacyjnego takie jak: Jerozolima, uchodźcy, granice, punkty graniczne. Najważniejszą rzeczą w tym planie jest to, że jest on zgodny z syjonistycznym i ekstremistycznym poglądem, który widzi w ustanowieniu prawdziwego państwa palestyńskiego zagrożenie egzystencjalne (dla Izraela), a ten plan daje (Izraelowi) prawo do ziemi i prawo do monopolizacji bezpieczeństwa oraz konfiskaty wszystkich podstawowych praw Narodu Palestyńskiego. Mimo że ten plan jest prawdziwą receptą na przedłużenie konfliktu i silną przyczyną kontynuacji przemocy i niestabilności, skrajnie prawicowe i religijne ekstremistyczne przywództwo izraelskie, religijnie i narodowe, wierzy, że może je wdrożyć za pomocą siły okupacji lub wybrać z umowy to, co chce i wykluczyć to, czego nie chce metodą siły.
Moim zdaniem (Izrael) tym stanowiskiem zaoferował Palestyńczykom, światu arabskiemu i społeczności międzynarodowej najgorsze, co można zaoferować. Zabił wszelkie możliwości procesu politycznego, anulował międzynarodowe i dwustronne umowy i traktaty, naruszył i nadal narusza prawo międzynarodowe oraz konfiskuje podstawowe prawa narodu, który walczył o wolność od ponad stu lat.
Palestyńczycy przez ćwierć wieku cierpliwie obserwowali pogwałcenie przez (Izrael) Porozumień z Oslo, ale wciąż z nadzieją, że w końcu zapanuje pokój i ustanowią własne państwa. Stara-nowa „plan stulecia” nic nie oferuje Palestyńczykom, a raczej obiecuje im grupę gett , które nie różnią się bardzo od gett z II wojny światowej i są czymś gorszym niż rasistowski reżim, który obowiązywał w RPA.
Palestyńskie przywództwo, pod kierownictwem prezydenta Mahmouda Abbasa, i cały Naród Palestyński odrzucił tak krzywdzącą umowę i będzie walczyć z tymi planami wszystkimi możliwymi sposobami.
Przywódcy „Izraela”, którym się zmniejsza poziom odwagi i mądrej wizji w celu zapewnienia lepszej przyszłości dla „Izraela”, postrzegają „plan stulecia” (lub jak ją też nazwano „okazję do umocnienia pokoju” , podczas gdy większość krajów na świecie postrzega ją jako naruszenie prawa międzynarodowego i czyn jednostronny). Uważamy, że Europa jest zdolna do odegrania aktywnej roli i przejęcia inicjatywy. Polska, jako kraj, który zawsze wspiera rozwiązanie dwupaństwowe i odmawia użycia siły, w połączeniu ze swoją pozycją w Europie i na świecie, może odgrywać bardzo ważną rolę w respektowaniu umów i rezolucji międzynarodowych i promowaniu kultury współpracy i dzielenia się. Żyjemy w świecie, w którym żaden kraj nie może żyć w separacji czy według swojej logiki i ekspansjonistycznego pragnienia.
W Palestynie wierzymy, że osiągnięcie porozumienia ugodowego jest możliwe. Pokój, który gwarantowałby nasze prawa podstawowe, polityczne i kulturalne na palestyńskiej ziemi, poprzez prawdziwe negocjacje pod nadzorem „kwartetu” i innych krajów, które przyjmują międzynarodowe decyzje związane z konfliktem na podstawie rezolucji. Wierzę, że Polska, ze względu na swoje położenie, dziedzictwo i doświadczenie, jest ważnym członkiem społeczności międzynarodowej i może przyczynić się do wspierania i zachęcania do tego procesu, co z pewnością nie będzie łatwe. Polska może również zachęcać do wspierania osób z umiarkowanymi poglądami, którzy obecnie są tylko cieniem w społeczeństwie izraelskim przyćmieni przez liderów, którzy są mniej odważni i pragną osobistego sukcesu.

Państwo, które się korporacjom nie kłania

Zimna wojna ideologiczna Zachodu z Chinami.

Czego nie może darować chińskiemu społeczeństwu Zachód: jego wielkie korporacje, państwo amerykańskie pod przywództwem prezydenta Trumpa, neoliberalni ekonomiści katedralni i bankowi, piewcy liberalnej demokracji?
Trwa swoisty bój trzech modeli społecznych różniących się rolą państwa w gospodarce i sposobami harmonizowania konfliktów społecznych. To państwa UE starające się połączyć efektywną gospodarką z resztówką państwa socjalnego. Dalej, państwo amerykańskie na usługach korporacji z sektora finansowego, zbrojeniowego, wydobywczego i teleinformacyjnego oraz autonomiczne państwo chińskie budujące społeczną gospodarkę rynkową.
Państwo chińskie ma na Zachodzie złą prasę. Autorytarne, nie ma respektu dla „zdrowych” zasad polityki gospodarczej, kontroluje internet, nie szanuje praw własności intelektualnej, „wyhodowało” koronawirusa, buduje Afrykanom autorstrady i hydroelektrownie podczas gdy Zachód organizuje im konferencje na temat rozwoju.
W skali historycznej jest fenomenem. Powtórzyło za życia jednego pokolenia osiągnięcia narodu japońskiego. Ten w drugiej połowie XIX w. skopiował osiągnięcia techniczne i instytucjonalne Europejczyków, każąc wątpić w ich wyjątkowość. Państwo ludu Han w ciągu ostatnich trzech dekad stworzyło system udanej symbiozy z mechanizmem rynkowym, wykorzystało postęp techniczny w teleinformatyce i transporcie morskim, połączyło go z wolnym handlem, by zbudować szybko rosnącą gospodarkę.
Fenomen państwa chińskiego polega na tym, że nie jest kontrolowane w wyniku demokratycznych wyborów jak na Zachodzie. Odnawia przywództwo podobnie jak Kościół Katolicki, a więc poprzez wybór w wąskim gronie swoich funkcjonariuszy, w tym przypadku działaczy partii nominalnie komunistycznej. Grono to wybiera kandydata, który w swojej dotychczasowej karierze wykazał się osiągnięciami rokującymi nadzieję skutecznego rozwiązywania wyzwań stojących przed wspólnotą.
Ostatnio stosunkowo szybko uporało się z epidemią koronawirusa w ludnej metropolii, jaką jest 11. milionowe Wuhan. Rząd, współdziałając z organami władzy lokalnej i z wolontariatem, wdrożył system zaopatrzenia w artykuły pierwszej potrzeby, tym samym zapewnił izolację konieczną do zastopowania pochodu wirusa. Konieczne okazało się z jednej strony ograniczanie swobody przemieszczania się, nakaz kwarantanny, z drugiej zaś – wykorzystanie internetu, sztucznej inteligencji do rozpoznawania potencjalnie zarażonych osób. Pomogły wielkie chińskie korporacje handlu internetowego oraz stworzony system dostawy bez kontaktu z kurierem. Środki te okazały się na tyle skuteczne, że już 90 proc. dużych firm wznowiło produkcję i chińska lokomotywa wzrostu po krótkim zwolnieniu tempa pędzi dalej.
Co różni chińskie państwo od standardów zachodnich?
Po pierwsze, państwo zachowuje względną autonomię wobec krajowego biznesu. Jest też poza zasięgiem global governance pod egidą USA: nie krępują je ani mechanizm zadłużenia, ani gwarancje bezpieczeństwa militarnego ze strony amerykańskiego patrona. Państwo Hanów wykorzystało wcześniejsze doświadczenia Japonii, Korei Pd., Tajwanu, doświadczenia ze strategicznym kierowaniem procesem modernizacji gospodarki i kontrolą napływającego kapitału z Zachodu. Stulecie penetracji chińskiej gospodarki przez zachodnie firmy i państwa nauczyło ostrożności. Zignorowało tym samym przykazania płynące z Waszyngtonu, dotyczące minimalnego państwa, deregulacji sektora finansowego, prywatyzacji sektora publicznego. Poszło drogą racjonalnego autorytaryzmu (P. Nolan).
Do wysokiej akumulacji dodało odpowiednią politykę makroekonomiczną: brak wymienialności juana, kontrolę inwestycji zagranicznego kapitału przez tworzenie stref specjalnych i spółek z udziałem kapitału chińskiego, ograniczało napływ kapitału portfelowego.
Tę chińską skuteczną politykę gospodarczą miał sparaliżować transpacyficzny traktat (TPP). Byłyby one zmuszone do udziału w gospodarce światowej na warunkach stworzonych przez USA, a więc z wykorzystaniem wielostronnych organizacji jednostronnych na użytek korporacji (BŚ, MWF, WTO); musiałyby też udostępnić swoje oszczędności sektorowi finansowemu Zachodu. Tutaj przyjacielem Chin okazał się sam prezydent Trump, odmawiając jego podpisania. W tej sytuacji neoliberalna globalizacja dalej umożliwia szybki wzrost chińskiego PKB.
Chiny zatem poszły inną drogą niż dawne społeczeństwa realnego socjalizmu w Europie. Te się wpisały w realia ukształtowane w interesie wielkich korporacji, oddały im sektor bankowy, rynek wewnętrzny, pozbawiły się przemysłu, zbudowanego wysiłkiem wielu pokoleń. Muszą się w tej sytuacji zadowolić statusem dostarczycieli taniej pracy montażowej, usług dla korporacyjnego biznesu w Mordorze, a ich „małe misie”, biedafirmy – komponentów dla światowych kolosów.
Po drugie, publiczne to nie bezpańskie
Chińskie państwo postawiło pod znakiem zapytania konwencjonalne mądrości o związkach własności i przedsiębiorczości. Mężowie uczeni reprezentujący teorię wyboru publicznego i szkołę austriacką w ekonomiii, popularyzowanej w Polsce przez korwinistów, „młodzieńczych” wolnorynkowców (R. Gwiazdowski, A. Sadowski, T. Wróblewskiego) i młodych konfederatów (A. Dziambor, S. Mentzen) wiążą przedsiębiorczość z własnością prywatną. Dlatego wydawało się niemożliwe połączenie konkurencyjnej gospodarki rynkowej z własnością wspólną czy społeczną. A jednak!
We współczesnym korporacyjnym kapitalizmie nie działają samotne wilki biznesu i minifirmy. Działają natomiast wielkie organizacyjne kolosy, o złożonej strukturze własności, stosunkach pracy i piętrowym zarządzaniu. Wokół nich kręci się chmara inwestorów, pożyczkodawców, spekulantów. W ich otoczeniu znajdujemy banki, fundusze inwestycyjne, emerytalne.
To wielka machina obracania kapitałem pieniężnym, produktami finansowymi, kredytami, długami. Operatorami tej maszynerii są profesjonaliści, tacy sami jak ci, którzy zarządzają publicznymi firmami czy bankami. Nie operują oni własnymi aktywami, np. na rynku amerykańskim stanowią oni około 80 proc. funkcjonariuszy tych instytucji, podaje Jacek Tittenbrun, w książce „Gospodarka w społeczeństwie”. Ponadto informacje, które kształtują ich decyzje dostarczają rynki towarowe, które na dodatek są niekompletne. Nie wyceniają ani dóbr przyrody (woda, utrata ziemi ornej, zanieczyszczone oceany), a także ignorują potrzeby przyszłych pokoleń.
Rodzaj własności ma tu niewielkie znaczenie. Tutaj bowiem dominują zawodowi zarządcy, którzy rzadko płacą za swe błędy, jak podczas kryzysu 2007/8. W tej sytuacji miarą skuteczności wyboru celów i strategii ich realizacji firm publicznych mogą być intersubiektywnie mierzalne preferencje społeczne, jak jakość życia czy zdrowia oraz konieczność finansowania ze środków publicznych służb, które je zapewniają. Osiągnięcia chińskiego państwa może pokwitować według zasady po czynach ich poznacie blisko 800 mln Chińczyków, którzy wyszli ze skrajnego ubóstwa. To głównie ich siłę roboczą eksploatują miejscowe i zagraniczne firmy, przy czym udział chiński w produkcji np. iPhone Apple’a wynosi 3,8 proc. wartości dodanej, amerykańskiego zleceniodawcy zaś 28,5 proc..
Po trzecie, indywidualizm jest fenomenem cywilizacji zachodniej
Sprzęga się on z szeroko rozumianymi wolnościami, które hołubią Amerykanie, a praktykują Europejczycy. W autodefinicji Zachodu demokracja i prawa człowieka stanowią najdonioślejszą jego zdobycz. Kapitalizm powstał jakoby po to, by mogła zatriumfować wolność jednostki, w praktyce sprowadzona do wyboru jednej z istniejących na „rynku” partii (pluralizm).
W tej koncepcji demokracja to przestrzeń wolnych wyborów, dokonywanych przez upodmiotowione jednostki, kierujące się własnymi interesami. Są one równe przed innymi, prawem i instytucjami. Państwo to tylko strażnik wolności jednostki i autonomii sfery prywatnej.
Kult jednostki, jaki się rozwinął w myśli liberalnej, wyrósł na podłożu chrześcijańskiej koncepcji człowieka. Jest jej subtelnym zeświecczeniem. W antropologii religijnej jednostce przysługuje godność, skoro jako obraz stwórcy, obdarzona jest łaskami teologicznymi (miłości do Boga, nadziei zbawienia). Filozofowie Oświecenia w miejsce Boga i Pisma wstawili Rozum, „zamienili łaskę bożą na cnoty obywatelskie”, pisze Terry Eagleton w książce „Kultura a śmierć Boga”. Nowej wierze w potencjał samorealizacji jednostki najlepiej służą i obywatelska równość, i prawa polityczne, i autonomia decyzji moralnych. Z tą różnicą, że swoje powołanie spełnia jednostka na ziemskim padole.
Tymczasem w społeczeństwie harmonii społecznej, ukształtowanym na etyce Konfucjusza, jednostka jest najpierw członkiem wielkiej rodziny, rodu, prowincji; od państwa zaś oczekuje sprawnego rozwiązywania problemów utrudniających życie. Pod tym względem państwo chińskie nie zawodzi. Chińskie PKB w 2016 wyniosło 11,2 bln dol., amerykańskich (według parytetu siły nabywczej 18,56 bln dol.). Spożycie wewnętrzne stanowi już 43,4 proc. PKB, inwestycje zaś 49 proc.. Chiny wydają na badania rozwojowe 2,3 proc. PKB (sciencemag.org/news/2018/10/surging-rd-spending-china-narrows-gap-united-states).
Posiadają też ogromne rezerwy walutowe, szacowane obecnie na ponad 3,3 biliona dolarów, w tym 40 proc. w amerykańskich papierach wartościowych. Tempo wzrostu w roku 2018 wyniosło 6,6 proc., rentowność (zyski) firm wyniosła 20 proc.. Może dlatego ani na demokrację liberalną, ani na indywidualne wolności nie ma parcia. Jest za to poparcie dla sprawujących władzę.
Wynosi ono stale według amerykańskiej Agencji PEW około 80 proc.. Nie zmienia to faktu, że obecnie tzw. wartości azjatyckie zastępuje „wiara w pieniądz”. Pojawiły się indywidualistyczne strategie dorabiania się, dążenia do bogactwa materialnego i luksusu, który zapewniają duże dochody. W relacjach międzyludzkich nastał czas bezlitosnej konkurencji, w następstwie – obojętność na wspólne cele
Po czwarte, kolejne światowe imperium czy tworzenie funkcjonalnej formy przywództwa światowego?
W historii powszechnej dominujące gospodarczo społeczeństwa wykorzystywały swoje państwa, by kształtować ład międzynarodowy najlepiej obsługujący potrzeby ich elit
ekonomicznych.
Chiny jak wszystkie dotychczasowi liderzy akumulacji kapitału (w kolejności Wenecja, Genua, Niderlandy, Anglia, USA) tworzy szerokie zaplecze dla swoich firm: rynki zbytu, zaopatrzenia w surowce i energię. Jeśli utrzyma autonomię wobec biznesu, być może, zrealizuje na stulecie powstania ChRL, przypadające w r. 2049, wielkie chińskie marzenie o społeczeństwie umiarkowanego dobrobytu dla wszystkich: Wielki Renesans Narodu Chińskiego. Wówczas bardziej sprawiedliwie niż obecnie podzieli dochód narodowy. Obecnie współczynnik Giniego wynosi 0,5, co świadczy o dużej rozpiętości dochodów i majątków.
Przed Chinami stoi wiele problemów: starzenie się społeczeństwa i związany z tym ubytek siły roboczej i wzrost współczynnika obciążenia demograficznego, nie zanikająca korupcja, deficyt ziemi ornej, krytyczny bilans wodny, handel i dostawy paliw przez Cieśninę Malakka, rozłączenie z braćmi z Tajwanu, amerykańskie lotniskowce na Morzu Południowochińskim, brak ubezpieczeń społecznych, eksploatacja siły roboczej jak w XIX w. kapitalizmie manufaktur i pierwszych fabryk.
Mając duże nadwyżki, państwo chińskie buduje infrastrukturę odtwarzającą dawne Jedwabne Szlaki, by znów połączyć krańce Euroazji; to samo robi w Afryce, częściowo w Ameryce Południowej – wszędzie szuka minerałów, ropy naftowej, ziemi ornej, przy okazji zastępuje firmy europejskie i amerykańskie.
Chciałyby zamienić swoje nadwyżki w amerykańskich obligacjach, stanowiące około 40 proc. całości, na aktywa produkcyjne, zwłaszcza firm posiadających nowoczesne technologie, w tym europejskie. Przypomina krajom centrum czasy eksportu ich kapitałów w okresie wychodzenia europejskich liderów przedsiębiorczości z wielkiej depresji lat 1973-1886, a po II wojnie światowej ekspansję USA.
Stąd łatwe skojarzenie z imperializmem i strach przed pułapką Tukidydesa, a więc wojny o ład światowy, dostosowany do potrzeb rodzimego kapitału. Analogie widzą głównie geopolitycy i geoekonomiści.
Patrzą oni na dzieje jako zmagania narodów o wielką przestrzeń, a to o Heartland Eurazji, a to o Rimland oceanów, niebawem o opanowanie kosmosu. W tej perspektywie obecny ład, zwany neoliberalną globalizacją, stworzyły Stany Zjednoczone w okresie, kiedy dominowała ich gospodarka.
Służy on amerykańskim korporacjom z sektora zbrojeniowego, wydobywczego finansowego i teleinformatycznego. Uczyniły one ze Stanów Globalnego Minotaura, przerabiającego, zdaniem Yanisa Veroufakisa, nadwyżkę światową na amerykańskie obligacje. Chiny mają inną wizję. Chcą tworzyć system wspólnej odpowiedzialności za sprawy światowe. To ład wielobiegunowy, zachowujący odrębność cywilizacji lokalnych, w którym znajdzie się system zaopatrzenia swojej gospodarki w deficytowe surowce i rynki zbytu, ale bez baz wojskowych, bez uznawania, jak USA, jakichś obszarów za „strefy żywotnych interesów” (Bliski Wschód, a wcześniej Ameryka Łacińska).
Świat będzie inny, ale czy gorszy?
Jeśli weźmiemy pod uwagę społeczeństwo, które powstało za oceanem, jego stosunek do eksploatacji surowców, poziom zużycia energii, ogromne zróżnicowanie dochodów i majątków, nihilistyczny stosunek do ochrony klimatu, poziom zbrojeń, rozwijanie nowoczesnych technologii dzięki Pentagonowi, a więc zawsze potencjalnie o zastosowaniach militarnych – wszystko to skłania do porzucenia amerykańskiej perspektywy oglądu Chin.
Także UE powinna szukać własnej drogi do wzajemnie korzystnego kształtowania gospodarczej i politycznej przestrzeni w Eurazji i usytuowania w niej Rosji. Europa ma konkurencyjny kompleks przemysłowy, który stworzyły w Europie Centralnej Niemcy, choć jest uzależniona od chińskich firm i taniej pracy Chinek i Chińczyków.
Tylko wartość niemieckiego eksportu samochodów do Chin sięga 1,4 biliona dolarów, a w nim znajdują się podzespoły produkowane w Polsce, podaje Grzegorz Kołodko w książce, „Czy Chiny zbawią świat?”. W dalszym ciągu gospodarka Europy, podobnie jak w Chinach, stoi przemysłem, przetwarza atomy, a nie bity. Te są ważne tylko tam, gdzie liczy się informacja. UE stoi przed koniecznością własnej oceny Chin, własnego bezpieczeństwa militarnego i energetycznego.
To samo zadanie czeka polskie elity rządzące – obecnie narodowo-prawicowe. Określają one i strategię narodową, i urabiają w tej materii opinię publiczną, żerując na rzadko kontrolowanych rozumem emocjach, głównie wobec Rosji.
W tej chwili obsługuje ona interesy amerykańskiego szeryfa, i na jego życzenie przecina szlak kolejowy przez Azję do Europy, jeśli nawet pominiemy brak infrastruktury do transportu intermodalnego, łączącego kolej i TIR-y. Nawet transport środków do walki z COVID-19 dla Niemiec dojechał koleją z Chin tylko do Kaliningradu, a dalej – statkami do Rostocku. Teraz chcą uczynić terytorium polski przedpolem możliwych konfliktów z udziałem broni atomowej, które rodzi rywalizacja USA i Rosji.
Polska myśl strategiczna nie może wydostać się z matni międzywojennych rojeń o mocarstwowości i fantasmagorii Międzymorza. Nie ma zamiaru wrócić znad Dzikich Pól do Weimaru. W okresie przedwyborczym warto o tym pamiętać, tym bardziej, że prezydent jest zwierzchnikiem sił zbrojnych.

Powojenne szanse dla Polski

Potomność powinna sądzić ludzi i rządy, tylko w świetle czasów i okoliczności, w jakich przyszło im działać.
Napoleon Bonaparte
Polakom można postawić piątkę za brawurę. Natomiast wielu polskich polityków – jak wykazały nasze dzieje-zasłużyło na dwójkę z historii i z geografii. Płaciliśmy za to nieraz najwyższą cenę.
gen. Wojciech Jaruzelski

Przeżywamy dni 75 rocznicy zakończenia II wojny światowej w Europie. Media na swój sposób dywagują nad datami, 8 maja i 9 maja. Dlaczego w PRL wtedy tak „świętowano” , a teraz inaczej wg polityki historycznej, proszę się nie mylić. Fakt pozostaje faktem – gdy przedstawiciel hitlerowskiej Rzeszy podpisywał akt bezwarunkowej kapitulacji o godz. 23.30, w Europie był jeszcze 8 maja. Biorąc 2-godzinne przesunięcie czasowe – w Moskwie był już 9 maja. Obowiązująca wiele lat w III RP polityka historyczna, obchody Dnia Zwycięstwa 8 maja, obrzydza jako„dowód” braku suwerenności. Ważne jest, że władze pamiętały o Dniu Chwały dla Oręża Polskiego, dla Polski i złożono wieńce na Grobie Nieznanego Żołnierza. Grób, to Miejsce uosabia wieczną pamięć o żołnierzach, powstańcach, partyzantach walczących na wszystkich frontach. Przegląd, nr19 z br. pisze o „Największym froncie w dziejach świata” – chwała i uznanie! Zachęcam Państwa do przeczytania.
Jaka Polska
Pytanie to pojawiło się już jesienią 1939 r., po utracie przez Polskę niepodległości, na skutek tragicznego Września. Nie dziwcie się Państwo. Było aktualne podczas okupacji hitlerowskiej, dla rządu londyńskiego i wielu polityków. Jego istota, sens sprowadzała się do wyobrażenia sobie powojennego obszaru kształtu terytorialnego i ustroju politycznego. Tu szczegół – często można spotkać ocenę, że Wielka Brytania (Churchill) i rząd londyński byli zdania, iż Polska powinna „sięgać” po Odrę. Otóż, sprawę tego „sięgania” podniósł nie kto inny tylko Stalin w rozmowie z gen. Sikorskim – grudzień 1941. Po powrocie do Londynu – co oczywiste – zdał relacje członkom rządu i Churchillowi. Później była jego argumentem wobec kwestii Kresów Wschodnich (są archiwalia, oparta na nich książka „Stalinizm”…prof. E. Duraczyńskiego). Sprawa tej granicy jest zapisana w deklaracji programowej PPR, 1943 r. Podobnie było z ustrojem politycznym. Ale „decydent był inny”. Polska była terytorialnie i politycznie kształtowana – podkreślam – nie przez Polaków, ale przez Wielką Trójkę w Teheranie (1943), w Jałcie i Poczdamie 1945! To zdanie może zbulwersować niektórych spośród Państwa, zapewne część historyków. Czy rząd londyński miał wpływ, był słuchany, mógł być inny ustrój a przynajmniej bardziej demokratyczny – szansa była! Nie dziwcie się Państwo Czytelnicy. Skrótowo powiedzieć można tak – rząd londyński, czy to kierowany przez gen. Władysława Sikorskiego, Stanisława Mikołajczyka czy Tomasza Arciszewskiego był przeciwny, wrogi ZSRR, choć utrzymywał stosunki dyplomatyczne, zerwane po ujawnieniu Katynia w 1943 r. (Churchill gen. Sikorskiemu mówił – „Wiemy, że bolszewicy są zdolni do okrucieństwa. Ale martwcie się o żyjących, a nie o martwych”). Jego stosunek do ZSRR był pierwszą przeszkodą, niekiedy wręcz barierą.
O czym była mowa w Moskwie.
Generał Władysław Sikorski, po pomyślnym dla nas-Polaków, podpisaniu w Londynie z Iwanem Majskim (ambasador ZSRR w W. Brytanii) umowy, wybrał się do Moskwy. Owe porozumienie m.in. obejmowało unieważnienie przez ZSRR„paktu Ribbentrop – Mołotow” z 23.08.1939 i układu z Niemcami z 28.09.1939; zwolnienie Polaków z obozów, więzień, miejsc zesłania; przywrócenie polsko – radzieckich stosunków dyplomatycznych. Ponadto, podpisano wojskową konwencję o organizacji w ZSRR armii polskiej („Armia Andersa”) oraz deklarację sojuszu ZSRR z Polską w walce z Niemcami.
Od czasu podpisania tej umowy, 30 lipca 1941 r. w stosunkach polsko-radzieckich zmieniło się wiele na korzyść Polaków. Generał Sikorski chciał to zobaczyć i osobiście omówić ze Stalinem kilka ważnych spraw, m.in. sygnalizowanych przez ambasadora Kota. Podczas rozmów na Kremlu, Stalin przekonywał Gościa, że gdy Wojsko Polskie przystąpi do walki, „stworzy klimat zaufania po obydwu stronach”. Na propozycję Generała by Armię Andersa przenieść do Iranu-jak pisze prof. E. Duraczyński, poirytowanym tonem oświadczył – „Jestem człowiekiem doświadczonym i starym. Wiem, że jak do Persji wyjedziecie, to już tutaj nie wrócicie. Widzę, że Anglia ma dużo roboty i potrzebuje polskich żołnierzy”. Podczas tej rozmowy i bankietu wyraził pogląd, że „powinniśmy ustalić nasze granice sami”, i „przed konferencją pokojową”. Generał replikował, że granica ustalona traktatem ryskim z 1921 r. „nie może być kwestionowana, że chciałby jeszcze wrócić do tej kwestii”. Stalin zgodził się i „wysunął pomysł oparcia zachodniej granicy RP na linii Odry”, tego nie omawiano. Na bankiecie, po podpisaniu deklaracji polsko-radzieckiej (Sikorski nie zgodził się na układ), Stalin wrócił do kwestii granic, „chodzi o >czut-czut<”, niewielkie zmiany, jak pisze Olgierd Terlecki (Generał Sikorski, Kraków 1981) Powiedział do Premiera – „bądźcie spokojni, nie skrzywdzimy was”. Komentarz Eugeniusza Guza do tej rozmowy sugeruje możliwość zachowania Lwowa oraz innego niż linia Curzona przebiegu granicy wschodniej i powrotu rządu do Warszawy, czym skłania do poważnej refleksji. Czytelnikom mającym skromną wiedzę, warto powiedzieć otwarcie, że historycy wypowiadają się oszczędnie. Bo przecież, gdyby Armia Andersa walczyła na Wschodzie, polityczne zwierzchnictwo sprawowałby rząd londyński oraz Wódz Naczelny gen. Sikorski, a wojenne, czyli strategiczno-operacyjne, ZSRR. Nie powstałaby Armia Berlinga, to oczywiste. Inaczej też ułożyłyby się stosunki z polską lewicą w ZSRR i okupowanym kraju. Czy można było zaufać Stalinowi – nikt z historyków nie podjął ryzyka pozytywnej odpowiedzi! Gdyby gen. Sikorski zaryzykował – historia może opisywałaby go jako opatrznościowego męża, nawet stawiając wyżej od Piłsudskiego! Dlaczego? Kluczowa odpowiedź mieści się w terytorialnym kształcie i powojennym ustroju Polski. Może granica wschodnia przebiegałaby wg traktatu ryskiego? A co z zachodnią, czy byłaby z 1939, czy 1945 r.? Czego my byśmy oczekiwali – wiadomo! To wymagało w 1941-1942 r.od rządu wyobraźni i zabiegów o prawne gwarancji Anglii i USA, nawet ich odrębny traktat ze Stalinem w sprawie Polski. Czy był możliwy – szanse były. Pamiętajmy, że w grudniu 1941 r. niemieckie dywizje były 40 km od Moskwy, zbliżały się do Leningradu, Stalingradu i Kaukazu, liczył się każdy żołnierz. Nie jest ciekawostką a faktem, że Stalin osobiście rozdzielał ciężkie karabiny maszynowe na najważniejsze fronty. Oba państwa – Anglia i USA – autentycznie nie chciały upadku ZSRR pod ciosami wojsk Hitlera. Ale wtedy Anglia miała inne kalkulacje wobec Armii Andersa, szło jej o ochronę brytyjskich kolonii, na wypadek upadku ZSRR. Czy polskie pokłady nienawiści, wrogości do Rosjan były do pokonania, czy gen. Sikorski na Zachodzie byłby zrozumiany? On sam chyba nie był skłonny do takiego ryzyka, choć słusznie uważany jest za realistę wśród londyńczyków. Wiemy jak potoczyły się losy wojny i Polski dalej.
Kresy Wschodnie
Faktycznie symbolizuje je„linia Curzona”. Była linią demarkacyjną między wojskami polskimi a Armią Czerwoną z lipca 1920 r., jaką uznali uczestnicy konferencji w Spa. Tu zwracam Państwu uwagę – kto pamięta, żeby mówiono o niej gdy obchodziliśmy 100. lecie odzyskania niepodległości 2 lata temu? Przecież ją Zachód ustalił, Churchill i Stalin uznawali za obowiązującą! Ciekawe, kto w tym roku, za 2,5 miesiąca będzie pamiętał, gdy będziemy świętować 100. lecie Bitwy Warszawskiej! Wskazana w nocie dyplomatycznej Szefa MSZ W. Brytanii, lorda Georga Curzona, do Szefa MSZ ZSRR (RFSRR), Gieorgija Cziczerina. „Linia” ta, była wcześniej, tj. 8 grudnia 1919 r. wskazana przez mocarstwa sprzymierzone w ich „deklaracji” w sprawie tymczasowej granicy wschodniej Polski. Właśnie ten szczegół – deklarację państw zachodnich które już w 1919 r. ją wskazały. Z czym Polska nie chciała się pogodzić. Lord Curzon nie był jej autorem, a pracownicy ministerstwa, wśród nich Polak Ludwik Namierowski, któremu przypisuje się to autorstwo. Linia przebiegała od Grodna, przez Jałówkę, Niemirów, Brześć, Dorohusk, Hrubieszów, Kryłów, do Rawy Ruskiej, Przemyśla i dalej do Karpat. Była kilka razy modyfikowana przez polityków. Warto spojrzeć na poniższą mapę choćby jeszcze z jednego powodu-jaki kształt terytorialny miałaby dzisiejsza Polska bez Ziem Zachodnich – pomyślcie Państwo!
„Londyńczycy”
Proszę sięgnąć po książkę Eugeniusza Guza „Londyński rodowód PRL”. Autor był wielokrotnie postponowany za sam tytuł – londyński rodowód! To ciężka obraza prawicy, by przypisywać jej jakąkolwiek odpowiedzialność za powojenne rządy w Polsce. Ta książka od Czytelnika wymaga wyobraźni, zachęcam. Jej przesłanie-gdyby rząd londyński, jego krajowi przedstawiciele, różne polityczne partie chciały się „dogadać” ze sobą! – podkreślam-skład „rządu lubelskiego” pozwalał uniknąć a przynajmniej osłabić skalę stalinizacji w Polsce, lata 1947-1953, nawet do 1956. Bierut i Gomułka-tak! czynili takie starania, oczywiście z myślą o przewadze w rządzie swoich zwolenników, obawiali się partyzantki, bratobójczej walki, a stąd i „pomocy” NKWD. Stalin i Churchill, podejmowali mediację, nie uzyskali wzniesienia się naszych polityków z różnych orientacji ponad często słuszne urazy i waśnie, które wtedy należało odłożyć na inny czas. Potrzebny był rozum i wyobraźnia o przyszłości Polski, nie karabin. Czy „londyńczycy” mieli? – oto przykłady:
– 14 października 1944 r., (czyli po upadku Powstania Warszawskiego, za którego wybuch ten rząd odpowiada, co od lat się przemilcza w sierpniu każdego roku), Winston Churchill (wkurzony) podczas rozmowy z premierem Stanisławem Mikołajczykiem m.in. mówi – „Nie jesteście żadnym rządem, jeżeli nie możecie podjąć żadnej decyzji. Jesteście warchołami, którzy chcą zburzyć Europę. Odwołam się teraz do innych Polaków, zwłaszcza, że rząd lubelski może funkcjonować doskonale. On będzie rządem. Pana argumenty to tylko zbrodniczy pomysł wywołania rozłamu między sojusznikami za pomocą waszego liberum veto. Jeżeli chcecie pobić Rosję, zostawiamy to wam. Mam wrażenie, że jestem w domu obłąkanych. Nie wiem, czy rząd brytyjski będzie was nadal uznawał”. Wybaczcie Państwo wprost banalne pytania – czy premier nie wiedział, że terytorialnie Polska leży między Rosją i Niemcami i którędy Armia Radziecka będzie szła na Berlin?; czy jeszcze wtedy liczył że Wielka Brytania i USA zapewnią temu rządowi „władanie” w Polsce; czy nie mógł pojąć, że trzeba się dogadać z „rządem lubelskim”. Tu taka ciekawostka. W sierpniu 1944 Stanisław Mikołajczyk był w Moskwie, rozmawiał ze Stalinem, który namawiał go na funkcję premiera w rządzie lubelskim – tak! Oczywiście, trzeba mieć świadomość, że jego zgoda wywołałaby wściekłość – jak dziś mówimy – „betonu” wśród swoich w Londynie i trudno przewidzieć ich reakcje. Ale wtedy jeszcze Churchill i Roosvelt popierali Mikołajczyka – była więc nić szansy, nadziei na „inny skład” rządu lubelskiego, wciąż pamiętając o miejscu i roli osób bliskich ideowo Moskwie. Po Jałcie, Stanisław Grabski opublikował apel-„dogadajmy się z Moskwą … bo to daje nam jedyną szansę po pierwsze, na Ziemie Zachodnie, po drugie – na przetrwanie państwa”. Oświadczył – „jadę do Warszawy, gdyż tylko tam jeszcze dla Polski da się coś zrobić”. Nawiasem wspomnę, iż był on i Mikołajczyk – członkami delegacji rządu na Konferencję w Poczdamie. Z USA do Polski przyjechał prof. Oskar Lange, ks. Orleański, inni
– 21 lutego 1945 (czyli 2 tygodnie po Jałcie) Winston Churchill podczas rozmowy z gen. Władysławem Andersem m.in. kilkakrotnie podkreśla, że Wielka Brytania nigdy nie gwarantowała wschodnich granic Polski (szło o Kresy Wschodnie, które USA i Anglia oddały ZSRR-moje GZ). Oświadcza, że sprawę granic ostatecznie załatwi konferencja pokojowa. Wraca do rozmowy z 26 sierpnia 1944 r. i mówi o odszkodowaniach dla Polski w ziemiach na zachodzie po Odrę i Nysę. Zaś Anders występuje przeciwko tworzeniu nowego rządu w Polsce, opartym na komitecie lubelskim – jak mówi – „składającym się wyłącznie z obywateli sowieckich i kilku zdrajców, idących na pasku Moskwy, z dołączeniem dla pozoru paru działaczy polskich przebywających za granicą”. Na zakończenie rozmowy Churchill mówi, że Wielka Brytania uzna tylko rząd składający się z przedstawicieli wszystkich kierunków politycznych. Zachęcam do przeczytania pamiętnika Andersa-„Bez ostatniego rozdziału”, pozwoli na zrozumienie ówczesnej rzeczywistości, skali wyobraźni i odpowiedzialności za Polskę po wojnie;
– Tomasz Arciszewski, premier rządu, m.in. oświadczył: „Nie chcemy rozszerzać granicy na zachód tak, aby wchłaniać 8 do 10 milionów Niemców. Nie chcemy Wrocławia ani Szczecina.” (opublikowane równolegle w „Sunday Times” oraz londyńskim „Dzienniku Polskim i Dzienniku Żołnierza” 1945). Wstyd konkludować – jaki kształt terytorialny miałaby Polska bez Ziem Odzyskanych? Tego w 1945 r. też nie potrafili sobie wyobrazić i zrozumieć? Tu należałoby obszernie przedstawić „Memoriał” Iwana Majskiego ze stycznia 1944 r., który złożył Mokotowowi, gdzie m.in. sugeruje, by „powojenną Polskę ostrożnie kształtować, jako kraj możliwie niewielkich rozmiarów” – proszę, pomyślcie Państwo Czytelnicy;
Profesor Andrzej Werblan („Polska Ludowa, Wyd. Iskry 2017) przypomina rozmowę Władysława Gomułki z Kazimierzem Bagińskim z SL-u (Stronnictwo Ludowe, moje, GZ) – „Armia Czerwona lada dzień tu przyjdzie, trzeba będzie tu jakoś władzę zorganizować. Porozummy się. My jesteśmy dla nich wiarygodni. Razem z nami wy staniecie się też wiarygodni. Nie – odpowiedział Bagiński, my powitamy Armię Czerwoną z rozwiniętymi zielonymi sztandarami i sami się z nimi dogadamy, bez waszej pomocy”. Gomułka zanotował – „pozostało mi tylko życzyć powodzenia” – serdecznie zachęcam Państwa do przeczytania tej książki. Jej Autorzy – profesorowie: Werblan i Modzelewski są Świadkami Historii! Proszę, pomyślcie – gdyby powstał rząd złożony z przedstawicieli PSL, SL, PPS i oczywiście PPR z pozycją wpływową! z „koncesjonowaną demokracją”, przyjazny ZSRR, moglibyśmy uniknąć pierwszych trudnych wewnętrznie lat lub dużo łagodniej je przeżyć. Czy nie wynikają z tego na dziś, w 2020 r. sensowne wnioski, nauki?…
Refleksja…
W tym miejscu proszę Państwa o wybaczenie – pisząc ten tekst nie mogę powstrzymać się od pytań i ocen, po wysłuchaniu kolejnej „samopromocji prezydenckiej” Pana Kosiniaka – Kamysza. Mówi, że Polski nie wolno dziś oddać walkowerem, że obserwujemy arogancję władzy, która wydaje różne nakazy i sama je łamie. Że jako prezydent podniesie wydatki na ochronę zdrowia, bo Polacy powinni być leczeni na wysokim poziomie, że służba zdrowia powinna godnie zarabiać i podobne banały. Nie mogę tego strawić-dziwicie się Państwo? Czy wydatki na służbę zdrowia, poziom zarobków lekarzy zależą od prezydenta, czy od rządu i parlamentu? Tyle już chyba kandydat na prezydenta powinien wiedzieć! Co z tego, że napisze „swoją ustawę”, którą odrzuci Sejm? Gdzie Pan Kosiniak był przed 2016 r., kto, jaka opcja polityczna razem z PO przez 8 lat sprawowała władzę, co robiło PSL? Nie wiadomo było wtedy jaki jest stan kształcenia przyszłych kadr medycznych, jakie są potrzeby, ile lat trwa kształcenie specjalisty – lekarza? Kto ma leczyć na „wysokim poziomie”, specjaliści szkoleni na wiejskich festynach PSL? Czy Pan Kosiniak nie widział jak postępuje władza od 2016 r., przed wyborami w październiku 2019-dlaczego razem ze Schetyną rozbił opozycję, nie chcąc iść do wyborów w jednym bloku z Lewicą? Miliony Polaków, ja też – nie muszę wiedzieć na czym polega liczenie głosów metodą d’Hondta, ale Pan Kosiniak powinien – pisałem w tekście „Przyszły prezydent”, DT, 22-24 listopada 2019. Jeden duży blok opozycji wobec władzy zmieniłby układ głosów w Sejmie. Przepraszam wszystkich przyjaciół, profesorów! (nie wymieniam nazwisk), ale powstrzymać żalu nie potrafię, za traktowanie jak durnia, Polaków – jak „ciemny lud”, potrzebny Panu Kosiniakowi do wybrania na najwyższy urząd. Czy nie potrafi liczyć, myśleć i przewidywać nawet na kilka miesięcy? Z ogromnym uproszczeniem, pominięciem wielu szczegółów i uwarunkowań pytam – obecne „zabiegi” PSL i PO nie są podobne do „mądrości” niektórych wyżej cytowanych polityków? Dostrzegł to SMS – owy badacz: „błędy lekarzy leżą w grobie, błędy nauczycieli – siedzą w Sejmie”.
Odpowiedzialność „londyńczyków”
Ktoś może się zdziwić – dlaczego oczekuję zrozumienia sytuacji od „londyńczyków”, a nie oceniam surowo zwolenników ZSRR, czyli głównie PPR i PPS. To proste, „rząd lubelski” był u siebie, w kraju, Wielka Trójka przesądziła, że Polska będzie w strefie ZSRR. Kwestia ta sprowadzała się do pytania – jaka ta Polska będzie ustrojowo, ile demokracji, na co „Londyn” mógł mieć wpływ przez kilku doświadczonych polityków, porozumienie i współpracę. Ale przez stawianie różnych warunków, kuglarskie machinacje stracili wpływ. O co poszło? Trzy główne sprawy – Kresy, pisałem wyżej, przyjęcie Konstytucji z 1921 r. jako podstawy prawa ( upierali się przy sanacyjnej, z 1935) oraz reforma rolna – ziemia dla chłopów. Tu ciekawostka – kardynał August Hlond w 1933 r. powołał Radę Społeczną, która w założeniu przyjęła potrzebę reformy rolnej, parcelacji wielkich majątków. Ziemiaństwo wywołało histerię – „czerwony biskup chce odebrać ziemię”! Endecja nazwała go robociarzem, z pochodzenia był Ślązakiem. Tłumaczył – że tych problemów społecznych nie da się rozwiązać, dając jałmużnę. Radził – „Kościół niech odda swoje ziemie i skupi się na pracy duszpasterskiej. Nie chcecie? przyjdzie chwila, że będziecie musieli” – prorocze myśli. Warto zainteresować się tą postacią, rozpoczął się proces jego beatyfikacji.
Wracam do głównego wątku. „Londyńczycy” nie mogli pojąć dwóch rzeczy: że USA i Anglia nie wezmą Polski pod „swoją opiekę”. 6 marca 1946 r. Churchill przemawiając w Fulton ogłosił „żelazną kurtynę”, oddzielił Polskę i inne kraje od Zachodu – podkreślam. Zrobił to świadomie we własnym, Anglii i Zachodu interesie, nie Stalin! Zachód nas nie chciał – wreszcie to trzeba pojąć. Że podziemie dla nich nie wywalczy władzy i „wolności”. Dlaczego mamili nadzieją na III wojnę?… Brak im było wyobraźni, czy piramidalna głupota. Doszła do tego „praca” propagandy z Moskwy i Zachodu – mówiono: Polacy wracający do kraju to szpiedzy, zdrajcy. Efekt – powojenna stalinizacja, morderstwa „zbrodniczych band podziemia” (o tym napiszę wkrótce).
Ku pamięci…
Nie należy zapominać, że Polska podczas ostatniej wojny była zniszczona w 38 proc. . Straty, jakie ponieśliśmy, były proporcjonalnie 47 razy większe, niż w Wielkiej Brytanii i 25 razy przekraczały zniszczenia wojenne Francji. Kraj został zniszczony i wykrwawiony, a na dodatek wyjałowiony w dużej mierze z warstwy inteligenckiej. W Polsce zostało zaledwie kilkanaście tysięcy osób z wyższym wykształceniem. W 1939 r. na 10 tys. mieszkańców mieliśmy prawie trzy razy mniej studentów, niż Anglia. Mieliśmy 25-30 proc. analfabetów, Anglia wówczas nie znała tego zjawiska. Żaden inny kraj nie znalazł się w podobnej sytuacji.
Polska leczyła wojenne rany. Odbudowę kraju rozpoczęliśmy w sytuacji nie tylko zdziesiątkowanych kadr fachowych, lecz również z ludźmi, którzy jakże często nie umieli czytać ani pisać. Kilof i kielnia, a często i gołe ręce – to była wówczas główna technologia. Zadania były istotnie wielkie i wzniosłe. Odbudować kraj. Podnieść z ruin najważniejszy symbol – Warszawę, która padła ofiarą straszliwych zniszczeń, zagospodarować Ziemie Odzyskane na zachodzie kraju, przyjąć miliony Polaków repatriowanych z dawnych kresów wschodnich… W tamtych czasach, o czym niektórzy teraz nie pamiętają, każdy dom, każdy most, każdy pomnik, każdy kilometr torów kolejowych stanowił – po odbudowaniu – źródło autentycznej dumy.
Zastanówcie się Państwo-jesteśmy przed wyborami prezydenckimi. Kto „zasłużył na dwójkę z historii i z geografii” – jak mówił Generał Nie dajmy się wprowadzić w błąd! Dziś i jutro-najważniejsza będzie gospodarka, finanse. Tylko taki praktyk-prezydent, znany w Polsce i Europie jest nam bardzo potrzebny.

Jedna pomyłka i…

„Biada politykowi, którego racje przystąpienia do wojny nie zdają się tak pewne przy jej zakończeniu, jak przy jej początku” – te słowa Bismarcka przypomniał Norman Podhoretz. Amerykański publicysta, ideolog neokonserwatyzmu w drugiej połowie XX wieku. Przypomniał we wstępie do swej książki „Dlaczego byliśmy w Wietnamie”. Napisanej w 1982 roku.

Siedem lat wcześniej, w nocy 29 kwietnia 1975 ambasada USA w Sajgonie przypominała rozgrzaną puszkę sardynek. Tysiąc stłoczonych Wietnamczyków, wymieszanych z personelem ambasady Republiki Korei i ostatnimi Amerykanami nadzorującymi ewakuację czekało na ewakuację.
Śpieszyli się wszyscy. Bali się wkraczających oddziałów północnowietnamskich i gniewu tysięcy Wietnamczyków pozostawionych za murami placówki. Wymachującymi paszportami z amerykańskimi wizami. Wtedy ich czarnorynkowa cena, dla wielu cena życia, wzrosła do pięciu tysięcy USD.
Rankiem, o godzinie 4.42, ambasador USA Graham Martin wsiadł do helikoptera. Wśród oczekujących tam Wietnamczyków wybuchła panika. Dostrzegli, że wahadłowo kursujące śmigłowce preferują białych uciekinierów. Zrozpaczeni Wietnamczycy próbowali przerwać, chroniący lądowisko, kordon marines. W żywiołowej, chaotycznej strzelaninie zginęło dwóch amerykańskich żołnierzy. Ostatnich poległych w tej wojnie.
O godzinie 7.53 ostatni amerykański helikopter opuścił Wietnam Południowy.
Trzy godziny później pierwszy północnowietnamski czołg wyłamał bramę pałacu prezydenckim w Sajgonie. Obrony nie było. Generał Duong Van Mionh, ostatni prezydent Republiki Wietnamu, miał już przygotowany akt przekazania swej władzy. Ale zdobywcy zlekceważyli go, zażądali bezwarunkowej kapitulacji. Na frontonie pałacu zawiesili sztandar rewolucyjnego rządu południowego Wietnamu.
Atak był tak szybki, że ekipy zachodnich telewizji nie zdążyły go sfilmować. Dlatego na prośbę delegacji akredytowanych mediów, jeszcze tego samego dnia, dzielni żołnierze Ho Chi Minha powtórzyli finał wyzwolenia Sajgonu. Aby przygotowane już kamery dobrze uchwyciły i uwieczniły ten historyczny moment.
Tak zakończyła się najkosztowniejsza z najgłupszych wojen jakie USA toczyły. Wojny, która nie musiała wybuchnąć.
Spokojni Amerykanie
Trzydzieści lat wcześniej nie było ekip telewizyjnych w Wietnamie. Świadkowie zapamiętali, że przyjechał na plac Ba Dinh w Hanoi francuskim samochodem, eskortowany przez gwardię rowerzystów. Półmilionowy, zebrany tam tłum ujrzał go na prowizorycznej trybunie. W otoczeniu ministrów powołanej wtedy Demokratycznej Republiki Wietnamu oraz grona amerykańskich oficerów.
„Wszyscy ludzie zostali stworzeni jako równi sobie. Stwórca obdarzył ich niepodważalnymi prawami do życia, prawem do wolności oraz prawem do poszukiwania szczęścia” – odczytał inwokację do napisanej przez siebie Deklaracji Niepodległości Wietnamu. Kopi Deklaracji Niepodległości USA.
Czynił tak nieprzypadkowo. Za plecami miał Archimedesa Patti, majora amerykańskiego wywiadu. Szefa delegacji armii Stanów Zjednoczonych. Armii, która uzbroiła defilujących przed trybuną partyzantów nacjonalistycznego Viet Minhu. Armii, której samoloty przelatywały nad placem i trybuną oddając zebranym przyjacielskie pozdrowienia. Zwłaszcza jej sojusznikowi Ho Chi Minhowi, liderowi Viet Minhu, proklamującemu wtedy, 2 września 1945 roku, powstanie Demokratycznej Republiki Wietnamu i przyszłą niepodległość całego kraju.
Proklamującemu na wyrost, bo władza Ho Chi Minha długo się w Hanoi nie utrzymała. Tydzień później wkroczyły tam oddziały nacjonalistów z Republiki Chińskiej, niechętnej niepodległemu Wietnamowi.
Chińczycy zajęli północne tereny Wietnamu, bo miesiąc wcześniej, podczas konferencji poczdamskiej, ówcześni przywódcy USA, ZSRR i Wielkiej Brytanii, podzielili świat na sfery swych wpływów.
Tam też zadecydowano o przyszłości Wietnam. Byłą kolonię francuską, okupowaną od 1940 przez Japończyków, podzielono arbitralnie na dwie strefy. Północne tereny dostały w zarządzanie sojusznicze Chiny, rządzone wtedy przez nacjonalistę Czang Kai – szeka. Południe kraju przypadło Wielkiej Brytanii usadowionej w niedalekiej Birmie.
Ponieważ Londyn potrzebował poparcia Francji dla brytyjskiej polityki w Niemczech, to oddał „swoje” południe Wietnamu generałowi de Gaulle. Ponieważ Czang Kai – szek ciągle potrzebował pieniędzy na wojnę domową z chińskimi komunistami, to odsprzedał przydzieloną mu północ Wietnamu, Francuzom.
Ku zadowoleniu Ho Chi Minha, który wolał mieć za przeciwnika dalekiego, europejskiego okupanta niż wielkiego, azjatyckiego sąsiada. Wietnam zmagał się z chińskimi dominacjami i okupacjami przez przynajmniej tysiąc lat. Z francuską ekspansją kolonialną tylko od stu.
Uzbrojona przez Amerykanów, bitna wietnamska partyzantka przyjęła Francuzów wrogo. Na tradycyjnie wojowniczej Północy kraju po kilku miesiącach walk Francuzi kontrolowali jedynie miasta i najważniejsze szlaki komunikacyjne. Na pozostałych terenach toczyła się nieustanna wojna partyzancka. Na tradycyjnie biznesowym Południu, Francuzi wskrzesili przeszłość. W 1949 roku powołali tam marionetkowy rząd z powszechnie nieszanowanym cesarzem Bao Daiem. Playboyem, bohaterem towarzyskich kronik w bulwarowych gazetach.
Po ośmiu latach wyczerpującej wojny doborowa armia francuska przegrała z mistrzowską partyzantką Viet Minhu. Jej klęskę pieczętuje bitwa w dolinie Dien Bien Phu. Stała się ona wzorem dla antykolonialnych partyzantek na całym świecie.
Po Dein Bien Phu Francuzi myśleli o jednym. Jak honorowo wycofać się z azjatyckich Indochin. Z Wietnamu, ale też ze zbuntowanych Laosu i Kambodży. Spróbować ocalić dla Francji śródziemnomorskie kolonie, zachować zamorską Algierię. Dlatego podczas międzynarodowej konferencji pokojowej w Genewie w 1954 roku Francuzi godzili się na przedkładane im propozycje pokoju. Wydało się, że Wietnam już wtedy zostanie zjednoczony.
Jednak pozostałe delegacje miały już inne cele. Wielka Brytania chciała zachować podział Wietnamu. Liczyła, że tak osłabiony nie będzie wzorem dla jej kolonii i azjatyckich sojuszników. Amerykanie, przestraszeni wojną koreańską i narastającą popularnością komunistycznej ideologii w Azji, postanowili tam zastopować widmo komunizmu. Nie mieli wtedy jeszcze pomysłu jak to uczynić. Osłabiony śmiercią Stalina Związek Radziecki grał dalej rolę mocarstwa, ale w czasie negocjacji scedował azjatyckie rozgrywki na wtedy jeszcze sojusznicze Chiny.
Dzięki temu komunistyczny Pekin ograł wszystkich wracając do zasad cesarskiej polityki w tym regionie. Wsparł niekomunistyczne rządy w odzyskujących niepodległość Kambodży i Laosie by przywrócić tam swe dawne wpływy. Wsparł ideę utrzymania dwóch konkurencyjnych państw na terenie Wietnamu graniczących na linii 17 równoleżnika. By zachować rolę przyszłego arbitra.
Wspólną wolą konferencji zjednoczenie Wietnamu nastąpić miało dopiero po przeprowadzeniu wolnych wyborów w obu prowincjach. Wyznaczono ich ostateczny termin. Lipiec 1956 roku.
Aktywność chińska zmobilizowała Stany Zjednoczone. Amerykanie postanowili zablokować wolne wybory, bo prognozy były jednoznaczne. Niezwykle popularny Ho Chi Minh i jego nacjonalistyczny Viet Minh wygrałby je zdecydowania na Północy. I również na Południu, choć z gorszym wynikiem.
Od jesieni 1954 roku Amerykanie zajmują miejsce ustępujących Francuzów na wietnamskim Południu. Współtworzą tam Republikę Wietnamu. Alternatywną wobec północnej, coraz bardziej „socjalistycznej” Demokratycznej Republiki Wietnamu. Szukają też wietnamskiego lidera, alternatywnego wobec Ho Chi Minha. Swego niedawnego sojusznika w wojnie z Japończykami.
Tragedia pomyłek
Stawiają na niepodległościowego działacza, wietnamskiego katolika Ngo Dinh Diema. Powszechnie wtedy poważanego. Warto przypomnieć, że w 1945 roku Ho Chi Minh tworząc pierwszy rząd niepodległego Wietnamu zaproponował w nim udział Ngo Din Diemowi. Ale ten odmówił i wyjechał do USA gdzie nawiązał wiele korzystnych kontaktów.
W 1954 roku Ngo Dinh Diem nie odmówił. Został premierem pro amerykańskiego Wietnamu. Dzięki pomocy USA ożywił gospodarkę wietnamską. Obalił archaicznego cesarza, ubrał Wietnam w republikańskie, demokratyczne szaty. Podczas swej wizyty w USA w 1957 amerykańskie media uznały go za „jedną z największych postaci XX wieku”. Atrakcyjnego prozachodniego demokraty z wietnamską twarzą.
Niestety premier Ngo Dinh miał do użytku wewnętrznego drugą twarz. Katolickiego, nepotycznego inkwizytora. Choć za granicą deklarował przywiązanie do demokracji, to u siebie surowo zwalczał każdą opozycję polityczną. Dodatkowo rozniecił konflikty z silnymi na Północy sektami religijnymi i początkowo sprzyjającymi mu buddystami.
Swą liczną, pazerną rodziną obsadził najważniejsze stanowiska w państwie. Od ministra – szefa policji po kardynała wietnamskiego kościoła katolickiego. Wtedy w Sajgonie żartowano, że przed braćmi Ngo Dinh nie ma ucieczki. Kontrolują wszystko co jest na ziemi, i jeszcze dodatkowo niebo.
W listopadzie 1966 roku wspierany przez wywiad USA pucz południowo wietnamskich wojskowych obalił rząd Ngo Dinh Diema. Znienawidzonego premiera i jego brata, szefa policji Ngo Dinh Nhu, wietnamscy żołnierze odnaleźli w katolickim kościele w chińskiej dzielnicy Cholon stołecznego Sajgonu. Zabili ich bez wahania. Na wieść o tym mieszkańcy Sajgonu szaleli z radości.
Krótka była ta radość, bo był to początek późniejszych, kolejnych klik wojskowych. Miały one wspólne cechy. Gigantyczny ciąg do korupcji oraz brak woli walki z miejscowymi partyzantami i armią Północy. Amerykanie uporczywie prowadzili tę, z góry skazaną na przegraną, wojnę. Nie pomogły setki tysięcy ich żołnierzy zaangażowanych w walki. Nie pomogła „wietnamizacja” wojny, czyli opłacanie armii Południa aby walczyła z partyzantką i wojskiem Północy.
Wojna wietnamska kosztowała USA ponad 60 tysięcy zabity, 313 tysięcy rannych, w tym ponad 150 tysięcy inwalidów. Wietnam Południowy stracił prawie 300 tysięcy zabitych żołnierzy. Straty Wietnamu Północnego, sumując żołnierzy, partyzantów i cywilów, szacuje się nawet na ponad milion zabitych.
Znów w sojuszu
„Cieszymy się, że znów jesteście” – takimi transparentami witano Amerykanów w Hanoi i Ho Chi Minh City, czyli dawnym Sajgonie. w 1995 roku. Kiedy między nawiązano stosunki dyplomatyczne i zniesiono amerykańskie embarga.
Wietnam po wprowadzeniu prorynkowych reform „doi moi” stał się kolejnym gospodarczym „azjatyckim tygrysem”. Światowym liderem w produkcji kawy, ryżu, przypraw. Atrakcyjnym miejscem dla inwestycji przemysłowych. Przede wszystkim japońskich, południowokoreańskich, singapurskich, ale też amerykańskich i europejskich. Dwadzieścia pięć lat po nawiązaniu stosunków dyplomatycznych Wietnam jest nadal ważnym sojusznikiem USA w regionie Pacyfiku. Jednym z filarów tworzonej tam przez Waszyngton antychińskiej polityki.
Dlatego liczne amerykańskie delegacje państwowe składające wieńce w hanojskim mauzoleum Ho Chi Minha. A wielu amerykańskich historyków i publicystów skłania się ku tezie, że to Ho Chi Minh mógł być tym „azjatyckim Tito”. Autentycznym przywódcą narodu, zachowującym niezależność polityczną od Moskwy i Pekinu. Strategicznym sojusznikiem Waszyngtonu.
Jeden zły personalny wybór doprowadził do wieloletniej, wyniszczającej wojny. Zakończonej ostatecznie w 1976 roku zjednoczeniem oby państw wietnamskich. A przecież gdyby w 1954 roku Amerykanie nie odrzucili możliwości współpracy z „komunistą” Ho Chi Minhem, to nie musieliby się angażować w niepotrzebną wojnę. Nie popełnili by tych potwornych zbrodni, za które wstydził się Normam Podhoretz.
Nie musieliby też uciekać z Wietnamu pozostawiając swych sojuszników na niełasce zwycięzców. Wracać tam teraz z zaproszeniem do strategicznej, anty chińskiej gry.

Tacy azjatyccy Polacy

75 rocznica powstania Demokratycznej Republiki Wietnamu.
70 rocznica nawiązania stosunków polsko – wietnamskich.

Historie Wietnamu i Polski mają wiele niespodziewanych podobieństw. Polska uchodzi za bastion europejskiej kultury na wschodniej rubieży Europy. Wietnam uważany jest za jeden z najbardziej zeuropeizowanych państw azjatyckich. Kultura polska wyrasta z cywilizacji zachodnioeuropejskiej, ale wymieszała ją ze wschodnimi wpływami. Jesteśmy wschodnią twarzą Zachodu, a Warszawa nieraz bywała Paryżem Wschodu.

Tradycyjna, oryginalna kultura wietnamska przez tysiąclecia adoptowała chińskie wzorce. Do dziś konfucjańskie wpływy znajdziemy w codziennym życiu, obyczajowości wietnamskiej. Od XIX wieku, wraz z zachodnią kolonizacją, pojawiły się tam francuskie techniczne i kulturowe nowinki. XX wieczna amerykańska kolonizacja na południu kraju też zostawiła swe ślady. Obecne i żywe do dziś. Zwłaszcza, że w czasach nieskrywanej rywalizacji Chiny- USA, Wietnam znów jest cennym sojusznikiem dla Waszyngtonu.
Najlepszym przykładem wietnamskiej różnorodności kulturowej jest język i pismo tego kraju. Język kinh, czyli wietnamski, to dziś język rodzimy dla ponad osiemdziesięciu procent obywateli Wietnamu. Pozostali mówią językami 53 mniejszości narodowych, etnicznych i ludów sąsiednich państw. Oczywiście wszyscy oni posługują się też językiem wietnamskim, dzięki powszechnej i bezpłatnej oświacie w tym kraju.
Dzisiaj trudno sobie wyobrazić, że jeszcze sto lat temu, na początku XX wieku, językiem urzędowym, czyli językiem administracji państwowej, szkolnictwa, filozofii i państwowej literatury był wietnamski język chiński. Zwany han.
Ówczesne wietnamskie elity pisały używając chińskich znaków. Używając języka chińskiego wymieszanego z wietnamskim. Chiński był wtedy językiem ludzi wykształconych. Podobnie jak łacina w dawnej Polsce. Ale choć często chiński ideogram znaczył w Wietnamie to samo co w Chinach, to był już inaczej tam wymawiany. Do dzisiaj wiele wietnamskich słów, przede wszystkim ze sfery dawnej techniki i kultury, ma swe źródła w języku chińskim. Podobnie brzmienia.
Na wzór chiński tworzono też administrację państwa wietnamskiego. Aby trafić do niej trzeba było zdać coroczne państwowe egzaminy. Pisząc eseje na zadany temat w języku han. Formalnie były one dostępne dla kandydatów ze wszystkich warstw społecznych. Stanowiły fundament ówczesnej merytokracji.
Egzaminy te, jak i konfucjański system administracji. Zniósł dopiero w 1918 roku rządzący Wietnamem francuski gubernator. Kiedy rząd w Paryżu zaczął tworzyć z Wietnamu, Laosu i Kambodży swe terytorium zamorskie, francuskie „Indochiny”.
Jednocześnie przez przynajmniej tysiąc lat obok urzędowego pisma han istniało alternatywne pismo nom. Powstałe też na bazie chińskich ideogramów, ale zapisywano nimi teksty w języku wietnamskim. Najstarszy dokument pisany w nom pochodzi z XIV wieku. Nom od początku miało narodowy charakter i zwykle było w opozycji do zagranicznych wpływów kulturalnych i rządzącej biurokracji.
Nom było pismem ludowych inteligentów, kontestujących artystów, twórców wędrownych ludowych teatrów.
W XVIII wieku podczas narodowego powstania ruchu Tay Son po raz pierwszy zastąpiono nim urzędowy język han. W XIX wieku język nom uważany był przez kolaborujący z Francuzami wietnamski dwór cesarski za język „wywrotowych idei”. Dlatego zakazywano go, nieskutecznie zresztą. W Wietnamie, podobnie jak w Polsce, władza ma ograniczone możliwości stosowania skutecznych, nieakceptowanych przez społeczeństwo zakazów.
Ale nie tamto „wywrotowe” pismo obowiązuje w dzisiejszym, niepodległym Wietnamie. W 1651 roku francuski jezuita Aleksander de Rhodes stworzył dla ludowego, wietnamskiego języka, pismo oparte na alfabecie łacińskim. Na literach, a nie znakach- ideogramach. Zwane quoc ngu. Ponad dwieście lat używane było jedynie przez niewielką społeczność katolickich misjonarzy i żarliwych wietnamskich katolików. Było pismem dla swoich, wspólnoty wtajemniczonych.
Kiedy w 1918 roku francuska administracja zaczęła zmieniać wietnamskie wasalne państwo w swą zamorską prowincję to wówczas zaczęła też upowszechniać quo ngu jako mowy język urzędowy. Ale z marnym skutkiem. Bo osiadły w Hue dwór marionetkowych, wietnamskich cesarzy preferował tradycyjny han. Podobnie jak dotychczasowa wietnamska administracja, która bojkotowała narzucony przez kolonizatorów alfabet. Również patriotyczna wietnamska inteligencja skupiona w narodowowyzwoleńczych organizacjach uważała quoc ngu za język wrogi, bo proponowany przez kolonizatora.
Ale niebawem wygrał, jak to zwykle w Wietnamie i Polsce bywa, patriotyczny pragmatyzm. Szybko ci antyfrancuscy wietnamscy inteligenci zaczęli wspierać upowszechnianie pisma opartego na europejskim alfabecie.
Aby móc pisać i czytać w han i nom trzeba było wykuć na pamięć przynajmniej kilka tysięcy ideogramów. To wymagało kilku lat intensywnej nauki. Za to opartego na alfabecie łacińskim quoc ngu można nauczyć się już po pół roku, kilku miesiącach nawet. Co dawało szansę na szybsze likwidowanie w Wietnamie analfabetyzmu, upowszechnianie oświaty na wsiach.
Łatwiej też było tłumaczyć zachodnią, zwłaszcza techniczną, literaturę na taki zapis języka. W efekcie kooperacji francuskich kolonizatorów i antyfrancuskich patriotów dzisiejsze wietnamskie pismo, i język też, przypomina stację pośrednią. Leżącą pomiędzy dominującymi w Azji kulturami wywodzącymi się z chińskich znaków i cywilizacją łacińskich liter. Taka też jest wietnamska kultura. Między Azją i Europą.
Słodko- kwaśny smak kolonizacji
Francuzi okupowali Wietnam do 1954 roku. Z przerwą w latach 1940- 1946, kiedy kolaborujący z hitlerowskimi Niemcami francuski rząd Vichy uległ imperialnej Japonii i przekazał jej Wietnam. Japończycy wpierw próbowali pozyskać wietnamską sympatię hasłami „Azja dla Azjatów”. Ale już w 1942 roku zapomnieli o azjatyckim braterstwie. Wojna z USA rujnowała ich gospodarkę. Dlatego Wietnam traktowali gorzej niż Francuzi, wyciskając z niego wszelką żywność i każde surowce. Stąd krótkie panowanie japońskie stało się tam synonimem głodu i rabunkowej gospodarki.
Po klęsce Japonii w 1945 roku zachodnie mocarstwa pozwoliły chińskiej, sojuszniczej armii Czang Kaj- Szeka zająć północ Wietnamu ze stolicą w Hanoi, a na południe kraju, do Sajgonu powrócili Francuzi. Twórca niepodległego Wietnamu Ho Chi Minh, współpracujący w latach wojny z Amerykanami, robił wtedy wszystko, aby chińską okupację Hanoi zastąpić ponowną francuską. Wolał walkę z zamorskim wrogiem niż rosnącym w siłę imperialnym sąsiadem.
I rzeczywiście Francuzi wycofali się po ośmiu latach wojny z najskuteczniejszą partyzantką na świecie. Symbolicznym końcem francuskiego panowania była kapitulacja bazy wojskowej Dien Bien Phu okrążonej przez partyzantkę Vieth Minhu. Zdobytej pomimo bohaterstwa oporu francuskich żołnierzy i Legii Cudzoziemskiej.
Z szeregów Legii do partyzantów wietnamskich zbiegł wtedy polski legionista Stefan Kubiak. Został bohaterem wietnamskiej partyzantki.
Klęska pod Dien Bien Phu zainspirowała Frantza Fanona, algierskiego antykolonialnego bojownika, do napisania manifestu „Wyklęty lud ziemi”. Biblii afrykańskich i azjatyckich działaczy niepodległościowych. Wzywającej do wyzwalania się kolejnych zachodnich kolonii. Utrata Wietnamu w 1954 roku była początkiem końca systemu francuskich kolonii.
Dzisiaj francuskie panowanie w Wietnamie traktowane jest podobnie jak krzyżackie na terenach polskich. Francuzi też pozostawili świetne architektonicznie budowle. Budynki administracji, teatry, szkoły, dworce kolejowe. W Hanoi nadal jest most zaprojektowany przez twórcę paryskiej wieży, inżyniera Eiffla. No i jeszcze prześliczne wille kolonizatorów.
Gmachy te bywały po odzyskaniu przez Wietnam w 1976 roku pełnej niepodległości zaniedbane, bo uważano je za skażone piętnem kolonialnym. Dzisiaj są już pieczołowicie restaurowane, niekiedy za francuskie fundusze pomocowe. Poprzedni prezydent stołecznego Hanoi, absolwent wydziału architektury Politechniki Krakowskiej, Nguyen The Thao przeprowadził kompleksową rewitalizacją „francuskich kwartałów”, kolejnej atrakcji tego wspaniałego miasta.
Po Francuzach pozostały też w Wietnamie plantacje kawy. Dzisiaj Wietnam jest drugim producentem tego ziarna na świecie. I jedynym krajem w Azji Południowo- Wschodniej gdzie kawę pije się powszechnie, nie tylko w hipsterskich lokalach.
Wietnamczycy mają też swój wkład do kultury picia kawy. To oni wynaleźli słynny „filtr”, czyli najprostszy ekspres do parzenia tego trunku.
Poranna kawa z filtra daje kopa jak najlepsza turecka, a jest dodatkowo bardziej smaczna. Równie smaczna bywa tam kawa mrożona. Nawet kawę z mlekiem, której zwykle nie lubię, w Wietnamie da się wypić. Zwłaszcza do świeżych, powszechnych tam bagietek. Smakujących jak francuskie.
Najpiękniejszym symbolem dzisiejszego Wietnamu są wszechobecne kobiety ubrane w przecudne, kolorowe, jedwabne, przypominające motyle skrzydła, suknie Ao Dai. Obiekty westchnień mężczyzn z całego świata.
Nie wszyscy Wietnamczycy lubią pamiętać, że w tym symbolu wietnamskości też tkwi dyskretny, zapomniany wkład tradycyjnej francuskiej elegancji. Przerobionej na wietnamski szarm. Bo Wietnamczycy to tacy azjatyccy Polacy.

Czy to już III Wojna Światowa?

Nieszczęśliwy Nowy Rok: jeszcze nie tak dawno życzyliśmy sobie „Szczęśliwego Nowego Roku 2020” („Happy New Year 2020”). W powszechnej euforii szampańsko – globalnej mało kto przewidywał wówczas, że będzie to rok wyjątkowo nieszczęśliwy. Zaledwie miesiąc później gruchnęła dramatyczna wieść: nadchodzi piorunująca pandemia koronawirusa [1] – z kolejnymi epicentrami zarazy (Chiny, Włochy, Hiszpania, USA…), z setkami tysięcy zarażonych, z dziesiątkami tysięcy ofiar i z nielicznymi uzdrowieńcami.

Oto nowa kategoria globalizacji – tym razem koronawirusowej, obejmującej już prawie wszystkie kraje świata. Dobrze wiem, co to znaczy – przeżyłem bowiem już w XXI wieku dwie wielkie epidemie na placówkach RP w Chinach (w Pekinie: SARS = Severe Acute Respiratory Syndrom, ostra niewydolność dróg oddechowych i w Szanghaju – ptasia grypa.).
Nigdy nie zapomnę widoku pustych sklepów, środków transportu i opustoszałych ulic owych wielkich miast (Pekin – 15 mln a Szanghaj – 30 mln mieszkańców). W wyniku SARS-a zmarły wówczas 774 osoby w prawie 30 krajach. O 774 za dużo! Ale z powodu gruźlicy na świecie umiera corocznie 1,6 mln ludzi, czyli około 4.000 codziennie.
Strach ma wielkie oczy
Tym razem jednak może być znacznie gorzej i groźniej. Koronawirus jest i długo będzie tematem nr 1 w polityce, w mediach i w rozmowach zwykłych obywateli. Nic dziwnego – strach ma wielkie oczy. Na szczęście mało jest przykładów paniki i bezradności (może z wyjątkiem Jordanii). Liczne są natomiast przypadki solidaryzmu społecznego i pomocy dla potrzebujących. Prawie wszystkim „fachowcom” zdaje się, że są znawcami tej problematyki.
Tymczasem, świat i jego włodarze, nawet ONZ i UE, zlekceważyli ostrzeżenia głoszone przez specjalistów od dawien dawna. Sam pisałem o zagrożeniu biotechnologicznym jeszcze w listopadzie 2000 r. (!) [2]. Tym razem, pragnę powołać się, przede wszystkim, na wielkie autorytety w tej dziedzinie – na uczonych z Uniwersytetu Stanford w Kalifornii. Oto prof. Mark Shwartz opublikował, dnia 11.01.2001 r., znamienny artykuł w renomowanym „Stanford Report” [3].
Prognoza dla świata
W opracowaniu tym zawarta jest, m.in., analiza dociekań i wniosków wynikających z badań prof. Stevena Blocka, znanego biologa z tegoż Stanfordu. Interesuje się on głównie czarna ospą, wąglikami i koronowirusami. Prognoza dla świata wynikająca z jego badań jest przerażająca: „wojny biologiczne stanowią wielkie zagrożenie dla ludzkości w XXI wieku i w kolejnych stuleciach”; wojny z zastosowaniem również innych wirusów, np. czarnej ospy czy wąglika, niekoniecznie koronowirusa.
Można tylko domniemywać i spekulować, czy obecna pandemia nie jest jedynie „próbą generalną” dla zbadania reakcji władz, społeczeństw i… terrorystów? Teoretycznie, nie można wykluczyć takiej ewentualności. St. Block potwierdza, że np. czarna ospa została wyeliminowana w przyrodzie; ale USA i ZSRR zachowały pewne zasoby tego wirusa w stanie zamrożenia. Profesor ocenia, iż około tuzina państw nadal realizuje aktywnie programy tworzenia broni biologicznej i środków jej przenoszenia oraz ostrzega przed proliferacją broni biologicznych, przed dostępem terrorystów do nich oraz przed tzw. „black biology” („czarną biologią”).
Polega ona na wytwarzaniu genetycznie zmodyfikowanych (zmutowanych) odmian wirusów celem produkowania nowych broni biologicznych, np. w celach terrorystycznych.
Badacz postuluje także udoskonalenie kontroli w tej dziedzinie, dostępność niezbędnego sprzętu, np., celem wykrywania obecności wirusów w środowisku naturalnym i weryfikacji w dziedzinie biotechnologii tak dynamicznie rozwijającej się w XXI wieku. Dosadnie brzmią ostrzeżenia St. Blocka: „the time to act is now before disaster strikes…” (“trzeba działać teraz zanim nieszczęście nadejdzie”) oraz „we should not have to wait for the biological equivalent of Hiroshima to rally our defenses…” („nie powinniśmy czekać na biologiczny odpowiednik Hiroszimy, żeby umacniać naszą obronność…”).
Stwierdzenia te w ustach człowieka, który wie, co i o czym mówi, nie wymagają dodatkowych komentarzy.
Sprawcy pandemii
Czyja to wina?: Wielu zastanawia się obecnie nad przyczynami, nad mechanizmami i nad sprawcami tragicznej pandemii? Nie podejmuję się jednoznacznego rozstrzygania tej kwestii – bowiem za wcześnie na to; ponadto, nie znam się na medycynie i na wirusologii; analizuję natomiast polityczne, strategiczne, ekonomiczne, społeczne i międzynarodowe konsekwencje (bezpośrednie i długofalowe) szalejącej pandemii.
Główne kryteria i oceny alternatywne w tej mierze mogą być następujące (choć nie jedyne); pandemia wybuchła: – przez przypadek bądź w wyniku działania celowego; – jej siły sprawcze mogą znajdować się na Zachodzie bądź na Wschodzie [4]; – wielkiemu kapitałowi zachodniemu (szczególnie z USA) zależy na osłabieniu Chin i na zahamowaniu „China’s Rise”, zaś Chiny pragną nie dopuścić do ponownej dominacji, unilateralizmu i hegemonizmu USA w świecie [5];

  • neoliberałowie i neomalthusianiści zachodni nie panują nad światem i dążą do zmniejszenia (o połowę?) jego ludności; zaś mocarstwa BRICS z sojusznikami zmierzają do lepszej wspólnej przyszłości dla wszystkich obywateli oraz do zlikwidowania anomalii i dysproporcji spowodowanych przez neoliberalizm; – Zachód nie ma programu rozwoju i założeń ideologicznych dla świata a Wschód dysponuje nimi oraz oferuje je innym na zasadach partnerstwa i dobrowolności;
  • Wschód buduje innowacyjną przyszłość świata w pokoju i w bezpieczeństwie, podczas gdy Zachód upiera się przy swej starej wojennogennej (siłowej) metodologii w polityce, ewentualnie z zastosowaniem niektórych nowych elementów, np. patogenów. – USA nie zawahały się przed użyciem bomb atomowych przeciwko Japonii, tak i teraz mogłyby zastosować bomby biologiczne przeciwko wszystkim (także i samym sobie – polityka samobójcza).
    Co więcej, gdyby rzeczywiście okazało się, że USA wypuściły wirusa ze współczesnej „puszki Pandory”, to byłby to dowód ich bezsilności, rozpaczy i niewiary, że będą mogły jeszcze odzyskać panowanie nad światem w systemie jednobiegunowym. To jest nierealny American Dream (amerykańskie marzenie).
    Brak efektywnych rozwiązań
    Nowoczesne zbrojenia: nasilające się napięcie międzynarodowe i brak efektywnych rozwiązań krajowych, regionalnych i globalnych potęgują intensywny wyścig zbrojeń, w którym broń biologiczna może odgrywać coraz większą rolę. Jak zwykle, wojsko korzysta w pierwszym rzędzie i w masowej skali z najnowszych zdobyczy i odkryć naukowo – technicznych.
    Podam jedynie kilka najciekawszych przykładów:
  • drony emitujące zabójcze mikrofale i skomputeryzowane (ze sztuczną inteligencją), które same podejmują i wykonują decyzje na polu walki,
  • drony UAV (Unmanned Aerial Vehicles, Predator i Global Hawk) służące do „polowania” na ludzi, do zwiadu itp.; za ich pośrednictwem the US Central Command na Florydzie dowodzi działaniami bojowymi w Afganistanie (11.300 km dalej),
  • dron M19 Reaper o zasięgu globalnym, może latać przez 36 godzin bez przerwy i przewozić bomby o ciężarze do 250 kg oraz rakiety powietrze-ziemia i powietrze-powietrze,
  • automaty elektryczne DREAD (tzw. centryfugi) wystrzeliwujące 12.000 pocisków na minutę lecących do celu z szybkością około 2.439 m/sek. (bez huku i ognia),
  • działa elektromagnetyczne wystrzeliwujące pociski z szybkością siedmiokrotnie większą od prędkości dźwięku,
  • karabin elektromagnetyczny (mikrofalowy) rażący naskórek i powodujący piekielny ból (ale nie zabijający),
  • karabiny i działa laserowe niszczące system nerwowy człowieka i innych istot żywych,
  • laserowa broń antyrakietowa umieszczana na samolotach bojowych, ew. na satelitach i na okrętach wojennych, tzw. FEL (= Free Electron Laser),
  • termo baryczne bomby głębinowe BLU 118/B do niszczenia skrytek i bunkrów podziemnych (armia radziecka stosowała je w Afganistanie, w latach 80-tych XX wieku),
  • MOP (Massive Ordnance Penetrator) przebija ściany żelbetonowe o grubości do 18,5 m i wybucha na głębokości 61 m (z myślą o irańskich ośrodkach nuklearnych),
  • bezzałogowy myśliwiec US Air Force X-47B całkowicie zmienia charakter wojny w powietrzu, – myśliwiec V-22 Osprey może startować jak śmigłowiec i latać jak samolot,
  • hipersoniczny Falcon HTV-2, samolot ślizgacz o pięciokrotnej szybkości dźwięku, może przewozić głowice nuklearne i biologiczne na odległość kilku tysięcy kilometrów. To nowy etap w lotniczym wyścigu zbrojeń;
  • YAL-1 Airborne Laser Testbed samolot z głowicą laserową o wielkiej mocy do zestrzeliwania w locie rakiet taktycznych (tzw. pola walki) przeciwnika,
  • okręty wojenne nowej generacji z działami laserowymi niszczącymi cele (obiekty) przeciwnika w czasie 30 sekund.
    Poza tym jest wiele unikalnych nowości w robotyzacji, w wojnie hybrydowej, szczególnie cyberwars (np. ataki izraelskich hakerów wojskowych na irańskie instalacje wzbogacania uranu w Buszer, co zmniejszyło ich wydajność o 20 proc.), w dziedzinie kosmicznej i in.
    Postęp jest więc ogromny w wojskowości. Zachodzi pytanie; co robić ze starymi broniami konwencjonalnymi, na które wydano biliony dolarów?
    Postęp masowej zagłady
    Z natury rzeczy, postęp dotyczy także broni masowej zagłady – nuklearnych, chemicznych i biologicznych. Nowoczesne założenia strategiczne poszczególnych armii przewidują prowadzenie równoległych (równoczesnych) działań bojowych na szczeblu strategicznym, operacyjnym i taktycznym, przez co można lepiej „sparaliżować” przeciwnika.
    Wnioski z historii: broń biologiczna (w skrócie BB), nawet w swych najbardziej prymitywnych postaciach, była stosowana od zarania dziejów.
    Jako pierwsi używali jej łucznicy Scytów (w VII i VI wieku p.n.e.) – plemion koczowniczych na terenach obecnej Ukrainy. Moczyli oni ostrza strzał we krwi i w moczu przeciwników oraz w ich rozkładających się trupach. Katapultami przerzucano te trupy poprzez mury fortec strony przeciwnej.
    Później, plemiona pierwotne Afryki czy Amazonii zatruwały ostrza swych strzał i dzid znanymi sobie truciznami. Pamiętna jest „czarna śmierć” (dżuma) w Europie, przywleczona tu z Azji Środkowej (w 1347 r.) statkami kupców genueńskich. Z jej powodu życie straciło prawie 100 mln obywateli (od 450 mln do 350 mln).
    Zasadniczy postęp w zakresie BB datuje się natomiast od rozwoju mikrobiologii w końcu XIX wieku za przyczyną badań Louisa Pasteura, Roberta Kocha i in. W minionym stuleciu ponad 500 mln ludzi zmarło na świecie wskutek chorób zakaźnych, a kilkadziesiąt tysięcy Chińczyków zostało zamordowanych przy pomocy BB przez Japończyków podczas II wojny światowej.
    Najgroźniejszymi wirusami w BB jest ich 8 odmian na czele z ebolą, marburgiem i hantą (50% ogółu zgonów). Zapewne i koronawirus zajmie czołowe miejsce w tej klasyfikacji (oby nie!). Fachowcy powiadają, że broń biologiczna – to tyle, co „broń atomowa dla biednych”.
    Terroryzm biologiczny
    Wraz z tym, zwiększa się groźba terroryzmu biologicznego i eksperymentów biotechnologicznych mogących spowodować wytworzenie agresywnych nowych bakterii, wirusów i grzybic groźnych dla ludzi, roślin i zwierząt oraz – w sumie – dla życia na Ziemi.
    Z wiarygodnych źródeł wynika, że 16 krajów realizuje obecnie programy w zakresie BB, a mianowicie: Kanada, Chiny [6], Kuba, Francja, Niemcy, Iran, Irak, Japonia, Libia, Korea Płn., Rosja RPA, Syria, W. Brytania, USA oraz Tajwan.
    Jeśli zaś chodzi o Stany Zjednoczone, to tam niektórzy twierdzą, iż BB jest „niepraktyczna” (obosieczna?). Niemniej jednak w USA trwają prace nad BB, szczególnie w ich głównym ośrodku rozwojowym (Camp Detrick w stanie Maryland).
    Natomiast próby są przeprowadzane w bazie Pine Bluff w stanie Arkansas. Z dostępnych źródeł wynika, iż w okresie „zimnej wojny” USA i ZSRR posiadały tak znaczne arsenały BB, przy pomocy których można byłoby uśmiercić całą ludzkość na Ziemi. Richard Nixon, ówczesny Prezydent USA, wygłosił przemówienie (dnia 25.11.1969 r.), w którym proklamował zakończenie prac nad BB pod pretekstem, iż nie są one niezawodne oraz nakazał zniszczenie jej zapasów (arsenałów).
    Niezależnie od tego, w USA prowadzono nadal eksperymenty i produkowano 26 składników BB. Zarzucano temu mocarstwu stosowanie owej broni podczas wojny koreańskiej w 1952 r. oraz rozsiewano pogłoski, iż US Army użyła BB (szczególnie wirusów świńskiej grypy i gorączki dengue) przeciwko Kubie.
    Znane są także smutne doświadczenia dotyczące wybuchu epidemii eboli w Afryce oraz HIV/AIDS na świecie – z zamiarem tzw. depopulacji (zmniejszenia liczby) ludzkości.
    Kuriozalny stan rzeczy
    W konkluzji: póki co – mamy do czynienia na świecie z dość kuriozalnym stanem rzeczy w sferze militarnej: ni to pokój, ni wojna! Wprawdzie trup pada gęsto, ale krew się nie leje. Niemniej jednak, dotychczasowe skutki pandemii są już tragiczne i destrukcyjnie.
    Nade wszystko mam na względzie bezmiar nieszczęścia ludzkiego, szczególnie w tzw. epicentrach pandemii. Obok ofiar ludzkich najgorsze i najbardziej szkodliwe są olbrzymie straty materialne (ekonomiczne). Naprawa gospodarki światowej wymagać będzie, póki co, ponad 10 bln USD.
    Bardzo prawdopodobny jest także kolejny wielki kryzys gospodarczo – finansowy w świecie. Źle to wróży naszej cywilizacji i wręcz uniemożliwia rozwiązywanie jej wielkich problemów (klimat, środowisko, dysproporcje rozwojowe, woda, żywność, epidemie i wiele innych).
    Bezrobocie, głód, analfabetyzm
    Groźne mogą być także skutki społeczne pandemii i kryzysu (bezrobocie, głód, analfabetyzm, degradacja psychologiczna obywateli, inwazja biednego Południa na bogatą Północ itp. itd.).
    Pewne jest także, iż świat „obudzi się” bardzo odmieniony po pandemii i po kryzysie i – co ważniejsze – po totalnym krachu modelu neoliberalnego, który doprowadził ludzkość do wielkich nieszczęść. Niezbędna będzie także gruntowna przebudowa systemu globalnego, mechanizmów i zasad współpracy międzynarodowej.
    Ważny wniosek – to także demilitaryzacja naszej cywilizacji, szczególnie nierozprzestrzenianie i zniszczenie broni masowej zagłady: nuklearnych, chemicznych i biologicznych.
    Obecna pandemia, jako kolejna odmiana nieszczęsnej globalizacji neoliberalnej, nie osiągnęła jeszcze swego apogeum (kulminacji) i nie wiadomo, kiedy to nastąpi? Specjaliści nie wykluczają także ewentualności nawrotu zarazy. Oby tak się nie stało!

[1]. Koronawirus to gatunek wirusa z rodziny Coronavirinae zidentyfikowany w latach 60-tych XX wieku. Właściwości wiralne – kwas nukleinowy (RNA). Wywołuje ostre zakażenia dróg oddechowych prowadzące nierzadko do śmierci. Jest 7 gatunków koronawirusów „ludzkich”;
[2]. Por.: czasopismo „Dziś” nr 12 z końca 2000 r., opracowanie pt.: „Dylemat Ameryki”;
[3]. Vide: Mark Shwartz, „Biological Warfare Emerges as 21st Century Threat” (”Wojna biologiczna jawi się jako zagrożenie w XXI wieku”), „Stanford Report” z dnia 11.01.2001 r.;
[4]. W tej mierze istnieje tzw. podwójna alternatywa: sprawcą może być osoba z Zachodu lub ze Wschodu oraz cywil lub wojskowy;
[5]. Nic przeto dziwnego, że obie Strony obwiniają się nawzajem odpowiedzialnością za wywołanie pandemii i za jej skutki. Prawda jest jednak oczywista i logiczna: Chinom nijak nie zależało na zaszkodzeniu własnemu państwu i narodowi oraz całej zagranicy w czasie budowania Nowych Chin i Nowego Świata. Natomiast Stanom – chyba tak (szczególnie na osłabieniu Chin pod względem gospodarczym)! Władze i decydenci z USA nie przewidzieli wszakże, że mogą też zaszkodzić poważnie własnemu społeczeństwu i państwu. Ważne jednak, że Prezydenci ChRL i USA są w stałym kontakcie telefonicznym i starają się koordynować poczynania w walce z pandemią;
[6]. Chiny przystąpiły w 1952 roku do Konwencji o zakazie broni chemicznych i biologicznych (tzw. Geneva Protocol z 1925 r.) oraz oświadczyły, że nie produkują BB o ofensywnym zastosowaniu militarnym; ale media i ośrodki propagandy zachodniej atakują nadal ChRL w tym kontekście, w ramach wojny hybrydowej.

Syryjski zapalnik

Na zdjęciu widać różne wozy pancerne oraz flagi – syryjską, rosyjskie i amerykańską – to źle, czy dobrze, że są tak blisko siebie? Akurat w tej sytuacji niezbyt dobrze. Fotografię wykonano w miejscowości Chirbat Amu koło Hasaki, w północno-wschodniej części Syrii, kurdyjskiej Rożawie. Doszło tam do strzelaniny między Amerykanami a mieszkańcami miasteczka.

Wozy pancerne US Army są niemile widziane w tej okolicy. Jacyś młodzi zaczęli rzucać w nie kamieniami, Amerykanie otworzyli ogień i zabili miejscowego 14-latka. Pojechali potem w kierunku punktu punktu kontrolnego armii syryjskiej, a tam zaczęli zbierać się ludzie, już z bronią. Znowu doszło do strzelaniny.
Syryjczycy wezwali rosyjską żandarmerię, która pilnuje niedalekiej granicy z Turcją. Rosjanie szybko przyjechali próbując załagodzić sytuację. W końcu Amerykanie zaczęli odwrót do bazy pod osłoną granatów dymnych, gonieni przez mieszkańców. Amerykańscy żołnierze wezwali wówczas lotnictwo, które zrzuciło trzy bomby na Chirbat Amu. O mało nie doszło do bezpośredniego starcia rosyjsko-amerykańskiego. Ten rodzaj incydentów zdarza się coraz częściej i każdy może być zapalnikiem czegoś większego.
Po drugiej, północno zachodniej stronie kraju sytuacja w Idlibie, prowincji zarządzanej przez Al-Kaidę i atakowanej przez syryjskie wojsko, jest coraz więcej wojska tureckiego, które chce obronić tamtejszych dżihadystów, w porozumieniu ze Stanami Zjednoczonymi. Dochodzi już do bezpośrednich, krwawych walk syryjsko-tureckich, co stawia Rosję w trudnej sytuacji: ma walczyć przeciw armii NATO? Rosyjskie samoloty na razie tylko oddalają tureckie lotnictwo od frontu, ale w każdej chwili może dojść do bardzo niebezpiecznego spięcia.
W środku tego geopolitycznego galimatiasu pozostaje masa cywilów po obu stronach frontu. Turcy już dawno zamknęli granicę przed uchodźcami z Idlibu, otwierają ją tylko, by wysłać tam swoje wojsko i broń dla Al-Kaidy. W regionie jest już ok. 700 tys. ludzi (wg. ONZ), którzy uciekli z domów przed walkami. Norweska organizacja humanitarna NRC, która pozostaje na miejscu, błaga wszystkich o przerwanie ognia. Uchodźcy – w tym kobiety i dzieci – śpią w samochodach lub częściej na polach, a jest zimno i mokro. Brakuje żywności, koców, materacy, wszystkiego. Przestały działać szpitale, nie ma lekarzy.
Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że trwająca już dziewięć lat wojna zmierza ku końcowi. To nic, że cześć kraju okupują Amerykanie, część Izraelczycy, część Turcy i część dżihadyści. Pokonanie tych ostatnich w Idlibie zdawało się kwestią czasu, miało przynieść jakiś oddech zmordowanemu krajowi. I nagle znowu wszystko staje na ostrzu noża, bo Amerykanie chcą chronić tych, którzy mieli obalić syryjski rząd, choć właściwie nimi gardzą. W interesie izraelskim leży chaos w Syrii, więc Turcja ma zielone światło Waszyngtonu. Syria znowu zamienia się w globalny zapalnik, co znaczy, że nie tylko tamtejsi cywile mogą cierpieć. Lepiej, by zapalnik nie zadziałał, powodując wybuch.

Krótka historia jednego długiego życia

Spotkaliśmy się w kawiarni na rogu Grochowskiej i Rycerskiej na poznańskim Grunwaldzie. Miejsce, w którym zamierzaliśmy porozmawiać z Hieronimem Andrzejewskim, dziewięćdziesięciotrzyletnim, sędziwym działaczem poznańskiej lewicy, znajdowało się w niewielkim oddaleniu od mieszkania naszego rozmówcy.

Wspólnie z Bogdanem Zastawnym, mym druhem z ZMS, zabiegaliśmy o zgodę na rozmowę w nadziei uczynienia jej treści jednym z rozdziałów trzeciej już książki wspomnieniowej spisanej rękami członków i przyjaciół wielkopolskiej organizacji ZMS. Z naszym interlokutorem znaliśmy się od dawna.
Spotkając się na zebraniach organizowanych przez poznańską Radę Miejską SLD – jesteśmy członkami tej partii – nie mieliśmy jakoś dotąd okazji, aby porozmawiać o przebogatej historii, którą zapisał swą nadzwyczaj żywotną działalnością w powojennym ruchu młodzieżowym i robotniczym, aktywnością w PZPR, oraz kolejarską pasją zawodową, w ZNTK.
Natura rzeczy
Czuliśmy się ponaglani przez czas: 93 lata życia, które ma za sobą, nie naznaczyły jakiś nadzwyczajnych, stosownych do wieku, rzucających się w oczy ograniczeń w zachowaniu i fizycznej postawie naszego bohatera. Dolegliwością poważną pozostaje osłabienie wzroku. Natura, zachowując niemal młodzieńczą sprawność Jego zasobnej pamięci, okazała łaskawość. Przez kilka godzin wsłuchiwaliśmy w historię życia kogoś, kto urodził się na kilkanaście lat przed wybuchem II wojny, przeżył mroki niemieckiej okupacji, po wojnie wykazał zdumiewającą pracowitość, którą godził z pasją polityczną i społeczną.
Historię swego życia przekazywał nam głosem zaledwie nieco spowolnionym i przyciszonym, przerywanym nie częstymi chwilami zastanowienia się nad jakimś detalem. Nie krył zgorzknienia bezrozumną mściwością prawicowej władzy, która ludzi Jego – naszego – pokroju chce pozbawić honoru oraz prawa do życiowej satysfakcji. Ucieszył się, że zamierzamy, to co przeżył, utrwalić w spisanym słowie, i przechować na lepsze czasy.
Kilka dni później odwiedziłem Hieronima Andrzejewskiego w Jego niewielkim mieszkaniu, w nieco postarzałym nieźle utrzymanym budynku spółdzielczym na ulicy Cześnikowskiej. Już od samego progu rzuciła się mi w oczy skromność materii, pośród której zamieszkuje.
Nieco archaiczna faktura oraz kolorystyka wypełnienia lokum kreowały klimat swoistej kapsuły czasu: uwięzienia – miałem takie wrażenie – gdzieś pośród lat siedemdziesiątych minionego wieku. Przy kuchennym stole, gdzie przysiedliśmy, odczytałem na głos – wzrok ma słaby – tekst naszej rozmowy. Wnosząc kilka niewielkich poprawek, zaakceptował treść.
Z każdą chwilą konwersacji, którą wiedliśmy, intuicja podsuwały mi poczucie sączenia się i obecności bolesnego rozdarcia pomiędzy rzucającą się w oczy skromnością tego człowieka, godnym naśladowania i szacunku wypełnieniem Jego życia, a zakusami politycznych nikczemników, skazujących całą pamięć, jaką posiadł – wszystko co niegdyś zawodowo i społecznie czynił – na poniewierkę i zapomnienie.
Trzymam się nadziei, że pomimo właściwej demokracji wielości poglądów i opinii, nic nie jest w stanie tej pamięci zszargać: żadne zawirowania zmiennego biegu polityki oraz knowania szubrawców piszących od nowa polską historię. Niniejszy zapis znaków życia Hieronima Andrzejewskiego, skromny, ściśnięty do ośmiu – dziewięciu stron maszynopisu, więc w sposób oczywisty niepełny – naszkicowany zaledwie – poczytuję sobie za zaszczyt.
Moje przedwojnie
Urodziłem się w podpoznańskim Luboniu w pamiętnym roku zamachu majowego Piłsudskiego – 1926. Większość mego rocznika zdążyła już opuścić ten świat. Niezliczona część odeszła za przyczyną okrucieństw sześcioletniej wojny i okupacji, później skutkiem bezlitosnych decyzji matki natury.
W przedwojennej, najmłodszej odsłonie życia nie potrafiłem wyobrazić, jak potoczy się moja przyszłość. Marzenia i plany nie zdołały jeszcze nabrać wyraźnych konturów. Nasza rodzina – mama i czworo dzieci – zadawalała się skromnym pokojem z kuchnią. W domu nigdy nie się przelewało. Na lepsze lokum nie było nas stać.
Nawet ciotka, u której przez pewien czas zamieszkiwaliśmy, nie należała do bezinteresownych – życie było ciężkie. Nasze skromne menu wspomagaliśmy zdrowym, tłustym mlekiem od kozy, którą mama trzymała przy domu. Wiedziała, że w odróżnieniu od mleka krowiego, kozie nie toleruje prątków gruźlicy, co było dodatkowym atutem, przemawiającym na korzyść jego picia. Zresztą innej opcji wtedy, zwłaszcza potem w dobie okupacji, nie było.
Zanim wybuchła wojna zdołałem ukończyć sześć lat obowiązkowej nauki w podstawówce. Uczyłem się dobrze. Szkoła, jak się potem okazało i o czym nie zdołałem się już w porę dowiedzieć, dała mi skierowanie do gimnazjum, do którego można były uczęszczać po sześcioletniej nauce w szkole podstawowej.
Dobrze zapowiadającą się przyszłość – nobilitującą naukę w gimnazjum, na koszt państwa – przerwała wojna.
Wojna i okupacja
Miałem trzynaście lat kiedy wybuchła ta okropna wojna. Obrazy i wrażenia, które wyniosłem z owego, ciągnącego się sześć długich lat okresu, najchętniej wymazałbym z pamięci. Jest to jednak niemożliwe.
Ciągle uwierają. W wieku lat trzynastu i pół zacząłem pracować w firmie budowlanej należącej przed wojną do polskiego właściciela Urbaniaka. Siedziba firmy znajdował się na drodze Dębińskiej – jeszcze stoi willa, w której się mieściła. Po zajęciu Poznania przez Wermacht została przejęta przez władze niemieckie. Do pracy został mnie niemiecki Arbeitsamt w lutym 1940 roku. Podobnie jak inni pracujący Polacy otrzymywałem skromne wynagrodzenie za dwunasto godzinną codzienną harówkę – w niedzielę pracowaliśmy osiem godzin.
Robota była ponad siły dziecka, którym byłem. Skutkiem nadmiernego wysiłku często leciała mi krew z nosa. Początkowo wykonywaliśmy prace w budynku obecnego Urzędu Miasta na placu Kolegiackim.
Obiekt dostosowywaliśmy do wymogów nowych, niemieckich władz Poznania. Należało odpowiednio przerobić wszystkie pokoje – zrywaliśmy zużyte linoleum, kładąc potem parkiet; rozbieraliśmy stare piece kaflowe, stawiając w ich miejsca nowe.
W budynku urzędował przez pewien czas Arthur Greiser, przed tym, zanim przeniósł swoją siedzibę do Zamku. Jedną z mych ostatnich okupacyjnych robót była budowa domów mieszkalnych na ulicy Marcelińskiej, potem, przez pół roku, aż do wyzwolenia, na Cytadeli przy różnych pracach budowlanych na strzelnicach, na których testowano broń strzelecką produkowaną przez poznański „DWM” – „Deutsche Waffen und Munitionsfabriken A.G”.
Przy Każdym wejściu na teren poznańskiej twierdzy uprzedzano nas, że wolno nam patrzeć wyłącznie przed siebie. Z uwagi na wojskowy charakter obiektu, rozglądanie się było kategorycznie zabronione – ciekawość mogła skończyć się śmiercią. W grudniu 1944 roku byłem mimowolnym świadkiem przyjazdu na Cytadelę Gauleitera, Arthura Greisera, który przybył – jak się później dowiedziałem – odebrać gotowość twierdzy do obrony przed zbliżającymi się wojskami radzieckimi. O wizycie dowiedzieliśmy się od pilnujących nas Niemców.
Kazali nam na ten czas wejść do podziemi, gdyż jako Polacy nie byliśmy godni oglądania hitlerowskiego dostojnika. Sprawa potoczyła się w moim przypadku zaskakująco inaczej: nadzorujący nas polski kierownik, żyjący w znakomitej komitywie z ważnym niemieckim urzędnikiem z DWN, polecił mi wybić sęki w ścianie swego służbowego pomieszczenia.
Dzięki tej operacji dane było kilkuosobowej grupie Polaków, łącznie ze wspomnianym kierownikiem, obserwować oficerów SS oraz samego Greisera, zapoznających się z walorami obronnymi poznańskiej twierdzy.
Mroźny styczeń
U progu wojny, o czym już wspomniałem, miałam trzynaście lat, kiedy wojenny koszmar dobiegał końca lat dziewiętnaście. Któregoś dnia mroźnego stycznia 1945 roku zauważyłem w Luboniu pierwszych Rosjan, atakujących pozycje niemieckie. Z bezpiecznego miejsca i odległości obserwowałem nieosłoniętych żołnierzy, biegnących do ataku na wprost, padających od kul dobrze ukrytych za domami Niemców. I to była śmierć prawdziwa, nie ta, jaką oglądamy na filmach wojennych.
Nieopodal ujrzałem dwie umundurowane kobiety – żołnierki – mocujące się z kablem telefonicznym, który w widocznym trudzie oraz pośpiechu rozwijały z podwieszonego na plecach bębna. Wiedziony impulsem niesienia pomocy podbiegłem do nich.
Ich czarne, grube i twarde od mrozu oraz wojennego brudu palce nie radziły sobie z zapętleniem drutów. Szybko i sprawnie udało mi się im pomóc. Miałem niejaki kłopot z dogadaniem się, gdyż nie znałem rosyjskiego. Zrozumiałem, że zamierzają biec w kierunku pola, które rozpościerało się za trzecią, widoczną nieopodal chałupą, za którą byli okopani Niemcy.
Wokół latały kule, bieg w tym kierunku oznaczał pewną śmierć. Gestykulując, udało mi się je przekonać, że mają pochylić się i biec za mną ku nieodległej skarpie opadającej w kierunku Warty. W akcie męskiej solidarności zarzuciłem na plecy ciężki bęben ze zwojem drutu.
Skryci za naturalną osłoną parliśmy troje do przodu. Udało nam się wkrótce dotrzeć do sporej kępy krzaków, w której w mrozie i śniegu ukryty był ruski obserwator – zwiadowca, niecierpliwie oczekujący na dostawę przedmiotu naszej mordęgi. Żołnierki szybko wyjaśniły mu moją „bohaterską” rolę, poczynioną w akcie udrożnienia wojennej komunikacji. Nie zapomnę, jak mnie wyściskały.
Ściemniało się. Pośród zimnego mroku wracałem biegiem do rodziny, do domu, u progu którego niespodziewanie natknąłem się na żołnierza z pepeszą. Zatrzymał mnie, pytając co tu robię. Odpowiedziałem, że mieszkam – tu jest moja rodzina, mój dom. Zrozumiał, przepuścił machnięciem ręki, pokazując, że matka poszła w kierunku fabryki.
Pojąłem, że mama oraz bracia podążyli do sąsiadki mieszkającej w przyfabrycznej kamienicy. Pobiegłem. Szczęśliwie zastałem wszystkich, w tym zapłakaną mamę przekonaną, że pewnie zginąłem. Zostałem zaskoczony obecnością kogoś jeszcze, mianowicie radzieckiego żołnierza, pichcącego na piecu kolację, której ponętna woń, za sprawą sześcioletniej okupacyjnej mizerii, pozostawała dla mnie odległym wspomnieniem. Okazało się, że sąsiedni pokój zajmują radzieccy pułkownicy, zaś trudzący się przy kuchennym piecu żołnierz jest ich kucharzem, przygotowującym wieczorny posiłek.
Mama wyjaśniła oficerom kim jestem. Przyjacielskim gestem zaprosili nas do stołu, na którym wylądował spory półmisek z wonnym mięsiwem, na widok którego zbaraniałem, gdyż czegoś takiego nie widziałem i nie jadłem od lat. Wygłodzony, zostałem na wstępie poddany nieznanej mi żołnierskiej ceremonii, polegającej na wypiciu przed posiłkiem szklanki wódki.
Nie sposób było odmówić. Alkohol okazał się być zmarzniętym spirytusem. Temperatura trunku złagodziła trud przełknięcia. Wygłodzony i niezaprawiony w boju żołądek zareagował niemal natychmiast.
Jak szybko wypiłem, tak szybko padłem, bez skosztowania dania mięsnego. Dowiedziałem się potem, że położono mnie do łóżka, a radziecki lekarz towarzyszący oficerskiej gromadzie nie stwierdził nic poważnego, poza typowo alkoholową reakcją młodego i wygłodzonego organizmu.
Za przyzwoleniem oficerów doceniających mą bohaterską postawę, odbiłem to sobie na następny dzień: mnie oraz resztę domowników zaproszono do wypasionego stołu. Do naszego domu zdołaliśmy powrócić dopiero po pięciodniowym pobycie w piwnicy u sąsiadki, właściwie bez wyżywienia – wokół trwały walki.
Tu należy wyjaśnić, że posuwający się ku Poznaniowi od południa odcinek frontu zatrzymał się na parę dni w Luboniu. Piechota, która jako pierwsza, po sforsowaniu Warty przedarła się w tę okolicę i umocniła w tutejszych budynkach fabrycznych, oczekiwała na posiłki, zwłaszcza na wsparcie czołgów.
Wracaliśmy w domowe pielesze korzystając z chwili względnego spokoju. Ku naszemu zdziwieniu stwierdziliśmy, że stacjonuje w nim młody radziecki oficer z kilkoma innymi żołnierzami, znający, jak trafnie wywnioskowała mama po leżącej na stole książce, język niemiecki.
Wojak, zaskoczony językiem, w którym mama zwróciła się do niego – nie znaliśmy rosyjskiego – poprosił, aby przygotowała ciepłą zupę. Oświadczył, że przez pięć dni posilali się wyłącznie zmarzniętym chlebem. Nasze zdziwienie żołnierską prośbą było ogromne.
Pytanie brzmiało, z czego upichcić ciepłą strawę. Wprawdzie w domu było trochę marchwi i pory, na zupę za mało. Na odpowiedź nie był trzeba długo czekać: i oto po chwili zjawił się na stole przytargany z zewnątrz, zamarznięty na kość ogromny indyk, do ugotowania którego, z uwagi na wielkość ptaka, należało zastosować kocioł do prania. Po ugotowaniu wojacy zaprosili nas do wspólnego, ponętnie pachnącego posiłku.
Jakież było nasze zdziwienie, kiedy oficer zdecydowanym ruchem oderwał ociekające indyczym rosołem wielkie indycze nogi, podał mi oraz siostrze, część piersi wręczył młodszemu bratu.
Mama skonfundowana żołnierskim gestem podniosła krzyk, abyśmy nie jedli, tłumacząc oficerowi – po niemiecku – że dorodne kawały mięsa należą się im, umęczonym sołdatom, my zaś zadowolimy się gorącą zupą, która i tak będzie dla nas prawdziwą ucztą.
Nigdy nie zapomnę słów oficera wyjaśniającego ten zaskakujący gest: my też mamy rodziny oraz dzieci, zostawiliśmy je w domu. Zastanawiamy się nieustannie, co się z nimi dzieje: czy żyją, czy są zdrowi, czy mają co jeść. Jesteśmy zadowoleni, że możemy podzielić się z wami – nie naszymi dziećmi; czyż nie jest to tak jakbyśmy częstowali swoje dzieci ? Ciepły i pachnący rosół z indyka, z makaronem sporządzonym z kostki sprasowanego produktu dobytego z żołnierskich zapasów, to dla nas i tak wielki rarytas.
Uczty tej nie zapomnę do końca życia. Co dziwne, po nasyceniu żołądka indyczą nogą, dopiero poczułem głód. I to był mój początek powrotu do normalności. Doświadczenie, o którym wyżej, wpoiło we mnie szacunek do Rosjan.
Zapamiętałem żołnierzy, których poznałem, oraz obserwowałem jak atakowali Niemców, padali i umierali na moich oczach, jako żywy fragment narodu, który nas ocalił i wyzwolił od koszmaru niemieckiej okupacji. Jestem już stary, nie potrafię zrozumieć, jak można we współczesnej mi Polsce z tak bezrozumną łatwością pomiatać ich pamięcią.
Po wojnie
Miałem wrodzoną pasję działania. Chcąc włączyć się w Luboniu do stanowienia powojennego porządku, zamierzałem, w pierwszym odruchu, dołączyć do szeregów milicji. Zamysł ten szybko mi wyperswadowano, tłumacząc odmowę brakiem obejścia z bronią, a czasu na szkolenie nie ma.


Komendantem PW – „Przysposobienia Wojskowego” na Luboń był starszy sierżant zawodowy wojska polskiego. Wczesno powojennym dziełem komendanta było zorganizowanie w Luboniu trzech hufców tej organizacji. Poprosiłem go o przyjęcie, skutkiem czego zostałem skierowany do hufca w Luboniu.
Dzięki szkoleniowym sukcesom mego zespołu, oraz osobiście mym, zostałem zauważony przez komendanta. Zaczęto mnie stawiać jako przykład osiągania wzorowych wyników szkolenia. Przy najbliższej okazji pożaliłem się – wyznałem mu, że „nie mam szkoły”, a bardzo chciałby się uczyć – jak wcześniej wspomniałem ukończyłem przed wojną sześcioletnią podstawówkę.
Mój protektor uświadomił mi, że w Poznaniu działa towarzystwo „OMTUR „ – „Organizacja Młodzieżowa Towarzystwa Uniwersytetów Robotniczych”, której korzenie sięgają Polski przedwojennej: zostało założone na obszarze II RP po I wojnie światowej. Moją szansą było ukończenia przedwojennej podstawówki, w której nauka trwał sześć lat, jako sfinalizowania nauki na powojennym poziomie siedmiu klas.
Powojenna mizeria
Dzięki staraniom mego lubońskiego opiekuna znalazłem się w poznańskiej siedzibie OMTUR-u, gdzie otrzymałem propozycję wyjazdu do Warszawy na trzymiesięczne szkolenie dla młodych ludzi. Wyjaśniono mi również, że wyjazd jest równoznaczny z urlopowaniem z hufca, a mama będzie otrzymywała pieniądze na utrzymanie jej oraz młodszego rodzeństwa.
W warunkach powojennej mizerii sprawa ta była niezwykle ważna. Zgodziłem się podjąć wyzwanie. Z przedwojennej nauki zapamiętałem wiszącą w szkole fotografię, znajdującego się w Warszawie … pierwszego w Polsce „drapacza chmur” (Prudential).
Marzyłem wtedy sobie, że kiedy dorosnę, zaoszczędzę pieniądze po to, aby pojechać do stolicy i na własne oczy zobaczyć belweder, zamek królewski oraz nasz, polski „drapacz chmur”.
Kiedy krótko po wojnie, latem 1945 roku, znalazłem się w Warszawie, uległem bolesnemu rozczarowaniu. Budynki stanowiące przedmiot mego dziecięcego marzenia o nasyceniu oczu ich widokiem stały, poza Belwederem, w ruinie. To co z nich ostało znaczyło zaledwie pogruchotany ślad niegdysiejszego znaczenia i świetności.
Bezkres ruin
W niczym nie różniło się od bezkresu ruin stolicy. Dało się zauważyć znaki postępującej z wolna odbudowy. Zrządzeniem szczęśliwego losu znalazłem się w innym świecie, różniącym się o trzysta sześćdziesiąt stopni od tego, który dotąd znałem. Powoli zacząłem rozumieć, że otwiera się przede mną szansa być kimś, bez presji biedy i potworności niedawnej okupacji.
Szkolenie zapamiętałem jak nadzwyczaj interesujące i pożyteczne. Mieliśmy np. kilka spotkań z premierem Osóbką – Morawskim, który naświetlił nam perspektywy, jakie otwiera przed młodzieżą nowa Polska. Opowiadał także szczegółowo o kierunkach odbudowy kraju oraz jego gospodarki.
Wyjaśnił nam, ludziom młodym, czym jest socjalizm, czym kapitalizm, co w tamtych warunkach głęboko zapadało w pamięci i przenikało z wolna do dojrzewającej świadomości.
Nie ulega wątpliwości, że szkolenie miało zasadniczo charakter polityczny. Z tego co mówił premier zapamiętałem: „socjalizm pracuje dla ludzi, zaś kapitalizm żyje z ludzi”. Zostaliśmy również bardzo ciepło przyjęci w Belwederze przez Bieruta oraz przez obecnego tam marszałka Rokossowskiego.
Zapamiętałem świetną polszczyznę marszałka, czym byłem zdziwiony, gdyż wiedziałem, że jest oficerem radzieckim. Tu muszę gwoli wyjaśnienia coś dodać: otóż podejmując próby wartościowania polskiej wersji socjalizmu, należy na przykład i zwłaszcza pamiętać, że powojenna Polska była jedynym krajem w „rodzinie demoludów”, który, pomimo wczesno powojennych prób, w tym stosowania przymusu, finalnie nie skolektywizował w pełni rolnictwa.
Pozostawiono ponad połowę areału rolnego w rękach prywatnych gospodarzy. Były też inne ważne różnice. Myślę, że chociażby ten przykład oznacza, że nie byliśmy bez reszty zniewolonym klonem Związku Radzieckiego, jak wielu dzisiaj maniacko twierdzi. Pomimo mroków i powikłań kilkuletniej epoki stalinizmu, osiągaliśmy ważne sukcesy; po 1956 roku podążaliśmy zasadniczo własną, polską drogą.
Tak oto, jako człowiek bardzo młody, nie w pełni wyedukowany, pewnie niekiedy naiwny, lecz nade wszystko ideowy, dojrzewałem do lewicowości – w niedalekiej przyszłości jako członek ZMP oraz, krótko po 1948 roku PZPR.
Ze szkolenia w Warszawie powróciliśmy ze szczerym zamiarem organizowania w Luboniu komórki OMTUR-u. Polityczna edukacja w stolicy utwardziła w nas wolę działania; nauczyło sposobów realizowania zadań i osiągania celów. Było to ważne, gdyż wielu młodych oczekiwało pokierowania nimi, również naświetlenia i uświadomienia ścieżki przyuczania do zawodu. Luboń nie był wielkim miastem, miał jednak nadzwyczaj spory potencjał gospodarczy – trzy duże fabryki, co stanowiło to swego rodzaju wyjątek w skali nie tylko województwa. Przedwojenne lubońskie „Ziemniaki”, oraz pozostałe fabryki, miały czerwone zabarwienie.
Należy tu dodać, że w międzywojennym Luboniu oraz okolicznych wsiach panoszyło się niewyobrażalne bezrobocie. Z dzieciństwa dobrze zapamiętałem tłumy bezrobotnych oblegające luboński zakład w czasie sezonu skupu i przeróbki ziemniaków.
Roboty nie starczało dla wszystkich – pierwszeństwo mieli fortunni posiadacze odpowiedniego zaświadczenia od proboszcza, o czym donośnie komunikowano podczas naboru.
Wydeptana świetlica
Krótko po wojnie udało mi się wydeptać ścieżkę do otwarcia na terenie zakładu pierwszej w Luboniu świetlicy, która umożliwiła nam organizację zebrań oraz szkoleń młodzieży.
W „Ziemniakach” tętniło życie polityczne; działała PPR oraz ZWM. Dziewczyna mianowana na świetlicową należała do PPS. Wkrótce wyraziła wolę wstąpienia do OMTUR. Skutek mych zabiegów był taki, że podczas pierwszego, założycielskiego zebrania koła organizacji sala okazała się być za mała.
Zacząłem czynić starania o przyciągnięcie młodzieży z pozostałych fabryk. Rozrastaliśmy się w szybkim tempie, z miesiąca na miesiąc, skupiając młodzież z Lubonia, Żabikowa oraz Lasku. Udało się wygospodarować i ożywić kilka kolejnych świetlic – w „Ziemniakach” był już nam za ciasno. W Puszczykowie założyłem koło funkcjonujące na bazie prywatnego lokalu, w domu należącym do właściciela, członka PPS. Założyłem również koło OMTUR w Mosinie.
W tym samym czasie pracowałem w wielu miejscach na kolei, między innymi przy telefonizowaniu oraz naprawie i modernizowaniu torów linii kolejowej w kierunku Poznania. Pracami kierował wiekowy, przedwojenny toromistrz. Jest swoistą ciekawostką, że w kwietniu 1945 roku kolejowe związki zawodowe ogłosiły krótkotrwały strajk. Kością niezgody okazał się być rozdział paczek z UNRY, które niekiedy otrzymywaliśmy w miejsce poborów; te z lepszą zawartością, jakoś dziwnie, trafiały do lepiej posadowionych w zarządzie kolei. Szybko zrobiono z tym porządek; poleciały głowy. Paczek odtąd nie dzieliła dyrekcja, ale związek zawodowy, co w powszechnym mniemaniu pracowników było rozwiązaniem sprawiedliwym.
OMTUR istniał i działał do zjednoczenia wcześniej działających w Polsce związków młodzieży, które nastąpiło w lipcu 1948 roku podczas zjazdu zjednoczeniowego we Wrocławiu. Zostałem wybrany delegatem na ten zjazd. Tego samego roku ożeniłem się. Skutkiem rozmaitych perturbacji mieszkaniowych – o lokum było ciężko – zamieszkałem z żoną w 1948 roku w Puszczykowie, w domu należącym do wybitnego, przedwojennego fachowca i rzeczoznawcy od kotłów parowych. Jak na osobę decyzją administracyjną dokwaterowaną z żoną do jego własności, przyjął mnie i zaakceptował jako sąsiada w sposób zaskakująco ciepły. Przeprowadzka do Puszczykowa skomplikowała godzenie obowiązków pracowniczych – pracowałem na kolei, w późniejszym ZNTK – z pełnieniem w sposób efektywny społecznej funkcji szefa ZMP w Luboniu. Poprosiłem o zwolnienie z obowiązków. Miałem już wtedy godnych następców. W 1949 roku objąłem społeczną funkcję przewodniczącego Zarządu Powiatowego Związku Młodzieży Polskiej w Poznaniu. W tym czasie wstąpiłem do PZPR. Funkcje przewodniczącego ZMP na Powiecie Poznańskim piastowałem nieco ponad rok, po czym, z uwagi na nawał odpowiedzialnych obowiązków w pracy na kolei, nie byłem w stanie dalej jej realizować. Dodam, że wcześniej podjąłem edukację z zamiarem zdobycia tytułu technika, i zdania matury, na kursach organizowanych przez OMTUR. Moje przywiązanie do „konkretnej roboty” spowodowało, że nie przyjąłem propozycji awansu: zamierzano skierować mnie na stanowisko wiążące się z tzw. pracę papierkową – chciano powierzyć nobilitującą w tym czasie posadę dyżurnego ruchu. Ten rodzaj roboty mi nie leżał. Pociągała mnie praca na warsztacie, konkretna i bliska ludzi.
Po negocjacjach z Naczelnikiem zostałem skierowany do w rozdzielni narzędzi Kolei (ZNTK), gdzie szybko awansowałem na stanowisko kierownika, które zamieniono wkrótce na tytuł mistrza.
Wewnętrzne decyzje kadrowe
Co ciekawe, awans ziścił się skutkiem rekomendacji mego bezpośredniego szefa, przyzwoitego człowieka, działacza przedwojennej endecji. Dreszcze mnie przeszły, kiedy zakomunikowano, że mam przejąć stanowisko starego przedwojennego fachowca od narzędzi, pana Kramskiego, który z uwagi na podeszły wiek winien dawno przejść na emeryturę.
Polityka w tamtym czasie – zaraz po wojnie – odzwierciedlała się w również w wewnętrznych decyzjach kadrowych. Np. z funkcji kierowniczych nie odwoływano przedwojennych fachowców, którzy przed wojną specjalnie nie przeszkadzali we włączaniu się robotników do organizacji pochodów pierwszomajowych.
Zarówno narzędziownia jak i kotlarnia były uznawane za ogniwa kluczowe. Tylko te dwa działy dostawały dodatki. Już od czasów przedwojennych narzędziownie postrzegano jako … „dział inteligencki”.
Szybko wrosłem w powierzone mi obowiązki, zostałem zaakceptowany i polubiony przez podległych mi pracowników. Uczyłem się od nich pracy.
Tak jak potrafiłem zabiegałem o doskonalenie kwalifikacji; z opóźnieniem, bo dopiero w drugiej połowie lat pięćdziesiątych, zdołałem ukończyć Technikum Kolejowe.
Dodam, że wcześniej nauki nie udało się mi sfinalizować, ponieważ na ostatni rok tego cyklu nauczania w OMTUR zgłosiło się za mało chętnych. Zamieszkałem w Poznaniu.
Kolej modernizowała się: rozpoczęto stopniowe przestawianie się z parowozów na lokomotywy spalinowe, potem na trakcję elektryczną. Władze w Warszawie uznały, że pierwszy zakład naprawczy „spalinówek” zostanie uruchomiony w Poznaniu. To była całkowicie nowa jakość, za którą musiałem podążyć. W ZNTK pojawił się nowoczesny oddział obróbki cieplnej.
Zostałem mianowany na w nim na stanowisko starszego mistrza. Nowość ta bardzo mnie pociągała, stawiała nowe wyzwania. Przejście na emeryturę, które nastąpiło z początkiem lat osiemdziesiątych, otwarło mi możliwości szerszego udziału w działalności politycznej i społecznej.
Tuż przed zakończeniem pracy zawodowej zostałem wybrany w ZNTK delegatem na dziewiąty Zjazd PZPR, na którym otrzymałem nominację na członka Komitetu Centralnego.
Wydarzenie to wpisywało się w mej ojczyźnie w gorący czas kryzysu gospodarczego: osłabiania kraju wzbierającymi w siłę strajkami oraz restrykcjami Zachodu ustanowionymi w odpowiedzi na stan wojenny. Odczuwało się sączenie fundamentalnych przemian.
Klimat nieuchronności
Rosło społeczne niezadowolenie. Coraz wyraźniej dawała o sobie znać postępująca erozja siły Partii. Wszystko to tworzyło klimat nieuchronności zmian, których postaci oraz rozmiarów nie dało się jeszcze w tamtym czasie przewidzieć.
W partyjnej robocie pomagała mi działać i przetrwać głęboka wiara w ideały socjalizmu, utwardzająca drogę, na którą wstąpiłem zaraz po wojnie, i od której nigdy radykalnie się nie oddaliłem. Zahartowałem się. Status członka Komitetu Centralnego PZPR, więc kogoś z tzw. góry władzy, narzucał mi cały szereg obowiązków.
Status ów, który dzierżyłem przez cztery lata, nie był łatwym, ani lukratywny, jakby co niektórzy skłonni byli sądzić. Jeżdżąc nieustannie pomiędzy Poznaniem a Warszawą uczestniczyłem w pracach kilku partyjnych komisji, których najbliższą była mi komisja historyczna. Przywiązanie do historii osadziło się we mnie głęboko i cały czas daje o sobie znać.
Byłem zaangażowanym współtwórcą i poniekąd współgospodarzem Sali Tradycji Ruchu Młodzieżowego w Poznaniu, której zbiory gościły przez całe lata w poznańskim Zamku. Usunięte potem na fali mściwego i bezmyślnego odwetu nowej władzy, nie uległy pełnemu rozproszeniu, ani zapomnieniu. Pewna, niemała część, ocalała. Znalazła dobrych opiekunów, co ogromnie mnie cieszy i syci nadzieją na stare lata.
Kiedy w pierwszej dekadzie lat dwutysięcznych Mieczysław Rakowski wydawał swój znakomity miesięcznik „dziś, przegląd społeczny”, bezmyślnie bojkotowany przez „RUCH”, jeździłem po wielokroć do Warszawy, do siedziby redakcji miesięcznika, skąd targałem do Poznania pełną walizkę zakupionych – po „cenie hurtowej” – egzemplarzy tego mądrego wydawnictwa.
Miałem komplet wiernych i zaciekawionych odbiorców miesięcznika. Z upływem lat oraz zmian w polityce dawne postacie politycznej aktywności oddalały się ode mnie z wolna. Działam jednak nadal: uczestniczę w pracach Rady Miejskiej Sojuszu Lewicy Demokratycznej w Poznaniu.
Nie była w stanie zniszczyć mnie wojna i niemiecka okupacja – codzienna dwunastogodzinna harówa na budowach pod nadzorem niemieckich panów. Zahartowałem się w powojennej pracy na kolei – w ZNTK w Poznaniu, oraz w społecznej robocie: w związkach młodzieży, potem w działalności partyjnej, którą realizowałem wedle najlepszej wiedzy i woli.
Zawsze z ludźmi i blisko ludzi. Ufano mi, a ja tego zaufania nigdy nie zawiodłem.
Zgorzknienie dopadło mnie dopiero na starość. Nie potrafię zrozumieć i zaakceptować niszczącej siły dobywanej z przysłowiowego dna polskiego piekła, która próbuje deprecjonować pamięć ludzi mego ideowego pokroju i politycznego wyboru. Wiara Polaków w czynione przez rządzącą prawicę polityczne i historyczne gusła zasmuca.
Pomimo bliskości ludzi przyjaznych nęka mnie uczucie osamotnienia. Staram się zachować cień nadziei na przyszłą odmianę. Czy dożyję, to inna sprawa